14 sierpnia 2026

Kolejna tragedia w mojej okolicy.

 Zacznę od obserwacji pociągowych...

Kiedyś jechałam z Młodą do miasta pociągiem i jako że obie miałyśmy ze sobą rowery, siedziałyśmy w wagonie rowerowym. Naprzeciw nas siedział jakiś młody tata z dwójka małych dzieci. Jedno miało pewnie około roku i siedziało w wózku-spacerówce, a drugie z rok, dwa starsze siedział koło taty. Koło nich leżał jeszcze duży plecak i wielka torba turystyczna. Przyglądałam się im i przysłuchiwałam mimowolnie, ale z ainteresowaniem, bo bardzo mi się spodobało podejście tego taty, gdyż bardzo podobne zdało się do moich własnych metod wychowawczych. Tata całą drogę gadał do dzieci. Tłumaczył im, szczególnie tej starszej dziewczynce, świat podróży pociągami i odpowiadał na jej pytania. Mówił, jakie będą po drodze stacje i że się będę przesiadać, ale też mówił coś o konduktorze, toalecie (bo w rowerowym jest kibel i ludzie chodzili non stop), ale też coś o widokach za oknem. W końcu dojechaliśmy do przedostatniej stacji i ja się zaczęłam zastanawiać, jak chłop się przesiądzie z tym całym majdanem i nawet pomyślałam sobie, że jakbyśmy nie miały rowerów, to bym zaoferowała pomoc, no ale wtedy usłyszałam jak tata pyta dziewczynki, jaka będzie następna stacja, a ona entuzjastycznie odpowiada "Mechelen". Nastawiłam zatem ucha i podsłuchiwałam dalej...

Wtedy pan zapytał córki , czy pamięta, jak jej tłumaczył, co ma robić, gdy będą wysiadać... Ona na to, że ma trzymać tatę za rękę. Tata na to, że to prawda, ale dopiero jak wysiądą. Natomiast podczas wysiadania musi ona po prostu trzymać się blisko, uważnie słuchać i robić, co tata powie, bo on jej bedzie wszystko po kolei tłumaczył, co ma robić, ale że nie może jej trzymać za rączkę, bo musi nieść torby i wózek z chłopcem... Dziewczynka kiwnęła główką i spokojnie czekała na polecenia taty. Zaczęła od schowania trzymanej pluszowej wiewiórki "by się nie zgubiła podczas wysiadania". 

Przyjemnie patrzy się na takich rodziców, którzy traktują dzieci jak małych rozumnych ludzi, a nie "tylko głupie dziecko" albo którzy, co gorsza, zdają się własnymi dziećmi w ogóle nie interesować i pozwalają im robić w pociągu, czy gdziekolwiek indziej w publice, co im się żywnie podoba.

wrzosy u nas w lesie


Jak już przy temacie dzieci jestem, to muszę zapisać, że u nas znowu doszło do tragedii z udziałem dziecka i to takiej najgorszej kategorii. W zeszłym tygodniu dowiedziałam się z wiadomości, że u nas w gminie, praktycznie w samym centrum w jednym mieszkaniu znaleziono martwego siedmiolatka... 

Na drugi dzień już w całej okolicy wrzało. Okazało się bowiem, że dziecko zostało "ukarane" przez wujka, brata matki, po tym jak policjanci  spotkali chłopca samego na ulicy i odwieźli go do domu... Wujek powiedział ponoć, że nie chciał zabić, a tylko ukarać, bo - jak pisano dalej w prasie - on sam był wychowywany twardą ręką i uważa, że lanie to nic złego. "Wujek" ma 24 lata. Jego siostra i matka chłopca 27 lat. Z nimi w mieszkaniu była jeszcze koleżanka mamy. Wszystko troje zostało aresztowanych. Patolog znalazł na ciele chłopca, jak podaje prasa, liczne obrażenia, także starsze... Śmierć nastąpiła w wyniku tych obrażeń. To podano od razu na drugi dzień.

W głowie się nie mieści. Co jest z tymi ludźmi nie tak, do kurwy nędzy?! 

pluszaki i świece przed wejściem do mieszkania w którym mieszkał chłopiec


A tymczasem ja praktycznie każdego dnia trafiam zupełnie przypadkiem w sieci na wiele komentarzy,  pochwalających i wręcz zachęcających do przemocy wobec dzieci i to często małych i bardzo małych dzieci. I nie mówię tu bynajmniej o rzuconym czasem w złości "chyba bym nogi z dupy powyrywał", gdy wiadomo, że dana osoba by mucby nie skrzywdziła, ale o wyraźnym pochwalaniu bicia kablem, pasem, zamykaniu w ciemnym pokoju, zakazywaniu jedzenia, zastraszaniu, czy klapsach. Choc i te durne powiedzenia nie wzięły nam się przecież z dupy. Wychowano nas wszystkich chyba wśród przemocy, nawet jeśli nie było jej w domu, to była po sąsiadach, znajomych, dalszej rodzinie, w szkole, wśród przodków...

Ludzie wyśmiewają dziś masowo bezstresowe wychowanie, bo większość z nich w ogóle nawet nie rozumie, co to tak na prawdę znaczy. Większość ludzi, w tym wielu rodziców myli bezstresowe wychowanie z anarchią, brakiem zasad i granic. Uważają, że jest tylko dwie opcje: lanie i pozwalanie na wszystko, gdy obie są taką samą patologią... 

Przykład bezstresowego wychowania podałam na początku. Taki prosty drobny przykład. Jasne zasady, wyraźne granice, tłumaczenie, słuchanie, odpowiadanie na pytania, troska i opieka....

No ale nie będę się tu już wymądrzać na temat wychowania, bo mam na szczęście już ten etap życia prawie za sobą. Przyznam tu jednak, że na samym początku tej drogi też uważałam, że klaps nikomu nie zaszkodzi, bo w takim nurcie byłam sama wychowana i nikt mi innej drogi nie pokazał. Na szczęście udało mi się zbuntować przeciwko zaleceniom poprzedniej generacji i posłuchałam się tego, co mi własny rozum podpowiada, ale też wiedza psychologiczna zdobyta z lektury książek i czasopism i znalazłam właściwą drogę. Bo tak, moja matka, babcia i inne baby i chłopy ze wsi zachęcały, a wręcz wymagały ode mnie, bym używała przemocy wobec własnych dzieci, co też - jeszcze raz przyznam z ręką na sercu - początkowo  faktycznie czasem stosowałam np krzycząc na córkę albo dając jej klapsa. Bo to nie jest bynajmniej łatwe, by uwolnić się z jarzma przekonań i zasad przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Choć uważam, że dziś jest o niebo łatwiej, bo internet jednak pozwala nam zobaczyć świat z różnych perspektyw, poznać różnych ludzi i różne sposoby na życie, daje nam wiedzę, a często też wsparcie i motywację (choć oczywiście może tez zwodzić i prowadzić na manowce). Mnie też pomogło odejście, a wręcz odcięcie się od rodziny i od presji. Gdy mieszkasz pod jednym dachem z ludźmi mającymi określone poglądy, często się do nich dostosowujesz i to czasem nawet nieświadomie. Dopiero odszedłszy i nabrawszy dystansu możesz zobaczyć i zrozumieć, że postępowałeś niewłaściwie, nie tak jak chciałeś. Czasem jesteś świadomy, że źle postępujesz, chcesz coś zmienić, ale nie potrafisz się sprzeciwić albo się zwyczajnie boisz. Gdy jesteś sam, nie masz żadnej alternatywy, nie masz dokąd uciec często musisz tańczyć jak ci zagrają. Gdy żyjesz w trudnych warunkach, w ciągłym stresie, strachu też możesz robić rzeczy, których nigdy być nie zrobił, gdybyś mógł normalnie funkcjonować i był bezpieczny... To jest trudny temat.

