17 kwietnia 2021

Ona i ja.

Nie dawno otrzymałam wiadomość, że odeszła kobieta, która mnie urodziła, karmiła, ubierała i wychowywała. Matka. 

Jej życie raczej do najłatwiejszych nie należało, ale też chyba i nie było najgorsze... Czy przeżyła je dobrze? Czy wykorzystała szanse dawane przez los? Czy była szczęśliwa...? Na te pytania odpowiedzieć mogła  tylko ona, ale już nie odpowie. Odeszła i wszystkie swoje tajemnice zabrała ze sobą na zawsze. 

Ja mogę odpowiadać tylko i wyłącznie o swoich uczuciach, myślach i emocjach. I opowiem, bo czuję taką potrzebę, a uważam że mam do tego pełne prawo, by o tym napisać.  Mam nadzieję, że nikt nie będzie mi miał tego za złe i  nikt nie poczuje się urażony... Pamiętajcie tylko, by nie mierzyć mnie swoją miarą, bo nie stoicie w moich butach. Ja to ja, a ty to ty. Inaczej nie będzie.

Ostatnie lata bardzo mnie zmieniły. Wsześniejsze też, bo z każdym rokiem i z każdym doświadczeniem życiowym się zmieniam, ale te dwa ostatnie były bardzo trudne z różnych względów. Moja psychika została kompletnie przeformatowana i chyba jeszcze nie wszystko zostało z powrotem zainstalowane, bo nie wszystko mi działa jak należy, a może zwyczajnie nigdy zainstalowane nie było i dlatego nie czuję tego co ludzie zwykle czują w podobnej sytuacji. No ale po kolei.

Mieszkałam z Moją Matką w pod jednym dachem przez ponad 30 lat. To długo, bardzo długo, ale co z tego wszystkiego czasu, gdy nigdy nie byłam z nią na prawdę blisko, nigdy się na prawdę nie rozumiałyśmy. Nie byłam zdecydowanie córeczką mamusi. Poza tym ona nigdy nie okazywała zbytniej czułości (takie raczej były czasy) więc i więź nie miała za bardzo jak się wykształcić, tak myślę. 

Byłam pierwszą córką, najstarszą córką , ale córką zupełnie do niczego. Ja jakoś nigdy nie spełniłam Jej oczekiwań, nigdy nie byłam taką, jaką Ona chciała bym była. Takie w każdym razie zawsze odnosiłam wrażenie. Byłam raczej czymś  odwrotnym do Jej oczekiwań co do córki. Dlatego pewnie, a może mimo tego, nigdy nie udało mi się zasłużyć na najmniejszą pochwałę, na akceptację, nigdy nie udało mi sie jej niczym zadowolić ani tak na prawdę ucieszyć, choć ciągle się starałam robić wszystko najlepiej jak potrafiłam. Moje  życiowe wybory nie były zwykle pochwalane. Na wsparcie i zrozumienie też raczej nie miałam co liczyć. Z większością poważniejszych probemów osobistych zostawałam sama, nierozumiana przez nikogo, a ona była gdzieś z boku zagoniona swoimi problemami, których nigdy jej nie brakowało. Okazywanie uczuć raczej słabo jej szło i ja nawet chyba wiem dlaczego, ale skoro ona o tym nie mówila, to ja też nie muszę. Dość, iż powiem, że i Ona dostała od życia w dupę nie raz i nie dwa. Przeżyła swoje. Ozapierdalała się za dziesięc bab. Otrapiła. Nie zamierzam sie tu z nią licytować na przeżycia i doświadczenia, bo Jej były inne niż moje, bo ona żyła w innych czasach i innym świecie niż ja żyję, bo ja myślę inaczej niż Ona myślała, ale wiem, że nie miała łatwo, a wszystko, co kiedykolwiek przeżyła odcisnęło na niej swoje piętno. 

