6 listopada 2026

Ale mnie typo wnerwił...

 Za mną tydzień bardzo wyczerpujący psychicznie i intensywny fizycznie.

w tle Szpital Uniwersytecki w Leuven a z przodu kaczki

Jednego dnia odwiedziłam z Najstarszą ponownie Leuven, gdzie ta miała usg brzucha, a potem kolejną wizytę u endokrynologa. Narządy wporząsiu, ale Córka, jako sie rzekło,  musi kontrolować systematycznie nerki i wątrobę, tak samo jak serce, kości, skórę, krew, hormony i różne inne rzeczy. Zespół Turnera to bowiem dosyć poważna wada w genach, która może w dalszej konsekwencji skutkować problemami w różnych częściach ciała. Jako że jest to Turner mozaikowy, czyli tylko niektóre geny są popsute, a nie da się sprawdzić, gdzie w której części ciała bardziej niż w innej. Należy się zatem spodziewać, że wszędzie teoretycznie może coś zacząć szwankować, dlatego ważne jest by wszystko systematycznie kontrolować i w razie co od rau zacząć działać. 

Autyzm i ADHD, jak już wspominałam, też bardzo często występują przy Turnerze. Tym razem właśnie ten temat poruszyłyśmy z lekarzami, a dokładnie kwestię poważnych problemów z koncentracją, pamięcią, myśleniem. Jak już kiedyś pisałam, test piguł pomagajacych wielu ludziom przy ADHD, u Córki skończył się wielką klapą i stresem, bo już po pierwszej dawce serce mało jej klaty nie rozsadziło, no i nie zmrużyła oka przez całą noc, bo piguły wykasowały potrzebę snu. Lekarze uniwersyteccy powiedzieli, że niestety nie ma za bardzo alternatyw, ale zalecili Najstarszej ponowne spotkanie się z jakimś psychiatrą, bo to jednak psychiatrzy się na takich rzeczah o wiele bardziej znają. Po czym zapytali, czy mamy jakiegoś psychiatrę na oku. Odparłam, że możemy skontaktować się z wyśmienitym polskim neuropsychiatrą przez interent, ale zapytałam, czy u nich nie dało by się z kimś umówić, bo w razie recept czy jakichś skerowań to jednak łatwiej wszystko mieć na miejscu...

 Lekarze powiedzieli, że pielęgniarka, która miała jeszcze pobrać córce krew i mocz do badania oraz umówić kolejną wizytę u nich za rok, ma nam też podzwonic do psychiatry... wysłali jej tam wiaodmość przez internet.

Zadzwoniła... I spojrzawszy na nas znad telefonu z niepewną miną, zapytała czy chcemy na tego psychiatrę czekać 8 lat, bo właśnie taki jest obecnie czas oczekiwania. Podziękowałyśmy zatem. Ona doradziła nam podzwonienie po innych psychiatrach w całej okolicy. Dodając, by nie kończyć na jednym telefonie, tylko obdzwonić wszystkich, jakich znajdziemy w necie. 

Myślę, że jednak umówimy się na wizytę online z polskim psychiatrą. Choć pewnie spróbuję poszukać jeszcze tych psychitarów w Belgii, bo posiadanie lekarza na miejscu ma pewne plusy, szczególnie finansowe. Za konsultracje z Polski jednak musimy płacić z własnej kieszeni. Tutaj mamy większość do zwrotu. Przy czym, trzeba wam wiedzieć, że pan doktor z polski ma ceny raczej europejskie albo nawet bardziej niż europejskie. Jest tego wart, ale jednak euro nie rośnie na krzaku (może to kwestia niewłaściwych krzaków...?).

Wyszedłszy ze szpitala postanowiłyśmy pójść do wegańskiej restauracji Tabi Loo, w której kiedyś z Młodą byłam i gdzie nam żarcie podeszło. Poszłyśmy do centrum z trampka, bo to nie tak znowu daleko, a jak sie człowiekowi nie spieszy, to fajnie jest połazić po mieście. 



Zboczyłyśmy trochę z trasy, by przejść przez ogród botaniczny i zobaczyć jak się prezentuje w wydaniu jesiennym. 
Dobrze się prezentuje. Jesień jest piękna w każdym parku i w każdym ogrodzie...









Potem po drodze przystanęłyśmy przy starej wieży Janseniustoren będącej kiedyś częścą muru obronnego miasta i jakiś park też podziwiałyśmy... Bo wszędzie ta jesień czerwono-pomarańczowo-żółto-brązowa, że wzrok ciężko oderwać.

Nieodmiennie zachwyca mnie też ciągle połączenie nowoczesnych zabudowań z zabytkami. Fascynujące jest, że kawałki starych obronnych murów można wkomponować w nowoczesne apartamentowce czy jakieś domy opieki albo urzędy. Na poniższym zdjęciu jest jakiś mały domek, w którym nic w środku nie ma, a który nas ciekawił. Nie znalazłyśmy jednak informacji na jego temat na miejscu (co nie znaczy że ich tam nie było, bo aż tak namietnie to nie szukałyśmy). 



biblioteczka




Janseniustoren



jakis stary college czy coś...


A potem jeszcze do jakiejś kaplicy na górce żeśmy wlazły i wylazłyśmy z drugiej strony, ale nie było tam nic ciekawego poza kryptą niejakiego brata Damiana, znanego belgijskiego misjonarza, który dawno temu (1873) jako 23-latek wyjechał na Hawaje, gdzie opiekował się chorymi na trąd aż sam na niego umarł. Tam go pochowali, ale Belgowie pojechali, wykopali zwłoki i przywieźli do Leuven. Kto mieszka w Belgii, być może słyszał o Damiaanactie - to organizacja która zajmuje się chorymi m.in. na gruźlicę, trąd wśród najbardziej narażonych grup społecznych na świecie. W szkołach dzieci często zbierały, jak pamiętam, pieniądze na tę organizację sprzedając jakieś długopisy czy inne gadżety po domach.

