29 sierpnia 2018

Ten Który Umie Już Czytać i to w dwóch językach

- Czy umie pan grać na fortepianie
- Nie wiem.
- Jak to pan nie wie? Albo się umie grać, albo nie.
- Nie wiem, nigdy nie próbowałem.

Przypomniała mi się ta anegdota, gdy w poniedziałek leżałam z Młodym wieczorem w łóżku czytając książkę.

Czytamy książkę "Puc, Bursztyn i goście". Wydawało mi się, że ta książka jest fajna, ale cóż - ona była może fajna jak ja miałam sześć czy osiem lat. Od tego czasu (nie)stety wiele rzeczy się zmieniło. Psy nie ganiają bez smyczy, Katarzyny nie biją psów ani nie karmią ich kotletami... Znaczy może i gdzieś tak jest. Ba, nawet na pewno, ale w naszej rzeczywistości psy jeżdżą we wózkach, chodzą do fryzjerów i psich szkół, jedzą tylko specjalne psie żarcie, ubrane psy są czymś zwyczajnym... Książka ma się zatem nijak do rzeczywistości, a gdy dołączyć do tego masę "zabytkowych" wyrazów i zwrotów, ciężko to ogarnąć już nawet mnie, a co dopiero sześciolatkowi. Jednak Młody każe czytać mimo wszystko (bo nie ma akurat nic lepszego na podorędziu), choć wyraźnie się nudzi. I nagle:

- Mamo, czy tu pisze "nie"? - pokazuje paluchem wyraz na drugiej stronie.
- Tak.
- A tu czy pisze "nie było ich..."?

Już mam go poprawić, że nie mówi się "tu pisze" tylko "jest napisane", ale uświadamiam sobie, że przecież ON NIE UMIE CZYTAĆ, a już na pewno NIE CAŁYMI ZDANIAMI!
- Przeczytałeś to sam? Umiesz już czytać?
- Nie wiem. Umiem?
- Zaraz zobaczymy.
Zeskoczyłam z łóżka i przyniosłam Elementarz do czytania metodą sylabową. Otwarłam gdzieś na początku...
- My-a-my mam, my-a-my-a mama. Dobrze?
- Świetnie. Zobaczmy dalej. - Przewracam kartki.
- O-l-a Oolyaa ola OLA?! Ola to taka youtuberka, znam ją!
- Super. (tu na pewno przewróciłam oczami).
- Ly-o-s los? LOS! A los ze mną gra w pokera, raz mi daje, raz zabiera - Młody śpiewa na cały głos i tańczy na siedząco (bo łóżko jest od sufitem i nie da się tam stać).
- Czytasz, czy się wydurniasz?
- Czytam. Ly-a-ty-o Lato. Zawsze z tobą chciaaałbym być przez całe laaato... -

Nie wiem, skąd on zna te piosenki, bo nie jesteśmy fanami disco polo. Ale można rzec, że nasz syn czyta śpiewająco. On zresztą - nawiasem mówiąc - potrafi wszystko zaśpiewać, nawet jak to do śpiewania przeznaczone nie jest.

Tak czy owak niniejszym pragnę Wam oznajmić, że MÓJ NAJMŁODSZY POTOMEK UMIE JUŻ CZYTAĆ.Choć nigdy go nie uczyłam. Czyta i po polsku, i po niderlandzku (nie omieszkałam sprawdzić). Nota bene czyta nad wyraz płynnie jak na pierwsze samodzielnie przeczytane wyrazy. Skąd mu się to bierze? Oczywiście z dwuznakami sobie jeszcze nie radzi (choć już załapał o co kaman), z długimi i/lub nieznanymi wyrazami też się męczy, ale to tylko kwestia odpowiedniej ilości ćwiczeń, a ćwiczy uparcie po parę linijek dziennie po polsku.

Kurde, nie dawno zastanawiałm się jak to będzie z tą nauką czytania, zasięgałam języka o szwagierki mającej dwujęzyczne dzieci, trapiłam się, czy znajdę czas i cierpliwość, by nauczyć go samodzielnie czytać po polsku. A ten przychodzi i pokazuje że umie już czytać. Buachacha.

Takie dziecko to luzik. Najpierw SAM (wujek youtube trochę pomógł) nauczył się liczyć do 20 w trzech językach. Potem nauczył się dodawać do 100 i odejmować do dwudziestu, co doskonalił przez kilka tygodni katując wszystkich pisaniem równań na tablicy. Ostatnio poszerzył dodawanie do kilkuset ogrywając ojca w kości.

W przedszkolu nauczył się liter po niderlandzku, w domu pytał jak się one nazywają po polsku.
Teraz odkrył, że umie czytać.

Ale uwaga, wczoraj rano zauważył, że ta podkładka co ma ją na stole koło kompa to "RAZY"
- Mamo, czy 3 razy 10 to trzydzieści?
- Tak.
- A 3 razy 7 to 21?
- Zgadza się.
- To wszystko tutaj to razy?
- Tak. Możesz się tego wszystkiego na pamięć nauczyć. Przyda ci się w szkole.
- DOBRA.


Tak to jest, gdy człowiek nie ma czasu dla własnych dzieci, tylko same muszą się sobą zajmować i same ze wszystkim radzić.

Od teraz Młody już nie bedzie nazywany Młodym tylko Tymktóryumiejużczytać.

A tymczasem w naszym lesie zrobiło się fioletowo, bo zakwitł wrzos. Las to doskonałe miejsce, by zaczerpnąć porządnie oddechu zanim zacznie sie pakować podręczniki do tornistrów. Las jest piękny nawet w deszcz.




Wrzosy w naszym lesie. Buggenhoutbos


19 sierpnia 2018

Nasze prywatne zoo, magiczna moc zwierząt.