Nie byłyśmy w każdym razie sobie nigdy bardzo bliskie. Była moją Matką a ja Jej córką i nic tego nie zmieni. Karmiła mnie, zmieniała pieluchy, opiekowała się mną w chorobie i we wszystkich innych dniach... Po prostu robiła to wszystko, co robią matki na całym świecie. Była matką. Starała się jak mogła, co oczywiście - jak w przypadku wszystkich pozostałych matek ze mną włącznie  - efekty dawało różne i różnie się objawiało, a co nie zawsze nam gówniarzom, a potem dorosłym dzieciom się podobało... Rola matki to trudna sprawa - musisz grać jak najlepiej, ale nikt nie daje ci scenariusza.

Na pewno nie byłam idealną córką dla Niej, a Ona nie była idealną matką dla mnie. Bardzo się różniłyśmy i to chyba pod każdym względem. Choć i kilka podobnych cech by się znalazło, jakby się dobrze przyjrzał...
Nie była na pewno złą matką, bo jakby nie patrzeć, przeżyłam całkiem nieźle dzieciństwo, nienajgorzej młodość i  dorosłość, a to że nie zawsze było cukierkowo...,no cóż, a czy tak nie jest gdziekolwiek...?

Ogarniałyśmy razem dom, starałam się pomagać jej w polu, dzieliłam się zarobionym groszem, gadałyśmy o tym i o tamtym, wiele rzeczy wspólnie robiłyśmy w ogóle, jak to w domu w babskim świecie, ale czułej więzi za bardzo nie było, a jeśli nawet była, to bardzo mało odczuwalna. 

W końcu nadszedł ten dzień, w którym opuszczałam dom rodzinny. Jej się to z jakiegoś powodu bardzo nie podobało, bo na pierwszą wieść o moim postanowieniu, przestała ze mną rozmawiać, więc pakowałm się w samotności i po cichu. Matka wypowiedziała tylko jedno zdanie na pożegnanie. Cztery słowa, które sprawiły, że coś we mnie na zawsze umarło. "Pamiętaj, powrotu nie ma!". Wiem, że czasem mówi się co innego, niż się myśli, co innego niż by się chciało powiedzieć, ale nie da się odsłyszeć tego, co się usłyszało, a ja ten moment, te kilka sekund mam w głowie od ponad 10 lat i bolą tak samo jak wtedy, choć potem nadal przez długi czas byłyśmy zwyczajną matką i córką, ze zwyczajnymi relacjami, tyle że na odległość. Odległość, która rosła z każdym dniem, nawet jak fizycznie się nie zmieniała. 

Najpierw zamieszkałam od Matki dosyć daleko. Sto kilometrów to kawał drogi. Gdy nie masz pieniędzy na bilet ani na paliwo, to nawet bardzo duży kawał drogi. Wręcz przepaść. Tyle, że był skype... ale skype to nie to samo co siedzenie przy jednym stole. 

Potem zamieszkałam jeszcze dalej,  15 razy dalej, a odległość rosła i rosła.... Telefony dzwoniły coraz rzadziej, aż w końcu zamilkły na zawsze. Najwyraźniej wszystko zostało powiedziane, co powiedziane być miało. Tak, tak myślę, bo zakończenie kontaktu okazało się dla mnie czymś naturalnym i w ogóle mi tego nie brakowało. Cóż, moje życie toczy się tutaj pełną parą od 8 lat i mam czym żyć, z kim żyć i dla kogo żyć każdego dnia, a żyje dosyć intenstywnie, bo dużo się dzieje...

