To jest chyba ulubione miejsce wszystkich leśnych spacerowiczów. Bardzo często spotyka się tam ludzi wpatrzonych w wodę. Spotykają się tam też zakochani, co było nam nie raz dane zauważyć...
Prawdziwe kaczki też tam oczywiście można spotkać, a czasem też czaple, kormorany, a bywało, że i jakieś egzotyczne żółwie.
Sam staw jest bardzo fotogeniczny o każdej porze roku i ciężko się oprzeć robieniu mu zdjęcia za każdym razem.
 |
| nawet drewniane kaczki są urocze |
Poniższe drożdżówki kokosowe przykleiły się przypadkiem do zdjęć z zeszłęgo tygodnia, ale postanowiłam ich nie usuwać. Powiem więcej, udały mi się wyśmienite i smakowały mi bardzo. A teraz idźcie do kuchni i też sobie upieczcie coś słodkiego... Możecie też oglądać dalej i dopiero po doczytaniu tego arcyciekawego wpisu iść do kuchni ;-)
Poniżej jest widok na las spod domu. Czyli w sumie w temacie, ale nie do końca. Niebo jednak było spektakulare wtedy przed zachodem...
... a chaszcze na jego tle wyglądały intrygująco. Napawałam się zatem.
Tego typu widoki - jako się rzekło - poprawiają mi samopoczucie i zaprowadzają trochę ładu w mózgu.
Dynie też nie są z lasu, ale wyrosły na śmieciach koło domu... Tak samo jak nagietki.
A na nagietkach zdybałam kolorowe ładne robale...
Jedną dynię ukradłam z tych śmieci i sobie użyłam ją do dekoracji halloweenowych, ale nie mówcie lepiej właścicielowi śmieci...
Chciałam zobaczyć swoją przyszłość, ale ujrzałam tylko świat do góry nogami. Chyba jakąś popsutą mi tę kryształową kulę sprzedali...
 |
| lampiony działały doskonale |
 |
| świnia Boba jaka jest puszysta każdy widzi |
Wracamy jednak do lasu...
Na ścieżkach jest sporo takich mosteczków. Dodają one uroku spacerom nie tylko jesiennym. Mimo że już setki razy maszerowałam tymi ścieżkami i przekraczałam te leśne strumyczki i rowy, nadal ulegam ich urokowi. Czasem zatrzymuję się na tych mosteczkach i się napawam widokiem wody w lesie i samego lasu.
Wiatr pozwalał z drzew jadalne kasztany. Leży ich tam gruba kolczasta wartswa.
No dobra, wyłazimy z lasu i wracamy do domu gościńcem... Po drodze mijamy parę starych koni pociągowych. Te koniska zawsze gdzieś są w pobliżu naszego domu. Mają kilka pastwisk w promieniu 2 km i zawsze na którymś stoją. Nie wiem, ile one mogą mieć lat, ale były tutaj, kiedy się tu przeprowadziliśmy. Na początku miewały jeszcze co roku źrebaczka. Teraz już nie miewają dzieci.
Młody, jak był mały, czasem zonosił im suchy chleb albo zwyczajnie przystawał, by je pogłaskać po wielkich pyskach. Rozpoznawały nas z daleka i przybiegały do ogrodzenia. To flamandzkie konie pociągowe. One są ogromne i bardzo przyjazne. Jak to konie.
Nasza księżniczka Riko mieszka teraz z nami w domu. Gdy jest sucho i w miarę pogodnie, sporą część dnia spędza na podwórku z kurozaurami i Chicą. Gdy jest w domu, maszeruje z kuchni do salonu i z powrotem, ale eksploracja nie przynosi zbyt wielkich rezultatów, bo w domu jest w miarę czysto i nic nie idzie znaleźć na podłodze poza własnymi miskami. Ostatnio nawet się śmialiśmy, że może pora zacząć zwalać okruchy ze stołu na podłogę...?