Dziś mam dorosłe dzieci i wiem, że można wychować mądrych, wrażliwych, wspaniałych ludzi bez używania przemocy fizycznej i psychicznej. Wychować ich na mądrych, wrażliwych i odpowiedzialnych dorosłych. 

No i do cholery jasnej dziś, moim zdaniem, ludzie nie żyją już w zamkniętych zacofanych społecznościach, a nawet jeśli żyją, to każdy człowiek ma wystarczający dostęp do wiedzy na temat wychowania, na temat przemocy wobec dzieci i jej skutków, także tych dalszych, odczuwanych w życiu dorosłym. A mimo to tkwią w swoich przekonaniach i nie wahają się dać klapsa własnemu dziecku.

Zaraz tu pewnie kto wyskoczy z debilnym tekstem, że klaps a katowanie na śmierć to wielka różnica... JASNE! A gdzie w takim razie leży ta magiczna granica? Jak mocna można zbić dziecko, by jeszcze nie było to uznane za coś złego? Przemoc fizyczna to przemoc fizyczna. Kropka! Jeśli według ciebie "danie placka na dupę" dwulatkowi, czyli maleńkiemu dziecku, które dopiero uczy się świata, ale jeszcze go nie rozumie, jest okej, to ja uważam, że w takim razie każde, nawet najdrobniejsze złamanie prawa przez dorosłego, dojrzałego osobnika, świadomego wszelakich zasad i prawa powinno się karać przynajmniej chłostą albo np ucinaniem kończyn. 

Ludzie chcą lać małe dziecko, gdy płacze lub zbyt głośno się śmieje np w sklepie, ale dlaczego w takim razie nie chłostać batem dorosłych ludzi wracających po pijaku z imprezy po nocy albo przekraczających dozwoloną prędkość czy przejeżdżających na czerwonym świetle? 

Drące się dziecko po prostu wyraża swoje emocje, bo dopiero uczy się je kontrolować, natomiast pojeb zasuwający z pełną świadomością 100km/h pod szkołą to przecież potencjalny zabójca, ale dziecko należy skatować, a dorosłego pojeba i psychopatę tylko pouczyć wypisując śmieszny mandacik, tak?! 

Jeśli uważasz, że możesz uderzyć dziecko, by je czegoś nauczyć,  to pewnie zajebanie partnerce czy partnerowi, gdy np zapomni wynieść śmieci też jest dla ciebie normalne, bo jak inaczej niby ta osoba miała by zapamiętać, że wynoszenie śmieci jest ważne w życiu? Tak na logikę i babski rozum biorąc...

 Jeśli uważasz, że uderzenie dziecka jest okej to pomyśl o tym, ile razy jesteś większy od tego dziecka i o ile bardziej świadomy praw, zasad i obowiązków, które notorycznie przecie złamiesz czy to świadomie czy przez roztargnienie, a potem zrób obliczenia i się zastanów, z jaką siłą tobie powinno się dawać klapsa, gdy popełniasz błędy, czy tym bardziej łamiesz prawo. 

Wyobraź sobie, że dostajesz zwykłego, ale bardzo silnego klapsa albo ktos tobą solidnie potrząsa za każdym razem, gdy nie wyrobisz się z robotą na czas, zapomnisz odpowiedzieć na ważny mejl, zgubisz klucze do domu, czy choćby parasol, nie zapłacisz na czas za prąd,  przejdziesz na czerwonym, za późno zaprowadzisz dziecko do szkoły, nie poskładasz prania, zbyt długo czasu spędzisz w necie... 

Skoro ludzie nie mają problemu z choćby teoretycznym pisanym w necie uderzeniem dziecka, powinni być gotowi na odebrania podobnego uderzenia za każdy popełniony przez siebie błąd, także za podniesienie głosu, za każdą kłótnię, za każde "kurwa mać", za każdy wybuch złości ale i nadmierną radość okraszaną dzikim śmiechem. Jak nie potrafisz się kontrolować, to trzeba cię nauczyć laniem. Czego nie rozumiesz? Sam tego przecież oczekujesz wobec dzieci i nastolatków, to zacznij od siebie. Proste! 

Może to jest w ogóle pomysł na nowe czasy, by każdy mógł każdego lać legalnie...? Ale gdzie tam, dziś laski nie wolno nawet w dupę klepnąć na ulicy, bo od razu sąd i prokuratura. Dziś nie wolno wyżywać się nawet słownie na pracowniakach, bo to jest karalne. I chyba do cholery każdy się zgadza, że to wszystko jest okej, że do tego każdy dążył, by nikt nikikogo nie dotykał bez jego zgody by nie przekraczał granic, ale jeśli idzie o przemoc wobec dzieci ludzie jakoś nagle mają granice i nietykalność cielesną w dupie. Ba, wręcz odczłowieczają dzieci mówiąc "to tylko dziecko" co brzmi prawie jak "to tylko rzecz". Istota mniej warta, słaba i głupia, którą można, a nawet trzeba bić, bo "inaczej się nie nauczy". Pff.

A potem powiedzą, jak wujek małego Hamzy,  "chciałem go tylko ukarać" ...no ale niechcący go zabiłem. Zabił siostrzeńca. Zabił dziecko własnej siostry. Zabił człowieka. Jest mordercą. I będzie z tym żył. I co gorsze żadna, nawet najokrutniejsza kara nie zwróci życia temu chłopcu, ani nie odbierze mu cierpienia, jakie znosił cholera wie od jak dawna. 

Doskonale wiem, jak trudno jest panować nad emocjami, zwłaszcza gdy żyje się w trudnych, ciężkich warunkach, bo sama tego doświadczyłam. W niektórych sytuacjach życiowych człowiek się odczłowiecza, gubi samego siebie i czasem sam nie wie już, co dobre jest, a co złe. Sytuacja na pewno jeszcze jest cięższa i trudniejsza, gdy człowiek dorosły sam każdego dnia otoczony jest lub był długie lata przemocą, czy to słowną, czy to fizyczną. To ryje psychikę i niszczy kompas moralny. 

Nie znam sytuacji tej rodziny, ale matka z dzieckiem nie przeprowadza się zwykle do brata/wujka bez powodu. Tego typu historie zwykle nie są proste i łatwe. Nic jednak nie usprawiedliwa zbrodni i znęcania się nad dzieckiem. Zwłaszcza, że dziś tu w tym kraju jest od chuja instytucji, do których można pójść po pomoc, po wsparcie, zwłaszcza jeśli w grę wchodzą dzieci. 