Odwiedzić nikt mnie nie chciał, więc i ja odwiedzin zaniechałam (no, tu jeszcze inne czynniki wchodziły w grę, ale o tym już nie raz było). Nie widywałam zatem Matki przez ostatnie 5 lat co najmniej.  Pięć lat to długo. Nie rozmawiałam z nią od dwóch z hakiem. Dodam tu gwoli ścisłości, że to ja postanowiłam zerwać kontakt na zawsze po sugestii siostry, że powinnam  się trzymać z dala , bo "tam jestem już spalona"...  I dobrze się stało, że to powiedziała, bo trudno domyślać się , co ludzie o tobie myślą i mówią, gdy mieszkasz od nich 1500km i nie widujesz się z nimi. Czasem możesz sobie siedzieć zadowolony i dumny z siebie łudząc się naiwnie, że cię kochają, że tęsknią i tak dalej, a tymczasem rzeczywistość może przedstawiać się z goła inaczej... Z domu wyprowadziłam się dobrowolnie i z radością. Dobrowolnie i w pełni władz umysłowych podjęłam decyzję o emigracji, której bynajmniej nie żałuję. Mój dom jest teraz tutaj w Belgii, co podkreślam na każdym kroku, przy moim mężu i z moimi dziećmi i to jest dla mnie najważniejsze. Pogardziłam życiem w Polsce, więc powinnam się trzymać z dala, bo już tamtego życia nie rozumiem. I to jest w dużej mierze racja, to ma nawet sens. 

Nie jest jednak zbyt miło, gdy człowiekowi to uświadomią - człowiek jest zły, wkurzony, ma żal do wszystkich... ja nie byłam zła, ja byłam wściekła i miałam przeogromny żal do wszystkich o wszystko, bo stało się to w najgorszym momencie, w jednym z najtrudniejszych momentów w moim życiu, w ogóle jak dotąd  chyba najtrudniejszym, w takim gdy wyjątkowo potrzebowałam  wsparcia i zrozumienia, a nie dopierdalania, podśmiechujek i wytykania jakiś pojebanych błędów z przeszłości... (no, jak widać nadal mam żal, bo same mi się te słowa cisną pod klawisze, ale chuj, było minęło i nigdy nie wróci). Jednak ostatecznie dobrze jest być śmiadomym, by podjąć jakieś kroki, by coś zmienić. Ja zrobiłam, co uznałam za słuszne - nagle przestałam dzwonić do Matki - i okazało się, że to była dobra decyzja dla mnie. Czy dla innych także,  to nie jestem na 100% pewna, ale zakładam, że gdyby Matka uważała inaczej, to by się zwyczajnie odezwała i zapytała , co tak nie dzwonię, czy coś. Nie stało się tak jednak nigdy, zatem pozostaje mi wierzyć, że też była również zadowolona z tego stanu rzeczy. Choć znając ją i menatlność ludzi ogółem, to można też podejrzewać, że mogła mieć mi za złe, iż nie daję znaku życia, ale w swojej upartości nie pozwolić sobie na to, by pierwszemu się odezwać. Bo nie. Ludzie tak czasem mają. Teraz to i tak nie ma już najmniejszego znaczenia ani dla mnie, ani tym bardziej dla Niej. Ona ma już spokój. Jej już jest wszystko jedno. Ona już odpoczywa wiecznym snem. Już o nic się martwić nie musi ani niczym przejmować. Ja tam też nie zamierzam się nad tym zbytnio pochylać. Było minęło. 

Tak czy owak minęło ponad 10 lat od mojego odejścia z domu rodzinnego, od wyjechania z mojej rodzinnej wioski w świat. 
Ponad 10 lat dystansu.
 Ponad 10 lat bez wspólnego świętowania wszelakich świąt.
Ponad 10 lat od wspólnego przeżywania kłopotów i radości. 
Ponad 10 lat życia w dwóch różnych światach, różnych realiach, innej rzeczywistości.

Po takim czasie nie wiele już miałyśmy z matką ze sobą wspólnego poza biologią, czyli tzw więzami krwi. Ostatnie lata już bardzo wyraźnie pokazały, jak mało nas tak na prawdę łączy, jak słabo się wzajemnie rozumiemy. Gadałyśmy nie raz całymi godzinami przez skype, ale to było zwyczajne gadanie, jak to baba z babą, pierdolenie o Szopenie - wymiana plotek, uwag o pogodzie, polityce, chwalenie się nowymi szmatami, czy garnkami. Nigdy nie mówiłyśmy o uczuciach, nigdy się nie zwierzałyśmy sobie, bo ja wiedziałam, że nadajemy an zupełnie innych falach w tej materii, a i Ona pewnie też to czuła. Opowiadałam czasem o naszych problemach, ale widziałam wyraźnie, że się nie do końca rozumiemy, bo ona myślała w kategoriach i standardach polskich, a ja w tutejszych. 

