30 czerwca 2014

Obiecana dawno historia kapliczki Boskapel

Jakiś czas temu wspomniałam o kaplicy znajdującej się blisko nas. Z jej legendą zapoznał nas nasz znajomy, gdy pierwszy raz przyjechaliśmy w te okolice. Wtedy nie do końca wszystko zrozumiałam, bo facet opowiadał po angielsku, a moja angielszczyzna pozostawia sobie wiele do życzenia. Później jednak zaciekawiona pokusiłam się o przetłumaczenie dostępnych tekstów z Internetu i mam już pełny obraz historii tej kaplicy. Wczoraj akurat miałam okazję obejrzeć ją w środku, bo akurat była otwarta ze względu na wycieczkę rowerową, która rozpoczynała i kończyła sie przy tej kaplicy. O wycieczce za późno się dowiedziałam, więc nie mogłam uczestniczyć. Tak swoją drogą ciekawy pomysł - zwiedzanie na rowerach okolicznych kaplic i kościołów poświęconych Maryi... To przedsięwzięcie odbywało się w ramach obchodów 50-lecia koronacji Maryi z tej kaplicy. Ale miało być o kaplicy...
Buggenhout Boskapel


Boskapel, czyli „leśna kaplica” (bos – las, kapel – kaplica), znajduje się w bardzo ładnym i spokojnym miejscu. Przy drodze z Buggenhout do Merchtem , otoczona pięknym lasem. Warto w tym miejscu wspomnieć, że ów Las Buggenhout jest popularnym miejscem weekendowych wypadów rodzinnych nie tylko okolicznych mieszkańców. Prowadzi  przez niego wiele ścieżek turystycznych dla pieszych, biegaczy, rowerzystów. Niedaleko jest duży parking, małe pole golfowe, no i oczywiście trochę barów, kawiarni, fryciarni etc.
Ale i wspomniana kapliczka – jak widzę – jest również dosyć popularnym miejscem odwiedzin.  Przejeżdżając ulicą często widuję ludzi wędrujących w stronę kapliczki albo wychodzących stamtąd.
To miejsce ma duszę. Mi osobiście ta kapliczka w lesie przypomina trochę Licheń - tam gdzie jest kamień z odbitymi stopami (kto był, ten wie), podobny klimat, urok. Tyle że w Belgii - jak już mówiłam - katolicyzm upada, jest znacznie mniej ludzi religijnych, w związku z czym nawet łaskami słynący obraz nie gromadzi tłumów wiernych, jak to się dzieje w Częstochowie, Licheniu, czy innych tego typu miejscach w Polsce.
Jednak i tu ludzie przychodzą  prosić Maryję o łaski i wstawiennictwo, czy choćby po to by pomodlić się przez parę minut w skupieniu.

Kapliczka Boskapel ma ciekawą i długą  historię. Powstała ona bowiem w 1504 roku, jako miejsce modlitwy a jednocześnie upamiętnienie tragicznej śmierci niejakiego Jana De Rijcke, który został zabity przez rozjuszonego dzika podczas grudniowego polowania.

Kapliczka poświęcona była od początku Maryi,  a dokładnie „Matce Boskiej  Siedmiu Boleści”, czy też „Matce Boga Cierpiącego”.
Pierwsza kaplica została częściowo zniszczona i okradziona przez ikonoklastów pod koniec  XVI wieku [ikonoklaści to ruch religijny, który przeciwstawiał się czci figur i obrazów religijnych]. Drewniana polichromia Pieta jednak wciąż znajduje się w kaplicy powyżej tabernakulum.
W okresie 1664-1677 kaplica została trochę powiększona. Prace trwały tak długo ze względu na toczące się wojny oraz grabieże. Z okazji tej rozbudowy i zakończenia prac nad wejściem do kaplicy umieszczono kamienną Pietę.

W środku jest przepiękne barokowe wnętrze, ołtarz z 1680 roku.

 Po bokach ołtarze Świętego Eligiusa (?) z 1765roku i Świetego Rocha z 1768 roku.





Są tu też piękne organy z 1686 roku autorstwa Mikołaja Langleza z Ghent, które pierwotnie stały w kościele parafialny,a tu zostały przeniesione w 1770 roku.

Na zewnętrznych ścianach kaplicy  można zobaczyć  7 płaskorzeźb z 1858 roku, przedstawiających Siedem Boleści Maryi.

kaplica od tyłu - pod krzyżem widać jedną z płaskorzeźb (7 boleści Maryi)

W 1958 kaplica została odremontowana. Z okazji 500lecia kaplica została odmalowana, zakupiono też nowe krzesła. Plac przed kaplicą od samej bramy wyłożony jest  kostką, są też ławki, na których można sobie posiedzieć w spokoju cieniu drzew.
W 1964 odbyło się uroczyste ukoronowanie figury Matki Boskiej Bolesnej przez papieża Pawła VI.
W tym roku przypada właśnie 50 rocznica tej koronacji.Z tej okazji od maja do końca sierpnia odbywają się tu Msze, a także różne imprezy poświęcone kościołowi i Maryi.
W 2004 Boskapel obchodziła 500 rocznicę powstania.

Co roku w trzecią niedzielę po Wielkanocy rozpoczyna się tu nowenna ku czci Matki Boskiej Bolesnej.


Wokół kaplicy wśród drzew i krzewów znajdują się kamienne stacje drogi krzyżowej z 1949 roku. Od jednej do drugiej prowadzi leśna ścieżka.





Przepraszam za nie najlepszej jakości zdjęcia, ale nie dysponuję na dzień dzisiejszy dobrym sprzętem fotograficznym.

19 czerwca 2014

Ze szkolnego podwórka

Za tydzień moje córki zakończą pierwszy rok edukacji w belgijskiej szkole. Zanim wyjechaliśmy z kraju, miałam okazje zapoznać się z opiniami różnych ludzi na temat "polskie dziecko w zagranicznej szkole". Mam wielu znajomych, którzy wyjechali byli z dziećmi w różnym wieku do różnych krajów świata, przeczytałam też kilka wypowiedzi na forach Polonii w Internecie. Mam dzieciatych znajomych w większości krajów europejskich a także w Ameryce.  Spostrzeżenia dotyczące reakcji dzieci na szkołę były różne, zależne od wieku dzieci, charakterów, umiejętności językowych zarówno dzieci jak i rodziców etc. Jednak co do jednego zgadzali się wszyscy moi znajomi oraz forumowicze. Twierdzili bowiem, że zagraniczne szkoły są o wiele bardziej przyjazne dzieciom niż polskie, że świetnie sobie radzą zarówno z  obcojęzycznymi dziećmi jak i dziećmi np z problemami wszelakimi, że potrafią pomóc, że dzieci za granicą chętnie chodzą do szkoły, bo szkoła ich nie przeraża i nie nudzi. Dalej ci znajomi mówili, że nie mam się co martwić o dzieci, bo one będą zadowolone z zagranicznej szkoły mimo, że na początku niczego nie będą rozumiały. Informowali też, że zagranicą powtórzenie klasy to sprawa normalna, w tym sensie, że nie robi się z tego tragedii ani w rodzinie, ani w szkole, jak w pl. Dzieci nie są wyszydzane z powodu repetowania klasy, bo liczy się to by dziecko jak najwięcej się nauczyło, a nie by jak najszybciej się go pozbyć ze szkoły. Szczerze mówiąc dość sceptycznie byłam nastawiona do tych opinii, mając wrażenie, że mówią tak wszyscy bardziej po to by mnie pocieszyć, niż by stwierdzić fakty. Jednak dziś po roku pobytu zagranicą, po roku uczęszczania przez moje dziewczyny do szkoły, mogę rzec, że oni wszyscy wcale nie cyganili. Nie ściemniali nic a nic, mówiąc, że zagranicą dzieci lubią chodzić do szkoły. Moje dziewczyny pytane dziś, która szkoła jest fajniejsza bez wahania odpowiadają, że belgijska. Codziennie idą z radością do szkoły, wracają też raczej zadowolone. Oczywiście fochy też się zdarzają, bo czasem ktoś siniaka nabije na przerwie albo koleżanka dokuczy czy się obrazi, ale to tylko potwierdza, że życie szkolne toczy się właściwą ścieżką. Wszak co warta jest szkoła bez kłótni z koleżankami, głupich żartów, wspólnego rozrabiania etc?
kumacie? ;-)