Ciągle opowiadam na tym blogu o przygodach "naszej Piątki" i właśnie skonstatowałam, że określenie jest już od dawna nieaktualne. Od pewnego czasu powinnam raczej mówić o naszej Dziesiątce. Dobrze porachowałam: ja, M_jak_Mąż, Najstarsza, Młoda, Młody, Królowa, dwa morisy i 2 summery -  wielkie kolorowe i szalone zoo, nasza wspaniała rodzinka.

Nasze zwierzaki są przecież członkami naszej rodziny, one są zależne on nas, a my od nich. Gdy pojawiła się Fluffy, mieliśmy wiele obaw, czy to nie będzie za dużo obowiązków, za dużo pieniędzy wydanych, za dużo kłopotów. Takie same pytania pojawiały się z każdą następną żywą istotą.

Dziś wiemy doskonale, że każda żywa istota w domu - zarówno człowiecza, pierzasta jak włochata to kupa problemów, obowiązków, trosk, pieniędzy. Jednakże gdy zobaczy się na własne oczy, doświadczy i poczuje na własnym ciele, ile te wszystkie istoty dają radości, szczęścia, uśmiechu to człowiek wie, że warto było. Że warto mieć partnera, że warto mieć dzieci, że warto mieć zwierzęta.... warto mieć tę kupę szczęścia w swoim domu i czerpać z niej każdego dnia.

Doszłam do wniosku, że mało opowiadam tu na blogu o naszych braciach najmniejszych i chyba pora to nadrobić. 

Puchaty króliczy świat


w koszu jest siano, w sianie jest Zajonc
Kiedyś opowiadałam już o naszej najpierwszej podopiecznej Fluffy, zwanej też Flafunią, Królową, Lusią, Lalunią, Laluszką, Kłapouchą, Zajoncem (nie, nie przez ą). Można przeczytać tutaj (klik)

Dziś Fluffy mieszka z Najstarszą na strychu. Mają zatem dla siebie jakieś 36m kwadratowych przestrzeni. Flafunia ma wydzieloną za pomocą metalowego płotka część pokoju z własnym prywatnym króliczym oknem na świat. Z tego okna Królowa patrzy na świat z góry leżąc na parapecie. Podłogę ma wyścieloną dywanikami, które raz w tygodniu trzeba wytrzepać z kurzu, a raz na jakiś czas wrzucić do pralki w celu odświeżenia. Królowa ma też oczywiście własną toaletę z kuwetą, którą trzeba sprzątać 2 razy w tygodniu, by w pokoju nie troliło. Zresztą Królowa bardzo pilnuje porządku - od razu wiadomo kto tam na tym strychu i w ogóle w domu jest panią. Gdy z kuwety zaczyna trolić a Człowiek zdaje się ten fakt z premedytacją ignorować, królik wkracza do akcji. Od świtu zaczyna czynić taki hałas, że cały dom stawia na nogi. Zastanawiacie się pewnie jak niby królik czyni hałas? Królik nie szczeka, nie miauczy, nie kukuryka c'nie? Może i nie kukuryka, ale myślicie że po co natura dała królikowi wielkie stopy i wielkie zęby? Zastanawialiście się kiedyś nad tym? Powiem wam. Królik po to ma zęby, by chwycić nimi metalowy płotek i nim telepać i tym telepaniem wywołać odpowiednią reakcję.... Wy się pytacie jaką? JAKĄ?!! Weźcie se 4 metalowe ramki, połączcie je luźno drutami, postawcie na podłodze na strychu i potelepcie. Tylko nie po 22giej, żeby sąsiedzi na policję nie zadzwonlili... Ale - jako się rzekło - królik oprócz zębów ma jeszcze wielkie królicze stopy, którymi wali łupce... Gdy macie cienki strop (tak jak my) to na dole słyszycie każdy krok postawiony przez kogoś na strychu, a co dopiero solidne tupnięcie. Królik tupie bardziej niż solidnie, co słychać nawet w salonie 2 piętra niżej...
królicza zagroda na strychu i płotek do robienia hałasu

Jednak uwaga, królik nigdy nie tupie ani nie robi hałasu bez powodu. Nasz tupie, gdy coś mu dolega - jest głodny, zmęczony, czegoś się boi lub coś go boli. Klatką trzęsie, gdy nie dostanie o określonej porze (o tej co zawsze dostaje) świeżej zielonki, gdy Najstarsza śpi wtedy, gdy już powinna do szkoły się zbierać albo siedzi przy kompie wtedy, gdy już powinna spać. Królika oczywiście nie obchodzi czy człowiek idzie do szkoły i czy śpi, królika obchodzi, że przed wyjściem do szkoły i przed spaniem królik otrzymuje porcje głaskania i może biegać po całym pokoju i że w nocy chce sam odpoczywać albo jeść, skoro nie może spać, bo człowiek świeci światło. Królik to bardzo mądra istota.


Opowiem wam też o tym jak nasz królik tupał ostatnio i że bardzo się wtedy martwiliśmy o naszą puchatą kochaną królową.

Najpierw była historia z zapomnianym anturium. Pod naszą nieobecność Mąż otwierał na strychu okno i anturium zamiast postawić z powrotem na parapet, postawił na podłodze. Najstarza nie zauważyła kwiatka na podłodze i uwolniwszy po swoim powrocie kłapouchą przyjaciółkę z ogrodzenia, zajęła się komputerem. Dopiero jak do jej mózgu dotarła informacja o zapachu miażdżonej zieleniny zaczęła się rozglądać po pokoju, bo nie była to wszak pora dostawy trawy do króliczej miski. A wtedy już pół liścia anturium było pożarte. Powszechnie wiadomo, że anturium  należy do roślin trujących i że króliki nie wymiotują... Było za późno na weta, bo to wieczór był... W nocy królik zaczął walić łupce, co znaczy że coś jest nie tak, że coś mu dolega.... Rano leżał jak z diabła skóra, oblizywał się i  ślinił nienormalnie (anturium podrażnia błony śluzowe) no i tupał, tupał, tupał. Musiało piec w pyszczek i może brzuszek bolał... Jednak cały czas piła i jadła normalnie. Z chęcią lizała też kostki lodu, co pewnie troche łagodziło ból. Głaskaliśmy, przytulaliśmy. Na szczęście po południu już wszystko było w porządku - Królowa zaczęła harcować po pokoju. Uff! 

