27 marca 2026

Co to jest kijk- en doedag w VDAB?

 W Belgii mamy wiosenną aurę, a to oznacza, że robię sporo zdjęć, bo po pierwsze w przyrodzie dużo się dzieje, a po wtóre przy dobrej pogodzie łatwiej się zmusić do wyjścia z domu. Zdjęcia jednak wrzucę po spisaniu swoich przemyśleń i obserwacji z ostatnich dwóch tygodni. Jak się komuś nie chce czytać, ale ma chęć pooglądać obrazki, niech skroluje na koniec tekstu...

Teraz dam tylko zdjęcie czterech ostatnich ciastek, które w zeszły piątek upiekłam, bo tak wyśmienicie smakowały, że nawet porządnego zdjęcia nie zdążyłam zrobić. Ba, nawet ostygnąć nie zdążyły, a już zniknęły. Młody nazywa tego typu ciastka "ciastkami podstawowymi", bo - jak kiedyś mi wyjaśnił - w każdej bajce i filmie takie ciastka jedzą. On kupuje czasem takie wielkie czekoladowe ciacha w Madmun na dworcu razem z ulubioną matchą latte. Pomyślałam, że przecież można takie ciasteczka samemu spróbować zrobić w domu, bo to nie  może być trudne i faktycznie, to bardzo łatwe i szybkie ciasteczka są. Tyle że równie szybko znikają... No ale chyba o to chodzi w sumie... Użyłam tego przepisu z Wedla, jakby kogoś interesowało: https://wkuchnizwedlem.wedel.pl/przepis/przepis-na-klasyczne-ciastka-czekoladowe , ale pewnie dowolny przepis się sprawdzi. W kwestii czekolady to użyłam akurat kropelek czekoladowych, ale zwykła tania krojona czekolada raczej taniej wychodzi... Znaczy tanią to u nas se można kupić, bo tu kraj czekoladą stoi i nawet najtańsza jest wyśmienita. W PL to nie wiem...


Ciastka ciastkami, ale ja mam do spisania całą kupę przemyśleń i obserwacji z ostatnich dni... Spisanie pomoże mi choć odrobinę se to wszystko we łbie poukładać. A dumałam oczywiście nad ostatnią wizytą w VDAB i pracą asystenta logistycznego w szpitalu czy domu opieki i dumam nadal... z tym że opcja poszerzyła się o wyższe poziomy.

Internety mówią, że to też dosyć ciężka praca, bo cały dzień człowiek na nogach i w ogóle. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że bez dyplomów lub znajomości człowiek nie dostanie pracy NIE-ciężkiej.

Nie mogę się zdecydować, co mam myśleć na ten oraz podobne tematy. Nie wiem, co będzie dla mnie dobre, a co mi tylko zaszkodzi, bo kurde ciągle nie wiem, kim tak na prawdę jestem i na ile mnie stać. Trudne jest to wszystko. Raz myślę tak, za chwilę zmieniam zdanie, by kolejnego dnia wrócić do pierwszej myśli, a zaraz potem stwierdzić coś jeszcze innego.

Najpierw, jak asystentka z VDAB wyskoczyła z tym pomysłem, to się bardzo podjarałam. Potem, jak poczytałam co to za robota, to mi skrzydła opadły, bo stwierdziłam, że to przecież za ciężkie dla mnie. 

Teraz jestem na etapie 1. muszę się dowiedzieć więcej 2. muszę zacząć trenować, znaczy pracować nad kondycją... Albo odwrotnie.

 Bardzo ważne są dla mnie te całe dni informacyjne itp, bo muszę wszak najsampierw zapoznać się ze szczegółami i bliżej się z tą pracą zapoznać. Wtedy będę mogła lepiej ocenić, czy się nadaję czy nie.

Tak czy owak postanowiłam, że bez względu na to, na co ostatecznie się zdecyduję muszę zacząć solidnie pracować nad kondycją i siłą.

Kiedyś mi się przypomniało nagle, jak w pierwszej ciąży ponad 20 lat temu (gdy byłam młoda, zdrowa i piękna)  lekarze kazali mi cały ostatni miesiąc leżeć i te kilka dni, które spędziłam w szpitalu, podczas których darli mordę, gdy tylko wyszłam się przejść po korytarzu, bo miałam leżeć. No to leżałam te kilka(naście) dni... A POTEM BYŁAM SŁABA JAK GIE... Ledwo byłam w stanie pokonać w domu schody, żeby pójść do kibla, czułam się zmęczona, słaba i to zaledwie po kilku dniach nicnierobienia... 

To wspomnienie uzmysławia mi, że moje aktualne długie siedzenie w domu i opierdalanie się całe dnie też może mieć poważne konsekwencje dla mojej kondycji. Oczywiście sytuacja jest inna i wyczerpanie po chorobie i jej leczeniu oraz wpływ terapi antyhormonalnej na pewno ma tu swoje NIEMAŁE znaczenie dla mojego aktualnego stanu. Chroniczne zmęczenie po raku jest problemem znanym i czasem się niektórym pechowcom przytrafiającym, ale i w tej kwestii specjaliści się zgadzają, że aktywność fizyczna jest potrzebna i pomocna, by poczuć się lepiej.

Był już  też czas po raku, że maszerowałam po 10 km i było dobrze, 

że jeździłam rowerem po 40km i było dobrze, a było to nie tak znowu dawno temu! 

Ostatnio jednak przez zimowe lenistwo i stan depresyjny znowu cofnęłam się w rozwoju fizycznym, bo zbyt dużo siedziałam i skrolowałam internet albo czytałam książki, bo nie chciało mi się spacerować regularnie, bo ogólnie kilka miesięcy nic mi się nie chciało i teraz jestem znowu w słabszej kondycji i sile.

Potrzebuję zabrać się za solidniejszą robotę, jeśli chcę dać sobie szanse na tego jakąś sensowną pracę, na jakąkolwiek pracę. Pomyślałam sobie, że jeśli zdecydowałabym się na rozpoczęcie jakiegoś kursu we wrześniu, to mam 5 miesięcy czasu na pracę nad swoją kondycją. To całkiem sporo, jeśli teraz zacznę nad tym pracować powoli.

