Tym razem nie czekam do piątku, tylko zaczynam spisywanie myśli od początku tygodnia, bo w sumie nie mam nic do roboty (czytaj: nie chce mi się nic robić).
Na początek historyjka z niedzieli.
Oglądałam z Małżonkiem jakiś film na Netfixie, gdy zapipkał mi telefon. Najpierw to olałałam myśląc, że to któreś z Dzieci jakiś śmieszny obrazek mi przysłało, czy coś. Któż inny by do mnie pisał w niedzielę.
Za drugim razem jednak sprawdziłam i miałam przez chwilę zawiechę mózgu, który skupiony na akcji oglądanego filmu tylko w jakiejś małej części poświęcił się analizowaniu wiadomości.
Nadawca: koleżanka ze świetlicy, gdzie miałam staż. Ok.
W wiadomości zdjęcie świeżego tatuażu z polskim podpisem "serduszko narysowane odręcznie przez córkę", a w drugiej żartobliwe pytanie po niderlandzku "zgadnij gdzie jestem?"
Przez dłuższą chwilę mój mózg mielił te sprzeczne informacje. Że w sensie o co chodzi, że dlaczego Belgijka nie mówiąca po polsku przysyła mi zdjęcie swojego tatuażu z polskim podpisem. I dlaczego nagle każe mi się interesować miejscem swojego pobytu. Znamy się niby i raczej lubimy, ale nie aż tak, by chwalić się spontanicznie tatuażami przez whatsappa. Ja ogólnie nie mam tego typu znajomych. Jak się czymś chwalę to tu albo na insta.
Gapiłam się przez chwilę na telefon, a mózg powoli rozłączał kontakt z filmem i przełączał się na myślenie nad tym intrygującym problemem, aż w końcu te z mozołem kręcące się trybiki połączyły punkty i wyszło im, że ta pewnie gdzieś w Polsce jest...
Tak zaiste było. Laska była właśnie z rodziną w Krakowie, gdzie se tatuaż zrobiła na pamiatkę, i chciała się zapytać, czy znamy jakieś miejsca do zobaczenia, bo został im jeden dzień, w którym mieli iść na Wawel, ale jeszcze by coś poza tym mogli zobaczyć... Taka sytuacja;-)
W niedzielę wyciągnęłam też Młodego na przejażdżkę pod pobliski zamek w celu fotografowania ptaków w stawach… Przy okazji znalazłam pod zamkiem kupę przebisniegów.
Kolejnego dnia też dostałam niespodziewaną wiadomość, ale już od bardziej zaprzyjaźnionej Belgijki, która częściej zagaja, nawet nie koniecznie z interesem. Tym razem też napisała, że widziała w lesie Małżonka maszerującego i przypomiało jej to o naszym istnieniu, więc zapytała co tam u mnie i td.
No i dobrze, że napisała, bo wymiana wiadomości doprowadziła do tego, że zaproponowała, by Najstarsza, jeśli chce, przyszła do niej spróbowac, czy poradzi sobie ze sprzątaniem domów. Jakby ona se poradziła z posprzątaniem TEGO domu, to - moim zdaniem - już spokojnie może lecieć do biura i podpisywać umowę.
Lubiłam tam sprzątać, ale ...nie lubiłam tam sprzątać.
Lubiłam, bo fajni ludzie, którzy nigdy do niczego się nie przyczepiali, a zawsze można było pogadać. Lubiłam, bo często nie było nikogo w domu i miałam spokój. Lubiłam, bo to nasi dobrzy znajomi.
Nie lubiłam, bo nigdy nie udało mi się tego domu porządnie posprzątać - dużo pomieszczeń, duża przestrzeń, dużo rupieci wszędzie, do tego dzieci i zwierzęta, czasem remonty.
Ale myślę, że to dobre miejsce na próbę sił.
![]() |
| mural w Dendermonde |
Następnego dnia wybrałam się z dziewczynami na te "zitdagen" FOD-u* do pobliskiego miasteczka. To jeden dzień w miesiącu albo i na kilka miesięcy, gdy przedstawiciel FOD pojawia się w danej gminie i można za darmo poprosić o poradę w związku z przyznawaniem niepełnopsprawności, zasiłku z tym związanego etc.
