Zacznę od razu od dobrej nowiny (dla nas, bo innych to to raczej kij obchodzi ;-) ). Mamy staż!
Znaczy Córka ma. Ja tam nadal czekam na rozwój wypadków...
| bukiet sfotografowany w sklepie, bo taki ładny |
W tym tygodniu udało się w końcu dograć wszystko. Ten ziomek z biura pracy, a konkretnie z GTB trochę taki mało słowny jest i trochę trzeba było go poganiać i pilnować, by zrobił, co ma zrobić, co - nie będę ukrywać - uważam za wielce irytujące, ale koniec końców wszystko zostało dopięte na ostatni guzik i Najstarsza już po niedzieli będzie zaczynać pracę, znaczy bezpłatny staż... Zawsze to coś. Będzie pracować 3 razy w tygodniu po 4 godziny przez miesiąc, a potem się zobaczy, co będzie dalej. Zaczynać będzie na kuchni, ale z tego, co mówiła po rozmowie z panią z tamtego biologicznego gospodarstwa, będzie też mogła ewentualnie spróbować pracy w szklarniach, czy na polu albo w jeszcze innym dziale. Najważniejsze, że zaczyna i że znowu robi kolejny mały kroczek do przodu ku jakiejś pracy w przyszłości.
Aż z radości poszłyśmy na kawę i pankejki zanim nasz autobus przyjechał... Przy okazji odrywszy fajną kawiarnię koło biura pracy.
Bardzo się cieszymy z tego faktu, że wreszcie to załatwiłyśmy, ale kurde, gdyby nie ja, Córce by tak na prawdę raczej nikt za bardzo nie pomógł. GTB to jest taki dział biura pracy, który ma za zadanie pomagać w szukaniu pracy czy szkolenia, stażu ludziom specjalnej troski, że tak powiem, czyli ludziom np niepełnosprawnym albo na ten przykład powracającym na rynek pracy po chorobie, czy chcącym po 30 latach pracy w jednym zawodzie a będących w starszym wieku, zmienić pracę na inną. To tak oczywiście w wielkim uproszczeniu, ale cholera jasna, takie osoby jak choćby Moja Córka, które potrafią wiele, są chętne do pracy, mają wiele talentów i mogą pracować w sensie fizycznym, ale po prostu słabiej ogarniają rzeczywistość, potrzebują właśnie realnego wsparcia i prowadzenia, większej uwagi, bo zwyczajnie mają problemy z odnalezieniem się w kwestaich administracyjnych, posługiwaniu się komputerem czy telefonem i nie poradzą sobie same z szukaniem pracy, choć chętnie będą ją wykonywać, gdy im ktoś znajdzie. No i - moim zdaniem - po to jest taka specjalna jednostka, żeby takie osoby prowadzić za rękę, tłumaczyć im wszystko tak by zrozumiały, czyli powoli, prostym językiem, pokazując wszystko krok po kroku... No ale to piękna teoria, która w praktyce wcale tak nie działa.
Nie wiem, chłop może wyczaił, że skoro kobieta, czyli moja prawie dwudziestoczteroletnia córka ma pomoc w postaci matki, to można na tę matkę wszystko zwalić i chuj. Bo to zdecydowanie nie była pomoc na poziomie osoby niepełnosprawnej. Moja córka ma autyzm i ADHD (no i zespół Turnera), które w dosyć znacznym stopniu utrudniają jej codzienne funkcjonowanie. Ma np bardzo poważne problemy z koncentracją i pamięcią. Przy trzecim zdaniu, już nie pamięta, co było powiedziane w pierwszym albo pamięta tylko to pierwsze, a dalej już mózg nic nie jest w stanie zapamiętywać... a tymczasem chłop papla jak katarynka, nawija z prędkością karabinu maszynowego nie robiąc żadnych pauz... Nawet ja nie jestem w stanie tego umysłem ogarnąć (tyle że ja większość rzeczy po prostu wiem, to i nie problem).
