14 sierpnia 2026

Kolejna tragedia w mojej okolicy.

 Zacznę od obserwacji pociągowych...

Kiedyś jechałam z Młodą do miasta pociągiem i jako że obie miałyśmy ze sobą rowery, siedziałyśmy w wagonie rowerowym. Naprzeciw nas siedział jakiś młody tata z dwójka małych dzieci. Jedno miało pewnie około roku i siedziało w wózku-spacerówce, a drugie z rok, dwa starsze siedział koło taty. Koło nich leżał jeszcze duży plecak i wielka torba turystyczna. Przyglądałam się im i przysłuchiwałam mimowolnie, ale z ainteresowaniem, bo bardzo mi się spodobało podejście tego taty, gdyż bardzo podobne zdało się do moich własnych metod wychowawczych. Tata całą drogę gadał do dzieci. Tłumaczył im, szczególnie tej starszej dziewczynce, świat podróży pociągami i odpowiadał na jej pytania. Mówił, jakie będą po drodze stacje i że się będę przesiadać, ale też mówił coś o konduktorze, toalecie (bo w rowerowym jest kibel i ludzie chodzili non stop), ale też coś o widokach za oknem. W końcu dojechaliśmy do przedostatniej stacji i ja się zaczęłam zastanawiać, jak chłop się przesiądzie z tym całym majdanem i nawet pomyślałam sobie, że jakbyśmy nie miały rowerów, to bym zaoferowała pomoc, no ale wtedy usłyszałam jak tata pyta dziewczynki, jaka będzie następna stacja, a ona entuzjastycznie odpowiada "Mechelen". Nastawiłam zatem ucha i podsłuchiwałam dalej...

9 sierpnia 2026

Browar w kościele, muzeum, zielone ścieżki marszowe i susza

Piątek się pojawił w kalendarzu, poraz zatem wystukać cotygodniowe sprawozdanie z minionych dni. 
To był dobry tydzień. Do gorąca już się chyba przyzwyczaiłam i nawet o tym za często nie myślę. 

Susza trwająca od 2 miesięcy jednak coraz bardziej i bardziej niepokoi zwłaszca przy tych utrzymujących sie nieprzerwanie wysokich temperaturach i wietrze. Patrząc na okoliczne uprawy, stwierdzam, że kiepsko to wygląda. Nie dawno czytałam, że rolnicy spodziewają się nawet 40% mniejszych plonów ziemniaków. Zbiory zielonego groszku były tu i ówdzie nawet 80% mniejsze, niż przeciętne. Poza tym kiepsko jest też z kukurydzą. Ale też kapusta, por, kalafior, buraki nie rokują najlepiej. Nie dość, że susza , to rząd wprowadził zakaz pompowania wody z rzek i kanałów, co jest oczywiście konsekwencją utrzymującej się suszy, ale dla rolników to podwójny cios. Żeby było ciekawiej, to coraz trudniej dostać w Belgii zezwolenie na korzystanie z wód gruntowych, czyli wykopanie studni, a z tego co sąsiedzi mówili, to już wcześniej nie było łatwo. Jest coraz drożej i coraz bardziej skomplikowana procedura. Rolnicy mówią, że najpierw trzeba wykazać, że wszystkie inne alternatywne źródła  pobierania wody już zostały sprawdzone  i akurat taka woda jest potrzebna. Jako alternatywę  (szczególnie dla szklarni) radzi się tu rolnikom korzystanie z wody recyklingu, czyli np oczyszczanej wody z przemysłu spożywczego oraz z deszczówki. 

kukurydza

buraki

Sama nie jestem rolnikiem, ale na farmie się wychowałam, no i było nie było na wsi mieszkam, to i zwracam uwagę na to, co się na polach wokół mnie dzieje i wiem, co to oznacza, gdy zbiory szlag trafi, co to oznacza jak nie krowom dać żreć. Wiem też, co to oznaczać może w dalszej konsekwencji dla mnie i pozostałych ludzi, a że susza i upały dotykają większej ilości krajów Europy, to należy się spodziewać, że za jakiś czas nasze portfele też to poczują... 

31 lipca 2026

Wreszcie udało się załatwić ten staż

 Zacznę od razu od dobrej nowiny (dla nas, bo innych to to raczej kij obchodzi ;-) ). Mamy staż!

Znaczy Córka ma. Ja tam nadal czekam na rozwój wypadków...

bukiet sfotografowany w sklepie, bo taki ładny


W tym tygodniu udało się w końcu dograć wszystko. Ten ziomek z biura pracy, a konkretnie z GTB trochę taki mało słowny jest i trochę trzeba było go poganiać i pilnować, by zrobił, co ma zrobić, co - nie będę ukrywać - uważam za wielce irytujące, ale koniec końców wszystko zostało dopięte na ostatni guzik i Najstarsza już po niedzieli będzie zaczynać pracę, znaczy bezpłatny staż... Zawsze to coś. Będzie pracować 3 razy w tygodniu po 4 godziny przez miesiąc, a potem się zobaczy, co będzie dalej. Zaczynać będzie na kuchni, ale z tego, co mówiła po rozmowie z panią z tamtego biologicznego gospodarstwa, będzie też mogła ewentualnie spróbować pracy w szklarniach, czy na polu albo w jeszcze innym dziale. Najważniejsze, że zaczyna i że znowu robi kolejny mały kroczek do przodu ku jakiejś pracy w przyszłości.

26 lipca 2026

Ta jedna zwykła wakacyjna niedziela

 Zwykle publikuję i w dużej mierze też piszę te posty w piątek, ale tym razem coś nie poszło, no to w spróbuję napisać w niedzielę, bo pora se siąść na dupie na chwilę.

Dzisiaj bowiem jakoś tak wyjątkowo pracowicie zaczęłam dzień. Wstałam gdzieś przed siódmą, by kurczaki uwolnić i nakarmić. Na noc chowamy wszystko ziarno do domu, bo znowu szczury się pojawiły, a nie ma ich co utwierdzać w przekonaniu, że knajpa u Heńka otwarta jest  24/7. Wystarczy, że w dzień przyłażą i biorą ziarno jak ze swojego. Jeszcze ci to się do kury potrafi postawić z zębami... Małe wredne gnojki.

