11 lipca 2026

Wreszcie poleciałam balonem!

 No i poleciałam wreszcie tym balonem! 

No ale po kolei.

Jak tylko Młoda wróciła z Polszy, od razu wypełniłyśmy formularz na stronie firmy baloniarskiej Spildooren Ballooning. W odpowiedzi otrzymałam e-majl z prośbą, by podać kilka terminów, które by nam odpowiadały. Odpisałam, że w sumie nam to nam cały lipiec odpowiada... Nie długo potem otrzymałam mejla, że lot odbędzie się we wtorek 7 lipca i że szczegóły dostaniemy tego dnia esemesem do 13. Faktycznie, we wtorek przed południem przyleciał esemes, że zbiórka o 19.45 na jakimś parkingu koło jakiegoś parku gdzieś w okolicach Lochristi. Wyguglowaliśmy, gdzie to i zaczęliśmy dumać, jak to logistycznie rozwiązać. Bo nikt nie wie, gdzie balon wyląduje, gdyż on jest niesiony z wiatrem.  Lot trwa godzinę, a w tym czasie balon może przelecieć od kilkunastu do 30 km, zależnie od siły wiatru. Zasada jest taka, że ktoś jedzie autem za balonem. Można uzywać whatsappa - ten co w balonie udostępnia lokalizację przez whatsapp swojemu kierowcy i ten jedzie za tym tropem. Inną opcją jest korzystanie przez swojego kierowcę z wytycznych podawanych telefonicznie przez załogę balonu z auta transportowo-śledzącego. 

No to dobrze się złożyło, bo Małżonek we środę miał jechać do Polszy, to we wtorek wieczorem mógł nas jeszcze zawieźć na miejsce i odebrać, no i ewentualnie zabrać też Resztę z Piątki, żeby mogli popatrzeć, jak wylatamy. Niestety gdzieś ok 14 przyszedł kolejny esemes, że lot odwołany ze względu na przewidywane silne porywy wiatru wieczorem, czyli zbyt duże ryzyko. Loty balonowe odbywają się o poranku i wieczorem, kiedy to zwykle nie ma silnych wiatrów, ale baloniarze śledzą cały czas prognozy bardzo uważnie i w razie podejrzenia niewłaściwej pogody lot jest anulowany. Lot musi być bezpieczny. No to trudno. 

W wiadomości napisali, że zwolniło się miejsce na lot środowy, ale zanim się zastanowiłyśmy, już miejsc nie było. Trudno. Jednak w środę gdzieś koło 11 napisali na whatsappie, że znowu zwolniło się miejsce i możemy lecieć wieczorem. Podali kolejną nic nie mówiącą nam lokalizację, ale po wyguglowaniu wyszło, że to nie daleko Gandawy, no bo to taka ruletka jest trochę. Ta firma działa praktycznie w całej Flandrii (czy nawet dalej) i można co prawda wybrać sobie region lotu, ale dokładne miejsce startu to jest kwestia przypadku. ZPrzynajmniej z perspektywy klienta. Znaczy okej, pewnie można sobie wybrać miejsce i czekać aż będą z tamtąd lecieć, ale dla nas każde miejsce jest takie samo w kwestii dostania się tam i powrotu, czyli skomplikowane, a chciałyśmy z regionu Waasland, bo ponoć najładniej no i balonów mnóstwo różnych na raz leci z różnych lokalizacji.

No zajebiście, że możemy lecieć wieczorem, tylko jak my wrócimy potem do domu, skoro nasz nadworny taksówkarz właśnie wyjeżdża za granicę...? 

Obudziałam Młodą, a ona mówi, żeby potwierdzić, że lecimy, a potem pomyślimy, jak to rozwiązać logistycznie. Bo tak najlepiej. Chwilę potem guglowałyśmy hotele w Gandawie. Bo co się będziemy cykać. Najwyżej potem do końca miesiąca będziemy jeść tylko chleb z margaryną. Są rzeczy ważne i ważniejsze. Poczekałyśmy do 14 z rezerwacją pokoju, w razie jakby znowu odwołali lot. Młoda jakiś Ibis znalazła nie za drogi (ale nie powiem że tani). Wrzuciłyśmy szczoteczki do zębów i jakies majtki na przebranie do torby i poszłyśmy na przystanek. Półtorej godziny później byłyśmy już w Gandawie i maszerowałyśmy w stronę hotelu...

Tak idziemy, idziemy wśrod jakichś w połowie opuszczonych budynków, a Młoda rzecze - no w sumie na szybko to nawet nie popatrzyłam co to za dzielnica będzie... - bo tylko na odległość do centrum i przystanków patrzyłyśmy. Jednak dzielnia nie była zła, no i to jednak wciąż Gandawa a nie Antwerpia, czy Bruksela, gdzie zdecydowanie o wiele rozważniej trzeba wybierać nocleg, by móc też w nocy do hotelu wracać bez giwery haha. W Gent pewnie też są nieprzyjemne dzielnie, bo gdzie ich nie ma, ale to jednak jeszcze wciąż dosyć przyjazne miasto...

