7 czerwca 2026

Zmęczył mnie ten tydzień

 Ostatnie dni dosyć, że tam powiem, ciekawe były. Zdaje mi się, że ten tydzień miał jakby więcej dni i godzin, bo więcej niż zwykle się wokół mnie działo i więcej rzeczy zdązyło mnie wnerwić haha.

Zaczęłam tydzień od wizyty w naszej przychodni, gdzie jakiś młody sympatyczny lekarz, którego pierwszy raz na oczy żeśmy widziały, wypełnił najstarszej dokumenty do FOD-u. Tego samego dnia dosłałałam tam jeszcze skany dokumentów z poradni CLB z czasów szkolnych, które uznałam za ważne w kwestii ewentualnego uznania niepełnosprawności. Teraz trzeba będzie czekać diabli wiedzą ile na jakiś ruch FOD-u.  Następnym krokiem powinno być zaproszenie córki na spotkanie z orzecznikiem czy czymś w tym rodzaju. Młoda już czeka od kilku miesięcy i nic na razie z tego nie wynikło. Nie da się też sprawdzić statusu sprawy online. Nic tam się nie zmienia. Zatem trzeba czekać po prostu. Młodej nie długo kończy się zasiłek i teoretycznie już powinni ją zawezwać na rozmowę, ale nic na razie nie przyszło. Oby się tylko nie okazało znowu, że cholerna poczta strajkuje czy że zgubili list, czego niestety w tym kraju można się spodziewać. List do Najstarszej z wezwaniem do przesłania formularzy przez rodzinnego przyszedł np z ponad 2-tygodniowym opóźnieniem i zostało tylko kilka dni na spotkanie z rodzinnym, gdy na wizytę czeka się co najmniej miesiąc. Dodzwoniłam się do FOD-u w ostatnim dniu i baba niby powiedziała, że daje nam dodatkowy miesiąc, ale skąd możesz wiedzieć, że faktycznie tak się stało, jak tego nie widać w dossier online... U nas tego ty[u dokumenty wysyłane są zwykłymi listami, nie poleconymi, jak to dawniej np w Polszy bywało...

Te procedury są wielce irytujące. Człowiek chce wiedzieć, na czym stoi. Przedłużą ci zasiłek? Uznają oficjalnie twoją niepełnosprawność? Chcesz to wiedzieć, by jakoś dalej życie planować. Obecna nasza sytuacja - zarówno moja, jak córek - jest jedną wielką niewiadomą. 

Ja właśnie otrzymałam zaproszenie do orzecznika z Funduszu Zdrowia i znów się głowię, jak mam się tam dostać. Nie wiem, kto w ogóle wymyślił, by umiejscowić tę placówkę w jakimś totalnym wypizdowie, gdzie psy dupami szczekają a wrony nawracają, bo nawet nasrać się nie opłaci. Nie wiem, jak dostają się tam chorzy, którzy mają problem z poruszaniem się... Od stacji stosunkowo daleko. Miejsca parkingowego praktycznie brak. Rowerem czy skuterem to jest lekki hardcore - mnie w każdym razie przeraża droga i w ogóle cała okolica, gdzie owo biuro się znajduje.  Pomijając już nawet wszechobecny syf (całe wory ze śmieciami na poboczach dróg itp) to tam jest wiecznie coś rozkopane, a ulica bardzo ruchliwa, skrzyżowanie, zjadzj z autostrady, przeto przedostawanie się na miejsce jest ogromnie stresujące. I w ogóle jak przyjdziesz za wczasu to kiblujesz przed budynkiem na asfalcie, bo tam nic nie ma, żeby gdzieś zajść, usiąść, czy choćby na stojaka przycupnąć pod zadaszeniem, gdy pada czy żar z nieba się leje. Raz siedziałam godzinę pod jakimś opuszczonym garażem.... Żenada do entej potęgi. Okropnie się zawsze stresuję tymi wizytami nie z powodu samych spotkań z tzw lekarzem, bo to mnie ani grzeje, ani ziębi, ale ta droga mnie przeraża zwyczajnie. To ponad 20 km rowerem a komunikacją przesiadki na jakies autobusy, na które w tym kraju w ogóle liczyć nie można, więc trzeba godzinę wcześniej co najmniej się wybrać, a potem stać pod drzwiami jak debil, gdy autobus na złość przybędzie na czas.

