12 czerwca 2021

Zmęczenia czas i tysiąca zajęć.

Zabieram się do pisania postu, piszę kilka godzin i w końcu zostawiam niedokończony... Nie czuję się ostatnio bowiem zbyt komfortowo sama ze sobą ani tym bardziej z resztą świata.  Mam ciągle ogromny chaos myślowo-uczuciowy spowodowany wieloma nakładającymi się na siebie czynnikami i nie mogę tego doprowadzić do porządku ani ujarzmić w żaden sposób. Problemy dzieciowe, osobiste i ogólnospołeczne - dużo tego się uzbierało i nawarstwiło w ostatnich miesiącach. Nie ma za bardzo z kim o tym wszystkim pogadać, bo ciężko znaleźć kogoś, kto myśli podobnie i podobne zasady życiowe i priorytety uznaje, a do tego ma adekwatną wiedzę i doświadczenie. Z drugiej strony brakuje mi czasu i możliwości, by nawet sama ze sobą po prostu porozmawiać i porozmyślać w spokoju, by nikt ale to nikt nie przeszkadzał przez kilka godzin. Najwięcej czasu dla siebie mam w pracy, no ale w pracy mam też robotę do zrobienia i to dużo roboty w stosunkowo krótkim czasie, a jak myślę dużo, to wolniej mi idzie. Dlatego często zapodaję sobie bardzo głośno muzykę w słuchawkach, by zabić myśli i zająć się tylko robotą. Daję muzę na full lekceważąc ostrzeżenia o możliwości uszkodzenia słuchu, bo - moim zdaniem - lepiej ogłuchnąć niż zmagać się z myślami w trakcie pracy. Ale wtedy nieprzemyślane i nieprzeanalizowane  myśli trafiają na listę oczekujących, a lista ta wydłuża się z każdym dniem... I tak źle, i tak niedobrze.

 Czasem to zazdroszczę prostaczkom, którzy nie muszą myśleć żeby żyć. Żyją sobie bez pytania dlaczego, po co, bez analizowania każdej sytuacji. Wierzą bez zastrzeżeń we wszystko, co im powiedzą w telewizji czy z ambony i nie rozmyślają nad sensem... Takie głupie życie musi być proste, ale z drugiej strony chyba jednak mimo wszystko wolę swoje myślące i uczuciowe...

Tylko żeby mieć czas dla siebie czasem. A tu jeszcze znowu to cholerne zmęczenie. Jem dużo, piję dużo wody, śpię bardzo dużo, sporo przebywam na słońcu i świeżym powietrzu (już jestem opalona na brązowo), ruchu mi nie brakuje, zażywam systematycznie magnez i zażeram owoce. Nie mam tym razem żadnych innych objawów typu bóle pleców, stawów czy czegoś innego. Podejrzewam, że zwyczajnie nadmiar czucia i myślenia, czyli psychika no i zwyczajnie zapierdoling całoroczny. W końcu ciało też potrzebuje co jakiś solidniejszego czas wypoczynku.

Urlop będę brać na początku lipca. Nie wiem jeszcze, co będę wtedy robić albo czego nie robić. Nie mam żadnych planów. Hajs wakacyjny wydałam w jeden dzień w dwóch sklepach. Taki  był plan i już nie mogłam się doczekać, kiedy wpłynie wakacyjne, by pojechać z dziewczynami do naszego ulubionego miasta...

Młoda pod koniec maja miała pierwszy egzamin w Komisji Egzaminacyjnej w Brukseli. Pisała angielski. Jeszcze nie wie, czy zdała, a Komisja ma 30 dni na opublikowanie wyników. Liczy że uzbiera jej się to 50% potrzebne do zaliczenia, choć - jak mówi - zadania były dosyć zaskakujące. Wszystko robi się na komputerze i okazało się, że trzeba było mieć własne słuchawki, choć nigdzie w informacjach na stronie Komisji tego nie było. Pierwszym razem jednak bez problemu dostaje się słuchawki państwowe. Ci jednak, którzy już kolejny egzamin zdawali, dostali zdrowy ochrzan hehe. Czekałam na nią na ławce dwie godziny na przemian obserwując ludzi i czytając książkę. Miły relaks. Mogłabym tak cały dzień tam siedzieć grzejąc się do słonka, tylko hałas trochę męczący. 

Skoro już byłyśmy w tej Brukseli i miałyśmy czas, to poszłyśmy pozwiedzać arabskie sklepy i matka nakupiła pierdół do domu, bo tam można tanio kupić gadżety kuchenne, przyprawy w wielkich worach (kupiłyśmy duży wór cynamonu na cynamonrolsy)  i inne pierdoły.

Parę dni później pojechałyśmy z kolei do Mechelen wydać to wspomniane wakacyjne. Najpierw poszłyśmy do fotograficznego zapytać o używane obiektywy. Młoda wybrała sobie dwa: jeden teleobiektyw i jeden do fotografii makro, co kosztowało troszkę ponad  700€.  Dobrze, że mamy taki sklep w pobliżu, bo na nowe gadżety na razie nas nie stać, a na początek do nauki i zabawy używane sprzęty wystarczą. Obiektyw do makro trzeba oddać, bo coś nie hula, ale zapewne znajdzie się coś innego w podobnej cenie jak nie od razu, to później...

Potem poszłyśmy do H&M, by kupić Najstarszej jedne spodenki i mi trzy t-shirty, które oglądałam w necie, ale musiałam pomacać, by zobaczyć, czy moje ciało zgadza się z tym, co widzą oczy. Nie zgadzało się, ale znalazłam inne niekonfliktowe. Noooo ale to duży, dwupiętrowy hm a my nie byłyśmy na dzikich zakupach przez całą pandemię... Przy kasie z jakiegoś dziwnego powodu kazali mi zapłacić ponad dwie stówy mimo bonu urodzinowego i promocji dla stałych klientów hehe. Potem Najstarsza poszła na wafle i lody do ulubionego lokalu. Ja poszłam jak zwykle do Panosa po cieplą bułkę z serem. To było fajnie i zdrowo przefurane tysiąc euro. 

Ostatnio odwiedziłyśmy też z Młodą ginkę. Ja zrobiłam sobie przegląd techniczny i dowiedziałam się, że wszystko mam tam perfekcyjne jak na moje lata. Wyniki z cytologii będą znane za jakiś czas, ale jak niczego niepożądanego nie wykażą, to nie będą mi głowy zawracać. W Belgii cytologia jest gratis co 2 lata. Mam też skierowanie na mammografię, bo jeszcze nigdy nie miałam, a ginka stwierdziła, że jakąś cystę chyba mam w cycku i muszę obczaić, czy ten radiolog na wiosce, który fotografował mi rusztowanie, fotografuje też cycki od środka. Zawsze to lepiej iść do małego prywatnego gabinetu niż tłuc się po szpitalu. Ceny wszędzie podobne. 

Młoda dostała propozycję założenia spirali, ale na razie postanowiła nie korzystać. Nie skorzystała też z propozycji mocniejszych tabsów, bo odkąd nie musi chodzić do szkoły, to okres jej aż tak strasznie nie przeszkadza, a te hormony, które bierze od 11 urodzin są wporzo. Ja też tylko po raz wtóry (wcześniej pytałam naszej aptekarki) się upewniłam, czy stosowanie krążków hormonalnych na dłuższą metę po czterdziestce nie jest jakoś specjalnie szkodliwe i po raz wtóry się dowiedziałam, że nie jest szkodliwe. No i znowu dostałam recepty na 2 lata. Młoda podobnie. A w Polsce ginekolog namiętnie i systematycznie latami wciskał kit, że biorąc pigułki, czy inne hormony, trzeba se dawać zaglądać w cipkę co miesiąc, by doić grubą kasę z naiwnych choć nie zawsze zamożnych kobiet. Tymczasem Młoda bierze piguły jakieś 5 lat i jak dotąd nie była badana ginekologicznie ani razu. Ja przez 8 lat byłam u gina trzeci raz, a ciągle używam różnych hormonów. Recepty pisze nam rodzinny, gdy potrzeba. Młoda przy tym ma piguły za friko, jak każda dziewczyna do 21 roku życia. Możliwości tutejsze mi się podobają i to, że o wszystkim można normalnie z lekarzem czy aptekarzem porozmawiać, przedyskutować i normalnie zapytać i nikt się głupio spode łba na ciebie nie patrzy ani podśmiechujek nie robi. 

Młody tymczasem ma pierwszą wizytę u psycholożki za sobą. Był bardzo podekscytowany, bo nigdy wcześniej nie był u psychologa i był ciekaw, jak to wygląda. Pani psycholog od razu zaskarbiła sobie jego przyjaźń pochwalając, że nosi wytrwale i z pełnym przekonaniem różowe ubrania i dziewczęce buty, bo mu się podobają, mimo że niektórzy chłopcy się z tego wyśmiewają albo zadają głupie pytania. No i tym, że jej córka też kiedyś przeskoczyła jedną klasę, bo była za mądra. Swój człowiek po prostu. Do tego obiecała, że następnych wizytach pokaże, co ma w tych wszystkich pudłach i że będą majsterkować i rysować, bo młodsze dzieci mają zwykle inną terapię niż takie duże, jak jego siostry, które musiały po prostu gadać. A duża siostra z kolei się na ten fakt oburzyła i oskarżyła mnie, że za późno zaprowadziłam ją do psychologa, bo ona by też wolała terapię z rysowaniem, czy majsterkowaniem... 

W szkole Młody uparcie robi zadania dla czwartoklasistów i raduje się wielce swoim szybkim awansem w szkolnej karierze. No i nadal uparcie nosi dziewczyńskie buty i różowe koszulki. Czasem wynikają z tego irytujące sytuacje, bo ciągle sporo dzieci jest przekonywanych przez rodziców, że różowy nie jest dla chłopców. Młody na (nie)szczęście ma prywatnego ochroniarza i gdy jakiś szczyl się śmieje z jego ubrania, czy w ogóle ma jakieś sapy, to kumpel od razu gotowy spuścić każdemu manto haha. Młody już jednak pokazał mi kolesia z pierwszej klasy i już wiem, czyj to gówniarz. Teraz tylko się zastanawiam, czy lepiej zagaić wprost do taty - pana elegancika -, by porozmawiać jak rodzic z rodzicem na temat tolerancji i wychowania dzieci, czy lepiej zgłosić do wychowawczyni lub pani dyrektor. Młody donosi bowiem, że gnojek ma zasadniczo spory problem z wyglądem innych i wyzywa też np jego koleżankę od grubasów i myślę, że belfry mogły by ten problem w klasie ogólnie omówić. Ale patrzcie, gówno ledwie od ziemi odrosło, a już podskakuje, już się ma za niewiadomoco. Ktoś go tego już zdążył nauczyć przez te  6 lat i nie sądzę, by to byli nauczyciele czy koledzy. Takie rzeczy w tym wieku zwykle dzieci przynoszą z domu. Dlatego też skłaniam się bardziej ku powiadomieniu szkoły, niż rozmowie z panem elegancikiem (dla mnie też gówniarzem - po wyglądzie wnioskując). W końcu to ich teren. Ja tylko sprzątaczką jestem.

Najstarsza ostatnio uszyła wreszcie w szkole kurtkę letnią, która w zeszłym roku szkolnym miała być uszyta, ale był lockdown. Zacnie jej to wyszło i nosi ją teraz codziennie z dumą do szkoły. Inne prace krawieckie też systematycznie zakłada. Coraz lepiej też ogarnia sztukę makijażu, choć teraz to akurat tylko oczy ma sens malować, bo ciągle kagańce obowiązują. 

Młoda do szkoły nie chodzi, ale z wieściami szkolnymi jesteśmy jeszcze dość na bieżąco i ostatnio szkoła była znowu w mediach, bo belfry i dyrekcja postanowiły zaostrzyć od września regulamin pod względem ubioru, co młodzieży bardzo się nie spodobało i w ramach protestu zaczęli codziennie wszyscy przychodzić w bardzo kontrowersyjnych strojach. Na zdjęciu z popularnej gazety widać chłopaka w krótkiej koszulce, wysokim kapeluszu i króciutkich spodenkach oraz dziewczyny w spódniczkach ledwie zakrywających dupcię oraz minimalnych oczobolnych koszuleczkach. W szkole jest grubo ponad tysiąc młodzieży w wieku mniej więcej 12-20 lat. Jest tam sporo kierunków artystycznych, czyli duża gromada wariatów, ale też kierunki takie jak moda, fryzjerstwo, bioestetyka... Młodzież z fantazją z całej Flandrii. To musiało być niezłe hehe. Młoda dostaje relacje od psiapsi, której kuzynka tam chodzi i która brała aktywny udział w proteście. I dobrze, niech walczą o swoje racje. Dobrze, że im się chce, że mają jaja i potrafią się skrzyknąć i coś razem zrobić. Raz coś mądrzejszego, raz mniej mądrego, ale w końcu taka ma być młodzież. Jak nie oni, to kto? 

Przed nami jeszcze trochę różnych spotkań ze specjalistami i innych drobnych zaplanowanych zdarzeń, a potem wakaacje, znów będą wakaacje...

Może uda mi się jakoś odpocząć pijąc w cieniu piwo i licząc chmury. 

W poprzedni weekend odwiedziliśmy znowu ogród różany w Sint-Pieters-Leeuw i pierwszy raz w tym roku zasiedliśmy tam w knajpie. 

Ogród ten zwiedza się za darmo. Pachnie tam wyśmienicie.



























zamek Coloma