Jak wiecie, ja nie jestem raczej antykościołowa i ostrożnie podchodzę do wszelakich okołokościołowych organizacji i traktuję to wsystko bardziej jako ciekawostki, rzeczy które dobrze jest wiedzieć.

kaplica świętego Antoniego

Damian pomagający trędowatym

krypta w której spoczywają zwłoki Damiana


to miejsce na palenie świczek w jakiejś intencji


ciekawe drzwi, którymi wyszłyśmy z kaplicy

W Tabi Loo zamówiłyśmy herbatki i bowl(e). Najstarsza wybrała zimną sałatkę kalafiorową Cauliflower Salad, a ja gorącą michę grzybową Champi Loo. Taka "mała" micha kosztuje 12,50€ i można się tym najeść. My do tego jeszcze sobie na spółkę frytki z batatów wzięłyśmy, bo one są tam takie pyszne! Frytki kosztują 4,5€



frytki z batatów

Champi Loo

Do dworca wracałyśmy ulicą handlową i czasem właziłyśmy pozwiedzać jeden czy drugi przypadkowy sklep. Tu i ówdzie oglądałyśmy produkty świąteczne, bo na mieście już wyraźnie atmosfera bożonarodzeniowa się zaczęła tworzyć. Widziałyśmy już nawet u kogoś w mieszkaniu choinkę ubraną, co znaczy że to już TEN moment, kiedy ludzie zaczynają zdobić domy na święta.

Listopad to trochę dla mnie za wcześnie, ale na początu grudnia to już pewno i ja pomyślę o dekorowaniu domu. Jednak denerwuje mnie trochę, że nie wiem, co z tymi ewentualnymi robotami w związku z wilgocią. Irytujące to jest, gdy nie możesz sobie własnego domowego życia zaplanować, gdyż ktoś inny decyduje, kiedy przyjdzie ci rozpierdol w domu robić... No ale mniejsza o to.

Patrząc tak na te wszystkie cuda w sklepach, zachwycałam się nimi, bo niektóre rzeczy są na prawdę piękne, urocze, fajne... ale z drugiej strony zastanawiałyśmy się z Córką, po co tyle tego wszystkiego jest? NO PO CO?! Kto to wszystko kupi? No i znowu po co? Czy ludzie co roku kupują nowe talerze, kubki i łyżki specjalnie na święta? Czy co roku kupuja nowe świąteczne swetry, by raz, DOSŁOWNIE RAZ je założyć? Kurde na jednej ulicy jest kilka sklepów z dekoracjami świątecznymi. W każdym półki uginają się od produktów, gadżetów, durnostojek, pudełek, dekoracji, pierdoletów nie mających żadnego sensownego zastosowania. 

Dobra, ja też lubię dokoracje. Lubię robić nastrój w domu i lubię czasem coś nowego kupić, ale kurde, nie wyrzucam przeciez tego potem, tylko wynoszę na strych, by użyć za rok, za dwa lata i za 5 lat, dopóki sie nie zniszczy. Ilość tych wszystkich przedmiotów dostępnych na mieście jest dla mnie przytłaczająca, wręcz szokująca. 

Najlepsze, co zobaczyłyśmy, to była świąteczna musztarda. A co jak się nie zje całej w święta? I czy można też w Nowy Rok albo na Walentynki ją jeść...? Oczywiście żartuję. Mamy tutaj też specjalne świateczne piwo, świetczne ciastka, świąteczne herbaty, wino... I nie że tylko z nazwy, bo te produkty zawierają specjalne zioła, przyprawy i w ogóle są inne. No ale produkty żywnościowe to okej. Je się zje tak czy siak i człowiek je cały czas to co innego niż dekoracje, które się nie przeterminowują po tygodniu...





świąteczna musztarda 


metalowe pudełka

te talerze są urocze

słoiki na ciastka?

bombki ślimaki, croissanty, owoce granatu... 

Obmacałyśmy łachy w kilku tzw markowych sklepach i z każdego z nich wyszłyśmy z obrzydzeniem dotykowo-wzrokowym. Nie wiem, o co tu chodzi, ale to co wisi na tych wszystkich wieszakach obecnie w sklepach jest nie tylko paskudne z wyglądu, ale przerażające w dotyku. Tak, mnie przerażają materiały z jakich wykonane są dziś ubrania. Jakaś wełna z recyklingu, jakieś poliestry i inny syf. Każdy dotyk takiego łacha to dla moich zmysłów tortura. W najgorszych koszmarach nie wyobrażam sobie, że musiałabym coś takiego nosić. Borze szumiący! Kiedyś takie szmajory to były tylko w tych różnych tanich sklepach z badziewiem z Chin. Teraz wszędzie jest takie samo gówno. I jeszcze te kolory a la sraka wilkołaka. Nie wiem, czy w tym wypadku użycie słowa "kolory" to nie jest przestępstwo. To takie "kolory" jak po zmieszaniu wszystkich kolorów plasteliny. Kto wie, o co to chodzi z tym brakiem kolorów wszędzie? Łachy bez kolorów. Auta bez kolorów, graty do chałupy bez kolorów, chałupy też bez kolorów. Gówniane życie, gówniany świat.

Bershka tylko jeszcze nas nie zawiodła. Ja nie mam już ani centa, ale corka sobie kupiła jakieś portki fajne i kurtkę na zimę. Ja bym więszkość rzeczy stamtąd z chęcią przygarnęła... Kolor tam nie ma, ale przynajmniej szerokie wszystko, uniwersalne płciowo i nie boli w w mózg przy dotyku. 

Na koniec jeszcze w kringwinkel żeśmy były. Stamątd też bym dużo rzeczy przygarnęła... Córka zgodziła się zasponsorować mi puzzle za 2€ i dwie miski silikonowe na wodę dla naszych kur.

