28 kwietnia 2024

Dlaczego dzieciom nie wolno rozmawiać w szkole po polsku?

 Ten wpis będzie w głównej moją prywatną opinią na temat używania określonych języków w życiu codziennym. Po rzeczywiste wytyczne proszę udać się do odpowiednich instytucji, czyli np własnego urzędu gminy, szkoły, przedszkola, świetlicy, swojego pracodawcy etc. 

Każde miejsce w Belgii ma własne zasady i regulaminy…

Do napisania tego wpisu skłoniły mnie uwagi czytelników, z których przebija zdziwienie wymienianym przeze mnie co jakiś czas faktem, że w szkołach moich dzieci oraz świetlicach pozaszkolnych nie wolno rozmawiać w językach innych niż niderlandzki. 

Tak, w szkołach, do których uczęszczały i uczęszczają moje dzieci, obowiązkowo należy używać języka niderlandzkiego, który jest urzędowym językiem Flandrii. Głów za to nie ucinają i dzieciarnia czasem gada w innych językach. Nie jest to jednak mile widziane i często jest karane. Moim zdaniem, poniekąd słusznie.

Gdy idzie się na wywiadówkę do szkoły a nie włada się wystarczająco językiem niderlandzkim, należy zabrać ze sobą tłumacza, nawet jak się wie, że z nauczycielem można się porozumieć w innym języku. Oficjalnie bowiem nauczyciel przeważnie nie może rozmawiać w innych niż niderlandzki językach nawet jeśli biegle się takowymi posługuje. Wielu nauczycieli jest miłych i olewa te wytyczne, bo zależy im przede wszystkim na dobru dziecka i porozumieniu się z rodzicem, ale - moim zdaniem - powinno się bardziej na to zwracać uwagę. Zaraz wyjaśnię dlaczego tak uważam.

Przypomnę tu gwoli ścisłości, że Belgia ma trzy języki urzędowe: niderlandzki, francuski i niemiecki, ale te poszczególne języki dotyczą określonych regionów a nie całej Belgii. W sensie, nie znaczy to, że skoro mamy tu 3 języki urzędowe, to możemy ich używać zamiennie. Bynajmiej!

Bruksela jest oficjalnie dwujęzyczna i nawet nazwy ulic ma w dwóch językach. Ale szkoły nie są dwujęzyczne. Szkoły dzielą się tam na francuskojęzyczne i niderlandzkojęzyczne. Bruksela to jednak nie mój świat i nie zamierzam temu miastu więcej uwagi tu poświęcać. 

W Walonii (dolnej połówce tego kraju) językiem urzędowym jest francuski i tak się tam mówi wszędzie. Po niderlandzku nikt tam prawie nie mówi. Przy granicy z Niemcami jest niewielka część niemieckojęzyczna i po niemiecku tam się gada wszędzie. To też nie moje światy.

U nas we Flandrii obowiązuje niderlandzki, niestety przybywa tu coraz więcej i więcej ludzi mówiących w innych językach, z których spora część niestety nie mówi po niderlandzku albo słabo mówi po niderlandzku i co gorsza nie zamierza nic z tym problemem robić.

Wiedząc to, zastanówcie się teraz nad tym sami na spokojnie, jaki to ma wpływ na edukację…?

Omówię to na naszym przykładzie. 

My w domu mówimy wszyscy po polsku, bo jesteśmy Polakami i przyjechaliśmy z Polski. 

10 lat temu Dzieci poszły do szkoły, w której mówi się po niderlandzku. Nic nie rozumiały. Nikt nie rozumiał, co one mówią. My nie rozumieliśmy nauczycieli a oni nas. Niczego nie mogliśmy omawiać. Dzieci o nic nie mogły zapytać ani nie rozumiały lekcji. Takich ludzi jak my, czyli nie mówiących po niderlandzku, jest tu masa. Codziennie ktoś nowy przybywa. Każdy z innego kraju. I tak od wielu, wielu lat...

Czy to ma wpływ na edukację dzieci? 

Czy to ma wpływ na samopoczucie dzieci? 

Czy to ma wpływ na stosunki koleżeńskie? 

Jak myślicie...?

idźmy dalej. Wyobraź sobie, że jesteś takim dzieckiem i że w twojej klasie jest więcej polskich dzieci. 

Z kim będziesz najchętniej się bawić, porozumiewać? 

Jaki to będzie miało w dalszej konsekwencji wpływ na twoją edukację? 

Podpowiem ci. Na pewno nie przyśpieszy to nauki języka urzędowego i nie wpłynie na rozumienie poszczególnych lekcji i nawiązywania znajomości oraz zacieśniania więzi z innymi dziećmi. 

Jeśli szkoła pozwoli ci mówić po polsku, będziesz się najchętniej trzymał z polskimi dziećmi i będziesz ograniczał kontakty z innymi. Nauka nowego języka będzie ci szła opornie. Do tego inne dzieci nie będą cię lubiły, bo nie będą cię rozumiały. Zatem będziesz mało z nimi kontaktów utrzymywał... I tak rozkręci się błędne koło. To dotyczy też pracy i życia codziennego, ale to nie ta bajka...

Jeśli natomiast szkoła ci zabroni mówić po polsku, to chcąc nie chcąc będziesz używać tutejszego języka, a wtedy szybko się go nauczysz. Przy tym jeśli wszystkie dzieci z wszystkich krajów będą miały ten sam zakaz, to szybko zaczniecie się ze sobą bawić, a wasz wspólny jezyk, czyli w tym wypadku niderlandzki, będzie się poprawiał z każdym dniem. 

No, tu należy też chwilę się zastanowić, czy rozmawianie z innymi obcokrajowcami nie wypacza jakości niderlandzkiego... Moim zdaniem to robi, dlatego dziś ogólny poziom i jakośc tego języka nie są w najlepszym stanie (MOIM ZDANIEM, a jestem TYLKO obcokrajowcem, tyle że zwracającycm uwagę na języki).

Idziemy dalej... 

Wyszliśmy z przedszkola i jesteśmy w podstawówce. Musisz się uczyć czytać i pisać po niderlandzku. Musisz się uczyć dodawać, odejmować, mnożyć, obliczać powierzchnię sześcianu itd Jak masz to robić, gdy nie znasz podstawowych terminów w języku niderlandzkim? Gdy mama ci w domu po polsku wytłumaczy, to w szkole na nic się to nie zda, bo nie będziesz wiedzieć, że driehoek to trójkąt ale też ekierka. A pierwiastek, na którego tu mówią wortel, co oznacza też marchewkę albo korzeń, może wprawić cię w konsternację. O nauce historii, biologii, geografii to już nawet nie mówię...

Dziecko szybko nauczy się w szkole nowego języka, ale pod warunkiem, że będzie go cały szkolny dzień używać, a nie tylko na lekcjach. 

Jeszcze szybciej i lepiej nauczy się go, gdy będzie posługiwać się nim też po lekcjach, czyli np w świetlicy, w klubie sportowym etc.

Wiadomo jest, że możliwość posługiwania się językiem ojczystym jest niezmiernie istotna do prawidłowego rozwoju i dobrego samopoczucia. Dlatego, moim zdaniem, ważne jest, by dziecko mogło w domu mówić w swoim języku. Tylko w ojczystym rozumiemy detale i wszelakie drobne niuanse. W ojczystym najłatwiej wyraża się uczucia, emocje itd itd.

Jeśli jednak zależy nam, by dziecko osiągało dobre wyniki w nauce, dobrze wszystko w szkole rozumiało, poznawało i zaprzyjaźniało się z innymi dziećmi (nie tylko Polakami) jedną z pierwszych rzeczy powinno być dążenie do tego, by w szkole był zakaz używania innych niż niderlandzki języków.

To jest ważne, moim zdaniem, nie tylko dla nas prywatnie, ale dla całego systemu edukacji. Tak na babski rozum wydaje mi się oczywiste i logiczne, że aby zachować odpowiedni poziom nauki i poziom języka urzędowego, trzeba pilnować, by dzieci nie używały w szkole innych języków, by poza szkołą jak największy kontakt z językiem niderlandzkim miały, by oglądały bajki i filmy po niderlandzku, by po niderlandzku czytały książeczki…

Jak inaczej wyobrażacie sobie sensowną i solidną edukację? 

Ktoś kiedyś napisał w komentarzu, że w Polsce ukraińskie dzieci mogą swobodnie po ukraińsku rozmawiać. Wydaje się to takie miłe i sympatyczne ze strony dyrekcji szkoły, ale czy aby na pewno takie jest? Było by, gdyby powstały klasy ukraińskojęzyczne, gdzie lekcje prowadzone by były po ukraińsku, a w przyszłości zagwarantowane będzie tym dzieciom podjęcie studiów czy pracy w tym języku. Moim zdaniem tylko wtedy jest to w porządku wobec tych dzieci. Nie koniecznie wobec polskich i przyszłości kraju, o ile celem nie jest stworzenie Polski ukraińskojęzycznej i Polski polskojęzycznej. 

Pozwalanie dzieciom na rozmawianie w swoim języku wspieramy podział na „nas i ich”, na „swoich i obcych”. Takie jest moje skromne zdanie, co nie znaczy, że wy też tak musicie uważać.

 Jakie są konsekwencje to u nas w BE sobie to właśnie możecie to obejrzeć... 

Podejrzewam, że kiedyś też od takich miłych gestów się zaczęło, a dziś się płacze nad poziomem edukacji, nad poziomem i jakością języka niderlandzkiego. A poziom edukacji we Flandrii leci na łeb na szyję… a jest już, moim zdaniem, wystarczająco nisko, by każdy debil mógł skończyć liceum (w PL chyba zresztą jest podobnie, tak nawiasem mówiąc). W kwestiach pozaedukacyjnych ogólnospołecznych też jest przecież problem… I tu, patrząc z perspektywy tubylców, tym bardziej powinny być sensowne wytyczne i konkretne wymagania wobec ludzi chcących mieszkać we Flandrii. A tymczasem ludzie dostają bez większych problemów obywatelstwo Belgijskie po niderlandzku czy francusku ledwie dukając trzy zdania, co w moim mniemaniu , gdy spojrzeć na to z perspektywy tutejszej, jest  dosyć głupie... 

Jako obcokrajowiec mogę rzec, że spoko, iż nie muszę się uczyć niderlandzkiego, że Małżonek może w robocie po angielsku gadać i że u dentysty czy innego tam lekarza, mechanika, fryzjera etc się po angielsku dogadamy. To miłe i fajne, że wolno, że są takie możliwości, że ludzie władają tu wieloma różnymi językami i wszędzie się można dogadać bez nauki tutejszego języka urzędowego… 

Biorąc to jednak na rozum i spoglądając na to przez flamandzkie okulary, już takie dobre się nie wydaje…

Widzę to po wynikach naszych (i kilku polskich znajomych) dzieci. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że Młody ma blisko 130 IQ to i tak dziwnym mi się wydaje, że jego poziom znajomości języka niderlandzkiego zdaje się być (i to od dawna) wyższy niż rodowitych Belgów. 

