4 kwietnia 2026

Wpis wiosenny na opak

 Wkurza mnie dodawanie zdjęć na bloga, bo teksty piszę z chromebooka, a zdjęcia dodaję z iPada. Gugiel z jabłkiem nie koniecznie się lubią, więc nie da się prosto przesyłać dużej ilości zdjęć z iphone'a na inne urządzenia, a chromebook z kolei - podobnie jak  iPad - sam w sobie nie ma dużo pamięci zatem do przechowywania zdjęć używać trzeba chmury internetowej, do której apkę se niby mogę na iphonie zainstalować, ale która jest dla mnie totalnie nieakceptowalna. Z tego się nie da normalnie korzystać. Zatem wystukuję sobie posty normalnie w Blogerze z chromebooka, a potem loguję się z iPada i z niego dodaję zdjęcia do tekstu, jedno po drugim. A że z iPada przesuwać się zdjęć nie daje (na pewno nie tak, żeby szlag wcześniej człowieka nie trafił), to muszę znowu logować sie z chromebooka i szukac myszki, której do niczego innego nie używam... Jednym słowem kupa pierdzielenia. Przy tym iPad dodaje te zdjęcia do bloga w całkowicie przypadkowej kolejności, więc to dosyć mozolna robota, a ja już nie mam cierpliwości, dlatego czasem układ zdjęć w tekstach jest dość nielogiczny.

Dziś postanowiłam dla hecy najpierw wrzucić wszystkie zdjęcia z ostatniego czasu, które chcę użyć, a potem pisać do tego tekst. Niech raz będzie inaczej.

Na poniższym zdjęciu jest pierwszy wiosenny żółty motylek, jakiego udało mi się sfotografować podczas spaceru po lesie. Te kwiatki, na których siedzi, są mi nieznane, ale wydzielały niesomowicie intensywny, acz dość przyjemny, choć duszący zapach.


Maszerując po wsi, zauważyłam ciekawą dekorację wielkannocną ze starych bron (bo to chyba są brony) zawieszoną na ścianie domu. Poniżej w starym betonowym korycie do pojenia krów, zasadzono bratki, choć tego akurat nie widać dobrze na zdjęciu. Fotografowałam z dość daleka i pozostałe zdjęcia się nie udały.
dekoracja wielkanocna

Uganianiu się za owadami i ptakami nie ma końca. Zarówno mnie, jak i Młodym sprawia to wiele frajdy. Za każdym razem próbujemy wytropić jakieś nowe stworzenie, którego nie znamy, ale i te popularne pstrykamy z wielką radością. 
Wyczytałam, że obserwowanie ptaków, podobnie jak nauka języków i tworzenie sztuki, może dłużej utrzymać mózg w sprawności. Kanadyjscy naukowcy przeprowadzili nie dawno badania, z których wynika, że ludzie obserwujący ptaki mają lepiej rozwinięte obszary mózgu związane z uwagą i percepcją. Obserwowanie ptaków poprawia też pamięć i zdolności poznawcze. Mózgi obserwatorów ptaków wolniej się starzeją.  Podczas obserwowania ptaków mózg nie może działać na autopilocie, bo otoczenie i sygnały non stop się zmieniają. Wymaga to nieustannego wysiłku uwagi, percepcji i pamięci, a to jest oczywiście bardzo korzystne dla mózgu. 
Tak czy owak bez wątpienia jest przyjemne i relaksujące. Nie tylko obserwowanie ptaków, ale też owadów, roślin i całej tej przyrodniczej różnorodności.


trzmiel


Któregoś dnia maszerując z Najstarszą po sąsiedniej wsi, zauważyłyśmy dwa koty. Jeden był czarno-biały, zwyczajny dachowiec, czychał chyba na mysz na przydrożnym rowie, bo zdawał się być bardzo skoncentrowany na wpatrywaniu się w jeden punkt. Najtarsza zarządziła, byśmy skręcili na inną drogę, by kotu nie przeszkadzać. Tak też uczyniłyśmy. Kawałek dalej zauważyłyśmy w oddali coś co też wyglądało jak kot, ale zdawało się na kota być za wielkie. Nasze oczy mimo okularów były za słabe, by temu się dobrze przyjrzeć. Miałam ze sobą jednak swój aparat z zoomem, więc zrobiłam temu zdjęcie. No kocur jak w pysk strzelił, ale to jakaś gigantyczna rasa. Bydle ogromne w porównianiu z tamtym czarno-białym dachowcem. Na zdjęciu tego nie widać, bo nie ma dobrego punktu odniesienia. 

kocur gigant

Nieopodal domu zauważyłyśmy dzikiego królika, który tylko od zadniej strony nam się zaprezentował. Nie zmienia to faktu, że my wyjątkową sympatią darzymy wszelakie zającopodobne stworzenia. Zawsze wspominamy wtedy naszą kochaną Fluffy, Lusię, Szu-Lali, Zajonca - króliczycę wielu imion, która umarła na raka. Miała identyczne ubarwienie jak ten tam szaraczek na zdjęciu, tylko uszyska wielkie i kłapciate.