Młodszej brakuje tylko polskiej przyjaciółki, z która poznała się na placu zabaw zaraz po naszym przyjeździe do nowego miasta, a potem się okazało, że są razem w zerówce i były praktycznie nierozłączne przez 3 lata. Moja pyskata, przebojowa, znana w całej szkole łącznie z gimnazjum, a tamta poważna, spokojna i prymus w klasie - doskonale się uzupełniały. Dlatego nie dziwię się, że tak za nią tęskni i ciągle wspomina. Czasem piszą sobie na nk lub skype, ale to już nie to samo - wiadomo.


 W pl chodziły do 2 szkół - najpierw w małej wiosce, potem w mieście. W pierwszej było po kilkoro (3-10) dzieci w klasie i klasy łączone (np 0 z I, II z III itd), w drugiej klasy liczyły po 25 uczniów i więcej. Pierwszej groziła likwidacja (zakończona częściowym "sukcesem", bo teraz jest w niej 3 klasy tylko, reszta dzieci zaiwania 4 km do sąsiedniej wsi czasem busem czasem na butach). Druga szkoła miała chyba dość dobre układy z władzami albo/oraz wyjątkowo zaradnych nauczycieli, bo widać było, że są pieniążki zarówno na remonty, nowe wyposażenie, dekoracje jak i na masę zajęć pozalekcyjnych, prawie darmową świetlicę. Miedzy tymi szkołami jest ogromna różnica zarówno w kwestii podejścia do ucznia, rodzica jak i w kwestii możliwości (duży może więcej). Jednak jedno ich łączyło - dzieci za nimi nie przepadały i: albo co jakiś czas ogłaszały rano protest "ja dziś nie idę do szkoły, bo... (i tu jakiś powód: religia, angielski, sprawdzian etc)", albo mimo pójścia z ochotą wracały z bólem brzucha lub głowy (i to nie z powodu choroby) albo zmęczone jakby przez te 4 - 6 godzin szkolnych pracowały na budowie czy coś w tym stylu. No i oczywiście w obydwu zadawanych było kupę zadań domowych i to takich, przy których pomoc rodzica jest konieczna. Ja tak średnio musiałam poświęcić dziennie 2 godziny na odrabianie lekcji z dziewczynami. Najbardziej jednak wkurzały mnie zadania na weekend, ferie czy święta, bo ja uważam, że po to są ustalone dni wolne, żeby w nich odpoczywać i nabierać sił do dalszej pracy - wszystko jedno czy jest nią nauka czy praca zawodowa. Wypoczynek należy sie też chyba tak samo kujonom jak i trochę słabszym uczniom. W polskiej szkole nie ma takiej opcji - nauczyciele zadają na ferie, bo inaczej nie wyrobią się z programem. Rodzic musi uczyć dziecko w domu, bo inaczej nie da sobie ono rady. Kujon albo bardzo inteligentne dziecko być może ogranie samo, lecz przeciętnemu jest ciężko, a już wolniej rozwijające się czy mniej kumate nie ma szans. Wiem, bo jako samotna pracująca matka nie miałam czasu dla mojej starszej córki, wówczas pierwszoklasistki - rano wychodziłyśmy w tym samym czasie, a wracałam akurat by przytulić ja przed snem - i w drugiej klasie ona nie znała liter, nie umiała czytać etc. Na szczęście wtedy się przeprowadziłyśmy do mojego aktualnego męża i dopiero będąc na bezrobociu mogłam jej pomóc nadrobić zaległości , oczywiście do spółki z jej nową wychowawczynią, która siedziała z nią i kilkoma innym słabszymi dziećmi sporo po lekcjach.

w parku w Merchtem
Tutaj w be to ja nawet nie wiem, czego one się uczą danego dnia, no chyba, że mi opowiedzą, co robiły w szkole. Czasem mają coś zadane i przyniosą do domu jakąś kartkę lub książeczkę, czy też pracę techniczną do zrobienia, ale zadania domowe nie są praktyką codzienną. Uczniowie - jak już wspominałam wcześniej - nie mają dziesiątek podręczników ani zeszytów, które trzeba by było nosić do szkoły i z powrotem. Wszelakie materiały edukacyjne mają w szkole i tam z nich korzystają. Do domu - jeśli zaistnieje taka potrzeba, czyli coś zadadzą - przynoszą segregator (klaser) czy skoroszyt z kartkami. Ponadto dostają różne gazetki i książeczki do czytania. No, moje córki raczej proste kserowane teksty dostają albo proste książki z biblioteki, wszak dopiero raczkują jeśli idzie o czytanie. Tak więc widać, że w be to szkoła odpowiada za całą edukację dziecka. Rodzic jest powiadamiany o jej przebiegu raz na semestr, czyli 3 razy do roku. Dostaje wtedy raport pisemny (ocena postępów w nauce i zachowania) i może porozmawiać z nauczycielami podczas wywiadówki. Jednak nauczyciele nie oczekują, że rodzic będzie pracował z dzieckiem w domu. Oczywiście informują o brakach ucznia, nad którymi ten powinien popracować, proponują metody, sposoby, proszą o przypominanie dziecku o nauce, ale nie żądają by siedzieć z nim po lekcjach.U nas problemem np była tabliczka mnożenia i pani powiedziała tylko, że da im ćwiczenia dodatkowe do robienia w domu, żeby zwrócić na to uwagę, by ćwiczyły, powtarzały etc. Jednak jeśli dziecko ma problemy z tym czy tamtym, to szkoła sama próbuje znaleźć rozwiązanie. Oczywiście ważniejsze rzeczy omawiane są z rodzicami i wspólnie podejmuje się decyzje. Właśnie nie dawno miałam okazję zapoznać się z tym jak jak to wygląda w praktyce.

