26 lipca 2026

Ta jedna zwykła wakacyjna niedziela

 Zwykle publikuję i w dużej mierze też piszę te posty w piątek, ale tym razem coś nie poszło, no to w spróbuję napisać w niedzielę, bo pora se siąść na dupie na chwilę.

Dzisiaj bowiem jakoś tak wyjątkowo pracowicie zaczęłam dzień. Wstałam gdzieś przed siódmą, by kurczaki uwolnić i nakarmić. Na noc chowamy wszystko ziarno do domu, bo znowu szczury się pojawiły, a nie ma ich co utwierdzać w przekonaniu, że knajpa u Heńka otwarta jest  24/7. Wystarczy, że w dzień przyłażą i biorą ziarno jak ze swojego. Jeszcze ci to się do kury potrafi postawić z zębami... Małe wredne gnojki.

Potem od razu nastawiłam pierwsze pranie i zaczyniłam drożdżówki i usmażyłam do nich jabłka. Po śniadaniu poszłam posprzątać kurnik kurozaurów, bo uznałam, że już pora. Codziennie zbieram tylko łopatką kupy z trocin, ale raz na jakiś czas trzeba zrobić gruntowne porządki. Tym razem popsikałam trutką na kurze wszy, bo naturalniejsze metody coś nie zadziałały... Posypałam jednak jeszcze i diadomitem zanim nasypałam nowych trocin. Potem posprzątałam jeszcze u świnek, no i upiekłam te bułki. W międzyczasie zaczyniłam i wyrobiłam też już chleb na zakwasie, ale ten to może dopiero jutro będę piekła. Na razie se rośnie...

Prań jak dotąd (jest czternasta) zrobiłam trzy i wywiesiłam w ogródku, bo fajnie wieje, to elegancko wszystko powinno wyschnąć przed domniemanym deszczem... Bo tak, apka od prognozy pokazuje na dziś na ok piętnastej, szesnastej deszcz. Czekamy na to jak na zbawienie, bo już wiele tygodni porządnie nie popadało. W ogóle ani kropla nie spadła. Łączka za domem już wyschła na amen. Na środku jednego zielonego źdźbła nie uświadczysz. Świnki już z tydzień nie dostały świeżej trawy, bo nie ma gdzie urwać. Nie raz jak za domem nie było, to podkradaliśmy farmerom na łąkach i pastwiskach, ale teraz na łąkach trawa nie wyrosła. Tylko te twarde badyle z nasionami wyrosły i to nie bogato - zaledwie na kilka cm, a tutaj w okolicy to trawa zawsze była gęsta, bujna, soczysta. Kukurydza tu też zawsze bujna była, a teraz takie suche kurduple w niektórych miejscach, że szok... Świnkom czasem przynoszę liścia jednego ukradzionego tu czy tam przy drodze, ale w wielu miejscach i kukurydza zeschła w cholerę... 

Nie wróży to za dobrze, panie, taka pogoda na wsi ani w lesie... A ten epizod deszczowy zapowiadają tylko na dziś, a potem znowu gorąc i sucho. Nadają znów do 35 stopni. To już nawet dla mnie za ciepło jest...

W pozostałe dni tygodnia co robiłam, to nie mam pojęcia, ale zasadniczo to nic, czyli mniej więcej to samo, co dziś - gotowanie, pranie, sprzątanie, karmienie zwierząt, jakaś książka, jakiś instagram, jakieś rozmowy. Jednym słowem życie codzienne w sezonie wakacyjnym. 

Ostatnie centy wydałyśmy z Młodą na imprezowanie w Gandawie, a z tego co zostało tylko na codzienne żarcie starcza, więc trzeba czekać, aż następny zasiłek wpłynie, żeby skoczyć do jakiegoś muzeum, na basen czy na jakąś tam inną wakacyjną atrakcję. Tyle, że w tym miesiącu wypada kolejna opłata za ortodontę, a to kilkaset euro, więc raczej nie ma się co nastawiać na grubsze wakacyjne zabawy, żeby potem na szamę nie brakło hahaha. Z drugiej jednak strony chciałabym choć Młodego gdzieś zabrać, by choć trochę ufajnić mu wakacje, bo w tym roku nie chciał jechać do Polski, gdyż nie ma tam co robić, odkąd kuzyni dorośli i poszli w świat... Z drugiej strony to Młody nie bardzo ma chęć gdzieś dać się zabierać, bo to raczej typ domatora. Tam na boisko pójść czy w jakąś grę zagrać, tudzież film obejrzeć, jest git, ale jak już pociągiem trzeba gdzieś jechać, to nie jest za batdzo chętny, bo nie lubi siedzieć w pociągu ani autobusie... Może zatem na rowerach gdzieś pokręcimy, by coś pozwiedzać... Ale to też trzeba mieć hajsy, by choć na lody pójść czy jakąś pizzunię, bo muzea to ja mam w większosći gratis z moją kartą muzealną a i małolaty mają dosyć tanio...

Ostatnio był u kumpla klasowego, a ten ma ogromny basen przy domu to się wybawili i wychlapali. Pojechał do niego rowerem i pociągiem, ale wieczorem już mama kolegi go autem odwiozła razem z rowerem. Miło.

Przez dwa dni tłukł się też po lesie i po wsi z tutejszymi kolegami. Nawet na jakąś opuszczoną farmę tamtych zaciągnął. Nastolatki, ech... Czasem wsiada też na rower i sam jeździ wieczorami po okolicy. Z tego, co wymieniał miejscowości, to w promieniu kilkunastu kilometrrów od domu się rozbija tym swoim rowerkiem. Czasem trochę się denerwuję tymi jego wycieczkami, bo diaboł nie śpi, ale z drugiej strony ja z bratem też się włóczyliśmy samopas, gdzie oczy poniosły. Nie będziemy przecież trzymać nastolatka na łańcuchu przy budzie ani go za rączkę prowadzać. I tak dużo czasu z nami spędza, jak na nastolatka. Niech się uczy samodzielności. Od czasu do czasu wskakuje też w rolki i roluje po wsi jak szalony. Najwięcej to jednak czasu spędza oczywiście w sieci, bo tutaj na wsi to jednak nie bardzo jest co robić poza tym. 

Dziewczyny pojechały dziś gdzieś do polaka po zapas polskich produktów. Najpewniej do Sint-Niklaas, bo od nas wszędzie w sumie daleko do polskiego sklepu, ale czasem lepiej pojechać dalej z przesiadakmi niż kręcić 10 km rowerem, a tam jest duży polski sklep. Poprosiłam o kilka zupek serowych z knorra, bo czasem jak się nie chce gotować, to dobrze mieć coś takiego w szafie. W Belgii nie znalazłam ani jednej dobrej "chińskiej" zupki. Wszystkie są ohydne. Młody kupuje se jakieś nudle z Buldaka, ale mnie to nie podchodzi. 

A w minionym tygodniu naszą kuchnię sponosrowały kluski śląsie, żółte curry, zapiekanka z kalafiora i ziemniaków oraz leczo - wszystko wege. Leczo gotowała Młoda i muszę rzec, że wyśmienite jej wyszło. Młodemu robiłam raz wrapy z nie-kurczakiem. Jednego dnia jadł coś u kolegi, poza tym wpieprza nudle z pudełka, i gotowe frytki czy inne tam śmieciowe żarcie z airfryera, no i jajecznicę. Kury zdecydowanie za wolno robią jajka ostatnio... W sumie to teraz tylko Wanda niesie. Balbina też niesie, ale jaja bez skorupek, więc od razu to zjadają zarazy. Bożena i Sunny kwokały, więc nie niosły, ale Sunny już się odsiedziała, to może zacznie czasem kraftować jakieś jajko. Ona już ma coś z 5 lat, to nie niesie już tak jak za młodego, ale czasem jednak coś tam wyprodukuje pysznego. Jajka silek są o wiele smaczniejsze niż od kurozaurów, ale też nie ma co darowanemu jajku pod ogon zaglądać... Riko nie niesie w ogóle, bo to taka kura maskotka - chorowitka i słabinka. Koguty też ciągle nie niosą ;-P

Przeszedł właśnie zapowiadany deszcz. Padało z 5 minut  równo i nawet kałuże na drodze powstały, ale pod drzewami nawet nie zmokło, czyli dupy nie urywa, ale lepszy rydz niż nic. Teraz już słońce świeci... No cóż, jak nie ma urodzaju na deszcz, to nie ma...

Przez tę nagłą zmianę nagle zaczęła mnie wielka senność ogarniać i już nie wiem, czy jeszcze miałam coś napisać. Zrobilam sobie trzecią kawę, co jest dla mnie nienormnalne, bo do dwóch się zwykle ograniczam, ale nie widzę poprawy...

Wrzucę zatem już tylko fotki zrobione iphonem w ostatnie dni koło domu i poszukam se jakiego filmu na Netflixie, bo nie mam siły nawet na czytanie książki, choć właśnie zaczęłam kolejny kryminał po niderlandzku znaleziony w Kringwinkel i kupiony za jednego eurosa.

bułka na zakwasie

zdziwiona Wanda z wypchanym wolem, bo ona zawsze głodna i wszystkiego ciekawa

Balbina pijąca wodę wylaną przeze mnie z miski

Riko czilująca bombę pod paprotką

jakiś różowy kwiatek z jednego z krzaków przy domu

to samo co wyżej, tylko inne

jakieś kwiatki, które mi ex-sąsiadka kiedyś dała

diablica Bożenka

jeszcze raz Bożena, bo Bożena jest wszędzie

ściernisko pod lasem za domem

żarłoczne gąsienice pawiego oczka gustujące w pokrzywach

jakieś bzz-bzz

selfie z iphone16

jakiś chwast

zagubione słoneczniki przy polu kukurydzy

mucha widziana przez liść kukurydzy

autoportret starej baby idącej na spacer

jeszcze inna mucha widziana przez liść kukurydzy

biedronka azjatyska

biedronki i mszyce



jakieś bułki

kluski śląskie


Wgrałam też na Youtube wideo z naszego latania balonem nad Belgią, więc jak ktoś chce sobie obejrzeć, niech kliknie tu: https://youtu.be/WV1WjG8PKWo?si=Ev9c5MLdH6_QhYIP

Na razie próbuję publikować nowe nagrania w piątek o osiemnastej. Czy długo wytrwam w takim postanowieniu, czas pokaże, bo ja nie jestem kimś na kim można polegać haha.