W sklepach pojawiły się już te pyszne belgijskie truskawki pełne smaku. Jeszcze może nie to, co w pełni sezonu, ale już pachną intensywnie i smakują wyśmienicie. Zaserwowałam sobie na śniadanie moje ulubione kanapki z truskawkami i posypką czekoladową. No dobra, bez posypki też są dobre, ale miałam smak na czekoladę.


Któregoś dnia mieliśmy dzień zakupów internetowych. Ja zamówiłam kamienie oraz siatkę na ogrodzenie dla kur oraz 5 dużych płynów do płukania z Neutrala (jedyne naprawdę bezzapachowe, dlatego zamawiam je hurtowo jak są w promocji).
Młoda kupiła suszone robaki i kupę polskich kosmetyków dla całej rodziny, bo odkryłyśmy (na nowo) polski kosmetyczny sklep internetowy w Belgii, a lubimy kosmetyki z Ziaja czy AA. No i są one częstokroć tańsze niż produkty dostępne w pobliskich sklepach, a często też lepsze dla naszej skóry.
 Małżonek zamówił hurtowo swoje ulubione szampony, pasty do zębów i temu podobne. 
Zamawiając kamienie i robaki zaśmiewałyśmy się z Młodą, że też nam czasy nastały, że człowiek płaci ciężkie pieniądze za kamienie wymieszane z potłuczonymi muszelkami i innymi śmieciami albo za martwe robale haha. No ale my szanujemy i lubimy nasze szalone kurosy. 
Śmiech też był, bo nasz prywatny paczkomat się przepełnił, gdy kurierzy dostarczyli sporo z zamówionych rzeczy jednego dnia. Odkąd skrzynia stoi przed domem, kurierzy nawet nie dzwonią, tylko od razu wrzucają do skrzynki. Słyszysz tylko trzaskanie wiekiem. Dobry to był pomysł .Ogromna z tym wygoda i ile mniej stresu, gdy ważna paczka ma przyjść a nie ma cię w domu no albo siedzisz właśnie w kiblu, gdy kurier dzwoni... 
Z tym kiblem to był tegoroczny żart prima aprilowy firmy kurierskej postnl: promowali w necie zawieszkę na drzwi "Drogi dostawco, robię kupę, zostaw [paczkę]  pod drzwiami".

nasza skrzynka na paczki w akcji ;-)


postnl ;-) 


Z innych żartów prima aprilosowych zobaczonych w sieci spodobał mi się pomysł Natuurpunt-u, że niby w tym roku otwierają ścieżki piesze, gdzie bez ubrań się maszeruje. Wiele osób pisało, że to serio dobry pomysł i by nad tym się zastanowili poważnie. Poszlibyście na spacer ścieżką dla nudystów?

Kringwinkel - dział książek z drugiej ręki (ceny od 0,50 do 5 euro)




