Ciężka to pogoda dla ludzi mających problemy zdrowotne. Zwłaszcza, że utrzymuje się już od kilku dni. Ja też odczuwam ją jako ciężką. Czuję, że serce chwilami ma ciężko, ale z drugiej strony ja lubię jak jest ciepło i słonecznie i ta pogoda działa na mnie bardzo pozytywnie, nawet jak jest męcząca chwilami. Dziś wstałam o 4:30 żeby porowerować po okolicy, posłuchać śpiewu ptaków w okolicach lasu i popatrzeć na wschód słońca. Świat jest przepiękny latem przed wschodem słońca: normalni ludzie jeszcze śpią i jest święty spokój. Tylko ptaki świergoczą, koguty pieją, żaby rechoczą i koniki cykają.
Zdjęcia z tego poranka wrzucę na końcu... Teraz tylko to jedno.
| wschód słońca |
Trochę mniej radował mnie driehoekgesprek (rodzaj wywiadówki), na który musiałam się udać tuż po południu, przy pełnej lampie.
Małżonek zawiózł mnie na pobliski dworzec, bo w planach miałam odebranie po powrocie roweru Młodej, który od kilku dni stał na dworcowym parkowisku rowerowym, po tym jak ta udała się na lotnisko transportem publicznym, a potem Małżonek ją z lotniska autem odebrał i rower został na dworcu. Nie wiedzieliśmy czy on tam w ogole jeszcze stoi, bo tu wciąż kradną na grandę rowery, a szczególnie jak zostawiasz na kilka dni, musisz się liczyć z tym, że po powrocie już roweru nie zastaniesz. Dlatego wielu ludzi ma specjalne rowery dworcowe, czyli stare rozklekotane rupiecie, których nie żal, gdy znikną, bo nawet stary rupieć może być czyimś łupem. Rower Młodej był... z tym, że bez baterii haha. I jeszcze ja wykazałam się wielką inteligencją i spostrzegawczością - nawet nie zauważyłam, że nie ma baterii, a gdy pstryknęłam przycisk i się nie załączyło, pomyślałam, że pewnie bateria się rozładowała, bo to stary rupieć i bateria trzymała bardzo krótko. Jednak dodać trzeba, że po blisko 10-kilometrowej przejażdżce w ten skwar mózg mi nie całkiem działał hehe.
Dopiero na drugi dzień zauważyłam, gdy Młoda powiedziała do mnie idącej do szopy, bym podłączyła Krowę, jak nazywamy ten rower... A tu zonk. Młoda się śmiała, że super i że trzeba złodziejowi na fb podziękować za zabranie tego toksycznego odpadu haha. Ale z drugiej strony to był akuratny rower do podjeżdżania na przystanek i dworzec dla Młodej, która często kiepsko i słabo się czuje, a bateria akurat starczała na takie podjazdy... No ale peszek. Teraz można jeździć, ale bez baterii. Ludzie to skurwysyny i tyle.
Do Mechelen pojechałam oczywiście pociągiem, a tam na dworcu wzięłam rower blue-bike i pokręciłam dalej pod szkołę Młodego, gdzie ten już na mnie czekał, bo w ogóle do domu nie wracał po lekcjach. Znaczy tego dnia to akurat dzień sportu mieli, ale mniejsza o szczegóły. W tamtą stronę pokręciłam fietsostradą, czyli rowerową autostradą, która od Dworca Centralnego do Dworca Nekker wiedzie w betonowym korycie. No zajebioza po prostu ani kawałka cienia, a te pobocza betonowe blokują ruch powietrza. Jak w krematorium dosłownie. Dalej już git, bo kawałkami cień, a nawet jak nie cień to pusta przestrzeń albo wioska, czyli przyjaźniejszy klimat. Tak czy siak to ponad 4 km w jedną stronę, a zwykły rower to jednak zwykły rower. W taki gorąc czuje się kazdy wysiłek po dziesiąciokroć. A powrót zaplanował mi Młody pokazując jaką trasę odkrył...