No i co dla mnie było dziwne to spotkania przez telefon. Moja Najstarsza NIE ROZMAWIA PRZEZ TELEFON Z NIKIM. Ze mną czy swoją siostrą daje rady rozmawiać i nawet odbierze przeważnie, o ile telefon nie jest zbyt niespodziewany, bo wtedy nawet ode mnie nie odbierze... Mówisz chłopu, że ona nie ogarnia rozmów telefonicznych, a co on robi? Umawia ci kolejne spotkania na telefon! No, tyle że po pierwszym się zreflektował i dzwonił od razu bezpośrednio do mnie, a nie do niej, bo i tak ja odbierałam jej telefon haha. No ale może to dlatego, że nie protestowałam, bo też i uznałam to za okej. Dla mnie najważniejsze było, żeby jej cokolwiek znaleźć. Nie ważne w jaki sposób, Tylko to się dla mnie liczyło i cel, powiedzmy sobie szczerze, został osiągnięty.
Jednak teraz po wszystkim przychodzi reflekcja na temat całego procesu i o tym jest ten tekst. Bo ja się cieszę, że udało się załatwić staż i że w miarę sprawnie zostały dopełnione wszlekie formalności. Pod tym względem nie mam zastrzeżeń. Chłop poza tym bardzo sympatyczny, energetyczny, obeznany w formalnościach i możliwościach (co, jak wynika z moich doświadczeń, nie jest bynajmniej oczywiste). Ogólnie mnóstwo pozytywów i wszystko przebiegło pomyślnie, ale właśnie jest to "ale"...
Nie podoba mi się podejście tego typu, że pracownik który ma płacone za pomoc takim osobom specjalnej troski zwala swoją robotę na kogo innego. No i druga kwestia - co z osobami, które nie mają takiej matki, czy innego tam pomocnika...? Moja Córka póki co nie ma ani oficjalnego orzeczenia niepełnosprawności ani tym bardziej wyznaczonego opiekuna. Jest samodzielną dorosłą osobą, ale wymaga wsparcia, które ta instyyucja, w moim mniemaniu, powinna jej zapewnić.
Co, gdyby moja córka nie miała takiej mnie? Została by zostawiona sama sobie. Kuźwa, nawet do tego urzędu by nie dotarła, bo nikt by jej tam nie pokierował. Ona nie potrafila by tam też sama dojechać autobusem ani prawdopodobnie znaleźć tego miejsca samodzielnie, o ile by jej ktoś drogi dokładnie nie wytłumaczył i raz nie pokzał. No a mnie się wydaje (choć wiadomo, że ja prosta baba ze wsi jestem), że tego typu instytucje powstały właśnie po to, by takich ludzi wspierać, by pomagać także takim osobom, które mają trudniej, na drodze na rymek pracy. No sorry, ale to samo to ja mogłam sama w domu zrobić bez niczyjego łaskawego pośrednictwa i marnowania MIESIĘCY czasu na łażenie od urzędu do urzędu. Tyle tylko, że bez ich pośrednictwa bym nic nie zrobiła, bo to oni muszą wypisać te wszystkie papiery, żeby ona w ogóle mogła taki staż dostać. Ja nie mam takiej mocy, bo wszytsko tu rozbija się o papierki i uprawnienia.
Powiem jeszcze raz, to co już mówiłam w związku ze swoją misją szukania pracy: zamysł, idea tych instytucji jest dobra, świetna, super pozytywna, ale to jak one faktycznie działają i jakie są (a raczej jakich brakuje) kompetnecje ludzi tam zatrudnionych to już inna para kaloszy. I te kalosze są dziurawe i o 5 numerów za małe...
Jak będę mieć możliwość, to powiem chłopu, co zrobił źle, a co dobrze, bo oni czasem proszą o opinię na koniec. Młody jest - może też musi się jeszcze nauczyć... Ja natomiast, jak na starą babę przystało, zawsze wszystko wiem lepiej i muszę się tym chwalić haha.
