4 lipca 2026

Kolejny rok szkolny dobiegł końca

 Dziś jestem zmęczona i pobolewa mnie kolano. Sama, nie chwaląc się, tom sprawiła poczynaniem swoim. Ale nie żałuję. Za bardzo. 

Rano porowerowałam na wizytę do VDAB (biura pracy). To tylko kilkanaście kilometrów, ale potem postanowiłam wrócić drogą, którą jeszcze nie jechałam, co dodało parę metrów, ale potem pojechałam na skróty. Które były zamkniętę ha ha ha. Dzięki czemu mogłam zrobić dodatkowe kółko. Wróciłam do domu zmęczona i pobolewającym kolanem, ale Młody chwilę potem oznajmił, że się nudzi, więc wzięliśmy naszą NOWĄ piłkę do kosza i pokręciliśmy na plac zabaw, gdzie jest kosz, by se porzucać. Zabawa była przednia, ale z jakiegoś dziwnego powodu nie wpłynęło dobrze na ani na zmęczenie, ani na kolano. No więc potem siedziałam już na dupie i czytałam grzecznie książkę. Teraz przypomniałam sobie, że miałam stuknąć słów parę w pamiętniku, no to stukam...

Riko

W VDAB poznałam nową osobę. Starszą i sympatyczną panią. Powiedziała, że tamta od teggo całego profilowania do niej dzwoniła i że jej nadmieniła, że ponoc chcę iść do pracy, ale coś nie za bogato jest z moim zdrowiem i że prawdopodobnie nie nadaję się na chwile obecną do ergularnej pracy i że potrzebuję pracy w zakładzie pracy chronionej. No tak coś w ten deseń - odparłam i dalej sobie na ten temat i każdy inny trochę pogadałyśmy. Dość rzec, że stanęło na tym, iż mam się udać do swojej onkolog, ewentualnie od biedy do lekarza rodzinnego, by mi papiery wypełnili, aby biuro pracy mogło sporządzić protokół, dzięki któremu mogłabym starać się o przyjęcie do zakładu pracy chronionej. Tyle tylko, że ponoć nie ma za wiele wakatów, ale co jakiś czas coś się pojawia, więc teoretycznie jest możliwe, że znajdę gdzieś miejsce... 

Pożyjemy zobaczymy. Do tej profilerki mam nadal chodzić... Tak powiedziała. Że mogę. Nie wiem tylko po co, no ale dobra, niech im będzie... W ogóle to wszystko jest jakieś od dupy strony i totalnie nielogiczne. 

Parę dni wcześniej  byłam bowiem w tym potencjanym zakładzie pracy chronionej, do którego wysłała mnie profilerka. Ona mówiła o jakimś stażu co to 5 razy na miesiąc się chodzi... Ale ta babka w owym zakładzie pracy chronionej (biologiczne gospodarstwo) po krótkiej rozmowie i opowiedzeniu wszystkiego o tym gospodarstwie, zasugerowała mi jakiś AMA-staż, gdzie z kolei minimum 12 godzin na tydzień się pracuje za friko i o który to staż mogę się ubiegać w VDAB. Dodała, że ten staż mogę robić też w innych zakładach pracy wcale niekoniecznie chronionej, znaczy zwykłych. Podczas tego stażu są co jakis czas ewaluacje i po jakimś czasie oceniaja, czy delikwent nadaje się już na normalny rynek pracy, czy też tylko do pracy chronionej. Czyli to jakby droga do zakładu pracy chronionej. 

No ale na wizycie w VDAB okazało się, że jest możliwa droga bezpośrednia, na skróty, dzięki oświadczeniom specjalistów i ich protokołom. Wiecie co? Ochujeć idzie od tego! Ja już w ogóle nie wiem, o co chodzi. Co do czego ani po co. Całkowicie mi się wsio poplątało. Gdyby dziś ktoś kazał mi to wszystko opisać, nie podołałabym. Ja już nic nie wiem.

W międzyczasie dzwonił też z biura pracy asystent Najstarszej no i ja mu powiedziałam (bo córka nie rozmawia z obcymi przez telefon), że znalazłyśmy fajne gospodrarstwo biologiczne, gdzie córka bardzo by chciała pracować haha. No nie chwaliłam się, że to mnie tam wysłano. Po co mu takie informacje. W gospodarstwie jednak powiedziałam, że córka też mogła by być zainteresowana...

To gospodarstwo wydało mi się badzo fajne i akuratne dla córki. No i on wypełnił (W KOŃCU!) formularz i wysłał. Chwilę później dzwonił do mnie, że odpowiedzieli i by zapytać, czy może podać im dane mojej córki. Babka ma zadzwonić do nas, by umówić się z córką na rozmowę wstępną i by pokazać jej to całe gospodarstwo. Zobaczymy, co z tego wyniknie i czy w ogóle cokolwiek. 

Szczerze mówiąc to ja już mam serdecznie dość tego "szukania pracy" i żałuję, że w ogóle mi taki pomysł do głowy przyszedł. NO MAM DOŚĆ. Jestem tym zmęczona. Zaczynam to olewać wszystko, robić se podśmiechujki i patrzeć przez palce. No bo to sa jakieś jaja. 

Zaczynam też coraz bardziej rozumieć tych ludzi co 10 czy 20 lat szukali pracy i nigdy nie znaleźli. I nie długo chyba będę musieć odszczekać to wszystko, co złego o nich powiedziałam. 

Przecież to jest jakiś kurwa absurd jak oni "pomagają" tutaj w tym kraju znaleźć człowiekowi niepełnosprawnemu pracę. Kurde, jest tutaj na prawdę dużo możliwości, kupę fantastycznych rozwiązań, ale ta biurokracja to jest jakieś nieporozumienie. Za dużo ludzi zajmuje sie tu jednym i tym samym. Oni sobie ciągle wszyscy wzajemnie włażą w drogę i przeszkadzają. Przeganiają człowieka od urzędu do urzędu, od miasta do miasta. Umawiają spotkania, które nic nie wnoszą, gdzie sprawę można by załatwić na sms czy mejla bez fatygowania sie po 15km i marnowania własnego czasu i pieniędzy podatników. Ten system jest chory. Chory i strasznie męczący. Dlatego mam już dość. Nie robię sobie już żadnych nadziei i w ogóle olewam to cienkim sikiem. Kurde, ja się uważam za osobę w miarę rozgarnietrą, ale oni ze mnie już toralnego debila zrobili. Ja już zaczęłam wątpić totalnie w swój rozum i siebie samą. A gdzie w tym burdelu - bo to jest BURDEL - ma się niby odnaleźć osoba która słabiej sobie radzi, która ma problemy mentalne,  takie czy inne ograniczenia czy słabości. Toż to trza mieć końskie zdrowie, nadludzką cierpliwość i ogólnie być bardzo zmotywowanym no i przede wszystkim bardzo zaradnym. Przecież to się wszystko kupy nie trzyma. Od tej ich "pomocy" można wylądować u psychiatry z poważnymi problemami. 

Dobrze, że upał choć zelżał i można normalnie żyć. Odsypiam teraz upalne noce, kiedy to oka nie szło zmrużyć, a nawet jak spałam to w ogóle nie odpoczywałam. Dwa dni z tego tygodnia spędziłam w łóżku. O ile zwykle nie mam zwyczaju spać w dzień, bo nie potrafię zasnąć, tak jednego dni mi się to udało. Drugiego po prostu leżałam i czilowałam bombę. Odpoczywałam, ale jeszcze nie odpoczęłam i nie odespałam. Jestem zmęczona, ale próbuję żyć. W środę wzięłam znowu Decapeptyl, co nie polepszyło sprawy. Wręcz przeciwnie. 

