26 stycznia 2025

Progresywny powrót do pracy.

 W tym tygodniu, zgodnie z informacją, którą otrzymałam z działu kadr, o wyznaczonej godzinie zadzwonił do mnie lekarz medycyny pracy (bedrijfsarts), a w zasadzie lekarka. Bardzo miła, jak sie okazuje, osoba.

Streścilam jej moją medyczną historię rakową, wyjaśniłam dlaczego lekarz kazał mi w domu posiedzieć i dlaczego teraz chcę tylko 10 godzin pracować. 

Lekarka wydała na to oficjalną zgodę, która zaraz po zakończeniu rozmowy pojawiła się w mojej skrzynce mejlowej. 

Na pół gwizdka będę mogła pracować przez 3 miesiące, a za pozostałe 50% będę otrzymywać zasiłek chorobowy... No, jeszcze nie wiem, kiedy mi go przyznają, bo póki co nie mam nawet potwierdzenia niezdolności do pracy z funduszu zdrowia za styczeń, a w styczniu dopiero za grudzień takie otrzymałam. Kiedyś przyszedł jakiś mejl, że pracodawca zalega im z jakimiś szczegółami i dlatego jest opóźnienie, ale że oni nad tym pracują i ja nic nie muszę robić, tylko uzbroić się w cierpliwość... 

18 stycznia 2025

Dobrze, że jestem niezdolna do pracy

 Ogromnie się cieszę, że dostałam to zwolnienie lekarskie na cały miesiąc. Inaczej za jasnego grzyba nie ogarnęłabym tego wszystkiego, co mam do ogarnięcia w styczniu: 

pierwszy tydzień: lekarz rodzinny w innej gminie, psycholog, badania w szpitalu w mieście, ginekolog córki w innej wsi; drugi tydzień: mój ginekolog w innej wsi, klinika piersi w mieście, zastrzyk u rodzinnej w innej gminie, badania krwi córki u rodzinnej, spotkanie w biurze pracy córki w mieście; trzeci tydzień: psycholog, rozmowa z lekarzem medycyny pracy, okulista mój i córki w mieście, spotkanie z biurem pracy w mieście; czwarty tydzień: dentysta córki, kroplówka w szpitalu, ortodonta syna w mieście, badania córki w szpitalu na drugim koncu prowincji...



Jak sobie pomyślę, że miałabymbym to wszystko robić po przyjściu z porannego dyżuru i przed pójściem na popołudniowy - bo taki był wstępny plan, to uświadamiam sobie, że chyba mnie pogrzało, skoro w ogóle mogłam na taki pomysł wpaść. No, ale to jest właśnie to, że ciągle uparcie próbuję funkcjonować i swój czas planować jako Magda sprzed raka, bo jestem uprata jak osioł i mam w głowie jak na dziole.

16 stycznia 2025

A ty chodziłeś na morwy?

 Któregoś dnia leżąc z Małżonkiem wieczorem w łóżku zaczęliśmy wspominać stare czasy, jak to na morwy chodziliśmy za gówniaka i jakie te morwy były pyszne i jak pyski smarowały na czarno... Już wtedy morwy były rzadkością, choć babcia opowiadała, że wcześniej ludzie hodowali tam jedwabniki...

U nas na wsi morwa rosła w sadzie graniczącym ze szkołą i gubiła owoce na szkolnym podwórku, gdzie czasem zakradaliśmy się latem szukać tych smacznych owocków w trawie. 

Dalej oczywiście wdaliśmy się z Małżonkiem w szerszą dyskusję o jedzeniu owoców, jak ograniczony był ich wybór w naszym dzieciństwie i jak nam tych owoców często brakowało.

mała Madzia z jabłuszkiem B-)


Jako dzieci urodzone na wsi, latem i jesienią owoców i warzyw mieliśmy pod dostatkiem, ale w porze zimowo-wiosennej raczej było ubogo. Dlatego też gdy zaczęły się pierwsze truskawki czy porzeczki pojawiać na krzaczkach, to wpieprzaliśmy niedojrzałe, często całkowicie zielone lub ledwo zaczerwienione.