W czwartek odbył się w gminie cichy marsz przeciwko przemocy wobec dzieci. Mieszkańcy chcą w ten sposób zwrócić uwagę, by być uważnym, by nie odwracać oczu na krzywdę dzieci, by próbować pomóc, zgłaszać, ale przede wszystkim zauważać dzieci, które mają problemy. Hamza cierpiał, ale nikt mu nie pomógł, a dziś nie żyje. Śmierć i cierpienie, którego można było uniknąć, którym można było zapobiec. Tragdenia najgorszej kategorii, gdy osoby, które mają dziecko chronić, robią mu krzywdę, biją, poniżają, poniewierają, aż do śmierci... 

zdjęcie ze strony vrt

Dość już jednak o tym.

Jak wszystkim wiadomo, w tym tygodniu było znowu zaćmienie słońca, ale tym razem ludzi coś opętało. Ja pierdzielę, jak żyję te 50 lat, tak nie widziałam jeszcze chyba takiego zainteresowania zjawiskami na niebie. 

Pamiętam, że jakieś poprzednie zaćmienie moje dzieci oglądały w szkołach, ale wtedy nikt nawet o tym nie mówił. Teraz nagle ludzie wykupili wszędzie wszystkie okulary, a nawet szkla spawalnicze i nagle masowo wszyscy wylegli na ulice oglądać słońce. Bop nagle wszyscy stali się fanami zjawisk przyrodniczych. Nie ukrywam, że dla mnie to było wręcz szokujące zjawisko, niesamowite, łał... Mowa oczywiście o tych rekacjach ludzi, nie o samym zaćmieniu, bo akurat nie kupiłam okularów, gdy je widziałam w sklepie, a potem jak debilne media rozdmuchały to zjawisko, jakby nie wiem co to kurwa było, to już nigdzie nie szło nabyć tych durnych bryli albo ceny były z pizdy. Kuźwa, to przecież normalnie parę centów kosztuje, a nie po kilka czy kilkanaście euro. Biznes kurwa roku.

Do dziś kręcimy głowami z niedowierzania, jak ludzie są poddatni na każde gówno z (social)mediów, jak dają się ogłupić. No powiedzmy sobie szczerze, ale gdyby nie powiedzieli we wszystkich stacjach, na wszystkich profilach, że będzie zaćmienie, to większość ludzi, by nawet tego nie zauważyła. Może z parę osób by się zdziwiło, że ciemnawo się robi, ale i tak by ich to pewnie nie obeszło. Nikt poza fanami astronomii i innymi znawcami tematu nie kupił by okularów do oglądania zaćmienia. Szok. Galopujący szok. 

Z Młodym wspominaliśmy sobie ostatnie, też dosyć (ale nie aż tak) rozreklamowane zaćmienie Księżyca, które poszliśmy obydwoje oglądać z pobliskiej górki, gdzie - jak się wtedy okazało - spotkaliśmy innych ludzi, którzy poprzywozili i porozstawiali tam nawet krzesła, koce, chuje muje dzikie węże. Ale lornetki tylko my mieliśmy  i przez to ludzie do nas podchodzili, by zapytać o jakieś dziwne rzeczy... Najlepsze jednak było to, że wtedy wyszły chmury i jak nadeszła planowana godzina początku zjawiska, to większość tych geniuszy spakowała krzesełka i pojechali do domu buachachacha. Gdy już było co oglądać, na górce zostało już tylko parę osób, bo tacy to wszystko obserwatorzy nieba. I tak dobrze, że wiedzą, iż niebo to u góry jest. Jedni na tej górce to nawet próbowali się z nami kłócić co do kierunku, w który powinniśmy patrzeć i nawet tłumaczenie im kierunków świata nie bardzo pomagało im zrozumieć jaki to ma związek z tym, gdzie będzie widoczny Księżyc... 

Młody się wkurzył, że nie mamy okularów, bo chciał zobaczyć to zjawisko. Ale wieczorem, jak zrobiło się ciemno, poszliśmy w pola oglądać spadające gwiazdy i złość mu szybko wyparowała. 

Tylko chłop nas wkurzył, bo przyjechał pompować wodę z jakiegoś zbiornika, by podlać swoje uprawy, a wielką miał bekę i długo palił te światła w traktorze... Kurde, jakiego trzeba mieć farta, by na hekatry pol na wsi wybrać akurat to miejsce, do którego ktoś przyjedzie po nocy traktorem hahaha? Sie uśmieliśmy z nas samych. Postanlowiliśmy pojechać w inne miejsce, ale po drodze Młoda powiedziała, że ona idzie spać, Młody chciał wrócić po bluzę, a mi się chciało siku, więc wróciliśmy i stwierdziliśmy, że "jutro też jest noc" i poszliśmy spać. 

zdjęcie z telefonu


Drugiego wieczora poszliśmy znowu w pola, ale tym razem rozbiliśmy obóz jedną dróżkę dalej. Rolnik znowu podlewał uprawy, ale nie przejeżdżał koło nas, więc nam to nie przeszkadzało. Leżeliśmy sobie albo siedzieliśmjy na środku ciepłej  betonowej drogi polnej i patrzyliśmy w niebo. Wiele spadających gwiazd widzieliśmy, ale chyba jeszcze więcej samolotów. Dopiero tak w nocy na niebo uważnie patrząc człowiek sobie uświadamia, ile tego gówna lata dziennie po naszym niebie. W niektórych momentach dało się nawet kilkanaście na raz naliczyć i one latają cały czas, dzień i noc. Masakra jakaś. No i dawno nie było też w sumie takiej okazji, by popatrzeć tak długo na nocne niebo, bo to zawsze jak roje meteorytów to albo pochmurno albo pada, albo w ogóle się zapomni czy znowu się nie chce. Tym razem pogoda idealna, ale właśnie uświadomiłam sobie jak ogromne jest tutaj i teraz zanieczyszczenie światłem. Kurde, jak my za dzieciaka z ojcem żeśmy leżeli z lornetkami obserwując spadajce gwiazdy, to wokół nas była ciemna ciemniusieńka noc. Czarno było. Nic nie było widać poza tymi gwiazdami, chyba że ktoś światło w domu zapalił. Wtedy nie było u nas świateł ulicznych, ani żadnych solarów i innego świecącego gówna na podwórkach. Na wsi noc była nocą. A teraz wszędzie palą się światła. Z każdej strony na horyzoncie widzisz kolorową łunę. My i tak mamy farta, że możemy znaleźć koło domu jako takie miejsce, gdzie w ogóle da się zobaczyc gwiazdy. Cenię sobie to wielce. 

Koło nas cykały świerszcze, szeleciły kozy, czy barany (nie wiem, co tam siedziało w ciemnościach, bo było ciemno), a nad głowami latały nam zwariowane nietoperze. Huczała też w oddali jakaś sowa, chyba puchacz to był, bo inne to bardziej piskliwe głowy mają i irytujące.

Dziś miałam pojechać do Brukseli, bo dywan kwiatowy wczoraj wieczorem rozłożyli, a nawet dwa w tym roku, ale jak wyszłam na zewnątrz, a potem przeczytałam w wiadomociach, że to najgorętszy dzieńn roku, to dziękuję posiedzę w domu... W Brukseli w taki dzień to przecież musi być koszmar, a o jeździe autobusem nawet nie mówię... Brrr. 