Z hotelu było do centrum ze 2 kilometry, to żeśmy z buta poszły, by jeszcze coś po drodze na ząb wrzucić. Młoda wyguglowała jakąś wegańską pizzerię, ale zanim żeśmy tam w ten gorąc dolazły, to lekko późno się zrobiło. Półtorej godziny do planowanego spotkania to nie za dużo czasu, by zamówić, poczekać aż zrobią, zjeść, pójść na przystanek, złapać autobus, dojechać na miejsce (to było sporo poza miastem) i jeszcze znaleść rzeczony parking, na który nam kazali przyjść. Był trochę stres i już nawet kombinowałyśmy, że jak długo będą tę pizzę robić, to weźmiemy na wynos... tyle, że Młoda nie może jeść na zewnątrz. No ja w sumie też nie jestem fanem jedzenia na świezym powietrzu, bo wszystko śmierdzi wtedy... Na szczęście uwinęli się szybko z pieczeniem, a my jadłyśmy, jakbyśmy ze trzy tygodnie bez jedzenia były, bo było dobre i bo nam się śpieszyło... Do pizyy podano nożyczki, ale nie bardzo wiedziałyśmy w jakim celu... czy tym trzeba było kroić pizzę, czy to taka zmyślna dekoracja... Pierwszy raz dostałyśmy taki sztuciec... Przekroiłyśmy pizzę jednak nożem na pół i zwinąwszy, wciągnęłyśmy ekspresowo. To wegańska pizza, więc dosyć dziwne ciasto było w konsystencji, ale bardzo smaczna. 



Gdy dochodziłyśmy do parkingu, akurat nadjechał samochodem pierwszy balon na mijaną w parku łąkę. A jeszcze i ze 20 minut miałyśmy do omówionej godziny. 

Gdy wszyscy uczestnicy z naszego balonu dotarli na miejsce i podpisali dokumenty do ubezpieczenia, zapoznano nas z zasadami i zaczęły się przygotowania balonu do lotu. To jest super, że wszystko się obserwuje i można zadawać pytania, jak ktoś ciekawy. 

Najpierw jeździk na gąsienicach rozwinął balon i podpięto go do leżącego na boku wielkiego kosza z 5 przegrodami. W środkowej przegrodzie siedzi pilot i stoją butle z gazem. W pozostałych czterech wchodzi po 4 osoby. To był wielki balon. Dwa pozostałe balony, które startowałay z tej polany były ciut mniejsze niż nasz.

nadmuchiwanie balonu

Potem załoga balonu rozłożyła balon na płask. Następnie włączyli dwa wielkie wiatraki, które wstępnie nadmuchały balon. 

Gdy już był napompowany wystarczająco, zaczęli grzać powietrze palnikami. Powiedzieli, że taki balon rozgrzewa się do 100 stopni. Jakże wytrzymały jest ten materiał, z którego zrobiony jest balon! W dotyku i wyglądzie ten materiał przypomina materiał, z którego wykonane są peleryny przeciwdeszczowe czy parasole, ale to zdecydowanie inksza inkszość.

palniki

butle w koszu


W tym momencie już wszyscy czekają w gotowości na znak pilota. Jak balon zaczyna się unosić i postawi kosz, należy szybko wsiadać, ale nie że na łeb na szyję tratując innych. Po prostu wsiadać jeden za drugim. Sprawnie. Do kosza wspina się po dziurach i siup do środka. W internecie pisali, że dobrze jest mieć czapkę, by chronić się przed gorącem od palników, ale nie było tragedii. Ja myślę, że inaczej może być w chłodniejsze dni, bo jednak jak jest na zewnątrz 30 stopni i słońce jarzy ci na łeb to gorąc od ognia może nie jest tak odczuwalny. 

Jeden jakiś nieogar wsiadł do niewłaściwej przegrody. Do naszej. Ludzie mu mówią - Ej, mordo, ty nie miałeś przypadkiem siedzieć z nami? 

Ten na to - Nie, mówili w lewej dolnej,

- No właśnie, a ty stoisz w lewej górnej...

- Oj... - No i zaczął się chłopina gramolić z powrotem, by wsiąść do właściwej części balonu. Też się gramoląc. 

W końcu wystartowaliśmy...

Nastawiłam się na to, że jakoś się będzie odczuwało wznoszenie balonu, ale okazuje się, że w ogóle nie czuć. Balon wznosi się powoli i nagle po prostu zauważasz, że już nie stoi na ziemi tylko wisi nad dachami domów, a chwilę później pilot podaje, że jesteśmy około pół kilometra nad ziemią. Utrzymuje tę wysokość przez jakiś czas, by ludzie się mogli ponapawać widokiem, a potem leci na wysokość kilometra i to jest w sumie ta wysokość na której leci się przez sporą część trasy. 