 Wielu wspomina te czasy jakby z dumą, że tacy to niby kozacy i przykładne dzieciaczki byliśmy, że nie wydziwialiśmy przy jedzeniu, że jedliśmy nawet zielone truskawki czy jabłka i to nie umyte. 

12 stycznia 2025

Menopauza w wieku 20 lat...?

Siedzę na zwolnieniu

W poniedziałek poszłam do lekarki rodzinnej z nadzieją, że bez problemów da mi zwolnienie przynajmniej na cały tydzień, a najlepiej dwa, a potem będę mogła spokojnie progresywnie wrócić do pracy.

jajcarskie skarpety


Okazało się, że dostałam zwolnienie do końca stycznia. Rozmawiałam z lekarką dosyć długo rozważając różne opcje. Powiedziała, żebym dobrze się zastanowiła, patrząc na swoje ciało i chęci, czy chcę wracać do pracy czy nie i bym przyszła tydzień przed końcem zwolnienia powiedzieć, co postanowiłam. W razie co mogę zostać na zwolnieniu.

Mam też porozmawiać z szefową i lekarzem pracy o realnych możliwościach co do progresywnego startu. Lekarka powiedziała mi coś, czego nie wiedziałam (albo kiedyś wiedziałam, ale zapomniałam). Mianowicie, że na początek zwykle zaczyna się od 50 procent, czyli w moim przypadku będzie to 10 godzin (tyle wiedziałam), ale że potem w razie można jeszcze mniej (gdyby 10 godzin nie szło), a tego już nie wiedziałam... 

9 stycznia 2025

Pierwszy wspis Małżonka. Muzyka.

 Jakiś czas temu Małżonek napisał do mnie list na temat znaczenia muzyki w Jego życiu. Od razu powiedziałam, że ten tekst kiedyś znajdzie się na blogu, a on się zgodził, uznając, że równie dobze Jego list może być skierowany do szerszego grona, a nie tylko do mnie, jego żony, prywatnie. Myślę, że jeśli się wam, spodoba i wrzucicie pod spodem choć ze dwa  pozytywne komentarze, to zmotywuje Go na napisania kolejnych tekstów, bo On też jest dobry w pisaniu, tylko nie zawsze Mu się chce... ;-) 


MUZYKA

"Muzyka to dusza wszechświata, skrzydła umysłu, lot wyobraźni i całe życie"

Bez muzyki, życie byłoby pomyłką” /Friedrich Nietzsche/

„Muzyka może nazwać nienazwane i przekazywać niepoznawalne” /Leonard Bernstein/ 

„Muzyka to najsilniejsza forma magii” /Marilyn Manson/

Muzyka to sztuka cieszenia się i smucenia bez powodu” /Tadeusz Kotarbiński/  

Matematyka to wielka poezja, muzyka to wielka organizacja” /Otar Iosseliani/ 

Przepraszam za trochę przydługi wstęp, ale dobrze oddaje to o czym będę pisał. Reszta będzie już moimi własnymi słowami,  moimi własnymi odczuciami i przemyśleniami na ten konkretny temat. Do takiego listu przymierzałem się od dawna, bo to temat dla mnie bardzo ważny i istotny, a co za tym idzie wbrew pozorom nie jest mi tak łatwo to wszystko opisać. Postaram się jednakże spróbować, oddać to wszystko, jak to się zaczęło i dlaczego muzyka zawładnęła moim sercem i jest dla mnie czymś wyjątkowym , niepowtarzalnym.

Muzyka w pewnym okresie mojego życia to była moja wolność, moje schronienie i ucieczka przed wszystkim i wszystkimi, to był też ból istnienia w tej szarości i ponurej rzeczywistości, która otaczała mnie każdego dnia. To muzyka opisywała dla mnie świat i wszystko, co mnie otacza dookoła, była wyznacznikiem i drogowskazem; no i najważniejsze, to moja pierwsza i największa miłość oraz jedyny i najwierniejszy przyjaciel. 

