W poniedziałek Młody popędził do szkoły, a Najstarsza pojechała na staż. Ja ogranęłam to i tamto, jak to zawsze rano bywa, a chwilę później się zorientowałam, że jestem w domu całkiem sama. Łał. Taka sytuacja bardzo rzadko się tu zdarza ostatnimi czasy. No dobra, były tu wciąż trzy świnki i dwie papugi, a na zewnątrz nasze ko-ko-kolorowe stadko-ko-ko, ale to niezwyczajna sytuacja i dziwna tak nagle być jednemu człowiekowi w domu samemu.
Robiłam NIC.
Zgarnęłam z półki książkę i poszłam na podwórko czytać. Thriller po niderlandzku: Schemerzone (strefa mroku). Trochę czytałam, trochę patrzyłam na kury, znowu czytałam, coś tam ogarnęłam...
Przeczytałam większość tej książki, a we wtorek tylko dokończyłam. Arcywciągająca i trzymająca w napięciu od początku do końca była i trudno się było oderwać, zatem świetnie się złożyło, że nic innego nie potrzebowałam robić.
W planach miałam jeszcze spacer, ale po niedzielnym jakoś nie chciało mi się łazić. Z jakiegoś powodu zmęczyło mnie to niedzielne niecałe 6 km (plus 10 rowerem), a maszerowałyśmy u siebie w gminie, bo w końcu udało nam się pójść zobaczyć te drewniane ścieżki, co zrobili na wsi... a przy okazji odkryłyśmy, że teraz koło kościoła jest ciekawa kawiarnia, gdzie mają lody i naleśniki... i MYŚMY W NIEJ JESZCZE NIE BYLI!!! Skandal! :-)
| kościół w Merchtem |
Jednak to na inny raz zostawiłyśmy. Jak w planach był marsz to marsz, a nie obżeranie się lodami. Poza tym nie miałymy hajsu...
A z tym to w ogóle jaja były...
Młody nie wyraził ochoty na maszerowanie, bo on woli rowerowanie niż marsz, poza tym on zna tamtą okolicę, bo tam już kręcił, ale stwierdził, że chciałby zjeść nudle i czy mogłybyśmy mu kupić będąc "na wsi". Ja nie miałam już hajsu na koncie po zapłaceniu czynszu, ale mi się przypomniało, że wciąż mam gotówkę na ziemniaki, których nie kupiłam, bo farmera nie było w domu już dwa razy, a trzeci mi się nie chciało iść... Dałam mu izatem ten orzekł, że w takim razie jedzie z nami do wsi...
Gdy tak kręciliśmy, Najstarsza zapytała brata, czy by nie kupił przy okazji sałaty, o której zapomniała podczas ostatnich zakupów, skoro już będzie w tym sklepie... A wtedy ja pomyślałam głośno, że Młody mógłby też w sumie na spaghetti kupić, co to se dzień wcześniej wymyśliłyśmy, ale nikomu się nie chciało iść do sklepu, no ale ta gotówka starczy może i na marchew, ale raczej nie starczy na mięso i niemięso, bo to nie są tanie rzeczy. No to mówię, że może pójdziemy razem do sklepu, kupimy co potrzeba, ona zapłaci, a Młody zabierze to do domu, bo nie będziemy przecież zostawiać zakupów w rowerze, zwłaszcza mięsa.
Ta na to, że spoko, ale nie ma ze sobą karty bankowej... Młody też nie miał swojej karty. Aaaaa!
Nie wiedzieliśmy, czy w tym sklepie można płacić telefonem, bo nikt nigdy nie płacił, więc wymyśliliśmy, ciągle jadąc obok siebie rowerami przez pola, że Najstarsza przeleje mi na konto z 5 dych, a ja dam swoją kartę Młodemu. No ale źle kliknęła zlecenie i pieniędza nie poszły od razu. HA HA HA!
No to w końcu poszłam z Młodym i zapłaciłam swoją kartą kredytową i uzbierał się mu pełny plecak tych nagle w niedzielę wieczorem potrzebnych rzeczy. Tyle że Buldaków nie było, bo jakąś promkę dali i lud wykupił wszystkie. Dosłownie pusta półka była. Te ludzie to so!
