5 września 2026

Przyszedł wrzesień... nadchodzą zmiany

 Kolejny Decapeptyl zakończył kolejny miesiąc i rozpoczął kolejny tydzień,  ten tydzień. Poznałam trzecią, czyli ostatnią pielęgniarkę w naszej przychodni. Każda ma inną metodę dawania zastrzyków. Ta np zleciła mi położyć nogę na fotelu i złapać się za oparcie. Dziwna procedura, ale skoro jej tak wygodniej, to mnie tam w sumie rybka, choć wolę normalnie stać... Byli też tacy, co kazali mi się kłaść do zastrzyku - to juz w ogóle wyższy poziom dziwności... Ogólnie ta pani bardzo fajna i sympatyczna, ale następnym razem postaram się umówić do mojej ulubionej pielęgniarki, o ile będą dostępne godziny, które mi odpowiadają, bo ja lubię mieć na rano najbardziej jak się tylko da. Najchętniej przed dziewiątą, by pójść odbębnić i mieć spokojną głowę. Zatrzyk w środku dnia to cały dzień zmarnowany, bo rano czekasz w stresie, by nie przegapić, a potem jesteś tak bardzo zmęczony i zestresowany tym czekaniem, że musisz odpoczywać do wieczora haha.


ruiny mostu i rzęsa na wodzie

Innego dnia odwiedziłam biuro pracy, gdzie sympatyczna pani poinformowała mnie, że wg VDAB jestem zdecydowanie za mądra na pracę w zakładzie pracy chronionej, a potem przez resztę czasu przeznaczonego na wizytę dawała mi do zrozumienia, choć mówiąc tak, by tego nie powiedzieć, że najlepiej to bym dała sobie spokój z szukaniem pracy, BO NIE MUSZĘ. Żebym spokojnie w domu siedziała i się zastanowiła, czy aby na pewno chcę szukać pracy, bo przecież dobrowolnie zgłosiłam się do urzędu pracy, TO mogę zrezygnować i NIE MUSZĘ SZUKAĆ PRACY. Powiedziała, że wyśle mi mejlem opcje do przemyślenia, czyli kolejny trajekt z darmowymi stażami  i coś tam jeszcze, ale ja NA PRAWDĘ NIE MUSZĘ SZUKAĆ PRACY, NIE MUSZĘ UMAWIAĆ KOLEJNYCH SPOTKAŃ, no i powiedzmy sobie szczerze, dla mnie nie ma pracy, bo żaden pracodawca nie zatrudni mnie na część etatu... A spadajcie wszyscy na drzewo liście pompować.

No ale ja chyba faktycznie w końcu czuję się  przekonana do położenia lagi na temacie szukanie pracy, dopóki mi będą płacić zasiłek i dopóki inne okoliczności pozwolą mi żyć z zasiłku. Moje pomysły na ten moment się skończyły, a jeszcze bardziej skończyły się moje chęci. Będę kontynuować nicnierobienie, bo trzeba wam wiedzieć, że coraz lepiej mi to idzie i nie długo zostanę zapewne misztrzynią opierdalingu i tumizwisizmu. 

Będąc w mieście, wstąpiłyśmy z Młodą do kawiarni na kawę i lunch. Dobre to było.



Na ostatniej wizycie w uniwersyteckim doktory kazały Najstarszej biegać, bo bieganie jest , jak orzekli, najlepsze na ubijanie i zagęszczanie dziurawiejących kości (czytaj: osteoporozę). Chyba ją przekonali, a ona przekonała mnie, że też powinnam spróbować biegania, wszak dziurawiejące kości to i moja przypadłość. Ortopeda co prawda mi to kiedyś odradzał ze względu na zesrane kolano, ale mimo wszystko postanowiłam spróbować. Jak kolano będzie  bardzo jojczyć, to najwyżej zaprzestanę, ale jak moje towarzystwo sprawi, że córka zacznie biegać i bieganie polubi, to warte jest to nawet sztucznego kolana. 

W środę zaczęłyśmy truchtając powolutku. Łącznie pokonałyśmy 3 km, ale do lasu i z lasu szłyśmy zwyczajnie, dopiero pod lasem zaczęłyśmy biec, a do lasu jest ok 500 metrów, to dwa kilosy można zaliczyć na poczet biegania.  Jak na pierwszy dzień to, uważam, całkiem nieźle. Na drugi dzień byłam zmęczona, bardzo zmęczona, ale to raczej normalne... W MOIM WIEKU. Dziś czuję łydki, bo one dawno nie biegały i im się nie podobało, że ktoś im kazał coś robić. Nic to, dziś zrobiłyśmy drugą rundę, ale przebiegłyśmy już prawie całą trzykilometrową trasę. Na początku tylko kawałek szłyśmy, by rozruszać stawy.

Fajnie się nam biegało. Bardzo to przyjemne. Tam w lesie jak zwykle dużo osób też biegało i fajnie tak było należeć do tej grupy.  To jest bardzo motywujące, gdy widzisz innych robiących to samo. Wspominałam  Najstarszej, że w jej wieku będąc biegałam nawet po kilkanaście kilometrów... No ale wtedy byłam młoda i piękna, no i ćwiczyłam intensywnie karate i jujistu... Ale wtedy bieganie postrzegane było raczej jako wyższy poziom zidiocenia. Przynajmniej u nas na wsi. Ludzie się w głowę pukali...W ogóle sport to było coś dziwnego, no może z wyjątkiem piłki nożnej. Sport to się oglądało w telewizji, jak igrzyska byly, a nie żeby to samemu robić, no bez przesadyzmu. 

Trenowanie sztuk walki przez dziewczynę to już w ogóle uważane było za patologię. Nawet lekarz rodzinny przewracał oczami i szydził, że musi mi wypisać zezwolenie na kopanie po głowie, czyli zaświadczenie na uprawianie sportów ekstremalnych potrzebne do udziału w turnieju. Jednak jak raz nasz klub w telewizji RTL pokazali, a tam m.in. mój z trenerem (ówczesnym wicemistrzem świata po turnieju sztuk walki  w Tokio) pokaz technik z mieczem to szacun się trochę wytworzył i nawet na ulicy mnie ludzie zaczepiali, by powiedzieć, że widzieli mnie w telewizji. A i klasowi koledzy z zagranicy dzwonili do domu, by powiedzieć rodzinie, że Magdę w telewizji widzieli, bo oczom nie mogli uwierzyć, gdyż byłam raczej ostatnią osobą, którą spodziewali by się zobaczyć na ekranie... 

Lubię sobie czasem wspominać tamte czasy. To był taki beztroski, wesoły i fajny czas. Spełniałam moje pierwsze wielkie marzenie, by uczyć się  japońskich sztuk walki i nawet dobrze mi szło. Po raz pierwszy moje nazwisko pojawiło się w prasie i radiu, no i w telewizji, głównie lokalnej, ale ten RTL to już było szaleństwo. Miałam też kiedyś kolorowe czasopismo sztuk walki ze swoim zdjęciem z jakiegoś pokazu w parze z klubową koleżzanką, a na drugiej stronie był Bruce Lee, ale niestety zgubiłam ten numer podczas emigracji, a czasopismo już dziś nie istnieje... Wspominam też często z uśmiechem mój udział w Mistrzostwach Kata Przy Muzyce w Warszawie. (kata to "walka z cieniem", czyli układ różnych kopnięć, uderzeń, skoków, taka udawana walka z niewidzialnym przeciwnikiem - widowiskowa rzecz). Nikt poza mna nie reflektował na udział w tym zdarzeniu, bo chłopaki to oni po prostu chcieli tłuc się po macie, walczyć, a nie jakieś "tańce" do muzyki, a inne nieliczne koleżanki nie lubiły za bardzo kata. Też wolały sparingi. Zatem tylko ja pojechałam sama pierwszy raz do stolicy i nawet się nie zgubiłam haha. Wypadam raczej kiepsko, bo jeszcze wtedy cienka byłam jak sik pająka, a prezentowałam wtedy jakieś kata z  poziomu mistrzowskiego, bo było bardziej widowiskowe, a w tym turnieju o to chodziło, by było zarówno technicznie porządnie jak i ciekawe... a i muzykę se jakąś kitową wybrałam wtedy... Satysfakcja mimo to jednak była wielka, że mogłam wystąpić w jednej sali z najlepszymi ludźmi z najróżniejszych klubów i stylów walki z całej Polski.  Naoglądałam się też tych wszystkich czaderskich pokazów najróżniejszych sztuk walki z najbardziej wariacką bronią i bez broni. To był bardzo ciekawy i mega widowiskowy turniej. Wróciłam z Warszawy z chłopakami i trenerem z zaprzyjażnionego klubu kung fu, którzy odwieźli mnie autem pod sam dom zaśmiewając się że w upiornym miejscu mieszkam, gdzie psy dupami szczekają, bo na wsi były bagna, nad którymi wisiała wtedy gęsta mgła, a dodatkowo połowa asfaltu spłynęła w dół w te bagna, co zaiste dosyć mroczny klimat tworzyło... 