 No takie sobie właśnie postanowienie zrobiłam, że zaczynam więcej chodzić, więcej rowerować, kilka razy w tygodniu nadal ćwiczyć w domu pompki, brzuszki, skoki na skakance... Nic na tym nie stracę, a tylko zyskam, nawet jak rozmyślę się co do tej roboty. Jednak myśl o niej jest ważna, bo nadaje temu wszystkiemu sens i  wyraźny cel, a cel jest potrzebny, by dawał motywację i chęci do robienia czegokolwiek. Kurde, ciągle muszę sobie to wszystko przypominać i wciąż muszę siebie od nowa zaganiać do roboty, do aktywności, do picia wody itd itd. Zaczynam, a po czasie zaczynam się coraz bardziej obijać i migać od swoich własnych postanowień. Wystarczy jakiś dobry pretekst jak choćby kilkudniowa migrena, gorsza pogoda, zły nastrój i wszystko diabli biorą. Wy też tak macie?

Postanowiłam też w tym roku ogólnie ograniczyć jeszcze bardziej spożycie mięsa. Nie tylko ze względów zdrowotnych, ale i przekonań. Spróbuję też oczywiście bardziej się pilnować w kwestii zażerania owoców i warzyw oraz picia stosownej ilości wody, choć ani z jednym, ani z drugim źle nie jest, ale zawszer może być lepiej c'nie?

Od tej wizyty w VDAB i propozycji zapoznania się z nowym zawodem dosłownie nie mogę przestać o tym myśleć. Waham się, mam mnóstwo najróżniejszych wątpliwości, ale cholernie jestem ciekawa pracy w służbie zdrowia choćby jako ten asystent logistyki, czyli pomocy pielęgniarek.

Zaliczyłam póki co dwa kijk- en doedag(en) (kijk- en doemoment) z VDAB, czyli "dni patrzenia i robienia". To taki rodzaj momentów informacyjnych, podczas których bierze się aktywny udział w jakimś kursie. Raz byłam przez jakies dwie godziny na przypadkowej lekcji w klasie. Wraz z kilkoma innymi "podglądaczami" siedieliśmy w ostatniej ławce, słuchaliśmy, przyglądaliśmy się zajęciom praktycznym. Drugim razem przez pół dnia uczestniczyłam w kursie praktycznym biorąc w nim aktywmy udział, czyli faktycznie ROBIĄC, próbując tak jak regularni kursanci. Super sprawa, by lepiej zorientować się, czy dany kurs i zawód w ogóle nas interesuje. Przed kursem na wychowawcę świetlicy byłam - jak może niektórzy pamiętają - cały dzień w żłobku, gdzie pomagałam aktywnie przy dzieciakach: karmienie, zabawa, pilnowanie podczas zabawy na świeżym powietrzu. To ostatnie nawyzwało się inleefdag, czyli dzień wczucia się w nową pracę. Takie dni próbne są darmowe dla szukającyh pracy, ale wymagają zapisania się.

Na pierwszym spotkaniu informacyjnym w Gandawie, które właśnie mam za sobą, wzięłam wraz z 5 innymi osobami udział w jakiejś przypadkowej lekcji z kursantami tego kierunku połączonego z nauką języka niederlandzkiego. Żaden tam szał. Ja przecież nie dawno chodziłam na kurs wychowacy świetlicy, więc wiem jak takie lekcje wyglądaja.

Po lekcji było już rzeczywiste spotkanie informacyjne i babka powiedziała tam dość ciekawą rzecz. A mianowicie że istnieje trzy stopnie, trzy różne zawody w tym kierunku. Logistiek assistent to etap pierwszy i wielu kursantow na tym poprzestaje, ale - jak podała dalej - VDAB częstokroć wymaga od ludzi, by kontynuowali naukę aż do ostatniego stopnia, ze wzgledu na to, że brakuje ludzi w tym zawodzie. Dla asystentów logistyki jest o wiele mniej możliwości zatrudnienia, a dla zorkundige mnóstwo. Drugi stopień to verzorgende, a ostatni to zorgkundige. Nie mam bladego pojęcia, czy w Polsce ma to swoje odpowiedniki. Google mi mówi, że to wszystko nazywa się po polsku opiekun medyczny albo opiekun osób starszych

Tutaj ma to trzy stopnie i z każdym zwiększa się zakres możliwości i obowiązków. Ten ostatni w każdym razie musi się zarejestrować, by uzyskać jakąś wizę... Na razie nie mam pojęcia o co to w ogóle lata, bo do takiego etapu jeszcze nie doszłam, a słabo orientuję się we flamandzkiej służbie zdrowia od tamtej strony. W polskiej tym bardziej się nie orientuję.

Nie dowiedziałam się, ile to kosztuje, bo babka nie wiedziała. Powiedziała, że mało kto płaci całość, ale każdy ma inne zniżki, bo to zależy, czy ktoś jest na zasiłku dla szukających pracy, czy ma stały zasiłek z opieki społecznej, czy nie ma dochodu etc etc.

Dowiedziałam się, że to faktycznie dość ciężka robota - podobnie jak pielęgnarki - nie tylko fizycznie, ale mentalnie. Jednak, że lżejsza niż sprzątanie, wg tej pani przynajmmiej. Dowiedziałam się, że ten konkretny kurs do ostatniego stopnia taki  połączony z niderlandzkim (którymi mi akurat nie jest potrzebny) trwa łącznie 2 i pół roku i zajęcia są 4 razy w tygodniu w tym około połowa to staż. Miejsce na staż szuka się samemu najbliżej domu, lekcje są w tej dupnicy koło Gandawy, w której właśnie byłam. 

Już mam trochę wiedzy i to, czego się dowiedziałam, mnie jeszcze bardziej zainteresowało i zachęciło. Gorzej - teraz myślę już o pełnym kursie haha. 

