21 czerwca 2026

Czas upałów, burz i złości na wszystkich i wszystko

 Mamy upalne i burzowe lato. Termometry pokazują ponad 30 stopni, a że do tego wilgotność powietrza jest wysoka, to czuję się poza domem jak w tropikalnej szklarni. W domu na parterze nawet jeszcze dosyć chłodno - około 25 stopni - się utrzymuje. Na poddaszu to już piekarnik, ale Córka włącza czasem klimatyzator. Tyle, że niestety nie ma w nim pompki, by wypompować wodę za okno, a na drugim ani nawet na pierwszym piętrze nie ma kanalizacji ani żadnego innego odpływu, by puścić wężyk do kanalizacji, więc skroploną wodę musi wynosić we wiaderkach na parter do łazienki. Popatrzyłam na ceny pompek i najtańsze to wydatek bagatela 100€. Kurde ta maszyna kosztowała ponad 4 stówy, a to już kupa kasy, więc póki co trzeba wynosić wiaderka... ale to i tak dobra inwestycja i bardzo przydatn urządzenie w takich okolicznościach.

Na zewnątrz skwar i duchota. Ja zawsze uwielbiałam upały, ale teraz coś nie za bardzo mi odpowiadają. Nadal lubię słońce i ciepełko, ale szybko zaczynam się zwyczajnie źle czuć: ból i zawroty glowy, serce mi się męczy (takie przynajmiej mam uczucie), bolą mnie nogi, gdy chodzę i ręce robią się ciężkie. Siedzę zatem dużo w domu. Któregoś dnia wybrałam się jednak z Najstarszą do Mechelen, by obejrzeć ogród różany w parku Vrijbroekpark. O panie, co za zapach tam się unosi! A i te wszystkie róże jakie one są piękne... Najstarsza marzyła głośno, że gdybyśmy kiedyś mieli wielki ogród, to chciała by hodować róże. Ja zgadzam się z tym pomysłem. Fajnie by było mieć własny ogród różany koło domu. 

Na koncu postu znajdziecie więcej fotek i krótkie wideo z parku. Polubienia i subskrybcje mile widziane ;-)


Po wywąchaniu wszystkich róż wdepnęłyśmy do jadłodajni znajdującej się na terenie parku, gdzie ja zamówiłam sałatkę z fenkułem a córka nacho's, a po jedzeniu wsiadłyśmy ponownie na wypozyczone niebieskie rowery i popedałowałyśmy do centrum. Tam uśmiałyśmy się ze zmyślnej dekoracji rozwieszonej nad ulicą... 

Potem sobie oczywiście wyguglowałam, by się dowiedzieć, o co kaman i się okazuje, że to pranie rozwieszono z okazji premiery i reklamy nowej serii videopodcastów o równych szansach, prawach osób LGBTQIA "Het Wassalon". Ta dekoracja ma zwracać uwagę na to, byśmy nie ocenianiali innych ludzi po metkach, etykietkach. Goście prowadzących przynosili elementy garderoby, które miały dla nich znaczenie, co było przyczynkiem do dyskusji na temat tożsamości, uprzedzeniach, nierównościach...


Następnie poszłyśmy na kawę do ulubionej kawiarni, a potem do sklepu z produktami z Europy Wschodniej, gdzie kupiłyśmy gruziński ser na kimkali. To była krótka, ale bardzo przyjemna i wielce relaksująca wizyta w naszym ulubionym miasteczku. 

Młoda tymczasem znowu za granicą w odwiedzinach u psiapsi, a ja doglądam jej pierzastych podopiecznych. Jako że i do ptasiego pokoju lato się przez okna dostaje i gorąco jest, to któregoś wieczoru zrobiłam, za sugestią Młodej, ptakom deszczyk za pomocą specjalnego rozpryskiwacza (widoczny na zdjęciu pod stołem). One lubią się kąpać w takim sztucznym deszczu. Rozkładają wtedy skrzydła,  pochylają głowy i ogólnie usiłują każdą część piór wystawić na deszcz. Summer czasem kąpie się też w misce na stole. Snowflake czasem też tam wchodzi, ale stoi na wysokich nogach nie bardzo wiedząc, jak się zachowywać należy w kąpieli. 

