25 września 2026

Jako turysta we własnej wsi ;-)

 W poniedziałek Młody popędził do szkoły, a Najstarsza pojechała na staż. Ja ogranęłam to i tamto, jak to zawsze rano bywa, a chwilę później się zorientowałam, że jestem w domu całkiem sama.  Łał. Taka sytuacja bardzo rzadko się tu zdarza ostatnimi czasy.  No dobra, były tu wciąż trzy świnki i dwie papugi, a na zewnątrz nasze  ko-ko-kolorowe stadko-ko-ko, ale to niezwyczajna sytuacja i dziwna tak nagle być jednemu człowiekowi w domu samemu. 

Skurwysyństwo i Wirus Snowflake i Summer


Robiłam NIC. 

Zgarnęłam z półki książkę i poszłam na podwórko czytać. Thriller po niderlandzku: Schemerzone (strefa mroku). Trochę czytałam, trochę patrzyłam na kury, znowu czytałam, coś tam ogarnęłam... 


Przeczytałam większość tej książki, a we wtorek tylko dokończyłam. Arcywciągająca i trzymająca w napięciu od początku do końca była i trudno się było oderwać, zatem świetnie się złożyło, że nic innego nie potrzebowałam robić. 

W planach miałam jeszcze spacer, ale po niedzielnym jakoś nie chciało mi się łazić. Z jakiegoś powodu zmęczyło mnie to niedzielne niecałe  6 km (plus 10 rowerem), a maszerowałyśmy u siebie w gminie, bo w końcu udało nam się pójść zobaczyć te drewniane ścieżki, co zrobili na wsi... a przy okazji odkryłyśmy, że teraz koło kościoła jest ciekawa kawiarnia, gdzie mają lody i naleśniki... i MYŚMY W NIEJ JESZCZE NIE BYLI!!! Skandal! :-)

kościół w Merchtem

Jednak to na inny raz zostawiłyśmy. Jak w planach był marsz to marsz, a nie obżeranie się lodami. Poza tym nie miałymy hajsu...

A z tym to w ogóle jaja były...

Młody nie wyraził ochoty na maszerowanie, bo on woli rowerowanie niż marsz, poza tym on zna tamtą okolicę, bo tam już kręcił, ale stwierdził, że chciałby zjeść nudle i czy mogłybyśmy mu kupić będąc "na wsi". Ja nie miałam już hajsu na koncie po zapłaceniu czynszu, ale mi się przypomniało, że wciąż mam gotówkę na ziemniaki, których nie kupiłam, bo farmera nie było w domu już dwa razy, a trzeci mi się nie chciało iść... Dałam mu izatem  ten orzekł, że w takim razie jedzie z nami do wsi... 

Gdy tak kręciliśmy, Najstarsza zapytała brata, czy by nie kupił przy okazji sałaty, o której zapomniała podczas ostatnich zakupów, skoro już będzie w tym sklepie... A wtedy ja pomyślałam głośno, że Młody mógłby też w sumie na spaghetti kupić, co to se dzień wcześniej wymyśliłyśmy, ale nikomu się nie chciało iść do sklepu, no ale ta gotówka starczy może i na marchew, ale raczej nie starczy na mięso i niemięso, bo to nie są tanie rzeczy. No to mówię, że może pójdziemy razem do sklepu, kupimy co potrzeba, ona zapłaci, a Młody zabierze to do domu, bo nie będziemy przecież zostawiać zakupów w rowerze, zwłaszcza mięsa. 

Ta na to, że spoko, ale nie ma ze sobą karty bankowej... Młody też nie miał swojej karty. Aaaaa!

Nie wiedzieliśmy, czy w tym sklepie można płacić telefonem, bo nikt nigdy nie płacił, więc wymyśliliśmy,  ciągle jadąc obok siebie rowerami przez pola, że Najstarsza przeleje mi na konto z 5 dych, a ja dam swoją kartę Młodemu. No ale źle kliknęła zlecenie i pieniędza nie poszły od razu. HA HA HA!

No to w końcu poszłam z Młodym i zapłaciłam swoją kartą kredytową i uzbierał się mu pełny plecak tych nagle w niedzielę wieczorem potrzebnych rzeczy. Tyle że Buldaków nie było, bo jakąś promkę dali i lud wykupił wszystkie. Dosłownie pusta półka była. Te ludzie to so!

 A co ludziów w tym sklepie, to ło matulu! To jedyny sklep w okolicy czynny w niedzielę po południu. Widać, słychać i czuć. Armagedon. 

Pod sklepem się pożegnałyśmy z Młodym i pokręciłyśmy do centrum, gdzie uwiązałyśmy rowery, by dalej maszerować spokojnie.

Trasę zaczęłyśmy z centrum koło tego kościoła ze zdjęcia powyżej. Dalej poszłyśmy w kierunku krowy Charlotte, bo tam zaczyna się ścieżka...