Wróćmy jednak do rzeczywistości.

Młody rozpoczął kolejny rok szkolny. Kurde dopiero co miał dwa i pół roku i maszerował po raz pierszy z dumą i ogromnym entuzjazmem do przedszkola, a teraz ma 14 lat, jest niewiele mniejszy od matki i ojca  i właśnie zaczął czwartą klasę liceum w swojej epickiej szkole, gdzie już jest starym wyjadaczem i na koty może już patrzeć z góry haha. Nie, Młody taki nie jest. Kota to on prędzej wesprze i pogłaszcze niż krzywym okiem na niego, nią spojrzy. 

Wiecie, że remont szkoły ciągle nie został zakończony?! (tutaj znacząco przerwacam oczami i ciężko wzdycham)

 Młody mówi, że przez wakacje w zasadzie nic wiele się nie zmieniło. Ciągle wszędzie deski zamiast ścian, windy nie ma, kible nie dokończone... Pewnie chujki przez wakacje nawet palcem nie kiwnęli, bo tzw robotnicy na A1 porozjeżdżali się do domów i tyle ich widzieli... bo to jest tutaj na porządku dziennym. Nasi też tam robili, bo Młody zeznaje, że dość często słyszał "kurwa".

Przypominam, że remont miał być zakończony w grudniu 2024, potem w grudniu 2025, a mamy kurwa wrzesień 2026. To już nawet nie jest śmieszne. To jest patologia wyższej rangi. W poniedziałek rano dyrka przysłała mejl, że szukają pilnie na gwałt ludzi do pomocy przy sprzątaniu, bo te oszołomy z firmy budowlanej właśnie zabralły się za malowanie głównych sal lekcyjnych i jest totalny rozpierdol i syf, choć na początek roku miało być wszystko skończone. Mam wrażenie, że w tym kraju już nikt nad niczym nie ma żadnej kontroli. Wszystko się sypie i wali. Nie rokuje to za dobrze na najbliższe lata, a o dalszych to lepiej nawet nie myśleć. 

Wczoraj w mediach pisali, że na dworcu w Brukseli zatrzymali typa, który wysiadł z pociągu z naładowanym kałachem ukrytym w torbie. Kontrolerzy wyłapali go tylko dlatego, że podejrzanie  się zachowywał. Bruksela, ech. Choć nie powiem, by jakoś specjalnie mnie to zdziwiło, czy zaskoczyło. Ba, uważam że tutaj to już dzień jak co dzień, normalna rzecz w tym kraju. Z tego, co mi wiadomo gangi narokotykowe werbują czasem przypadkowych małolatów, młodych dorosłych przez fb czy inne sm obiecując im szybką łatwą forsę i dają takim randomom broń i zlecenie zlikwidowania jakiegoś "celu". Nie twierdzę, że ten typo akurat był kims takim, ale teoretycznie mógł być kim tego typu. Na pewno nie jechał z kałachem w celach turystycznych co nie.

Bardziej niż tego typu akcje zadziwia mnie jednak podejście zwykłych ludzi. Czytałam w tym tygodniu komentarze pod artykułem nt gangsterskich porachunków w Holandii, gdzie kilkudzisięciu chłopaków z bronią, jak pokazuje nagranie  kamer, przyjechało busami i szło z bronią najwyraźniej  "zlikwidować" jakiegoś kolesia, pewnie dłużnika gangu, może nawet wraz z całą jego rodziną, czy coś w ten deseń. Te chłopaki to prawdopodobnie właśnie tacy internetowi werbownicy, czyli gównażeria chcąca szybko zarobić grubą kasę. Na nagraniu widać, że po pierwszych strzałach ochrony ziomka spitalają w większości aż się kurzy. Takie to gangstery z tiktoka. Obejrzałam dalej wywiad z mieszkańcami tej wioski, którzy mówili, że to nie pierwsza strzelanina w tej wsi i że chcieli by ktoś rozpierdolił całą tę farmę i zasiał tam trawę, by wreszcie zrobił się spokój i można było bez obaw wychodzić na ulicę, do sklepu, szkoły. Po stwierdzonej strzelaninie szkołę zamknięto, a ludziom zalecono nie wychodzić z domów i na ulicach zoroiło się od glin szukajcych tych rzezimieszków z gnatami.

Było tak jak w filmie... czytając kometarze doszłam do wniosku, że większość, ludzi tak właśnie uważa, że to jednak JEST film, że to się nie dzieje na prawdę albo że dzieje się gdzieś daleko, daleko stąd i ich to w ogóle nie dotyczy. Śmiali się tam z nagrania opublikowanego przez policję w związku ze sprawą, gdzie jacyś zamaskowani ludzie nawołują innego ludzia do oddania czegoś i straszą wybiciem mu całej rodziny. Plebs śmiał się jednak, że ci gangsterzy mają broń z Temu i że to bullshit. Broń faktycznie na nagraniu wygląda na fejkową, ale jakie to ma znaczenie w takiej sytuacji? Nie wiem, czy ludzie są aż tak głupi i ślepi czy tylko głupich udają...? Sądzę jednak, że to pierwsze. 

 Pamiętam, że kiedyś to groźby napisane ręcznie na świstku brudnego papieru i ciśnięte z cegłą przez okno były traktowane poważnie i podlegały paragrafom i były powodem śledztwa, a na pewno niepokoju. Tymczasem dziś ludzie jakoś wyjątkowo luzacko podchodzą do kwesti zagrożeń i własnego bezpieczeństwa, bo tu nie chodzi o jakieś randomowego gangstera, któremu inny gangster chce urwać łeb, ale o fakt, że ci gangsterzy latają z kałachami koło naszych domów. Nie w Ameryce, nie w Azji, nie w Afryce, ani tym bardziej nie w filmie, tylko tuż obok nas w Belgii, Holandii, Francji, Niemczech... w sąsiednich miastach i wiosjkach i jutro to może być moja wieś i moja ulica i jutro mi policja zapuka do drzwi i zrobi przeszukanie, bo pomyśli, że może jakiś obwieś z gnatem się mojej lodówce ukrywa, a po jutrze może zamkną szkołę mojego syna, bo dorośli z prawdziwą bronią będą się bawić koło ich szkoły w policjantów i złodziei. To dzieje się na prawdę, tuż obok, tu i teraz, A LUDZI TO BAWI.

 A może tylko udają...? Może to wyparcie...? Choć raczej śmiem twierdzić, że wielu jest po prostu zwyczajnie głupich. 

Z tydzień wcześniej oglądaliśmy z kolei nagranie dokonane przez przypadkowych kierowców na ulicy w Aalst (kilkanaśnie km od nas, radioterapię tam miałam w szpitalu), jak kilka samochodów policyjnych zajeżdża drogę jakiemuś innemu samochodowi, po czym gliniarze wyskakują z giwerami i wyciągają kierowcę-gangstera z samochodu. Młody powiedział, że dotąd takie rzeczy tylko w GTA widział i nie myślał, że to może zdarzyć się u nas na ulicy... A to wszystko działo się tutaj na ulicy w biały dzień, gdy ludzie spieszą do swoich zajęć, pracy, wiozą dzieci, jadą na zakupy... Wyobrażacie sobie taką przygodę, że jedziecie z dzieciakami do Lidla po bułki, a tu przed wami rozgrywa się scena z gangsterskiego filmu, tylko że gliniarze i przestępcy są prawdziwi i mają prawdziwą broń, która może prawdziwie zabić was lub wasze dziecko na śmierć, gdyby doszło do wymiany ognia. 

Przed koroną jeszcze nie słyszało się o takich akcjach w okolicy. W każdym razie na pewno nie tak często jak teraz. Nie, że korona to zmieniła, używam pandemii jako odnośnika czasowego. W ciekawych czasach przyszło nam żyć, nie powiem...