A co ludziów w tym sklepie, to ło matulu! To jedyny sklep w okolicy czynny w niedzielę po południu. Widać, słychać i czuć. Armagedon.
Pod sklepem się pożegnałyśmy z Młodym i pokręciłyśmy do centrum, gdzie uwiązałyśmy rowery, by dalej maszerować spokojnie.
Trasę zaczęłyśmy z centrum koło tego kościoła ze zdjęcia powyżej. Dalej poszłyśmy w kierunku krowy Charlotte, bo tam zaczyna się ścieżka...
Jakiej zwowu krowy? No fejkowej, poliestrowej krowy o imieniu Charlotte. To krowa postawiona bodajże w 2010 roku na skrzyżowaniu obok którego kiedyś mieściła się wielka mleczarnia Lactovita (teraz są tam dwa duże markety), w której pracowało wielu mieszkańców Merchtem. Tę sympatyczną krówkę władze postawiły jako hołd dla pracowników tejże mleczarni, ale też wszystkich lokalnych mleczarzy i krów. Krowa ma też powodować, żeby kierowcy będą zwalniali... No jak ktoś obcy jedzie, to z daleka widząc Charlotte pomyśli, że krowa stoi przy drodze i zapewne zwolni, ale tubylcy przecież wiedzą, że to fejkowa krowa, więc nie wiem, czy to działa, ale krówka jest bardzo sympatyczna.
| ptaszek na skrzynce elektrycznej pod kościołem |
| muzeum, dawne mieszkanie nauczyciela przy szkole dla chłopców |
| koń jaki jest każdy widzi |
| koło młyńskie nieopodal młyna i restauracji De Passerel |
| krowa Charlotte |
Po prawej stronie krowy jest wąska ścieżka, którą pewnie mało kto zauważy, jeśli nie jest tutejszy. Tą ścieżką idzie się właśnie do nowego vlonderpad, czyli drewnianej ścieżki i starego młyna.
Idzie się wzdłuż strumienia Molenbeek, w którym pluska się wesołe ptactwo wodne.
| czasem zdarzają się tu pastwiska jakoś uczciwie, estetycznie ogrodzone, a nie mieszaniną starych podkładów kolejowych, wierzb, kawałków drzwi i innych odpadów budowlanych |
W końcu doszłyśmy na miejsce. Ścieżka zaiste tam jest :-) Ładna, nowiutka... Sporo ludzików tam było - dorosłych i dzieci oraz psów, bo pewnie każdy wyczytał w lokalnej gazetce, że to tam jest i chciał zobaczyć, a do tego to był chyba dzień bez samochodu... Choć to nie jest święto, które by mnie obchodziło skoro dla mnie każdy dzień w roku jest dniem bez samochodu haha. Chwilę tam się kręciłyśmy, zanim się udało cyknąc parę fotek prawie bez ludzi w kadrze.
| nowiutki vlonderpad i las w rośnięciu |
Na zainstalowanej tam tablicy doczytałam przy okazji, że to jest właśnie to miejsce, skąd tutejsi słynni szczudlarze się wzięli. Przypomnę tutaj, że my tu mamy Królewskich Szczudlarzy w gminie.
![]() |
| szczudlarze z Merchtem |
W 1945 roku zawiązało się oficjalne stowrzyszenie szczudlarzy. Wtedy to grupa szczudlarzy przyodzianych w specjalne stroje w kolorach belgijskiej flagi wzięła udział w paradzie z okazji wyzwolenia i zakończenia wojny.
I to stowarzyszenie działa do dziś. Jego członkami są ludzie w wieku każdym. Mają też swoich muzyków grających na różnych instrumentach. Niektóre szczudła są zwyczajne, niskie, ale z wysokości innych mogą oni spokojnie do okien na pierwszym piętrze zajrzeć, a na szczudła wchodzą po drabinach, które nota bene zawsze ze sobą noszą podczas parad.Parady i pokazy naszych szczudlarzy urozmaicają wiele imprez nie tylko u nas na wsi, ale i w całej Belgii oraz na świecie.
