19 lipca 2026

Dużo się dzieje, gdy nic się nie dzieje

Gdy upały trwają, trzeba żyć powoli i cieszyć się, że ma się w tej chwili właśnie taką możliwość. Ciężka ta belgijska pogoda, szczególnie w dni, kiedy jest wysoka wilgotność i powyżej 30 stopni.

Pisanie akurat jest dobrą formą spędzania czasu w upał, zatem wystukam słów parę...

 Zacznę od dokonczenia opowieści z poprzedniego tygodnia, czyli mojego z Młodą pobytu w Gandawie w związku z lotem balonem. O lataniu było poprzednim razem, ale po locie nocowałyśmy w hotelu, a to oznacza, że na następny dzień od rana mogłyśmy szwendać się po Gandawie. 

Najpierw oczywiście udałyśmy się na śniadanie, a lokację jak zwykle sprytnie wyszukała Młoda. I tak trafiłyśmy do kawiarni  Kaffe Allez, prowadzoną przez parę sportowców, więc oczywiste jest, że w kawiarni możesz wziąć nawet prysznic... (no, my nie potrzebowałyśmy, wszak w hotelu miałyśmy, ale to taka ciekawostka). Wystrój mają również sportowy: kozły, drabinki gimnastyczne i temu podobne gadżety. 

Na ściadanie zamówiłam Dragon Fruit Smoothie Bowl, co było efektownie piękne i dość smaczne, ale strasznie zimne, przeto długo mi zajęło spożycie tego śniadania. Młoda wsunęła jakiś bananowy chlebek z pomarańczą i bananem.

kolorowe zdrowe śniadanie 

Kaffe Allez


 Potem pełne energii pomaszerowałyśmy już do Muzeum Przemysłu, do odwiedzenia którego już od dawna się szykowałyśmy. Młodą ciągnęła do niego czasowa wystawa "Powder To The People" na temat bardzo popularnych we Flandrii w latach '70 i bardzi uzależniających proszków przeciwbólowych, które uszkadzały nerki. Wystawa mówi też ogólnie o nadużywaniu leków. 

Pod muzeum zauważyłyśmy ptaszynę, która niosła material budowalny na gniazdo.




Ogólnie całe muzeum jest fascynujące i ogromne. Na każdym piętrze jest co innego. Zwiedzanie zaczęłyśmy - jak na poradzono - gdzie obejrzałyśmy różne maszyny i dowiedziałyśmy się, jak wyglądała praca we flamandzkich fabrykach i w jakich koszmarnych warunkach mieszkali pracownicy i jak byli wykorzytywani. Jest wiele o pracy kobiet i dzieci (w tym o nagłoścnioonym przez film wypadku, w którym maszyna zmiażdżyła dziecko) i o walce o prawa i zakaz wykorzystywania dzieci do pracy. Poruszają też tam temat emigracji zarobkowej. 

Dalej na kolejnych piektrach mamy historię włókiennictwa, druku, no i tę wystawę i proszkach... To nie jest muzeum na jeden dzień - tyle powiem - no chyba, że ktoś lubi oglądać po łebkach. My byłyśmy wyczerpane już po jednym piętrze i resztę tylko przebiegłysmy, by jeszcze te proszki obejrzeć, bo ta wystawa konczy się we wrześniu. 

W muzeum było duszno, gorąco i ciagle pachnie tam olejem maszynowym, więc mogłyśmy wczuć się troszkę w to,  jak tam musiało się pracować ciężko przy maszynach w normalny dzień. Nawet sobie nie wyobrażam!

Przy wejściu powiedzieli nam, że na każdym piętrze znajdziemy chłodne pomieszczenie, gdzie możemy napić się wody i tak zaiste było. Weszłyśmy do jednej takiej sali, gdzie w był wielki stół i krzesła, no i lodówka z dzbanami wody, a obok czyste szklanki... Miałam swój bidon, ale dobrze było się napić chłodnej wody. Miło, że pomyśleli o tym. W muzeum jest winda, więc nie trzeba iść schodami, co też wielce se cenimy.



to pod taką maszyną zginęło kiedyś dziecko 







W muzeum spędziłyśmy około 3 godzin (a tylko 2 piętra obejrzałyśmy porządnie) i zdążyłyśmy zgłodnieć, więc pomaszerowałyśmy do wegetariańskiej restauracji, która znów wyguglowała Młoda Knol & Kool

Knol & Kool

Knol & Kool

Zamówiłam saładkę cesarską. Niby smaczna ale dla mnie o wiele za kwaśna. Aż mnie brzuch potem zbolał, bo oczywiście że zjadłam wszystko, przecież nie będę wyrzucać. Może gdybym co innego do picia jeszcze wzięła, a nie lemoniadę truskawkowo-rabarbarową i jeszcze kawę... Głupi pomysł. Eigen schuld dikke bult, jak to tutaj się mówi (własna wina - wielki guz). Powrót do domu to zatem był duży stres, bo godzinę pociągiem, a potem jeszcze pół godziny w autobusie, a tu cały czas miałam ból pbrzucha i bałam się, że będę potrzebowała do kibla...  

A tu jeszcze wsiadłyśmy do pociągu, a tam jak w piekle... Jak pociąg ruszył, z tyłu za nami jakaś baba powiedziała do kogoś innego, że mówili wcześniej z głośnika, że W TYM WAGONIE klimatyzacja nia działa... Młoda na to - AHA, TO CZEMU SIĘ GŁUPOLE ŻEŚCIE NIE PRZESIADŁY W GANDAWIE?! Po drodze na naszą docelową stację, była tylko niestety tylko jedna przesiadka i już myślałam, że nie dojadę żywa... Wysiadłyśmy i postanowiłyśmy uwierzyć w chodzące po tamtym wagonie plotki i wsiąść do wagonu z przodu... Zaiste, tam klima działała! Uff. Inny świat. Sprawdziłam od razu czy kibel też działa w razie wu. Działał, ale nie był mi potrzebny, choć brzuch wciąż mnie bolał... Gdy wysiadłyśmy na stacji doceowej, miałyśmy jakieś pół godziny do odjazdu naszego autobusu, więc poszłyśmy zobaczyć, czy jest kibel na dworcu. Był... Na-KURWA-50-centówki! A tak się składa, że nie miałyśmy 50-centówek. Ja miałam 20 euro w papierku, a Młoda rózne inne pieniążki, ale nie pierdolone pięćdziesięciocentówki. Kto normalny w ogóle dziś monety nosi, gdy we wszystkich pozostałych miejscach poza pierdolonym kiblem można zapłacić kartą lub telefonem...? No, kible w co bardziej postępowych dworcach też są na kartę, ale na zacofanych wiochach wciąż na monety, ech. 

Na szczęście choć automaty z napojami mają tam na kartę, to se colę kupiłam, która - jak wiadomo -najlepszym lekarstwem na ból brzucha jest. Wysączyłam powoli pół litry i po chwili mi się zaczęło poprawiać. Dojechałam do swojego przystanku i dorowerowałam dalej do domu, a wtedy wreszcie mogłam pójść do własnego prywatnego wygodnego kibla, bo wiadomo, że każdy kibel dobry, ale ten własny domowy najlepsiejszy. Uf!