Jakiś czas temu byłam w szkole po zaświadczenie, że dziewczyny się tam uczą i przy okazji zapytałam o swoje córki. Wówczas dyrektorka powiedziała, że w czerwcu planuje spotkanie, na którym omówimy sobie na spokojnie sytuację dziewczyn i wspólnie zadecydujemy co do dalszego postępowania. I tak też się stało.
Oprócz mnie, naszej zaprzyjaźnionej tłumaczki i nauczyciela znającego obie dziewczyny oraz samej dyrektorki w spotkaniu tym wzięła też udział pani z CLB. ("CLB jest placówką oświatowo-wychowawczą udzielającą pomocy dzieciom i młodzieży. Każda szkoła we Flandrii współpracuje z taką placówką. W CLB pracuje zespół lekarzy, pielęgniarek, zespół pracowników pomocy społecznej, psychologów, pedagogów. Wspólnie ze szkołą ten właśnie zespół dba o to, by twoje dziecko w odpowiedni sposób rozwijało swoją wiedzę, talent i umiejętności" Więcej na stronie: o CLB po polsku.) . Sytuację moich córek dogłębnie przeanalizowano i omówiono pod każdym kątem zanim tam przyszłam. I po przedstawieniu mi owej sytuacji dyrektorka zaproponowała mi bardzo dobre i pomysłowe  rozwiązanie. W pl pewnie taki bajer byłby nie zrobienia ze względu na mało elastyczny, żeby nie powiedzieć sztywny, system. Zanim przedstawię ten - zaskakujące dla mnie wychowanej w pl - pomysł, opowiem najpierw o problemach moich dziewczyn. Poza oczywistym dla wszystkich problemem językowym sytuacje utrudnia bardzo skomplikowana osobowość mojej najstarszej pociechy. Jako osoba zamknięta w sobie i do tego dobrze czująca się w swoim towarzystwie stanowi spore wyzwanie dla pedagogów, rodziców i kolegów. Nie szuka ona towarzystwa wśród rówieśników, więc mimo ich licznych prób zaprzyjaźniania się i chęci pomocy i tak trzyma się raczej z boku, a co za tym idzie trudniej jej idzie opanowanie języka. Nauczyciele nie mogą dokładnie stwierdzić ile umie, bo jeszcze nie próbuje mówić po niderlandzku. Wychowawczyni mówi, że widać, iż rozumie bardzo dużo. Jednak widocznie potrzebuje dużo więcej czasu, by odważyć się na mówienie. Wyjaśniłam im prawdopodobną przyczynę, którą upatruję w zerówce, kiedy to moje dziecię mające wtedy problemy z wymową - seplenienie plus jąkanie - było wyśmiewane przez rówieśników i wciąż porównywane do pyskatej i przebojowej młodszej siostry. Zgodzili się z moją teorią, że teraz, nie będąc pewną poprawności wypowiedzi,  po prostu boi się mówić, żeby nie zostać wyszydzoną jak wtedy, gdy nie mówiła wyraźnie. No ale na to nic nie jesteśmy w stanie poradzić, po prostu potrzeba czasu, cierpliwości i wsparcia dla niej. I wiem, że w tej szkole, na to ostatnie także może liczyć zarówno ze strony pedagogów jak i dzieci.
Młodsza natomiast nie ma żadnych oporów przed gadaniem i kontaktem z rówieśnikami, a co za tym idzie coraz lepiej radzi sobie z językiem. Nie zmienia to faktu, że do pełnego opanowania niderlandzkiego jeszcze potrzebuje sporo nauki i ćwiczenia. Jednakowoż szkoła postanowiła, że może iść do następnej klasy. Z tym tylko, że jako iż ma trochę braki w podstawach matmy (pewnie brakuje tego roku, który opuściły), tego przedmiotu będzie się uczyć z czwartakami, zaś program z klas 5 i 6 być może będzie w stanie opanować w ciągu jednego roku, czyli w 6 klasie., bo twierdzą, że jest na tyle bystra. No a co do Starszej, to w zasadzie mogła by w tym roku wraz z pozostałymi iść do szkoły średniej, tylko wyłącznie do klasy B...
Tutaj wyjaśnię nietutejszym. W be po 6-klasowej podstawówce dzieci zaczynają szkołę średnią, która trwa następne 6 lat albo 7, jeśli wybierze się klasę B. Ta klasa B jest właśnie dla tych, którzy sobie z jakiegoś powodu nie najlepiej radzą z nauką, więc (z tego co się orientuję) trochę powtarzają z podstawówki, więcej tłumaczą, wyjaśniają niż w klasach A no i chodzi się tam o rok dłużej. Nie porównałabym tu jednak do polskiej szkoły o zaniżonym poziomie, bo w be mimo chodzenia do klasy B można skończyć studia - jak dzieci znajomej. W pl po pójściu do takiej szkoły albo do zawodówki dostaje się plakietkę "tępak" na całe życie mimo, że czasem wybór takiej szkoły to tylko chwilowe lenistwo, czy przemijające problemy psychiczne. To tak tytułem wyjaśnienia.
Zaś co się tyczy mojej osobistej córki, to jest też druga opcja, na którą się właśnie zdecydowałam. Od września będzie ona chodzić również do 5 klasy razem ze swoją siostrą. Są 2 powody, dla których szkoła postanowiła wysłać ją do 5 klasy zamiast zostawić drugi rok w szóstej. Po pierwsze w następnym roku będzie bardzo liczna klasa, bo ponad 20 osób i - jak stwierdziła dyrektorka - córka by zginęła w tej gromadzie, a 5 klasa jest mniej liczna. Po drugie będą we dwie. Być może młodsza ośmieli trochę starszą, wciągnie ją do towarzystwa (w zasadzie to już teraz na przerwach starsza często przebywa wśród koleżanek Młodszej), no i bez wątpienia jej pomoże. Bo teraz chodzi głównie o naukę języka w przypadku starszej, albowiem na drugi rok i tak pójdzie na 95% do klasy B. Tak, po 5 klasie pójdzie do szkoły średniej, nie będzie chodzić do szóstej klasy drugi raz.W pl raczej by raczej nie były możliwe takie skomplikowane manewry. Mało tego. Obie w tej piątej klasie będą chodzić na matmę do czwartej, zaś na niderlandzki do klas młodszych, które czytają jeszcze na głos. Piątaki bowiem czytają po cichu i nauczyciele nie mieli by możliwości oceniania ich postępów. Mają też spróbować uczyć je francuskiego, który też wchodzi w 5 klasie. Wydaje mi się, że to jest bardzo dobre rozwiązanie dla wszystkich. Tak czy owak jestem pełna podziwu dla możliwości szkół w Belgii, jestem wręcz zafascynowana tym jak bardzo są elastyczne, jak potrafią dostosować się do indywidualnych potrzeb jednostki.I znowu chciałabym zapytać naszych polskich ministrów, co stoi na przeszkodzie, by przyjrzeć się bliżej europejskim systemom szkolnym i trochę z nich odmałpować... a sorry zauważono, że w Europie i Ameryce dzieci w wieku 5 lat, a nawet młodsze, chodzą do szkoły.. tylko że to ciut za mało i wprowadzenie tego w pl bez pozostałych elementów zrobi więcej złego niż dobrego.

Jedyna rzecz, którą z polskiej szkoły wspominam z sentymentem to uroczyste rozpoczęcia i zakończenia roku. Tutaj zarówno początek jak i koniec roku to zwykły dzień szkolny. Nie ma więc wyjątkowych strojów, przemówień, wierszy i piosenek. A to jednak bardzo miłe szkolne akcenty. Jednak co kraj to obyczaj.

Na koniec wspomnę jeszcze o wycieczkach i wyjściach w których uczestniczyły klasy moich dzieci. Jak już mówiłam nie raz, belgijskie szkoły mają bogate życie. Od początku roku dziewczyny brały udział w najróżniejszych zajęciach. W Brukseli miały wycieczki całodniowe do parków, jedna pływała po kanale statkiem (czy czyms takim). Tutaj starsza zaliczyła 5 dniowy obóz sportowy nad morzem. Póżniej jeszcze dwa raz dzień sportu, na które jechali rowerami do sąsiedniej miejscowości a tam raz mieli zajęcia na sali na przeróżnych przyrządach i rywalizowali z innym szkołami., drugim razem rowery górskie i jazda konna. Młodsza zaś z okazji dnia sportu musiała wcielić się w role Indianina i w odpowiednich do tematu strojach wszyscy pojechali  na rowerach do innej miejscowości, by tam posłuchać ciekawostek siedząc w wigwamach, postrzelać z łuku, pograć na bębnach itp.
Młodsza była też na wycieczce w ogrodzie zoologicznym Pairi Daiza, jakieś 80 km od nas. Tam można pogłaskać żyrafę po głowie, papugi siadają na ramieniu, pelikany dziobią po nogach - dzieci były zachwycone.
Starsza z klasą odwiedziła też Fort Breendonk.
Poza takimi większymi wycieczkami, dzieci były na łyżwach, na rolkach, w stolicy prowincji, wytwórni frytek, w firmie przetwarzającej śmieci, biegali po lasach, co 2 tygodnie jeździli na basen itd itp. Jednym słowem - cały czas się coś dzieje i jak tu nie lubić szkoły?