We wtorek odebrałam kolejny Decapeptyl.  Już wieczorem mnie zlagowało, a tu na następny dzień znowu miałam spotkanie z tą całą kołczką cudotwórczynią,  co to ma cud sprawić i znaleźć dla mnie miejsce na rynku pracy... To są jej własne słowa, że "spróbuje sprawić cud". Jak bum-cyk-cyk, nie cyganię. Co tylko jeszcze większe zwątpienie we mnie wzbudziło co do tego typu "pomocy" i "usług" za ciężkie pieniądze podatników, bo jak ja idę do urzędu po poradę i wsparcie, to oczekuję, że oni tam w przeciwieństwie do mnie twardo stąpają po ziemi i że na rzeczywistych faktach i konkretnych realiach swoją pomoc opierają, a nie swojej wybujałej fantazji  i że radośnie o cudach i czarach-marach prawić ci będą... Laska jest w ogóle typiarą z gatunku haha hihi sram tęczą, z którym to gatunkiem fajnie jest pójść na browara, czy pogadać w pociągu, ale kury ani świnki bym temu pod opiekę nie powierzyła... 

Ja to jednak mentalni już stara wredna baba jestem i wszytsko muszę skrytykować chłe chłe.

 Wstałam zmęczona i słaba jak nie przymierzając gówno. Powiedziałam sobie, że pojadę tylko do najbliższej stacji i drugą połowę drogi pojadę pociągiem, bo nie mam sił, by drzeć rowerem po górkach kilkanaście kilosów. Jednak w połowie drogi do stacji rozdarło się niebo i zaczęła się dzika burza z piorunami, gradem i ulewą, że świata nie było widać. Przy pierwszych kroplach deszczu przyodziałam się ze śmiechem w pelerynę, portki przeciwdeszczowe i ochraniacze na buty, ale jak zaczęło walić wkoło mnie piorunami i wiać jakby koniec świata miał zaraz nastąpić, to przestało być to zabawne. Nie było gdzie się skitrać na czas nawałnicy, bo wokół albo łyse pole, albo ogrodzone wysokim płotem chałupy. 

Jadąc w tej zlewie i dumając o sensie tej całej morderczej wyprawy przypomniałam sobie nagle wypierdy rodaków pod pewnym artykulem, które przeczytałam w komentarzach na fb podczas porannej kawy, co mnie jeszcze bardziej zmęczyło i wyprowadziło z równowagi (nie wiem, czy ja w ogóle jestem w równowadze w ostatnich miesiącach). Ludzie jechali tam po chorych na dłuższym zwolnieniu, jak po łysej kobyle. Krzyczeli, że pora, by ludzie przestali "udawać chorych, wymyślać se jakieś depresje i inne rzekome z dupy wyjęte choroby", bo to wszystko udawacze i wyłudzacze, bo ileż można chorować. Przecież to nie jest normalne, bo oni przecież widzą, że ci rzekomo chorzy na wakacje jeżdżą, a jak ktoś jest na prawdę chory, to chyba nie jeździ na wakacje, tylko leży w łóżku co nie?

Tak uważają niektórzy Polacy w Belgii, a nie były to bynajmniej pojedyncze komentarze tylko jednogłośne wołanie o wysłanie długotrwale chorych do roboty... 

Zauważyłam, żde rodacy uwielbiają pisać nienawistne, agresywne komentarze pod każdym postem, na każdy dosłownie temat. Zwykle są to te same nazwiska, bo najwyraźniej niektórzy  "nasi" zdają się znać dosłownie na wszystkim i wszystko wiedzieć lepiej. Do tego wydaje im się, że na fejsbuku powinni pisać wszystko, co tylko w głupich łbach im się urodzi i na każdy temat się wypowiadać, nie bacząc na to, czy temat ich dotyczy, czy mają choćby bazową o nim wiedzę... Przeważnie jest to po prostu śmieszne i czytam czasem takie komentarze dla beki, ale już to, co pojawiło się pod moim wideo o wypadku z udziałem dzieci na MOJEJ blogowej stronie na fb, lekko mnie zszokowało. Niektórzy Polacy potrafią wszędzie zostawić swoje śmierdzące gówno, nawet pod takim postem, w którym opowiadasz o swoich uczuciach, o tragedii, o śmierci niwinnych dzieciaków. Wszędzie potrafią wywołać kłótnię i zrobić oborę... To jest okropne! Niektórzy ludzie są  po prostu pojebani i nawet tego nie widzą.

