17 października 2026

Kto mieszka w Belgii, w cyrku się nie śmieje

Tydzień zaczął się od strajku kolei i autobusiarzy. Nie żeby to było coś nowego, ale każdy strajk w transporcie publicznym jest tak samo wkurzający i uciążliwy. Oczywiście tylko dla zwykłych ludzi, w tym dzieciaków, bo przecież nie dla tych tam z rządu...

Młody wyguglował pociągi dzień wcześniej i okazało sie, że jeśli wyjdzie ze szkoły normalnie o 16, to najwcześniejszy pociąg do domu ma po 18... Wcześniej może jechać naookoło z przesiadką w mieście, gdzie nie ma ani windy, ani prowadnic do rowerów, czyli kicha.

 Uzgodniliśmy, że zapyta coacha, czy może wyjść o 15, a jak nie, miał mi napisać, że pojedzie do sąsiedniej gminy, a ja tam po niego popedełuję, bo on nie zna drogi do domu stamtąd, ale stamtąd do nas tylko ok 8 km, więc lepiej pokręcić kawałek dalej ale być w domu niewiele po 17 a nie dwie godziny później. Na szczęście jego coacha nie było i poranny krąg mieli z dyrektorką, więc od razu u samej góry zapytał. Ta mu wydała zgodę, ale zaleciła napisać oficjalny mejl, w którym uzasadnia powód wcześniejszego wyjścia do domu. Pewnie, żeby była podkładka w razie wu. Uf. Dobrze, że chodzi do alternatywnej szkoły, bo w systemowej mógłby taki numer nie przejść. Wtedy oczywiście też dałby rady, ale czasem bardziej opłaca się pójść na skróty.

Ja zapomniałam, że Najstarsza też używa transportu publicznego, bo moja pamięć dziurawa jest jak sito.

Na szczęście im ze mną gorzej, tym z nią lepiej i sama pomyślała rano, żeby sprawdzić apkę od autobusów. Okazało się, że najwcześniejszy autobus ma dopiero wpół do dziewiątej, gdy normalnie wyjeżdża dwie godziny wcześniej. Napisała zatem tylko do kierowniczki, że będzie później i poszła się jeszcze porelaksować na kanapie. 

Pisząc te słowa przypominam sobie, że nie zadzwoniłam PONOWNIE do biura pracy, by przypomnieć DEBILOM (bo jak inaczej można nazywać takich ludzi?!), że Najstarsza nie ma od dawna biletów i płaci ze swojej kieszeni, kiedy przejazdy na ten DARMOWY staż mają byż pokrywane z biura pracy. Po pierwsze to te osły same o tym powinny myśleć,  skoro zgłaszają się do pomocy osobom z trudnościami i chyba kurwa do stu potrafią liczyć, a to jest prosta matemetyka: każdy dzien stażu trzeba pomnożyć przez dwa, bo na staż trzeba dojechać i ze stażu wrócić, czyli dwa bilety dziennie. Wielka mi filozofia, doprawdy, by dać człowiekowi od razu tyle biletów, ile będzie potrzebował. Widać jednak, że dla niektórych to za trudne obliczenia. Poza tym to ja już dwa razy im przypominałam i uświadamiałam że córka nie ma już biletów - bo to ja matka mam to wszystko wiedzieć, pamiętać, ogarniać i przypominać  łosiom kilkukrotnie o ich obowiązkach, za które te łosie biorą  pieniądze ładnie co miesiąc. Chłop powiedział, że to załatwi... Aaaaaa!

 KURWA MAĆ! 

Czemu Córka ma wydawać pieniądze na rzeczy, na które wydawać nie powinna, bo według belgisjkiego prawa należą jej się za darmo. Nie ja to prawo ustalałam. Tak, przeklinam, tak wkurwiam się i wyzywam wszystkich od debili, bo ileż można?! Ja mam już dość! Nie dam rady sama wszytskiego dopilnować. I nie mówię tu o mich obowiązkach czy moim własnym życiu, tylko o robieniu roboty za bandę pierdolonych urzędasów. Na każdym kroku, w wielu miejscach napotykam to samo niefrasobliwe, totalnie nieodpowiedzialne olewatorskie podejście. Każdy ma wszystko w chuju, byle jemu hajs się zgadzał. Jakby to się raz w jednym miejscu zdarzyło, to pal licho. Wiadomo, że każdy popełnia czasem błędy, każdy czasem czegoś zapomni i coć odjebie głupiego, ale bajer w tym, że dziś to czasem się zdzarza, że ktoś coś dobrze raz zrobi. Gdzie człowiek nie pójdzie, wszędzie jakiś cyrk, wszędzie burdel, bałagan, pracownicy zdają się nie mieć pojęcia na czym polega ich praca, a przy tym zdają sie nie ponosić za nic odpowiedzialności. Pozamykali się w pierdilonych fortecach, ogrodzili się internetem i botami i udają, że pracują. Dziś zwykły szary człowiek musi się sam na wszystkim znać i sam wszystkiego dopilnować, z tym że jednocześniej sam niczego nie może załatwić, bo wszystko, każde nawet najmniejsze gówno musi przejść i zostać zatwierdzone przez jakiegoś urzędasa z bożej łaski, a najlepiej przez kilkunastu z różnych miast i róznych instytucji. 

Jestem wkurwiona, bo za mną kolejny tydzień z kategorii trudne, który potwierdza, co przed chwilą napisałam...

Młoda miała wizytę u orzecznika od niepełnosprawności. 

Bruksela o świcie

W piśmnie stała godzina 8.15 i zalecenie by być pół godziny wcześniej. Zerwałyśmy się zatem przed piatą, by dotrzeć do Brukselki na czas. Autobus jechał i był o dziwo na czas, a nawet 5 minut wcześniej i wdzięczni jesteśmy, że ludzie wsiadali u nas na wsi, bo guzdrałyśmy się trochę z przypinaniem rowerów i ledwo dobiegłyśmy do tego autobusu. W Brukseli zatem miałyśmy zapas czasu i poszłyśmy na dworcu na gorącą czekoladę do Panosa, a dopiero potem potuptałyśmy do FOD-u. Na miejscu w Finance Tower w dziale od handicapu zastałyśmy zamkniętą na cztery spusty bramę a na niej info, że otwierają o ósmej trzydzieści. AHA. Spoko. Tylko jak to się ma do naszej wizyty o 8.15 i zalecanego półgodzinnego wcześniejszego stawiennictwa w urzędzie...? Coś tu jakby nie pykło. No ale to jakby Belgia i to jest tu jakby normalne...?


Wkurwione i zestresowane coraz bardziej podreptałyśmy po wielu schodach do wejścia głównego, zastanawiając sie jak tam niepełnosprawni na wózkach się przemieszczają... bo w ogóle cały ten gmach to on na sporej górce jest i wkoło niego też są górki, sporo schodów i rozdupcony chodnik...

Budynek jeszcze zdawał się drzemać i nie widać było w nim jeszcze żadnego urzędasa... No bo kktóren zaczyna pracę przed ósmą...? Znalazłyśmy jednak ochroniarza i zapytałayśmy, jak się dostać na tę kontrolę, a ten mówi, że FOD handicap otwiera sie o 8.30. 

Jak kurwa o ósmej trzydzieści, jak na zaproszeniu stoi ósma piętnaście?!!! Chłop nie wierzy...

 Podetknęłam mu zatem papier pod nos. 

Popatrzył i powiedział, że to niet normaal. Z czym absolutnie się zgodziłyśmy. Zawołał kolegę, który też zrobił wielkie oczy. Po czym powiedzieli, że to musi być błąd, bo tam otwierają dopiero za pół godziny i wskazał nam poczekalnię, dodając, że koło 8.25 możemy pójść spokojnie spowrotem pod bramę. Ffffff! Oj tam oj tam jakiś tam błąd, każdemu się zdarza co nie...?

 Taa, to spróbuj ty się machnąć o 15, a w zasadzie to o 45 minut w takim urzędzie. Ciekawe, czy kogokolwiek zobchodzi twoje wytłumaczenie. Taaa. Na pewno.

Poczekałysmy, ale stres mega. Doszłyśmy 25 po ósmej na miejsce - to w ogóle kawał drogi i wiele schodów, bo to budowla zacna jest. Brama była już wtenczas otwarta, ale drzwi wciąż zamknięte.  Wiadomo, trza plebsowi wyraźnie pokazać, kto tu jest panem, a kto nic nie znaczącym gównem. Czekasz pod drzwiami w deszczu i chłodzie, aż jaśnie państwo łaskawie udzieli ci audiencji. 

patrząc na tę fortecę, czujesz się bardzo malutki


 No chyba was głowa boli - powiedziała Młoda zobaczywszy innych ludzi czekających pod drzwiami. 