16 czerwca 2014

czy tylko mi się wydaje, czy mózgi wszystkich Polaków zaatakowało nieuleczalne czarnowidztwo?

M ma w zwyczaju czytać wieczorem wiadomości ze smartfona,  ja wtedy z Młodym albo śpiewam, albo oglądam książki , ewentualnie gdy tamten śpi, gram w pasjansa, mahjonga albo sudoku. Dawniej czytaliśmy przed snem książki, ale aktualnie cierpimy na brak nowej literatury polskiej, a stara wyczytana do spodu. No więc trzeba czymś ten czas zastąpić... No, w weekendy - gdy nie trzeba rańszy wstawać - wieczorami oglądamy jakieś filmy, ale w dni robocze już nie ma siły na film. Poza tym dobrze jest wiedzieć z grubsza, co się w świecie dzieje. Co ciekawsze rzeczy M czyta mi na głos... Jako pierwsze informacje portale informacyjne przeważnie wyświetlają oczywiście tragedie, bo to najlepiej się sprzedaje...
Niedawno M przeczytał mi  o śmierci dziecka, które ojciec zostawił w aucie... Się wkurzyłam na grandę, bo psiamać, mamy chyba dość swoich problemów, by nie potrzebować dodatkowo się czyimi denerwować... i to przed snem...  Jednak nie o wszystkim muszę wiedzieć, o wiele zdrowsza wtedy jestem. Wszak mój stan psychiczny i tak wiele do życzenia sobie pozostawia po tych wszystkich przygodach ostatnich 10lat...
No ale na drugi dzień włączam neta, a tu nie ma cholera miejsca, by nie widniał obrazek z dzieckiem w foteliku zaś pod nim chore komentarze stada baranów. Normalnie rzygać się chce. Cholerne hieny dziennikarskie znowu znalazły se temat - ludzka tragedia - i roztrząsają na wszystkie możliwe sposoby jak to się mogło stać? dlaczego?po co? kto winien? itede itepe, a za nimi - co najgorsze -  ludzkie ogłupiałe stado, które zieje taka nienawiścią i żądzą mordu, że każdy normalny powinien brać nogi za pas...
 Jakby mogli, to zlinczowali by całą  rodzinę z dziadkami, wujkami i kuzynami włącznie, bo przecie to mordercy, wszyscy muszą być winni, trzeba ich ukarać, zniszczyć, zgnoić.... Tak, to Polacy potrafią najlepiej - niszczyć drugiego. Jeszcze nie wiadomo do końca o co chodzi, a już padają razy i kamienie.
 Nikt nie pomyśli, co czuje taka rodzina widząc i słysząc  na każdym kroku oszczerstwa, psioczenia, mordercze spojrzenia pod swoim adresem. Swołocz dorabia już coraz to nowsze okoliczności, tworzy coraz bardziej makabryczne historie. Już na drugi dzień ze spokojnego domu porządnej zwykłej do tego pokrzywdzonej przez los rodziny robi się siedlisko grzechu i rozpusty, padają epitety, którymi nawet najgorszych gwałcicieli i morderców nie powinno się określać. Ze wszech stron krzyczą "morderca!". Jeszcze sąd się nie zebrał - wyrok już zapadł... Oglądałam nie dawno szwedzko-duński film pt: "Polowanie" pokazujący do czego może doprowadzić niesłuszne oskarżanie człowieka. Każdy powinien go obejrzeć, zanim rzuci kamieniem...
Czytam te podłe, oskarżające komentarze z całej Polski i zadaję sobie pytania: Bosssze,co się z tymi ludźmi dzieje?W jaką stronę zmierza Polska i cały ten świat?Cała Polska krzyczy morderca! A ja się pytam, gdzie są ci krzykacze w czasie gdy jeden z drugim wsiada do auta po pijaku z całą rodzinką za wspaniałomyślnym przyzwoleniem żonki, babci i stryjka? Wtedy nikt nie widzi mordercy?Gdzie są ci mądrole, gdy polscy kierowcy zapieprzają setką przez drogi pełne dzieci albo motorami na jednym kole po wiejskich dróżkach z prędkością dużo większą niż 100km/h, bo "policja nie stoi"? Wszak to pl jest w czołówce, jeśli chodzi o śmiertelne wypadki spowodowane jazdą po pijaku albo nadmierną prędkością. W tych wypadkach ginie nie jedno dzieciątko tylko dziesiątki dzieci i dorosłych. Tak przy okazji - w be nie ma masowych kontroli drogowych, znaczy "miśki" czy "krokodylki"nie stoją w krzakach ani z suszarką ani z alkomatami i mimo tego ludzie jeżdżą zgodnie z przepisami. Podobnie zdaje się jest w wielu innych krajach. Wyobraźcie sobie, że w be jak jest ograniczenie do 40 - kierowcy jadą 40 i nikt nie narzeka, nie drze mordy przez okno, nie pokazuje środkowego palca, bo wszyscy jadą zgodnie z przepisami. Nie jeździ się też po pijaku. Nie wątpię, że czasem jeden z drugim sobie wypije piwo, czy lampkę wina i pojedzie, bo tu dużo alkoholu się pija, ale kurde nie w takich ilościach jak w pl. Ileż ja razy widziałam w pl chłopów  przewracających się po wyjściu zza kierownicy, ile aut jadących slalomem i to nie dlatego że były dziury w drodze... długi weekend  (3 dni) w pl - 1000 złapanych po wypiciu - piszą media... a ilu niezłapanych? 1000 potencjalnych morderców....
No ale co, na siebie nikt nie będzie psioczył, no nie? Lepiej połazić po Internecie i podokuczać innym, ponarzekać, wbić szpilę.
Fakt faktem jednak, że w ostatnim czasie w Pl faktycznie coraz więcej się słyszy o tragediach. Nie wiem, czy to dlatego, że jest ich więcej, czy raczej, że więcej się o nich mówi, wszak to świetny temat zastępczy odciągający ludzi od tematu machlojek władzy i innych istotnych kwestii....Uważam jednak, że jeśli się mamy doszukiwać powodów tychże wypadków, samobójstw, morderstw, to raczej nie w głowach czy duszach pojedynczych osób tylko w ogólnej sytuacji w kraju, która jest chora i tyle. Właśnie z zagranicy widać to najlepiej, co wynika nie tyle z moich osobistych przemyśleń i obserwacji (choć też) tylko z czytania komentarzy Polonii zagranicznej pod różnymi artykułami z prasy rodzimej. Krótko: przeogromne różnice i podziały społeczne - władza od najwyższej do gminnej żyje bogato i częstokroć rozpustnie, a ludzie zwyczajni z rodzin robotniczych i rolniczych nie mają za co dzieciom chleba i odzienia kupić. Przeciętni ludzie muszą żyć w coraz gorszych warunkach. coraz więcej osób żyje w ubóstwie, coraz więcej osób nie jest w stanie spłacać kredytów, coraz trudniej dostać się do lekarza, etc - to są fakty z mediów. Oczywiście wciąż nie brakuje ludzi, którym jeśli żyje się nie bogato to w każdym bądź razie dobrze, tylko jak długo jeszcze? Co dnia kupa osób wyjeżdża z kraju, więc kto tam ostatecznie zostanie za parę lat? Władza, emeryci i urzędnicy, których nie będzie miał kto utrzymywać, bo zwykłych roboli nie będzie... To taka moja czarna wizja n/t Polski (adekwatna do tematu o czarnowidztwie). Tyle tylko, że tak postrzegają ową przyszłość też inni myślący ludzie, którzy zastanawiają się głównie nad swoją przyszłością i swoich dzieci i widzą czarną dziurę.
Gonią dzień w dzień do pracy, harują po 12 i więcej godzin 7 dni w tygodniu, ale mimo to ciągle brakuje im na podstawowe wydatki. Zastanawiają się do jakiej szkoły posłać dzieci i widzą, że przy takim bezrobociu posyłanie ich do jakiejkolwiek szkoły i tak nie ma większego sensu, do tego mają świadomość, że może zabraknąć pieniędzy na ową szkołę...
Ciągłe życie w stresie, zmęczenie, niedożywienie, brak czasu dla siebie dla rodziny, a tu czasem do tego wypadnie jakaś choroba, wypadek... Chyba każdy z nas ma świadomość, że są granice tego, co może wytrzymać ludzki organizm, ludzka psychika. Do tego jedni są silniejsi inni słabsi... Życie przeciętnego Polaka jest bardzo trudne, nie po raz pierwszy powiem, ze o wiele trudniejsze niż w innych krajach UE. Dla mnie jest oczywiste, że w takiej sytuacji na prawdę nie wiele potrzeba by doszło do tragedii. Jeśli nie jesteście w stanie zrozumieć, że nie trzeba być zwyrodnialcem, zboczeńcem, by zrobić krzywdę sobie lub innym, że są takie sytuacje, takie momenty  w życiu, że zdrowy, normalny człowiek można zapomnieć o dziecku w samochodzie albo, że się siedzi za kierownicą jadącego samochodu, że można targnąć się na swoje życie, czy też ukochanych osób w amoku, w szale... jeśli nie potraficie zrozumieć takich ludzi,  to pewnie  nigdy nie byliście jeszcze tak na prawdę "pod ścianą", los Was jeszcze oszczędzał, dobrze Wam się powodzi albo jesteście ludźmi wyjątkowo silnymi. Nie każdy jest silny.  Ja rozumiem, że w stresie, w szoku można zrobić rzeczy, których będzie się żałować do końca życia, a może i dłużej. Mam za sobą makabryczne momenty jeśli chodzi o moją psychikę do tego jestem osobą empatyczną, toteż potrafię zrozumieć czyny niektórych ludzi, nawet te najgorsze. Nie to, że je toleruję i pochwalam, ale rozumiem, że każdy może zrobić rzeczy, których normalnie by nie zrobił, ale gdy znajdzie się w niecodziennej sytuacji, gdy zostanie przypchnięty do muru. Nie chodzi tu tylko o złe działania ale i pozytywne. Weźmy choćby często spotykane sytuacje zagrożenia czyjegoś zdrowia lub życia. Mieliście okazję sprawdzić, jak reagujecie w takich sytuacjach? Ja jak dotąd reagowałam w miarę dobrze, znaczy zachowując zimną krew, nawet wydaje mi się umysł mi się wtedy jakby bardziej rozjaśniał, adrenalina działała. W moim domu co chwila ktoś sobie coś ucinał, łamał, skądś spadał - jak to na wsi, stąd wiem, jak reaguję. Na szczęście nie musiałam nikomu ratować życia i mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała sprawdzać się w takiej sytuacji, czego i Wam życzę.Chociaż gdybym kiedyś zostawiła samą siostrzyczkę z dziurą w głowie a sama  uciekła albo zemdlała to różnie być mogło... Znany jest mi np przypadek z moich rodzinnych stron, że pewna pani mimo wykształcenia medycznego nie potrafiła uratować własnego dziecka, które się zadławiło, bo "ją zamurowało". Znam wiele osób, które mdleją na widok krwi albo wpadają w panikę i też nic nie robią, żeby pomóc, żeby ratować, ale sorry czy ktoś nazywa ich mordercami?! Nie, bo nikt tak na prawdę nie zna swoich reakcji na niecodzienne sytuacje i nie wie, jak się zachowa, gdy w takowej się znajdzie. Poza tym warto sobie zadać pytanie, czy my własnym działaniem, gadaniem, pisaniem nie doprowadziliśmy pośrednio tego czy innego człowieka pod ową ścianę. "Kto z was jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień" [J, 8] .
 Ja sama nie jedno mam na sumieniu, bo aniołem nie jestem. Czasem tylko trudno to sobie uzmysłowić i się z tym pogodzić, że czart w nas siedzi.







