W piątek karmiłam specjalnym mlekiem ze strzykawki dwie małe kuny. Bardzo przypominają małe koty. Takie same gramajdy nieporadne. Po nakarmieniu trzeba ich też posmyrać specjalnym wielkim wacikiem na patyku po siusiaku, żeby zrobiły siku. Dowiaduję się w azylu wielu ciekawych rzeczy o opiece nad zwierzętami. Ładne to stworzenia. Mam jednak nadzieję, że jak podrosną i zostaną wypuszczone, to nie przyjdą polować na nasze kury. Kuna po niderlandzku to marter, jakby kogo interesowało. Słyszy się o nich często w okolicy i zwykle w niezbyt pozytywnym znaczeniu. Kuny często zabijają ludziom kury, no i niszczą samochody, kiedy robią sobie w nich gniazda i przegryzają przewody. Mogą się też zagnieździć na strychu... No ale drapieżniki też mają swoje miejsce w naturze i w ekosystemie. Należy im się szacunek i pomoc, gdy tego potrzebują.
![]() |
| mała kuna |
![]() |
| kuniątko w inkubatorze |
Pojawił się też nowy duży lis. Nie wiem, co mu było i dlaczego trafił do azylu, bo nie zapytałam, ale pracownicy mówią, że pora go już wypuścić. Najwyraźniej już dobrze się czuje. Skubaniec jest agresywny wobec opiekunów. Drań syczy, warczy i próbuje capnąć w nogę zębami, jak opiekun chce mu postawić miski z wodą i karmą, a do klatki trzeba wejść przez murek na wysokość kolan, cały czas odganiając to wkurzone przestraszone lisisko rękawicą i bardzo uważać. Takimi gagatkami na szczęście zajmują się doświadczeni pracownicy. Drań to, ale też ładna bestia. Ten też oczywiście może później przyjść na kury. Ogólnie kręci się ich tu po okolicy kilku rudzielców. Dlatego my pilnujemy, by każdego wieczoru zamknąć oba kurniki i by żadna kurka nie została na zewnątrz spać, choć ze dwa czy trzy razy coś takiego miało miejsce, kiedy któraś się gdzieś w kącie skitrała, zamiast wejść do kurnika, jak należy. Teraz staramy się sprawdzać, czy wszyscy obecni, zanim pójdziemy spać.
Poza tym sprzątałam też znowu u dwóch grup ultraszybkich kaczątek i u łobuzerskich sroczych oraz szpaczych podrostków, co to już sami jedzą z misek, ale jeszcze trochę krótkie są (ogony im jeszcze nie urosły) i muszą trochę nad samodzielnością popracować. Rośnie to wszystko szybko i też pewnie wkrótce będą mogli opuścić azyl.
Mnóstwo malców trafia teraz do schroniska z najróżniejszych powodów. Wszystkich próbuje się wykarmić i zaopiekować, by wypuścić, jak tylko staną sie na tyle samodzielne, by mieć szanse na przeżycie w naturze. Niektóre jednak są zbyt słabe, by przeżyć. Inne są zbyt chore czy zbyt poranione i trzeba je zeutanazować. Drobne zranienia się pielegnuje. Tak samo jak niektóre chore osobniki, o ile choroba nie jest zakaźna oczywiście. Szczególnie jeśli idzie o gatunki rzadkie czy zagrożone.
Zwierząt egzotycznych czy domowych, czy to znalezionych w lesie, czy odebranych ludziom oczywiście się nie wypuszcza, tylko szuka dla nich nowego domu, gdy zostaną podleczone, zaopiekowane i ich stan na to zezwala. Psy i koty nie są u nas w ogóle przyjmowane, tylko wysyłane do odpowiednich schronisk w okolicy.
Roboty teraz jest od groma. Rano w piątek np byliśmy w sześcioro przy maluchach i od 9 do 13 godziny zajmowaliśmy się intensywnie pierwszą turą karmienia wszystkich stworzeń połączoną z gruntownym sprzątaniem klatek, myciem misek, patyków do siedzenia itp.
![]() |
| fartuszek opiekuna ;-) |
W piątek poza tym była w schronisku wycieczka ze szkoły średniej - jakiś kierunek związany z opieką nad zwierzętami. Oprowadzała ich i lekcje prowadziła wolontariuszka, która właśnie do takiej pracy się zgłosiła i przeszła specjalne przeszkolenie.
