14 marca 2026

Niemcy dosłali właściwą ładowarkę, a w żonkilach pojawiły się psy

 No i poszliśmy na to niedzielne wielkie sprzątanie do szkoły... 

To co tam zobaczyłam, przeszło moje nadziksze oczekiwania haha. Panie, galopujący szok, na jakim etapie jest w ogóle ten remont. 

Jak pisali o dokańczaniu to ja oczami wyobraźni widziałam jakieś ostatnie szpachlowania przed malowaniem, ostatnie machnięcia pędzlem, jakieś tam przyklejanie listw podłogowych, żyrandoli, ewentualnie wykończenie jakiegoś strychu czy piwnicy, a tu, człowieku, nawet kuźwa schody główne nie zrobione, drzwi do klas nie ma, w ścianach dziury na wylot , znaczy na zewnątrz, na pole zaklejone po kawałku jakąś dyktą albo folią, podłogi wyłożone kawałkami płytą pilśniową. Tu i ówdzie jakiś gruz zalega, gdzie indziej stoją wiadra i sprzęty. Pod szkołą jakieś stare sedesy stoją. Piwnica, gdzie normalnie sale lekcyjne są, praktycznie nie otynkowana, na podłodze czysty cement, kible działają tylko na parterze, a szkoła ma poza tym 2 piętra i piwnicę. Winda oczywiście, że nie działa... Kopara opada. 


sala do samodzielnej pracy indywidualnej 



lepsza klatka schodowa 

z zewnątrz zacnie


I pomyśleć, że remont miał zostać skończony w 2024 roku, DWA LATA TEMU!!!... ale pewnie jak zwykle nima komu robić.

Pojechałam z Młodym gdzieś koło południa, że zobaczymy czy jeszcze jest coś do roboty... HA HA. 

Tam to wygląda, jakby ze 4 lata jeszcze było co do roboty.

 Ale mniejsza o to. 

Zapytałam, w czym mogę pomóc i dostałam wiadro, szmatę i ściągaczkę na kiju. Poszłam z jakimiś kilkoma nauczycielkami sprzątać dużą salę, przeznaczoną do samodzelnej cichej pracy. Umyłyśmy (najwyraźniej już po raz któryś) podłogę, a potem krzesełka i stoliki... Potem pomagałam jeszcze w innych salach, umyłam jeden długi korytarz, który zdawał się nie mieć końca...  Przyklejałam też naklejki z imionami na szafkach. Młody załapał się z innymi chłopakami do noszenia jakichś stołów, krzeseł, a potem ganiali po podwórku, wspinali się na drzewa, bo tam ogromne drzewska rosną...

Mimo kiepskich warunków i tu i  ówedzie rzuconej uwagi nt stanu remontu i ogromu pracy, humory i pozytywna energia wszystkim tam dopisywała. Nauczyciele razem z rodzicami, uczniami z uśmiechem na pyskach zasuwali w pocie czoła, by przygotować jak najlepiej szkołę do poniedziałkowych pierwszych zajęć. Pan z sekretariatu z innym panem przykręcali tablice i ekrany. Dyrektorka rozdzielała zadania, ale i sama też śmigała na mopie albo ze ścierą, czy targała meble. Poznałam kilku nauczycieli Młodego i obejrzałam sobie całą szkołę na spokojnie. Dużo tam jeszcze jest do zrobienia, ale jak to w końccu ukończą, to będzie to na prawdę zacna szkoła. Gdy po jakichś trzech godzinach uznałam, że jak na mnie wystarczy i zaczęłam się żeganać, wszyscy mi serdecznie dziękowali za przyjście, bo każda para rąk się liczy w takim przedsięwzięciu.

Jednak zmęczyłam się okrutnie, a jeszcze nie chciało mi się użerać z moim rowerem w pociągu, więc korzystałam z normalnego blue-bike, co wymagało porządnego kręcenia te 4 w tamtą i cztery w powrotną stronę. Przy czym oczywiście droga powrotna była jakby cięższa i ledwo z biedą do tej stacji dojechałam. Sie człowiek rozpanoszył na tym elektrycznym rowerze, że się teraz kręcić lekko by chciało zawsze i wszędzie, ale to tak nie działa, panie...

 Potem poszliśmy na hamburgery, ale Araby nie miały bułek, więc zjedliśmy tylko frytki. Gdy doszliśmy na dworzec, zobaczyliśmy że nasz pociąg ma blisko 20 minut opuźnienia. Niech żyje NMBS! Do domu dotarliśmy gdzieś koło 20tej. Następne dni byłam zmęczona jak fiks.

