Zacznę od razu od dobrej nowiny (dla nas, bo innych to to raczej kij obchodzi ;-) ). Mamy staż!
Znaczy Córka ma. Ja tam nadal czekam na rozwój wypadków...
bukiet sfotografowany w sklepie, bo taki ładny
W tym tygodniu udało się w końcu dograć wszystko. Ten ziomek z biura pracy, a konkretnie z GTB trochę taki mało słowny jest i trochę trzeba było go poganiać i pilnować, by zrobił, co ma zrobić, co - nie będę ukrywać - uważam za wielce irytujące, ale koniec końców wszystko zostało dopięte na ostatni guzik i Najstarsza już po niedzieli będzie zaczynać pracę, znaczy bezpłatny staż... Zawsze to coś. Będzie pracować 3 razy w tygodniu po 4 godziny przez miesiąc, a potem się zobaczy, co będzie dalej. Zaczynać będzie na kuchni, ale z tego, co mówiła po rozmowie z panią z tamtego biologicznego gospodarstwa, będzie też mogła ewentualnie spróbować pracy w szklarniach, czy na polu albo w jeszcze innym dziale. Najważniejsze, że zaczyna i że znowu robi kolejny mały kroczek do przodu ku jakiejś pracy w przyszłości.
Zwykle publikuję i w dużej mierze też piszę te posty w piątek, ale tym razem coś nie poszło, no to w spróbuję napisać w niedzielę, bo pora se siąść na dupie na chwilę.
Dzisiaj bowiem jakoś tak wyjątkowo pracowicie zaczęłam dzień. Wstałam gdzieś przed siódmą, by kurczaki uwolnić i nakarmić. Na noc chowamy wszystko ziarno do domu, bo znowu szczury się pojawiły, a nie ma ich co utwierdzać w przekonaniu, że knajpa u Heńka otwarta jest 24/7. Wystarczy, że w dzień przyłażą i biorą ziarno jak ze swojego. Jeszcze ci to się do kury potrafi postawić z zębami... Małe wredne gnojki.
Potem od razu nastawiłam pierwsze pranie i zaczyniłam drożdżówki i usmażyłam do nich jabłka. Po śniadaniu poszłam posprzątać kurnik kurozaurów, bo uznałam, że już pora. Codziennie zbieram tylko łopatką kupy z trocin, ale raz na jakiś czas trzeba zrobić gruntowne porządki. Tym razem popsikałam trutką na kurze wszy, bo naturalniejsze metody coś nie zadziałały... Posypałam jednak jeszcze i diadomitem zanim nasypałam nowych trocin. Potem posprzątałam jeszcze u świnek, no i upiekłam te bułki. W międzyczasie zaczyniłam i wyrobiłam też już chleb na zakwasie, ale ten to może dopiero jutro będę piekła. Na razie se rośnie...
Ten post powstawał kilka miesięcy po kawałku. Pisałam go bardziej do szuflady niż do publikacji, ale dziś go znalazłam i stwierdziłam, że jednak puszczę w świat. Niech idzie. Mam przeczucie, że większośc ludzi pewnie tego wpisu nie zrozumie, ale może trafi tu ktoś kto tkwi w podobnej sytuacji i będzie to dla niego ważne...
Kiedy 5 lat temu ginekolog stwierdziła, że mam jakiś guzek w piersi, "ale to pewnie cysta", nie zrobiło to na mnie większego wrazenia. Miałam bowiem pilniejsze sprawy na głowie niż jakieś niegroźne guzki w cycku. Potem, gdy okazało się, że jednak coś jest na rzeczy, już trochę poważniej to potraktowałam, ale zachowłam zimną krew, no bo czym tam się przejmować. Najwyżej umrę, a wtedy to już nie będę mieć żadnych problemów, prawda? Wystraczy, że Małżonek się przejmował za nas wszystkich...
