30 maja 2026

Tragiczny wypadek w sąsiedniej wsi

 Zacznę od najtrudniejszego i najokropnejszego dnia minionego tygodnia, by już zostawić potem ten temat. Dla nas wszak życie toczy się dalej swoim torem... 

Tragiczny wypadek w sąsiedniej wsi

Ci, którzy mieszkają w Belgii już się pewnie dość na ten temat nasłuchali, naczytali i nadyskutowali, a i poza granicami pewnie było o tym w wiadomościach, bo widzieliśmy tutaj dziennikarzy z różnych stron świata. Mody nawet osobiście udzielił wywiadu po angielsku dla jakiejś hiszpańskiej gazety. W lokalnej też go cytowali, jako swego rodzaju świadka zdarzenia. Nie ukrywam jednak, że wolelibyśby zaistnieć w mediach z jakiegoś miłego, fajnego powodu a nie z powodu ludzkiej tragedii. 



Napiszę jednak o tym tragicznym wypadku, który w jakiś sposób był naszym udziałem. Na nasze szczęście tylko z perspektywy gapia.

Poniedziałek był wolny z okazji Pinkstermaandag, czyli Zielonych Świątek, który w BE jest dniem ustawowo wolnym. We wtorek Młody jak zawsze pojechał swoim rowerkiem, który jak zwykle miał zabrać do pociagu, by udać się w kierunku swojej szkoły. Jednak chwilę później zadzwonił, by podzielić się swoim zaniepokojeniem odnośnioe jego pociągu, który - jak relacjonował Młody - zatrzymał się sporo przed stacją i że policja na sygnałach tam podjechała. Gdybaliśmy razem, co też mogło się stać. Obstawialiśmy samobójstwo albo przechodzenie lub przejeżdżanie na czerwonym, bo to najpopularniejsze zdarzenia, bo do zwykłej awarii policja by nie jechała. Młody zastanawiał się głośno, co ma teraz robić: czy wracać do domu, czy czekać, bo może to nic ważnego i pociąg zaraz ruszy, bo mogło być tak, że pociąg ma awarię, a policja jest tam z innego powodu. Jednak, gdy tak sobie gadaliśmy, na miejsce zaczęły zjeżdżać inne radiowozy, wozy strażackie i karetki, a chwilę później pojawił się też helikopter. Wtedy już wiedzieliśmy, że to jakieś poważniejsze zdarzenie i że ten pociąg raczej szybko nie pojedzie. Powiedziałam Młodemu, by wracał do domu, bo szkoda tam stać po nic. A ten na to, że nie wie jak, bo przejazd jest zamknięty. Skoro pociąg nie minął stacji, to zapory się nie podniosą. Fakt! Zapytałam, czy zna drogę przez sąsiednią wieś, ale nie znał. Przeto zaoferowałam się, że podjadę tam rowerem i go poprowadzę. Miałam niby w planie iść do azylu, ale własne dziecko ważniejsze niż ptasie. Młody oczywiście poszedł tam bliżej zobaczyć, co się tam zdarzyło, bo przecież zanim ja przekręcę 5 kilometrów to chwilę potrwa. Jako że zdawał się być zaniepokojony nieoczedkiwaną i podejrzaną sytuacją to podpięłam słuchawki do telefonu i tak mogliśmy cały czas rozmawiać podczas mojej jazdy. Relacjonował mi zatem na bierząco, co tam zobaczył. Najpierw powiedział, że pociąg ma rozbite okno, więc musiał uderzyć w coś dużego i że leży tam kawałek przodu od jakiegoś auta.

 Dalej relacjonował, że jakiś pan przyjechał na rowerze jak szalony i krzyczy spanikowany, by go przepuścili, bo "tam był jego syn"...

Chwilę później Młody zawołał, że widzi dawnego klasowego kolegę, który wychodzi z pociągu wraz z innymi pasażerami i że już mu pomachał i że idzie z nim pogadać... Ja w tym czasie utknęłam razem z dwójką innych rowerzystów na ścieżce rowerowej, którą blokował wóz strażacki. Strażacy nieśli do auta jakieś metalowe skrzynki, które skądsić wydobyli w okolicach torów. Teraz myślę sobie, że to były może te kolejowe czarne skrzynki, z których potem odczytano, że pociąg w momencie zdarzenia jechał z prędkością 90km/h... Zagaiłam do rowerzysty obok, że tam ponoć jakiś wypadek się zdarzył koło stacji, a ten - już najwyraźniej dobrze poinformowany - odprał, że owszem i że to bus szkolny wjechał pod pociąg i że więcej ofiar jest. Nie! Ja pierdolę! Aż mnie ciarki przeszły i potem jeszcze długo mi się ręce trzęsły. Przekazałam Młodemu od razu, a on potwierdził, że pociąg faktycznie w jakiegoś busa uderzył - jak się dowiedział od kolegi - i że kierowcę wyciągnęło przez okno. To widzieli pasażerowie pociągu. W pociągu nikomu nic się nie stało, ale ktoś doznał szoku i zabrali go do szpitala na sygnałach. Karetki i inne wozy ciągle jeździły na sygnałach. 