To miałbyć TYLKO lot balonem, ale przekształcił się w całą fantastyczną wycieczkę. Wydałyśmy dużo pieniędzy, ale to było dobrze wydane dużo pieniędzy. Potrzebowałam takiej odskoczni, takiego ODLOTU od szarej męczącej rzeczywistości. I cieszę się, że było mi dane przeżyć coś tak niesamowitego jak lot balonem, o którym marzyłam od dziecka. Jeszcze raz powiem, że to niesamowite i niezapomnianie wrażenia! 

A teraz wracamy do szarej codzienności. No, teraz jest lato kolorowe i upalne, więc może raczej powinnam rzec kolorowej i gorącej codzienności :-)

Staramy się nie wychodzić bez potrzeby z domu, bo każdy wysiłek fizyczny jest dziś odczuwalny jako ciężki. Nie rowerowanie czy maszerowanie w słońcu, ale także zwykłe codzienne proste czynności są męczące. Kurde, czasem nastawienie pralki czy rozwieszenie prania powoduje zalanie potami. Serio, niektóre momenty dnia są okropne! I to nie jest takie zwyczajne pocenie się, bo temu towarzyszy ogólne bardzo neprzyjemne uczucie zimna i okropnego zmęczenia a nawet lekkich zawrotów głowy, ale to nie trwa cały czas, tylko pojawia się czasami taki moment ciężki, więc zakładam, że to moje porakowe ciało tak dziwnie reaguje. Choć Młoda też bardzo narzeka, no ale i ona bierze codzień garść ciężkich piguł.

Młody zdaje sobie nic z tej temperatury nie robić. Niby mówi, że gorąco, ale jak poszłam do jego pokoju (pokój z dwoma oknami od południa) oglądać film, to mało nie wykitowałam z duchoty. Starość nie radość... Chciał włączyć dla mnie wiatrak, ale się nie zgodziłam, bo nie lubię, jak na mnie bezpośrednio coś dmucha, bo od tego mnie oczy bolą, więc jakbym miała oglądać kilka odcinków serialu... Czasem wachlarza używam jak jestem daleko od domu, ale od machania wachlerzem też mnie oczy bolą na dłuższą metę. Czy wy też tak macie?

Wieczorami tak koło 20tej jednak jest lepiej, więc czasem idziemy z Młodym na boisko porzucać do kosza. Ostatnio jakis ziomek wyprowadzający psa, doradzał mi jak mam rzucać... No ale i tak nadal nie wiem. Nigdy nie lubiłam grać w kosza i na szczęście nigdy nie musiałam grać w kosza na wuefie (ja byłam team siatkówka), ale zawsze lubiłam sobie porzucać. Pamiętam, że dobrze mi to szło w liceum i bez problemu wrzucałam za trzy punkty. Teraz zza drugiej linii ledwie dorzucam do kosza. Próbuję zrozumieć, co robię źle i dlaczego nie mogę mocno rzucić piłką. Czasem mi się udaje, ale nie rozgryzłam, co wtedy robię, że piłka leci dalej niż zwykle... Nic to, może kiedyś zrozumiem i mózg przypomni sobie, jak się rzuca piłką, a może to ma coś wspólnego z tym, że mam poharataną prawą stronę i coś tam nie chodzi jak powinno...? Diabli to wiedzą. W naszej zabawie na szczęście nie chodzi o to by zostać mistrzem koszykówki, tylko miło i pożytecznie spędzić czas w ruchu. Czy mnie bolą od tej zabawy nogi? No ba. Bolą mnie stopy i stawy na drugi dzień rano. Trudno się rano po schodach schodzi, ale to już się przyzwyczaiłam, że takie są teraz zawsze konsekwencje wzmożonej aktywności fizycznej. Trzeba sie nauczyć z tym żyć, bo nie zanosi się, by to się miało jakoś szybko poprawić. 

W domu znowu wyciągnęłyśmy z Młodą puzzle na stół. Właśnie kończymy Mona Lizę. Znaczy Młoda kończy, bo ona jest o wiele lepsza w układaniu samych czarnych puzzli, które jakimś dziwnym trafem zostały nam na koniec. W poprzednich z kolei same niebieskie pozostały na koniec i też ona sobie świetnie z nimi poradziła. Jest zdecydowanie lepsza ode mnie. Mnie by to samej z tydzień zajęło alebo i dłużej, a ta to w kilkanaście minut roztrzaska z moją lekką pomocą.



Czaserm trzeba jednak wyjść z domu przymusowo po coś. Choćby po zakupy. Kiedyś spotkałyśmy z Najstarszą ładnego psa pod sklepem. Czekał na swojego pana lub panią w koszu na jakiejś zmyślnej hulajnodze. Musiałam mu cyknąc fotkę. Słodziak jakich mało.


Udało się w końcu załatwić staż dla Najstarszej. Znaczy czekamy jeszcze na dopełnienie formalności przez VDAB, ale rozmowa Najstarszej w gospodarstwie biologicznym, w którym i ja wsześniej byłam na rozmowie, przebiegła pomyślnie. Wcześniej rozmawiał z nimi asystent Najstarszej, a potem córka wysłała tam mejl z zapytaniem o spotkanie i pani zaprosiła ją na rozmowę. Pojechałam z nią, bo jeszcze nie bardzo znała drogę, a na dzień dobry pani oznajmiła, że ona Najstarszą uczyła przez krotką chwilę w szkole średniej. No jaki ten świat mały... Córka jej nie pamięta, ale ona nie za dużo ze szkoły pamięta... Zastanawiam się, czy to miało jakiś wpływ na decyzję, ale w każdym razie jak pani wyszła z moją córką po rozmowie, obie zdawały się być zadowolone. Najstarsza będzie zaczynać od pracy w kuchni, ale dalej będzie mogła wszystkiego po trochu spróbować. Powiedziała, że poznała ludzi na kuchni i że są wszyscy bardzo fajni. No i to miło mi było usłyszeć. Pani zapytała się też mnie, jak tam moja sytuacja, a ja odparłam, że VDAB uznało, że mam szansę na otzrymanie od razu dokumentu uprawnijącego do podjęcia pracy w zakładzie prcy chronionej, więc będę próbować, bo co mi szkodzi.

W tym tygodniu właśnie najpierw zadzwoniłam do pielęgniarki na onkologię, by zapytać, czy moja onkolog dała by rady wypełnić mi te dokumenty, ale pielęgniarka zasugerowała, bym poszła jednak do rodzinnego, bo teraz sezon urlopowy i mają tam urwanie głowy... Ale, gdyby się nie dało szybko umówić u rodzinnego - dodała - to mam zadzwoninić do niej ponownie, a przesunie mi zaplanowaną wizytę z końca sierpnia na początek, bo tyle spokojnie mogą zrobić... No to fajno. Udało mi się jednak umówić "pilną" wizytę u rodzinnego. W normalnym trybie była dopiero na połowę sierpnia, a pilna tego samego dnia... Ciągle nie mam pojęcia, co to znaczy owo "pilne". Albo inaczej, w jakiej sprawie idzie się do lekarza rodzinnego "nie pilnie"? Czy potrzebę wypełnienia dokumentów można uznać jako pilną? Nie wiem, za każdym razem się nad tym głowię i denerwuję, bo może zajmuję komuś faktycznie pilnemu miejsce...? Ale z drugiej strony kazano mi PILNIE wypełnić te dokumenty, bo potrzebuję NAJSZYBCIEJ pójśc do pracy, a rozpatrywanie podania o pracę chronioną i tak pewnie będzie trwało wieki... 