No i znowu patrząc na tamtejszy asortyment świąteczny powróciłam do refleksji na temat sensu sprzedawania i kupowania  nowych rzeczy, skoro tutaj tyla tego za parę centów można kupić. Patrzcie na te wózki z bombkami po 20¢ za sztukę! To samo w jakimś normalnym sklepie kosztowało 2-5€.

puzzle z pociągiem jadące w pociągu


świąteczna zastawa, swiąteczny obrós za parę centów i kolejka do kasy

krzesło mi się podobało bardzo


Jeśli o kury idzie, to Sunny się nie poprawiło na razie. Ma bardzo spuchnięte oczy i zaropione. Próbujemy przemywać je wodą, jak wet zalecił, ale jak kury nie lubią by im myć oczy. Ba, ja bym też ne lubiła, żeby mi jakiś debil wodę do oczu wlewał! Karmimy ją, zmieniamy ręczniki, na których siedzi. Od czasu do czasu myję jej kuper. Nie lubi tego. NIENAWIDZI. Nagle znajduje wtedy mnóstwo energii by się wyrywać, a potem jest zmęczona. To ogromny stres dla niej, ale siedzenie w kupie to nie jest rozwiązanie. Kiedyś podczas karmienia obsrała mi całe spodnie i kawałek koszuli śmierdzącą kupą. Musiałam się od razu rozbieraćm myć i prać te łachy, bo sztank był nieludzki. Tak to jest być kurską pielęgniarką , ech. 

W zeszłym tygodniu wysłałam list polecony do właścicieli domu w sprawie gryzoni, których obecność w suficie zdetektowała po dźwiękach Najstarsza. Spodziewałam się, jaka będzie reakcja, niemniej jednak wyprowadziło mnie to z równowagi. Kiedyś byłam na podwórku, jak typiarz biegł z jakimis taczkami za ogrodzeniem... (bo właściciel domu, ku naszej wielkiej irytacji przebiega koło naszego domu co najmniej 10 razy dziennie codziennie z niedzielą włącznie). Gdy mnie zauważył, zawołał ze złością, że co do TEGO LISTU  to TO na pewno są szczury w związku z czym to jest nasza własna wina, bo mamy kury, gdyż nikt inny nie ma takiego problemu w okolicy tylko my.

Ja pierdolę - pomyślałam se - chłop kurwa całą wieś obleciał, by się spytać ludzi, czy ktoś ma szczury na strychu... No chyba że to jasnowidz.

Odrzekłam jednak, że no dobra, może to i szczury, a może nawet kuny, ale co to ma za znaczenie w tej sytuacji? 

Nie zmienia to wszak faktu, że te stworzenia siedzą W DOMU i że jakoś się tam musiały dostać, czyli muszą być dziury w dachu albo w murze i że taki problem jest w gestii właściciela budynku co do napraw, a po wtóre, że stworzenia grasują  pomiędzy sufitem a podłogą i my nie mamy się tam jak dostać, by postawić pułapki czy trutkę, czy cokolwiek, dlatego to oni muszą zadziałać... (ewentualnie do spółki - pomyślałam sobie i liczyłam, że właśnie jeśli dojdzie do rozmowy, to właśnie pójdziemy w tym kierunku, że my bedziemy może musieć pokryć koszty pozbywania się nieproszonych gości, a właściciel naprawić dach i zatkac dziury w murze, by problem nie powtórzył sie za kilka tygodni). Dzwoniłam wcześniej do jednej z firm zajmujących się odszczurzaniem i odmyszaniem i dowiedziałam się, jak to wygląda i że koszt to grubo ponad 700€. Jesteśmy gotowi to zapłacić, ale kurwa RAZ, a nie co kilka miesięcy, bo te zdechną, to przyjdą przecież następne...

Wiecie, co ten burak odpowiedział? Najpierw zaczął się śmiać, tak po chamsku, jak to typowy stary chłop w gumofilcach, że szczury teraz mają najwyraźniej skrzydła, skoro według mnie weszły przez dach lub wymyślone przeze mnie dziury pod dachem,  a potem pokazał na dom i powiedział z szyderą, bym se szukała tych domniemanych dziur i dalej się śmiał. Na koniec odchodząc już z tymi swoimi taczkami zawołał jeszcze ze złością, że dopóki mamy kury, oni palcem nie kiwną w tej sprawie, bo szczury w domu to tylko i wyłącznie nasza wina.

Najbardziej to ja jednak jestem fanem jego logiki.  Chłop najpierw stwierdził, że to szczury grasują na strychu, a potem, że szczury nie mają skrzydeł więc nie mogły się dostać na strych. Tak czy owak to wina kur. Polak by powiedział, że to wina Tuska albo PISu, a belgijski emeryt szuka winnych wśród kur. 

Dobrze, że typiarz poszedł, bo nie wiem, czy bym mi nerwy nie puściły, jakby jeszcze  jedną tego typu chasmką odzywką się podzielił. Potem mi puściły, jak już byłam w domu... Znowu przez kilka godzin nie mogłam się pozbierać. 

Teraz na prawdę nie wiem, już co myśleć na ten temat. Ja wiem, że z jednej strony problem z plagą gryzoni powinien rozwiązać ten, kto miszka w domu i jak mieliśmy szczury w szopie to co prawda mówiłam o tym właścicielom, by mogli też za szopą pułapki czy trutkę postawić, ale u siebie sami toczyliśmy walkę z nieproszonymi gośćmi i to było dla nas oczywiste. Dodam, że  problem ze szczurami pojawiał się co roku także zanim kupiliśmy kury, choć wiadomo, że przy kurach łatwiej o żarcie dla szczura czy myszy. Staramy sie jednak sprzątać na wieczór resztki jedzenia kurskiego. Paśniki zabieramay do domu, a resztki zamiatam i wyrzucam do kosza. W szopie nie trzymamy nic do jedzenia. Ziarno dla kur stoi w domu. Worki ze śmieciami trzymamy w specjalnych pojemnikach z pokrywkami i co tydzień je wystawiamy, gdy śmieciarka przejeżdża. Kuźwa, u farmera nieopodal szczury biegają nawet w biały dzień i przebiegaja często po ulicy tuż przed rowerem. To jest wieś do cholery i gryzonie w sezonie jesienno zimowym są tu raczej normalną rzeczą. Pan z deratyzacji też zresztą tak powiedział, ale stary oszołom w gumofilcach wie lepiej.