Belgowie zdają się jednak w ogóle nie widzieć tego, co koło nich się dzieje. Taka jest moja subiektywna opinia powstala na bazie codziennych obserwacji tutejszego społeczeństwa... Trafiłam na kilku tubylców, którzy ze mną się zgadzają i którzy przyznają, że ich opinie należą raczej do niepopularnych i są zbywane machnięciem ręki lub przewracaniem oczami... 

Belgowie w moim mniemaniu  zdają się w ogóle nie rozumieć sytuacji w jakiej znajduje się tej kraj i jakie będą tego konsekwencje dla nich i ich dzieci w najbliższych latach. I jakie już są. Wszyscy żyją sobie jakby nigdy nic - każdy gada tylko o pracy, szkole, wakacjach, wyjazdach, festynach, każdy planuje dzieciom przyszłość, studia, jakby to wszytsko było oczywiste i pewne, jakby w ogóle nikt nie brał pod uwagę, że jutro świat może nagle się zmienić nie do poznania i że to zagrożenie jest realne bardziej niż kiedykolwiek za naszego życia było...

Porównujac to z tym co działo się w czasie covida, gdy ludzie bali się wychodzić z domów, srali pos siebie ze strachu, gdy owijali się foliami, żeby pójść do sklepu, gdy nie chodzili do pracy, zamykali szkoły, a nawet kablowali na sąsiadki gadające ze sobą na chodniku bez naryjca, "bo radio kazało", a z tego o wiele bardziej zdawałoby się realnego, bardziej namacalnego i widocznego zagrożenia robią sobie podśmiechujki, to szczęka opada na samą ziemię. 

Ważne by targ odbył się na wsi co tydzień i by nie padało w czasie tygodniowego festynu, no i żeby na wakacje 3 razy do roku za granicę pojechać. A tam, że za rogiem była jakaś strzelanina, że klimat wariuje, że wszystko się wali i rozpada, bo nie ma komu robić,  kogo to obchodzi. Przecież ich to nie dotyczy. Niech się rząd tym martwi i coś z tym zrobi. Oni poczekają na kolejne wytyczne i zarządzenia i je wykonają bez mrugnięcia okiem. Choć powoli chyba niektórzy już się budzą... Zbyt wielu jednak dosyć niefrasobliwie podchodzi do tego wszystkiego... Ludzie to dziwne so.

Oczywiście, że tym co się dzieje już raczej nie wiele da się zrobić, bo już dawno jest za późno (subiektywna opinia), ale dobrze by chyba było być świadomym okgromnych zmian, które zachodzą na naszych oczach i może nawet choć w jakiś minimalny sposób się do nich przygotować, choćby mentalnie. A na pewno nie bagatelizować i nie wyśmiewać.

Flamandowie to w moich oczach dosyć dobrzy, otwarci i przyjaźni ludzie (choć skurczysynów też nie brakuje, jak wszędzie) ale to też ludzie, którzy nie zaglądają drugiemu do domu, nie mieszają się, a przede wszystkim nie wychylają... co ma swoje pozytywe strony ale też wady. Belgię to, moim zdaniem, właśnie to zgubiło... Choć oczywiście to wielkie uproszczenie, bo na aktualną chujową sytuację złożyło się masę najróżnieszych czynników.

Nie zamierzam się tu jednak zaczynać bawić w politykowanie ani tym bardziej wróżenie z fusów. Nie poruszam tutaj zwykle tego typu tematów, bo nie chce mi się w gównie babrać. Mam dość swoich własnych problemów, z którymi muszę się zmagać, by jeszcze wielkimi sprawami się martwić. Pod tym względem jestem też czasem jak wspomniany przeze mnie statystyczny Flamand. Nie chce mi sie wychylać i czegokolwiek robić. Czuję się byt słaba na to. Mogę sobie co najwyżej czasem ponarzekać, co też niniejszym czynię. Poza tym ja wielu rzeczy zwyczajnie nie kumam, nie ogarniam rozumem. Mój autyzm jednak mnie dosyć ogranicza pod tym względem, bo pewne kwestie społeczne są dla mnie totalnie niezrozumiałe i mimo licznych przeczytanych książek nie jestem w stanie ich pojąć. Nie mówiąc o tym, by o tym mędrkować. Czasem tylko zapiszę sobie tutaj jakieś moje refleksje baby ze wsi i tyle. Nie traktujcie  tego jednak jako wyrocznię czy w ogóle coś sensownego. 

Tym razem przyczynkiem do poruszenia tego tematu były właśnie te zabawne heheszkujące komentarze pod wpisem o gangsterach biegających z bronią po belgijskich i holenderskich ulicach i strzelaninach, jakby się ludziom recenzja filmu z wiadomościami z kraju i regionu pomerdała. Zupełnie niestosowne, moim zdaniem zachowania. Bo to nie były jednostkowe komentazrez tyllo jakieś 99 procent z wielu. Ale to też nie pierwszy raz dochodzę do wniosku, że dziś ludzie coraz więcej trudności mają z odróznieniem fikcji od faktów i adekwatnym się do tego ustosunkowaniem.

Dodam jeszcze, że uważam, iż z wszystkiego się można poheheszkować, ale pod warunkiem, że najpierw się zrozumie sytuację i okoliczności, bo jest heheszkowanie i heheszkowanie... Problem w tym, że widać az nadto wyraźnie, że tu nie ma mowy o rozumieniu tego co widzą...

Mieszkam tutaj, tu jest dziś mój dom i to jest fakt, z którym nie zamierzam dyskutować, bo innej opcji nie mam na dziś dzień. Staram się, teraz jak i całe życie, jak najlepszy użytek zrobić z tego, co los mi rzuca pod nogi. Raz idzie mi lepiej raz gorzej, ale zawsze jakoś idzie i tego staram się trzymać. 

Jako urodzona optymistka staram się widzieć szklankę zawsze do połowy pełną. Myśli i próby samobójcze córki a potem mój własny rak przyjebały mnie jednak mocno do ziemi i wrzuciły ryjem w gówno, a wtedy zaczęłam wszystko widzieć w gównianym kolorze, ale powoli się z tego shitu wydostaję, a co za tym idzie znowu widzę wiele kolorów wokół, a nie tylko gówniany i czarny. Także w tym kraju, w którym przyszło mi żyć, ciągle widzę sporo pozytywów i jasnych, kolorowych, radosnych stron. Nie znaczy, że o wszystkim będę pisać tutaj, bo ja nigdy nie piszę o wszystkim, a tylko o jakiejś niewielkiej części mojego świata. To nie jest obiektywny blog, tylko pamiętnik osobisty, przeto piszę, co akurat w danej mam chęć napisać, a nie co wypada albo co ktos inny by chciał przeczytać.

Czas zachwytów dawno już minął. Kurde, mieszkam tu przecież już kilkanaście lat. Wszystko jest dla mnie zwyczajne, czyli ani całkiem dobre, ani całkiem złe. Normalne.  Życiowe. Powszednie. Także strzelaniny za rogiem już mi spowszedniały, co nie znaczy, że mnie ten stan nie martwi. A jednak to jest właśnie nasz świat, nasz kraj, nasz dom. Powtarzam to co jakiś czas, bo wielu zdaje się nie rozumieć, co to znaczy przemieszkać w jakimś miejscu kilknaście lat, zżyć się z nim, poczuć się członkiem danej społeczności...

Moje dzieci właśnie tu a nie gdzie indziej dorosły, nawiązały znajomości. Tu chodziły i chodzą do szkoły. Ja tu pracowałam, uczyłam się, poznałam mnóstwo ludzi, tu choruję, tu żyję pełnym życiem: robię zakupy, płacę podatki, dostaję zasiłki, socjalizuję sie z sąsiadami i innymi tubylcami, odwiedzam tutejsze szpitale i innych spacjalistów. Narzekam na tutejszą pogodę, bo ona mnie otacza. Zachwycam sie tutejszymi muzeami i przyrodą, bo mam je pod nosem. A czasem psioczę na politykę. Na sąsiadów, gdy mnie wkurzają. Czasem snuję obawy co do przyszłości, bo dużo złych zmian wokół dostrzegam, ale to jest właśnie nasza belgijska rzeczywistość, w której żyjemy tu i teraz. Tutaj jest nasz dom, nasze miejsce na ziemi. Innego na razie nie mamy. Nie każdy jednak się odnajdzie i zsocjalizuje dostatecznie, nie każdy pasuje do każdego miejsca, nie każdy wszędzie będzie czuł się jak w domu...