Wróciliśmy z Młodym do domu. Napisaliśmy do szkoły mejle, że Młody nie przyjdzie i cały dzień śledziliśmy obydwoje wiadomości na kilku stronach. Chwieliśmy się dowiedzieć, co się tam do cholery stało. Najpierw podano, że to był bus wiozący dzieciaki do szkoły specjalnej, czyli niepełnosprawne i że kilka osób zginęło, a reszta w stanie ciężkim w szpitalu. Potem uściślili że jest 4 ofiary śmiertelne. Nie podali jednak szczegółów. Później się dowiedzieliśmy, że długo nie wiedziano, ile dzieci tego dnia jechało busem, bo to wiedziała tylko opiekunka, a ona zginęła na miejscu. Musieli zatem najpierw obdzwonić wszystkie rodziny i zapytać, czy ich dziecko pojechało do szkoły busem, czy zostało w domu chore albo pojechało rowerem, czy z kimś autem. Ten bus został wyrzucony uderzeniem pociągu i wyleciał w powietrze a potem spadł z łoskotem na bok. Młody słyszał ten huk stojąc na stacji, ale miał słuchawki  na uszach i słuchał metalu, więc był przekonany, że to jakiś dziwny element utworu.

Bus wjechał na tory na czerwonym przy opuszczonych rogatkach. Na razie nie znana jest przyczyna. Podają kilka możliwych powodów: może kierowcę oślepiło poranne słońce i nie widział ani rogatek ani świateł (jechał drogą biegnącą równolegle wzdłuż torów i skręcał w lewo na przejazd),  może źle się poczuł (zawał, omdlenie), defekt pojazdu, zwykły ludzki błąd, nieuwaga, zmęczenie. Na razie jednak trwa śledztwo i nie ma co spekulować. Wypadki niestety się zdarzają.

Kierowca (49), opiekunka (27) i dwóch nastolatków (12 i 15 lat) zginęło na miejscu. Pięcioro innych dzieci w stanie ciężkim odwieziono do szpitala. Ogromna tragedia dla ich bliskich, nauczycieli i całej wioski. 

Dla nas to też był lekki szok i niedowierzanie, mimo że nie znaliśmy raczej tych dzieciaków. Choć nie wykluczone, że przychodziły na świetlicę, w której miałam staż. Może mijałam je w sklepie albo na ulicy. Inaczej patrzy się na takie zdarzenia, gdy dzieją się daleko, a inaczej, gdy zdarza się to tuż pod twoim nosem, gdy uczestniczysz w tym wszystkim, gdy udzielają ci się emocje innych ludzi. Wypadki z udziałem dzieci są ciężkie do udźwignięcia nawet jak to nieznajome dzieci. Cały dzień nie mogłam nic innego robić, tylko o tym myślałam i oglądałam konferencje prasowe, czytałam dyskutowałam z rodziną. Nie mieściło mi się i nadal nie mieści to w głowie, że w dzieciaki giną w szkolnym busie w drodze do szkoły. Ot tak jedna sekunda i ktoś stracił swoje dziecko, które powierzył komuś pod opiekę. Koszmar.

https://www.vrt.be/

Ale życie toczy się dalej

Dla nas na szczęście życie toczy się dalej tym samym torem. Kolejnego dnia Młody już pojechał do szkoły, bo udało się zakończyć wszelakie czynności tego samego dnia, choć cały dzień ruch pociągów na tej trasie był odwołany. W weekend cbyba jeszcze coś będą tam robić, bo NMBS (belgijska kolej) informuje że nie będą kursowac pociągi na tej trasie tylko autobusy zastępcze. Dziś też niektóre nie jeździły, ale nie wiem, czy to z tego powodu, czy zwyczajnie przez upał. Utknęłam na chwilę w Mechelen, ale w koncu dotarłam razem z Młodym do domu. Tutaj w upał to zawsze są jaja na kolei. Wiele pociągów ma wielkie opóźnienie, a sporo nie pojawia się w ogóle. 