Myślę, że ludzie czasem nawet nie zdają sobie sprawy, co to znaczy mieszkać w dwóch różnych miejscach na Ziemi, które różnią się nie tylko kulturą i językiem, ale każdym najdrobniejszym szczegółem dotyczącym życia codziennego. Inaczej się zarabia, na co inne się wydaje. Inaczej się myśli, inaczej żyje. Opowiadanie o tym to jedno, a poczucie tego, to zupełnie inna sprawa. Ja w ostatnich latach już zupełnie nie rozumiem sposobu myślenia wielu Polaków mieszkających w Polsce i czuję że oni nie rozumieją mnie. Przepaść rośnie z każdym rokiem i mojej rodziny to także dotyczy, a może nawet zwłaszcza rodziny. Może gdybym żyła w rozkroku, jak żyje wielu - pół tu, pół tam, tu zarabiam tam wydaję, tu żyję fizycznie, a tam mentalnie, każde święta do Polski, a od Belgów trzymać się z dala... - to może by było inaczej w stosunkach z Moją Matką i resztą Rodziny, ale ja nie chciałam tak żyć. Nie wyobrażam sobie nawet takiego życia. To nie dla mnie. Ja wyjechałam na zawsze. Fizycznie i mentalnie. Spaliłam mosty. Zerwałam więzi. Zrobiłam to dla siebie samej, dla własnego dobra, choć niektórych to pewnie bolało i boli nadal. Wielu nie rozumie. Jednakże to ja decyduję o swoim życiu, o tym jak chcę je przeżyć i z kim, a nie inni, żeby nie wiem jak kiedyś byli mi bliscy. Ja żyję dla siebie i swoich dzieci oraz małżonka, nie dla innych, czy to się komu podoba, czy nie.

Czy jest zatem czymś niezwykłym, że całkowite zerwanie kontaktu przyszło mi tak łatwo? Nie. Była to raczej naturalna kolej rzeczy. 

Czy należy się zatem dziwić, że wieść o odejściu Naszej Matki nie była dla mnie jakimś ogromnym przeżyciem? Raczej nie. Z mojego świata odeszła już ona bowiem wcześniej. Odchodziła krok po kroku, dzien po dniu, coraz dalej i dalej. Tyle, że  wtedy ciągle żyła dla innych i żyła z innymi. A ja wiedziałam, że tam żyje, istnieje, troszczy się o wszystko, kręci po domu i podwórku, że gdzieś tam żyje swoim życiem. Ja jednak żyje tutaj swoim i tamto mnie aż tak bardzo nie interesuje, choć mam świadomość, że ludzie oczekują ode mnie czego innego i czego innego się po mnie spodziewali, i że nikt by nie przypuszczał ... że ja kiedykolwiek postanowię być po prostu sobą.

To nie jest jednak tak, że śmierć Mojej Matki w ogóle mnie nie obeszła. Obeszła, ale tak bardziej spokojnie, bez wielkich emocji. Zwyczajnie, jak odejście każdego człowieka, którego się dobrze znało. Smutek. Świadomość bezpowrotnego zakończenia czegoś istotnego.  Oto kolejna osoba zniknęła z tego świata i już jej nie będzie. Już nikogo nie opieprzy, nikogo nie rozśmieszy, z nikim się nie pokłóci ani nikomu nie pomoże. Pisząc te słowa zastanawiam się nawet, czy oczekiwałam  po sobie jakiejś innej reakcji? Czy powinnam czuć coś innego? Trudno orzec, ale raczej znowu żyłam oczekiwaniami innych wobec mnie... Ja jedyne co czuję to brak uczuć, ale na (nie)szczęście to dotyczy też wielu innych dziedzin życia, więc jakoś specjalnie akurat tego nie zamierzam teraz rozkminiać...