No i właśnie dochodzimy do takiego momentru, w którym Małżonek stwierdził, że on ma dość tego kraju, że on tu jednak nie pasuje, że mimo wieloletnich starań nie udało mu się poczuć tutaj tak na prawdę u siebie... Bo tak to właśnie jest. Nie każdy zostanie Belgusem. Nie każdy jest typem włóczęgi, który w każdym miejscu się odnajdzie...

Pora zatem w końcu oficjalnie pochwalić Małżonka, że postanowił podjąć wielkie ryzyko i spróbować wywalić swój, a przy okazji nasz (ale bardziej swój) świat do góry nogami. Tak, Małżonek zaczął właśnie rozglądać się za robotą w Polszy. Już wysłał pierwsze CV. Zaczął poważnie badać teren i robić rekonensans.

Jeszcze nie wiadomo, jak to się skończy i co z tego pomysłu ostatecznie wyniknie, ale wielce prawdopodobne, że to się może udać. Mamy nadzieję, że się uda. Choć uważamy, że to dosyć karkołomna decyzja, acz z drugiej strony w jego przypadku raczej nieunikniona i najlepsza z aktualnie dostępnych. Tutaj za dużo rzeczy już poszło nie tak. Pora zatem by ugryźć to z innej strony i spróbować czegoś zupełnie innego... szalonego, albo raczej właśnie czegoś starego, swojskiego, znanego, czyli odnalezienia się na nowo w polskiej rzeczywistości. 

Ta myśl pojawiła się u niego już jakis czas temu, ale jako plan B a może nawet D na bliżej nieokreśloną przyszłość. W ostatnim czasie jednak nabrała kształtów i mocy, a teraz powoli drobnymi kroczkami zaczyna być właśnie wdrażana... To bardzo trudna decyzja i ogromne wyzwanie, ale jesteśmy dobrej myśli i mamy wiele nadziei.

Nie, nie, nie, JA póki co nigdzie się, Panie, nie wybieram. Dzieci też nie. My zostajemy na starych, belgijskich,  już swojskich śmieciach. Ja tu jestem w domu bardziej niż gdziekolwiek kiedykolwiek byłam. Mnie tu mimo wszystko ciągle stosunkowo dobrze.  

Nasze drogi się zatem na tym etapie prawdopodobnie rozejdą. Czy się kiedyś jeszcze zejdą, czas pokaże i nie ma po co teraz sobie tym głowy łamać. Póki co próbujemy ogarnąć to wszystko rozumem, by całą operację przeprowadzić najefektowniej i z najmniejszymi stratami. W sumie to głównie Małżonek ogarnia, bo to on ma najwięcej do ogarnięcia. Dla nas jednak to o wiele łatwiejsza sprawa, bo my zostajemy w swojej strefie komfortu. To on po raz kolejny postanowił zacząć wszystko od nowa. Sam, niczym samotny,  odważny, dzielny wojownik wyruszający na podbój świata... My mu kibicujemy, bo wszyscy rozumiemy, że belgijskie możliwości się dla niego wyczerpały i że za dużo go złego spotkało w pracy. 

Zbyt wiele się tu zmieniło odkąd przyjechaliśmy. Aktualny rynek pracy to jeden wielki absurd. W ciężkich zawodach fizycznych jest wręcz tragicznie. To jest dziś jedna wielka patologia. Pracownicy traktowani są jak niewolnicy, pracują w niegodnych, czasem wręcz nieludzki warunkach, poniżani, gnębieni, wyśmiewani. Zero szacunku dla starszych i doświadczonych pracowników, zero uznania dla ciężkiej pracy, bałagan, żeby nie powiedzieć burdel, chamstwo... długo by jeszcze wymieniać. 

To nie jest ten kraj, do którego przyjechaliśmy. Pierwszy zakład pracy Małżonka był świetny. Serio nie było się do czego przyczepić. Pełen szacunek dla jego wiedzy, doświadczenia i kwalifikacji, bardzo dobre warunki pracy, nie zgorsze wynagrodzenie, super traktowanie, wręcz rodzinna atmosfera... Teraz już takich firm chyba nie ma. Wszystko zeszło na psy, a nawet na suki. Szkoda nawet klawiatury na to ścierać. Z rozmów z lekarzami, psychologami i innymi normalnymi ludźmi wynika, że to jest dużo szerszy problem, ale o tym ciszcho sza, o tym nie mówi się w mediach, no bo jakby to wyglądało, co by se świat pomyślał. Tego problemu poza tym nie widać z wysokich stołków i ciepłych posadek. No dobra, może i widać, ale ci którzy tam zasiadają są za głupi, by zrozumieć, co widzą... Jak zrozumieją, obudzą się już nawet nie tyle z ręką, co z ryjem w nocniku.

Nic to. Małżonek próbuje znaleźć coś w PL. Czy tam jest jeszcze w miarę normalnie w ciężkich fizycznych  zawodach, tego nie wiemy. Ludzie mówią, że tak, ale ludzie czasem różne rzeczy mówią, ale nie zawsze jest to prawda. Dowiemy się, jak uda mu się znaleźć jakąś pracę albo przynajmniej odbyć kilka rozmów. Ważne, że tam Małżonek dogada się swobodnie w swoim języku i na pewno w zakładach pracy nie ma tak jak tu się w ostatnich latach zrobiło , że każdy pracownik mówi w innym języku, że każdy jest z innej strony świata i że jeden drugiego nie rozumie, a to jest ważne, by stworzyć prawdziwy team, by na przerwie pogadać, by poznac ludzi z którymi spędza się większość dnia... 

Ja zostaję w domu z moją Epicką Ekipą to mnie nic nie straszne . Takich dwóch jak nas czworo to ani jednego nie ma. Nam żaden diabeł nie straszny. To raczej diabeł powinien się zacząć bać, bo ja w końcu wyzdrowieję i podniosę wtedy swoją koronę i swój miecz ...z Temu.

Tak serio to ja siebie samej w Polsce póki co nie wyobrażam. Nie, po prostu NIE. I jeszcze raz NIE. Choć niegdy nie powiem nigdy, bo nie wiadomo, co los nam przyniesie w darze za jakiś czas...

Gdy odchodziłam z domu rodzinnego Matka pożegnała mnie słowami "PAMIĘTAJ, POWROTU NIE MA" i te słowa wyryły się w moim mózgu wystarczająco głęboko i boleśnie. Te słowa oderwały mi korzenie, a poźniejsze słowa, czyny i zdarzenia spaliły też wszelakie mosty z Polską oraz roznieciły nienawiść, która z czasem przygasła i przerodziła się w obojętność.

Tak jak kiedyś powiedziałam w jednym z pierwszych nagrań na moim Youtubie,  ja jestem już Belguską. Już nie Polką, ale też nie Belgijką. Belguską. Polska mnie kształtowała przez ponad 30 lat i tego nie da się wymazać. Taki jest fakt. Flandria kształtuje mnie od kilkunastu i tego też nie da się wymazać. Gdybym wróciła do Polski, nadal byłabym Belguską. Już nigdy nie będę po prostu Polką, bo uważam że nie da się być po prostu Polką po przeżyciu kilkunastu lat w innym kraju. No może jak ktoś stał w rozkroku, że jedna noga tu, jedna tam, ale bardziej tam niż tu, to może jeszcze inaczej, ale ja od 10 lat nawet nie byłam raz w Polsce. Jedyny kontakt z Polską mam przez internet, polską literaturę i tego oto bloga. Gdybym zmuszona była reemigrować do Polski, było by to dla mnie tak samo trudne albo i trudniejsze doświadczenie co sama emigracja do Belgii. Jadąc tu jechałam z nadzieją. Do Polski jechałabym chyba tylko z obawami i strachem. Nie wiem, czy udźwignęłabym to mentalnie. Nie wyobrażam sobie w ogóle nie byc tutaj, gdzie wszystko znam. Nawet jak to jest gówniane to jest to gówno znane i swojskie a nie obce.