Jak kura jest w domu, człowiek musi kupy non stop sprzątać. Na szczęście takie małe kurki produkują malutkie kupki, które łatwo zebrać papierem toaletowym bez śladu, no chyba że kurki są chore, wtedy różnie bywa... Raz w tygodniu myję podłogę Detolem, a częściej zwykłym płynem. Detolu używaliśmy w schronisku dla zwierząt. Tym można nawet miski dezynfekować... Doraźnie używam też sprayu HG do sprzątania w toalecie.
Sunny jest znów chora. Więc też mieszka w domu. Z tym, że ona nigdzie nie chodzi. Jest zbyt słaba. Tym razem jest chyba gorzej niż poprzednio. W zeszły piątek jeszcze nagrywałam ją, jak się darła i jak maszerowała raźno na spacerze i jak pokazałam wetowi to nagrania, chłop nie mógł się nadziwić, że to ta sama kura, z którą byliśmy u niego kilka tygodni wczesniej. Kilka razy powtórzył, że to niesamowite, iż ona tak wyzdrowiała i że taka ciężka jest...
Przynajmnjej wtedy była, bo teraz chudnie w oczach, gdyż karmienie przymusowe to nie to samo co szukanie se samemu żarcia w ogrodzie... Sunny - jak wszystkie kury i koguty o tym czasie, zaczęła intensywnie zmieniać upierzenie na zimowe, a ten proces ogromnie osłabia kurzy organizm. Dzięki czemu wirus mógł poczuć znowu swą moc i uderzyć z pełną siłą. Praktyczie z dnia na dzień osłabła, nie ma nawet sił otwierać oczu... Znowu bierze lek, ale wyraźnie gorączkuje i jest bardzo bradzo słaba. Nie jest w stanie ustać na nogach, a nawet ma problemy by założyć sobie główkę za skrzydło. Czasem po prostu leży w pudełku z wykręconą głową i nogami wyciągniętymi w bok, niczym martwa. Karmię ją i poję znowu kilka razy dziennie.
Jeszcze się nie poddaliśmy, ale nie wygląda to dobrze.
Riko czasem do niej podchodzi i coś do niej cichutko mówi po kurzemu. Sunny to mama Riko.
 |
| Księżniczka Riko |
Innego dnia, a raczej wieczoru i to dość późnego wybrałam się na spacer w świetle Księżyca. Pełnia wtedy była i świat był jakby z innej bajki.
Jako nastolatka uwielbiałam spacery w świetle księżyca. Zdarzało mi się nawet o północy pójść z moim psim towarzyszem nad rzekę, by tam podglądać Księżyc kąpiący się w wodzie. Świat w blasku księżyca wygląda zupełnie inaczej, niezwyczajnie. Zdaje się być magiczny. Takie wiedźmy jak ja, czują tę moc bardzo wyraźnie. Tak bardzo, że w nocy ja nie mogę spać, gdy jest pełnia...
Idąc tak w blasku latarni ulicznych i księżyca wspominałam tamte młode lata i moje samotne nocne wędrówki, które to poczynania były, jak pamiętam, totalnie niezrozumiałe dla innych dziewczyn z mojej wsi zdających się bać nawet własnego cienia. Myślę, że żadna z nich nawet za ciężkie pieniędze nie poszła by wtedy sama nad rzekę ani do lasu. Nie wiem, czy dziś by poszły...
A ja natomiast nigdy nie potrafiłam zrozumieć, czego można się bać w lesie czy nad rzeką? Tam nie ma przecież ludzi. Nie ma tu w naszym klimacie też zjadających ludzi zwierząt. Co innego miejsca, gdzie ludzie są. Tam ja nawet dziś, ZWŁASZCZA DZIŚ boję się chodzić nawet za dnia. Las nie jest straszny. Ludzie owszem.
Przeszłam coś ze 6 km i całą drogę żałowałam, że nie zabrałam aparatu i statywu. Robiłam zdjęcia telefonem, ale telefon to telefon. No i też statywu mi brakowało.
Niemniej jednak ze zdziwieniem odkryłam, że iphonem 16 da się zrobić całkiem niezłe (jak na telefon) zdjęcia Księżyca. Znowu zadumałam się nad tym, jak bardzo poszła technika do przodu w ciągu zaledwie kilku lat i jak to wszystko wciąż szybko się zmienia.