Młody zaraz w poniedziałek skonstatował, że "chyba Polacy" tam robią przy tym remoncie, bo raz głośne "KURWA!" słyszał haha. 


W poniedziałek zaraz z rana zadzwoniłam do Lidla

Panie, nawet szybko się dodzwoniłam na biuro obsługi i bardzo miły pan odebrał. Tyle tylko, że jak poszedł na chwilę coś tam robić (uzupełniać dossier czy kogoś się pytać??) to włączył muzyczkę... Znaczy MUZYCZKA to była by okej, ale na poczekajce w Lidlu mają reklamy produktów z Lidla. Jessssu! To najgorszym przestępcom powinni puszczać w więzieniach, a nie normalnym ludziom. Myślałam, że mnie do czubków trzeba będzie odwieźć, zanim chłop ponownie się odezwie... 

Jak już w koncu się odezwał, rzekł iż wysłał moje zgłoszenie problemu do dostawcy rowerów i że do dwóch tygodni powinni się skontaktować. No zajbiście, pomyślałam, teraz bedziemy czekać 2 tygodnie na następną miłą rozmowę... Ale nie, już na drugi dzień, przyszedł mejl z Niemiec, że przepraszają bla bla bla i z pytaniami dodatkowymi na temat szczegółów zamówienia i problemu. Gdy odesłałam dane, które chcieli, po dłuższej chwili pojawił się w skrzynce kolejny mejl, tym razem po niemiecku. Niech żyje tłumacz google! Znowu przeprosiny i oświadczenie, że czym prędzej wyślą mi właściwą ładowarkę, a tą mogę wyrzucić i nie muszę jej odsyłać... Młode od razu jednogłośnie oświadczyły, że sprzedadzą na vinted, bo na pewno ktoś szuka haha. Nowa, właściwa tym razem, ładowarka dotarła zgodnie z prognozą w piątek. Naładowaliśmy rower i Młody zrobił już próbną jazdę oświadczając potem, że jest git.

Rower jawi się bardzo solidny, nic się nie kolebocze jak w tym starym, a tak nawiasem mówiąc, to stary już do jazdy w ogóle się nie nadaje. Przerzutki rozpindoliły się w drobny mak podczas ostatniej jazdy. Spróbujemy kupić jakieś nowe i założyć, bo szkoda wyrzucać po pół roku roweru za 800 ojro, ale warty to on tyle na pewno nie był. Gówno jakich dziś wiele... 

Zatem NIE POLECAM rowerów FLEBI z Decathlonu w żadnym wypadku. Skurwysyństwo Wirus. W ogóle żadnych rowerów z Decathlonu nie polecam.

Czy składak FoldX 530 z Lidla się sprawdzi, napiszę zapewne za jakiś czas, bo wygląd swoją drogą, a życie swoją...


Jego dużą wadą jest waga i gabaryty. Waży skubany ponad 20 kilo i po złożeniu jest ciagle dosyć wielki. No ale coś za coś. Na stronie kolei NMBS nie ma wytycznych dotyczących gabarytów roweru składanego, który można zabrać gratis do pociągu. Podają tylko, że ma być całkowicie złożony przed wsiadnięciem do pociągu. Holendrzy mają w swojej kolei dokładniejsze wytyczne, ale ten rower jak ten mieści się w normach. Na styk, bo na styk, ale ważne, że takiej wielkości rower nadal jeździ za darmo, gdy jest złożony.

Młody jest w stanie go podnieść, bo ostatnio dosyć intensywnie ćwiczy z hantlami, robi pompki, brzuszki itd, to siły nabrał i mięśnie już ładnie przypakował, ale czy poradzi sobie z wkładaniem tego roweru do pociągu, gdy przyjedzie wysoki pociąg, to się okaże w praniu. Najczęściej jeździ pociągami, które mają podłogę na równi z (wysokim) peronem, ale czasem puszczają niestety to badziewie ze schodami...

Po niedzieli się przekonamy, jak mu pójdzie dojeżdżanie do szkoły w nowej konfiguracji rowerowej.

* * *

W tym tygodnu byłam też dwa razy w biurze pracy VDAB. Raz z Najstarszą, raz ze sobą...

