W poniedziałek wieczorem pojechałyśmy rowerami z naszą Sunny do weta. Zapakowałyśmy ją do małego transportera na ptaki, po czym Najstarsza usiadła z nią na bagażniku, a ja jechałam rowerem. Młoda pojechała do towarzystwa i jako sponsor. Wstępnie miałyśmy iść na nogach, bo to zaledwie 3 kilometry i czasem nawet chodzimy na spacery koło domu weta, ale przecież jesteśmy Belguskami i nie takie rzeczy już na rowerze woziłyśmy. Poszło łatwo a jaka zabawa przy tym. Wet uznał fakt wiezienia kury na rowerze za coś najnormalniejszego w świecie, "bo przez pola to przecież blisko". Zresztą nie raz i nie dwa widziałam babcię przywożącą psa czy kota w kartonie czy transporterze na bagażniku. Niektórzy mają oczywiście specjalne koszyki czy nawet przyczepki rowerowe dla pupili. Cieszymy się jednak, że i kury na rowerze nie są niczym szokującym w tym kraju. Zresztą czego tu ludzie na rowerach nie wożą... Mój ulubiony widok to drzewka czy wielkie kwiaty w donicach na bagażniku albo w torbie rowerowej. To jest zawsze mega widok... no i choinki oczywiście przed świętami.
Powiedział, że jakby kura poczuła się gorzej, to żeby nie czekać tylko lepiej się z nią pożegnać...
Dodał też, że może zaszczepić inne kury i że może przyjechać do domu bez dodatkowej opłaty za dojazd, bo to przecież rzut beretem i że szczepionka kosztuje 2€ od kury, tylko normalną wizytę doliczy (50€). No to git. Młoda wybuliła sporo hajsów za tego kurskiego doktora, więc dobrze by było jakby kura poczuła się lepiej i hajsy nie poszły na marne. No ale nic to, poczekamy, zobaczymy... Wczoraj Sunny jakby więcej niż dotąd headbangowała, czyli chyba gorzej się czuła, ale dziś znowu mniej kręciła tą łepetyną. Kupy też już się poprawiły. Opuchlizna z ucha też już sporo, jak mi się wydaje, zeszła... Karmię ją kilka razy dziennie i poję. Pić to w sumie pije sama, gdy jej miseczkę pod dziób podstawiam. Podaję jej wodę z witaminami. Do żarcia dostaje głównie moczone ziarno, kukurydzą z puszki, ale też pokrojone jagody, jabłko, a nawet kluski i budyń, które bardzo lubi, więc jak ugotowałam dla siebie, to podzieliłam się z moją pupilką. Codziennie zabieram ją też na spacer na zewnątrz, by mogła pomachać skrzydłami i połazić. Trochę się wywala i czasem kręci w kółko, ale szuka czegoś w trawie aktywnie, przewraca ziemię dziobem a nawet próbuje kopać, choć jest za słaba trochę. Gada też coś do swojego koguta, gdy ten zapieje w ogródku. Jak jest w domu i go usłyszy, też coś "mówi". Czasem mówi też coś do mnie, ale nie bardzo rozumiem co. W domu też ma trawę, bo jej wykopalam całego darnia i wsadziłam to do starej klatki króliczej, która często robi za szpital dla naszych podopiecznych. Na trawie jest jej wygodniej stać, bo może się trzymać kurzymi stopami, gdy ją headbanguje i się nie wywraca wtedy. Ma tam w klatce też ziarmo rozsypane i próbuje często coś szukać, choć nie wiem, na ile jej się to udaje...
Wet zapisując moje nazwisko z dowodu (bez dokumentu nie ma szans, by Belg je poprawnie zapisał) pochwalił się, że jego dorosłe już dzieci miały kiedyś nianię z Polski, co było fajne, bo nauczyły się wielu słów po polsku. Jak najmłodsza poszła do przedszkola, to aż panie im zgłaszały, że jakiś dziwnych słów używa na nazywanie niektórzych rzeczy. - Zamiast "vlieg" [czyt: flich], mówiła "mucha" - powiedział. Dalej dodał, że on też oczywiście parę słów znał, ale żona o wiele więcej się nauczyła, bo ma talent do obcych języków. Córka jednak dziś już nie pamięta nic po polsku.