No ale te komentarze o chorych dotyczyły poniekąd mnie osobiście i o ile podczas ich czytania po prostu się uśmiechnęlam krzywo i przewróciłam oczami, tak jak tak jechałam w tę burzę walcząc ze zmęczeniem i złością, pomyślałam sobie, że ja życzę im wszystkim raka.  TAKżyczę takim ludziom, by znaleźli się choćby w sytuacji choćby do mojej podobnej, w której byli by za zdrowi by leżeć w łóżku, a za słabi, by iść do pracy.  Nagrałam o tym krótkie wideo w drodze powrotnej, emocjonując się do telefonu zawieszonego w uchwycie na kierownicy, ale powiem tutaj raz jeszcze: 

z całego mojego serca życzę tutaj wszystkim, którzy zazdroszczą chorym choroby lub w inny sposób mają z chorymi problem, by ich to samo spotkało, by dostali raka, depresji, czy innej poważnej choroby, aby mogli sami nacieszyć się tymi wszystkimi "profitami" i :radościami", którymi cieszą sie ludzie chorzy, by mogli se na wakacje na chorobowym pojechać, by dostawali zasiłek chorobowy, by nie mogli znaleść pracy, ale by na każdym kroku słyszeli że są leniami i darmozjadami, by byli wiecznie zmęczeni od niczego, by im brakowało sił by wstawać codziennie z łóżka, gotować, by nic ich nie cieszyło. Życzę im tego z całego swojego serca! Bo ja jestem dobrym człowiekiem i chcę by ludzie dostali to, czego pragną i czego zazdroszą chorym. Tylko tyle.

Niektórzy uważają, że nie powinno się drugiemu życzyć źle, ale ja nie widzę ani jednego powodu, by tego nie robić. Przecież to tylko słowa. One nie mają żadnej mocy sprawczej, jakby kto nie wiedział, ale mam nadzieję, że zabolą co najmniej tak samo mocno, jak mowienie choremu, by zabrał się do roboty. Debil jeden z drugim nie zdaje sobie sprawy, że takie słowa mogą nie tylko mocno zranić, ale nawet zabić. Dla wielu może to być bowiem o jedną kroplę za dużo i w końcu wezmę sznur i pójdą nad rzekę... 

A potem będzie zdziwienie, że jak to, dlaczego, przecież tej osobie świetnie się żyło, nawet do pracy nie musiała chodzić, bo miała przeciez zasiłek i w ogóle kurwa raj na ziemi. Ale to ty jeden z drugim bedziesz miał wtedy krew na rękach! 

O tym powinno się więcej mówić, bo ja pewnie też nie raz bedąc zdrową i młodą, pomyślałam sobie, że ludzie zdziwiają, udają chorych. Bo jakoś nie mówi się o tym, jak to jest być chorym kilka lat czy choćby miesięcy. Ja widzę sporo artykułów, filmów itd albo na temat śmierci i żałoby rodziny, albo właśnie na temat wyzdrowienia, na temat bohaterskiej walki z chorobą i przeciwnościami losu, co dla wielu chorych jest na pewno motywujące i dające nadzieję, ale tylko do pewnego momentu. 

Gdy bowiem znajdziesz się na pewnym etapie, to tego typu pozytywne narracje tylko pogarszają twój stan. Gdy walczysz z całych sił, starasz się tygodniami, miesiącami, próbujesz wszystkiego, ale nie otrzymujesz żądanych efektów, zaczynasz w siebie wątpić. No patrz, wszystkimi sie udało wrócić do pracy, a nawet nie nie tylko do pracy, ale nagle zaczęli podróżować, uprawiać sporty ekstremalne, napisali książkę, nagrali podcasty, znaleźcli miłość, robią karierę, założyli rodzinę etc etc a ty ledwo każdego dnia zwlekasz się z łóżka... Zaczynasz się zastanawiać, co z tobą jest nie tak, co robisz źle, że tobie się nie udało, skoro wszyscy inni doskonale sobie poradzili i już dawno poszli dalej, a ty ciągle jesteś chory i słaby. Na pewno za mało się starasz, na pewno wyolbrzymiasz swoje problemy, bo skoro inni potrafili wyjść z choroby, to ty też powinienieś. Wszysycy wokół pracują, a ty gnijesz w domu. 