Poza tym nic ciekawego się w tym tygodnie nie działo. Byłam na spotkaniu z tą całą kołczką, co oczywiście nic w ciekawego w moje życie nie wniosło. Fajnie się jednak rowerowało po górkach. Trochę się obawialam tej trasy ze względu na upał i odzywajace się znowu kolańsko, ale nawet sprawnie poszło. Miałam jeszcze pół godziny do spotkania, przeto zajrzałam do parku na tyłach… Ciekawy 👀 
dawna stróżówka (chyba)


dom ogrodnika (chyba) 



opuszczona rudera





Po spotkaniu wstąpiłam do krinwinkel poszperać w starociach. Nabyłam dwie książki, czajniczek w koguty i ptaszki-durnostojkę dla Młodej oraz kilka szmat dla się: czerwoną jeansową spódnicę, jeansową kurtałkę oversize (no, idealna na te upały haha) i jakąś portko-spódniczkę dla mnie lub Młodej. Mamy obie mniej więcej takie same dupska, choć ona ładniejszą, to czasem się wymieniamy ciuchem. Grzebanie w starociach jest bardzo relaksujące i czasem dobrze jest wleźć do kringwinkel.


Przymierzyłam kapelutek, ale nie bardzo mój styl…



Odwiedziliśmy też ponownie dietetyczkę z Młodym i znowu coś tam zadała mu do próbowania, nagoniła go do przyłożenia się do jedzenia na godziny, bo w jego przypadku to bardzo ważne. Na koniec podyskutowałyśmy o polityce i ostatnich mniej lub batdzie porypanych pomysłach minister edukacji. Ona (dietetyczka, nie minister) pracuje też jako nauczyciel w szkole specjalnej, więc ją to bezpośrednio dotyczy.
ja czekająca na dworcu


No ale szczegół. Ja to z wszystkimi muszę se pogadać o jakiś głupotach nie związanych z tym po co jestem w danym miejscu. Okropna jestem. Ech. To tylko potwierdza, że potrzebny mi jednak ten vlog, by się wygadać. Na razie nagrałam próbne wideo takie trochę pierdololo o niczym, by zobaczyć, jak to działa. Działa dobrze, tylko jakość ciulowa, bo w darmowej wersji cap-cuta można tylko w ciulowej wersji eksportować. Nie zamierzam jednak płacić za nic  nie bedąc pewnym czy to w ogóle ma sens. 
Wiem już też co źle robiłam w trakcie nagrywania i że potrzebuję specjalnego lusterka do nagrywania oraz selfiesticka, bo statywik jest za krótki i za niewydgodny, by trzymać go cały czas przed sobą. Jak się komuś nudzi, niech se obejrzy z kawałek i mi napisze, co myśli. Można też zasubskrybować kanał :-P



 Pierwsze oficjalne wideo początkowe jest w budowie… Specjalnie po to dziś do stolicy pojechałam nawet.

W azylu w tym tygodniu nie byłam ani razu, bo codziennie jakies coś. Może przyszły tydzień będzie bardziej owocny i poukładany. 

Nasza Krystyna-Kurozaur zdaje się powoli wracać do zdrowia... 

A czekaj, bo nie pamiętam, czy w ogóle pisałam o tym, że byliśmy z Krystyną u weta, bo jej kloaka wypadła...? Najwyżej potwórzę. Kurom się czasem zdarza prolaps. Zwykle powodem jest, że kura zbyt dużo jaj niosła i/lub zbyt duże albo że się czegoś bardzo przestraszyła. Nasza adopcyjne dziewczyny są co prawda młode, ale niosły przecież bardzo intensywnie i ponad normę w tej fabryce jajek, więc wypadnięcie kloaki nas nie zdziwiło, ale bardzo zestresowało. Już myśleliśmy, że trzeba będzie Krystynę uśpić.  Zapytaliśmy doktora gugla. Na polskim necie - jak to często w takich sprawach - ludzie pisali po prostu, że "rzeba kurę zabić, bo tylko sie męczy, że z tym nic nie da się zrobić, ato przecież tylko kura... Wioskowi eksperci od siedmiu boleści, ja pierdziu. Na tutejszym i zagranicznym było trochę porad. Proste rzeczy postanowiłyśmy spróbować zanim pójdziemy do weta.