Nadal nie wiem, czy się do tego nadaję, ale nie wiem też do czego innego mogłabym się nadawać, więc może powinnam jednak spróbować, by się dowiedzieć...? Innych pomysłów wciąż brak. 

Miałam zgłosić się na ten wolontariat do biblioteki. Nawet e-mail motywacyjny do urzędu gminy już napisałam, ale nie wysłałam... 

no bo zwyczajnie nie mam ochoty iść do biblioteki. 

Jakby ktoś przyszedł i mi nakazał, to bym poszła, ale z własnej woli na prawdę nie mam ochoty. Gdyby wolontariat w świetlicy nie był płatny (płatnego nie wolno mi robić), dziś bym poszła. Poszłabym do azylu dla zwierząt z chęcią (i może pójdę), ale cholera jasna ta biblioteka mi nie leży i tyle. W tym tygodniu widziałam 2 wakaty w Vilvoorde na 19 i na 15 godzin w tygodniu. Od nas niezbyt daleko, ale autobusem ponad godzinę jazdy, a do tego godziny pracy biblioteki są - jak wiadomo - beznadziejne, bo to często popołudnia (do 20 godziny) i soboty. Tak, u nas też biblioteka czynna jest od 14 godziny do 20 plus sobotnie poranki. Ma to sens dla klientów, którzy albo chodzą do szkoły, albo pracują, ale dla pracowników to kicha. Próbowałam się przekonać, że jednak biblioteka ma dla mnie sens, bo to lżejsza praca niż np sprzątanie (przynajmniej fizycznie, bo mentalnie to już niekoniecznie), bo mam doświadczenie w tym zawodzie, a na upartego mogę i o uznanie dyplomów się postarać (choć w sumie to nie mam niepotrzebnego tysiąca euro), bo może w koncu udało by mi sie znaleźć zatrudnienie w okolicy... Ale to na nic. Nie potrafię zapałać chęcią do tej pracy. Nawet płatnej. Nie mówiąc o wykonywaniu jej za darmochę. To już wolę se z kurami w ogródku grzebać haha. Zamknęłam ten rozdział 16 lat temu i chyba potrzebuję by pozostał zamknięty.

Opowiem tu jeszcze o mojej fascynującej podróży do Gandawy na to w.w. spotkanie informacyjne. Lubię jeździć pociągami, ale czasem to nie wiem już czy się śmiać, czy zapłakać... Co raz to inna heca.

Wybrałam się na pociąg godzinę wcześniej, bo jak jadę w nowe miejsce, zawsze chcę być tam dużo wcześniej,  by na spokojnie dotrzeć, znaleźć drogę, właściwy lokal, by się nie denerwować, nie spieszyć, nie panikować. Nienawidzę przychodzenia w ostatniej chwili ani wychodzenia na ostatnią chwilę. 

Pociąg do Gandawy mamy co godzinę z sąsiedniej wsi. Przyjechał na czas. Przejechał jedną stację i przed drugą się zatrzymał, bo miał czerwone... Staliśmy i stali, aż w końcu konduktor przeprosił, że czekamy, ale nasz tor jest zajęty i musimy czekać, aż inny pociąg odjedzie. W końcu nas wpuszczono. Ludzie wysiedli, inni wsiedli, odgwizdano odjazd i drzwi się zamknęły z piskiem, ale pociąg nie ruszył. Po chwili znowu z głośników poleciały przeprosiny wraz z informacjami, że znowu jakiś pociąg blokuje nam tor, bo miał jakiś problem i go muszą zresetować. Nic to, po krótkiej chwili ruszyła maszyna po szynach żwawo, by po przejechaniu jednej stacji nadle z piskiem się zatrzymać w polach. Już pomyślałam, że kogoś przejechaliśmy, ale na szczęście TYLKO jakiś problem na torach... Staliśmy z pół godziny czy dalej. Dobrze że zabrałam przezornie czytnik ebooków z rozpoczętą lekturą i że miałam zapas czasu to nie liczyłam minut tylko czytałam książkę... W końcu ruszyliśmy, ale ospale z mozołem koło za kołem z prędkością pieszego, bo - jak poinformował znowu konduktor - po awarii tak należy jechać. Jakieś młodziki przede mną śmiali się z tych biedaków, co czekali na drodze przed opuszczonymi zaporami na przejeździe patrząc na pociąg jadący w   s l  o w m o t i o n. Wysiadając w Gandawie usłyszałam z ich strony "kut treinen" (opiździałe pociągi), bo pewnie schłopaki późnili się godzinę na zajęcia albo do pracy. Dotarliśmy bowiem do Gandawy z godzinnym opuźnieniem. Ech!

A tu dworzec w Gandawie teraz już całkiem rozpiżony. Znaczy się remont trwa już kilka lat, ale teraz główne przejście demolują i jakąś dziwną drogą się idzie pomiędzy płotkami budowlanymi i rusztowaniami. Podążałam za ludźmi i tak udało mi się wyjść z dworca koło przystanku autobusów, a mój autobus akurat stał na swoim stanowisku, no to wskoczyłam i pojechałam dalej. Autobus jechał około pół godziny, ale i tak miałam jeszcze zapas czasu do tej lekcji pokazowej w szkole dla dorosłych.

Droga powrotna też dosyć emocjonująca się okazała, bo kierowca o mało jakiejś kobiety na przejściu dla pieszych nie przejechał. Ona miała zielone, a my czerwone. Zatrzymał się z piskiem tuż przed jej ramieniem, a potem otworzył okno i jeszcze zaczął się drzeć na nią w jakimś obcym języku. JPRDL. Coraz więcej człowiek ma obaw wsiadając dziś do autobusów, bo brakuje kierowców, więc zatrudniają dosyć przypadkowych ludzi, podejrzane typy z różnych krajów. Coraz częściej słyszy się o jakichś ekscesach z udziałem kierowców autobusów. Jeden staranował przystanek, drugi zderzył się z tramwajem, wielu przejeżdża przez tory i skrzyżowania na czerwonym, co jakiś czas wjeżdżają w domy, to znowu wysiadają w przypadkowych miejscach blokując drogę autobusem i rozkłądając na chodniku dywanik by się pomodlić (tak, były takie przypadki niedawno). Obłąkanie nie zna granic.