Widoki zapierają dech w piersi. Adembedemend!  






Spoglądałam na Gandawę, na zamek Gravensteen, na wieże ratusza i kościała, na które to budowle wcześniej wchodziłam kilka razy i patrzyłam na miasto z góry ciesząc się, że jestem TAK WYSOKO... A teraz z balonu widziałam ten zamek i te wieże jako małe figurki haha. Po prostu czad! Zalig!

Pilot co chwilę coś wskazywał i mówił, na co patrzymy. Najpierw pokazał nam morze, które błyszczało w oddali. Tyle że z tamtej strony wisiało też słońce i świeciło nam w oczy. Potem pokazał majaczące na horyzoncie reaktory elektrowni jądrowej w Doel i Antwerpię. Z drugiej strony naszym oczom ukazała się Bruksela... Przeżycia są niesamowite. Nagrywałam, robiłam zdjęcia na pamiątkę, ale przede wszystkim patrzyłam z zachwytem na cały świat pode mną. Z Młodą próbowałyśmy rozpoznać z góry znane miejsca w Gandawie. Zaśmiewałyśmy się z pociągu jak glizda i kajaków wielkości ostróżyn z ołówka. Zupełnie jak w wierszu Tuwima:

Wielkie góry - jak kupki piasku, 

wielkie drzewa - jak krzaczki w lasku, 

Rzeki - srebrne wstążeczki 

Łąki - zielone chusteczki, 

Domy - klocki drewniane 

Pola - kratki malowane 

Jeziora - jak donice  

Pociągi - jak gąsienice 

Ludzie - jak mrówki 

Krowy - jak boże krówki 

A kurek - to nawet nie widać

Napawaliśmy się wszyscy...

A potem zaniosło nas nad jakąś wieś i pilot oznajmił, że lecimy się socjalizować i obniżył lot tak, że prawie dachów domów żeśmy dotykali. Ludzie przystawali na ulicach i zaczynali machać a my im odmachiwaliśmy. Machali też wszyscy siedzący pod restauracją przy kościele i wszyscy idpoczywający  się w swoich ogrodach. Czym prędzej wyjmowali też telefony i zaczynali cykać fotki albo nagrywać. Spojrzałyśmy wtedy z Młodą na siebie z uśmieszkami - Aha, to tak to z góry śmiesznie wygląda, kiedy biegniemy na pole z aparatami i telefonami, gdy tylko balon czy lotnia nad naszym domem przelatuje ha ha ha.

 Psy na nas ujadały jak szalone, bo co to za cholerstwo lata nad ich domem. Jakaś babka wybiegła na podwórko najwyraźniej zaniepokojana nagłym dzikim szczekaniem psa i zaraz spojrzała do góry z miną wyraźnie zdegustowaną. Co to po moim niebie lata?! Wypraszam sobie. - zdawał się krzyczeć jej wyraz twarzy. Któryś ze współpasażerów, zaraz  jak tylko opadliśmy nad domy, tak że dało się nawet stokrotki w trawniku policzyć, powiedział z przekąsem coś w rodzaju - No dobra,  ludzie, koniec waszej prywatności chłe chłe.

A my wtedy zauważyłymy nad nami te balony, które zaraz po nas startowały i mogłyśmy ocenić, jak to wysoko jest. W ogóle faktycznie sporo tych balonów leciało w tym samym czasie. Startowały z róznych miejsc. Doszłyśmy do wniosku, że te wszystkie firmy baloniarskie, których tu jest sporo, się pewnie umawiają na wspólne loty, bo to jest fajne jak widzisz inne balony, gdy jesteś w górze. 

cien naszego balonu




Potem znowu na chwilę trochę się podnieślimy i pilot ogłosił challenge. Kto pierwszy urwie liść z drzewa, jako pierwszy dostanie szampana po locie. I znowu obniżył lot, tak że kosz balonu drapał drzewa w korony. Lecielismy wtedy już nad jakimiś pastwiskami, polami, łąkami, stawami... totalny zadup. Nasza strona nie miała szans chwycić liścia, bo byliśmy z tyłu akurat. Chwilę później dał się słyszeć (chyba na całą okolicę) okrzyk zwycięstwa i gromkie brawa dla pana, który - jak się okazało - tego dnia obchodził urodziny. 

Pilot zarządził ćwiczebne przygotowanie się do lądowania i przypomniał po raz kolejny o pochowaniu telefonów i aparatów do toreb na czas lądowania. 

Kosz ma z wszystkich stron linowe uchwyty. Przed lądowaniem pasażerowie łapią po jednym uchwycie z każdej strony i stają z lekko ugiętymi kolanami, bo podczas lądowania kosz balonu hopsa trochę  po ziemi. Jak nie ma wiatrów to tylko lekko i tak było w tym wypadku, ale może ponoć nieźle podziczeć czasami. 

