27 lutego 2026

Cieplej i jaśniej...?

 Ten tydzień zaczął się dobrze…

 

Najstarsza posprzątała znajomym dom. Poszłam z nią, ale koleżanka, tak jak się spodziewałam, traktowała Córkę, jakby mnie tam wcale nie było, czyli tak jak traktuje się pomoc domową, która pierwszy raz przyszła do pracy u nowego klienta. Wytłumaczyła jej, gdzie trzyma produkty, które do czego należu używać, gdzie ścierki, wiadra, odkurzacz etc oraz które pomieszczenia ma posprzątać i co ona przez owo sprzątanie rozumie. 

Zostałam z nią całe 4 godziny, ale jej nie pomagałam. Czasem tylko coś zasugerowałam albo odpowiedziałam na jej pytania dotyczące użycia danego produktu lub sprzętu z wyjaśnieniem sensu i związku przyczynowo-skutkowego oraz dodając czasem uwagi na temat podobieństw i różnic u potencjalnych innych klientów. Ogólnie jednak pracowała sobie powoli sama. 

Czasem oczywiście zauważałam, że robi to czy tamto inaczej, niż ja bym zrobiła i bardzo mnie korciło, by jej zwrócić uwagę, ale się powstrzymywałam, bo ona to nie ja. Ona musi swój własny system wypracować,  musi się sama nauczyć metodą prób i błędów i o tym jej mówiłam. Wiele rzeczy na pewno będzie robić tak jak ja, tak jak się tego ode mnie przez lata nauczyła, bo tak to przecież działa, że sprzątania uczymy się w domu od małego. Jednak sprzątanie u klientów trochę się różni od sprzątania własnego domu. W domu se możesz robić, to co ci się żywnie podoba. U klientów musisz się dostosować do tego, czym oni dysponują i do ich fanaberii, jednocześnie zachowując rozsądek i pilnując pewnych granic, zasad bezpieczeństwa, regulaminów i swojego zdrowia. Staram przekazać się jej całą wiedzę, jaką posiadłam przez kilka lat pracy w tym zawodzie. Wiedzę, której sama na początku nie miałam, przez ludzie zdecydowanie nadużywali mojej dobroci i naiwności. Uczę córkę, że gdy pójdzie do pracy już oficjalnie, absolutnie nie może pozwalać ludziom na igranie z jej zdrowiem i nieprzestrzeganie regulaminów. Żeby na to nie pozwolić, musi je znać. 

Już tego pierwszego próbnego dnia przekonała się, co robi javel (chlor), którego pracując legalnie nie powinna nawet tykać. Koleżanka miała akurat chlorowy produkt do kibla, a córka myjąc tym sedes, za bardzo machala szczotką i po paru minutach mogła zobaczyć rude odbarwione plamy na swoich czarnych spodniach. Spodnie do wyrzucenia po jednym dniu pracy, nauczka na zawsze.

Ja na początku też nie jedno ubranie tym gównem zniszczyłam, nie jeden raz poparzyłam sobie tym skurwysyńswtem skórę, gdy kazano mi myć cały prysznic od góry do dołu, nie jeden raz miałam problemy  oddychaniem po użyciu tej trucizny. Mnie nikt nie powiedział, że sprzątaczki pracujące legalnie nie mogą używać produktów z chlorem, że sprzątaczki nie powinny się godzić na używanie żadnych trujących produktów, bo jest to niezgodne z regulaminem. U wielu klientów używałam produktu z chlorem do kibla albo amoniaku do mycia okien, a nie powinnam nigdy. Ja dopiero pod koniec, w ostanich latach, gdy w biurach wreszcie zaczęło się o tym trąbić głośno,  poprosiłam klientów o zakup innych płynówm szczególnie do kibla. Znałam już wtedy dobry produkt ekologiczny, którego sama w domu używam.

Przekazałam córce też wiele innych nielegalnych pułapek zastawianych przez klientów. Mycie okien z zewnątrz w deszcz, śnieg i mróz jest dosyć częstym oczekiwaniem ze strony klientów, ale nie dozwolonym i nie ma się po co na to godzić. Szorowanie szczotą płytek czy to przed domem, czy w domu. Mycie tak, szorowanie nie. Pomoc domowa to nie niewolnik. Sprzątanie czegokolwiek z użyciem drabiny czy innych podwyższeń. Ubezpieczenie pozwala korzystać najwyżej z drabinki z trzema stopniami. To maksymalna wysokość, na jaką może się legalnie wspinać sprzątaczka. Przy czym drabinka ma być stabilna i zawierać uchwyt do trzymania. To tylko kilka z przydatnych informacji, które staram się przekazać córce, zanim zgłosi się do tej pracy.

Dalej pouczyłam ją też o bezpiecznym obuwiu i by nigdy nie szła do roboty w żadnych klapkach czy innych tego typu idiotycznych pseudobutach. Buty do sprzątania mają dobrze trzymać stopę, mają być zabudowane, nie mogą być śliskie, mają mieć specjalną miękką grubą podeszwę pozwalającą na bezbolesne ich używanie przez długie godziny i mieć utwardzony czubek. To kwestia bezpieczeństwa, kwestia zdrowia, ale  i ubezpieczenia. Jeśli zdarzy się wypadek w pracy, a okaże się, że pomoc domowa miała na nogach japonki, może ona zapomniec o pokryciu kosztów leczenia. 

Ona co prawda jeszcze tej pracy nie zaczęła. Nie wiem nawet, czy w ogóle ją podejmie, ale uważam, iż ważne jest, by od początku wiedziała także, jakie ma prawa, nie tylko jakie ma obowiązki. Bo właśnie dzięki tej wiedzy ten zawód właśnie mniej ciężki i dużo łatwiejszy może się okazać do wykonywania.

Ten próbny dzień był dla niej trochę stresujący. Wszystko nowe, nieznane, a tu jeszcze właścicielka domu siedzi tuż obok i wydaje się, że patrzy na ręce (choć to nie ten typ).  Na początku, jak powiedziała potem, miała wiele obaw, czy może przestawiać, podnosić niektóre przedmioty, bo bała się, że coś popsuje, rozwali... Ja jej na to, że dokładnie takie same obawy na początku miałam. Myślę, że chyba większość ludzi takie ma i to nie tylko w tej pracy.

Tak czy owak, ja muszę rzec, że sprzątanie tego obcego dla niej domu poszło jej doskonale. 

Muszę też przyznać, że idąc tam znią  miałam spore obawy. Nie dlatego, że bałam się iż źle posprząta, bo znajoma doskonale wiedziała, że to sprzątanie testowe i że Córka może po godzinie stwierdzić, że ma to w dupie i nie chce tej pracy wykonywać, bo miała do tego pełne prawo i tak było też ustalone. Bardziej bałam się właśnie tego, że ona stwierdzi, że to jest dla niej za trudne, że nie uda jej się np nawet połowy zadań wykonać i ją to zdołuje, czyli że jej nadzieje na potencjalną pracę legną od razu w gruzach. Tak się jednak nie stało. Wprost przeciwnie. 

Obserwując ją kątem oka, jak pracuje, zauważayłam, że sobie wszystko spokojnie bez pośpiechu robi, jak to ona. Przyznaję bez bicia, że nawet parę razy przeszło mi przez myśl, że może ona faktycznie robi zbyt wolno, jak to twierdzili jej poprzedni pracodawcy... Potem uświadomiłam sobie, jak bardzo tego typu opinie mogą być krzywdzące i niebezpieczne. Popatrzcie, nawet u mnie rodzonej matki zasiały wątpliwości, a co dopiero u potencjalnego pracodawcy, który tej osoby nie zna.  

Tak, moja córka pracuje powoli, ale skutecznie i dokładnie. Okazało się, że tą metodą w cztery godziny wykonała cały plan, czyli wszystkie zadania jakie, zleciła jej jej pierwsza klientka. Posprzątała dwie łazienki, dwie sypialnie, salon i kuchnię, schody oraz biuro. Wynik, moim zdaniem fantastyczny, i może być z siebie dumna, co zresztą jej powiedziałam. Zatem spokojnie może zacząc pracę pomocy domowej, bo sobie z tym poradzi. Jak dla kogoś będzie za wolno, niech se sam sprząta albo niech szuka innej sprzątaczki na rynku, na którym jest kilkadziesiąt tysięcy wakatów i jakąkolwiek sprzątaczkę ciężko znaleźć. 

Powiem więcej, to ja popełniłam błąd i to ogromny błąd sprzątając zawsze szybko i super dokładnie. 

A po co tak było gnać? 

No, wiadomo, fajnie się słucha pochwał i komplementów; satysfakcjonujacym jest być uznawanym za najlepszą sprzątaczkę w okolicy, ale czy to jest zdrowia warte? Nie bardzo. 

Poza tym większość ludzi zwyczajnie nie zasługuje, by dla nich się jakoś specjalnie wysilać.  Zresztą za takie pieniądze, jakie się płaci sprzątaczkom, na prawdę nie ma co postronków rwać. Teraz już to wiem, bo wcześniej tego niestety nie dostrzegałam. 

Gdybym wracała kiedyś do tej pracy, zamierzam sprzątać tak właśnie jak moja córka: powoli, spokojnie, z lekkim tumizwisizmem. Ile zrobię, to zrobię, ile nie zrobię to nie zrobię. Ludzie nie zasługują na więcej. Moje zdrowie za to zasługuje na więcej. Więcej szacunku, wiecej troski o siebie, więcej spokoju...  A ja właśnie zawsze zapieprzałam jak mały samodzodzik, bo mogłam, bo byłam młoda, zdrowa, silna, wysportowana, prędka... to korzystałam z tych atutów, ku radości i zadowoleniu moich klientów, ale ostatnio dużo sobie przemyślałam i przetasowałam trochę moje priorytety. 

Patrzę też uważnie na młode pokolenia. Nie tylko na moje dzieci, ale ogólnie. Oni dziś mają, jak to mówią, wyjebane. Oni się nie ścigają. Dbają bardziej o siebie. Domagają się łatwiejszego, lżejszego życia. Moje pokolenie nazywa ich szyderczo "płatkami śniegu", bo że niby zbyt delikatni są, a może oni są po prostu od nas starych mądrzejsi...?

 Ja i Małżonek zapierdalaliśmy przez całe życie. Od małego goniono nas do roboty. Za chwile odpoczynku wyzywano od śmierdzących leni. Za skarżenie się wyzywano od słabeuczy i cieniasów... I co kurwa z tego mamy? Wyniszczone stawy. Chroniczne zmęczenie. Wyczerpanie. Raka. Niczego nie użyliśmy. Świata nie zwiedziliśmy. W wieku 50 lat boimy się, że nie damy rady dopracować do emerytury, bo nasze zdrowie się sypie. Z tego całożyciowego zapierdolu nie mamy nic. Tak samo jak nasi rodzice i dziadkowie nie mieli poza wyniszczonym zdrowiem. Żeby było śmieszniej, częstokroć ludzie, którzy całe życie nic nie robili, dzis mają lepiej albo przynajmniej tak samo. Po co zatem tak gnać? Po co wiecznie grać twardziela? 

Oczywiście w świecie, w którym gardzi się ciężką pracą, w której nikt ciężkiej pracy nie chce wykonywać, a co za tym idzie siły roboczej brakuje, ten który podejmie się cięższej pracy musi dziś zapierdalać za trzech, za jedną wypłatę oczywiście, bo tak się dzieje, gdy zachwiana zostanie całkowicie równowaga. 

Garstka pracowników fizycznych nie da rady zapracować na miliony urzędasów, którzy niczego nie wytwarzaja, ale jednocześnie jaoś tak każdyn by chcioł żryć, mieć wielkie mieszkanie, 5 samochodów, rowerów, nie musieś sprzątać ani prać, nawet samemu się czesać ani nawet kwiatków samemu posadzić czy żarówki se wymienić. Każdy oczekuje, że inni będą za niego to wszystko robić, a on będzie miał czas dla siebie, swojego hobby, pieska, kotka i rodziny (zwykle właśnie w takiej kolejności). A nie czeka,j pieska też ktoś inny musi wykąpać, nie rzadko też wyprowadzić i nakarmić, a dzieci to już w ogóle 7 godzin w szkole, ze 3 w świetlicy, w wekendy w klubach sportowych, u skautów, na muzyce, w ferie na obozach,  bo koło dzieci to już w ogóle za dużo roboty, więc niech niewolnicy się tym zajmią... Problem tylko, że niewolników coraz mniej, a roboty, które by ich zastąpiły, jeszcze nie powstały. Jeśli nie pojawią się one w najbliższych pięciu latach, to myślę że wszyscy będziemy w czarnej dupie hehe.

Najstarsza w każdym razie swój test pracowy zaliczyła i teraz już wie, na czym stoi. Chyba jednak trzeba poczekać na spotkanie z biurem pracy, by się przekonać, co oni powiedzą na ten pomysł, bo chciałabym wiedzieć, jakie są tutaj ewentualne możliwości wsparcia oraz jakie mają alternatywy do przedstawienia dla niej. Jednak wydaje mi się, że mimo wszystko powinna pójść spróbować sił. Jakby nie patrzeć z tego będzie mieć przynajmniej jakieś pieniądze. Nawet jak to by tylko kilka godzin było w tygodniu, to zawsze jest to parę euro. Poza tym w biurze pracy i tak ostatnio była mowa tylko o zakładzie pracy chronionej i temu podobnych rozwiązaniach, a moim zdaniem dobrze by było najpierw tutaj sił spróbować. Zawsze to człowiek czegoś pożytecznego się nauczy, ludzi pozna, język poprawi... Młoda jest. Im więcej różnych rzeczy spróbuje, tym lepiej.

Tak czy siak, mamy już jakiś konkretny pomysł i jasny cel. Teraz tylko trzeba powoli do niego dążyć. A nuż widelec.

Będąc z Córką na swoim starym placu boju, znowu intensywnie poczułam, że  bardzo bardzo chętnie wróciłabym do tej pracy. Sprzątanie daje taki spokój i tyle satysfakcji. Porządkowanie czyjegoś bałaganu jest wielce relaksujące i przyjemne, choć też piekielnie męczące i czasem irytujące. No, brakuje mi tego!

Wspominam tu też pracę na farmie, do której co prawda wracać bym nie chciała, ale która też pod wieloma aspektami była relaksująca, fajna i satysfakcjonująca. Przewidywalność, wyraźnie widoczne efekty w krótkim czasie, spokój, praca w pojedynkę bez zbędnego się socjalizowania z kimkolwiek, praca wedle własnego planu i widzimisię, bez użerania się z ludźmi jako takimi... 

Sprzątanie to jest na prawdę dobra praca. Ciężka jak szlag, niezdrowa, ale fajna.

I tak ciągle wracam myślami do mojego pomysłu, o którym powiedziałam w biurze pracy, że niby chciałabym spróbować wrócić do biblioteki... No bo jednak coraz badziej wątpię w to, czy ja na prawdę chciałabym jeszcze pracować w jakiejś bibliotece? No i dalej, czy ja w ogóle (jeszcze) do tej pracy się nadaję...? Dochodzę do wniosku, że to jednak są bardziej oczekiwania innych projektowane na siebie niż moje własne...

Doświadczenie ze świetlicy zdaje się szeptać coraz głośniej, że  ani nie nadaję się, ani tak na prawdę nie chcę pracować w bibliotece. Miałam przecież iść na wolontariat. Szukają u nas w gminie bowiem ciągle wolontariuszy i do oprawiania książek, i pracy z klientem, do pomocy w przyjmowaniu wycieczek dzieci ze szkół itd. Nawet rozmawiałam o tym ze znajomą bibliotekarką nie tak dawno, gdy byłam wypozyczyć książki. Obiecałam jej i sobie, że zgłoszę swoją kandydaturę zaraz po Nowym Roku, ale mamy koniec lutego a ja tego ciągle nie zrobiłam i, powiedzmy sobie szczerze, w głębi duszy nie bardzo mam na to ochotę. Biblioteka to miejsce, które znam, bo pracowałam tam 14 lat, a wcześniej przesiedziałam w towarzystwie babci, a ta belgijska biblioteka od polskiej jakoś specjalnie sie nie rózni, jeśli idzie o zakres obowiązków i sposób wykonywania tego zawodu na zadupiach i ta znajomość sugeruje mi, że powinnam znowu spróbować. Tyle, że ja już nie czuję bluesa. Idę tam czasem po jakąś książkę, chodzę pomiędzy regałami, szperam, szukam, przyglądam się ludziom i tej pracy i nie potrafię sobie wyobrazić, że tam pracuję. Nie, to nie jest już moja bajka. 

Nawet świetlica, mimo porażki i niepowodzenia, ciągle mnie przyciąga duchowo. Tam siebie widzę, jak najbardziej, tylko na spejcalnych zasadach typu mała świetlica albo tylko grupa maluchów... czyli na razie nie osiągalnie dla mnie. Niemniej jednak widzę siebie jako wychowawcę ale jako bibliotekarkę już nie. No i mój poziom języka też jest za niski do pracy w dzisiejszej bibliotece, gdzie jednym z zadań jest prowadzenie socialmediów, pisanie artykułów do gazet i reszta szeroko pojętej promocji. Ja już nie jestem w stanie nauczyć się języka na takim poziomie, by pisać w nim swobodnie tego typu teksty bez błędów, a kwieciście i interesująco. W jakimś miejskim bibliotecznym magazynie mogłabym pracować, ale do miasta jest stąd za daleko...

Ciągnie mnie też wolontariat w azylu dla ptaków i dzikich zwierząt. Tam nie ma szans na zatrudnienie, ale chciałbym pomagać zwierzętom. To by mi dawało satysfakcję. Z tym że potrzebuję przede wszystkim pieniędzy, bo satysfakacją się nie bardzo najem...

Jednym słowem, ale po wielomiesięcznych rozważaniach, dochodzę do wniosku, że na tym etapie swojego życia ja nie mam ochoty na żadną ambitną pracę. Bo i po cholerę. I tak już nic nigdzie nie osiągnę, to po kiego się stresować,  skoro można by robić coś prostego. Zrozumiałam, że większość ludzi uważa, że prosta praca to coś złego, niepochlebnego, nieporządanego... I to oni mnie całą ogólnoświatową narracją właśnie do tego przekonują, że muszę chcieć czegoś więcej, czegoś lepszego, że skoro jestem mądra, inteligentna, oczytana, empatyczna etc etc to powinnam "lepszej" pracy szukać, a na pewno pożądać. Ale gdy się nad tym głębiej zastanowić, to przecież mnie to bynajmiej do szczęscia potrzebne nie jest. Ja nie należę do ludzi, którzy wstydzą się prostej pracy, czy prostego wygodnego ubioru albo prostej fryzury. Wprost przeciwnie. Prostota to moja strefa komfortu.

Różne zawody brałam ostatnimi czasy pod lupę, nawet takie nierelane do wykonywania przeze mnie ze względu na brak stosownych dyplomów czy umiejek, ale próbowałam sobie wyobrazić, że owe posiadam albo teoretycznie posiąść bym mogła, ale nie, zwyczajnie nie potarfię sobie wyobrazić siebie obecnie na żadnym stanowisku, gdzie ważna jest odpowiedzialność za innych ludzi czy za ważne sprawy. 

Nie wyobrażam sobie siebie w zawodzie, gdzie coś ważnego albo czyjeś zdrowie ode mnie by miało zależeć... Tu np myślę o opiece nad dziećmi czy osobami starszymi. Pomijając kwestie fizycznej ciężkości tej pracy, ja bym sie zwyczajnie dziś bała odpowiedzialności za te osoby. Nie! W życiu! Nie z moją pamięcią, chaotycznością, wiecznym rozkojarzeniem, brakiem pewności siebie. Tak samo z pracą w sklepie. Za wielka odpowiedzialność. Potrzeba dobrej organizacji, konsekwencji w działaniu.... Kompletnie nie nadaję się do tego i sobie na tego typu stanowsikach wyobrazić nie potrafię. 

Czasem trafiam na bezdrożach internetu na ludzi przekonanych (i takie też bzdury propagujących) iż rzekomo każdy, dosłownie każdy człowiek na świecie o niczym innym nie marzy, jak tylko o posiadaniu swojej własnej firmy, bycia sobie samemu szefem. Taa... 

Z mojegu punktu widzenia własna działalność jest   chyba jedną z najgorszych opcji, jeśli idzie o pracę. Chyba tylko w najgorszych koszmarach przyszło by mi do głowy zakładanie i prowadzenie własnej firmy. Nigdy nic takiego mi się na pewno nie marzyło. Próbowałam sobie wyobrazić, a wyobraźnię mam dosyć bogatą, jakby to było... ale nie potrafię sobie aż takiej abstrakcji zobrazować. 

Ja nawet domu chyba sama w pojedynkę bym nie ogarnęła. 

Przepracowałam w życiu już ze 20 lat co najmniej... Tak serio to nawet nie wiem ile. Nigdy przez cały ten czas nie miałam pojęcia, ile ja w ogóle zarabiałam. W pierwszej pracy w Belgii po bodajże 2 latach przeglądając dokumenty zauważyłam, że przez cały ten czas miałam u jednego klienta 3 godziny w tygodniu wpisane, a pracowałam 4. Nie mam pojęcia do dziś, za ile mi płacili. Nigdy tego nie sprawdziłam.  Dla mnie to jest - było minęło. Nie wiem, czy zawsze płacili mi w jakiejkolwiek pracy wszystko, jak należy i nigdy nie przyszło mi do głowy, by to sprawdzać. Jak jutro zacznę jakąś pracę, też nie będę sprawdzać. Nie znam się na tym, nie rozumiem tego i co najważnejsze, mnie to nie do konca obchodzi. Sprawy finansowe ogarniam na zasadzie: mam forsę to mam, a jak nie mam, nie mam. Ot, cała filozofia.  

Nie mam pojęcia, co ile kosztuje. Tak, chodzę do sklepów kilka razy w tygodniu. Tak, robię zakupy za 100, 200, 300 euro w spożywczaku, ale nie mam pojęcia, ile w Belgii kosztuje chleb, ile masło, ile jajka. Wiem, że jest drożej i drożej, bo za to samo wołają przy kasie coraz więcej. Jak mnie ktoś wyśle po lody i po zakupie zapyta, ile kosztowały, nie będę mieć zielonego pojęcia, nawet jeśli tylko lody kupiłam, bo zwyczajnie cen nie zapamiętuję, nawet jak chcę. Za Młodego zapamiętywałam wszystkie co ważnejsze numery telefonów, bo to było łatwe, ale nigdy nie pamiętałam cen produktów, bo to było trudne. 

Młoda chodzi zawsze podczas zakupów po kilku sklepach, bo w jednym jest tańsze to, w innym tamto, a w jeszcze innym owamto. Orientuje się we wszystkich promocjach, oszczędza, pilnuje swoich pieniędzy jak oka w głowie. Dla mnie finanse to abrakadabra. Nie rozumiem w ogóle tego zjawiska. Poza tym ogólnie planowanie czegokolwiek (nie tylko finansowego) to dla mnie rzecz prawie że nie osiągalna. Jestem stuprocentowym chaotem. Żyję z dnia na dzień, z chwili na chwilę i nawet nie wyobrażam sobie, że da się inaczej. Nie wiem, jak ludzie to robią. Ja nie mam takiej umiejętności ani potrzeby. Ja nie pasuję w ogóle do tych czasów. Nie do końca się w nich odnajduję i to jest spory problem. Dziś moja autystyczna osobowość jest dla mnioe uciążliwsza niż była kiedykolwiek wcześniej. 

Dla mnie życie według ścisłego planu jest bardzo trudne i uciążliwe. Dlatego wiele zawodów właśnie (o swojej działaności nawet nie mówiąc) jest zwyczajnie niewykonalnych. Myślę, że Najstarsza jest pod tym względem bardzo do mnie podobna. 

Dlatego też robota na sprzątaniu mnie tak przyciąga. Tam niczego nie musisz jakoś specjalnie planować (choć niektórzy twierdzą inaczej - szczególnie ci, którzy siedzą za biurkiem i raz miotły w ręce nie mieli). Widzisz, co trzeba zrobić i to robisz dopóki nie zrobisz albo póki czas się nie skończy. Wtedy idziesz do domu albo do kolejnego domu. Pamiętam, że klienci czasem pytali, ile dam rady posprzątać w danym czasie. A skąd ja to niby mam kurwa wiedzieć?! Jak posprzątam, to zobaczysz, ile mi to zajęło. Tak samo było z prowadzeniem zajęć dla dzieci. Wszyscy tam w świetlicy oczekują, że im powiesz, ile coś ci zajmie... Nie mam najbledszego pojęcia, jak ludzie potrafią oszacować takie rzeczy. Mnie się to nigdy nie udało. 

* * *

Doczekałam się z Młodym w końcu wizyty w naszej przychodni. Lekarz wypisał mu receptę na antyalergiki. Już jest za późno na to, bo Młody już nie może spać, a oczy ma spuchnięte i piekące. Tymczasem lek gtrzeba brać ze dwa tygodnie, żeby zaczął działać jak należy, a tu ciepło się nagle zrobiło. W środę było prawie 20 stopni. Wiemy doskonale, że to oznacza, iż wszystko za chwilę zakwitnie jak głupie, a Młody będzie cierpiał... Nic to. Lepiej późno niż póniej.

Poprosiliśmy też o obejrzenie uszu, bo Młody dobrze nie słyszy. Uszy okazały się wporządeczku, że czyste i w ogóle. Doktor po teście z jakimś kamertonem, czy czymś takim, stwierdził jednak, że Młody mniej na jedno ucho słyszy i wypisał mu skierowanie do szpitala na dokładniejsze badania u jakiegoś uchologa. Nie wykluczone, że zgodnie z moimi przewidywaniami ciągle używanie słuchawek w koncu uszkodziło mu słuch, no ale to się zobaczy. 

Przy okazji ja poprosiłam o recepty na swoje zastrzyki i piguły.

Innego dnia byłam w tej samej przychodni z Młodą, żeby wypełnili jej dokumenty do FOD-u w sprawie przedłużenia uznania niepełnosprawności. Lekarka zrobiła to przez internet, ale wydrukowała też jakiś świstek. 

Po raz kolejny próbowałam umówić Młodej wizytę u specjalistki w Uniwersyteckim Gent, do której skierowano ją z Uniwersyteckiego Leuven, ale ciągle nie otrzymali elektronicznego skierowania stamtąd. Zadzwoniłam zatem do Leuven i pani w sekretariacie obiecała zapytać pana profesora, co tam z tym skierownianiem i mnie powiadomić mejlem, gdy wyjaśnią sprawę. Dziś otrzymałam mejl, że wysłali skierowanie pocztą... No mam nadzieję, że wysłali też online do Gandawy, bo inaczej chyba nie umówię tej wizyty...

Ocipieć idzie z tym wszystkim.

Młody miał w tym tygodniu jeden dzień zajęcia w żłobku. Znowu się trochę niepokoił, bo znowu nowy adres trzeba było znaleźć, a do tego Matka nie miała czasu z nim jechać, bo szła z Młodą do lekarza. Człowiek się nie rozerwie przecież, a Młodej wcześniej obiecałam... Gdy sobie wyguglował, pokazało mu, że blisko dworca, więc się uspokoił. Kiedy dotarł na miejsce, napisał mi, że wszyscy z grupy już są oprócz nauczyciela. Tak to jest z belframi haha. W żłobku obserwowali peuters(y), czyli starsze dzieciaki, pod kontem różnych elementów rozwoju. Podobało mu się oczywiście, bo szkraby są fajne. On bardzo lubi dzieci, jak wiadomo.

W końcu dokończyli remont tego całego śmiesznego seminarium i w końcu szkoła Młodego będzie się hucznie przeprowadzać do nowego lokum. Wybieramy się do pomocy w tym wielkim wydarzeniu i ciekawa jestem wielce, jak tam wszystko będzie wyglądało.

Małżonkowe auto w międzyczasie przewieziono do pobliskiego garażu i zdiagnozowano. Ponoć ma być jutro do odbioru. Zesrał się jakiś przewód z sensorem czy coś tam takiego, co ma niby kosztowac ok 600-700 euro, czyli w chuj ale Małżonek spodziewał się, że naprawa przekroczy wartość samochodu, czyli ujdzie. W sobotę ma być do odebrania. Wtedy też trzeba pojechać oddać zastępczaka. 

Niestety to nie koniec jeśli chodzi o zesrane rzeczy. Czerwona Rakietka Młodego zaczyna się rozpadać po zaledwie półrocznym codziennym nią pedałowaniu i tłuczeniu jej po pociągu. Komputerek odpadł zaraz na poczatku pdczas ładowania rowerka do samochodu. Hamulce już raz wymieniane i poprawiane znowu się wytarły (niewyróbka), przerzutki się rozpierdoliły, pogięły i się kolebocą, przez co łańcuszek spada przy każdym składaniu, a czasem podczas jazdy. W tym tygodniu Młody przestał rower składać do pociągu. Jeszcze nikt się nie przyczepił, ale w końcu trafi na nadgorliwego konduktora, który go ochrzani.  Trza kupić mu coś nowego, bo to nie są śmichy tylko kwestia bezpieczeństwa. Nie mamy hajsu na jakiś markowy rower, bo to wszak kwestia kilku tysięcy euro, a nie ma pewności, że to dłużej wytrzyma, bo teraz to wszystko przecież gówno warte, ale zobaczyłam że Lidl oferuje teraz składaki elektryczne za niecałe tysiąc ojro. Młoda pożyczy mi hajsu, a ja będę jej oddawać po trochu. Mój Lidlak Crivit sprawuje się doskonale (tfu tfu). Nie jeżdżę nim codziennie i mój się nie składa, ale jest dosyć solidnie wykonany. Nie ma nawet porównania z tym kolebocącym się rowerkiem Młodego. Na obrazkach lidlowy składak wygląda zdecydowanie lepiej niż to Flebi-gówno. Ma hamulce tarczowe, przerzutki shimano, dłuższy błotnik (Flebi tak chlapie, że Młody nawet włosy ma w błocie, gdy pada deszcz), bagażnik, no i co bardzo ważne, stopkę. Wagowo prawie to samo. Kółka też 20'. Bateria też lepiej zamocowana. We Flebi przyczepiona jest do rury od siodełka, co jest dosyć głupim rozwiązaniem. Zaryzykujemy Lidlaka, bo ja bardzo szanuję produkty z Lidla i często tam coś zamawiam. Dobre jak i do wakacji by Młodego bepeicznie woził.

Ale to nie koniec awaryjnej wymiany na ten miesiąc i tydzień. Musimy też pilnie kupić nową pralkę. Z parę tygodni temu wyświetlił się raz jakiś błąd, ale po wyłączeniu z gniazdka i ponownemu włączeniu nadal prała. W zeszłym tygodniu pojawił się ponownie ten sam numer błędu, ale teraz w załączonych instrukcjach cymbały piszą w kilku różnych językach jak włączać pralkę do gniazdka, bogato opisują te pierdyliard róznych programów, z których przez lata używa się i tak max trzech, rozwodzą się nad tym ile prądu i wody zużywa (jakby mnie to kiedywkolwiek obchodziło), ale listy podstawowych błędów oczywiście tam nie ma. W ogóle nie ma nic na temat jakichkolwiek potencjalnych problemów, które mogą sie pojawić. Zresztą to teraz wszystko taki szajs, że głowa mała. Tę Indesit kupiliśmy nie całe 4 lata temu (sprawdziłam na blogu - wrzesień 2022). Zajebiście! Wzywania serwisanta nawet nie biorę pod uwagę. Gość za samo przyjście wezmie minimum 100€ i z 4 kilka tygodni pewnie jeszcze na to trzeba będzie czekać biorąc pod uwagę jak to wsztystko działa w tym kraju, a raczej jak nie działa. Jeśli trzeba będzie coś wymienić, wleci kolejna stówa, a potem się okaże, że padło jeszcze coś innego... Nie, naprawiać tego typu sprzęt to można było 30 lat temu, gdy nie było w tym tyle elektroniki. Teraz lepiej i zwykle taniej kupić nowy. Tak też zrobimy i to zaraz, bo u nas pralka kręci co najmniej raz dziennie, a nie rzadko i 5. No i już nie kupimy drugi raz takiej na 9 kilo bo to pic na wodę fotomontaż. Co z tego, że teoretycznie więcej rzeczy się zmieści, jak gdy do kocyka polarowego dorzucisz jakąs inną szmatę to ona tego w ogóle nie wywiruję. Zasadniczo polarowe rzeczy, także bluzy powinno sie w niej prać osobno, bo jak się doda to do normalnego prania zajmujacego pół bębna to już nie udrze. Kuźwa, stara rosyjska "Wiatka" to ile się wepchało do bębna, tyle wyprała bez narzekania i wydziwiania. Dałeś na płukanie to w 15 minut było gotowe, a tych nowoczesnych płukanie trwa dłuzej niż pełny program, bo one są teraz kurwa ekologiczne i oszczędne. Najbardziej mnie bawił ten "ekologiczny" program, który trwał ponad 4 godziny. Jak ja bym miała niby 5 prań zrobić w ciągu dnia? Chyba kogoś popieściło mocno. We wiatce chiałeś wywirować to otwierałes drzwiczki, wrzucłeś łacha, za 5 minut wyciągałeś, a te nowe kręcą, stękają... kwadrans czekasz na odwirowanie pary jebanych skarpet i kolejny na otwarcie drzwiczek. Oj, nie raz mocno musiałm się powstrzymywać, by nie skopać gówna i nie stłuc jakąś pałą po całości. Takie nowoczesności, wbudowany komputer, połączenie z internetem,  sterowanie z telefonu,  muzyczki do wyboru, szmery-bajery, ekologia, oczczędność wody, prądu, a ja bym chciała, by pralka po prostu potrafiła wyprać, wypłukać i wywirować moje łachy. Tylko tyle. Kropka. 

Małżonek ma trochę eko-czeków to akurat się przydadzą. Dołożymy ze stówkę i kupimy jakąś najtańszą pralkę, bo droższej się raczej nie opyla. Czyż nie te same żółte rączki to wszystko produkują...?

Jebał to pies!

* * *

Jako się rzekło, pogodę mieliśmy w tym tygodniu istnie bajeczną. W środę termometry pokazywały nawet 19 stopni. Siedziałam sobie na mojej skrzynce na paczki przed domem (bo w ogrodzie jest prawie cały czas cień) i czytałam książkę. Sąsiad wracając od mamy ze swoim psem powiedział "Zalig, hé", co znaczy "przyjemnie, prawda", ale - moim zdaniem - to słowo zalig super brzmi i wyjątkowo dobrze określa tego typu odczucia. Bardzo lubię to słowo, które w wielu okolicznościach można użyć. Po prostu ZAAAAALIG! 

Oczywiście wszyscy inni ludzie, którzy przechodzili drogą lub przejeżdżali rowerem też mówili mi "Dag", a ja odpowiadałam. Na szczęście nikt bardziej znajomy nie przemykał i mi nie przeszkadzał w relaksacji wiosennej.

Któregoś dnia jednak wybrawszy się w końcu do apteki po swoje piguły i zastrzyki, spotkałam po drodze dziadka dawnego kolegi klasowego Młodego i żeśmy coś z pół godziny albo i dłużej na drodze przestali, bo chłop nie mógł sie nagadać. Okazuje się, że żona jego choruje i on się musiał nauczyć gotować i jest z tego bardzo dumny. Żona nawiasem mówiąc też jest taka pogadana. Raz ją u fizjoterapeuty spotkałam... Bla bla bla bla. Córka i zięć ta sama krew haha. Ale to superfajni ludzie. 

Dziadek narzekał z uśmiechem, że żona nie wszystką jego pomoc w pełni aprobuje i chwali, bo on nie robi tak jak ona, czyli robi źle i ją to wkurza, więc woli sama się męczyć. Wymieniał wszystkie potrawy jakie gotuje. Biadolił, że wnuczek jest niejadkiem (zupełnie jak i nasz Młody, z tym że tamte ma ADHD). Potem wspominaliśmy dawne czasy, gdy wszystko się swoje miało na grządkach i w sadzie. Następnie opowiedział parę swoich ulubionych emeryckich dowcipów. Myślałam już że do domu przed nocą nie dotrę z tej apteki, a ból pleców rósł z każdą minutą, bo ja nie mogę dugo stać. Z drugiej strony fajnie było tak pogadać o byle czym... 

Jak jest dobra pogoda i ciepło, to od razu lepiej się żyje i z domu wyjść się chce, i książkę poczytać, do drugiego człowieka gębę otworzyć... Aczkolwiek trochę wody w kiblu upłynie, nim mój stan psychiczny wróci do jako takiej normy. Jeden dzień wiosenny ani nawet tydzień (nie wiem czy rok) tego nie naprawi.

kury się opalały


W środę, jak to w środy,  Młody wcześniej wrócił ze szkoły, zatem po obskoczenu lekarza zostało jeszcze czasu, by obskoczyć stałe miejsca żerowania zwierząt pod lasem. Na jednym stanowisku spotkaliśmy czaplę. Łowiła żaby w kałużach na polanie. Podkradliśmy się bliżej niej powoli wzdłuż krzaków, ale ona zasadniczo zdawała się mieć naszą tam obecność pod ogonem. Łaziła po trawie  w slow motion i jak wypatrzyła żabę, łapała ją, wytrzepywała, a potem połykała. Udało mi się nagrać cały ten proces, a Młody narobił czapli zdjęć z żabą w dziobie. Mnie też parę fotek udało się cyknąć oprócz filmu.







Potem ja postanowiłam wrócić do domu, by ugotować obiadokolację, ale gdy tam dotarłam, okazało się, że Małżonek już dawno nastawił obrane przeze mnie ziemniaki i kończy smażyć cervelasy (takie tutejsze jakby mortadele). Domyślny z iego chłop nawet. Albo po prostu był wchuj głodny haha, a ja się pałętam po świecie miast strawy uwarzyć jak należy. 

Młody jednak pojechał potem  na kolejne miejsce, a potem na jeszcze kolejne. Spotkał tam dwa stadka saren i dzikie gęsi oraz trochę pomniejszych stworzeń. Wrócił do domu usatysfakcjonowany już o zmierzchu. Cieszył się, że udało mu się dosyć blisko sarny podejść i nawet dosyć dobre zdjęcia zrobił, choć nie jakieś super hiper, bo jednak już było dosyć ciemnawo.

To był ciekawy tydzień, nie ma co. A kolejny niezgorzej się zapowiada patrząc na to, co stoi zapisane w agendzie. Tego co nie jest zapisane, to aż się boję haha.

Bażant zza domu



kurozaury 🦖


Sunny Bannani 👑💖



kolumby




Riko Koko 💖👑

kormoran


gawron? i bażancice

sikoreczka

truskawki o smaku ananasa


szpak

22 lutego 2026

Nie dość że kiepsko jest, to jeszcze się auto popsuło

 Większość tego tygodnia chyba na kanapie spędziłam. Było ciężko, a nawet bardzo ciężko mentalnie. Ze dwa razy udało mi się siebie zmusić do wieczornej półgodzinnej gimnastyki i jak już zacznę to idzie gładko, a jednak w tym tygodniu niechęć do życia była wielkim dla mnie ciężarem. Z tych półgodzinnych ćwiczeń jednak jestem dumna. Dopóki coś robię, nie jest jeszcze całkiem źle, jeszcze walczę i jeszcze całkiem się nie poddaję…

Niedziela



W niedzielę poszłam z Małżonkiem na spacer po lesie, a ja wracaliśmy zaczął padać śnieg. Wieczorem się zorientowałam, że nasz biedny Henioczek 🐔 siedzi uwięziony ze swoimi kurami w werandzie. On się panicznie boi śniegu i nie przejdzie przez to. Czym prędzej odmiotłam ścieżkę i od razu zaprowadził kury do szopy, gdzie szybciutko schowali się w swoim kurniku. Kurozaurom śnieg nie straszny. Riko też się nie boi, ale jak pada cokolwiek, zabieram ją do domu, bo głuptas inaczej stoi i moknie, a ona w przeciwieństwie do kurozaurów nie jest wodoodporna. Ona może być w domu nawet cały dzień sama, bo to spokojna ptaszyna. A i kupy robi maleńkie, więc i to nie problem. Tych wielkich dzikusek to nawet se w domu wyobrazić nie potrafię. 

Chica i Riko chowają się przed śniegiem 

Riko w domu 💖

Jednego dnia musiałam pokręcić z Najstarszą do biura pracy i było to nie lada wyzwanie dla nas obydwu. Na szczęście śnieg stopniał i nic nie padało, a tylko diabelnie zimno było. Obie czułyśmy się niebogato, przygnębienie, depresyjnie, z minimalną chęcią do życia... Pani z biura pracy też jednak narzekała na przedłużającą się ponurość i zimnotę zimową. Zresztą inni nawet przypadkowo gdzieś spotkani ludzie mają już dość zimy i czekają z utęsknieniem na wiosnę. Nie tylko ja kijowo się czuję zatem. Jednakowoż tak kiepsko psychicznie to na prawdę dawno ze mną nie było. Zmuszam się do wstania rano (gdyby nie budzenie Młodego do szkoły i wypuszczanie kur, chyba bym miała z tym poważne problemy, ale to mnie motywuje). Potem zmuszam się do jedzenia... Jestem ciągle głodna, ale na nic nie mam smaku, więc wpycham siebie cokolwiek, zwykle byle co, jak choćby paczka chipsów czy po prostu chleb z masłem po raz piąty pod rząd. Owoce na szczęście też jem, a czasem uda mi się coś ugotować, ale to już jest wyzwanie nie lada, bo bardzo, ale to bardzo mi się nie chce gotować ani w ogóle robić czegokolwiek. Jeśli jeszcze uda mi się wszystkie potrzebne składniki znaleźć to pal licho, ale jeśli potrzebuję czegoś ze sklepu, zwyczajnie odpuszczam gotowanie... Znaczy nie zwyczajnie, bo najpierw jestem strasznie wściekła na cały świat, smutna i spanikowana jednocześnie, a potem przychodzi totalna apatia, pustka wewnętrzna i niemoc całkowita. Dwa dni czytałam całe dnie. Książkę, internet, aż mnie głowa rozbolała, oczy spuchły i zaczęły piec a i nerwa zaczęła brać coraz większa. 

Innego dnia otwieralam książkę, by odłożyć i wziąć telefon, by odłożyć i otworzyć laptop, by zamknąć i wziąć znowu książkę, by odłożyć i pójść do kuchni coś ugotować, by się rozmyśleć i wziąż telefon, by odłożyć i znowu pójść do kuchni i tak cały dzien. Zdarzyło mi się nawet wziąć kurtkę z zamiarem pójścia w końcu do apteki po leki, ale też się rozmyśliłam. Jeszcze na tydzień mi starczy, ale już ze 2 tygodnie się do tej apteki zbieram i nie daję rady wyjść z domu, choć to tylko 500 metrów...

W piątek  zaplanowałam sobie wyjazd z Młodym do muzeum fotografii, ale ten gnojek nie wstał ani na dziesiątą, ani na jedenastą, jak było umówione. Wkurzyłam się okropnie, bo ja nie lubię, jak ktoś lub coś mi rozpiedala plany. Wkurzenie przeszło w apatię i niemoc. Czułam się tak strasznie, strasznie zmęczona, zniechęcona, senna, wyczerpana, a przecież nie robiłam od kilku dni nic. Nie licząc tej dwudziestokilkukilometrowej przejażdżki do biura pracy…

Młody jednak też nie ma motywacji i nie chce wychodzić z domu. On też ma dość zimy i tego codziennego dojeżdżania, marznięcia i moknięcia w drodze. Rozumiem go. On też czeka na wiosnę i jemu też się nie chce chcieć. Choć takiemu szczylowi to akurat się powinno chcieć mimo wszystko, bo jak nie nastolatkom to komu ma się chcieć robić cokolwiek, szaleć wychodzic z domu...? 

Obawiam się, że mój kiepski nastrój, moja deprecha ma niestety zły wpływ na pozostałych z Piątki, bo skoro moja motywacja, optymizm, pozytywna energia zawsze wszystkim wyraźnie się udziela to dziwne by było jakby te te negatywne emocje i uczucia im się nie udzielały. Ja ich wszystkich ciągnę na dno za sobą, albo raczej wszyscy jedno drugie siebie ciągniemy. No ale cóż, mnie nie ma kto motywować ani wspierać. Taki już mój los. To ja jestem od motywowania, wysłuchiwania, dodawania otuchy i wspierania. 

Dobrze, że Młoda na tydzień do Wrocka się wyrwała to choć miała okazję się oderwać od tej cieżkiej, depresyjnej demotywującej atmosfery naszego ponurego domu. 

No, jednego dnia Młody pogonił radośnie do lasu z chłopakami, bo napisali do niego, że idą sie tłuc po lesie. Wrócił upaprany w błocie jak dzika świnia, zmarznięty, ale też zadowolony, bo dobrze się bawili, jak za starych czasów. To koledzy z podstawówki, z którymi się bardzo lubi, ale on sam nie zagai do nikogo, nie pójdzie ani nie zaprosi. Nie umie. Więc tylko może czekać na gest z ich strony.

W tym tygodniu Małżonek miał urodziny. Nie miałam sił, by cokolwiek przygotowywać specjalnego, jak to zawsze z radością byłam czyniłam poprzednimi laty. Nawet prezentu nie chciało mi się pakować. Dobrze, że kupiłam go jeszcze jak miałam siły i chęci, no i jak promocje były... 

Nie miałam najgłupszego pomysłu na tort. Już nawet postanowiłam, że sram na to wszystko. Nie będzie świętowania. Powiem, żeby se wyjął pudło z prezentem spod stołu, bo tam stało kilka tygodni od czasu zamówinia udając moje zwykłe pudło z przydasiami. Jednakże w sam dzień urodzin nadeszło jakieś lekkie przejaśnienie. Wstałam z jakąś tam dozą siły i minimalną motywacją, na tyle dużą, by zobaczyć co mamy w szafie i lodówce. znalazałam jakąś gorzką czekoladę (raczej nieprzeterminowaną, bo tego się u nas często używa do robienia gorącej czekolady), więc postanowiłam upiec ciasto czekoladowe. Takie zwyczajne, najprostrze bez fajerwerków. Wyszło ładne i dobre (choć to nie mój gust). Nawet świeczki właściwe znalazłam. Chyba na moje 45 urodziny były kupione, ale nie użyte i teraz idealnie nadały się na 54 haha. Nigdy nie wiesz, co może się kiedy przydać.

Młodemu zaproponowałam, by udekorował pokój, co z checią zrobił dmuchając kolorowe balony i robiąc na nich różne urodzinowe napisy mazakami. Resztki moich sił zapakowały prezent w jakiś papier pozostały po gwiazdce, a nawet jeszcze odrobina mocy została na pozytywny humor i w miarę dobry nastrój. 

Tylko Kidubula nie było, a urodziny bez kidibula to co to za urodziny... haha.

No ale Młodej też nie było, więc nie miał kto pomyśleć o jakimś dobrym szampanie dla dzieci. Nic to, na urodziny Młodego już kupiłam dwie flaszki - zwykły jakbłkowy i jabłkowo-truskawkowy. 

Ale dla Młodego za to tortu nie upiekłam, bo nie czułam się na siłach . 

Po raz pierwszy przerosło mnie pieczenie tortu urodzinowego. Serio. Taka jestem teraz do niczego.

Miał być Carl z FNAFa, to jest taka zła, agresywna i niebezpieczna, ale śmieszna babeczka, w sensie mufinka, ciasteczko z oczami i paszczą. Moja ulubiona postać. Nawet kupiłam już foremkę do babki bez komina, by upiec czekoladową babkę, a góra miała byc z czekoladowego ciasta upieczonego w wysokiej formie tortowej i obłożona masą cukrową. Masę też mam i barwniki. Nawet świeczkę specjalną kupiłam, bo Carl ma jedną świeczkę. Wszystko mam, opócz chęci i motywacji. Pierwszy raz tak bardzo nie chce mi się świętować urodzin najbliższych. Po raz pierwszy tak badzo mam wszystkiego dość, że nie dam rady sie zmusić do działania, no chyba że już tak na prawdę muszę, czyli że jakaś umówiona wizyta gdzieś czy inne takie....

Zamówiłam czekoladowy tort w cukierni i też piknie. W końcu udało mi się w koncu zapakować mój WIELKI prezent. Trzy rolki papieru do pakowania zużyłam ale fakt, jakieś krótkie były. I śmierdzące. Nigdy więcej papieru a Actionu. Toksyczna śmierdząca rzecz. Mniejsze drobiazgi wsadziłam do jakiejś starej torebki urodzinowej. I też będzie git. Małżonek też swój wsadził do torebki, bo też mu się nie chciało owijać w papier. Prezenty w papierze są zawsze bardziej prezentowe, jakby ktoś nie rozumiał o co chodzi z tymi torebkami i papierem. Zwykli ludzie pewnie i tak nie zrozumieją... ale mniejsza z tym.

Na środę zapowiadają nawet 17 stopni. Może idzie w końcu ona, Wiosna...? Może przyjdzie w końcu słońce i rozjaśni mi drogę, i pomoże wydostać się z ciemności, i ogrzeje mi ducha, i doda mi sił...

Ja wiosna nie pomoże to ja już nie wiem co i czy w ogóle...

No ale, Panie, sobota i tak przebiła wszystko, co powyżej napisałam... Na ten dzień zaplanowane były uroczyste obchody czternastych urodzin Młodego. Rano Małżonek poejchał do cukierni odebrać zamówiony tort, a potem na lotnisko do Walonii po Młodą. Ich powrót i rozpoczęcie urodzin zaplanowaliśmy na około siedemnastą godzinę. Nasze urodziny to odpalenie i zgaszenie świeczek, żeżrenie tortu, wypicie Kidibula, kawy i rozpakowanie prezentów, a potem rodzinne pogaduszki i heheszki w naszym pięcioosobowym gronie.

Młody sobie spał do południa, bo w nocy grał w sieci (w koncu są ferie), a ja zrobiłam jeszcze dekoracje ze starych gazet, bo akurat mnie taka myśl i chęć natchnęła. Przygotowałam nawet na szybko w canvie (z lekką pomca AI, która wyszukała dla mnie ważniejsze informacje i ułożyła w całość) stronę tytułową specjalnego wydania zmyślonej gazety z dnia urodzin Młodego. Gdybym wcześniej się natchnęła i znalała chęci, to zrobiłabym całą gazetę, bo z pomocą internet zrobienie czegoś takiego to bajka. Użyłam realnych wiadomości (muzyka, kultura, pogoda, odkrycia) z dnia i miesiąca urodzin Młodego. A jako główne zdarzenia zapisałam oczywiście jego narodziny ;). Spodobało mu się to.

Jednak jak zwykle okazuje się, że plany planami, a życie życiem...

Gdy zadzwonił telefon i zobaczyłam imię Małżonka na ekranie, od razu pomyślałam, że dzwoni by powiedzieć, iż dotarł na miejsce i tak rzeczywiście było... Tyle tylko, że on był już cały w nerwach... bo auto się zablokowało na parkingu i nie da się odpalić ani w ogóle nic. Nie znam się na autach, ale chodziło o automatyczną skrzynię biegów, która stała na parkowaniu ale twierdziła, że jest na wstecznym i nie dała się przekonać, że jest inaczej, a co za tym idzie, korzystanie z auta stało się niemożliwe... 

Małżonek powiedział, że będzie dwonił na assistance i się rozłączył... Ja zaczęłam guglować o co to chodzi i czy można z tym coś zrobić... Potem zadzwoniłam, by mu powiedzieć o znalezieniu i przetestowaniu shift locka, który teoretycznie ma umożliwić awaryjne zmienienie biegów... 

W międzyczasie zadzwonila do mnie Młoda i wkurzona się zapytała, czy Stary po nią przyjechał w ogóle i gdzie ewentulanie jest, bo kurde już cały parking obeszła i nigdzie nie znalazła ani Starego, ani naszego auta, a ten na wiadomości nie odpowiada, bo może ma wracać autobusem i w ogóle WTF?! Odpowiedziałam jej, że auto się zesrało i że "Stary" pewnie dzwoni z ubezpieczycielem albo lawetą... 

Udało jej się go w końcu znaleźć i telefonicznie,  i fizycznie. Dalej już razem czekali i się wkurzali. Przetestowali też lifehacki znalezione przeze mnie i przez nich oboje w necie, ale nic nie działało. ZNaleźli nawet owego magicznego shift locka ukrytego głęboko, ale i on nic ni epomógł w tej kwestii.

 Dodzwonić się do ubezpieczyciela Małżonkowi sie nie udało. Zamówił jednak przez internet lawetę. Pokazało mu, że za godzinę będą. Gdy godzina minęła Młoda napisała do mnie wkurzona, że nikogo nie ma i nie wiadomo kiedy będą, narzekając jednocześnie że ona ostatnio jadła drożdżówkę o 10 rano i że jest wchuj głodna, a już dochodziła 18 i że zaczyna jej być zimno coraz bardziej... Zapytałam o link do trackingu lawety, ale nie mieli takowego z jakiegoś powodu, a kontakt z laweciarzem był tylko przez whatsapp, ale to był kontakt żadne bo człowiek nie odpowiadał ani na dzwonienie ani na tekst.

W końcu zadzwonił... a wtedy się okazało, że nie mówi ani po angielsku, ani po niderlandzku, ani po polsku, ani po hiszpańsku (Młoda zapytała o wszystkie jezyki jakie zna), a tylko po francusku. Ona po francusku dogada się w hotelu, na targu, czy knajpie, ale o popsutym samochodzie to już nie bardzo. Jaja jak berety! Po dłużej nieudanej próbie porozumienia się, tamten znalazł jakąś babę, która mówiła po niderlandzku i jej wytłumaczyli, w którym miejscu na parkingu stoją, a ona przekazała dalej. 

Przy zgłoszeniu bowiem google automatycznie wysłało po prostu koordynaty, ale to parking piętrowy i to się na nic tamtemu nie zdało. Chłopu to tłumaczenie jednak nie do końca pomogło, bo znowu dzwonił i coś gadał po francusku, a Młoda nie zrozumiała, o co on w ogóle pyta... 

W końcu znalazł ich i, jak relacjonowała Młoda, sprawdził to samo, co oni już sprawdzali z takim samym efektem. Potem, śmiała się dalej wiadomościami do mnie, chłop oglądał na yt polski tutorial i jeszcze coś tam testował. W koncu powiedział, że nie da się naprawić na miejscu i że jedzie po małą lawetę, bo tą dużą, którą przyjechał, nie wjedzie na ten parking...

Znowu czekali, stres i zmęczenie rosło, a czas mijał...

Tymczsem w domu Młody czekał niecierpliwie z coraz większą rezygnacją na swoje urodziny...

Gdzieś koło dziewiętnastej zamówiliśmy w końcu pizzę tylko dla naszej trójki, bo tamci napisali, że wnet do domu nie dotrą. Młoda pisała, byśmy kroili tort i rozpakowywali prezenty, ale postanowiliśmhy jednak czekać aż wszyscy będą w domu, bo co to za zabawa, jak nie ma całej rodziny.

W koncu Młoda zupdateowała, że auto jest na holowniku i że oni też już siedzą w środku i jadą do pobliskiego garażu po auto zastępcze. 

Dłuższą chwilę później napisała, że koło 22.30 powinni dotrzeć do domu. Tak zaiste było.  Każdy z naszej pozostałej w domu Trójki zupelnie bez umówienia sie wstępnego zapytał ich po kolei z ironią, jak było na lotnisku haha...? Ja powiedziałam Młodej, że dobrze, że Stary po nią pojechał na lotnisko, to mogła do domu szybko przyjechać i nie musiała tłuc się autobusami haha. Ubawiło ją to.

Gdy się oboje wykąpali, postanowiliśmy, że świętujemy w końcu te urodziny. Świeczki zdmuchnął Młody o 23, a północy poszedł jeszcze korzystać ze swojego wielkieg prezentu (dla wszystkich), czyli składanej plastikowej wielkiej wanny. Teraz śpi, więc nie wiem, jak tam test wanny wyszedł, bo ja poszłam spać nie czekajac aż się ten nasiedzi w wannie. Młoda czekała i nawet posprzątała potem łazienkę... Zastanawiam się, czy też testowała wannę... ale ona też jeszcze śpi po tych przygodach


tym razem Kidibul był ;)


A  Małżonek teraz siedzi cały w nerwach, ile ta przygoda będzie go kosztowała i skąd na to pieniądze weźmie...? Już samo holowanie pewnie kilkaset euro, a gdzie tu jeszcze naprawa samochodu... Kazał go przywieść do pobliskiej firmy, w której kiedyś pracował (choć w innym oddziale), ale dopiero po niedzieli oczywiście go tam dostarczą. Tu się przynajmniej bowiem dogada po ludzku z mechanikiem i będzie mógł zdecydować, czy opłaca się to w ogóle naprawiać, czy lepiej będzie sprzedać od razu takie jakie jest. Póko co nie wiadmo, co tak na prawdę jest problemem i jakie koszty ewentualnie wchodzą w grę.

Jak nie urok to sraczka...


16 lutego 2026

Prasówka luty 2026

 Jakiś czas temu pomyślałam, by publikować tutaj w skrócie co ciekawsze (dla mnie, czyli niekoniecznie najważniejsze) wiadomości bieżące wyczytane w gazecie internetowej... Spóbuję zacząć (choć nie wiem, czy będzie kontyunuacja, ale dajcie ewentualnie znać, co myślicie o tym pomyśle). 

Co ciekawego wyczytałam ostatnimi dniami? 

W 2025 roku zanotowano najniższą liczbę nowych nieruchomości do wynajęcia. Najdroższe jest (od dawna) Leuven. Na drugim miejscu uplasowało się w 2025 roku Mechelen wyprzedzając Antwerpię.

👀

Flamandowie kupują coraz mniej piwa. Trend pojawił się po pandemii. Wynika to ponoć z rosnącej świadomości na temat wpływu alkoholu na zdrowie, ale - jak twierdzi ziomek z Belgijskiej Federacji Piwowarów - nie wynika z tego, że ogólnie mniej się alhokolu pije.

👀


Brukselczycy w niektórych dzielniach zaczęli się bulwersować i skarżyć na samoloty, które nagle zaczęły im latać tuż nad głowami, co wynika ze zmiany procedur lądowania i częstych wiatrów wschodnich.

👀

We Francji rząd zamierza wysłać najbliższego lata list do 29-latków z ostrzeżeniem na temat bezpłodności i sugestią zbadania się pod tym kontem i zastanowienia się nad swoją chęcią posiadania dzieci. W ten sposób chcą zachęcić ludzi do maicerzyństwa.

👀

Rośnie korupcja w Belgii. Choć ten kraj jest uważany za jeden z mniej skorumpowanych, to zauważa się właśnie niekorzystne zmiany w tej kwestii.

👀

W Zele oraz w Gent od środy 18 lutego przez miesiąc będą się świecić specjalne światełka na wzór bożonarodzeniowych dekoracji katolików z okazji muzułmańskiego ramadanu. Muzułmanom udało się uzyskać na to zgodę władz miasta, o co starali się już od kilku lat. To pierwsze takie dekoracje w Belgii.

👀

Ponad 7% autobusów De Lijn jeździ za wcześnie. W okolicach Brukseli już ponad 12% przyjeżdża za wcześnie, a 23% za późno (za zapóźno uważa się tutaj spóźnienia powyżej 5 minut, a za wcześno powyżej 2 minut). Wielu kierowców wychodzi z założenia, że rozkład jazdy to tylko taka niezobowiązująca sugestia co do godziny koło której autobus ma być na danym przystanku. 

👀

W zeszłym 2025 roku we Flandrii zarejestrowano o 2 miliony czeków usługowych (dienstecheques) mniej niż rok wcześniej. Czekami usługowymi płaci się pomocom domowym, za prasowanie, za robienie zakupów... Zmniejszyła się też liczba użytkowników z 780.000 w 2024 na 757.000 w 2025 roku. Prawdopodobnie wiąże się to z ostatnią podwyżką cen czeków w 2025 (z 9 euro za czek na 10 €) i zniesieniem możliwości odliczenia sobie tego od podatku. Jeśli ktoś bierze pomoc domową raz w tygodniu na 4 godziny, to kosztuje go to rocznie o 600 euro więcej . Dla wielu to dziś już zbyt duży wydatek.



13 lutego 2026

Dwa kroki w przód, by tkwić w miejscu

 Tym razem nie czekam do piątku, tylko zaczynam spisywanie myśli od początku tygodnia, bo w sumie nie mam nic do roboty (czytaj: nie chce mi się nic robić).


Na początek historyjka z niedzieli. 

Oglądałam z Małżonkiem jakiś film na Netfixie, gdy zapipkał mi telefon. Najpierw to olałałam myśląc, że to któreś z Dzieci jakiś śmieszny obrazek mi przysłało, czy coś. Któż inny by do mnie pisał w niedzielę. 

Za drugim razem jednak sprawdziłam i miałam przez chwilę zawiechę mózgu, który skupiony na akcji oglądanego filmu tylko w jakiejś małej części poświęcił się analizowaniu wiadomości.

Nadawca: koleżanka ze świetlicy, gdzie miałam staż. Ok. 

W wiadomości zdjęcie świeżego tatuażu z polskim podpisem "serduszko narysowane odręcznie przez córkę", a w drugiej żartobliwe pytanie po niderlandzku "zgadnij gdzie jestem?"

Przez dłuższą chwilę mój mózg mielił te sprzeczne informacje. Że w sensie o co chodzi, że dlaczego Belgijka nie mówiąca po polsku przysyła mi zdjęcie swojego tatuażu z polskim podpisem. I dlaczego nagle każe mi się interesować miejscem swojego pobytu. Znamy się niby i raczej lubimy, ale nie aż tak, by chwalić się spontanicznie tatuażami przez whatsappa. Ja ogólnie nie mam tego typu znajomych. Jak się czymś chwalę to tu albo na insta. 

Gapiłam się przez chwilę na telefon, a mózg powoli rozłączał kontakt z filmem i przełączał się na myślenie nad tym intrygującym problemem, aż w końcu te z mozołem kręcące się trybiki połączyły punkty i wyszło im, że ta pewnie gdzieś w Polsce jest...

Tak zaiste było. Laska była właśnie z rodziną w Krakowie, gdzie se tatuaż zrobiła na pamiatkę, i chciała się zapytać, czy znamy jakieś miejsca do zobaczenia, bo został im jeden dzień, w którym mieli iść na Wawel, ale jeszcze by coś poza tym mogli zobaczyć... Taka sytuacja;-)

W niedzielę wyciągnęłam też Młodego na przejażdżkę pod pobliski zamek w celu fotografowania ptaków w stawach… Przy okazji znalazłam pod zamkiem kupę przebisniegów.




Kolejnego dnia też dostałam niespodziewaną wiadomość, ale już od bardziej zaprzyjaźnionej Belgijki, która częściej zagaja, nawet nie koniecznie z interesem. Tym razem też napisała, że widziała w lesie Małżonka maszerującego i przypomiało jej to o naszym istnieniu, więc zapytała co tam u mnie i td.

No i dobrze, że napisała, bo wymiana wiadomości doprowadziła do tego, że zaproponowała, by Najstarsza, jeśli chce, przyszła do niej spróbowac, czy poradzi sobie ze sprzątaniem domów.  Jakby ona se poradziła z posprzątaniem TEGO domu, to - moim zdaniem - już spokojnie może lecieć do biura i podpisywać umowę.

Lubiłam tam sprzątać, ale ...nie lubiłam tam sprzątać. 

Lubiłam, bo fajni ludzie, którzy nigdy do niczego się nie przyczepiali, a zawsze można było pogadać. Lubiłam, bo często nie było nikogo w domu i miałam spokój. Lubiłam, bo to nasi dobrzy znajomi. 

Nie lubiłam, bo nigdy nie udało mi się tego domu porządnie posprzątać - dużo pomieszczeń, duża przestrzeń, dużo rupieci wszędzie, do tego dzieci i zwierzęta, czasem remonty.

Ale myślę, że to dobre miejsce na próbę sił. 

mural w Dendermonde


Następnego dnia wybrałam się z dziewczynami na te "zitdagen" FOD-u* do pobliskiego miasteczka. To jeden dzień w miesiącu albo i na kilka miesięcy, gdy przedstawiciel FOD pojawia się w danej gminie i można za darmo poprosić o poradę w związku z przyznawaniem niepełnopsprawności, zasiłku z tym związanego etc.

Młoda parę dni wcześniej otrzymała list z FOD-u z informacją, że zbliża się czas ponownego rozpatrzenia jej niepełnosprawności i prawa do zasiłku. Przysłano też stosowne formularze do wypełnienia, w związku z którymi Młoda miała kilka pytań. Pani odpowiedziała na wszystko zwięźle, przeto Młoda mogła sobie potem w domu wszystko wypełnić. Okazało się, że pani mogła też przełożyć termin wysłania dokumentów do FODu o miesiąc. Potrzebne jest tam bowiem wypełnienie dokumnetów przez rodzinnego, a najbliższa "niepilna" wizyta możliwa jest dopiero za miesiąc. Absurd goni absurd. Do miesiąca musisz odesłać dokumenty, gdy tymczasem ponad miesiąc trzeba czekać na wizyte u lekarza. Nie śmieszne. No ale dobrze, że udało się termin przesunąć. 

W sprawie Najstarszej to, jak pisałam wcześniej, wysłało nas tam biuro pracy. Zadałam parę pytań, na które w sumie znałam odpowiedzi, ale się chciałam upewnić i się upewniłam. 

Liczyłam jednak na to, że ta osoba pomoże w wypełnieniu dokumnetów albo przynajmniej powie, co i jak, ale ona odesłała nas z tym do pracownika socjalnego w naszej gminie albo w naszym Funduszu Zdrowia. Dokładnie to oznajmiła, że ona nas z jednym z nich skontaktuje i że oni nas wezwią. JPRDL. No na prawdę trzeba tu mieć końskie zdrowie, w cholerę czasu,  anielską cieprpliwość i być w miarę inteligentnym oraz posiadać sporą wiedzę, by zostać uznanym za niepełnosprawnego albo przynajmniej doczekać się jakiejś realnej pomocy z urzędu. Dobrze by też było mieć samochód i prawo jazdy albo przynajmiej kierowcę i pieniądze, by odwiedzać tych wszystkich doradców od siedmiu boleści w dziesięciu różnych miejscach. No ale dobra. Wizyta odptaszkowana, żeby nikt nie mówił, że nic nie robimy...

Dendermonde


Gdy wracałyśmy na przystanek, zadzwoniła zgodnie z umową baba z VDAB, która nas tam wysłała i która w zawoalowany sposób kazała nam spadać na drzewo, bo że biuro pracy nic nie może dla Najstarszej już nic zrobić... o czym pisałam. No ale proszę ja was, okazuje się nagle, że jednak BĘDĄ Najtarszą dalej "prowadzić", cokolwiek to kuzwa znaczy. Coś tam namymlotała, z czego ani ćwierci nie zapamiętałam, bo stałam na ulicy, gdzie auta mnie rozpraszały, z czego jednak wynika, że ona se tam coś posprawdzała, popytała i jej wyszło, że muszą Najstarszej jednak dalej pomagać w drodze na rynek pracy...

Normalnie jestem pod wrażeniem że ktoś może być tak niekompetentny i niepoważny że tak się troszczą o młodych ludzi i entuzjastycznie pomagają znaleźć pracę ludziom z lekką niepełnosprawnością i nigdy nie dają nikomu odczuć, że jest zbędny i do niczego się nie nadaje... pff. Mój pierwszy odruch było powiedzieć "goń się" i się rozłączyć, ale ograniczyłam się do przewrócenia oczami i wymiany znaczących min z dziewczynami, które się temu przysłuchiwały na głośnomówiącym. Stanęło na tym, że znowu mamy się z nią spotkać za parę dni  w tym biurze, do którego trzeba pedałować 12 kilosów po górkach (ale wmnie wkurwiła), a potem znowu nas umówi w tym mieście, z którego nas do niej odesłali i z którego z nią rozmawiałyśmy przez ten telefon (jeszcze bardziej mnie wkurwiła).

Ja już wymiękkam. Mam już dość tego chodzenia od Kajfasza do Annasza. Ciągle, kurwa ta sama melodia, ten sam burdel, ta sama tona pieprzonej administracji, pierdolenia o szopenie i kręcenia się jak gówno w przeręblu. Wszystko jest wszędzie i nigdzie nic nic. 



Ten dzień po raz kolejny w ostatnim czasie pokazał mi, że mój stan psychiczny jest bardziej niż kiepski. Za każdym razem sobie jednak to bardziej i bardziej uświadamiam, bo z pierwa myślałam, że to tylko zbieg okoliczności, że przypadek, że jedno z drugim nic wspólnego nie ma, ale po którymś razie zaczęłam łapać, że ma...

Ta wizyta w urzędzie była potencjalnie kompletnie neutralna. Nie było się czym za bardzo przejmować, do czego przygotowywać. Była to wizyta dowolna i nie umówiona. Osoba z FOD ma dyżur od 9 do 10 godziny, przychodzi się, rejestruje i czeka w poczekalni na wywołanie swojego imienia. Proste, nie?

No niekoniecznie. Dla porakowej mnie  nawet takie wizyty okazują się  ogromnie stresogenne, no bo...

Nie wiedziałam, gdzie to, choć znam okolicę, to w tym budynku nigdy nie byłam. Niepokój.

Nie wiedziałam, czy zostaniemy przyjęte, bo nie byłyśmy umówione (no bo się nie umawia). Większy niepokój.

Nie wiedziałam, jak zostaniemy przyjęte, na kogo trafimy, czy będzie to baba, czy chłop, młody, stary, miły, niemiły... Nagle się okazuje, ile rzeczy ma dla mnie znaczenie.

Nie wiedziałam, czy potrzebuję jakichś dokumentów, coś wypełnić... Wyskanowałam w domu wszystko, co mi się wydawało potencjalnie przydatne w tej sprawie. Duże nerwy.

Martwiłam się, czy autobus przyjedzie na czas..

 i w ogóle wszytko zdawało się  jakieś takie trudne i nieprzystępne. 

Rano wstałam z takimi emocjami, iż myślałam, że nie dam sobie z tym rady, że oszaleję za minutę... a tu Małżonek jeszcze - jak to on - jakieś codzienne pytania randomowe zadaje, przeszkadza, gdy ja nawet nie wiem, jak się nazywam... 

Ostatnio dla mnie każdy poranek jest trudny, gdy mam coś do załatwienia, bo tu trzeba jeszcze codzienną rutynę ogarnąć, czyli obudzić Młodego, po pół godziny przypomnieć mu obudzenie, gdy nie wstanie, przypomnieć mu o zabraniu jedzenia i picia zaproponowaszy kilka możliwości, dodać mu otuchy na trudny dzień emanujac optymizmem i uśmiechniętym pyskiem (nawiasem mówiąc, mu nie przypomniałam i nie zabrał do szkoły niczego do jedzenia). Do raka takie rzeczy były dla mnie naturalne. Ostatnio muszę o tym w dużej mierze świadomie myśleć i być na tym bardzo skupionym, bo inaczej zwyczajnie zapomnę. Zapomnę go obudzić, pogonić do wybrania prowiantu na dzień. Multitasking w ogóle mi teraz nie działa, więc jak coś lub ktoś stanie mi w drodze, to całkowicie zbija mnie z pantałyku i zapomnę, co miałam robić, wszystko poplączę, zawieszę się w półkroku i reszta pójdzie w zapomnienie, zacznę 7 rzeczy na raz i żadnej nie skończę. Teraz jestem badziej autystyczna niż kiedywkolwiek wcześniej. Jest cholernie trudno z prostymi dotąd rzeczami.... 

Widziałam gdzieś już kilka razy w sieci, że wiele babek w menopauzie ma podobne problemy... No ale nie ważne jaki powód jest tego stanu, ważne, że cholernie utrudnia on mi codzienne funkcjonowanie.

Tego ranka miałam uczucie, że się za moment rozpadnę na kawałeczki, że nie udźwignę tego nadmiaru emocji najróżniejszych, które jakby znikąd się pojawiły, ale opanowały moje ciało całkowiecie i przejęły nad nim kontrolę. Mózg nie działał. Wszystko, co nietypowe dla mojej standardowej rutyny mi przeszkadzało i wytrącało mnie z równowagi. Chciałam krzyczeć z całych sił, rzucać wszystkim, niszczyć... I może trzeba było tak zrobić, tak sobie teraz myślę. Czasem żałuję, że tego nie potrafię. Niestety (choć dla innych to pewnie stety) lata treningu nauczyły mnie kontroli i noszenia maski i zwyczajnie nie umiem krzyczeć, nie umiem płakać i mam wokół siebie mur i zasieki, ale tylko w jedną stronę, bo do środka wszytko wpływa i to intensywniej niż zwykle i to mnie zżera od środka zabierając mnóstwo energii i siły.

Przez to wieczorem byłam całkiem wyczerpana, wycieńczona emocjonalnie i taka baaardzo, baaaaardzo zmęczona. Istne zombie. 

Marzyłam, by gdzieś się ukryć przed światem w ciemnej norze na kilka dni i tam w samotności, ciszy i ciemności wracać do sił. Poszłam wcześno spać. Wręcz padlam jak nieżywa. 

Rano było nadal kiepsko, nadal bez sił, bez ducha, emocjonalna pustka, okropne zmęczenie, samotność, zimno... nadal chciałam móc się schować w norze i nie musieć wychodzić do ludzi, nie musieć żyć, nie musieć być, nie musieć rozmawiać, słuchać, udawać człowieka... 

Nie mam swojej nory do schowania, więc próbowałam izolowac się emocjonalnie - unikać rozmów, unikac patrzenia na innych i czyjegoś wzroku, schodzić z drogi, próbować stać się niewidzialnym, grałam beznamiętnie ale w intensywnym skupieniu w pasjansa na telefonie, bo tego typu gierki dają mi poczucie, że mam nad czymś kontrolę, że coś potrafię zrobić, że coś mogę uporządkować i znaleźć właściwe rozwiązanie, a jednocześnie mogę się izolować, mogę nie nawiązywać z nikim kontaktu wzrokowego, mogę udawać bardzo zajętą... Internet to moja nora. Czasem jest to książka, ale z książką jest trudniej, więc przy takim wyczerpaniu jest za trudno na książce się zkupić i książkę w rękach utrzymać.

Na trzeci dzień już odzyskałam normalność, ale niestety ostanio dość często mam takie zjazdowe dni, w których czuję więcej niż jestem w stanie znieść, w których czuję więcej, niż chcę i niż potrzebuje czuć, a dni od których chcę uciec, ale nie mogę, nie potrafię... Jakże to cholernie męczy! Zwłaszcza, że w tym samym czasie czuję się winna, iż nie jestem sobą, nie zachowuję się normalnie, nie robię tego, co powinnam robic, co sobie zaplanowałam, czego inni ode mnie oczekują. Dodatkowo boję się, że jeśli mój stan się nie poprawi to żadna praca nie bedzie dla mnie możliwa, bo jeśli każda bzdura bedzie tak na mnie wpływać i do takiego stanu mnie doprowadzać systematycznie, to zwyczajnie nie będę w stanie chodzić do pracy... Aczkolwiek może być też tak, że praca mogła by się okazać norą, ową potrzebną mi ucieczką od codziennych domowych problemów, odskocznią... I w sumie to ja na to liczę właśnie. Dlatego chcę isc do jakiejkolwiek pracy. Żeby choć na chwilę uciec z domu, porobić coś innego, pobyć wśród ludzi.

No ale dość tego biadolenia... A nie, jeszcze o pogodzie poględzę, bo właśnie się ferie zaczęły u nas krokusowe. Krokusy zaiste już kwitną, a nawet żonkile i ptaki śpiewają wiosennie, ale na weekend zapowiadają wyskok zimy, że śnieg ma padać w Ardenach i może nawet u nas w centrum. Na pewno zimno będzie, niemiło. 

Dziś też leje, a ja z Młodym mam do dietetyczki jechać... brrr. Niech ta wiosna szybciej idzie!

Kupiłam nam nowy aparat fotograficzny. Miał być dla Młodego na urodziny, ale pomyślałam, że skoro ferie są, to niech korzysta, niech testuje. No ale my do tego potrzebujemy WIOSNY, ciepła, słońca... przede wszystkim, żeby nie padało i łapy nie przymarzały do aparatu i nie puchły... Po niedzieli ma niby być już cieplej i liczymy na to, że choć trochę bezdeszczowych dni będzie, by pojechać gdzieś nad jaką wodę postalkować ptaki wodne robiące gniazda...

Aparat nie jakaś rewelacja, bo porządny sprzęt do fotografowania natury zaczyna się od kilku tysięcy euro, a ja wydałam zaledwie 300. Tymczasem dla Młodego i mnie to bardziej zabawa niż prawdziwa fotografia. Młodemu póki co bardziej chodzi o upolowanie co ciekawszych gatunków zwierząt i ich obserwacje, niż faktyczną jakość zdjęć.  Kupiłam mu (mało) używany Panasonic Lumix, który ma duży zoom, czyli z dość daleka da się zobaczyć i sfotografować zwierza. Fotografowie polecali go jako tani a w miarę dobry aparat typu bridge, czyli coś pomiędzy lustrzanką a kompaktem. Jakość zdjęć przy dużym zbliżeniu, jak należy się spodziewać, z butów pewnie nie wyrwie, ale my nie mamy póki co aspiracji do zostania najlepszymi fotografami przyrodniczymi. 

Wczoraj stałam godzinę w sklepie komputerowym, by kupić durną kartę pamięci, gdyż chyba emeryci z całej wsi postanowili se nowe komputery i ipady kupić akurat tego poranka i te chłopaki ze sklepu im wszystko instalowali, tłumaczyli jak to dziadkowi i babci tłumaczyć trzeba, a tymczasem naszego aparatu nie dało się przetestować bez karty, a nie znaleźliśmy żadnej niepotrzebnej w domu. 

Młody nie mógł się doczekać i jak tylko założyłam kartę, zaczął wypychać rowerek przed dom (trzyma rower w salonie), ale zanim przez dzrzwi przeszedł, zaczęło padać. Nawet na chwilę tęcza wyszła, ale licha  więc nie nadawała sie na obiekt fotograficzny... Poczekał chwilę i zakręcili deszcz, a wtedy od razu pojechał pod las. Kwadrans później lało znowu, więc nie narobił zdjęć. Udało mu się co prawda upolować czaplę i parę egipskich gęsi pod lasem, ale przez krzaki z bardzo daleka i w pośpiechu zdjęcia nie wyszły za dobrze. Niemniej jednak już widać po tym i paru pierwszych fotkach cyknietych kosowi i pokrzywnicy przez okno, że i tak aparat robi lepszej jakości zdjęcia niż ten kompakt, którego dotąd używał. Tak czy owak strasznie wkurzajace jest, jak masz nowy aparat i nie możesz go porządnie przetestować bo leje non stop akurat wtedy.

Na szczęście idzie ku wiośnie. Zatem spodziewać sie należy, że mimo wszystko dni będą dłuższe, temperatury wyższe, pojawi się więcej ptaków, kwiatków, robaków i innych ciekawych obiektów. No i nie długo, mamy nadzieje,  będzie można cały dzień w lesie siedzieć i dupy nie odmrozić. Będzie można pójść do zoo, nad jezioro, staw, plażę, do parku... 

Dendermonde już kwitnie



Młodą tymczasem wywiało do Polski. Tym razem inne miejsce postanowiła pozwiedzać z przyjaciółmi. Małżonek podwiózł ją przed wyjściem do pracy na pobliski dworzec, skąd już dalej tłukła się pociągami i autobusami na lotnisko. Grubo ponad 3 godziny w drodze, by pokonać 80 kilometrów. Transport publiczny w tym kraju to żenada do kwadratu, żeby nie powiedzieć absurd. 

Kiedyś był jeden słoneczny dzień, więc wypuściwszy kury usiadłam na desce przy łączce za domem. Jedna z moich nowych koleżanek natychmiast do mnie przyszła, pogrzebała chwilę i rozłożyła się tuż obok, bo razem w stadzie przecież raźniej się wygrzewać na słońcu. Miło mi, że należę do ich stada.


Wanda się opala


oznajmiam, że jestem na posterunku 

pilnuję tyłów

pilnuję frontu

nudne to pilnowanie

spozieram na człowieka jednym okiem

patrzę, czy od lasu nic się nie skrada

jestem piękny, dostojny i ważny

…a ten człowiek wciąż tu jest?!

Idź do domu! Ja tu  mam pod kontrolą.



*) FOD Federale Overheidsdienst, czyli Federalna Służba Publiczna, odpowiednik ministerstwa czy centralnego urzędu administracji państwowej. FOD Financiën to Urząd Skarbowy, FOD gezondheids to zdrowie publiczne i tu też FOD GD handicap (niepełnosprawność), część odpowiedzialna za orzecenia niepełnosprawności, przyznawanie zasiłków...