Co za pojebane czasy nastały! Komputery srery, sztuczna inteligencja i inne cuda , a tu coraz większy burdel wszędzie i człowiek jako człowiek coraz mniejszą ma wartość. 

W końcu otwarli łaskawie te cholerne drzwi. 

Laska w okienku ani be ani me po niderlandzku. 

Po angielsku też nie. 

Noż kurwa, a tymczasem u nas we Flandrii, żeby pracę na kasie w głupim Lidlu, czy innym tam Actionie dostać, musisz znać dobrze oba języki (niderlandzki i francuski). A tu w  OFICJALNIE   D W U J Ę Z Y C Z N E J Brukseli w ważnym urzędzie może pracować typiara mówiąca tylko i wyłącznie po francusku i to jest niby wporząsiu...? Jasne! Bo najwidoczniej są równi i  równiejsi. 

Dałam dziuni zatem list-zaproszenie. Paniusia popatrzyła uważnie, udając że rozumie, na co patrzy i kiwnęła na nas reką pokazując gestem "cho no tu" i poszła gdzieś, a my obeszłyśmy ścianę i zobaczyłyśmy jak paniusia stuka w żółty pasek na ścianie (bo tam kilka pasków było w różnych kolorach, jako oznaczenie tras) a nawiązawszy z nami kontakt wzrokowy, wskazała na korytarz rozciągający się przed nami, co - jak się szybko domyśliłyśmy - znaczyło, że mamy iść żółtą ścieżką niczym Dorotka w Krainie Oz. 

Potem pokazała 1 palec (na szczęście nie środkowy) mówiąć één, i potem 4 palce mówiąc jak do głuchego vier. No, mówię wam,  wymawiała to tak rozciągle, jakbyśmy to my miały problem z językiem i rozumieniem a nie ona... z czego wynikało jednak, że przynajmniej kilka liczebników zna po niderlandzku.  ŁAŁ! Ale tylko jeden i cztery, bo jak przerabiali w szkole czternaście, to już pewnie spała na lekcji. Dobrze, że choć na migi potrafi się porozumiewać. Tak, Młoda rozumie po francusku, ale my jestemy z Flandrii, gdzie językiem urzędowym jest niderlandzki, a Bruksela jest oficjalnie dwujęzyczna i takie paniusie w urzędach mają pierdolony obowiązek znać język niderlandzki (jak za głupia na języki, niech idzie ulice zamiatać, a nie...). To nie jest żadna łaska ani nasze widzimisie. My nie oczekujemy, że typiara będzie mówić po polsku, rosyjsku czy chińsku, tylko w języku urzędowym tego kraju, w którym pracuje. Poza tym Młoda nienawidzi francuskiego, To trigeruje jej PTSD. 

Znalazłyśmy pokój "jeden-cztery" a tam jakiś typo powiedział już po naszemu, znaczy po niderlandzku, byśmy poczekały w korytarzu. W końcu nas zawołał i podzielił się z nami wesołą informacją, że mają awarię systemu i że w związku z tym on nie ma wglądu w dossier Młodej. 

BRAK SŁÓW. Kto w Belgii mieszka, w cyrku się nie śmieje.

Jednak - dodał - nie chcą odsyłać petentów z kwitkiem, bo i bez tego mają roboty po uszy, ale rzekomo też dla naszego dobra, żebyśmy nie musiały drugi raz się fatygować... Troska... srały muchy bedzie wiosna...

Powiedział, że napisze sobie na kartce, co powiemy, a potem uzupełni dossier w komputerze, jak odzyskają dostęp. 

Śmiechom nie było końca. Zbiło nas to totalnie z pantałyku i wyprowadziło z równowagi. Wcześniejsze suprajzy też nie pomogły. Cholera jasna przygotowałyśmy się na rozmowę wg punktów, które Młoda wypełniała pół roku wcześniej, czyli że będziemy odpowiadać na konkretne zadawane pytania, a nie że nagle mamy opowiedzieć wszystko samodzielnie... 

Nie wiemy, co z tego wyniknie, ale raczej należy się spodziewać, że szanse na przedłużenie uznania niepełnosprwności nie są jakieś wielkie, bo jak doktor powiedział "ból jest np niezmierzalny", więc choć on rozumie, że komuś ból uniemożliwia lub ogranicza codzienne funkcjonowanie, tak bólu nie można udowodnić, czyli się nie liczy absolutnie. To samo poniekąd dotyczy PTSD, depresji czy problemów wynikających z autyzmu, czyli że innymi słowy to wszystko jest dla komisji pic na wodę fotomontaż, czyli jak to na komisji...

Poza tym gościu jeszcze co chwilę stukał w grubą teczkę z przepisami (przynajmniej tak powiedział) z lat osiemdziesiątcyh podkreślając, że wszystko według TEGO prawa musi sie odbyć i że nie da się tego ominąć... Cokolwiek to nie znaczy. Ważne by zbudować stosowne napięcie i zapewnić sobie ewentualne usprawedliwienie wszystkiego, co zdarzy się później. Bo ja się wczoraj urodziłam i nie wiem, jak działa świat i tego typu komisje.

Tak czy owak teraz trzeba czekać na zebranie sie owej K O M I S J I  i werdykt ostateczny, co nie wiadomo ile potrwa ani co przyniesie, a przez ten czas trzeba żyć w niepewności i stresie. 

Jakby ktoś chciał odprawić jakieś czary czy inną tam ofiarę złożyć swoim bogom za powodzenie, to w tym momencie jest dobry moment ;-)

Zanim przejdę do opisu kolejnej powalającej niespodzianki tego tygodnia, pozwolę sobie na małe heheszki, które mnie ubawiły zdrowo.

Młody zadzwonił kiedyś ze szkoły zaraz po lekcjach z pytaniem, czy nie dam mu wirtualnie dyszki na pizzunię. Gdy tak sobie gadaliśmy w tle w otoczeniu Młodego słyszałam śmiechy i hałasy innych nastolatków, potem głośne:

"BOBER KURWA!"

"TAM JEST BOBER KURWA!" 

co samo w sobie już było oczywiście śmieszne, ale bardziej zastanawiające, wszak Młody chodzi, z tego co mi wiadomo, do niderlandzkojęzyczej szkoły a nie do polskiej. Wiem, że jest tam paru Polaków, ale po pierwsze nie należą oni do grupy ani do paczki Młodego, a po wtóre oni ze sobą i tak po niderlandzku gadają.

Pytam zatem kto to to krzyczał, a ten że P. jego najlepszy kumpel. Uśmiałam się znowu i zapytałam czy on w ogóle rozumie, co woła i skąd cholera zna ten tekst. Oczywiście że rozumie, to popularny tutaj mem - pouczył mnie Młody. I oczywiście że rozumie, bo mu powiedziałem, co to znaczy. 

To było bardzo śmieszne dla mnie i brechtałam się w głos prze dobrych parę minut. Bober kurwa. 

List polecony, który w tym tygodniu otrzymaliśmy od właścicieli chałupy, już był zdecydowanie mniej zabawny. Uczciwie mówiąc, był to spory szok i długą chwilę dochodziłam do siebie. 

Powiadomili nas o podwyżce czynszu, co samo w sobie nie było by niczym zaskakującym, gdyby nie chodziło o TAKĄ kwotę, no i że moment jakby na to dosyć ujowy! 

Dotąd płaciliśmy 860€, a od teraz mamy płacić 1.320€ na miesiąc. 

Ponad 50% podwyżka z dnia na dzień to nie jest  śmieszne. To nawet nie jest za bardzo - w moim mniemaniu - normalne. A dopiero co pisałam, że dobrze, że w obecnej sytyacji choć stosunkowo mało płacimy za czynsz, jak na dzisiejsze ceny,  no to mówisz - masz. TADAM, mamy cenę adekwatną do dzisiejszych czasów. 

Chyba kogoś tu zdrowo pojebało! 

Ale dla mnie nie sama nieoczekiwana  podwyżka jest tu największym skurwysyństwem. Wiecie, że parę dni temu właścicielka była u nas w domu w sprawie planowanych prac w związku z wilgocią i ani słówkiem się nie zająknęła na ten temat. Nie, chichy-śmichy, jakby nigdy nic, a tu trzy dni później dostajesz taki list. 

Niektórzy mają tutaj dosyć chujowe poczucie humoru. 