Jakiej zwowu krowy? No fejkowej, poliestrowej krowy o imieniu Charlotte. To krowa postawiona bodajże w 2010 roku na skrzyżowaniu obok którego kiedyś mieściła się wielka mleczarnia Lactovita (teraz są tam dwa duże markety), w której pracowało wielu mieszkańców Merchtem. Tę sympatyczną krówkę władze postawiły jako hołd dla pracowników tejże mleczarni, ale też wszystkich lokalnych mleczarzy i krów. Krowa ma też powodować, żeby kierowcy będą zwalniali... No jak ktoś obcy jedzie, to z daleka widząc Charlotte pomyśli, że krowa stoi przy drodze i zapewne zwolni, ale tubylcy przecież wiedzą, że to fejkowa krowa, więc nie wiem, czy to działa, ale krówka jest bardzo sympatyczna. 

ptaszek na skrzynce elektrycznej pod kościołem

muzeum, dawne mieszkanie nauczyciela przy szkole dla chłopców

koń jaki jest każdy widzi

koło młyńskie nieopodal młyna i restauracji De Passerel

krowa Charlotte

Po prawej stronie krowy jest wąska ścieżka, którą pewnie mało kto zauważy, jeśli nie jest tutejszy. Tą ścieżką idzie się właśnie do nowego vlonderpad, czyli drewnianej ścieżki i starego młyna.

Idzie się wzdłuż strumienia Molenbeek, w którym pluska się wesołe ptactwo wodne.


czasem zdarzają się tu pastwiska jakoś uczciwie, estetycznie ogrodzone, a nie mieszaniną starych podkładów kolejowych, wierzb, kawałków drzwi i innych odpadów budowlanych

W końcu doszłyśmy na miejsce. Ścieżka zaiste tam jest :-) Ładna, nowiutka... Sporo ludzików tam było - dorosłych i dzieci oraz psów, bo pewnie każdy wyczytał w lokalnej gazetce, że to tam jest i chciał zobaczyć, a do tego to był chyba dzień bez samochodu... Choć to nie jest święto, które by mnie obchodziło skoro dla mnie każdy dzień w roku jest dniem bez samochodu haha. Chwilę tam się kręciłyśmy, zanim się udało cyknąc parę fotek prawie bez ludzi w kadrze.

Fajnie to ta będzie, jak te drzewinki troszkę podrosną, bo teraz to ta ścieżka tak na łysym polu trochę...

nowiutki vlonderpad i las w rośnięciu


Na zainstalowanej tam tablicy doczytałam przy okazji, że to jest  właśnie to miejsce, skąd tutejsi słynni szczudlarze się wzięli. Przypomnę tutaj, że my tu mamy Królewskich Szczudlarzy w gminie. 

szczudlarze z Merchtem
Skąd się to wzięło? Ano legenda głosi, że dawno, dawno temu, gdzieś jeszcze w średniowieczu, kiedy jeszcze nie było nigdzie aslatowych dróg i sporo terenów było zwykłą albo i podmokłą łąką, tudzież lasem, a ludzie wszędzie na nogach chodzili lub ewentualnie konno, w naszej gminie było takie miejsce, które po wylaniu strumyka, bywało odcięte od świata. Wtedy to ludkowie wystrugali se ponoć takie właśnie długie szczudła i za ich pomocą przedostawali się do centrum brodząc w wodzie na długich patykach niczym czaple. 

W 1945 roku zawiązało się oficjalne stowrzyszenie szczudlarzy. Wtedy to grupa szczudlarzy przyodzianych w specjalne stroje w kolorach belgijskiej flagi wzięła udział w paradzie z okazji wyzwolenia i zakończenia wojny.

I to stowarzyszenie działa do dziś. Jego członkami są ludzie w wieku każdym. Mają też swoich muzyków grających na różnych instrumentach. Niektóre szczudła są zwyczajne, niskie, ale z wysokości innych mogą oni spokojnie do okien na pierwszym piętrze zajrzeć, a na szczudła wchodzą po drabinach, które nota bene zawsze ze sobą noszą podczas parad.

 Parady i pokazy naszych szczudlarzy urozmaicają wiele imprez nie tylko u nas na wsi, ale i w całej Belgii oraz na świecie. 

No i ta drewniana ścieżka powstała teraz właśnie na tym terenie, który kiedyś dawno temu  był zalewany i który to teren przed wiekami pokonywać trzeba było po każdym większym deszczu na szczudłach. Nasza gmina ogólnie położona jest na terenie dawnych bagien, o czym zdaje się, już kiedyś byłam wspomniałam, ale dziś większość terenu jest osuszona i wszędzie wylano asfalty, betony, etc. Niemnej jednak jest tu jeszcze sporo podmokłych łąk i tam, gdzie leży ta nowa ścieżka drewniana i gdzie nie dawno zasadzono też lasek z drzew lubiących mokry teren, czyli wierzb, topoli i olszy, znajduje się właśnie teren podmokły. Płynie tam też głęboki strumyk Molenbeek (oraz kilka mniejszych). Molenbeek znaczy "strumyk młynów", bo przy nim dawniej na całej długości znajdowało się wiele młynów wodnych. Mnóstwo z nich przetrwało do dziś jako monument. Niektóre są przerobione na mieszkania. 