Najpierw  wymyłam jej kuper delikatnie i okazało się, że przez noc samo się naprawiło. Niestety kolejnego dnia podczas niesienia kolejnego jajka znowu się to samo zdarzyło... Udało się szybko umówić do weta znającego się na kurach, a on po obejrzeniu oznajmił, że nie jest najgorzej, ale trzeba działać i że będzie potrzebna cierpliwość... 
Dał jej lek antybakteryjny, który miała dostawać przez 5 dni. Kazał ją wykąpać w ciepłej wodzie z dodatkiem odkażającego płynu waginalnego... Tak, aptekarkę też to setnie ubawiło. Apteka co prawda prowadzi też sprzedaż leków dla zwierząt, ale jeszcze nikt najwyraźniej nie kupował u niej mydła waginalnego dla swoich kur albo nikt się nie przyznał, dla kogo kupuje. Wet zasugerował, bym powiedziała, na co potrzebuję, by dali mi właściwą rzecz. Młody potem się chichrał, że aptekarka teraz ma nową historię do opowiadania z cyklu "a raz przyszedł klient..."
Krystyna w kąpieli 🛁 


No i wsadziłyśmy Krystynę do wiadra z ciepłą wodą z mydełkiem ginekologicznym z isobetadyną i ją moczyłyśmy coś z godzinę, by wszystko ładnie sie umyło. Wyglądało na to, że jej się to podobało, bo poszła w kimę, jak ją tak trzymałam w tej wodzie i myłam jej kuper. Potem zawinęłyśmy ją w duży ręcznik i delikatnie osuszyłyśmy. Następnym krokiem było przykładanie lodu. To już jej się nie podobało za bardzo albo moze po prostu uznała, że już za dużo tego spa...
Potem wróciła na podwórko, ale do części Heńka, żeby jej koleżnaki nie dziobały i Chica nie seksował. 
Kolejnym zaleceniem było ograniczenie jej czasu przebywania na świetle dziennym, w celu zastopowania niesienia jajek. Mogła mieć światło tylko przez maks 8 godzin. Trochę trudne do zrobienia w letnim seoznie, gdy dzień długi, ale robiliśmy tak, że rano normalnie o szóstej wychodziła z wszystkimi, ale około południa wkładaliśmy ją do kurnika, by znowu na wieczór na chwilę ją wypuścić, by sobie połaziła, pojadła i już sama wracała ze stadem do kurnika na noc. Drugiego dnia znowu umyłam jej kuper w płynie dezynfekującym, a na trzeci dzień kloaka wróciła na swoje miejsce. Kuper był opuchnięty jeszcze parę dni i Krysta wyraźnie źle się czuła, bo mało jadła, ukrywała się gdzieś za krzakiem, chodziła z opuszczonymi barami. Karmiliśmy ją smakołykami, które chiała jeść: gotowane jajko, słonecznik, robaczki, owoce, ser... Z każdym dniem wyraźnie lepiej sie czuła, a kuper się poprawiał. Teraz zdaje się już normalnie zachowywać i całkiem dobrze wyglądać. czyli 70€ nie poszło na marne i zalecenia weta przyniosły pożądane rezultaty.

Biedna Balbinkę też chyba w koncu powinniśmy zawieść do weta, bo ciągle niesie jajka bez skorupki i wygląda jak kurzy menel - rozczocharne pióra, blady grzebyk... Tak jakoś schodzi z tym. Nie jesteśmy przykładnymi opiekunami naszych kur.
Wredna Wanda ma się wyśmienicie. Jest największą, najładniejszą i najbardziej bezczelną z adoptowanej trójki kurozuarów. Ona najprawdopodobniej  była kogutem, gdy przebywała w tej kurzej farmie z innymi kurami. Tak, niektóre silne charakterem kury przejmują rolę koguta, gdy w stadzie nie mają prawdziwego koguta albo ten jest chuderlak i słabiak. Takie kury zwykle mają wielki soczyście czerwony grzebień i ogólnie zwykle są duże i silne. Mogą też zacząć piać i przestać nieść jajka. Gdy w stadzie pojawi się prawdziwy kogut, zwykle wracają do swojej kurzej roli. Choć zależy od tego jak silny jest kogut. Koguty też czasem stają się trans-kurami i zaczynają sie zachowywać jak kury. Nawet do gniazda idą i udają, że niosą jajko, co oczywiście nie jest możliwe. Nasza Sunny też na początku zdawała się być kogutem. Nawet jak pojawił sie Heniek ona próbowała go zdominować i czasem mu stopę na grzbiecie stawiała. Bo on był pantofelek i mało koguci był. Teraz jednak jest jego kurą, bo już poważny z niegi kogut, to go szanuje. Wanda niesie jaja, ale zapędy kogucie jeszcze trochę ma. Lubi rządzić i chodzi własnymi drogami. Lubi uciekać człowiekowi, gdy uzna, że jeszcze nie pora wracać do ogrodu, i alpejskie kombinacje obmyśla, by nawiać. Chica nie jest dla nich autorytetem, ale już trochę (tak odrobinkę) już sie go słuchają i czasem nawet na znalezione przez niego jedzenie przybiegną (jak już 10 minut woła i nie mają nic lepszego na oku). Nie łatwo ma z nimi. Z Henkiem toczy boje przez siatkę. Bywa że jak wychodzą poza ogród, że i bez siatki jeden drugiego dopadnie i jest bitka na ostro, zanim człowiek ich nie rozdzieli. Riko bardzo polubiła się z kurozaurami. Czuje się z nimi najwyraźniej bezpiecznie i komfortowo, mimo że ani do połowy im nie sięga. One jej nie dokuczają, a chcą przebywać w jej poblizu, tylko ona nie lubi być zbyt blisko żadnej kury i się odsuwa. Balbinkę toleruje, bo ona jest spokojniejsza niż dwie pozostałe. Balbinka nawet czasem próbuje spóścić łomot Bożenie, gdy zobaczy, że ta dokucza Riko, a dokucza zawsze jeśli tylko stada się zejdą. Sunny lubi swoją córeczkę Riko i nigdy jej krzywdy nie robi. Heniek natomiast ją przegania, gdy zapóści się na jego dzielnię. Te kurze relacje są fascynujące. Nigdy wcześniej nie przyglądałam się tak kurom, jak teraz. Niesamowite to ptaki. 