Najstarszej tym razem jakiś gadatliwy entuzjastyczny chłop się trafił. Jego gadanie i mrowie informacji, skądinąd pozytywne,  spowodowało u Najstarszej ogromne przebodćowanie i  shutdown. Zaczęła wyglądać jak chora, czuć się  ogromnie zmęczona, nieobecna i czym prędzej chciała wyjść stamtąd... A tu na zewnątrz jeszcze lało jak z cebra i ogromnie sie ochłodziło. Postanowiłyśmy pójść do kawiarni, by napić się coś ciepłego na rozgrzewkę. Nie daleko było, ale i tak zaczęłyśmy obie strzelać zębami z zimna. Zmęczenie oczywiście tego stanu nie poprawiało... Słodka latte i kawałek ciasta trochę pomogły. Potem jeszcze wstąpiłyśmy do sklepu po parę spożywczych artykułów i tak udało nam się doczekać do przyjazdu naszego autobusu, który - jak wam już wiadomo zapewne z poprzednich wpisów - odjeżdża raz na godzinę.

 Jednak chłop podał też sporo ważnych i konkretnych informacji. Najstarsza jest bardzo zadowlona, że wreszcie ktoś coś ciekawego i przydatnego powiedział... Po raz pierwszy jasno i wyraźnie ktoś powiedział otwarcie "My ci pracy nie znajdziemy. Ty sama se musisz pracę dla siebie znaleźć. My podpowiemy ci jak i pomożemy z formalnościami". Dla Córki było to bardzo ważne. Konkretne informacje. Gość podał nam też, gdzie najwięcej możliwości jest jeśli idzie o zakłady pracy chronionej i że np w Dendermonde jest raptem jedna firma, ale np w Sint-Niklaas jest sporo...

Powiedział też (wbrew temu, co zdawali się sugerować inni) że córka nie jest bynajmniej uwiązana do regionu, tylko może szukać zakładu pracy w dowolnym miejscu dla niej wygodnym.

Dowiedzieliśmy się też, że nic nie stoi na przeszkodzie, by spróbowała w międzyczasie - jeśli takie ma życzenie i możliwość - zacząć pracę na sprzątaniu. Gdyby jej się to nadało i dobrze szło, po kilku miesięcach po prostu zamkną jej dossier, a jak się nie powiedzie, to będzie mieć zakłady pracy chronionej jako plan B. Do następnego spotkania ma sobie znaleźć zawody, które by ją interesowały z tych w pracy chronionej i których by chciała spróbować. A po niedzieli zamierzamy razem pójść do pobliskiego biura sprzątającego i wypytać się o możliwości zatrudnienia dla niej i warunki.

Jedno, co mnie osobiście lekko zirytowało, to jedna wypowiedź pana w związku z naszym pytaniem o tę pracę na sprzątaniu (zapytałyśmy, czy można w trakcie tego trajektu) że "pieniążki faktycznie mogą zdawać się ważne... ". Nie wiem, czy dokładnie takie były słowa, ale dość że wydźwięk ich był w każdym razie taki, że oto moja corka dla fanaberii postanawia, że chciałby zarobić kilka centów, gdy jako alternatywę może odbyć kolejny zajebisty DARMOWY, NIEPŁATNY, ZA FRIKO staż, czy jakieś dni próbne.

Dla mnie zabrzmiało to w każdym razie jak tekst rozpieszczonego dzieciaka z bogatej rodziny, który skończył studia za pieniądze rodziców, na starcie w dorosłość dostał od starych w pełni umeblowany dom,  porządny samochód i kilka tysicy na kącie na drobne wydatki, a do pracy poszedł z nudów... 

Nie znaczy, że tak jest, że mam rację, bo może po prostu tak to tylko zabrzmiało albo ja to opacznie zrozumiałam, a jednak nie po raz pierwszy mam wrażenie, iż dla belgijskich urzędników i nie tylko urzędników jest oczywiste, iż wszyscy  rodzice mogą z palcem w dupie zapewnić utrzymanie swoim dorosłym dzieciom, kupić im dom, samochód i w ogóle, bo każdy zarabiał przez całe życie po 5 tysięcy euro, nigdy na nic nie chorował, nie miał problemów i ma naodkładane milionów w skarpecie... 