Po zorganizowaniu pory deszczowej trzeba oczywiscie potem posprzątać cały zalany teren, czyli wymienić gazety, piasek i pościerać stół, klatkę i podłogę. Starałam się jednak tak pryskać, by nie utopić Roomby haha. Dużo zachodu z takim prysznicem dla papug, ale jak przyjemnie się patrzy, gdy one się cieszą z kąpieli.



Kury nie lubią się kąpać w wodzie, ale lubią kąpiele piaskowe i ogólny plażing. Wyciągają skrzydła i nóżki kładąc się na boku, zamykają oczki i leżą pomrukując z zadowolenia. Bardzo wysokie i długotrwałe temperatury są jednak i dla nich uciążliwe i niezdrowe. Stoją w cieniu z rozłożonymi skrzydełkami i otwarymi dziobami dysząc ciężko. Wymieniam im kilka razy dziennie wodę, by miały chłodną, no i stawiam po jednej misce wody z elektrolitami dla kur. 

Bożenka na plaży ;)

Upałom towarzyszą dosyć intensywne burze, ale poczytwaszy internety, postanowiłam pogdybać sobie na temat burz... 

Od kilku dni ostrzegali u nas w mediach o upałach i możliwych burzach. Zalecali pochowanie rzeczy, które mogą zostać porwane z wiatrem lub zwalone komuś na głowy itd itd. Ogłoszono kod pomarańczowy ze względu na temperatury i ostrzegano o burzach. Zamknięto parki, odwołano niektóre imprezy plenerowe, jakby koniec świata miał nastąpić, co mnie dosyć bawiło, bo to wszak oczywiste mi się wydało....

No ale okazuje się , że  ludzie, nawet pomimo tych wszystkich ostrzeżeń i poczuczeń dla - zdawało by się - idiotów i tak  to wszystko mieli  w dupie, no a potem wielki lament, płacz i zgrzytanie zębów... JPRDL! "Wielka tragedia, straszne rzeczy, katrastrofa i w ogole armagedon". Ja patrzę na te nagrania i zdjęcia zamieszczone w prasie i nie wiem, czy się śmiać, czy zapłakać nad głupotą tego narodu...  (narodów?).

Na nagraniach widzę bowiem: 

- PLASTIKOWE krzesełka w ogródkach przy restaurcjach PRZESUWANE i WYWRACANE przez wiatr (szok i niedowierzanie, katastrofa)

- idiotów ludzi uciekajacych z tarasu z talerzami i kubkami w rękach, bo nagle zaczęło padać (jacie, ludzie siedzieli w czasie burzy na tarasie i zmokli - niedowierzam własnym oczom, toż to galopujący szok jest w trampkach!)

- przychlastów ludzi uciekajacych w popłochu pod parasole podczas jakiegoś festynu, bo nagle zaczęło padać (no zaiste kto by po setkach ostrzeżeń i w ogóle podczas letnich upałów spodziewał się nagłej burzy w Belgii - chyba się nie pozbieram po tym widoku)

- samochód na który zwaliło się jakieś drzewo (serio? wiedząc, że idzie burza zostawiłeś auto pod drzewem? Kto by mógł przypuszczać, że drzewo może zostać przewrócone przez silny wiatr. Pierwszy raz widzę coś takiego na oczy, no!)

- drzewo wyrwane z korzeniami (j.w.)

- przezroczysty dach werandy na który pada deszcz lub grad (tak, faktycznie padało, tak samo jak dzień wcześniej, i dzien wcześniej, i dzień wcześniej... noż kurwa mieszkamy w BELGII!!!)