Chyba nie powinno tak być…? Moim zdaniem przynajmniej część klasy, która od urodzenia posługuje się niderlandzkim, jednak powinna być lepsza od polskiego dziecka w języku niderlandzkim. Mam też cynk od innych Polaków, że ich dzieci też z łatwością sobie radzą z tym językiem od początku, znaczy spełniają szkolne wymagania… Obawiam się jednak, że to nie świadczy wcale o wyższości naszych polskich mózgów, tylko bardzo niskim poziomie szkolnego języka niderlandzkiego. To ma swoje dobre (dla nas obcych) strony i złe.

Doniesienia z pracy i od zaprzyjaźnionych belfrów zdają się moją teorię potwierdzać… Jest cienko.

Komplementy jakie ja słyszę na co dzień na temat mojej znajomości języka też temu świadczą. Ja jestem mądra, stąd wiem, że mój niderlandzki pozostawia sobie wiele do życzenia, ale wszyscy (poza moimi jeszcze bardziej mądrymi dziećmi) twierdzą, że świetnie mówię i piszę. Taa

Poza tym trzeba wam wiedzieć, że tutaj we Flandrii w każdej klasie jest pełno różnych obcokrajowców, z których każdy posługuje się innym językiem w domu.

Taki polski i ukraiński to przecież są podobne. Poza tym Ukraińcy mają często polski w szkole jako język obcy.

A tutaj w Belgii w jednej szkole masz dzieciaki niderlandzkojęzyczne, francuskojęzyczne, polskojęzyczne, arabskojęzyczna, chińskojęzycznej, portugalskojęzyczne, rosyjskojęzyczne, angielskojęzyczne, żeby tylko kilka wymienić. Gdy pozwolić każdemu gadać w szkole w swoim języku, potworzą się grupy językowe, a to pociągnie za sobą m.in. konflikty i spowolnienie nauki niderlandzkiego, a w dalszej konsekwencji obniżenie jego poziomu, bo przeciez jak masz choćby 30% dzieci w klasie obcego pochodzenia to w końcu trzeba poziom nauki do nich trochę dostosować, a potem kolejną trochę i kolejną... Tymczasem nie od dziś wiadomo, że dzieci (ba, wszyscy ludzie) lubią iść na łatwiznę i jeśli można coś łatwiej zrobić to zrobią łatwiej i nie będą się wysilać... Jeśli rodowici Flamandowie otrzymują takie same zadania, jak innojęzyczni to nie może to pozostać bez wpływu na ich język i wiedzę...

Nakazem posługiwania się językiem niderlandzkim w szkole Belgowie próbują ratować ten język przed zagładą i zniszczeniem. Próbują ratować ogólny poziom edukacji, bo słaba znajomość języka pociąga za sobą trudności w rozumieniu materiału z pozostałych przedmiotów.

Uważam jednak, że to już za daleko zaszło. Było się 20 lat temu nad tym zastanowić i wtedy wprowadzić stosowne wymogi, zasady, regulacje… Teraz to musztarda po obiedzie… Choć mówią, że lepiej późno niż później...

Zresztą ja widzę problem nie tylko w szkole. W pracy to też czasem jest MOIM ZDANIEM do dupy, gdy nie ma obowiązku mówienia w języku urzędowym.

Znowu mamy dwie strony medalu. Jedna, która nam obcym pasuje, to to że nie musi się mówić po niderlandzku, by dostać pracę. Dla nas bomba. Czy to jest jednak dobre? Nie sądzę.

Powoli się i to  zmienia. Małżonek zauważył to gdy ostatnio zacząl się rozglądać za ofertami pracy. Coraz więcej firm (wiecej niż jeszcze 5 lat temu) wymaga  komunikatywnej znajomości języka niderlandzkiego. Co wydaje mi się jak najbardziej sensowne i logiczne. Co więcej, ja uważam, że to ma wpływ na jakość pracy. Niby jak, zapytacie? No to wyobraźcie sobie, że swoją pracę musicie wykonywać w zakładzie, gdzie każdy pracownik pochodzi z innego kraju i innym językiem się posługuje, a szefuncio jeszcze w innym mówi. 

No i teraz odpowiedzcie sobie na pytanie, jak wyglądać będzie wasze rozumienie poleceń, jak będzie wyglądać współpraca, gdy tylko pojedyncze słowa wypowiadane przez kolegów i szefa będziecie rozumieć?

A tak ja widzę właśnie funkcjonowanie niektórych firm. W szczególności takich gdzie nie potrzeba dyplomów, czyli w przypadku zwykłych, jak my, roboli.

 Widziałam to nawet, gdy te nam okna wymieniali: kierownik z jednym gościem gadał po niderlandzku, z drugim po francusku, z trzecim po angielsku, dwóch między sobą gadało bodajże po turecku i pewnie jeden drugiemu tłumaczył, bo tak jest tu często, że ktoś nie mówi ani Kali jeść Kali pić, ale ma kolegę, który mu tłumaczy. Kolega nie zawsze też wszystko rozumie, a czasem rozumie źle... 

U Małżonka w firmie też tak robota wygląda. Nasi przyjeżdżają na umowy A1 bez znajomości jakiegokolwiek języka poza polskim i tak któryś bardziej ogarnięty (nie mylić z dobrze mówiący) w językach tłumaczy innym. Nie muszę dodawać, że nie każdy posiada lotny umysł i nie każdy od razu wszystko zrozumie i zapamięta, a nie mogąc zapytać szefa (bo nie zna języka) robi jak uważa... Efekty są czasem opłakane. No i szybko tworzą się podziały. Belgowie sobie. Polacy sobie. Turcy sobie... Jeden się z drugim nie dogada, a jak już to tylko w sprawach pracy, a na przerwie nie pogadasz już "o starych karabinach", nie zrozumiesz dowcipów, no więc tworzą się grupy, każdy siada przy innym stole, albo jeszcze lepiej - niektórzy Polacy wychodzą ostentacyjnie na zewnątrz z kanapką, "bo z belgusami jedli nie będą" i  zaczyna się wzajmne obrabianie dupy, obrażanie, złości i niesnaski. Każda grupa uważa się za lepszą od drugiej... Nic dobrego z tego w każdym razie nie wynika.

Tutaj też widziałabym bezwzględny nakaz nauki niderlandzkiego, ale na takiej zasadzie, że pracodawcy powinni wysyłać pracowników w czasie godzin pracy na takie podstawowe kursy językowe, oczywiście z zachowaniem normalnego wynagrodzenia za te godziny. No ale to marzenie ściętej głowy. Małe firmy i tak już ledwo zipią, ale to inna bajka.



26 kwietnia 2024

Ciężko było, ale się przeżyło

 To był taki tydzień z takich co to chciało by się przespać i obudzić się w niedzielę, by zobaczyć juz efekty i być po. Niby wiesz, że jakoś to będzie, jakoś przeżyjesz, jakoś dasz rady... lepiej lub gorzej ale wiesz, że mimo wszystko nie zagraża ci żadne śmiertelene niebezpeczeństwo, a tylko dużo trudności i ewentualności nieprzyjemności cię czeka. Niby zatem nie tragedia, ale nerwówka jak diabli i zmęczenie, diabelne zmęczenie...

zrobiłam laleczce sukieneczkę z chusteczki


Akcja poprzedniego weekendu rozgrywała się głównie na Kanapie w pobliżu Laptopa za panowania Wielkiego Zmęczenia. Najsampierw dokończono ostatnie projekty, ale ich nie wydrukowano, bo drukarki spodziewano się dopiero we wtorkowe popołudnie... Później było trochę skrolowania obrazków na instagramach i oglądania przygód filmowych bohaterów z "Rojst' i "Berlina".

Były dobre zamiary pójścia na spacer, ale sił na te zamiary zabrakło i nie zostały zrealizowane. Poza tym za zimno było. No panie, kto to widział o tej porze przymrozki i taką zimową ponurą aurę człowiekowi zmęczonemu życiem zapodawać!? Patrzysz przez okno i widzisz kwtinące drzewa i krzewy, trawy po pas, ptaki uwijające się przy swoich gniazdach i myślisz: ależ piękna wiosna! Po czym wychodzisz i się okazuje, że to nie żadna wiosna jeno środek zimy. Wyciągasz znowu w wielkim smutkiem wszystkie niedawno poprane i odniesione do szafy zimowe kurtki, czapki, rękawice, włączasz znowu ogrzewanie i parzysz hektolitry herbaty albo gorącej czekolady i zapominasz o lodach kupionych tydzień wcześniej z okazji 25 stopni i schowanych w lodówce. 

W poniedziałek kontynuowałam odpoczywanie, bo nadal byłam zmęczona, a nocami nie spałam porządnie, bo mój mózg potrzebował namiętnie myśleć o wszystkich nadchodzących zdarzeniach i potencjanych problemach z tychże wynikających. 

We wtorek był TEN WIELKI DZIEŃ w naszej szkole, który całe naszej klasie i naszej nauczycielce mnóstwo stresu dostarczył. Rano zaczęliśmy w wielkim pośpiechu i zdenerwowaniu szykować dwie sale i migusiem nasz plan zajęć omawiać. Sytuacji nie poprawiał fakt, że dwie koleżanki w ostatnim momencie zrezygnowało. Jednej nagle zmarł tato, druga powiedziała tylko ze łzami w oczach, że "przyczyny osobiste" zmuszają ją do przerwania kursu. W ten sposób z dziesięciu zrobiło się nas osiem.  Żeby było weselej, okazało się, że ten dzień otwarty w naszej szkole organizowany przez VDAB nie polega na tym, jak wszyscy żeśmy myśleli, że ludzie zajrzą czasem do naszej klasy i pójdą dalej, tylko na tym, że przyszli rano i zostali do końca. Każdy łącznie z nauczycielką się wkurzył, bo dla wielu koleżanek był to dodatkowy czynnik stresowy, gdyż nie lubią jak ludzie i to obcy im na ręce patrzą. Mnie to akurat było równo w paski, bo mnie zawsze najbardziej znajomi stresują niż jakieś randomy, których nie znam. Im bliższy znajomi tym większy dla mnie stres, ale rozumiem koleżanki doskonale. Druga sprawa to to, że nasza klasa jest po prostu zwyczajną, przeciętną klasą, czyli salą niezbyt dużych rozmiarów - ot że kilka ławek się zmieści. Gdy ponad 20 nas na początku było, to ludzie ledwo się mieścili, a na tych zajęciach było nas 8 kursantek plus kilku naszych nauczycieli, plus 25 przedszkolaków i ich dwie panie - to już był spory tłum, a my tam zajęcia miałyśmy prowadzić, gdzie dzieci się bawią, skaczą, biegają, gdzie rozstawialiśmy nasze zamki dla księżniczek albo wykopaliska archeologiczne, czy jak moja grupa, prowadziliśmy zabawy ruchowe. I na to wszystko wbija ci do sali jeszcze 10 dodatkowych ludzi, których nikt nie zna, a którzy robią zdjęcia, filmują, ale przede wszystkim zajmują ci miejsce, oddychają twoim powietrzem i generują u ciebie dodatkowy stres. Zabić to mało! Innemi słowy organizacja jak zwykle pierwsza klasa.