Jutro jest plan na Dinant, jaskinie i regaty wannowe, ale zobaczy się, bo jakieś burze zapowiadają i takie tam... Jutro zdecydujemy, czy nam się chce chcieć.

Tymczasem susza i skwar trwa i w lesie zaczyna wyglądać jak w jesieni. Gazety piszą, że łamią się też wszędzie drzewa z suszy. Znawcy przyrody mówią, że w najbliższych latach wyginą w Ardenach świerki, bo nie są przystosowane do tego takiego klimatu i nie przetrwają. 


W tym tygodniu pierwszy raz robiłam tacosy wegetariańskie z przepisu znalezionego jak zwykle w necie. Tak mi posmakowały, że cztery opyliłam na raz. Wrzucę tu przepis, a nuż komuś się przyda:

mój taco


Taco z nadzieniem wegetariańskim chili sin carne

Składniki na chili:

muszle taco - w przepisie było 6, ale mi wyszła wielka porcja tego nadzienia, że na drugi dzień jeszcze do makaronu było, bo to można też z ryżem, makaronem zeżreć

wegetariańskie mielone nie-mięso 

3 ząbki czosnku (drobno posiekane)

szalotka (drobno posiekana)

1 długa papryka (pokrojona)

1 papryczka chili (drobno pokrojona)

3 marchewki (starte na tarce lub pokrojone drobno)

400 pokrojonych pomidorów z puszki 

600g czerwonej fasolki albo mix różnych fasolek 

300g kukurydzy

4 łyżeczki kuminu

4 łyżeczki papryki w proszku

2 łyżeczki cynamonu

kolendra 

tabasco

sól, pieprz

ewentualnie jako dodatki: awokado, pomidory, tarty ser żółty, ogórek...


Sos czosnkowy: 

100g creme fraische (kwaśna śmietanka)

1 ząbek czosnku zgnieciony

2 łyżki wody,

łyżka oliwy z oliwek

sól, pieprz do smaku


Przygotowanie:

W patelni do woku rozgrzać oliwę i zeszklić szalotkę i czosnek, a następnie dodać nie-mięso, przyprawy i smażyć przez chwilę. Potem dorzucić papryki i marchew i zmażyć ok 3 minut.

Na koniec dodać fasolkę, pomidory z puszki i kukurydzę. Całość dusi na średnim ogniu około 10 minut. Doprawić sosem tabasco wedle uznania, ewentualnie jeszcze dosolić czy dopieprzyć. 

Rozgrzać piekarnik i podgrzać muszle taco zgodnie z przepisem na opakowaniu. 

Nadziewać chilli, serem tartym, pomidorkami, ogórkami, awokado, czy co tam kto jeszcze lubi i polewać sosem czosnkowym. Młoda zaleca też polewać na koniec sokiem z limonki.













9 sierpnia 2026

Browar w kościele, muzeum, zielone ścieżki marszowe i susza

Piątek się pojawił w kalendarzu, poraz zatem wystukać cotygodniowe sprawozdanie z minionych dni. 
To był dobry tydzień. Do gorąca już się chyba przyzwyczaiłam i nawet o tym za często nie myślę. 

Susza trwająca od 2 miesięcy jednak coraz bardziej i bardziej niepokoi zwłaszca przy tych utrzymujących sie nieprzerwanie wysokich temperaturach i wietrze. Patrząc na okoliczne uprawy, stwierdzam, że kiepsko to wygląda. Nie dawno czytałam, że rolnicy spodziewają się nawet 40% mniejszych plonów ziemniaków. Zbiory zielonego groszku były tu i ówdzie nawet 80% mniejsze, niż przeciętne. Poza tym kiepsko jest też z kukurydzą. Ale też kapusta, por, kalafior, buraki nie rokują najlepiej. Nie dość, że susza , to rząd wprowadził zakaz pompowania wody z rzek i kanałów, co jest oczywiście konsekwencją utrzymującej się suszy, ale dla rolników to podwójny cios. Żeby było ciekawiej, to coraz trudniej dostać w Belgii zezwolenie na korzystanie z wód gruntowych, czyli wykopanie studni, a z tego co sąsiedzi mówili, to już wcześniej nie było łatwo. Jest coraz drożej i coraz bardziej skomplikowana procedura. Rolnicy mówią, że najpierw trzeba wykazać, że wszystkie inne alternatywne źródła  pobierania wody już zostały sprawdzone  i akurat taka woda jest potrzebna. Jako alternatywę  (szczególnie dla szklarni) radzi się tu rolnikom korzystanie z wody recyklingu, czyli np oczyszczanej wody z przemysłu spożywczego oraz z deszczówki. 

kukurydza

buraki

Sama nie jestem rolnikiem, ale na farmie się wychowałam, no i było nie było na wsi mieszkam, to i zwracam uwagę na to, co się na polach wokół mnie dzieje i wiem, co to oznacza, gdy zbiory szlag trafi, co to oznacza jak nie krowom dać żreć. Wiem też, co to oznaczać może w dalszej konsekwencji dla mnie i pozostałych ludzi, a że susza i upały dotykają większej ilości krajów Europy, to należy się spodziewać, że za jakiś czas nasze portfele też to poczują... 

Poza tym zwyczajnie wkurza mnie ta susza, bo nie mamy już od dawna świeżej trawy dla świnek, a trawa to po pierwsze dla nich smakołyk, a po drugie darmowe żarcie. Jak nie mają trawy, wpieprzają więcej siana i suchej karmy, a w ostatnich latach to też piekielnie podrożało i ani jedno, ani drugie dziś do tanich rzeczy nie należy. Kury też nie mają już za bardzo co podziobać, a one też bardzo lubią trawę. Podlewam dla nich czasem trawę za płotem, więc jakieś ogryzki zielone jeszcze tam znajdują, ale Panie, w normalnych okolicznościach, to w tym kraju trawę kosiło się co 2 tygodnie, nawet na tej naszej drodze, bo rosła w oczach, a w tym roku jeszcze ani razu nie było koszone, bo nie ma co. Raz wycięłam nożyczkami pędy kwiatowe, by kurom było lepiej dziobać, ale ona nic a nic nie rośnie. W większej po prostu wyschła na wiór i została goła ziemia. Robaka też ciężko znaleźć, bo albo pochowały się głęboko, albo zdechły... 

Dzikie zwierzęta też mają ciężko i częściej umierają z pragnienia, gorąca i głodu. U knajpie u kur stołuje się rodzinka wróbli, ale tylko jedno wróblątko z nimi przylatuje. Ostatnio też dwa piękne gołębie grzywacze przylatują na pszenicę i na wodę.

Zastanawia mnie jednak znowu stan umysłu co niektórych ludzi... Bo ja się przyglądam światu i ludzkim poczynaniom i moj mózg zwyczajnie tego nie ogarnia...