W międzyczasie sobie też wyguglowałam o tych ewentualnych śmierdzących produktach do walki z wilgocią i komputer mi podpowiada, że w większości śmierdzące produkty to są przestarzałe metody, których normalny nikt nie używa, tylko skąpcy, którzy chcą za wszelką cenę zaosczędzić na koniecznych remontach. Dotąd by się zgadzało. Dalej - podając stosowne linki - AI mnie ostrzega, że użycie tego typu niebezpiecznego produktu podczas obecności lokatorów i ich zwierząt może być przede wszystkim śmiertelne (praktycznie stuprocentowo) dla naszych ptaków oraz fatalne w skutkach dla świnek morskich a i nasze zdrowie jest zagrożone. Teoretycznie, bo oczywiście to można potwierdzić dopiero mając nazwę produktów. Ponoć są dostępne bezpieczne bezwonne produkty ekologiczne... Teoretycznie.

Ale dobra. WKURWIŁAM SIĘ W CHUJ. 

Moja pierwsza myśl była, że teraz to jesteśmy w dupie totalnie, no bo w sumie jesteśmy i ciężko z tym akurat handlować. Mój zasiłek inwalidzki to właśnie akuratnie kwota nowego czynszu, więc jest zajebiście. Przy dochtyczasowej kwocie starczało jeszcze praktycznie na wszystkie pozostałe faktury i tylko na jedzenie i inne potencjalne wydatki mi brakowało, za co miały płacić dziewczyny ze swoich zasiłków, dopóki je będą otrzymywać, a do tego czasu miałyśmy się rozglądać za lepszym rozwiązaniem. Nowy czynsz wyjebuje cały nasz chytry plan w kosmos. 

Nic to, wujek Google podpowiada, by nie płacić nowego czynszu na razie, bo tym samym ukręcimy se ostateczny sznur na szyję. Przeto umówiłam nas na początek w Urzędzie Gminy z jakimś oświeconym w sprawie mieszkań i najmu. 

Przy okazji przekonałam się, że jakby ktoś pilnie potrzebował pomocy z urzędu gminy, to musi być wyjątkowo ogarnięty w piśmie, języku niderlandzim i nowych technologiach oraz mieć dużo czasu i morze cierpliwości. 

Pomoc Społeczna w naszej gminie zaczyna mi się jawić jako niezdobyta twierdza, do której byle kto się nie dostanie. Tak jak napisałam na początku.

Najsampierw zadzwoniłam  na ogólny numer  Pomocy Społecnej, by się tam dalej dopytać ewentualnie o właściwy kontakt. Nikt nie odbierał tego telefonu w podanych w necie godzinach otwarcia. Nie była to też pora przerwy, bo te są tu wszędzie o tym samym mniej więćej czasie i wtedy normalne, że nigdzie się nie dodzwonisz ani niczego nie załatwisz. Cały kraj stoi wtedy.

Zadzwoniłam przeto na inny numer, rzekomo od socjalu, to połączyło mnie z głównym numerem Urzędu Gminy i nagrany głos powiedział mi, że większość informacji znajdę na stronie, a jak nie umiem szukać, to mogę się umówić przez internet na wizytę.... 

Dobra, rozłączyłam się, zaktualizowałm apkę naszej gminy, bo nie działała. Potem zrestartowałam telefon, bo nie mogłam się zalogować przez itsme (apka do logowania do urzędowych portali i mojego profilu)... zawieszało się na tym samym kroku i kręciło, kręcilo, kręciło... i nic z tego nie wynikało... Po resecie nadal nie działało. Otwarłam zatem  laptopa i w końcu tam udało mi się zalogować, ale znalezienie znowu swojej gminy nie z poziomu apki to też wyższy poziom wtajemniczenia... 

Ja tam se jeszcze jakoś radzę w internetach, ale klikając i przeklinając na przemian pomyślałam sobie o tych wszystkich mniej ogarnietych komputerowo ludziach, którzy do internetu mają przez krzaki, przepaście i góry... albo zwyczajnie są już w takim wieku, że nawet klawiatury nie widzą i nie wiedzą co to znaczy zaloguj, kliknij, czy e-mail. 

To jest jakieś nieporozumienie. To jest chore, do jakiego etapu to wszystko doszło w krótkim czasie.

Cycki by mi opadły, gdybym je miała...

Jak już udało mi się dojść do etapu wybierania tematu wizyty, okazało się, że tam są tylko sprawy obywatelskie, typu dowód, śmierć, małżeństwo, prawo jazdy, ale nie ma ani socjalu ani mieszkań. 

NOŻ KURWA JEBANA MAĆ! 

To po chuj ja czas marnuję wgl!? 

Zadzwoniłam ponownie na ten pierdolony numer i poczekałam aż typiarz skończy pierdolić o szukaniu odpowiedzi na stronie i logowaniu się z apki, po czym wcisnęłam cyferkę mającą połączyć mnie z ludziem...

...piiip

...piip

 ...I chuj. Od nowa włączyło się nagranie, a po trzecim razie trafił mnie prawie szlag.

Wielokrotnie ponawiane próby przyniosły zero sukcesu. 

Nikt nie odbiera. 

Pomyślałam, że pewnie wielu do tego etapu nawet nie dotarło i że w rezultacie nikt tam ostatnio nie dzwonił, więc teraz nikt nawet nie pilnuje telefonu... 

Odszczekuję wszystko pozytywne, co kiedykolwiek śmiałam napisac o załatwianiu wszystkiego przez internet. To było dobre na początku, jak jeszcze było tylko jedną z możliwości i gdy jeszcze działało i miało sens. Niestety w ostanim czasie przekroczyło to już poziomu absurdu. Przynajmniej w Belgii, bo gdzie indziej to nie wiem, ale możecie sie pochwalić swoimi doświadczeniami w komentarzu poniżej.

Już zaczęłam zakładać dres w trzy paski , szukać bejsbola i drzeć się  Z BUTA WJEŻDŻAM z myślą załatwienia tej wizyty w jakiś prostrzy sposób, ale mi się przypomniało, że gdzieś mam wizytówkę, bo raz tam przecież byliśmy kiedyś... Uf. Ten numer zadziałał i od razu ktoś odebrał. Wyłuszczyłam zatem, z czym dzwonię i pani powiedziała, że mogę wbić do nich w piątek rano. Nawet bez bejsbola i dresu.

Odetchnęłam z ulgą, że choć ten krok udało mi się postawić w końcu.

W miedzyczasie robiłam sobie po trochu dekoracje na halloween, żeby sobie i dzieciom, a przy okazji sąsiadom i przypadkowym przechodniom nastrój poprawić. Ilekroć bazgram coś na oknach, przypadkowi przychodnie zawsze się uśmiechają, a czasem nawet wesoło komentrują. Pająk na pajęczynie też, jak zauważyłam, cieszy się sporym powodzeniem.

W tym tygodniu odkryłam, że gdzieś w domu mamy prawdopodbnie czarne dziury, które wsysaja kawałki czasu, moją pamięć i niektóre przedmioty. Coraz częściej bowiem orientuję się, że brakuje mi kawałek pamięci i nie mogę znaleźć kilku przedmiotów codziennego użytku. Weźmy choćby pędzelki i nożyczki. Kiedyś robiłam lampiony ze słoików malując je po prostu farbami akrylowymi. Po skończonej robocie, poszłam do kuchni, by po raz ostatni umyć pędzelki i gąbeczkę, którymi malowałam. Pamiętam, że umyłam je pod kranem dokładnie, a potem osuszyłam ręcznikiem papierowym. Ostatnią rzecz, jaką pamiętam, to wrzucanie papieru do kosza. Potem jest czarna dziura. Szukałam już tych pędzelków dosłownie wszędzie. Młody nawet zasugerował, bym w lodówce sprawdziła, co też i uczyniłam, ale i w lodówce ich nie było. W łazience też nie, w szafach z garami też ich nie znalazłam. Nie ma ich też w skrzynce z farbami, ani tym bardziej tam, gdzie powinny być, czyli w doniczcze z pędzelkami. No wsysnęło ich do czarnej dziury, bo nigdzie ich nie ma. 

Nożyczek też nie ma ani tam, ani nigdzie indziej, gdzie szukaliśmy, a fantazja nasza jest raczej duża... Chodzi o stare nożyczki, których używałam do cięcia trawy dla świnek. Każdego wieczora, wypuszczamy kury za ogród, by sobie podziobały trawy i poszukały robali na kolację, a w tym czasie ja sprzątam oba kurniki. Kurniki sprząta się tak, jak kocie kuwety, że codziennie tylko kupy łopatką zbierasz, a tylko raz na jakiś czas robisz genelaniejsze porządki wymieniając też trociny. Po pozbieraniu kurzej kupy, wynoszę to za dom na kompost, a przy okazji przynoszę z łączki trawy dla świń. No i jednego dnia wyniosłam kupy, przyniosłam trawy i zgubiłam nożyczki. Przeszukałyśmy z Młodą całą łąkę a nawet kompost, ale nożyczki się nie znalazły. Amba fatima wcięło i ni ma.