No ale dobra. PRZEŻYLIŚMY wszyscy. Nasz występ zaliczony pozytywnie i nawet bez negatywnych komentarzy. Partnerka postanowiła bardzo rozsądnie starać się robić to co ja i całkiem dobrze to wyszło. Mogło oczywiście być lepiej, gdyby wcześniej wykazała więcej zainteresowania i chęci, ale skoro zaliczyłyśmy bez problemu to jest dobrze i nie ma temu co więcej czasu poświęcać.

Wszyscy ogólnie dobrze się spisali i odwalili kawał dobrej roboty, a impreza dla dzieci była udana. Moja grupa odprowadzała skrzaty na przystanek autobusowy, gdzie czekałyśmy z nimi, aż autobus się pojawił, a potem machałyśmy, aż autobus zniknął za urzędem gminy, a wtedy koleżanka zawołała: "uf wreszcie się was pozbyłyśmy, dranie" i wszystkie odetchąwszy z ulgą zaczełyśmy się śmiać i wymieniać wrażeniami i spostrzeżeniami całego dnia. Potem zabrałyśmy się za doprowadzanie sale do stanu sprzed zamieniania ich na przedszkole, a na koniec szybko podpisałyśmy wielką kartkę urodzinową i wręczyłysmy uczycielce, która tego dnia obchodziła w ten zmyślny sposób swoje urodziny.

Takim sposobem najgorsze zostało odfajkowane.

Środa jednak też była ciężka. OSIEM I PÓŁ GODZINY w świetlicy to nie lada wyzwanie nawet dla zdrowego. Miałam dość już przed południem, a tu godziny ciągnęły się w nieskończoność, jak mi się zdawało. Po południu udało mi się zorganizować osobiście jedną zabawę (bo nie było nikogo, kto by mi przeszkadzał). Nie byłam za bardzo przygotowana do tego, a tylko rano zgarnęłam swoją nie dawno zakupioną chustę animacyjną i na szybko przeczytałam instrukcję do podstawowych zabaw, ale nie mam wielkiego doświadczenia z tą zabawką i trochę mało pomysłów miałam i stosownego słownictwa mi brakowało, a poza tym i tak po chwili zaczęło padać i musieliśmy uciekać do sali... Zabawa zatem wypadła tak średnio na jeża... 

W końcu udało mi się dociągnąć jakoś do szóstej godziny i mogłam z wielką ulgą pedałować do domu.

Kolejnego dnia szkolna mentorka zjawiła się zgodnie z zapowiedzią na ostatnią ewaluację. Miałam zatem okazję, by przekazać jej projekty. Nie zazdroszczę jednak jej zadania, bo jakoże w poniedziałek rozpoczyna się oficjalnie ostatni etap kursu, każdy kursant musi zostać oceniony za ten etap, a to oznacza, że nauczyciele mają weekend na przejrzenie naszych zadań i powiadomienie każdego, czy zdał i czy może rozpoczynac kurs. Mówią, że najpierw przeglądają po łebkach ogólnie, co i jak, by ocenić, czy zadania zostały wykonane i powiadamiają kursantów o zaliczeniu lub nie, a potem zabierają się dopiero za dokładne czytanie. Jeśli wtedy im wyjdzie, że coś tam nie ten teges to po prostu zadają dodatkowe zadania do wykonania na ostatnim stażu. 

Od jednego chłopczyka otrzymałam obrazek, który mnie zachwycił. 



Mnie mentorka poinformowała od razu, że dzień wcześniej mieli naradę i uznali od razu, że mogę iść dalej nawat jak moje zadania są niekompletne. Przeto mogę już na prawdę odetchnąc przez weekend, a w poniedziałek iść spokojnie na pierwszy dzień stażu.

Wczoraj ponadto z rańca obskoczyłam skuterem szpital. Szybko załatwiłam płukanie portu, pomachałam pani onkolog, bo miała otwarte drzwi do gabinetu i czym prędzej wracałam do domu, bo jeszcze miałam trochę roboty przed wyjściem do świetlicy. Musiałam na ten przykład odświnić świnie i zapodać im po kropelce antybiotyku, gdyż znowu przygarnęły te cholerne robaki. Głównie to Lady przygarnęła, bo tylko u niej póki co dupa znowu wyłysiała. Podejrzewamy, że głównym powodem tego, że ona to non stop ma jest fakt, że zaraza mała nie chce brać witaminy C. Pozostałe prośki to wręcz dopominają się codziennie swojej tabletki do chrupania. Na początku te młodsze też nie chciały żreć - brały do pyszczka i wypluwały, ale za którymś razem im podeszło i teraz uwielbiają. Lady nie daje się namówić, choć Młoda co jakiś czas próbuje jej pod nos podstawiać, bo to Młoda rozprowadza dragi w świńskim świecie. 

droga na skróty



Po południu nagle coś mnie zaczęło piec na obojczyku. Pomacałam i zaklęłam głośno, gdy wymacałam lepiec, którego zapomniałam odkleić po przyjściu do domu. SHIT! Odkleiłam czym prędzej z uczuciem, że odrywam sobie skórę. Lepiej późno niż później. Strach pomyśleć, jak by to wyglądało, gdybym się dopiero wieczorem zorientowała. Brrr. Od czasów antyrakowych terapii z moją skórą coś się potegowało i nie toleruje żadnych lepców nawet na chwilę. Nawet te tak zwane specjalne dla wrażliwej skóry są niebezpieczne. Momentalnie skóra czerwienieje i zaczyna sędzieć a potem piec. Po dłuższym czasie robią się rany.

gdy zapominam odkleić plastra


Dziś z kolei jeździłam do rodzinnej po zastrzyk, przez co teraz jestem jeszcze gorzej zmęczona niż przez resztę dni, bo to cholerstwo ma takie właśnie skutki uboczne, które aktywują się po kilku godzinach od wbicia igły: zmęczenie i senność.

Zabrałam też i Najstarszą ze sobą, by lekarka mogła ją zbadać i wypisać receptę na inny lek na ADHD zaleconey przez polskiego psychiatrę. Teraz załatwiamy to tak, że pan doktor przysyła mejlem dokument w którym opisuje po angielsku co stwierdza i zaleca, a my przekazujemy to naszej lekarce rodzinnej, która pisze recepty lub daje skierowania. Poprosiłyśmy też o wypisanie jakiegoś zaświedczenia dla biura pracy o tym, że Najstarsza ma stwierdzone ADHD. Informację o autyzmie mają już od dawna. Na tej podstawie otrzymywała też pomoc z GTB. Kolejne spotkanie z VDAB mamy w przyszłym tygodniu, bo pani coś tam jeszcze musi dopytać... Tak przynajmniej napisała w e-mailu do mnie. 

W nazym ogródeczku pojawiły się w tym tygodniu synogarliczki. W zeszłym roku ich nie było, więc bardzo się cieszymy, że powróciły, ale okropne z nich łobuzy. Młoda przyuważyła kiedyś, że to one tak rozwalają dziobami ziarno z kurzego karmnika, a ja się zastanawiałam, co tu naraz taka granda. 







20 kwietnia 2024

Udało mi się trochę zluzować majty.

 Mogę rzec, że od ostatniego wpisu udało mi się trochę zluzować majty. Nie że tam od razu pełen luz, ale jest trochę lepiej. Podkreślam: TROCHĘ. Dobrze nie jest, bo jestem zmęczona i ciągle dosyć zestresowana, no ale po kolei.



Jako się rzekło w poniedziałek odbyłam rozmowę ze swoją mentorką. Gadałyśmy jakieś półtorej godziny i muszę przyznać, że bardzo mi ta rozmowa pomogła i dodała otuchy. Po tym, co nauczycielka powiedziała, od razu postanowiłam spróbować dokończyć ten kurs w tym roku szkolnym. Czy się uda, w dużej mierze zależy od zdrowia i wytrzymałości mojego organizmu (i pierdyliarda losowych rzeczy).

Mentorka powiedziała jedną ważną rzecz, którą chciałam usłyszeć, a mianowicie, że jeśli nie uda mi się wykonać zadań stażowych w tej świetlicy, to wyjątkowo mogę je zrealizować podczas ostatniego stażu, czyli w innej świetlicy (w tej w której byłam na początku). Przy okazji dowiedziałam się, że te zadania stażowe, która dała nam inna nauczycielka, już są nieaktualne, bo w międzyczasie postanowiono, że na tym ostatnim prawdziwym stażu już żadnych zadań nie będzie. Mamy bowiem teoretycznie już wszystko umieć, a więc po prostu idziemy tam i robimy swoją robotę jak pełnoprawni pracownicy.   

Umówiłyśmy się zatem, że spróbuję teraz zrobić, ile się zrobić da i na ile mi siły i zdrowie pozwolą, a resztę potem na ostatecznym stażu, o ile mi zdrowie i siły pozwolą. A nie jestem co do tego przekonana, bo czuję się raczej słabo i szybko się męczę, ale przede mną jeszcze 1 dzień szkoły plus 3 dni stażu. To niewiele, a jednak strasznie dużo.

Dzień szkoły zapowiada się wielce stresująco, bo te przedszkolaki przyjeżdżają a my będziemy się nimi zajmować, a nasi nauczyciel będą się temu przyglądać i oceniać. Nie było zbyt wiele czasu na przygotowania, więc będzie raczej spontan, czyli generator stresu.

A potem w środę mam cały dzień stażu, bo muszę odrobić dwa dni, w które byłam chora. Ten drugi dzień to ostatni czwartek, ale o tym za chwilę. 