Potem była historia z burzą. Po blisko dwumiesięcznej suszy w końcu z wielkim hałasem nadszedł deszcz. Nadszedł w środku nocy. Wiało, jak by się kto powiesił. Toczyło worki z plastikami i puszkami po drodze, błyskało się jakby paparazzi z całego świata się na wieś zjechali no i grzmiało, buczało, dudniało... Burza letnia w pełnej krasie.  W Belgii burze raczej rzadko sie zdarzają. Myślę, że nasz biedny 2letni królik widział prawdziwą  burzę po raz pierwszy w swoim króliczym życiu. Okropne przeżycie dla małego króliczego serduszka... Najstarsza sama bała się burzy i uciekła do siostry na dół. Zaspana i przestraszona nawet nie pomyślała, że nasze króliczysko też może się bać burzy. A bało się okropnie. Jakieś hałasy, błyski a do tego człowiek uciekł i zostawił biedne króliczysko samotne na strychu...

Usłyszałam że tupie raz za razem i biega po strychu wte i wewte. Gdy weszłam na strych, zobaczyłam, że wskakuje na parapet i zeskakuje, staje słupka i patrzy przez okno na te błyski, znowu wskakuje na parapet, zeskakuje, przebiega przez swoje tunele i pudełka, gania po pokoju i znowu do okna... Strach, panika i przerażenie w wielkich króliczych oczach... W końcu udało mi się ją zdybać i zatrzymać na chwilę na dywanie  z dala od okna. Serducho waliło jej niesamowicie. Zaczęłam głaskać, szeptać i uspokajać... Głaskałam, głaskałam, głaskałam... Po parunastu minutach się uspokoiła, zrozumiała małym króliczym rozumkiem, że jest bezpieczna i już spokojnie po króliczemu pokicała pod ścianę, tam gdzie najchętniej śpi. Ja mogłam wrócić do swojego łóżka. 

Teraz w czasie wakacji Fluffy tylko na noc jest zamykana w swojej części pokoju. Za dnia, gdy tylko Najstarsza nie śpi, króliczysko ma do dyspozycji cały pokój. Ostatnio dla bezpeiczeńswta wszystkie możliwe kable na wysokości królika zostały przyczepione do ścian i zabezpieczone plastikowymi tuneleami, bo króliki - jak każdy wie - oglądają wszystko zębami, a oglądanie zębami kabli jest śmiertelnie niebezbieczne nie tylko dla królika rzecz jasna.

Fluffy kica sobie przeto po pokoju swobodnie, zagląda do wszystkich kątów, asystuje przy każdej czynności, wskakuje na łóżko lub chowa się pod nim. Gdy Człowiek siedzi zapatrzony w kompa, królik siada na specjalnie przygotowanj dla niej poduszcze i zapatrza się w człowieka. Mogą tak siedzieć obie pół dnia. Czasem królik - gdy się znudzi - wskakuje człowiekowi na kolana na krzesło. Od czasu do czasu człowiek zostwia komputer i siada na podłodze i zajmuje się intensywnie pieszczochaniem królika - czesze, głaszcze, przycina futerko, zawija się razem z królikiem w koc i razem sobie leżą relaksując się i ciesząc swoją wzajemną obecnością i przyjaźnią. 

Każdy kto zachodzi na strych jest gorąco witany przez królika kręcącego młynka wkoło stóp i spoglądającego w górę, by sprawdzić czy człowiek przyniósł coś dobrego do jedzenia dla swojego królika. Nasz królik najbardziej lubi dostawać w prezencie winogron (bez pestek), płatki róży, lebiodę, pietruszkę, gałęzie i suchy chleb. No, to ostatnie jest pewnie tak samo zdrowe dla królika jak dla nas cukierki i chipsy, ale tak jak my nie tyjemy po cukierkach tak królik nie utyje od chleba, bo i my i on mamy sporo ruchu. Byście widzieli (albo przynajmniej słyszeli) co ona wyrabia wieczorem. Ło matko - czasem myślę, że sufit się lada moment zawali, a klapa od strychu to już na pewno odpadnie. Gania po całym strychu jak przeciąg, tak że człowiek tylko szarą smugę widzi. Króliki są niesamowite z tymi swoimi zwrotami, skokami, nawrotami w powietrzu, i nigdy nie zderza się z niczym. Wskakuje z rozpędu na łóżko, parapet, przebiega przez tunele (takie dla kotów), pudła kartonowe, ślizga się na zakrętach na drewnianej podłodze, ale widać - bawi się wyśmienicie. Czasem, gdy nie ma ochoty być zamknięta w kojcu, bawi się w berka razem z Najstarszą, a wtedy to już serio tynk z sufitu zaczyna na dole odpadać hehe. Zabawny jest ten nasz królik, ale bardzo go wszyscy kochamy i nie wyobrażamy sobie, by dziś miało go nie być. Najstarsza nie ma przyjaciół w realu, tylko w necie kilku znajomych, ale w domu ma swoją największą przyjaciółkę, którą można przytulać, o którą można się troszczyć, do której można pogadać, która kocha całym swoim króliczym serduszkiem.