No ale dobra, pomińmy takie tragedie, które budzą zawsze emocje. Słysząc o śmierci dziecka ludzie różnie mogą reagować, nie zawsze rozsądnie, bo to porusza każdego. Ok.Jednak są sytuacje znacznie prostsze, które większych emocji budzić nie powinny, ale budzą. Co się dzieje z tym światem?
Ostatnio tak jakoś - gdzie nie zajrzę w Internecie - widzę tylko narzekanie,  biadolenie i obrażanie innych. Pewnie już z 10 razy o tym pisałam.... Cóż...
O ile nie dziwi mnie to na portalach informacyjnych, gdzie aż roi się od tragicznych wiadomości i aż wrze od emocji i nerwów. Ale weźmy takie np portale z humorem czy popularny YT. Szukałam ostatnio jednego kabaretu, który kiedyś widziałam, bo chciałam sobie przypomnieć... i tak sobie przeglądam to i owo, w oczekiwaniu na załadowanie filmu podczytując komentarze. Im więcej czytam, tym bardziej mnie mdli. Nie ma chyba jednego kabaretu, by ktoś nie jojczał, że jego to nie śmieszy, że w ogóle totalne dno, że nie powinno się tego zamieszczać i inne takie sratytaty, nie ma filmiku z kabaretami by nie wyśmiewano lub nie obrażano publiczności i występujących. Jeśli ktoś śmie napisać coś pozytywnego, jest wyzywany od idiotów, buraków itp
I oczywiście moje ulubione stwierdzenie "kiedyś to były..." - w tym wypadku - kabarety.

Sie pytam, czy na prawdę nie ma rzeczy, z której Polak byłby zadowolony? Poza sobą samym oczywiście... Kabarety są nieśmieszne, muzyka niemuzyczna,  filmy nie do oglądania, książki nie warte czytania, aktorzy beznadziejni, pogoda zawsze nieodpowiednia.... Dobra, kurcze, nie podoba się - nie oglądam, nie czytam, nie słucham, ale po co od razu obrażać tych, którym podoba się ta książka, ten film, te utwór, ten kabaret?
Czy tak ciężko pogodzić się z faktem, że każdy kabaret, każdy reżyser, każdy pisarz, muzyk etc ma w swoim dorobku lepsze i gorsze pozycje, każdy tworzy dla pewnej określonej grupy ludzi i próżno oczekiwać, by wszystko się wszystkim podobało. Czy fakt, że ja na ten przykład nie przepadam za muzyką rockową, upoważnia mnie do łażenia po stronach poświęconym tej muzyce i narzekania, że tego nie da się słuchać, obrażania rockmanów? W zamian za to miłośnicy rocka przyjdą na stronę poświęconą Beethovenowi i będą pluć na takich jak ja, którzy jego muzyką się zachwycają. Po co to komu? Żeby nie było - należy odróżnić krytyczne uzasadnione opinie, będące elementem konstruktywnej dyskusji na dany temat od zwykłych chamskich komentarzy, bo mowa o tych drugich oczywiście.

żaba (kikker po ichniemu)
Wszystko wszystkim, ale jak kabaret może być nie śmieszny? Ja tam w każdym kabarecie znajduję coś śmiesznego - raz bardziej śmiesznego, raz mniej... ale może to trza mieć poczucie humoru i ciut wiedzy, żeby zrozumieć niektóre żarty czy skecze ;-P A może ja nienormalna jestem, bo kabarety i żarty mnie śmieszą?