Miło jest słuchać takich sympatycznych opowieści związanych z rodakami i że Belgowie znają też takie polskie słowa jak "kapusta" (syn sąsiadki) czy "mucha", a nie tylko "wódka" "na zdrowie" i "kurwa", choć to ostatnie chyba jednak ciągle wygrywa w rankingach znanych polskich słów. Poza tym wielu zna też "dzikuje" i "dzin dobry". Polska jest też popularnym wśród Flamandów miejscem turystycznym, bo - jak mówią - jest to bardzo ładny kraj, no i jest tanio. Najczęściej, z tego co ja słyszałam od mniej lub bardziej przypadkowych ludzi, zwiedzają Kraków, Oświęcim, Warszawę i Zakopane. Spotykam też na swej drodze ludzi, którzy mają polskich znajomych, a wtedy często odwiedzaja ich rodzinne strony i okoliczne znane punkty turystyczne.
Najstarsza zaczęła drugi miesiąc stażu. Na razie musi nadal być na kuchni, bo ziomka od ogrodów chwilowo nie ma ze względu na urlop i dopiero poźniej dołączy też pracę w polu. Poprzedni miesiąc robiła 12 godzin (3dni x4h). Teraz zaczęła 2 całe dni w kuchni, a jak pojawi się typo od roboty polowej, to wtedy dojdą kolejne dwa dni (albo dzień...? - nie pamiętam). Najbardziej cieszy mnie, że wszystko sobie teraz już sama z kierowniczką załatwiła i obgadała. Pomaga tu na pewno, że babka od zatrudnienia jest jej byłą nauczycielką, więc już ją zna, a do tego to bardzo pozytywna i sympatyczna osoba.
Bieganie musiałyśmy przerwać ze względu na jakiś ból w biodrze, który się u córki wykluł. Może za mało się rozgrzewałyśmy, a może przez zbyt wiele miesięcy ona już się zasiedziała i teraz trzeba wolniej. Zatem spróbujemy więcej ćwiczyć w domu, a dopiero potem popróbujemy biegać. No i może trochę pomaszerujemy, bo to jest o wiele bezpieczniejsze niż bieganie i mniej szkodliwe dla stawów.
Byłam też razem z drugą córką u lekarza po zapas recept na nasze piguły, a ona jeszcze badania krwi robiła.
Dziś był plan na marsz w miejscu, które sobie jakiś czas temu wyguglowałam i które jest teoretycznie tylko 20 km od domu, ale pociągami to dwie przesiadki i łącznie godzina jazdy. Nic to. Wytyczyłam w Komoot trasę z ujęciem najciekawszych obiektów i wyszło mi 12 km od stacji kolejowej w Hemiksem i spowrotem, czyli git. Na trasie jest prom przez Skaldę, zamek nad wodą, który można zwiedzać, ciekawa blaszana konstrukcja (jakieś szalone dzieło sztuki) i mój ulubiony vlonderpad (drewianiana ścieżka-pomost) i jakieś inne potencjalnie interesujaće obiekty. No ale kurde wczoraj zobaczyłam, że apka od pogody pokazuje na dziś 90% deszczu przez większość dnia. Więc przełożyłyśmy na lepszą pogodę. Pomyślałam o basenie, ale ten jest - jak co roku o tej porze - w przeglądzie. Połazimy zatem koło domu pomiędzy deszcz.