Rozćwierkany ptasi świat

Summer
Młoda też ma ogromny ponad trzydziestometrowy pokój i dzieli go od pewnego czasu z dwoma nimfami. Na początku była jedna żółta nimfa, nazwana Summer, by ogrzewać i swoim papuzim ciepłem i rozjaśniać swoim blaskiem nastoletnią zagubioną duszę. Młoda na początku trochę bała się swojej papużki. Obie bały się jedna drugiej. Brakowało jej wiary we własne siły i umiejętności, obawiała się, że nie będzie dobrą "mamą" dla tego pierzastego maleństwa. Jednak walczyła z tym, próbowała i nie poddawała się, czytała internet, poznawała tam innych posiadaczy papug i ich podopiecznych. Dziś po roku czasu czuje się bardzo swobodnie ze swoimi ptaszynami. Jest świetną, troskliwą i odpowiedzialną opiekunką zwierząt. Na początku się wydawało, że nie ma wrodzonego talentu rozumienia języka zwierząt, jednak okazuje się, że tego można się nauczyć, jeżeli tylko się chce. Ona chciała bardzo, bo kocha zwierzęta a dzięki wrodzonej empatii, bardzo szybko zaczęła odkrywać, co jej przyjaciele chcą jej powiedzieć swoim zachowaniem i wydawanymi dźwiękami.

W międzyczasie doszła do wniosku, że samotny Summer nie może być szczęśliwy, bo przecież gdy ona wychodzi do szkoły na 9 godzin, ta ptaszynka musi być bardzo smutna. Kupiliśmy zatem papużce przyjaciela. Młoda wybrała takiego szarutkiego, malutkiego, wyraźnie najsłabszego w klatce, którego najwyraźniej inne ptaki poniewierały... bo słabszym trzeba zawsze pomagać... Szarutki wydawał się być przeciwieństwem słońca, więc dostał imię "Snow flake". I faktycznie okazał się takim małym upierdliwym płatkiem śniegu, który wszędzie może się wcisnąć i narobić wiele zamieszania. Bardzo szybko nauczył spokojną Summer, że życie nie kończy się na klatce i żyrandolu. Razem we dwoje już w pierwszym tygodniu zbadali całe tereny nad szafami, spróbowali ze sto razy usiąść na sznurku z balonami, sprawdzili też ze 100 raz, czy papuga na pewno nie zmieści się na karniszu pod sufitem, próbowali zrobić więcej dziur w firance, zwalili ze stołu wszystko, co się zwalić dało za pomocą machania skrzydłami i dzioba, nasrały na łóżko człowieka. Ostatnio odkryły, że papugi mogą też chodzić na piechotę po podłodze i ile rzeczy tam można znaleźć, o które da się dziób zahaczyć i popsuć to hoho.

Trzeba wam wiedzieć, że nasze papużki - podobnie jak królik, są zwierzętami bezklatkowymi. Latają po całym pokoju kiedy chcą. Przeważnie jednak siedzą na klatce (bo mieć to klatkę mają, tylko że zawsze otwartą) albo na żyrandolu. Od czasu do czasu lecą też na stół, na którym Młoda wystawia im wodę do kąpieli, a po kąpieli oczywiście sprząta ten bajzel, który się wytworzy.

Można godzinami siedzieć i patrzeć na te stworzenia. Snowflake śpiewa Summer swoje miłosne serenady. Obydwie poprawiają sobie wzajemnie piórka na łebkach, co daje przesłodki ale czasem  i komiczny widok. Kąpiel w misce z wodą jest też niesamowita - co ten ptak nie wyrabia, żeby się cały wykąpać w płytkiej wodzie. Młoda oczywiście je próbuje oswoić, co - jak wiadomo - przy dwóch ptakach łatwe nie jest. Summer jednak już pozwala sobie dawać całuski. Snołen cały czas syszy i ciągle straszy otwartym na całą szerokośc dziobem, gdy tylko człwowiek się zbliża za bardzo. Jednak i on się już nie boi. Obydwie papużki szybko przychodzą do trzymanej w ręce gałązki czy mlecza i natychmiast zabierają się za masakrowanie zielonki dziobami i zjadanie co lepszych kawałków oraz wyrzucanie reszty. A takie świeże dojrzałe proso prosto z pola - papuzi raj, frajda niesamowita z wyłuskiwania ziarna dla ptaka, a dla człowieka przyjemność podziwiania tej czynności.

Kwiczący świat.


Młody oczywiście też ma swoich małych włochatych przyjaciół w swoim pokoiku i kocha je całym swoim sześcioletnim serduszkiem. Systematycznym karmieniem i sprzątaniem zajmuje się najczęściej tata, a Młody co najwyżej asystuje i głaszcze swoje świniaki. Od czasu do czasu donosi im smakołyki takie jak cykoria czy papryka. Wieczorem zawsze do nich gada i głaska no i obserwuje ich mniej lub bardziej szalone poczynania w klatce i na wybiegu. Wybieg ma pod swoim łóżkiem (on śpi pod sufitem) pozbijany przez tatę z desek i wyścielony linoleum oraz udekorowany kamieniami, gałęziami itp. Sara jest spokojną świnką, uwielbia głaskanie. Można ją brać na ręce i pieszczochać. Natomiast Niko to typ dzikusa. Jego (oficjalnie wg Młodego to facet, ale tak serio to też dziewczynka) można głaskac tylko po nosie i pod szyją (o ile łaskawie pozwoli nie łapiąc zębami za palce). Gdy tylko wyjedzie się z głaskaniem za świnkowe uszy i swinkowy łeb - świnia w sekundę znika w swoim schowanku. Znika też, gdy usłyszy większy hałas albo zobaczy jakiś cień. Cykor, jakich mało. Ubaw mamy przedni z tych wariatów piszczących za każdym razem, gdy tylko ktoś zaszeleści jakimś workiem lub odezwie się w pobliżu świnkowego pokoju. 