Gdy upały trwają, trzeba żyć powoli i cieszyć się, że ma się w tej chwili właśnie taką możliwość. Ciężka ta belgijska pogoda, szczególnie w dni, kiedy jest wysoka wilgotność i powyżej 30 stopni.
Pisanie akurat jest dobrą formą spędzania czasu w upał, zatem wystukam słów parę...
Zacznę od dokonczenia opowieści z poprzedniego tygodnia, czyli mojego z Młodą pobytu w Gandawie w związku z lotem balonem. O lataniu było poprzednim razem, ale po locie nocowałyśmy w hotelu, a to oznacza, że na następny dzień od rana mogłyśmy szwendać się po Gandawie.
Najpierw oczywiście udałyśmy się na śniadanie, a lokację jak zwykle sprytnie wyszukała Młoda. I tak trafiłyśmy do kawiarni Kaffe Allez, prowadzoną przez parę sportowców, więc oczywiste jest, że w kawiarni możesz wziąć nawet prysznic... (no, my nie potrzebowałyśmy, wszak w hotelu miałyśmy, ale to taka ciekawostka). Wystrój mają również sportowy: kozły, drabinki gimnastyczne i temu podobne gadżety.
Nasz Młody w wieku 11 lat poszedł do szkoły średniej. Przez pierwsze dwa lata chodził do szkoły technicznej w naszej gminie, ale uznaliśmy, że to nie jest kierunek dla niego i zaczęliśmy się rozglądać za inną szkołą. W internecie trafiliśmy przypadkiem na szkołę nowatorską, alternatywną, która niestety dosyć daleko od nas się znajduje. Młody jednak z wielką uwagą obejrzał wideo informacyjne, po czym wykrzyknął
CHCĘ CHODZIĆ DO TEJ SZKOŁY!
JAK MNIE PRZYJMĄ, TO JUŻ MAM USTAWIONE ŻYCIE!
Wysłaliśmy zgłoszenie i okazało się, że były wolne miejsca i go przyjęli. Właśnie zakończył rok nauki w tej placówce, a ja postanowiłam wypytać się go, czy faktycznie czuje się ustawiony i ogólnie, jak to jest uczyć się w szkole alternatywnej.
Jak tylko Młoda wróciła z Polszy, od razu wypełniłyśmy formularz na stronie firmy baloniarskiej Spildooren Ballooning. W odpowiedzi otrzymałam e-majl z prośbą, by podać kilka terminów, które by nam odpowiadały. Odpisałam, że w sumie nam to nam cały lipiec odpowiada... Nie długo potem otrzymałam mejla, że lot odbędzie się we wtorek 7 lipca i że szczegóły dostaniemy tego dnia esemesem do 13. Faktycznie, we wtorek przed południem przyleciał esemes, że zbiórka o 19.45 na jakimś parkingu koło jakiegoś parku gdzieś w okolicach Lochristi. Wyguglowaliśmy, gdzie to i zaczęliśmy dumać, jak to logistycznie rozwiązać. Bo nikt nie wie, gdzie balon wyląduje, gdyż on jest niesiony z wiatrem. Lot trwa godzinę, a w tym czasie balon może przelecieć od kilkunastu do 30 km, zależnie od siły wiatru. Zasada jest taka, że ktoś jedzie autem za balonem. Można uzywać whatsappa - ten co w balonie udostępnia lokalizację przez whatsapp swojemu kierowcy i ten jedzie za tym tropem. Inną opcją jest korzystanie przez swojego kierowcę z wytycznych podawanych telefonicznie przez załogę balonu z auta transportowo-śledzącego.
No to dobrze się złożyło, bo Małżonek we środę miał jechać do Polszy, to we wtorek wieczorem mógł nas jeszcze zawieźć na miejsce i odebrać, no i ewentualnie zabrać też Resztę z Piątki, żeby mogli popatrzeć, jak wylatamy. Niestety gdzieś ok 14 przyszedł kolejny esemes, że lot odwołany ze względu na przewidywane silne porywy wiatru wieczorem, czyli zbyt duże ryzyko. Loty balonowe odbywają się o poranku i wieczorem, kiedy to zwykle nie ma silnych wiatrów, ale baloniarze śledzą cały czas prognozy bardzo uważnie i w razie podejrzenia niewłaściwej pogody lot jest anulowany. Lot musi być bezpieczny. No to trudno.