Rano ugotowałam zupę ogórkową, upiekłam ciasto, zaczyniłam a potem zamięsiłam chleb na zakwasie, wyprałam ścierki i świnkowe dywaniki, karmiłam kurę domową i kontynuuję czytanie trzeciej książki o Afryce. Znaczy w poprzednich latach też czytałam to i owo, ale teraz mam lekkie sfiksowanie na tym temacie. Na razie przeczytałam "Afryka to nie państwo" Dipo Faloyn i "Jądro ciemności" J. Conrada, a czytam "Heban" Kapuścińskiego. "Jądro ciemności" to, jak zapewne wiecie, cienka broszurka, ale dosyć emocjonalna. Wywołuje wiele złości i smutku.
Zmieniłyśmy z dziewczynami sieć komórkową i internet na tańsze i podobno szybsze opcje. Karty do telefonów już przyleciały pocztą i już korzystamy z nowej sieci, a internet mają przyjechać podłączyć po niedzieli. Ciekawi jesteśmy, jak będzie chodził i czy w ogóle, bo dotychczasowy to jest smutna tragedia. Nie dość że wolny i cholernie drogi, to jeszcze bardzo często nie ma wcale połączenia. Teraz mamy już mieć na światłowodzie. Nie długo się przekonamy, jak ten viking będzie vikingował.
Ból w biodrze może być związany z kręgosłupem, tez tak miałam, a fizjo odkrył, że to nie biodro, a kręgosłup.
OdpowiedzUsuńInne profesje dla Polaków, niż hydraulik czy kierowca, to miła odmiana...
jotka
Fakt, że od kręgosłupa to w najdziwniejszych miejscach może boleć, prawktycznie w każdej części ciała... No ale pożyjemy zobaczymy. Jak problem będzie się utrzymywał, to córka pójdzie do rodzinnego po skierowanie do fizjo...
UsuńTutaj Polacy pracują w najróżniejszych zawodach nie tylko na budowie i sprzątaniu. Mnóstwo rodaków najróżniejszych profesji tu poznałam już. Jedna z pierwszych moich znajomych pracowała w opiece społecznej, druga w banku, kolejna była nauczycielką matmy w szkole, do której chodziły córki, dalej były polskie kasjerki okolicznych sklepów, informatycy, ekonomiści, logistycy, logopedzi, lekarze specjaliści, pielęgniarki, psychologowie, pracownicy uniwersytetów, prawnicy, logistycy, tłumacze przysięgli... żeby wymienić tylko tych, na których sama się tu natknęłam i osobiście poznałam. Z tym że Polaków pracujących na jakichś lepszych stanowiskach niż zwykły robotnik, nie rozpoznasz na pierwszy rzut oka na ulicy, bo nie "obnoszą się" z polskością w sensie - mówią po tutejszemu, mają tutejszych znajomych, są zintegrowani i wtopieni w tutejszą społeczność. Wielu robotników, sprzątaczek etc to często ludzie nie znający języków, trzymający się kurczowo polskiej społeczności, nie posiadających tutejszych znajomych i ogólnie żyjących po polsku jedną nogą tu, a drugą ciągle w PL. Tej pierwszej grupy nie widać i nie słychać, ale ona istnieje i jest bardzo duża. Ta druga jest widoczna bardzo, nie rzadko niestety bardzo negatywnie rzucająca się w oczy, no i to są często ludzie, którzy wyjeżdżają z Polski czasowo do pracy, by porobić trochę i wrócić. To oczywiście w wielkim uogólnieniu. No i druga kwestia Polacy są świetnymi fachowcami i Polakom - w przeciwnieśtwie do "ludzi Zachodu" jeszcze chce sie robic ciężko fizycznie, nauczeni są ciężkiej pracy (choć to już raczej na trochę młodszym ode mnie pokoleniu się konczy), więc najczęściej są tacy ludzie właśnie potrzebni tutaj i najłatwiej znajdą zatrudnienie. Ale to też już się - moim zdaniem - kończy, bo warunki i płace tutaj są coraz gorsze, a w PL też jest teraz robota. Do pracy w lżejszych zawodach trzeba znać języki i mieć dyplomy, no i raczej mieszkać tu na stałe a nie tylko przelotem, choć delegacje też są w różnych dobrych profesjach, ale to też inna kategoria.