Niko-Tiko mały cykor

moriskowy wybieg
Każdy ma swojego podopiecznego, ale też każdy odwiedza systematycznie wszystkie stworzenia, by pogłaskać, zagadać, poobserwować czy podrzucić jakiś smakołyk.

To nasze zoo dodało nam wszystkim dodatkowych obowiązków i uwiązało na stałe do domu. Pewne jest bowiem, że dziś nie możemy wyjechać nigdzie wszyscy na raz na dłużej niż jeden dzień, gdyż ktoś zawsze musi dbać o nasze maleństwa. Nie wyobrażam sobie, by komuś je dać na przechowanie, bo nie wiadomo co taki obcy zrobiłby naszym stworzeniom, a pewne jest że one by bardzo to przeżyły, bo są do nas i do domu bardzo przywiązane.

Mimo to jakoś nigdy nie żałowałam ani przez sekundę, że przygarnęliśmy te wszystkie istoty pod swój dach. Tak samo jak nigdy nie żałowałam, że zostałam mamą. Każdego dnia bowiem obserwuję, jak wiele znaczą te puchate, cieplutkie kulki dla moich własnych dzieci i wiem, ile znaczą dzieci dla mnie.

Zwierzątko to istotka, którą trzeba się opiekować, o którą się trzeba troszczyć, o której trzeba myśleć tak jak o dziecku. A to wszystko nadaje przecież sens naszemu życiu. Gdy mamy o kim myśleć i o kogo się troszczyć, to jest po co żyć. Miałam okazję obserwować, jaki dobroczynny wpływ miało pojawienie się zwierzątek na moje zagubione w obcym świeci i samotne w tłumie nastocórki. Gdy się nie ma przyjaciół wśród ludzi, dobrze mieć choć przyjaciół wśród innych żywych stworzeń. Człowiek czuje się o wiele mniej samotny, bo jest ktoś, o kogo można się troszczyć i kogo można przytulić. To więcej, niż się niektórym wydaje. 

Gdy ma się jakieś zwierzę w domu, to zawsze ma się też o czym opowiadać, czym pochwalić. Zwierzę usprawiedliwi też w razie co - z tego co mi wiadomo - niewyspanie zauważone w szkole (gdy ulubiony jutuber ma lajwa w nocy to zawsze można wychowawcy rano naściemnić że te wory pod oczami to dlatego że papugi z jakiegoś powodu darły dzioby cała noc). Nie żebym popierała siedzenie po nocach w czasie roku szkolnego i szkolne ściemy, ale byłam kiedyś nasto i wiem, że młodość ma swoje prawa a nauczyciele są jak nietoperze (niedowidzą, a wszystkiego się czepiają, a ja rodzic sie muszę potem na wywiadówce tłumaczyć...). 

Zwierzak to też dobry sposób na poznanie innych posiadaczy zwierzaków, innych nastolatków płci obojga...

Głaskanie i przytulanie zwierząt - jak dowodzą badania psychologów a ja obserwuję na sobie i mojej Piątce - ma dobroczynny wpływ na ludzką psychikę - uspokaja, poprawia nastrój, leczy chorą duszę.

No i zwyczajnie ja bardzo kocham zwierzęta, lubię je mieć blisko siebie, lubię na nie patrzeć, obserwować ich zachowania. Zwierzę wnosi wiele radości do domu. Oczywiście pod warunkiem, że domownicy mają serce do zwierząt i potrafią się o swoich braci mniejszych troszczyć...


NIE KAŻDY POWINIEN MIEĆ ZWIERZKA!!!!!

Niestety zbyt wielu ludzi nigdy nie powinno nawet w pobliżu zwierząt przebywać, bo zwierzęta już na sam ich widok mają dreszcze.

Ludzie czasem nie potrafią zapewnić własnemu dziecku jedzenia i warunków do życia, ale mimo to biorą sobie jeszcze zwierzaka, który potem nie ma nawet własnego kąta, je byle co i byle kiedy o ile w ogóle... Ludzie traktują też często żywe stworzenie jak jakąś gównianą zabawkę, którą można rzucać, kopać, poniewierać, a jak się znudzi wywalić na śmietnik i mieć w dupie że stworzenie cierpi tam z zimna, ze strachu, w samotności umiera powoli bolesną śmiercią głodową... Ludzie bez serca, bez duszy, bez mózgu.... Skurwiele.

ZWIERZĘ TO ŻYWA ISTOTA, KTÓRA CZUJE BÓL I STRACH. 

Niektórym się wydaje, że głupi kot, pies, królik czy ptaszyna może się w domu wychować na odpadkach z ludzkiego stołu siedząc w ciemnej piwnicy lub ciasnej klatce, że głupiemu zwierzęciu nie potrzeba okazywać uczuć i ciepła, bo to TYLKO zwierzę... Wielu ludziom nawet przez myśl nie przyjdzie, by przed zakupem zwierzaka poczytać w necie (o książkach i bibliotece nawet nie mówię, bo wiem że dla wielu te słowa to czysta abstrakcja)  jakich warunków potrzebuje dany zwierzak, co je, jak często sika, jak długo żyje, ile kosztuje jedzenie, wyposażenie, gadżety, utrzymanie. Biorą zwierzaka BO CHCĄ tu i teraz albo co gorsza DZIECKO CHCE. Nie zastanowią się, że utrzymanie gadziny kosztuje dużo pieniędzy i czasu. Nie pomyślą, że zwierzę może nas ograniczać. Nie rozumieją, że zwierzaka nie można schować do szafy czy wyłączyć, jak się znudzi albo chwilowo nie będzie z nim co zrobić. 

ALE PAMIĘTAJCIE...

Ludzie, którzy nie mają serca do zwierząt, nie mają też serca do innych ludzi. 