Patrzcie na poniższe zdjęcie zrobione z ręki telefonem. Niby jest szum, są piksele, jest kiepska jakość, ale kurde, księżyc wygląda jak księżyc, a nie biała plama. Dla mnie jest to niesamowite!
Fajnie było też odkrywać zwykłe rzeczy, które w świetle latarni i księżyca zupełnie innego wymiaru nabierają. Nagle każde badziewie wygląda ładnie, albo przynajmniej interesująco.
Odbicia czegokolwiek w wodzie, a już zwłaszcza świateł, są zachwycające chyba dla każdego fotografa amatora... Tym razem ma sąsiedniej wsi znalazłam kałużę w polu, w której odbijały się domy przy pobliskiej ulicy.
Zalig! (fajnie).
Gdy się wybrało tryb nocny, Księżyc wyglądał jak Słońce.
Księżyc za drzewami zawsze jest magiczny.
I znowu jesteśmy w domu, gdzie kura Riko odwiedza swoją chorą mamę Sunny.
 |
| i co tam mamo u ciebie...? |
A jak robi się dzień, kura Riko wychodzi ze swoimi koleżankami i kolegami na spacer za ogród, by podziobać trawy. Jak my ją uwielbiamy! No dobra, inne kury i koguty też kochamy, ale ta mała pierdułka jest największą złodziejką ludzki serc.
Czasem, ludzie mojający nasz dom podczas swojego spaceru zauważają nasze kury i się zatrzymują. Wielu nie jest pewnych, na co patrzą i czasem słyszy się dyskusję, czy to kury czy nie kury. Co odważniejsi pytają, czy to kury. Ludzie, którzy codziennie wyspacerowują koło nas swoje psy, też już znają nasze kury. Ich psy tym bardzej je znają, bo zawsze spoglądają z wielkim zaciekawieniem w tym kierunku, nawet jak kur akurat nie ma na trawniku. Czasem słyszymy stanowcze "NIE! NIe idziesz do kur!"
Kury też już znają te wszystkie psy i już sie ich nie boją. Na poczatku na widok psa na horyzoncie, koguty jednym burknięciem ogłaszały ewakuację i wszyscy gęsiego maszerowali do ogrodu. Teraz tylko ograniczają się do lekkiego ostrzeżenia o potencjalnym zagrożeniu, ale kury robią, to co robiły, w ogóle nie zwracając uwagi na psy.
Psy zawsze tu chodzą na smyczy. Mały chichuaua od ex-sąsiadów ganiał bez smyczy koło domu, ale jego też kury się nie bały.
Na wieczór halloweenowy postanowiłam upiec ciastka miodowe ze starego przepisu, które w poprzednim życiu piekłam na bożenarodzenie, a córki - wtedy małe dziewczynki - je ozdabiały lukrem wedle własnej fantazji. Tym razem jednak pominęłam imbir, który dla Młodej jest niebezpieczny, bo koliduje z lekami, które bierze... Zamiast tego dosypałam trochę kardamomu oraz suszonej lawendy i płatków róży.
Jedno się jednak nie zmieniło. Obie córki, mimo że mają dziś ponad 20 lat, z takim samym zapałem i radością zabrały się za ozdabianie ciasteczek. Tyle tylko, że ich fantazja trochę się rozrosła i poczucie humoru się trochę wyostrzyło... duchy, pentagramy, robale, penisy... Śmiechu było przy tym w każdym razie co nie miara.
To są takie momenty, w których czuję bardzo intensywnie, że jestem w DOMU i że jestem matką najbardziej czaderskich ludzi we wrzechświecie.
Natrafiłam na instagramie na przepis na syrop pumpkin spice. Postanowiłam go wypróbować. Wszystko dobrze wyszło, smak toto ma obłędny, tyle że to nie jest syrop i że nie nadaje się do napojów, bo ma nieakceptowalną przez moje zmysły fakturę. No jakbyś miał piasek w kawie... Fuj!