Tak, to są moje osobiste rozważania. Takie lub tym podobne myśli towarzyszą mi każdego dnia. Co ja do cholery robię nie tak, że wszyscy wrócili po raku do jakiejś pracy, a ja nie potrafię? Dlaczego inni czują się już dobrze, a ja jestem słaba? Może coś robię źle? Może powinnam się bardziej starać...? Nie trafiłam dotąd na żadną książkę, żaden film, żadną opowieść pacjenta onkologicznego, który by opowiadał o tym, że 3, 5, 10 lat siedział na chorobowym po raku (w sensie po zakończeniu leczenia nie mając przerzutów ani nie będąc pacjentem paliatywnym). Nikt o tym nie mówi, czy takich ludzi nie ma? Z rozmów z personelem szpitalnym wynika, że są, że tak się zdarza, ale gdzie w takim razie ci ludzie są i czemu o tym nikt nie mówi...? Dlaczego na szpitalnych stronach nie ma o tym żadnych artykułów, choć na każdej prawie znajdziesz zapisek, że chroniczne zmęczenie po raku może trwać latami, że skutki uboczne chemioterpii i terapii antyhormonalnej mogą towarzyszyć pacjentom długie lata. Nikt nie mówi, jak z tym żyć. Mam wrażenie, że to temat tabu. Może nie chcą martwić i bardziej dołować tych, którzy dopiero dostali diagnozę...? Ale czy to jest w porządku...? Nie wiem. Tylko ciągle o tym myślę i nie mogę przestać. Dlatego ciągle wracam do tego tematu, bo on nie przemija, nie mogę go zamknąć i udawać, że już jest cacy, że wszystko wróciło do normy, bo nie jest i nie wróciło! 

I w takim stanie zwątpienia będąc trafiam nagle na komentarze wielu ludzi, którzy twierdzą, że wieloletnie zasiłki chorobowe to pomyłka, że ludzi powinno się zmusić do pracy, że zdrowi nie powinni robić na chorych... 

a ty pedałujesz właśnie pod górę i pod wiatr w burzę z piorunami na spotkanie z beztroskim młodym dziewczęciem, które, masz nadzieję, pomoże ci się odnaleźć się na rynku pracy po chorobie, bo pragniesz iść do jakiejkolwiek pracy, ale nie potrafisz żadnej wykonywać dłużej niż kilka tygodni

i wtedy zaczynasz marzyć, by jakiś piorun w ciebie w końcu trzasnął i raz na zawsze zakończył twoje problemy... 

A potem przychodzi złość na tych wszystkich ludzi zdrowych, którym się wydaje, że są niezniszczalni, że są od ciebie lepsi, bo są zdrowi, że mają prawo tobą gardzić... i chcesz, by spotkało ich to samo. By zachorowali i poczuli ten ból. 

No ale dobra, wracam do burzy... Jak już mnie zlało to nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, że wsiadam w tych wszystkich mokrych pelerynach do pociągu. To jest okropne uczucie być mokrym w suchym miejscu. Poza tym wkurw na głupich podłych ludzi dodał mi energii i potrzebowałam się odwkurwić, więc pedałowałam z całych sił pod wiatr i pod górę. Na miejsce dotarłam wyczerpana i zdemotywowana. Gdy ta laska wyszła do poczekalni i powitawszy mnie z uśmiechem zapytała, czy wszystko okej, miałam chęć jej odszczeknąć, by spierdalała na drzewo i nie zadawała debilnych pytań. W ogóle nie pamiętam, o czym przez godzinę rozmawiałyśmy, bo to działo się jakby obok mnie za mgłą. Byłam zbyt zmulona i wbyt wkurwiona, by myśleć i słuchać. Paplałam zatem o byle czym, co robię często, gdy jestem zdenerwowana, zmęczona lub wyprowadzona z równowagi. Gadam, gadam i nie mogę przestać albo milczę jak głaz, bo wiem, że jak powiem jedno słowo, to nie przestanę gadać przez tydzień.