Już wolałałam tę rowerostradę - przynajmniej nie musiałam mieć oczu dookoła głowy haha.
Nie czuję się komfortowo w dużym ruchu ulicznym. Młody zasuwa jak mały samochodzik przez skrzyżowania, światła, pomiędzy autami, rowerami, hulajnogami pędzącymi z prędkosicią światła we wszystkich kierunkach, a ja stary zgred powoli kręcę, zatrzymując się przed kazdym skrzyżowaniem, przepuszczając wszystkie auta, rowery i pieszych... Za stara jestem na rowerowanie po miastach albo za wielki ze mnie wsiok.
W szkole mają ciurek z wodą pitną, gdzie mogłam napełnić swój bidon, za co wielce jestem wdzięczna. Wypiłam litr wody podczas tej awontury.
| ciurek z wodą pitną |
Na miejscu byliśmy pół godziny przed czasem. Młody właśnie prowadził mnie do kibla, bo nie pamiętałam, gdzie się znajduje, gdy natknęliśmy sie na jego kołczkę... Ta zapytała, czy chcemy wcześniej rozmawiać. Chcieliśmy. Potem ochrzaniła trochę Młodego za brak laptopa, no bo ten wyszedł z domu z myślą, że ma dzień sportu, więc po kij mu laptop... Zapomniał, że potem jest driehoekgesprek, który on ma prowadzić korzystając z laptopa. Nic to. Kołczka powiedziała ze dwa zdania. Młody coś tam dodał i tak odbyła się skrócona wersja tej zmyślnej wywiadówki.
Podsumowując w dwóch słowach, Młody dosyć długo uczył się zasad tego całkowicie nowego dla nas systemu szkolnego i zasad panujących w tej alternatywnej szkole. Gdy jednak już ogarnął, to dalej szło mu bardzo dobrze. Jedyna uwaga, jaką miała kołczka, to to by na drugi rok rozsądniej wybierał, koło kogo siada na zajęciach. Ma on bowiem dwóch zajebistych kumpli, ale problem z nimi jest taki, że to straszne wiercipięty, żartownisie i rozpraszacze. Młody zawsze z klasowymi klownami i największymi rozrabiakami przystaje, choć sam jest z natury raczej cichy, w miare spokojny i super wrażliwy. Nie że tam od razu aniołek, o nie nie... On rozsądnie raczej do życia podchodzi, co nie znaczy, że czasem nie przypali głupa.
Ponadto Młody postanowił, że od września znowu poziom wyżej (poziom liceum) chce spróbować. Kołczka odparła, że nie widzi problemu, tylko odradziła mu zwyższanie poziomu do trzech błyskawic (najwyższego) z majfy i nauk przyrodniczych. Dwie jest dla niego wystarczające, z czym się Młody zgodził. Niech próbuje. Jak się okazę za trudno, to zawsze może wrócić na niższy poziom (technikum). Cieszy nas, że jest ambitny i że chce mu się próbować.
Któregoś dnia mieli wolne od szkoły, to umówił się z jednym z w/w kumpli i pojechał do niego. Wieczorem wrócil uradowany, bo świetnie cały dzień sie bawili - trochę w parku, trochę koło domu. Kolega ma ponoć zajebisty dom. No ale mama jest lekarką... to szło się domyśleć, ze w szałasie nie mieszkają haha. Tatę też ma fajnego - jak stwierdził Młody - czekał na nich w domu z kanapkami, bo akurat z domu pracował. A ten kumpel też ma wysokie IQ (nawet wyższe niż Młody) i tak samo jak Młody przeskoczył klasę, więc świetnie się dogadują. Swój swojego znajdzie! Co ciekawe, nie raz Młody mówił, że wkurzył się na kolegę, bo jest irytujący i upierdliwy, a raz nawet ponoć dał mu w zęby, jak mu raz nerwa puściła... Wtedy nawet sie cykałam, że Młody będzie miał problemy, ale gdzie tam, chyba jeszcze bardziej się od tego czasu kumplują haha. Bo to jest właśnie taki kumpel, co to się z nim można pokłócić, a nawet po mordach dać, ale potem i tak się idzie razem konie kraść.