Potem kolejnego dnia, żeby było atrakcyjniej, rano muszę skoczyć na chwilę do szpitala, by mi przepłukali port, pobrali krew do badania i żeby powiedzieć "Dzień Dobry" pani onkolog. A potem dup znowu na staż. Mentorka ma się tego dnia pojawić na ostatnią ewaluację. Piątek jest oficjalnie moim ostatnim dniem stażu. Dużo tego jest jak na mój stan, ale bardzo chcę podołać. Liczę się jednak z tym, że wszystko może pójść nie tak...



Jak może pamiętacie z poprzedniego wpisu, po feriach miałam przeprowadzić swoje zajęcia. Bardzo chciałam je przeprowadzić, bo uważam, że były by fajne i dzieciom by się podobały. Zabrałam jeszcze parę rzeczy i powtórzyłam sobie na wszelki wypadek wszystkie zabawy, ale spodziewałam się, że nic z tego może nie wyjść, bo już przecież wystarczająco długo tam ten staż odbywam. No i podejrzenia okazały się jak najbardziej słuszne. Wiedziałam to, zanim zadzwoniłam do drzwi świetlicy, bo zobaczyłam przed budynkiem domu kultury i sportu wielki baner ogłaszający, że oto obchodzimy właśnie "dzień zabawy na świeżym powietrzu". Nawet nie wiedziałam, że takie święto istnieje, no ale się dowiedziałam. 

Zajecia tego dnia były jednak fajne, bo były zabawy ze strażakami, policjantami, było sporo dmuchanych zamków, malowanie twarzy i sporo innych atrakcji dla dzieci w każdym wieku. Śmieszne tylko trochę, że dzień zabawy na świeżym powietrzu odbywał się w sporej części w sali sportowej, bo burze cały dzień przechodziły, czyli padał deszcz, ale ogólnie fajna sprawa.

Nie, nie, to nie były zajęcia organizowane przez świetlicę, tylko przez gminę ogólnie, czyli przy współpracy różnych instytucji i wparciu mediów, rządu itd. Świetlica jednak miejści się w tym samym miejscu, co impreza się odbywała, więc wystarczyło przejść korytarz i już byliśmy na imprezie.

Załapałam się do pilnowania najmłodszej grupy i konkretnie miałam dwa brzdące pod opieką, więc akurat mi oczu i rąk spokojnie wystarczyło. Do organizacji ze strony świetlicy bym trochę klawiaturę postrzępiła, ale nie będę maranować swojego czasu na wywewnętrznianie się z tego tytułu. 

Ta środa była okropnie wyczerpująca, bo takie imprezy masowe, gdzie pilnować trzeba nieswoich dzieci to ostra jazda bez trzymanki, więc wieczorem byłam dętka. Na drugi dzień wcale nie było lepiej, a nawet było gorzej, więc znowu poszłam do doktorki po wolne. Piątek miałam zwyczajnie wolny, więc odpoczywałam sobie i dokończałam moje zadania pisemne, dzięki czemu już prawie są gotowe. Zostało mi tylko ostanią z czternastu wymaganych  zabawę opisać według schematu.

Myślę, aczkolwiek nie jestem pewna, że moje zaplanowane zajęcia można będzie łatwiej, spokojniej  i atrakcyjniej zrobić z kilkoma dzieciakami w tej drugiej małej świetlicy niż z tym czterdziesto- czy siedemdziesięcio osobowym stadem. Jednym słowem te wszystkie problemy w ostatecznym rozliczeniu mogą wyjść na plus. Nie chwalmy jednak dnia przed zachodem słońca, bo jeszcze nie skończyłam ani tego stażu, ani nie oddałam zadań pisemnych, ani nie zaliczyłam imprezy w szkole.

Przed tym cyrkiem w szkole też mam teraz lekkiego cykora przez tego piekielnego tik-taka, którego przygotować miałyśmy w dwójkach, no bo moja dwójka raczej się nie wysiliła a do tego po ostatniej (a zarazem pierwszej) próbie nie jestem przekonana, czy ona mi tego nie spiętroli.

Robiłam sobie nadzieję, że skoro Młodemu wystraczyło to raz wytłumaczyć i za drugim razem grał rolę, jak stary aktor, to dorosła dziewczyna spokojnie powinna sobie poradzić. Tja. 

Ale przyznam się wam, że we wtorek postanowiłam, iż miesiąc dobroci dla koleżanek się skończył i podkablowałam na luzaka do uczycielki, że panienka się nie wysilała zbytnio. 

Gdyby chociaż słowna była, to by się to nie zdarzyło, ale cóż, sama się o to prosiła. We wtorek lekcje mieliśmy tylko po popołudniu. Zaproponowałam zatem, byśmy się rano spotkały w szkole i nasze przedstawionko przećwiczyły, bo za tydzień kurde trzeba je przed dziećmi zagrać. 

Tak, JA TO ZAPROPONOWAŁAM, choć logika podpowiada, że to od niej wyjść powinno, bo to ona nie wie nic o tym. Zaproponowała godzinę dziewiątą. Dobra. Rano wstałam, czym prędzej ogarnęłam poranny burdel i już miałam wychodzić, a tu sms, że panienka będzie "później, bo nie zdąży na autobus". PÓŹNIEJ! Napisała po prostu PÓŹNIEJ! Pytam zatem o której konkretnie godzinie, bo ja nie sram czasem wolnym. Koło dziesiątej - odpisała. No to okej. Wpieniło mnie to jednak jak fiks. Pomyślałam sobie tylko, że dobrze że ja jestem młoda i zdrowa, dzięki czemu do szkoły mogę popierdalać 12 kilometrów na rowerze i nie muszę, jak takie biedne małolaty na żaden głupi autobus czekać. Tak, ona mieszka w sąsiedniej wiosce i do szkoły ma nie wiele dalej niż ja. Tyle że ona jest 26 lat odemnie młodsza, a to robi różnicę. Gdzie by ci tam młodzik się wysilał i rowerem fatygował na taką przerażającą odległość.

Postanowiłam że pojadę i tak od razu, by wstąpić do sklepu po warzywa. No bo jedną z rzeczy, które tam mamy (sorry, ja mam) w programie, jest robienie pociągu z warzyw (no wiem, czasem miewam dosyć głupie pomysły). 

Wsiadłam na rower, pojechałam do sklepu, kupiłam paprykę i ogórka, przyjechałam do szkoły. Przyszłam do klasy, gdzie nasza nauczycielka pracowała sobie nad swoimi papierami (dlatego można było przyjść wcześniej do klasy). Pogadałyśmy chwilkę i zaczęłam przygotowywać wszystko, a wtedy przyszedł sms, że autobus nie jechał, więc panienka będzie MOŻE pół godziny później... 

Wkurw mnie wziął! I wtedy, jak uczycielka zagaiła coś na jej temat, powiedziałam, jak się sprawy naszego przedstawienia przedstawiają w razie, jak coś pójdzie nie tak.  Pojwiłasię przedjedenastą. Ale ciągle ja byłam tą stroną, która proponowała kolejne próby i jeszcze kolejne, a ona tą stroną, która po każdej próbie sięgała po telefon z miną wskazującą znudzenie aktualnym zajęciem i chęć pójścia do domu. 

A potem była jeszcze heca, bo się okazało, że moja partnerka nie jest jedyną w swoim rodzaju. Inna koleżanka zaczęła nagle się żalić, że wszystko sama robiła, a tamta druga nic... No a wtedy  UWAGA TRZYMAJCIE MNIE Panienka siedząca po mojej prawicy wyrywa się z głośnym zdziwionym "COOO?! No to nie fajnie..." 

Myślałam, że spadnę z krzesła. Ale koleżanka zaczęła ciągnąć swoją opowieść, a wtedy reszta obecnych dziewczyn zaczęła wyrażać swoje opinie, że to karygodne, niedopuszczalne, że powinno się to nauczycielce zgłosić, że praca w grupie to praca w grupie i każdy się powinien udzielać, a nie że jeden wszystko robi, a drugi nic...

Wtedy chyba coś tam się przebiło i coś gdzieś zaświtało, ale nie do końca wiadomo co i gdzie...

 Po dłuższej chwili Dziewczę zapytało, czy może jednak mogło by przynieść następnym razem książkę o pociągach i drugą jakąś zupełnie nie na temat, bo przecież ono też nic nie zrobiło i co będzie jak się nauczycielka zapyta, co ono zrobiło... Tu zapadła niezręczna cisza, bo ja nie miałam najmnjejszego zamiaru pocieszać nikogo, że jak coś to będę dla niego kłamać, bo i nie mam takich planów. Poza tym podejrzewam, że nauczycielka pytać nie będzie o to, co już wie... 

Po chwili zapytałam jednak ze słabo ukrywaną złością, gdzie niby ona chce te książki wcisnąć i w jaki spoób do tego przedstawienia, ale nie otrzymałam odpowiedzi. 

Potem zaczęła się lekcja. Robiłyśmy muzyczne pudełko z opakowań po serkach wypełnionych makaronem i ozdobionych.



A wieczorem otrzymałam sms z tym samym pytaniem "czy mogę przynieść te książki?". Nie uznałam za stosowne odpowiadać na niedorzeczne pytania.

Mówią, że tonący nawet brzytwy się chwyta i coś w tym  jest. 

A w naszym ogrodzie tymczasem praca wre. Kogut pieje, kura znosi jaja i drze dziobam by ją wypuścić choć na chwilę poza ogrodzenie. Do ich stołówki zlatują się nasi najróżniejsi pierzaści znajomi. Pani Kosowa przylatuje non stop i zabiera pełny dziób jedzenia. Nie boi się Człowieków i nawet jak w ogródku jesteśmy, to ląduje bez wahania. Sroki i kawki trochę bardziej się boją, ale też nie aż tak, by nasza obecność w kuchni za oknem ich powstrzymywałam od grzebania w kurzym jedzeniu. Kury jednak za nimi nie przepadają i czasem któreś ich pogoni. 

Panieneczki sikoreczki i paniczowie wróblowie też czasem się kręcą, ale nie tak często i nie w takich ilościach jak zimową porą. Miło jest mieć tyle życia w ogródku. Uwielbiam przyglądać się tym sympatycznym maluszkom przez okno siedząc w kuchni przy stole.