21 lipca 2026

Rak niszczy nie tylko ciało, ale też ducha a nawet rodzinę

 Ten post powstawał kilka miesięcy po kawałku. Pisałam go bardziej do szuflady niż do publikacji, ale dziś go znalazłam i stwierdziłam, że jednak puszczę w świat. Niech idzie. Mam przeczucie, że większośc ludzi pewnie tego wpisu nie zrozumie, ale może trafi  tu ktoś kto tkwi w podobnej sytuacji i będzie to dla niego ważne...

Kiedy 5 lat temu ginekolog stwierdziła, że mam jakiś guzek w piersi, "ale to pewnie cysta", nie zrobiło to na mnie większego wrazenia. Miałam bowiem pilniejsze sprawy na głowie niż jakieś niegroźne guzki w cycku. Potem, gdy okazało się, że jednak coś jest na rzeczy, już trochę poważniej to potraktowałam, ale zachowłam zimną krew, no bo czym tam się przejmować. Najwyżej umrę, a wtedy to już nie będę mieć żadnych problemów, prawda? Wystraczy, że Małżonek się przejmował za nas wszystkich... 

Najpierw jednak trzeba się było dowiedzieć, jakie są szczegóły sytuacji i czy można z tym coś zrobić. Cel był jasny i nie musiałam się tu sama o nic martwić. Dzieci wszak miałam już duże i w miarę samodzielne. Należało mi się płatne chorobowe, więc nie  było większych powodów do niepokoju.

Lekarze powiedzieli, że rak co prawda bardzo duży (>5cm) i bardzo złośliwy, ale można go leczyć i że duże szanse na wyleczenie są. No to zajebiście. Nie wiedziałam, co mnie czeka, ale ufałam, że lekarze pi razy drzwi wiedzą, co robią i że mnie będą prowadzić tą nową nieznaną drogą, która dla mnie jawiła się bardziej fascynująca i ciekawa niż straszna. Zwłaszcza, że mówili iż nie powinno mnie nic specjalnie boleć. Bólu bowiem nie lubię i to jest jednak z rzeczy, których na prawdę się boję. Reszta to  przygoda.

Skutki leczenia były dosyć uciążliwe i męczące, ale ogólnie jakoś gorzej sobie to wyobrażałam po tym co słyszałam po ludziach i ogólnie po ludzkich reakcjach. Ogromne zmęczenie, jakiego wcześniej nie znałam, czasem mdłości, ból brzucha, odpadające paznokcie i wyłysienie nie należą może do przyjemności, ale też większe tragedie są na świecie... Operacje same w sobie też nie były ani bolesne, ani straszne. Ufałam lekarzom. Ważne że był cel i konkretny plan, co kiedy i jak będzie robione. 

Przewidywalność to komfort i spokój umysłu. Wystarczy być cierpliwym i odhaczać poszczególne kroki jeden po drugim. Odliczałam miesiące, tygodnie i dni do końca całej procedury. Nie mogłam się doczekać, kiedy zamknę ten rozdział i wrócę do normalnego życia. 

No i to jest coś na czym bardzo się przejechałam: ów powrót do normalności, do zwykłej szarej codzienności, którego tak wyczekiwałam, niestety nie nastąpił.

Operacje, chemioterapia, radioterapia faktycznie przeminęły i nawet już odeszły w zapomnienie, ale normalność niestety nie nadeszła. Ta normalność, którą opuściłam zaczynając leczenie, ta codzienna rutyna, ta znana stara nudna praca, codzienne proste domowe obowiązki, życie na pełnej petradzie, w pośpiechu, z byciem w kilku miejscach na raz. Ta zwykła ja sprzed raka.

Powrót do pracy zakończył się fiaskiem. 

Mózg już nie ogarniał 20 rzeczy na raz, a nawet na jednej miał problem się skupić. Ciało było słabe, obolałe, szybko się męczyło. Nic nie było, takie jak przed chorobą. Wszystko było nowe, inne, zupełnie obce. 

Ja nie byłam już to osobą sprzed choroby. I co gorsza, nadal nią nie jestem, a nie długo minie 5 lat od diagnozy. Nic nie jest takie, jak było wcześniej i to jest okropne dla mnie doświadczenie, a nie sama diagnoza i te wszystkie terapie. Najgorsza ta niepewność, kiedy i czy w ogóle kiedykolwiek się poprawi na 100%, by móc dalej normalnie żyć.

Nie diagnoza, nie leczenie, nie operacje,  nie wypadające włosy i łamiące się paznokcie, nie kroplówki po których boli brzuch i rzygać się chce, nie ropiejące rany po naświetlaniu, tylko to, co nadchodzi potem, jest najtrudniejsze.

Już człowiek nie musi gonić co chwilę do szpitala na kroplówkę ani na naświetlanie, ale  jednocześnie nie może żyć po staremu, bo się nie da.

Nikt już tak nie kibicuje, nie wspiera, nie pyta, jak się czujesz, nie przynosi czekoladek i kwiatków. Skończyłeś leczenie, przeto każdy odetchnął z ulgą i wrócił do swoich obowiązków, bo już uznał cię za wyleczonego, czyli zdrowego. A człowiek wcale nie czuje się zdrowy ani wyleczony. 

Adrenalina opadła, człowiek wreszcie ma czas i na tyle spokojną głowę, by zacząć oceniać straty. Okazuje się, że są ogromne.

Po tych kilku latach od zakończenia leczenia ja ciągle spisuję listę strat i ona rośnie, bo non stop potykam się o coś nowego. Co krok zauważam kolejne problemy. 

Wydawało mi się, że rak to był ten kilkucentymetrowy guz w piersi, którego lekarze wycięli, a potem spryskali trucizną i wypalili cały teren, by nie mógł odrosnąć. Teraz raka już nie ma. Zabity jest na śmierć. Zatem wszystko powinno wrócić powoli do normy. Nawet jak jest inne, to można się przecież do tego nowego przyzwyczaić, co nie? Tak sobie myślałam, ale to wcale nie takie proste, bo na każdym kroku to nowe jest kłodą rzuconą pod nogi, przeszkodą nie do przebycia, dołem który nalezy jakoś obejśc, a czasem nawet drogą bez wyjścia.

Straciłam pracę, którą znałam i w miarę lubiłam. 

Może sprzątanie to nie był szczyt moich marzeń, ale byłam w tym dobra, byłam ceniona i lubiana, przede wszystkim MIAŁAM PRACĘ, miałam co robić, miałam z kim pogadać, no i lubiłam to robić. Poznawałam nowych ludzi. Wychodziłam z domu. Żyłam. Czułam się potrzebna, mogłam zarobić na siebie. Tylko tyle i AŻ TYLE. Rak mi to odebrał. Teraz siedzę w domu, w zawieszeniu, w nicości i nie wiem co dalej. 

Zmieniłam się fizycznie. 

Byłam silną, wysportowaną pełną życia i radości czterdziestopięcioletnią kobietą. Czułam się młodo jak na swój wiek. Miałam świetną kondycję i sprawne smukłe ciało, gęste włosy, elastyczną skórę... 

Rak mi to zniszczył. 

Dziś mam suchą matową skórę, rzadkie włosy, łamiące się paznokcie, obolałe stawy, męczy mnie chodzenie po schodach, bolą mnie stawy, często czuję się słabo, mam niskie tętno i ciśnienie, a w innej chwili serce łomocze jak szalone a ja oblewam się potem. Skóra jest teraz tak delikatna, że obcierają mnie nawet miękkie bawełniane ubrania jak t-shirt, strój do gimnastyki czy kąpielowy, dlatego często noszę ubrania na lewą stronę, bo szwy najbardziej obcierają. Od przylepców robią mi się krwawiące rany, gdy nie zdejmę ich wystarczająco szybko. Czuję się fizycznie staro. Stawy mam sztywniejsze i bolą one po intensywniejszym ich uzywaniu.

To wszystko z każdym rokiem trochę się poprawia, więc jest jeszcze nadzieja, ale ile trzeba czekać i ci robić, jak żyć do tego czasu? Życia nie można zastopować. Rachunki trzeba płacić co miesiąc. Na emeryturę trzeba zarobić...etc

Nie mam jednej piersi. 