Tam też jest taki młyn i dziś znajduje się w nim B&B, więc jakbyście kiedyś do Merchtem się chcieli wybrać, to bukujcie nocleg w Langeveldemolen ;) W innym, bliżej kościoła z kolei znajduje się klimatyczna restauracja De Passerel, gdzie siedzi się w środku pomiędzy wielkimi młyńskimi trybami i kamieniami, ana zewnątrz nad stawem i szumiącym strumykiem.

"vlonderpad" w Merchtem, a na horyzoncie dawny browar

napawam się ciszą

w tle kościół, spad którego wyruszyłyśmy

jakaś opuszczona farma

opuszczona farma



święty Antek?

palmy w ogrodach to we Flandrii widok popularny

...tak samo jak dziwaczne domy

dom, przed którym się zastanawiasz, co autor miał na myśli


mostek

żywa krowa

kapliczja przydomowa

Tabliczka, którą też chcę mieć choć nie wiem, czemu ta jest po niemiecku

dom, który lata temu ktoś zaczął remontować, ale się najwyraźniej rozmyślił

drzewa też mają tutaj własne skrzynki na listy ;-)

młyn Langevelde

jeszcze raz młyn

i jeszcze raz... tu było kiedyś koło z łopatkami...

ścieżka od młyna, o której istnieniu mało kto wie,
bo po drugiej stronie strumyka jest druga, szersza ale brzydsza


strumyk Molenbeek

słup wysokiego napięcia od dupy strony

ścieżka asfaltowa wzdłuż Molenbeek, a po prawej jeszcze raz vlonderpad i nowo zasadzony lasek

ścieżka i przyszły las

ten zielony mosteczek nie ugina sie

kwa kwa kwa...kwa 


wróciłyśmy pod kościół, a słońce zbierało się powoli spać

Gdy dochodziłyśmy do naszych rowerów, Córka zapytała, czy będziemy robić to spaghetti po powrocie, bo jest strasznie głodna. Czemu nie... Zrobiłyśmy 3 wersje - dla każdego z nas inną: dla córki zwyczajne, dla Młodego prawie to samo, tylko że całkiem inne, czyli w wersji dla autystyka: sos zblendowany, by miał jednolitą konsystencję i nie zawierał żadnych farfocli i makaron penne zamiast spaghetti, a dla mnie makaron spaghetti, ale sos z wegański. U nas gotowanie to wyższy poziom wtajemniczenia. Dla siebie tyle sosu zrobiłam, że jeszcze przez kolejne dwa dni robiłam burito. Najedliśmy się na noc jak bąki.

W tym tygodniu pozjeżdżali się światowcy z zagramanicy. Młoda przeleciała z Alicante do Amsterdamu z chłopakami, a dalej pociągami do domu, bo taniej tak jej wyszło, niż lecieć bezpośrednio do Brukseli. 

Małżonek przyjechał z Polszy autobusem, bo auto dał tam do naprawy, gdyż coś się zesrało, a poza tym autem drożej wychodzi podróż niż autobusem no i o wiele bardziej jest wyczerpująca, a przyjechać musiał pilnie, bo dostał zaproszenie na kontrolę z funduszu zdrowia i właśnie dziś tam byliśmy. Baba zadła sto pytań o wszystko i powiedziała, że następnej kontroli powinien się spodziewać znowu gdzieś za 2 miesiące, bo tak to jest tutaj z dłuższym chorobowym, że pseudomedycy od chujwieczego co chwilę muszą sprawdzać, czy twój lekarz specjalista to aby na pewno zna się na leczeniu i  czy na pewno pacjent na prawdę jest chory i czy rzeczywiście nie jest w stanie pójść do pracy. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że teraz wypowiedzenie z przyczyn niezależnych medycznych można złożyć/otrzymać już po pół roku, a nie po 9 miesiącach jak jeszcze było w moim przypadku... Nie, żeby to miało w tej chwili jakiekolwiek znaczenie, ale po prostu zanotowuję sobie tę informację.

Zdążył jednak już w międzyczasie trochę się porozglądać i po polskim rynku pracy, i po rynku nieruchomości. Teraz więc siedzi i myśli, rozważa, kombinuje, oblicza, czyta internet, pyta, mejluje, dzwoni...  

Decyzja o reemigracji to nie jest ani łatwa, ani przyjemna decyzja. Zwłaszcza w takich okolicznościach. A ewentualne wprowadzenie jej w życie to ogromne wyzwanie. Tak czy owak powoli się do tej zmiany przygotowujemy wszyscy, choć sam zainteresowany, wiadomo, najbardziej.

Dla nas, czyli Reszty z Piątki to jednak też nie jest nic. Szczególnie w kwestii finansowej. Jeśli Małżonek wyemigruje, to odpadnie nam najwyższy dochód, a to jakby robi różnicę. Mojego zasiłku nie starcza bowiem nawet na bazowe opłaty. Dopóki jednak wszystkie trzy bedziemy mieć zasiłki albo jakąś pracę, to będzie git. Gorzej jak na tym polu coś się posypie... No ale to wtedy będziemy się martwić...