13 kwietnia 2024

Próbuję mieć wakacje

Znowu przeceniłam swoje możliwości. Wiem, że od czasów zakończenia leczenia raka balansuję na cienkiej linie na granicy swoich możliwości i co jakiś czas spadam w dół, skąd wychodzę mniej lub bardziej poobijana, bo nie mam raczej nic z kota, by na czterech łapach lądować. Jak już to na potłuczone szkło chyba. Poza tym to ja to ryzyko chyba lubię... Na pewno jestem go świadoma i absolutnie mnie nie dziwi, że się stało tak jak się stało, bo wiedziałam, że tak się może stać i ryzykowałam. Bo mogę :P

nasza brzózka samosiejka

Kilka tygodni temu zaczęłam dobitnie czuć, że lecę na oparach sił. Szczególnie z psychiką nie za bogato było. Czułam, że nie dam rady, że czas wyskoczyć ze szkolnego kołowrotka i zrobić sobie wakacje. Drugie moje ja krzyczało jednak: TERAZ? No chyba cię poebao! Babo, jest marzec. Do wakacji masz raptem 3 miesiące. Nie jojcz, ino zaciśnij zęby i walcz. Jak nie spróbujesz to się nie dowiesz, czy dasz rady, czy nie. Masz szansę skończyć szkołę w tym roku, to co ci szkodzi spróbować. Potem będziesz się wakacjować.

Tego kursu nie da się o tak bezkarnie przerwać. Jeśli zrobi się dwutygodniową pauzę (w sensie pauzę bez robienia czegokolwiek związanego ze szkołą - siedzenie w domu i robienie zadań to nie jest pauza), to trzeba się liczyć z wydłużeniem kursu o co najmniej pół roku, bo inaczej nie da się wyrobić z zadaniami i projektami. A ja nie chcę ani tygodnia dłużej do szkoły chodzić, bo mam zwyczajnie jej dość. Jestem na to za stara, jak już mówiłam nie raz. Chodzenie do szkoły jest na dłuższą metę irytujące i uciążliwe dla baby mężatej i dzieciatej. Gdyby to tylko kwestia pójścia do szkoły była i posiedzenia tam tych paru godzin, było by to czystą rozrywką, oderwaniem się od codziennych obowiązków itd. 

No i nie czarujmy się, ja tego się właśnie spodziewałam, że dwa razy w tygodniu sobie pójdę do szkoły, dwa razy w tygodniu po parę godzin będę chodzić do świetlicy. No i w sumie tak to jest, z tą tylko  różnicą, że we wszystkie pozostałe momenty dni, tygodni i miesięcy od tej szkoły i od tej praktyki NIE JEST się wolnym, jak mi się wydawało, że będzie. 

Spodziewałam się zadań domowych, spodziewałam się, że czasem trzeba będzie coś przygotować, ale nie że te zadania i przygotowania będą wymagały mojego poświęcenia szkole i świetlicy 24/7.

Nie spodziewałam się, że nie będę mieć czasu posprzątać domu... tam posprzątać! Ja kuźwa nie mam czasu ani sił nawet z grubsza przysłowiowego rynku ogarniać. Nigdy nie byłam i nie jestem żadną perfekcjonistką i 'chaos kontrolowany' czy "twórczy nieporządek" to normalny stan naszego obejścia, ale w ostatnich miesiącach w domu miałam zwyczajny syf, bo ani mi się nikogo pogonić do sprzątania nie chce (no i są miejsca, do których lepiej by nikt sie nie zbliżał bez mojego nadzoru), ani tym bardziej samej za to zabrać. Taki był syf, że nawet mi to zaczęło ciążyć i irytować.

Nie spodziewałam się, że będziemy przez rok na przymusowej diecie pizzowo-frytkowej, bo nie będę mieć czasu ani sił na gotowanie jakiegoś normalnego jedzenia.

Nie spodziewałam się, że nie będę mogła zajmować się dziećmi, chodzić z nimi do lekarzy, dentystów, urzędów, co będzie powodować niezmierną frustrację i generować mnóstwo stresu.

 Nie spodziewałam się, że nie będę móc spać po nocach, bo całe noce będę leżeć i podziwiać sufit myśląc o zadaniach domowych i życiowych problemach.

Nie spodziewałam się, że na stażu spotkam się z takim nieprzyjaznym nastawieniem. To chyba jedna z gorszych rzeczy, której się nie spodziewałam i która jest wyjątkowo dla mnie uciążliwa.

Nie spodziewałam się, że będę wciąż musieć latać po sklepach za materiałami potrzebnymi do realizacji projektów i wydawać pieniądze, których nie mam na rzeczy, których nie potrzebuję.

Wiele z tych  i tym podobnych trudności zaczęłam zauważać po drodze w trakcie trwania kursu, ale dopiero jak teraz siedzę któryś dzień w domu rozważając świadomie ostatnie miesiące, zauważam, co i ile tak na prawdę ten kurs kosztuje. Pieniędzy. Czasu. Sił. Zdrowia.

W zeszłym tygodniu dotarłam po raz drugi w swoim życiu do granic swoich możliwości. Z tym że poprzednim razem osiągnęłam granicę możliwości fizycznych. Tym razem wykończyłam się psychicznie. Co jednak w konsekwencji spowodowało totalne osłabienie fizyczne.

Nie powiem, ciekawe doświadczenie życiowe... ale kurde nie polecam.

Wiecie co było kroplą, która przepełniła czarę? Totalny zawód podejściem ludzi do swojej pracy! 

W głowie mi się zwyczajnie nie mieści, że ja blisko 50-letnia baba, po ciężkiej chorobie z wyniszczonym organizmem, z ogromnymi trudnościami językowymi staram się, staję na rzęsach, poświęcam czas, zdrowie, rodzinę, by dostać się do tej pracy, by móc pracować z dziećmi, by byc dla nich dobrym opiekunem, który nie tylko ich pilnuje, ale troszczy się o nie, uczy, pokazuje świat, bawi się, rozmawia, wysłuchuje, wspiera i robi te wszystkie inne rzeczy, na które zapracowani rodzice nie mają czasu... a tymczasem ludzie już tam pracujący, ludzie młodzi, silni robią robotę na odwalsię.

To oni mają być dla mnie wzorem do naśladowania i cennym przykładem ? 

Wolne żarty! 

Szkoda tylko że wcale nie śmieszne.

Jak zawsze mam mnósto pomysłów na zajęcia dla dzieci. Marzyło mi się, że choć jedne zajęcia będę mogła poprowadzić w czasie ferii wielkanocnych. Niestety, gdy ze 2 tygodnie przed feriami zapytałam o to, powiedziano mi, że zajęcia są już rodzielone i nie ma dla moich miejsca, ale mogę pomagać koleżankom...

 Nie ma problemu. Pomagając też mogę się wykazać, przydac do czegoś no i co najważniejsze czegos nowego nauczyć. W pierwszej świetlicy np zajęcia były różne i mimo, że dużo tego nie było, bo i dzieci tam mało, to zawsze coś tam podpatrzyłam. Tutaj dzieci mnóstwo, a do tego warunki cudne,  to i moje nadzieje na nowe doświadczenia były duże...

 I to mój pierwszy błąd: zbyt wielkie oczekiwania. 

Potem mentorka jeszcze mi niechcący niepotrzebnych nadziei narobiła sugerując, że wielce prawdopodobnie spokojnie jakieś swoje zajęcia (czyli choć jeden projekt) będę mogła podczas ferii przeprowadzić. Tylko muszę to uzgodnić z koleżankami prowadzącymi zajęcia danego dnia, żeby im w drogę nie wchodzić (oczywiste i logiczne). Mój drugi błąd (nigdy się chyba nie nauczę): naiwne ufanie ludziom i bezsensowny optymizm. Ucieszyłam się na to, dokończyłam w naprędce moje zabawki sensoryczne i wymyśliłam, jak zorganizuję całą zabawę i spakowałam wszystko w wielkie torby i jakoś upchałam na rower.

kolorowy ryż


moje czadowe maty sensoryczne

meduza z rękawiczki


 Zapytałam kilku osób dzień przed planowaną moją ewentualną aktywnością. Było okej. Zapytałam osoby prowadzącej w danym dniu zajęcią. Też było wporząsiu. Ba, zasugerowała że możemy robic to w tym samym czasie dla dwóch różnych grup, a potem się zamienić dziećmi, co by dla dzieci było fajniejsze (bo więcej atrakcji) a dla niej łatwiejsze, bo mniejsze grupy dzieci do ogarnięcia. 

Niestety inna koleżanka powiedziała "nie" bo... bo nie, bo nie ma moich zajęć w planie, bo czyje inne są, bo ona tak mówi. Kropka.

 No dobra, ciągle nie problem. We wstępnych planach i tak miałam robić po feriach, to tyle straciłam, że przywiozłam na rowerze 2 torby klamotów do świetlicy na darmo. 

No i bardzo nie lubię, jak mnie ktoś w błąd wprowadza. Nawet niezamierzenie. 

Nooo, może i jeszcze to, że moje planowane zajęcia to był kolorowy kącik sensoryczny z wieloma gadżetami, jak maty do dotykania, kolorowy ryż, butelki sensoryczne i różne zabawy z ich użyciem, co wydaje mi się stosunkowo atrakcyjniejsze dla przeciętnego przedszkolaka aniżeli zwykłe zajęcia plastyczne, które tutaj uprawiane sa namiętnie za każdym razem z każdej okazji i bez jakiejkolwiek okazji i na które wszystkie dzieci systematycznie narzekają, no bo ileż można wyklejać, malować i wycinać? 

Moim nader skromnym zdaniem z okazji ferii to jednak człowiek by się spodziewał jakichś fajniejszych zajęć i  atrakcji niż te, które dzieją się w zwykłym dniu szkolnym. 

No ale ja jestem tylko stażystką, która dopiero się uczy. 

I tak oto właśnie się w nauczyłam,  że to wszystko, czego nas w szkole uczą i czego od nas w szkole oczekują to jeden wielki bullshit! Najlepiej jest iść po najmniejszej lini oporu, czyli w tym wypadku zawołać dzieci do stolika, dać im nożyczki i klej  i zrobić z nimi jakąś prostą pracę plastyczną, a aktywność bedzie ci odfajkowana.

Potem popełniłam kolejny błąd. W dobrej wierze, gdyż chciałam tym razem z dużym  wyprzedzeniem WSZYSTKICH GŁOŚNO i WYRAŹNIE poinformować, że po feriach MUSZĘ zrobić nie tylko ten kącik sensoryczny z przedszkolakami, ale też mur wodny ze starszakami.

Wtedy dopiero się zaczęło! 

Baba postanowiła wyszydzić mój pomysł z murem wodnym… No bo so takie ludzie, dla których każdy pomysł, który nie wyszedł od nich, jest głupi i tak go trzeba traktować, a jego pomysłodawcę tępić.

Od tego momentu miałam już wszystkiego dość, a potem jeszcze parę rzeczy nie po mojej myśli było.

Okazało się na ten przykład, że jedna koleżanka zapomniała, iż miała przygotować quiz dla dzieci, w związku z czym zabrakło zajęć dla jednej grupy. No ale wymyślili na poczekaniu, że pójdziemy na targ, bo akurat tego dnia się odbywał. Fajnie - pomyślałam (bo ja zawsze staram się pozytywnie myśleć) - na targu można niezłe zabawy dla starszych dzieci wymyślić. Przyszliśmy na targ, koleżanka kupiła cukierki i wróciliśmy do świetlicy. No czad po prostu.