Zamiast tego mam paskudną czerwoną bliznę przez pół klaty i drugą mniejszą, ale równie paskudną na obojczyku (po porcie). Lekarze zapowiadali, że blizny będą prawie niewidoczne, minimalne, ale to nie prawda - są widoczne, grube, czerwone, niemiłe w dotyku. Codziennie oglądam w lustrze ten wątpliwy suwenir, który codziennie przypomina mi, że już nie jestem tą Magdą sprzed raka, tylko kimś zupełnie innym, kim nigdy nie planowałam i nie chciałam być. Połowa mojej klaty i boku jest z wierzchu nieczuła na dotyk, co jest daje dosyć niemiłe niekomfortowe wrażenia, gdy coś lub ktoś dotyka mnie w tym miejscu. Często łapią mnie bolesne bardzo nieprzyjemne skórcze w tę stronę klaty. Nie mogą przez to przenosić duzych przedmiotów, nawet jak to tylko blat styropianu lekkiego jak piórko. Lekarz powiedział, że to przez radioterapię świeżo po operacji, co uniemożliwiło prawidłowe się wygojenie rany. Nie mogę np zbyt długo na rowerze jechać, bo zaczynają mnie łapać skurcze. Łapią też przy wykonywaniu codziennych czynności w określonych pozycjach ciała. Nie jest to tragedia, ale też i nie należy to do normalnych rzeczy.

Jakkolwiek człowiek nie byłby zdystansowany do swojego ciała to jednak widok blizny, widok braku jakiejś (i to dosyć istotnej) części własnego ciała nie jest człowiekowi obojętny. Sam widok w lustrze to jeszcze pal licho. Co innego w sytuacjach intymnych, czy chociażby pomyśleniu o owych. Czy człowiek chce czy nie, piersi są tu dosyć ważnym elementem i ciężko udawać, że brak jednej nie ma żadnego znaczenia. Bo ma. Zawsze lubiłam bieliznę erotyczną i miałam tego spory wybór na specjalne i mniej specjalne okazje. Niektóre za niemałe pieniądze. Wszystko wyrzuciłam ze złością do kosza, bo dziś na nic mi sie nie przyda. Wystawy sklepów bieliźnianych zadają się ze mnie szydzić tymi wszystkimi pięknymi kolorowymi seksowymi biustonoszami, gorsetami, koszulkami...

Rak zabił całkowicie moje libido i zainteresowanie seksem.

Ba, bardziej niż wcześniej... Jestem autystyczna i wysoko wrażliwa - kontakt fizyczny to trudny temat - nie lubię ogólnie za bardzo kontaktów fizycznych, nie tylko dotykania, ale też bliskiego przy mnie przebywania innych ludzi, ale nigdy nie było aż tak jak teraz. Dziś seks i temu podobne rzeczy mogą  dla mnie w ogóle nie istnieć. Ba, lepiej by nie istniały, bo mnie zwyczajnie okropnie brzydzą, irytują, złoszczą. Sceny romantyczne w filmach wywołują u mnie obrzydzenie. Moje ciało w ogóle nie reaguje na tego typu bodźce, jak wcześniej, a do tego stosunki są praktycznie niemożliwe ze względu na ogólną suchość pochwy i słabą jakość skóry, a co za tym idzie ból wiadomo gdzie. Zresztą nie tylko stosunki, ale zwykła jazda rowerem (nawet na krótkiej trasie) to bolesne, czasem nawet krwawiące otarcia waginy. Nawet chodzenie dłużej w ciaśniejszych spodniach typu jeansy obciera mi waginę do krwi. Muszę bardzo rozważnie dobierać ubrania, by potem nie cierpieć katuszy.

Seks to bardzo ważny element życia także (a może nawet zwłaszcza) w tym wieku. Zdawało nam się, że jeszcze tyle przed nami, a tu nagle rak wszystko brutalnie zakończył, zabrał mi, nam obojgu całą (albo prawie całą) radość. Nie czuję potrzeby, nie czuję chęci, ale jednocześnie czuję, że własnie mnie coś omija, coś bardzo bardzo ważnego.

Mam wrażenie, jakoby jakieś drzwi przede mną zamknięto (i to nie jedne), a ja chciałam tam wejść, chciałam tam być, chciałam się bawić i korzystać z życia, bo przecież mam dopiero niecałe 50 lat. To jeszcze nie pora na zakończenie.

A i ogólnie nasz związek stoi pod wielkim znakiem zapytania.  Choroba wystawiła nas na ciężką próbę. Chyba zbyt ciężką. Zbyt wiele się zdarzyło... (zresztą nie tylko choroba, bo w tym czasie działy się też inne niefajne rzeczy)

Ja już nie jestem tym kim byłam, a to ma swoje konsekwencje w relacjach z innymi ludźmi. Szczególnie z tymi, z którymi przebywa się na co dzień. W miarę pracowita,  silna, troskliwa, cierpliwa, wesoła, w miarę zgrabna kobieta z dnia na dzień stała się starą, zramolałą, marudną, zrzędliwą i leniwą, bezrobotną babą bez cycka. Co komu po takiej babie...? 

Nowa ja chce i potrzebuje czegoś innego, niż ta sprzed raka. Nowa ja jest prawie całkiem inną osobą. Nowa ja ma z każdym dniem więcej rzeczy w dupie. Nowa ja mniej troszczy się o innych, a więcej skupia na sobie.  Nowej mnie przestało zależeć i nie chce mi się już starać. Czasem mam wręcz totalnie wyjebane...

Na Niego moja choroba też miała wpływ. Była chyba zbyt ciężka do udźwignięcia w bieżących okolicznościach. On też już nie jest tym kim był przed moim rakiem. Rak niszczy związki i nie wykluczone, że tym razem też mu się udało. Nie każdy jest w stanie udźwignąć takie zmiany. Nie każdy ma dość siły. Nie każdy chce....

Mój mózg nie funkcjonuje najlepiej.

Mam trudności z zapamiętywaniem nowych rzeczy i przypominaniem sobie starych. Wolno myślę i niezbyt szybko kojarzę fakty.

 Mam problemy z mówieniem, z wymową, z trzymaniem się tematu, koncentracją, dłuższym skupieniem uwagi. Zapominam słów i to często podstawowych w obydwu językach.

 Mam trudnościu w pisaniu (czy to z klawiatury czy długopisem): non stop zamieniam  nieświadomie litery G z K, S z Z i C, V z W, S z Rz i Ż... Nie rzadko wpiszę inne słowo zamiast tego, co chciałam. Mylę też czasem słowa w mowie. Czuję się przez to czasem jak jakiś półanalfabeta. Czytam i nie zauważam popełnionych błędów - mózg widzi, co chce widzieć.

Zmieniła się moja wrażliwość na dźwięki, smaki, zapachy, dotyk. Zapachy odczuwam chyba mniej, bo nagle mogę używac perfum (co akurat można zapisać na plus). Zapachów wręcz pożądam - perfumy, kwiaty, pachnące pranie, nowe rzeczy pachnące nowością... Chodzę po świcie i wszystko wącham, jakbym odkrywała świat na nowo.

Wrażliwość na dźwięki już przed rakiem była powyzej średniej. Teraz jest to koszmar. Zwykłe rozmowy w pociągu czy autobusie doprowadzają mnie do szału. Noszę ze sobą zawsze zatyczki. Darcia i czyjejś długotrwałej rozmowy przez telefon chyba bym nie zniosła. Już raz się wściekłam w w strefie ciszy w pociągu i pierdyknelam ręką w stół, po czym uciszyłam gadających ludzi. Dźwięki powtarzajace się doprowadzają mnie do szału, szczególnie drażni mnie kichanie, mlaskanie, pociąganie nosem, chrząkanie i chrapanie. A jednocześnie filtrowanie dźwięków bardziej się osłabiło i jeszcze gorzej słyszę w szumie, gwarze niż przed rakiem, a  już dawniej nie było dobrze. Jeśli ktoś do mnie mówi w tłumie, na gwarnej ulicy, nie rozumiem w ogóle słów. Ba, nawet w domu, gdzie cicho jest, mam czasem problem ze zrozumieniem, gdy tylko coś szumi albo szeleści i po siedem razy się dopytuję jak głucha babcia.

Mam problemy ze snem. Budzę się w nocy i nie mogę zasnąć czasem godzinami. A potem jestem zmęczona, ale w dzień nie mogą tez zasnąć. Nigdy tego nie potrafiłam.

Zmienił mi się charakter

Przed rakiem byłam oazą spokoju, miałam stalowe nerwy, anielską cierpliwość, byłam wyrozumiała, czuła... Rak to wszystko zabił. Dziś szybko tracę kontrolę nad sobą, nie mam cierpliwości, szybko się irytuję byle drobnostką, wpadam w totalną panikę z byle powodu, że aż się siebie boję i siebie się wstydzę, bo to jest okropne uczucie i upokarzające. 

Ludzie mnie irytują na każdym kroku. Nie lubię ludzi bardziej niż wcześniej, a jednocześnie ciągle chciałabym być akceptowana, lubiana, być wśród ludzi. Irytują mnie na potęgę tzw głupie pytania "normalnych" ludzi, które nic nie wnoszę w niczyje życie, a zadawne są chujwiepoco, nie wiem, ot żeby zadać..? "co u ciebie?" "jak ci minął dzień?" "wszystko okej?"...A wygląda kurwa jakby było okej? Jak może ci minąć  kurwa setny, czy dwieście trzydziesty szósty dzień spędzony w tych samych czterech ścianach bez zamienienia choćby dwóch pierdolonych słów z kimkolwiek, bez zobaczenia jednej ludzkiej twarzy? Rozmowy z dziećmi i Małżonkiem ograniczają się do niekończącego się opowiadania o kurach, świnkach, syfie robionym wokół domu przez właściciela, bo jak nie chodzisz do pracy, to nie wychodzisz z domu, nie spotykasz nikogo, nic się nie dzieje, nie masz o czym masz gadać. Wszystko mnie irytuje, łatwo się wkurzam o byleco. Często wrażenie, że chyba się już nie da ze mną normalnie rozmawiać, że coraz bardziej mi odwala aż sama siebie coraz bardziej nienawidzę.  