Jest susza, trawa nie rośnie, a tymczasem w wielu ogrodach jeżdżą non stop roboty-kosiarki, te takie roomby ogrodowe, mordercy jeży i innego żywego stworzenia. Inni znowu co jakiś czas koszą normalnymi kosiarkami... Co trzeba mieć we łbie, by wiedząc, że nadchodzą (albo co lepiej TRWAJĄ) upały, że  nadchodzi (albo co lepiej TRWA) susza, wyjąć kosiarkę i wypierdolić własny trawnik przed własnym domem i za domem na kilka milimetrów. Zwłaszcza jeśli na nim już trawy praktycznie nie ma, bo uschła. To nie jest już pierwszy rok z takim gorącem. Już od lat telewizory i radia kłapią, że się klimat zmienia, że lepiej nie kosić trawy, żeby wręcz siać kwiaty dla owadów i sadzić krzaki dla jeży i innych małych stworzonek, by sadzić drzewa dla cienia itd itp, ale do pustych łbów nie dociara nic, bo jak ojciec kosili co 2 tygodnie, 7 lat temu kosiło się co 2 tygodnie, 5 lat temu kosiło się co dwa tygodnie, to dziś, bez względu na to, czy jest trawa, czy jej nie ma, trzeba kosić co 2 tygodnie, trzeba kupić robota, bo sąsiad ma robota, a jak sąsiad kosi, to też trzeba kosić, jak sąsiad przyciął żywopłot, trza tego samego dnia  przycinać żywopłot, jak siąsiad wyjebał wszystkie dzrzewa koło domu, trza też wyjebać wszystkie drzewa koło domu i wygolić ziemię do łysa, a potem postawić na tym pustym polu jakiś wielki głaz. Można też plastikową trawę i dopiero na tym głaz. Teraz jak przejdziesz po flamandzkich wsiach to widzisz wszędzie tylko żółte łyse podwórka. Oczywiście, że przy takiej suszy i takim upale to czy kosisz, czy nie kosisz teraz już masz żółto, ale trawa wyższa przetrwa o wiele dłużej zielona, niż wygolona, a nawet jak jest sucha, to tworzy warstwę ochronną, pod którą kryją się owady. Jak masz krzaki, to pod nimi też toczy się życie i ukrywa się chłód. Jak masz wysokie drzewa, masz cień. Jak są to drzewa owocowe, to przy okazji coś ci na nich wyrośnie... Ale nie, my tu rodzinnie poczyniliśmy takie obserwacje, że Belgowie to oni nie uznają owoców z własnych drzew i krzewów. Widujemy u wielu jeszcze ludzi stare jabłonie, grusze, orzechy, które to drzewa rodzą czasem mnóstwo owoców. Te owoce spadają i gniją i nikt się po to nie schyli, a właściciel drzew jedzie do sklepu i kupuje te same owoce, tylko 24 razy do roku pryskane jakim tylko syfem, bo woli zapłacić, niż podnieść z ziemi i umyć. Moim dzieciom w głowie się nie może pomieścic, że ludzie mają ogromne ogrody i nie mają w nich ani malin, ani porzeczek, ani agrestu, ani ładnych krzewów, nie mówiąc o jabłoni czy wiśni. Nam się ciągle marzy dom z hektarowym ogrodem, by właśnie mieć swoje warzywa i owoce oraz więcej kur no i dużo kwiatów, dużo drzew, dużo krzewów... 

Pomarzyć dobra rzecz. Szczególnie w wakacje :-)

W zeszły weekend wybrałam się z córkami do Antwerpii, gdzie obejrzałyśmy w końcu wystawę nt sztuk walki w Muzeum MAS. Potem poszłyśmy na lody miętowe i lawendowe na rynek, a następnie na kolorową matchę. O tej wycieczce jest wideo na YT, więc tylko wrzucę parę fotek na pamiątkę.

muzeum MAS

rynek

rynek 

lody 

matcha


W tym tygodniu trochę porowerowałam i trochę pomaszerowałam. Jednego bardzo gorącego dnia, bo było jakieś 35 stopni, przeszłam około 10 km. Spora część trasy wiodła przez lasek, ale zaliczyłam też niezły kawał na patelni, znaczy drogą asfaltową bez jednego chociażby drzewa po drodze, bo po co by kto sadził drzewa przy drodze... ech. 

jakaś kapliczka przydrożna 

pomnik zimorodka

leśna ścieżka

kalina koralowa

jakaś zapomniana kapliczka

ta sama kapliczka tylko z bliższa


część dawnego zamku, w którym bodajże jakaś baba Rubensa kiedyś mieszkała

"patelnia" i zeschłe pastwiska

pastwiska w czasie suszy

plebania :-)

widok z lasu na opactwo

czapla spotkana na wycieczce

Zrobię z tego marszu prawdopodbnie video na YT, bo nagrywałam po kawałku tu i ówdzie, to se zobaczycie, jak będziecie chcieli... Więcej zdjęć będzie na końcu wpisu. Chwilę siedziałam w cieniu nad kanałem, ale wtedy wypiłam resztę wody i drogę powrotną musiałam odbyć o suchym pysku. Miałam ze sobą pół litry wody i 300ml soku pomarańczowego, ale to było o wiele za mało. Liczyłam, że po drodze będzie jaka fryciarnia, czy knajpa, ale się przeliczyłam. Znaczy być to były, ino zamknięte, bo w Belgii to jest taki problem, że tego typu przybytki otwierają się przeważnie dopiero koło 17 godziny. Po drodze zjadałam trochę jeżyn  i czarnych porzeczek (ale były słodkie i soczyste mniam) i w tym momenccie to nawet byłam wdzięczna, że Belgowie tego nie zbierają. 

most Verbrande Brug 

kanał Bruksela-Skalda


W końcu doszłam do knajpy w młynie, koło której zaczynałam marsz, a tam jest otwarte cały dzien i se zamówiłam pół litry wody, a do tego piwerko owocowe i naleśniki z lodami i roztopioną czekoladą, bo uznałam, że zasłużyłam na nagrodę ze przejście tylu kilosów w taki skwar haha. Jak tam siedziałam, zadzwoniła Najstarsza, by się zapytać coś na temat autobusu, a ja jej na to, że ja ciągle też jestem na tej wsi, no to po paru minutach dołączyła do mnie i też ze zamówiła naleśniki, tyle że z jabłkami i lodami oraz piwerko jasne. To był bowiem pierwszy dzień jej stażu, przeto i ona zasłużyła na naleśniki z lodami i browara. Dlatego też akurat ten dzień wybrałam na marsz. Po prostu pojechałam z nią tego pierwszego dnia autobusem, żeby jej było raźniej. Wszak nie mam nic lepszego do roboty, to mogę sobie na to pozwolić, a przy okazji postanowaiłam spróbować przejść tę trasę, którą sobie wsześniej zaplanowałam palcem po mapie... No i przeszłam. Było super mimo gorąca. Nie spieszyłam się, przysiadałam, gdzie się tylko dało, popiajałam wodę, dopóki mi się nie skończyła. Napawałam się tym co widziałam po drodze, a było to bardzo ładne miejsce.



Pierwsze wrażenia ze stażu zdają się być bardzo pozytywne. Córa mówi, że bardzo fajni ludzie tam pracują, a zajęcia dostawała różne. Pierwszy dzień oczywiście trochę się stresowała, jak to w pierwsze dni, ale potem już było wporząsiu. Po trzech 4-godzinnych dniach pracy jest zadowolona i każdego dnia wracała z uśmiechem. Przeto i ja się cieszę. Dobrze i cztery tygdonie coś porobić, a nie tylko zbijać bąki w domu.