Do tego jeszcze koleżanka po drodze jadaczkę wydarła na dziewczynkę, której pozwoliłam się zatrzymać, usiąść na murku i zdjąć kalosze, bo wciągnęły jej całe skarpety i zaczęły ją uwierać. 

Nosz do jasnego grzyba! Szłam z przodu z dwoma dziewczynkami. Gadałyśmy i się śmiałyśmy. Doszłyśmy do skrzyżowania i wtedy pozwoliłam jednej zdjąć te gumiaki, bo i tak musieliśmy się zatrzymać i poczekać aż koleżanka niosąca "stop" przyjdzie z końca i zatrzyma ruch, byśmy mogli się na drugą stronę ulicy przedostać. Przyszła i zaczęła piłować koparę. Powiedziałam, że młoda ma moje pozwolenie. Przystopowało, ale dziecku było przykro i ja czułam się winna, że ono przeze mnie ochran otrzymało i to za to, że skarpety w bucie jej się zwinęły...

Czy ja mam zbyt wygórowane oczekiwania wobec ludzi...? Czy źle oceniam tego typu zytuacje? Niewłaściwie postępuję? Może tak jest, bo przeież ja normalna inaczej jestem, ale nie wiem, za cholerę nie kumam, co robię źle. Dość, że czuję się wszędzie jak kosmita, ludek z innej planety.

Dzięki temu stażowi wiele mi się objaśniło i sporo się dowiedziałam o świecie. Niestety nie jest to to, czego się dowiedzieć chciałam, co chciałam zobaczyć i czego nauczyć. 

No i ogólnie wydaje mi się, że człowiek po to idzie na staż do jakiegoś miejsca pracy, by się uczyć w praktyce od fachowców, tego co w teorii nauczył się w szkole. No ale najwyraźniej faktycznie mi się wydaje.

Byłam raptem dwa dni na tej praktyce w ferie. Tego drugiego dnia miałam ochotę zwinąć żagle już w południe, bo to wszystko mnie po prostu przerosło, zdruzgotało i załamało. Miałam dość. Wszystko we mnie krzyczało: co ja tu do cholery robię?! To nie jest miejsce dla mnie! Zabierzcie mnie stąd! 

Ale poszłam do dzieci na podwórko i zaczęłam się z tą dziewczynką, która dostała przeze mnie ochrzan za zdejmowanie butów, bawić w berka, bo mnie bardzo prosiła. Za chwilę dołączyło trochę innych dzieci i było wesoło. Powiem więcej, zgodziłam się na udział w zabawie, by zrobić dziewczynce przyjemność i być miłą panią, ale chwilę potem poczułam się jak za dawnych czasów, jak za dzieciaka. Absolutnie nie miałam odczucia, że bawię się DLA dzieci. Ja się na prawdę dobrze bawiłam. I wcale a wcale nie przeszkadzało mi, że mam blisko 50 lat. No okej, fizycznie zmęczyło mnie to na pewno jak osobę, która ma blisko 50 lat i nie dawno była poważnie chora, ale poza tym cool. Młodsze koleżanki siedziały tymczasem na ławeczce jak na starsze panie przystało i plotkowały jak na starsze panie przystało. Nie wiem, co sobie myślały na mój temat, ale powiem wam, że guzik mnie to obchodzi.

 Powiem wam też, że jeśli kiedyś uda mi się zostać w koncu tą wychowaczynią to właśnie taką, która robi różne szalone eksperymenty, która uczy przez zabawę, która słucha, co dzieci mają do powiedzenia i traktuje je poważnie, która się wygłupia podczas spaceru i która bawi się w berka. A na pewno nie taką, co całe dnie plaszczy dupę na ławce i narzeka że dzieci są niegrzeczne...

Ganianie po podwórku i wskakiwanie na ławki (bo jak się na czymś stało, to nie można było być złapanym) bardzo mnie zrelaksowało i skierowało mój wzrok na to co w tej pracy ważne, czyli dzieci i ich potrzeby.

Na popołudnie w pisemnym programie stało 2 razy poszukiwane skarbów. Ekscytujące! Aż nie mogłam się doczekać, by zobaczyć, co koleżanki przygotowały. Okazało się, że w rzeczywistości dzieci mogły wybierać pomiędzy wyklejanką a rysowaniem. Normalnie mi się skarpetki sfilcowały z wrażenia.

Ledwom dotrwała do końca dyżuru. To było dla mnie o wiele za dużo. Do tego oczywiście ciągły stres z powodu zadań itd.

Te dwa dni całkowicie wyprowadziły mnie z równowagi i sprowadziły na samo dno piekła. 

Wieczorem było źle, a rano jeszcze gorzej. Zadzwoniłam, że jestem chora i poszłam do lekarza. Byłam chora i to bardzo. Psyche siadła całkowicie i nie byłam w stanie normalnie funkcjonować przez cały dzień. Byłam wrakiem człowieka. Towarzyszyło mi ogromne, straszne, nieopanowane poczucie pustki, beznadziejności i bezsilności. 

Kolejnego dnia do strajku dołączyło całe ciało, że ani ręką ani nogą nie szło ruszyć. 

Zmęczenie nieludzkie mnie opanowało. 

Niemoc totalna. 

Zero sił. 

Zero energii. 

Zero chęci do życia. 

To było bardzo, ale to bardzo dziwne i jeszcze bardziej nieprzyjemne uczucie. 

Zważywszy na to, że parę dni wcześniej zasuwałam po kilka kilometrów rowerem bez większych probelmów, skakałam na skakance, ganiałam w berka jakbym miała 15 lat i nagle jeb na łeb i przejście z kibla do sypialni znowu stało się wielkim wyzwaniem. 

Nie mogłam z nikim rozmawiać. Nawet z Małżonkiem. Nie miałam nawet ochoty na cotygodniową małżeńską sesję Netflixa. 

Po prostu tylko siedziałam i byłam sobie żywym trupem. 

Kolejnego dnia dopiero na tyle się poprawiło, że mogłam zacząć rozmawiać o tym, co czuję, co myślę, czego się boję. Pogadałam z Małżonkiem i Młodymi. Przemyślałam wszystko, po czym kolejnego dnia upisałam e-majl do mojej szkolnej mentorki, w której przedstawiłam m.in. całą powyższą historię i zapytałam m.in. o możliwości dokończenia kursu w opcji przerwania go tu i teraz. Odpisała, że ona już dawno widziała, że mam dość, ale nie chciała się wpychać w moje życie ze swoimi opiniami i zaproponowała, bym przez ferie ani na krok nie zbliżała się do zadań szkolnych a tylko robiła przyjemne rzeczy, by lepiej się poczuć, a po feriach się spotkamy i wszystko na spokojne omówimy, bym mogła zdecydować, czy chcę kontynuować naukę teraz czy we wrześniu, bo - jak napisała - są różne opcje i wiele możliwości. 

Czekam zatem na to spotkanie, by móc zdecydować o dalszych swoich krokach. 

Póki co, dzięki wsparciu Małżonka, udało mi się sobie samej dać pozwolenie na przerwanie tego kursu tu i teraz, gdy uznam, że tak będzie dla mnie lepiej i dokończeniu go w przyszłym roku szkolnym. Co samo w sobie jest jak dla mnie sporym sukcesem, bo ja nie łatwo rezygnuję ze swoich raz pozwiętych postanowień jakkolwiek głupie by one się nie okazywały. 

Trudno mi też jest myśleć tylko o sobie i siebie na pierwszym miejscu przed innymi stawiać. Teraz też jedna z pierwszych rzeczy, o których pomyślałam, to że to będzie nie fair wobec koleżanek i wobec nauczycielki w związku z tą imprezą dla przedszkolaków, które przyjadą do naszej szkoły, no przecież ja tam mam swoją rolę do spełnienia, zadanie do wykonania, no i to przedstawienie z koleżanką, którego ona sama przeciez nie zrobi beze mnie, bo nic nie wie na jego temat...

 Ale potem sobie pomyślałam jednak, że co mnie to wszystko gówno obchodzi. 

Może w poniedziałek pogadam z mentorką i może postanowię ukończyć ten kurs teraz, bo uznam że sprostam, a wtedy wezmę udział i w przygotowaniach i w przedstawieniu. Gdy jednak uznam, że nie, jednak nie teraz, to dosłownie zabiorę swoje zabawki (a mam ich tam w szkole całkiem sporo) i pójdę do domu bez oglądania się na pozostałych, bo to już nie będzie moja bajka. 

W teorii to jest takie proste! W praktyce okropnie trudne.

Póki co pozwoliłam sobie nie odpowiadać na sms koleżanki, która przedwczoraj zapytała czy się spotkamy w weekend, by popracować nad naszym zadaniem. 

Moją pierwszą myślą było, że muszę jej wytłumaczyć całą sytuację, ale potem stwierdziłam, że niczego NIE MUSZĘ. Że mamy ferie i nie musze się nikomu z niczego tłumaczyć ani nikomu na żaden sms odpowiadać. Było dość czasu na zrobienie tego zadania w szkole. Nie mój to problem, że ktoś wolał wtedy skrolować instagramy, a teraz nie wie, co począć. 

Póki co jednak ciągle nie czuję się najlepiej. Czuję się gorzej niż przed feriami, bo moje ciało ciągle trochę strajkuje. I ma rację, mądre jest, inaczej nie zmusiło by mnie przecież do odpoczynku, bo ja jestem strasznie upierdliwym i nieodpowiedzialnym właścicielem mojego ciała. 

Jednakowoż niektóre jego działania wydają mi się dosyć dziwne. 

Parę dni temu (nie wiem dokładnie kiedy, bo mi się i zegar i kalendarz potentegował przez ten nieludzki stres i teraz nie wiem nawet gdzie góra a gdzie dół)... no więc parę dni temu postanowiłam się zrelaksować i zabrałam się za sprzątanie domu. Wytarłam kurze (i kogutowi hehe), poodkurzałam, umyłam podłogę, co pozwoliło mi trochę myśli uporządkować. Następnie poszłam na podwórko i powyrywałm chwasty z pomiędzy kamieni, bo to zawsze jest przyjemne i relaksujące. Tym razem jednak nawet takie pierdy jak odkurzanie czy wyrywanie chwastów wydawały się wyczerpujące. No ale postanowiałam jeszcze obciąć dwa krzewy sekatorem, bo w zeszłym roku się nie złożyło i teraz były już o wiele za wysokie. To też łatwa lekka i przyjemna praca, bo to takie miękkie, chuderlawe i łatwo ucinalne gałązki, że nawet stary tępy sekator dawał im rady, no ale musiałam wyciągać rękę nad głowę, bo ciut powyżej łba to przycinałam, żeby potem, jak krzew latem zakwitnie, łatwo było fotografować pszczoły i trzmiele przylatujące do kwiatów. To było łącznie może z 10 gałązek, a może i nie, ale wiecie co? Skurcz mnie od tego w miejsce po cycku złapał. To już drugi raz taki mocniejszy. Lekkich nie liczyłam,  bo się nie liczą. Poprzednim razem złapał mnie kiedyś podczas jazdy suterem, o czym, zdaje się, pisałam. Teraz znowu, ale ten miał skutki uboczne. Kolejnego dnia bolało mnie całe to pocięte pół klaty, że ani dotknąć nie mogłam, ani ręką ruszać, bo bolało.