Podczas ćwiczeń pilot patrzył, czy wszyscy dobrze wykonali ćwiczenie i ewentualnie coś tam mówił. Potem jeszcze kawałek lecieliśmy szukając dogodnego bezpiecznego placu do lądowania. Przelecieliśmy nad stawem pełnym lilii wodnych. Przelecieliśmy nad pastwiskiem, gdzie krowy z zainteresowaniem przyglądały się temu dziwnemu ptakowi. Jedna trochę zdawała się być wystraszona, ale przybiegła do koleżanek i już tylko patrzyła w górę. Wyldowaliśmy jednak na pustej łące.

Pilot opowiedział, że czasem jak lądują na tym lub podobnym pastwisku, a farmer zostawił otwartą bramę łączącą pastwiska, to krowy przybiegają popatrzeć sobie na balon i ludzi. Dwie czaple nad nami krążyły, co zdawało się dość niezwykłe. Dlatego pomyślałyśmy z Młodą, że pewnie gniazdo mają na którymś drzewie i czują się zaniepokojone obecnością tego krzykliwie czerwonego ptaszyska i próbują je odstarszyć. Pustułka też latała z wrzaskiem, dopóki balon się nie wystraszył i nie zdechł. Te balony są na pewno stresujące dla wielu stworzeń, bo to jednak ogromne bydlę...

Ledwie dotknęliśmy ziemi, pilot powiedział do solenizanta, który złapał liść, że w nagrodę może jako pierwszy wysiąść i ciągnąć pierwszą linę od balonu na koniec pola. Pośmialiśmy się, a pilot w międzyczasie wyznaczał kolejne osoby, które mają wyskakiwać i biec z liną na koniec pastwiska. 

Powietrze powoli opuszczało balon, a my po kolei wysiadaliśmy z kosza. 

Zaraz potem podjechał pierwszy kierowca, który śledził balon za pomocą whatsappa. Na auto śledzące załogi balonu przyszło trochę dłużej poczekać. 

W międzyczasie pilot skrzyknął brać do pomocy w składaniu balonu. Powiedział że musimy zrobić z niego (z balonu, nie z pilota) kiełbaskę zakładając boki i potem wyciskając resztki powietrza. Gdy kiełbaka była gotowa, musieliśmy wziąć ją na ramiona i załadować do koszyka, który już podjechał na gąsienicowym łaziku. Lekkie to to nie jest, taki balon, choć tak wygląda.  Było co dźwigać, mimo że wszyscy pasażerowie nieśli. Pilot ubijał balon nogami w koszyku, tak jak my kiedyś siano na wozie ubijaliśmy.

Gdy uporaliśmy się ze sprzątaniem balonu, przyniesiona napoje. Było wino musujące, woda, piwo, cola, ice tea i jakieś soczki... Super, bo prawie że uschnęłyśmy z Młodą z pragnienia. Ja genialnie mój bidon z wodą w hotelu zostawiłam, a nie było po drodze żadnego sklepiku, by kupić pićko. A jak był, to już było za późno by do niego wstępować.

(zdjęcia w odwrotnej kolejności, bo komputer tak zdecydował)

zachód słonca nad łąkami

ładowanie balonu na wóz


kiełbaska z balonu

balon zdycha

ja ucieszona wielce

Popijąc wodę i colę czekaliśmy na przybycie taksówki dzieląc się wrażeniami i przemyśleniami na temat lotu i balonów. 

Okazało się, że większość pasażerów musiało skorzystać z taksówki. Przyjechało dwie - jedna zwykła i druga duża. W wiadomości podano nam, że ta usługa jest dodatkowo płatna i że będzie to 60-80€, ale póki co nie dostalimy jeszcze faktury. Pilot zapłacił taksówkarzom więć oczekujemy, że przyślą jakąś fakturę czy link do płatności, ale zakładamy też, że skoro naszą taksówką jechało 8 ludzi to na spółkę to zapłacimy. No chyba, że poszło na koszt firmy. Te loty nie są tanie - bagatela 150€ od osoby, więc mogli by już taxi w gratisie dołożyc... Taxi zawiozła nas do punktu startu, a stamtąd do naszego hotelu to jeszcze z 8 km było, ale w okolicach dużych miast, w przeciwnieństwie do takich pipidów, w jakiej mieszkamy, autobusy jeżdżą też nocą i to co 15 minut a nie co godzinę do 21 max, jak u nas.  Lot skończył się coś koło 22, a do Gandawy dotarłyśmy gdzieś na 23. Idealny czas, by jeszcze pójść na jakiegoś drinka. Wcześniej jednak upajałyśmy się widokami nocnej Gandawy. Zaaaaalig! (to ostatnio moje ulubione słowo po niderlandzku, co znaczy fajnie, czas, milusio, a pilot non stop je powtarzał haha) To miasto jest urokliwe nawet za dnia, a nocą to już w ogóle cud. O północy latem panuje tam bardzo przyjemna atmosfera. Ludzie siedzą nad wodą, jedzą, piją, gawędzą. Inni spacerują, fotografują. Kolejni siedzą po barach. Ten, który wybrała Młoda, czynny był do pierwszej, ale my coś po północy pomaszerowałyśmy w stronę hotelu, bo z centrum było jakieś 2 kilometry... Po drodze znowu fotografowałam co popadnie, bo nocą jednak inaczej świat wygląda, bardziej intrygująco... Aż w koncu Młoda powiedziała - Rozumiem, że Tobie to chyba jednak nie chce się tak bardzo siku jak mnie... - Chciało mi się, ale ryzyko obsikanych majtek nie jest aż tak straszne, by pokonało chęć robienia zdjęć wszystkiemu, co się wyda ciekawe, zwłaszcza jak się idzie już do hotelu, gdzie ma się majtki na zmianę haha. No ale ostatecznie przyśpieszyłyśmy kroku... 