Moja Matka była lubiana i szanowana przez większość ludzi. Pomagała ludziom, gdy mogła. 
Pełniła wiele życiowych ról i w wielu z nich była na pewno mistrzynią, a w niektórych może nawet supermenką. Matka miała mnóstwo talentów i to dosyć czasem oryginalnych jak na babę. Kurde, nie wiele jest rzeczy, na których choć trochę by się nie znała. 

Matka była dobrą gospodynią. Czasem się wydawało, że miała z 8 rąk, bo tyle rzeczy na raz ogarniała - dom, dzieci, stajnia, uprawy, zakupy, a i kawka u koleżanki czy sąsiadki też się wypiła i plotki się poplotkowały. 

Umiała pysznie gotować i piec. Piekła najlepszy chleb w całej wsi w piecu opalanym drewnem. Dla mnie piekła zawsze tort z truskawkami na urodziny i to jest chyba jedno z najmilszych moich  z nią wspomnień. Ten tort dla mnie. Zawsze. Co roku. 

Umiała też szyć. Już jako nastolatka - jak opowiadała - szyła sobie sukienki, bluzki a nawet płaszcze. Jako dorosła szyła dla ludzi na zamówienie, choć nigdy nie chodziła do żadnej krawieckiej szkoły ani nie brała lekcji szycia. Robiła ponadto na drutach, szydełku, maszynie. Mieliśmy piękne włóczkowe ubrania za gówniarza - sukienki, spodnie, czapki, kapelusze, swetry -  jak tylko oczywiście udało się jej kawałek włóczki zdobyć, co dawniej wcale takie łatwe nie było. Ale to nic, wiele bab to wszak potrafi.
 
Moja Matka jednak potrafiła też pomalować mieszkanie, naprawić cieknący kran, zrobić nową półkę, a nawet zreperować odkurzacz, maszynę do szycia czy radio, bo z zawodu była wszak elektrykiem. Znajome i sąsiadki wiecznie do niej przychodziły ze swoim posputym sprzętem, a ona naprawiała.

 Reperowała też samodzielnie swój motorower, którym wszędzie za młodu zasuwała. Kapeć, sprzęgło, silnik - to dla naszej matki była bułeczka z masełkiem, wszystko zreperowała sama. No tata jej czasem pomagał, jak miał czas, ale i bez pomocy ogarnęła.

Mało tego, jeździła traktorem niczym stary traktorzysta, mimo że nie miała uprawnień za bardzo do kierowania takim pojazdem. Wykosiła kosiarką łąkę, zaorała pole, wykopała i zwiozła buraki. 

Ogarniała też komputery i internety i to nie jak większość bab w jej wieku, że tam fejsbuka se umie włączyć, jak jej kto konto zrobi. Ona sama ogarniała takie rzeczy. Wszystko w necie potrafiła znaleźć, poczytać na temat prawa, nowinek, możliwości, nawet kupowała to i owo online i to od dawna. 

Ktoś potrzebował pomocy, to też zaraz szła. Lubiła też dobrą zabawę - wesele, sobótki, imieniny koleżanek, festyn na wsi - lubiła dobrą zabawę, tańce, śpiewy, wygłupy...

Kurde nawet w zespole kiedyś grała i śpiewała razem z ojcem innymi ich kamaratami. A tak, bo na gitarze też umiała grać, przynajmniej za młodego.

W każdej pracy, której kiedykowliek się podjęła też ponoć ją chwalili, a ja nie mam powodów by temu nie wierzyć, bo Ona serio wszystko umiała. To była dosłownie taka babska złota rączka.

 I nie mam wątpliwości, że wszystkim, którzy ją tam znali, będzie jej brakować, że ludzie będą ją dobrze wspominać. Myślę, że miała dosyć trudne, ale z drugiej strony ciekawe, bogate i kolorowe życie. Spróbowała różnych rzeczy, zrobiła trochę dobrego dla świata, poznała różnych ludzi... 

A teraz odpoczywa.