Rozważałam już opcję powrotu mimo wszystko do sprzątania, ale sprawdziwszy potencjalne zarobki pomnożone przez moje aktualne predyspozycje, to zwyczajnie mi się nie opyli finansowo, a jeszcze ryzykowałabym spore problemy. Mam zakaz wykonywania ciężkiej pracy fizycznej (sprzątania) z funduszu zdrowia, więc jakby się znowu nie udało z tym i znowu mnie wykotłowało, to znalazłabym się dopiero w czarnej dupie, bo nikt by mi wtedy raczej już zasiłku nie dał. Zatem lepiej siedzieć w domu, dopóki chcą płacić. Dopiero jak przestaną,  mogę zaryzykować z kolejnym podejściem do pracy.

Młoda na razie nie jest w stanie pójśc do pracy. Nie długo się dowiemy, czy przedłużą jej orzeczenie niepełnosprawności, bo właśnie po pół roku niecierpliwego i stresującego oczekiwania przyszło wezwanie na kontrolę do znachorologa od niepełnosprawności... Będzie gdzieś tam w październiku.

Najstarsza z kolei ma ten sam problem co ja a na pewno podobny - chce bardzo, ale nikt jej nie chce zatrudnić, bo jest np "za wolna", więc na razie robi ten darmowy staż i kiedyś zobaczymy, co i czy w ogóle coś z tego wyniknie.

Młody już nie może się doczekać skończenia 15 lat, by pójść na jakiś studentjob, ale póki co to dla niego najważniejsze jest, by szkołę ukończył z dyplomem, a to jeszcze chwilę potrwa... Ostatnio wymyślił, że chciałby bardzo na śmieciarce jeździć, bo on nie czuje za bardzo zapachów albo czuje je inaczej niż normalsi, więc by mu to nie przeszkadzało, a uważa że to musi być zajebiście fajna robota. Niestety to jest robota dla trochę starszych studenciaków. Dla 15-latków nie ma tak dużo opcji, szczególnie na zadupiach, ale może w mieście coś znajdzie. Ja mu proponuję świetlicę dla dzieci albo żłobek, bo to jego kierunek i może by mu się do czegoś to kiedyś przydało. Ale mamy jeszcze czas, by szukać, bo to dopiero na wielkanocnce ferie by się pewnie łapał...

Co do ewentualnego wyjazdu taty to on już się cieszy na to, że będzie mógł do Niego latać samolotem haha. Co nie znaczy oczywiście, że taka zmiana będzie dla niego jakaś fajna... albo może właśnie będzie? On jest wszak epickim chłopakiem a nie jakimś tam przeciętnym i typowym nastolatkiem, więc trudno zgadnąć jak będzie się z takim faktem czuł. Na razie - jak mówi - nie myślał jeszcze o tym za specjalnie. Dziś to też w sumie tego typu rozstania rodziców nie są tak trudne (subiektywna autystyczna opinia) jak drzewiej. Dziś po pierwsze mamy internet i telefony przy dupach, a w nich esemesy, wysyłanie zdjęć i wideorozmowy, a dalej są też samoloty i inne pojazdy, które w try miga przenoszą nas na inną część globu i to za niewielką cenę. Młoda ostatnio obleciała Polskę za 30€ w te i nazad, czyli groszowe sprawy. No, stamtąd ponoć nie mogą gówniaki same latać, ale i z Zaventem da się tanio oblecieć do Polszy, jak się wczas poszuka biletu. Po drugie kwestia znormalizowania faktu, że rodzice mogą mieszkać osobno w różnych miejscach. Przynajmniej tutaj w Belgii jest to normalne i zwyczajne, bo jak tam w PL jest to postrzegane dziś to nie mam pojęcia, ale też co mnie to obchodzi... Młody ma sporo kolegów, którzy mają po dwa domy i to jest normalna sprawa. Ba, z tego co Młoda kiedyś wspominała, ona wręcz zazdrościła kolegom czasem takiego stanu rzeczy, bo posiadanie dwóch domów ma wiele plusów. Zwłaszcza jeśli nie ma konfliktu pomiędzy rodzicami, tak jak jest w naszej sytuacji.

W takich sytuacjach autyzm też jawi się być wyjątkowo przydatną sprawą. My zupełnie inaczej podchodzimy do wielu spraw życiowych niż normalsi. Nam jest w tego typu sytuacjach łatwiej, bo wszystko bierze się przede wszystkim na logikę, ale nie będę tego zwyklakom tłumaczyć, bo i tak nie bardzo pewnie zrozumieją, a normalnym inaczej pewnie tłumaczyć nie trzeba. 

Nie zmienia to faktu, że sytuacja jest dla nas wszystkich nowa i wiele rzeczy to jest takie jeszcze gdybanie i wróżenie z fusów. Przed nami sporo niewiadomych i sporo niespodzianek. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak wszystko się potoczy i co z tego ostatecznie wyniknie ani tym bardziej, jakie będą dalsze tego wszystkiego konsekwencje. Jedno jest tylko pewne: łatwo nie będzie. Ale co, my nie damy rady? MY...?!