 Mam już dość tych skurczow w dziwnych miejscach. Jak nie na plecach, to na klacie, to na goleniu, to na stopie, to na udzie... A idź pan z tym! Ta pocięta część klaty to w ogóle co dobrego. Jak nie boli, to ciągnie, to swędzi. To ostanie z tego wszystkiego najgorsze, bo to ten rodzaj swędziawki, na który drapanie nie działa, bo nie wiadomo, gdzie się trzeba drapać.... Znaczy wiadomo, na cycku. Nawet czasem mówię do domowników, by któren zadzwonił do tego labo, gdzie badali mój odcięty cycek i zapytał, czy jeszcze go mają, bo może by go kto tam podrapał... Do tego w większej części czucie z wierzchu w ogóle nie działa, ale za to dotykanie na mostku albo z tyłu za pachą czuje się jak dotyk na klacie, bo widocznie tam są końcówki tych nerwów, co normalnie na cycku się kończyć powinny. Śmieszne to czasem jest. A czasem irytujące.

Nic to, po jednym dniu ból przeszedł, więc umyłam parę okien, bo nie dość, że jak kopali na światłowód to sie kurzyło, to jeszcze ten piekielny piasek z Sahary spadł, więc były okropnie brudne. Jednak na raty musiałam myć, bo okropnie mnie to męczyło, a w końcu musiałam się położyć na parę godzin, bo taka słabość nadeszła.

W czwartek już znacznie lepiej było. Objechałam z Młodym do sklepu i kupiliśmy mu wreszcie nowy kask. Stary kupiony z drugiej ręki już dawno mu się rozwalił, ale nie mogliśmy się jakoś wybrać do sklepu. W końcu jednak się udało. Drogie ci to pieroństwo. Sobie też miałam kupić, ale cholera 70€ to lekka przesada. Najważniejsze, że Młody ma, bo jemu o wiele bardziej to potrzebne. Zawsze to ociupinę bezpieczniej. O dziwo sam się dopominał o ten kask, co mnie cieszy. Koledzy też jeżdżą w kaskach. Dobrze, że jest taka moda i że coraz więcej ludzi zarówno małolatów jak dorosłych wsiada na rower w tym zmyślnym nakryciu głowy. Przy okazji zauważyłam, że mają w tym sklepie takie kaski, o jakich Młoda nie dawno mówiła, czyli z szybką na oczy. Może sobie kiedyś taki zafunduje. Młody poza kaskiem wybrał sobie jeszcze rękawiczki rowerowe. 

Do sklepu jechaliśmy i to przez las, gdzie napawaliśmy się zielonością i świergotem ptaków, ale jazda mnie zmęczyła.

Młody i nowy kask

W piątek byłam po raz ostatni u swojej konsultantki z biura sprzątającego, by podpisać rozwiązanie umowy o pracę z przyczyn medyczych. Powiedziała, że gdybym kiedykolwiek jakichś referancji potrzebowała do czegoś, to z chęcią mi je wypisze, bo mimo że większość czasu byłam chora, to gdy pracowałam, wszyscy mnie chwalili i nigdy nie było ze mną żadnych problemów. Helan to było dobre biuro. Szkoda, że za poźno na nie trafiłam.

Dziewczyny korzystały w minionym tygodniu z dobrej pogody i zakupiwszy sobie tygodniowe bilety po niecałe 20€ uprawniające do nieograniczonych podróży po całej Flandrii, bujały się po miastach w poszukiwaniu różnych atrakcji. Młoda tworzy bowiem plan atrakcji dla znajomych, którzy mają za jakiś czas do Belgii się zlecieć, a przy okazji wyciąga z domu i Starszą Siostrzyczkę. 

Z fajniejszych rzeczy to w ferie bawiliśmy się w domu kolorami. Kupiłam Młodemu 2 paczuszki orbeezów, a on obie zalał wodą i narosło nam całe wiadro żelkowych kuleczek. Młody bawi się nimi każdego dnia. Najstarsza też się trochę pobawiła a i ja lubię je sobie poprzesypywać w rękach. To takie przyjemne uczucie. Wymyśliliśmy, że jak przyjdą upały, to sobie kupimy nadmuchiwany basenik dla dzieci i cały sobie żelowymi kulkami napełnimy i będziemy sobie w nim siedzieć. A co!

orbeez



Drugą zabawką były kolorowe celofany, które zamówiłam u Chińczyków. Przyczepialiśmy te kwadraty do okna i drzwi nakładając poszczególne kolory na siebie i patrząc jakie to daje efekty, czyli tworząc nowe kolory. 

Poza tym wreszcie udało mi się wybrać z Młodym do gminy w celu wyrobienia mu dowodu osobistego. Młody skończył 12 lat w lutym, ale jakoś tak wtedy nie, wtedy nie... W końcu się udało i załatwiliśmy formalności. Teraz trzeba czekać, aż przyślą PIN, a wtenczas można się już będzie umówić w gminie po odbiór plastiku. Młody już nie może się doczekać, bowiem kolejnym krokiem będzie założenie mu pierwszego konta bankowego, by mógł już jak cywilizowany nastolatek za zakupy płacić swoją kartą albo telefonem i żeby kieszonkowe na swoje konto mógł otrzymywać (i żebyśmy my starzy nie musieli co miesiąc szukać bankomatu).



Dziś jest ładna pogoda i ciepło, zatem siedzimy sobie w ogrodzie. Nawet obiad pierwszy raz w tym roku żeśmy na podwórku wszamali. Nie był to żaden wykwintny posiłek, tylko kuskus z prostym i szybkim gulaszem drobiowym na mleku kokosowym z anansem, kukurydzą, imbirem i papryką. Ale dawno żeśmy tego nie jedli, więc nawet smakowało. Chociaż przyznac muszę, że jedzenie w ostatnich dniach jakoś tak słabo mi idzie. Niby ciągle jestem głodna, ale nic mi nie podchodzi. Tylko jak w Lidlu mini ptysie znowu zoczyłam w zamrażarce, to myślałam, że od razu zamrożone jeszcze zeżrę, a potem jak dopadliśmy z Małżonkiem wieczorem to się bałam, że sami całą paczkę opędzlujemy na raz. 

Młody z kolei ostatnio wpadł na pomysł, że mógłby zrobić jakiegoś milkshake'a. Jak powiedział, tak zrobił. Najpierw miksował truskawki z lodami i mlekiem. Potem banany z mlekiem. Następnie mleko z lodami i kakao. Następnie poprosił o zakup sosu czekoladowego i testował z sosem. Dziś roztopiliśmy czekolady i robił czekoladowy. Kupiłam mu też sok z agawy, bo był w Lidlu na promce. Skosztował i uznał, że dobry. Zawsze to jakiś nowy dodatek do Epickich Eksperymentów Kuchennych Ajzajdora.

Kolejnym epickim deserem Izydora były truskawki w karmelu... Z tym, że epicki za szybko przeczytał instrukcję i karmel z mikrofalówki nie całkiem mu się udał, ale i tak truskawki w cukrze były dobre. Jutro, jak podejrzewam, będzie ponownie kraftował karmel, już tak jak należy... Doradziłam mu, by tym razem normalnie na kuchence gotował ten cukier a nie w mikrofali.

Zrobiliśmy też armatkę z rolki po srajtaśmie i balonu. Całkiem dobra zabawka! Tylko ze strzelaniem kamieniami czy koralikami trzeba uważać, bo dosyć dobrze daje. W domu lepiej się pomponiki dekoracyjne sprawdzą. 

armatka z wc-rolki

Robiłam też złe i całkiem głupie rzeczy.

Wczoraj  na przykład tak się wkurzyłam na drukarkę i nowy tyle co zamówiony rzekomo oryginalny, tyle że niedziałający kardridż z tuszem za fhuj euro, że pizgnęłam nią o podłogę i raz na zawsze zakończyłam problemy z tym cholernym urządzeniem. To potwierdza, że mój stan psychiczny jeszcze nie jest stabilny ani dobry, bo tylko w bardzo kiepskim stanie psychicznym ja robię takie rzeczy, jak destrukcja otaczającego mnie świata.

Nie powiem, żebym swojego czynu żałowała. Gdybym tego nie zrobiła, to pewnie dziś poszłabym do sklepu po nowy kardridż za 50€, bo muszę jeszcze dużo rzeczy wydrukować, a tak to wreszcie będzie okazja kupić nową ekonomiczniejszą drukarkę. Powinnam to była zrobić, zaraz jak tylko zaczęłam ten kurs, kiedy tylko o tym pomyślałam i poczytałam opinie o drukarkach, a nie jak ten debil non stop kupować kardridże po 100 euro za komplet do tego starego gównianego rupiecia. Podczas gdy nowa ekonomiczna drukarka do własnoręcznego napełniania tuszy kosztuje około 250€, a - jeśli wierzyć opiniom ludzi - tusze dołączone do drukarki stanowią równowartość KILKUDZIESIĘCIU kardridży, jeśłi idzie o ilość wydrukowanych stron. Tyle, że teraz trzeba pofatygować się do jakiegoś sklepu po drukarkę. I to szybko, bo drukować trza.

Małżonek za to dziś się wkrewił na grandę na cholernego janusza. 

Umówił się z gościem z Antwerpii, że po robocie pojedzie tam, by ten dokonał pewnego zabiegu na samochodzie. Małżonek pojechał prosto po robocie. Podjechał pod garaż a tu zamknięte. Dzwoni do gościa, a ten na to, że sorry ale właśnie wraca z jakiegoś szkolenia z Polski i stoi w korku... Jprdl!

Coś ze trzy razy Małżonek z nim wcześniej rozmawiał, bo informował się dokładnie w kwestii naprawy usterki. Umówili się na konkretny dzień i godzinę!