To jest zatem bardziej dżem i na pewno nada się idealnie do naleśników. Dodany do kawy czy matchy smak robi bardzo dobry, ale ta konsystencja lepkiego piachu pływającego w płynie to tortura dla zmysłów.
Jak robiłam?
Najsampierw pokroiłam i upiekłam do miękkości dynię w piekarniku. Potem wrzuciłam do rondla 150g tej dyni, 50g daktyli, 40g brązowego cukru, 1/3 łyżeczki goździków, 1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej, 1/3 łyżeczki kardamonu, laskę cynamonu i pół łyżeczki ekstraktu waniliowego oraz 200ml wody... Coś z tą ilością wody jest nie tak, bo w czasie gotowania kilkukrotnie dolewałam, a i tak wyszedł bardzo gęsty dżem a nie syrop.... Po ugotowaniu przetrałam to przez sito, ale w necie radzili przez worek na ser i może to jest szkopuł... Nie zblendowałam też dyni, bo ona sama z siebie się rozwalała...
W necie są inne przepisy więc muszę je przejrzeć, a może uda mi się znaleźć coś, dzięki czemu da się zrobić lepiej, bo smak tego syropo-dżemu jest na prawdę wyśmienity.
 |
| pierwszy test "syropu" z matchą i mlekiem |
Jak już sie kiedyś chwaliłam, w tym roku udekorowałam dom na halloween. Bo miałam taki kaprys. Nie obchodzimy tego święta jako święta zmarłych, tak samo jak nie obchodzimy narodzin czy śmierci żadnych bogów. Dla nas to po prostu luźna idea i fajna okazja na puszczenie wodzy fantazji...
Nie kupowałam też specjalnie żadnych dekoracji, z wyjątkiem jednej pajęczyny. Użyłam rzeczy, które mieliśmy w domu, bo my jesteśmy dziwni i trzymamy dużo dziwnych rzeczy w domu.
Dziś już wszystko ładnie poskładałam i wyniosłam tam, skąd je wzięłam, czyli głównie na strych, choć niektóre rekwizyty wypozyczyłam od młodzieży. Jak za jakiś czas znowu będziemy chcieli przypalić głupa, to się przydadzą.
Żeby było jeszcze bardziej szalenie, postanowiliśmy się przebrać na wieczór halloweenowy. Ot tak, dla hecy. W pierwszych planach było po prostu upieczenie sobie smacznych ciastek i zagranie w Jumanji przy blasku świec, ale potem zaprosiliśmy nadającyh na zbliżonyc falach znajomych, dzięki którym ten wieczór był jeszcze fajnieszy. W planszówki pogramy innym razem.
Czasem dobrze jest bowiem zrobić coś wariackiego, nietypowego, by choć na jedną krótką chwilę zapomnieć o problemach i trudach dnia codziennego, by popatrzeć na świat z innej niż zwykle perspektywy, by zresetować umysł i ducha. I by poczuć się 30 lat młodziej... Na palenie głupa i robienie tego, na co ma się ochotę nigdy się nie jest za starym. Jeśli ktos inaczej twierdzi, to kłamie i pewnie ma nudne życie.
Czarne obrusy (jeden na stole, jeden robi za zasłonę, ogniste zasłony z temu wypozyczone od Młodej, czacha styropianowa ubrana w perukę i kapelusz po dawnych przebraniach, kradziona dynia, świeczki na baterie, sowa kupiona kiedyś za 50 centów, lampion ze słoika po ogórkach, świeca nie wiadomo po co kiedyś kupiona, pentagram z łańcucha choinkowego...