Ludzie zwykle nie lubią mówić o takich rzeczach. Boją się. Wstydzą. Ale ja właśnie bardzo chętnie czytam i słucham, że ktoś ma podobne problemy, bo lepiej się wtedy sama ze sobą czuję. Dlatego też o tym piszę, bo może ktoś tu trafi, przeczyta i też lepiej się poczuje, poczuje, że nie jest sam z takimi problemami.

Wiele z tego, co napisałam powyżej pokrywa się z typowymi skutkami (ubocznymi) menopauzy, co nie zmienia jednak faktu, że są uciążliwe i że u mnie nadeszły wcześniej, nienaturalnie, za sprawą leków i objawiły się nagle, na raz pełną mocą, gdy ciało było jeszcze osłabione, całkiem słabe po raku i jego leczeniu, gdy psychika była rozregulowana. Specjaliści mówią, że ta sztuczna menopauza jest o wiele, wiele gorsza niz naturalna nadchodząca etapami i powolutku. Jej skutki fizyczne wywołąne nagłym brakiem żeńskich hormonów też są o wiele gorsze.

Martwię się o przyszłość, bo niestety nie jestem w wieku emerytalnym by móc żyć sobie powoli w spokoju aż do śmierci. W Belgii pracuje się do 67 roku życia, czyli przede mną jeszcze 18 lat do emerytury. Jednocześnie wiadomo, że po 50tce ciężko znaleźć pracę, szczególnie całkiem nową, o której nie ma się pojęcia ani doświadczenia, a tu ceny rosną w szalonym tempie, zasiłki są masowo ograniczane i odbierane, a moje dorosłe dzieci też są lekko niepełnosprawne i często wymagają pomocy z mojej strony. Boję się, że któregoś dnia zostanę bez zasiłku i pracy i że wylądujemy wszyscy na ulicy, co tutaj zdarza się coraz częściej. Nie mam własnego mieszkania ani żadnych oszczędności. Nie mogę na nikogo liczyć. Do tego z tyłu głowy wciąż brzęczy, że rak może wrócić, że przy tak złośliwym i dużym raku szansa na nawrót i przerzuty jest bardzo duża. Nie mogąc żyć normalnym życiem, nie mogąc chodzić do pracy i całe dnie będąc uwięzionym w cztrech ścianach ciężko o tym wszystkim nie myśleć, bo i człowiek ma mnóstwo czasu na myślenie, a gdy do tego na wszystkim coraz mniej człowiekowi zależy, to i robić czegokolwiek mu się nie chce. I tak wpada się w błędne koło czarnych myśli i bezsilności. 

Odechciewa się żyć, nawet zwyczajne codzienne problemy ciążą stukroć bradziej niż w normalnych okolicznościach. Każda czynność staje się trudniejsza i mniejszą się ma chęć do jej wykonywania. Już kilka razy zdarzyło mi się wpaść w totalną panikę, tylko dlatego, że nop trzeba było nagle zadzwonić do jakiegoś fachowca czy coś w ten deseń. Rzeczy zdające się kiedyś w ogóle idiotyczne, nie do pomyślenia, wręcz śmieszne i głupie dziś są moją rzeczywistością i nie radzę sobie z tym w ogóle. Nie panuję nad sobą, ale jestem tych wszystkich wad, moich upierdliwości, słabości świadoma. 

Gdy człowiek nie ma celu, marzy tylko by się położyć i nigdy więcej nie wstać. A sensowny cel coraz trudniej znaleść, gdy nie jesteś sobą, gdy nie wiesz na co cię stać, gdy jesteś za słaby na większość rzeczy, które sprawiały ci wcześniej radość i dawały siłę do działania, gdy nie masz nikogo, kto by cię choć trochę motywował.

To ja - chyba jak wiele bab - byłam w domu tą, co wszystkich motywuje, wysłuchuje, wspiera, rozśmiesza, zaraża optymizmem, szuka nowych pomysłów, rozwiązań, która się nigdy nie poddaje i walczy, ale rak odebrał mi i radość, i optymizm, większość pozytywnej energii, mój humor skwaśniał i stał się w dużej mierze po prostu wredną złośliwością, nie mam sił zatem, by być dla innych. I bardziej niż kiedykolwiek nie chcę być dla innych. Bardziej niż kiedykowliek irytują mnie problemy innych ludzi, a jeszcze bardziej mierzi mnie ludzka głupota i "problemy" z dupy wyjęte... szczególnie te kreowane w (socjal) mediach.

Po raku mój świat stał się całkowicie inną, dziwną i niezrozumiałą planetą, na której nie chcę mieszkać, ale z której nie mogę uciec. Próbuję się na niej odnaleźć, ale wszędzie napotykam przeszkody (choc czasem tkwią one po prostu w moim mózgu), wciąż potykam się o słabości i zderzam z murem niezrozumienia i non stop wpadam na ściany oczekiwań. Często nie mam sił do realizacji moich zamiarów, bo nie potrafię ocenić, ile tych sił mam ani ile potrzebuję. Często nie chce mi się w ogóle żyć lub czuję się życiem i nieustanną walką z wiatrakami ogromnie zmęczona. Czuję ogromną pustkę wewnętrzną i beznadzieję. Nie mam ani   marzeń, ani oczekiwań. Żyję z dnia na dzień, od nocy, do nocy. Próbuję jakoś utrzymać się na powierzchni, by nie pójść całkiem na dno, bo dzieci mnie potrzebują. Gdyby nie one, nie zostałabym na tym świecie ani godziny dłużej. Robię jakies głupie dziwne bezsensowne rzeczy, jak wielogodzinne bezsensowne skrolowanie internetu alnbo nagrywania durnych video do internetów, których nikt nie obejrzy. Wszystko, by zabić czas, by zagłuszyć ponure myśli, by udawać przed sobą, że coś pożytecznego i sensownego robię, a potem siebie przeklinaći wszystkiego żałować, bo przecież to nie ma sensu, bo mnie na to nie stać...

Czasem miewam momenty, bo to są momenty, że odpali mi się chęć zrobiena czegoś szalonego typu wstanie o piątej, by pojeździć rowerem po wsi albo pojechanie do dalekiego miasta tylko po to, by napiś się kawy albo zobaczyć jedno nudne muzeum. Jaram się tymi momentami, a potem pustka robi się jeszcze puściejsza i cięższa...

Po raku trzeba zacząć życie całkowicie od nowa jako inna, obca sobie samej osoba. Jakby się człowiek nagle znalazł po drugiej stronie lustra, gdzie z pozoru wszystko jest takie samo jak dotychczas, ale jednak zupełnie inne. Rzeczy mają inne właściwości. Świat inaczej pachnie. Własne ciało jest zagadką. Wszystkiego zatem trzeba się od nowa nauczyć. Każdy element od nowa poznać i odkryć tajniki życia na nowo. To jest diabelnie trudne i wyczerpujące, zwłaszca że wszyscy pozostali, ludzie których znasz od lat, którzy z tobą mieszkają długie lata, zdają się w ogóle nie być żwiadomymi tego, że świat się całkiem zmienił i żyją sobie jakby nigdy nic. Nikt nie rozumie, jak się czujesz. Wszyscy mają zatem wciąż takie same wobec ciebie oczekiwania, a ty nie jesteś w stanie im sprostać. Czujesz się winny. Czujesz się zagubiony. Czujesz się nierozumiany. I widzisz, jak kolejne tygodnie, miesiące i lata przeciekają ci przez palce, jak życie dzieje się, świat pędzi, a ty stoisz i nie masz siły, a nawet nie wiesz jak złapać na powrót cugle swojego własnego życia i jak nad nim zapanować. 

W raku nie operacje, nie chemioterapia, nie naświetlanie są najgorsze. Najgosze jest zakończenie leczenia i powrót do szarej rzeczywistości. Ten czas, w którym świat uznaje cię za wyleczonego i zostawi samego sobie, a ty wcale wyleczony się nie czujesz. Ten moment w którym odkrywasz, że wraz z rakiem wycięto ci twoją dawną osobowość, twoje mocne strony i talenty i że jesteś kimś innym niż byłeś, i że zostałeś w tyle zupełnie sam, bo świat nie czekał na ciebie, gdy byłeś chory.

Czy uda mi się kiedyś zacząć znowu normalnie żyć? I co to w ogóle znaczy w tych okolicznościach? Nie mam pojęcia, ale mam cichutką (i bardzo słabą) nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie... Jestem jednak niemal pewna, że już nigdy nie będzie, tak jak było, bo nie można wejść drugi raz do tej samej rzeki. Tamta łajba już odpłynęła... Teraz trzeba zbudować nową i wypłynąć na nowe nieznane wody. Tę mądrą radę zapisuję dla siebie samej na grubo. Może kiedyś uda mi się ją wprowadzić też w życie...


19 lipca 2026

Dużo się dzieje, gdy nic się nie dzieje

Gdy upały trwają, trzeba żyć powoli i cieszyć się, że ma się w tej chwili właśnie taką możliwość. Ciężka ta belgijska pogoda, szczególnie w dni, kiedy jest wysoka wilgotność i powyżej 30 stopni.

Pisanie akurat jest dobrą formą spędzania czasu w upał, zatem wystukam słów parę...

 Zacznę od dokonczenia opowieści z poprzedniego tygodnia, czyli mojego z Młodą pobytu w Gandawie w związku z lotem balonem. O lataniu było poprzednim razem, ale po locie nocowałyśmy w hotelu, a to oznacza, że na następny dzień od rana mogłyśmy szwendać się po Gandawie. 