To tylko przykłady moich zaników pamięci. Ja wiem, że to wynik stresu i zbyt wielu rzeczy, które muszę teraz na raz ogarnąć i że to się naprawi, gdy wszystko się ustatkuje i życie wróci na swój tor. Nie zmienia to jednak faktu, iż jest to bradzo frustrujące zjawisko, bo człowiek marnuje kupę czasu na szukanie przedmiotów i próby przypomnienia sobie cyklu zdarzeń sprzed kilku godzin lub nawet minut.

W koncu nadszedł piątek i poszłyśmy z Młodą do gminy. Babka obliczyła kilkukrotnie na różne sposoby ową indeksację naszego czynszu i nijak nie udało jej się osiągnąć kwoty 1300€. Bez nowego atestu EPC (energożerność budynku), bo takiego nie otrzymaliśmy jak dotąd, a stary jest już nie ważny, babie wyszło mniej niż tysiąc euro, z ewentualnym nowym EPC (ma sprawdzic w dokumentach gminy, czy właściciele im takowy dostarczyli) wyszło jej niewiele ponad tysiąc. Obie kwoty są dla nas normalne i akceptowalne. Kobieta nie potrafiła wymyśleć, skąd oni wzięli te 300 euro więcej. 

Zaleciła to samo co komputer, czyli by zapłacić teraz tylko starą kwotę, a w międzyczasie do firmy która przysłała podwyżkę w imieniu właścicieli, wysłać poleconym zapytanie skąd wzięli taką kwotę podając obliczenia wykonane przez urzędniczkę. Ma mi to wszystko mejlem przysłać. No bo komputer jej nie działał hahaha. Bo tu powoli wszystko przestaje działać...Powiedziałam, że to nasza wina, bo wszędzie, gdzie się ostatnio zjawiamy, sprzęty i internety nagle przestają działać... Pewnie noszę te czarną dziurę ze sobą haha. Baba się uchachała.

Dalej zasugerowała też wysłanie od nich kontroli stanu mieszkania. Tym razem myślę, że pójdziemy na to. Przynajmniej będziemy dla siebie wiedzieć, na ile prawnie wszystko tutaj jest okej a na ile nie okej. Ale to jeszcze potrwa na pewno więc mamy czas na refleksję, czy aby na pewno warto wrzucać gówno w wentylator, które i nas może opryskać a nawet całkiem pochłonąć...

Pamiętam jeszcze, że właścicielce raz niechcący się wymsknęło, że po kontroli zleconej przez ex-sąsiadkę dostali bardzo dużą karę.... Chyba jednak najwyraźniej za niską albo zwyczajnie nie są zbyt dobrzy w uczeniu się na błędach. 

Przez ten cały cyrk zmarnowałam wizytę u psycholog na pozbywanie się emocji tego tygodnia, bo nie potrafiłam o niczym innym myśleć. Ale nic to, nie płacę dużo za te wizyty, więc i nie szkoda.

Dobra wiadomość tego tygodnia jest taka, że ortodontka powiedziała Młodemu, że jeszcze jedna, max dwie wizyty i ściąga aparat. Złe w tym jest to, że aparat retencyjny kosztuje jeszcze czapkę pieniędzy, ale to będziemy się o to martwić, jak przyślą mejl z kwotą do zapłacenia... Ważne, że Młody będzie miał piękny uśmiech. I znowu muszę pamiętać, by po niedzieli napisać mejl do gabinetu, by usprawiedliwienie przysłali, bo choć wizyta była o 16, to Młody musiał wyjść ze szkoły o 14, gdyż to ponad 40 km od szkoły. Cieszę się, że on sam te wizyty i podróże pomiedzy miastami doskonale ogarnia i choc o ty nie muszę za dużo myśleć.

W piątek z kolei organizowali w szkole wieczor filmowy w ramach akcji Het Warmste Week. W tym roku tej popularnej akcji przyświeca temat  "Een warme thuis voor iedereen", czyli ciepły dom dla wszystkich.

Uczniowie ze szkoły młodego organizują różne aktywności, by zebrać pieniądze, które zostaną przekazane na tę akcję. Młody zgłosił się do grupy organizującej wieczór filmowy, co nie było najlepszym pomysłem, zwłaszcza gdy okazało się potem, że będzie dwie sesje filmowe i ta druga skończy się o 22. Może i fajnie dla miejscowych, ale nie dla ziomala, który dojeżdża do szkoły ponad 30km. Gdyby został do końca, dopiero po 23 byłby w domu. Na szczęście koledzy się zgodzili, by wyszedł wcześniej, więc dotarł do domu już przed dwudziestą. Uf. Lało wtedy jak z cebra, ale wrócił zadowolony, bo wieczór był bardzo fajny a do tego odkrył, że miasto nocą wygląda cudnie i że fajnie się rowerowało po ciemku. Wariat!

wieczorny spacer po lesie

dekoracje halloweenowe po mojemu

Bruksela Północ - dworzec kolejowy (amba zjadła też zegarowi wskażowki, bo często tam wysiadamy)

Bruksela Północna o świcie

wieś wieczorem


11 października 2026

Przejechać przez pół kraju by kupić stary wózek

 Młoda znalazła na 2dehands używany wózek plażowy za parę euro i kupiła. Zapytała, czy nie mam ochoty z nią pojechać, by to przywieźć. Pytam - Dokąd? - a ta na to, że gdzieś w okolicach Ostendy. CO?!!

Ona to ma fantazję haha. Oczywiście że pojechałam z nią. I dobrze, że pojechałam z nią, bo po pierwsze to była fajna wycieczka w miejsce, do którego nikt przy zdrowych zmysłach by dobrowolnie nie trafił, a po wtóre  transportowanie tego wózka, czy raczej WOZU w pojedynkę pociągami i autobusami to było by nie lada wyzwanie.  Nie żeby się nie dało, ale we dwoje dało się o wiele łatwiej. Najsampierw należało pojechać pociągiem do Brugii (od nas leci bezpośredni), a dalej autobusem w kierunku Ostendy dotrzeć na tę wioskę. Młoda umówiła się ze sprzedawcą na wieczór, więc miałyśmy cały dzień czasu. Postanowiłyśmy rano pojechać do Brugii, by obskoczyć jedno czy dwa muzea. Na liście mamy jeszcze muzea szpitala, apteki, koronki i kilka innych. Rano jednak źle się czułam. Coć mi na żołądku siedziało, a nei wiedząc co z tego wyniknie wolałam nie ruszać się z domu, bo co jak co, ale podróżowanie na dalsze trasy z grypą żołądkową to bardzo głupi pomysł. Postanowiłam zatem rano ugotować pierogi, a gdy skończyłam gotowanie mój brzuch już czuł się dobrze, czyli jakiś fałszywy alarm. 

Postanowiłyśmy zatem pojechać do Brugii, choć czas już się znacznie skrócił. Pociąg jedzie ponad godzinę i na miejsce dotarłyśmy już po południu. I byłyśmy głodne jak wilczyce. Poszłyśmy na wafle i gorącą czekoladę do ulubionej czekoladziarni, ale na miejscu okazało się, że mają awarię prądu i zamknięte jest. A taki już miałam smak na dobrą aromatyczną czekoladę, ech! Nic to, w pobliżu jest nasza ulubiona pizzeria Otomat serwująca dziwne pizze, no to dawaj do pizzerii.

4 października 2026

Rozstania nadszedł czas

 W zeszłą sobotę w koncu wybrałyśmy się z Najstarszą na zaplanowany marsz po polderze Kruibeke-Bazel. W aplikacji Komoot zaplanowałam sobie trasę na 12 km od i do dworca w Hemiksem z opcją, że w razie jakby nogi nie chciały nogować, to możemy dojść tylko do zamku Wissekerke, w którym jest jakieś muzeum i po zdecydowaniu się na zwiedzanie muzeum zwyczajnie wrócić tą sama drogą i nie robić już długiej pętli po polderze. No ale wybrałyśmy opcję i zwiedzanie muzeum, i pętla, a w międzyczasie jeszcze wysokoczenie do centrum wsi na szamę. Nie wiem, ile łącznie kilometrów zrobiłyśmy. Sam marsz wyszedł wg Komoota na 13 km, ale w tym nie ma łażenia po muzeum ani pałętania się po wsi, bo Komoot był wtedy zapauzowany, a potem i tak się zbiesił i od nowa zaczął liczenie. 