No i ja wyjeżdżałam z Polski z myślą, że nigdy tam nie wrócę, bo nie chcę. Uciekałam z tego nieprzyjaznego dla mnie miejsca, bo za takie uważałam Polskę. Teraz nic nie uważam na temat tego kraju, bo już go nie znam, a wiele się tam ponoć zmieniło. Tak czy siak dla mnie to już obcy kraj. Tyle że język jeszcze jako tako ogarniam. Tylko to.

A ja dziś pozwoliłam moim myślom płynąć swobodnym nurtem. Moje palce za nimi podążały przerabiając emocje, wspomnienia i refleksje na słowa, porządkując tym samym burdel w mojej głowie i nadając jej lekkości. 

Poza myślami uporządkowaliśmy też trochę naszą szopę, wywożąc wszystko, com zniosła ostatnio ze strychu i trochę innych śmieci do parku recyklingu, bo bezczelnie postanowiałam wykorzystać jeszcze Małżonka i jego auto, dopóki była taka możliwość. Za niedługo bowiem już może nie być takiej opcji w naszym życiu i trzeba będzie się bardziej wysilić, by przetransportować z miejsca na miejsce przedmioty cięższej kategorii. Rozważamy zakup bakfiets(a), czyli roweru towarowego. Używane dosyć łatwo jest znaleźć, bo ludzie kupują je często do przewozu dzieci, a jak te dorosną, sprzedają, ale to musi być ktoś z bliska, bo dużo takich rowerów znalazłam np w Mechelen, ale jakoś blado widzę siebie zapierdalającą ponad 30 km zwykłym (znaczy nie elektrycznym) bakfietsem, któym nigdy wcześniej nie miałam okazji manerwować, a nie wydaje mi sie to bynajmniej łatwe. To wielkie, ciężkie i długie rowery, czyli raczej dziwne do sterowania na początku, ale bez wątpienia taki właśnie by nam się przydał, gdy już nie będziemy mieć do dyspozycji szofera z limuzyną.

Póki co jednak pilnie musiałam kupić mikrofalówkę, bo ostatnio myjąc starą, nagle dokładniej jej się przyjrzałam i zobaczyłam, że lekko wybulona wcześniej farba na tylnej ściance stała się jedną wielką bulwą wystającą prawie że na drugą stronę. Z obawy przed potencjalnym pożarem i porażeniem prądem dołączyłam i to urządzenie do sterty pt wysypisko śmieci. A potem bedąc w Lidlu po zakupy, zauważyłam mikrofale po 50 € no to zmusiłam Małżonka, by jeszcze i tam podjechał. Jakbym się uparła, to to akurat dałabym rady przywieźć na rowerze - kwestia pogłówkowania jak to zamocować,  by się nie wypieprzyło z bagażnika i potem rower po prostu  przyprowadzić do domu. Już różne dziwne rzeczy woziłam rowerem, wiem zatem, że dużo się da tym przywieźć, jak sie ma dość fantazji i samozaparcia haha. Ale jak można se ułatwić życie, to się ułatwia, nawet czyimś kosztem. Zwłaszcza czyimś. Bo ja złą kobietą jestem.

Sunny-Kura nam choruje. Nie wiem na co, bo jeszcze nie złożyło się z wizytą u weta. Za dużo na głowie. Wykręca łepetynę w dziwne pozycje. To może być objawem kilku różnych schorzeń, ale to by weta trzeba zapytać.  Póki co poję ją trohę strzykawką i trochę z małej miseczki i karmię  przymusowo kukurydzą z puszki, gotowanym jajkiem i rozmoczony ziarnami i suszonymi robakami. Ona chodziła ciągle za Heńkiem i Bożką i coś tam czasem próbując zbierać z ziemi, ale wykręca ten łeb o 180 stopni, to trochę jej trudno zebrać cokolwiek no i z kurnika sama nie wyjdzie, ale sama wejdzie wieczorem i dziś chyba gorączkę miała, bo była bardzo ciepła jak ją trzymałam na rękach, ale może tylko mi się wydawało... Teraz zaintalowałam ją w pudełku w kuchni, by łatwiej ją było karmić i poić. Sunny ma około 5 lat, czyli jest już dosyć zaawansowaną wiekowo kurą, ale to dobre czarne kursko i szkoda by było, żeby odeszło... Jednak należy się z tym liczyć. Z kurami trudno jest, bo ludzie tych pięknych i mądrych swtorzeń nie szanują, rzadko o nie dobrze dbają i rzadko się nimi opiekują w chorobie. Trochę się to zmienia, ale za mało, by znaleźć przydatne imformacje w sieci inne niż porady rodem z średniowiecza typu "odmówiłem zaklęcie 5 minut przed zachodem słońca i to pomogło, polecam"

Nasza Riko ciagle dużo czasu spędza w kuchni. Jak tylko zauważamy, że Wanda lub Balbina czy Chica ją ścigają, zabieramy do domu i karmimy smakołykami. Ma też dywanik pod szafą, gdzie sobie śpiulkolotuje. To nasza mała laleczka. 

A Balbina chyba nadała mi imię, bo wiecie, kury ponoć nadają imiona swoim koleżankom i mogą też nadać imię człowiekowi, jeśłi bardzo go lubią. Balbina używa specjalnego dźwięku, gdy mnie widzi, którego nie używa wobec innych człowieków ani w innych zaobserwowanych przez nas okolicznościach, więc Młoda uznała, że właśnie dostałam imię od mojej kury. 

A wczoraj zaśmiewałyśmy się trochę z Wandy, którą lekko zrobiłyśmy z Młodą w konia... Gdy wyprowadzałam kury, zadzwoniła Młoda ze sklepu zapytać, się czy robimy Tacosy czy Curry, by kupić właściwe produkty, a gdy zrobiła jakiś głupi dźwięk, Wanda stojąca obok mnie zaczęła ciurczeć, jak to tylko kurozaury potrafią. Dałam zatam na głośnomówiący i zleciłam Młodej, by wołała Wandę. Biedne kursko zaczęło się rozglądać wkoło i szukać Tamtego Człowieka. Poszła nawet za kurnik sprawdzić, bo ten jej zasłaniał widok na resztę ogrodu. Nie mogła pojąć jak to człowieka słychać, a nie widać... Kiedyś tak Chica był skonfudowany, gdy zawołałam do kur ze strychu. Wanda od razu popatrzyła do góry, a ten rozglądał się niespokojnie i zaczął w końcu piszczeć tak jak robi w ramach ostrzegania o potencjalnym lekkim zagrożeniu... Biedny kogucina.

 Kurozaury bardzo szybko też załapały, że Tamten Człowiek jak wychodzi z rowerem to wraca potem ze smakołykami dla kur, bo Młoda zawsze im coś kupuje - a to jagody, a to sałatę, a to arbuza, czy słonecznik i one teraz za nią biegną, gdy wraca z rowerem, niczym dzieci za mamą "co nam kupiiiłaaaś...?".

Ostatnimi czasy dosyć sporo popadało u nas, więc trawa się wreszcie zazieleniła koło domu. Kury zażerają, jak tylko je wypuszczamy za ogród. No i dla świnek wreszcie można nazbierać. Zażerają, tylko im się uszy trzęsą.

Od czasu do czasu ciągle piekę chleb. Raz na zakwasie, raz na drożdżach. W tym tygodniu wypadło na zakwasowy chleb. Pyszny on jest.

nie ma to jak chleb domowy

Maszerując kiedyś z Małżonkiem w lesie, napotkalismy takiego oto fotogenicznego grzyba:



29 sierpnia 2026

Tydzień spotkań z medykami i zakupów

 Ten tydzień zaczęłam od wizyty w dwóch szpitalach oddalonych od siebie o jakieś 50km. Młoda miała rano wizytę w Uniwersyteckim w Leuven, gdzie w końcu jej USG robili. Musiała mieć do tego badania pełny pęcherz, a oczywiście, że było opuźnienie i ciężko jej było wytrwać. Na szczęście lekarka od razu zauważyła, że Młoda krzywo siedzi i że pewnie jej bardzo się siku chce, więc zaczęła badanie... a potem poszła "szybko" po superwizora... i długo, długo, długo ich nie było, aż Młoda zaczęła się brechtać, że może już powinnam powoli się zbierać i skoczyć na miasto po jakieś suche portki i majtki haha. Ale dzielnie trzymała i wyszła o suchych portkach z gabinetu. Na szczęście wuceta tam mają w gabinecie, bo nie wiem, czy by doszła do korytarza hahaha. Powiedzieli, że poważną endometriozę mogą wykluczyć, innych niepokojących rzeczy też nie zobaczyli, ale lekkiej endometriozy tym tym badaniem nie są wstanie wykluczyć. Przepisali jej nowe tabsy z nadzieją, że to poprawi komfort jej życia... Taa, te kosztują bagatela 40€ na 3 miesiące. 