Druga lekcja pokazowa była w Aalst. Pojechałam tam na rowerze, bo to tylko 20 km w jedną stronę, a połączeń nie ma dobrych. Mamy za to bezpośrednią ścieżkę rowerową biegnącą wzdłuż dawnej linii kolejowej to się fajnie jedzie. Tym razem był to kurs sprzątania, w którym uczestniczyłam aktywnie wraz z trzema innymi bezrobotnymi. Myślałam że to będzie konkretnie sprzątanie biur, szkół i szpitali, ale to ogólny kurs dla wszystkich sprzątaczy, czyli zarówno sprzątanie prywatnych domów jak i lokali. Kurs taki trwa 2 miesiące codziennie od rana do szesnastej. Żebym ja mogła na taki kurs pójść zanim zaczęłąm pracę na sprzątaniu to ale bym miała ułatwiony start. Teraz to musztarda po obiedzie... ale dobrze, że poszłam tam, to teraz wiem, że coś takiego istnieje, o.

Po tych kilku godzinach wiem już, że to świetny kurs dla każdego, kto chce sprzątać. Tego dnia akurat uczyli się czyścić podłogi różnymi szmatami, różnymi mopami, na mokro i na sucho. Tym razem my oglądacze też braliśmy aktywny udział, tzn myliśmy podłogę na różne sposoby. Oni tam w tym VDAB w Aalst mają specjalną salę lekcyjną do tego kursu. Jest tam jakby dom urządzony. Taki dosyć dziwny, bo pomieszczenie ma kilka rodzajów podłóg, żeby na różnych powierzchniach można było ćwiczyć ścieranie. Mają tam też kabinę prysznicową, umywalkę z lusterkiem, a nawet coś w rodzaju pokoju: drewniana podłoga, szafa, łóżko, szafka nocna. Na łóżku dwie zmiany pościeli,  by i zmieniania pościeli można było się uczyć. Poza tym różne mopy, wiadra, szczotki, odkurzacze, maszyny, produkty, ścierki, żelazka i deski do prasowania, chuje muje dzikie węże. 

Dobrze było to zobaczyć, bo myślę, że dla Córki może być to świetny kurs. Tylko muszę sprawdzić, czy tam się da jakoś normalnie czymś dojeżdżać, zanim zapytamy o to jej asystenta z biura pracy. 

Innego dnia byłam w Mechelen, by pójść z Młodym na wizytę u laryngologa. Zbadali mu słuch i na razie wszystko w normie. Nie zmienia to faktu, że Młody ma jakiś problem ze słyszeniem, ale może to to samo Młoda ma i ja, czyli słaba filtracja dźwięków (popularny problem autystyków), przez co źle się słyszy... Nic to. Ważne, że słuch jako taki jest ok.

Poznałam przy okazji kolejny szpital. Pierwszy raz bowiem byłam w Mechelen. Przez te 13 lat pobytu w BE odwiedziłam już szpitale: w Geraardsbergen, Asse, Sint-Niklaas, UZ Brussel, UZ Leuven, Dendermonde, Aalst. Turystyka szpitalna haha.

A ten w Mechelen ma jedną śmieszną rzecz - poczekalnie. Kurde, jakaś parodia to jest. Przyszliśmy, zarejestrowaliśmy się i pani skierowała nas do poczekalni. Dotąd jak w każdym innym szpitalu. Świstek z naklejkami, który otzrymaliśmy przy rejestracji trzeba było zeskanować pod czytnikiem w poczekalni, co jakaś miła pani (też pacjentka) nam uświadomiła, gdy tylko przyszliśmy. Czekaliśmy grubo ponad pół godziny, ale w końcu wyświetlił się nasz numer wraz z numerem trasy, którą mieliśmy pójść. Poszliśmy i się okazało, że tam jest kolejna poczekalnia. Tego jeszcze nie grali. Taka niespodzianka. Znowu ta sama pani, która tam już siedziała, powiedziała nam, że znowu musimy zeskanować nasz kod. I znowu czekaliśmy. Tym razem lekarka zawołała Młodego po imieniu. 

Potem jednak zrozumiałam po co ta druga poczekalnia i że to ma jakiś sens. Po rozmowie z lekarką poszliśmy do drugiego pokoju na badanie słuchu, a lekarka obsługiwała kolejnego pacjenta. Po skończeniu badania czekaliśmy w poczekalni aż lekarka wezwie nas podnownie w celu omówienia wyników. To ma sens, że nie trzeba daleko iść.

Po tych wszystkich wycieczkach do czterech stron świata dziś jestem zmęczona, ale też nie nasiedziałam się za bardzo. Zrobiłam pranie, upiekłam chleb na zakwasie i placek na oleju z owocami, ugotowałam zupę szczawiową z lanymi kluskami, bo wieki nie jadłam, a kiedyś zobaczyłam w polaku szczaw w słoiku i mi ślinka zaczęła cieknąć. Posprzątałąm trochę: odkurzanie, mopowanie, łazienka i kibel po całości. Tylko na dole - góry nie sprzątam. Znaczy naszą sypialnię to raz, może dwa razy na miesiąc sprzątnę, jak już czarnej szafki nocnej spod kurzu nie widać. Reszta to już nie mój teren, Każdy ogarnia sam albo nie ogarnia, ale co mnie to gówno obchodzi. A dziś jeszcze kurniki oba posprzątałam i u świnek pozamiatałam (Najstarsza wczoraj wymieniała im dywaniki i umyła wszystko). Poza tym odbyłam 3,5-kilometrowy spacer w towarzystwie starszej córki i tak minął jakoś cały dzień. Teraz zasypiam prawie na siedząco, ale jakoś postarm się wytrwać do 21. Jutro i pojutrze w planie nicnierobienie, bo w tym tygodniu trochę przesadziłam z aktywnością. Mam stopniowo zwiękrzać aktywność, bo co nagle to po diable... No ale tak wyszło.