We wtorek Młody po raz ostatni w tym roku szkolnym odwiedził szkołę i dostał jakiś odpowiednik raportu, tyle że bez punktów. Teraz juz ma wakacje. Ja nagrałam wideo o belgijskiej szkole, co możecie sobie zobaczyć, gdyby się wam chciało. Następne będzie podsumowaniem roku w epickiej szkole. Zapytałam bowiem Młodego, czy ma już to życie ustawione czy nie... On chętnie poodpowiada na moje pytania, ale nie przed kamerą, więc będę sama musieć złożyć to znowu w opowieść, ale sama jestem ciekawa jego opowieści... Dla tych, co nie czytali wpisów sprzed roku, powiem co co chodzi z tym ustawionym życiem.

Pod koniec zeszłego roku szkolnego zdecydowaliśmy, że szukamy nowej szkoły. Ja przypadkiem trafiłam w necie na TĘ SZKOŁĘ i Młody obejrzawszy wideo promocyjne, stwierdził, że chce chodzić do takiej szkoły i że mam go zgłosić na listę oczekujących, a potem dodał, że jak go przyjmą, to ma już ustawione życie. Przyjęli go. Właśnie zakończył pierwszy rok... Czy ma ustawione życie? O tym będzie na YT za tydzień. Albo dwa.

Póki co macie tu wideo o szkole belgijskiej jako takiej. Używałam nowej apki do tworzenia tego wideo, bo cap-cut mnie już wkurzył. Moja menagerka (czytaj: Młoda) pouczyła mnie, że cap-cutem to teraz sztuczna inteligencja dowodzi i że wszyscy na to narzekają i odchodzą. Znalazła dla mnie apkę VLLO, że ponoć ludzkość teraz tej właśnie często używa. To był test. Na razie jestem zadowolona. Kupiłam abonament na rok. Bo był tani. Ma też dużo funkcji i łatwo się obsługuje. Wideo nagrywam i składam w swoim Iphone16. Myślałam, że będzie trudniej i że bez kompa się nie da, ale ten telefon spokojnie daje rady. Gorzej jest z naszym belgijskim internetem To jest dopiero żenada. W niektóre dni jest kiepski, w inne nie ma wcale, a 7 dych co miesiąc się płaci. Czasem szlag bierze.

Niezłą mam zabawę z tym nagrywaniem. Zainteresowanie raczej marne, póki co, ale od AI już wiem, co robię źle i jak powinnam to robić, by było lepiej. Chleba z tego nie będzie, ale póki co się dobrze bawię. Mogę się wreszcie wygadać, powydurniać  i porżnąć filozofa. Choć nie ukrywam, że mam dużo chwil zwątpienia, kiedy to się zastanawiam intensywnie, czy usunąć w cholerę ten kanał i zająć się czymś pożyteczniejszym, jak np gotowanie, sprzątanie czy choćby czytanie książek. Potem znowu dochodzę do wniosku, że cóż innego mi w tym życiu na tę chwilę pozostało? Nie mam rodziny, nie mam przyjaciół, nie mam zdrowia, nie mam pracy, nie mam z kim pogadać, nie mam nic konstruktywnego do roboty, nie mam pieniędzy na podróże, ani na żadne inne drogie hobby to choć się powygłupiam przez chwilę, dopóki mi się nie znudzi... 


Parę dni wcześniej opublikowałam też nagranie, w którym wyjaśniam, kim jest Belguska. Czytelnicy tego bloga to już pewnie wiedzą, ale też se możecie obejrzeć Kliknij tutaj by przejść do YT.

Na koniec wrzucę znowu zdjęcia nacykane w minionych dniach. Najpierw efekt krótkiego testu iphone16. Powiem tak, zdjęcia wychodzą całkiem dobre jak na telefon, ale tylko jak się pofarci, bo to badziewie nie posiada prawie żadnych ustawień. No, w każdym razie są one bardzo ograniczone. Musisz zdać się całkowicie na maszynę, a ona jest dosyć głupia. Ustrojstwo nie wie, co ja chcę fotografować w danym momencie  ani w jaki sposób, więc fokusuje się toto na jakichś randomowych rzeczach i non stop zmienia te ustawienia. Może 16pro, który ponoć pod fotografię był robiony, ma lepsze opcje, ale ten zwyklak dupy nie urywa. Do nagrywania wideo na YT akurat się nadaje. Przynajmniej na moje niezbyt wygórowane potrzeby. Samsungi, których używa Młodzież, chyba lepiej się sprawdzają w foceniu. 





Krystyna





Odwiedziłam pobliskie Grimbergen, gdzie odkryłam, że oni tam mają trzy działające młyny. Prezentacja młynów odbywa się w każdą pierwszą niedzielę w sezonie od kwietnia do września w godzinach 14-17, na którą to atrakcje zamierzamy się wybrać. Koło młyna wodnego Tommermolen, można zobaczyć też stary piec chlebowy, młyn konny oraz jakiś zmyślny przenośny dźwig. Obok jest też restauracja, gdzie można się posilić i napić piwka z lokalnego mini browaru Grimbergen. Ten z kolei znajduje się w starym opactwie i jego symbolem jest feniks. 
Zabudowa młyna Liermolen też jest pięknie zachowana. Teraz jest w remoncie i w niedługim czasie w domu młynarza i stajni będzie hotelik, czy też dom pielgrzyma, gdyż tamtędy wiedzie jakaś trasa pielgrzymkowo-turystyczna. Oglądać można tam też jak pracuje pszczelarz no i zobaczyć piekarnię przymłynową. Można też napompować sobie wody za pomocą starej ręcznej pompy. Jest tam też drewniany plac zabaw dla milusińskich. 

Przy osttanim młynie byłam już kiedyś, dawno temu. Tam znajdują się też fajne ruiny. Może niedługo wybiorę się tam ponownie, by zobaczyć te młyny podczas pracy, to wszystko odwiedzę, a i wideo pewnie wtedy nagram... No i na piwo wstąpię. Lubię piwo z tego browaru. Często używaliśmy je do gotowania gulaszu flamandzkiego stoofvlees.

Te dwa pokazane tu młyny są bardzo blisko siebie, a i do browaru jest niedaleko. Po środku jest ładny kawałek natury - dużo wody, jakieś krzaki i trawa - można pójśc na kaczki i inne takie pofilować albo psa wyspacerować. Młyny znajdują się przy tym samym strumyku, który ostatnio nieźle wylał. Zobaczywszy grubą warstwę mułu na drodze koło remontowanych właśnie jakichś ruin (nie wiem, co tam było, chyba jakiś sąd czy coś, ale ma powstać jakiś obiekt kulturalno-świetlicowy), zagaiłam jakiegoś chłopa i ten pokazał, że woda do kolan tam szorowała. Nieźle.

Mieszkam stosunkowo nie daleko Grimbergen, ale jakoś mało wiem na temat tego miasteczka i dopiero teraz odkrywam, że to fascynujące miejsce pełne tajemnic z przeszłości. Belgia ma pełno takich zakątków, gdzie czas się zatrzymał. No w sumie to cały ten kraj wygląda, jakby zatrzymał się gdzieś dawno temu, co ma swoje uroki, ale też ma swoje wady, bo skansen jest fajny do oglądania, ale mieszkanie w nim na co dzień to już mniej zdaje się cieszyć. 



jakaś interesująca ruina w remoncie

działający młyn wodny Tommenmolen w Grimbergen

po lewej młyn, po prawej restaurcja, a z przodu młyn konny

stary dźwig

młyn konny Rosmolen w Grimbergen



druga strona młyna

jakieś resztki jakiegoś domu

działająca pompa wodna

zabudowa młyna Liermolen

Lirrmolen w Grimbergen

działający młyn Liermolen w Grimbergen




26 czerwca 2026

Upał trwa. Jest fajnie.