Najpierw oczywiście udałyśmy się na śniadanie, a lokację jak zwykle sprytnie wyszukała Młoda. I tak trafiłyśmy do kawiarni  Kaffe Allez, prowadzoną przez parę sportowców, więc oczywiste jest, że w kawiarni możesz wziąć nawet prysznic... (no, my nie potrzebowałyśmy, wszak w hotelu miałyśmy, ale to taka ciekawostka). Wystrój mają również sportowy: kozły, drabinki gimnastyczne i temu podobne gadżety. 

Na ściadanie zamówiłam Dragon Fruit Smoothie Bowl, co było efektownie piękne i dość smaczne, ale strasznie zimne, przeto długo mi zajęło spożycie tego śniadania. Młoda wsunęła jakiś bananowy chlebek z pomarańczą i bananem.

kolorowe zdrowe śniadanie 

Kaffe Allez


 Potem pełne energii pomaszerowałyśmy już do Muzeum Przemysłu, do odwiedzenia którego już od dawna się szykowałyśmy. Młodą ciągnęła do niego czasowa wystawa "Powder To The People" na temat bardzo popularnych we Flandrii w latach '70 i bardzi uzależniających proszków przeciwbólowych, które uszkadzały nerki. Wystawa mówi też ogólnie o nadużywaniu leków. 

Pod muzeum zauważyłyśmy ptaszynę, która niosła material budowalny na gniazdo.




Ogólnie całe muzeum jest fascynujące i ogromne. Na każdym piętrze jest co innego. Zwiedzanie zaczęłyśmy - jak na poradzono - gdzie obejrzałyśmy różne maszyny i dowiedziałyśmy się, jak wyglądała praca we flamandzkich fabrykach i w jakich koszmarnych warunkach mieszkali pracownicy i jak byli wykorzytywani. Jest wiele o pracy kobiet i dzieci (w tym o nagłoścnioonym przez film wypadku, w którym maszyna zmiażdżyła dziecko) i o walce o prawa i zakaz wykorzystywania dzieci do pracy. Poruszają też tam temat emigracji zarobkowej. 

Dalej na kolejnych piektrach mamy historię włókiennictwa, druku, no i tę wystawę i proszkach... To nie jest muzeum na jeden dzień - tyle powiem - no chyba, że ktoś lubi oglądać po łebkach. My byłyśmy wyczerpane już po jednym piętrze i resztę tylko przebiegłysmy, by jeszcze te proszki obejrzeć, bo ta wystawa konczy się we wrześniu. 

W muzeum było duszno, gorąco i ciagle pachnie tam olejem maszynowym, więc mogłyśmy wczuć się troszkę w to,  jak tam musiało się pracować ciężko przy maszynach w normalny dzień. Nawet sobie nie wyobrażam!

Przy wejściu powiedzieli nam, że na każdym piętrze znajdziemy chłodne pomieszczenie, gdzie możemy napić się wody i tak zaiste było. Weszłyśmy do jednej takiej sali, gdzie w był wielki stół i krzesła, no i lodówka z dzbanami wody, a obok czyste szklanki... Miałam swój bidon, ale dobrze było się napić chłodnej wody. Miło, że pomyśleli o tym. W muzeum jest winda, więc nie trzeba iść schodami, co też wielce se cenimy.



to pod taką maszyną zginęło kiedyś dziecko 







W muzeum spędziłyśmy około 3 godzin (a tylko 2 piętra obejrzałyśmy porządnie) i zdążyłyśmy zgłodnieć, więc pomaszerowałyśmy do wegetariańskiej restauracji, która znów wyguglowała Młoda Knol & Kool

Knol & Kool

Knol & Kool

Zamówiłam saładkę cesarską. Niby smaczna ale dla mnie o wiele za kwaśna. Aż mnie brzuch potem zbolał, bo oczywiście że zjadłam wszystko, przecież nie będę wyrzucać. Może gdybym co innego do picia jeszcze wzięła, a nie lemoniadę truskawkowo-rabarbarową i jeszcze kawę... Głupi pomysł. Eigen schuld dikke bult, jak to tutaj się mówi (własna wina - wielki guz). Powrót do domu to zatem był duży stres, bo godzinę pociągiem, a potem jeszcze pół godziny w autobusie, a tu cały czas miałam ból pbrzucha i bałam się, że będę potrzebowała do kibla...  

A tu jeszcze wsiadłyśmy do pociągu, a tam jak w piekle... Jak pociąg ruszył, z tyłu za nami jakaś baba powiedziała do kogoś innego, że mówili wcześniej z głośnika, że W TYM WAGONIE klimatyzacja nia działa... Młoda na to - AHA, TO CZEMU SIĘ GŁUPOLE ŻEŚCIE NIE PRZESIADŁY W GANDAWIE?! Po drodze na naszą docelową stację, była tylko niestety tylko jedna przesiadka i już myślałam, że nie dojadę żywa... Wysiadłyśmy i postanowiłyśmy uwierzyć w chodzące po tamtym wagonie plotki i wsiąść do wagonu z przodu... Zaiste, tam klima działała! Uff. Inny świat. Sprawdziłam od razu czy kibel też działa w razie wu. Działał, ale nie był mi potrzebny, choć brzuch wciąż mnie bolał... Gdy wysiadłyśmy na stacji doceowej, miałyśmy jakieś pół godziny do odjazdu naszego autobusu, więc poszłyśmy zobaczyć, czy jest kibel na dworcu. Był... Na-KURWA-50-centówki! A tak się składa, że nie miałyśmy 50-centówek. Ja miałam 20 euro w papierku, a Młoda rózne inne pieniążki, ale nie pierdolone pięćdziesięciocentówki. Kto normalny w ogóle dziś monety nosi, gdy we wszystkich pozostałych miejscach poza pierdolonym kiblem można zapłacić kartą lub telefonem...? No, kible w co bardziej postępowych dworcach też są na kartę, ale na zacofanych wiochach wciąż na monety, ech. 

Na szczęście choć automaty z napojami mają tam na kartę, to se colę kupiłam, która - jak wiadomo -najlepszym lekarstwem na ból brzucha jest. Wysączyłam powoli pół litry i po chwili mi się zaczęło poprawiać. Dojechałam do swojego przystanku i dorowerowałam dalej do domu, a wtedy wreszcie mogłam pójść do własnego prywatnego wygodnego kibla, bo wiadomo, że każdy kibel dobry, ale ten własny domowy najlepsiejszy. Uf!

To miałbyć TYLKO lot balonem, ale przekształcił się w całą fantastyczną wycieczkę. Wydałyśmy dużo pieniędzy, ale to było dobrze wydane dużo pieniędzy. Potrzebowałam takiej odskoczni, takiego ODLOTU od szarej męczącej rzeczywistości. I cieszę się, że było mi dane przeżyć coś tak niesamowitego jak lot balonem, o którym marzyłam od dziecka. Jeszcze raz powiem, że to niesamowite i niezapomnianie wrażenia! 

A teraz wracamy do szarej codzienności. No, teraz jest lato kolorowe i upalne, więc może raczej powinnam rzec kolorowej i gorącej codzienności :-)

Staramy się nie wychodzić bez potrzeby z domu, bo każdy wysiłek fizyczny jest dziś odczuwalny jako ciężki. Nie rowerowanie czy maszerowanie w słońcu, ale także zwykłe codzienne proste czynności są męczące. Kurde, czasem nastawienie pralki czy rozwieszenie prania powoduje zalanie potami. Serio, niektóre momenty dnia są okropne! I to nie jest takie zwyczajne pocenie się, bo temu towarzyszy ogólne bardzo neprzyjemne uczucie zimna i okropnego zmęczenia a nawet lekkich zawrotów głowy, ale to nie trwa cały czas, tylko pojawia się czasami taki moment ciężki, więc zakładam, że to moje porakowe ciało tak dziwnie reaguje. Choć Młoda też bardzo narzeka, no ale i ona bierze codzień garść ciężkich piguł.

Młody zdaje sobie nic z tej temperatury nie robić. Niby mówi, że gorąco, ale jak poszłam do jego pokoju (pokój z dwoma oknami od południa) oglądać film, to mało nie wykitowałam z duchoty. Starość nie radość... Chciał włączyć dla mnie wiatrak, ale się nie zgodziłam, bo nie lubię, jak na mnie bezpośrednio coś dmucha, bo od tego mnie oczy bolą, więc jakbym miała oglądać kilka odcinków serialu... Czasem wachlarza używam jak jestem daleko od domu, ale od machania wachlerzem też mnie oczy bolą na dłuższą metę. Czy wy też tak macie?

Wieczorami tak koło 20tej jednak jest lepiej, więc czasem idziemy z Młodym na boisko porzucać do kosza. Ostatnio jakis ziomek wyprowadzający psa, doradzał mi jak mam rzucać... No ale i tak nadal nie wiem. Nigdy nie lubiłam grać w kosza i na szczęście nigdy nie musiałam grać w kosza na wuefie (ja byłam team siatkówka), ale zawsze lubiłam sobie porzucać. Pamiętam, że dobrze mi to szło w liceum i bez problemu wrzucałam za trzy punkty. Teraz zza drugiej linii ledwie dorzucam do kosza. Próbuję zrozumieć, co robię źle i dlaczego nie mogę mocno rzucić piłką. Czasem mi się udaje, ale nie rozgryzłam, co wtedy robię, że piłka leci dalej niż zwykle... Nic to, może kiedyś zrozumiem i mózg przypomni sobie, jak się rzuca piłką, a może to ma coś wspólnego z tym, że mam poharataną prawą stronę i coś tam nie chodzi jak powinno...? Diabli to wiedzą. W naszej zabawie na szczęście nie chodzi o to by zostać mistrzem koszykówki, tylko miło i pożytecznie spędzić czas w ruchu. Czy mnie bolą od tej zabawy nogi? No ba. Bolą mnie stopy i stawy na drugi dzień rano. Trudno się rano po schodach schodzi, ale to już się przyzwyczaiłam, że takie są teraz zawsze konsekwencje wzmożonej aktywności fizycznej. Trzeba sie nauczyć z tym żyć, bo nie zanosi się, by to się miało jakoś szybko poprawić. 