Jeszcze byłam w pobliskim muzeum żeglarstwa, ale to kiedyś (jak się złoży) opublikuję w osobnym wpisie.

Nowy rower Młodego na razie dobrze się sprawuje. Młody radzi z nim sobie doskonale. Znalazł dla niego właściwe miejsce w pociągach - tuż przy drzwiach (wsiada i wysiada się na tej trasie zawsze z tej samej strony, więc z drugiej spokojnie może stać rower). 

Jeszcze tydzień i będą ferie wielkanocne. Nie do uwierzenia, jak ten czas zapitala!

W menu ostatnich 2 tygodni było m.in.

ruskie pierogi,

pizza domowa

kopytka z serem, jagodami i śmietaną oraz ziemniaki z mielonymi kotletami dla mięsożerców

makaron carbonaropodobny wegański i niewegański, 

frytki z fryciarni

zupa szczawiowa

(tyle pamiętam)

A teraz parę fotek z popfrzedniego tygodnia, bo z tego mi się nie chce dodawać. Muszę odpocząć.









łyski budują gniazdo

pliszka żółta





dwóch kosów




Mechelen - na pierwszym planie pozostałości młyna

park Kruidtuin w Mechelen


Kruidtuin Mechelen

magnolia


Kruidtuin


Kruidtuin

Kruidtuin

Mechelen

nowy rower w pociągu


gęsi kanadyjskie

rzeka Skalda w Baasrode

kaczka czernica









wrona z gałązką w dziobie

Mewy

perkoz



 


perkoz

kormoran


pole fiołkowe




14 marca 2026

Niemcy dosłali właściwą ładowarkę, a w żonkilach pojawiły się psy

 No i poszliśmy na to niedzielne wielkie sprzątanie do szkoły... 

To co tam zobaczyłam, przeszło moje nadziksze oczekiwania haha. Panie, galopujący szok, na jakim etapie jest w ogóle ten remont. 

Jak pisali o dokańczaniu to ja oczami wyobraźni widziałam jakieś ostatnie szpachlowania przed malowaniem, ostatnie machnięcia pędzlem, jakieś tam przyklejanie listw podłogowych, żyrandoli, ewentualnie wykończenie jakiegoś strychu czy piwnicy, a tu, człowieku, nawet kuźwa schody główne nie zrobione, drzwi do klas nie ma, w ścianach dziury na wylot , znaczy na zewnątrz, na pole zaklejone po kawałku jakąś dyktą albo folią, podłogi wyłożone kawałkami płytą pilśniową. Tu i ówdzie jakiś gruz zalega, gdzie indziej stoją wiadra i sprzęty. Pod szkołą jakieś stare sedesy stoją. Piwnica, gdzie normalnie sale lekcyjne są, praktycznie nie otynkowana, na podłodze czysty cement, kible działają tylko na parterze, a szkoła ma poza tym 2 piętra i piwnicę. Winda oczywiście, że nie działa... Kopara opada. 


sala do samodzielnej pracy indywidualnej 



lepsza klatka schodowa 

z zewnątrz zacnie


I pomyśleć, że remont miał zostać skończony w 2024 roku, DWA LATA TEMU!!!... ale pewnie jak zwykle nima komu robić.

Pojechałam z Młodym gdzieś koło południa, że zobaczymy czy jeszcze jest coś do roboty... HA HA. 

Tam to wygląda, jakby ze 4 lata jeszcze było co do roboty.

 Ale mniejsza o to. 

Zapytałam, w czym mogę pomóc i dostałam wiadro, szmatę i ściągaczkę na kiju. Poszłam z jakimiś kilkoma nauczycielkami sprzątać dużą salę, przeznaczoną do samodzelnej cichej pracy. Umyłyśmy (najwyraźniej już po raz któryś) podłogę, a potem krzesełka i stoliki... Potem pomagałam jeszcze w innych salach, umyłam jeden długi korytarz, który zdawał się nie mieć końca...  Przyklejałam też naklejki z imionami na szafkach. Młody załapał się z innymi chłopakami do noszenia jakichś stołów, krzeseł, a potem ganiali po podwórku, wspinali się na drzewa, bo tam ogromne drzewska rosną...

Mimo kiepskich warunków i tu i  ówedzie rzuconej uwagi nt stanu remontu i ogromu pracy, humory i pozytywna energia wszystkim tam dopisywała. Nauczyciele razem z rodzicami, uczniami z uśmiechem na pyskach zasuwali w pocie czoła, by przygotować jak najlepiej szkołę do poniedziałkowych pierwszych zajęć. Pan z sekretariatu z innym panem przykręcali tablice i ekrany. Dyrektorka rozdzielała zadania, ale i sama też śmigała na mopie albo ze ścierą, czy targała meble. Poznałam kilku nauczycieli Młodego i obejrzałam sobie całą szkołę na spokojnie. Dużo tam jeszcze jest do zrobienia, ale jak to w końccu ukończą, to będzie to na prawdę zacna szkoła. Gdy po jakichś trzech godzinach uznałam, że jak na mnie wystarczy i zaczęłam się żeganać, wszyscy mi serdecznie dziękowali za przyjście, bo każda para rąk się liczy w takim przedsięwzięciu.

Jednak zmęczyłam się okrutnie, a jeszcze nie chciało mi się użerać z moim rowerem w pociągu, więc korzystałam z normalnego blue-bike, co wymagało porządnego kręcenia te 4 w tamtą i cztery w powrotną stronę. Przy czym oczywiście droga powrotna była jakby cięższa i ledwo z biedą do tej stacji dojechałam. Sie człowiek rozpanoszył na tym elektrycznym rowerze, że się teraz kręcić lekko by chciało zawsze i wszędzie, ale to tak nie działa, panie...