 Miniony tydzień był bardzo upalny. Temperatury sięgały nawet 38 stopni w cieniu, a przy tym wilgotność powietrza jest wysoka. Teraz rano np apka pokazuje 73% wilgotności. Parówa po prostu. Człowiek się poci, ale pot nie odparowuje ze skóry, tylko oblepia ją, a co za tym idzie chłodzenie nie działa.

Ciężka to pogoda dla ludzi mających problemy zdrowotne. Zwłaszcza, że utrzymuje się już od kilku dni. Ja też odczuwam ją jako ciężką. Czuję, że serce chwilami ma ciężko, ale z drugiej strony ja lubię jak jest ciepło i słonecznie i ta pogoda działa na mnie bardzo pozytywnie, nawet jak jest męcząca chwilami. Dziś wstałam o 4:30 żeby porowerować po okolicy, posłuchać śpiewu ptaków w okolicach lasu i popatrzeć na wschód słońca. Świat jest przepiękny latem przed wschodem słońca:  normalni ludzie jeszcze śpią i jest święty spokój. Tylko ptaki świergoczą, koguty pieją, żaby rechoczą i koniki cykają.  

Zdjęcia z tego poranka wrzucę na końcu... Teraz tylko to jedno.

wschód słońca


Trochę mniej radował mnie driehoekgesprek (rodzaj wywiadówki), na który musiałam się udać tuż po południu, przy pełnej lampie. 

Małżonek zawiózł mnie na pobliski dworzec, bo w planach miałam odebranie po powrocie roweru Młodej, który od kilku dni stał na dworcowym parkowisku rowerowym, po tym jak ta udała się na lotnisko transportem publicznym, a potem Małżonek ją z lotniska autem odebrał i rower został na dworcu. Nie wiedzieliśmy czy on tam w ogole jeszcze stoi, bo tu wciąż kradną na grandę rowery, a szczególnie jak zostawiasz na kilka dni, musisz się liczyć z tym, że po powrocie już roweru nie zastaniesz. Dlatego wielu ludzi ma specjalne rowery dworcowe, czyli stare rozklekotane rupiecie, których nie żal, gdy znikną, bo nawet stary rupieć może być czyimś łupem. Rower Młodej był... z tym, że bez baterii haha. I jeszcze ja wykazałam się wielką inteligencją i spostrzegawczością - nawet nie zauważyłam, że nie ma baterii, a gdy pstryknęłam przycisk i się nie załączyło, pomyślałam, że pewnie bateria się rozładowała, bo to stary rupieć i bateria trzymała bardzo krótko. Jednak dodać trzeba, że po blisko 10-kilometrowej przejażdżce w ten skwar mózg mi nie całkiem działał hehe.

Dopiero na drugi dzień zauważyłam, gdy Młoda powiedziała do mnie idącej do szopy, bym podłączyła Krowę, jak nazywamy ten rower... A tu zonk. Młoda się śmiała, że super i że trzeba złodziejowi na fb podziękować za zabranie tego toksycznego odpadu haha. Ale z drugiej strony to był akuratny rower do podjeżdżania na przystanek i dworzec dla Młodej, która często kiepsko i słabo się czuje, a bateria akurat starczała na takie podjazdy... No ale peszek. Teraz można jeździć, ale bez baterii. Ludzie to skurwysyny i tyle.



Do Mechelen pojechałam oczywiście pociągiem, a tam na dworcu wzięłam rower blue-bike i pokręciłam dalej pod szkołę Młodego, gdzie ten już na mnie czekał, bo w ogóle do domu nie wracał po lekcjach. Znaczy tego dnia to akurat dzień sportu mieli, ale mniejsza o szczegóły. W tamtą stronę pokręciłam fietsostradą, czyli rowerową autostradą, która od Dworca Centralnego do Dworca Nekker wiedzie w betonowym korycie. No zajebioza po prostu ani kawałka cienia, a te pobocza betonowe blokują ruch powietrza. Jak w krematorium dosłownie. Dalej już git, bo kawałkami cień, a nawet jak nie cień to pusta przestrzeń albo wioska, czyli przyjaźniejszy klimat. Tak czy siak to ponad 4 km w jedną stronę, a zwykły rower to jednak zwykły rower. W taki gorąc czuje się kazdy wysiłek po dziesiąciokroć. A powrót zaplanował mi Młody pokazując jaką trasę odkrył... 

Już wolałałam tę rowerostradę - przynajmniej nie musiałam mieć oczu dookoła głowy haha. 

Nie czuję się komfortowo w dużym ruchu ulicznym. Młody zasuwa jak mały samochodzik przez skrzyżowania, światła, pomiędzy autami, rowerami, hulajnogami pędzącymi z prędkosicią światła we wszystkich kierunkach, a ja stary zgred powoli kręcę, zatrzymując się przed kazdym skrzyżowaniem, przepuszczając wszystkie auta, rowery i pieszych... Za stara jestem na rowerowanie po miastach albo za wielki ze mnie wsiok. 

W szkole mają ciurek z wodą pitną, gdzie mogłam napełnić swój bidon, za co wielce jestem wdzięczna. Wypiłam litr wody podczas tej awontury.

ciurek z wodą pitną


Na miejscu byliśmy pół godziny przed czasem. Młody właśnie prowadził mnie do kibla, bo nie pamiętałam, gdzie się znajduje, gdy natknęliśmy sie na jego kołczkę... Ta zapytała, czy chcemy wcześniej rozmawiać. Chcieliśmy. Potem ochrzaniła trochę Młodego za brak laptopa, no bo ten wyszedł z domu z myślą, że ma dzień sportu, więc po kij mu laptop... Zapomniał, że potem jest driehoekgesprek, który on ma prowadzić korzystając  z laptopa. Nic to. Kołczka powiedziała ze dwa zdania. Młody coś tam dodał i tak odbyła się skrócona wersja tej zmyślnej wywiadówki.

Podsumowując w dwóch słowach, Młody dosyć długo uczył się zasad tego całkowicie nowego dla nas systemu szkolnego i zasad panujących w tej alternatywnej szkole. Gdy jednak już ogarnął, to dalej szło mu bardzo dobrze. Jedyna uwaga, jaką miała kołczka, to to by na drugi rok rozsądniej wybierał, koło kogo siada na zajęciach. Ma on bowiem dwóch zajebistych kumpli, ale problem z nimi jest taki, że to straszne wiercipięty, żartownisie i rozpraszacze. Młody zawsze z klasowymi klownami i największymi rozrabiakami przystaje, choć sam jest z natury raczej cichy, w miare spokojny i super wrażliwy. Nie że tam od razu aniołek, o nie nie... On rozsądnie raczej do życia podchodzi, co nie znaczy, że czasem nie przypali głupa. 

Ponadto Młody postanowił, że od września znowu poziom wyżej (poziom liceum) chce spróbować. Kołczka odparła, że nie widzi problemu, tylko odradziła mu zwyższanie poziomu do trzech błyskawic (najwyższego) z majfy i nauk przyrodniczych. Dwie jest dla niego wystarczające, z czym się Młody zgodził. Niech próbuje. Jak się okazę za trudno, to zawsze może wrócić na niższy poziom (technikum). Cieszy nas, że jest ambitny i że chce mu się próbować. 