Potem od razu nastawiłam pierwsze pranie i zaczyniłam drożdżówki i usmażyłam do nich jabłka. Po śniadaniu poszłam posprzątać kurnik kurozaurów, bo uznałam, że już pora. Codziennie zbieram tylko łopatką kupy z trocin, ale raz na jakiś czas trzeba zrobić gruntowne porządki. Tym razem popsikałam trutką na kurze wszy, bo naturalniejsze metody coś nie zadziałały... Posypałam jednak jeszcze i diadomitem zanim nasypałam nowych trocin. Potem posprzątałam jeszcze u świnek, no i upiekłam te bułki. W międzyczasie zaczyniłam i wyrobiłam też już chleb na zakwasie, ale ten to może dopiero jutro będę piekła. Na razie se rośnie...

21 lipca 2026

Rak niszczy nie tylko ciało, ale też ducha a nawet rodzinę

 Ten post powstawał kilka miesięcy po kawałku. Pisałam go bardziej do szuflady niż do publikacji, ale dziś go znalazłam i stwierdziłam, że jednak puszczę w świat. Niech idzie. Mam przeczucie, że większośc ludzi pewnie tego wpisu nie zrozumie, ale może trafi  tu ktoś kto tkwi w podobnej sytuacji i będzie to dla niego ważne...

Kiedy 5 lat temu ginekolog stwierdziła, że mam jakiś guzek w piersi, "ale to pewnie cysta", nie zrobiło to na mnie większego wrazenia. Miałam bowiem pilniejsze sprawy na głowie niż jakieś niegroźne guzki w cycku. Potem, gdy okazało się, że jednak coś jest na rzeczy, już trochę poważniej to potraktowałam, ale zachowłam zimną krew, no bo czym tam się przejmować. Najwyżej umrę, a wtedy to już nie będę mieć żadnych problemów, prawda? Wystraczy, że Małżonek się przejmował za nas wszystkich... 

19 lipca 2026

Dużo się dzieje, gdy nic się nie dzieje

Gdy upały trwają, trzeba żyć powoli i cieszyć się, że ma się w tej chwili właśnie taką możliwość. Ciężka ta belgijska pogoda, szczególnie w dni, kiedy jest wysoka wilgotność i powyżej 30 stopni.

Pisanie akurat jest dobrą formą spędzania czasu w upał, zatem wystukam słów parę...

 Zacznę od dokonczenia opowieści z poprzedniego tygodnia, czyli mojego z Młodą pobytu w Gandawie w związku z lotem balonem. O lataniu było poprzednim razem, ale po locie nocowałyśmy w hotelu, a to oznacza, że na następny dzień od rana mogłyśmy szwendać się po Gandawie. 

Najpierw oczywiście udałyśmy się na śniadanie, a lokację jak zwykle sprytnie wyszukała Młoda. I tak trafiłyśmy do kawiarni  Kaffe Allez, prowadzoną przez parę sportowców, więc oczywiste jest, że w kawiarni możesz wziąć nawet prysznic... (no, my nie potrzebowałyśmy, wszak w hotelu miałyśmy, ale to taka ciekawostka). Wystrój mają również sportowy: kozły, drabinki gimnastyczne i temu podobne gadżety.

17 lipca 2026

Szkoła alternatywna, czyli jak ustawić życie dziecku. Wywiad z Młodym.

Nasz Młody w wieku 11 lat poszedł do szkoły średniej. Przez pierwsze dwa lata chodził do szkoły technicznej w naszej gminie, ale uznaliśmy, że to nie jest kierunek dla niego i zaczęliśmy się rozglądać za inną szkołą. W internecie trafiliśmy przypadkiem na szkołę nowatorską, alternatywną, która niestety dosyć daleko od nas się znajduje. Młody jednak z wielką uwagą obejrzał wideo informacyjne, po czym wykrzyknął
CHCĘ CHODZIĆ DO TEJ SZKOŁY! 
JAK MNIE PRZYJMĄ, TO JUŻ MAM USTAWIONE ŻYCIE!

Wysłaliśmy zgłoszenie i okazało się, że były wolne miejsca i go przyjęli. Właśnie zakończył rok nauki w tej placówce, a ja postanowiłam wypytać się go, czy faktycznie czuje się ustawiony i ogólnie, jak to jest uczyć się w szkole alternatywnej. 

11 lipca 2026

Wreszcie poleciałam balonem!

 No i poleciałam wreszcie tym balonem! 

No ale po kolei.

Jak tylko Młoda wróciła z Polszy, od razu wypełniłyśmy formularz na stronie firmy baloniarskiej Spildooren Ballooning. W odpowiedzi otrzymałam e-majl z prośbą, by podać kilka terminów, które by nam odpowiadały. Odpisałam, że w sumie nam to nam cały lipiec odpowiada... Nie długo potem otrzymałam mejla, że lot odbędzie się we wtorek 7 lipca i że szczegóły dostaniemy tego dnia esemesem do 13. Faktycznie, we wtorek przed południem przyleciał esemes, że zbiórka o 19.45 na jakimś parkingu koło jakiegoś parku gdzieś w okolicach Lochristi. Wyguglowaliśmy, gdzie to i zaczęliśmy dumać, jak to logistycznie rozwiązać. Bo nikt nie wie, gdzie balon wyląduje, gdyż on jest niesiony z wiatrem.  Lot trwa godzinę, a w tym czasie balon może przelecieć od kilkunastu do 30 km, zależnie od siły wiatru. Zasada jest taka, że ktoś jedzie autem za balonem. Można uzywać whatsappa - ten co w balonie udostępnia lokalizację przez whatsapp swojemu kierowcy i ten jedzie za tym tropem. Inną opcją jest korzystanie przez swojego kierowcę z wytycznych podawanych telefonicznie przez załogę balonu z auta transportowo-śledzącego. 