Podczas przerwy kawowej wjechał jednak temat małolatów próbujących się migać od wykładu czy pracy podczas stażu. Szefu i paru innych starszych pracowników wymieniało momenty, jak to ścignęli uczniaków stojących gdzieś po kątach z telefonem w ręku, którym najwyraźniej często wydaje się, że jak nie są w szkole, to mogą se bimbać.
![]() |
| okolica biura pracy |
Jednego dnia miałam miałam do odebrania swój ulubiony zastrzyk w przychodni na wsi, a potem spotkanie w VDAB w mieście. Jako że spotkania dzieliło tylko półtorej godziny, nie było szans, by skorzystać z autobusu, bo ten wszak tylko raz na godzinę u nas się pojawia i to przy sprzyjajacym wietrze i to nie była właściwa godzina. Postanowiłam pojechać zatem rowerem, bo to tylko około 15 kilometrów, a droga prosta... Tak przynajmniej mi się wydawało, gdy o tym myślałam.... Okazało się jednak, że musiałam nie jedną litanię do wszystkich skurwysynów wygłosić, zanim dotarłam do tego śmiesznego biura pracy. Najpierw oczywiście było duże opóźnienie w wizycie u pielęgniarki... A nie, najsampierw to rano się okazało, że przez pogodę - a padało ostatnio i gorąco było - chleb cały spleśniał... Połówkę porządnego chleba na zakwasie musiałam wywalić do kosza. Zjadłam więc tylko kromeczkę namiastki białego chleba sklepowego, a tym to sie człowiek nie naje za bardzo... Peszek. Potem był obsuw w przychodni.
Nie wiem, jak to się dzieje, że każdy umawia się na konkretną godzine, a potem przyjmią cię pół godziny później...? Co ci wszyscy ludzie robią u pielęgniarki? Gdy ustalasz se wizytę (także online) masz do wyboru różne opcje i podajesz, czy to zastrzyk, czy pobranie krwi, EKG itd więc jak kurde potem się okazuje, że ktoś siedzi tam dłuzej niż było zaplanowane? Co z tymi ludźmi jest nie tak?
Nic to, miałam zapas czasu, a droga miała być prosta z przychodni. Była prosta dopóki nie trafiłam na zamkniętą drogę i objazd dla wszystkich. Czasem rowery mogą przejechać, ale tu nie mogły. Urwał Nać! Wróciłam zatem na drogę główną i wybrałam swoją standardową ścieżkę rowerową na skróty. Która okazała się również zamknięta z powodu jakichś robót i też się nie dało przejechac. Znowu trzeba było nawracać. Ja cierpię dolę! Dla roweru każdy kilometr to dużo jak ci się spieszy, szczególnie jak jesteś głodny i wkurzony. Nie chciało mi się zatrzymywac, by sprawdzać godzinę, bo se durna wzięłam dresy bez kieszeni z tyłu, więc telefon trzymałam w plecaku, a to za dużo roboty, żeby zobaczyć czas. Nie wiedziałam zatem, czy zdążę, czy nie i dusiłam na te padały z całych sił, których nie miałam, bo byłam głodna i zestresowana, bo nie lubię jak mi się plan sypie i muszę kombinować. Upociłam się jak świnia, zanim dojechałam, ale jak dojechałam pod biuro pracy, to sie okazało, że mam jeszcze 15 minut czasu. Uf. Poszłam zatem do Panosa na kawę i tartę ryżową (bo wszystkie niesłodkie-rzeczy-które-lubię już plebs wyżarł). Jeszcze nawet do kibla zdążyłam przed spotkaniem. Baba przyszła na szczęście na czas.
Poinformowalam ją, że po wszystkich dniach informacyjnych, jakie zaliczyłam, doszłam do wniosku, że kurs i robota krótą mi proponowała, są dla mnie niewykonalne na ten moment, a do pracy w bibliotece praktycznie nie mam szans sie dostać ze względu na brak stosownych dokumentów i bycie obcokrajowcem. Przynajmniej w tej prowincji, w której mieszkam.
Ona na to, że w takim razie ona proponuje mi spersanolizowaną ścieżkę wsparcia (sprawdziłam w necie i tak po polsku na to chyba mówią) organizowaną przez jakąś firmę, za który to trajekt jednak płaci biuro pracy, czyli państwo...