W tym tygodniu odebrałam kolejny zastrzyk Decapeptylu. A na poprawę nastroju wybrałam się do Kringwinkel (sklepu z rzeczami z drugiej ręki). Kupiłam sobie dwie książki, choć ciężko się było zdecydować, bo tyle tamtego zawsze stoi, a każda rwie się, by z tobą pójść do domu... Wybrałam takie z ładnymi okładkami, bo ja zawsze książki po okładce oceniam. Jedna to thriller, druga niby na faktach, coś o dorastaniu w wielkiej biedzie.
Znalazłam też Wiedźmina, ale to chcę sobie po polsku kupić i ponownie przeczytać. Nie sądzę, by ten specyficzny język i humor dało się przetłumaczyć na niderlandzki. Chcę to po polsku znowu przeczytać, bo czytałam całość będąc gdzieś w wieku dziewczyn albo niewiele później, a to była świetna lektura. Filmy też oglądałam, ale to nie to samo.
Poza książkami kupiłam album na zdjęcia do wklejania, będzie na zdjęcia przyrodnicze Młodego i może użyje go do projektu szkolnego. Kupiłam też doniczkę w paprotki, będzie iedealna na nowego kaktusa Młodego (jakiś czas temu zacząl kolekcjonowac kaktusy). Wzięłam też podwójną torbę na rower dla Najstarszej. Trochę lichej jakości, ale za 3€ to niechby tylko po kilka rzeczy w niej mogła wozić przez kilka tygodni. Lepsze to niż nic. Znalazłam też dziwne-coś-nie-wiem-co, co jednak nadaje się na wodę dla kur, więc wsadziłam do koszyka, a wtedy podeszła do mnie pani, która tam pracuje, by zapytać czy wiem, co to jest, bo ona też nie wiedziała, ale uznała, że to jest ładne i ciekawe. Dobre! Ale tak jest w kringwinkel, że czasem znajdujesz tam coś niezwykłego bliżej nieokreślonego zastosowania, ale bierzesz to do domu, bo jest interesujące i wymyślasz mu własne zastosowanie albo robisz z niego dekorację.

Na dziale z ubraniami znalazłam bluzę z kapturem i czerwony beret. Ten ostatni bardziej dla hecy hupiłam niż z potrzeby, bo zawsze chciałam mieć czerwony beret, ale on jest z wełny, więc raczej nie będe go nosić. Bluza czadowa. Pewnie z Chin, ale ma dzyndzelek z czachą i ogólnie fajnie wygląda. 

Za wszystko zapłaciłam 20€. Lubię zakupy w tym lumpie :-)


te dwie dołączyły do naszej skromnej biblioteki

niewiemcoto na wodę dla kur

sakwy za 3€

🤡 lumpiara 



W tym tygodniu po raz pierwszy ugotowałam curry. Oczywiście w opcji wegetariańskiej. Korzystałam z przepisu po niderlandzku, ale to prosta potrawa.
Najpierw podsmażyłam na oliwie dwie średnie cebule pokrojone w kostkę. Następnie dodałam do nich po ok 800g pokrojonego w kostkę pasternaku i 400g marchewki (znaczy tak było w przepisie, ale ja miałam mniej pasternaku a więcej marchwii, bo nie patrząc co biorę w sklepie wzięłam niechcący jeden worek pietruszki zamiast pasternaku - jakis debil je wymieszał najwyraźniej bo wszystko z jednej półki) oraz 360g grochu białego ze słoika, a na koniec jeszcze 3 ząbki pokrojonego czosnku. Przyprawiłam papryką, kurkumą i kminem rzymskim (po płaskiej łyżce), no i solą. Po 2 minutach podsmażania warzyw z cebulką wlałam do tego 800ml mleka kokosowego i 200 ml wody i dorzuciłam kostkę  warzywną. Wszystko gotowało się na małym ogniu przez ok 20 minut aż warzywa zmiękły. Można dodać śmietany sojowej czy zwykłej, ale nie potrzeba.
W przepisie był też chlebek naan, ale kupiłam gotowy. Wszycy uznaliśmy jednak, że następnym razem trzeba po prostu ugotowac ryż. Ten chlebek to o kant dupy. Niczym to nie smakuje. 
Curry  jest pyszne, delikatnem kremowe. Polecam.
Ja następnym razem wypróbuję jakieś ostrzejsze wersje, bo bardzo mi się to jedzonko nadało. Małżonek chciałby to z mięsem, ale to sam se musi zrobić. Do tego tylko kurczak pasuje, a ja kurczaków nie jem. Wegańska wersja jest jednak bardzo pożywna nawet bez ryżu, ale ryż zrobi różnicę. 