No to dobrze się złożyło, bo Małżonek we środę miał jechać do Polszy, to we wtorek wieczorem mógł nas jeszcze zawieźć na miejsce i odebrać, no i ewentualnie zabrać też Resztę z Piątki, żeby mogli popatrzeć, jak wylatamy. Niestety gdzieś ok 14 przyszedł kolejny esemes, że lot odwołany ze względu na przewidywane silne porywy wiatru wieczorem, czyli zbyt duże ryzyko. Loty balonowe odbywają się o poranku i wieczorem, kiedy to zwykle nie ma silnych wiatrów, ale baloniarze śledzą cały czas prognozy bardzo uważnie i w razie podejrzenia niewłaściwej pogody lot jest anulowany. Lot musi być bezpieczny. No to trudno. 

4 lipca 2026

Kolejny rok szkolny dobiegł końca

 Dziś jestem zmęczona i pobolewa mnie kolano. Sama, nie chwaląc się, tom sprawiła poczynaniem swoim. Ale nie żałuję. Za bardzo. 

Rano porowerowałam na wizytę do VDAB (biura pracy). To tylko kilkanaście kilometrów, ale potem postanowiłam wrócić drogą, którą jeszcze nie jechałam, co dodało parę metrów, ale potem pojechałam na skróty. Które były zamkniętę ha ha ha. Dzięki czemu mogłam zrobić dodatkowe kółko. Wróciłam do domu zmęczona i pobolewającym kolanem, ale Młody chwilę potem oznajmił, że się nudzi, więc wzięliśmy naszą NOWĄ piłkę do kosza i pokręciliśmy na plac zabaw, gdzie jest kosz, by se porzucać. Zabawa była przednia, ale z jakiegoś dziwnego powodu nie wpłynęło dobrze na ani na zmęczenie, ani na kolano. No więc potem siedziałam już na dupie i czytałam grzecznie książkę. Teraz przypomniałam sobie, że miałam stuknąć słów parę w pamiętniku, no to stukam...

Riko

W VDAB poznałam nową osobę. Starszą i sympatyczną panią. Powiedziała, że tamta od teggo całego profilowania do niej dzwoniła i że jej nadmieniła, że ponoc chcę iść do pracy, ale coś nie za bogato jest z moim zdrowiem i że prawdopodobnie nie nadaję się na chwile obecną do ergularnej pracy i że potrzebuję pracy w zakładzie pracy chronionej. No tak coś w ten deseń - odparłam i dalej sobie na ten temat i każdy inny trochę pogadałyśmy. Dość rzec, że stanęło na tym, iż mam się udać do swojej onkolog, ewentualnie od biedy do lekarza rodzinnego, by mi papiery wypełnili, aby biuro pracy mogło sporządzić protokół, dzięki któremu mogłabym starać się o przyjęcie do zakładu pracy chronionej. Tyle tylko, że ponoć nie ma za wiele wakatów, ale co jakiś czas coś się pojawia, więc teoretycznie jest możliwe, że znajdę gdzieś miejsce... 

Pożyjemy zobaczymy. Do tej profilerki mam nadal chodzić... Tak powiedziała. Że mogę. Nie wiem tylko po co, no ale dobra, niech im będzie... W ogóle to wszystko jest jakieś od dupy strony i totalnie nielogiczne. 

Parę dni wcześniej  byłam bowiem w tym potencjanym zakładzie pracy chronionej, do którego wysłała mnie profilerka. Ona mówiła o jakimś stażu co to 5 razy na miesiąc się chodzi... Ale ta babka w owym zakładzie pracy chronionej (biologiczne gospodarstwo) po krótkiej rozmowie i opowiedzeniu wszystkiego o tym gospodarstwie, zasugerowała mi jakiś AMA-staż, gdzie z kolei minimum 12 godzin na tydzień się pracuje za friko i o który to staż mogę się ubiegać w VDAB. Dodała, że ten staż mogę robić też w innych zakładach pracy wcale niekoniecznie chronionej, znaczy zwykłych. Podczas tego stażu są co jakis czas ewaluacje i po jakimś czasie oceniaja, czy delikwent nadaje się już na normalny rynek pracy, czy też tylko do pracy chronionej. Czyli to jakby droga do zakładu pracy chronionej. 

No ale na wizycie w VDAB okazało się, że jest możliwa droga bezpośrednia, na skróty, dzięki oświadczeniom specjalistów i ich protokołom. Wiecie co? Ochujeć idzie od tego! Ja już w ogóle nie wiem, o co chodzi. Co do czego ani po co. Całkowicie mi się wsio poplątało. Gdyby dziś ktoś kazał mi to wszystko opisać, nie podołałabym. Ja już nic nie wiem.

W międzyczasie dzwonił też z biura pracy asystent Najstarszej no i ja mu powiedziałam (bo córka nie rozmawia z obcymi przez telefon), że znalazłyśmy fajne gospodrarstwo biologiczne, gdzie córka bardzo by chciała pracować haha. No nie chwaliłam się, że to mnie tam wysłano. Po co mu takie informacje. W gospodarstwie jednak powiedziałam, że córka też mogła by być zainteresowana...

To gospodarstwo wydało mi się badzo fajne i akuratne dla córki. No i on wypełnił (W KOŃCU!) formularz i wysłał. Chwilę później dzwonił do mnie, że odpowiedzieli i by zapytać, czy może podać im dane mojej córki. Babka ma zadzwonić do nas, by umówić się z córką na rozmowę wstępną i by pokazać jej to całe gospodarstwo. Zobaczymy, co z tego wyniknie i czy w ogóle cokolwiek. 

Szczerze mówiąc to ja już mam serdecznie dość tego "szukania pracy" i żałuję, że w ogóle mi taki pomysł do głowy przyszedł. NO MAM DOŚĆ. Jestem tym zmęczona. Zaczynam to olewać wszystko, robić se podśmiechujki i patrzeć przez palce. No bo to sa jakieś jaja. 