"Razem wyruszymy na poszukiwanie twoich talentów, motywacji i zainteresowań. Zapoznamy się również z przeszkodami, które stoją ci na drodze do dobrej pracy" krzyczą jakieś zadowolone młode pyski z ulotki, którą utrzymałam od baby. Dalej piszą, że "kołcz zapozna mnie z okolicznym rynkiem pracy i powie mi, które sektory są dla mnie szansą, a w których mało szans jest na zatrudnienie i że wspólnie stworzymy mój profil i odkryjemy, co jest dla mnie najlepsze".
Owo profilowanie ma trwać trzy miesiące i składać się z sześciu spotkań. Pierwsze co mi na myśl przychodzi, po przeczytaniu tej ulotki to "srali muchy będzie wiosna, bedzie lepiej trawa rosła". Tego typu akcje jakoś kojarzą mi się z wizytą u wróżki, czy innej tam Cyganki i wróżeniem z fusów. W sensie, że za grube pieniądze powiedzą ci, co już wiesz i co jest oczywiste, ale tak byś pomyślał, że właśnie odkryłeś Amerykę, a co w rezultacie i tak gówno ci da...
Nie wierzę za bardzo, że w moim przypadku ma jakikolwiek sens takie "odkrywanie moich talentów". To może być dobre dla ludzi młodych i pięknych, którzy mają pokończone studia o różnych kierunkach, znają po 3 języki itd nie dla starej styranej 50-letniej baby... No ale dobra. Pójdę i zobaczymy, co to za głupoty. Może jeszcze mnie zaskoczą, kto wie. Może istnieje jeszcze jakaś praca, o której dotąd nie pomyślałam, a którą mogłabym wykonywać na jakąś część etatu...? Tyle tylko, że zaraz potem otrzymałam mejl od nich z ankietą do wypełnienia i tam były te wszystkie debilne (dla mojego przypadku) pytania, na które mogłam odpowiedzieć tylko "a chuj wie" albo "a spierdalaj!". Jak już widzę pytania tego typu, od razu mnie nerw bierze i myśli mordercze mi się pojawiają. O jakich pytaniach mowa? Ano o takich tego typu:
Jaka jest praca twoich marzeń? - No jaka-kurwa-kolwiek, którą dam rady wykonywać! Praca marzeń, kurwa! Co ja mam 15 lat, by żyć marzeniami?
Rzeczy, którzych nauczyłeś się na kursach i w poprzednich zawodach, które możesz wykorzystać w kolejnej pracy. - Buachachachacha!
Twoje talenty, dyplomy i umiejętności. - A spierdalaj!
Jakie branże i firmy w twojej okolicy najbardziej cię interesują? - Buachachacha. Kurwa, człowieku ja mieszkam w pipidówie dolnej a tu nie ma się czym interesować.
Zanotowałam tutaj przykładowe odpowiedzi, jakie mi na myśl jako pierwsze przychodziły haha. W dokumencie nie wypełniłam nic poza jakimis ocenami od zera do dziesięciu nt swoich motywacji, chęci i innych tego typu pytań liczbowych. Tak, wkurwiły mnie te pytania już na dzien dobry i potwierdziły tylko to, co napisałam powyżej o wróżeniu z fusów.
Nie wiem, co w ogóle w tych głupich łbach muszę mieć, żeby pomyśleć iż w w ogole można stworzyć jeden uniwersalny zestaw pytań dla każdego człowieka szukającego pracy. Te pytania "zapoznawcze", które dostałam to pytania dla ludzi wykształconych szukających lekkiej szpanerskiej pracy za biurkiem. dla ludzi robiących tzw kariery.
To nie są pytania dla ludzi szukajacych po prostu jakiejś pracy. Zakładam zatem, że to całe śmieszne profilowanie też nie jest dla takich osób jak ja ani też dla innych ludzi wykonujących po prostu taką czy inną pracę fizyczną... Dla takich jak ja to prędzej nadał by się jakiś zakład pracy chronionej czy coś a nie kurwa "robienie kariery" i "szukanie pracy marzeń".
Nie ukrywam, że zgłaszając się do tego śmiesznego urzędu pracy liczyłam właśnie na to, że zaproponują mi właśnie bardziej coś w ten deseń. Jakby nie patrzeć ja mam prawie 50 lat, jestem na inwalidzkim i jestem obcokrajowcem... Nie da się ze mnie zrobić zgrabnej młodziutkiej eleganckiej laseczki posiadajacej tytuły i bogate doświadzcenie zawodowe, władającej do tego biegle siedmioma językami.