Dziś mieli prezentację swoich focusów w szkole. Pojechałam zobaczyć. Było jeszcze goręcej niż w środę. Mimo że tym razem swój elektryk zabrałam ze sobą, i tak było ciężko. Co chwilę się zatrzymywałam, by oddychnąć i napić się wody. Jak weszłam do szkoły, moja koszulka (i w ogóle całe ciało) była całkiem mokra od potu. Nie to, że tam jakieś plamy - po prostu jakby się kąpała w ubraniu. Co za pogoda, panie!
Obejrzałam focusy wszystkich uczniów. Okazało się, że Młody nie był jedynym fotografem przyrodniczym. Na czym poza tym fokusowali się uczniowie? Jeden ziomek hodował mrówki i zgłębiał ich tajemnice oraz entuzjastycznie mi o tym opowiedział. Jakaś dziewczyna robiła model muru berlińskiego i jakieś elementy z książek też zmajstrowała. Ktoś kinny robił biżuterię. Jeszcze inny uczył się gry na gitarze, a kolejny komponował utwory na skrzypce. Następni uczyli się języków (widziałam szwedzki i koreański). Niektórzy porobili prezentacje swoich focusów na laptopach, inni stworzyli fantastyczne rekwizyty. Dalej widziałam coś z mapą i flagami, podróże, modę, historię jakiejś firmy samolotowej która splajtowała i masę najdziwneijszych innych tematów i zainteresowań. To jest niesamowite. Każdy ma jakąś inną zajawkę i może drugiego zainspirować. Fajny to pomysł, by pozwolić w trakcie całego roku szkolnego w godzinach nauki poświęcać też czas na takie niezobowiązujące rzeczy. Bardzo mi się podobał ten targ focusów i w ogóle cały ten pomysł.
Jeszcze dwa dni szkoły i wreszcie zasłużone wakacje. Tak, w Belgii chodzi się do konca czerwca. W poniedziałek mają zaplanowane sprzątanie szkoły przed południem, a po południu zabawy nad wodą w pobliskim osrodku sportowo-rekreacyjnym. We wtorej już zwykłe pożegnanie i zajecia od 9 do 12.
Ja się umówiłam na następny tydzień na spotkanie w tym jednym zakładzie pracy chronionej - ogrodnictwo biologiczne. Bardzo jestem ciekawa, jak to wszystko tam wygląda i czy ma sens zaczynać tam ten kilkudniowy staż, bo się okazuje, że ten cały szumny staż to 5 dni miesięcznie można robić... No dobra. Zobaczymy. Mam już też umówioną wizytę w biurze pracy z jakims kolejnym ludziem... borzzze zielony... Teraz będą się zastanawiać czy mogę dostać zezwolenie na pracę w zakładzie pracy chronionej... Jeszcze chwilę i mnie pojebie z tym całym urzędem i ich pomocą. Tak latam od jednego do drugiego, od drugiego do szóstego i końca nie widać, ani pracy też nie... Pfff.
Małżonek z kolei dołączył do naszego domowego klubu zdechlaków, bo mu się serce zapaliło haha. Teraz se wszyscy ino leżymy całe dnie do góry wentylkami, a plebs niech na nas robi, o!