Po wizycie Młoda poszła na miasto, a ja wsiadłam do pociągu i pojechałam do innego miasta, by odwiedzić swojego onkologa... Zgodnie z przewidywaniem, baba nie wykazała jakiegoś specjalnego zainteresowania moimi ostrymi, bardzo bolesnymi choć krótkotrwałymi bólami w lewej nodze. Po prostu stwierdziła, że terapia antyhormonalna ma rózne skutki uboczne i mogą mnie boleć nogi. Dodała, że mogę brać dafalgan, czyli paracetamol... Taa, dobre sobie... na ból, który pojawia się nagle w randomowych totalnie nieprzewidywalnych momentach (np w czasie zakupów w sklepie albo podczas robienia kawy, albo podczas siedzenie na kanapie i nicnierobienia) i równie nagle znika po kilku- maksimum kilkunastu SEKUNDACH, mam brać paracetamol. No chyba ją głowa boli. 

Ja od początku zakładam, że to kolejny efekt braku hormonów w organizmie i doktor Gugiel też tak uważa haha, ale od lekarza onkologa to jednak bym oczekiwała jakegoś dokładniejszego wyjaśnienia a przynajmniej odrobiny uwagi. Doktor Gugiel to nawet sugeruje zrobienie usg dla pewności, ale muszę zakładać, że lekarz specjalista wie lepiej niż komputer... Inaczej, ja bardzo chcę w to wierzyć, że lekarz wie lepiej, bo w końcu jest lekarzem, ale chciałabym, by ten specjalista mnie niewiernej to jednak udowodnił i wyjaśnił dokładnie, dlaczego mam się nie przejmować jakimś bólem, który dosłownie zwala mnie z nóg i powoduje, że czasem aż krzyknę, gdy  podstępnie i znienacka atakuje mnie z pełną mocą, że aż gwiazdki przed oczami widzę, a jak akurat stoję, to noga sama mi się składa i kiedyś pewnie wydzwonię się na glebę ku uciesze gawiedzi... 

A ta ci powie, weź se paracetamol. Zanim ja znajdę paracetamol to już bólu dawno nie ma. Nie mówiąc o tym, by zaczął działać. Chyba, że chodziło jej o to, że mam brać paracetamol non stop na wszelki wypadek hahaha. Nie mam zdrowia do tej lekarki, ale póki co akceptuję to, że te natarczywe chamskie bóle są normalnym etapem terapii antyrakowej i że nie ma się czym martwić. 

Jak będę u rodzinnego, to zapytam się jego o opinię, a pewnie muszę umówić wizytę już, bo chyba ta zakręcona baba tylko jeden decapeptyl mi przepisała, który właśnie wykupiłam, a przecież ja to co miesiąc muszę se kazać wstrzykiwać, tymczasem wizytę u niej mam dopiero w grudniu, ech.

Nie był to koniec wizyt u lekarzy, bo w tym tygodniu i Najstarsza miała spotkanie na ginekologii w Uniwersyteckim w związku z Zespołem Turnera. Nic ciekawego, ale dostała nowe piguły. Podobno mają być 10 euro tańsze. Dobre i cokolwiek.

Jako że Najstarsza miała wizytę dopiero na po 16stej zaplanowaną, to postanowiłyśmy pojechać we trzy przed południem i poszwendać się po mieście. Młoda zawlekła nas do kawiarni Bad Habits, gdzie wsiorbałyśmy matchę i wsunęłyśmy po wegańskim ciastku. Potem ja zapropponowałam zwiedzanie Kringwinkel-a, który był na tej samej ulicy. 

Głupi pomysł, bo ponad godzinę nam to zwiedzanie zajęło, a co przy tym się rzeczy do koszyka nam po chamsku napchało, to głowa mała. Ja tylko rzuciłam okiem na książki i od razu wypatrzyłam tytuł, którego dwa dni wcześniej szukałam w necie. Możecie mnie nazywać farciarą. 

Poza tym przygarnęłam miseczkę dla Riko-Kurki za 50 centów, kolejną kwadratową doniczkę dla nowego kaktusa Młodego też za 50 centów, do tego koszulkę ze Snoopym za bodajże 3€. Młoda nawykopywała trochę kolorowych sukienek letnich, bo wybiera się właśnie z paczką do Hiszpanii i liczy na ładną pogodę. Najstarsza nosząca rozmiar 34/36 to wszędzie znajduje fajne tanie ciuchy, bo wszyscy mają większe dupy, to i tym razem znalazła ładne i praktycznie nowe swetry, spodnie, dresy. Młoda jeszcze fajną miskę na wodę dla kurczaków znalazła to też zgarnęłyśmy. A potem łaziłyśmy z tą wypchaną szmatami torbą po szpitalu niczym baby z targu. 

Innego dnia wybrałyśmy się z Młodą na długo wyczekiwany outlet ubrań sportowych, który systematycznie co kilka miesięcy odbywa się w pobliskim miasteczku. Kupiłam Młodemu nowy tornister za 40 euro, czarną bluzę O'neill za 23,  zimowe rękawice narciarskie z jednym palcem za niecałe 40 (to na rower, bo przy jego bolesnej alergii na zimno, musi mieć porządne jednopalcowe rękawice już od jesieni, a te z zeszłego roku już umarły) i jeszcze jakieś czereśniackie jasne skechersy za 29 euro, bo tanie a na wf to mu nie potrzeba jakichś cudnych, byle się na wf nadawały. Sobie kupiłam czerwona czapkę z daszkiem za 2€ i 2 pary bokserek z Pumy za 10€. Zwykle kupowałm tam majtochy z o'neill, ale tym razem były tylko pumy, to będę testować na mojej szlachetnej dupencji. 

Będąc u onkologa wstąpiłam z kolei do C&A i Epickiemu kupiłam kurtkę zimową, póki są i dwie pary baggy jenasów, bo z C&A zwykle są na niego dobre, a jego żeby zaciągnąć do sklepu to chyba lawetę by trza zamówić. Dobrze, że stara już ogarnia, jakie spodnie drań nosi, że mają być szerokie, by pasowały do rockowego stylu, że mają mieć gumkę regulowaną na guziki, bo inaczej z chudej dupy by spadały, że do przednich kieszeni musi się mieścić telefon, bo on tylko w przednich nosi. Portki pasują. Kurtka też. Jest git.

Młodemu muszę jeszcze kupić ze dwie pary butów do chodzenia codziennego do szkoły, ale to już jak rok szkolny się zacznie, podjadę do miasta w środę po lekcjach i podskoczymy do Sport Direct po sportowe i może do jakiegoś innego sklepu po jakieś bardziej odporne na deszcz obuwie. 

Poza tym jeszcze tylko abonament na pociąg kupić, rower naoliwić i może zaczynać czwartą klasę. Już przysłano program pierwszego września i Złotych Dni. Pierwszego dnia najpierwsi zaczynają, jak zwykle pierwszoroczni, potem dołącza druga klasa. Następnie dochodzi drugi stopień (3 i 4 klasa), do której zalicza się Młody oraz trzeci stopień. Kończą dzień wszyscy normalnie, czyli o szesnastej. Złote dni natomiast to dni wprowadzające, kiedy nie realizuje się jeszcze programu, a są zajęcia wprowadzające. Nowicjusze uczą się zasad działania tej specyficznej szkoły, a starzy wyjadacze dostają nowe wskazówki nt przygotowywania challenge'ów, innych projektów i tym podobniej.  Odbywa się też sporo zajęć integracyjnych, by nowicjusze poznali i zgrali się ze starszyzną, no i by poznali na spokojnie bez stresu nową szkołę. Zatem w tej szkole mają łagodny start w nowy rok szkolny, co bardzo sobie cenimy.

 Podręczniki czekają na Młodego w szkole, co mi się bardzo podoba. Przybory i laptop ma z poprzedniego roku. Fakturę szkolną to jeszcze nie mam pojęcia czym zapłacę, bo to na pewno grubo ponad 800€ będzie, ale to będę się martwić, jak mi ją przyślą. Na pewno można na raty rozłożyć.