Bo litery też robią kupę ;-)

W hotelu była klima... to w sumie była ta rzecz, która ostatecznie zdecydowała o wyborze miejsca noclegowego. Już raz nocowałam w Gent w hotelu bez klimy. Nie polecam. Tutaj była i bardzo to doceniałyśmy, bo jednak dobrze się odpoczywa w chłodzie. W domu już nam się nagrzało i ciężko się śpi, a mamy kolejną falę upału. Do czwartku kłapią ponad 30. Za gorąco jest. Chwilami czuję się dobrze, ale chwilami bardzo źle. W nocy niby śpię, ale krótko jak na mnie, bo zasypiam dopiero przed północą, a budzę się o piątej. Zwlekam się dopiero koło szóstej, siódmej, ale to i tak mało. Moja norma to jednak osiem godzin snu. Nie odpoczywam dobrze podczas snu w taką pogodę, zatem trochę w stanie zombie funkcjonuję na co dzień. Dobrze, że siedzę w domu i nie muszę nic robic ważnego, to dostosowuję czynności codzienne i rozrywkę do samopoczucia. Dużo siedzę w domu. Piszę, czytam, układam puzzle... albo na podwórku z kurami. Ale czasem idę na rower, albo na boisko pociskać piłką do kosza. Zakup piłek to był zajebisty pomysł. Świetnie się z Młodym bawimy, choć jest gorąco jak fiks, gdy tak się gania po boisku. No dobra, za dużo nie ganiamy. Tyle co za piłką, gdy poleci w diabły, bo tylko rzucamy z miejsca. Nie gramy. Za gorąco jest, by biegać. Chodzimy. Poczekamy aż świat trochę ostygnie, by intensywniej poganiać. No chyba że nam się znudzi. Zwykle spędzamy na boisku godzinę, co chwilę robiąc sobie przerwy na siedzenie w cieniu i nawadniania. Jak wypijemy po pół litry wody, wracamy do domu. Młody ma też kumpelę z dawnej klasy zawodową koszykarkę i coś tam już się ugadywali wstępnie, że pouczy go trochę, ale na razie się nie złożyło. 

Na ten raz to by było na tyle, bo się zmęczyłam tym stukaniem w klawisze. Dokończę w następnym wpisie. Pewnie za tydzień.

Miałam w tym tygodniu nagrać kolejne wideo o szkole, ale udało mi się tylko przeprowadzic wywiad z Młodym. Teraz muszę z tego zrobić opowieść, bo nie mam zezwolenia na publikację wizerunku ani głosu Młodego. Ale w formie pisemnej opublikuję, tylko muszę spisać, co nagraliśmy. Na YT będzie po prostu zwykła opowieść. Jak się uda mi nagrać. Na razie brak mi sił. 

Na koniec zdjęcia nocne z Gandawy. Mam jeszcze sporo z drugiego dnia pobytu w tym pięknym mieście, ale to w kolejnym wpisie. 






zamek Gravensteen

Gravensteen












--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Jakby ktoś chciał również pobalonować, to polecam Spildooren Balloning  https://spildooren-ballooning.be/ m choć w Belgii jest też mnóstwo innych firm oferujący loty balonowe.

4 lipca 2026

Kolejny rok szkolny dobiegł końca

 Dziś jestem zmęczona i pobolewa mnie kolano. Sama, nie chwaląc się, tom sprawiła poczynaniem swoim. Ale nie żałuję. Za bardzo. 

Rano porowerowałam na wizytę do VDAB (biura pracy). To tylko kilkanaście kilometrów, ale potem postanowiłam wrócić drogą, którą jeszcze nie jechałam, co dodało parę metrów, ale potem pojechałam na skróty. Które były zamkniętę ha ha ha. Dzięki czemu mogłam zrobić dodatkowe kółko. Wróciłam do domu zmęczona i pobolewającym kolanem, ale Młody chwilę potem oznajmił, że się nudzi, więc wzięliśmy naszą NOWĄ piłkę do kosza i pokręciliśmy na plac zabaw, gdzie jest kosz, by se porzucać. Zabawa była przednia, ale z jakiegoś dziwnego powodu nie wpłynęło dobrze na ani na zmęczenie, ani na kolano. No więc potem siedziałam już na dupie i czytałam grzecznie książkę. Teraz przypomniałam sobie, że miałam stuknąć słów parę w pamiętniku, no to stukam...