Lekarze mówią, że zapalenie mięśnia sercowego to nie są śmichy chichy, ale co człowiekowi pozostaje w tej sytuacji jak nie ironiczny śmiech...? Pogoda nie sprzyja powrotowi do zdrowia, ale z drugiej strony Małżonek się cieszy, że w taką pogodę nie musi pracować. Nawet nie chce sobie wyobrażać zakładania plastikowego kombinezonu i zapierdalania w tym całe dnie, gdy termometry pokazują 40 stopni i jest jak w tropikach. Farba wtedy schnie w oczach, więc jeszcze szybciej trzeba zapierdalać niż zwykle, bo inaczej mazaje powychodzą. No ale siedzenie całe dnie w gorącu to nadal nie jest dobra sprawa. Co jednak zrobisz? Powietrze nie ochłodzi się tylko dlatego, że ktoś tak chce. Małżonek chodzi ciągle uparcie na długie spacery, tyle że teraz po 20 wieczorem i/lub o szóstej rano, kiedy w miarę przyjemny chłodek się rozciąga wszędzie. Ogólnie czuje się jednak niecukierkowo... Upał jest nieznośny dla niego.
Mnie tylko przeraża trochę przyszłość. Kurde, jak to będzie dalej żyć...? Mam DOPIERO niecałe 50 lat, a już coraz gorzej znoszę upał... Młodsza przecież nie będę. No i raczej nie ma się co spodziewać, że kolejne lata będą chłodniejsze. Raczej wprost przeciwnie.
Z drugiej strony patrząc to i tak nie jest źle, jak na fakt że dopiero co niedawno miała raka i że terapia antyhormonalna sieje ciągle zamęt w moim organiźmie. Dałam rady objechać te 10 kilosów (w sumie to nawet 15 licząc jeszcze powrót ze stacji do domu, tyle że to już przez las) w ten nieludzki skwar. Potem byłam co prawda czerwona jak indyk, ale czułam się ogólnie dobrze jak na takie okoliczności. Piłam jednak bardzo dużo, a na dworcu jeszcze zimną matchę wysązyłam. Młody to nawet dwie wciągnął, bo jest już letnie menu w Madmun i maja teraz matcha strawberry cloud. Niebo w gębie w ten skwar.
Dziś już było gorzej. Serio mnie wyczerpała ta wycieczka do szkoły Młodego. Dziś jest piekarnik okropny. Wszystko już jest nagrzane na diabła. Nawet u nas w ogródku nie idzie siedzieć.
Zastanawiam się jak dziś starsi i schorowani ludzie znoszą te upały. Kurde, w tym tygodniu widzialam staruszków płci obojga (takich 80+) podjeżdżająccy pod sklepy swoimi samochodami i pomyślałam, że chyba ich porąbało. Gdzie to się pchać w taką pogodę na drogę, gdzie to samemu iść do sklepu... Z drugiej podziwiałam ich siłę i hart ducha, a z trzeciej z kolei przyszła myśl, że może oni nie mają na kogo liczyć. Może mieszkają sami i sami muszą sobie robić zakupy, dotrzeć do lekarza...? Takich ludzi wszak tu jest sporo. Niektórzy mieszkają samotnie w wielkich domach. Zwykle wtedy całe piętra stoją nieużywane, rolet nawet nikt nie poddnosi na dzień. Ale dopóki sobie radzą, to siedzą na swoim i jakoś żyją sobie powolutku...
Media podają, że domy opieki nie mają klimatyzacji. To ja nie wiem, jak oni tam wszyscy funkcjonują - i mieszkańcy takich placówek, i ich opiekunowie. Nie zazdroszczę.
Pozamykano niektóre szkoły, ale ludzie mówią, że niektóre dzieci w domu mają jeszcze gorzej, jeszcze goręcej. Z mieszanymi uczuciami czytałam rewelacje, że niektórzy mieszkańcy w Gandawie wynajęli pokoje hotelowe w swoim mieście, by móc się wyspać, bo w hotelach jest klima. Z Leuven donoszą znowu, że ludzie spędzają noce w samochodach elektrycznych z włączoną klimatyzacją. No i nie wiesz, czy się śmiać czy płakać. Wariactwo. Ten kraj nie jest absolutnie gotowy na takie upały ani w ogóle ekstremalną pogodę. Trąbili niby o tym już kilka lat, że taka pora się zbliża, ale nic nie zostało w żaden sposób przygotowane...