We wtorek Młody wrócił ze szkoły jojcząc, że plecy go bolą. Wtedy już było w miarę, ale w szkole koło południa tak go bolały, że nie mógł się w ogóle schylać i miał trudności z chodzeniem. Wypytałam, czy się o coś nie walnął albo nie wytarabanił gdzieś, ale odparł, że nie, nic nie zrobił. Pomyślałam, że to pewnie od wkładanie roweru do pociągu i się trochę zestresowałam... W środę rano jednak było lepiej, a że to dzień krótki, to poszedł do szkoły, Już z pociągu zadzwonił, że znowu strasznie go boli i to się podczas jazdy pojawiło, a potem tylko narastało. W szkole znowu zelżyło i po południu tylko troszkę go bolało. Udało się jednak umówić wizytę u lekarza. W necie dostępne terminy były dopiero na koniec kwietnia, ale jak zadzwoniłam i powiedziałam w czym rzecz, okazało się, że możemy przyjść po południu tego samego dnia.
Trafiliśmy na naszą ulubioną skośnooką lekarkę. Przyjmowała razem ze stażystką. Obejrzały obie Młodemu plecy i stwierdziły, że on ma prawdopodobnie skoliozę. Wydawały się trochę zdziwione, że nikt tego dotąd nie podejrzewał, bo rzekomo wyraźnie widać, że coś jest na rzeczy, ale też same nie będąc na 100% pewnymi, wypisały skierowanie na prześwietlenie. Skośnooka dodała, że to mogło sie teraz wyraźnie objawić ze względu na to, że Młody zaczyna wkraczać w fazę szybkiego wzrostu i, co więcej, teraz może to być dużym problemem. Nieźle.
Umówiłam Młodego na prześwietlenie w pobliskiej przychodni radiologicznej na przyszły tydzień, bo myślałam, że może pójdzie do szkoły w czwartek i piątek. Lekarka napisała mu specjalne zwolnienie, które mówiło, że nie może iść do szkoły, ale gdyby mu się wcześniej poprawiło to może, ale musi być zwolniony z wszystkich aktywności powodujących ból. Jednak jakoże w tym tygodnu mieli tzw dni tematyczne i praktycznie normalnych lekcji nie było tylko jakieś wycieczki spotkani z jakimiś ludźmi etc, a w czwartek cały dzień mieli chodzić, zaś w piątek mieli wizytę w jakiejś firmie, czyli również chodzenie i rowerowanie, Młody postanowił nie iść w ogóle do szkoły. Zwłaszcza, że do tego w czwartek miał po południu wizytę u ortodontki 40 km od szkoły, a w piątek spotkanie z dietetykiem zaraz po południu, to faktycznie pójście do szkoły nie miało sensu, skoro miał zwolnienie i skoro plecy ciagle go bolały i skoro od poniedziału dwa tygodnie ferii. Do orto pojechał sam autobusem, bo zawsze sam jeździ. Do dietetyka pojechaliśmy razem. I tak pedałując ze stacji do domu dietetyczki gadaliśmy sobie o jego bolących plecach i on nagle skonkludował, że zapomniany przeze mnie fakt iż zawsze bolały go plecy podczas jazdy rowerem, na co  się skarżył już od dawna, a co mnie wydawało się "zdziwianiem dzieciaka, który za długo nie zażywał aktywności fizycznej i się zasiedział więc go wszystko boli", to może być wynik owego domniemanego skrzywienia kręgosłupa. Ma to sens. Trzeba jednak poczekać do prześwietlenie. 

Młody nie może sie doczekać, by móc zobaczyć swój kręgosłup na zdjęciach. Twierdzi, że zajebiście będzie można wysłać kumplom zdjęcie swoich kości. Wariat. Ale Młoda swego czasu, jak odkryła w medycznej aplikacji, że może oglądać wyniki wszystkich swoich dotychczasowych badań, to też miała ubaw z obrazów swojej kostki, a jeszcze bardziej obrazów głowy i też wysyłała to kumplom. 

Korzystając z tego, że Młody nie szedł do szkoły, poszłam sobie do lasu przed wschodem słonca, by posłuchać ptasiego koncertu. Czad po prostu. To jest najlepsza pora na tego typu zagrywki. 
Posiedziałam nad stawem, połaziłam po lesie i dało mi to energię na cały dzień. A las u nas już się zaczyna wyraźnie zielenić. Ptaki śpiewają jak szalone.