Doszłam do wniosku, że biura pracy w ogóle nie są przygotowane na pomoc ludziom prostym szukającym prostej pracy, po prostu szukającym jakiejkolwiek pracy. Wszystko co dotąd zobaczyłam, czy to sama czy na przykładzie córki, wskazuje na to, że oni ogólnie nastawieni są na ludzi robiących kariery, czy ogólnie młodych wykształcocnych ludzi, którym po prostu się obecna praca znudziła i szukają jakichś nowych doznań. Ktoś taki jak ja czy Małżonek albo Córka nie mieszczą się za bardzo w kategoriach urzędu pracy i chyba w ogóle aktualnego popierdolonego rynku pracy.
No dobra, przyznaję się do winy! Moja decyzja o próbie szukania pracy była czystą głupotą. Jestem skończonym debilem. Jak można się było w ogóle łudzić, że ktoś pomoże mi znaleźc pracę w takich okolicznościach. W tym kraju to może trzeba raczej szukać coraz to lepszych i nowszych powodów, by nigdy do pracy nie musieć iść... Patrząc na to, co się dzieje wokół, to może lepiej posiedzieć i poczekac, aż w koncu wszystko jebnie... Ale chuj im wszystkim na grób.
Młody w tym tygodniu miał kontrolną wizytę u zębowej wróżki i wynalazła mu jeden malutki ubytek, który trzeba naprawić. Od razu umówiła dla niego wizytę. Kolejnego dnia był na kontroli u swojej orto i dowiedział się, że aparat jeszcze około pół roku będzie nosił.
Udało mi się wreszcie znaleźć pastę do zębów dla Najstarszej. Zamówiłam kiedyś w jakiejś aptece internetowej ELMEX BEZ MENTOLU i trafiony zatopiony! Nie boli w pysk. Najstarsza zadowolona. Wcześniej używała smakowych past w piance, ale one szybko się psują i ogólnie gówniane są. Najstarsza przetestowała najdziwniejsze pasty o jeszcze dziwniejszych smakach, aż w końcu poczytała internety i stwierdziła, że może mieć uczulenie na mentol i jeszcze coś tam o dziwnej nazwie, no więc poszukałam past bez tych składników i kupiłam dwie. Jeszcze ma Weledę do przetestowania, ale Elmex jest git. To popularna marka i na pewno da się to kupować też w okolicznej aptece, jeśli się wcześniej zamówi, bo akurat tej nigdzie na wsi nie widziałam wcześniej.
Kupiłam jej też specjalne mydło do rąk bez mydła, bo wszystkie, których używamy na co dzień, nieludzko wysuszają jej skórę. Myła sobie dłonie żelem do twarzy, ale testujemy pierwsze mydło bez mydła i zobaczymy. Kosztuje prawie dychę za flakon, ale jakby działało to niech będzie. W koncu jak tylko ona bedzie tego używać, to na pół roku jej starczy.
Poza tym w tym tygodniu miałam kilka bardzo złych, depresyjnych dni, że myślałam, iż nie uciągnę. Ot tak, bez żadnego spektakularnego powodu, bo czasem tak jest. Po prostu. Że spadasz na dno i leżysz tam w ciemnym śmierdzącym gównie nie widząc nawet najsłabszego światełka w tunelu i nie masz sił się podnieść. Potem nagle bum i zaczyna świecić słońce pełną pizdą i wszystko jest normalnie, jakby nigdy nic. I nawet spać możesz w nocy i wstajesz bez wysiłku, a nawet zapierdalasz w dzień jak mały samochodzik i ugotujesz, posprzatasz, pranie zrobisz, a nawet ciasto upieczesz i posprzątasz w jakieś zapomnianej szufladzie czy wyniesiesz na strych rzeczy, które całe tygodnie na to czekały. A potem znowu innego dnia nagle obudzisz się przyduszony tonowym kamieniem i ledwo zwleczesz się z wyra, a potem całe dnie znowu będą walką ze samy sobą i bedziesz walczyć sama ze sobą o każdy najmniejszy ruch, każdy krok, każdy wykonany telefon, każde powstanie z kanapy, każde wypowiedziane słowo, każdy uśmiech, a każde wyjśćie z domu zdawać się będzie nadludzkim osiągnięciem. Taka własnie była dla mnie większość minionego tygodnia. Nienawidziłam siebie i swojego życia. Nie chciało mi się żyć. Na nic nie miałam sił ani ochoty. I ta ogromna pustka oraz uczucie bezsensu. Brak umiejętności cieszenia sie z czegokolwiek. Brak motywacji do jakiegokolwiek działania. Niemoc.