 Jakie to polskie! Umówić się z klientem i pojechać sobie za granicę na szkolenie. Ja bym rozumiała jakiś tam nagły wypadek, ale kurs to z dnia na dzień raczej nikomu kuźwa nie wypadł. Nawet jeśli, to i tak obdzwaniasz klientówi odwołujesz spotkania, a nie pogrywasz se w chujki na małe bramki. Małżonek jechał na darmo 80 kilometrów (słownie: osiemdziesiąt kilometrów), stresował się, stał w korach, palił cenne paliwo,  tracił czas i siły, i wszystko na nic, bo janusz jak gdyby nigdy nic pojechał sobie  kuźwa do Polszy. Na szkolenie kuźwa. Bo może.

Ale może to i dobrze, bo jak ludzie mają takie podejście, to należy się też spodziewać, że i robotę też wykonają na odpierdol albo cię oszukają czy okradną. Mówię do Małżonka, że jak już chce robić coś przy aucie w tego typu garażach to niech raczej do Turka czy Marokańczyka uderzy a nie do "naszych". Niby każdy cię może ocyganić czy w chuja ugrać, ale ja tam jakoś większe zaufanie mam do "obcych" niż "swoich" jeśli chodzi o jakiekolwiek usługi.

wiosenne paprotki







7 kwietnia 2024

Wizyta na Titanicu

W środę wybrałam się z Trójcą na ekspozycję Titanica do Brukseli.

 Bilety kupiłam zaraz po tym, jak Instagram podrzucił mi reklamę tej wystawy w Tour en Taxis, czyli spory czas przed jej planowanym otwarciem. Wiedziałam, że zarówno Dziewczyny jak i Młody będę zainteresowani i tak zaiste było.



Do stolicy pojechaliśmy autobusem i wysiedliśmy na ostatnim przystanku, czyli Brussel Noord (Bruksela Północna). Stamtąd jest  już tylko 10 minut spokojnego marszu do Tour en Taxis.



Dotarliśmy niemal godzinę przed czasem, więc plątaliśmy się trochę po okolicy i robiliśmy sobie wzajemnie zdjęcia.

Zgodnie z obietnicą sfotografowałam dla was całą budowlę z zewnątrz. Potem poszłam z Młodym do piwnic, bo piwnice są zawsze fascynujące dla nas. Kurde, te korytarze ciągną się i ciągną, że można się niemal zgubić. Okazło się, że na dole jest wejście do muzeum zabawek i pixeli (to też czasowe wystawy i nawet mni ekorci, by i tam zajrzeć w któryś dzień). 

Dalej cyknęłam też kilka fotek koło budynku. Były tam jakieś dziwne skrzydła, kawałek wody, metalowe zwierzęta. Ale co tu opowiadać, sami se zobaczcie.

Tour en Taxis





W końcu poszliśmy pode drzwi i się okazało, że już kupa ludzia stoi w ogonku albo raczej w ogonie. Dawniej jak się kupiło bilet online, to człek wchodził niemal bez kolejki, ale teraz wszyscy kupują bilety przez internet, więc znowu wszyscy stoją w kolejce, ech. Nie było jednak źle, bo już za pół godziny dotarliśmy w końcu do drzwi muzeum, uf.

FAJNIE BYŁO! Przy wejściu otrzymaliśmy elektroniczny przewodnik oraz bilet na Titanica. Nieźle to wymyślili: dostaje się bilet konkretnego prawdziwego pasażera Titanica. Na bilecie znajduje się nie tylko i miejsce na statku oraz, ale też krótka informacja o tej osobie. 

bilet na wystawę Titanica


Ja wsiadłam na Titanica jako emigrantka z Irlandii i wyladowałam w trzeciej klasie. Dziewczyny też trafiły na biedotę. Tylko Młodemu się bogacz z pierwszej klasy trafił. Przy wejściu poinformowano nas, że na końcu, w ostatniej sali wystawy dowiemy się, czy przeżyliśmy rejs...

To była ekscytująca podróż. Przeszliśmy przez korytarz bedący kopią części pierwszej klasy. Zobaczyliśmy też kajuty zarówno  podróżujących pierwszą jak i trzecią klasą. 

Na wystawie znajduje się też sporo autentycznych przedmiotów z Titanica, które znajdowano w morzu podczas kolejnych ekspedycji. 


kajuta trzeciej klasy

korytarz pierwszej klasy

model Titanica






Epicki podziwia potencjalnie swój apartament na Titanicu

nocnik

Młody nie wiedział, co to nocnik. Znaczy wiedział o tych dla bobasów, ale dziwnym mu się zdawało, że i dorośli z czegoś takiego mogą korzystać… Odwiedziny w muzeach uczą nas bowiem czasem rzeczy z tematem muzeum jako tako w ogóle nie związanych. 

Oglądając dekoracje i eksponaty wysłuchiwaliśmy i/lub czytaliśmy po fragmencie całej historii projektowania, budowy, wodowania, rejsu i katastrofy. Niesamowite i emocjonujące przeżycie, jeśli jest się wysokowrażliwym i ma dobrą wyobraźnię, jaką my dysponujemy.

Młody cieszył się wielce, gdy spotkał na statku swojego imiennika i żałował, że nie trafił mu się jego bilet. Młody nosi rzadkie dziś imię i jak dotąd nie spotkaliśmy nigdzie żadnego drugiego żywego Izydora. W Belgii jest kilka nazw ulic, rond, czy innych miejsc w których jakiś Izydor (Isidoor) się pojawia. Jest też muzem brata Izydora i na pchlich taragach czy Kringloopach często się obrazki czy figurki tę postać przedstawiający widuje. Poza tym jednak nasz Epicki Izydor pozostaje oryginalny i niepowtarzalny. Spotkanie imiennika choćby nieżyjącego to zatem wielkie zdarzenie :-)

W ostatniej sali faktycznie wypisane były nazwiska wszystkich pasażerów tych którzy przeżyli i którzy zginęli podczas katasrofy. Wielce ekscytujące było szukanie swojego nazwiska na liście. 

Moja pasażerka przeżyła. 

Warto było to zobaczyć i wydać cały ten hajs, a powiem wam, że takie atrakcje do tanich nie należą, szczególnie jak już się nie ma małych dzieci tylko dorosłe. Bilet dla osoby dorosłej kosztuje 21€, dla szkolniaka 14€, czyli w naszym przypadku bagatela 77 ojro. Do tego oczywiście autobus i coś do jedzenia.

Poszliśmy do KFC, gdzie kolejne 7 dych przejedliśmy. Kartonowe bułki i wege kotlety z kory i liści zebranych pod śmietnikiem to może nie jest wykwintne ani tym bardziej zdrowe danie, ale jak zażerasz to ze swoimi dziećmi wesoło gawędząc i zapominając o wszystkich swoich problemach  to smakuje niczym najwykwintniejsze rarytasy z pięciogwiazdkowej restauracji.

Mieliśmy tylko problem z sikaniem…

W Tour&Taxis kibelków jest sporo i siusiu można tam robić za darmo, więc tam każdy załatwił swoje sprawy bez komplikacji. Gorzej było potem. W KFC jest już tak jak w wielu innych przybytkach, że kibel jest płatny. Głupie 50 centów, ale kto dziś nosi jakąkolwiek gotówkę przy sobie? Przed wyjazdem myślałam o tym, że trzeba wziąć pieniądze na taką okazję, ale że na co dzień portfela nigdy nie noszę (i nie mam też przeważnie nawet 2 euro gotówki) to i zapomniałam o tym, by poszukać swojego portfelika z ananasem… 

No więc w KFC nie mogliśmy się ani wysikać, ani umyć rąk. Na szczęście Młoda miała jak zwykle chusteczki nawilżane. Dobre i to. Po jedzeniu pobiegliśmy zatem do galerii, bo Młoda wiedziała, że tam za kible kartą się płaci. Skoro już tam byliśmy, to poszliśmy na bobę, no i wyduldaliśmy te półlitrowe herbaty bąbelkowe u Azjatek. 


Zatem gdy dotarliśmy na dworzec, znowu zaczęło się niektórym chcieć siku. A dworzec autobusowy, jak już poprzednio pisałam, jest w remoncie, więc kibli nie ma. Dawaj zatem na kolejowy, bo ja wiem, że tam są wucety. Taa, zaiste były. Płatne gotówką! No to mówię do Młodych, że lecę do bankomatu, bo przecież tam na dworcu kilka ich jest…

Poleciałam i przy pierwszym automacie zobaczyłam kolejkę jak za komuny….

No to lecę do drugiego. Widzę, że tam podejrzanie nikogo nie ma. No pewnie że nie ma. Po co by był, jak ekran wyświetla błąd systemu. 

No to dalej, biegnę piętro niżej… I znajduję kolejne dwa bankomaty. W stanie wskazującym na użycie przemocy wobec nich.Witajcie w Brukseli.
Tymczasem Młoda już ma okropny ból brzucha, do autobusu jeszcze kwadrans a potem ponad godzina jazdy i jeszcze pedałowanie z przystanku. Zajebiście.
Nagle mnie olśniewa i pytam Młodej czy da rady dojść do budynku Komisji Egzaminacyjnej. Tam wszak są toalety i nikt nie pyta, po co wchodzisz do budynku…
Poszłyśmy i skorzystałyśmy spokojnie z kibla. Pan w recepcji trochę podejrzanie, jak się zdawało, na nas patrzył, bo to późne popołudnie było i instytucja już raczej była wymarła (choć w kiblu jakąś urzędniczkę spotkałyśmy, nawet się do nas uśmiechnęła). 
Dobrze, że Młoda kiedyś zdawała tam egzaminy i wiemy, że do tego urzędu można swobodnie bez pytania po prostu wejść z ulicy. Inaczej w życiu do takiego szykownego ogromaśnego biurowca byśmy nie weszły. 
Kible to w Belgii spory problem, bo mało gdzie można z tego jakże podstawowego przybytku skorzystać. 
Zwykle wchodzimy do jakiejś restauracji na herbatkę i korzystamy ze sraczyka, ale tam nic nie ma poza oszklonymi biurowcami… A jak nie wiesz, gdzie można wejść bez podawania powodu, to masz przesrane…

bankomaty na dworcu

To był dobry, pogodny (choć lekko deszczowy), spokojny i wesoły dzień. 

A że potem zaliczyłam taki dół, że u lekarza wylądowałam to już drobny szczegół. Wspomnienia i zdjęcia pozostaną w naszej pamięci.

https://titanicexpo.be/ 

oto dlaczego należy rower za ramę, a nie za koło przypinać (ojciec zawsze nas o tym pouczał)


w jednym z tego typu budynków załatwialiśmy nasze potrzeby 

fotka przez okno autobusu…

piżony się opalały na skwerkach