No i ta drewniana ścieżka powstała teraz właśnie na tym terenie, który kiedyś dawno temu był zalewany i który to teren przed wiekami pokonywać trzeba było po każdym większym deszczu na szczudłach. Nasza gmina ogólnie położona jest na terenie dawnych bagien, o czym zdaje się, już kiedyś byłam wspomniałam, ale dziś większość terenu jest osuszona i wszędzie wylano asfalty, betony, etc. Niemnej jednak jest tu jeszcze sporo podmokłych łąk i tam, gdzie leży ta nowa ścieżka drewniana i gdzie nie dawno zasadzono też lasek z drzew lubiących mokry teren, czyli wierzb, topoli i olszy, znajduje się właśnie teren podmokły. Płynie tam też głęboki strumyk Molenbeek (oraz kilka mniejszych). Molenbeek znaczy "strumyk młynów", bo przy nim dawniej na całej długości znajdowało się wiele młynów wodnych. Mnóstwo z nich przetrwało do dziś jako monument. Niektóre są przerobione na mieszkania.
Tam też jest taki młyn i dziś znajduje się w nim B&B, więc jakbyście kiedyś do Merchtem się chcieli wybrać, to bukujcie nocleg w Langeveldemolen ;) W innym, bliżej kościoła z kolei znajduje się klimatyczna restauracja De Passerel, gdzie siedzi się w środku pomiędzy wielkimi młyńskimi trybami i kamieniami, ana zewnątrz nad stawem i szumiącym strumykiem.
| "vlonderpad" w Merchtem, a na horyzoncie dawny browar |
| napawam się ciszą |
| w tle kościół, spad którego wyruszyłyśmy |
| jakaś opuszczona farma |
| opuszczona farma |
| święty Antek? |
| palmy w ogrodach to we Flandrii widok popularny |
| ...tak samo jak dziwaczne domy |
| dom, przed którym się zastanawiasz, co autor miał na myśli |
| mostek |
| żywa krowa |
| kapliczja przydomowa |
| Tabliczka, którą też chcę mieć choć nie wiem, czemu ta jest po niemiecku |
| dom, który lata temu ktoś zaczął remontować, ale się najwyraźniej rozmyślił |
| drzewa też mają tutaj własne skrzynki na listy ;-) |
| młyn Langevelde |
| jeszcze raz młyn |
| i jeszcze raz... tu było kiedyś koło z łopatkami... |
| ścieżka od młyna, o której istnieniu mało kto wie, bo po drugiej stronie strumyka jest druga, szersza ale brzydsza |
| strumyk Molenbeek |
| słup wysokiego napięcia od dupy strony |
| ścieżka asfaltowa wzdłuż Molenbeek, a po prawej jeszcze raz vlonderpad i nowo zasadzony lasek |
| ścieżka i przyszły las |
| ten zielony mosteczek nie ugina sie |
| kwa kwa kwa...kwa |
| wróciłyśmy pod kościół, a słońce zbierało się powoli spać |
Gdy dochodziłyśmy do naszych rowerów, Córka zapytała, czy będziemy robić to spaghetti po powrocie, bo jest strasznie głodna. Czemu nie... Zrobiłyśmy 3 wersje - dla każdego z nas inną: dla córki zwyczajne, dla Młodego prawie to samo, tylko że całkiem inne, czyli w wersji dla autystyka: sos zblendowany, by miał jednolitą konsystencję i nie zawierał żadnych farfocli i makaron penne zamiast spaghetti, a dla mnie makaron spaghetti, ale sos z wegański. U nas gotowanie to wyższy poziom wtajemniczenia. Dla siebie tyle sosu zrobiłam, że jeszcze przez kolejne dwa dni robiłam burito. Najedliśmy się na noc jak bąki.
W tym tygodniu pozjeżdżali się światowcy z zagramanicy. Młoda przeleciała z Alicante do Amsterdamu z chłopakami, a dalej pociągami do domu, bo taniej tak jej wyszło, niż lecieć bezpośrednio do Brukseli.
Małżonek przyjechał z Polszy autobusem, bo auto dał tam do naprawy, gdyż coś się zesrało, a poza tym autem drożej wychodzi podróż niż autobusem no i o wiele bardziej jest wyczerpująca, a przyjechać musiał pilnie, bo dostał zaproszenie na kontrolę z funduszu zdrowia i właśnie dziś tam byliśmy. Baba zadła sto pytań o wszystko i powiedziała, że następnej kontroli powinien się spodziewać znowu gdzieś za 2 miesiące, bo tak to jest tutaj z dłuższym chorobowym, że pseudomedycy od chujwieczego co chwilę muszą sprawdzać, czy twój lekarz specjalista to aby na pewno zna się na leczeniu i czy na pewno pacjent na prawdę jest chory i czy rzeczywiście nie jest w stanie pójść do pracy. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że teraz wypowiedzenie z przyczyn niezależnych medycznych można złożyć/otrzymać już po pół roku, a nie po 9 miesiącach jak jeszcze było w moim przypadku... Nie, żeby to miało w tej chwili jakiekolwiek znaczenie, ale po prostu zanotowuję sobie tę informację.