I tak jak gdyby nigdy nic minęło nam 2 miesiące wakacji. Młody spędził je w domu w dużej mierze przed kompem, bo nigdzie nie chciał jeździć. Czasem rowerował, czasem rolował, czasem graliśmy w kosza, ze dwa razy poszedł z kolegami tłuc się po lesie... 

Z wypadu do parku rozrywki nic nie wyszło, bo było za gorąco, by godzinami stać w kolejkach do atrakcji - żadne z nas się na to nie pisało. Jak nas będzie stać, to na jesieni sobie wyskoczymy w sobotę. 

Poza tym ja w tym tygodniu nawiedziłam swoją psycholog. Zabralam się bowiem za sprzątanie mózgowych szuflad z przeszłością. Uznałam bowiem, że najwyzsza pora sobie stary bałagan poukładać i wyprostować, by łatwiej mi było funkcjonować tu i teraz. 

Miniony tydzień był dość ...ciekawy i zagmatwany, a kolejne pewnie będą jeszcze bardziej skomplikowane i intensywne, bo wielce prawdopodobnie szykuje się nam znowu dosyć znaczne przemeblowanie życia, ale pożyjemy, zobaczymy, co też nam los przyniesie i czego sobie sami nawarzymy, bo my - jak wiadomo - to czuby jesteśmy i lubimy komplikować sobie życie.

Dziś sprzątałyśmy z Najstarszą na strychu, bo w końcu się ochłodziło i da się pod dachem cokolwiek robić. Wydarłyśmy wszystko z kąta strychowego i sporą część z tego zniosłyśmy na dół, skąd Małżonek przenosił do szopy ewentualnie defragmentując to czy tamto, by łatwiej było potem wepchać do samochodu i wywieźć do parku recyklingu. Część rzeczy, które są w dobrym stanie, zostanie z kolei odtransportowana do Kringwinkel. 

Następnie poodkurzałyśmy strych z mysich gówien i kurzu. Dalej umyłam podłogę i zabrałyśmy się z Najstarszą za poszukiwanie ewentualnych dziur na zewnątrz, którymi niechciani goście do nas wbijali w zeszłą zimę ganiając nie tylko po strychu i po łóżku Najstarszej, ale też harcując masowo gdzieś w środku w suficie i podłodze. Po zgaszeniu światła na strychu dosyć szybko udało się zlokalizować dziurę. Dziura jest takiej kategorii, że nawet cały obóz myszy wraz z plecakami i namiotami spokojnie może na raz wejść. Podejrzewamy zresztą, że nie tylko myszy, ale i grubszego zwierza. Do dziury nie ma bezpośredniego dostępu, bo belka ją zasłania, ale jak się wczołga pod dach (dlatego musiałyśmy najpierw umyć deski na podłodze) i telefon do ściany przystawi  z włączoną kamerą, to przez dziursko widać nawet dach sąsiada... tak że ten. Poza tym tak stamtąd piździ, że pajęczynami buja jak żaglami podczas sztormu. 

Nosz kurwa mać! A my płacimy worami euro za ogrzewanie. 

Mam już dość tych niefarsobliwych właścicieli, ale też nie bardzo jestem w stanie coś z tym zrobić...

 Od chyba pięciu albo i dalej jebanych lat domagamy się naprawy tego pierdolonego dachu i oni czasem dzwonią po "naszych" (Polaków znaczy), tzw "specy od dachu", którzy w niedzielę wieczorem przyjeżdząją, by za przysłowiową flaszkę wina zamienić 30 starych popękanych dachowek na 50 innych starych dachówek (bo łażąc po dachu łamią kolejne) wyjętych przez właściciela z pokrzyw za domem. No i co? Jest zrobione? Jest. Potem z jeden deszcz się nie leje z sufitu, a czasem nawet dwa. Potem znowu się leje i znowu się zgłasza i czasem znowu przychodzą "nasi" zobaczyć i tak wkoło Macieju.

Przed wakacjami - jak już pisałam - zaniosłam im dokument z przeglądu pieca, w którym stoi, że piec jest okej, ale nie ma dostatecznej wentylacji, a co za tym idzie, piec nie powinien być uzywany, i należało tę wentylację zrobić do końca lipca. Już mówiłam, ale dla porządku powtórzę, właściciela najbardziej interesowało, co to za firma dokument wystawiła i kto po nich zadzwonił, podczas gdy w tym kraju przegląd pieca robi się OBOWIĄKOWO co 2 lata i obowiązek ten spoczywa na tym, co mieszka w domu, czyli na nas, co stoi w umowie najmu jak wół. Zatem zaiste wielka zagadka, kto zawezwał fachowca do kontroli i czyszczenia pieca po raz kolejny z rzędu z takim samym skutkiem i z taką samą reakcją właściciela, czyli brakiem jakiejkolwiek reakcji. Mamy sierpień. Nikt nie przyszedł nawet okiem rzucić, o robieniu czegokolwiek nawet nie mówiąc... bo to by przecież trzeba zapłacić, a te skąpce tylko napychają skarpety i każdego centa liczą, bo przecież wiadomo, że to se do grobu, nad którym już jedną nogą i półdupkiem stoją, zabiorą...

Co miesiąc płacimy prawie 9 stów od 13 lat, ale każda zgłoszona usterka to wielkie utyskiwanie, biadolenie i jeszcze większa łaska. Po dziesiąciokroć trzeba się o jedną rzecz upominać. 

Kurwa, tyle mamy na głowie, bo co chwilę jakiś nowy poważny i mniej poważny problem wyskoczy, że zwyczajnie nie ma się już sił, aby jeszcze z tym się użerać i non stop o tym myśleć, przypominać, dopominać się, ponawiać przypomnienia o rzeczy, które zdawać by się mogłby są zasranym obowiązkiem właściciela domu. Moim zdaniem to kwestie takie jak naprawa dachu, okien, czy izolacja własnego kurwa jebanego domu to powinna być dla właściciela oczywista oczywistość i sam z sibie powinien co chwila przyjść popatrzeć, sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, a nie wielka łaska, o którą my musimy prosić wielebnego ciula. 

Zgłaszam usterkę to swoje zadanie, uważam, wykonałam w 100% i mogę o nim zapomnieć, bo dalsze działania ma podjąć właściel, ale to może w idealnym świecie, ale nie tutaj. Nie, tutaj trzeba przypominać, przypominać, przypominać i dalej chuj z tego, byle czynsz im ładnie wpływał na konto, a nam się od 5 lat na głowę leje. 

Łudziłam się, że uda nam się wyprowadzić i po prostu uciec od tego gówna, ale na razie czarno to widzę. Zatem chyba pora przestać się łudzić i zacząć robić porządek ze wszystkim po kolei... 

Porządek na strychu to dobry początek. Nie ukrywam jednak, że nie chce mi się do nich iść i tłumaczyć po raz setny jak krowie na rowie podstawowe i oczywiste rzeczy, bo moje zdrowie i cierpliwość ciągle są bardziej niż liche i boję się, że mi w końcu puszczą nerwy, a wtedy tylko dodatkowych kłopotów sobie narobię, a nasz status raczej jest tutaj dosyć niski i nie mamy ani forsy, ani nikogo, na czyje wsparcie czy pomoc moglibyśmy liczyć w razie W. Szczególnie teraz... No po prostu nie mam sił mentalnych na załatwianie takich spraw, ale z drugiej strony wiem, że im bardziej to odwlekam, tym gorzej.

Jednak muszę się zebrać w sobie i uczynić znowu ten krok w najbliższych dniach. Takie rozmowy są dla mnie cholernie trudne od zawsze, ale od czasów raka jeszcze trudniejsze. No i ponad rok już siedzę w domu i raczej sporadycznie używam języka niderlandzkiego, a dialektu to już prawie w ogóle, a co za tym idzie, trudno mi przychodzi znajdowanie właściwych słów i rozumienie, co kto godo, szczególnie jak godo, a na wsi wszyscy starsi ludzie właśnie godajo po flamandzku, czyli dialektem.

Nic to, życie się samo za mnie nie przeżyje. Uciekanie od życia i problemów, co ostatnio dosyć namiętnie czyniłam czy to pisząc tu te bzdury, czy nagrywając debilne jutuby, czy szwendając sie po muzeach, kawiarniach, lasach, czy choćby skrolując godzinami bezmyślnie instgarma, nie jest rozwiązaniem. Muszę się zebrać w sobie i zacząć mierzyć z problemami, zanim ich ilość stanie się niepokonalna.