Wizytę w biurze pracy mam dopiero pod koniec miesiąca, więc czekam sobie teraz już spokojnie, bo mam dokumenty wypełnione przez lekarza. Córka z kolei czeka na odzew asystenta i zielone światło, by pójść w końcu na ten długo wyczekiwany jakiś staż... Ja mam wielką nadzieję, że jej się nada to miejsce i że ona się nada temu miejscu i będzie mogła tam dostać pracę albo dzięki stażowi znaleźć pracę w zwykłym zakładzie, co jednak zdaje się być małoprawdopodobnym... Czas pokaże. 

Z tym zakładem pracy chronionej jest tylko, jak się okazuje, jeden spory problem. Znaczy z gospodarstwem to nie, tylko z belgijskim transportem publicznym. Jadąc na spotkanie zczaiłyśmy, że pierwszy autobus  Z SĄSIEDNIEJ WSI (czyli przystanek 5 km od domu) odjeżdża dopiero o 9-tej. No chyba kurwa kogoś popierdoliło i to zdrowo! Dodam, że to jest autobus na lotnisko w Zaventem. I co, ludzie ze wsi nie potrzebują już teraz dojechać na lotnisko?! Nie mają prawa? Są jacyś, kurwa, gorsi od miastowych czy coś? Tylko mieszczuchy mają prawo do dostepu do środków komunikacji, do połączenia ze światem? Czy ludzie na wsi, którzy z takiego czy innego powodu nie mogą, nie potrafią, czy nie chcą prowadzić samochodu albo go nań nie stać mają zostać uwięzienie swojej wsi, gdzie nic, DOSŁOWNIE NIC, nawet sklepu nie ma? 

Jak niby mamy się dostawać stąd do pracy, do sklepów? Dla mnie to jest chore, żeby rano przed siódmą nie było ani jednego autobusu. Nie musi jeździć co pół godziny, ale pierwszy autobus o dziewiątej to już lekka przesada. To niby tylko 15 km od nas, ale nie wiem, czy da się dojeżdżać tyle rowerem codzienjnie do fizycznej pracy. Może być o wiele za ciężko dla nas. Na pewni będzie.

Kurwa, nie dawno czytałam, że w Brukseli chcą wprowadzić drugi dzień bez samochodu i ludzie protestują, bo to niewyobrażalne, tragiczne, dramatyczne i w ogóle koniec świata. Jaki mnie wkurw wziął! Pierdolone śmierdzące lenie! Kurwa MAĆ! Bruksela to takie bycze miasto, które - jak już mówiłam - ja stara schorowana 50-letnia baba przechodzę na piechty z trampka z palcem w dupie wszerz i wzdłuż. Ale to nie ważne. Oni tam mają sieć metra, mają tramwaje i autobusy trzech różnych linii, bo nasze De Lijny i walońskie TEC-i też ich obsługują. Mają elektryczne hulajnogi i rowery i dla tych cholernych leni zakaz używania samochodu przez jeden pierdolony dzień to katastrofa. SERIO?! To się kurwa na wieś przeprowadź jeden z drugimchoć na tydzień, gdzie do najbliższej stacji masz 5 kilosów. Gdzie do najbliższego sklepu masz 4 kilosy. I gdzie już praktycznie nie uświadczysz autobusu, bo co pół roku skreślają kolejne połączenia, bo "ludzie nie jeżdżą". No pewnie, jak dasz pierwszy autobus czy pociąg o 9 to niby gdzie by ktoś tym miał jechać? Normalni ludzie pracę zaczynają raczej długo przed dziewiątą. O dziewiątej to chyba tylko pierdzistołki mogą zaczynać, ale i to niekoniecznie. Jak co drugi autobus przyjeżdża spóźniony 15 do 40 minut, to kto będzie ryzkykował? Ale oczywiśćie to w ogóle nie jest winą organizacji tranpsortu i nieprzejezdnością dróg, czyli ogólnej nieudolności rządów w tym kraju, tylko nas plebsu i nas plebs trzeba ukarać zabraniem połączenia ze światem, byśmy zdechli na tych wioskach, byle mieszczuchy miały do wyboru trzydzieści autobusów i pociągów co 5 minut, bo śmierdzielom się nawet 200 metrów nie chce przejść na nogach czy rowerem przejechać. 

Ja pamiętam, że ten autobus, o którym wyżej mowa,  wcześniej odjeżdżał od nas ze wsi spod kościoła i to RANO, a nie o dziewiątej... Może to tylko przez wakacje tak jest (bo w wakacje to wiadomo ludzie na wsi nie pracują, nie robią zakupów, nie chodzą do lekarzy, ino cały dzień leżą a wszystko się samo robi), ale nie da się teraz sprawdzić rozkładu na wrzesień. A te popaprańce znowu skreślili kilkadziesiąt linii na początku lipca. I to wszystko zapewne w ramach ratowania planety i poprawy opiździałego stanu dróg w tym opiździałym kraju. Bo wiadomo, głupie ludzie majo tera kupować masowo samochody elektryczne, a nie jeździć jakimiś śmieznymi autobusami czy pociągami. Tak, nerwa mnie bierze. Mam wrażenie, że ludziom, którzy chcieli by pójść do pracy, wszystko się tutaj utrudnia na każdym kroku, zamiast wspierać i pomagać. Wspierane jest natomiast totalne nieróbstwo i udawanie debila, no i ogólnie patologia. No ale dobra, my będziemy walczyć o to by móc pracować i to nawet kurwa za darmo. Wszystkim na złość. Pod prąd. Dopóki nie zdechniemy i dopóki nas całkiem nie wykończą.

Muszę przyznać jednak, że  dobre nowiny (mimo tego całgo wkurwu na chory spatalogizowany belgijski system) od razu poprawiają mi nastrój i dodają pozytywnej energii oraz spokoju wewnętrznego. Ciągle mam ich za mało, ale dobre i cokolwiek.

Z powodu tego gorąca, takie mam przynajmniej przemyślenia, wcześniej zaczął się sezon pająków. To wielkie bydlę z poniższego zdjęcia łaziło przez parę dni po domu, bo młodzież odnotowała jego obecność, ale że szybko spintalało, to nie zdążyli udokumentować. Ja napotkałam ono w łazience koło umywali, jak się czilowało, to złapałam do szklanki i za sugestią Młodego udokumentowałam przy linijce, by każdy widział, jakie tu mamy wielkie pająki w domu haha, a potem wypuściłam na zewnątrz... Pewnie wróci, bo to PAJĄK DOMOWY, a nie polny, a poza tym to w domu pewnie ich więcej jest, bo dziwne by było jak nie, wszak one wychodzą tylko na gody i temu podobne rezczy, a pozostały czas grzecznie siedzą sobie za obrazami, szafami i innych bezpiecznych kryjówkach, a my żyjemy w BŁOGIEJ nieświadomości. Dlatego ja je wynoszę na zewnątrz, by sobie wróciły po cichu i dalej mogłam w nieświadomości ich obecności sobie żyć.