Tymczasem sezon pająków w pełni. Ten chłopak czekał całą środę na tych rurach koło nowego internetu na jakąś fajną dupę, ale nie dowiedzieliśmy się, czy się doczekał, bo poszliśmy spać, a rano już go nie było. Nie chcę wiedzieć, gdzie on poszedł, ale niech tam sobie żyje gdzieś za szafą. To pożyteczne i spokojne stworzenia. Niech sobie mieszkają z nami, byle umiar znały i nie wpuszczały żadnych nielegalnych pająków do naszego domu, bo nasza tolerancja pająkowa ma swoje granice. 



A pogoda u nas ciągle wyśmienita, ale trochę irytująca. Za dnia temperatura sięga czasem 30 stopni, ale noce są zimne jak fiks. Nawet poniżej 10 stopni. Do tego rano czasem jest mgła, co bardzi jest irytujące =, gdy przemieszczasz się rowerem i pociągami, bo rano ubierasz się jak na Syberię, a potem to dźwigasz wszystko ze sobą i pot ci się ciurem po dupie leje...
Przyroda nadrabia kwiatkowanie za lato, bo przez suszę w tym roku liczba kwiatów kwitnących była raczej znikoma. To foletowe koło domu, co w Polsce myśmy dawniej Zośką zwali, kwitnie teraz jak głupie, a cały rok leżało zdechłe mimo codziennego podlewania.


Sunny Kura ma się lepiej, choc wciaż nie całkiem dobrze. Czasem trzeba jej pomóc wyjsć z kurnika, bo chyba się boi albo jej się w głowie kręci. Nie raz stoi na progu kurnika i drze przeraźliwie dzioba, aż pójdę i ją wysadzę. Potem nie mogę się nawet na nią patrzeć. Nie lubi mnie. Zawsze była dzika, ale teraz jest bardziej. Balbinka i Wanda - śliskie adoptowane kurozaury natomiast chodzą za mną krok w krok, jak tylko mogą. Jak sprzątam kurnik, Balbinka zawsze mi towarzyszy i coś gada po kurzemu do mnie. Wanda ostatnio wyłudzała ode mnie płatki kukurydziane, które jadłam na leżaku pod brzozą. Dałam jej spróbować, bo stała i wydawła ciche pytajace dźwięki i jej posmakowały, więc zaczęła na mnie ciurczeć, bym dawała więcej. Ciurczała głośniej i głosniej, jak nie dawałam jej wystarczajco szybko kolejnych kułeczek owocowych. One są takie zabawne czasem! Uwielbiam nasze kury!


18 września 2026

Tydzień pełen problemów i wrażeń

 Tydzień się zaczął zajebiście. Rano jeszcze przed ósmą przyjechali podłączać do domu światłowód. Ledwie otwarłam im drzwi i zaczęłam zbierać wszystko... no bo kto by się spodziewał, że chłopy tak wcześno się zjawią, jak w mejlu stało pomiędzy 8 a 17...? No więc byłam w trakcie sprzątania u  świnek, a kura jeszcze czekała na nakarmienie siedząc na macie na podłodze, no ale musiałam ją przenieść  do kuchni z całym majdanem i biurko przepchać, i skrzynki z ubraniami wynieść do kanciapy i to, i tamto, gdy panowie w tym czasie zaczęli rozkopywać parking przed domem... 



I na to wszystko napisała Najstarsza z pytaniem o numer autobusu, bo wsiadła niby do tego numeru co zawsze dla zamiast do miejscowości, wktórej odbywa staż, przyjechała do nas na wieś i to był ostatni przystanek, więc nie wie, co ma robić, bo rower ma w centrum gminy 5 km od naszej wsi... 

No tak, kurwa mać, akurat trafiła na ten jedyny autobus, który jedzie do nas na wieś nie wiadomo po jaką cholerę, bo to jest dosłownie jeden na cały dzień... No chyba tylko po to, by człowieka wkurwić! Bo on odjeżdża z tego samego przystanku, co ten do jej miejsca stażowego i ma ten sam numer. Szlag!

 Wyguglowałam naprędce, o której jedzie drugi autobus z powrotem do tamtej wsi. Niby był za 5 minut, ale nie miał włączonego trackingu... Zadzwoniłam do Córki, by jej o tym powiedzieć. Czekała na przystanku, ale oczywiście że to gówno nie przyjechało. Wiadomes, jak tracking wyłączony, to chujki często nie przyjeżdżają, bo tak to działa w tym kraju... 

Następny za niecałą godzinę. Zapytałam, czy ma numer do kierowniczki, by powiadomić o opóźnieniu. Nie miała, więc wyszukałam i wysłałam jej. Po pewnej chwili sprawdziłam ten następny i czym prędzej napisałam do córki, że ten będzie z kolei 5 minut wcześniej, żeby nie przegapiła, bo jak się nastawiła na konkretną godzinę, to może pomyśleć, że to nie ten autobus... A tu trzeba machnąć, by się autobus zatrzymał na przystanku. 