Któregoś dnia mieli wolne od szkoły, to umówił się z jednym z w/w kumpli i pojechał do niego. Wieczorem wrócil uradowany, bo świetnie cały dzień sie bawili - trochę w parku, trochę koło domu. Kolega ma ponoć zajebisty dom. No ale mama jest lekarką... to szło się domyśleć, ze w szałasie nie mieszkają haha.  Tatę też ma fajnego - jak stwierdził Młody - czekał na nich w domu z kanapkami, bo akurat z domu pracował. A ten kumpel też ma wysokie IQ (nawet wyższe niż Młody) i tak samo jak Młody przeskoczył klasę, więc świetnie się dogadują. Swój swojego znajdzie! Co ciekawe, nie raz Młody mówił, że wkurzył się na kolegę,  bo jest irytujący i upierdliwy, a raz nawet ponoć dał mu w zęby, jak mu raz nerwa puściła... Wtedy nawet sie cykałam, że Młody będzie miał problemy, ale gdzie tam, chyba jeszcze bardziej się od tego czasu kumplują haha. Bo to jest właśnie taki kumpel, co to się z nim można pokłócić, a nawet po mordach dać, ale potem i tak się idzie razem konie kraść.

Dziś mieli prezentację swoich focusów w szkole. Pojechałam zobaczyć. Było jeszcze goręcej niż w środę. Mimo że tym razem swój elektryk zabrałam ze sobą, i tak było ciężko. Co chwilę się zatrzymywałam, by oddychnąć i napić się wody. Jak weszłam do szkoły, moja koszulka (i w ogóle całe ciało) była całkiem mokra od potu. Nie to, że tam jakieś plamy - po prostu jakby się kąpała w ubraniu. Co za pogoda, panie!

Obejrzałam focusy wszystkich uczniów. Okazało się, że Młody nie był jedynym fotografem przyrodniczym. Na czym poza tym fokusowali się uczniowie? Jeden ziomek hodował mrówki i zgłębiał ich tajemnice oraz entuzjastycznie mi o tym opowiedział. Jakaś dziewczyna robiła model muru berlińskiego i jakieś elementy z książek też zmajstrowała. Ktoś kinny robił biżuterię. Jeszcze inny uczył się gry na gitarze, a kolejny komponował utwory na skrzypce. Następni uczyli się języków (widziałam szwedzki i koreański). Niektórzy porobili prezentacje swoich focusów na laptopach, inni stworzyli fantastyczne rekwizyty. Dalej widziałam coś z mapą i flagami, podróże, modę, historię jakiejś firmy samolotowej która splajtowała i masę najdziwneijszych innych tematów i zainteresowań. To jest niesamowite. Każdy ma jakąś inną zajawkę i może drugiego zainspirować. Fajny to pomysł, by pozwolić w trakcie całego roku szkolnego w godzinach nauki poświęcać też czas na takie niezobowiązujące rzeczy. Bardzo mi się podobał ten targ focusów i w ogóle cały ten pomysł.

Jeszcze dwa dni szkoły i wreszcie zasłużone wakacje. Tak, w Belgii chodzi się do konca czerwca. W poniedziałek mają zaplanowane sprzątanie szkoły przed południem, a po południu zabawy nad wodą w pobliskim osrodku sportowo-rekreacyjnym. We wtorej już zwykłe pożegnanie i zajecia od 9 do 12.

Ja się umówiłam na następny tydzień na spotkanie w tym jednym zakładzie pracy chronionej - ogrodnictwo biologiczne. Bardzo jestem ciekawa, jak to wszystko tam wygląda i czy ma sens zaczynać tam ten kilkudniowy staż, bo się okazuje, że ten cały szumny staż to 5 dni miesięcznie można robić... No dobra. Zobaczymy. Mam już też umówioną wizytę w biurze pracy z jakims kolejnym ludziem... borzzze zielony... Teraz będą się zastanawiać czy mogę dostać zezwolenie na pracę w zakładzie pracy chronionej... Jeszcze chwilę i mnie pojebie z tym całym urzędem i ich pomocą. Tak latam od jednego do drugiego, od drugiego do szóstego i końca nie widać, ani pracy też nie... Pfff.

Małżonek z kolei dołączył do naszego domowego klubu zdechlaków, bo mu się serce zapaliło haha. Teraz se wszyscy ino leżymy całe dnie do góry wentylkami, a plebs niech na nas robi, o! 

Lekarze mówią, że zapalenie mięśnia sercowego to nie są śmichy chichy, ale co człowiekowi  pozostaje w tej sytuacji jak nie ironiczny śmiech...? Pogoda nie sprzyja powrotowi do zdrowia, ale z drugiej strony Małżonek się cieszy, że w taką pogodę nie musi pracować. Nawet nie chce sobie wyobrażać zakładania plastikowego kombinezonu i zapierdalania w tym całe dnie, gdy termometry pokazują 40 stopni i jest jak w tropikach. Farba wtedy schnie w oczach, więc jeszcze szybciej trzeba zapierdalać niż zwykle, bo inaczej mazaje powychodzą. No ale siedzenie całe dnie w gorącu to nadal nie jest dobra sprawa. Co jednak zrobisz? Powietrze nie ochłodzi się tylko dlatego, że ktoś tak chce. Małżonek chodzi ciągle uparcie na długie spacery, tyle że teraz po 20 wieczorem i/lub o szóstej rano, kiedy w miarę przyjemny chłodek się rozciąga wszędzie. Ogólnie czuje się jednak niecukierkowo... Upał jest nieznośny dla niego.

Mnie tylko przeraża trochę przyszłość. Kurde, jak to będzie dalej żyć...? Mam DOPIERO niecałe 50 lat, a już coraz gorzej znoszę upał... Młodsza przecież nie będę. No i  raczej nie ma się co spodziewać, że kolejne lata będą chłodniejsze. Raczej wprost przeciwnie. 

Z drugiej strony patrząc to i tak nie jest źle, jak na fakt że dopiero co niedawno miała raka i że terapia antyhormonalna sieje ciągle zamęt w moim organiźmie. Dałam rady objechać te 10 kilosów (w sumie to nawet 15 licząc jeszcze powrót ze stacji do domu, tyle że to już przez las) w ten nieludzki skwar. Potem byłam co prawda czerwona jak indyk, ale czułam się ogólnie dobrze jak na takie okoliczności. Piłam jednak bardzo dużo, a na dworcu jeszcze zimną matchę wysązyłam. Młody to nawet dwie wciągnął, bo jest już letnie menu w Madmun i maja teraz matcha strawberry cloud. Niebo w gębie w ten skwar.

Dziś już było gorzej. Serio mnie wyczerpała ta wycieczka do szkoły Młodego. Dziś jest piekarnik okropny. Wszystko już jest nagrzane na diabła. Nawet u nas w ogródku nie idzie siedzieć. 

Zastanawiam się jak dziś starsi i schorowani ludzie znoszą te upały. Kurde, w tym tygodniu widzialam staruszków płci obojga (takich 80+) podjeżdżająccy pod sklepy swoimi samochodami i pomyślałam, że chyba ich porąbało. Gdzie to się pchać w taką pogodę na drogę, gdzie to samemu iść do sklepu... Z drugiej podziwiałam ich siłę i hart ducha, a z trzeciej z kolei przyszła myśl, że może oni nie mają na kogo liczyć. Może mieszkają sami i sami muszą sobie robić zakupy, dotrzeć do lekarza...? Takich ludzi wszak tu jest sporo. Niektórzy mieszkają samotnie w wielkich domach. Zwykle wtedy całe piętra stoją nieużywane, rolet nawet nikt nie poddnosi na dzień. Ale dopóki sobie radzą, to siedzą na swoim i jakoś żyją sobie powolutku...

Media podają, że domy opieki nie mają klimatyzacji. To ja nie wiem, jak oni tam wszyscy funkcjonują - i  mieszkańcy takich placówek, i ich opiekunowie. Nie zazdroszczę.