Dziś jestem zmęczona i pobolewa mnie kolano. Sama, nie chwaląc się, tom sprawiła poczynaniem swoim. Ale nie żałuję. Za bardzo.
Rano porowerowałam na wizytę do VDAB (biura pracy). To tylko kilkanaście kilometrów, ale potem postanowiłam wrócić drogą, którą jeszcze nie jechałam, co dodało parę metrów, ale potem pojechałam na skróty. Które były zamkniętę ha ha ha. Dzięki czemu mogłam zrobić dodatkowe kółko. Wróciłam do domu zmęczona i pobolewającym kolanem, ale Młody chwilę potem oznajmił, że się nudzi, więc wzięliśmy naszą NOWĄ piłkę do kosza i pokręciliśmy na plac zabaw, gdzie jest kosz, by se porzucać. Zabawa była przednia, ale z jakiegoś dziwnego powodu nie wpłynęło dobrze na ani na zmęczenie, ani na kolano. No więc potem siedziałam już na dupie i czytałam grzecznie książkę. Teraz przypomniałam sobie, że miałam stuknąć słów parę w pamiętniku, no to stukam...
Riko
W VDAB poznałam nową osobę. Starszą i sympatyczną panią. Powiedziała, że tamta od teggo całego profilowania do niej dzwoniła i że jej nadmieniła, że ponoc chcę iść do pracy, ale coś nie za bogato jest z moim zdrowiem i że prawdopodobnie nie nadaję się na chwile obecną do ergularnej pracy i że potrzebuję pracy w zakładzie pracy chronionej. No tak coś w ten deseń - odparłam i dalej sobie na ten temat i każdy inny trochę pogadałyśmy. Dość rzec, że stanęło na tym, iż mam się udać do swojej onkolog, ewentualnie od biedy do lekarza rodzinnego, by mi papiery wypełnili, aby biuro pracy mogło sporządzić protokół, dzięki któremu mogłabym starać się o przyjęcie do zakładu pracy chronionej. Tyle tylko, że ponoć nie ma za wiele wakatów, ale co jakiś czas coś się pojawia, więc teoretycznie jest możliwe, że znajdę gdzieś miejsce...
Pożyjemy zobaczymy. Do tej profilerki mam nadal chodzić... Tak powiedziała. Że mogę. Nie wiem tylko po co, no ale dobra, niech im będzie... W ogóle to wszystko jest jakieś od dupy strony i totalnie nielogiczne.
Parę dni wcześniej byłam bowiem w tym potencjanym zakładzie pracy chronionej, do którego wysłała mnie profilerka. Ona mówiła o jakimś stażu co to 5 razy na miesiąc się chodzi... Ale ta babka w owym zakładzie pracy chronionej (biologiczne gospodarstwo) po krótkiej rozmowie i opowiedzeniu wszystkiego o tym gospodarstwie, zasugerowała mi jakiś AMA-staż, gdzie z kolei minimum 12 godzin na tydzień się pracuje za friko i o który to staż mogę się ubiegać w VDAB. Dodała, że ten staż mogę robić też w innych zakładach pracy wcale niekoniecznie chronionej, znaczy zwykłych. Podczas tego stażu są co jakis czas ewaluacje i po jakimś czasie oceniaja, czy delikwent nadaje się już na normalny rynek pracy, czy też tylko do pracy chronionej. Czyli to jakby droga do zakładu pracy chronionej.