W późniejszym czasie przyszło też kino, czyli filmy, ale to muzyka była i jest zawsze na pierwszym planie. Towarzyszyła  mi nawet w mrocznym okresie mojego alkoholowego zagubienia i nigdy też nie sprzedałem niczego związanego z muzyką jak płyty, kasety czy jakieś czasopisma, by kasę przeznaczyć na alkohol. Nigdy,  gdyż to były rzeczy niemal święte dla mnie, niczym relikwie.

5 stycznia 2025

Witajcie w 2025 Roku!

 Na wstępnie dziękuję Wam Wszystkim Czytelnikom systematycznie z wolnego wyboru (lub całkiem przypadkowo) zaglądającym na tego bloga za to że jesteście, że czytacie i że czasem nawet macie na tyle odwagi, by się odezwać i skrobnąć jakiś komentarz, co u mnie - wiadomo - różnie może się skończyć i bywa dosyć ryzykowne, gdyż ja nie jestem dla wszystkich miła, a czasem bywam nawet dość chamska i bezczelna, gdy mam zły dzień, gdy ktoś mnie wkurzy, co wielu się nie podoba. Nie zamierzam za to jednak nikogo przepraszać ani się zmieniać. Bo ja to ja, a mój blog to moje miejsce, w którym robię, na co mam ochotę i mówię to, co w danej chwili myślę bez owijania w watę cukrową. Cieszy mnie jednak, że mimo tego, ciągle tu ktoś zagląda, a niektórzy to nawet systematycznie. Pisałabym tego bloga i bez czytelników, ale z czytelnikami pisze się chętniej. Z czytelnikami jest na blogu ciekawiej i fajniej. 

Cieszę się, że przez te kilkanaście lat nie zabrakło mi  tematów ani chęci do pisania, choć chwile zwątpienia bywały, ani że przez te kilkanaście już lat nigdy nie zabrakło ludzi chcących te wypociny czytać. Jedni odchodzą, a drudzy przychodzą na ich miejsce. Są też i tacy, co uparcie od tych kilkunastu lat tu ciągle tkwią jak zaklęci. Tych pozdrawiam szczególnie. 

Życzę Wam Wszystkim dobrego, zdrowego i udanego 2025 roku!



A teraz lecimy z naszą kolorową codziennością.

Przez te wszystkie wolne dni teraz ja nie wiem znowu, jaki dzień tygodnia wypada w który dzień. Rano mi się wydawało, że jest piątek i nawet pomyślałam, że w takim razie powinnam może zgodnie ze starym swoim zwyczajem jakiś post napisać. A potem mnie oświeciło, że post powinnam napisać była wczoraj, bo dziś to kurde już bardziej sobota jest niż piątek. Nie chciało mi się jednak pisać, bo nic spektakularnego się nie wydarzyło, żebym o tym opowiadać chciała.

Od połowy grudnia jestem na zwolnieniu lekarskim. Na poniedziałek umówiłam sobie kolejną wizytę u rodzinnej i będę próbowała przedłużyć swoją oficjalną niezdolność do pracy co najmniej do połowy stycznia, ale nie wykluczam, że jak tylko to bedzie możliwe, to nawet dlużej, bo już mi się nie chce wracać do pracy...

Nie dlatego, że jestem leniwa, nie dlatego że już mi się praca znudziła, ale dlatego, że wszystkie moje związane z tą pracą plany biorą w łeb, wszystkie moje dobre chęci, cały mój wielki entuzjazm i całe morze fantastycznych zajebistych pomysłów można o kant dupy rozbić, gdy człowiek jest zdechlakiem, a do tego wysiądzie mu jedyny środek transportu niewymagający końskiego zdrowia.

Jestem na ten moment w czarnej dupie. 

Ostatnie dni znowu tylko myślę, kombinuję, analizuję, dyskutuję z Małżonkiem,  spisuję co wymyśliłam, przyglądam się temu,  znowu to analizuję, próbując od jeszcze innej strony spojrzeć i innaczej ten problem ugryźć, znowu dyskutuję z Małżonkiem i znowu rozkminiam.