Zdążył jednak już w międzyczasie trochę się porozglądać i po polskim rynku pracy, i po rynku nieruchomości. Teraz więc siedzi i myśli, rozważa, kombinuje, oblicza, czyta internet, pyta, mejluje, dzwoni...
Decyzja o reemigracji to nie jest ani łatwa, ani przyjemna decyzja. Zwłaszcza w takich okolicznościach. A ewentualne wprowadzenie jej w życie to ogromne wyzwanie. Tak czy owak powoli się do tej zmiany przygotowujemy wszyscy, choć sam zainteresowany, wiadomo, najbardziej.
Dla nas, czyli Reszty z Piątki to jednak też nie jest nic. Szczególnie w kwestii finansowej. Jeśli Małżonek wyemigruje, to odpadnie nam najwyższy dochód, a to jakby robi różnicę. Mojego zasiłku nie starcza bowiem nawet na bazowe opłaty. Dopóki jednak wszystkie trzy bedziemy mieć zasiłki albo jakąś pracę, to będzie git. Gorzej jak na tym polu coś się posypie... No ale to wtedy będziemy się martwić...
Rozważałam już opcję powrotu mimo wszystko do sprzątania, ale sprawdziwszy potencjalne zarobki pomnożone przez moje aktualne predyspozycje, to zwyczajnie mi się nie opyli finansowo, a jeszcze ryzykowałabym spore problemy. Mam zakaz wykonywania ciężkiej pracy fizycznej (sprzątania) z funduszu zdrowia, więc jakby się znowu nie udało z tym i znowu mnie wykotłowało, to znalazłabym się dopiero w czarnej dupie, bo nikt by mi wtedy raczej już zasiłku nie dał. Zatem lepiej siedzieć w domu, dopóki chcą płacić. Dopiero jak przestaną, mogę zaryzykować z kolejnym podejściem do pracy.
Młoda na razie nie jest w stanie pójśc do pracy. Nie długo się dowiemy, czy przedłużą jej orzeczenie niepełnosprawności, bo właśnie po pół roku niecierpliwego i stresującego oczekiwania przyszło wezwanie na kontrolę do znachorologa od niepełnosprawności... Będzie gdzieś tam w październiku.
Najstarsza z kolei ma ten sam problem co ja a na pewno podobny - chce bardzo, ale nikt jej nie chce zatrudnić, bo jest np "za wolna", więc na razie robi ten darmowy staż i kiedyś zobaczymy, co i czy w ogóle coś z tego wyniknie.
Młody już nie może się doczekać skończenia 15 lat, by pójść na jakiś studentjob, ale póki co to dla niego najważniejsze jest, by szkołę ukończył z dyplomem, a to jeszcze chwilę potrwa... Ostatnio wymyślił, że chciałby bardzo na śmieciarce jeździć, bo on nie czuje za bardzo zapachów albo czuje je inaczej niż normalsi, więc by mu to nie przeszkadzało, a uważa że to musi być zajebiście fajna robota. Niestety to jest robota dla trochę starszych studenciaków. Dla 15-latków nie ma tak dużo opcji, szczególnie na zadupiach, ale może w mieście coś znajdzie. Ja mu proponuję świetlicę dla dzieci albo żłobek, bo to jego kierunek i może by mu się do czegoś to kiedyś przydało. Ale mamy jeszcze czas, by szukać, bo to dopiero na wielkanocnce ferie by się pewnie łapał...