Tymczasem ja wróciwszy do domu z marszu w taki skwar, pomyślałam sobie znowu, że nawet łatwo mi to poszło i że świetnie się czuję, więc może mi się już poprawiło, może ja wcale nie czuję się tak źle, jak tutaj i tam opowiadam, może mnie się tylko wydaje, że nie dałabym rady pracować, skoro 4 godziny łaziłam w taki skwar i nic mi nie jest... Znowu zaczęłam robić sobie wyrzuty, że zwyczajnie się rozleniwiłam po prostu...  I tak jest cały czas przez ostatnie lata. Ciągle mam wątpliwości, ciągle nie wiem, czy wystarczy żebym się zabrała za siebie i wzięła do roboty, a by się w końcu udało, czy jednak mogę co prawda raz na jakiś czas coś zrobić, ale na dłuższą metę ten motor nie pojedzie... 

No i tak, zmęczenie aktywowało się dopiero po nocy i czułam je przez cały dzień, a potem jeszcze przez kolejny. Rano z wielkim bólem kolan i kostek schodziłam po schodach i przez cały dzień mnie coś pobolewało w nogach tu i tam. Łapały mnie też skurcze w klatę, w miejsce po cycku, co już w ogóle zdaje się nie mieć sensu, bo co mają żebra do chodzenia...? No dobra, z patykiem chodziłam, ale nadal dziwne... No i daje do myślenia, że to wszystko nie jest takie proste. To nie jest świat zero-jedynkowy, tylko cholernie skomlikowany i wkurzający.

W czwartek z kolei naszło mnie pojechać do Appels koło Dendermonde, bo w necie znalazłam tam interesującą trasę marszową z moimi ulubionymi vlonderpadami, czyli drewnianymi pomostami tworzonymi często na trasach po terenach podmokłych, a ja mam jakąś niezdrową obsesję na punkcie tych drewnianych ścieżek. No uwielbiam je! A tam oprócz tego, jeszcze tratwa na sznurek jest, co już w ogóle szaleństwo dla małej dziewczynki, jaką ciągle gdzieś tam w środku jestem. Trasa sama w sobie ma mniej niż 3km, ale jakoś trzeba się do niej dostać. Ja wybrałam rower, bo to tylko około 20 km. W jedną stronę, ale potem jeszcze trzeba było wrócić do domu... Wróciłam bez większego problemu, choć pod koniec na ostatnich kilometrach już nogi nie chciały nogować. Fajnie było. Dużą satysfakcję miałam z tej wycieczki. Takie akcje mają bardzo, ale to bardzo pozytywny wpływ na moje samopoczucie, choć fizycznie są męczące. Jednak, w czym mnie to przeszkadza? Ja nic w tym momencie przecież nie muszę. Mogę sobie zatem spokojne pozwalać na takie wycieńczające zabawy, a potem przez kolejne dni zwyczajnie odpoczywać w domu. 


kapliczka 

"vlonderpad"


prom przez Skaldę




święta Teresa w przydrożnej kapliczce w Appels

mieszkanie ze starego wiatraka


Dendermonde

W końcu przestałam czekać i liczyć na innych, że ze mną gdzieś pójdą. Zawsze proponuję wspólną zabawę ale już się nie przejmuję, gdy nikt na nią nie reflekruje, tylko idę sama. Wiele czasu zmarnowałam oglądając się  na innych. Tyle miejsc mogłam zobaczyć, tyle tras przemaszerować, tyle miejsc odwiedzić, ale ciągle jak ta głupia czekałam, że ktoś ze mną pójdzie, pojedzie, bo jakoś tak mi się uwidziało, że jako żona i matka nie mogę sama iść się bawić w swoje zabawy, tylko zawsze muszę zabierać dzieci i ogólnie, że skoro jesteśmy rodziną, to wszystko powinniśmy robić razem. Nie wiem, skąd mi się takie chore przekonanie wzięło, ale towarzyszyło mi zbyt dlugo i jeszcze czasem gdzies tak z tyłu głowy mi to siedzi i blokuje... W końcu dotarłam jednak do tego etapu, że przestałam probować uszczęśliwiać innych na siłę. Żeby nie powiedzieć, zaczęłam ich mieć w dupie...

Potrzebowałam lat, by zrozumieć, że wcale nie muszę wciąż zapewniać dzieciom rozrywki i na każdym kroku dostosowywać się do potrzeb i zainteresowań innych, a że mogę czasem zrobić coś zwyczajnie tylko i wyłącznie sama dla siebie i swojej przyjemności. Chciałam jeszcze napisać, że zaakceptowałam też fakt, że dzieci nie podzielają moich wszystkich zainteresowań i chęci, ale nie, bo to jest mi bardzo ciężko zaakceptować... Teoretycznie jest to oczywiste i rozumiane samo przez się, ale w praktyce tak emocjonalnie takie rzeczy trudno jest mi ogarnąć. 

Bo jak to może być, że moje własne dziecko, krew z mojej krwi tak bardzo ode mnie się różni, choć z drugiej strony tak bardzo jest do mnie podobne...? 

Ja zawsze lubiłam włóczyć się po polach, lasach, lubiłam też wszelakiej maści wycieczki. Za moich młodych lat pojechanie na jakąś, jakąkolwiek - czy to bliską, czy daleką wycieczkę to było marzenie. Często nieosiągalne. Nie było nas stać, to po pierwsze. Po drugie rodzice mieli te durne krowy, kury, świnie, którymi trzeba było się zajmować w piątek świątek i niedzielę bez przerwy. Nigdy nie mieliśmy wakacji, jak teraz ludzie mają. No, ale jak już okazja się nadarzała, to ja zawsze byłam chętna. Kurde, dla mnie nawet wyjazd traktorem do młyna, by zmielić ziarno na mąkę, czy po węgiel albo nawozy to już była atrakcja nie lada. No i ile ja się sama i z bratem nałaziłam po lesie, ile się oszwendaliśmy po polach i nad rzeką... Ile żeśmy rowerem się natłukli po okolicy. W wieku nastoletnim będąc nie raz umyśleliśmy se wieczorem, że jedziemy do ruin zamku 15 km od domu i dup, jechaliśmy i wracaliśmy po 22 po ciemku. Jako młodzi dorośli od czasu do czasu łapaliśmy się też na wycieczkę organizowaną przez MOSiR w pobliskim mieście, gdzie całe dnie łaziło się z plecakiem po Bieszczadach czy innych tam ładnych górkach i dolinach. 

Dość rzec, że mnie się zawsze chciało chcieć. Nie było czegoś takiego, że nie chce mi się iść na rower albo połazić po lesie, czy popływać w rzece, jeśli tylko woda była w miarę ciepła i w miarę czysta albo na sanki pójść zimą w największą piździawicę. No i te treningi sztuk walki, na które zaiwanialiśmy po 10 km rowerem w każdą pogodę 2 razy w tygodniu i po 2 godzinach intensywnego trenigu wracaliśmy tymi rowerami z uśmiechem na pyskach do domu. Wspominam też nasze klubowe tygodniowe obozy sztuk walki - 3 treningi dziennie, łącznie 5 godzin codziennie bez względu na pogodę, plus jeden trening niespodzianka w środku nocy. Mało jedzenia dużo ruchu i się chciało. 