Wiem, że baba kazała mi skontaktować się z jakąś firmą ogrodniczą lub kwiaciarnią czy innymi w okolicy i zapytać, czy mogę przyjść spróbować u nich pracy za friko, żeby się dowiedzieć, czy to coś dla mnie, czy nie. Bo to jest jedyny zawód, którego nie znam, a który jest w okolicy przynajmniej teoretycznie do znalezienia. Czy chciałabym pracować w kwiaciarni? No raczej nie. To nie moja bajka w ogóle, ale to jedyne co wymyśliłam. Inne moje genialne pomysły to strażnik leśny, przewodnik przyrodniczy, pracownik szklarni... To ostatnio widziałam w ogłoszeniach. Chodziło o pracę w nowoczesnej eksperymentalnej szklarni, gdzie komputery nadzorują wzrost roślin i praca była głównie przy kompie... Tylko to musiałabym widzieć na własne oczy, bo techniczne umiejętności i bazowa wiedza były tam potrzebne, gdyż samemu trzeba drobne awarie naprawiać... a ja mam już stary mózg.

Wróciłam do domu rowerem powoli. I padłam na ryj. 

Zapytałam baby, czy następną wizytę można przez internet. Można, ale tylko wyjątkowo... Nie wiem, czemu niby nie można każdej przez internet. Przecież tam się kompletnie nic nie robi. NIC. Tylko siedzimy i gadamy. Nic tam nie wypełniam żadnych dokumentów ani nic. Jak mi coś daje na papierze,  to równie dobrze może wysłać mejlem. Nie wiem, może chodzi o to, by kazać ci się płaszczyć, udowodnić ci że jesteś tylko durnym robalem, że stoisz niżej w drabinie społecznej, więc musisz się za każdym razem fatygować do tej pierdolonej dziury i łaskawie czekać w śmierdzącym korytarzu na audiencję u paniusi...? Tak, kurewsko tam śmierdzi stęchlizną, bo to jakaś stara, tylko odmalowana rudera. 

Nie dawno zagaiła do mnie czytelniczka, by podzielić się bardzo podobnymi do moich obserwacjami i odczuciami w tej kwestii. To było dla mnie bardzo ważne, bo bardzo często zastanawiam się, tak jak powyżej napisałam, czy to ze mną jest coś nie tak, czy ja za wiele oczekuję, czy też ten system belgijski jest do dupy... No ale szczegół.

Dwa razy byłam w azylu w tym tygodniu. Drugim razem zabrałam ze sobą Najstarszą, której też spodobała się to zajęcie, ale też po 4 godzinach ją bardzo zmęczyło. Nie zabrała ze sobą zatyczek do uszu, a piszczące ciągle ptaki ją bardzo przebodźcowały i zaczęła ją głowa boleć. Ja zostałam znowu jeszcze dwie godziny po przewrie, ale to znowu był błąd. Od 9 do 12tej daję rady. Dłuzej jest za dużo i bardzo mnie wyczerpuje, mimo, że w południe jest godzinna przerwa. Taki test był jednak bardzo potrzebny, bo teraz tylko metodą prób i błędów mogę sprawdzić, na ile mogę sobie pozwolić. Wybracowane bowiem przez lata szablony i miary teraz nie są wiarygodne. W ogóle psu na buty sie zdają. Wszystko jest inne. Ja jestem kimś innym.

Tym razem tylko karmiłam małe ptaszki. Wyjmowałam z ogrzewanej szafy jedno pudełeczko z ptaszkami po drugim i zapychałam szeroko otwierające się małe dziobki rozmrożonymi larwami albo kawałkami serc wołowych. Te dzioby, które się same nie otwierają, trzeba siłą otworzyć i zmusić ptaszęta do jedzenia wpychajc im żarcie głęboko do dziobka. Sporo było tym razem takich uparciuchów, które trzeba było karmić przymusowo. Zielone dzięcioły np dosyć były oporne i do tego jeszcze okropnie się drą, gdy wmusza się w nie żarcie (w każdej innej chwili też się drą i stukają swoimi długimi dziobami w plastikowe pojemniki, w których siedzą zamknięte). Te biało czarne z czerwoną czapeczką o wiele bardziej skłonne są do wspólpracy. Jeden bierze robale z pincety, drugi woli, by mu nasypać robaków na dno pudełka, a on sam sobie je weźmie. Kawki, sroki i wrony natomiast jedzą bardzo chętnie i szeroko otwierają swoje wielkie dziobiska. Małe jaskółki i sikorki też w dużej mierze domagają się karmienia i niecierpliwie na nie czekają, ale i wśród nich jest kiku słabiaków, których trzeba siłą karmić. Dość trudny do karmienia był też jerzyk, taki rodzaj jaskółkowatego stworzenia o krótkim dziobie, który nie bardzo miał chęć być karmionym, ale cos tam wmusiłam w niego. Jednym z ładniejszych podopiecznych tego tygodnia był zimorodek, ale nie wiem, co się z nim stało, bo na drugi raz już go nie było. Myślę, że po prostu go wypuszczono, bo wyglądał na dość silnego i samodzielnego. Czasem zdarza się, że stworzenie tylko w szoku jest albo osłabione, bo np gdzieś w piwnicy czy szopie utknęło, i po jednym czy dwu dniach wraca do natury. 