Kawałek starej moskitery, stara ramka po jakimś świętym obrazku, a w niej miotełka zrobiona z bambusa i sznurka, doniczka dynia znaleziona pod czyims domem z napisem "gratis", akcesoria pirata z pudła z ze starymi zabawkami Młodego, tak samo jak robale zabawki.
 |
| puzzle w ramkach nadają klimatu |
dekoracje po 18tce Najstarszej już wielokrotnie używane, stare kluczepo szafkach, których już nie ma, kapelusz z rzeczy używanych kupiony do pracy wychowawcy świetlicy...
paluchy drożdzowe jako paluchy wiedźmy i ciastka miodowe ozdabiane przez dorosłe dzieci
Ja i Młoda byłyśmy jeden wieczór piratami, Najstarsza była białą zjawą, a Młody był jeden wieczór dziewczyną. Młodzież nie pokazuje twarzy w internetach, więc występują tu bez twarzy.
Młody poszedł w tym stroju po frytki, "bo przecież jest halloween"... A w zasadzie to pojechał autem ze znajomym, który też był w swego rodzaju "spódnicy", ale bardziej męskiej. Młody dostał do frytek cukierki. Znajomy nie dostał, bo chyba za słabo sie przebrał :-).
Młody przebrawszy się w ubrania starszej siostry i przejrzawszy w lustrze, stwierdził, że wygląda świetnie i że pójdzie tak do szkoły po feriach. No, może bez kapelusza.
Bluzkę Najstarsza uszyła jeszcze w szkole i z chęcią podarowała ją bratu, bo nie całkiem jej sie podoba. Młodemu natomiast bardzo spasowała, choć trochę w rękawach jest ciasnawa na niego. Spódnica starszej siotsry pasuje na niego idealnie, a rajtuzy mu kupiłam w Action jako ocieplacz na zimę POD SPODNIE. W tamtym roku nosił grube rajstopy pod spodnie i bardzo cieszył się, że nie dośc że dają mu ciepło, gdy zapitala rowerem i czeka na dworcach na pociąg, to jeszcze są bardzo wygodne. Teraz jednak postanowił pójść dalej i po prostu założyć je do spódnicy...
I to nie jest żart. Jak go znam, on faktyczne pójdzie do szkoły w spódnicy, choćby po to, by zobaczyć jakie będą reakcje kolegów i coachów oraz randomowych ludzi w pociągu. Bo to jest epicki nastolatek-legenda. On lubi tego typu eksperymenty społeczne. Ci, którzy czytają tego bloga dłużej, pamiętają zapewne jego jazdę na kolor różowy, kiedy to jeździł różowym rowerze do szkoły cały w oczobolnym różu i że pokój sobie na różowo kazał pomalować, i że gromadził wszystkie różowe puchate pluszaki, jakie tylko znalazł.
Pisałam tu o tym (kliknij).
Wiecie, co dla mnie jednak jest największym szokiem? Ano fakt że ubrania Najstarszej ponad dwudziestoletniej kobiety pasują na naszego czternastolatka! Parę dni temu odwiedziliśmy lekarkę, do której skierował nas rodzinny i ona zmierzyła i zważyła Naszego Epickiego Ajzajdora oznajmiwszy, że on ma już 161 cm wzrostu. Panie, jak to się stało, nie wiem... Dopiero co był mały.
Mam na laptopie parę jego zdjęć z poprzednich Halloween... Patrzę i oczom nie wierzę, że to ten sam chłopak.
Pamiętam, jak w zeszłym roku po powrocie z poradni CLB z okresowych badań, na których był z klasą, oznajmił radośnie, że pani powiedziała mu, że powinien się spodziewać wzrostu ok 170cm. Nie bardzo chciało się temu wierzyć, bo był raczej niski jak na swój wiek, a tu minęło zaledwie kilka miesięcy, a ten już przerósł ojca...
Nie dziw zatem, że go bolą kolana, skoro tak szybko zapitala w górę.
Przy okazji natrafiłam na zdjęcia mnie i Młodej z tych sławetnych pirackich urodzin i aż się uśmiechnełam na samo wspomnienie tego, jak szliśmy całą piracką bandą (wszystkie dzieci-goście były przebrane za piratów) do lasu w biały dzień i to nie było halloween tylko połowa lutego. Miny i komentarze ludzi bezcenne!
Na zdjęciu jest peruka i kapelusze, które użyłyśmy jako dzisiejszą dekorację. Żałuję, że płaszcz potem wyrzuciłam, bo fajny był...