Młoda parę dni wcześniej otrzymała list z FOD-u z informacją, że zbliża się czas ponownego rozpatrzenia jej niepełnosprawności i prawa do zasiłku. Przysłano też stosowne formularze do wypełnienia, w związku z którymi Młoda miała kilka pytań. Pani odpowiedziała na wszystko zwięźle, przeto Młoda mogła sobie potem w domu wszystko wypełnić. Okazało się, że pani mogła też przełożyć termin wysłania dokumentów do FODu o miesiąc. Potrzebne jest tam bowiem wypełnienie dokumnetów przez rodzinnego, a najbliższa "niepilna" wizyta możliwa jest dopiero za miesiąc. Absurd goni absurd. Do miesiąca musisz odesłać dokumenty, gdy tymczasem ponad miesiąc trzeba czekać na wizyte u lekarza. Nie śmieszne. No ale dobrze, że udało się termin przesunąć.
W sprawie Najstarszej to, jak pisałam wcześniej, wysłało nas tam biuro pracy. Zadałam parę pytań, na które w sumie znałam odpowiedzi, ale się chciałam upewnić i się upewniłam.
Liczyłam jednak na to, że ta osoba pomoże w wypełnieniu dokumnetów albo przynajmniej powie, co i jak, ale ona odesłała nas z tym do pracownika socjalnego w naszej gminie albo w naszym Funduszu Zdrowia. Dokładnie to oznajmiła, że ona nas z jednym z nich skontaktuje i że oni nas wezwią. JPRDL. No na prawdę trzeba tu mieć końskie zdrowie, w cholerę czasu, anielską cieprpliwość i być w miarę inteligentnym oraz posiadać sporą wiedzę, by zostać uznanym za niepełnosprawnego albo przynajmniej doczekać się jakiejś realnej pomocy z urzędu. Dobrze by też było mieć samochód i prawo jazdy albo przynajmiej kierowcę i pieniądze, by odwiedzać tych wszystkich doradców od siedmiu boleści w dziesięciu różnych miejscach. No ale dobra. Wizyta odptaszkowana, żeby nikt nie mówił, że nic nie robimy...
![]() |
| Dendermonde |
Gdy wracałyśmy na przystanek, zadzwoniła zgodnie z umową baba z VDAB, która nas tam wysłała i która w zawoalowany sposób kazała nam spadać na drzewo, bo że biuro pracy nic nie może dla Najstarszej już nic zrobić... o czym pisałam. No ale proszę ja was, okazuje się nagle, że jednak BĘDĄ Najtarszą dalej "prowadzić", cokolwiek to kuzwa znaczy. Coś tam namymlotała, z czego ani ćwierci nie zapamiętałam, bo stałam na ulicy, gdzie auta mnie rozpraszały, z czego jednak wynika, że ona se tam coś posprawdzała, popytała i jej wyszło, że muszą Najstarszej jednak dalej pomagać w drodze na rynek pracy...
Normalnie jestem pod wrażeniem że ktoś może być tak niekompetentny i niepoważny że tak się troszczą o młodych ludzi i entuzjastycznie pomagają znaleźć pracę ludziom z lekką niepełnosprawnością i nigdy nie dają nikomu odczuć, że jest zbędny i do niczego się nie nadaje... pff. Mój pierwszy odruch było powiedzieć "goń się" i się rozłączyć, ale ograniczyłam się do przewrócenia oczami i wymiany znaczących min z dziewczynami, które się temu przysłuchiwały na głośnomówiącym. Stanęło na tym, że znowu mamy się z nią spotkać za parę dni w tym biurze, do którego trzeba pedałować 12 kilosów po górkach (ale wmnie wkurwiła), a potem znowu nas umówi w tym mieście, z którego nas do niej odesłali i z którego z nią rozmawiałyśmy przez ten telefon (jeszcze bardziej mnie wkurwiła).
Ja już wymiękkam. Mam już dość tego chodzenia od Kajfasza do Annasza. Ciągle, kurwa ta sama melodia, ten sam burdel, ta sama tona pieprzonej administracji, pierdolenia o szopenie i kręcenia się jak gówno w przeręblu. Wszystko jest wszędzie i nigdzie nic nic.
Ten dzień po raz kolejny w ostatnim czasie pokazał mi, że mój stan psychiczny jest bardziej niż kiepski. Za każdym razem sobie jednak to bardziej i bardziej uświadamiam, bo z pierwa myślałam, że to tylko zbieg okoliczności, że przypadek, że jedno z drugim nic wspólnego nie ma, ale po którymś razie zaczęłam łapać, że ma...