Pozamykano niektóre szkoły, ale ludzie mówią, że niektóre dzieci w domu mają jeszcze gorzej, jeszcze goręcej. Z mieszanymi uczuciami czytałam rewelacje, że niektórzy mieszkańcy w Gandawie wynajęli pokoje hotelowe w swoim mieście, by móc się wyspać, bo w hotelach jest klima. Z Leuven donoszą znowu, że ludzie spędzają noce w samochodach elektrycznych z włączoną klimatyzacją. No i  nie wiesz, czy się śmiać czy płakać. Wariactwo. Ten kraj nie jest absolutnie gotowy na takie upały ani w ogóle ekstremalną pogodę. Trąbili niby o tym już kilka lat, że taka pora się zbliża, ale nic nie zostało w żaden sposób przygotowane... 

Jakiś - dosyć długi chyba - czas temu pisałam o tym, że Belgowie powycinali w pierony drzewa koło domów. Idziesz przez wieś i mało gdzie dostrzeżesz chocby jedno drzewo wyższe od domu albo w ogóle jakiekolwiek drzewo. Przy drogach, koło szkół, urzędów też drzewa są rzadkością. O krzakach nawet nie wspominam. Trawa wypicholona na kilka mm wszędzie. I wciąż wycina się drzewa, by zrobić kolejny parking, drogę, ścieżkę rowerową... Wykupuje się porolnicze działki by je zabudować apartementami koło których oczywiście nie ma drzew w planach, bo drzewa śmiecą, brudza samochody, bo ptaki na niech siadają i srają, bo robią cień, zasłaniają widok... I ja tu mówię o wsi, nie o mieście. Tak se z Małżonkeim ostatnio na ten temat dumaliśmy i stwierdziliśmy, że w niektórych miastach to kurde więcej jest zielonych terenów dostępnych dla ludzi niż w na wsi. Świat stoi na głowie.

U nas chcieli szpaler dębów wyciąć wzdłuż drogi głównej, bo jakiemuś idiocie (pewnie się z Brukseli nie dawno przeprowdaził na wieś, ale nienawidzi mieszkać na wsi) przeszkadzały żołędzie spadające na chodnik. Ludzie się jednak wnerwili i najpierw wyszli na ulicę i pogonili pracowników, którzy już z piłami szli, a potem zaczęli pisać petycje, dobijać się do wszystkich instytucji i właśnie przeczytałam w lokalnej gazetce, że dęby zostają. Nasza wieś jest upierdliwa haha. Wcześniej przez kilka lat chlali się o wiatraki, bo chcieli nieopodal postawić siedem, potem pięć, potem trzy potem choć jeden, ale wieś kazała im wszystkim iść w diabły. Znowu petcyje, protesty i nie będzie tu żadnych posranych wiatraków między domami. No ale szczegół.

Politycy mówią teraz nagle o zaopatrzeniu szkół, żłobków, domów opieki, prywatnych mieszkań w klimatyzatory. No i git, ale szkoda że nie pomyślą jednak o zasadzeniu drzew wszędzie i zmuszeniu  plebsu do tego samego...  Jakiś czas był fun z odkamienianiem podjazdów, parkingów etc, ale szybko się to ludziom znudziło, bo kto to widział, by trawę kosić przed domem. Najlepiej zalać betonem wszystko albo kostką założyć. Tu na wsi widzę, że co bardziej inteligentniejsi (inaczej) przed domem se plastikową trawę wyścielili. Co już jest dla mnie szczytem szczytów ludzkiej głupoty. Jakoś oststnio bardziej nie lubię ludzi niż zwykle... 

No ale nic to. Ja świata nie zmienię, nie naprawię i nawet nie zamierzam próbować. Próbuję jakoś żyć i będę próbować nadal jakoś przetrwać. 

Póki co se naszą wannę składaną wyniosłam do werandy i mogę się chłodzić... Świetny to wynalazek, jak się nie ma  w domu wanny. My kupilimy to, by zimą sobie gorące relaksujące kąpiele czasem brać, gdyż w naszym domu jest tylko prysznic. Ale na lato też akuratna. To się składa i można postawić za drzwiami w łazience np jak u nas. Wczoraj se siedziałam do 22.30 w wannie czekając aż kury łaskawie pójdą do kurników. One nie chcą wchodzić, bo jest gorąco całe dnie, to leżą pod drzewem, a wieczorami, jak się schładza, nadrabiają grzebanie i łażenie....

moja wanna ;-)


A dalej już wschód słońca...



















Na YT nagranie o dwóch fortach:


21 czerwca 2026

Czas upałów, burz i złości na wszystkich i wszystko

 Mamy upalne i burzowe lato. Termometry pokazują ponad 30 stopni, a że do tego wilgotność powietrza jest wysoka, to czuję się poza domem jak w tropikalnej szklarni. W domu na parterze nawet jeszcze dosyć chłodno - około 25 stopni - się utrzymuje. Na poddaszu to już piekarnik, ale Córka włącza czasem klimatyzator. Tyle, że niestety nie ma w nim pompki, by wypompować wodę za okno, a na drugim ani nawet na pierwszym piętrze nie ma kanalizacji ani żadnego innego odpływu, by puścić wężyk do kanalizacji, więc skroploną wodę musi wynosić we wiaderkach na parter do łazienki. Popatrzyłam na ceny pompek i najtańsze to wydatek bagatela 100€. Kurde ta maszyna kosztowała ponad 4 stówy, a to już kupa kasy, więc póki co trzeba wynosić wiaderka... ale to i tak dobra inwestycja i bardzo przydatn urządzenie w takich okolicznościach.

Na zewnątrz skwar i duchota. Ja zawsze uwielbiałam upały, ale teraz coś nie za bardzo mi odpowiadają. Nadal lubię słońce i ciepełko, ale szybko zaczynam się zwyczajnie źle czuć: ból i zawroty glowy, serce mi się męczy (takie przynajmiej mam uczucie), bolą mnie nogi, gdy chodzę i ręce robią się ciężkie. Siedzę zatem dużo w domu. Któregoś dnia wybrałam się jednak z Najstarszą do Mechelen, by obejrzeć ogród różany w parku Vrijbroekpark. O panie, co za zapach tam się unosi! A i te wszystkie róże jakie one są piękne... Najstarsza marzyła głośno, że gdybyśmy kiedyś mieli wielki ogród, to chciała by hodować róże. Ja zgadzam się z tym pomysłem. Fajnie by było mieć własny ogród różany koło domu. 

Na koncu postu znajdziecie więcej fotek i krótkie wideo z parku. Polubienia i subskrybcje mile widziane ;-)


Po wywąchaniu wszystkich róż wdepnęłyśmy do jadłodajni znajdującej się na terenie parku, gdzie ja zamówiłam sałatkę z fenkułem a córka nacho's, a po jedzeniu wsiadłyśmy ponownie na wypozyczone niebieskie rowery i popedałowałyśmy do centrum. Tam uśmiałyśmy się ze zmyślnej dekoracji rozwieszonej nad ulicą... 

Potem sobie oczywiście wyguglowałam, by się dowiedzieć, o co kaman i się okazuje, że to pranie rozwieszono z okazji premiery i reklamy nowej serii videopodcastów o równych szansach, prawach osób LGBTQIA "Het Wassalon". Ta dekoracja ma zwracać uwagę na to, byśmy nie ocenianiali innych ludzi po metkach, etykietkach. Goście prowadzących przynosili elementy garderoby, które miały dla nich znaczenie, co było przyczynkiem do dyskusji na temat tożsamości, uprzedzeniach, nierównościach...