- jakieś drzewa uginajace się mocno pod naporem wiatru (no ten widok już w ogóle z kapci mnie wyrwał, jeszcze nigdy nie widziałam by drzewo się uginało, jak wiatr wieje - jakbyście chcieli zobaczyć, to mam kilka nagrań naszej brzózki, ale może powinnam je wysłać do mediów...?!)

- jedna zwykła ALE ROZGAŁĘZIONA błyskawica w slow motion - no ja wiem, że mało kto wie, że można nagrać błyskawicę (i wszystko inne) w zwolnionym tempie (większość telefonów dziś chyba posiada taką opcję) i wtedy faktycznie widać tę błyskawiczę długo i wyraźnie i to jest fajniejsze i efektowniejsze niż sekundowy błysk, którego nasze oko nawet za bardzo nie rejestruje, ale żeby z tego faktu robić sensację dnia i ogłupiać plebs...?

- wywrócony stary drewniany młyn wiatrowy - wiatraka faktycznie szkoda, ale też to tylko stary głupi wiatrak, który stał na pustym polu... 

To wszystko były nagrania zwykłej acz intensywnej burzy z silnym wiatrem i opadami, nie żadne tragedia i katastrofa.

Ta narracja mnie po prostru rozpierdala! Jest taka bajka, która mówi o dziewczynce, która non stop krzyczała - Wilk, wilk! - a kiedy wilk na prawdę przyszedł, nikt jej nie uwierzył i wilk ją zjadł. 

Tutaj krzyczą non stop, że zbliża się straszna nawałnica (upały, śnieg, susza, grad, wiatr, grypa, siedem olag egipskich* niepotrzebne skreślić), przepowiadają katastrofę, bo ...w zimie będzie padał śnieg, bo latem bedzie gorąco, bo będzie padał deszcz... I dziwić się, że ludzie już przestali słuchać i siedzą sobie na tarasie mimo licznych ostrzeżeć o nawałnicy i że nikt niczego nie uprzątnął...

Kolejna kwestia to taka, że w tym kraju wszędzie masowo karczuje się normalne wysokie drzewa. Już ciężko w ogóle jakieś drzewo znaleźć, a jak jest to właśnie pojedyncze, które mimo usilnych starań nie jest w stanie powstrzymac wiatru ani wytrzymać jego naporu. Często do tego te drzewa są przesadzane jak już mają kilka metrów i sadzone są w jakimś nieprzyjaznym im terenie, gdzie nie ukorzenią się należycie i są słabe jak gówno. Wszędzie karczuje się krzaki, a trawę kosi na kilka mm. I nikomu nic tam nie styka na synapsach, nikt nawet nie zająknie sie w tym całym pierdoleniu o ratowaniu planety, że zwykłe drzewa, krzaki i normalna naturalna trawa mogły by wiele podratować, mogły by zapewnić nam ochronę przed upałem, wiatrem, podtopieniami etc. Podobnie zresztą jak mało kto wie o tym ile wody zużywa ta cała sztuczna inteligencja i jakie mogą być tego konsekwencje dla planety,  ale to inna historia. 