Pierwszy taki obóz miałam w Bieszczadach i mieliśmy wtedy z bratem bardzo mało pieniędzy, więc ostatnie dni nie mieliśmy nawet na chleb, przeto zjedliśmy zabrane z domu ciastka amoniaczki z pasztetem. Żeby było śmieszniej, miałam wtedy skręconą kostkę i to - taki niefart - na ostatnim treningu przed obozem. Na drugi dzień zrobiła się fioletowa i nie mogłam na niej stanąć, więc chodziłam cały dzień, by to trochę rozchodzić. Bolało jak szlag i tylko na palcach mogłam stanąć, ale przecież taka drobnostka mnie nie powstrzyma... Matka mnie komarkiem na dworzec zawiozła, bo bym chyba nie doszła 3 km, ale potem źle se wysiedliśmy i tak musieliśmy ze 3 kilosy przejść z tymi plecakami i ciężkim wojskowym namiotem... Brat i ja z tą skręconą kostką... Na poranny trening biegaliśmy też po ok 3 km na bosaka po asfalcie. Ja trochę biegałam kuśtykiem a trochę szłam, ale ani jednego treningu nie opuściłam, choc mogłam się trochę opitalać i nie musiałam oczywiście robić wszystkiego... 

Tylko w góry wtedy nie poszłam, bo to już było niewykonalne, ale kurde jakoś się człowiekowi wtedy chciało. Młoda ma to coś, tylko że jej zdrowie bardzo utrudnia życie. Jej własne ciało częstokroć sabotuje jej plany i chęci. Dawniej walczyła z tym i bardzo źle się to skończyło. Nauczyła się respektować potrzeby swojego ciała i ja to też bardzo szanuję i popieram. 

No i kurde, mnie nadal się chce łazić rowerować, zwiedzać, mimo że nie zawsze zdrowie mi sprzyja... nie muszę jechać nigdzie daleko, bo blisko też jest masę nieodktrytych miejsc do zobaczenia... Gdyby mnie było stać, jeździłabym też oczywiście i dalej, i jeszcze dalej, bo ja bym chętnie cały świat obejrzała, ale odkrywanie okolicy jest dla mnie wystarczająco satysfakcjonujące. Nie mam jakiegoś pracia, że muszę gdzieś daleko jechać, skoro tu w pobliżu jeszcze tyle nieodkrytych terenów mam.

No ale to ja. 

Małżonkowi też się chce, ale tylko łazić i to tylko koło domu. Chodzi codziennie po 7 do kilkunastu kilometrów - koło domu i sam,  słuchając swojej ulubionej muzyki. Zdarzało mi się z nim pójść, ale ja nie lubię chodzić koło domu wciąż tymi samymi drogami, bo mnie to irytuje, a on z kolei nie lubi nigdzie jeździć. Tak samo jak Młody. No więc dupa blada. Nie dogadamy się. On jakoś nigdy nie lubił dalszych a już na pewno dłuższych wyjazdów, z wyjątkiem tych do Polski do rodziny, ale to właśnie do rodziny, do domu, czyli zupenie co innego...

No i czasem są takie dni, że nie mogę tego pojąć i ciężko mi to zaakceptować, że nie wszyscy są tacy jak ja i nie wszyscy chcą poznawać nowe ścieżki.

Pamiętam też, że wielu... chyba większość moich rówieśników ze wsi też nie miało nigdy chęci ani potrzeby chodzenia, rowerowania, robienia wszystkiemu zdjęć, zwiedzania... Nie, tamci to ino dyskoteka, festyn modne ciuchy, alkohol, fajki, płeć przeciwna... Czego ja z kolei nigdy nie rozumiałam i do dziś nie rozumiem... Moja Młodzież jest do mnie bardzo podobna, a jednak inna, no i to jest młodzież, moje dzieci...

Moja Najstarsza lubi maszerować i ona czasem ze mną maszeruje. Tylko chęciowo i zdrowotnie nie zawsze się idzie zgrać... Młoda nie ma zdrowia do maszerowania po nierównym terenie, a i pogoda bywa dla niej uciążliwa, no i zdrowie jej płata figle bardziej niż mnie - musi dostosowywać swoje chcenia do możliwości organizmu i pogody... ale lubimy wszystkie trzy łazić czasem po mieście, muzeach, kawiarniach, barach, parkach i to jest superowe, satysfakcjonujące, fantastyczne. Nie zawsze nas stać, ale jak uznamy że nas stać, to gdzieś jedziemy.

Młody nie lubi wychodzić z domu ani tym bardziej nigdzie jeździć daleko, ale lubi pójść sam w pojedynkę na rolki, rower, z aparatem po lesie się poszwendać przy domu. Czasem oglądamy razem film albo idziemy na boisko, a od czasu do czasu uda się go gdzieś wyciągnąć na dalszą wyprawę i zawsze jest super zabawa.

ja grająca z synem w kosza


 Wszyscy czworo lubimy posiedzieć w internecie. Jako gówniara też dużo grałam w gry, mimo że internetu wtedy nie było. Młodzi dużo grają z różnymi ludźmi z całego świata i dużo gadają z nimi. Niektóre gry są naprawdę zajebiste, z tego co opowiadają i sama bym pograła, gdybym miała swój komputer. No ale i tak sporo czasu spędzam w sieci, czy to tutaj pisząc, czy te wszystkie social media. 

Uważam, iż super jest, że każde z nas spędza czas tak jak lubi, że każdy robi to, na co ma ochotę w danym momencie i że są takie możliwości. Bardzo to doceniam i szanuję wolność wyboru każdego z nas,  tylko strasznie dziwne dla mnie jest, że Młodemu nie chce się nigdzie jeździć, że nie chce chodzic do tych wszystkich fascynujących muzeów, zwiedzać tych wszystkich pięknych miejsc, które są dziś dla nas łatwo dostępne, a o których ja mogłam w jego wieku co najwyżej pomarzyć, ba, nawet nigdy nie słyszałam. Dziś wystarczy pójść na dworzec i wsiąść do pociągu i można jechać nad morze, w góry, czy nawet do Amsterdamu, Maastricht,  Paryża, a wieczorem wrócić do domu... Tymczasem on wybiera siedzenie w domu i czasem nawet biadoli, że się nudzi i nie ma co robić... Jednak jego nie interesują za bardzo wycieczki. Nie lubi pociągów i autobusów ani tym bardziej siedzenia na dworcach. 

Szanuję jego i dziewczyn wybory i do niczego ich nie zmuszam. To jest ich życie, oni sami najlepej wiedzą, czego potrzebują w tym momencie i na co mają ochotę, siły i z czym czują się dobrze. Wakacje są po to, by odpoczywać od szkoły, czy pracy. Każdy odpoczywa na swój sposób i to jest najlepsze. Nie zmienia to jednak faktu, że mnie zwyczajnie po ludzku brakuje takiej bratniej duszy, z którą mogłabym spędzać czas wolny, tak jak ja lubię. Czasem dobrze jest pobyć samemu sam na sam ze samym sobą, ale gdy jest sie samemu ze sobą całymi godzinami  dzień po dniu, zaczyna się dostawać korby... 