Ta wizyta w urzędzie była potencjalnie kompletnie neutralna. Nie było się czym za bardzo przejmować, do czego przygotowywać. Była to wizyta dowolna i nie umówiona. Osoba z FOD ma dyżur od 9 do 10 godziny, przychodzi się, rejestruje i czeka w poczekalni na wywołanie swojego imienia. Proste, nie?
No niekoniecznie. Dla porakowej mnie nawet takie wizyty okazują się ogromnie stresogenne, no bo...
Nie wiedziałam, gdzie to, choć znam okolicę, to w tym budynku nigdy nie byłam. Niepokój.
Nie wiedziałam, czy zostaniemy przyjęte, bo nie byłyśmy umówione (no bo się nie umawia). Większy niepokój.
Nie wiedziałam, jak zostaniemy przyjęte, na kogo trafimy, czy będzie to baba, czy chłop, młody, stary, miły, niemiły... Nagle się okazuje, ile rzeczy ma dla mnie znaczenie.
Nie wiedziałam, czy potrzebuję jakichś dokumentów, coś wypełnić... Wyskanowałam w domu wszystko, co mi się wydawało potencjalnie przydatne w tej sprawie. Duże nerwy.
Martwiłam się, czy autobus przyjedzie na czas..
i w ogóle wszytko zdawało się jakieś takie trudne i nieprzystępne.
Rano wstałam z takimi emocjami, iż myślałam, że nie dam sobie z tym rady, że oszaleję za minutę... a tu Małżonek jeszcze - jak to on - jakieś codzienne pytania randomowe zadaje, przeszkadza, gdy ja nawet nie wiem, jak się nazywam...
Ostatnio dla mnie każdy poranek jest trudny, gdy mam coś do załatwienia, bo tu trzeba jeszcze codzienną rutynę ogarnąć, czyli obudzić Młodego, po pół godziny przypomnieć mu obudzenie, gdy nie wstanie, przypomnieć mu o zabraniu jedzenia i picia zaproponowaszy kilka możliwości, dodać mu otuchy na trudny dzień emanujac optymizmem i uśmiechniętym pyskiem (nawiasem mówiąc, mu nie przypomniałam i nie zabrał do szkoły niczego do jedzenia). Do raka takie rzeczy były dla mnie naturalne. Ostatnio muszę o tym w dużej mierze świadomie myśleć i być na tym bardzo skupionym, bo inaczej zwyczajnie zapomnę. Zapomnę go obudzić, pogonić do wybrania prowiantu na dzień. Multitasking w ogóle mi teraz nie działa, więc jak coś lub ktoś stanie mi w drodze, to całkowicie zbija mnie z pantałyku i zapomnę, co miałam robić, wszystko poplączę, zawieszę się w półkroku i reszta pójdzie w zapomnienie, zacznę 7 rzeczy na raz i żadnej nie skończę. Teraz jestem badziej autystyczna niż kiedywkolwiek wcześniej. Jest cholernie trudno z prostymi dotąd rzeczami....
Widziałam gdzieś już kilka razy w sieci, że wiele babek w menopauzie ma podobne problemy... No ale nie ważne jaki powód jest tego stanu, ważne, że cholernie utrudnia on mi codzienne funkcjonowanie.
Tego ranka miałam uczucie, że się za moment rozpadnę na kawałeczki, że nie udźwignę tego nadmiaru emocji najróżniejszych, które jakby znikąd się pojawiły, ale opanowały moje ciało całkowiecie i przejęły nad nim kontrolę. Mózg nie działał. Wszystko, co nietypowe dla mojej standardowej rutyny mi przeszkadzało i wytrącało mnie z równowagi. Chciałam krzyczeć z całych sił, rzucać wszystkim, niszczyć... I może trzeba było tak zrobić, tak sobie teraz myślę. Czasem żałuję, że tego nie potrafię. Niestety (choć dla innych to pewnie stety) lata treningu nauczyły mnie kontroli i noszenia maski i zwyczajnie nie umiem krzyczeć, nie umiem płakać i mam wokół siebie mur i zasieki, ale tylko w jedną stronę, bo do środka wszytko wpływa i to intensywniej niż zwykle i to mnie zżera od środka zabierając mnóstwo energii i siły.