Ale najbarziej to zdziwiły mnie komentarze pod moim postem z piorunami, bo ja też dla zabawy nagrałam se kilka błyskawic w slow motion i wrzuciałm to na instagram... Ja się jaram tymi burzami, bo jak tu zamieszkaliśmi w Belgii to tu nie było w ogóle żadnych prawdziwych burz ani nie dało się zobaczyć pioruna. Tam pierdziało coś czasem cichutko i błyskało w chmurach, ale przez kilka dobrych lat nie widziałam w Belgii normalnej burzy. Dopiero w ostatnich latach się zaczęły uaktywniać i można jakieś liche błyskawice zobaczyć. Mówię liche, bo w porównanii z tymi burzowymi spektaklami, które rozgrywały sie na podkarpackich niebiosach to to są popierdółki, a żadne nie błyskawice i grzmoty haha. Ja lubię burze. Są fascynujące. Burze to część natury. Z bratem i ojcem często obserwowaliśmy błyskawice i fotografowaliśmy je. Moja Młodzież też podziela tę zabawę. No i ja publikując wideo oczekiwałam, że ludzie napiszą tam, że oni widzieli lepszą błyskawicę i opowiedzą, czy u nich też była burza, a tu się okazało, że sporo osób zwyczajnie paniczne burz się boi. Niektórzy nawet byli przekonani że narażałam swoje i dziecka życie. No i okazuje się, że normalni ludzie to oni nie wiedzą nic o burzach. 

To dopiero jest przerażające. 

Ja tu nie twierzdę bynajmniej, że burz nie trzeba się bać, bo owszem burze bywają bardzo niebezpieczne, ale przede wszystkim to - moim zdaniem - powinno się posiadać choćby podstawową wiedzę na ich temat, a nie srać żarem tylko dlatego, że radio straszyło i ciągle popadać w skrajności. Dobrze jest zadadniczo używać mózgu czasem, zdrowego rozsądku, pomyślunku... Czego większości współczesnych ludzi zdaje się zwyczajnie brakować. Jedni w panice zamykają się w komórce na wieść o zbliżającej się burzy, a drudzy znowu beztrosko idą na masowe imprezy albo zostawiają samochody pod drzewami i nie ogarną nawet swojego podwórka, by wszystkie rezczy i ich własne zdrowie było bezpieczne. Co jest z tymi ludźmi nie tak? Ludzie się z gołębi śmieją, że nie potrafią gniazda zbudować i zachowywać się bezpiecznie, gdy biedne gołębie zostały zabrane przez człowieka z gór, gdzie znajdował sie ich naturalny habitat, do którego były dostosowane i zmusiły ich do życia wśród głupich ludzi, którzy nawet swój natutralny habitat zniszczyli. A tu czlowiek mieni się istotą inteligentą, myślącą. Koń by się uśmiał, a nawet gołąb. Mnie się wydaje, że większość ludzi nie ma nawet podstawej wiedzy potrzebnej do przeżycia, że nie posiadają już nawet podstawowych instyktów samozachowaczych, nie mają za grosz pomyślunku. A w tym kraju jest to wyjątkowo intesywnie widoczne, że ludzkość stała się strasznie głupia, że jednostki nie potrafią samodzielnie połączyć prostych faktów, że nie potrafią wyciągać wniosków z tego, co rejestrują ich zmysły, nie potrafią brać za siebie i swoje czyny odpowiedzialności. Ludzie nie potrafią zinterpretoewać tego, co widzą za oknem i co czuje ich ciało. Nie, im musi radio powiedzieć, że dziś jest gorąco i jakie są tego konsekwencje, a i tak buc jeden z drugim nie zrozumie i jeszcze będzie miał pretensje do wszystkich że słońce go spaliło i jego dziedek stracił przytomność z upału, bo idiota zabrał go na spacer w najwiekszy upał, a nikt mu nie powiedział, że tak nie można. 