15 sierpnia 2018

Nasze rowerowanie po Flandrii. Co to są knooppunt-y?

Kiedyś doszły do mnie plotki na mój temat jaka to ja jestem głupia dzida, że nie zrobię se jak każdy normalny człowiek  prawa jazdy, bo kto to wogle widział rowerem do pracy dojeżdżać w dzisiejszych czasach...? Przeco tylko bidoki i głupole jeżdżą rowerami, bo ich nie stać na samochody albo nie potrafią zdać egzaminu na prawo jazdy. 

Wiadomo, że każda NORMALNA polska baba i NORMALNY polski chłop wszędzie popierdziela autem. Jakby się dało, to i do sracza by jeden z drugą jeździli samochodami. Tylko dlaczego potem stoją przed tym lustrem w łazience, dlaczego płaczą nad tą nieszczęsną wagą, dlaczego odpowiadają na fb na każde ogłoszenie "chcesz schudnąć 5 kilo bez diet i wyrzeczeń? napisz!", dlaczego zazdroszczą, że taka głupia Magda może być szczupła i mieć zgrabne giry choć ma 41 wiosen na karku, a on czy ona tacy porządni ludzie muszą mieć taki gruby wanc i te mięśnie takie lelawe...? Dlaczego oni non stop muszą się oschudzać, uważać na każdy kęś a dupa i tak rośnie...? Dlaczego taka niesprawiedliwość na tym świecie? 

Pewnie że prawo jazdy i samochód się przydaje i są potrzebne, a wręcz niezbędne gdy się mieszka na wsi. Pracujący ludzie zakupy robią raz w tygodniu i to jest dużo towaru, który najłatwiej przewieźć autem. Gdy lubi się podróżować, auto jest jednym z bardziej  komfortowych środków transportu. Gdy się musi daleko dojeżdżać do pracy ze wsi, auto też jest niezbędne, by na autobusy godzinami nie czekać. Dlatego mamy auto, ale jedno nam spokojnie wystarcza. Jest nowe, ładne, siedmiosobowe, ma duży bagażnik i nie żre paliwa jak smok. Auto jest fajne i praktyczne, ale rower i tak jest fajniejszy.

ROWER TO NIE POJAZD, ROWER TO STYL ŻYCIA,  rower jest wielce okej. 


Ja rozumiem, że nie każdy lubi rowery, znam kilka osób, które nie potrafią nawet na nich jeździć, choć mają tyle lat co ja albo i więcej. Rozumiem że ktoś się boi słońca, wiatru, deszczu, czy otwartych przestrzeni. Rozumiem, że temu czy tamtemu przeszkadza zapach gnojówki na wsi czy spalin w mieście, że kogoś irytują te pitolące wkoło ptaki, pszczoły, że ktoś jest za chudy w uszach by codziennie zmuszać się bez potrzeby do aktywności fizycznej. To ich życie, ich zdrowie, ich sprawa. Szkoda tylko, że są typy, które nie potrafią przyjąć do wiadomości, że na tym świecie istnieją ludzie, dla których rowerowanie nie jest obowiązkiem, przymusem, katorgą, czy inną tam katastrofą życiową tylko najzwyklejszą przyjemnością i frajdą. Ja właśnie do tej kategorii należę, co więcej wiem, że takich czubów jest na tym świecie całkiem sporo, szczególnie tu w Belgii czy w Holandrii...

Tutaj w Belgii na szczęście rowerowanie jest czymś tak normalnym jak niebieskość nieba i zieloność trawy. Znam tu osobiście wielu ludzi, którzy mają w garażu po kilka samochodów i to nie byle jakich, ale mimo to do pracy dojeżdżają rowerami po kilkanaście nawet kilometrów. Nikt się temu nie dziwuje. Jakiś czas temu czytałam w gazecie o Belgu, który dojeżdża rowerem codziennie ponad 100km. STO KILOSÓW w te i sto kilosów z powrotem. Mówi, że może i później jest w domu, niż inni, ale jemu to nie przeszkadza, bo jazda rowerem daje mu wiele radości i satysfakcji. Skubaniec.

Od znajomych fanów rowerowania wiem, że i w naszej ojczyźnie już coraz bardzej rower powszednieje, że sporo ludzi zasuwa rowerami do pracy z własnej i nie przymuszonej woli, a nie że samochodu nie mają albo nie stać ich na bilet i coraz mniej osób sie temu dziwuje. Cieszy mnie to, bo rower to super sprawa.

Ja mam od roku rower elektryczny. Przejechałam nim już blisko 4 tysiące  kilometrów, zatem mogę już coś na ten temat rzec. I rzeknę, że to całkiem zacny wynalazek, ale zdecydowanie nie dla każdego. Rower elektryczny to nie zastępstwo dla zwykłego roweru - jak sie niektórym wydaje, tylko jego uzupełnienie. 

Rower elektryczny to idealny środek transportu na dojazdy do pracy, szczególnie gdy - tak jak ja - pracuje się ciężko fizycznie albo ma się dalej niż 10 kilometrów i więcej niż 25 wiosen na karku, ale mimo wszystko lubi się kręcenie pedałami. Rower jest tańszy niż auto, częstokroć szybciej też nim się dotrze do roboty niż autem, bo nie trzeba stać w korkach, omija się wiele świateł i skrzyżowań.

E-bike to też idealne rozwiązanie dla emerytów, którzy już szczytową formę fizyczną mają dawno za sobą, ale lubią sobie porowerować przy niedzieli (czy innym dniu) z innymi emerytami. 

