3 grudnia 2021

Rak piersi… nowa przygoda rozpoczęta

 Spora część minionego tygodnia kręciła się wokół zdrowia. 


W poniedziałek poszłam do lekarza rodzinnego w sprawie wspomnianych w poprzednich 2 wpisach wyników badań cycków, które stwierdziły u mnie raka piersi…

Jak wielokrotnie już na tym blogu wspominałam, mnie już raczej nie wiele rzeczy jest w stanie zszokować, czy choćby zdziwić. Zatem i ta diagnoza jakoś specjalnie wielkich emocji we mnie nie wywołuje. A z reakcji niektórych znajomych domyślam się, że powinno to na mnie zrobić piorunujące wrażenie, przerazić, zmartwić i w ogóle powinnam leżeć i kwiczeć czekając na koniec świata. Tyle tylko, że ja nie jestem normalna i u mnie nic prawie nie działa, jak u normalsów. Toteż póki co nie sram żarem, nie wpadam panikę ani się niczym nie martwię. Poczekam, popatrzę, zrozumiem więcej… Co ma być, to i tak będzie, a wyżej dupy nie podskoczę. 

Cieszę się tylko, że skoro już mam tego raka, to dobrze że w Belgii a nie w takiej np Polsce.

Rodzinny powiedział, że po otrzymaniu wyników od razu skontaktował się ze specjalistą i omówił z grubsza mój przypadek. Po czym orzekł, że rak piersi tak wcześnie wykryty zwykle daje duże szanse na wyleczenie. Powiedział, że zadzwoni do szpitala i umówi mnie na badania, bo jak on zadzwoni to będzie szybko. Choć, jak chcę, to mogę sobie sama dzwonić, ale wówczas czas oczekiwania będzie o wiele dłuższy. 

We wtorek rano, gdy akurat byłam w drodze do pracy, zadzwonił doktor, by poinformować mnie, iż pierwszą wizytę w szpitalu mam w środę rano i że mam sobie wziąć książkę, bo pewnie spędzę tam kilka godzin.

We wtorek po południu pojechałam z kolei do UZ Brussel (Szpital Uniwersytecki w Brukseli) z Młodym na wizytę u pulmonologa w sprawie jego alergii. Młody jak to Młody jak zwykle wykazał się swoją epickością i rozbawił zarówno mnie jak i personel szpitalny. Pani doktor dała mu bowiem skierowanie na badania krwi i poszliśmy. Młody nigdy nie miał badań krwi i był trochę zestresowany. Nie panikował jednak. Pielęgniarki nas zawołały i kazały Młodemu położyć się na łóżku. Po czym wyjaśniły mu, co będą robić i zaczęły go zagadywać. Zobaczywszy, że ma koszulkę i maskę z Minecrafta, poszły w temat gier. Młody leży, odpowiada, aż w końcu przerywając zdecydowanie wypowiedź pielęgniarki pyta z wyraźną niecierpliwością „Długo to jeszcze będzie trwało?! Bo mnie to boli!”. Pielęgniarka mówi, że już prawie, po czym poluzowawszy mu ucisk na ramieniu pyta, czy teraz lepiej. - No! - wykrzykuje Młody - Dużo lepiej! Uf! 

W tym momencie już nie dały rady powstrzymać uśmiechu, bo to zabrzmiało jakby jakiś celebryta zwracał się do jakiejś tam sekretarki. Nie było to jednak bezczelne czy chamskie, ale bardzo stanowcze. Uwielbiam go, tego mojego Legendarnego Dziewięciolatka. Stwierdził, że badanie krwi nie jest zbyt fajne, ale też nie jakieś straszne. Do domu wracaliśmy autobusem w godzinach szczytu. Tłum nastolatków wracających ze szkół mało Młodego nie spłaszczył. Na szczęście po kilku przystankach trochę się poluźniło i udało nam się usiąść. Czekając na autobus nauczyłam Młodego nowej zabawy. Czytanie rejestracji przejeżdżających samochodów i szybkie układanie zdań ze słowami zaczynającymi się na litery znajdujące się na tablicach rejestracyjnych. Młody uznał to za najlepszą zabawę słowną, o jakiej dotąd słyszał. Śmialiśmy się przy tym jak wariaci, bo przecież było mnóstwo „pierdzenia” „smarków” a i „dupa” się czasem trafiała w naszych bezsensownych zdaniach. 

W środę rano najpierw spotkałam się z pielęgniarką, która opowiadała mi szczegółowo cały proces od wykrycia raka, poprzez kolejne badania, aż po operację i dalszą terapię ilustrując swoją wypowiedź schematami i rysunkami na papierze. Słowem, tłumaczyła jak dziecku, co bardzo mi się podobało, bo łatwiej sobie te wszystkie jakże istotne informacje we łbie uporządkować i zapamiętać. Poinformowała mnie, że tego dnia sprawdzą, czy nie ma przerzutów w inne miejsca, do czego potrzeba kilku badań: rentgen płuc, USG wątroby, skan kości po podaniu radioaktywnej substancji i MRI cycków.

 Potem powiedziała, że idziemy poznać doktora, który będzie się mną zajmował. I poszliśmy gabinet dalej. Doktorem jest bardzo sympatyczny gość. Zadał kilka pytań, powiedział parę słów, po czym otrzymałam rozpiskę badań na ten dzień i wyruszyłam na wycieczkę po szpitalu. Na kartce miałam napisane godziny badań i numer działu. Trochę łażenia było.