Czasem opolowujemy też inne robactwo w obiektyw, a potem się kłócimy o prawo do dodania obiektu do aplikacji ObsIdentify hehe. To poniżej nazywało się po niderlandzku "ZWYKŁY żuk" czy cos w tym stylu, a to było takie piękne więc nazwa z dupy... Po polsku na szczęście nazywa się toto żółwinek i gugiel mówi, że to jego młode znalazłam... Niech tak będzie.


Umarła nam Nasza Krystynka :-(

Chyba dobrze, że w końcu odeszła, bo po tym wypadnieciu kloaki już nigdy nie wróćiła w pełni do zdrowia. Niby chodziła, a nawet ganiała i żarła, i pchała się do żarcia, ale co chwilę wyraźnie coś jej dolegało, że nagle z dnia na dzień stawała się osowiała i przestawała jeść. Czasem podawałam jej lek (tak jak mówił wet) i potem znowu czuła sie lepiej, by po paru dniach czy tygodniach znowu zaniemóc. Ostatnie dni nagle się pogorszyło i było widać, że tym razem jest kiepsko... może to ten upał też... Nie poszliśmy do weta, bo uznałyśmy, że jak my ją rowerem przewieziemy parę kilometrów (nawet jakby autem to też nic dobrego dla chorej kury) to na jedno wyjdzie. I tak będzie cierpieć... Zabraliśmy ją do ciemnej chłodnej łazienki.  Odeszła w spokoju, ale na pewno cierpiała w ostatmich godzinach, co spędza mi sen z powiek nawet bardziej niż upał, ale co, taka jest kolej rzeczy, takie jest życie.

To była dobra kura. Dostała u nas dodatkowe kilka miesięcy życia i mogła u nas przynajmniej dobrze zdrowo zjeść, pogrzebać w ziemii i poopalać się w słońcu i zobaczyć, a nawet podziobać codziennie trawy. Miała swoje małe stado, swojego koguta i swój mały czyściutki kurnik z komfortowymi patykami do siedzenia. W nocy mogła spać po kurzemu w ciemności. Po tym, co przeszła w fabryce jajek, to musiał być i tak raj dla takiej biednej kury. Warto było ją adoptować, mimo że tak krótko z nami mogła być. Szkoda, że  zachorowała, no ale niestety to sprawił człowiek.  To z winy tej wstrętnej pazernej, nieczułej i wrednej istoty cierpią takie piękne stworzenia. Kurzysko żyło przez rok w koszmarnych niekurzych warunkach faszerowane dziesiątkami zastrzyków, zmuszane do nieustannego niesienia jaj, przy braku dostatecznej ilości snu, bez możliwości wypoczynku, grzebania, w ciasnocie i smrodzie, bez piór, zmasakrowana, by ludzie mogli wpierdalać codziennie jajka okupione strasznym cierpieniem... Bo ludzie to podłe zwierzaki - mogli by zrobić tyle dobrego, ale wolą wszystko niszczyć, wolą zabijać, gnębić, poniżać i torturować drugą istotę (nawet, a można nawet zwłasza swojego gatunku). To jest niepojęte dla mnie. 

Wanda i Balbinka na szczęście mają się na razie dobrze. Od dnia adopcji wypiękniały, obrosły w pióra o nabrały ciała i kolorów. Balbinie wreszcie urósł i zczerwieniał grzebyk i korale. Wbija do domu, jak tylko ktoś nie domknie drzwi. 

Nasze Riko też czuje się w miarę dobrze. Gorące dni spędza w dużej mierze w domu, bo jej wyraźniej upał nie służy. Taką kurkę jak Riko spokojnie można trzymać w kuchni. Jak jest zdrowa i je zdrowo, jej kupy nie śmierdzą (nie, że fiołkami pachną, ale czujesz je tylko, gdy nos do kupy przystawisz, a nie wiem, po co by to ktoś miał robić) i łatwo można je zebrać papierem toaletowym, a nie kupczy znowu jakoś często. Ciągle ma problemy z chodzeniem, ale powolutku sobie człapie z miejsca na miejsce. W domu będąc non stop łazi spod stołu, gdzie śpi,  pod szafę, gdzie ma miski i z powrotem. Czasem idzie też na wycieraczkę pospać albo na dywanik... zrobic kupę człowiekowi na złość haha. Inne kury ją znielubiły chyba przez to, że za dużo z człowiekiem się zadawała, a zadawała się, bo była bardzo chora. Umierająća była, ale wychuchaliśmy i teraz mamy kurkę domową. 

Krystynę musiałam pochować na łące. Wykopanie dużej dziury w skamieniałej od suszy ziemi  w ten skwar to niezły workout hahaha. Musiałam się po tym wykąpać i zmienić ubranie, bo upociłam się jak świnia. Ubranie miałam mokre  jakbym do stawu wpadła. 

Nigdy więcej jednak nie zaadoptujemy kur z fabryk jajek, bo teraz wiemy, że aby się nimi opiekować godnie, trzeba mieć po pierwsze dużo miejsca, bo to są ptaki po strasznych przejściach i mają mnótwo problemów zdrowotnych, fizycznych i psychicznych, że tak powiem, co wymaga czasem trzymania poszczególnych kur w odosobnieniu. Po drugie trzeba mieć blisko dobrego weta od kur i dużo pieniędzy, bo te kury wymagają specjalnej opieki, często chorują, potrzebują leków, witamin, elektrolitów, a to wszystko to ogromne koszty. To była pomyłka. Nas nie stać na takie kury po przejściach. Nie wiedzieliśmy na co się piszemy, bo niestetety w azylu nie mówią tego, a tylko zachwalają.

Dziś już jest sobota (piszę to po kawałku od kilku dni, altego może być dość chaotycznie) i jest znacznie chłodniej. Chyba tylko ze 25 stopni jest, czyli wręcz zimno po tym skwarze i duchocie. Ale pochmurno dziś dosyć i już mi się nastrój też pogorszył. Zresztą nie tylko mi. Jest czternasta, a młodzież ciągle śpi... Najstarsza była na dole od rana, ale najadła się, przycięła komara na kanapie i poszła do siebie na strych. Miałyśmy jechać do tego gospodarstwa rowerami, by mogła się przekonać, czy to daleko i czy w razie co da rady tam dojeżdżać na tym swoim rowerze, ale obydwu nam się dziś nic a nic nie chce. Ja wstałam o siódmej, bo ktoś musi kury wypuszczać, ale ledwo z biedą. No zupełnie nie do życia dziś jest dzień. Normalnie kury o szostej powinny zostać uwolnione z kurników, ale nie dałam rady. Dziewczyny je zamykają koło 23, bo te kury nie chodzą spać z kurami, o nie! Kurozaury idą dosyć wcześno, ale silkie to inny stan kurzego umysłu. To chodzi do ciemnej nocy, a przypomnę, że w Belgii słońce zachodzi godzinę później niż w Polsce... 