Wrócę jeszcze na koniec do wspomnianego już hasła "kiedyś to były czasy", bo też często wali mnie po oczach podczas moich nieopanowanych wędrówek po sieci.Już kiedyś się burzyłam na fb na to nieuzasadnione wg mnie wracanie myślami z tęsknotą do dawnych czasów. Zwłaszcza w kwestii spędzania wolnego czasu przez dzieci... Krążą po sieci takie obrazki z napisami typu "my to mieliśmy wspaniałe dzieciństwo. kiedyś to dzieci bawiły się na podwórku, bo nie było komputerów i Internetu". Jak je spotykam - te napisy - to znowu sie zastanawiam nad swoją normalnością. Czy ja, mój mąż i moje potomstwo to aby na pewno przy zdrowych zmysłach jesteśmy? Bo wychodzi na to, że dziś bawienie się z dziećmi na podwórku albo w lesie jest czymś hm co najmniej dziwnym. Przy okazji wątpię też w zdrowie umysłowe mojej dalszej rodziny i niektórych znajomych, bo głupki jeżdżą w wolnym czasie na rowerach, biegają, łowią ryby, łażą po górach i to z całymi swoimi rodzinami. Mało tego maja oni komputery i Internet i oloboga znajdują też jakoś czas żeby na fb fotki z tych szaleństw umieścić, coby se rodzina i znajomi mogli obejrzeć, to czego u siebie nie zobaczą, bo na ten przykład są tysiące kilometrów od domu... Zresztą jakby nie te fotki, nikt by im nie uwierzył, że w ten sposób można sie w dzisiejszych czasach bawić w czasie wolnym. Niektórzy ponadto używają komputera i innych wynalazków cywilizacji, by rozmawiać z rodziną i znajomymi rozjechanymi po całym świecie. Są do tego tak niesforni, że pozwalają małym kuzynom poznawać się przez skype'a, uczą babcie i dziadków posługiwać się komputerami etc... Ten rozwój cywilizacji na prawdę bardzo dzisiejszym ludziom utrudnia życie... bardzo...
belgijskie place zabaw :-)

Pewnie, że kiedyś dzieci więcej czasu spędzały na dworze, ale nie wiem, czy to wina komputera, czy telewizora. Śmiem twierdzić, że wątpię - jak mawia mój ojciec.  Jeśli ktoś jest winny to sami rodzice, którzy z jakiegoś powodu nie potrafią dostosować swojego życia do rozwijającej się cywilizacji, techniki, elektroniki. Nie mogąc obyć się bez najnowszych wynalazków szukają jednocześnie w nich zagrożenia dla swoich dzieci.A ja to widzę trochę inaczej... Najpierw mamusie - Matki Polki - boją się wystawić niemowlaka na szkodliwe działanie świeżego powietrza. Potem nie pozwalają przedszkolakowi bawić się w piasku, na zjeżdżalni, dotykać ślimaków i kamieni, bo uważają te skądinąd normalne dziecięce zachowania za zagrożenie dla ich zdrowia, życia a przede wszystkim czystości ubrania i domu, ślimak? a fe. Sadzają więc dzieciaka przed telewizorem, żeby samemu mieć spokój i nie musieć prać portek. Potem nagle poniewczasie zauważają, że z jakiegoś dziwnego powodu nie da sie dziecka odedrzeć od komputera lub telewizji, bo ono nie chce nigdzie iść, bo ono boi sie pobrudzić, nie wie w co sie można bawić na dworze (na Podkarpaciu "na polu"). W domu zresztą też nie poszaleją, bo nowe dywany, drogie meble, więc kolegów nie zaproszą. A do tego wszystkiego w polskiej szkole jest zakaz wychodzenia na podwórko.
I to wszystko  oczywiście wina Internetu i rozwoju cywilizacji, że dzieci się nie bawią na podwórku. Spoko majonez. Ja tam jestem zafascynowana rozwojem techniki i cywilizacji. Podziwiam wynalazki ratujące i ułatwiające ludziom życie, umożliwiające poznawanie coraz głębszych tajemnic naszego świata mikro i makro, nieograniczoną komunikację między ludźmi na całym świecie. Lubie Internet i komputery, co jednak nie wyklucza mojego udziału w różnych zabawach z dziećmi i mężem na świeżym powietrzu, nie zabija to mojej miłości do literatury wszelakiej. Bo to wszystko można pogodzić jak się chce, nawet pracując na cały etat.
Nie wiem jakie są statystyki w Be jeśli chodzi o aktywne spędzanie wolnego czasu. Jednak na pewno co najmniej godzinę dziennie każde dziecko jest na dworze, bo tyle trwa przerwa w szkole a tu wszyscy wyganiani są na dwór bez względu na pogodę. Wyobrażacie sobie w pl dzieci leżące w marcu na trawie, chlapiące się w listopadzie w kałużach, wracające do domu ze szkoły w przemoczonych butach w wybłoconych portkach?! Ja sobie wyobrażam... na drugi dzień w szkole była by policja i opieka społeczna albo przynajmniej wielka awantura.. przynajniej w niektórych szkołach. Tu w tygodniu dzieci po przyjściu ze szkoły też zasiadają na pewno do kompa, "lajkują" czatują, grają, bo czemu nie, ale trzeba wziąć pod uwagę, że w domu są dopiero koło 16, potem jedzą, czasem odrabiają lekcje (czasem, bo tu nie zawsze zadają, a raczej rzadko). W weekendy jednak (mówię o swojej okolicy!) widzę masę dzieci w przydomowych placach zabaw (większość ma  basen, trampolinę, huśtawki), sporo kopie w piłke na boisku, wiele jeździ na rowerach z rodzicami, albo hulajnogach, deskach, itp. Widzę tu na podwórku dużo więcej dzieci niż np w swojej rodzinnej wsi, czy miasteczku, w którym później mieszkałam. A tu mają i lepszy Internet (z 1mega to chyba by padli ze śmiechu, a w mojej polskiej wsi to nadal standard) i lepsze komputery (bo ich stać), ale znajdują czas i chęć na spędzanie aktywnie czasu wolnego. Zresztą w Brukseli na placach zabaw też było popołudniami i w weekendy pełno dzieci i młodzieży, a jest tam placów zabaw od groma i to z urządzeniami - zabawkami zarówno dla dzidziusiów jak i dla nastolatków. Nie twierdze bynajmniej, że dla wszystkich dzieci w be ważniejsza jest piłka czy rower niż komputer, ale wielu potrafi pogodzić te dwie różne rzeczy. Nie brakuje też takich w pl - jak mówiłam (choć mogło nie zostać zrozumiane przez niektórych :-). Tak więc nie zwalajmy winy na rozwój cywilizacji, tylko ruszmy stare dupska z domu i pokarzmy dzieciom, w co się bawiliśmy w ich wieku!!! Jak ich nie nauczymy się bawić, to nie będą umieć.
to plac zabaw w mojej okolicy :-)

P.S. Mogę Wam przypomnieć parę zabaw, bo znam sporo :-)

7 czerwca 2014

Dżisas jak można mieszkać w mieście ?!!!