No tak, bo u nas rozkład jazdy to tylko jakby sugestia, że koło tej godziny może tędy i tędy jechać jakiś autobus, ale czy pojedzie i czy akurat o tej godzinie to już inksza inkszość. Pff.

Potem wyszukałam jej połączenie do punktu docelowego i odetchnęłam z ulgą, gdy napisała, że wsiadła do tego drugiego autobusu. Ta akcja przypomina mi, że córka nie radzi sobie dobrze w takich nieoczekiwanych sytuacjach i potrzebuje wtedy odrobinę wsparcia. Plan i przewidywalność to rzeczy święte dla autystyków. Nawet drobne, ale nieoczekiwane zmiany mogą doprowadzić nawet do ataku paniki. Choć w normalnych okolicznościach by sobie spokojnei poszukała połączenia itd. Mnie teraz też się pod tym zwględem pogorszyło i to bardzo, przeto też nie łatwo mi idzie radzenie sobie w nagłych sytuacjach. Podczas gdy kiedyś byłam zawsze oazą spokoju i rozsądku. Ta sytaucja bardzo wyprowadziła mnie z równowagi i potem byłam bardzo, ale to bardzo zmęczona i miałam poważne problemy z panowaniem nad sobą. Jeszcze przez kolejne dni miałam.

To jednak nic. Po południu napisała, że już się wyczekała na przystanku, aż w końcu sprawdziła aplikację i pokazało jej, że wszystkie kolejne autobusy mają ogromne opóźnienia, nawet ponad godzinę, a jak w końcu coś ruszyło w apce, to przejeżdżały tylko autobusy "geen dienst", czyli że nie zabiera pasażerów. Zaczęła więc iść na nogach, a stamtąd jest kilkanaście kilometrów do domu. 

Z tym że rower miała na innej wsi. Dotarła gdzieś po prawie 3 godzinach, bo po drodze wstąpiła do sklepu a potem, żeby było ciekawiej,  potrąciła jakiegoś dziadka pod piekarnią. Jechała za nim powoli, bo zaraz miała skręcać na skrzyżowaniu,  a chłop idący najprawdopodobniej do auta, nagle zrobił w tył zwrot i wpadła w niego rowerem. Ktoś tam zaraz też podleciał i pomogli dziadziowi wstać, ale mówił, że wszystko okej. Ech. 

W tym samym czasie Młoda była w sklepie po zakupy i też jej jakaś niefrasobliwa baba wylazła zza auta, gdy ona startowała obładowanym wieloma zakupami rowerem, więc musiała nagle hamować i mocno walnęła się w nogę o rower. Usłyszała jak chrupnęło. Gdy dojechała do domu, jej ulubiona kostka już zaczynała puchnąć i nie mogła w ogóle na tej nodze stanąć. Wyjęła żel chłodzący z zamrażarki i poszła od razu na górę przeklinając wszystkie stare baby na czym świat stoi, bo przecież za dwa dni ma lecieć do Barcelony... a jak tu łazić całe dnie po Hiszpanii z rozwaloną kostką!?

A panowie od światłowodu też mnie ubawili. Weszli rano do domu, zaczęli się rozglądać i jeden do drugiego mówi - Zobacz zdjęcia. Tamten wyjął telefon i patrzy na ekran i na pokój, i na ekran, i na pokój... W końcu podsuwa mi telefon pod nos i pyta, gdzie jest ta niebieska ściana. Prawie, że parsknęłam śmiechem zobaczywszy zdjęcie naszego salonu z zaznaczonym miejscem potencjalnego podłączenia światłowodu do domu. 

Kurde, ja nawet nie pamiętałam, że zanim zaczęli kłaść światłowód na wsi, to chodzili od domu do domu i pytali, czy mogą zobaczyć i wyznaczyć miejsce potencjalnego podłączenia. To było lata temu. No i wtedy nasz salon był pomalowany na niebiesko, ale w zeszym bodajże roku, przemalowałam go na biało i oni na tych zdjęciach mieli nienieskie ściany. Dla mnie okropnie śmiesznie zabrzmiało to pytanie "gdzie jest ten niebieski mur?". Ktoś się nie bał i zajebał! HAHA

Na wtorek zaplanowałam sobie pójście znowu do właścicieli, by po raz kolejny przypomnieć o cieknącym dachu, wilgoci na ścianach, braku wentylacji w pomieszczeniu z piecem i zgłosić dziurę odkrytą na strychu, przez którą właża myszy i chuj wie co jeszcze i wieje zimno, no i popsuty odpływ w zlewie. 

Tym razem napisałam jednak pismo (i wydrukowałam w dwóch ezgemplarzach) z wyszczególnieniem problemów, by im dać. To nic nie zmieni, bo i tak zrobią albo nie zrobią, ale w razie co będę chociaż mieć podkładkę, że było zgłaszane.

Mniejsza jednak o to. Muszę jednak rzec, że to zgłaszanie jest za każdym razem trudniejsze, bo wkurza mnie, że trzeba jedno i to samo wiele razy przypominać, tak że w końcu idziesz z listą 10 problemów, bo przrcież co chwilę coś się potenteguje. To stary dom i wiele rezczy się zużywa. Normalna chyba rzecz...