Zaczynam też coraz bardziej rozumieć tych ludzi co 10 czy 20 lat szukali pracy i nigdy nie znaleźli. I nie długo chyba będę musieć odszczekać to wszystko, co złego o nich powiedziałam. 

Przecież to jest jakiś kurwa absurd jak oni "pomagają" tutaj w tym kraju znaleźć człowiekowi niepełnosprawnemu pracę. Kurde, jest tutaj na prawdę dużo możliwości, kupę fantastycznych rozwiązań, ale ta biurokracja to jest jakieś nieporozumienie. Za dużo ludzi zajmuje sie tu jednym i tym samym. Oni sobie ciągle wszyscy wzajemnie włażą w drogę i przeszkadzają. Przeganiają człowieka od urzędu do urzędu, od miasta do miasta. Umawiają spotkania, które nic nie wnoszą, gdzie sprawę można by załatwić na sms czy mejla bez fatygowania sie po 15km i marnowania własnego czasu i pieniędzy podatników. Ten system jest chory. Chory i strasznie męczący. Dlatego mam już dość. Nie robię sobie już żadnych nadziei i w ogóle olewam to cienkim sikiem. Kurde, ja się uważam za osobę w miarę rozgarnietrą, ale oni ze mnie już toralnego debila zrobili. Ja już zaczęłam wątpić totalnie w swój rozum i siebie samą. A gdzie w tym burdelu - bo to jest BURDEL - ma się niby odnaleźć osoba która słabiej sobie radzi, która ma problemy mentalne,  takie czy inne ograniczenia czy słabości. Toż to trza mieć końskie zdrowie, nadludzką cierpliwość i ogólnie być bardzo zmotywowanym no i przede wszystkim bardzo zaradnym. Przecież to się wszystko kupy nie trzyma. Od tej ich "pomocy" można wylądować u psychiatry z poważnymi problemami. 

Dobrze, że upał choć zelżał i można normalnie żyć. Odsypiam teraz upalne noce, kiedy to oka nie szło zmrużyć, a nawet jak spałam to w ogóle nie odpoczywałam. Dwa dni z tego tygodnia spędziłam w łóżku. O ile zwykle nie mam zwyczaju spać w dzień, bo nie potrafię zasnąć, tak jednego dni mi się to udało. Drugiego po prostu leżałam i czilowałam bombę. Odpoczywałam, ale jeszcze nie odpoczęłam i nie odespałam. Jestem zmęczona, ale próbuję żyć. W środę wzięłam znowu Decapeptyl, co nie polepszyło sprawy. Wręcz przeciwnie. 

We wtorek Młody po raz ostatni w tym roku szkolnym odwiedził szkołę i dostał jakiś odpowiednik raportu, tyle że bez punktów. Teraz juz ma wakacje. Ja nagrałam wideo o belgijskiej szkole, co możecie sobie zobaczyć, gdyby się wam chciało. Następne będzie podsumowaniem roku w epickiej szkole. Zapytałam bowiem Młodego, czy ma już to życie ustawione czy nie... On chętnie poodpowiada na moje pytania, ale nie przed kamerą, więc będę sama musieć złożyć to znowu w opowieść, ale sama jestem ciekawa jego opowieści... Dla tych, co nie czytali wpisów sprzed roku, powiem co co chodzi z tym ustawionym życiem.

Pod koniec zeszłego roku szkolnego zdecydowaliśmy, że szukamy nowej szkoły. Ja przypadkiem trafiłam w necie na TĘ SZKOŁĘ i Młody obejrzawszy wideo promocyjne, stwierdził, że chce chodzić do takiej szkoły i że mam go zgłosić na listę oczekujących, a potem dodał, że jak go przyjmą, to ma już ustawione życie. Przyjęli go. Właśnie zakończył pierwszy rok... Czy ma ustawione życie? O tym będzie na YT za tydzień. Albo dwa.

Póki co macie tu wideo o szkole belgijskiej jako takiej. Używałam nowej apki do tworzenia tego wideo, bo cap-cut mnie już wkurzył. Moja menagerka (czytaj: Młoda) pouczyła mnie, że cap-cutem to teraz sztuczna inteligencja dowodzi i że wszyscy na to narzekają i odchodzą. Znalazła dla mnie apkę VLLO, że ponoć ludzkość teraz tej właśnie często używa. To był test. Na razie jestem zadowolona. Kupiłam abonament na rok. Bo był tani. Ma też dużo funkcji i łatwo się obsługuje. Wideo nagrywam i składam w swoim Iphone16. Myślałam, że będzie trudniej i że bez kompa się nie da, ale ten telefon spokojnie daje rady. Gorzej jest z naszym belgijskim internetem To jest dopiero żenada. W niektóre dni jest kiepski, w inne nie ma wcale, a 7 dych co miesiąc się płaci. Czasem szlag bierze.

Niezłą mam zabawę z tym nagrywaniem. Zainteresowanie raczej marne, póki co, ale od AI już wiem, co robię źle i jak powinnam to robić, by było lepiej. Chleba z tego nie będzie, ale póki co się dobrze bawię. Mogę się wreszcie wygadać, powydurniać  i porżnąć filozofa. Choć nie ukrywam, że mam dużo chwil zwątpienia, kiedy to się zastanawiam intensywnie, czy usunąć w cholerę ten kanał i zająć się czymś pożyteczniejszym, jak np gotowanie, sprzątanie czy choćby czytanie książek. Potem znowu dochodzę do wniosku, że cóż innego mi w tym życiu na tę chwilę pozostało? Nie mam rodziny, nie mam przyjaciół, nie mam zdrowia, nie mam pracy, nie mam z kim pogadać, nie mam nic konstruktywnego do roboty, nie mam pieniędzy na podróże, ani na żadne inne drogie hobby to choć się powygłupiam przez chwilę, dopóki mi się nie znudzi... 


Parę dni wcześniej opublikowałam też nagranie, w którym wyjaśniam, kim jest Belguska. Czytelnicy tego bloga to już pewnie wiedzą, ale też se możecie obejrzeć Kliknij tutaj by przejść do YT.