W domu znowu wyciągnęłyśmy z Młodą puzzle na stół. Właśnie kończymy Mona Lizę. Znaczy Młoda kończy, bo ona jest o wiele lepsza w układaniu samych czarnych puzzli, które jakimś dziwnym trafem zostały nam na koniec. W poprzednich z kolei same niebieskie pozostały na koniec i też ona sobie świetnie z nimi poradziła. Jest zdecydowanie lepsza ode mnie. Mnie by to samej z tydzień zajęło alebo i dłużej, a ta to w kilkanaście minut roztrzaska z moją lekką pomocą.



Czaserm trzeba jednak wyjść z domu przymusowo po coś. Choćby po zakupy. Kiedyś spotkałyśmy z Najstarszą ładnego psa pod sklepem. Czekał na swojego pana lub panią w koszu na jakiejś zmyślnej hulajnodze. Musiałam mu cyknąc fotkę. Słodziak jakich mało.


Udało się w końcu załatwić staż dla Najstarszej. Znaczy czekamy jeszcze na dopełnienie formalności przez VDAB, ale rozmowa Najstarszej w gospodarstwie biologicznym, w którym i ja wsześniej byłam na rozmowie, przebiegła pomyślnie. Wcześniej rozmawiał z nimi asystent Najstarszej, a potem córka wysłała tam mejl z zapytaniem o spotkanie i pani zaprosiła ją na rozmowę. Pojechałam z nią, bo jeszcze nie bardzo znała drogę, a na dzień dobry pani oznajmiła, że ona Najstarszą uczyła przez krotką chwilę w szkole średniej. No jaki ten świat mały... Córka jej nie pamięta, ale ona nie za dużo ze szkoły pamięta... Zastanawiam się, czy to miało jakiś wpływ na decyzję, ale w każdym razie jak pani wyszła z moją córką po rozmowie, obie zdawały się być zadowolone. Najstarsza będzie zaczynać od pracy w kuchni, ale dalej będzie mogła wszystkiego po trochu spróbować. Powiedziała, że poznała ludzi na kuchni i że są wszyscy bardzo fajni. No i to miło mi było usłyszeć. Pani zapytała się też mnie, jak tam moja sytuacja, a ja odparłam, że VDAB uznało, że mam szansę na otzrymanie od razu dokumentu uprawnijącego do podjęcia pracy w zakładzie prcy chronionej, więc będę próbować, bo co mi szkodzi.

W tym tygodniu właśnie najpierw zadzwoniłam do pielęgniarki na onkologię, by zapytać, czy moja onkolog dała by rady wypełnić mi te dokumenty, ale pielęgniarka zasugerowała, bym poszła jednak do rodzinnego, bo teraz sezon urlopowy i mają tam urwanie głowy... Ale, gdyby się nie dało szybko umówić u rodzinnego - dodała - to mam zadzwoninić do niej ponownie, a przesunie mi zaplanowaną wizytę z końca sierpnia na początek, bo tyle spokojnie mogą zrobić... No to fajno. Udało mi się jednak umówić "pilną" wizytę u rodzinnego. W normalnym trybie była dopiero na połowę sierpnia, a pilna tego samego dnia... Ciągle nie mam pojęcia, co to znaczy owo "pilne". Albo inaczej, w jakiej sprawie idzie się do lekarza rodzinnego "nie pilnie"? Czy potrzebę wypełnienia dokumentów można uznać jako pilną? Nie wiem, za każdym razem się nad tym głowię i denerwuję, bo może zajmuję komuś faktycznie pilnemu miejsce...? Ale z drugiej strony kazano mi PILNIE wypełnić te dokumenty, bo potrzebuję NAJSZYBCIEJ pójśc do pracy, a rozpatrywanie podania o pracę chronioną i tak pewnie będzie trwało wieki... 

Wizytę w biurze pracy mam dopiero pod koniec miesiąca, więc czekam sobie teraz już spokojnie, bo mam dokumenty wypełnione przez lekarza. Córka z kolei czeka na odzew asystenta i zielone światło, by pójść w końcu na ten długo wyczekiwany jakiś staż... Ja mam wielką nadzieję, że jej się nada to miejsce i że ona się nada temu miejscu i będzie mogła tam dostać pracę albo dzięki stażowi znaleźć pracę w zwykłym zakładzie, co jednak zdaje się być małoprawdopodobnym... Czas pokaże. 

Z tym zakładem pracy chronionej jest tylko, jak się okazuje, jeden spory problem. Znaczy z gospodarstwem to nie, tylko z belgijskim transportem publicznym. Jadąc na spotkanie zczaiłyśmy, że pierwszy autobus  Z SĄSIEDNIEJ WSI (czyli przystanek 5 km od domu) odjeżdża dopiero o 9-tej. No chyba kurwa kogoś popierdoliło i to zdrowo! Dodam, że to jest autobus na lotnisko w Zaventem. I co, ludzie ze wsi nie potrzebują już teraz dojechać na lotnisko?! Nie mają prawa? Są jacyś, kurwa, gorsi od miastowych czy coś? Tylko mieszczuchy mają prawo do dostepu do środków komunikacji, do połączenia ze światem? Czy ludzie na wsi, którzy z takiego czy innego powodu nie mogą, nie potrafią, czy nie chcą prowadzić samochodu albo go nań nie stać mają zostać uwięzienie swojej wsi, gdzie nic, DOSŁOWNIE NIC, nawet sklepu nie ma? 

Jak niby mamy się dostawać stąd do pracy, do sklepów? Dla mnie to jest chore, żeby rano przed siódmą nie było ani jednego autobusu. Nie musi jeździć co pół godziny, ale pierwszy autobus o dziewiątej to już lekka przesada. To niby tylko 15 km od nas, ale nie wiem, czy da się dojeżdżać tyle rowerem codzienjnie do fizycznej pracy. Może być o wiele za ciężko dla nas. Na pewni będzie.

Kurwa, nie dawno czytałam, że w Brukseli chcą wprowadzić drugi dzień bez samochodu i ludzie protestują, bo to niewyobrażalne, tragiczne, dramatyczne i w ogóle koniec świata. Jaki mnie wkurw wziął! Pierdolone śmierdzące lenie! Kurwa MAĆ! Bruksela to takie bycze miasto, które - jak już mówiłam - ja stara schorowana 50-letnia baba przechodzę na piechty z trampka z palcem w dupie wszerz i wzdłuż. Ale to nie ważne. Oni tam mają sieć metra, mają tramwaje i autobusy trzech różnych linii, bo nasze De Lijny i walońskie TEC-i też ich obsługują. Mają elektryczne hulajnogi i rowery i dla tych cholernych leni zakaz używania samochodu przez jeden pierdolony dzień to katastrofa. SERIO?! To się kurwa na wieś przeprowadź jeden z drugimchoć na tydzień, gdzie do najbliższej stacji masz 5 kilosów. Gdzie do najbliższego sklepu masz 4 kilosy. I gdzie już praktycznie nie uświadczysz autobusu, bo co pół roku skreślają kolejne połączenia, bo "ludzie nie jeżdżą". No pewnie, jak dasz pierwszy autobus czy pociąg o 9 to niby gdzie by ktoś tym miał jechać? Normalni ludzie pracę zaczynają raczej długo przed dziewiątą. O dziewiątej to chyba tylko pierdzistołki mogą zaczynać, ale i to niekoniecznie. Jak co drugi autobus przyjeżdża spóźniony 15 do 40 minut, to kto będzie ryzkykował? Ale oczywiśćie to w ogóle nie jest winą organizacji tranpsortu i nieprzejezdnością dróg, czyli ogólnej nieudolności rządów w tym kraju, tylko nas plebsu i nas plebs trzeba ukarać zabraniem połączenia ze światem, byśmy zdechli na tych wioskach, byle mieszczuchy miały do wyboru trzydzieści autobusów i pociągów co 5 minut, bo śmierdzielom się nawet 200 metrów nie chce przejść na nogach czy rowerem przejechać. 

Ja pamiętam, że ten autobus, o którym wyżej mowa,  wcześniej odjeżdżał od nas ze wsi spod kościoła i to RANO, a nie o dziewiątej... Może to tylko przez wakacje tak jest (bo w wakacje to wiadomo ludzie na wsi nie pracują, nie robią zakupów, nie chodzą do lekarzy, ino cały dzień leżą a wszystko się samo robi), ale nie da się teraz sprawdzić rozkładu na wrzesień. A te popaprańce znowu skreślili kilkadziesiąt linii na początku lipca. I to wszystko zapewne w ramach ratowania planety i poprawy opiździałego stanu dróg w tym opiździałym kraju. Bo wiadomo, głupie ludzie majo tera kupować masowo samochody elektryczne, a nie jeździć jakimiś śmieznymi autobusami czy pociągami. Tak, nerwa mnie bierze. Mam wrażenie, że ludziom, którzy chcieli by pójść do pracy, wszystko się tutaj utrudnia na każdym kroku, zamiast wspierać i pomagać. Wspierane jest natomiast totalne nieróbstwo i udawanie debila, no i ogólnie patologia. No ale dobra, my będziemy walczyć o to by móc pracować i to nawet kurwa za darmo. Wszystkim na złość. Pod prąd. Dopóki nie zdechniemy i dopóki nas całkiem nie wykończą.