Riko

W VDAB poznałam nową osobę. Starszą i sympatyczną panią. Powiedziała, że tamta od teggo całego profilowania do niej dzwoniła i że jej nadmieniła, że ponoc chcę iść do pracy, ale coś nie za bogato jest z moim zdrowiem i że prawdopodobnie nie nadaję się na chwile obecną do ergularnej pracy i że potrzebuję pracy w zakładzie pracy chronionej. No tak coś w ten deseń - odparłam i dalej sobie na ten temat i każdy inny trochę pogadałyśmy. Dość rzec, że stanęło na tym, iż mam się udać do swojej onkolog, ewentualnie od biedy do lekarza rodzinnego, by mi papiery wypełnili, aby biuro pracy mogło sporządzić protokół, dzięki któremu mogłabym starać się o przyjęcie do zakładu pracy chronionej. Tyle tylko, że ponoć nie ma za wiele wakatów, ale co jakiś czas coś się pojawia, więc teoretycznie jest możliwe, że znajdę gdzieś miejsce... 

Pożyjemy zobaczymy. Do tej profilerki mam nadal chodzić... Tak powiedziała. Że mogę. Nie wiem tylko po co, no ale dobra, niech im będzie... W ogóle to wszystko jest jakieś od dupy strony i totalnie nielogiczne. 

Parę dni wcześniej  byłam bowiem w tym potencjanym zakładzie pracy chronionej, do którego wysłała mnie profilerka. Ona mówiła o jakimś stażu co to 5 razy na miesiąc się chodzi... Ale ta babka w owym zakładzie pracy chronionej (biologiczne gospodarstwo) po krótkiej rozmowie i opowiedzeniu wszystkiego o tym gospodarstwie, zasugerowała mi jakiś AMA-staż, gdzie z kolei minimum 12 godzin na tydzień się pracuje za friko i o który to staż mogę się ubiegać w VDAB. Dodała, że ten staż mogę robić też w innych zakładach pracy wcale niekoniecznie chronionej, znaczy zwykłych. Podczas tego stażu są co jakis czas ewaluacje i po jakimś czasie oceniaja, czy delikwent nadaje się już na normalny rynek pracy, czy też tylko do pracy chronionej. Czyli to jakby droga do zakładu pracy chronionej. 

No ale na wizycie w VDAB okazało się, że jest możliwa droga bezpośrednia, na skróty, dzięki oświadczeniom specjalistów i ich protokołom. Wiecie co? Ochujeć idzie od tego! Ja już w ogóle nie wiem, o co chodzi. Co do czego ani po co. Całkowicie mi się wsio poplątało. Gdyby dziś ktoś kazał mi to wszystko opisać, nie podołałabym. Ja już nic nie wiem.

W międzyczasie dzwonił też z biura pracy asystent Najstarszej no i ja mu powiedziałam (bo córka nie rozmawia z obcymi przez telefon), że znalazłyśmy fajne gospodrarstwo biologiczne, gdzie córka bardzo by chciała pracować haha. No nie chwaliłam się, że to mnie tam wysłano. Po co mu takie informacje. W gospodarstwie jednak powiedziałam, że córka też mogła by być zainteresowana...

To gospodarstwo wydało mi się badzo fajne i akuratne dla córki. No i on wypełnił (W KOŃCU!) formularz i wysłał. Chwilę później dzwonił do mnie, że odpowiedzieli i by zapytać, czy może podać im dane mojej córki. Babka ma zadzwonić do nas, by umówić się z córką na rozmowę wstępną i by pokazać jej to całe gospodarstwo. Zobaczymy, co z tego wyniknie i czy w ogóle cokolwiek. 

Szczerze mówiąc to ja już mam serdecznie dość tego "szukania pracy" i żałuję, że w ogóle mi taki pomysł do głowy przyszedł. NO MAM DOŚĆ. Jestem tym zmęczona. Zaczynam to olewać wszystko, robić se podśmiechujki i patrzeć przez palce. No bo to sa jakieś jaja. 

Zaczynam też coraz bardziej rozumieć tych ludzi co 10 czy 20 lat szukali pracy i nigdy nie znaleźli. I nie długo chyba będę musieć odszczekać to wszystko, co złego o nich powiedziałam. 