Jeszcze parę zdjęć z wizyty w Hasselt. O tym jest wideo, więc nie będę się powtarzać 
Vél’eau - impreza Red Bulla








mural


Restauracja Cafe Latino





kibel








🌮 tacos 
Muzeum mody w Hasselt







23 maja 2026

Nic ciekawego, ale będę zostawać vlogerem haha

 Młody stwierdził, że jeszcze jeden tydzień i jeden miesiąc i WAKAAACJE, ZNÓW BĘDĄ WAKAAACJE....! Mnie to tam rybka czy wakacje czy nie wakacje, bo dla mnie i tak nic się nie zmienia. Tyle, że nie będę musieć go budzić... Tymczasem pogoda tego maja całkiem świruje. Dopiero co zimnica była, a teraz nadają 30 stopni w plusie na ten weekend. Tego to w ogóle jeszcze nie grali, żeby w maju było trzy dychy na termometrze. Planeta się kapryśna zrobiła, że hej. Nic to trza się do tego przyzwyczaić i brać co dają, bo wyboru nie ma za bardzo.

Tydzień minął mi szybko. Mój stan psychiczny jest ciągle taki se i raz jest nawet dobrze a drugia raz w ciul  źle. Emocjonalna huśtawka. 

Nie dawno byłam na wizycie u onkolog i trochę se z pielęgniarką pogadałam, ale nie miały dla mnie żadnej specjalnej nowiny. Wszystko jest okej, ale co do tego stanu zmęczenia nie da się oszacować, kiedy to może minąć i czy w ogóle. U każdego jest inaczej. Jednemu mija, drugi latami się z takim gównianym stanem męczy. Nie ma na to recepty żadnej. Ruszać się, jeść zdrowo, ale to żadne tam odkrycie. Wkurza mnie to wszystko, ale to też żadne odkrycie haha. Zostawmy zatem onkologa w spokoju.

Albo i nie... Wypełniałam nie dawno te dokumenty co mi to z firmy od biura pracy dali, żebym wypełniła. To jest kilka kartek z wieloma pytaniami na temat moich zainteresowań, talentów, doświadczenia... Profilowanie... Dla normalnych ludzi pewnie spoko, ale mnie taki nerw od tego wziął, że głowa mnie rozbolała i doła kilkudniowego złapałam. Talenty-sralenty kurwa! Ja wiem, jakie mam talenty, jakie mam doświadczenie i w czym jestem dobra, ale problem jest taki, że w obecnej sytuacji i okolicznościach chuj mi z tego wszystkiego i to jest moim problemem a nie że siebie nie znam i nie wiem, co potrafię... Mnóstwo rzeczy mogłam tam  wypunktować, ale co z tego, jak to dziś nie działa, nie przyda się... Gadam o tym non stop tutaj... No wkurwiło mnie to! 

Nie wiem, może na dalszym etapie pojawi się coś odkrywczego, ale śmiem twierdzić że wątpię. No i ciężko mi nie zakładać czarnego scenariusza mając takie a nie inne doświaczenia i świadomość realiów.