 Potem poszliśmy na hamburgery, ale Araby nie miały bułek, więc zjedliśmy tylko frytki. Gdy doszliśmy na dworzec, zobaczyliśmy że nasz pociąg ma blisko 20 minut opuźnienia. Niech żyje NMBS! Do domu dotarliśmy gdzieś koło 20tej. Następne dni byłam zmęczona jak fiks.

Młody zaraz w poniedziałek skonstatował, że "chyba Polacy" tam robią przy tym remoncie, bo raz głośne "KURWA!" słyszał haha. 


W poniedziałek zaraz z rana zadzwoniłam do Lidla

Panie, nawet szybko się dodzwoniłam na biuro obsługi i bardzo miły pan odebrał. Tyle tylko, że jak poszedł na chwilę coś tam robić (uzupełniać dossier czy kogoś się pytać??) to włączył muzyczkę... Znaczy MUZYCZKA to była by okej, ale na poczekajce w Lidlu mają reklamy produktów z Lidla. Jessssu! To najgorszym przestępcom powinni puszczać w więzieniach, a nie normalnym ludziom. Myślałam, że mnie do czubków trzeba będzie odwieźć, zanim chłop ponownie się odezwie... 

Jak już w koncu się odezwał, rzekł iż wysłał moje zgłoszenie problemu do dostawcy rowerów i że do dwóch tygodni powinni się skontaktować. No zajbiście, pomyślałam, teraz bedziemy czekać 2 tygodnie na następną miłą rozmowę... Ale nie, już na drugi dzień, przyszedł mejl z Niemiec, że przepraszają bla bla bla i z pytaniami dodatkowymi na temat szczegółów zamówienia i problemu. Gdy odesłałam dane, które chcieli, po dłuższej chwili pojawił się w skrzynce kolejny mejl, tym razem po niemiecku. Niech żyje tłumacz google! Znowu przeprosiny i oświadczenie, że czym prędzej wyślą mi właściwą ładowarkę, a tą mogę wyrzucić i nie muszę jej odsyłać... Młode od razu jednogłośnie oświadczyły, że sprzedadzą na vinted, bo na pewno ktoś szuka haha. Nowa, właściwa tym razem, ładowarka dotarła zgodnie z prognozą w piątek. Naładowaliśmy rower i Młody zrobił już próbną jazdę oświadczając potem, że jest git.

Rower jawi się bardzo solidny, nic się nie kolebocze jak w tym starym, a tak nawiasem mówiąc, to stary już do jazdy w ogóle się nie nadaje. Przerzutki rozpindoliły się w drobny mak podczas ostatniej jazdy. Spróbujemy kupić jakieś nowe i założyć, bo szkoda wyrzucać po pół roku roweru za 800 ojro, ale warty to on tyle na pewno nie był. Gówno jakich dziś wiele... 

Zatem NIE POLECAM rowerów FLEBI z Decathlonu w żadnym wypadku. Skurwysyństwo Wirus. W ogóle żadnych rowerów z Decathlonu nie polecam.

Czy składak FoldX 530 z Lidla się sprawdzi, napiszę zapewne za jakiś czas, bo wygląd swoją drogą, a życie swoją...


Jego dużą wadą jest waga i gabaryty. Waży skubany ponad 20 kilo i po złożeniu jest ciagle dosyć wielki. No ale coś za coś. Na stronie kolei NMBS nie ma wytycznych dotyczących gabarytów roweru składanego, który można zabrać gratis do pociągu. Podają tylko, że ma być całkowicie złożony przed wsiadnięciem do pociągu. Holendrzy mają w swojej kolei dokładniejsze wytyczne, ale ten rower jak ten mieści się w normach. Na styk, bo na styk, ale ważne, że takiej wielkości rower nadal jeździ za darmo, gdy jest złożony.

Młody jest w stanie go podnieść, bo ostatnio dosyć intensywnie ćwiczy z hantlami, robi pompki, brzuszki itd, to siły nabrał i mięśnie już ładnie przypakował, ale czy poradzi sobie z wkładaniem tego roweru do pociągu, gdy przyjedzie wysoki pociąg, to się okaże w praniu. Najczęściej jeździ pociągami, które mają podłogę na równi z (wysokim) peronem, ale czasem puszczają niestety to badziewie ze schodami...

Po niedzieli się przekonamy, jak mu pójdzie dojeżdżanie do szkoły w nowej konfiguracji rowerowej.

* * *

W tym tygodnu byłam też dwa razy w biurze pracy VDAB. Raz z Najstarszą, raz ze sobą...

Najstarszej tym razem jakiś gadatliwy entuzjastyczny chłop się trafił. Jego gadanie i mrowie informacji, skądinąd pozytywne,  spowodowało u Najstarszej ogromne przebodćowanie i  shutdown. Zaczęła wyglądać jak chora, czuć się  ogromnie zmęczona, nieobecna i czym prędzej chciała wyjść stamtąd... A tu na zewnątrz jeszcze lało jak z cebra i ogromnie sie ochłodziło. Postanowiłyśmy pójść do kawiarni, by napić się coś ciepłego na rozgrzewkę. Nie daleko było, ale i tak zaczęłyśmy obie strzelać zębami z zimna. Zmęczenie oczywiście tego stanu nie poprawiało... Słodka latte i kawałek ciasta trochę pomogły. Potem jeszcze wstąpiłyśmy do sklepu po parę spożywczych artykułów i tak udało nam się doczekać do przyjazdu naszego autobusu, który - jak wam już wiadomo zapewne z poprzednich wpisów - odjeżdża raz na godzinę.

 Jednak chłop podał też sporo ważnych i konkretnych informacji. Najstarsza jest bardzo zadowlona, że wreszcie ktoś coś ciekawego i przydatnego powiedział... Po raz pierwszy jasno i wyraźnie ktoś powiedział otwarcie "My ci pracy nie znajdziemy. Ty sama se musisz pracę dla siebie znaleźć. My podpowiemy ci jak i pomożemy z formalnościami". Dla Córki było to bardzo ważne. Konkretne informacje. Gość podał nam też, gdzie najwięcej możliwości jest jeśli idzie o zakłady pracy chronionej i że np w Dendermonde jest raptem jedna firma, ale np w Sint-Niklaas jest sporo...