Przecież to jest jakiś kurwa absurd jak oni "pomagają" tutaj w tym kraju znaleźć człowiekowi niepełnosprawnemu pracę. Kurde, jest tutaj na prawdę dużo możliwości, kupę fantastycznych rozwiązań, ale ta biurokracja to jest jakieś nieporozumienie. Za dużo ludzi zajmuje sie tu jednym i tym samym. Oni sobie ciągle wszyscy wzajemnie włażą w drogę i przeszkadzają. Przeganiają człowieka od urzędu do urzędu, od miasta do miasta. Umawiają spotkania, które nic nie wnoszą, gdzie sprawę można by załatwić na sms czy mejla bez fatygowania sie po 15km i marnowania własnego czasu i pieniędzy podatników. Ten system jest chory. Chory i strasznie męczący. Dlatego mam już dość. Nie robię sobie już żadnych nadziei i w ogóle olewam to cienkim sikiem. Kurde, ja się uważam za osobę w miarę rozgarnietrą, ale oni ze mnie już toralnego debila zrobili. Ja już zaczęłam wątpić totalnie w swój rozum i siebie samą. A gdzie w tym burdelu - bo to jest BURDEL - ma się niby odnaleźć osoba która słabiej sobie radzi, która ma problemy mentalne,  takie czy inne ograniczenia czy słabości. Toż to trza mieć końskie zdrowie, nadludzką cierpliwość i ogólnie być bardzo zmotywowanym no i przede wszystkim bardzo zaradnym. Przecież to się wszystko kupy nie trzyma. Od tej ich "pomocy" można wylądować u psychiatry z poważnymi problemami. 

Dobrze, że upał choć zelżał i można normalnie żyć. Odsypiam teraz upalne noce, kiedy to oka nie szło zmrużyć, a nawet jak spałam to w ogóle nie odpoczywałam. Dwa dni z tego tygodnia spędziłam w łóżku. O ile zwykle nie mam zwyczaju spać w dzień, bo nie potrafię zasnąć, tak jednego dni mi się to udało. Drugiego po prostu leżałam i czilowałam bombę. Odpoczywałam, ale jeszcze nie odpoczęłam i nie odespałam. Jestem zmęczona, ale próbuję żyć. W środę wzięłam znowu Decapeptyl, co nie polepszyło sprawy. Wręcz przeciwnie. 

We wtorek Młody po raz ostatni w tym roku szkolnym odwiedził szkołę i dostał jakiś odpowiednik raportu, tyle że bez punktów. Teraz juz ma wakacje. Ja nagrałam wideo o belgijskiej szkole, co możecie sobie zobaczyć, gdyby się wam chciało. Następne będzie podsumowaniem roku w epickiej szkole. Zapytałam bowiem Młodego, czy ma już to życie ustawione czy nie... On chętnie poodpowiada na moje pytania, ale nie przed kamerą, więc będę sama musieć złożyć to znowu w opowieść, ale sama jestem ciekawa jego opowieści... Dla tych, co nie czytali wpisów sprzed roku, powiem co co chodzi z tym ustawionym życiem.

Pod koniec zeszłego roku szkolnego zdecydowaliśmy, że szukamy nowej szkoły. Ja przypadkiem trafiłam w necie na TĘ SZKOŁĘ i Młody obejrzawszy wideo promocyjne, stwierdził, że chce chodzić do takiej szkoły i że mam go zgłosić na listę oczekujących, a potem dodał, że jak go przyjmą, to ma już ustawione życie. Przyjęli go. Właśnie zakończył pierwszy rok... Czy ma ustawione życie? O tym będzie na YT za tydzień. Albo dwa.

Póki co macie tu wideo o szkole belgijskiej jako takiej. Używałam nowej apki do tworzenia tego wideo, bo cap-cut mnie już wkurzył. Moja menagerka (czytaj: Młoda) pouczyła mnie, że cap-cutem to teraz sztuczna inteligencja dowodzi i że wszyscy na to narzekają i odchodzą. Znalazła dla mnie apkę VLLO, że ponoć ludzkość teraz tej właśnie często używa. To był test. Na razie jestem zadowolona. Kupiłam abonament na rok. Bo był tani. Ma też dużo funkcji i łatwo się obsługuje. Wideo nagrywam i składam w swoim Iphone16. Myślałam, że będzie trudniej i że bez kompa się nie da, ale ten telefon spokojnie daje rady. Gorzej jest z naszym belgijskim internetem To jest dopiero żenada. W niektóre dni jest kiepski, w inne nie ma wcale, a 7 dych co miesiąc się płaci. Czasem szlag bierze.

Niezłą mam zabawę z tym nagrywaniem. Zainteresowanie raczej marne, póki co, ale od AI już wiem, co robię źle i jak powinnam to robić, by było lepiej. Chleba z tego nie będzie, ale póki co się dobrze bawię. Mogę się wreszcie wygadać, powydurniać  i porżnąć filozofa. Choć nie ukrywam, że mam dużo chwil zwątpienia, kiedy to się zastanawiam intensywnie, czy usunąć w cholerę ten kanał i zająć się czymś pożyteczniejszym, jak np gotowanie, sprzątanie czy choćby czytanie książek. Potem znowu dochodzę do wniosku, że cóż innego mi w tym życiu na tę chwilę pozostało? Nie mam rodziny, nie mam przyjaciół, nie mam zdrowia, nie mam pracy, nie mam z kim pogadać, nie mam nic konstruktywnego do roboty, nie mam pieniędzy na podróże, ani na żadne inne drogie hobby to choć się powygłupiam przez chwilę, dopóki mi się nie znudzi... 