Do Hemiksem pojechałyśmy pociągami, co zajęło półtorej godziny i trzeba było dwa razy się przesiadać, mimo że rowerem by szybciej zajechał, bo to tylko w sumie kilkanaście kilometrów. Dostanie się z zadupia na zadupie nigdy nie jest proste, ale czasem warto. W tym wypadku na pewno warto, ale cieszę się, że nie jest to jakieś popularne miejsce i że mało tam ludzi chodzi. Dzięki temu można naprawdę odpoczywać podczas marszu, gdy co 5 minut nie popycha cię ani drogi nie zachodzi jakiś plebs. Człowiek może cieszyć się i napawać przyrodą: łabędzie, setki kaczek, gęsi, mew, czaple srebrne i siwe, zimorodki... no raj, Panie, raj... I te widoki dech zapierające. Cudne miejsce. Wrócimy tam na pewno, no i dalszą część polderu od strony Hoboken musimy jeszcze obejrzeć, bo to tylko mały skrawek polderu przeszłyśmy.

Z Hemiksem do Bazel przeprawiłyśmy się przez Skaldę za pomocą darmowego promu. Tam, panie, to już konkretna łajba pływa, że nie tylko rower weźmie, ale nawet ze skuterem przepłyniesz. No i miejsce na dziesiątki ludu jest na pokładzie. A i rzeka tam już szerokaśna, bo to już blisko Antwerpii i ujścia do morza. Z Hemiksem pływa też autobus wodny do Antwerpii, ale ten już jest płatny i apkę trzeba zainstalować, by bilety kupić. Zamierzamy się kiedyś przewieźć takim autobusem do Antwerpii a stamtąd to już sobie pociągiem wrócimy na spokojnie. Prom pływa co pół godziny z jednej strony na drugą i nazad.

prom pomiędzy Hemiksem a Bazel




siodełka jak na kosiarce konnej



prom


Trasa do zamku była prosta, w sensie że prosta. Były jakieś ze dwa skrzyżowania ścieżek, ale należało iść prosto, a szło się kocimi łbami, które po niderlandzku nazywają tutaj "głowami dzieci" (kinderkoppen) hehe, a inaczej kasseien.

Zaraz na początku ścieżki znajduje się drzewko z małą kapliczką, a pod nim ławka i "drzewko zakochanych" De Liefkesboom, które ma koronę w kształcie dwóch połączonych noskami łebków sarny i jelonka, a wykonali je w 2016 uczniowie okolicznej szkoły średniej. Na drzewku zakochani mogą przypinać kłódeczki.

De Liefkesboom - drzewko zakochanych

drzewo z kapliczusią


prosta droga po kocich łbach


 Tą prostą ścieżką doszłyśmy do Arcade, owego interesującego dzieła sztuki, które widziałam w necie i które chciałam na własne patrzały zobaczyć. Ta artystyczna brama wkomponowana jest w wał przeciwpowodziowy i symbolizuje wielowiekową relację wioski Bazel z polderami. Ma też podkreślać piękno otoczenia. Zaprojektowali ją i wykonali Pieterjan Gijs i Arnout Van Vaerenberg. Użyli do tego celu 19 ton stali Corten, która kiedyś używana była do budowy statków, co też ma symboliczne znaczenie. Arcade ma 27,5 metra długości i 10 metrów wysokości. Widać ją z daleka.

Arcade


Kawałek dalej znalazłyśmy ów piekny bajkowy zamek nad wodą Kasteel Wissekerke. Nawet Najstarsza cykała fotki jak szalona, co rzadko jej się zdarza. 

Jest piękny! 

Znajduje się tam też kilka uroczych mostków. W tym dwustuletni (z 1824) żeliwny most wiszący zaprojektowany przez inżyniera Jean-Baptiste Vifquaina, który inspirował się mostem Union Chain Bridge zbudowanym kilkalat wcześniej jako połączenie Angli i Szkocji. Z tym że to jest zaledwie namiastka tamtego 137 metrowego mostu, bo ma zaledwie 20 metrów długości i 2 metry szerokości.



dwustuletni most nad fosą zamkową

śćieżka do zamku

Kasteel Wissekerke

Wewnątrz znajduje się muzeum o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Dowiedziałam się o nim, gdy szukałam informacji o zamku. A muzeum jest fajne. Poczułam się tam jak mała dziewczynka, która zawsze marzyła, by zobaczyć prawdziwy zamek i te wszystkie ukryte przejścia przejścia, schody na wieżę, te łóżka z baldachimem oraz pokoje służby. To wszystklo tam można zobaczyć na żywo. Najstarszej nie podobało się to muzeum jakoś specjlanie, bo - jak powiedziała - za mało było rzetelnych, ciekawych informacji na temat życia z tamtej epoki, sprzętów, no w ogóle mało faktów, a tylko taka fantastycznam choć oparta na faktach, bajkowa opowieść. Nagranie w elektronicznym przewodniku opowiadane jest przez kobietę w pierszej osobie, jakby właścicielka zamku opowiadała ci jakiś dzień z życia. Dla mnie bomba, dla córki kicha, bo każdy lubi co innego. Zdjęcia z zamku-muzeum dodały się na końcu i nie chciało mi się ich przepychać przez post do góry. Niech tam zatem zostaną. Może nawet i lepiej, bo sporo tego jest.

duiventoren - wieża gołębi (gołębnik)

Dawniej gołębie posiadać mogli tylko zamożni ludzie. Uzależnione było to od pieniędzy ilości posiadanego pola. Jeden gołąb przysługiwał na hektar. W tej wieży było miejsce na 680 gołębi. Gołębie hodowało się dla mięsa, ale też dla cennego nawozu. 

ruiny stajni





główna brama do zamku


"dziewczynka na rowerze"

Jak skończyłyśmy zwiedzać, kiszki nam już głośnego marsza grały, bo od lekkiego śniadania rano nic w pysku nie miałyśmy poza kromką peperkoeka (tutejszego piernika). Chciałyśmy coś kupić w Panosie w Mechelen, gdzie się przesiadałyśmy, ale jakaś gromada bab nie mogła się zdecydować, co będą jadły i odpuściłyśmy, by zdążyć na nasz pociąg. Miałyśmy tylko wodę, a już południe dawno minęło.

W centrum Bazel pełno jest knajpek, ale większość dopiero od 18 czynne. Wlazłyśmy do otwartej i nawet żarcie dobre było, ale kończąc swoją sałatkę zauważyłam, że mi jakieś gąsienice po talerzu maszerują hahaha. Lepsze gąsienice niż jakieś muchy, bo much nienawidzę, a gąsienice mi nie specjalnie przeszkadzają. Jednak pytałam kelnerki czy ta sałtka bez mięsa, a ona powiedziała, że bez. KŁAMAŁA! Wzięłam talerz i poszłam jej to powiedzieć... Dziewczyny zdawały się być zszokowane i od razu zaproponowały mi nową porcję przepraszając przy tym wielokrotnie, ale podziękowałam, bo już byłam najedzona. Wróciłam do stolika dokończyć lemoniadę i poczekać aż Najstarsza skończy swoją sałatkę. Chwilę później podeszła szefowa knajpy z przeprosinami. Powiedziała, że sprawdziły wszystko i nigdzie nie znalazły innych gąsienic. Zaleciłam im dokładne sprawdzenie orzechow, bo jestem pewna, że te stworzenia były w orzechach... 

Ktoś inny pewnie by się oburzył i robił dramę, ale mnie to zwyczajnie śmieszyło. Poza tym sama czasem coś gotuję i ogólnie różne rzeczy w życiu robię stąd wiem, że wszystko może się zdarzyć i że każdy może popełnić jakis błąd, czegoś niedopilnować, coś przegapić... Nie takie rzeczy zdarzało mi się odpierdzielić w swojej kuchni. Gdy wychodziłyśmy kierowniczka jeszcze raz nas przepraszała i jeszcze raz. 

Więcej tej knajpki nie odwiedzimy raczej, ale nie ze względu na wpadkę gąsienicową, ale na hałas. Akustyka tej małej salki była tragiczna. Oprócz nas była tam tylko spokojna rodzinka obchodząca jakieś urodziny czy coś, ale choć oni tylko cicho rozmawiali, to hałas był tam okrutny dla naszych wrażliwych uszu. Córka włożyła sobie filtry do uszu, które my zawsze ze sobą nosimy, ale i to nie pomogło...


sałatka z kozim serem i owocami
i GĄSIENICAMI xD


Najedzone i napite postanowiłyśmy, że robimy  jeszcze pętlę przez polder, czyli półdzikie bagna i chaszcze. Było warto. 