No ale na wizycie w VDAB okazało się, że jest możliwa droga bezpośrednia, na skróty, dzięki oświadczeniom specjalistów i ich protokołom. Wiecie co? Ochujeć idzie od tego! Ja już w ogóle nie wiem, o co chodzi. Co do czego ani po co. Całkowicie mi się wsio poplątało. Gdyby dziś ktoś kazał mi to wszystko opisać, nie podołałabym. Ja już nic nie wiem.
W międzyczasie dzwonił też z biura pracy asystent Najstarszej no i ja mu powiedziałam (bo córka nie rozmawia z obcymi przez telefon), że znalazłyśmy fajne gospodrarstwo biologiczne, gdzie córka bardzo by chciała pracować haha. No nie chwaliłam się, że to mnie tam wysłano. Po co mu takie informacje. W gospodarstwie jednak powiedziałam, że córka też mogła by być zainteresowana...
To gospodarstwo wydało mi się badzo fajne i akuratne dla córki. No i on wypełnił (W KOŃCU!) formularz i wysłał. Chwilę później dzwonił do mnie, że odpowiedzieli i by zapytać, czy może podać im dane mojej córki. Babka ma zadzwonić do nas, by umówić się z córką na rozmowę wstępną i by pokazać jej to całe gospodarstwo. Zobaczymy, co z tego wyniknie i czy w ogóle cokolwiek.
Szczerze mówiąc to ja już mam serdecznie dość tego "szukania pracy" i żałuję, że w ogóle mi taki pomysł do głowy przyszedł. NO MAM DOŚĆ. Jestem tym zmęczona. Zaczynam to olewać wszystko, robić se podśmiechujki i patrzeć przez palce. No bo to sa jakieś jaja.
Zaczynam też coraz bardziej rozumieć tych ludzi co 10 czy 20 lat szukali pracy i nigdy nie znaleźli. I nie długo chyba będę musieć odszczekać to wszystko, co złego o nich powiedziałam.
Przecież to jest jakiś kurwa absurd jak oni "pomagają" tutaj w tym kraju znaleźć człowiekowi niepełnosprawnemu pracę. Kurde, jest tutaj na prawdę dużo możliwości, kupę fantastycznych rozwiązań, ale ta biurokracja to jest jakieś nieporozumienie. Za dużo ludzi zajmuje sie tu jednym i tym samym. Oni sobie ciągle wszyscy wzajemnie włażą w drogę i przeszkadzają. Przeganiają człowieka od urzędu do urzędu, od miasta do miasta. Umawiają spotkania, które nic nie wnoszą, gdzie sprawę można by załatwić na sms czy mejla bez fatygowania sie po 15km i marnowania własnego czasu i pieniędzy podatników. Ten system jest chory. Chory i strasznie męczący. Dlatego mam już dość. Nie robię sobie już żadnych nadziei i w ogóle olewam to cienkim sikiem. Kurde, ja się uważam za osobę w miarę rozgarnietrą, ale oni ze mnie już toralnego debila zrobili. Ja już zaczęłam wątpić totalnie w swój rozum i siebie samą. A gdzie w tym burdelu - bo to jest BURDEL - ma się niby odnaleźć osoba która słabiej sobie radzi, która ma problemy mentalne, takie czy inne ograniczenia czy słabości. Toż to trza mieć końskie zdrowie, nadludzką cierpliwość i ogólnie być bardzo zmotywowanym no i przede wszystkim bardzo zaradnym. Przecież to się wszystko kupy nie trzyma. Od tej ich "pomocy" można wylądować u psychiatry z poważnymi problemami.
Dobrze, że upał choć zelżał i można normalnie żyć. Odsypiam teraz upalne noce, kiedy to oka nie szło zmrużyć, a nawet jak spałam to w ogóle nie odpoczywałam. Dwa dni z tego tygodnia spędziłam w łóżku. O ile zwykle nie mam zwyczaju spać w dzień, bo nie potrafię zasnąć, tak jednego dni mi się to udało. Drugiego po prostu leżałam i czilowałam bombę. Odpoczywałam, ale jeszcze nie odpoczęłam i nie odespałam. Jestem zmęczona, ale próbuję żyć. W środę wzięłam znowu Decapeptyl, co nie polepszyło sprawy. Wręcz przeciwnie.