Wczoraj upiekłam pierwsze bułki na zakwasie. Poprzedni zakwas bo ponad roku używania w końcu się mi popsuł, bo przestałam piec chleb, gdyż kilka razy pod rząd wyrzuciłam po wiecej jak połowę do kosza. Mało bowiem jemy latem chleba. Jednak chleb ze sklepu jest ostatnimi czasy dla mnie zupełnie nieakceptowalny. No nie może mi w ogóle przejść przez gardło. Jest ohydny po prostu. Syfiasty. Obrzydliwy. Byłki też. Smaczne jeszcze są maślane croissanty z AH, ale to trzeba specjalnie by kręcić codziennie do sklepu te 5 km po croissanty, a nie chce się za bardzo nawet w chłodne dni, co dopiero w upał. Pomyślałam, że może pora w końcu w wieku prawie 50 lat upiec po raz pierwszy jakieś bułki samodzielnie. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wyszły wyśmienite! Dziś z kolei rano upiekłam zwykłe na drożdżach i też super smacznościowe wyszły. Tylko w poleceniu "podziel na równe kawałki" chyba nie do konca zrozumiałam, o co chodzi, bo jedna wyszła miniaturowa, a druga wielka, i ogólnie każda innej wielkości. Nie wiem, jak dzieli się na równe kawałki cokolwiek. Tak samo zawsze mam z pulpetami czy kotletami - jeden byk, a drugi minimini.

Dziewczyny wczoraj kupiły jakieś gotowe kotlety roślinne i mini ziemniaczki, to będzie łatwy obiad. Ziemniaczki pieczemy w łupach albo w grubej soli, albo otytłane w oliwie i ziołach. Smakują trochę jak takie z ogniska, tylko tej skorupy brak. Dla Młodego kupiły jakieś nie-mięso do wrapa. Przez dwa dni jadłyśmy żółte curry ugotowane przez Młodą. Wyśmienite było. W ogóle muszę rzec, że ta potrawa to nasze wielkie tegoroczne odkrycie. Już wiele przepisów przetestowałam z dziewczynami i poza jednym z czerwonymi buraczkami wszystkie były super. Teraz już dodajemy składniki wedle uznania i tego co mamy na stanie. Młoda używa gotowej pasty ziołowej, ale ja po prostu sypię osobno różne ziele. Tak jest łatwiej, bo nie możemy używać imbiru, gdyż Młoda ma nań uczulenie, a to jakby baza wielu curry. Jeszcze tylko zielonego nie robiłyśmy, bo jest najostrzejsze, ale kiedyś się odważę, bo odkąd zasmakowałam w kuchni meksykańskiej no i azjatyckiej mam coraz większą tolerancję na ostrość potraw. 

Ale wspominam o tym tutaj, bo uświadomiłam sobie nie dawno, jak wiele różnych "egzotycznych" potraw odkryłam w ostatnim czasie i jak się mnie to odkrywanie spodobało. Przez długie lata jadłam typowo po polsku, bo nie było żadnych innych opcji dostępnych, no i bo człowiek nie znał przepisów... Bo takie curry to akurat se można było już dawno zrobić, ale gdzie paręnaście lat temu by mi w ogóle do łba przyszło, żeby dawać imbir, czy jakiś tam cynamon do obiadu. Tego typu przyprawy kojarzyły mi się tylko z deserem.

Pamiętam jak kilka lat temu pewna znajoma Polka, która wtedy była z jakimś Hindusem, podała mi przepis na "prosty indyjski gulasz". Wtedy jeszcze jadłam mięso i to mięso gotowało się w mleku kokosowym z imbirem właśnie i ananasem. Dla mnie był to kulinarny szok kulturowy i smakowy. Tak, to był jakiś rodzaj prostego curry...

Wcześniej przetestowałam belgijskie małże z frytkami i majonezem, które nawet mi posmakowały, no i paellę z krewetkami w wykonaniu marokanskich znajomych, którą też ze smakiem wsuwałam. Gdyby mi ktoś za młodego powiedział, że mam jeść jakieś robale to chyba bym puściła pawia... 

Potem nadeszło kolejne wiekopomne odkrycie w postaci sushi. Po pierwsze, że sushi to nie tylko surowa ryba, która mnie tak brzydziła, gdy słyszałam pierwszy (drugi, trzeci  i siódmy) raz o sushi, a po drugie, że surowa ryba w sumie też jest smaczna haha. Wszystko kwestia nastawienia i otwartosci na nowe. Dziś jadam głównie sushi wegańskie, ale zdarza mi sie ciągle wsunąć rybę czy kraba albo "szrimpa". Po sushi odkryłam już warzywa w "tempurze" i ramen, który akurat zupełnie mi nie podszedł.

Dalej była wspomniana już kuchnia meksykańska. Odbyło się to za sprawą Młodej, która ciągała mnie po kolejnych restauracjach meksykańskich. Bałam się, że wszystko będzie dla mnie za ostre, bo ja unikałam ostrych potraw, nigdy nie byłam nawet jakąś wielką fanką soli i pieprzu, a co dopiero mówic o ostrych papryczkach czy innych takich. Okazało się, że smak mi się zmienił i że w sumie to ja teraz dosyć lubię ostre rzeczy. Ciągle nie podołam temu, co na co dzień jedzą moje dzieci (lubią żreć bardzo ostro i pikantnie), ale mój próg ostrości okazuje się być wyższy niż mi się z pierwa wydawało, a meksykańskie żarcie okazuje sie byc też roznorodne i wcale nie wszystko wypala ci trzewia haha, a wiele dań jest bardzo smacznych. 

Najważniejsze jest jednak dla mnie to iż w końcu dotarłam do miejsca, w którym doznałam olśnienia, że w kwestii jedzenia ograniczały mnie tylko głupie uprzedzenia. Myślę o ostatnich latach, bo kiedyś to faktycznie ograniczenia były fizyczne. W latach 80', 90' jedliśmy tylko to, co ziemia urodziła. Dwa razy do roku zabijaliśmy świnię i wtedy jedliśmy przez chwilę wieprzowinę. Latem mordowaliśmy kury i wtedy jedliśmy drób. Przez cały rok mieliśmy ziemniaki i marchew. Sałatę, koperek i rzodkiewkę na wiosnę, potem były pomidory, ogórki, owoce. W zimie zapasy ze słoików porobione latem i ewentualnie mrożonki. Chleb piekło się w piecu ze swogo zboża zmielonego w młynie. Mleko dawała własna krowa i z niego robiło się masło, ser i śmietanę. Jak krowa była wysoko cielna, nie piło się mleka i nie robiło się serów. Nie kupowało się jedzenia za często.  Czekało się po prostu na kolejne sezony,  by zjeść daną rzecz. W sumie na wsi to nawet nie było za dużo do kupienia wtedy. Chleb czasem tak, czasem wędlinę (choć jak była na kartki, to raczej rodzice wymieniali na co innego). Z czasem zaczęło się kupować i kupowało coraz więcej, a produkowało samemu coraz mniej. W sklepach pojawiało się coraz więcej mniej lub bardziej egzotycznych produktów. Tyle że nas raczej nie bardzo było stać na cokolwiek z egzotycznych  rzeczy. Już banan czy mandarynka raz na jakiś czas to było łał,a co dopiero jakieś mleka kokosowe, czy ananasy, panie. 