Myślałam też nad tym, a nawet ze dwa dni szukałam pomysłow w necie, co mogłabym ewentualnie iść spróbować, bo MUSZĘ przynajmniej jednego zawodu spróbować i muszę se sama owo miejsce znaleźć, gdzie by mnie na ową próbę przyjęli... Jedyne co dotąd wymyśliłam to jakaś kwiaciarnia, bo robienie bukietów i obsługa klienta może nie jest jakaś strasznie ciężka, ale też nie lekka i te wszystkie pyłki, chemikalia etc. No i stanie cały dzień to gorsze przecież niż sprzątanie domów. Ja nie mogę stać. Mogę chodzić, rowerować całe dnie,ale stanie mi nie służy. No ale mam jakiś pomysł. 

Ale uwaga znalazłam przypadkiem pracę, którą mogłaby teoretycznie wykonywać i do której mogłabym się nadawać. Znalazłam kursy nawet, tylko trochę daleko... Klown. Co myślicie o pracy klowna? To brzmi jak coś dla mnie. Serio. Z tym że nie taki cyrkowy tylko taki co w szpitalach i domach opieki pracuje. To musi być zajebista, satysfakcjonująca praca, choć raczej nie łatwa też. No i nie wiem, czy mam dość talentu aktorskiego i czy nie jestem już za stara, by tej trudnej sztuki się nauczyć. Kolejne pytanie, to jakie są realne szanse na to by taką pracę faktycznie wykonywać? Jakbym miałam bliżej do Leuven, to od razu bym się jednak zapisała na próbny kurs kilkugodzinny ot tak dla samej siebie, dla zabawy. To musi być wielce relaksujące i satysfakcjonujace zajęcie. Nawet nie wiedziałam, że istnieje taki specjalny zawód jak klaun szpitalny. To tak pół żartem pół serio, jednak perspektywa bycia klownem bardzo mi się spodobała. Lubiłam też grać i stać na scenie, jak byłam mała. Szkolne teatrzyki to żaden tam może szał, ale kochałam to. Lubiłam grać główne role i występować przed dużą publicznością. Na scenie można być kimś innym i ma się wrażenie, że można wszystko. Klownerswto to trochę inna bajka, wydaje sie trudniejsza, no i jakoś Joker od razu przychodzi na myśl, ale ...pofantacjować zawsze można :-) Ja widzę się w tej roli w każdym razie. Nawet nie musiałabym za bardzo udawać...

W każdym razie jeśli idzie o normalne zawody to kiepsko to widzę na dziś dzień. Ze zwierzętami mogłabym pracować, z tego co widzę z wolontariatu, ale też tylko teoretycznie... Gdybym była tą Magdą sprzed raka na przykład.

Chodzę jeden lub dwa razy w tygodniu po pół dnia, jak mam chęć i czuję się na siłach, ale kiedyś poszłam na rano, ale w południe się mnie zapytali, czy zostanę na popołudnie, bo nie ma ludzi, a wszystkie maluchy trzeba dwa razy nakarmić, bo teraz jest istne urwanie głowy. Codziennie ludzie przynoszą po kilka nowych zwierzątek... Zostałam na popołudnie, bo nie miałam nic innego do roboty. Koło 14 przyszła jeszcze inna wolontariuszka, gdy już praktycznie połową ptaszków nakarmiłam (byłam sama u maluchów, a panowie pracowali na zewnątrz). Drugą rundę karmienia zrobiłyśmy już razem i jeszcze jeden z panów przyszedł, gdy uporali się z robotą, to podokarmiał kaczęta i te ptaki, które sondą się karmi. To wygląda tak, że po południu jak skończysz jedno karmienie, praktyczmie zaczynasz od razu drugą turę, bo to trwa długo - dwie godziny minimum -  zanim każdy dziobek otrzyma po kilka robaków czy kawałków mięska, a jest się w pojedynkę czy nawet we dwoje. Rano zwykle jest więcej ludzi, bo i roboty jest najwięcej ze względu na sprzątanie klatek i napełnianie wszystkich misek z wodą i jedzeniem. Po południu już jest luźniej, ale też robota się sama nie zrobi...