wschód słońca obserwowany ze skraju lasu

leśny staw



Gdy wyszliśmy od dietetyczki Młody zauważył, że mamy jeszcze godzinę czasu do pociągu, czyli pół godziny zapasu, bo pół godziny trzeba mieć na dotarcie na stację rowerem. Zarządził zboczenie z drogi na ścieżkę wzdłuż wody, by poszukać czegoś ciekawego do sfotografowania. Oczywiście, że taszczę oba nasze małe, ale dosyć ciężkie aparaty prawie wszędzie ze sobą, gdy wiem, że może być czas na robienie zdjęć. 
No i skubany miał rację! Wypatrzył w trawie uroczego motyla. Internet nam podpowiedział, że po niderlandzku to oranjestipje, a po polsku zorzynek rzeżuchowiec. Kurde, na niektórych polskich nazwach owadów to język se można połamać. Poza tym zauważył też kormorana wysoko na drzewie no i zielone papugi niszczące drzewo. Kiedyś mi się wydawało, że słyszałam drące się papugi, ale na miejscu hałasu zobaczyłam tylko gęste wielkie drzewsko, więc się nie dowiedziałam, czy to one czy inne ptaki wydające podobne dźwięki. Potem raz widziałam lecącą papugę, ale nie byłam pewna, czy to ta zielona, czy komuś stworzenie uciekło. 
Teraz już wiemy na 100%, że w okolicach Mechelen też są  papugi z gatunku aleksandretta obrożna (halsbandparkiet), które dawno temu zostały sprowadzone z Afryki lub Azji Południowej jako pupile hodowane w klatce, ale albo uciekły albo zosatły wypuszczone i udało im się w belgijskim klimacie zadomowić i rozprzestrzenić. Pierwszy raz, jak zobaczyłam je 13 lat temu w Brukseli, to oczom nie mogłam uwierzyć, ale mieliśmy tam w ogrodzie czereśnię i one masowo na owoce przylatywały, więc dobrze sie mogliśmy przyglądnąć. Z czasem przywykliśmy do tego, że w Brukseli żyją papugi na wolności. Potem zauważyliśmy hałaśliwców, bo to są okropni hałaśliwcy, w Sint-Niklaas, a teraz spotykamy je też w okolichach Mechelen.

zorzynek rzeżuchowiec

czterolistna 

papuga aleksandretta obrożna

papuga obcinajaca kwiatki ^_^


tu papugi naśmieciły "kluskami" z drzewa ;-)



kormoran na drzewie

jeden z wielu bunkrów w tamtej okolicy

To by było na tyle w tym pierwszym  kwietniowym wpisie wiosennym. 

31 marca 2026

Stocznia w Baasrode Dendermonde, czyli muzeum żeglugi

Stocznia w Baasrode (Dendermonde). Muzeum.

W poprzednią niedzielę wybrałam się na pierwszą dłuższą przejażdżkę po okolicy i tak zawitałam w wreszcie do muzeum szkutnictwa i żeglugi śródlądowej, do którego od lat się wybierałam, ale wybrać się nie mogłam.

W sumie to jechałam na polder, ale przejeżdżając koło muzeum i zobaczywszy, że otwarte, postanowiłam wdepnąć. Akurat jeszcze ostatnie dni mogłam korzystać ze swojej rocznej  karty muzealnej to nic nie musiałam płacić. Muzeum to małe, ale bez wątpienia warte zobaczenia. Zwłaszcza, jak mieszka się nieopodal...

Dobrze jest też od czasu do czasu trochę wiedzy zaczerpnąc na różne ciekawe tematy, z którymi na codzień nie ma człowiek do czynienia.

Tym razem dowiedziałam się, że okolica, w której owo muzeum się znajduje, już w średniowieczu była popularnym miejcem cumowania statków. Mowa tu o rzece Skaldzie i wiosce Baasrode w gminie Dendermonde we Flandrii Wschodniej. 

https://commons.wikimedia.org

Rzeka Skalda wypływa z Francji i dalej płynie przez Belgię wpadając do Morza Północnego już w Holandii. Kiedyś była centrum handlu sukienniczego i w średnioiwieczu kursowało nią mnóstwo statków na trasie Gandawa - Antwerpia. Baasrode znajduje się gdzieś po środku. Okoliczni mieszkańcy od wieków trudnili się tutaj wyrobem takich czy innych obiektów pływających. Łodzie, tratwy, barki, kutry... Wszystko to potrzebne było, by przeprawić się na drugą stronę rzeki, by łowić ryby, przewozić różne dobra oraz ludzi z miejca na miejsce. Był to przez lata najskuteczniejszy i najszybszy środek transportu. 

wikipedia 


Źródła podają, że w XVIII wieku w Baasrode było 9 znanych działek, na których konstruowano łodzie. Z czasem szkutnictwo skupiło się jednak w dwóch większych stoczniach: rodziny Van Damme i rodziny Van Praet, a potem w 1955r. Van Damme sprzedał swoją stocznię sąsiadowi Gabrielowi Van Praet i to na terenie tej ostatniej stoczni znajduje się owo muzeum. Wraz z rozwojem transportu drogowego transport wodny schodził na drugi plan, aż w końcu przestał się opłacać i w ogóle mieć sens.