Widoki przezacne i to wszystko ptactwo wodne... Poza tym były tam też ruiny dawnego basenu, który napełniany był wodą ze Skaldy, ale też bardzo często zalewany. Teraz jest już tylko pozostałość z wieżyczki.

znowu ścieżka brukowa

zimorodek, którego dziób można otworzyć i tam znajdują się informacje

Poniższe widoki mnie zachwyciły wyjątkowo. Tam trzeba koniecznie pójść wiosną z lornetką  i apartem by obserwować ptaki. Może nawet bobra da się zobaczyć.



Ponizszy domek zbudował własnoręcznie w 1961 murarz Cyriel De Roeck z materiałów z odzysku, dlatego wygląda on na starszy niż jest w rzeczywistości. Gdy rewitalizacji polderu większość zabudowań i obcych roślin stamtąd usunięto, ale ten domek wyjątkowo pozostawiono. Jest uroczy. Z drugiej strony ma okienka w kształcie ryb, ale krzaczory tam zarosły i nie widać. Trzeba by zimą pójść, jak liście odpadną.

Karperhuisje - domek karpia

Tuż obok jest góreczka ze schodkami, z której można podziwiać ptactwo wodne.





Jedno co jest tam nie na miejscu to niesamowita ilość słupów i lini elektrycznych. Okropieństwo.






tą oto drogą kopytkowałyśmy do promu


Poniżej budynek kiedysiejszej elektrowni węglowej belgijskiego Electrabelu z 1930 roku. Była ona kiedyś największą elektrownią węglową w Europie. Działała do 2000 roku. 

elektrownia

ruina basenu

basen

jakaś górka

stawy, fosy, strumyki, łaki, bagna składają się zachwycające widoki

Skalda (Schelde)


W miejscu, skąd odpływa prom są wygodne drewniane leżaki z widokiem na wodę. O, przyjemnie się tam było rozłożyć i wyciągnąć kopyta po takim marszu. 

W pociągach też było masę hecy. W Mechelen na stacji zauważyłyśmy pociąg wysprayowany w świnie :-) Głupie, ale śmieszne. Szkoda tylko, że ktoś to potem musi czyścić i od nowa malować. Jakie to koszty! 

W jednym z pociagów siedział wielki krzyżak za siedzeniem. 

Z okna zobaczyłam na stacji, że "nasi" byli w Willebroek. 

Stacja w Puurs była jakaś pechowa haha. W tamtą stronę jadąc pociąg zatrzymał się przed stacją w polach i stał... nie wiadomo po co. W rezultacie zamiast 7 minut na przesiadkę miałyśmy jedną. Dobrze, że to mała stacyjka a nie ogromny dworzec.


nasi tu byli :-)

pasażer na gapę


W drodze powrotnej z kolei pociąg zatrzymał się w Puurs i wszyscy rzucili się do drzwi, bo to stacja końcowa, a tu zamknięte. Światełko na przycisku do otwierania się nie paliło, ale i tak każdy dusił i dusił ten guzik, a tu nic. Chwilę staliśmy wszyscy i się kręciliśmy spoglądając jeden na drugiego przez cały wagon i zastanawiając się, o co chodzi. Byłyśmy akurat w pierszym wagonie, więc widziałyśmy jak kierownik pociagu po chwili wyszedł raźno z kabiny uśmiechnięty z plecakiem na plecach i spojrzał zdziwiony na tych wszystkich ludzi i zawołał ze śmiechem "A, pewnie chcielibyście wysiąść?!", po czym wrócił do kabiny i zapowiedział ze śmiechem, że drzwi zaraz się otworzą, no i je otworzył w końcu. Bo każdemu zdarza się przypalić głupa.

mural na przejściu pod torami w Puurs

mural pod torami w Puurs


W poprzedni weekend dużo dumaliśmy i dyskutowaliśmy z Małżonkiem i w końcu ten ostateczie zdecydował, że w piątek już definitywnie pożegna Belgię i pojedzie zacząć nowy życiowy rozdział na polskiej ziemii.

To była szybka decyzja. Czy dobra, czas pokaże... Na pewno cholernie trudna. Jednakowoż brak aktualnie lepszych rozwiązań.

W poniedziałek zatem od rana zabraliśmy się za mejlowanie i dzwonienie do różnych miejsc, by dozałatwić, dopytać i by w miarę możliwości wszystko było już jak należy i nie musiał za chwilę nagle przyjeżdżać znowu po jakąś bzdurę. Podejrzewam, że mogą jeszcze być rzeczy, które nie przyszły  nam do głowy i dopiero za jakis czas się o nie potkniemy.

Ja się wkurwiłam znowu na instytucję wypłacającą dodatek rodzinny. Już wiele miesięcy temu wysłałam bowiem pismo o zmianę numeru rachunku, by te parę centów na Młodego wpływało na moje konto, jak należy, a nie na Małżonka konto, które kiedyś było naszym wspólnym rachunkiem, ale się wymeldowałam z niego po założeniu własnego... W Belgii dodatek rodzinny w normalnych okolicznościach zawsze wypłacany jest matce.

Potem o tym zapomniałam, bo jak ja coś załatwiłam, to uznałam że jest załatwione i skreśliłam z listy zadań. Teraz mi się przypomniało, bo teraz to ważniejsze niż dotąd, gdyż Małżonek opuszcza kraj i pewnie z czasem zamknie w końcu ten rachunek... Zalogowałam się zatem jeszcze w poprzednim tygodniu na swój profil, a tam, proszę ja was, widnieje właściwy numer rachunku. Dlaczego zatem płacą rodzinne na zły? Bo to mogą...? 

Była tam opcja, że mogą do mnie zadzwonić, no to wybrałam poniedziałek o ósmej rano, by jak najszybciej tę kwestię mieć z głowy. Dostałam mejl potwierdzający callback. Git.

W poniedziałek o ósmej czekałam na kanapie z telefonem w ręku. Minęła ósma pięć, ósma piętnaście, ósma trzydzieści, czterdzieści pięć... I nic. Zaczęłąm się zastanawiać, czy ja jestem głupia i źle zrozumiałam ten callback czy o chuj chodzi...?!

Wyguglowałam stronę ponownie i wybrałam opcję whatsapp. Po 5 minutach coś napisało, że mam podać rijkregistretnummer (tutejszy PESEL). Nie wiedziałam czy to ludź czy bot, bo sposób formułowania odpowiedzi wskazywał na to drugie, aż się w koncu zapytałam czy z człowiekiem rozmawiać czy z robotem.... Napisało, że z człowiekiem, ale nie byłam co do tego przekonanan, bo od początku rozmowy ani imienia, ani dzień dobry ani i wyjeb się... Te dzisiejsze urzędasy z bożej łaski, ech. 

Pewnie to coś korzystało z AI, stąd takie idiotyczne odpowiedzi były i ciężko sie było porozumieć. No żadego tam  "sorry" oczywiście też nie przeczytałam tam, a raczej nie można mieć było wątpliwości, co myślę o tym, że nikt nie zadzwonił do mnie, choć otrzymałam potwierdzenie spotkania telefonicznego. 

I jeszcze to coś wprowadziło mnie w błąd co do godzin otwarcia stacjonarnych biur. 

Dobrze, że jak napisało, że tak, mogę to załatwić w stacjonarnym biurze ("choć lepiej i szybciej przez mejl" TAAAAA), to se dla pewności wyguglowałam, bo ja nikomu nie ufam i nikomu nie wierzę... 

Ono mówiło, że bez omówienie jest codziennie w każdym biurze do południa, a środy i popołudnia na omówienie. Okazało się, że w biurze, pod które my należymy, bez omówienia jest cały poniedziałek i cały czwartek, a nie jak to coś mówiło. Nie ma to jak taka robota - chuja robisz, gówno wiesz, za nic nie odpowiadasz, a wypłata systematycznie wpływa na konto. Zastanawiam się czasem skąd urzędy biorą tych ludzi do pracy...? Czasem to przecież takie oszołomy są, że głowa mała.

Postanowiłam pojechać do tego wątpliwego urzędu rowerem jak tylko załatwię swój ulubiony zastrzyk.

 Pod przychodnią zastałam chyba co najmniej pół gminy. Jeszczem nigdy tam tyla samochodów nie widziała! Nawet na ulicy stali mimo dużego parkingu. Od razu przypomniało mi się, że Młoda kiedyś coś tam bąkała, iż na stronie przychodni pojawiło się info, że zrobili w końcu dzień recept, kiedy to można przyjść na określoną godzinę bez umawiania tylko po receptę...