Jednak czym innym są szczury na podwórku, czy w szopie, a czym innym w domu w suficie czy podłodze. CZy to wina moja lub kur, że dach jest dziurawy? Kury kurwa te dziury w dachu wydziobały?! 

Co obecność kur ma wspólnego z możliwością dostania sie gryzoni do domu? Takiej możliwości w ogóle w NORMALNYM DOMU być nie powinno. Nie powinno się też lać przez pięć lat z sufitu. Nie powinno też wiać do domu przez dziury w ścianach. No ale popatrz, teraz się okazuje, że to wszystko wina naszych biednych kur. 

Ale nie, czekaj, szczury nie mają przecież skrzydeł, więc nie mogły dostać się na dach... Może my w ogóle zwyczajnie schizofrenię mamy albo omamy słuchowe i tylko wydaje nam się że coś wpierdala nam sufit...? I weź się człowieku nie wkurwiaj i nie przeklinaj!

W tym tygodniu wysłałam kolejny polecony z przypomnieniem o pozostałych problemach i nie ukrywam, że boję się trochę następnej reakcji tego typa, bo wiem, że chłop jest dosyć nieobliczalny w skutkach... Pamiętam jak dziś, jak chciał robotnika sąsiadów z rusztowania zwalić, bo mu sie nie podobało, że sąsiad ociepla se dom i rusztowanie stoi na ścieżce, którą on chuj-wie-po-co musi 30 razy dziennie popierdalać z taczkami, skrzynkami, traktorkami, autami, by robić rozpierdol za naszym domem... 

Nic to, teraz trzeba będzie na taką czy inną reakcję poczekać. 

Małżonek ma przyjechać do lekarza i pobyć tu parę dni, to trochę będę się może bezpieczniej czuła... choć z drugiej strony to jemu nerwy o wiele szybciej puszcają niż mi haha. Zaczynam chyba mieć coraz bardziej na to wszystko wywalone i nawet już lepiej sypiam. To oczywiście bardzo szybko może się zmienić, bo mój stan psychiczny jest dosyć rozregulowany.

Na szczęście ten tydzień miał też pozytywne zdarzenia. 

Przyszła np pozytywna decyzja z FOD-u. Młoda dostała uznanie niepełnosprawności. Nawet więcej punktów jej przyznano niż poprzednim razem. I parę euro wiecej zasiłku. UF. Serio, mówię wam, odetchnęłam z ulgą. Choć jeden problem z głowy na te dwa lata. Ogromnie się tym stresowaliśmy. Postanowiłyśmy z tej okazji kupić se bilety do zoo na koniec miesiąca, by uczcić tę decyzję. Pod koniec tego miesiąca bilety są za połowę ceny, więc tanio. Oby tylko nic się nie wykociło nieprzewidywalnego typu choroby, czy inne wypadki losowe, bo u nas takie rzeczy są bardzo prawdopodobne, Tfu tfu tfu!

Jeszcze przyznam się, że przed chwilą zrobiłam właśnie coś głupiego. Zobaczywszy na stronie VDAB, że szukają pomocy domowych dla ludzi chorych i niepełnosprawnych u nas w gminie, najpierw zadzwoniłam, by dopytać o szczegóły, a potem kliknęłam "aplikuj" a za chwilę zadzwoniła jakaś baba, by zapytać, dlaczego mnie interesuje ta praca... No to jej powiedziałam.

Po krótkiej rozmowie oznajmiła, że przedstawi moją kandydaturę koleżankom i do mnie zadzwoni ponownie po niedzieli ona albo koleżanka. Oczywiście poinformowałam ją, że jestem na zwolnieniu po chorobie i że muszę poprosić o zgodę na rozpoczęcie pracy na część etatu mój fundusz zdrowia, a oni mogą się nie zgodzić...

Nie mam pojęcia, czy będą w ogóle chcieli kogoś takiego zatrudniać, ale co mi szkodzi spróbować znowu... 

Wstępny plan przewidywał taką próbę po nowym roku, ale skoro TERAZ szukają u nas na wsi do tej organizacji, to nie będę czekać. To jest bowiem trochę inna praca. Znaczy praca jest pi razy drzwi ta sama, z tym że nie na czeki tylko na normalną umowę i sektor jest trochę inny. No i klientela specyficzna. Zero zmanieryzowanych młodych panienek. Tylko ludzie starzy i/lub chorzy.  Na pewno może być trudniej psychicznie, ale też nie koniecznie. Starsi samotni ludzie należeli do moich ulubionych klientów, bo często lubili pogadać i nie mieli wymagań z dupy jak co niekture młode siksy. A tutaj dodatkowo słuchanie i pogaduszki są w zakresie obowiązków, wiec nawet się spinać nie trzeba... Nie wiem, co z tego spontanu wyniknie. 

Wiem natomiast, że potrzebuję hajsu i że od siedzenia w domu mój stan psychiczny tylko się pogarsza.

Nie zależy mi jakoś strasznie na dostaniu tej pracy. Nawet nie wiem jeszcze, czy chce mi się w ogóle iść do pracy, bo się w ogóle nad tym nie zastanawiałm. Po prostu, gdy  zobaczyłam przypadkiem to ogłoszenie, mój mózg powiedział ZRÓB. To zrobiłam, bo tak zawsze najlepiej. Może nawet nie zadzwonią po niedzieli albo zadzwonią by powiedzieć, że wolą kogoś innego. A może fundusz mi nie pozwoli wracać do pracy fizycznej... To jednak by było też dobre, bo potem by mi nie mogli powiedzieć na kontroli, żebym szła do pracy c'nie?