We wtorek Młody po raz ostatni w tym roku szkolnym odwiedził szkołę i dostał jakiś odpowiednik raportu, tyle że bez punktów. Teraz juz ma wakacje. Ja nagrałam wideo o belgijskiej szkole, co możecie sobie zobaczyć, gdyby się wam chciało. Następne będzie podsumowaniem roku w epickiej szkole. Zapytałam bowiem Młodego, czy ma już to życie ustawione czy nie... On chętnie poodpowiada na moje pytania, ale nie przed kamerą, więc będę sama musieć złożyć to znowu w opowieść, ale sama jestem ciekawa jego opowieści... Dla tych, co nie czytali wpisów sprzed roku, powiem co co chodzi z tym ustawionym życiem.
Pod koniec zeszłego roku szkolnego zdecydowaliśmy, że szukamy nowej szkoły. Ja przypadkiem trafiłam w necie na TĘ SZKOŁĘ i Młody obejrzawszy wideo promocyjne, stwierdził, że chce chodzić do takiej szkoły i że mam go zgłosić na listę oczekujących, a potem dodał, że jak go przyjmą, to ma już ustawione życie. Przyjęli go. Właśnie zakończył pierwszy rok... Czy ma ustawione życie? O tym będzie na YT za tydzień. Albo dwa.
Póki co macie tu wideo o szkole belgijskiej jako takiej. Używałam nowej apki do tworzenia tego wideo, bo cap-cut mnie już wkurzył. Moja menagerka (czytaj: Młoda) pouczyła mnie, że cap-cutem to teraz sztuczna inteligencja dowodzi i że wszyscy na to narzekają i odchodzą. Znalazła dla mnie apkę VLLO, że ponoć ludzkość teraz tej właśnie często używa. To był test. Na razie jestem zadowolona. Kupiłam abonament na rok. Bo był tani. Ma też dużo funkcji i łatwo się obsługuje. Wideo nagrywam i składam w swoim Iphone16. Myślałam, że będzie trudniej i że bez kompa się nie da, ale ten telefon spokojnie daje rady. Gorzej jest z naszym belgijskim internetem To jest dopiero żenada. W niektóre dni jest kiepski, w inne nie ma wcale, a 7 dych co miesiąc się płaci. Czasem szlag bierze.
Niezłą mam zabawę z tym nagrywaniem. Zainteresowanie raczej marne, póki co, ale od AI już wiem, co robię źle i jak powinnam to robić, by było lepiej. Chleba z tego nie będzie, ale póki co się dobrze bawię. Mogę się wreszcie wygadać, powydurniać i porżnąć filozofa. Choć nie ukrywam, że mam dużo chwil zwątpienia, kiedy to się zastanawiam intensywnie, czy usunąć w cholerę ten kanał i zająć się czymś pożyteczniejszym, jak np gotowanie, sprzątanie czy choćby czytanie książek. Potem znowu dochodzę do wniosku, że cóż innego mi w tym życiu na tę chwilę pozostało? Nie mam rodziny, nie mam przyjaciół, nie mam zdrowia, nie mam pracy, nie mam z kim pogadać, nie mam nic konstruktywnego do roboty, nie mam pieniędzy na podróże, ani na żadne inne drogie hobby to choć się powygłupiam przez chwilę, dopóki mi się nie znudzi...
Parę dni wcześniej opublikowałam też nagranie, w którym wyjaśniam, kim jest Belguska. Czytelnicy tego bloga to już pewnie wiedzą, ale też se możecie obejrzeć Kliknij tutaj by przejść do YT.