Przez to wieczorem byłam całkiem wyczerpana, wycieńczona emocjonalnie i taka baaardzo, baaaaardzo zmęczona. Istne zombie.
Marzyłam, by gdzieś się ukryć przed światem w ciemnej norze na kilka dni i tam w samotności, ciszy i ciemności wracać do sił. Poszłam wcześno spać. Wręcz padlam jak nieżywa.
Rano było nadal kiepsko, nadal bez sił, bez ducha, emocjonalna pustka, okropne zmęczenie, samotność, zimno... nadal chciałam móc się schować w norze i nie musieć wychodzić do ludzi, nie musieć żyć, nie musieć być, nie musieć rozmawiać, słuchać, udawać człowieka...
Nie mam swojej nory do schowania, więc próbowałam izolowac się emocjonalnie - unikać rozmów, unikac patrzenia na innych i czyjegoś wzroku, schodzić z drogi, próbować stać się niewidzialnym, grałam beznamiętnie ale w intensywnym skupieniu w pasjansa na telefonie, bo tego typu gierki dają mi poczucie, że mam nad czymś kontrolę, że coś potrafię zrobić, że coś mogę uporządkować i znaleźć właściwe rozwiązanie, a jednocześnie mogę się izolować, mogę nie nawiązywać z nikim kontaktu wzrokowego, mogę udawać bardzo zajętą... Internet to moja nora. Czasem jest to książka, ale z książką jest trudniej, więc przy takim wyczerpaniu jest za trudno na książce się zkupić i książkę w rękach utrzymać.
Na trzeci dzień już odzyskałam normalność, ale niestety ostanio dość często mam takie zjazdowe dni, w których czuję więcej niż jestem w stanie znieść, w których czuję więcej, niż chcę i niż potrzebuje czuć, a dni od których chcę uciec, ale nie mogę, nie potrafię... Jakże to cholernie męczy! Zwłaszcza, że w tym samym czasie czuję się winna, iż nie jestem sobą, nie zachowuję się normalnie, nie robię tego, co powinnam robic, co sobie zaplanowałam, czego inni ode mnie oczekują. Dodatkowo boję się, że jeśli mój stan się nie poprawi to żadna praca nie bedzie dla mnie możliwa, bo jeśli każda bzdura bedzie tak na mnie wpływać i do takiego stanu mnie doprowadzać systematycznie, to zwyczajnie nie będę w stanie chodzić do pracy... Aczkolwiek może być też tak, że praca mogła by się okazać norą, ową potrzebną mi ucieczką od codziennych domowych problemów, odskocznią... I w sumie to ja na to liczę właśnie. Dlatego chcę isc do jakiejkolwiek pracy. Żeby choć na chwilę uciec z domu, porobić coś innego, pobyć wśród ludzi.
No ale dość tego biadolenia... A nie, jeszcze o pogodzie poględzę, bo właśnie się ferie zaczęły u nas krokusowe. Krokusy zaiste już kwitną, a nawet żonkile i ptaki śpiewają wiosennie, ale na weekend zapowiadają wyskok zimy, że śnieg ma padać w Ardenach i może nawet u nas w centrum. Na pewno zimno będzie, niemiło.
Dziś też leje, a ja z Młodym mam do dietetyczki jechać... brrr. Niech ta wiosna szybciej idzie!
Kupiłam nam nowy aparat fotograficzny. Miał być dla Młodego na urodziny, ale pomyślałam, że skoro ferie są, to niech korzysta, niech testuje. No ale my do tego potrzebujemy WIOSNY, ciepła, słońca... przede wszystkim, żeby nie padało i łapy nie przymarzały do aparatu i nie puchły... Po niedzieli ma niby być już cieplej i liczymy na to, że choć trochę bezdeszczowych dni będzie, by pojechać gdzieś nad jaką wodę postalkować ptaki wodne robiące gniazda...
Aparat nie jakaś rewelacja, bo porządny sprzęt do fotografowania natury zaczyna się od kilku tysięcy euro, a ja wydałam zaledwie 300. Tymczasem dla Młodego i mnie to bardziej zabawa niż prawdziwa fotografia. Młodemu póki co bardziej chodzi o upolowanie co ciekawszych gatunków zwierząt i ich obserwacje, niż faktyczną jakość zdjęć. Kupiłam mu (mało) używany Panasonic Lumix, który ma duży zoom, czyli z dość daleka da się zobaczyć i sfotografować zwierza. Fotografowie polecali go jako tani a w miarę dobry aparat typu bridge, czyli coś pomiędzy lustrzanką a kompaktem. Jakość zdjęć przy dużym zbliżeniu, jak należy się spodziewać, z butów pewnie nie wyrwie, ale my nie mamy póki co aspiracji do zostania najlepszymi fotografami przyrodniczymi.