Parę dni wcześniej opublikowałam też nagranie, w którym wyjaśniam, kim jest Belguska. Czytelnicy tego bloga to już pewnie wiedzą, ale też se możecie obejrzeć Kliknij tutaj by przejść do YT.

Na koniec wrzucę znowu zdjęcia nacykane w minionych dniach. Najpierw efekt krótkiego testu iphone16. Powiem tak, zdjęcia wychodzą całkiem dobre jak na telefon, ale tylko jak się pofarci, bo to badziewie nie posiada prawie żadnych ustawień. No, w każdym razie są one bardzo ograniczone. Musisz zdać się całkowicie na maszynę, a ona jest dosyć głupia. Ustrojstwo nie wie, co ja chcę fotografować w danym momencie  ani w jaki sposób, więc fokusuje się toto na jakichś randomowych rzeczach i non stop zmienia te ustawienia. Może 16pro, który ponoć pod fotografię był robiony, ma lepsze opcje, ale ten zwyklak dupy nie urywa. Do nagrywania wideo na YT akurat się nadaje. Przynajmniej na moje niezbyt wygórowane potrzeby. Samsungi, których używa Młodzież, chyba lepiej się sprawdzają w foceniu. 





Krystyna





Odwiedziłam pobliskie Grimbergen, gdzie odkryłam, że oni tam mają trzy działające młyny. Prezentacja młynów odbywa się w każdą pierwszą niedzielę w sezonie od kwietnia do września w godzinach 14-17, na którą to atrakcje zamierzamy się wybrać. Koło młyna wodnego Tommermolen, można zobaczyć też stary piec chlebowy, młyn konny oraz jakiś zmyślny przenośny dźwig. Obok jest też restauracja, gdzie można się posilić i napić piwka z lokalnego mini browaru Grimbergen. Ten z kolei znajduje się w starym opactwie i jego symbolem jest feniks. 
Zabudowa młyna Liermolen też jest pięknie zachowana. Teraz jest w remoncie i w niedługim czasie w domu młynarza i stajni będzie hotelik, czy też dom pielgrzyma, gdyż tamtędy wiedzie jakaś trasa pielgrzymkowo-turystyczna. Oglądać można tam też jak pracuje pszczelarz no i zobaczyć piekarnię przymłynową. Można też napompować sobie wody za pomocą starej ręcznej pompy. Jest tam też drewniany plac zabaw dla milusińskich. 

Przy osttanim młynie byłam już kiedyś, dawno temu. Tam znajdują się też fajne ruiny. Może niedługo wybiorę się tam ponownie, by zobaczyć te młyny podczas pracy, to wszystko odwiedzę, a i wideo pewnie wtedy nagram... No i na piwo wstąpię. Lubię piwo z tego browaru. Często używaliśmy je do gotowania gulaszu flamandzkiego stoofvlees.

Te dwa pokazane tu młyny są bardzo blisko siebie, a i do browaru jest niedaleko. Po środku jest ładny kawałek natury - dużo wody, jakieś krzaki i trawa - można pójśc na kaczki i inne takie pofilować albo psa wyspacerować. Młyny znajdują się przy tym samym strumyku, który ostatnio nieźle wylał. Zobaczywszy grubą warstwę mułu na drodze koło remontowanych właśnie jakichś ruin (nie wiem, co tam było, chyba jakiś sąd czy coś, ale ma powstać jakiś obiekt kulturalno-świetlicowy), zagaiłam jakiegoś chłopa i ten pokazał, że woda do kolan tam szorowała. Nieźle.

Mieszkam stosunkowo nie daleko Grimbergen, ale jakoś mało wiem na temat tego miasteczka i dopiero teraz odkrywam, że to fascynujące miejsce pełne tajemnic z przeszłości. Belgia ma pełno takich zakątków, gdzie czas się zatrzymał. No w sumie to cały ten kraj wygląda, jakby zatrzymał się gdzieś dawno temu, co ma swoje uroki, ale też ma swoje wady, bo skansen jest fajny do oglądania, ale mieszkanie w nim na co dzień to już mniej zdaje się cieszyć. 



jakaś interesująca ruina w remoncie

działający młyn wodny Tommenmolen w Grimbergen

po lewej młyn, po prawej restaurcja, a z przodu młyn konny

stary dźwig

młyn konny Rosmolen w Grimbergen



druga strona młyna

jakieś resztki jakiegoś domu

działająca pompa wodna

zabudowa młyna Liermolen

Lirrmolen w Grimbergen

działający młyn Liermolen w Grimbergen