Ostatni statek zwodowano tutaj w 1972 roku, a w 1986 roku pewnego dnia pracownicy opuścili stocznię i niegdy więcej nie wrócili.







Lauranda

Barka Lauranda został zbudowana w Baasroode w 1928 roku. Właścicielem i kapitanem był niejaki Jan Verheyen, który pływał nią wraz z żoną Francine Tange. Ponieważ barka musiała być holowana, czyli była wolniejsza niż modele napedzane motorem, używano jej głównie do przewozu rzeczy na krótkie odległości. Małżeństwo przeszło na emeryturę w 1968 roku.



Lauranda w doku

widok ze stoczni na Skaldę

ALYV

ALYV to 38-metrowa barka motorowa zbudowana w 1938 roku w stoczni Van Praet. Pelne wymiary to 38,6 metrów długości, 5,05 metra szerokości i 2,3 metra wysokości. Waży 80 ton, a mogła przewozić  do 370 ton towaru. Nazwa jest skrótem imion córek pierwszych właścicieli: Albertine i Yvonne.

Lauranda raz jeszcze

toalety stoczniowców ^^


Różne rekwizyty ze statków i stoczni:
żelazko

zabytkowe żelazko

ciekawa klamka



Królewski salon Van Damme. 

Ten salonik kazał Petrud Van Damme wyrychtować na okazję wodowania trzymasztowego statku Leopold I, które miało miejsce 19 kwietnia 1852 roku.
Zdarzenie to miało bowiem ogromne znaczenie dla stoczni Van Damme, ale także dla Baasrode i całej Belgii. Petrus Van Damme zlecił weneckim malarzom pomalowanie sufitu i drzwi. Efekt do dziś jest zachwycający.
Statek Leopold I był największym i najpiękniejszym statkiem, jaki zbudowano w Baasrode. Był to dębowy żaglowiec z pełnym ożaglowaniem o wyporności 656 ton. Został zbudowany na zamówienie największego belgijskiego armatora Pierre-Jacques Spilliaerdt-Caymax. Spilliaerdt-Caymax postanowił ochrzcić swój statek na cześć króla, którego wielkim fanem był i dobrym znajomym. Król bowiem często korzystał z jego rozległej wiedzy marynistycznej i z wielką przyjemnością zgodził się na użycie jego imienia dla tak zacnego statku. Budowa statku trwała dwa i pół roku, a z okazji wodowania odbyła się wielka impreza we wsi, na którą zaproszono też króla (stąd te weneckie malowidła i temu podobne atrakcje). 
Król sam nie mógł przybyć, ale wysłał swoich dwóch synów Leopolda i Filipa. Książęta przyjechali - jak podają zapiski historyczne -  pociągiem do Dendermonde o 14-tej, gdzie powitano ich salwami armatnimi i dzwonami, a cała droga z Dendermonde do Baasrode była bogato udekorowana kwiatami i jodłowimi gałęziami i zebrało się przy niej mnóstwo gawiedzi, bo każdy chciał zobaczyć na własne oczy tak znamienitych gości.
Na miejscu zebrały się wszystkie co ważniejsze szychy, odbyło się mnóstwo przemówień, a książęta obejrzeli statek wkoło. W końcu proboszcz go ochrzcił i statek został opuszczony na wodę Skaldy. 
W dniu wodowania statek Leopold I był czwartym co do wielkości statkiem belgiskiej floty handlowej. Jego kapitanem został Charles Gerbendin.
Pierwszy rejs "Leopolda I" odbył się 25 czerwca 1852 roku do Nowego Jorku, Hawany i Matanzas. Do Antwerpii powrócił w sylwestra tego samego roku. Przewoził emigrantów do Ameryki a do Belgii przywoził m.in. cukier, tytoń, ryż, cygara, bawełnę, świece... W 1860 roku został sprzedany Brytyjczykom z powodu poważnych kłopotów finansowych właściciela. Ostatecznie spoczął prawdopodobnie gdzieś na dnie oceanu... 


Królewski Salon

Królewski salon



królewski salon

królewski salon

królewski salon i model statku






W muzeum znajduje się sporo modeli łodzi, statków, barek... które wykonywało się przed budową prawdziwych wielkich łodzi. Każdy wykonany jest z najdrobniejszymi detalami, także ruchomymi, zdejmowanymi, bo dzięki modelom można było poprawić ewentualne błędy konstrukcyjne i przetestować, czy wszystko gra.