Ja też miałam spotknanie ze swoją asystenktą w biurze pracy, której przekazałam dokumenty wypełnione przez lekarza. Może jeszcze od psychologa uda mi się jakiś papier uzyskać, bo babka powiedziała, że im więcej papierów, tym lepiej. Nie wiadomo, czy mimo to wydadzą mi ten dokument uprawniający do starania się o pracę w zakładzie pracy chronionej, ale muszę czekać, co się z tego wykluje... Mieszkając w Belgii trzeba się przyzwyczaić, że na wszystko musisz odpowiednią ilość czasu się wyczekać i za wszystkim ochodzić od Annasza do Kajfasza. Męczące to jest i po pewnym czasie zwyczajnie się odechciewa albo nawet zapomina, o co człowiekowi chodziło na początku... Niemniej jednak ja nie mam poki co jakichś innych opcji więc będę sobie czekać i próbować nie ześwirować do końca.
Tymczasem upały i susza trwają. Wspominany poprzednio deszcz trwał pięć minut i nie zmienił nic w tej kwestii. Potem jeszcze ze dwa razy spadło po kilka kropel, w sensie dosłownie kilka kropel, że nawet trawy nie porosiło, a z betonu czy ziemii wyparowało zanim w ogóle zmokło. Od wielu tygodni nie było deszczu, Już zaczynają o tym pisać i w prasie, że w rolnictwie jest niecukierkowo, że kukurydze - tak jak sama to zaobserowalwam własnymi patrzałami - zeschły, że krowy, źle znoszą takie upały i nie dają mleka tyle co normalnie... Co ciekawe i bardzo przykre, jak dotą ciągle nie widziałam nigdzie wspominku o samych tych krowach, czy innych zwierzętach, które w ten skwar i tę suszę stoją na zeschniętych na wiór pastwiskach, gdzie cudem jest znalezienie źdzbła zielonej trawy, bez choćby odrobiny cienia, a w brudnych wannach i innych tego typu "poidłach" mają nie rzadko ciepłą syfiastą wodę pełną glonów. To samo dotyczy koni. Jak widzę ludzi jeżdżących w taki gorąc konno albo wiozących dupę w takiej czy inne bryczce, to mnie kurwica bierze. Bo ja bym wzięła takich skurwieli zaprzęgła do jakiejś ciężkiej roboty w taki upał, najlepiej bez picia (ewentualnie z wodą zaczerpniętą ze stawu i podaną w brudnym konserwiaku), może by debilowi jednemu z drugim rozum wrócił... Wkoło nas mnóstwo zwierząt stoi na pastwiskach dzień i noc o każdej porze roku. Często nie mają ani cienia, ani żadnego drzewa, ani zadaszenia. Stoją w skwarze, stoją w deszczu. Czasem wychudzone, brudne, zaniedbane... Nic tu z tym nikt nie robi. Oczywiście nie wszyscy hodowcy są takimi chujami. Masz też zadbane zwierzęta, które mają i zadaszenie i świeżą wodę z automatycznego poidła, i dostatek pożywienia, i zadbane są, futerko aż lśni. Ale byście widzieli "hodowlę" krów mięsnych i kucyków u jednego z sąsiadów, to by wam kopara opadła na asfalt. Stajnia chyba gdzieś z lat dwudziestych, nie dalej, doslownie kijami podparta, dach się wali, mury popękane, ciasnota i syf. Chłop wydaje się robić co może, ale to dziadkowina, który sam ledwie na nogach stoi. O piątej on już na nogach, już pcha taczki albo jedzie traktorem. Wieczorej o dwudzistej drugiej on jesczcze coś przy krowach na pastwisku źdura, ale widać, że już nie daje rady. Jest sam, nie miał dzieci, z tego, co mi wiadomo, choć ostatnio jakiś młody z dalszej