Sprzątałam też u dorosłego perkoza (to taka dziwna kaczka z czerwonymi oczami), którego musiałam najpierw przenieść do czystej klatki. Nie podobało mu się to  i mnie zdziobał gęsto. Nie boli to za bardzo, ale na oczy bardzo trzeba uważać, bo dziób to ma długi i ostry niczym szpikulec.

sowa płomykówka (dzidziuś)

puszczyk

wróble albo sikorki (opiekunowie kłócili się o to)

sikory modre

kaczka czubata

bażant

sikoreczka


No i fajno, ale o 17 po ośmiu godzinach czułam, że to było trochę za dużo na raz, jakkolwik fajne i satysfakcjonujące by to nie było. Na drugi dzień odpoczywałam, bo ja nic nie muszę, no ale przez takie eksperymenty przekonuję się, że nie dałabym rady pracować całe dnie, nawet jakby robota nie była ciężka. Co innego też raz na jakiś czas se całe dnie coś porobić, ale potem tydzień leżeć do góry wentylkiem, a a co innego codzienie musowo dyndać do jakiejś roboty.... No cóż, to jest moja nowa rzeczywistość. Dziwna taka. Niezwyczajna. Potem miałam jeszcze raz iść w piątek. Wstałam rano, przyodziałam się w wygodne ciuchy, które mogą się pobrudzić, założyłam buty, już miałam iść po rower, ale 5 minut przed planowanym wyjściem nagle mi się chęć skończyła i z sił opadłam. Usiadłam na chwilę na kanapie i podniosłam sie z niej dopiero przed południem. O i tak to właśnie działa. Mierz siły na zamiary mówili. Próbuję, ale nie wiem, ile ja tych sił mam, bo mi się wskaźnik zepsuł. 

Ale jak tak se siedziałam na tej kanapie puściwszy wodze fantazji,  stwierdziłam, że jednak będę robić jutuba. Tak, jednak chcę spróbować prowadzić kanał na You Tube, tak jak to czasem ktoś mi tutaj sugeruje i oczym co jakiś czas myślę. Nie dawno napisałam w komentarzu, że nie będę yego robić, ale właśnie mi się zmieniło. To też jest ostatnio normalne u mnie - te nagłe zmiany nastroju, nastawienia etc. 

 Nie ale potzrebuję się wygadać, poświrować i może nawet z debilami poużerać, bo taką czuję potrzebę. Chcę gadać, ale tak by mi nikt nie przeszkadzał. No i myślę, że mogło by mi to pomóc wyjść z doła, poczuć się kimś ważnym kto ma jakąś misję, nawet jeśli to tylko czysta ułuda, bo przecież nie liczę na to, że nagle stanę się popularnym vlogerem, tak samo jak przez kilkanaście lat stukania w klawisze nie zostałam popularnym blogerem. No dobra, moje Dzieci uważają, że mój blog jest dosyć popularny i na tym poprzestańmy. Było nie było, non stop tu ktoś zagląda, co widać po zostawianych od czasu do czasu komentarzach. Blogowanie jednak jest o niebo łatwiejsze niż vlogowanie. Tu wystarczyło utworzyć bloga i zacząc klepać w klawiaturę. Można to robić nawet z telefonu, co robiłam z powodzeniem przez miesiące pisząc kiedyś z jakiegoś chińskiego małego telefoniku.

Do vlogowania trzeba więcej akcesoriów, specjalnej przestrzeni, ciszy,  dużo więcej czasu i odwagi. Tutaj czuję się dosyć anonimowa, nawet jak czasem pokazuję moją facjatę na zdjęciach i opowiadam o sobie dużo, to jednak to tylko słowa, litery, wyrazy...

Na Youtube trzeba pokazywać swój ryj non stop - mówimy wszak o vlogowaniu - narażając się przy tym na hejt, bo ludzie uważają, że "skoro udostępniasz cokolwiek publicznie i się pokazujesz to oni MAJĄ PRAWO wszystko, co powiesz i zrobisz oraz jak wyglądasz komentować". Tak, non stop spotykam się z takimi tekstami w social mediach. Ludziom się wydaje, że skoro internet jest sztucznym tworem to  człowieczeństwo ich tam nieobowiąuje. Skoro piszą z aninimowego konta,  mogą zachowywać się jak patusy, pierwsze lepsze  gnoje spod budki z piwem , tępe dzidy czy zwykłe skurwysyny i robią tak nawet mając dyplom magistra czy doktorat w kieszeni... Nie wiem, czy jestem na to gotowa, ale zamierzam się tego dowiedzieć. Próba nie strzelba. Nie liczę ani na wielką popularność, ani na zarobki, bo to by trza mieć coś więcej do zaoferowania raczej i więcej piniondzów, ale pomarzyć o tym też można i z takim nastawieniem zacząć, że może akurat coś z tego wyniknie.