Na koniec wrzucę znowu zdjęcia nacykane w minionych dniach. Najpierw efekt krótkiego testu iphone16. Powiem tak, zdjęcia wychodzą całkiem dobre jak na telefon, ale tylko jak się pofarci, bo to badziewie nie posiada prawie żadnych ustawień. No, w każdym razie są one bardzo ograniczone. Musisz zdać się całkowicie na maszynę, a ona jest dosyć głupia. Ustrojstwo nie wie, co ja chcę fotografować w danym momencie  ani w jaki sposób, więc fokusuje się toto na jakichś randomowych rzeczach i non stop zmienia te ustawienia. Może 16pro, który ponoć pod fotografię był robiony, ma lepsze opcje, ale ten zwyklak dupy nie urywa. Do nagrywania wideo na YT akurat się nadaje. Przynajmniej na moje niezbyt wygórowane potrzeby. Samsungi, których używa Młodzież, chyba lepiej się sprawdzają w foceniu. 





Krystyna





Odwiedziłam pobliskie Grimbergen, gdzie odkryłam, że oni tam mają trzy działające młyny. Prezentacja młynów odbywa się w każdą pierwszą niedzielę w sezonie od kwietnia do września w godzinach 14-17, na którą to atrakcje zamierzamy się wybrać. Koło młyna wodnego Tommermolen, można zobaczyć też stary piec chlebowy, młyn konny oraz jakiś zmyślny przenośny dźwig. Obok jest też restauracja, gdzie można się posilić i napić piwka z lokalnego mini browaru Grimbergen. Ten z kolei znajduje się w starym opactwie i jego symbolem jest feniks. 
Zabudowa młyna Liermolen też jest pięknie zachowana. Teraz jest w remoncie i w niedługim czasie w domu młynarza i stajni będzie hotelik, czy też dom pielgrzyma, gdyż tamtędy wiedzie jakaś trasa pielgrzymkowo-turystyczna. Oglądać można tam też jak pracuje pszczelarz no i zobaczyć piekarnię przymłynową. Można też napompować sobie wody za pomocą starej ręcznej pompy. Jest tam też drewniany plac zabaw dla milusińskich. 

Przy osttanim młynie byłam już kiedyś, dawno temu. Tam znajdują się też fajne ruiny. Może niedługo wybiorę się tam ponownie, by zobaczyć te młyny podczas pracy, to wszystko odwiedzę, a i wideo pewnie wtedy nagram... No i na piwo wstąpię. Lubię piwo z tego browaru. Często używaliśmy je do gotowania gulaszu flamandzkiego stoofvlees.

Te dwa pokazane tu młyny są bardzo blisko siebie, a i do browaru jest niedaleko. Po środku jest ładny kawałek natury - dużo wody, jakieś krzaki i trawa - można pójśc na kaczki i inne takie pofilować albo psa wyspacerować. Młyny znajdują się przy tym samym strumyku, który ostatnio nieźle wylał. Zobaczywszy grubą warstwę mułu na drodze koło remontowanych właśnie jakichś ruin (nie wiem, co tam było, chyba jakiś sąd czy coś, ale ma powstać jakiś obiekt kulturalno-świetlicowy), zagaiłam jakiegoś chłopa i ten pokazał, że woda do kolan tam szorowała. Nieźle.

Mieszkam stosunkowo nie daleko Grimbergen, ale jakoś mało wiem na temat tego miasteczka i dopiero teraz odkrywam, że to fascynujące miejsce pełne tajemnic z przeszłości. Belgia ma pełno takich zakątków, gdzie czas się zatrzymał. No w sumie to cały ten kraj wygląda, jakby zatrzymał się gdzieś dawno temu, co ma swoje uroki, ale też ma swoje wady, bo skansen jest fajny do oglądania, ale mieszkanie w nim na co dzień to już mniej zdaje się cieszyć. 



jakaś interesująca ruina w remoncie

działający młyn wodny Tommenmolen w Grimbergen

po lewej młyn, po prawej restaurcja, a z przodu młyn konny

stary dźwig

młyn konny Rosmolen w Grimbergen



druga strona młyna

jakieś resztki jakiegoś domu

działająca pompa wodna

zabudowa młyna Liermolen

Lirrmolen w Grimbergen

działający młyn Liermolen w Grimbergen




26 czerwca 2026

Upał trwa. Jest fajnie.

 Miniony tydzień był bardzo upalny. Temperatury sięgały nawet 38 stopni w cieniu, a przy tym wilgotność powietrza jest wysoka. Teraz rano np apka pokazuje 73% wilgotności. Parówa po prostu. Człowiek się poci, ale pot nie odparowuje ze skóry, tylko oblepia ją, a co za tym idzie chłodzenie nie działa.

Ciężka to pogoda dla ludzi mających problemy zdrowotne. Zwłaszcza, że utrzymuje się już od kilku dni. Ja też odczuwam ją jako ciężką. Czuję, że serce chwilami ma ciężko, ale z drugiej strony ja lubię jak jest ciepło i słonecznie i ta pogoda działa na mnie bardzo pozytywnie, nawet jak jest męcząca chwilami. Dziś wstałam o 4:30 żeby porowerować po okolicy, posłuchać śpiewu ptaków w okolicach lasu i popatrzeć na wschód słońca. Świat jest przepiękny latem przed wschodem słońca:  normalni ludzie jeszcze śpią i jest święty spokój. Tylko ptaki świergoczą, koguty pieją, żaby rechoczą i koniki cykają.  

Zdjęcia z tego poranka wrzucę na końcu... Teraz tylko to jedno.

wschód słońca


Trochę mniej radował mnie driehoekgesprek (rodzaj wywiadówki), na który musiałam się udać tuż po południu, przy pełnej lampie. 