 Dla mnie takie sprawy w ogóle są cholernie trudne i ja się tygodniami zawsze przygotowuję do załatwienia każdej. Godzinami wymyślam, ćwiczę i po stukroć powtarzam każdę zdanie, które chcę powiedzieć i każdą możliwa opcję odpowiedzi na rozmówcy odpowiedź. Nie ważne, czy to rozmowa w cztery oczy czy telefoniczna. Z tą drugą zasadaniczo jest o wiele, wiele dla mnie trudniej. Nienawidzę rozmów telefonicznych, podczas których nie widzę rozmówcy. Stres to dla mnie ogromny. Zadzroszczę zawsze ludziom, którzy po prostu biorą telefon i dzwonia tu, dzwonią tam. Gdy ja biorę telefon i odkładam, biorę i odkładam. Idę zrobić coś w domu i znowu biorę telefon. I odkładam. Za każdym razem oczywiśćie powtarzam sobie w głowie lub na głos, co chcę powiedzieć. Ćwiczę. I znowu idę porobić coś innego. To może trwać cały dzień a nawet kilka tygodni, zależnie od sytuacji. A czasem po prostu rezygnuję. Tak czy owak łatwiej (O NIEBO ŁATWIEJ) jest mi pójśc do urzędu niż do prywatnej osoby, bo za każdym razem się denerwuję, że może komuś przeszkodzę w czymś, że przyjdę nie porę itd itp.

No i co innego, gdy jest tak, że - jak w tej konretnej sprawie mieszkaniowej - idziesz, wyłuszczacz problem i widzisz, że ludzie podeszli poważnie do tematu i od razu coś załatwiają, gdzieś dzwonią, najdalej po kilku dniach ktoś przychodzi i coś robi. Natomiast tutaj mam już zwyczajnie dosyć gadania do ściany... Niby sporo rzeczy zostało załatwionych pomyślnie przez cały okres naszego tu mieszkania, ale ostatnio to jakby po grudzie idzie... Pewnie dlatego, że właściciele są coraz starsi i ich pomagierzy, którzy drzewiej wiele problemów rozwiązywali, bo znaja się na wielu rzeczach,  częstokroć jeszcze starsi.

No ale dobra, miałam iść we wtorek, ale po stresach poniedziałkowych nie czułam się na siłach. Poszłam dopiero w czwartek. Poplotkowałyśmy o sąsiadach, bo to zawsze jest też przy okazji swego rodzaju sąsiedzka wizyta. Powiedziałam o problemach w mieszkaniu i dałam papier do podpisania. No i się okazuje, że babka już całkiem zapomniała, że przed wakacjami po raz koleny zgłąszałm cieknący dach. 

- To ciąglie cieknie? - zapytała zdziwiona - Byłam przekonana, że to już dawno naprawione.

Ja na to, że ona mówiła, iż dzwoniła do robotników i że byli wtedy na wakacjach...

- Ano faktycznie. Zapomniałam. Muszę znowu zadzwonić...

Nie, nie, ona nie ściemnia. Kobita jest po siedemdziesiątce i podczas tej rozmowy zauważyłam, że od ostatniej naszej pogawędki się jej dosyć z pamięcią i ogarnianiem świata pogorszyło. No, ludzie nie młodnieją raczej. Dlatego mimo że mnie wkurza ta cała sytuacja, to z drugiej strony ja rozumiem, że oni zwyczajnie często już nie ogarniają.

Kurde, ludzie to jednak powinni wiedzieć, kiedy ze sceny zejść... Człowieku, jak nie ogariasz, to weź przekaż pałeczkę młodym, a nie... No ale co zrobisz jak nic nie zrobisz. Mogę co najwyżej ćwiczyć swoją ciepliwość i doskonalić wyrozumiałość. Ech!

Młoda tymczasem wzięła swój plecaczek, wsiadła w autobus i pojechała na lotnisko. Autobusy nawet autobusowały jak należy i udało jej spokojnie z przesiadką dojechać. Tym razem leciała z lotniska w Zaventem i co chwilę dzieliła się wrażeniami a nawet fotkami z tego wielkiego lotniska. To nie taka popierdółka jak to w Charleroi. Wszystko jednak super oznaczone - pisała - więc łatwo udało jej się znaleźć drogę. Okazało sie przy tym, ku jej radości, że niepełnosprawni mogą iść na skróty i nie musiała stać w kolejkach. Czasem karta niepełnosprawnego się do czegoś przydaje. 

Parę godzin później napisała, że wsiada do samolotu i się pożegnała. By po dłuższej chwili napisać, że dupa - wielka burza nad Barceloną i na razie nie będą lecieć, bo nie ma gdzie wylądować. Nie było wiadomo, kiedy i czy w ogóle polecą. Trochę się stresowała, bo jak nie polecą, to będzie musiała nocować na lotnisku. Jednak po około 3 godzinach, gdzieś koło północy napisała, że lecą. Uf!