Przy każdym takim samopoczuciu ujowym czytam od nowa o terapii hormonalnej i skutkach ubocznych tego gówna, którym się faszeruję, by przypomnieć sobie, że ta rozjebana psychika to jeden z nich. No i że na długeij liście są też oczywiście: zmęczenie, męczliwość, bezsenność, kołatania serca, skurcze mięśni, cierpnięcie dłoni, uderzenia gorąca, zawroty głowy, depresja itd itd. Mam to, znam to.
W trudnych chwilach czuję, że powinnam umówić się znowu do swojej psycholożki, zanim trafię na krawędź dachu, bo czuję, że mogę sobie sama nie poradzić z wyjsciem na prostą, ale jak jestem na dnie, to nie mam na tyle siły, a znów, jak zaświeci słońce i poczuję się lepiej, to z kolei nie mam odwagi i chęci. Wizyty u psychologa są cholernie trudne i jeszcze bardziej męczące.
Może kiedyś się wezmę... Może jeszcze muszę dojrzeć do tego kroku... A może poradzę sobie jednak sama.
Z racji kiepskiego samopoczucia w kuchni nie pojawiało się za dużo jedzenia, bo to jest jedna z ostatnich rzeczy, o jakiej myslisz będąc w czarnej dupie. Dopiero jak mi się poprawiło, zajrzałam do garów. Zrobiłam gołąbki dla Młodego. Sama zjadłam jednego, ale raczej słabo mi wchodzą rzeczy z mięsem mielonym, bo za bardzo śmierdzą. Najstarsza też coś tam zjadła. Małżonek też coś z jednego zjadł. Młoda nie miała spamku na gołąbki, więc wegańskich nie robiłam, choć nie-mięso mielone też było kupione. Kury nawet lubią. Coś mi się wydaje, że to mogłby być ostatnie gołąbki w naszym domu. Wnet na pewno się nie pojawią, skoro nikt nie chciał ich za bardzo jeść.
W piątek na fali radosnej euforii i odzyskania pozytywnego nastroju oraz ujrzenia w sklepie rabarbaru, upiekłąm ciasto rabarbarowe z bezą. To w przeciwieństwie do gołąbków spotkało się z entuzjastycznym odbiorem i zniknęło w mig w paszczach. Młody nie lubi takiego warstwowego ciasta o różnych teksturach w jednym miejscu, ale reszta owszem.
Któregoś innego dnia ugotowałam jeszcze makaron z czterema serami. Pomyślałam, że każdemu powinien posmakować. Zrobiłam też karmelizowaną gruszkę na wieszch i prażone orzechy. Młoda powiedziała, że śmierdzi, a gruszka wygląda ohydnie. Młody powiedział, że nie jest głodny a gruszka wygląda ohydnie. Najstarsza zgodziła sie co do gruszki i zapachu, ale zjadła z ciekawością, a nawet wzięła dwie dokładki. Mnie samej smakowało bardzo razem z gruszką (tyle, że większość gruszki wylądowało w koszu, bo dla mnie samej za dużo było, a na drugi dzień już nie była dobra). Kury też nie pogardziły makaronem, choć dla nich to niezbyt zdrowe.
Małżonek gotuje często dla siebie i ewentualnie dla Najstarszej potrawy mięsne. Mówi, że mam na niego nie patrzeć tylko gotować dla siebie, jak uważam. On se poradzi. Czasem oczywiście je nasze bezmięsne dania, niekiedy dodajac do nich jakiejś kiełbachy czy innego mięcha. Nie wszystko jednak jest po jego myśli, więc czasem gotuje se duży gar rosołu czy innego tam makaronu z mięsem na kilka dni.
Nie ma jednego uniwersalnego rozwiązania przy tylu skomplikowanych i problematycznych osobnikach, ale próbujemy różnych opcji i konfiguracji. Nie wszystko się sprawdza, ale jakoś sobie trzeba radzić.
![]() |
| śmierdzący makaron 4 sery i ohudna gruszka |









































