Elektryk to raczej nieprzydatny sprzęt dla sportowców w formie. Jak człowiek ma sprawne nogi, to nie kupuje wózka inwalidzkiego, ale nie znaczy że trzeba od razu ten wynalazek wyśmiewać, bo nie wiadomo, kiedy przyjdzie z niego skorzystać c'nie? Gdy poczyta się opinie polskich internautów, to na prawdę czasem nie wiadomo, czy się śmiać czy raczej zapłakać. Zresztą i osobiście od znajomych usłyszałam "to TY taka rowerzystka i jeździsz rowerem E-LE-KTRY-CZNYM?" Wiadomo, straszny wstyd obciach i żenada, że dorosły czterdziestoletni człowiek, który zapierdala po 8 godzin ciężko fizycznie jedzie rowerem elektrycznym gdziekolwiek. Dobrze, że nie wstyd jak ktoś do domu kupuje rower, który nawet nie jeździ albo na siłownię jeździ 500 metrów samochodem. Ha! To nie jest śmieszne, to jest fancy i cool - karnetem na siłownię i rowerkiem do ćwiczeń w salonie się szpanuje. Choć to i tak lepiej niż śmiać się z kogoś, że jeździ rowerem  elektrycznym do roboty po 20 km, samemu wszędzie dojeżdżając autem i nie pracując w ogóle muachachacha.

Nie no, słuchajta, kiedyś łaziłam po górkach z plecakiem, trenowałam sztuki walki, biegałam, jeździłam i do dziś jeżdżę rowerem, stąd wiem, że w tej sportowo aktywnej społeczności nikt nigdy się z nikogo nie wyśmiewa, bo każdy wie, że człowiek ma różne prezdyspozycje, że raz człowiek czuje się lepiej, raz  gorzej, że każdy ma inny cel, ale każdy zajmuje się sportem dlatego, że chce i tak jak chce. Najwięcej do powiedzenia i do wyśmiania mają ci, dla których jedyna aktywność fizyczna to klikanie pilotem od telewizora, otwieranie i zamykanie lodówki, którzy rowery, rolki, narty itp. kupują, żeby raz zabrać je w teren i się pochwalić zjęciami na fejsbuku albo w ogóle tylko na fejsbuku rower czy narty widzieli. No ale szczegół.

Elektryk nie nadaje się na długie trasy, bo bateria starcza na około 60-80 km, no chyba że jeździ się bez włączonego biegu. Nie wiem, czy to rowerowi nie szkodzi w jakiś sposób, ale ja tak często jeżdżę na luzie, gdy rowerujemy w weekend. Mamy co prawda inne rowery, ale to rowery tanie na potrzeby dojazdów do szkoły i pociągu (takie których nie będzie żal, gdyby zostały skradzione) żaden nie jest tak wygodny i żaden tak lekko nie chodzi jak ten elektryczny. Tylko mój elektryk i kettler małżonka nadają się na porządne łikendowe rowerowanie.

Ale powiem wam tu coś jeszcze. Gdy jadę po równym terenie, podczas bezwietrznej pogodzie i w swoim tempie to na prawdę nie widzę żadnej różnicy w rowerowaniu rowerem elektrycznym i rowerowniu zwykłym dobrym rowerem (kto roweruje, ten pewnie wie, jaka jest różnica pomiedzy jazdą jakimś wigry3 a porządnym nowoczesnym rowerem). Obydwa kosztują mnie tyle samo wysiłku. Różnicę zaczyna się odczuwać dopiero przy górkach (choćby najdrobiejszych), wietrze (choćby lekkim) i gdy się człowiek śpieszy. Gdy jadę pod górę, pod wiatr i bardzo się śpieszę na zwykłym rowerze muszę się nieźle napocić, by jechać tak jak chcę Natomiast na elektryku ciąglę jadę jak po równym i bez wiatru tylko normalnie kręcąc pedałami. Ale właśnie - ktoś kto nie widział na oczy roweru elektrycznego może myśleć (z tego co widzę i słyszę to właśnie myśli), że rower elektryczny to sam jedzie. A figa, to ciągle jest rower (choć może są modele co same jadą, ale to już chyba raczej motorowery) - jak nie kręcisz, to nie jedziesz. Czyli jak wsiadacie na zwykły rower i macie po równym, albo niedajboże z górki to nie możecie mówić że jechaliście rowerem, bo to tak samo jakbyście jechali elektrykiem - NIE LICZY SIĘ ;-)


Ścieżki rowerowe i knooppunt-y.

My rowerujemy całkiem dużo, ale tyle by dać rady potem przez cały tydzień pracować normalnie po te 8 godzin. Rowerownie we Flandrii jest czymś fantastycznym, bo wszędzie są ścieżki rowerowe. Co więcej cała ta sieć ścieżek rowerowych jest zorganizowana wyśmienicie i z rozmysłem. We Flandrii ścieżka rowerowa to nie tylko kawałek specjalnie przygotowanej, wyasfaltowanej, czy wyłożonej kostką drogi dla rowerzystów pozwalajacej bezpiecznie przejechać od punktu A do punktu B. Niektóre ścieżki rowerowe to zwykłe wąziutkie ścieżki żwirowe, albo i błotniste ścieżunie pomiędzy polami kukurydzy, czy gdzieś tam przez lasy, krzaki,  bagna i pustkowia. 
kawałek atlasu rowerowego

Cała rowerowa sieć ścieżek jest doskonale oznaczona tabliczkami z nazwami specjalnych tras i ich długością. Każde skrzyżowanie dwóch rekreacyjnych  ścieżek rowerowych ma swój numer, tzw KNOOPPUNT. Na każdym skrzyżowaniu są drogowskazy z numerami kolejnych skrzyżowań. Wszystko to oczywiście naniesione jest na specjalne rowerowe mapy, które można dostać w każdej księgarni. Na mapie podane są odległości pomiędzy poszczególnymi punktami, by można sobie szybko obliczyć, ile się da radę przejechać albo ile się przejechało.