rodzinysię tu przeprowadził z rodziną i mu trochę pomaga... Ja podejrzewam, że ta farma to wszystko, co chłopina ma, że on po prostu próbuje przeżyć i jakoś do śmierci dożyć. Jest bardzo pozytywnym i zawsze uśmiechniętym bezzębnym staruszkiem i zawsze z daleka woła "Daaag" do każdego, ale nie zmienia to faktu, że te jego stworzenia żyją w gównianych warunkach. Może nie dramatycznych, ale dobrobytem bym tego też nie nazwała. Niektóre farmy tutaj są w stanie gorszym niż fatalnym. Ludzie starsi - tak samo jak wszędzie - jakoś po prostu muszę dożyć do konca swoich dni i muszą próbować mieć z czego żyć. Niektórzy zapewne - tak jak i ten dziadek - nie mają w życiu już niczego innego poza tym kawałkiem pola i paroma zwierzętami. Gdy ktos całe życie spędził na farmie, zwykle nie zna ani nie ma innego życia. Ta farma nadaje życiu sens. To oczywiście moje osobiste przemyślenia poczynione na podstawie obserwacji wiejskiego życia.
Tylko koni (i wszystkich innych żywych stworzeń) żal, ale moim zdaniem tu też powinno iść jakieś wsparcie ze strony państwa, a już przynajmniej kontrole warunków, w jakich żyją zwierzęta. Niestety nie widzę, by tutaj ktokowliek tym się przejmował. Co innego tam kotki, pieski, ale krowy...? Pff, to nikogo nie obchodzi, chyba że już jakaś skrajna patologia się wydarzy, jak już zaczynają z głodu umierać zwierzęta czy jedne drugie zjadać, to dopiero wtedy ktoś się zaczyna interesować...
Dziś wzięłam znowu zastrzyk i już zmęczenie mnie zdążyło porządnie opanować. Gorąc też nie polepsza sprawy. Miałam pokręcić gdzie rowerem, ale siedzę zdechła w salonie i nie mam na nic sił, a już na pewno nie na wychodzenie z domu gdziekolwiek, nie mówiąc o tym by pedałować gdzieś dalej. Do pielęgniarki objechałam, co w te i nazad daje ok 10 km, a po drodze jeszcze zakupy "chemii" zrobiłam, bo mi się i płyn do prania kończył, i szampon dla Młodego, i oliwka do mycia, i mydło do rąk już ostatnie poszło... o i tak ziarnko do ziarnka i wydałam 70€ na różne produkty. No, ale to jest zapas na kilka tygodni albo i miesięcy, a tymczasem jeśli idzie o żywność to za 70€ to nawet do domu nie ma co nieść, a poza tym człowiek zje, wysra i od nowa trzeba iść do sklepu, ech. I jeszcze co się trzeba omyśleć, co dziś ugotować...? No i mnie się dziś za cholerę gotować nie chce. Kupiłam warzywa na bigos, ale to moż jutro, bo dziś nie mam sił. Miałam też zrobić placki ziemniaczane, bo za mną strasznie chodzą, ale nie wyobrażam sobie stania przy patelni. To samo kwestia naleśników, na które też mam smak... Ale nie, nie chce mi się dziś smażyć niczego. Dla Młldego kupiłam peperoni, żeby mu pizzę zrobić, ale to też innym razem. Coś czuję, że dziś pójdziemy po prostu po frytki wieczorem, jak na belgusów przystało. Kocham frytki z majonezem! U nas we fryciarni są pyszne. Biorą je od lokalnego producenta i smażą. Młoda tm kiedyś nawet z klasą była w tej firmie, bo to rodzice jednego z jej klasowych kolegów z podstawówki robią te frytki i inne tego typu rzeczy. Zapytacie może, czy sama se frytek nie potrafię z robić? Potrafię, ale ziemniaki też trzeba kupić, a do