Jedno z paczki jednak utknęło na swoim lotnisku w Polsce i doleciało dopiero na drugi dzień wieczorem. Pozostali przyjaciele mieli farta, że swoje loty mieli przed południem to dotarli na miejsce sporo przed burzą. A ta burza to faktycznie niezła byla. Widziałam filmiki na tiktoku na drugi dzień, bo mi Młoda podesłała - woda szorowała ulicami jak rzeką. Nie dziw, że loty były wstrzymane. 

Ważne, że kostka jednak okazała się mniej uszkodzona, niż na to wyglądało pierwszego dnia i w dzień odlotu już nawet sprawnie chodziła. Teraz nie wiem, jak jest, bo nie pytałam. Wymieniłyśmy parę esemesów, ale nie chcę im przeszkadzać co chwilę. Niech się młodzi bawią. Jak wróci na pewno pokaże zdjęcia i poopowiada wszystko. Szalenie jednak mi się podoba (a nawet chyba ociupinkę jej zazdroszczę) że ma taką superową paczkę, która ostatnio jeszcze się powiększyła i z którą systematycznie się spotyka, ale przede wszystkim że gadają każdego dnia i nocy przez internet, czyli tam gdzie się poznali. Wszyscy (na pewno ci któerych poznałam, gdy u nas bawili) są przesympatyczni. 

Dla mnie, baby z innej epoki, też niesamowite jest to, że dziś młodzież ugaduje się po prostu przez internet, kupuje bilety, rezerwuje apartament, po czym wsiadają w różne samoloty i zlatują się w innej części świata cały czas będąc przy tm ze sobą w kontakcie dzięki telefonom. Możliwości, o których my w ich wieku nawet nie marzyliśmy. Ba, chyba wtedy nikt by sobie czegoś takiego nawet nie wymyślił, że kiedyś będzie to możliwe. 

Czy się nie denerwuję samotnym wyjazdem córki? Oczywiście, że się denerwuję. Zawsze, bo zawsze wszystko może się zdarzyć, ale nie żebym o tym jakoś myślała namiętnie. Koło domu a nawet w domu też wszystko może się zdarzyć. Przede wszystkim cieszę się wielce, że jest jej dane i że korzysta z okazji, bo nie wiadomo, co przyniesie przyszłość. Co dziś przeżyje i zobaczy to jej.

To był zatem bardzo ciekawy i pełen wrażeń tydzień. 

W niektóre wieczory maszerowałyśmy z córką po wsi, bo bieganie na razie sobie odpuściłyśmy. Marsz jest bezpieczniejszy. 

Sunny już czuje się lepiej, choć jeszcze nie całkiem dobrze. Wczoraj oddałam ją Heńkowi i chłop nie mógł się nacieszyć. Tak się radośnie wokół niej kręcił, że mimo mojego odganiania , raz ją wywalił do góry nogami, bo kobita jeszcze bardzo słaba i czasem macha jeszcze głową. Szczególnie jak się zestresuje.

Jednak widać wyraźnie, że u kur jest tak samo jak u ludzi, o wiele lepiej się czują i szybciej wracają do zdrowia, gdy są w swoim domu otoczone znajomymi dziobami i przyjaciółmi. Gdy Sunny była w domu, to tylko stała smutna, czasem coś dziobnęła, rzadko wydawała dźwięki. Wystarszyło ją wynieść na trawę, by po chwili zaczynała maszerować i szukać czegoś w trawie, grzebać dziobem w ziemi, a gdy wypuszczałam inne kury pilnując, by nie podchodziły zbyt blisko, to od razu zaczynała wydawać jakieś dźwięki i radośniej, żwawiej się poruszać, nawet jak były bardzo daleko od niej, ale było je widać.

Teraz łazi za Heńkiem, szuka czegoś do jedzenia, okopywała się w ziemi, czasem coś mówi.. Jednak wyraźnie jeszcze nie czuje się dobrze. Potyka się i jest słaba. Do kurnika weszła sama, ale rano musiałam ją wyjąć. Ciemność jakby pogarsza problemy neurologiczne, ale jak postoi w słońcu to jest zaraz lepiej. Oby się całkiem kiedyś poprawiło, a nie pogorszyło po tym powrocie do "stada". Bożenia znowy kwoczy, więc są tylko we dwoje z Heńkiem i czasem Riko u nich jest w gościach, a czasem Balbinka. Balbina często przechodzi do Heńka wskakując na kurnik i zeskakując po drugiej stronie ogrodzenia. Riko po prostu przepycha ogrodzenia koło kurnika. Duże tamtędy raczej sie nie przecicną, bo jest przywiązane sznurkiem ale maleńka Riko przejdzie spokojnie. To wszystko małe cwane bestyjki są. Heniek to spokojny kogucina i tylko się trochę kręci koło Sunny, podrywając ją, ale nie wskakuje na nią, gdy ta nie kucnie, co Chica by zrobił bez wahania, bo to drań jest...

A na koniec trochę przypadkowych zdjęć ze spacerów po wsi 




















napis przy znaku: 50. mniej można, więcej jest zabójcze























okno salonu po umyciu od razu sie udekorowało

Chica i Wanda