Dopiero odkąd tu w Belgii mieszkam, mam możliwość kupowania i smakowania najdziwniejszych rzeczy z całego świata. Nie twierdzę, że w Polsce nie ma możliwości - żebyśmy się źle nie zrozumieli - JA KIEDYŚ nie miałam możliwości, bo najpierw nie było nic, a potem nie było mnie stać, bo żyłam w ubóstwie. Choć kiedyś (badzo niedawno) zauważyłam, że ludzie z Polski pytali się laski pokazujacej jakiś przepis z awokado, jak rozpoznać dobre awokado w sklepie, co mnie lekko zdziwiło, bo ja po prostu idę do sklepu i ładuję awokado do koszyka i jeszcze nie trafiłam ani razu na jakieś złe. Jak potrzebuję je na już (teraz chcę jeść) biorę miękkie. Jak kupuje na zaś (na za dwa dni np) to biorę twarde i czekam aż zmięknie, by je użyc do czegoś. Nie wiem, czy mam farta, czy po prostu u nas jest to na tyle popularny towar, że większość jest po prostu dobra, świeża, nie zgnita... więc jednak pewnie są pewne róznice w dostepności, ale nie będę się wypowiadać nie mając pojęcia o polskim bieżącym rynku żywności. Mogę rzec, że u nas wybór warzyw i owoców, czy różnych  gotowych produktów i półproduktów z całego świata  jest ogromny dziś nawet w zwykłych marketach, a mamy jeszcze łatwo dostępnę sklepy marokańskie, indyjskie, azjatyckie itd itd. Mamy też w zasięgu najróżniejsze restauracje, gdzie można pojść na degustację dobrze przyrzadzonych potraw z róznych stron globu. I to jest dla mnie na prawdę niesamowite. Często zapominamy, jakiego mamy farta, że możemy tego wszystkiego smakować, doświadczać, kupować, gotować, bo przecież kiedyś wszyscy jedli w niedzielę rosół i schabowy, a w poniedziałek pomidorową z tego rosołu. Dalej były pierogi, mielone, bigos i grochówka. Wszystko smaczne, nie powiem, że nie, ale wybór był ograniczony do tego, co dostępne było w naszym kraju w danej porze roku. A dziś żyjemy w raju. W sklepach jest tyle różności i mamy internet, dzięki któremu możemy przyrządzić z powodzenie dowolną potrawę z dowolnej części świata we własnej kuchni niemal pod okiem kucharza z danego kraju gadającego do nas z ekranu.

I ja se to właśnie uświadomiłam, że tyle pyszności ostatnio jadłam, tyle nowych rzeczy ostanimi laty skosztowałam no i że tak bardzo w ostatnum czasy zmieniła się moja dieta i moja kuchnia. 

Zniknęło z niej prawie (no, w dużej mierze) mięso, pojawiło się mnóswto nieznanych mi wcześniej warzyw, owoców i przypraw. Myślę, że to są bardzo dobre zmiany, ale czas pokaże... Jaram się tym, że mam dostęp do kuchni całego świata i do tego wszystkiego dobra. To jest radość wielka.

No ale dobra, dość tego chrzanienia. Pora się zająć czymś pożytecznym.

Na koniec jeszcze trochę migawek z Gent.












gołąb czeka na kelnera xD









17 lipca 2026

Szkoła alternatywna, czyli jak ustawić życie dziecku. Wywiad z Młodym.

Nasz Młody w wieku 11 lat poszedł do szkoły średniej. Przez pierwsze dwa lata chodził do szkoły technicznej w naszej gminie, ale uznaliśmy, że to nie jest kierunek dla niego i zaczęliśmy się rozglądać za inną szkołą. W internecie trafiliśmy przypadkiem na szkołę nowatorską, alternatywną, która niestety dosyć daleko od nas się znajduje. Młody jednak z wielką uwagą obejrzał wideo informacyjne, po czym wykrzyknął
CHCĘ CHODZIĆ DO TEJ SZKOŁY! 
JAK MNIE PRZYJMĄ, TO JUŻ MAM USTAWIONE ŻYCIE!

Wysłaliśmy zgłoszenie i okazało się, że były wolne miejsca i go przyjęli. Właśnie zakończył rok nauki w tej placówce, a ja postanowiłam wypytać się go, czy faktycznie czuje się ustawiony i ogólnie, jak to jest uczyć się w szkole alternatywnej. 

Przeprowadziłam wywiad z własnym synem.
 
Nie mam zgody syna na publikację nagrania, ale zapis rozmowy mogę opublikować. Na kanale na Youtube opowiadam swoimi słowami, czego się dowiedziałam od syna i co ogólnie wiem już o tej szkole. Polecam obejrzeć jako uzupełnienie tego wywiadu (jeśli można to tak w ogóle nazywać).




W tamtym roku powiedziałeś, że jak przyjmą cię do tej middelbare school - szkoły sredniej, to masz już ustawione życie. No i przyjęli cię. Jesteśmy rok dalej. No i co, czujesz się ustawiony? 


 (śmiech) No w miarę.  Jeśli idzie o życie szkolne to teraz  jest git, bo po szkole to wciąż nie mam pojęcia, co  będę robił.



Dwa lata chodziłeś do innej szkoły średniej. Czy była to zła szkoła? Dlaczego postanowiłes szukać innej? 


Szkoła dobra, ale nie podobał mi się ten richting (kierunek). Plusy to nauczyciele fajni i w ogóle, fajna szkoła, tylko ten richting w sumie.



Co zobaczyłeś rok temu na tej stronie tej nowej szkoły takiego, że pomyślałeś - to jest zajebista szkoła, tam chce się uczyć?


Że inny system. Pomyślałem, że jak inny system, to też inni ludzie… że też może autystyczni i w ogóle neuroróżnorodni... no i w sumie trochę tak jest.



Jakie jest motto i zarazem główne filary tej szkoły. Co to znaczy tak po ludzku.

"Met goesting, met doel, met elkaar". Met elkaar znaczy że razem robisz wszystko np challenge's robisz razem, pomagasz innym. Met een doel żeby mieć doel (cel) i go realizować. Met goesting, żeby mieć strukrurę i dobry planing - żeby nie było  za dużo ani mało, aby to zrealizować.