Dobrze, że już mam nieźle obcykane, jak się szuka poszczególnych tras po niekończących się labiryntach belgijskich szpitali. Nawet udało mi się trochę pozmieniać harmonogram, bo okazało się, że czasem wystarczy pójść do okienka i spytać, by załatwić dane badanie godzinę wcześniej.  Z innym sami zaproponowali godzinę wcześniej, bo lekarz później nie mógł, a jakiś pacjent może być o innym czasie zbadany. Pielęgniarkę zdziwko szarpnęło, że tak szybko wróciłam do „kliniki piersi”. Uśmiała się, że szybka jestem i zabrała się za sprawdzanie wyników badań. 

Badania nic podejrzanego nie wykazały.  Na dzień dzisiejszy nie widać żadnych przerzutów, co jest świetną informacją. Po czym poinformowała mnie, że w piątek, czyli dziś mam się tam stawić na rozmowę, w celu omówienia szczegółów operacji, która odbędzie się za tydzień. Wyniki badań z laboratorium stwierdzają, że mój guz jest wrażliwy na hormony, co jest kolejną świetną informacją, bo oznacza że będzie możliwa terapia hormonalna, co z kolei oznacza, że być może chemioterapia nie będzie potrzebna. Jednak to czas pokaże. Póki co czekam na operację.

W poniedziałek polecę do rodzinnego, żeby wypełnił mi szpitalne ankiety, w środę mam pojechać zrobić test na covid, w czwartek mam jeszcze jakieś jedne badania i w końcu w piątek z rańca mam się zameldować w szpitalu na operację. Powiedzieli „jeden raz spać”, czyli w sobotę koło południa powinnam już być w drodze do domu po operacji.

Teraz tylko jeden stresujący element. W klasie Młodego dwóch delikwentów ma koronę. Jak Młody przyniósł tego wirusa do domu, to może to skomplikować całą sytuację… Mówię mu jednak, by nie brał niczego ze szkoły, a jak wziął, to niech im odniesie z powrotem, bo ja nie mam teraz czasu na jakiś kurwa głupi covid.

W poniedziałek się zapytam jeszcze rodzinnego, co myśli na ten temat.

A jeszcze ten cały popierdolony paszport covidowy podniósł mi tak ciśnienie, że jakbym spotkała tego pojebańca, który to wymyślił, to ręka noga mózg na ścianie. KURWA!

Jak już to pierdolce wymyślili, to czemu do chuja jebanego normalnie tego każdemu nie wysłali po tym pierdolonym szczepieniu?! 

Mnie chyba zwyczajnie jakimś cudownym fartem udało się zainstalować itsme i pobrać certyfikat na telefon. 

Jakiś czas temu chciałam to samo zrobić dla Najstarszej, ale chuja z tego wyszło. 

Wczoraj Młoda stwierdziła, że chce dziś ze mną pojechać do szpitala. Spoko. Tylko ten covidsafe pobierzemy i już. Pyk. Otwieram stronę rządową od zdrowia. Pyk. Loguję się przez moje itsme. I zonk. Okazuje się, że w systemie widnieje tylko i wyłącznie Młody jako moje dziecko. No Najstarsza okej, jest pełnoletnia, to wiadomo, może już nie być jako dziecko. Ale Młoda? W systemie rządowym w profilu naszej rodziny Młody jest moim synem i synem Małżonka, a Dziewczyny widnieją jako pasierbice Małżonka, ale nie jako moje dzieci. Jaja jak berety! Młode rżą, że okazuje się, że żyły w błędzie, bo wychodzi na to, że tak na prawdę nie mają rodziców. Pójdę do gminy to wyjaśnić, bo niby Duże są stare, ale nie wiadomo jakie mogą być konsekwencje tego błędu. Co za burdel! 

No ale dobra. Ja nie mogę pobrać certyfikatu Młodej, bo w systemie nie jest moją córką. Mąż nie może pobrać, bo faktycznie nie jest jego córką. Młoda nie jest pełnoketnia więc nie może mieć itsme a do apki covidsafe potrzebuje się zalogować przez itsme rodzica, którego nie ma, bo wg systemu jest sierotą haha. Bądź tu mądry. W końcu wyczytałam, że niepełnoletni może pobrać sobie certyfikat w pdf logując się ze swojego dowodu za pomocą czytnika. Panie, udało się! Od razu dla Najstarszej żeśmy pyknęli i obydwa popieprzone certyfikaty wydrukowali.

Tja. A w szpitalu się okazało, że te papierowe są praktycznie niezczytywalne przez apkę do sprawdzania covidsafe. Na litość grzyba! 

Na szczęście w recepcji był jeden młody szkut, który odkrył, że jak pod samą żarówkę się wsadzi ten kod to wtedy tablet czy telefon go widzi. I tym oto sposobnym chytrem udało się Młodej wbić ze mną do szpitala dziś. Uwierzcie mi jednak, że ten rak mnie o wiele mniej nerwów kosztuje niż tego typu pierdolenie. 

Młoda ma w przyszłym tygodniu urodziny. Mam zamiar zdążyć zrobić na ten dzień sałatkę jarzynową (choć rozważam też zamówienie sushi a sałatkę jutro, bo mam smaka po prostu), czaderski tort i wyjebaną w kosmos dekorację domu. Prawie wszystko mam gotowe w głowie. Wystarczy to sprytnie wepchnąć pomiędzy pracę i latanie po doktorach i powinno się udać. 

Jutro jeszcze mam jechać kupić specjalny biustonosz pooperacyjny, bo pielęgniarka dała mi namiary na sklep i już się umówiłam. No i jeszcze z Najstarszą do dietetyka muszę skoczyć na pierwszą wizytę i przy okazji odwołać wizytę Młodego, bo za tydzień raczej nie dam rady być w dwóch miejscach jednocześnie.