Powiedział też (wbrew temu, co zdawali się sugerować inni) że córka nie jest bynajmniej uwiązana do regionu, tylko może szukać zakładu pracy w dowolnym miejscu dla niej wygodnym.

Dowiedzieliśmy się też, że nic nie stoi na przeszkodzie, by spróbowała w międzyczasie - jeśli takie ma życzenie i możliwość - zacząć pracę na sprzątaniu. Gdyby jej się to nadało i dobrze szło, po kilku miesięcach po prostu zamkną jej dossier, a jak się nie powiedzie, to będzie mieć zakłady pracy chronionej jako plan B. Do następnego spotkania ma sobie znaleźć zawody, które by ją interesowały z tych w pracy chronionej i których by chciała spróbować. A po niedzieli zamierzamy razem pójść do pobliskiego biura sprzątającego i wypytać się o możliwości zatrudnienia dla niej i warunki.

Jedno, co mnie osobiście lekko zirytowało, to jedna wypowiedź pana w związku z naszym pytaniem o tę pracę na sprzątaniu (zapytałyśmy, czy można w trakcie tego trajektu) że "pieniążki faktycznie mogą zdawać się ważne... ". Nie wiem, czy dokładnie takie były słowa, ale dość że wydźwięk ich był w każdym razie taki, że oto moja corka dla fanaberii postanawia, że chciałby zarobić kilka centów, gdy jako alternatywę może odbyć kolejny zajebisty DARMOWY, NIEPŁATNY, ZA FRIKO staż, czy jakieś dni próbne.

Dla mnie zabrzmiało to w każdym razie jak tekst rozpieszczonego dzieciaka z bogatej rodziny, który skończył studia za pieniądze rodziców, na starcie w dorosłość dostał od starych w pełni umeblowany dom,  porządny samochód i kilka tysicy na kącie na drobne wydatki, a do pracy poszedł z nudów... 

Nie znaczy, że tak jest, że mam rację, bo może po prostu tak to tylko zabrzmiało albo ja to opacznie zrozumiałam, a jednak nie po raz pierwszy mam wrażenie, iż dla belgijskich urzędników i nie tylko urzędników jest oczywiste, iż wszyscy  rodzice mogą z palcem w dupie zapewnić utrzymanie swoim dorosłym dzieciom, kupić im dom, samochód i w ogóle, bo każdy zarabiał przez całe życie po 5 tysięcy euro, nigdy na nic nie chorował, nie miał problemów i ma naodkładane milionów w skarpecie... 

Jeśli takie właśnie podejście było tutaj przez ostatnie pół wieku, to chyba nie dziw, że ludzie po 20 lat pobierali zasiłki dla "szukających pracy", a dziś, gdy rząd zabrał im pieniążki to robią awantury w urzędach pracy i w pomocy społecznej, chcą bić urzędników i demolują urzędy. Tak, w Antwerpii np zainstalowanao specjalne szerokie lady, przez które petent nie może dosięgnąć pracownika urzędu, a urzędnicy mają z tyłu wyjście ewakuacyjne i przyciski alarmowe - jak widziałam w wiadomościach - bo leniom śmierdzącym sie nie podoba, że ktoś każe im nagle iść do pracy... No ale z drugiej strony widzę jak to wszystko działa, jak sięmiesiącami  mieli, jak cię odsyłają od kajfasza do annasza, jak ci proponują jakies  staże (zakładając oczywiście, że będziesz żył przez ten czas z zasiłku), ile to wszystko trwa... no to też i nie dziw, że jest jak jest. 

Jeszcze innej ciekawej obserwacji i wniosków się dorobiłam dzięki tym wszystkim wizytom w VDAB. Już kilka razy usłyszeliśµy od urzędników i czytam to też wszędzie na swoim koncie internetowym, mejlach etc, że "ważne jest by stawiać się na spotkania w urzędach" "ważne jst by przychodzić punktualnie" no i ci urzędnicy to też notują i podkreślają we wszelakich ewaluacjach, a nawet jakby ze zdziwieniem komentują, że Najstarsza zawsze przychodziła na wszystkie spotkania i do tego punktualnie... A czy to kurwa nie jest oczywiste?! Logiczne? Rozumiane samo przez się?! Dla mnie to jest wielki szok, że dla tzw normalnych ludzi nie jest to czymś oczywistym. I jeszcze mówią, że trzecie... TRZECIE!!!! nie stawienie się na spotkanie dopiero może wiązać się z zabraniem zasiłku (gdy ktoś owy pobiera). 

Moim zdaniem, jeśli ludzie tak traktują to wszystko, to prawo winno być do tego dostosowane, czyli porządnie przykręcona śruba, tak by tylko ludzie, którzy na prawdę pomocy potrzebują, pomoc dostawali, a na resztę to solidnhy bat i zagnać skurwysyństwo do roboty. Dzięki temu pośrednictwo pomiędzy szukającymi pracowników i szukającymi pracy też by sie uprościło. No ale to moje zdanie, a ja jestem dziwna...

* * *

Ja też na konkretną babkę trafiłam. Po nazwisku i kolorze skóry konstatuje, że to nie jest rodowita Belgijka i to może mieć znaczenie. Inni obcokrajowcy częstokroć o wiele lepsze rozeznanie mają w możliwościach niż tubylcy, bo albo sami zwykle trudną drogę przeszli, dzięki czemu wiele się nauczyli, albo pomagają rodzinie czy swoim rodakom... Często też lepiej rozumieją problemy drugiego człowieka niż ci, którzy od zawsze w tym tutejszym skostniałym schemacie funkcjonują i nie potrafią spojrzeć z innej perspektywy.

Dość, że szybko znalazłyśmy razem kilka pomysłów na potencjalną pracę dla mnie, które można rozpatrzeć... 