Pielęgniarka już na mnie czekała, bo 2 minuty się spóźniłam i miała otwarte drzwi w gabinecie, a mnie zobaczywszy zaraz uśmiechnęta zamachała i kazała wchodzić. Potwierdziła moje podejrzenia, informując od razu, że  dziś dużo ludu w ptzychodni, bo teraz można tylko po receptę bez umawiania przyjść i że na górze jeden lekarz siedzi i przyjmuje ludzi po kolei i wypisuje im recepty. 

Armagedon hahaha. 

Ale ogólnie, uważam, dobre rozwiązanie, bo na kij marnować cenne 15 minut przeznaczone na normalną wizytę, jak tylko głupiej recepty potrzebujesz. W tym czasie lekarz może komuś pomóc faktycznie a nie pieprzyć się z receptami. Dawniej można było po prostu do lekarza zadzwonić i wystawił receptę elektroniczną, gdy ktoś brał jakieś leki długotrwale, ale potem nagle tego zakazali i trzeba za każdym razem osobiście oglądać doktora, ale recepty są i tak elektroniczne. Głupi sysytem.

Potem wetknęłam telefon do trzymadła na kierownicy i pokręciłam do tego biura. Nigdy wcześniej nie byłam w tej miejscowości, bo tam nic innego nie ma. Nie wiem dlaczego te tutejsze urzędy często są w jakichś idiotycznych miejscach, gdzie diabeł mówi dobranoc i dlaczego każde w innej miejscowości... 

W PL to, jak pamiętam, urzędy były zwykle w jakichś centrach miast, dokąd dało się spokojnie jakimś autobusem czy czymś takim dostać, a nie w dziurach zabitych dechami, gdzie nawet koniem ciężko dojechać.

Ten urząd jest w takim miejscu, że w życiu bym się nie spodziewała go tam znaleźć. I jeszcze organizacja tego. Jeżu Najkolczaściejszy! Nie mają roweradła pod budynkiem, co jest już żenadą do entej potęgi. Konia tym bardziej nie było by gdzie uwiązać, choć mijałam po drodze kilka jebitnych stajni i pastwisk końckich...

Weszłam do budynku, który miał ze dwa piętra i w którym różne instytucje, urzędy się mieszczą, i gdzie w holu na dole znajduje się rozpiska i drogowskazy. Super, tyle że nie było tam nigdzie widać tego, do czego przyjechałam. Była zatem chwila konsternacji...

 Szła na szczęście jakaś kobita, to się zapytałam, a ta - UWAGA - mówi, że muszę wyjść na zewnątrz i tam nadusić dzwonek, wtedy ktoś wyjdzie. CO KURWA?! HAHAHA. Jebłam! 

No ale wyszłam, nadusiłam jakiś dzwonek, a wtedy dostrzegłam inny dzwonek, przy którym była nazwa tego biura. JACIERPIĘDOLĘ! Co to ma być,  jakiś escape room czy może jakiś wątpliwy  test na intelignecję i orientację w terenie?! 

Wtedy wyszła baba od tego pierwszego dzwonka oburzona, że jej w zabraniu przeszkadzam. No to może zróbcie se tu jakiś kurwa porządek, zatrudnijcie recepcjonistę czy coś...? 

Jest poniedziałek rano i już jestes wkurwiony na cały tydzień przez cholernych urzędasów, którzy nawet jednej najprostrzej rzeczy nie potarfią raz dobrze zrobić. 

W końcu udało mi się dostać to tego tajnego urzędu. Baba mnie przeprosiła za kolegę/koleżankę (po niderlandzku to zawsze collega i nie wiesz jaka płeć), ale nie miała na to żadnego sensownego wytłumaczenia tylko jakieś ten tego ten no wiesz jak jest czasem sie zdarza... że się umówią, a nie zadzwonią. No jasne, całkiem normalna to sprawa. Ciekawy, czy jak ja bym nie przyszła na jakieś spotkanie czy nie zapłaciła jakiejść faktury, to by sorry wystarczyło... Tak, na pewno. Pfff.

No i że "naprawdę nie musiałam jechać 20 km rowerem tylko wydrukować i podpisać a potem wysłać pocztą lub mejlem..." ALE JA JUŻ TO KURWA ZROBIŁAM Z PÓŁ ROKU TEMU I CHUJ  TO DAŁO GŁUPIA PINDO - pomyślałam sobie ze złością. A poza tym skąd wiesz, że mam drukarkę i skaner, bo może nie mam...? 

No dobra, przyznaję,  nienawidzę tej instytucji od samego początku, bo z nimi tylko same problemy zawsze ze wszystkim. Nigdy nie wypłacili nam zaległych 3 tysięcy euro rodzinnego, ale upierali się  że owszem... Teraz to już przeterminowana sprawa, a wtedy nie znałam języka, by samemu się z nimi żreć, a proszenie innych o pomoc to nigdy nie jest dobra rzecz. No i oczywiście wtedy to najbardziej ten pierdolony polski MOPS namieszał, ale - jak już powoedziałam wcześniej - chuj im wszystkim grób...

Kilka lat temu znowu upierali się, że nie należą nam się szkolne pieniądze na młodego. Na córki tak, na syna nie. A dlaczego? Bo tak! Czego nie rozumiesz. Dopiero po roku użerania łaskawie wypłacili. Teraz też się nie należą, ale teraz chyba faktycznie ze względu na zbyt wysokie (śmiech) zarobki Małżonka. Bazowe rodzinne, te sto coś tam euro jednak się należy jeszcze na razie a teraz każda stówka się przyda i lepiej jakby wypłacili w końcu tam gdzie powinni, a nie gdzie im się trafi. 

Przekręciłam z 50 km na rowerze po górkach, co samo w sobie jest nie jest jakąś straszną odległością, ale najgorsza to byla droga z pieca na łeb wyłożona kocimi łbami. Po złych doświadzeniach i o mało się nie wyjebaniu na tych pierdolonocyh kamurach, choć bardzo ostrożnie w żółwim tempie jechałam trzymajac oba hamulce aż mi dłonie cierpły i bolały, potem wybrałam inną drogę powrotną...

A tam też bruk. 

Zaiste w chuj śmieszne.

na górce był czarny młyn wiatrowy

 Mamy rok 2026 a tu po wsiach drogi brukowe zamiast normalnego wygodnego asfaltu. Czy choćby betonowych płyt. 

A przy tej brukowej drodze pod wyczesanymi willami stoją Tesle, Mercedesy.... Że też ludziom nie szkoda drogich aut na takie drogi, kurde. Tyle, że pewnie te drogie auta to auta robocze, firmowe, które można mieć totalnie w dupie, kiedy firma płaci za naprawy... No a może ludzie są po prostu zwyczajnie bogaci i nie liczą się z kosztami albo zwyczajnie głupi...? 

Chodnik czy ścieżkę rowerową mogli by jednak zrobić normalną przy tej ekologicznej jezdni, bo wiodą tamtędy też szlaki rowerowe... No bo i okolica jest ładna, nie powiem, taka pagórkowata, lesista tu i ówdzie. Fajnie się tam rowerowałao, ale kurde niebezpiecznie i mecząco przez ten bruk.

Miało też nie padać za dnia, a dopadła mnie jakaś nagła ulewa. Super się jednak złożyło, bo tuż zaraz był moj ulubiony kringwinkel no to się tam ukryłam przed deszczem hahaha. Wyszłam biedniejsza o prawie 30 €, ale z dwoma parami prawie nowych markowych butów dla Młodego, dwoma książkami,  figurką-kurką i małą słodką maskotką-kotkiem. Z czarnych butów i maskotki Młody wielce się ucieszył. 

buty Tamaris z drugiej ręki

Męczący to był dzień, ale w ostatecznym rachunku pozytywny, bo duże rzeczy udało się załatwić. 

We wtorek byłam jednak bardzo zmęczona. Poszłam tylko do psycholog, a potem pokręciłam na zakupy do Lidla. Wreszcie przyjrzałam się bliżej zaporom na drodze w lesie i uśmiawszy się postanowiłam je olać i przeleźć z rowerem pod wstążką. Zapory już ktoś wcześniej równie odważny porozstawiał na boki, by dało się przejść z rowerem. Normalni oczywiście idą na około. Na znakach napisali markerem "szerszenie europejskie". Faktycznie są tam. Latają koło ściętego drzewa. Pomyślałam sobie, że ścinanie tego drzewa  musiało dosyć efektownie i ciekawie wyglądać. Chciałabym to wiedzieć bo ja złą kobietą jestem. Wywalanie drzewa z gniazdem szerszeni to nie jest najlepszy pomysł, ale też jakoś nie chce mi się wierzyć, że jak robotnicy zaczęli ciąć to drzewo, to że te owady ich nie ostrzegały... To jednak czyste spekulacje, jak zresztą wszystkie inne moje przemyślenia na tym blogu.