No nie wiem, jak było u was i innych ludzi, ale nas uczono prawd o burzach od małego, tak jak się uczy prawd o ogniu, wodzie, osach, żmijach, wbijaniu gwoździ i krojeniu chleba i reszcie otaczającego nas świata. Rodzice, dziadkowie, nauczyciele tłumaczą dzieciom, że ogień może podpalić wiele rzeczy, że może nas poparzyć, ale też może nas ogrzać i zupę nam ugotować. Uczą, jak należy się obchodzić z ogniem. Tak czy nie? I tak samo z burzami. Odkąd pamiętam wszyscy na wsi brali sobie informacje na temat prognozowanych burz zawsze do serca. Już dzień wcześniej albo przynajmniej parę godzin czy choćby w ostatniej chwili zamykało się okna, sprawdzało czy wszystkie drzwi od stodoły są dobrze zabezpieczone, czy koło domu nie walają ją rzeczy, które może porwać wiatr. Nas gówniarzy przestrzegano, byśmy swoje zabawki pochowali do piwnicy czy stodoły, bo nam je inaczej porwie wiatr, zmoczy deszcz albo wytłucze gradem. Sprawdzało się też okrycia kop siana i ewentualnie poprawiało, nakrywało to czy tamto, zganiało krowy z pastwiska, psy brało sie do domu, zbierało pranie ze sznura i pościel z balkonu. Wyłączało się wszystkie urządzenia z gniazdek. Systematycznie sprawdzało sie piorunochrony przy domu. Nigdy nie parkowało się traktora pod drzewem, które mogło być potencjalną ofiarą burzy. No i powtarzane systematycznie przez wszystkich starszych z rodziny nauki, że w czasie burzy nie wolno się chować pod drzewami, bo w drzewa często trafia piorun. Że nie chodzić z kosą na ramieniu ani nie stać z widłami czy łopatą podczas burzy, bu piorun może w nie strzelić i porazić. To było dla wszystkich oczywiste. Tak samo jak to, że im krótszy czas pomiędzy zobaczenem blysku a usłyszeniem grzmotu, tym burza bliżej. Jak grzmotu nie słychać prawie albo czas jest długi, to spokojnie można siedzieć przed domem i napawać sie widokiem błyskawic. Tymczasem jak patrzę na belgijskie (i nie tylko) społeczeństwo, to mam wrażenie, że oni po prostu wczoraj się urodzili albo z jakiejś innej planety spadli i nic o życiu nie wiedzą, nie kumaja, nie myślą. Stado głupich baranów i tyle. 

A kiedyś zrobiłam wyśmienitą sałatkę (może już o tym mówiłam...? mówiłam?!) korzystając  z przepisu sklepu Colruyt . Z tym że to i owo po swojemu zrobiłam. 

Sałatka z fasolką, ziemniaczkami, serem i truskawkami

Ugotowałam małe ziemniaczki (w przepisie są ugotowane gotowe), a potem podsmażyłam je na maśle. Ugotowąłam fasolkę w osolonej wodzie.

Wymieszałam je razem, potem dodałam szpinak i pokrojoną w paseczki czerwoną cebulę oraz ser berloumi i polałam sosikiem z musztardy, miodu, octu i wody. Truskawki były u nas w opcji, bo Najstaszra stwierdziła, że jej to nie pasuje, ale dla mnie bomba. Berloumi to belgijska wersja sera halloumi.