Wczoraj minął pierwszy rok od naszego przybycia do Belgii.  Zleciało jak z bicza strzelił. 365 dni  życia w ogromnym stresie pomieszanym z wielkim zachwytem nad wszystkimi urokami tego kraju. Początek - jako się rzekło - był koszmarny, brakowało nadziei, sił i nawet humoru na walkę z niekończącymi się i mnożącymi się wciąż przeciwnościami losu. Przyjechałam tutaj znając kilka (może kilkanaście?) podstawowych zwrotów po francusku i ani jednego po niderlandzku.Jednak obawy przed kontaktami z tubylcami okazały się niepotrzebne. Mieszkańcy Belgii ogólnie są bardzo mili i przyjaźnie nastawieni, oczywiście i tu naburmuszeńców nie brakuje. Teraz zarówno ja jak i młode jesteśmy w stanie jakoś się z tubylcami dogadać. No, nie czarujmy się, do swobodnego i poprawnego porozumiewania potrzeba jeszcze ze 2 lata nauki i treningów, ale ze znajomością podstaw języka i umiarkowanym talentem teatralnym idzie sobie pogadać z sąsiadami... tylko ręce czasem bolą :-)

wiejskie klimaty 

Nic to. Teraz inna z kolei refleksja....
Odkąd przeprowadziliśmy się na wieś, nie odwiedzaliśmy Brukseli. Bo i po kiego? Jednak parę dni temu zaistniała potrzeba pojechania do stolicy. No i byłam w szoku...
Jesssu, jak można mieszkać w mieście?! To myśl szalejąca po mojej pustej mózgownicy , po parugodzinnej wizycie w stolicy. Czy jak mieszkałam tam przez pół roku,  to też było tam tak głośno? tak tłoczno? tak szybko? Niemożliwe. Przeco bym zauważyła, nie? :-D

Normalnie szok. Gdy zapytałam dziewczyny, czy chciałyby wrócić do Brukseli, jednocześnie odkrzyknęły: nieee! Kurcze, jak szybko człowiek przyzwyczaił się napowrót do spokojnego wiejskiego życia. Jednak wsiowy ludź ze mnie. Chociaż nadal uważam, że Bruksela jest bardzo pięknym i ciekawym miastem, to jednak wolę mieszkać w spokojniejszych okolicznościach. Uch!

Bruksela... Przez pół godziny szukaliśmy parkowiska, ostatecznie jadąc metrem do punktu docelowego...
Potem te tłumy ludzi wszędzie, samochody, tramwaje, hałas, zgiełk, pośpiech.... Dziecka nie spuści z oka na sekundę, trzeba mieć oczy dookoła głowy. Uch! Męczące...
Tutaj na wsi dzieci bawią się na ulicy, przez otwarte okno słychać tylko gdakanie kur i kumkanie żab u sąsiadów. Dobrze mi tu.

No tak. Wcześniej nie odczułam wielkomiejskości Brukseli, bo po 3letnim życiu w miasteczku na 4 piętrze tuż koło głównej ulicy, którą całe noce jechały tiry, karetki na sygnale i darli się ludzie, przyzwyczaiłam się do miejskiego gwaru. Jednak pomieszkałam na zadupiu i od razu się odzwyczaiłam od miastowego gwaru.

2 czerwca 2014

... refleksje nad losem własnym i cudzym ;-)

Po wielu interwencjach otrzymaliśmy w końcu część należnych zaległych pieniędzy na dzieci. Hura. Reszta zaległości- jak już wspominałam - wymaga zgromadzenia jeszcze sporej ilości papierków. Zaś na bieżąco mają zacząć wypłacać bodajże od lipca. Oby. Wszak za 500 euro można dzieciom sporo rzeczy kupić.

Ech, kiedyś w gówniarskich czasach tak sobie naiwnie myślałam, że jak będę mieć własne dzieci, to będę w stanie zapewnić im wspaniałe i czaderskie życie. Z góry zakładałam po prostu, że będę super mamą, mamusią najlepsiejszą na świecie... Oczywiste było, że będę mieć zawsze dla dzieci czas, że będę kupować im dużo fajnych rzeczy, zadbam by miały zawsze nowe ciuchy, buty, kosmetyki, by nie musiały wiecznie wstydzić się przed kolegami. Postanawiałam sobie po cichu, że nie pozwolę by siedziały głodne w szkole, by marzły we własnym domu i nie musiały się kąpać w zimnej wodzie i spać w grubych swetrach ...brrrr
Łudziłam się - jak pewnie wielu - że jak się jest dorosłym, to o wszystkim się decyduje, że wystarczy chcieć, a wszystko ułoży się wedle życzenia. Pamiętam też, że w czasach gdy jeszcze z drabiną na poziomki się chadzało, patrząc na takich tam np 30latków , myślało się: "kurcze, tacy dorośli to fajnie mają, są tacy już mądrzy, poważni, wszystko już wiedzą, nie muszą się już niczego uczyć, mogą o wszystkim decydować". O, jak się zazdrościło tym dorosłym tego, że są dorośli...

Ależ się było głupim ulalala...

Teraz mam prawie 40 lat a jakoś specjalnie mądrzejsza się nie nie czuję...
...ani tym bardziej poważna...
i nie ma dnia, by się człowiek czegoś nowego nie musiał uczyć...

No i się ostatecznie okazało, że także i w dorosłym życiu tylko w niewielkim stopniu mamy wpływ na nasz los. Cała reszta zależy od czasu, miejsca pobytu, genów, ludzi, których spotyka się na swojej drodze i całej masy innych okoliczności. Jest wiele teorii i "mądrości życiowych", które mówią, że wszystko, zupełnie WSZYSTKO, od nas samych zależy, wystarczy tylko chcieć...

 taa... jasne...

...myślę, że wyznawcom powyższych teorii los nie dostarczył jeszcze mocniejszych wrażeń typu spotkanie III stopnia z biedą, chorobą, śmiercią, podłymi ludźmi czy innymi plagami tego świata...

Uważam zaś, iż nie głupie jest powiedzenie mówiące, że każdy jest kowalem swojego losu, tylko, że jakoś przez wielu opacznie rozumiane....
Jestem prawnuczką kowala, więc wiem, co mówię :-) ...jesteśmy tylko, TYLKO!  kowalami losu, który dostajemy od Boga, Matki Natury czy kogotamsobiepaństwochcecie. A z lichego materiału nawet najlepszy kowal cuda nie wykuje. Ba, niektóre materiały w ogóle do kucia się nie nadają... O! Mój los z jakiegoś kruchego materiału być musi (made in china czy co?), nie dość, że co chwila reperacji wymaga, to od czasu do czasu wymaga zupełnie nowego materiału i zaczynania wszystkiego od nowa... No cóż.... ma to swoje dobre strony - przynajmniej coś się dzieje, na nudę nie narzekam, czuję, że żyję, choć czasem żyć się nie chce.... No ale życie to przecież ciągły bieg z górki na dół i z dołu na górkę. Musi być równowaga - czasem się trzeba martwić, trzeba płakać, by dostrzec i docenić później te lepsze chwile.

I tu stwierdzam po raz kolejny, że napisanie niektórych rzeczy pomaga mi te gorsze dni przetrwać. I tak oto zauważam, że w sumie moje powyżej wspomniane założenia z lat gówniarskich w dużej mierze udało mi się zrealizować i jestem na dobrej drodze do ich pełnej realizacji. Jednakże nie jest to pstryknięcie palcem jak u czarodzieja z bajki - "pstryk" i już życzenie spełnione. Mam świadomość, że dostarczyłam moim pociechom wielu nieprzyjemnych wrażeń: typu zimny dom,   mieszkanie w ciasnocie, 3 przeprowadzki i 3 zmiany szkoły w ciągu 3 lat, drastyczne zmiany składu rodziny, masę stresu.... Jednak każda zmiana to krok w stronę  słońca, droga ku lepszemu jutru... Tak to widzę.

Dziś moje dzieci mają pełną rodzinę, swoje pokoje, dostęp do Internetu, gorącą wodę w kranie, ulubione kanapki i soki do szkoły, chodzą do szkoły, którą lubią i w której liczy się każdy uczeń a nie tylko wybrani, a co za tym idzie, mają dużą szansę na normalny start w dorosłe życie. Tak uważam. Mam świadomość, że w obcym kraju będzie im zapewne trudniej osiągnąć cele niż miejscowym, bo metryki nie zmieni, a obcy to obcy, ale jestem przekonana, że łatwiej będzie im żyć niż w pl. W pl nie widzę żadnej przyszłości dla przyszłego pokolenia albo raczej widzę czarną przyszłość. Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że podjęliśmy szybką decyzję o emigracji, żałuję tylko, że nie zrobiliśmy tego 3 lata wcześniej, bo nie mielibyśmy teraz żadnych zobowiązań wobec nikogo. No ale cóż, czasu nie cofnie, trzeba to jakoś powoli ogarnąć i wyjść na prostą.