Co do ewentualnego wyjazdu taty to on już się cieszy na to, że będzie mógł do Niego latać samolotem haha. Co nie znaczy oczywiście, że taka zmiana będzie dla niego jakaś fajna... albo może właśnie będzie? On jest wszak epickim chłopakiem a nie jakimś tam przeciętnym i typowym nastolatkiem, więc trudno zgadnąć jak będzie się z takim faktem czuł. Na razie - jak mówi - nie myślał jeszcze o tym za specjalnie. Dziś to też w sumie tego typu rozstania rodziców nie są tak trudne (subiektywna autystyczna opinia) jak drzewiej. Dziś po pierwsze mamy internet i telefony przy dupach, a w nich esemesy, wysyłanie zdjęć i wideorozmowy, a dalej są też samoloty i inne pojazdy, które w try miga przenoszą nas na inną część globu i to za niewielką cenę. Młoda ostatnio obleciała Polskę za 30€ w te i nazad, czyli groszowe sprawy. No, stamtąd ponoć nie mogą gówniaki same latać, ale i z Zaventem da się tanio oblecieć do Polszy, jak się wczas poszuka biletu. Po drugie kwestia znormalizowania faktu, że rodzice mogą mieszkać osobno w różnych miejscach. Przynajmniej tutaj w Belgii jest to normalne i zwyczajne, bo jak tam w PL jest to postrzegane dziś to nie mam pojęcia, ale też co mnie to obchodzi... Młody ma sporo kolegów, którzy mają po dwa domy i to jest normalna sprawa. Ba, z tego co Młoda kiedyś wspominała, ona wręcz zazdrościła kolegom czasem takiego stanu rzeczy, bo posiadanie dwóch domów ma wiele plusów. Zwłaszcza jeśli nie ma konfliktu pomiędzy rodzicami, tak jak jest w naszej sytuacji.
W takich sytuacjach autyzm też jawi się być wyjątkowo przydatną sprawą. My zupełnie inaczej podchodzimy do wielu spraw życiowych niż normalsi. Nam jest w tego typu sytuacjach łatwiej, bo wszystko bierze się przede wszystkim na logikę, ale nie będę tego zwyklakom tłumaczyć, bo i tak nie bardzo pewnie zrozumieją, a normalnym inaczej pewnie tłumaczyć nie trzeba.
Nie zmienia to faktu, że sytuacja jest dla nas wszystkich nowa i wiele rzeczy to jest takie jeszcze gdybanie i wróżenie z fusów. Przed nami sporo niewiadomych i sporo niespodzianek. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak wszystko się potoczy i co z tego ostatecznie wyniknie ani tym bardziej, jakie będą dalsze tego wszystkiego konsekwencje. Jedno jest tylko pewne: łatwo nie będzie. Ale co, my nie damy rady? MY...?!
Tymczasem sezon pająków w pełni. Ten chłopak czekał całą środę na tych rurach koło nowego internetu na jakąś fajną dupę, ale nie dowiedzieliśmy się, czy się doczekał, bo poszliśmy spać, a rano już go nie było. Nie chcę wiedzieć, gdzie on poszedł, ale niech tam sobie żyje gdzieś za szafą. To pożyteczne i spokojne stworzenia. Niech sobie mieszkają z nami, byle umiar znały i nie wpuszczały żadnych nielegalnych pająków do naszego domu, bo nasza tolerancja pająkowa ma swoje granice.
Sunny Kura ma się lepiej, choc wciaż nie całkiem dobrze. Czasem trzeba jej pomóc wyjsć z kurnika, bo chyba się boi albo jej się w głowie kręci. Nie raz stoi na progu kurnika i drze przeraźliwie dzioba, aż pójdę i ją wysadzę. Potem nie mogę się nawet na nią patrzeć. Nie lubi mnie. Zawsze była dzika, ale teraz jest bardziej. Balbinka i Wanda - śliskie adoptowane kurozaury natomiast chodzą za mną krok w krok, jak tylko mogą. Jak sprzątam kurnik, Balbinka zawsze mi towarzyszy i coś gada po kurzemu do mnie. Wanda ostatnio wyłudzała ode mnie płatki kukurydziane, które jadłam na leżaku pod brzozą. Dałam jej spróbować, bo stała i wydawła ciche pytajace dźwięki i jej posmakowały, więc zaczęła na mnie ciurczeć, bym dawała więcej. Ciurczała głośniej i głosniej, jak nie dawałam jej wystarczajco szybko kolejnych kułeczek owocowych. One są takie zabawne czasem! Uwielbiam nasze kury!