Jakiś - dosyć długi chyba - czas temu pisałam o tym, że Belgowie powycinali w pierony drzewa koło domów. Idziesz przez wieś i mało gdzie dostrzeżesz chocby jedno drzewo wyższe od domu albo w ogóle jakiekolwiek drzewo. Przy drogach, koło szkół, urzędów też drzewa są rzadkością. O krzakach nawet nie wspominam. Trawa wypicholona na kilka mm wszędzie. I wciąż wycina się drzewa, by zrobić kolejny parking, drogę, ścieżkę rowerową... Wykupuje się porolnicze działki by je zabudować apartementami koło których oczywiście nie ma drzew w planach, bo drzewa śmiecą, brudza samochody, bo ptaki na niech siadają i srają, bo robią cień, zasłaniają widok... I ja tu mówię o wsi, nie o mieście. Tak se z Małżonkeim ostatnio na ten temat dumaliśmy i stwierdziliśmy, że w niektórych miastach to kurde więcej jest zielonych terenów dostępnych dla ludzi niż w na wsi. Świat stoi na głowie.
U nas chcieli szpaler dębów wyciąć wzdłuż drogi głównej, bo jakiemuś idiocie (pewnie się z Brukseli nie dawno przeprowdaził na wieś, ale nienawidzi mieszkać na wsi) przeszkadzały żołędzie spadające na chodnik. Ludzie się jednak wnerwili i najpierw wyszli na ulicę i pogonili pracowników, którzy już z piłami szli, a potem zaczęli pisać petycje, dobijać się do wszystkich instytucji i właśnie przeczytałam w lokalnej gazetce, że dęby zostają. Nasza wieś jest upierdliwa haha. Wcześniej przez kilka lat chlali się o wiatraki, bo chcieli nieopodal postawić siedem, potem pięć, potem trzy potem choć jeden, ale wieś kazała im wszystkim iść w diabły. Znowu petcyje, protesty i nie będzie tu żadnych posranych wiatraków między domami. No ale szczegół.
Politycy mówią teraz nagle o zaopatrzeniu szkół, żłobków, domów opieki, prywatnych mieszkań w klimatyzatory. No i git, ale szkoda że nie pomyślą jednak o zasadzeniu drzew wszędzie i zmuszeniu plebsu do tego samego... Jakiś czas był fun z odkamienianiem podjazdów, parkingów etc, ale szybko się to ludziom znudziło, bo kto to widział, by trawę kosić przed domem. Najlepiej zalać betonem wszystko albo kostką założyć. Tu na wsi widzę, że co bardziej inteligentniejsi (inaczej) przed domem se plastikową trawę wyścielili. Co już jest dla mnie szczytem szczytów ludzkiej głupoty. Jakoś oststnio bardziej nie lubię ludzi niż zwykle...
No ale nic to. Ja świata nie zmienię, nie naprawię i nawet nie zamierzam próbować. Próbuję jakoś żyć i będę próbować nadal jakoś przetrwać.
Póki co se naszą wannę składaną wyniosłam do werandy i mogę się chłodzić... Świetny to wynalazek, jak się nie ma w domu wanny. My kupilimy to, by zimą sobie gorące relaksujące kąpiele czasem brać, gdyż w naszym domu jest tylko prysznic. Ale na lato też akuratna. To się składa i można postawić za drzwiami w łazience np jak u nas. Wczoraj se siedziałam do 22.30 w wannie czekając aż kury łaskawie pójdą do kurników. One nie chcą wchodzić, bo jest gorąco całe dnie, to leżą pod drzewem, a wieczorami, jak się schładza, nadrabiają grzebanie i łażenie....
| moja wanna ;-) |
A dalej już wschód słońca...





