sałatka z fenkuła zjedzona w restauracji


Wkurzyłam się znowu na kołczkę i cały tę tzw pomoc z biura pracy. Ostatnio stwierdziła, że może powinnam szukać pracy w zakładzie pracy chronionej... No dobra, pomyślałam sobie, może to faktycznie jest dla mnie najlepsze rozwiązanie. Poleciła mi konkretny zakład pracy w - powiedzmy - okolicy, czyli ok 15 km od domu. Od razu wykazała się też całkowitym brakiem wiedzy na temat belgijskich środków komunikacji publicznej znajomością obsługi wyszukiwarki internetowej i wytłumaczyła mi, że mam świetne połączenie autobusowe... potem jeszcze zaczęła mi tłumaczyć, gdzie znajduje się przystanek najbliżej mojego domu, ale w tym momencie już jej litościwie przerwałam... i przypomniałam, że ja w przeciwnieństwie do niej nie mam samochodu i co za tym idzie doskonale znam położenie wszystkich przystanków i dworców kolejowych w promieniu 5 km od domu i że to znalezione przez nią zajebste połączenie to ona se może wsadzić...  No jak mówiłam, uważa się mnie za debila, który kurwa sam na przystanek nie trafi ani połączenia nie jest w stanie sam znaleźć. Powalające jest poza tym jak wielu belgijskich urzędników mało wie o realnych szansach na dojeżdżanie autobusami do pracy, szkoły czy temu podobnych miejsc, gdzie nalezy zjawiać się codziennie na czas, a szczególnie o dojazdach z przesiadkami. Nie po raz pierwszy spotykam się z faktem, że ludzie  nie wiedzą, iż autobusy na belgijskim zadupiu systematycznie przyjeżdżają z wielominutowym (nawet godzinnym) opóźnieniem, a nie rzadko w ogóle się nie zjawiają. No ale przede wszystkim, że w najlepszym wypadku autobusy na danej lini kursują co godzinę, a w niektóre miejsca (jak np nasza wieś) przyjeżdżają raptem 2 razy dziennie. Raz na jakiś czas można se autobusem pojechać, ale dojeżdżania do pracy to ja bym nie ryzykowała... Jak idę na wizytę u lekarza, na którą muszę dotrzeć autobusem, zawsze wychodzę godzinę wcześniej. Nie wyobrażam sobie jednak, bym codziennie wychodziła do pracy godzinę wcześniej... Podzieliłam się swoją wiedzą tajemną o tym, że ludzie ze wsi, którzy nie mają samochodu, zwykle dojeżdżają 5 km na miejsce odjazdu tego drugiego autobusu zwiększając swoje szanse na dotarcie do punktu docelowego na czas o 50%. 
No ale mniejsza o moją złośliwość (nic nie poradzę na to, że ludzie mnie ostatnio wyjątkowo irytują). Samo miejsce to jakieś gospodarstwo biologiczne. gdzie mają też sklepik i przygotowuja jakieś paczki z warzywami... co wydaje się ogólnie ciekawe, choć nie wiem, czy akurat dla mnie. Spróbować w każdym razie jak najbardziej bym chciała, bo tylko w ten sposób się dowiem... No i znowu się trochę podjarałam, że jest jaka nowa opcja dla mnie - zakład pracy chronionej... Wyguglowałąm se tę firmę, wypełniłam formularz kontaktowy i zaraz na drugi dzień, akurat wtedy w Mechelen byłam w parku - zadzwoniła do mnie jakaś babka. Pierwsze o co zapytała, to czy mam dokument uprawniający do pracy w zakładzie pracy chronionej... Odparłam, że nie, ale że moja kołcza poleciła mi ich firmę i że podobno wysłała też wiadomość na ten temat do mojej asystentki z biura pracy... Babka na to, że otrzymanie stosownego dokumentu to bynajmniej nie jest takie hop-siup i że to mnóstwo warunków trzeba spełniać i w ogóle... zanim VDAB wystawi taki dokument... 
No jak mnie to wkurwiło!!! 
Bo czemu ta mądra mi tego nie powiedziała...?
Nic to, babka powiedziała, że na wolontariat czy niepłatny staż - co w sumie jest moim tymczasowym celem - jak najbardziej mogę przyjść i w ogóle obejrzeć sobie wszystko i że ona mi chętnie wszystko wytłumaczy co i jak... Miała mi wysłać mejl z datami kiedy mogę przyjść... ale może mi się pomerdało i to ja miałam wysłać mejl, bo jednak byłam myślami trochę gdzie indziej, a mój mózg niełatwo się przestawia teraz z trybu luz na tryb poważne sprawy (bardziej niełatwo niż przódzi). Nienawidzę, gdy się do mnie dzwoni w randomowych momentach, gdy nie przygotowana jestem mentalnie na to że ktoś będzie dzwonił i nie mam ani gotowych pytań, ani odpowiedzi na potencjalne pytania z drugiej strony, ani nie mam na czym zapisać, ani nie mam swojej agendy. 
Zadzwonię po niedzieli do niej albo napiszę mejl i się umówię.
A do tej najmądrzejszej z mądrych też zadzwonię po niedzieli i powiem, że nie ma takiej zasranej możliwości, bym ja zapierdalała rowerem w taki gorąc do gdziekolwiek, nawet na pierdoloną stację, bo na pierdoloną stację to ciągle 5km w ted i 5 km nazad. Jak chce, może se sama do mnie przyjechać rowerem. Niech mi wyśle link do wideokonferencji albo niech się goni.  O i tak się teraz byle czym i byle kim wnerwiam na potęgę. Kiepsko u mnie z psychiką raczej. Byłam już raz u psycholożki, ale teraz ma wakacje i na następną wizytę przyjdzie mi troche poczekać. No to czekam.