Następnie poszłyśmy na kawę do ulubionej kawiarni, a potem do sklepu z produktami z Europy Wschodniej, gdzie kupiłyśmy gruziński ser na kimkali. To była krótka, ale bardzo przyjemna i wielce relaksująca wizyta w naszym ulubionym miasteczku. 

Młoda tymczasem znowu za granicą w odwiedzinach u psiapsi, a ja doglądam jej pierzastych podopiecznych. Jako że i do ptasiego pokoju lato się przez okna dostaje i gorąco jest, to któregoś wieczoru zrobiłam, za sugestią Młodej, ptakom deszczyk za pomocą specjalnego rozpryskiwacza (widoczny na zdjęciu pod stołem). One lubią się kąpać w takim sztucznym deszczu. Rozkładają wtedy skrzydła,  pochylają głowy i ogólnie usiłują każdą część piór wystawić na deszcz. Summer czasem kąpie się też w misce na stole. Snowflake czasem też tam wchodzi, ale stoi na wysokich nogach nie bardzo wiedząc, jak się zachowywać należy w kąpieli. 

Po zorganizowaniu pory deszczowej trzeba oczywiscie potem posprzątać cały zalany teren, czyli wymienić gazety, piasek i pościerać stół, klatkę i podłogę. Starałam się jednak tak pryskać, by nie utopić Roomby haha. Dużo zachodu z takim prysznicem dla papug, ale jak przyjemnie się patrzy, gdy one się cieszą z kąpieli.



Kury nie lubią się kąpać w wodzie, ale lubią kąpiele piaskowe i ogólny plażing. Wyciągają skrzydła i nóżki kładąc się na boku, zamykają oczki i leżą pomrukując z zadowolenia. Bardzo wysokie i długotrwałe temperatury są jednak i dla nich uciążliwe i niezdrowe. Stoją w cieniu z rozłożonymi skrzydełkami i otwarymi dziobami dysząc ciężko. Wymieniam im kilka razy dziennie wodę, by miały chłodną, no i stawiam po jednej misce wody z elektrolitami dla kur. 

Bożenka na plaży ;)

Upałom towarzyszą dosyć intensywne burze, ale poczytwaszy internety, postanowiłam pogdybać sobie na temat burz... 

Od kilku dni ostrzegali u nas w mediach o upałach i możliwych burzach. Zalecali pochowanie rzeczy, które mogą zostać porwane z wiatrem lub zwalone komuś na głowy itd itd. Ogłoszono kod pomarańczowy ze względu na temperatury i ostrzegano o burzach. Zamknięto parki, odwołano niektóre imprezy plenerowe, jakby koniec świata miał nastąpić, co mnie dosyć bawiło, bo to wszak oczywiste mi się wydało....

No ale okazuje się , że  ludzie, nawet pomimo tych wszystkich ostrzeżeń i poczuczeń dla - zdawało by się - idiotów i tak  to wszystko mieli  w dupie, no a potem wielki lament, płacz i zgrzytanie zębów... JPRDL! "Wielka tragedia, straszne rzeczy, katrastrofa i w ogole armagedon". Ja patrzę na te nagrania i zdjęcia zamieszczone w prasie i nie wiem, czy się śmiać, czy zapłakać nad głupotą tego narodu...  (narodów?).

Na nagraniach widzę bowiem: 

- PLASTIKOWE krzesełka w ogródkach przy restaurcjach PRZESUWANE i WYWRACANE przez wiatr (szok i niedowierzanie, katastrofa)

- idiotów ludzi uciekajacych z tarasu z talerzami i kubkami w rękach, bo nagle zaczęło padać (jacie, ludzie siedzieli w czasie burzy na tarasie i zmokli - niedowierzam własnym oczom, toż to galopujący szok jest w trampkach!)

- przychlastów ludzi uciekajacych w popłochu pod parasole podczas jakiegoś festynu, bo nagle zaczęło padać (no zaiste kto by po setkach ostrzeżeń i w ogóle podczas letnich upałów spodziewał się nagłej burzy w Belgii - chyba się nie pozbieram po tym widoku)

- samochód na który zwaliło się jakieś drzewo (serio? wiedząc, że idzie burza zostawiłeś auto pod drzewem? Kto by mógł przypuszczać, że drzewo może zostać przewrócone przez silny wiatr. Pierwszy raz widzę coś takiego na oczy, no!)

- drzewo wyrwane z korzeniami (j.w.)

- przezroczysty dach werandy na który pada deszcz lub grad (tak, faktycznie padało, tak samo jak dzień wcześniej, i dzien wcześniej, i dzień wcześniej... noż kurwa mieszkamy w BELGII!!!)

- jakieś drzewa uginajace się mocno pod naporem wiatru (no ten widok już w ogóle z kapci mnie wyrwał, jeszcze nigdy nie widziałam by drzewo się uginało, jak wiatr wieje - jakbyście chcieli zobaczyć, to mam kilka nagrań naszej brzózki, ale może powinnam je wysłać do mediów...?!)

- jedna zwykła ALE ROZGAŁĘZIONA błyskawica w slow motion - no ja wiem, że mało kto wie, że można nagrać błyskawicę (i wszystko inne) w zwolnionym tempie (większość telefonów dziś chyba posiada taką opcję) i wtedy faktycznie widać tę błyskawiczę długo i wyraźnie i to jest fajniejsze i efektowniejsze niż sekundowy błysk, którego nasze oko nawet za bardzo nie rejestruje, ale żeby z tego faktu robić sensację dnia i ogłupiać plebs...?

- wywrócony stary drewniany młyn wiatrowy - wiatraka faktycznie szkoda, ale też to tylko stary głupi wiatrak, który stał na pustym polu... 

To wszystko były nagrania zwykłej acz intensywnej burzy z silnym wiatrem i opadami, nie żadne tragedia i katastrofa.

Ta narracja mnie po prostru rozpierdala! Jest taka bajka, która mówi o dziewczynce, która non stop krzyczała - Wilk, wilk! - a kiedy wilk na prawdę przyszedł, nikt jej nie uwierzył i wilk ją zjadł. 

Tutaj krzyczą non stop, że zbliża się straszna nawałnica (upały, śnieg, susza, grad, wiatr, grypa, siedem olag egipskich* niepotrzebne skreślić), przepowiadają katastrofę, bo ...w zimie będzie padał śnieg, bo latem bedzie gorąco, bo będzie padał deszcz... I dziwić się, że ludzie już przestali słuchać i siedzą sobie na tarasie mimo licznych ostrzeżeć o nawałnicy i że nikt niczego nie uprzątnął...

Kolejna kwestia to taka, że w tym kraju wszędzie masowo karczuje się normalne wysokie drzewa. Już ciężko w ogóle jakieś drzewo znaleźć, a jak jest to właśnie pojedyncze, które mimo usilnych starań nie jest w stanie powstrzymac wiatru ani wytrzymać jego naporu. Często do tego te drzewa są przesadzane jak już mają kilka metrów i sadzone są w jakimś nieprzyjaznym im terenie, gdzie nie ukorzenią się należycie i są słabe jak gówno. Wszędzie karczuje się krzaki, a trawę kosi na kilka mm. I nikomu nic tam nie styka na synapsach, nikt nawet nie zająknie sie w tym całym pierdoleniu o ratowaniu planety, że zwykłe drzewa, krzaki i normalna naturalna trawa mogły by wiele podratować, mogły by zapewnić nam ochronę przed upałem, wiatrem, podtopieniami etc. Podobnie zresztą jak mało kto wie o tym ile wody zużywa ta cała sztuczna inteligencja i jakie mogą być tego konsekwencje dla planety,  ale to inna historia. 