Na koniec wrzucę znowu zdjęcia nacykane w minionych dniach. Najpierw efekt krótkiego testu iphone16. Powiem tak, zdjęcia wychodzą całkiem dobre jak na telefon, ale tylko jak się pofarci, bo to badziewie nie posiada prawie żadnych ustawień. No, w każdym razie są one bardzo ograniczone. Musisz zdać się całkowicie na maszynę, a ona jest dosyć głupia. Ustrojstwo nie wie, co ja chcę fotografować w danym momencie ani w jaki sposób, więc fokusuje się toto na jakichś randomowych rzeczach i non stop zmienia te ustawienia. Może 16pro, który ponoć pod fotografię był robiony, ma lepsze opcje, ale ten zwyklak dupy nie urywa. Do nagrywania wideo na YT akurat się nadaje. Przynajmniej na moje niezbyt wygórowane potrzeby. Samsungi, których używa Młodzież, chyba lepiej się sprawdzają w foceniu.
Krystyna
Odwiedziłam pobliskie Grimbergen, gdzie odkryłam, że oni tam mają trzy działające młyny. Prezentacja młynów odbywa się w każdą pierwszą niedzielę w sezonie od kwietnia do września w godzinach 14-17, na którą to atrakcje zamierzamy się wybrać. Koło młyna wodnego Tommermolen, można zobaczyć też stary piec chlebowy, młyn konny oraz jakiś zmyślny przenośny dźwig. Obok jest też restauracja, gdzie można się posilić i napić piwka z lokalnego mini browaru Grimbergen. Ten z kolei znajduje się w starym opactwie i jego symbolem jest feniks.
Zabudowa młyna Liermolen też jest pięknie zachowana. Teraz jest w remoncie i w niedługim czasie w domu młynarza i stajni będzie hotelik, czy też dom pielgrzyma, gdyż tamtędy wiedzie jakaś trasa pielgrzymkowo-turystyczna. Oglądać można tam też jak pracuje pszczelarz no i zobaczyć piekarnię przymłynową. Można też napompować sobie wody za pomocą starej ręcznej pompy. Jest tam też drewniany plac zabaw dla milusińskich.
Przy osttanim młynie byłam już kiedyś, dawno temu. Tam znajdują się też fajne ruiny. Może niedługo wybiorę się tam ponownie, by zobaczyć te młyny podczas pracy, to wszystko odwiedzę, a i wideo pewnie wtedy nagram... No i na piwo wstąpię. Lubię piwo z tego browaru. Często używaliśmy je do gotowania gulaszu flamandzkiego stoofvlees.
Te dwa pokazane tu młyny są bardzo blisko siebie, a i do browaru jest niedaleko. Po środku jest ładny kawałek natury - dużo wody, jakieś krzaki i trawa - można pójśc na kaczki i inne takie pofilować albo psa wyspacerować. Młyny znajdują się przy tym samym strumyku, który ostatnio nieźle wylał. Zobaczywszy grubą warstwę mułu na drodze koło remontowanych właśnie jakichś ruin (nie wiem, co tam było, chyba jakiś sąd czy coś, ale ma powstać jakiś obiekt kulturalno-świetlicowy), zagaiłam jakiegoś chłopa i ten pokazał, że woda do kolan tam szorowała. Nieźle.
Mieszkam stosunkowo nie daleko Grimbergen, ale jakoś mało wiem na temat tego miasteczka i dopiero teraz odkrywam, że to fascynujące miejsce pełne tajemnic z przeszłości. Belgia ma pełno takich zakątków, gdzie czas się zatrzymał. No w sumie to cały ten kraj wygląda, jakby zatrzymał się gdzieś dawno temu, co ma swoje uroki, ale też ma swoje wady, bo skansen jest fajny do oglądania, ale mieszkanie w nim na co dzień to już mniej zdaje się cieszyć.
jakaś interesująca ruina w remoncie
działający młyn wodny Tommenmolen w Grimbergen
po lewej młyn, po prawej restaurcja, a z przodu młyn konny