Małżonek też się cziluje teraz w domu, bo jego to dopiero wszystko wkurwia. Ma zapalenie mięśnia sercowego. Lekarka powiedziała, że ze stresu. Po niedzieli ma wracać teoretycznie do roboty, ale raczej jeszcze trochę zostanie w domu. Niech se a-jedynkowcy zapierdalaja sami w taki upał, jak tak kochają tę robotę. Banda popierdoleńców. Sorry, no sorry. Taka jest prawda. Wyobraźcie sobie że ci debile pracują do godziny 20, a nawet do 22, przychodzą we wszystkie soboty a nawet niedziele i święta. Sam fakt, że oni tak pracują, mógłby nas gówno obchodzić. Jak dla nas mogą nawet spać w firmie (zresztą niedługo będą, bo właściciel własnie kończy apartamenty przy firmie i już ponoć się o nie biją), ale problem jest taki, że te bezmózgi mają wielki problem z tymi, którzy pracują normalnie, zgodnie z tym co mają zapisane w umowie o pracę, tak jak np Małżonek. Niestety tak jest dziś w większośći belgijskich firm, bo normalnych ludzi na normalnych kontraktach jest coraz mniej. Bo ludziom sie nie chce robić. Każdy chce mieć lekka pracę. Do ciężkiej chcą chorych wysyłać haha.
Coraz więcej ciężkiej roboty wykonują tzw pracownicy delegowani (a-1kowcy), których - można rzec - nie obowiązują tutejsze przepisy, prawo pracy, którzy nie mają tutejszego ubezpieczenia, nie płącą tutaj podatków. Wielu pracuje w warunkach wręcz nieludzkich. Bez nich ten kraj już by padł całkiem. Z nimi prawo pracy jest abstrakcją i kpiną. Niewolnictwo w XXI wieku jest faktem, a większość społeczeństwa zdaje się być tego kompletnie nieświadoma. Choć tak powoli zauważam że niektórym już coś tam zaczyna świtać, coś zaczyna się niezgadzać, coś zaburza ich idealny obraz świata, cos już tam gdzieś dzwoni, ino nie wiadomo za bardzo co, i czy na pewno dzwoni... Trochę za późno już na pobudkę, ale pozyjemy zobaczymy. Małżonek obmyśla plan B ale to plan karkołomny i trudny. Ale w takich warunach pracy, jakie tu zaczęły panować, nie da się normalnie funkcjonować. Zresztą już nie tylko pracy...


Na koniec zapowiadane wideo z parku i kilka luźnych zdjęć.























6 komentarzy:

  1. Fotki cudne, kwiaty i sałatki także.
    Co jakiś czas czytam, ze ktoś się opiekuje cudzymi zwierzakami, tez taką opiekę sprawowałam, bo chcieć hodować zwierzaki to jedno, a wyjeżdżać się lubi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tutaj jeśli chodzi o koty, czy psy to są hotele dla nich, a i w naszym azylu dzikich zwierzat można też zostawić ptaki czy kury za opłatą, o ile są miejsca, a w wakacje niestety nie przewala się z miejscami. Petsitting też jest dość popularny. Głównie młodzież się tym zajmuje za drobną opłatą, co i moje młode robiły, dopóki nie uznały, że to wcale nie lekka robota, gdy dwa razy dziennie musisz przez 5 tygodni latać do kogoś, by karmic kury, zbierać jajka, sprzątać królicze i świnkowe wybiegi, karmic i szukac po polu koty, bo ludzie mieli całe zoo, a jeszcze podlewanie kwiatków dochodziło. Są tu też osoby które wyprowadzają psy za opłatą. Jakis czas widywałam ziomka, który całe stado (ze 7 sztuk) wielkich różnych psów wyprowadzał. My byśmy naszych jednak w życiu randomowym osobom nie zostawili. Co innego, jakbyśmy kogoś dobrze znali a on znał potrzeby naszych zwierząt.

      Usuń
  2. Buce od wiatraka,ktory sie zawalil po burzy,sory ale nie bylo jak zabezpieczyc,pozdrawiaja.Niech zyje Bim !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, nie wszystko można zabezpieczyć, nie wszystko można uratować. Szkoda wiatraka i tego typu obrazy były dla mnie, jako się rzekło, najbardziej "dramatyczne" z pokazanych w wiadomościach "tragedii". No i to wciąż "tylko" wiatrak. No a pozostałe "DRAMATY" typu uginające się drzewa, padający deszcz i ludzie uciekający z tarasu bo nagle zaczęło padać są po prostu głupim sianiem paniki i straszeniem ludzi przez dziennikarzy. To już nawet nie jest śmieszne.

      Usuń
  3. Alerty o burzach z ostatniego tygodnia. Mamy znajomych wlochow u siebie i oni dostaja alert aby nie wychodzic w sobote i niedziele bo beda silne burze. A mielismy zaplanoeane wycieczki😉. Ja nie dostalam alertu, maz dostal ale tam uzyto slowa prawdopodobnie. U Wlochow w wiadomosci ze na 100%. W hodze na strone z radarem burz i tam widze ze burze omina wlasnie miejsca gdzie sie wybieramy. Bardzo lubie korzystac z tej strony widac migajace swiala wyladowan. Dzis poniedzialek wciaz smiejemy sie ze tlumaczac na angielski zapomnieli sliwa prawdopodobnie 😉. Bardzo lubie burze. Wlosi jednak bali sie bardzo .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wgl nie korzytsam z żadnych alertów. Sprawdzam pogodę w jakiejś aplikacji orientacyjnie, ale żeby temu ufać na 100% to nie ma mowy. Filozofia jest taka, że jeśli zapowiadają opady deszczu i burzę w najbliższych dniach, to trzeba założyć, że może padać i być na to gotowym. Jak zapowiadają 30 stopni to raczej nie ma co oczekiwać, że będzie zimno nawet jak to będzie tylko 25 albo aż 34. Czasem to zwykła codzienna obserwacja natury wystarczy i podtawowa wiedza na temat danego miejsca. My nie raz mamy ubaw, bo każdy korzysta w domu z innej apki i czasem jednemu pokazuje deszcz, drugiemu brak opadów itp. A kiedyś Młoda kłóciła się z Siri w iPadzie, bo zapytała jaka będzie pogoda, a ta na to, że teraz jest słonecznie. Młoda na to patrząc na gęsty deszcz za oknem, że "Siri, ale teraz pada". Siri, że nie pada. "Siri, jesteś głupia, ja widzę przez okno, że pada" A Siri wyświetla jakąś prognozę pogody i upiera się, że nie pada.

      Usuń

✍️ Skomentuj, jeśli masz ochotę, ale pamiętaj, że ten blog to moje miejsce w sieci, mój pamiętnik o moim życiu i zbiór prywatnych reflekcji na tematy różne i że ja tu ustalam zasady. Jeśli nie podoba ci się to, co tu widzisz, idź lepiej dalej...