Ostatnie upały dostarczyły wielu nowych pacjentów, bo ptaszki nawet same wyskakiwały z gniazd z powodu gorąca. Na szczęcie się ochłodziło i to aż za bardzo.

Najstarsza się brechta, że ona to sprawiła. Kupiła sobie bowiem w zeszłym tygodniu klimatyzator do swojego strychu i jeden dzień go testowała. Mówi, że tak dobrze działał, iż na zawnątrz też schłodził i teraz jest zimno wszędzie. A w ogóle to trochę się okombinowałyśmy, by wąż wydechowy zainstalować do jej okna. Kupowałyśmy to urządzenie bowiem online w Lidlu i okazało się, że dostarczone akcesoria przeznaczone są do okien rozsuwanych, a nie otwieranych, ale wyciachałyśmy z Najstarszą zatyczkę do połowy okna z przezroczystego plastiku z jakiejś mini szklarenki, którą kiedyś od ex-sąsiadki kupiłam, a to połączyłyśmy z dostarczonym elementem i wyszło idealnie. Urządzenie dosyć szybko schłodziło to wielkie poddasze do przyjemnej temperatury... No a potem upały się skończyły haha. Gazety podają jednak, że ze względu na zjawisko El Nino raczej trzeba się jeszcze upałów spodziewać w najbliższym czasie, więc ufamy, że nie córka nie wywaliła kupy forsy na darmo.

W czwartek tylko ogarnialam trochę w domu - jakieś pranie, odkurzanie bazowe, ale jakoże już wyczeroana była, to i to ciężkim zadaniem się zdawało... Coraz więcej mam wątpliwości, czy jakiejkolwiek pracy podołać jestem w stanie jeśli musiałbym ją wykonywać codziennie tydzień za tygodniem. Na pełny etat to nawet nie ma mowy, ale zastanawim się, czy i na pół podołam. Tydzień po zastrzyku na pewno jest kicha, ale raczej nie ma nigdzie opcji by jeden tydzień w miesiącu nie pracować...

Wczoraj w południe wybrałam się z córkami do Brukseli. One chciały iść do japońskiego sklepiku w galerii, a ja chciałam nagrać coś na YT. Było fajnie i przyjemnie, ale wyczerpało to resztki mojej energii. Wracając do domu po zaledwie 5 godzinach na mieście już w ogóle nie kontaktowałam. Nie mam zwyczaju zasypiać w autobusach czy innych takich, ale byłam tego bliska. Cienias ze mnie straszny. Dziś zatem siedzę i stukam w klawisze, a w planach było muzeum w Antwerpii. Nie ma jednak sił w ogóle. Trzeba zatem odpoczywać, bo jutro znowu ważna wizyta daleko od domu.... Uff.