Ale najbarziej to zdziwiły mnie komentarze pod moim postem z piorunami, bo ja też dla zabawy nagrałam se kilka błyskawic w slow motion i wrzuciałm to na instagram... Ja się jaram tymi burzami, bo jak tu zamieszkaliśmi w Belgii to tu nie było w ogóle żadnych prawdziwych burz ani nie dało się zobaczyć pioruna. Tam pierdziało coś czasem cichutko i błyskało w chmurach, ale przez kilka dobrych lat nie widziałam w Belgii normalnej burzy. Dopiero w ostatnich latach się zaczęły uaktywniać i można jakieś liche błyskawice zobaczyć. Mówię liche, bo w porównanii z tymi burzowymi spektaklami, które rozgrywały sie na podkarpackich niebiosach to to są popierdółki, a żadne nie błyskawice i grzmoty haha. Ja lubię burze. Są fascynujące. Burze to część natury. Z bratem i ojcem często obserwowaliśmy błyskawice i fotografowaliśmy je. Moja Młodzież też podziela tę zabawę. No i ja publikując wideo oczekiwałam, że ludzie napiszą tam, że oni widzieli lepszą błyskawicę i opowiedzą, czy u nich też była burza, a tu się okazało, że sporo osób zwyczajnie paniczne burz się boi. Niektórzy nawet byli przekonani że narażałam swoje i dziecka życie. No i okazuje się, że normalni ludzie to oni nie wiedzą nic o burzach. 

To dopiero jest przerażające. 

Ja tu nie twierzdę bynajmniej, że burz nie trzeba się bać, bo owszem burze bywają bardzo niebezpieczne, ale przede wszystkim to - moim zdaniem - powinno się posiadać choćby podstawową wiedzę na ich temat, a nie srać żarem tylko dlatego, że radio straszyło i ciągle popadać w skrajności. Dobrze jest zadadniczo używać mózgu czasem, zdrowego rozsądku, pomyślunku... Czego większości współczesnych ludzi zdaje się zwyczajnie brakować. Jedni w panice zamykają się w komórce na wieść o zbliżającej się burzy, a drudzy znowu beztrosko idą na masowe imprezy albo zostawiają samochody pod drzewami i nie ogarną nawet swojego podwórka, by wszystkie rezczy i ich własne zdrowie było bezpieczne. Co jest z tymi ludźmi nie tak? Ludzie się z gołębi śmieją, że nie potrafią gniazda zbudować i zachowywać się bezpiecznie, gdy biedne gołębie zostały zabrane przez człowieka z gór, gdzie znajdował sie ich naturalny habitat, do którego były dostosowane i zmusiły ich do życia wśród głupich ludzi, którzy nawet swój natutralny habitat zniszczyli. A tu czlowiek mieni się istotą inteligentą, myślącą. Koń by się uśmiał, a nawet gołąb. Mnie się wydaje, że większość ludzi nie ma nawet podstawej wiedzy potrzebnej do przeżycia, że nie posiadają już nawet podstawowych instyktów samozachowaczych, nie mają za grosz pomyślunku. A w tym kraju jest to wyjątkowo intesywnie widoczne, że ludzkość stała się strasznie głupia, że jednostki nie potrafią samodzielnie połączyć prostych faktów, że nie potrafią wyciągać wniosków z tego, co rejestrują ich zmysły, nie potrafią brać za siebie i swoje czyny odpowiedzialności. Ludzie nie potrafią zinterpretoewać tego, co widzą za oknem i co czuje ich ciało. Nie, im musi radio powiedzieć, że dziś jest gorąco i jakie są tego konsekwencje, a i tak buc jeden z drugim nie zrozumie i jeszcze będzie miał pretensje do wszystkich że słońce go spaliło i jego dziedek stracił przytomność z upału, bo idiota zabrał go na spacer w najwiekszy upał, a nikt mu nie powiedział, że tak nie można. 

No nie wiem, jak było u was i innych ludzi, ale nas uczono prawd o burzach od małego, tak jak się uczy prawd o ogniu, wodzie, osach, żmijach, wbijaniu gwoździ i krojeniu chleba i reszcie otaczającego nas świata. Rodzice, dziadkowie, nauczyciele tłumaczą dzieciom, że ogień może podpalić wiele rzeczy, że może nas poparzyć, ale też może nas ogrzać i zupę nam ugotować. Uczą, jak należy się obchodzić z ogniem. Tak czy nie? I tak samo z burzami. Odkąd pamiętam wszyscy na wsi brali sobie informacje na temat prognozowanych burz zawsze do serca. Już dzień wcześniej albo przynajmniej parę godzin czy choćby w ostatniej chwili zamykało się okna, sprawdzało czy wszystkie drzwi od stodoły są dobrze zabezpieczone, czy koło domu nie walają ją rzeczy, które może porwać wiatr. Nas gówniarzy przestrzegano, byśmy swoje zabawki pochowali do piwnicy czy stodoły, bo nam je inaczej porwie wiatr, zmoczy deszcz albo wytłucze gradem. Sprawdzało się też okrycia kop siana i ewentualnie poprawiało, nakrywało to czy tamto, zganiało krowy z pastwiska, psy brało sie do domu, zbierało pranie ze sznura i pościel z balkonu. Wyłączało się wszystkie urządzenia z gniazdek. Systematycznie sprawdzało sie piorunochrony przy domu. Nigdy nie parkowało się traktora pod drzewem, które mogło być potencjalną ofiarą burzy. No i powtarzane systematycznie przez wszystkich starszych z rodziny nauki, że w czasie burzy nie wolno się chować pod drzewami, bo w drzewa często trafia piorun. Że nie chodzić z kosą na ramieniu ani nie stać z widłami czy łopatą podczas burzy, bu piorun może w nie strzelić i porazić. To było dla wszystkich oczywiste. Tak samo jak to, że im krótszy czas pomiędzy zobaczenem blysku a usłyszeniem grzmotu, tym burza bliżej. Jak grzmotu nie słychać prawie albo czas jest długi, to spokojnie można siedzieć przed domem i napawać sie widokiem błyskawic. Tymczasem jak patrzę na belgijskie (i nie tylko) społeczeństwo, to mam wrażenie, że oni po prostu wczoraj się urodzili albo z jakiejś innej planety spadli i nic o życiu nie wiedzą, nie kumaja, nie myślą. Stado głupich baranów i tyle. 

A kiedyś zrobiłam wyśmienitą sałatkę (może już o tym mówiłam...? mówiłam?!) korzystając  z przepisu sklepu Colruyt . Z tym że to i owo po swojemu zrobiłam. 

Sałatka z fasolką, ziemniaczkami, serem i truskawkami

Ugotowałam małe ziemniaczki (w przepisie są ugotowane gotowe), a potem podsmażyłam je na maśle. Ugotowąłam fasolkę w osolonej wodzie.