"szerszeń europejski" (w tym drzewie leżącym)


Ja tam się jednak szerszeni nie boję, więc se przeszłam tamtędy w te i wewte z rowerem. Po kij mam na około przez pół lasu kręcić na darmo z rowerem wyłądowanym towarem niczym wielbłąd, jak mogę normalnie prostą drogą przejść.

Kolejnego dnia ugotowałam wreszcie coś do jedzenia. Dzień wcześniej zamówiliśmy bowiem pizze i makarony z pobliskiej pizzeri tak w ramach ostatniego wspólnego posiłku na wynos zanim Małżonek wyjedzie.  Znowu zrobiłam curry, bo to każdy poza Młodym lubi. Jak się najadłyśmy poszłyśmy z Młodą sprawdzić, czy damy rady trzy transportery flaszek a potem napojów we flaszkch przewieźć rowerem... No bo co jak co, ale to akurat zawsze Małżonek wymieniał w hurtowni i autem przewoził, a odtąd będą tylko rowery dostępne. 

Do hurtowni napojów mamy około kilometra, więc nie jest to jakoś daleko. Spokojnie się dało. Do skrzynki drewnianej na kierownicy zmieściła się jedna skrzynka na sześć litrowych butelek, a obok jeszcze wtyknęłyśmy parę małych butelek po coli. Resztę butelek po coli zmieściło się do sakwy z tyłu. Na bagażniku postawiłyśmy pusty transporter na małe butelki (które jechały w skrzynce i sakwie), a do tego transportera wsadziłyśmy drugi z dużymi butelkami. 

Z hurtowni tą samą metodą przywiozłyśmy zatem 6 litrowych szklanych butelek (2 transportery) plus 24 małe szklane butelki wiśniowej Loozy i transporter od nich, a do tego jeszcze jedną litrową szklaną butelkę Sprite'a, jedną puszkę piwa bezalkoholowego i 2 flaszki piwa owocowego do spróbowania oraz rolkę gminnych worków na odpady kompostowe. Wszystko zmieściło się na jeden rower. No dobra, rower pchałyśmy, bo droga do naszego domu to obraz nędzy i rozpaczy, więc czasem to samemu strach tam rowerem jechać, a co dopiero z takim tłukącym i ciężkim ładunkiem. Istotne, że "Krowa Rower" przeszła test  pomyślnie. Yuppi! Możemy wozić napoje z hurtowni spokojniutko, bo nie ma to jak szklane butelki, które można wymieniać na pełne, a i napoje o niebo lepiej smakują ze szkła niźli z plastiku. 

My to jednak już jesteśmy Belgusy - najdziwniejsze rzeczy przewieziemy rowerem haha. Wszystko kwestia pomyślunku i współpracy. Ubaw też zawsze przy tym przedni mamy.

Młody miał w środę hybrydę ale tą taką ogólnoszkolną. Swojej prywatnej jeszcze nie miał, bo ma nowego coacha i dopiero wszystko trzeba od nowa załatwić. No i jak w tygodniu już jest hybryda, to i tak nie może mieć drugiej. Ale powiem raz jeszcze, że super to sprawa, gdy uczeń raz w tygodniu może się uczyć z domu w spokoju bez wychodzenia z domu i marnowania czasu na dojazd do szkoły. 

Najstarsza ciągle chodzi na staż w kuchni. Niby już miała zaczynać przy zieleni, ale szefowa jeszcze nie uzgodniła tego z typem od zieloności. Robi teraz dwa całe dni i dobrze z tym się czuje. Ciekawe jesteśmy, jak będzie jej ciało się odnajdywało przy czterech całych dniach pracy, ale musimy jeszcze poczekać na to. Wszystko tak się ciągnie, przedłuża... jak ja nie lubię takiego certolenia! Jak mam coś robić to od razu chcę się za to zabrać, a nie czekać tygodniami na wszystko.

W piątek Małżonek wsiadł do Sindbada i pojechał do Polszy. To wezwanie na kontrolę i awaria samochodu popieprzyły cały plan. On miał pobyć dłużej w PL i więcej rzeczy tam wstępnie ogarnąć, a potem na spokojnie przyjechać autem do BE, by zabrać rzeczy i dopozałatwiać sprawy, no ale los jak zwykle zrobił nieśmieszny żart. Kontrola była wcześniej, niż się spodziewaliśmy, a auto się popsuło. Zatem mógł zabrać tylko tyle, ile da się wziąć do autobusu. Dobrze, że Młoda miała zapas worków do pakowania próżniowego ubran, to nawet kołdrę, poduszkę i koc udało się łatwo spakować do walizki. Trochę rzeczy poszło kurierem, ale pewnych rzeczy nie da się zwyczajnie nadać, bo się zwyczajnie nie opłaca skórka za wyprawę. 

Jeśli nie sprzeda auta po odebraniu go z warsztatu, to może przyjedzie za jakiś czas i pozabiera jeszcze to i owo, ale jeśli sprzeda, a taki jest właśnie plan, to trzeba znaleźć inną opcję... No ale to wszystko to tylko drobny szczegół w tym całym karkołomnym i trudnym przedsięwzięciu.

Jeszcze pięć lat temu taki obród spraw nie przyszedł by mi do głowy, ale że życie bywa zaskakujące i nieprzewidywalne, to akurat wiem od bardzo dawna... 

Tak czy owak faktem jest, że rozstania nadszedł czas. Dalej pójdziemy już różnymi drogami. Czy one się kiedyś jeszcze zejdą, czas pokaże. Dziś jest taka sytuacja, że trudno przewidzieć, co jutro nas czeka, a co dopiero gdybać o dalszej przyszłości. Wszystko może się zdarzyć. 

Pojechałam z Małżonkiem do Brukseli, by pomóc trochę z bagażem. Oczywiście autobus ten, który najbardziej nam pasował, nie jechał. Na szczęście sprawdziłam rano i zobaczyłam, że skreślony, więc pojechaliśmy jeszcze godzinę wcześniej, bo nie ma co ryzykować dojazdu w ostatniej chwili. Mieliśmy zatem czas, by pójść na kawę i dobre ciastko na Dworcu Północnym.




 Potem dojechała Młoda i jak Małżonek wsiadł do autobusu, my poszłyśmy pozwiedzać muzeum, które znajduje się nieopodal przystanku Sindbadów, a które jest darmowe. Muzeum Banku Narodowego okazało się bardzo interesujące. Na tyle, że nie wyrobiłyśmy się z oglądaniem wszystkiego przed zamknięciem. Chłop przyszed i powiedział, że za 10 minut zamykają, no to tylko szybko obiegłyśmy resztę sali i poszłyśmy po nasze plecaki do lokersów. 

Najciekawsze były najwyższe piętro, gdzie przedstawiona jest historia pieniądza. Dużo tam ciekawostek i eksponatów. Wszystko uważnie oglądałyśmy, słuchałyśmy i czytałyśmy... Ludzie nas zwykle mijają i idą dalej, gdy my oglądamy wszystko dokladnie, dyskutujemy, myślimy... Tutaj też tak było, a jakoś wydawało mi się, że muzeum banku nie może być dla mnie interesujące, bo pieniądz to w ogóle nie moja bajka. Pierwszy raz zobaczyłyśmy 500€ banknot na żywo... No dobra, był w gablocie i nie można było nawet macać. Przed wejściem do muzeum trzeba przejść przez bramkę i podać torby do kontroli, ale przynajmniej nie trzeba nic płacić za zwiedzanie. Czynne jest tylko w tygodniu, weekendy zamknięte.









kalkulator


A wczoraj upiekłam wreszcie pierwszy raz FLAMMKUCHEN, na które to danie przepis  kiedyś przypadkiem w odmętach internetu znalazłam. Ciasto chlebowe posmarowane śmietanką kwaśną, a na tym kawałki gruszki i sera rochefort oraz świeża rukola (dodana po upieczeniu). Tak mi smakowało, że od razu cztery kawały wciągnęłam. PYCHOTA! Najstarszej też smakowało, a Młoda i Młody powiedzieli bleee!



Dalej już zdjęcia z polderu i muzeum w zamku:

czapla z polderu

sójka

gęsi

więcej gęsi



łabądki widziane z górki koło domku karpia



łyska

odlatująca czapla i jacyś ludzie





kormoran naśladujący rzeźbę

upiększanie


Zamek Wisselkerke. Muzeum.








właściciele kolegowali się z Napoleonem













kolekcja nocników

pomieszczenia dla służby

pokoik służącej