No i znowu okazuje się, że wiele zawodów można po prostu zwyczajnie pójść spróbować. Są różne dni informacyjno-próbne, że idziesz na kilka godzin porobić interesującą cię robotę, dzięki czemu możesz organoleptycznie się przekonać, czy robota ci leży czy nie... Oczywiście liczba miejsc jest często ograniczona, ale póki co pani udało się mnie zapisać na dzień próbno-informacyjny sprzątania szpitali, biur (coś w ten deseń). Babka stwierdziła, że to raczej dla mnie za ciężkie, a ja jej na to, że też tak uważam, ale mimo wszystko chcę to zobaczyć i się bliżej zapoznać z tym zawodem może na przyszłość lub jako plan B, C, K... (także pod kątem córki). Pójdę gdzieś pod koniec marca zobaczyć, z czym to się je i jak taki moment w ogóle wygląda, bo już samo to jest ciekawe, a ja przecież muszę wszystko wiedzieć, jak działa... tak samo jak Młody.

O wiele bardziej interesującym dla mnie jest logistisch assistent, czyli asystent logistyczny w służbie zdrowia, czyli osoba wspierająca pielęgniarki i opiekunów w szpitalach i domach opieki. Zajmuje się przygotowywaniem posiłków dla pacjentów, serwowaniem napojów, ścieleniem łóżek, przewożeniem pacjentów na zabiegi, przewożeniem materiałów medycznych, próbek krwi do labu, pościeli etc, wykonuje też niektóre prace biurowe i administracyjne... Brzmi to dość ciekawie. Nawet nie wiedziała, że taki zawód istnieje. Nie wiem natutalnie, czy to też nie jest na dzień dzisiejszy za ciężkie dla mnie, ale właśnie zamierzam się tego dowiedzieć. 

Babka zapisała mnie na listę oczekujących na jeden dzień próbny w Gandawie, bo wszystkie miejsca były zajęte. Ale ja potem znalazłam inny dzień próbny z innej organizacji w Mechelen i się zapisałam dodatkowo na koniec kwietnia, gdyby w tym pierwszym sie miejsce nie zwolniło. Kursy i tak zaczynają się albo od lutego, albo od wrzesnia, więc czasu jest w pieron. 

Taaaak, oczywiście, że z chęcią pójdę na kolejny kurs. Nauka to zawsze super przygoda. I tak, nawet jak człowiek ledwo przeżyje to i tak zawsze warto, bo zawsze czegoś nowego się można nauczyć, ciekawych ludzi poznać, nowe miejsca zobaczyć... Dla mnie najgorsze, co może mi się przytrafić, to taka sytuacja jak teraz, czyli długotrwałe siedzenie w domu każdego dnia bez sensu, bez celu, bez perspektyw. Nienawidzę siedzieć w domu przymusowo. To jest dobre przez miesiąc czy dwa, ale dłużej to męczarnia. Nienawidzę domowych obowiązków. Nie jestem kurą domową. Nienawidzę swojej niepełnosprawności.

W międzyczasie może zapiszę się na ten wolontariat do biblioteki, żeby coś robić (o ile mnie przyjmią oczywiście), by mieć powody, by wyjść regularnie z domu, spotkać jakichś ludzi i zobaczyć jak to jest pracować w bibliotece. Ja bowiem tej drogi nie skreślam. Jakby dziś był wakat w dostępnym dla mnie miejscu i francuski ani prawo jazdy nie były obowiązkowe (czasem są),  to bym przekonywaujący list motywacyjny napisała i wysłała, bo każda robota, którą jestem w stanie wykonywać jest okej. Wakatów jednak póki co nie ma, a  poza tym z chęcią spróbowałabym jeszcze czegoś nowego, skoro są jeszcze takie możliwości i nic mi na przeszkodzie nie stoi, bo czemu niby się trzymać się kurczowo tego, co już się zna na tyle, że jawi się to nudne i obmierzłe...? Zawód powinno sie zmieniać systematycznie, zanim popadnie się w smutną rutynę, wtedy by się nie nudziło, bardziej by się było zmotywowanym i bardziej by człowiekowi zależało...

Park De Dries w Opdorp (Oost-Vlaanderen)


We wtorek zaplanowałam sobie wizytę w parku De Dries, bo znowu pojawiły się tam ozdobione figurki, czyli wystawa Lente op Den Dries, która pojawia się co dwa lata, a czasem pomiędzy jeszcze coś innego wystawiają.

Tym razem są pieski Chihuaha

Miało być słonecznie, ale padało. Postanowiłam jednak nic sobie z deszczu nie robić. Przynajmniej spokój był w parku i mi nikt nie przeszkadzał haha.




biuro nieruchomości



zakład fryzjerski


piesek firmy myjącej okna

garaż





firma budowlana







restauracja












piesek bankowy




piesek cukierniczki (mojej znajomej internetowej)

pobliski bar







firma oponiarska

sklep winiarski

biuro nieruchomości

logopeda









psycholog


sklep ogrodniczy







Opdorp 2025

Lente op Den Dries 2024

Lente op Den DRies 2022

Lente op den Dries 2020 (instagram)

Lente op Den Dries 2018 (instagram)

Kunstenparcour Vrijland 2017

Lente Op Den Dries 2016


Co znalazło się w moim menu tego tygodnia?

Na śniadania jadłam głównie chleb na zakwasie domowej roboty - kanapki z pomidorem, ogórkiem, masłem plus herbata czarna z cukrem plus kawa z mlekiem

Obiady, kolacje, inne

tortilla ze smażonym niemięsem, ogórek, sałata, papryka pomidorki koktajlowe i majonez wege\

micha: pieczona brukselka, czerwona cebula i papryka; gotowana kasza pęczak, sałata, feta, ogórek, dressing z oliwy, miodu, soku z cytryny, musztardy

gotowana kukurydza z masłem i solą

kanapki z tuńczykiem wędzonym i awokado

ziemniaki i kalafior z piekrnia plus kiełbaska roślinna

sałatka jarzynowa