23 września 2022

O skutkach ubocznych radioterapii i o raku u zwierząt

 Nie dawno niefrasobliwie oznajmiłam, że radioterapia nic mi nie zrobiła, ale okazuje się, że to jest bomba z opóźnionym zapłonem, jeśli idzie o efekty specjalne. 💣 No hmm, niby przebąkiwali w informacjach szpitalnych, że skutki mogą się objawiać do dwóch tygodni po zakończeniu zabawy, ale puściłam to mimo uszu i oczu. Niemądrze! A właśnie minęło 2 tygodnie i proszę… 

W poniedziałek, jak byłam u mojej onkolog, jeszcze było w miarę. Nawet zapomniałam jej w zamieszaniu spytać o alternatywne smarowidła. Ona sama temat poruszyła i przypomniała, by kilka razy dziennie smarować kremem i powiedziała, że te wszystkie niedogodności skórne trwają do kilku tygodni. No to okej, poczekam, nie zesram się. Raz to mi skóra na słońcu tak sfajczyła, że - jak to mówią - trzeba było spać na wieszaku?  A to tak samo wtenczas wyglądało. Żaden tam szał. 

Potem zajęłam się tematami powrotu do pracy i chorym zwierzakiem, które zaabsorbowały mnie i uwięziły moje myśli na kilka dni. I nocy. Bo nawet obudzona na siku od razu myślę o wszystkich problemach. Mój mózg już taki jest. Beznadziejny.

Wczoraj przy porannym smarowaniu zauważyłam małą sączącą się rankę pod pachą, ale małą ranką się przeco przejmować nie będę. Kolejnego poranka to już nie była ranka tylko rana. Tam pod pachą, gdzie jest blizna po mastektomii, jest najgorzej. Widzę, że skóra zaczęła też przeciekać w innych miejscach. No kurde, panie, ja nie mam czasu na takie pierdolety!  Niby to mi nic specjalnie nie robi, poza tym że obrzydliwie wygląda i się paprze od czasu do czasu. W sensie, że nie boli ani nawet nie piecze za bardzo, no ale wygląda iście horrorowato, ohydnie, fuj fuj fuj. Najbardziej jednak obawiam się jakiegoś ewentualnego zakażenia, bo kto wie, co z takiego syfu może się wytworzyć. Najgorzej, że nie miałam w ogóle pomysłu, jak te cieknące dziury zabezpieczyć…? Miejsce zjarane rentgenem ma jakieś 20x20 cm tak 𝝿 x 👁. Lepca do tego przecie nie przyklei. Zatem…?! Zatem trzeba było pójść do znachorologa się spytać.

Doktor przepisał mi spray do przemywania, brzydkie brązowe kompresy z iso-betadiny i specjalne grube kompresy zabezpieczające te brzydkie kompresy, a do tego specjalny papierowy porowaty lepiec do ich przyklejania do skóry. Kleić należy jednak do zdrowej skóry. Pytał się, czy potrzebuję pielęgniarki, alem mu odrzekła, że w domu tyle ludzia, to może któren poradzi z robieniem mi tego zmyślnego opatrunku. No przeco nie będę jakiejś biednej baby do jakiegoś głupiego kompresu ciągać do domu 2 razy dziennie, no panie! Pielęgniarki i tak mają od ciula roboty z poważniejszymi sprawami. 

Daliśmy rady z małżonkiem.

Ostatnie dni mam wrażenie, że żyję w chaosie. Większym niż zwykle. Mam straszny nieporządek w głowie przez co nic mi nie idzie i często mam lagi systemu.  

Z Buśkiem spędzałam sporo czasu. Co chwilę zaglądałam do niego, głaskałam i próbowałam karmić różnymi rzeczami i różnymi metodami. Mozolnie to szło. Przynosiłam koniczynkę i podawałam mu po jednym listku. Czasem chciał, czasem nie. Wtedy odwracał łebek. Próbowałam wtedy listek mięty, listek bazylii, krwawniku, cykorię, kawałeczek banana, ogórka, jabłka. Tarłam marchew i podawałam po jednym paseczku. Czasem wziął to, czasem tamto, czasem nic, a innym razem cały zestaw przeżuł powoli i zeżarł. Jakoś chyba na trzeci dzień po odwiedzinach u weta czuł się jakby i wyglądał lepiej. Zjadł tego dnia sporo różnych rzeczy. W tym nawet parę ździebełek siana. Następnego dnia jednak powrócił do wcześniejszego gorszego stanu. I w nim pozostał. Do kolejnej wizyty u weta… 💔

Zgadnijcie, co było tak na prawdę świnkowi? Do trzech razy sztuka. Trzy litery, na r się zaczyna i w ostatnich wpisach na tym blogu często się to słowo pojawia. 

Miał raka w pyszczku. Przez te ostatnie kilka dni ta kurwa bardzo szybko robiła postępy. Lulu musiał bardzo cierpieć. Lekarka stwierdziła te fakty dopiero po uśpieniu, gdy mogła mu zajrzeć do pyszczka. 