Starą szkołę miałeś zaledwie 5 km od domu i ja pamiętam, że często narzekałeś, że to za daleko by jechać tam rowerem i czasem brałeś autobus, ale też narzekałeś, nie chciało ci się wstawać rano i wychodzić z domu. (śmiech) Dziś masz do szkoły jakieś 40 kilometrów, jedziesz prawie 5km na dworzec, potem 30 pociągiem i znowu 5 km rowerem, a wieczorem w drugą stronę to samo i ja ani razu nie słyszałam, byś narzekał. Co sprawia, że 40 km jest łatwiej pokonać niż 5? Co to za magia? 


Bo rower jest elektryczny, więc łatwo jest i mam perfekcyjnie na czas pociąg, że przyjeżdżam do szkoły akurat i zaraz za 15 minut zaczynamy, no i z powrotem też od razu pociąg i nie trzeba czekać... No czasem czekam godzinę, ale mi nie przeszkadza…

(Jednak magia).

Powiedz jeszcze ludziom jak wygląda budynek tej szkoły, tak wizualnie, bo ja widziałam zarówno starą jak i nową i mnie lekko zdziwko szarpnęło… Ja myślę, że w Polsce to by rodzice się nie zgodzili dzieci do takiego budynku w ogóle wpuszczać. (śmiech) Tu coś obdarte, tam coś pęknięte, w nowej brakuje drzwi, dziury w ścianach pozabijane dechami… Myślisz, że to normalne, że tak normalna szkoła powinna wygladać?

Nie wiem, mnie to nie przeszkadza. Nie zwracam w ogóle na to uwagi.

Dlaczego zatem ludzie chodzą do tej szkoły?

Bo nie ma straf(fów) - kar. Nie ma strafstudie (zostawania po kozie).

Ale że co, można robić co się chce? 

No w sumie nie… Tam mówili, że jak w poprzednim roku ziomek jakiś był, co miał zapalniczkę i spray to wywalili go ze szkoły. 

Czy ludzie jakoś gorzej się zachowują niż w innych szkołach? Bardziej niegrzecznie?

Czasami tak, ale nie ma raczej dużo pesterij (dokuczania), nikt się też z nikim nie bije, ale czasem niszczą rzeczy...

No i co wtedy?

Veerle (dyrektorka) z nimi rozmawia… Ale ogólnie to większość ludzi przestrzega regulaminu, tylko są takie osoby, które po prostu mają wywalone na wszystko i na nich nic nie działa, ich nic nie obchodzi.. Wyrzucą ich to ich wyrzucą. 



Z innej beczki... Pamiętasz jeszcze pierwszy dzień? Jakie wrażenia były? 

Niezbyt, ale miałem pozytywne nastawienie… Na początku w pierwszy dzień to głównie z nauczycielami rozmawiałem…
Tam było fajnie namalowane na polu na tych ścianach różne zwierzęta, rysunki, które uczniowie namalowali...

Co ci się od razu spodobało w tej szkole?

Eigen werktijd, (nauka samodzielna) że samemu wybierasz, nad czym chcesz pracować, że wybierasz sesje z nideerlanddzkiego keidy są i w ogóle.  No i coach'e są mili, pomocni


Co było najbardziej odjechane dla ciebie? W którym momencie pomyślałeś ja pierdzielę...?

Te honderddaagse (sto dni do końca szkoły szóstoklasistów), gdy każdy (szóstoklasista i coachy) był przebrany za coś na pierwsze litery imienia i nazwiska no ktoś był przebrany za theezakje (torebka herbaty) Griekse god (bóg grecki) i wszędzie były balony, liny po całej szkole i trzeba było pod tym przechodzić, po całej podłodze jakieś papierki, z krzeseł w salach wszędzie piramidy… To było takie głupie, ale śmieszne i w sumie fajne.

Czy to prawda, że w tej szkole nie macie dzwonków? 

No nie ma. Każdy wie, kto ma jaką sesję, ale nauczyciele przychodzą też nam powiedzieć, że pauza się skończyła.

W tej szkole do nauczycieli mówicie po imieniu. Czy nie masz uczucia, że mówienie po imieniu nie powoduje, że jakoś mniej się  szanuje coacha czy experta, że się ich olewa…?

No nie, no właśnie bardziej się szanuje, bo się traktuje ich jak przyjaciół, a nie jak kogoś, co ci daje zadania. 

Ale nie obserwujesz, że ludzie wtedy myślą, że skoro to kolega, to nie będę go słuchać i robią co chcą, lekceważą?

No nie. Ci którzy tak robią, którzy olewają wszystko, to do nauczycieli nadal mówią “mevrouw” “meneer” (pani, pan)

Plan lekcji ustalacie sobie sami w każdy weekend na najbliższy tydzień i w specjalnej elektronicznej szkolnej agendzie, A jak to jest z waszym planem lekcji. Jak to sam sobie ustalasz? Skąd wiesz, co masz sobie zaplanować na dany dzień?

Po prostu sesje są wszystkie w agendzie i te, na które musisz pójśc mają dwa wykrzykniki i na tę musisz iść. Jak masz jeden wykrzyknik to też musisz iść, ale możesz wybrać kiedy, bo jest więcej terminów. Przy tej sesji na którą nie idziesz, musisz zaznaczyć w agendzie (elektronicznej) “NIE” i zaplanować se co innego.

A jak to jest rozplanowane w tygodniu? Ile jest eigenwerktijd (praca samodzielna) a ile sesji?

Różnie. Są dni, że masz tylko eigenwerktijd, a są dni, gdzie są same sesje, ale to jest różnie. Ale ogólnie to co tydzien jest tak samo. Sesje są w stałych dniach i godzinach. Np jak masz w poniedziałek o 10 matematykę to tak jest co tydzień. 

W waszej szkole nie ma podziału na klasy, tylko na grupy coachingowe. Co to są?

Tak, te grupy są tworzone z całego stopnia, czyli z dwóch klas losowo bez podziału na kierunki i roczniki. Tyle że na początku roku każdy może zgłosić z kim chce być w grupie. 

Ty chodzisz na humane wetenschappen, czyli nauki społeczne, a jakie są jeszcze inne kierunki w tej szkole? 

Ekonomia, łacina, zarządzanie…

I wszyscy są razem wymieszani w grupach? Po ile osób jest w grupach?

Tak. Jest po 15 uczniów i chyba około 6 grup na stopień.

A coach to odpowiednik wychowawcy w normalnej szkole?

No tak.

Jakie masz przedmioty?

Jak w innych szkołach: francuski, niderlandzki, angielski, matematyka, sport, wetenschappen (*nauki: biologia, chemia, fizyka w jednym).
Ale nie mamy geografii ani historii jako lekcji. Na geografię trzeba było zrobić 2 challenge, czyli np o jakimś kraju, ale sesji nie ma. Tak samo historia, ale tu już trzeba co rok zrobić super duży challenge, nad którym pracujesz cały rok albo przynajmniej pół roku. Na początku roku gościu ci daje całą listę, z której możesz wybrać jeden temat do przygotowania. I trzeba z każdej domeny, np historyczna, ekonomiczna etc coś zrobic w tym challengu.

A jak za mało zrobisz?

To trzeba jeszcze robić jakiś mini challenge albo na następny rok zrobić jeszcze więcej.