Wczoraj stałam godzinę w sklepie komputerowym, by kupić durną kartę pamięci, gdyż chyba emeryci z całej wsi postanowili se nowe komputery i ipady kupić akurat tego poranka i te chłopaki ze sklepu im wszystko instalowali, tłumaczyli jak to dziadkowi i babci tłumaczyć trzeba, a tymczasem naszego aparatu nie dało się przetestować bez karty, a nie znaleźliśmy żadnej niepotrzebnej w domu.
Młody nie mógł się doczekać i jak tylko założyłam kartę, zaczął wypychać rowerek przed dom (trzyma rower w salonie), ale zanim przez dzrzwi przeszedł, zaczęło padać. Nawet na chwilę tęcza wyszła, ale licha więc nie nadawała sie na obiekt fotograficzny... Poczekał chwilę i zakręcili deszcz, a wtedy od razu pojechał pod las. Kwadrans później lało znowu, więc nie narobił zdjęć. Udało mu się co prawda upolować czaplę i parę egipskich gęsi pod lasem, ale przez krzaki z bardzo daleka i w pośpiechu zdjęcia nie wyszły za dobrze. Niemniej jednak już widać po tym i paru pierwszych fotkach cyknietych kosowi i pokrzywnicy przez okno, że i tak aparat robi lepszej jakości zdjęcia niż ten kompakt, którego dotąd używał. Tak czy owak strasznie wkurzajace jest, jak masz nowy aparat i nie możesz go porządnie przetestować bo leje non stop akurat wtedy.
Na szczęście idzie ku wiośnie. Zatem spodziewać sie należy, że mimo wszystko dni będą dłuższe, temperatury wyższe, pojawi się więcej ptaków, kwiatków, robaków i innych ciekawych obiektów. No i nie długo, mamy nadzieje, będzie można cały dzień w lesie siedzieć i dupy nie odmrozić. Będzie można pójść do zoo, nad jezioro, staw, plażę, do parku...
![]() |
| Dendermonde już kwitnie |
Młodą tymczasem wywiało do Polski. Tym razem inne miejsce postanowiła pozwiedzać z przyjaciółmi. Małżonek podwiózł ją przed wyjściem do pracy na pobliski dworzec, skąd już dalej tłukła się pociągami i autobusami na lotnisko. Grubo ponad 3 godziny w drodze, by pokonać 80 kilometrów. Transport publiczny w tym kraju to żenada do kwadratu, żeby nie powiedzieć absurd.
Kiedyś był jeden słoneczny dzień, więc wypuściwszy kury usiadłam na desce przy łączce za domem. Jedna z moich nowych koleżanek natychmiast do mnie przyszła, pogrzebała chwilę i rozłożyła się tuż obok, bo razem w stadzie przecież raźniej się wygrzewać na słońcu. Miło mi, że należę do ich stada.
![]() |
| Wanda się opala |
![]() |
| oznajmiam, że jestem na posterunku |
![]() |
| pilnuję tyłów |
![]() |
| pilnuję frontu |
![]() |
| nudne to pilnowanie |
![]() |
| spozieram na człowieka jednym okiem |
![]() |
| patrzę, czy od lasu nic się nie skrada |
![]() |
| jestem piękny, dostojny i ważny |
![]() |
| …a ten człowiek wciąż tu jest?! |
![]() |
| Idź do domu! Ja tu mam pod kontrolą. |
*) FOD Federale Overheidsdienst, czyli Federalna Służba Publiczna, odpowiednik ministerstwa czy centralnego urzędu administracji państwowej. FOD Financiën to Urząd Skarbowy, FOD gezondheids to zdrowie publiczne i tu też FOD GD handicap (niepełnosprawność), część odpowiedzialna za orzecenia niepełnosprawności, przyznawanie zasiłków...

















