Mówi, że ostatnimi laty rak u zwierząt to prawdziwa epidemia. Przyczyną jest prawdopodobnie skażenie środowiska. Zatrute powietrze, woda, jedzenie… Dodała, że często zanim człowiek zdąży wykonać wszystkie potrzebne badania już stan zwierzątka tak się pogorszy, że nie ma co leczyć. Takie szybko postępujące raki są u świnek, królików, kotów… ponoć bardzo częste. Ech.

Ale teraz już go nic nie boli. Spoczął w pobliżu Nika i Sary, czyli w wyborowym świnkowym towarzystwie. Razem będą się bawić za tęczowym mostem 🌈🐾🐾🐾

Bardzo nam będzie go brakować. To był bardzo dobry i kochany świnek 🖤. Lulu Buś Busiński Czuzel. Nasz Pieszczoszek.


Myślenie o chorym zwierzaczku próbowałam pogodzić z myśleniem o robocie. Powrót do roboty w moim zawodzie to, proszę państwa, droga przez mękę.

Pomyślałby kto, że firma w sektorze cierpiącym na brak tysięcy pracowników powinna się ucieszyć, że ktoś wraca z chorobowego i zrobić wszystko, by człowiekowi ten powrót ułatwić. Tymczasem ja obserwuję coś zupełnie przeciwnego.

No jasny popielaty! Jak już zdecydowałam o powrocie i na to się napaliłam, poleciałam do biura podekscytowana, by im o tym powiedzieć. Na dzień dobry się dowiedziałam, że to nie wystarczy chcieć. Nie, proszę państwa, w moim biurze potrzeba mieć specjalne zezwolenie od lekarza. I tak, kurwa, że nie od biskupa, burmistrza i koła gospodyń wiejskich. Gdy powiedziałam pani onkolog o zezwoleniu, popatrzyła na mnie jakbym się ze sznura urwała. Ona pierwszy raz słyszy takie rzeczy. Jakie zezwolenie? Chcę iść do roboty, to idę. Tyle w temacie. No ale wypisała mi to zezwolenie, bo co jej szkodzi. 

Do tego okazało się, że to ja sama mam poinformować moich klientów, że wracam do pracy i każdego zapytać, czy życzy sobie, bym do niego wróciła, bo - jak poinformowała pani za biurkiem - niektórzy klienci dostali zastępstwo i nie wykluczone, że będą chcieli przy nim pozostać, do czego mają pełne prawo, ale spokojnie - ciągnęła dalej baba - oni mi znajdą nowych klientów… Gdybym jednak podzwoniła po klientach i gdyby się jakimś cudem okazało (tak nie powiedziała, ale tak to odebrałam), że jednak chcą mojego powrotu, to oni sami muszą łaskawie do biura zadzwonić i o tym poinformować.

No dzięki bardzo za pomoc! I to po to pewnie wyłudzają po 7€/mc od każdego klienta na - jak to mówią - koszty administracyjne… ?

No to dobra, łaski bez! Wysłałam jednego esemesa do wszystkich i dostałam odpowiedzi. Faktycznie niektórzy dostali zastępstwo, tyle że niektórzy zaraz z niego zrezygnowali, bo nie byli zadowoleni i teraz sobie sami sprzątają. Cieszą się, że wracam i czekają na mnie z niecierpliwością. Są też tacy, którzy przeszli do innych biur i mają pomoc domową z innego biura, ale już czym prędzej wysyłają rozwiązanie umowy i za 3 tygodnie mogę do nich wbijać. W jednym przypadku nawet się trochę pochichrałam, bo klientka odpowiedziała, że ona nie ma sprzątaczki i że z radością mnie powitają z powrotem, ale że mama - też klientka - ma kogoś z innego biura, jest zadowolona, więc raczej podziękuje. Nawet nie zdążyłam odpisać, że nie szkodzi, gdy przysłała drugiego esemesa, że mama jednak chce żebym wróciła, a 5 minut później zadzwoniła sama zainteresowana, by się upewnić, że serio mogę do niej wrócić i czy poczekam na rozwiązanie umowy z moją zastępczynią. Jaja jak berety! 

Niemniej jednak to wszystko bardzo miłe i pozytywne reakcje. A jakie zdziwko w biurze, że prawie komplet klientów mam… Jedna osoba tylko w ogóle nie odpowiedziała, a że wiem, iż jest zadowolona z zastępstwa, to wnioskuję że pewnie nie jest zainteresowana moimi usługami, co - powiedzmy sobie szczerze - nawet w sumie mnie cieszy, bo to wielki dwupiętrowy dom z bardzo wysokimi schodami, od których zawsze bolały mnie okropnie nogi. Pod koniec następnego tygodnia mam odebrać mój nowy schemat pracy. Tyle tylko, że dziś przyszedł mejl, że laska idzie na chorobowe i kilka dni jej nie będzie… Mam nadzieję, że ktoś za nią potrzebną robotę wykona łaskawie, bo coraz bardziej mnie to biuro wnerwia… Jeszcze człowiek nie zaczął roboty, już się wnerwia.