Mówcie co chcecie, ale uważam, że Polska to chory kraj. Dopóki tam mieszkałam i nie znałam innego życia wydawało mi się, że nie jest źle, myślałam, że ja po prostu mam jakiegoś pecha albo taka mało zaradna jestem, że nie potrafię ułożyć sobie życia. Teraz widzę, że to jednak nie kwestia zaradności tylko braku możliwości. W Pl trzeba mieć szczęście jak w totka, żeby móc normalnie funkcjonować. Jak bocian rzucił w odpowiednie miejsce, obdarzył jakąś wybitną cechą można żyć i sobie chwalić. W pl nie ma miejsca dla przeciętnych - trzeba być albo złodziejem i kombinatorem mającym w d. moralność, prawo i dolę bliźniego albo wybitną utalentowaną jednostką. No albo po prostu ogólnie mieć w ...głębokim poważaniu wszystko co się w okół dzieje z przyszłością potomstwa włącznie. Tylko wtedy można żyć w pl i być zadowolonym.

To oczywiście moja opinia, ale nie tylko moja - wystarczy poczytać komentarze i wypowiedzi w różnych miejscach w sieci, posłuchać, co się szepcze po kątach... Ja piszę to jednak na bazie własnych doświadczeń i obserwacji. Co widzę? Swoją rodzinę. W pl pracowałam legalnie, uczciwie przez 14 lat w państwowej firmie. Nie piję, nie palę, nie imprezuję. Przez 6 lat sama wychowywałam córki i gdyby nie darmowa opieka ze strony rodziny, darmowe mieszkanie u rodziców chyba przyszło by mi żebrać, żeby przeżyć. Po tych nastu latach zarabiałam 1200 pln czyli 300 euro na miesiąc... Mój M po 25latach miał niewiele więcej... Nawet gdybyśmy oboje mogli nadal pracować, to ciężko by było ogarnąć, a tu dodatkowo po decyzji wspólnego dalszego życia z jednego zarobku trzeba było zrezygnować, bo zbyt wielka odległość nas dzieliła. Potem się okazało, że druga firma zdycha po tzw prywatyzacji i trzeba było się jakoś ratować... I tak oto wylądowaliśmy na obczyźnie. I co się okazuje - tu M pracuje w tym samym zawodzie, co w pl, czyli jest tzw robolem, i jest w stanie za swoją wypłatę utrzymać 5-osobową rodzinę! Żyje się oszczędnie - i owszem -, ale w każdym bądź razie starcza na opłaty i jedzenie.
W pl nie starczało na opłaty...
I tu mnie właśnie okropnie wnerwia, jak jakiś burak próbuje mi wmówić, że w pl jest dobrze, wręcz zajebiście, tylko wina ludzi, że nie potrafią sobie poradzić, nie chce im się itd.... syty głodnego nie zrozumie... Jak tatuś wybudował dom, babcia opłaciła studia a wujek na stanowisku załatwił robotę to pewnie, że jest zajebiście.... ale jak człowiek miał pecha urodzić się w biednej rodzinie w dziurze zabitej dechami, to ma marne szanse na życie, któremu można by nadać miano normalnego.Mam znajomych na całym świecie. Oczywiście są to ludzie którzy uciekli z własnego kraju jak my.Pracują oni w przenajróżniejszych zawodach, na różnych stanowiskach, ale się okazuje, że bez względu na poziom wykształcenia i wykonywany zawód za granicą wszyscy są w stanie zarobić na życie i jakoś mimo tęsknoty za rodziną i znajomymi w rodzinnych stronach nie palą się do powrotu. Tu w be też już poznałam wielu przypadkowych Polaków i większość mówi, że nie ma po co wracać, że swoją przyszłość wiążą z tym krajem, starają się o obywatelstwo itd. Tylko nieliczni, twierdzą, że chcą wrócić, tylko jak zarobią tyle, by było za co żyć w pl...

A przed nami długa jeszcze droga, by stanąć na nogi i nie wiadomo jakie przeszkody, ale już przynajmniej widać światełko w tunelu.
Dendermonde

Jedno jest pewne - nie żałuję żadnej z ryzykownych decyzji podjętej w ciągu ostatnich lat. Każda wiązała się z ogromnym stresem moim i najbliższych, ale ryzyko się opłaciło. Teraz mam własny Dom. Prawdziwy Dom przez DUŻE "D". Patrzę sobie na moją rodzinę i co widzę?
Moje Córki - panienki, które już wzrostem doganiają matkę, Wesołe istoty, moje utalentowane artystki, które są we dwie praktycznie nierozłączne - wszystko razem, razem oglądają filmy, razem grają w karty i eurobuisnes albo na kompie, razem wydeptują leśne ścieżki,  razem przygotowują prezenty dla mamy - obrazki, piosenki, mini dzieła sztuki. Czasem łzy popłyną ze wzruszenia...
Mój mały synek - nasz Mały Książę - żywa laleczka siostrzyczek, pieszczoch rodziców. Samodzielny, wesoły, rezolutny chłopczyk, który wszystkim we wszystkim chce pomagać.
Mam wspaniałe, najbardziej udane dzieci na świecie. Każde z nich wniosło w moje życie masę światła i radości. To moje szczęścia. Każde z nich inne i wymaga innego traktowania.Każde przyniosło na świat inny zestaw cech, inne dary dostało w prezencie. Z wszystkich jestem dumna. Za pewne nie jestem idealną matką, bo czasem za dużo krzyczę, czasem zaś za mało czasu poświęcam, czasem za mało wymagam... Wiem, że wiele błędów popełniam, jak każdy rodzic. Jednak najbardziej zależy mi na tym, by moje dzieci były przede wszystkim sobą, by czuły, że są kochane, by robiły w życiu to, na co mają ochotę. Nie zależy mi na tym by były kimś ważnym, ale by były zadowolone ze swojego życia. Chyba uda mi się przekazać im moją radość życia, cieszenie się byle czym, bo już to obserwuję. Jest w nich też dużo empatii i wrażliwości, ale chyba też wystarczająca ilość uporu i bezczelności by przetrwać na tym brutalnym świecie.
Dzień Dziecka jest dobrą okazją do rozważań nad własnymi dziećmi i całą swoja rodziną, okazją do rozpoczęcia poprawiania niedociągnięć itd. Stąd dziś właśnie takie moje refleksje.
Oczywiście w moim Domu kompletu dopełnia facet moich marzeń w roli ojca moich dzieci. Mam za sobą związek z kompletnym dupkiem, który nie wywiązał się z roli ojca, bo wolał pójść pić z kolegami i odwiedzać stare koleżanki niż zająć się córką. Mam za sobą wychowywanie dzieci w pojedynkę. Jednak dane mi było spotkać na swej drodze właściwego faceta. Razem jest dużo łatwiej i przyjemniej. Początki były bardzo trudne, za nami wiele ciężkich chwil zwątpienia, ale było warto. Tu w be zaczęliśmy wszystko na prawdę od nowa. Mogę dziś rzec, że los dał nam szansę i ją wykorzystaliśmy. Jednak to dopiero początek, przed nami jeszcze bardzo dużo pracy, bo zaczynanie wszystkiego zupełnie od zera w wieku 40 lat jest nie lada wyzwaniem. Choć my nie zaczynamy od zera, bo mamy już siebie i trójkę dzieci, co mimo że jest cudowne, to znacznie utrudnia pewne manewry, bo zawsze trzeba przede wszystkim brać pod uwagę dobro naszych skarbów. Nie jest bez znaczenia gdzie się mieszka i jaką się ma pracę.