Na wstępnie dziękuję Wam Wszystkim Czytelnikom systematycznie z wolnego wyboru (lub całkiem przypadkowo) zaglądającym na tego bloga za to że jesteście, że czytacie i że czasem nawet macie na tyle odwagi, by się odezwać i skrobnąć jakiś komentarz, co u mnie - wiadomo - różnie może się skończyć i bywa dosyć ryzykowne, gdyż ja nie jestem dla wszystkich miła, a czasem bywam nawet dość chamska i bezczelna, gdy mam zły dzień, gdy ktoś mnie wkurzy, co wielu się nie podoba. Nie zamierzam za to jednak nikogo przepraszać ani się zmieniać. Bo ja to ja, a mój blog to moje miejsce, w którym robię, na co mam ochotę i mówię to, co w danej chwili myślę bez owijania w watę cukrową. Cieszy mnie jednak, że mimo tego, ciągle tu ktoś zagląda, a niektórzy to nawet systematycznie. Pisałabym tego bloga i bez czytelników, ale z czytelnikami pisze się chętniej. Z czytelnikami jest na blogu ciekawiej i fajniej.
Cieszę się, że przez te kilkanaście lat nie zabrakło mi tematów ani chęci do pisania, choć chwile zwątpienia bywały, ani że przez te kilkanaście już lat nigdy nie zabrakło ludzi chcących te wypociny czytać. Jedni odchodzą, a drudzy przychodzą na ich miejsce. Są też i tacy, co uparcie od tych kilkunastu lat tu ciągle tkwią jak zaklęci. Tych pozdrawiam szczególnie.
Życzę Wam Wszystkim dobrego, zdrowego i udanego 2025 roku!
A teraz lecimy z naszą kolorową codziennością.
Przez te wszystkie wolne dni teraz ja nie wiem znowu, jaki dzień tygodnia wypada w który dzień. Rano mi się wydawało, że jest piątek i nawet pomyślałam, że w takim razie powinnam może zgodnie ze starym swoim zwyczajem jakiś post napisać. A potem mnie oświeciło, że post powinnam napisać była wczoraj, bo dziś to kurde już bardziej sobota jest niż piątek. Nie chciało mi się jednak pisać, bo nic spektakularnego się nie wydarzyło, żebym o tym opowiadać chciała.
Od połowy grudnia jestem na zwolnieniu lekarskim. Na poniedziałek umówiłam sobie kolejną wizytę u rodzinnej i będę próbowała przedłużyć swoją oficjalną niezdolność do pracy co najmniej do połowy stycznia, ale nie wykluczam, że jak tylko to bedzie możliwe, to nawet dlużej, bo już mi się nie chce wracać do pracy...
Nie dlatego, że jestem leniwa, nie dlatego że już mi się praca znudziła, ale dlatego, że wszystkie moje związane z tą pracą plany biorą w łeb, wszystkie moje dobre chęci, cały mój wielki entuzjazm i całe morze fantastycznych zajebistych pomysłów można o kant dupy rozbić, gdy człowiek jest zdechlakiem, a do tego wysiądzie mu jedyny środek transportu niewymagający końskiego zdrowia.
Jestem na ten moment w czarnej dupie.
Ostatnie dni znowu tylko myślę, kombinuję, analizuję, dyskutuję z Małżonkiem, spisuję co wymyśliłam, przyglądam się temu, znowu to analizuję, próbując od jeszcze innej strony spojrzeć i innaczej ten problem ugryźć, znowu dyskutuję z Małżonkiem i znowu rozkminiam.