Są też specjalne aplikacje na telefon, na których można sobie jeszcze w domu wytyczyć trasę zaznaczając poszczegóne KNOOPPUNTy, którymi chce sie pojechać. Apka od razu obliczy nam kilometry. Gdy wykupi się abonament, można korzystać z głosowej nawigacji. Jednakowoż ona wcale nie jest potrzebna do szczęścia - sama apka lub zwykła rowerowa mapa wystarcza, bo oznaczenia tras są doskonałe. Przejechaliśmy już dziesiątki kilometrów korzystając z tych wytyczonych tras i jesteśmy bardziej niż zadowoleni.

Co jeszcze trzeba tutaj dodać to fakt, że te wszystkie trasy nie są wytyczone bylejak, byle było. Te ścieżki wiodą przez takie tereny, na które sami byśmy pewnie w życiu nie trafili, no chyba że przypadkiem. Pamiętać tylko trzeba, że te rekreacyjne ścieżki - jak już wspomniałam - nie rzadko są dosyć hardcorowe. Czasem jedzie się pięknym gładziutkim asfalcikiem, czasem po krzywo ułożonej i wybulonej przez liczne korzenie kostce, czasem po bruku (chyba najgorsze co może rowerzystę spotkać to zwykły bruk - dyrdyrdyrdyr), czasem pomykamy po lesie, krzakach, kamurach, polnych dróżkach, gdzie jakieś buraki, kasztany czy gałęzie się pałętają i trzeba uważać by się nie wykopyrtnąć z rowerem. Widoki jednak często są bezcenne, o ile ktoś oczywiście coś takiego jak ładne widoki, krajobrazy potrafi docenić.

Jeśli już opowiadam o rowerowaniu w Belgii to musze też powiedzieć o pewnych ciekawych rozwiązaniach. Mianowicie połączenie roweru i pociągu. W Belgii do każdego chyba pociągu można zabrać rower. Bilet na cały dzień kosztuje bodajże 8€ (szczegóły można sprawdzić na stronie BELGIANRAIL). Tym chytrym sposobem można wybrać się na rowerowanie do innej części Belgii, gdzie z domu rowerem nie dojedziemy. 

Inną opcją jest wypożyczenie roweru na stacji. Tak, w Belgii bardzo popularne są rowery do wypożyczenia. We Flandrii mamy m.in. Blue-Bike, które ma mnóstwo punktów, a które zwykle znajdują się koło dworców kolejowych. By korzystać z Blue-Bike trzeba wyrobić sobie kartę (on-line lub w pukcie), która kosztuje 12€ na rok. Potem płaci się 1-3€ (różnie w różnych miastach) za wypożyczenie roweru na cały dzień. Opłaty z tego co mi wiadomo odbywają sie na zasadzie domiccilernigu, czyli polecenia zapłatyOsobiście jeszcze nie korzystałam z Blue Bike'a, bo to trzeba by mieć więcej czasu na podróżowanie. Być może przed następnymi wakacjami zamówię kartę i przetestuję ten bajer. Opinie i ceny jawią mi się raczej zachęcające. Jedyne z czym jest problem - jak wynika z opinii na fb - to liczba rowerów w niektórych popularnych miejscach. Ludzie pisali, że w Mechelen np o 8ej rano już marne szanse na wypożyczenie roweru. Tak że tak... Trochę ryzyko - planujesz wycieczkę rowerową na cały dzień, wsiadasz w pociąg, tniesz na drugi koniec kraju a tam zonk nie ma ani jednego roweru i z twojej wycieczki nici. Jednak ja kiedyś spróbuje na pewno - no risk no fun.

Póki co my ciągle zwiedzamy naszą najbliższą okolicę, czyli rowerujemy w promieniu 30km od domu, bo dziennie nie damy rady więcej niż 50km przejechać z Młodym na foteliku. Znaczy dać to może i damy, ale trzeba mieć na uwadze, że w pracy jest ostry zachrzan cały tydzień i nie można w poniedziałek pójść popsutym do roboty. Mnie dodatkowo coś kolano pobolewa od czasu do czasu i wole nie ryzykować, bo znowu jakiś nawiedzony doktor przyjdzie i się będzie pultał, że za dużo choruję... Człowiek już nie ma 20 lat. Jednak gdzieś mi tam chodzi po głowie, by kiedyś któregos pięknego dnia zrobić tę setkę dziennie razem z moim małżonkiem, bo rowerownie to na prawdę świetny sposób na randkę z mężem (z mężem i synem też).

Tu pokażę wam kilka fotek złapanych na iphona podczas tegowakacyjnych przejażdżek po naszej okolicy (prowincje Brabancja Flamandzka i Flandria Wschodnia).



rowerem do pracy


rowerem do pracy - elektryk

rowerem do pracy - ścieżki rowerowe

wypaśna ścieżka rowerowa wzdłuż torów

nad kanałem w Kappele op Den Bos

Leireken - ścieżka na dawnej lini kolejowej Londerzeel-Aalst

Do knooppunt 58 prosto. Rzeka Skalda.


Zakaz nie dotyczy rowerów

rzeka Skalda

M-jak-Mąż z Młodym na prowadzeniu do punktu 91 :-)

Okolice Dendermonde - Skalda

Trasa Dendermonde-Buggenhout

ścieżka nad kanałem w okolicach Humbeek



Merchtem

No to którędy teraz?


Opwijk



Plac zabaw w Opwijk przy trasie rowerowej

Puurs

rowery ze skrzynką na dzieci też są fajne na rodzinne wycieczki



Młody czasem sam też pedałuje


rower jest wielce OK



spowalniaczka dla rowerzystów przy torach

w drodze do Boom

Boom

ścieżka rowerowa w okolicach Boom

czasem trzeba wstąpić do knajpy się nawodnić

Młode też czasem jeżdżą, ale tak do 10km



Inny post o rowerowaniu TUTAJ