Jeśli takie właśnie podejście było tutaj przez ostatnie pół wieku, to chyba nie dziw, że ludzie po 20 lat pobierali zasiłki dla "szukających pracy", a dziś, gdy rząd zabrał im pieniążki to robią awantury w urzędach pracy i w pomocy społecznej, chcą bić urzędników i demolują urzędy. Tak, w Antwerpii np zainstalowanao specjalne szerokie lady, przez które petent nie może dosięgnąć pracownika urzędu, a urzędnicy mają z tyłu wyjście ewakuacyjne i przyciski alarmowe - jak widziałam w wiadomościach - bo leniom śmierdzącym sie nie podoba, że ktoś każe im nagle iść do pracy... No ale z drugiej strony widzę jak to wszystko działa, jak sięmiesiącami  mieli, jak cię odsyłają od kajfasza do annasza, jak ci proponują jakies  staże (zakładając oczywiście, że będziesz żył przez ten czas z zasiłku), ile to wszystko trwa... no to też i nie dziw, że jest jak jest. 

Jeszcze innej ciekawej obserwacji i wniosków się dorobiłam dzięki tym wszystkim wizytom w VDAB. Już kilka razy usłyszeliśµy od urzędników i czytam to też wszędzie na swoim koncie internetowym, mejlach etc, że "ważne jest by stawiać się na spotkania w urzędach" "ważne jst by przychodzić punktualnie" no i ci urzędnicy to też notują i podkreślają we wszelakich ewaluacjach, a nawet jakby ze zdziwieniem komentują, że Najstarsza zawsze przychodziła na wszystkie spotkania i do tego punktualnie... A czy to kurwa nie jest oczywiste?! Logiczne? Rozumiane samo przez się?! Dla mnie to jest wielki szok, że dla tzw normalnych ludzi nie jest to czymś oczywistym. I jeszcze mówią, że trzecie... TRZECIE!!!! nie stawienie się na spotkanie dopiero może wiązać się z zabraniem zasiłku (gdy ktoś owy pobiera). 

Moim zdaniem, jeśli ludzie tak traktują to wszystko, to prawo winno być do tego dostosowane, czyli porządnie przykręcona śruba, tak by tylko ludzie, którzy na prawdę pomocy potrzebują, pomoc dostawali, a na resztę to solidnhy bat i zagnać skurwysyństwo do roboty. Dzięki temu pośrednictwo pomiędzy szukającymi pracowników i szukającymi pracy też by sie uprościło. No ale to moje zdanie, a ja jestem dziwna...

* * *

Ja też na konkretną babkę trafiłam. Po nazwisku i kolorze skóry konstatuje, że to nie jest rodowita Belgijka i to może mieć znaczenie. Inni obcokrajowcy częstokroć o wiele lepsze rozeznanie mają w możliwościach niż tubylcy, bo albo sami zwykle trudną drogę przeszli, dzięki czemu wiele się nauczyli, albo pomagają rodzinie czy swoim rodakom... Często też lepiej rozumieją problemy drugiego człowieka niż ci, którzy od zawsze w tym tutejszym skostniałym schemacie funkcjonują i nie potrafią spojrzeć z innej perspektywy.

Dość, że szybko znalazłyśmy razem kilka pomysłów na potencjalną pracę dla mnie, które można rozpatrzeć... 

No i znowu okazuje się, że wiele zawodów można po prostu zwyczajnie pójść spróbować. Są różne dni informacyjno-próbne, że idziesz na kilka godzin porobić interesującą cię robotę, dzięki czemu możesz organoleptycznie się przekonać, czy robota ci leży czy nie... Oczywiście liczba miejsc jest często ograniczona, ale póki co pani udało się mnie zapisać na dzień próbno-informacyjny sprzątania szpitali, biur (coś w ten deseń). Babka stwierdziła, że to raczej dla mnie za ciężkie, a ja jej na to, że też tak uważam, ale mimo wszystko chcę to zobaczyć i się bliżej zapoznać z tym zawodem może na przyszłość lub jako plan B, C, K... (także pod kątem córki). Pójdę gdzieś pod koniec marca zobaczyć, z czym to się je i jak taki moment w ogóle wygląda, bo już samo to jest ciekawe, a ja przecież muszę wszystko wiedzieć, jak działa... tak samo jak Młody.

O wiele bardziej interesującym dla mnie jest logistisch assistent, czyli asystent logistyczny w służbie zdrowia, czyli osoba wspierająca pielęgniarki i opiekunów w szpitalach i domach opieki. Zajmuje się przygotowywaniem posiłków dla pacjentów, serwowaniem napojów, ścieleniem łóżek, przewożeniem pacjentów na zabiegi, przewożeniem materiałów medycznych, próbek krwi do labu, pościeli etc, wykonuje też niektóre prace biurowe i administracyjne... Brzmi to dość ciekawie. Nawet nie wiedziała, że taki zawód istnieje. Nie wiem natutalnie, czy to też nie jest na dzień dzisiejszy za ciężkie dla mnie, ale właśnie zamierzam się tego dowiedzieć. 