Dziś miałam też nastrój na przycięcie brzózki ogrodowej. Co roku ją obcinam, by nie wypuścila się poza zasięg drabinki. Uśmiałam się z sikorek, bo przyleciały z szumem, gdy stałam pod drzewem na drabinie i usiadły na drzewie, ale zobaczywszy nagle człowieka, uciekły ze świergotem wkurzone, że człowiek przeszkadza im w kolacji. Wisi tam bowiem domek ze słoikiem pełnym tłuszczu z dodatkami oraz metalowy dinks z kulami tłuszczowymi. Gdy cięłam piłką gałęzie wysoko nad głową, nawaliło mi się trocin do oczu i co gorsza za sweter. Nie śmieszne. 

Dobra, kończę te wywody, bo kurę muszę nakarmić a potem skoczę jeszcze na krótki wieczorny spacer.






2 listopada 2026

Klimaty halloweenowe i grzybiarskie

 Tworzenie tego postu zaczęłam od wgrania moich ostatnich zdjęć z chmury apple'a hurtem, dzięki temu powstał swojski chaos. Powinnam to uporządkować, ale ani mi się śni. Opowiem tylko, co autorka miała na myśli cykając owe fotki telefonem i jakie emocje jej towarzyszyły...

Pierwszym rzutem wpadły zdjęcia z naszego przydomowego lasu. Wiadomo nie od dziś, że ja przynajmniej raz w sezonie grzybowym muszę wybrać się do lasu na fotograficzne grzybobranie i potem męczyć czytelników dziesiątkami zdjęć grzybów. Muszę tu jednak przyznać, że każdy spacer do lasu rozpoczynam z mocnym postanowieniem, że idę tylko pomaszerować po lesie, pooddychać leśnym powietrzem i popatrzeć SOBIE na las i że żaden durny grzyb mnie nie zatrzyma, bo kurde już wszystkie grzyby po milion razy widziałam i prawie tyle samo razy robiłam im już zdjęcia i że to już dawno wszystkim się znudziło...

 Pięć minut później dochodzę do lasu i wtedy zauważam tego jednego naprawdę wyjątkowego grzyba albo liścia i zaraz wyjmuję telefon i robię 20 zdjęć w różnych ujęciach... Po godzinie clouda zapycha kilkaset zdjęć najróżniejszych paddestoel(li)i zwam(mów), jak nazywają się grzyby po tutejszemu. Tym razem towarzyszyła mi Najstarsza, która swój telefon też zapychała kupą zdjęć grzybów, bo to jest jak jakiś czar, że nie można przejść obojętnie koło grzyba. Koniecznie trzeba zrobic mu zdjęcie i potem te zdjęcia oglądać i drugiemu pokazywać... Czar ów ma też skutek uboczny - wypatrywanie coraz to kolejnych i inniejszych grzybów, a potem ich szalone fotografowanie niesie ze sobą magiczny spokój i daje ukojenie. Wraca sie do domu zrelaksowanym i pełnym pozytywnej energii. Polecam!



ślimaczek




maleństwa


jeszcze mniejsze maleństwa





Podczas spaceru zauważyłyśmy, że nad stawem pojawiła się nowa ławka z nowymi kaczkami. Poprzednia trochę bowiem zgniła i kaczki się zaczęły rozpadać. 
To jest chyba ulubione miejsce wszystkich leśnych spacerowiczów. Bardzo często spotyka się tam ludzi wpatrzonych w wodę. Spotykają się tam też zakochani, co było nam nie raz dane zauważyć...
Prawdziwe kaczki też tam oczywiście można spotkać, a czasem też czaple, kormorany, a bywało, że i jakieś egzotyczne żółwie. 

Sam staw jest bardzo fotogeniczny o każdej porze roku i ciężko się oprzeć robieniu mu zdjęcia za każdym razem.


nawet drewniane kaczki są urocze





Poniższe drożdżówki kokosowe przykleiły się  przypadkiem do zdjęć z zeszłęgo tygodnia, ale postanowiłam ich nie usuwać. Powiem więcej, udały mi się wyśmienite i smakowały mi bardzo. A teraz idźcie do kuchni i też sobie upieczcie coś słodkiego... Możecie też oglądać dalej i dopiero po doczytaniu tego arcyciekawego wpisu iść do kuchni ;-)


Poniżej jest widok na las spod domu. Czyli w sumie w temacie, ale nie do końca. Niebo jednak było spektakulare wtedy przed zachodem...


... a chaszcze na jego tle wyglądały intrygująco. Napawałam się zatem.
Tego typu widoki - jako się rzekło - poprawiają mi samopoczucie i zaprowadzają trochę ładu w mózgu.


Dynie też nie są z lasu, ale wyrosły na śmieciach koło domu... Tak samo jak nagietki.




A na nagietkach zdybałam kolorowe ładne robale...


Jedną dynię ukradłam z tych śmieci i sobie użyłam ją do dekoracji halloweenowych, ale nie mówcie lepiej właścicielowi śmieci... 


Chciałam zobaczyć swoją przyszłość, ale ujrzałam tylko świat do góry nogami. Chyba jakąś popsutą mi tę kryształową kulę sprzedali...


lampiony działały doskonale

świnia Boba jaka jest puszysta każdy widzi

Wracamy jednak do lasu... 

Na ścieżkach jest sporo takich mosteczków. Dodają one uroku spacerom nie tylko jesiennym. Mimo że już setki razy maszerowałam tymi ścieżkami i przekraczałam te leśne strumyczki i rowy, nadal ulegam ich urokowi. Czasem zatrzymuję się na tych mosteczkach i się napawam widokiem wody w lesie i samego lasu.


Wiatr pozwalał z drzew jadalne kasztany. Leży ich tam gruba kolczasta wartswa.











No dobra, wyłazimy z lasu i wracamy do domu gościńcem... Po drodze mijamy parę starych koni pociągowych. Te koniska zawsze gdzieś są w pobliżu naszego domu. Mają kilka pastwisk w promieniu 2 km i zawsze na którymś stoją. Nie wiem, ile one mogą mieć lat, ale były tutaj, kiedy się tu przeprowadziliśmy. Na początku miewały jeszcze co roku źrebaczka. Teraz już nie miewają dzieci. 
Młody, jak był mały, czasem zonosił im suchy chleb albo zwyczajnie przystawał, by je pogłaskać po wielkich pyskach. Rozpoznawały nas z daleka i przybiegały do ogrodzenia. To flamandzkie konie pociągowe. One są ogromne i bardzo przyjazne. Jak to konie.