Muszę przyznać jednak, że  dobre nowiny (mimo tego całgo wkurwu na chory spatalogizowany belgijski system) od razu poprawiają mi nastrój i dodają pozytywnej energii oraz spokoju wewnętrznego. Ciągle mam ich za mało, ale dobre i cokolwiek.

Z powodu tego gorąca, takie mam przynajmniej przemyślenia, wcześniej zaczął się sezon pająków. To wielkie bydlę z poniższego zdjęcia łaziło przez parę dni po domu, bo młodzież odnotowała jego obecność, ale że szybko spintalało, to nie zdążyli udokumentować. Ja napotkałam ono w łazience koło umywali, jak się czilowało, to złapałam do szklanki i za sugestią Młodego udokumentowałam przy linijce, by każdy widział, jakie tu mamy wielkie pająki w domu haha, a potem wypuściłam na zewnątrz... Pewnie wróci, bo to PAJĄK DOMOWY, a nie polny, a poza tym to w domu pewnie ich więcej jest, bo dziwne by było jak nie, wszak one wychodzą tylko na gody i temu podobne rezczy, a pozostały czas grzecznie siedzą sobie za obrazami, szafami i innych bezpiecznych kryjówkach, a my żyjemy w BŁOGIEJ nieświadomości. Dlatego ja je wynoszę na zewnątrz, by sobie wróciły po cichu i dalej mogłam w nieświadomości ich obecności sobie żyć.


Czasem opolowujemy też inne robactwo w obiektyw, a potem się kłócimy o prawo do dodania obiektu do aplikacji ObsIdentify hehe. To poniżej nazywało się po niderlandzku "ZWYKŁY żuk" czy cos w tym stylu, a to było takie piękne więc nazwa z dupy... Po polsku na szczęście nazywa się toto żółwinek i gugiel mówi, że to jego młode znalazłam... Niech tak będzie.


Umarła nam Nasza Krystynka :-(

Chyba dobrze, że w końcu odeszła, bo po tym wypadnieciu kloaki już nigdy nie wróćiła w pełni do zdrowia. Niby chodziła, a nawet ganiała i żarła, i pchała się do żarcia, ale co chwilę wyraźnie coś jej dolegało, że nagle z dnia na dzień stawała się osowiała i przestawała jeść. Czasem podawałam jej lek (tak jak mówił wet) i potem znowu czuła sie lepiej, by po paru dniach czy tygodniach znowu zaniemóc. Ostatnie dni nagle się pogorszyło i było widać, że tym razem jest kiepsko... może to ten upał też... Nie poszliśmy do weta, bo uznałyśmy, że jak my ją rowerem przewieziemy parę kilometrów (nawet jakby autem to też nic dobrego dla chorej kury) to na jedno wyjdzie. I tak będzie cierpieć... Zabraliśmy ją do ciemnej chłodnej łazienki.  Odeszła w spokoju, ale na pewno cierpiała w ostatmich godzinach, co spędza mi sen z powiek nawet bardziej niż upał, ale co, taka jest kolej rzeczy, takie jest życie.

To była dobra kura. Dostała u nas dodatkowe kilka miesięcy życia i mogła u nas przynajmniej dobrze zdrowo zjeść, pogrzebać w ziemii i poopalać się w słońcu i zobaczyć, a nawet podziobać codziennie trawy. Miała swoje małe stado, swojego koguta i swój mały czyściutki kurnik z komfortowymi patykami do siedzenia. W nocy mogła spać po kurzemu w ciemności. Po tym, co przeszła w fabryce jajek, to musiał być i tak raj dla takiej biednej kury. Warto było ją adoptować, mimo że tak krótko z nami mogła być. Szkoda, że  zachorowała, no ale niestety to sprawił człowiek.  To z winy tej wstrętnej pazernej, nieczułej i wrednej istoty cierpią takie piękne stworzenia. Kurzysko żyło przez rok w koszmarnych niekurzych warunkach faszerowane dziesiątkami zastrzyków, zmuszane do nieustannego niesienia jaj, przy braku dostatecznej ilości snu, bez możliwości wypoczynku, grzebania, w ciasnocie i smrodzie, bez piór, zmasakrowana, by ludzie mogli wpierdalać codziennie jajka okupione strasznym cierpieniem... Bo ludzie to podłe zwierzaki - mogli by zrobić tyle dobrego, ale wolą wszystko niszczyć, wolą zabijać, gnębić, poniżać i torturować drugą istotę (nawet, a można nawet zwłasza swojego gatunku). To jest niepojęte dla mnie. 

Wanda i Balbinka na szczęście mają się na razie dobrze. Od dnia adopcji wypiękniały, obrosły w pióra o nabrały ciała i kolorów. Balbinie wreszcie urósł i zczerwieniał grzebyk i korale. Wbija do domu, jak tylko ktoś nie domknie drzwi. 

Nasze Riko też czuje się w miarę dobrze. Gorące dni spędza w dużej mierze w domu, bo jej wyraźniej upał nie służy. Taką kurkę jak Riko spokojnie można trzymać w kuchni. Jak jest zdrowa i je zdrowo, jej kupy nie śmierdzą (nie, że fiołkami pachną, ale czujesz je tylko, gdy nos do kupy przystawisz, a nie wiem, po co by to ktoś miał robić) i łatwo można je zebrać papierem toaletowym, a nie kupczy znowu jakoś często. Ciągle ma problemy z chodzeniem, ale powolutku sobie człapie z miejsca na miejsce. W domu będąc non stop łazi spod stołu, gdzie śpi,  pod szafę, gdzie ma miski i z powrotem. Czasem idzie też na wycieraczkę pospać albo na dywanik... zrobic kupę człowiekowi na złość haha. Inne kury ją znielubiły chyba przez to, że za dużo z człowiekiem się zadawała, a zadawała się, bo była bardzo chora. Umierająća była, ale wychuchaliśmy i teraz mamy kurkę domową. 

Krystynę musiałam pochować na łące. Wykopanie dużej dziury w skamieniałej od suszy ziemi  w ten skwar to niezły workout hahaha. Musiałam się po tym wykąpać i zmienić ubranie, bo upociłam się jak świnia. Ubranie miałam mokre  jakbym do stawu wpadła. 

Nigdy więcej jednak nie zaadoptujemy kur z fabryk jajek, bo teraz wiemy, że aby się nimi opiekować godnie, trzeba mieć po pierwsze dużo miejsca, bo to są ptaki po strasznych przejściach i mają mnótwo problemów zdrowotnych, fizycznych i psychicznych, że tak powiem, co wymaga czasem trzymania poszczególnych kur w odosobnieniu. Po drugie trzeba mieć blisko dobrego weta od kur i dużo pieniędzy, bo te kury wymagają specjalnej opieki, często chorują, potrzebują leków, witamin, elektrolitów, a to wszystko to ogromne koszty. To była pomyłka. Nas nie stać na takie kury po przejściach. Nie wiedzieliśmy na co się piszemy, bo niestetety w azylu nie mówią tego, a tylko zachwalają.

Dziś już jest sobota (piszę to po kawałku od kilku dni, altego może być dość chaotycznie) i jest znacznie chłodniej. Chyba tylko ze 25 stopni jest, czyli wręcz zimno po tym skwarze i duchocie. Ale pochmurno dziś dosyć i już mi się nastrój też pogorszył. Zresztą nie tylko mi. Jest czternasta, a młodzież ciągle śpi... Najstarsza była na dole od rana, ale najadła się, przycięła komara na kanapie i poszła do siebie na strych. Miałyśmy jechać do tego gospodarstwa rowerami, by mogła się przekonać, czy to daleko i czy w razie co da rady tam dojeżdżać na tym swoim rowerze, ale obydwu nam się dziś nic a nic nie chce. Ja wstałam o siódmej, bo ktoś musi kury wypuszczać, ale ledwo z biedą. No zupełnie nie do życia dziś jest dzień. Normalnie kury o szostej powinny zostać uwolnione z kurników, ale nie dałam rady. Dziewczyny je zamykają koło 23, bo te kury nie chodzą spać z kurami, o nie! Kurozaury idą dosyć wcześno, ale silkie to inny stan kurzego umysłu. To chodzi do ciemnej nocy, a przypomnę, że w Belgii słońce zachodzi godzinę później niż w Polsce... 

Wczoraj upiekłam pierwsze bułki na zakwasie. Poprzedni zakwas bo ponad roku używania w końcu się mi popsuł, bo przestałam piec chleb, gdyż kilka razy pod rząd wyrzuciłam po wiecej jak połowę do kosza. Mało bowiem jemy latem chleba. Jednak chleb ze sklepu jest ostatnimi czasy dla mnie zupełnie nieakceptowalny. No nie może mi w ogóle przejść przez gardło. Jest ohydny po prostu. Syfiasty. Obrzydliwy. Byłki też. Smaczne jeszcze są maślane croissanty z AH, ale to trzeba specjalnie by kręcić codziennie do sklepu te 5 km po croissanty, a nie chce się za bardzo nawet w chłodne dni, co dopiero w upał. Pomyślałam, że może pora w końcu w wieku prawie 50 lat upiec po raz pierwszy jakieś bułki samodzielnie. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wyszły wyśmienite! Dziś z kolei rano upiekłam zwykłe na drożdżach i też super smacznościowe wyszły. Tylko w poleceniu "podziel na równe kawałki" chyba nie do konca zrozumiałam, o co chodzi, bo jedna wyszła miniaturowa, a druga wielka, i ogólnie każda innej wielkości. Nie wiem, jak dzieli się na równe kawałki cokolwiek. Tak samo zawsze mam z pulpetami czy kotletami - jeden byk, a drugi minimini.