Bardziej spodziewam się, że znowu mi się zmieni i poprzestanę na jednym nagraniu, a może nawet tego pierwszego wideo nie nagram. Młoda zgodziła się czasem mi pomagać, choćby z nagrywaniem, wyszukiwaniem miejsc, informacji, składaniem i w ogóle my mamy już cały szczytny plan haha, bo ona też jest dobra w fantazjowaniu. Ona nie zamierza jednak swoim pyszczkiem świecić publicznie, ale z drugiej strony kamerki - mówi - może stać.

Wiem, co chcę nagrywać i jak, ale nie wiem, czy znajdę na to wystarczająco motywacji, siły i wytrwałości. To trudna sprawa, zwłaszcza jak się jest chorobliwą perfekcjonistką. 

Póki co, jak pewnie niektórzy zauważyli, zrobiłam se baner na YT. Dodałam taki sam tu na bloga oraz na fb, bo od czegoś trzeba zacząć no i dobrze, by to miało jeden styl, by ludzie wiedzieli (nawet jak to będzie trzy osoby), że to nikt mi nie kradnie bloga ino że to ufo na yt to też ja. 

Dawno nie robiłam takich rzeczy i zanim znalazłam w guglownicy, czym ja to w ogóle ZA DARMO dziś mogę zrobić, to trochę mi to nerwów zjadło. Potem kolejne fale irytacji i opierdalania komputera napłynęły przy próbie ogarnięcia Canvy, którą to stronę wybrałam,  i jak tam się co robi, by uzyskać efekt choćby w części podobny do żądanego. Zabawę miałam dobrą z tworzeniem i przypomniały mi się stare dobre czasy, kiedy tworzyłam różne rzeczy na kompie. Zapomniałam już ile z tym jest frajdy. No i przez 20 lat to trochę jakby do przodu poszło haha i to co teraz można stworzyć to ludzkie pojęcie przechodzi i nie mówię o AI, bo ja z tych co to sami se wolą tworzyć rzeczy. Nawet jak efekt nie jest jakiś spektakulary, a wręcz - jak to mówią - po siekierze jest zrobione, to jest to moje własne i po mojemu.

Ważne, że daje się korzystać z canvy czy cap-cuta z chromebooka. Tyle, że trochę muszę się podszkolić w używaniu tego dziadostwa, bo jestem strasznie zacofana i wszystko musiałam robić metodą prób i błędów. Cały bity dzień siedziałam przed ekranem, by skraftować taki prosty baner i jeszcze, żeby na YT mi się obraz mieścił w ramce. Ale jestem usatysfakcjonowana. Pozostałam przy starym prostym pomyśle, tylko go trochę poprawiłam, bo proste rzeczy są najlepsze dla takich prostych bab jak ja. Mnie się podoba i to jest najważniejsze. No i mam baner oraz zdjęcie i mój kanał już nabrał jakiejś osobowości. Teraz TYLKO trza coś nagrac haha.  Jeszcze intro muszę wymyśleć i skraftować, a to trochę bardziej skomplikowane niż porosty obrazek. Już widzę moje składanie filmów, zanim opanuję te programy do składania... Wstępniaka mogę nawet w telefonie obrobić i wrzucić, bo to będzie gadanie, ale nagrywanie w terenie to już inna bajka. Czasem robię rolki na insta i wiem, ile to certolenia, by otrzymać proste wideo, a gdzie tu dopiero osiągnąć jakiś poziom, by wszystko miało ręce i nogi. To jednak może nadać mojemu życiu jakić sens i cel. Nic, że to tylko zabawa i pierdolety, ale będzie się czym zająć i nad czym pracować, a ja lubię bawić się komputerem od dziecka. A kto wie, może akurat umiejętność obsługi głupiego capcuta i tworzenie na yt do czegoś mi się kiedyś przydadzą i dzięki temu właśnie jakąś pracę kiedyś ogarnę...? Co prawda jestem już trochę stara by zaczynać iść w tym kierunku na poważnie, ale jak nie spróbuję to się nie dowiem, czy to ma sens i czy będę to umieć robić przynajmniej jako tako.

Jak coś nagram, to dam znać. Kanał ma taki sam tytuł jak blog, więc łatwo znaleźć. Na razie nic tam nie ma do oglądania, ale będzie. Jak to napiszę, to będę mieć motywację, by słowa dotrzymać. 

Na koniec dodam kilka zdjęć z Dendermonde, bo będąc u onko, poszłam se do centrum połazić dla relaksu. Lubię tam być za dnia. Mieszkać bym nie chciała. Za dużo chołoty (szczególnie obcej) już tam mieszka i robią gnój z porządnego miasteczka. Jak wszędzie zresztą...