tego jeszcze olej i frytownicę grzać, a potem ją myć (co jest najgorsze z tego wszystkiego), no i ziemniaki obrać, a potem pokroić... A do fryciarni jest z 500 metrów i fryteczki gotowe, świeżutkie, gorące, chrupiące, porządnie po belgijsku uzmażone (no dobra, oni nie smażą na szczęście na smalcu - bo to jest tak na prawdę po belgijsku) a w mnie w domu nie capi spalonym olejem, tylko im tam haha. Majonez używamy wegański bo jest najlepszy i nie śmierdzi, jak taki z jajem. Oczywiście, że frytki nie są zdrowe, ale nie samym zdrowym jedzeniem człowiek żyje c'nie. Inne strony zdrowia, do jakich należy mój komfort psychiczny i zmęczenie też się na zdrowie składają, a nie tylko to co w misce leży... Ja tam do wszystkiego se filozofię dorobię ;-)
W tym tygodniu Małżonek wrócił z Polszy. Tym razem - trochę ze względów zdrowotncyh, trochę samochodowych (auto się srało) jeździł busem i autobusem i ja tu se pozwolę zapisać ze dwa zdania na ten temat, co się z jego relacji dowiedziałam.
Jeśli chodzi o autobus Sindbada, to był zadowolony. Stwierdził, że od czasu, kiedy po raz ostatni z usług tej firmy przewozowej korzystał lata temu, dużo się zmieniło na plus. Na pokładzie autobusu nie tylko jest wc, ale serwują kawkę, herbatkę, zupki. Cisza, spokój, w miarę komfortowo jak na autobus. Natomiast busy razem z ich kierowcami przeklął i powiedział, że nigdy więcej i że nikomu nie poleca tej PATOLOGII, bo tylko takim słowem można podsumować to, czego doświadczył.
Pierwsza rzecz, że umówił się z kim innym, a kto inny przyjechał. Po drugie okazało się, że cena jest znacznie wyższa, niż była wcześniej mowa. Potem okazało się, że w aucie jest 16 (słownie: szesnaście) stopni, bo kierowca "musi mieć takie zimno, inaczej by zasnął". JPRDL! Tak, takie było wytłumaczenie, gdy pasażerownie domagali się zmniejszenia chłodzenia. Przypomnę, że na zewnątrz było 25-30 stopni. Małżonek sie cieszył, że wziął bluzę na wszelki wypadek, ale i tak zmarzł jak cholera przez drogę. Jakby tego było mało, kierowca całą drogę jechał z telefonem przy uchu, kilka razy mało nie powodując wypadku, aż się ludzie wkurwili i go zjebali, co zresztą nie wiele pomogło. Miała być jazda bez przesiadek, a była z przesiadkami i zawracaniem. Mimo ponawianych próśb, kierowca nie zatrzymał się na stacji benzynowej, by Małżonek (i inni ludzie) ludzie mogli skorzystać z toalety, a dopiero po jakichś 160 kilometrach. Plus busa jest taki, że przyjeźdża po pasażerów pod dom i pod domem ich wysadza, ale jest też o wiele drożej niż taki np Sindbad, niekomfortowo i przede wszystkim śmiertelnie niebezpiecznie i żadnych innych plusów nie ma. Kierowcy to ludzie kompletnie bez wyobraźni i odpowiedzialności. Po prostu patologia! Nie jestem w stanie inaczej tego określić. To tak jakby kto się zastanawiał, jak wygląda podróżowwanie busem z Belgii do Polski.
Dobra, to by było na tyle, bo mi się już nic nie przypomina ciekawego. Na YT w tym tygodniu wrzuciłam krótkie nagranie na temat wody z kranu, bo nic ciekawego nie miałam przygotowane, a i też, bo chciałam o tym powiedzieć... Pojawi się ono o 18 dziś w piątek.