Małżonek zawiózł mnie na pobliski dworzec, bo w planach miałam odebranie po powrocie roweru Młodej, który od kilku dni stał na dworcowym parkowisku rowerowym, po tym jak ta udała się na lotnisko transportem publicznym, a potem Małżonek ją z lotniska autem odebrał i rower został na dworcu. Nie wiedzieliśmy czy on tam w ogole jeszcze stoi, bo tu wciąż kradną na grandę rowery, a szczególnie jak zostawiasz na kilka dni, musisz się liczyć z tym, że po powrocie już roweru nie zastaniesz. Dlatego wielu ludzi ma specjalne rowery dworcowe, czyli stare rozklekotane rupiecie, których nie żal, gdy znikną, bo nawet stary rupieć może być czyimś łupem. Rower Młodej był... z tym, że bez baterii haha. I jeszcze ja wykazałam się wielką inteligencją i spostrzegawczością - nawet nie zauważyłam, że nie ma baterii, a gdy pstryknęłam przycisk i się nie załączyło, pomyślałam, że pewnie bateria się rozładowała, bo to stary rupieć i bateria trzymała bardzo krótko. Jednak dodać trzeba, że po blisko 10-kilometrowej przejażdżce w ten skwar mózg mi nie całkiem działał hehe.

Dopiero na drugi dzień zauważyłam, gdy Młoda powiedziała do mnie idącej do szopy, bym podłączyła Krowę, jak nazywamy ten rower... A tu zonk. Młoda się śmiała, że super i że trzeba złodziejowi na fb podziękować za zabranie tego toksycznego odpadu haha. Ale z drugiej strony to był akuratny rower do podjeżdżania na przystanek i dworzec dla Młodej, która często kiepsko i słabo się czuje, a bateria akurat starczała na takie podjazdy... No ale peszek. Teraz można jeździć, ale bez baterii. Ludzie to skurwysyny i tyle.



Do Mechelen pojechałam oczywiście pociągiem, a tam na dworcu wzięłam rower blue-bike i pokręciłam dalej pod szkołę Młodego, gdzie ten już na mnie czekał, bo w ogóle do domu nie wracał po lekcjach. Znaczy tego dnia to akurat dzień sportu mieli, ale mniejsza o szczegóły. W tamtą stronę pokręciłam fietsostradą, czyli rowerową autostradą, która od Dworca Centralnego do Dworca Nekker wiedzie w betonowym korycie. No zajebioza po prostu ani kawałka cienia, a te pobocza betonowe blokują ruch powietrza. Jak w krematorium dosłownie. Dalej już git, bo kawałkami cień, a nawet jak nie cień to pusta przestrzeń albo wioska, czyli przyjaźniejszy klimat. Tak czy siak to ponad 4 km w jedną stronę, a zwykły rower to jednak zwykły rower. W taki gorąc czuje się kazdy wysiłek po dziesiąciokroć. A powrót zaplanował mi Młody pokazując jaką trasę odkrył... 

Już wolałałam tę rowerostradę - przynajmniej nie musiałam mieć oczu dookoła głowy haha. 

Nie czuję się komfortowo w dużym ruchu ulicznym. Młody zasuwa jak mały samochodzik przez skrzyżowania, światła, pomiędzy autami, rowerami, hulajnogami pędzącymi z prędkosicią światła we wszystkich kierunkach, a ja stary zgred powoli kręcę, zatrzymując się przed kazdym skrzyżowaniem, przepuszczając wszystkie auta, rowery i pieszych... Za stara jestem na rowerowanie po miastach albo za wielki ze mnie wsiok. 

W szkole mają ciurek z wodą pitną, gdzie mogłam napełnić swój bidon, za co wielce jestem wdzięczna. Wypiłam litr wody podczas tej awontury.

ciurek z wodą pitną


Na miejscu byliśmy pół godziny przed czasem. Młody właśnie prowadził mnie do kibla, bo nie pamiętałam, gdzie się znajduje, gdy natknęliśmy sie na jego kołczkę... Ta zapytała, czy chcemy wcześniej rozmawiać. Chcieliśmy. Potem ochrzaniła trochę Młodego za brak laptopa, no bo ten wyszedł z domu z myślą, że ma dzień sportu, więc po kij mu laptop... Zapomniał, że potem jest driehoekgesprek, który on ma prowadzić korzystając  z laptopa. Nic to. Kołczka powiedziała ze dwa zdania. Młody coś tam dodał i tak odbyła się skrócona wersja tej zmyślnej wywiadówki.

Podsumowując w dwóch słowach, Młody dosyć długo uczył się zasad tego całkowicie nowego dla nas systemu szkolnego i zasad panujących w tej alternatywnej szkole. Gdy jednak już ogarnął, to dalej szło mu bardzo dobrze. Jedyna uwaga, jaką miała kołczka, to to by na drugi rok rozsądniej wybierał, koło kogo siada na zajęciach. Ma on bowiem dwóch zajebistych kumpli, ale problem z nimi jest taki, że to straszne wiercipięty, żartownisie i rozpraszacze. Młody zawsze z klasowymi klownami i największymi rozrabiakami przystaje, choć sam jest z natury raczej cichy, w miare spokojny i super wrażliwy. Nie że tam od razu aniołek, o nie nie... On rozsądnie raczej do życia podchodzi, co nie znaczy, że czasem nie przypali głupa. 

Ponadto Młody postanowił, że od września znowu poziom wyżej (poziom liceum) chce spróbować. Kołczka odparła, że nie widzi problemu, tylko odradziła mu zwyższanie poziomu do trzech błyskawic (najwyższego) z majfy i nauk przyrodniczych. Dwie jest dla niego wystarczające, z czym się Młody zgodził. Niech próbuje. Jak się okazę za trudno, to zawsze może wrócić na niższy poziom (technikum). Cieszy nas, że jest ambitny i że chce mu się próbować. 