Nasza księżniczka Riko mieszka teraz z nami w domu. Gdy jest sucho i w miarę pogodnie, sporą część dnia spędza na podwórku z kurozaurami i Chicą. Gdy jest w domu, maszeruje z kuchni do salonu i z powrotem, ale eksploracja nie przynosi zbyt wielkich rezultatów, bo w domu jest w miarę czysto i nic nie idzie znaleźć na podłodze poza własnymi miskami. Ostatnio nawet się śmialiśmy, że może pora zacząć zwalać okruchy ze stołu na podłogę...?
Jak kura jest w domu,  człowiek musi kupy non stop sprzątać. Na szczęście takie małe kurki produkują malutkie kupki, które łatwo zebrać papierem toaletowym bez śladu, no chyba że kurki są chore,  wtedy różnie bywa... Raz w tygodniu myję podłogę Detolem, a częściej zwykłym płynem. Detolu używaliśmy w schronisku dla zwierząt. Tym można nawet miski dezynfekować... Doraźnie  używam też sprayu HG do sprzątania w toalecie.

Sunny jest znów chora. Więc też mieszka w domu. Z tym, że ona nigdzie nie chodzi. Jest zbyt słaba. Tym razem jest chyba gorzej niż poprzednio. W zeszły piątek jeszcze nagrywałam ją, jak się darła i jak maszerowała raźno na spacerze i jak pokazałam wetowi to nagrania, chłop nie mógł się nadziwić, że to ta sama kura, z którą byliśmy u niego kilka tygodni wczesniej. Kilka razy powtórzył, że to niesamowite, iż ona tak wyzdrowiała i że taka ciężka jest... 

Przynajmnjej wtedy była, bo teraz chudnie w oczach, gdyż karmienie przymusowe to nie to samo co szukanie se samemu żarcia w ogrodzie... Sunny - jak wszystkie kury i koguty o tym czasie, zaczęła intensywnie zmieniać upierzenie na zimowe, a ten proces ogromnie osłabia kurzy organizm. Dzięki czemu wirus mógł poczuć znowu swą moc i uderzyć z pełną siłą. Praktyczie z dnia na dzień osłabła, nie ma nawet sił otwierać oczu... Znowu bierze lek, ale wyraźnie gorączkuje i jest bardzo bradzo słaba. Nie jest w stanie ustać na nogach, a nawet ma problemy by założyć sobie główkę za skrzydło. Czasem po prostu leży w pudełku z wykręconą głową i nogami wyciągniętymi w bok, niczym martwa. Karmię ją i poję znowu kilka razy dziennie.
Jeszcze się nie poddaliśmy, ale nie wygląda to dobrze.
Riko czasem do niej podchodzi i coś do niej cichutko mówi po kurzemu. Sunny to mama Riko. 

Księżniczka Riko

Innego dnia, a raczej wieczoru i to dość późnego wybrałam się na spacer w świetle Księżyca. Pełnia wtedy była i świat był jakby z innej bajki.
Jako nastolatka uwielbiałam spacery w świetle księżyca. Zdarzało mi się nawet o północy pójść z moim psim towarzyszem nad rzekę, by tam podglądać Księżyc kąpiący się w wodzie. Świat w blasku księżyca wygląda zupełnie inaczej, niezwyczajnie. Zdaje się być magiczny. Takie wiedźmy jak ja, czują tę moc bardzo wyraźnie. Tak bardzo, że w nocy ja nie mogę spać, gdy jest pełnia...

Idąc tak w blasku latarni ulicznych i księżyca wspominałam tamte młode lata i moje samotne nocne wędrówki, które to poczynania były, jak pamiętam,  totalnie niezrozumiałe dla innych dziewczyn z mojej wsi zdających się bać nawet własnego cienia. Myślę, że żadna z nich nawet za ciężkie pieniędze nie poszła by wtedy sama nad rzekę ani do lasu. Nie wiem, czy dziś by poszły... 
A ja natomiast nigdy nie potrafiłam zrozumieć, czego można się bać w lesie czy nad rzeką? Tam nie ma przecież ludzi. Nie ma tu w naszym klimacie też zjadających ludzi zwierząt. Co innego miejsca, gdzie ludzie są. Tam ja nawet dziś, ZWŁASZCZA DZIŚ boję się chodzić nawet za dnia. Las nie jest straszny. Ludzie owszem.




Przeszłam coś ze 6 km i całą drogę żałowałam, że nie zabrałam aparatu i statywu. Robiłam zdjęcia telefonem, ale telefon to telefon. No i też statywu mi brakowało.
Niemniej jednak ze zdziwieniem odkryłam, że iphonem 16 da się zrobić całkiem niezłe (jak na telefon) zdjęcia Księżyca. Znowu zadumałam się nad tym, jak bardzo poszła technika do przodu w ciągu zaledwie kilku lat i jak to wszystko wciąż szybko się zmienia.
Patrzcie na poniższe zdjęcie zrobione z ręki telefonem. Niby jest szum, są piksele, jest kiepska jakość, ale kurde, księżyc wygląda jak księżyc, a nie biała plama. Dla mnie jest to niesamowite!



Fajnie było też odkrywać zwykłe rzeczy, które w świetle latarni i księżyca zupełnie innego wymiaru nabierają. Nagle każde badziewie wygląda ładnie, albo przynajmniej interesująco.



Odbicia czegokolwiek w wodzie, a już zwłaszcza świateł,  są zachwycające chyba dla każdego fotografa amatora... Tym razem ma sąsiedniej wsi znalazłam kałużę w polu, w której odbijały się domy przy pobliskiej ulicy. Zalig! (fajnie).

Gdy się wybrało tryb nocny, Księżyc wyglądał jak Słońce. 