Babka zapisała mnie na listę oczekujących na jeden dzień próbny w Gandawie, bo wszystkie miejsca były zajęte. Ale ja potem znalazłam inny dzień próbny z innej organizacji w Mechelen i się zapisałam dodatkowo na koniec kwietnia, gdyby w tym pierwszym sie miejsce nie zwolniło. Kursy i tak zaczynają się albo od lutego, albo od wrzesnia, więc czasu jest w pieron. 

Taaaak, oczywiście, że z chęcią pójdę na kolejny kurs. Nauka to zawsze super przygoda. I tak, nawet jak człowiek ledwo przeżyje to i tak zawsze warto, bo zawsze czegoś nowego się można nauczyć, ciekawych ludzi poznać, nowe miejsca zobaczyć... Dla mnie najgorsze, co może mi się przytrafić, to taka sytuacja jak teraz, czyli długotrwałe siedzenie w domu każdego dnia bez sensu, bez celu, bez perspektyw. Nienawidzę siedzieć w domu przymusowo. To jest dobre przez miesiąc czy dwa, ale dłużej to męczarnia. Nienawidzę domowych obowiązków. Nie jestem kurą domową. Nienawidzę swojej niepełnosprawności.

W międzyczasie może zapiszę się na ten wolontariat do biblioteki, żeby coś robić (o ile mnie przyjmią oczywiście), by mieć powody, by wyjść regularnie z domu, spotkać jakichś ludzi i zobaczyć jak to jest pracować w bibliotece. Ja bowiem tej drogi nie skreślam. Jakby dziś był wakat w dostępnym dla mnie miejscu i francuski ani prawo jazdy nie były obowiązkowe (czasem są),  to bym przekonywaujący list motywacyjny napisała i wysłała, bo każda robota, którą jestem w stanie wykonywać jest okej. Wakatów jednak póki co nie ma, a  poza tym z chęcią spróbowałabym jeszcze czegoś nowego, skoro są jeszcze takie możliwości i nic mi na przeszkodzie nie stoi, bo czemu niby się trzymać się kurczowo tego, co już się zna na tyle, że jawi się to nudne i obmierzłe...? Zawód powinno sie zmieniać systematycznie, zanim popadnie się w smutną rutynę, wtedy by się nie nudziło, bardziej by się było zmotywowanym i bardziej by człowiekowi zależało...

Park De Dries w Opdorp (Oost-Vlaanderen)


We wtorek zaplanowałam sobie wizytę w parku De Dries, bo znowu pojawiły się tam ozdobione figurki, czyli wystawa Lente op Den Dries, która pojawia się co dwa lata, a czasem pomiędzy jeszcze coś innego wystawiają.

Tym razem są pieski Chihuaha

Miało być słonecznie, ale padało. Postanowiłam jednak nic sobie z deszczu nie robić. Przynajmniej spokój był w parku i mi nikt nie przeszkadzał haha.




biuro nieruchomości



zakład fryzjerski


piesek firmy myjącej okna

garaż





firma budowlana







restauracja












piesek bankowy




piesek cukierniczki (mojej znajomej internetowej)

pobliski bar







firma oponiarska

sklep winiarski

biuro nieruchomości

logopeda









psycholog


sklep ogrodniczy







Opdorp 2025

Lente op Den Dries 2024

Lente op Den DRies 2022

Lente op den Dries 2020 (instagram)

Lente op Den Dries 2018 (instagram)

Kunstenparcour Vrijland 2017

Lente Op Den Dries 2016


Co znalazło się w moim menu tego tygodnia?

Na śniadania jadłam głównie chleb na zakwasie domowej roboty - kanapki z pomidorem, ogórkiem, masłem plus herbata czarna z cukrem plus kawa z mlekiem

Obiady, kolacje, inne

tortilla ze smażonym niemięsem, ogórek, sałata, papryka pomidorki koktajlowe i majonez wege\

micha: pieczona brukselka, czerwona cebula i papryka; gotowana kasza pęczak, sałata, feta, ogórek, dressing z oliwy, miodu, soku z cytryny, musztardy

gotowana kukurydza z masłem i solą

kanapki z tuńczykiem wędzonym i awokado

ziemniaki i kalafior z piekrnia plus kiełbaska roślinna

sałatka jarzynowa