Któregoś dnia mieli wolne od szkoły, to umówił się z jednym z w/w kumpli i pojechał do niego. Wieczorem wrócil uradowany, bo świetnie cały dzień sie bawili - trochę w parku, trochę koło domu. Kolega ma ponoć zajebisty dom. No ale mama jest lekarką... to szło się domyśleć, ze w szałasie nie mieszkają haha.  Tatę też ma fajnego - jak stwierdził Młody - czekał na nich w domu z kanapkami, bo akurat z domu pracował. A ten kumpel też ma wysokie IQ (nawet wyższe niż Młody) i tak samo jak Młody przeskoczył klasę, więc świetnie się dogadują. Swój swojego znajdzie! Co ciekawe, nie raz Młody mówił, że wkurzył się na kolegę,  bo jest irytujący i upierdliwy, a raz nawet ponoć dał mu w zęby, jak mu raz nerwa puściła... Wtedy nawet sie cykałam, że Młody będzie miał problemy, ale gdzie tam, chyba jeszcze bardziej się od tego czasu kumplują haha. Bo to jest właśnie taki kumpel, co to się z nim można pokłócić, a nawet po mordach dać, ale potem i tak się idzie razem konie kraść.

Dziś mieli prezentację swoich focusów w szkole. Pojechałam zobaczyć. Było jeszcze goręcej niż w środę. Mimo że tym razem swój elektryk zabrałam ze sobą, i tak było ciężko. Co chwilę się zatrzymywałam, by oddychnąć i napić się wody. Jak weszłam do szkoły, moja koszulka (i w ogóle całe ciało) była całkiem mokra od potu. Nie to, że tam jakieś plamy - po prostu jakby się kąpała w ubraniu. Co za pogoda, panie!

Obejrzałam focusy wszystkich uczniów. Okazało się, że Młody nie był jedynym fotografem przyrodniczym. Na czym poza tym fokusowali się uczniowie? Jeden ziomek hodował mrówki i zgłębiał ich tajemnice oraz entuzjastycznie mi o tym opowiedział. Jakaś dziewczyna robiła model muru berlińskiego i jakieś elementy z książek też zmajstrowała. Ktoś kinny robił biżuterię. Jeszcze inny uczył się gry na gitarze, a kolejny komponował utwory na skrzypce. Następni uczyli się języków (widziałam szwedzki i koreański). Niektórzy porobili prezentacje swoich focusów na laptopach, inni stworzyli fantastyczne rekwizyty. Dalej widziałam coś z mapą i flagami, podróże, modę, historię jakiejś firmy samolotowej która splajtowała i masę najdziwneijszych innych tematów i zainteresowań. To jest niesamowite. Każdy ma jakąś inną zajawkę i może drugiego zainspirować. Fajny to pomysł, by pozwolić w trakcie całego roku szkolnego w godzinach nauki poświęcać też czas na takie niezobowiązujące rzeczy. Bardzo mi się podobał ten targ focusów i w ogóle cały ten pomysł.

Jeszcze dwa dni szkoły i wreszcie zasłużone wakacje. Tak, w Belgii chodzi się do konca czerwca. W poniedziałek mają zaplanowane sprzątanie szkoły przed południem, a po południu zabawy nad wodą w pobliskim osrodku sportowo-rekreacyjnym. We wtorej już zwykłe pożegnanie i zajecia od 9 do 12.

Ja się umówiłam na następny tydzień na spotkanie w tym jednym zakładzie pracy chronionej - ogrodnictwo biologiczne. Bardzo jestem ciekawa, jak to wszystko tam wygląda i czy ma sens zaczynać tam ten kilkudniowy staż, bo się okazuje, że ten cały szumny staż to 5 dni miesięcznie można robić... No dobra. Zobaczymy. Mam już też umówioną wizytę w biurze pracy z jakims kolejnym ludziem... borzzze zielony... Teraz będą się zastanawiać czy mogę dostać zezwolenie na pracę w zakładzie pracy chronionej... Jeszcze chwilę i mnie pojebie z tym całym urzędem i ich pomocą. Tak latam od jednego do drugiego, od drugiego do szóstego i końca nie widać, ani pracy też nie... Pfff.

Małżonek z kolei dołączył do naszego domowego klubu zdechlaków, bo mu się serce zapaliło haha. Teraz se wszyscy ino leżymy całe dnie do góry wentylkami, a plebs niech na nas robi, o! 

Lekarze mówią, że zapalenie mięśnia sercowego to nie są śmichy chichy, ale co człowiekowi  pozostaje w tej sytuacji jak nie ironiczny śmiech...? Pogoda nie sprzyja powrotowi do zdrowia, ale z drugiej strony Małżonek się cieszy, że w taką pogodę nie musi pracować. Nawet nie chce sobie wyobrażać zakładania plastikowego kombinezonu i zapierdalania w tym całe dnie, gdy termometry pokazują 40 stopni i jest jak w tropikach. Farba wtedy schnie w oczach, więc jeszcze szybciej trzeba zapierdalać niż zwykle, bo inaczej mazaje powychodzą. No ale siedzenie całe dnie w gorącu to nadal nie jest dobra sprawa. Co jednak zrobisz? Powietrze nie ochłodzi się tylko dlatego, że ktoś tak chce. Małżonek chodzi ciągle uparcie na długie spacery, tyle że teraz po 20 wieczorem i/lub o szóstej rano, kiedy w miarę przyjemny chłodek się rozciąga wszędzie. Ogólnie czuje się jednak niecukierkowo... Upał jest nieznośny dla niego.

Mnie tylko przeraża trochę przyszłość. Kurde, jak to będzie dalej żyć...? Mam DOPIERO niecałe 50 lat, a już coraz gorzej znoszę upał... Młodsza przecież nie będę. No i  raczej nie ma się co spodziewać, że kolejne lata będą chłodniejsze. Raczej wprost przeciwnie. 

Z drugiej strony patrząc to i tak nie jest źle, jak na fakt że dopiero co niedawno miała raka i że terapia antyhormonalna sieje ciągle zamęt w moim organiźmie. Dałam rady objechać te 10 kilosów (w sumie to nawet 15 licząc jeszcze powrót ze stacji do domu, tyle że to już przez las) w ten nieludzki skwar. Potem byłam co prawda czerwona jak indyk, ale czułam się ogólnie dobrze jak na takie okoliczności. Piłam jednak bardzo dużo, a na dworcu jeszcze zimną matchę wysązyłam. Młody to nawet dwie wciągnął, bo jest już letnie menu w Madmun i maja teraz matcha strawberry cloud. Niebo w gębie w ten skwar.