Księżyc za drzewami zawsze jest magiczny.





I znowu jesteśmy w domu, gdzie kura Riko odwiedza swoją chorą mamę Sunny.
i co tam mamo u ciebie...?

A jak robi się dzień, kura Riko wychodzi ze swoimi koleżankami i kolegami na spacer za ogród, by podziobać trawy. Jak my ją uwielbiamy! No dobra, inne kury i koguty też kochamy, ale ta mała pierdułka jest największą złodziejką ludzki serc.
Czasem, ludzie mojający nasz dom podczas swojego spaceru zauważają nasze kury i się zatrzymują. Wielu nie jest pewnych, na co patrzą i czasem słyszy się dyskusję, czy to kury czy nie kury. Co odważniejsi pytają, czy to kury. Ludzie, którzy codziennie wyspacerowują koło nas swoje psy, też już znają nasze kury. Ich psy tym bardzej je znają, bo zawsze spoglądają z wielkim zaciekawieniem w tym kierunku, nawet jak kur akurat nie ma na trawniku. Czasem słyszymy stanowcze "NIE! NIe idziesz do kur!" 

Kury też już znają te wszystkie psy i już sie ich nie boją. Na poczatku na widok psa na horyzoncie, koguty jednym burknięciem ogłaszały ewakuację i wszyscy gęsiego maszerowali do ogrodu. Teraz tylko ograniczają się do lekkiego ostrzeżenia o potencjalnym zagrożeniu, ale kury robią, to co robiły, w ogóle nie zwracając uwagi na psy. 
Psy zawsze tu chodzą na smyczy. Mały chichuaua od ex-sąsiadów ganiał bez smyczy koło domu, ale jego też kury się nie bały.

Na wieczór halloweenowy postanowiłam upiec ciastka miodowe ze starego przepisu, które w poprzednim życiu piekłam na bożenarodzenie, a córki - wtedy małe dziewczynki - je ozdabiały lukrem wedle własnej fantazji. Tym razem jednak pominęłam imbir, który dla Młodej jest niebezpieczny, bo koliduje z lekami, które bierze... Zamiast tego dosypałam trochę kardamomu oraz suszonej lawendy i płatków róży. 
Jedno się jednak nie zmieniło. Obie córki, mimo że mają dziś ponad 20 lat,  z takim samym zapałem i radością zabrały się za ozdabianie ciasteczek. Tyle tylko, że ich fantazja trochę się rozrosła  i poczucie humoru się trochę wyostrzyło... duchy, pentagramy, robale, penisy... Śmiechu było przy tym w każdym razie co nie miara.

To są takie momenty, w których czuję bardzo intensywnie, że jestem w DOMU i że jestem matką najbardziej czaderskich  ludzi we wrzechświecie.


Natrafiłam na instagramie na przepis na syrop pumpkin spice. Postanowiłam go wypróbować. Wszystko dobrze wyszło, smak toto ma obłędny, tyle że to nie jest syrop i że nie nadaje się do napojów, bo ma nieakceptowalną przez moje zmysły fakturę. No jakbyś miał piasek w kawie... Fuj!

To jest zatem bardziej dżem i na pewno nada się idealnie do naleśników. Dodany do kawy czy matchy smak robi bardzo dobry, ale ta konsystencja lepkiego piachu pływającego w płynie to tortura dla zmysłów.

Jak robiłam?
Najsampierw pokroiłam i upiekłam do miękkości dynię w piekarniku. Potem wrzuciłam do rondla 150g tej dyni, 50g daktyli, 40g brązowego cukru, 1/3 łyżeczki goździków, 1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej, 1/3 łyżeczki kardamonu, laskę cynamonu i pół łyżeczki ekstraktu waniliowego oraz 200ml wody... Coś z tą ilością wody jest nie tak, bo w czasie gotowania kilkukrotnie dolewałam, a i tak wyszedł bardzo gęsty dżem a nie syrop.... Po ugotowaniu przetrałam to przez sito, ale w necie radzili przez worek na ser i może to jest szkopuł... Nie zblendowałam też dyni, bo ona sama z siebie się rozwalała... 

W necie są inne przepisy więc muszę je przejrzeć, a może uda mi się znaleźć coś, dzięki czemu da się zrobić lepiej, bo smak tego syropo-dżemu jest na prawdę wyśmienity.

pierwszy test "syropu" z matchą i mlekiem

Jak już sie kiedyś chwaliłam, w tym roku udekorowałam dom na halloween. Bo miałam taki kaprys. Nie obchodzimy tego święta jako święta zmarłych, tak samo jak nie obchodzimy narodzin czy śmierci żadnych bogów. Dla nas to po prostu luźna idea i fajna okazja na puszczenie wodzy fantazji...

Nie kupowałam też specjalnie żadnych dekoracji, z wyjątkiem jednej pajęczyny. Użyłam rzeczy, które mieliśmy w domu, bo my jesteśmy dziwni i trzymamy dużo dziwnych rzeczy w domu. 

Dziś już wszystko ładnie poskładałam i wyniosłam tam, skąd je wzięłam, czyli głównie na strych, choć niektóre rekwizyty wypozyczyłam od młodzieży. Jak za jakiś czas znowu będziemy chcieli przypalić głupa, to się przydadzą.

Żeby było jeszcze bardziej szalenie, postanowiliśmy się przebrać na wieczór halloweenowy. Ot tak, dla hecy. W pierwszych planach było po prostu upieczenie sobie smacznych ciastek i zagranie w Jumanji przy blasku świec, ale potem zaprosiliśmy nadającyh na zbliżonyc falach znajomych, dzięki którym ten wieczór był jeszcze fajnieszy. W planszówki pogramy innym razem.

Czasem dobrze jest bowiem zrobić coś wariackiego, nietypowego, by choć na jedną krótką chwilę zapomnieć o problemach i trudach dnia codziennego, by popatrzeć na świat z innej niż zwykle perspektywy, by zresetować umysł i ducha. I by poczuć się 30 lat młodziej... Na palenie głupa i robienie tego, na co ma się ochotę nigdy się nie jest za starym. Jeśli ktos inaczej twierdzi, to kłamie i pewnie ma nudne życie.