Dziewczyny wczoraj kupiły jakieś gotowe kotlety roślinne i mini ziemniaczki, to będzie łatwy obiad. Ziemniaczki pieczemy w łupach albo w grubej soli, albo otytłane w oliwie i ziołach. Smakują trochę jak takie z ogniska, tylko tej skorupy brak. Dla Młodego kupiły jakieś nie-mięso do wrapa. Przez dwa dni jadłyśmy żółte curry ugotowane przez Młodą. Wyśmienite było. W ogóle muszę rzec, że ta potrawa to nasze wielkie tegoroczne odkrycie. Już wiele przepisów przetestowałam z dziewczynami i poza jednym z czerwonymi buraczkami wszystkie były super. Teraz już dodajemy składniki wedle uznania i tego co mamy na stanie. Młoda używa gotowej pasty ziołowej, ale ja po prostu sypię osobno różne ziele. Tak jest łatwiej, bo nie możemy używać imbiru, gdyż Młoda ma nań uczulenie, a to jakby baza wielu curry. Jeszcze tylko zielonego nie robiłyśmy, bo jest najostrzejsze, ale kiedyś się odważę, bo odkąd zasmakowałam w kuchni meksykańskiej no i azjatyckiej mam coraz większą tolerancję na ostrość potraw. 

Ale wspominam o tym tutaj, bo uświadomiłam sobie nie dawno, jak wiele różnych "egzotycznych" potraw odkryłam w ostatnim czasie i jak się mnie to odkrywanie spodobało. Przez długie lata jadłam typowo po polsku, bo nie było żadnych innych opcji dostępnych, no i bo człowiek nie znał przepisów... Bo takie curry to akurat se można było już dawno zrobić, ale gdzie paręnaście lat temu by mi w ogóle do łba przyszło, żeby dawać imbir, czy jakiś tam cynamon do obiadu. Tego typu przyprawy kojarzyły mi się tylko z deserem.

Pamiętam jak kilka lat temu pewna znajoma Polka, która wtedy była z jakimś Hindusem, podała mi przepis na "prosty indyjski gulasz". Wtedy jeszcze jadłam mięso i to mięso gotowało się w mleku kokosowym z imbirem właśnie i ananasem. Dla mnie był to kulinarny szok kulturowy i smakowy. Tak, to był jakiś rodzaj prostego curry...

Wcześniej przetestowałam belgijskie małże z frytkami i majonezem, które nawet mi posmakowały, no i paellę z krewetkami w wykonaniu marokanskich znajomych, którą też ze smakiem wsuwałam. Gdyby mi ktoś za młodego powiedział, że mam jeść jakieś robale to chyba bym puściła pawia... 

Potem nadeszło kolejne wiekopomne odkrycie w postaci sushi. Po pierwsze, że sushi to nie tylko surowa ryba, która mnie tak brzydziła, gdy słyszałam pierwszy (drugi, trzeci  i siódmy) raz o sushi, a po drugie, że surowa ryba w sumie też jest smaczna haha. Wszystko kwestia nastawienia i otwartosci na nowe. Dziś jadam głównie sushi wegańskie, ale zdarza mi sie ciągle wsunąć rybę czy kraba albo "szrimpa". Po sushi odkryłam już warzywa w "tempurze" i ramen, który akurat zupełnie mi nie podszedł.

Dalej była wspomniana już kuchnia meksykańska. Odbyło się to za sprawą Młodej, która ciągała mnie po kolejnych restauracjach meksykańskich. Bałam się, że wszystko będzie dla mnie za ostre, bo ja unikałam ostrych potraw, nigdy nie byłam nawet jakąś wielką fanką soli i pieprzu, a co dopiero mówic o ostrych papryczkach czy innych takich. Okazało się, że smak mi się zmienił i że w sumie to ja teraz dosyć lubię ostre rzeczy. Ciągle nie podołam temu, co na co dzień jedzą moje dzieci (lubią żreć bardzo ostro i pikantnie), ale mój próg ostrości okazuje się być wyższy niż mi się z pierwa wydawało, a meksykańskie żarcie okazuje sie byc też roznorodne i wcale nie wszystko wypala ci trzewia haha, a wiele dań jest bardzo smacznych. 

Najważniejsze jest jednak dla mnie to iż w końcu dotarłam do miejsca, w którym doznałam olśnienia, że w kwestii jedzenia ograniczały mnie tylko głupie uprzedzenia. Myślę o ostatnich latach, bo kiedyś to faktycznie ograniczenia były fizyczne. W latach 80', 90' jedliśmy tylko to, co ziemia urodziła. Dwa razy do roku zabijaliśmy świnię i wtedy jedliśmy przez chwilę wieprzowinę. Latem mordowaliśmy kury i wtedy jedliśmy drób. Przez cały rok mieliśmy ziemniaki i marchew. Sałatę, koperek i rzodkiewkę na wiosnę, potem były pomidory, ogórki, owoce. W zimie zapasy ze słoików porobione latem i ewentualnie mrożonki. Chleb piekło się w piecu ze swogo zboża zmielonego w młynie. Mleko dawała własna krowa i z niego robiło się masło, ser i śmietanę. Jak krowa była wysoko cielna, nie piło się mleka i nie robiło się serów. Nie kupowało się jedzenia za często.  Czekało się po prostu na kolejne sezony,  by zjeść daną rzecz. W sumie na wsi to nawet nie było za dużo do kupienia wtedy. Chleb czasem tak, czasem wędlinę (choć jak była na kartki, to raczej rodzice wymieniali na co innego). Z czasem zaczęło się kupować i kupowało coraz więcej, a produkowało samemu coraz mniej. W sklepach pojawiało się coraz więcej mniej lub bardziej egzotycznych produktów. Tyle że nas raczej nie bardzo było stać na cokolwiek z egzotycznych  rzeczy. Już banan czy mandarynka raz na jakiś czas to było łał,a co dopiero jakieś mleka kokosowe, czy ananasy, panie. 

Dopiero odkąd tu w Belgii mieszkam, mam możliwość kupowania i smakowania najdziwniejszych rzeczy z całego świata. Nie twierdzę, że w Polsce nie ma możliwości - żebyśmy się źle nie zrozumieli - JA KIEDYŚ nie miałam możliwości, bo najpierw nie było nic, a potem nie było mnie stać, bo żyłam w ubóstwie. Choć kiedyś (badzo niedawno) zauważyłam, że ludzie z Polski pytali się laski pokazujacej jakiś przepis z awokado, jak rozpoznać dobre awokado w sklepie, co mnie lekko zdziwiło, bo ja po prostu idę do sklepu i ładuję awokado do koszyka i jeszcze nie trafiłam ani razu na jakieś złe. Jak potrzebuję je na już (teraz chcę jeść) biorę miękkie. Jak kupuje na zaś (na za dwa dni np) to biorę twarde i czekam aż zmięknie, by je użyc do czegoś. Nie wiem, czy mam farta, czy po prostu u nas jest to na tyle popularny towar, że większość jest po prostu dobra, świeża, nie zgnita... więc jednak pewnie są pewne róznice w dostepności, ale nie będę się wypowiadać nie mając pojęcia o polskim bieżącym rynku żywności. Mogę rzec, że u nas wybór warzyw i owoców, czy różnych  gotowych produktów i półproduktów z całego świata  jest ogromny dziś nawet w zwykłych marketach, a mamy jeszcze łatwo dostępnę sklepy marokańskie, indyjskie, azjatyckie itd itd. Mamy też w zasięgu najróżniejsze restauracje, gdzie można pojść na degustację dobrze przyrzadzonych potraw z róznych stron globu. I to jest dla mnie na prawdę niesamowite. Często zapominamy, jakiego mamy farta, że możemy tego wszystkiego smakować, doświadczać, kupować, gotować, bo przecież kiedyś wszyscy jedli w niedzielę rosół i schabowy, a w poniedziałek pomidorową z tego rosołu. Dalej były pierogi, mielone, bigos i grochówka. Wszystko smaczne, nie powiem, że nie, ale wybór był ograniczony do tego, co dostępne było w naszym kraju w danej porze roku. A dziś żyjemy w raju. W sklepach jest tyle różności i mamy internet, dzięki któremu możemy przyrządzić z powodzenie dowolną potrawę z dowolnej części świata we własnej kuchni niemal pod okiem kucharza z danego kraju gadającego do nas z ekranu.

I ja se to właśnie uświadomiłam, że tyle pyszności ostatnio jadłam, tyle nowych rzeczy ostanimi laty skosztowałam no i że tak bardzo w ostatnum czasy zmieniła się moja dieta i moja kuchnia. 

Zniknęło z niej prawie (no, w dużej mierze) mięso, pojawiło się mnóswto nieznanych mi wcześniej warzyw, owoców i przypraw. Myślę, że to są bardzo dobre zmiany, ale czas pokaże... Jaram się tym, że mam dostęp do kuchni całego świata i do tego wszystkiego dobra. To jest radość wielka.

No ale dobra, dość tego chrzanienia. Pora się zająć czymś pożytecznym.

Na koniec jeszcze trochę migawek z Gent.












gołąb czeka na kelnera xD