Wymieszałam je razem, potem dodałam szpinak i pokrojoną w paseczki czerwoną cebulę oraz ser berloumi i polałam sosikiem z musztardy, miodu, octu i wody. Truskawki były u nas w opcji, bo Najstaszra stwierdziła, że jej to nie pasuje, ale dla mnie bomba. Berloumi to belgijska wersja sera halloumi.


sałatka z fenkuła zjedzona w restauracji


Wkurzyłam się znowu na kołczkę i cały tę tzw pomoc z biura pracy. Ostatnio stwierdziła, że może powinnam szukać pracy w zakładzie pracy chronionej... No dobra, pomyślałam sobie, może to faktycznie jest dla mnie najlepsze rozwiązanie. Poleciła mi konkretny zakład pracy w - powiedzmy - okolicy, czyli ok 15 km od domu. Od razu wykazała się też całkowitym brakiem wiedzy na temat belgijskich środków komunikacji publicznej znajomością obsługi wyszukiwarki internetowej i wytłumaczyła mi, że mam świetne połączenie autobusowe... potem jeszcze zaczęła mi tłumaczyć, gdzie znajduje się przystanek najbliżej mojego domu, ale w tym momencie już jej litościwie przerwałam... i przypomniałam, że ja w przeciwnieństwie do niej nie mam samochodu i co za tym idzie doskonale znam położenie wszystkich przystanków i dworców kolejowych w promieniu 5 km od domu i że to znalezione przez nią zajebste połączenie to ona se może wsadzić...  No jak mówiłam, uważa się mnie za debila, który kurwa sam na przystanek nie trafi ani połączenia nie jest w stanie sam znaleźć. Powalające jest poza tym jak wielu belgijskich urzędników mało wie o realnych szansach na dojeżdżanie autobusami do pracy, szkoły czy temu podobnych miejsc, gdzie nalezy zjawiać się codziennie na czas, a szczególnie o dojazdach z przesiadkami. Nie po raz pierwszy spotykam się z faktem, że ludzie  nie wiedzą, iż autobusy na belgijskim zadupiu systematycznie przyjeżdżają z wielominutowym (nawet godzinnym) opóźnieniem, a nie rzadko w ogóle się nie zjawiają. No ale przede wszystkim, że w najlepszym wypadku autobusy na danej lini kursują co godzinę, a w niektóre miejsca (jak np nasza wieś) przyjeżdżają raptem 2 razy dziennie. Raz na jakiś czas można se autobusem pojechać, ale dojeżdżania do pracy to ja bym nie ryzykowała... Jak idę na wizytę u lekarza, na którą muszę dotrzeć autobusem, zawsze wychodzę godzinę wcześniej. Nie wyobrażam sobie jednak, bym codziennie wychodziła do pracy godzinę wcześniej... Podzieliłam się swoją wiedzą tajemną o tym, że ludzie ze wsi, którzy nie mają samochodu, zwykle dojeżdżają 5 km na miejsce odjazdu tego drugiego autobusu zwiększając swoje szanse na dotarcie do punktu docelowego na czas o 50%. 
No ale mniejsza o moją złośliwość (nic nie poradzę na to, że ludzie mnie ostatnio wyjątkowo irytują). Samo miejsce to jakieś gospodarstwo biologiczne. gdzie mają też sklepik i przygotowuja jakieś paczki z warzywami... co wydaje się ogólnie ciekawe, choć nie wiem, czy akurat dla mnie. Spróbować w każdym razie jak najbardziej bym chciała, bo tylko w ten sposób się dowiem... No i znowu się trochę podjarałam, że jest jaka nowa opcja dla mnie - zakład pracy chronionej... Wyguglowałąm se tę firmę, wypełniłam formularz kontaktowy i zaraz na drugi dzień, akurat wtedy w Mechelen byłam w parku - zadzwoniła do mnie jakaś babka. Pierwsze o co zapytała, to czy mam dokument uprawniający do pracy w zakładzie pracy chronionej... Odparłam, że nie, ale że moja kołcza poleciła mi ich firmę i że podobno wysłała też wiadomość na ten temat do mojej asystentki z biura pracy... Babka na to, że otrzymanie stosownego dokumentu to bynajmniej nie jest takie hop-siup i że to mnóstwo warunków trzeba spełniać i w ogóle... zanim VDAB wystawi taki dokument... 
No jak mnie to wkurwiło!!! 
Bo czemu ta mądra mi tego nie powiedziała...?
Nic to, babka powiedziała, że na wolontariat czy niepłatny staż - co w sumie jest moim tymczasowym celem - jak najbardziej mogę przyjść i w ogóle obejrzeć sobie wszystko i że ona mi chętnie wszystko wytłumaczy co i jak... Miała mi wysłać mejl z datami kiedy mogę przyjść... ale może mi się pomerdało i to ja miałam wysłać mejl, bo jednak byłam myślami trochę gdzie indziej, a mój mózg niełatwo się przestawia teraz z trybu luz na tryb poważne sprawy (bardziej niełatwo niż przódzi). Nienawidzę, gdy się do mnie dzwoni w randomowych momentach, gdy nie przygotowana jestem mentalnie na to że ktoś będzie dzwonił i nie mam ani gotowych pytań, ani odpowiedzi na potencjalne pytania z drugiej strony, ani nie mam na czym zapisać, ani nie mam swojej agendy. 
Zadzwonię po niedzieli do niej albo napiszę mejl i się umówię.
A do tej najmądrzejszej z mądrych też zadzwonię po niedzieli i powiem, że nie ma takiej zasranej możliwości, bym ja zapierdalała rowerem w taki gorąc do gdziekolwiek, nawet na pierdoloną stację, bo na pierdoloną stację to ciągle 5km w ted i 5 km nazad. Jak chce, może se sama do mnie przyjechać rowerem. Niech mi wyśle link do wideokonferencji albo niech się goni.  O i tak się teraz byle czym i byle kim wnerwiam na potęgę. Kiepsko u mnie z psychiką raczej. Byłam już raz u psycholożki, ale teraz ma wakacje i na następną wizytę przyjdzie mi troche poczekać. No to czekam.

Małżonek też się cziluje teraz w domu, bo jego to dopiero wszystko wkurwia. Ma zapalenie mięśnia sercowego. Lekarka powiedziała, że ze stresu. Po niedzieli ma wracać teoretycznie do roboty, ale raczej jeszcze trochę zostanie w domu. Niech se a-jedynkowcy zapierdalaja sami w taki upał, jak tak kochają tę robotę. Banda popierdoleńców. Sorry, no sorry. Taka jest prawda. Wyobraźcie sobie że ci debile pracują do godziny 20, a nawet do 22, przychodzą we wszystkie soboty a nawet niedziele i święta. Sam fakt, że oni tak pracują, mógłby nas gówno obchodzić. Jak dla nas mogą nawet spać w firmie (zresztą niedługo będą, bo właściciel własnie kończy apartamenty przy firmie i już ponoć się o nie biją), ale problem jest taki, że te bezmózgi mają wielki problem z tymi, którzy pracują normalnie, zgodnie z tym co mają zapisane w umowie o pracę, tak jak np Małżonek. Niestety tak jest dziś w większośći belgijskich firm, bo normalnych ludzi na normalnych kontraktach jest coraz mniej. Bo ludziom sie nie chce robić. Każdy chce mieć lekka pracę. Do ciężkiej chcą chorych wysyłać haha.
Coraz więcej ciężkiej roboty wykonują tzw pracownicy delegowani (a-1kowcy), których - można rzec - nie obowiązują tutejsze przepisy, prawo pracy, którzy nie mają tutejszego ubezpieczenia, nie płącą tutaj podatków. Wielu pracuje w warunkach wręcz nieludzkich. Bez nich ten kraj już by padł całkiem. Z nimi prawo pracy jest abstrakcją i kpiną. Niewolnictwo w XXI wieku jest faktem, a większość społeczeństwa zdaje się być tego kompletnie nieświadoma. Choć tak powoli zauważam że niektórym już coś tam zaczyna świtać, coś zaczyna się niezgadzać, coś zaburza ich idealny obraz świata, cos już tam gdzieś dzwoni, ino nie wiadomo za bardzo co, i czy na pewno dzwoni... Trochę za późno już na pobudkę, ale pozyjemy zobaczymy. Małżonek obmyśla plan B ale to plan karkołomny i trudny. Ale w takich warunach pracy, jakie tu zaczęły panować, nie da się normalnie funkcjonować. Zresztą już nie tylko pracy...


Na koniec zapowiadane wideo z parku i kilka luźnych zdjęć.