Czarne obrusy (jeden na stole, jeden robi za zasłonę, ogniste zasłony z temu wypozyczone od Młodej, czacha styropianowa ubrana w perukę i kapelusz po dawnych przebraniach, kradziona dynia, świeczki na baterie, sowa kupiona kiedyś za 50 centów, lampion ze słoika po ogórkach, świeca nie wiadomo po co kiedyś kupiona, pentagram z łańcucha choinkowego...

Kawałek starej moskitery, stara ramka po jakimś świętym obrazku, a w niej miotełka zrobiona z bambusa i sznurka,  doniczka dynia znaleziona pod czyims domem z napisem "gratis", akcesoria pirata z pudła z ze starymi zabawkami Młodego, tak samo jak robale zabawki.
puzzle w ramkach nadają klimatu
dekoracje po 18tce Najstarszej już wielokrotnie używane, stare kluczepo szafkach, których już nie ma, kapelusz z rzeczy używanych kupiony do pracy wychowawcy świetlicy...


paluchy drożdzowe jako paluchy wiedźmy i ciastka miodowe ozdabiane przez dorosłe dzieci



Ja i Młoda byłyśmy jeden wieczór piratami, Najstarsza była białą zjawą, a Młody był jeden wieczór dziewczyną. Młodzież nie pokazuje twarzy w internetach, więc występują tu bez twarzy. 
Młody poszedł w tym stroju po frytki, "bo przecież jest halloween"... A w zasadzie to pojechał autem ze znajomym, który też był w swego rodzaju "spódnicy", ale bardziej męskiej. Młody dostał do frytek cukierki. Znajomy nie dostał, bo chyba za słabo sie przebrał :-).



Młody przebrawszy się w ubrania starszej siostry i przejrzawszy w lustrze, stwierdził, że wygląda świetnie i że pójdzie tak do szkoły po feriach. No, może bez kapelusza. 

Bluzkę Najstarsza uszyła jeszcze w szkole i z chęcią podarowała ją bratu, bo nie całkiem jej sie podoba. Młodemu natomiast bardzo spasowała, choć trochę w rękawach jest ciasnawa na niego. Spódnica starszej siotsry pasuje na niego idealnie, a rajtuzy mu kupiłam w Action jako ocieplacz na zimę POD SPODNIE. W tamtym roku nosił grube rajstopy pod spodnie i bardzo cieszył się, że nie dośc że dają mu ciepło, gdy zapitala rowerem i czeka na dworcach na pociąg, to jeszcze są bardzo wygodne. Teraz jednak postanowił pójść dalej i po prostu założyć je do spódnicy...

I to nie jest żart. Jak go znam, on faktyczne pójdzie do szkoły w spódnicy, choćby po to, by zobaczyć jakie będą reakcje kolegów i coachów oraz randomowych ludzi w pociągu. Bo to jest epicki nastolatek-legenda. On lubi tego typu eksperymenty społeczne. Ci, którzy czytają tego bloga dłużej, pamiętają zapewne jego jazdę na kolor różowy, kiedy to jeździł różowym rowerze  do szkoły cały w oczobolnym różu i że pokój sobie na różowo kazał pomalować, i  że gromadził wszystkie różowe puchate pluszaki, jakie tylko znalazł. Pisałam tu o tym (kliknij).

Wiecie, co dla mnie jednak jest największym szokiem? Ano fakt że ubrania Najstarszej ponad dwudziestoletniej kobiety pasują na naszego czternastolatka! Parę dni temu odwiedziliśmy lekarkę, do której skierował nas rodzinny i ona zmierzyła i zważyła Naszego Epickiego Ajzajdora oznajmiwszy, że on ma już 161 cm wzrostu. Panie, jak to się stało, nie wiem... Dopiero co był mały.

Mam na laptopie parę jego zdjęć z poprzednich Halloween... Patrzę i oczom nie wierzę, że to ten sam chłopak. 
Pamiętam, jak w zeszłym roku po powrocie z poradni CLB z okresowych badań, na których był z klasą, oznajmił radośnie, że pani powiedziała mu, że powinien się spodziewać wzrostu ok 170cm. Nie bardzo chciało się temu wierzyć, bo był raczej niski jak na swój wiek, a tu minęło zaledwie kilka miesięcy, a ten już przerósł ojca...

Nie dziw zatem, że go bolą kolana, skoro tak szybko zapitala w górę.




Przy okazji natrafiłam na zdjęcia mnie i Młodej z tych sławetnych pirackich urodzin i aż się uśmiechnełam na samo wspomnienie tego, jak szliśmy całą piracką bandą (wszystkie dzieci-goście były przebrane za piratów) do lasu w biały dzień i to nie było halloween tylko połowa lutego. Miny i komentarze ludzi bezcenne!



Na zdjęciu jest peruka i kapelusze, które użyłyśmy jako dzisiejszą dekorację. Żałuję, że płaszcz potem wyrzuciłam, bo fajny był...

Fajnie tak sobie czasem powspominać jakieś dawne hece i pooglądać zdjęcia sprzed lat. 

Dziś miałam sporo rzeczy zrobić, pozałatwiać, ale w sumie tylko ten halloweenowy bajzel udało mi się ogarnąć. O wiele dłużej mi to zajęło, niż myślałam, że zajmie. Samo mycie okien z czarnych pisaków to już niezłe zadanie. Trzy razy wodę i ścierkę wymieniałam, zanim udało mi się pokonać czerń. Do tego doszło kilka rund na strych i parę na kompost za domem. W międzyczasie ugotowałam curry, posprzątałam kurniki, kilka razy nakarmiłam Sunny i zrobiłam dwa prania.

Teraz jestem bardzo zmęczona i senna. Pójdę jednak chyba jeszcze na krótki spacer, bo jest dopiero 19, więc nie mogę jeszcze iść spać.