A i nie ma wystarczająco sesji wetenschappen, więc biologię robi się jakby samemu. Masz taki leerpad (ścieżkę edukacyjną), to też w internecie, i co tydzień dostajesz zadania, które samemu musisz zrobić w książce, a potem po miesiącu masz z tego test.


Czy macie normalnie podręczniki do wszystkiego?

Tak, do wszystkiego z czego są sesje, mamy podręczniki. Ale do geografii i historii np nie mamy, bo robimy challenge’s.

Jak wygląda przeciętny dzień w twojej szkole? 

Zaczynamy o 9 od kring (poranny krąg) i wtedy jest actua ( “prasówka) . Jedno zdarzenie trzeba wybrać na wiadomościach i to jakoś połączyć z voortgangsmonitor (monitorem postępów - jakimiś celami edukacyjnymi). Każdy robi to raz na miesiąc czy raz na 2 miesiące, czy jakos tak.

Monitor postępów to strona, gdzie wypisane są wszystkie cele edukacyjne na dany graad (stopień - każdy graad to 2 lata, 2 klasy) i każdy uczeń zaznacza tam swoje postępy w danym temacie. Nauczyciele to kontrolują i też odnotowują progres ucznia. Actua to jeden z wielu sposobów na postęp w drodze do danego celu edukacyjnego. Pozostałe sposoby to np testy, prezentacje, challenge’s, zadania praktyczne.

A dla innych też się liczy jak uczestniczą w tym aktua, czy tylko dla tego, co prezentuje?

Inni też mogą dać do voortgansmonitor w trakcie coachgesprek i też dostaną voortgang - trochę mniej niż ten co opowiadał, ale też coś.
Po skończeniu actua omawia się jeszcze bieżące sprawy. (jak na lekcji wychowawczej)

Macie też avondkring (wieczorny krąg)

Tak wtedy jest często deelmoment, czyli prezentacja challengu. 


*) Challenge to taki większy projekt tematyczny samodzielnie lub w grupach przygotowywany.

Pomiędzy kringami są sesje oraz eigenwerktijd.


 Co to jest coachgesprek?

Każdy ma listę i ma zanotowane… przed coachgespreek patrzysz na claasroom, na challenge, notujesz rzeczy co musisz jeszcze zrobić. Patrzysz czy agenda jest ok czy challenge jest okej i piszesz to w dokumencie i na następną rozmowę musisz mieć to zrobione, no chyba że napiszesz, że np za pięć coachgespreków to wtedy za 5 musi być np challenge skończony Ale gada się też jak jest w szkole, czy wszystko jest okej, czy nie ma się problemów z czymś albo z kimś. 

Czyli, reasumując, na rozmowie z kołczema omawia się postępy i planuje się i masz to wykonać?

Tak, w ogóle coach pomaga też z challengami, z uczeniem się.

Ile macie przerw? 

Są dwie krótkie przed południem, ale tylko jedną można wybrać, bo np na jedną nie możesz pójść to idziesz na drugą. Jedna jest o 10.30, druga o 11.30. Ale w sumie to prawie wszyscy biorą obydwie, bo nikt tego za bardzo nie kontroluje (śmiech). W agandzie powiesz, że nie, ale pójdziesz na pauze i co.
Południowa jest od 12.30 do 13.30 i potem znowu krótka o 14.30 i o 15.30 kring.

Co robicie najczęściej na przerwach? 

Można brać piłki, pokopać, posiedzieć na polu, pogadać, różne tam rzeczy. Na middagpause (w południe) można też być w środku. Są różne gry, można pogadać, porysować...

A co to jest ten eigen werktijd (czas samodzielnej pracy) i jak to wygląda?

Każdy graad ma swoje piętro teraz i każdy graad ma swoją salę do pracy. To jest duża sala, gdzie każdy uczy się sam w ciszy z podręcznikiem i laptopem. Gdy masz w planingu eigen werktijd idziesz do tej sali i pracujesz samodzielnie. Niektórzy inni uczniowie są wtedy na sesjach.

Czy podczas tej pracy samodzielnej w sali zawsze jest nauczyciel?

Jasne, bo inaczej... (śmiech)

...Małpi gaj...?

Taaak.

A można się tego nauczyciela o coś pytać, jak się nie rozumie albo ma z czymś problem?

Tak. KAŻDEGO się można o wszystko pytać zawsze. Wszyscy nauczyciele ci pomagają.

W tym roku był już całkowity zakaz używania telefonów. Nie brakuje wam                 telefonów?

Nie wiem, mnie to nie przeszkadza. 

W tej szkole nie macie ocen ani punktów. Co cię motywuje zatem do nauki,             odrabiania zadań. 

Przy testach piszą czy dobrze, źle, in orde (w porządku). Mamy voortgangs monitor i tu nawet lepiej widać niż przy zwykłych punktach np przy francuskim, matematyce, biologii, bo od razu pisze jaki voortgang z czego możesz zrobić (jak cel edukacyjny realizujesz). I to jest (każdy cel edukacyjny) na 5 części podzielone i masz: starter, że już zacząłeś, op weg, że juz git, troche lepiej; gevoordered, że już dobrze, i competent, że już wystarczająco, no i do konca graada czyli jeszcze do następnego roku, który teraz będzie muszę mieć z wszystkiego competent. Jest jeszcze dalej expert, ale to nie trzeba mieć. I po takim teście czy challengu od razu wiesz, jaki masz progres z czego.

*)Cele edukacyjne są takie same jak we wszystkich innych szkołach. 


W internetach piszą, że uczniowie mają wiele do powiedzenia na temat organizacji zajęć i w ogóle szkoły. Jak to wygląda w praktyce? O czym decydują uczniowie?

Tak na każdym stopniu jest coachgroep każda grupa daje szkole  misje i medale, czyli przedstawia się rzeczy które są dobre i które są złe i co trzeba zmienić i jedna wyznaczona osoba z grupy idzie potem na zebranie rady szkoły, by przedstawić pomysły i uwagi. 

Czy uważasz, że to jest szkoła dla każdego, że każdy nastolatek by się w niej odnalazł?

Nie. Dla ludzi, którzy są zelfstandig (samodzielni to git), bo masz dużo eigenwerktijd. Ale jak sam nie możesz robić lekcji, nie potrafisz się uczyć, a potrzebujesz lekcji to słabo. Ale z drugiej strony w tej szkole dużo ludzi ci może pomóc.

Kto ci pomaga? 

Coach, expert, zorg...

Teraz wyobraź sobie, że od września musisz iść znowu do normalnej szkoły. Jak byś na to zareagował?

Słabo. Nie chciałbym wracać do normalnej szkoły.




Jeszcze raz przypominam o obejrzeniu video na moim kanale ;-)

Na koniec jeszcze taka uwaga na temat wtrącania wielu terminów po niderlandzku. My tak mówimy na co dzień. Znaczy mówiąc po polsku używamy wielu spolszczonych słów po niderlandzku. Czasem ja nawet nie wiem, jak coś jest po naszemu i trudno jest mi to na polski przetłumaczyć, by oddawało faktyczny sens.