Dziś już było gorzej. Serio mnie wyczerpała ta wycieczka do szkoły Młodego. Dziś jest piekarnik okropny. Wszystko już jest nagrzane na diabła. Nawet u nas w ogródku nie idzie siedzieć. 

Zastanawiam się jak dziś starsi i schorowani ludzie znoszą te upały. Kurde, w tym tygodniu widzialam staruszków płci obojga (takich 80+) podjeżdżająccy pod sklepy swoimi samochodami i pomyślałam, że chyba ich porąbało. Gdzie to się pchać w taką pogodę na drogę, gdzie to samemu iść do sklepu... Z drugiej podziwiałam ich siłę i hart ducha, a z trzeciej z kolei przyszła myśl, że może oni nie mają na kogo liczyć. Może mieszkają sami i sami muszą sobie robić zakupy, dotrzeć do lekarza...? Takich ludzi wszak tu jest sporo. Niektórzy mieszkają samotnie w wielkich domach. Zwykle wtedy całe piętra stoją nieużywane, rolet nawet nikt nie poddnosi na dzień. Ale dopóki sobie radzą, to siedzą na swoim i jakoś żyją sobie powolutku...

Media podają, że domy opieki nie mają klimatyzacji. To ja nie wiem, jak oni tam wszyscy funkcjonują - i  mieszkańcy takich placówek, i ich opiekunowie. Nie zazdroszczę.

Pozamykano niektóre szkoły, ale ludzie mówią, że niektóre dzieci w domu mają jeszcze gorzej, jeszcze goręcej. Z mieszanymi uczuciami czytałam rewelacje, że niektórzy mieszkańcy w Gandawie wynajęli pokoje hotelowe w swoim mieście, by móc się wyspać, bo w hotelach jest klima. Z Leuven donoszą znowu, że ludzie spędzają noce w samochodach elektrycznych z włączoną klimatyzacją. No i  nie wiesz, czy się śmiać czy płakać. Wariactwo. Ten kraj nie jest absolutnie gotowy na takie upały ani w ogóle ekstremalną pogodę. Trąbili niby o tym już kilka lat, że taka pora się zbliża, ale nic nie zostało w żaden sposób przygotowane... 

Jakiś - dosyć długi chyba - czas temu pisałam o tym, że Belgowie powycinali w pierony drzewa koło domów. Idziesz przez wieś i mało gdzie dostrzeżesz chocby jedno drzewo wyższe od domu albo w ogóle jakiekolwiek drzewo. Przy drogach, koło szkół, urzędów też drzewa są rzadkością. O krzakach nawet nie wspominam. Trawa wypicholona na kilka mm wszędzie. I wciąż wycina się drzewa, by zrobić kolejny parking, drogę, ścieżkę rowerową... Wykupuje się porolnicze działki by je zabudować apartementami koło których oczywiście nie ma drzew w planach, bo drzewa śmiecą, brudza samochody, bo ptaki na niech siadają i srają, bo robią cień, zasłaniają widok... I ja tu mówię o wsi, nie o mieście. Tak se z Małżonkeim ostatnio na ten temat dumaliśmy i stwierdziliśmy, że w niektórych miastach to kurde więcej jest zielonych terenów dostępnych dla ludzi niż w na wsi. Świat stoi na głowie.

U nas chcieli szpaler dębów wyciąć wzdłuż drogi głównej, bo jakiemuś idiocie (pewnie się z Brukseli nie dawno przeprowdaził na wieś, ale nienawidzi mieszkać na wsi) przeszkadzały żołędzie spadające na chodnik. Ludzie się jednak wnerwili i najpierw wyszli na ulicę i pogonili pracowników, którzy już z piłami szli, a potem zaczęli pisać petycje, dobijać się do wszystkich instytucji i właśnie przeczytałam w lokalnej gazetce, że dęby zostają. Nasza wieś jest upierdliwa haha. Wcześniej przez kilka lat chlali się o wiatraki, bo chcieli nieopodal postawić siedem, potem pięć, potem trzy potem choć jeden, ale wieś kazała im wszystkim iść w diabły. Znowu petcyje, protesty i nie będzie tu żadnych posranych wiatraków między domami. No ale szczegół.

Politycy mówią teraz nagle o zaopatrzeniu szkół, żłobków, domów opieki, prywatnych mieszkań w klimatyzatory. No i git, ale szkoda że nie pomyślą jednak o zasadzeniu drzew wszędzie i zmuszeniu  plebsu do tego samego...  Jakiś czas był fun z odkamienianiem podjazdów, parkingów etc, ale szybko się to ludziom znudziło, bo kto to widział, by trawę kosić przed domem. Najlepiej zalać betonem wszystko albo kostką założyć. Tu na wsi widzę, że co bardziej inteligentniejsi (inaczej) przed domem se plastikową trawę wyścielili. Co już jest dla mnie szczytem szczytów ludzkiej głupoty. Jakoś oststnio bardziej nie lubię ludzi niż zwykle... 

No ale nic to. Ja świata nie zmienię, nie naprawię i nawet nie zamierzam próbować. Próbuję jakoś żyć i będę próbować nadal jakoś przetrwać. 

Póki co se naszą wannę składaną wyniosłam do werandy i mogę się chłodzić... Świetny to wynalazek, jak się nie ma  w domu wanny. My kupilimy to, by zimą sobie gorące relaksujące kąpiele czasem brać, gdyż w naszym domu jest tylko prysznic. Ale na lato też akuratna. To się składa i można postawić za drzwiami w łazience np jak u nas. Wczoraj se siedziałam do 22.30 w wannie czekając aż kury łaskawie pójdą do kurników. One nie chcą wchodzić, bo jest gorąco całe dnie, to leżą pod drzewem, a wieczorami, jak się schładza, nadrabiają grzebanie i łażenie....

moja wanna ;-)


A dalej już wschód słońca...



















Na YT nagranie o dwóch fortach: