12 czerwca 2026

Wszystko opornie idzie nawet gdy jestem starsza o rok

 Nie poszłam do azylu, bo nie czuję się na siłach. Ani fizycznych ani mentalnych. W planach było pójścide tam najpierw we wtorek, potem w środę, a potem w piątek, ale nie byłam ani razu w tym tygodniu, bo to był kiepski tydzień. 

Choć przyznać należy, że zaczął się bardzo dobrze i w sumie przyjemnie... Wybrałam się bowiem najpierw do Brukseli, by zdeponować tablicę rejestracyjną mojego skutera w DIV, czyli wydziale komunikacji. Pora bowiem wyrejestrować to badziewie. Może uda się go sprzedać, ale potencjalny kupiec coś nie może się zdecydować, czy go chce, czy nie. Nie ukrywam, że wkurzają mnie tacy ludzie, którzy się umawiaja, a potem im "coś wypada". Bo wiecie, raz to może coś wypaść, ale po miesiącu zaczynasz się zastanawiać, o co komuś chodzi. Chłop ponoć mówi, że na 100% weźmie, bo jemu nie przeszkadza, że to ustrojstwo czasem nie pali, gdyż jest mechanikiem i ogarnie taką drobnostkę i nawet zaliczkę chciał dawać, ale wybiera się po ten pojazd jak sójka za morze. Normalnie by mi to nie przeszkadzało, bo skoro skuter stoi tyle czasu to miesiąc w te czy wte nie robi różnicy, ale ubezpieczenie się właśnie kończy i albo będę musieć je zapłacić i potem czekać na zwrot albo przedstawić ubezpieczycielowi dowód sprzedaży, bo normalnie wypowiedzieć umowę trzeba było przed terminem, ale czekałam z tym, bo przecież chłop miał miesiąc temu przyjechać po skuter.

Bruksela z okna autobusu

 A mnie teraz wszystko tak opornie idzie, że takie niejasne sytuacje są dla mnie okropnie ciężkie i niebywale stresujące. Mózg mi nie mózguje. Każda nawet najprostrza czynność, każda nawet najbanalniejsza decyzja to dziś dla mnie wielkie wyzwanie, czasem wręcz zdające się być ponad moje siły fizyczne i mentalne. Często czuję się, jakbym patrzyła na świat z innej planety, a mój mózg spowijała gęsta lepka mgła,  jakby moje własne życie działo się obok mnie i mnie nie do końca dotyczyło, więc tylko sobie siedzę i patrzę nie podejmując żadnych działań. Bardzo ciężko jest mi się wtedy zmusić do życia, do jakiegokolwiek działania, do codziennych zadań, czasem nawet do wstania z łóżka...

Ale bywają też dni, że nagle dostaję przypływu energii i od rana działam, kręcę się, ogarniam chałupę, załatwiam załatwienia, tryskam pomysłami, chce mi się chcieć i chce mi się żyć, snuję jakieś niedorzeczne plany i co najgorsze, podejmuję różne dziwne decyzje, które potem mi ciążą niczym kula u nogi w tych gorszych dniach. Bowiem niestety te lepsze dni szybko przemijają. Ba czasem jest to dosłownie jeden dzień, choc innym razem cały tydzień, ale potem spadam znowu nagle w dół i opadam z sił.

Nie dotrzymuję nawet sobie samej danego słowa. Żałuję wielu decyzji podjętych w lepszych chwilach, bo sobie nie radzę z ich realizacją w gorszych dniach. Aaaaaaa! Ocipieć idzie.

Ale w końcu zebrałam się w sobie i napisałam mejl do swojej psycholożki z prośbą o umówienie wizyty. Odpowiedziała od razu, że mogę wpaść za tydzień, co mnie trochę zdziwiło, bo ja się spodziewałam kilku tygodni czekania, a tu proszę niespodzianka. Albo mam farta i akurat ktoś odwołał wizytę, albo dla stałych klientów są zawsze wolne miejsca :-D. Oczywiście zaraz jak tylko otrzymałam odpowiedź, zaczęłam żałować, że w ogóle poprosiłam o to spotkanie... Ale na chwilę obecną jestem z siebie dumna, bo w aktualnych okolicznościach i moim stanie to był swego rodzaju wyczyn. Im bardziej potrzebujesz pomocy, tym trudniej jest o nią poprosić. Taka jest moja obserwacja własna.

Leuven

Leuven, plac koło dworca

jakiś piekarz z leuven


Gdy załatwiłam DIV, poszłam kawałek dalej, by nagrać wideo na YT na słynnej brukselskej ulicy handlowej, a potem wskoczyłam do pociągu i pojechałam do Leuven, dokąd miała przyjechać Młoda, bo razem miałyśmy iść na wizytę w tamtejszym szpitalu uniwersyteckim. Kupiłam se jakąś maczę w Madmun i siedząc na schodach przy tym placu z powyższego zdjęcia próbowałam przez telefon rozwiązać z Młodą problem z drukarką. Młoda chciała w drodze na dworzec nadać paczkę do psiapsi i musiała wydrukować naklejkę na paczkę, ale drukarka postanowiła udawać, że jest zajęta drukowaniem jakiegoś starego dokumentu, a potem przekonywała, że my nie mamy w domu żadnego wi-fi. Drukarki znane są z tego, że są mistrzami we wkurzaniu ludzi. Jeśli chodzi o złośliwość rzeczy martwych to drukarki zdobywają zawsze czarny pas, nobla i wszystkie złote medale. W związku w powyższym przybycie Młodej do Leuven znacznie się opóźniło, a w planach było odchamianie się na mieście przed wizytą, bo ta była dopiero po południu zaplanowana. W ostateczności Młoda, która przez bunt drukarki, nie zdążyła spożyć śniadania,  podała mi przez telefon adres wegetariańskiej knajpki, którą właśnie nie dawno wyguglowała i zleciła mi pójście tam i zamówienie jedzenia, zanim ją pociąg dowiezie do miasta. Pani miała niezły ubaw, gdy musiałam przez whatsapp pytać, jaki Młoda chce sos do burgera i czy woli zwykłe ziemniaki czy bataty jako dodatek. Ja se jakąś sałatkę zamówiłam, która była przepyszna (albo ja byłam przegłodna). Jakby ktoś był w Leuven i miał ochotę na wege żarcie to polecam https://www.tabiloo.be/.




Po zjedzeniu wsiadłyśmy w autobus i pojechałyśmy już pod szpital. Dotarłyśmy tam godzinę przed czasem, więc spodziewałam się, że poczekamy co najmniej ze dwie godziny, bo na ginekologii zawsze było dużo opóźnienia, a tu - proszę ja was - niespodzianka. Ledwo zrobiłyśmy siku i sobie wody nalałyśmy z dystrybutora w poczekalni, już facjata młodej pojawiła się na ekranie. Godzinę przed czasem to ja jeszcze na wizytę chyba nie wchodziłam. Ale to jest ta dobra strona dzisiejszego systemu, że oni od razu widzą, kto przyszedł do szpitala i jest w poczekalni, bo to działa tak, że po przyjściu do szpitala rejestrujesz się z aplikacji w telefonie, w automacie albo w okienku. Wtedy pojawia ci się (albo drukuje) opis drogi... 

Szpital uniwersytecki to gigantyczny labirynt, ale doskonale oznaczony z podziałem na kolorowe drogi, bramy i poczekalnie. Na ginekologię w UZ Leuven wiedzie np czerwona droga, brama nr 4 i poczekalnia D. Pojawia się też kod, który skanujesz w automacie po dotarciu do danej poczekalni i wtedy lekarze wiedzą, że już tam jesteś. Zatem jak kogoś nie ma, bo np odwołał wizytę, to mogą wezwać tego, kto jest.

Po wizycie poszłyśmy jeszcze do czekoladkowni Bittersweet, bo Młoda chciała przetestować ich cudaczne pralinki. Ja też przetestowałam i mogę rzec, że bardzo smaczne. Drogie, tak samo jak w Leonidasie, ale fikuśne bardzo. 

czekoladki na patyczkach

pralinki :-)


Potem jeszcze było testowanie boby w COCO i taki se mix skraftowałam, że aż mnie zemdliło od słodyczy, bo se karmelowe coś wybrałam... Ale było pyszne! W drodze do dworca jeszcześmy do H&M zajrzały, by stwierdzić, że o ile tam zawsze były paskudne szmaty, tak teraz to już nawet określenia na to nie potrafimy znaleźć. Masakra jakaś, po prostu. Stracha na wróble bym w te "ubrania" nie przyodziała nawet. I to ja tam chciałam iść, bo w necie widziałam, że mają kolorowe czapki z daszkiem... Zaiste, mają, ale nie wyglądają jak na zdjęciach w necie, a jak coś co z rok na ulicy leżało... A idź pan... i jakie ceny do tego. Nie wiem, co ludźmi kieruje, by szyć takie rzeczy, ani tym bardziej by je na siebie zakładać. Ale dobra, na męskim znalazłam portki w stylu menel przecenione na 14€ i postanowiłam nabyć... Tylko że przy kasie się okazało, że muszę wziąść drugi produkt, by kupić je za tę cenę, inaczej kosztują ponad 5 dych. WTF?! No dobra, wzięłam dla młodego pierwsze lepsze skiepy, co leżały koło kasy... Aczkolwiek nadal nie rozumiem sensu. Ja to jednak baba ze wsi jestem i tyla.

boba




Na szczęście w Bereszce mieli czapki fajne, że aż się nie mogłam zdecydować. Przy okazji widziałyśmy jak gliny zgarniają jakieś dwie wypindrzone panienki... Pewnie chciały mieć nowe rzeczy za darmo... a może co innego przeskrobały, kto wie. Na pewno nie było to spotkanie towrzystkie w każdym razie... 

Nie wiem, co jest z tymi ludźmi. Trzeba wam wiedzieć, że teraz wszędzie kradną na grandę. Nie tylko w drogich sklepach z ładnymi rzeczami, bo w spożywczych marketach to jest wręcz plaga. Wszędzie porozklejali informacje, że kradzież jest karana i przypomnienia, że jest monitoring i kamery. Wątpię jednak, by złodziei to przekonywało... Przy berschka'ce czy primarku to chyba zawsze się policja kręci, no i ochrona bacznie się każdemu przygląda. 

Trafiłyśmy na tę godzinę, w której jedzie bezpośredni pociąg do nas, a jechał nim zabawny konduktor, który każdy komunikat wygłaszał na wesoło i sypał żartami. Najpierw zachwalał, że jego pociąg jest zajebisty, ale niestety ma tylko "hałaśliwą klimatyzację" (w sensie, że trza okno otworzyć, bo nie ma klimy). Śmiesznie wymawiał nazwy stacji, celowo przekręcając albo dodając jakieś głupoty "...w Mechelen możecie się przesiąść do HAAAAAAAASELT...". Zapowiedział też, że "pociag zatrzymuje się w Baasrode Zuid, ale TYM RAZEM nie zatrzyma się niestety w Baasrode Noord", gdy rzeczone Baasrode Noord jest po prostu muzeum pociągów i tamten tor jest linią turystyczną, po której latem w niedziele jeżdżą  parowozy i spalinówki na krótkiej trasie turystycznej. Dla obcych tekst bez sensu, ale dla tubylców śmieszny :-) Uwielbiam takich konduktorow, a czasem się trafia na takich wariatów. Podróż od razu fajniejsza. Jak sprawdzają bilety oczywiście też se stroją żarty i dogadują podróżnym, gdy tylko wyczają, że na swojego trafili. 

Pozostałe dni były ponure. Za oknem pogoda typowo belgijska, czyli słonce-deszcz-słońce-burza z piorunami-słońce-deszcz-słońce-deszcz i tak codziennie przez cały dzień i noc. Jednego dnia popedałowałam do sklepu i kupiłam bułki i kiełbaski na hot dogi. Dla panów normalne mięso, dla pań roślinne. Udało się też pekińską dużą kapustę natrafić w końcu, to wzięłam na gołąbki dla Młodego i mu zrobiłam. Poza tym nie wiele robiłam w tym tygodniu, bo czułam się beznadziejnie. Dwa dni były dniami prania. Wyprałam i wysuszyłam (częściowo na sznurze, częściowo w suszarce) 3 pościele, jeden zestaw świńskich dywaników (tego nie suszy się w suszarce, bo by potem wszystkie ubrania świniami waliły), jedna pralka ręczników, jedna pralka ścierek róznych ma 90 stopni, jedno pranie białe, jedno pranie czerwone, jedno pranie czarne... Ze dwa razy w tygodniu poodkurzałam. Raz ogarnęłam łazienkę. U świń też ze dwa razy posprzątałam. Kurniki staram się sprzątać codziennie (znaczy kupy zbierać szufelką), ale zdarzają się dni, że odpuszczam, ale wtedy biednym kurom śmierdzi i one potem całe śmierdzą... Zdarzyło się też ze dwa razy, że nie wyprowadziliśmy naszych ku na spacerek poza ogród, a one czekają na to i domagają się codziennie wieczorem - stoją przed furtką albo przed oknem i głośno krzyczą. 

zmokła kura Riko

Najchętniej wypuszczałabym je w dzień, ale sąsiad mógłby je poprzejeżdżać. Ostatnio mało mnie nie przejechał, a kury uskakiwały w popłochu spod kół, bo idiota nawet nie zwolnił. Zastanawiamy się tylko, czy chłop już niedowidzi, czy też robi to specjalnie. Zdarzyło sie już trzy razy, że normalnie na ulicy poboczem idąc czy jadąc rowerem, musieliśmy uskakiwać, zjeżdżać na trawę, gdy jechał jak z macochą do piekła tym swoim rozklekotanym wielkim samochodem, bo mało nas nie potrącił. Myślicie pewnie, że co ja za głupoty wygaduję, że ktoś by w drugiego specjalnie chciał wjechać... ale niestety mamy wrażenie, że właścicielowi naszego domu, którego nie raz tu chwaliłam na początku,  zaczęła chyba lekko palemka odbijać (albo myśmy dopiero nie dawno na oczy przejrzeli...?). Opowiadałam tu chyba kiedyś o kłotni pomiedzy nimi, a sąsiadami z drugiej strony (tymi co to żeśmy ich z pożaru ratowali, a potem się z nimi wyzywali, by znowu się zacząc kolegować)... Tamci remontowali dom, co temu się nie podobało bardzo... Jednego dnia była taka sytuacja, że przyjechał chłop do roboty, rozstawił rusztowanie, a ten wsiadł na traktor i mówi do chłopa, by spieprzał z rusztowaniem, bo go przejedzie, a potem podszedł i zaczął telepać tym rusztowaniam, aż jego żona wołała, by przestał... Obserwując wtedy tę scenę ze swojego okna,  doszłam do wniosku, że co niektórzy to chyba nie mają wszystkich w domu... a od tamtego momentu tylko się co chwilę w tym utwierdzam. Chłop jest grubo po siedemdziesiątce i jego rozum ma prawo odmawiać posłuszeństwa, ale jak ktoś stanowi zagrożenie dla innych, czy siebie to powinien być pod opieką psychiatry, a nie zapierdalać samochodem z przyczepką po wsi jak szaleniec... 

Nie dawno, jak poszłam zanieść dokument z czyszczenia pieca (chyba już wspominałam...?) z zaleceniem, że trzeba zrobic dodatkową wentylację, bo inaczej nie wydadzą pozytywnej opinii na temat bezpieczeństwa pieca, mimo że piec jest sprawny (a to znaczy, że mogą zakazać jego używania) to dla właściceli najważniejszym problemem zdawało się "co to jest za firma?" "kto to jest?" (no bo jak to my możemy zatrudniać kogoś, kogo oni nie znają, no doprawdy skandal!) i od razu, że to na pewno nie oni mają robić i płacić, tylko my. (flamandzie skąpstwo to już jest choroba). Ja na to, że my zapłaciliśmy właśnie ponad 200€ za obowiązkowy przegląd i czyszczenie pieca, co jest naszym obowiązkiem, ale remonty domu i inne naprawy to niestetety obowiązek właściciela domu i że mają to zrobić w ciągu trzech miesięcy... Mniejsza o to czy zrobią, czy nie zrobią, ale takie sytuacje świadczą coraz wyraźniej o tym, że niektorych lekko przerasta dzisiejszy świat...

A tymczasem - skoro już narzekam na dom - podczas każdej grubszej ulewy z wiatrem ciągle kapie nam woda z sufitu na poddaszu, a pod drzwiami wejściowymi w salonie tworzy się wielka kałuża. Już nas to nawet przestało wkurzać. Teraz już się tylko śmiejemy, bo co zrobisz? Bok se wyrwiesz? Z takimi dziadkami i babkami żyjącymi mentalnie w ubiegłum stuleciu ciężko jest prowadzić negocjacje. Oni działają, ale bardzo powoli i trzeba im tysiąc razy przypominać, no i zawsze najpierw próbują każdy szkopół rozwiązywać własnorecznie z pomocą innych, jeszcze starszych dziadków, jak to 50 lat temu robili. Nie umniejsza to bynajmniej naszych problemów z mieszkaniem, ale przynajmniej daje się zrozumieć.

Gdy dla heheszków wrzuciłam wideo na instagram z nagraniem tej wszechobecnej wody to ludzie radzili mi, bardzo rozsądnie nawiasem mówiąc, pójście do sądu, do związków, do gminy itd itd. Teoretycznie to bardzo wszystko ma sens i jest mądrą poradą, ale nie w tym konkretnym przypadku. My jesteśmy bliskimi sąsiadami, a to oznacza, że po zgłoszeniu problemu gdziekolwiek i zaczęciu procedur, może i uzyskamy to, czego się domagamy (ale i to nie jest pewne, bo standardy i normy belgijskie różnią się o tych znanych z Polski, są w cholerę niższe, wręcz śmieszne), ale w gratisie dostaniemy wrogów i nasze życie tutaj stanie się piekłem albo zwyczajnie chwilę później dostaniemy wypowiedzenie umowy najmu pod jakimś idiotycznym pretekstem i dopiero wtedy znajdziemy się w dupie. Niektórzy starsi ludzie są bowiem dosyć złośliwi... 

ta kałuża jest irytująca, ale też nie tragedia


Życie na wsi kieruje się specyficznymi zasadami i jak chcesz w miarę spokojny żywot wieść, a nie jesteś do tego przypadkiem obrzydliwie bogaty, nie masz za sobą połowy wsi ani prawników w rodzinie, to lepiej się za bardzo nie kłócić, nawet w słusznej sprawie, bo można się znaleźć w jeszcze gorszej sytuacji niż się było z powodu danego problemu. Kto na wsi nie mieszka, może nie wiedzieć, jak to wygląda ani nie zdawać sobie sprawy z konsekwencji zadzierania z ludźmi, którzy mają wszędzie znajomych. Tutaj nikt nie jest anonimowy jak w jakimś mieście, gdzie nikogo nie obchodzi jak żyjesz, co robisz i z kim się kłócisz. Jak dziś bym zgłosiła problem w jakiejś instytucji, już jutro by wiedział o tym listonosz, a pojutrze pół gminy. A kto wie, czy za miesiąc, za rok nie będę potrzebować pomocy albo nie będę chciała pójść do pracy w okolicy...?

Ja ogólnie staram się załatwiać wszystko polubownie i z wielką dozą wyrozumiałości dla różnych ludzi, ale też biorąc pod uwagę wszystkie aspekty, a nie tylko ten jeden, który w danym momencie najbardziej mnie uwiera. Zdecydowanie nie należę do ludzi, którzy o wszystko się wykłócają i walczą o swoje nawet jakby mieli przy tym wybić pół świata. Ja nade wszystko cenię sobie święty spokój, a już szczególnie na tym etapie mojego życia, gdy nasz stan psychiczny i fizyczny jest raczej kiepski, a i finansowy też już lepsze momenty pamięta... 

Najchętniej po prostu bym się stąd wyprowadziła w inne miejsce, ale o tym juz sto razy mówiłam...

Wakacje letnie zbliżają się wielkimi krokami i Młody już odlicza dni do kończa czerwca. W większości szkół uczniowie zaczynają już trząść portkami przed ostatnimi w tym roku egzaminami. W szkole Młodego nie ma typowych egzaminów, ale też piszą podobne testy (tylko nazwa jest inna i nie ma takiej narracji egzaminacyjnej i srania żarem). Póki co to jeszcze różne wycieczki i inne fajniejsze luźniejsze zajęcia się odbywają. W tym tygodniu Młody np musiał przygotować na angielski jakieś jedzonko. Do każdej potrawy należało sporządzic listę składników po angielsku oraz alergenów, no i info typu vege, halal etc

Wybrał ulubione czekoladowe ciastka, popisowy deser Młodej, które starsza siostra pomogła mu upiec nadzorując każdy krok i pouczając. Gdy się okazało, że każdy z jego grupy przygotowuje coś słodkiego, to Młody bał się liczył, że jego ciastek nikt nie tknie i wszystkie będzie sam musiał mógł zjeść (bo to jego ulubione), ale ciastka okazały się wielkim suksesem. Ledwo jedno udało mu się zachować dla kumpla, który nie chodzi na angielski, a który chciał skosztowac wypieku Młodego. Niektórzy nawet o przepis poprosili, by samemu w domu upiec, tak im posmakowały.

Kołczka przysłała już też termin końcoworocznego driehoekgesprek-u, czyli rozmowy w trójkącie uczeń-rodzic-coach podsumowującej trymester. Za dwa tygodnie w piątek odbędzie się też focusmarkt, czyli prezentacje wszystkich focusów, czyli zajęć, tematów dodatkowych, na których fokusowali się przez cały rok poszczególni uczniowie. Każdy będzie miał swój stolik, kramik na którym zaprezentuje, co udało mu się przez rok nauczyć, osiągnąć... Młody zrobi oczywiście wystawę fotografii. Zdjęcia już są gotowe, a ja własnie wymyśliłam mu proste podpórki wycięte z twardego papieru. 

zdjęcie na podpórce

podpórka do zdjęcia na wystawę fotografii


Zainspirowałam się drewnianymi podpórkami pod obrazy znalezionymi kiedyś w kringwinkel. Przykleiłam jedno zdjęcie do białej twardej kartki z bloku, a podpórkę wycięłam z czarnej. Stoi sztywno, więc można rozpocząc masową produkcję i myślę, że w weekend się zabierzemy, bo wszystkie wybrane zdjęcia trzeba przykleić do białej kartki i wyciąć kilkanaście podpórek. No i podpisy wydrukować. Młody nie wie, jak dużo placu będzie miał, ale trzeba ze 20 zdjęć przygotować. Resztę wkleimy do albumu i też bedzie można go zaprezentować. Pomogę mu, bo on nie jest dobry w drobne prace manualne i zbyt niecierpliwy. Choć rysować lubi i ostatnio batdzo dużo rysuje. Głównie postaci z mangi. Kupiłam mu mnóstwo pisaków, w tym zestaw z różnymi kolorami skóry i bazgroli z przyjemnością, co bardzo mnie cieszy. Systematycznie przychodzi się pochwalić jakimś nowym rysunkiem, a trzeba przyznać, że nieźle mu wychodzą. Ma talent, a powiem wam, że jak był mały to raczej nikt by go o talent plastyczny nie podejrzewał. Ale to brało się zapewne - tak samo jak u Młodej - z wolniejszego rozwoju małej motoryki i hipermobilności. Iluż rzeczy człowiek nie wiedział, nie był świadomy zaczynając przygodę z macierzyństwem! Dopiero, gdy obydwoje wyćwiczyli sobie już swoje chude i lelawe gałązki, mogli zacząć korzystać ze swojego talentu plastycznego. 

Nie dawno Młody odkrył na nowo rolki. Któregoś dnia nagle ni z gruszki nie z pietruszki zapytał, gdzie są rolki, a potem poszedł przekopywać strych... Dłuższą chwilę później wrócił rozentuzjazmowany z pola, chwaląc się że nie tylko nie zapomniał jazdy, ale jeździ o wiele lepiej niż ostatnio, że umie nawet nawracać i hamować. Od tego dnia codziennie wieczorem idzie na rolki nie ma go czasem nawet 2 godziny. Nawet już o fotografii trochę zapomniał, bo nie pozwaliłam mu zabrać aparatu na rolki. Aparat (nawet taki Lumix) nie należy bowiem do tanich zabawek. Na wakacjach zapewne znajdzie czas i na rolowanie, i na fotografowanie. No chyba że okaże się, że jego fucus na tym temacie już się skończył. Tak czy owak, czego się przez rok nauczył, to mu zostanie, a frajdę miał wielką z każdej wytropionej sarenki, wiewiórki czy dzięcioła, a jeszcze większą z każdego udanego zdjęcia. Może być z siebie dumny.

Ja cieszę się, że mimo wielkego umiłowania do komputerów i gier w sieci, znajduje czas i z chęcią i całkowicie dobrowolnie poświęca go na rysowanie, fotografię, rolki oraz codzienne ćwiczenia, a ćwiczy upracie w swoim pokoju wieczorami po kilka minut dziennie, ale codziennie: po kilka pompek, brzuszków, przysiadów - tak jak podglądnął to pewnie podczas moich ćwiczeń - a do tego hantelki. Już niezłe muskuły wyrobił. Twarde jak kamur. Mięśnie w nogach też ma mocne jak diabli. Jakby nie patrzeć, kręci tym swoim rowerkiem po prawie 20 km dziennie, przez 5 dni w tygodniu, no i dźwiga te ponad 20kg wkładając rower do pociągu i z pociągu wyciągając. Słyszę czasem głupawe komentarze, że elektryczny rower to nie rower i młodzi nie powinni jeździć elektrykami, bo to wstyd. Ale ja się pytam, czy lepiej jak człowiek przejedzie ponad 100km/tydzień elektrykiem, czy jak ani razu przez ten czas na żaden rower nie wsiądzie i wszędzie dupsko autem albo autobusami wozi...? Bo z moich obserwacji wynika, że najwięcej do powiedzenia na temat jazdy elektrykiem mają ludzie, którzy żadnym rowerem nie jeżdżą i do pracy, szkoły, sklepu, lekarza, a nawet na siłownię samochodem jadą i swoje dzieci wszędzie podwożą. Ci ludzie zwykle nie są w ogóle świadomi prostego faktu, że jak masz zwykły rower, to możesz dojeżdżać nim, dajmy na to, do 10 km, ale jak masz elektryczny, to już po 20 km dojedziesz codziennie swobodnie, a i 30 dasz rady, jak jesteś młody i wysportowany. Jak zainwestujesz w speedpedeleca to 50km z łatwością przemkniesz codziennie.  Dzięki silniczkowi możesz przemieszczać sie rowerem po pagórkowatym terenie swobodnie i przewozić ze sobą ciężki towar, czy dziecko w foteliku. Młody nie mógł by chodzić do tej szkoły, do której chodzi dziś, gdyby nie miał roweru elektrycznego, bo nie ma połączeń dobrych i 2 razy musiał by sie przesiadać, godzinę wcześniej wychodzić z domu i godzinę wcześniej wracać. No i to ciągle jest przecież rower - pojazd napędzany głównie siłą nóg, nawet jak te nogi mają pomoc silniczka, to ciągle muszą pracować intensywnie, by wprawić pojazd w ruch. A jak nogi pracują codziennie, to są zdrowe i silne, a i kondycja się poprawia z każdym dniem, człowiek oddycha świeżym powietrzem, zażywa słońca, słucha śpiewu ptaków... 

Wczoraj skraftowałam se czaderskie smoothie. Postanowiłam posprzątać resztki i niechcący swteorzyłam napój deserowy o samku tiki-taków (subiektywna opinia). Rozpakowałam dużą paczkę daktyli i chciałam je schować do plastikowego pudełka, żeby mi znowu mrówek nie nalazło, jak ostatnio, kiedy całą (na szczęście małą) paczkę musiałam wyrzucić do kosza, bo cała była zamrówkowana, a nie przepadam za mrówkami... Okazało się że się nie zmieszczą wszystkie, więc pozostałe siedem pokroiłam i wrzuciałm do blendera. Do tego już prawie brązowy banan, bo też szkoda wyrzucać. Dalej poszło pomięte i miękkie jabłko, mały waniliowy napój sojow isolidna łyżka bio masła orzechowego, które kiedyś w mega wielkim słoju kupiłam i trzeba je do czegoś w koncu zużyć. Dziś robiłam ponownie, tym razem ze zwykłym mlekiem. No, mówię wam, tiki-taki z wawela w płynie, choć wygląda trochę jak kupa.



Poprzednią razą się zapomniałam pochwalić, że znowu jestem o rok starsza. Galopujący szok, za rok skończę pół wieku! Czasem czuję się na 90, ale często na 15.

 
Młoda upiekła dla mnie czaderski tort. Nie udał jej się dokłądnie taki jak sobie zaplanowała, bo trochę słabo wyrosło ciasto, ale działał (niestety nie posiadam dobrego zdjęcia z owego działania). To serce po przekrojeniu krwawiło. Mega efekt! W pierwszym pomyśle to miało mieć ponoć kształ prawdziwergo serca ludzkiego, co dało by o wiele efektowniejszy rezulat, ale i tak szacun wielki dla Mojej Córki za pomysł i za wykonanie. To był pracochłonny tort. Cały dzień spędziła w kuchni! A jakie to ci było smaczne! 
No i dostałam od niej talon na balon :-) Polecimy obie, bo nikt więcej z Naszej Piątki nie reflektowal na lot balonem (dziwni ludzie!) to kupiła dla mnie i dla siebie. To był taki prezent co się go wcześniej omawia :-) Teraz musimy jeszcze wybrać termin i miejsce lotu, ale to już najmniejszy problem.
Od Małżonka też dostałam wcześniej omówiony prezent. O wiele bardziej praktyczny, ale równie fajny. Wziął mi nowy telefon do spłacania z abonamentem, bo mój stary niedługo przestanie działać, gdyż od połowy roku nie będzie już aktualizcji dla iphone 11, więc niedługo potem prawdopodobnie przestaną działać aplikacje bankowe i wszystkie inne ważne, bo to zawsze tak jest z tymi telefonami... Dziś bez sprawnego telefonu jak bez nogi... ale dobry telefon musisz wyrzucić albo sprzedać za śmieszną kwotę i przymusowo kupić nowszy, bo firma celowo przestaje go aktualizować. Ja tam bym wolała używać sprzętu jak najdłużej, a nie co chwilę wymieniać, no ale trudno... Ja już stara jestem i absolutnie nie jarają mnie nowsze modele telefonów ani niczego innego. Wolę stare ale jare, o ile są sprawne.




Poniżej jeszcze parę zdjęć z Brukseli.












W Międzyczasie nagrałam opublikowałam dwa nagrania z przemyśleniami na temat długiego chorobowego, a dziś wrzuciłam na Youtube pierwszą historyjkę związaną z popularną ulicą handlową w Brukseli, bo akurat byłam tam i mnie natchnęło, by o tym właśnie opowiedzieć. Nie wiem, czy ktoś poza mną lubi takie prawdziwe opowieści oraz legendy związne z różnymi przypadkowymi miejscami, ale i tak zamierzam je nagrywać, bo dużo ich mam w zanadrzu, a co chwilę na kolejne natrafiam ;-)



7 czerwca 2026

Zmęczył mnie ten tydzień

 Ostatnie dni dosyć, że tam powiem, ciekawe były. Zdaje mi się, że ten tydzień miał jakby więcej dni i godzin, bo więcej niż zwykle się wokół mnie działo i więcej rzeczy zdązyło mnie wnerwić haha.

Zaczęłam tydzień od wizyty w naszej przychodni, gdzie jakiś młody sympatyczny lekarz, którego pierwszy raz na oczy żeśmy widziały, wypełnił najstarszej dokumenty do FOD-u. Tego samego dnia dosłałałam tam jeszcze skany dokumentów z poradni CLB z czasów szkolnych, które uznałam za ważne w kwestii ewentualnego uznania niepełnosprawności. Teraz trzeba będzie czekać diabli wiedzą ile na jakiś ruch FOD-u.  Następnym krokiem powinno być zaproszenie córki na spotkanie z orzecznikiem czy czymś w tym rodzaju. Młoda już czeka od kilku miesięcy i nic na razie z tego nie wynikło. Nie da się też sprawdzić statusu sprawy online. Nic tam się nie zmienia. Zatem trzeba czekać po prostu. Młodej nie długo kończy się zasiłek i teoretycznie już powinni ją zawezwać na rozmowę, ale nic na razie nie przyszło. Oby się tylko nie okazało znowu, że cholerna poczta strajkuje czy że zgubili list, czego niestety w tym kraju można się spodziewać. List do Najstarszej z wezwaniem do przesłania formularzy przez rodzinnego przyszedł np z ponad 2-tygodniowym opóźnieniem i zostało tylko kilka dni na spotkanie z rodzinnym, gdy na wizytę czeka się co najmniej miesiąc. Dodzwoniłam się do FOD-u w ostatnim dniu i baba niby powiedziała, że daje nam dodatkowy miesiąc, ale skąd możesz wiedzieć, że faktycznie tak się stało, jak tego nie widać w dossier online... U nas tego ty[u dokumenty wysyłane są zwykłymi listami, nie poleconymi, jak to dawniej np w Polszy bywało...

Te procedury są wielce irytujące. Człowiek chce wiedzieć, na czym stoi. Przedłużą ci zasiłek? Uznają oficjalnie twoją niepełnosprawność? Chcesz to wiedzieć, by jakoś dalej życie planować. Obecna nasza sytuacja - zarówno moja, jak córek - jest jedną wielką niewiadomą. 

Ja właśnie otrzymałam zaproszenie do orzecznika z Funduszu Zdrowia i znów się głowię, jak mam się tam dostać. Nie wiem, kto w ogóle wymyślił, by umiejscowić tę placówkę w jakimś totalnym wypizdowie, gdzie psy dupami szczekają a wrony nawracają, bo nawet nasrać się nie opłaci. Nie wiem, jak dostają się tam chorzy, którzy mają problem z poruszaniem się... Od stacji stosunkowo daleko. Miejsca parkingowego praktycznie brak. Rowerem czy skuterem to jest lekki hardcore - mnie w każdym razie przeraża droga i w ogóle cała okolica, gdzie owo biuro się znajduje.  Pomijając już nawet wszechobecny syf (całe wory ze śmieciami na poboczach dróg itp) to tam jest wiecznie coś rozkopane, a ulica bardzo ruchliwa, skrzyżowanie, zjadzj z autostrady, przeto przedostawanie się na miejsce jest ogromnie stresujące. I w ogóle jak przyjdziesz za wczasu to kiblujesz przed budynkiem na asfalcie, bo tam nic nie ma, żeby gdzieś zajść, usiąść, czy choćby na stojaka przycupnąć pod zadaszeniem, gdy pada czy żar z nieba się leje. Raz siedziałam godzinę pod jakimś opuszczonym garażem.... Żenada do entej potęgi. Okropnie się zawsze stresuję tymi wizytami nie z powodu samych spotkań z tzw lekarzem, bo to mnie ani grzeje, ani ziębi, ale ta droga mnie przeraża zwyczajnie. To ponad 20 km rowerem a komunikacją przesiadki na jakies autobusy, na które w tym kraju w ogóle liczyć nie można, więc trzeba godzinę wcześniej co najmniej się wybrać, a potem stać pod drzwiami jak debil, gdy autobus na złość przybędzie na czas.

We wtorek odebrałam kolejny Decapeptyl.  Już wieczorem mnie zlagowało, a tu na następny dzień znowu miałam spotkanie z tą całą kołczką cudotwórczynią,  co to ma cud sprawić i znaleźć dla mnie miejsce na rynku pracy... To są jej własne słowa, że "spróbuje sprawić cud". Jak bum-cyk-cyk, nie cyganię. Co tylko jeszcze większe zwątpienie we mnie wzbudziło co do tego typu "pomocy" i "usług" za ciężkie pieniądze podatników, bo jak ja idę do urzędu po poradę i wsparcie, to oczekuję, że oni tam w przeciwieństwie do mnie twardo stąpają po ziemi i że na rzeczywistych faktach i konkretnych realiach swoją pomoc opierają, a nie swojej wybujałej fantazji  i że radośnie o cudach i czarach-marach prawić ci będą... Laska jest w ogóle typiarą z gatunku haha hihi sram tęczą, z którym to gatunkiem fajnie jest pójść na browara, czy pogadać w pociągu, ale kury ani świnki bym temu pod opiekę nie powierzyła... 

Ja to jednak mentalni już stara wredna baba jestem i wszytsko muszę skrytykować chłe chłe.

 Wstałam zmęczona i słaba jak nie przymierzając gówno. Powiedziałam sobie, że pojadę tylko do najbliższej stacji i drugą połowę drogi pojadę pociągiem, bo nie mam sił, by drzeć rowerem po górkach kilkanaście kilosów. Jednak w połowie drogi do stacji rozdarło się niebo i zaczęła się dzika burza z piorunami, gradem i ulewą, że świata nie było widać. Przy pierwszych kroplach deszczu przyodziałam się ze śmiechem w pelerynę, portki przeciwdeszczowe i ochraniacze na buty, ale jak zaczęło walić wkoło mnie piorunami i wiać jakby koniec świata miał zaraz nastąpić, to przestało być to zabawne. Nie było gdzie się skitrać na czas nawałnicy, bo wokół albo łyse pole, albo ogrodzone wysokim płotem chałupy. 

Jadąc w tej zlewie i dumając o sensie tej całej morderczej wyprawy przypomniałam sobie nagle wypierdy rodaków pod pewnym artykulem, które przeczytałam w komentarzach na fb podczas porannej kawy, co mnie jeszcze bardziej zmęczyło i wyprowadziło z równowagi (nie wiem, czy ja w ogóle jestem w równowadze w ostatnich miesiącach). Ludzie jechali tam po chorych na dłuższym zwolnieniu, jak po łysej kobyle. Krzyczeli, że pora, by ludzie przestali "udawać chorych, wymyślać se jakieś depresje i inne rzekome z dupy wyjęte choroby", bo to wszystko udawacze i wyłudzacze, bo ileż można chorować. Przecież to nie jest normalne, bo oni przecież widzą, że ci rzekomo chorzy na wakacje jeżdżą, a jak ktoś jest na prawdę chory, to chyba nie jeździ na wakacje, tylko leży w łóżku co nie?

Tak uważają niektórzy Polacy w Belgii, a nie były to bynajmniej pojedyncze komentarze tylko jednogłośne wołanie o wysłanie długotrwale chorych do roboty... 

Zauważyłam, żde rodacy uwielbiają pisać nienawistne, agresywne komentarze pod każdym postem, na każdy dosłownie temat. Zwykle są to te same nazwiska, bo najwyraźniej niektórzy  "nasi" zdają się znać dosłownie na wszystkim i wszystko wiedzieć lepiej. Do tego wydaje im się, że na fejsbuku powinni pisać wszystko, co tylko w głupich łbach im się urodzi i na każdy temat się wypowiadać, nie bacząc na to, czy temat ich dotyczy, czy mają choćby bazową o nim wiedzę... Przeważnie jest to po prostu śmieszne i czytam czasem takie komentarze dla beki, ale już to, co pojawiło się pod moim wideo o wypadku z udziałem dzieci na MOJEJ blogowej stronie na fb, lekko mnie zszokowało. Niektórzy Polacy potrafią wszędzie zostawić swoje śmierdzące gówno, nawet pod takim postem, w którym opowiadasz o swoich uczuciach, o tragedii, o śmierci niwinnych dzieciaków. Wszędzie potrafią wywołać kłótnię i zrobić oborę... To jest okropne! Niektórzy ludzie są  po prostu pojebani i nawet tego nie widzą.

No ale te komentarze o chorych dotyczyły poniekąd mnie osobiście i o ile podczas ich czytania po prostu się uśmiechnęlam krzywo i przewróciłam oczami, tak jak tak jechałam w tę burzę walcząc ze zmęczeniem i złością, pomyślałam sobie, że ja życzę im wszystkim raka.  TAKżyczę takim ludziom, by znaleźli się choćby w sytuacji choćby do mojej podobnej, w której byli by za zdrowi by leżeć w łóżku, a za słabi, by iść do pracy.  Nagrałam o tym krótkie wideo w drodze powrotnej, emocjonując się do telefonu zawieszonego w uchwycie na kierownicy, ale powiem tutaj raz jeszcze: 

z całego mojego serca życzę tutaj wszystkim, którzy zazdroszczą chorym choroby lub w inny sposób mają z chorymi problem, by ich to samo spotkało, by dostali raka, depresji, czy innej poważnej choroby, aby mogli sami nacieszyć się tymi wszystkimi "profitami" i :radościami", którymi cieszą sie ludzie chorzy, by mogli se na wakacje na chorobowym pojechać, by dostawali zasiłek chorobowy, by nie mogli znaleść pracy, ale by na każdym kroku słyszeli że są leniami i darmozjadami, by byli wiecznie zmęczeni od niczego, by im brakowało sił by wstawać codziennie z łóżka, gotować, by nic ich nie cieszyło. Życzę im tego z całego swojego serca! Bo ja jestem dobrym człowiekiem i chcę by ludzie dostali to, czego pragną i czego zazdroszą chorym. Tylko tyle.

Niektórzy uważają, że nie powinno się drugiemu życzyć źle, ale ja nie widzę ani jednego powodu, by tego nie robić. Przecież to tylko słowa. One nie mają żadnej mocy sprawczej, jakby kto nie wiedział, ale mam nadzieję, że zabolą co najmniej tak samo mocno, jak mowienie choremu, by zabrał się do roboty. Debil jeden z drugim nie zdaje sobie sprawy, że takie słowa mogą nie tylko mocno zranić, ale nawet zabić. Dla wielu może to być bowiem o jedną kroplę za dużo i w końcu wezmę sznur i pójdą nad rzekę... 

A potem będzie zdziwienie, że jak to, dlaczego, przecież tej osobie świetnie się żyło, nawet do pracy nie musiała chodzić, bo miała przeciez zasiłek i w ogóle kurwa raj na ziemi. Ale to ty jeden z drugim bedziesz miał wtedy krew na rękach! 

O tym powinno się więcej mówić, bo ja pewnie też nie raz bedąc zdrową i młodą, pomyślałam sobie, że ludzie zdziwiają, udają chorych. Bo jakoś nie mówi się o tym, jak to jest być chorym kilka lat czy choćby miesięcy. Ja widzę sporo artykułów, filmów itd albo na temat śmierci i żałoby rodziny, albo właśnie na temat wyzdrowienia, na temat bohaterskiej walki z chorobą i przeciwnościami losu, co dla wielu chorych jest na pewno motywujące i dające nadzieję, ale tylko do pewnego momentu. 

Gdy bowiem znajdziesz się na pewnym etapie, to tego typu pozytywne narracje tylko pogarszają twój stan. Gdy walczysz z całych sił, starasz się tygodniami, miesiącami, próbujesz wszystkiego, ale nie otrzymujesz żądanych efektów, zaczynasz w siebie wątpić. No patrz, wszystkimi sie udało wrócić do pracy, a nawet nie nie tylko do pracy, ale nagle zaczęli podróżować, uprawiać sporty ekstremalne, napisali książkę, nagrali podcasty, znaleźcli miłość, robią karierę, założyli rodzinę etc etc a ty ledwo każdego dnia zwlekasz się z łóżka... Zaczynasz się zastanawiać, co z tobą jest nie tak, co robisz źle, że tobie się nie udało, skoro wszyscy inni doskonale sobie poradzili i już dawno poszli dalej, a ty ciągle jesteś chory i słaby. Na pewno za mało się starasz, na pewno wyolbrzymiasz swoje problemy, bo skoro inni potrafili wyjść z choroby, to ty też powinienieś. Wszysycy wokół pracują, a ty gnijesz w domu. 

Tak, to są moje osobiste rozważania. Takie lub tym podobne myśli towarzyszą mi każdego dnia. Co ja do cholery robię nie tak, że wszyscy wrócili po raku do jakiejś pracy, a ja nie potrafię? Dlaczego inni czują się już dobrze, a ja jestem słaba? Może coś robię źle? Może powinnam się bardziej starać...? Nie trafiłam dotąd na żadną książkę, żaden film, żadną opowieść pacjenta onkologicznego, który by opowiadał o tym, że 3, 5, 10 lat siedział na chorobowym po raku (w sensie po zakończeniu leczenia nie mając przerzutów ani nie będąc pacjentem paliatywnym). Nikt o tym nie mówi, czy takich ludzi nie ma? Z rozmów z personelem szpitalnym wynika, że są, że tak się zdarza, ale gdzie w takim razie ci ludzie są i czemu o tym nikt nie mówi...? Dlaczego na szpitalnych stronach nie ma o tym żadnych artykułów, choć na każdej prawie znajdziesz zapisek, że chroniczne zmęczenie po raku może trwać latami, że skutki uboczne chemioterpii i terapii antyhormonalnej mogą towarzyszyć pacjentom długie lata. Nikt nie mówi, jak z tym żyć. Mam wrażenie, że to temat tabu. Może nie chcą martwić i bardziej dołować tych, którzy dopiero dostali diagnozę...? Ale czy to jest w porządku...? Nie wiem. Tylko ciągle o tym myślę i nie mogę przestać. Dlatego ciągle wracam do tego tematu, bo on nie przemija, nie mogę go zamknąć i udawać, że już jest cacy, że wszystko wróciło do normy, bo nie jest i nie wróciło! 

I w takim stanie zwątpienia będąc trafiam nagle na komentarze wielu ludzi, którzy twierdzą, że wieloletnie zasiłki chorobowe to pomyłka, że ludzi powinno się zmusić do pracy, że zdrowi nie powinni robić na chorych... 

a ty pedałujesz właśnie pod górę i pod wiatr w burzę z piorunami na spotkanie z beztroskim młodym dziewczęciem, które, masz nadzieję, pomoże ci się odnaleźć się na rynku pracy po chorobie, bo pragniesz iść do jakiejkolwiek pracy, ale nie potrafisz żadnej wykonywać dłużej niż kilka tygodni

i wtedy zaczynasz marzyć, by jakiś piorun w ciebie w końcu trzasnął i raz na zawsze zakończył twoje problemy... 

A potem przychodzi złość na tych wszystkich ludzi zdrowych, którym się wydaje, że są niezniszczalni, że są od ciebie lepsi, bo są zdrowi, że mają prawo tobą gardzić... i chcesz, by spotkało ich to samo. By zachorowali i poczuli ten ból. 

No ale dobra, wracam do burzy... Jak już mnie zlało to nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, że wsiadam w tych wszystkich mokrych pelerynach do pociągu. To jest okropne uczucie być mokrym w suchym miejscu. Poza tym wkurw na głupich podłych ludzi dodał mi energii i potrzebowałam się odwkurwić, więc pedałowałam z całych sił pod wiatr i pod górę. Na miejsce dotarłam wyczerpana i zdemotywowana. Gdy ta laska wyszła do poczekalni i powitawszy mnie z uśmiechem zapytała, czy wszystko okej, miałam chęć jej odszczeknąć, by spierdalała na drzewo i nie zadawała debilnych pytań. W ogóle nie pamiętam, o czym przez godzinę rozmawiałyśmy, bo to działo się jakby obok mnie za mgłą. Byłam zbyt zmulona i wbyt wkurwiona, by myśleć i słuchać. Paplałam zatem o byle czym, co robię często, gdy jestem zdenerwowana, zmęczona lub wyprowadzona z równowagi. Gadam, gadam i nie mogę przestać albo milczę jak głaz, bo wiem, że jak powiem jedno słowo, to nie przestanę gadać przez tydzień.

Wiem, że baba kazała mi skontaktować się z jakąś firmą ogrodniczą lub kwiaciarnią czy innymi w okolicy i zapytać, czy mogę przyjść spróbować u nich pracy za friko, żeby się dowiedzieć, czy to coś dla mnie, czy nie. Bo to jest jedyny zawód, którego nie znam, a który jest w okolicy przynajmniej teoretycznie do znalezienia. Czy chciałabym pracować w kwiaciarni? No raczej nie. To nie moja bajka w ogóle, ale to jedyne co wymyśliłam. Inne moje genialne pomysły to strażnik leśny, przewodnik przyrodniczy, pracownik szklarni... To ostatnio widziałam w ogłoszeniach. Chodziło o pracę w nowoczesnej eksperymentalnej szklarni, gdzie komputery nadzorują wzrost roślin i praca była głównie przy kompie... Tylko to musiałabym widzieć na własne oczy, bo techniczne umiejętności i bazowa wiedza były tam potrzebne, gdyż samemu trzeba drobne awarie naprawiać... a ja mam już stary mózg.

Wróciłam do domu rowerem powoli. I padłam na ryj. 

Zapytałam baby, czy następną wizytę można przez internet. Można, ale tylko wyjątkowo... Nie wiem, czemu niby nie można każdej przez internet. Przecież tam się kompletnie nic nie robi. NIC. Tylko siedzimy i gadamy. Nic tam nie wypełniam żadnych dokumentów ani nic. Jak mi coś daje na papierze,  to równie dobrze może wysłać mejlem. Nie wiem, może chodzi o to, by kazać ci się płaszczyć, udowodnić ci że jesteś tylko durnym robalem, że stoisz niżej w drabinie społecznej, więc musisz się za każdym razem fatygować do tej pierdolonej dziury i łaskawie czekać w śmierdzącym korytarzu na audiencję u paniusi...? Tak, kurewsko tam śmierdzi stęchlizną, bo to jakaś stara, tylko odmalowana rudera. 

Nie dawno zagaiła do mnie czytelniczka, by podzielić się bardzo podobnymi do moich obserwacjami i odczuciami w tej kwestii. To było dla mnie bardzo ważne, bo bardzo często zastanawiam się, tak jak powyżej napisałam, czy to ze mną jest coś nie tak, czy ja za wiele oczekuję, czy też ten system belgijski jest do dupy... No ale szczegół.

Dwa razy byłam w azylu w tym tygodniu. Drugim razem zabrałam ze sobą Najstarszą, której też spodobała się to zajęcie, ale też po 4 godzinach ją bardzo zmęczyło. Nie zabrała ze sobą zatyczek do uszu, a piszczące ciągle ptaki ją bardzo przebodźcowały i zaczęła ją głowa boleć. Ja zostałam znowu jeszcze dwie godziny po przewrie, ale to znowu był błąd. Od 9 do 12tej daję rady. Dłuzej jest za dużo i bardzo mnie wyczerpuje, mimo, że w południe jest godzinna przerwa. Taki test był jednak bardzo potrzebny, bo teraz tylko metodą prób i błędów mogę sprawdzić, na ile mogę sobie pozwolić. Wybracowane bowiem przez lata szablony i miary teraz nie są wiarygodne. W ogóle psu na buty sie zdają. Wszystko jest inne. Ja jestem kimś innym.

Tym razem tylko karmiłam małe ptaszki. Wyjmowałam z ogrzewanej szafy jedno pudełeczko z ptaszkami po drugim i zapychałam szeroko otwierające się małe dziobki rozmrożonymi larwami albo kawałkami serc wołowych. Te dzioby, które się same nie otwierają, trzeba siłą otworzyć i zmusić ptaszęta do jedzenia wpychajc im żarcie głęboko do dziobka. Sporo było tym razem takich uparciuchów, które trzeba było karmić przymusowo. Zielone dzięcioły np dosyć były oporne i do tego jeszcze okropnie się drą, gdy wmusza się w nie żarcie (w każdej innej chwili też się drą i stukają swoimi długimi dziobami w plastikowe pojemniki, w których siedzą zamknięte). Te biało czarne z czerwoną czapeczką o wiele bardziej skłonne są do wspólpracy. Jeden bierze robale z pincety, drugi woli, by mu nasypać robaków na dno pudełka, a on sam sobie je weźmie. Kawki, sroki i wrony natomiast jedzą bardzo chętnie i szeroko otwierają swoje wielkie dziobiska. Małe jaskółki i sikorki też w dużej mierze domagają się karmienia i niecierpliwie na nie czekają, ale i wśród nich jest kiku słabiaków, których trzeba siłą karmić. Dość trudny do karmienia był też jerzyk, taki rodzaj jaskółkowatego stworzenia o krótkim dziobie, który nie bardzo miał chęć być karmionym, ale cos tam wmusiłam w niego. Jednym z ładniejszych podopiecznych tego tygodnia był zimorodek, ale nie wiem, co się z nim stało, bo na drugi raz już go nie było. Myślę, że po prostu go wypuszczono, bo wyglądał na dość silnego i samodzielnego. Czasem zdarza się, że stworzenie tylko w szoku jest albo osłabione, bo np gdzieś w piwnicy czy szopie utknęło, i po jednym czy dwu dniach wraca do natury. 

Ostatnie upały dostarczyły wielu nowych pacjentów, bo ptaszki nawet same wyskakiwały z gniazd z powodu gorąca. Na szczęcie się ochłodziło i to aż za bardzo.

Najstarsza się brechta, że ona to sprawiła. Kupiła sobie bowiem w zeszłym tygodniu klimatyzator do swojego strychu i jeden dzień go testowała. Mówi, że tak dobrze działał, iż na zawnątrz też schłodził i teraz jest zimno wszędzie. A w ogóle to trochę się okombinowałyśmy, by wąż wydechowy zainstalować do jej okna. Kupowałyśmy to urządzenie bowiem online w Lidlu i okazało się, że dostarczone akcesoria przeznaczone są do okien rozsuwanych, a nie otwieranych, ale wyciachałyśmy z Najstarszą zatyczkę do połowy okna z przezroczystego plastiku z jakiejś mini szklarenki, którą kiedyś od ex-sąsiadki kupiłam, a to połączyłyśmy z dostarczonym elementem i wyszło idealnie. Urządzenie dosyć szybko schłodziło to wielkie poddasze do przyjemnej temperatury... No a potem upały się skończyły haha. Gazety podają jednak, że ze względu na zjawisko El Nino raczej trzeba się jeszcze upałów spodziewać w najbliższym czasie, więc ufamy, że nie córka nie wywaliła kupy forsy na darmo.

W czwartek tylko ogarnialam trochę w domu - jakieś pranie, odkurzanie bazowe, ale jakoże już wyczeroana była, to i to ciężkim zadaniem się zdawało... Coraz więcej mam wątpliwości, czy jakiejkolwiek pracy podołać jestem w stanie jeśli musiałbym ją wykonywać codziennie tydzień za tygodniem. Na pełny etat to nawet nie ma mowy, ale zastanawim się, czy i na pół podołam. Tydzień po zastrzyku na pewno jest kicha, ale raczej nie ma nigdzie opcji by jeden tydzień w miesiącu nie pracować...

Wczoraj w południe wybrałam się z córkami do Brukseli. One chciały iść do japońskiego sklepiku w galerii, a ja chciałam nagrać coś na YT. Było fajnie i przyjemnie, ale wyczerpało to resztki mojej energii. Wracając do domu po zaledwie 5 godzinach na mieście już w ogóle nie kontaktowałam. Nie mam zwyczaju zasypiać w autobusach czy innych takich, ale byłam tego bliska. Cienias ze mnie straszny. Dziś zatem siedzę i stukam w klawisze, a w planach było muzeum w Antwerpii. Nie ma jednak sił w ogóle. Trzeba zatem odpoczywać, bo jutro znowu ważna wizyta daleko od domu.... Uff.

Gdy wyszłyśmy z galerii w centrum, akurat lało, a niby nie miało być deszczu według prognoz... Postałyśmy chilę w drzwiach, ale postanowiłyśmy iść. Zelżyło, ale ciapało całą naszą drogę, a było ponad 2km do przystanku. Gdzieś w połowie drogi Młoda stwierdziła, że już jesteśmy tutejsze i umiemy chodzić pomiędzy deszcz, bo tyle drogi żeśmy przeszły w deszczu, a ubrania wciąż mamy praktycznie suche. Tak zaiste było! Nie zmienia to faktu, że chciało mi się siku jeszcze w galerii, ale tam kible na monety, a nie miałyśmy monet. Do tego tak śmierdziały, że mało się nie porzygałam tylko tam zaglądając. Po drodze jednak w pewnym momencie doszło do mnie, że mijałyśmy wejście do jakiegos szpitala, choć nawet nie wiedziałam, że tam taka placówka się znajduje. Powiedziałam do dziewczyn, że w szpitalu na pewno jest jakiś kibel. Najstarsza poszła ze mną, a Młoda została przy wejściu. Kurde, okazało się, że ten sraczyk strasznie daleko od drzwi i że musiałyśmy dostać się na piętro i pół szpitala  przejść, by go znaleźć i tylko jedna kabina była czynna, do tego nie było papieru ani ręczników, a do tego śmierdziało, choć było w miarę czysto. Bruksela to jednak bardzo uboga wieś. Najważniejsze, że załatwiłyśmy swoje potrzeby, bo za cholerę nie dojechałabym do domu o suchych majtkach, bo to ponad godzinę jazdy autobusem po dołach.

Tutaj przesrane jest i to czasem dosłownie, bo w Belgii bardzo trudno o toalety na mieście. Przy dworcach czasem są (CZASEM). Zwykle płatne i czynne np od 9 do 18. Jeśli płatne kartą to spoko, ale na konkretny rodzaj monet (np tylko 50centów czy 1 euro) to jakieś nieporozumienie w czasach, gdy mało kto ma przy sobie jakąkolwiek gotówke i nikt ci nie chce rozmienić. Szpitale i urzędy to zwykle dobre miejsca na siku i kupę, ale trzeba wiedzieć, gdzie maja kible dla klientów. W Brukseli koło Noordu znamy już teraz kilka takich miejsc, gdzie można pójść za darmo na siku, ale ogólnie to jest żenada. Poza tym pozostaje wejść na kawę do jakiejś kawiarni czy restauracji, bo w takich przybytkach wucety tylko dla klientów. Zdarza się, że można wejść z ulicy po uiszczeniu oplaty, ale chyba coraz rzadziej coś takiego widuję. Kurde w barach z fastfoodami typu McDonald, KFC kible są płatne także dla klientów. Tak samo w galerii. No ale płatne są też w porządku, byle tylko były płatne kartą i byle w ogóle były. Ogólnie znalezienie kibla jednak graniczy z cudem.

Opublikowałam kolejny kawałek tego co ostatnio nagrałam, czyli wspomnień z początków w Belgii. To wideo jest o koszmarnej szkole dziewczyn. Jakieś chyba nieścisłości i niedomówienia się wkradły, ale to ciągle jest wideo eksperymentalne i ćwiczebne. 

Nie chce mi się dziś szukać żadnych zdjęć, bo jestem zmęczona. 




30 maja 2026

Tragiczny wypadek w sąsiedniej wsi

 Zacznę od najtrudniejszego i najokropnejszego dnia minionego tygodnia, by już zostawić potem ten temat. Dla nas wszak życie toczy się dalej swoim torem... 

Tragiczny wypadek w sąsiedniej wsi

Ci, którzy mieszkają w Belgii już się pewnie dość na ten temat nasłuchali, naczytali i nadyskutowali, a i poza granicami pewnie było o tym w wiadomościach, bo widzieliśmy tutaj dziennikarzy z różnych stron świata. Mody nawet osobiście udzielił wywiadu po angielsku dla jakiejś hiszpańskiej gazety. W lokalnej też go cytowali, jako swego rodzaju świadka zdarzenia. Nie ukrywam jednak, że wolelibyśby zaistnieć w mediach z jakiegoś miłego, fajnego powodu a nie z powodu ludzkiej tragedii. 



Napiszę jednak o tym tragicznym wypadku, który w jakiś sposób był naszym udziałem. Na nasze szczęście tylko z perspektywy gapia.

Poniedziałek był wolny z okazji Pinkstermaandag, czyli Zielonych Świątek, który w BE jest dniem ustawowo wolnym. We wtorek Młody jak zawsze pojechał swoim rowerkiem, który jak zwykle miał zabrać do pociagu, by udać się w kierunku swojej szkoły. Jednak chwilę później zadzwonił, by podzielić się swoim zaniepokojeniem odnośnioe jego pociągu, który - jak relacjonował Młody - zatrzymał się sporo przed stacją i że policja na sygnałach tam podjechała. Gdybaliśmy razem, co też mogło się stać. Obstawialiśmy samobójstwo albo przechodzenie lub przejeżdżanie na czerwonym, bo to najpopularniejsze zdarzenia, bo do zwykłej awarii policja by nie jechała. Młody zastanawiał się głośno, co ma teraz robić: czy wracać do domu, czy czekać, bo może to nic ważnego i pociąg zaraz ruszy, bo mogło być tak, że pociąg ma awarię, a policja jest tam z innego powodu. Jednak, gdy tak sobie gadaliśmy, na miejsce zaczęły zjeżdżać inne radiowozy, wozy strażackie i karetki, a chwilę później pojawił się też helikopter. Wtedy już wiedzieliśmy, że to jakieś poważniejsze zdarzenie i że ten pociąg raczej szybko nie pojedzie. Powiedziałam Młodemu, by wracał do domu, bo szkoda tam stać po nic. A ten na to, że nie wie jak, bo przejazd jest zamknięty. Skoro pociąg nie minął stacji, to zapory się nie podniosą. Fakt! Zapytałam, czy zna drogę przez sąsiednią wieś, ale nie znał. Przeto zaoferowałam się, że podjadę tam rowerem i go poprowadzę. Miałam niby w planie iść do azylu, ale własne dziecko ważniejsze niż ptasie. Młody oczywiście poszedł tam bliżej zobaczyć, co się tam zdarzyło, bo przecież zanim ja przekręcę 5 kilometrów to chwilę potrwa. Jako że zdawał się być zaniepokojony nieoczedkiwaną i podejrzaną sytuacją to podpięłam słuchawki do telefonu i tak mogliśmy cały czas rozmawiać podczas mojej jazdy. Relacjonował mi zatem na bierząco, co tam zobaczył. Najpierw powiedział, że pociąg ma rozbite okno, więc musiał uderzyć w coś dużego i że leży tam kawałek przodu od jakiegoś auta.

 Dalej relacjonował, że jakiś pan przyjechał na rowerze jak szalony i krzyczy spanikowany, by go przepuścili, bo "tam był jego syn"...

Chwilę później Młody zawołał, że widzi dawnego klasowego kolegę, który wychodzi z pociągu wraz z innymi pasażerami i że już mu pomachał i że idzie z nim pogadać... Ja w tym czasie utknęłam razem z dwójką innych rowerzystów na ścieżce rowerowej, którą blokował wóz strażacki. Strażacy nieśli do auta jakieś metalowe skrzynki, które skądsić wydobyli w okolicach torów. Teraz myślę sobie, że to były może te kolejowe czarne skrzynki, z których potem odczytano, że pociąg w momencie zdarzenia jechał z prędkością 90km/h... Zagaiłam do rowerzysty obok, że tam ponoć jakiś wypadek się zdarzył koło stacji, a ten - już najwyraźniej dobrze poinformowany - odprał, że owszem i że to bus szkolny wjechał pod pociąg i że więcej ofiar jest. Nie! Ja pierdolę! Aż mnie ciarki przeszły i potem jeszcze długo mi się ręce trzęsły. Przekazałam Młodemu od razu, a on potwierdził, że pociąg faktycznie w jakiegoś busa uderzył - jak się dowiedział od kolegi - i że kierowcę wyciągnęło przez okno. To widzieli pasażerowie pociągu. W pociągu nikomu nic się nie stało, ale ktoś doznał szoku i zabrali go do szpitala na sygnałach. Karetki i inne wozy ciągle jeździły na sygnałach. 

Wróciliśmy z Młodym do domu. Napisaliśmy do szkoły mejle, że Młody nie przyjdzie i cały dzień śledziliśmy obydwoje wiadomości na kilku stronach. Chwieliśmy się dowiedzieć, co się tam do cholery stało. Najpierw podano, że to był bus wiozący dzieciaki do szkoły specjalnej, czyli niepełnosprawne i że kilka osób zginęło, a reszta w stanie ciężkim w szpitalu. Potem uściślili że jest 4 ofiary śmiertelne. Nie podali jednak szczegółów. Później się dowiedzieliśmy, że długo nie wiedziano, ile dzieci tego dnia jechało busem, bo to wiedziała tylko opiekunka, a ona zginęła na miejscu. Musieli zatem najpierw obdzwonić wszystkie rodziny i zapytać, czy ich dziecko pojechało do szkoły busem, czy zostało w domu chore albo pojechało rowerem, czy z kimś autem. Ten bus został wyrzucony uderzeniem pociągu i wyleciał w powietrze a potem spadł z łoskotem na bok. Młody słyszał ten huk stojąc na stacji, ale miał słuchawki  na uszach i słuchał metalu, więc był przekonany, że to jakiś dziwny element utworu.

Bus wjechał na tory na czerwonym przy opuszczonych rogatkach. Na razie nie znana jest przyczyna. Podają kilka możliwych powodów: może kierowcę oślepiło poranne słońce i nie widział ani rogatek ani świateł (jechał drogą biegnącą równolegle wzdłuż torów i skręcał w lewo na przejazd),  może źle się poczuł (zawał, omdlenie), defekt pojazdu, zwykły ludzki błąd, nieuwaga, zmęczenie. Na razie jednak trwa śledztwo i nie ma co spekulować. Wypadki niestety się zdarzają.

Kierowca (49), opiekunka (27) i dwóch nastolatków (12 i 15 lat) zginęło na miejscu. Pięcioro innych dzieci w stanie ciężkim odwieziono do szpitala. Ogromna tragedia dla ich bliskich, nauczycieli i całej wioski. 

Dla nas to też był lekki szok i niedowierzanie, mimo że nie znaliśmy raczej tych dzieciaków. Choć nie wykluczone, że przychodziły na świetlicę, w której miałam staż. Może mijałam je w sklepie albo na ulicy. Inaczej patrzy się na takie zdarzenia, gdy dzieją się daleko, a inaczej, gdy zdarza się to tuż pod twoim nosem, gdy uczestniczysz w tym wszystkim, gdy udzielają ci się emocje innych ludzi. Wypadki z udziałem dzieci są ciężkie do udźwignięcia nawet jak to nieznajome dzieci. Cały dzień nie mogłam nic innego robić, tylko o tym myślałam i oglądałam konferencje prasowe, czytałam dyskutowałam z rodziną. Nie mieściło mi się i nadal nie mieści to w głowie, że w dzieciaki giną w szkolnym busie w drodze do szkoły. Ot tak jedna sekunda i ktoś stracił swoje dziecko, które powierzył komuś pod opiekę. Koszmar.

https://www.vrt.be/

Ale życie toczy się dalej

Dla nas na szczęście życie toczy się dalej tym samym torem. Kolejnego dnia Młody już pojechał do szkoły, bo udało się zakończyć wszelakie czynności tego samego dnia, choć cały dzień ruch pociągów na tej trasie był odwołany. W weekend cbyba jeszcze coś będą tam robić, bo NMBS (belgijska kolej) informuje że nie będą kursowac pociągi na tej trasie tylko autobusy zastępcze. Dziś też niektóre nie jeździły, ale nie wiem, czy to z tego powodu, czy zwyczajnie przez upał. Utknęłam na chwilę w Mechelen, ale w koncu dotarłam razem z Młodym do domu. Tutaj w upał to zawsze są jaja na kolei. Wiele pociągów ma wielkie opóźnienie, a sporo nie pojawia się w ogóle. 

Poza tym nic ciekawego się w tym tygodnie nie działo. Byłam na spotkaniu z tą całą kołczką, co oczywiście nic w ciekawego w moje życie nie wniosło. Fajnie się jednak rowerowało po górkach. Trochę się obawialam tej trasy ze względu na upał i odzywajace się znowu kolańsko, ale nawet sprawnie poszło. Miałam jeszcze pół godziny do spotkania, przeto zajrzałam do parku na tyłach… Ciekawy 👀 
dawna stróżówka (chyba)


dom ogrodnika (chyba) 



opuszczona rudera





Po spotkaniu wstąpiłam do krinwinkel poszperać w starociach. Nabyłam dwie książki, czajniczek w koguty i ptaszki-durnostojkę dla Młodej oraz kilka szmat dla się: czerwoną jeansową spódnicę, jeansową kurtałkę oversize (no, idealna na te upały haha) i jakąś portko-spódniczkę dla mnie lub Młodej. Mamy obie mniej więcej takie same dupska, choć ona ładniejszą, to czasem się wymieniamy ciuchem. Grzebanie w starociach jest bardzo relaksujące i czasem dobrze jest wleźć do kringwinkel.


Przymierzyłam kapelutek, ale nie bardzo mój styl…



Odwiedziliśmy też ponownie dietetyczkę z Młodym i znowu coś tam zadała mu do próbowania, nagoniła go do przyłożenia się do jedzenia na godziny, bo w jego przypadku to bardzo ważne. Na koniec podyskutowałyśmy o polityce i ostatnich mniej lub batdzie porypanych pomysłach minister edukacji. Ona (dietetyczka, nie minister) pracuje też jako nauczyciel w szkole specjalnej, więc ją to bezpośrednio dotyczy.
ja czekająca na dworcu


No ale szczegół. Ja to z wszystkimi muszę se pogadać o jakiś głupotach nie związanych z tym po co jestem w danym miejscu. Okropna jestem. Ech. To tylko potwierdza, że potrzebny mi jednak ten vlog, by się wygadać. Na razie nagrałam próbne wideo takie trochę pierdololo o niczym, by zobaczyć, jak to działa. Działa dobrze, tylko jakość ciulowa, bo w darmowej wersji cap-cuta można tylko w ciulowej wersji eksportować. Nie zamierzam jednak płacić za nic  nie bedąc pewnym czy to w ogóle ma sens. 
Wiem już też co źle robiłam w trakcie nagrywania i że potrzebuję specjalnego lusterka do nagrywania oraz selfiesticka, bo statywik jest za krótki i za niewydgodny, by trzymać go cały czas przed sobą. Jak się komuś nudzi, niech se obejrzy z kawałek i mi napisze, co myśli. Można też zasubskrybować kanał :-P



 Pierwsze oficjalne wideo początkowe jest w budowie… Specjalnie po to dziś do stolicy pojechałam nawet.

W azylu w tym tygodniu nie byłam ani razu, bo codziennie jakies coś. Może przyszły tydzień będzie bardziej owocny i poukładany. 

Nasza Krystyna-Kurozaur zdaje się powoli wracać do zdrowia... 

A czekaj, bo nie pamiętam, czy w ogóle pisałam o tym, że byliśmy z Krystyną u weta, bo jej kloaka wypadła...? Najwyżej potwórzę. Kurom się czasem zdarza prolaps. Zwykle powodem jest, że kura zbyt dużo jaj niosła i/lub zbyt duże albo że się czegoś bardzo przestraszyła. Nasza adopcyjne dziewczyny są co prawda młode, ale niosły przecież bardzo intensywnie i ponad normę w tej fabryce jajek, więc wypadnięcie kloaki nas nie zdziwiło, ale bardzo zestresowało. Już myśleliśmy, że trzeba będzie Krystynę uśpić.  Zapytaliśmy doktora gugla. Na polskim necie - jak to często w takich sprawach - ludzie pisali po prostu, że "rzeba kurę zabić, bo tylko sie męczy, że z tym nic nie da się zrobić, ato przecież tylko kura... Wioskowi eksperci od siedmiu boleści, ja pierdziu. Na tutejszym i zagranicznym było trochę porad. Proste rzeczy postanowiłyśmy spróbować zanim pójdziemy do weta.

Najpierw  wymyłam jej kuper delikatnie i okazało się, że przez noc samo się naprawiło. Niestety kolejnego dnia podczas niesienia kolejnego jajka znowu się to samo zdarzyło... Udało się szybko umówić do weta znającego się na kurach, a on po obejrzeniu oznajmił, że nie jest najgorzej, ale trzeba działać i że będzie potrzebna cierpliwość... 
Dał jej lek antybakteryjny, który miała dostawać przez 5 dni. Kazał ją wykąpać w ciepłej wodzie z dodatkiem odkażającego płynu waginalnego... Tak, aptekarkę też to setnie ubawiło. Apteka co prawda prowadzi też sprzedaż leków dla zwierząt, ale jeszcze nikt najwyraźniej nie kupował u niej mydła waginalnego dla swoich kur albo nikt się nie przyznał, dla kogo kupuje. Wet zasugerował, bym powiedziała, na co potrzebuję, by dali mi właściwą rzecz. Młody potem się chichrał, że aptekarka teraz ma nową historię do opowiadania z cyklu "a raz przyszedł klient..."
Krystyna w kąpieli 🛁 


No i wsadziłyśmy Krystynę do wiadra z ciepłą wodą z mydełkiem ginekologicznym z isobetadyną i ją moczyłyśmy coś z godzinę, by wszystko ładnie sie umyło. Wyglądało na to, że jej się to podobało, bo poszła w kimę, jak ją tak trzymałam w tej wodzie i myłam jej kuper. Potem zawinęłyśmy ją w duży ręcznik i delikatnie osuszyłyśmy. Następnym krokiem było przykładanie lodu. To już jej się nie podobało za bardzo albo moze po prostu uznała, że już za dużo tego spa...
Potem wróciła na podwórko, ale do części Heńka, żeby jej koleżnaki nie dziobały i Chica nie seksował. 
Kolejnym zaleceniem było ograniczenie jej czasu przebywania na świetle dziennym, w celu zastopowania niesienia jajek. Mogła mieć światło tylko przez maks 8 godzin. Trochę trudne do zrobienia w letnim seoznie, gdy dzień długi, ale robiliśmy tak, że rano normalnie o szóstej wychodziła z wszystkimi, ale około południa wkładaliśmy ją do kurnika, by znowu na wieczór na chwilę ją wypuścić, by sobie połaziła, pojadła i już sama wracała ze stadem do kurnika na noc. Drugiego dnia znowu umyłam jej kuper w płynie dezynfekującym, a na trzeci dzień kloaka wróciła na swoje miejsce. Kuper był opuchnięty jeszcze parę dni i Krysta wyraźnie źle się czuła, bo mało jadła, ukrywała się gdzieś za krzakiem, chodziła z opuszczonymi barami. Karmiliśmy ją smakołykami, które chiała jeść: gotowane jajko, słonecznik, robaczki, owoce, ser... Z każdym dniem wyraźnie lepiej sie czuła, a kuper się poprawiał. Teraz zdaje się już normalnie zachowywać i całkiem dobrze wyglądać. czyli 70€ nie poszło na marne i zalecenia weta przyniosły pożądane rezultaty.

Biedna Balbinkę też chyba w koncu powinniśmy zawieść do weta, bo ciągle niesie jajka bez skorupki i wygląda jak kurzy menel - rozczocharne pióra, blady grzebyk... Tak jakoś schodzi z tym. Nie jesteśmy przykładnymi opiekunami naszych kur.
Wredna Wanda ma się wyśmienicie. Jest największą, najładniejszą i najbardziej bezczelną z adoptowanej trójki kurozuarów. Ona najprawdopodobniej  była kogutem, gdy przebywała w tej kurzej farmie z innymi kurami. Tak, niektóre silne charakterem kury przejmują rolę koguta, gdy w stadzie nie mają prawdziwego koguta albo ten jest chuderlak i słabiak. Takie kury zwykle mają wielki soczyście czerwony grzebień i ogólnie zwykle są duże i silne. Mogą też zacząć piać i przestać nieść jajka. Gdy w stadzie pojawi się prawdziwy kogut, zwykle wracają do swojej kurzej roli. Choć zależy od tego jak silny jest kogut. Koguty też czasem stają się trans-kurami i zaczynają sie zachowywać jak kury. Nawet do gniazda idą i udają, że niosą jajko, co oczywiście nie jest możliwe. Nasza Sunny też na początku zdawała się być kogutem. Nawet jak pojawił sie Heniek ona próbowała go zdominować i czasem mu stopę na grzbiecie stawiała. Bo on był pantofelek i mało koguci był. Teraz jednak jest jego kurą, bo już poważny z niegi kogut, to go szanuje. Wanda niesie jaja, ale zapędy kogucie jeszcze trochę ma. Lubi rządzić i chodzi własnymi drogami. Lubi uciekać człowiekowi, gdy uzna, że jeszcze nie pora wracać do ogrodu, i alpejskie kombinacje obmyśla, by nawiać. Chica nie jest dla nich autorytetem, ale już trochę (tak odrobinkę) już sie go słuchają i czasem nawet na znalezione przez niego jedzenie przybiegną (jak już 10 minut woła i nie mają nic lepszego na oku). Nie łatwo ma z nimi. Z Henkiem toczy boje przez siatkę. Bywa że jak wychodzą poza ogród, że i bez siatki jeden drugiego dopadnie i jest bitka na ostro, zanim człowiek ich nie rozdzieli. Riko bardzo polubiła się z kurozaurami. Czuje się z nimi najwyraźniej bezpiecznie i komfortowo, mimo że ani do połowy im nie sięga. One jej nie dokuczają, a chcą przebywać w jej poblizu, tylko ona nie lubi być zbyt blisko żadnej kury i się odsuwa. Balbinkę toleruje, bo ona jest spokojniejsza niż dwie pozostałe. Balbinka nawet czasem próbuje spóścić łomot Bożenie, gdy zobaczy, że ta dokucza Riko, a dokucza zawsze jeśli tylko stada się zejdą. Sunny lubi swoją córeczkę Riko i nigdy jej krzywdy nie robi. Heniek natomiast ją przegania, gdy zapóści się na jego dzielnię. Te kurze relacje są fascynujące. Nigdy wcześniej nie przyglądałam się tak kurom, jak teraz. Niesamowite to ptaki. 

Jeszcze parę zdjęć z wizyty w Hasselt. O tym jest wideo, więc nie będę się powtarzać 
Vél’eau - impreza Red Bulla








mural


Restauracja Cafe Latino





kibel








🌮 tacos 
Muzeum mody w Hasselt