No i też czasem zwiedzając nowe miejsca, zachwycając się przyrodą, zabytkami, muzeami i ogólnie światem człowiek chciałby tę radość  móc z kimś dzielić... 

No ale cóż, takie dziwne i niedostosowane istoty jak ja są skazane na samotne wędrówki, które same w sobie nie są złe, tylko czasem czuje się taką wielką pustkę. Przez większą część roku mnie ten stan samotności  odpowiada, a nawet cieszy, ale bywają momenty, szczególnie właśnie takie letnie, wakacyjne, wesołe albo znowu trudniejsze i problematyczne, że czuję pewnien dyskomfort z tego tytułu. 

Pisanie i nagrywanie tych wszystkich głupot to właśnie taka alternatywa i namiastka kontaków socjalnych, które mimo wszystko zdają sie dla mnie być jednak za trudne i zbyt skomplikowane. Z jednej strony ciągnie mnie do ludzi, chciałabym gdzieś przynależeć do jakiejś grupy społecznej, być akceptowaną, czuć się potrzebną i komuś bliską, z drugiej ludzie mnie irytują, chcę być sama i samej o swoim dniu i losie decydować, nie lubię, jak ludzie mi mówią, co mam robić i jak żyć, nie lubię sie do innych dostosowywać. Tak było zawsze, odkąd pamiętam, tak jest teraz i pewnie już zawsze będzie. Dziś przynajmniej wiem, że jestem autystyczna i że to jest normalny stan dla wielu normalych inaczej i że na świecie jest wiećej ludzu, którzy tak właśnie czują.

Tutaj zrobiłam se przerwę w pisaniu, a teraz jest niedziela rano i próbuję dokończyć ten wpis, skoro nie zdążyłam wtedy opublikować. 

Wczoraj wybrałam się z Młodą do Mechelen. To był jej pomysł. Zapytała, czy wybiorę się z nią do parku Vrijbroekpark połazić i potem do księgarni i na lody do centrum.  Postanowiłam się wybrać, ale zapytałam, czy na pewno chce łazić w taki gorąc po parku, bo ja to bym chciała się wybrać w końco do tego słynnego browaru w kościele, by skosztować tych ich piwerek i lemoniad... To niby te same okolice i jedno miejsce od drugiego tylko zed 3 km dzieli, jednak jak tak se na mapie wytyczyłam trasę od dworca, do praku, do browaru, poprzez centrum i spowrotem do dworca, to  i komputer powiedział, że to 10 km. Dodać do tego łażenie po wielkim parku to wychodzi jakiś maraton, a ja jeszczde się po poprzdnich nie zregenerowałam.

Stanęło na tym, że weźmiemy rowery elektryczne i najsampier pojedziemy zobaczyć ten kościół, a potem pójdziemy na trasę w tamtej okolicy, bo i tam mają  jakieś ładne - jak wynika z internetu - trasy marszowe nad wodą, a potem pokręcimy do centrum, a jak sił i czasu zostanie, możemy skoczyć do parku.

Przyjechałyśmy do kościoła, pozachwycałyśmy się surrealistycznym wnętrzem, a potem Młoda powiedziała, że zamawia zestaw testowy trzech piwerek po 100ml. No to ja powiedziałam, że w takim razie ja zamówię trzy inne "próbki". Do tego wzięłyśmy na spółkę nachosy... Po chwili kelner przyniósł 6 sklanek i ustawił je od najjaśniejszego do najciemniejszego piwa i zalecił, by właśnie w takiej kolejności je pić aby poczuć najlepsze smaki i aromaty. Tak właśnie zrobiłyśmy pijąc po pół szklanki z każdego. Najsłabsze miało mniej niż 1% alko, bodajże 0.4, ale najmocniejsze powyżej 11%.

Powiem tak, nie jestem żadnym super piwoszem ani w ogóle znawcą tematu browarniczego, a po prostu lubię piwo i nie jedno już miałam okazę testować w tym kraju piwem stojącym, choć nie piję jakos dużo tego piwa, to kilka razy na rok coś tam nowego testuję.

Jednak te w Batteliek na prawdę wydały mi się wyjątkowo smaczne i oryginalne. Każde pachniało i smakowało zupełnie inaczej, a żadne nie przypominało smaku ani zapachu przeciętnego popularnego piwa. Tych piw nie dostaniecie nigdzie indziej poza tym kościołem i dobrze, bo wtedy nie było by sensu tam iść. Każde było inne, ale większość pachniało ciekawie ziołowo, owocowo i też nuty smakowe miało takie delikatne owocowe i ziołowe. Ogólnie nie jestem w ogóle fanką piw jasnych, bo zwykle trafiałam na jakieś ohydne smaki i tutaj też podeszłyśmy z Młodą z wielką rezerwą do tych szklanek, ale nas zaskoczyli, bo te lekkie jaśniutkie piwka były bardzo smaczne i bardzo przyjemnie pachniały. Te które mnie najmiej smakowały, Młoda uznała za bardzo pyszne i na odwrót. Jednak ogólnie wszystkie były git, a tylko jednego smaku nie skosztowałyśmy, bo wszystkich jest siedem. Testowałyśmy też dwie lemoniady: malinowo-miętową i chmielowo-grejpfrutową (o ile czegoś nie pokręciłam). Też bardzo smaczne. Większości ich lemoniad Młoda nie może pić, bo granat, imbir i grejpfrut są dla niej niebezpieczne. Na niektóre owoce i zioła ma po prostu alergię (powtałę jednak prawdopodobnie przez leki), ale inne w połączeniu z jej lekami stają się po prostu trucizną i mogły by ją zabić. Dlatego w restauracjach zawsze dopytuje o składy napojów i potraw.






przez wieki się tu ludzie modlili, a teraz siedzą przy piwku 



nachosy i piwerka oraz lemoniadki

boskie trunki ;-)



gin



kościołowe witraże i dziwne malunki ścienne

dawniej kościół Świętego Józefa, dziś browar i knajpa

Po spożyciu piwa już nam się nie chciało iść na spacer, więć wsiadłyśmy na nasze elektryki i popedałowałyśmy ścieżką wzdłuż rzeki do centrum Mechelen, gdzie po odwiedzeniu kociej kawiarni, księgarni itp postanowiłyśmy wdrapać się na wieżę katedry, bo nigdy dotąd nam się nie chciało, mimo że bywamy w Mechelen nawet kilka razy w miesiącu. Widoki przezacne: zobaczyć stamtąd można zarówno Atomium w Brukseli jak i reaktory w Doel koło Antwerpii a nawet muzeum MAS.

schody na wieżę

jeden z licznych dzwonów

katedra w środku

sowa k. katedry


katedra świętego Rumolda z Mechelen i wieża




kolorowe kamieniczki w centrum Mechelen

widok z wieży - reaktory w Vilvoorde

widok z wieży - Antwerpia i muzeum MAS

widok z wieży - reaktor w Doel

widok z wiezy - kościół w wiosce Sint-Katelijne-Waver 



wido z wieży - Bruksela i Atomium

kamieniczki na rynku Mechelen





Na Youtube nasz krótki spacer po Antwerpii i tajemnica pochodzenia nazwy Antwerpia ;-)