 Krok po kroku, deska po desce trzeba zacząć budować nową życiową łajbę, by wyruszyć nią na nieznane wody. Taki mam przynajmniej wstępny plan. Nie wiem, jak pójdzie mi z realizacją ani czy podołam.

Nie chce mi się logować do clouda od ajfona, więc nie dodam tym razem zdjęć. W poprzednim wpisie było ich co najmnej na trzy posty, to teraz może lecieć sam tekst haha.

Wysuszyło się właśnie ostatnie dzisiejsze pranie, więc wypakuję z suszarki i idę poczytać w łóżku książkę, bo nagle naszło mnie zgłębianie tematu Afryki, Afrykanów, kolonizacji i jej konsekwencji itd itp i już mam całą kupkę książek do przeczytania... Czytam "Afryka to nie państwo" Dipo Faloyin. Bardzo ciekawa, ale kupienie sobie tego po niderlandzku to był niezbyt rozsądny pomysł, bo to nowa tematyka dla mnie i dużo słów nie rozumiem, więc muszę tłumaczyć coś co chwilę. Ma to swoje plusy, ale w tym wypadku bardziej zależy mi na zrozumieniu tematu niż poszerzaniu swojego słownictwa. Nic to, już pół przeczytałam to i resztę też ogarnę.



22 sierpnia 2026

Bruksela: dywany z kwiatów, secesyjny domek i dobre wegańskie żarcie

 W dzisiejszym wpisie bedzie dużo obrazków z Brukseli, bo dwa razy stolicę odwiedziłyśmy z Młodą w ostatnim tygodniu. Na YouTube jest też wideo z pierwszej wizyty. Z drugiej za parę dni też powinno się pojawić, jak będzie miał kto poskładać to nagranie...

Nie mam dziś weny na pisanie, a poza tym muszę sobie najpierw bałagan w głowie poukładać z grubsza, zanim zabiorę się za ubranie myśli w słowa. Więc wyjątkowo wrzucę głównie zdjęcia okraszając je tylko kilkoma słowami. 


1. Dywany kwiatowe.

O Tym jest powyższe wideo, więc nie będę się powtarzać. Dodam tylko zdjęcia interesujących w moim mniemaniu obiektów porobione w Brukseli w mniej lub bardziej przypadkowych miejscach.


mały dywanik z dalii w Muzeum Piwa w Brukseli

zachwycający sufit

Budowla, w której mieści się muzeum

jakiś przypadkowa figura

nazwy ulic, urzędów itp w Brukseli zawsze są w dwóch językach

dywan na rynku 


kawałek dawnych obwarowań miasta



Młoda, jak wiadomo, jest najlepszym wyszukiwaczem ciekawych knajpek i kawiarni. Poniżej wegańska kawiarnia Lucifer Lives, gdzie zjadłyśmy wegańskie bajgle na lunch. Bardzo smaczne wszystko, a wystrój bardzo w naszym guście :-)



matcha lavendowa i sok pomarańczowy

bajgel i ziemniaczki

Odwiedziłyśmy też szmateks i nawet sobie ładną różową kurteczkę jeansową kupiłam za ok 6€ (pokażę innym razem).

szmateks  18€ za kilo

 
Malunki na ścianach zawsze przyciągają moje oko...






nasi tam byli


syrenka na drzwiach





Niektórzy uważają, że spódnice są tylko dla bab... To pa na to:

chłopy całkiem dobrze wyglądają w kieckach

2. Dom Hannonów - Maison Hannon

Przeglądając mój notesik z rzeczami do odwiedzenia, zobaczyłam znowu zanotowany tam zabytkowy piękny dom słynnego belgijskiego architekra Horty i pomyślałam, że właśnie chcę to zobaczyć. Wyguglałam i się okazało, że w piątek czynne, ale trzeba zrobić rezerwację. Dziewczyny były również zainteresowane oglądaniem, ale niestety okazało się, że tak z dnia na dzien nie idzie zrobić rezerwacji. Wszystkie bilety już były wykupione. Ale jak już nam się umyśliło zwiedzanie domu, to sprawdziłam wszystkie, a tego typu obiektów jest w stolicy kilka. Do domu Hannonów były miejsca, to zarezerwowałam trzy. Nawet lepiej, że ten dom wybrałyśmy, bo taniej jest niż w innych i zdjęcia można robić, bo w niektórych telefony i aparaty trzeba zostawić przymusowo w szafce przy wejściu. Pfff.

Tutaj młodzież do 26 lat, czyli obie dziewczyny, miała po 5 euro wejście. Ja miałam za darmo z kartą muzealną musseumpass. Normalna cena dla dorosłych to 14€, a dziecki do 12 lat wchodzą gratis. Rezerwację zrobiłam na 14.20, więc nie musiałyśmy się spieszyć ani rano wstawać.

Do miasta pojechałyśmy autobusem od nas ze wsi, tam przesiadłyśmy się na metro, a ostatnie 1,5 km przeszłyśmy z buta po drodze obserwując bacznie otoczenie i cykając fotki co ładniejszym rzeczom, bo w tej części miasta nie bywamy za często, więc jeszcze dużo rzeczy nas zachwyca. Prawie tyle samo też irytuje albo wręcz oburza, ale nie chce mi się o tym gadać...

kołatka

nie wiem, co autor TEGO miał na myśli

jakiś ładny dom

zblizenie na górne okno, bo łał



krzywe zdjęcie, ale dom ładny

ten to już w ogóle obdarzyłyśmy ocham i achami

to też jakiś znany dom w stylu secesyjnym

Jako że do miasta dotarłyśmy koło południa, to znowu poszłyśmy na lunch, bo byłyśmy głodne, i znowu do wegańskiej jadłodajni. W Reboost. serwują super smaczne, zdrowe i kolorowe michy, czyli smoothie bowls.
Pychota! Ceny przemilczę. Ale żarcie jest warte swoich cen.

nazwa knajpki w lusterku to cyk selfiaka :-)

wnętrze reboost.

czekoladowa micha Najstarszej

moja niebieska micha ze spiruliną 

micha acai Młodej

Najedzone już mogłyśmy iść do tego domu...
A oto i on, dom Hannonów. Chałupę tę zaprojektował w 1902 roku niejaki Jules Brunfaut, na specjalne zamówienie swoich znajomych, małżeństwa Marii Debard i Edouarda Hannona.
Edouward był inżynierem, który w interesach podróżował po świecie i przy okazji ten świat fotografował. Maria była miłośniczką botaniki, a Eduard fanem technologii, poezji i antyku. Dom jest ich portretem. Każda część domu, każdy detal zostały zaprojektowane i wykonane z rozmysłem, a wszystko wiąże się z pasjami i życiem jego dawnych właścicieli. 
Po śmierci ostatniej osoby z rodu, dom stał długo pusty i popadł w całkowitą ruinę. Rozważano nawet jego zburzenie, ale ktoś wpadł na pomysł, by jednak go odrestaurować. Prace w sumie wciąż trwają. 
Ale dobrze, że nie rozwalili, bo mogłyśmy się ponapawać. Chciałabym mieszkać w takim domu. Oczywiście w nowym, a nie w takiej starej ruinie, bo mimo odnowienia i napraw to wyraźniej jest ruina i tylko na muzem się nadaje. Mimo wszytsko jest zachwycający. Bardzo nam się podobał.
Nakręcono tu kiedyś nawet jakiś film, bodajże, "Mama Dracula" czy coś takiego... Jeszcze na płytach VHS był, czyli dawno dawno temu...













te schody są po prostu cudne







schody widziane z piętra



witraże też niczego sobie


wyjście kuchenne czy coś

włącznik światła

kaloryfer

drzwi od zewnątrz

ujęcie od drugiej strony


A dalej to już detale z innych randomowych mijanych po drodze domów.



Ułożyłyśmy kolejne puzzle, które nie dawno zakupiłam w księgarni w Mechelen, bo na promocji były. Dużo kolorów, czyli oczobolne, ale łatwe.


A to malutkie stworzonko siedziało na drzwiach wejściowych. To maluszek, a tylko na zdjęciu na bydlę wygląda, bo sporo go powiększyłam, gdyż bardzo mi się podobał.