Gdy wyszłyśmy z galerii w centrum, akurat lało, a niby nie miało być deszczu według prognoz... Postałyśmy chilę w drzwiach, ale postanowiłyśmy iść. Zelżyło, ale ciapało całą naszą drogę, a było ponad 2km do przystanku. Gdzieś w połowie drogi Młoda stwierdziła, że już jesteśmy tutejsze i umiemy chodzić pomiędzy deszcz, bo tyle drogi żeśmy przeszły w deszczu, a ubrania wciąż mamy praktycznie suche. Tak zaiste było! Nie zmienia to faktu, że chciało mi się siku jeszcze w galerii, ale tam kible na monety, a nie miałyśmy monet. Do tego tak śmierdziały, że mało się nie porzygałam tylko tam zaglądając. Po drodze jednak w pewnym momencie doszło do mnie, że mijałyśmy wejście do jakiegos szpitala, choć nawet nie wiedziałam, że tam taka placówka się znajduje. Powiedziałam do dziewczyn, że w szpitalu na pewno jest jakiś kibel. Najstarsza poszła ze mną, a Młoda została przy wejściu. Kurde, okazało się, że ten sraczyk strasznie daleko od drzwi i że musiałyśmy dostać się na piętro i pół szpitala  przejść, by go znaleźć i tylko jedna kabina była czynna, do tego nie było papieru ani ręczników, a do tego śmierdziało, choć było w miarę czysto. Bruksela to jednak bardzo uboga wieś. Najważniejsze, że załatwiłyśmy swoje potrzeby, bo za cholerę nie dojechałabym do domu o suchych majtkach, bo to ponad godzinę jazdy autobusem po dołach.

Tutaj przesrane jest i to czasem dosłownie, bo w Belgii bardzo trudno o toalety na mieście. Przy dworcach czasem są (CZASEM). Zwykle płatne i czynne np od 9 do 18. Jeśli płatne kartą to spoko, ale na konkretny rodzaj monet (np tylko 50centów czy 1 euro) to jakieś nieporozumienie w czasach, gdy mało kto ma przy sobie jakąkolwiek gotówke i nikt ci nie chce rozmienić. Szpitale i urzędy to zwykle dobre miejsca na siku i kupę, ale trzeba wiedzieć, gdzie maja kible dla klientów. W Brukseli koło Noordu znamy już teraz kilka takich miejsc, gdzie można pójść za darmo na siku, ale ogólnie to jest żenada. Poza tym pozostaje wejść na kawę do jakiejś kawiarni czy restauracji, bo w takich przybytkach wucety tylko dla klientów. Zdarza się, że można wejść z ulicy po uiszczeniu oplaty, ale chyba coraz rzadziej coś takiego widuję. Kurde w barach z fastfoodami typu McDonald, KFC kible są płatne także dla klientów. Tak samo w galerii. No ale płatne są też w porządku, byle tylko były płatne kartą i byle w ogóle były. Ogólnie znalezienie kibla jednak graniczy z cudem.

Opublikowałam kolejny kawałek tego co ostatnio nagrałam, czyli wspomnień z początków w Belgii. To wideo jest o koszmarnej szkole dziewczyn. Jakieś chyba nieścisłości i niedomówienia się wkradły, ale to ciągle jest wideo eksperymentalne i ćwiczebne. 

Nie chce mi się dziś szukać żadnych zdjęć, bo jestem zmęczona. 




30 maja 2026

Tragiczny wypadek w sąsiedniej wsi

 Zacznę od najtrudniejszego i najokropnejszego dnia minionego tygodnia, by już zostawić potem ten temat. Dla nas wszak życie toczy się dalej swoim torem... 

Tragiczny wypadek w sąsiedniej wsi

Ci, którzy mieszkają w Belgii już się pewnie dość na ten temat nasłuchali, naczytali i nadyskutowali, a i poza granicami pewnie było o tym w wiadomościach, bo widzieliśmy tutaj dziennikarzy z różnych stron świata. Mody nawet osobiście udzielił wywiadu po angielsku dla jakiejś hiszpańskiej gazety. W lokalnej też go cytowali, jako swego rodzaju świadka zdarzenia. Nie ukrywam jednak, że wolelibyśby zaistnieć w mediach z jakiegoś miłego, fajnego powodu a nie z powodu ludzkiej tragedii. 



Napiszę jednak o tym tragicznym wypadku, który w jakiś sposób był naszym udziałem. Na nasze szczęście tylko z perspektywy gapia.

Poniedziałek był wolny z okazji Pinkstermaandag, czyli Zielonych Świątek, który w BE jest dniem ustawowo wolnym. We wtorek Młody jak zawsze pojechał swoim rowerkiem, który jak zwykle miał zabrać do pociagu, by udać się w kierunku swojej szkoły. Jednak chwilę później zadzwonił, by podzielić się swoim zaniepokojeniem odnośnioe jego pociągu, który - jak relacjonował Młody - zatrzymał się sporo przed stacją i że policja na sygnałach tam podjechała. Gdybaliśmy razem, co też mogło się stać. Obstawialiśmy samobójstwo albo przechodzenie lub przejeżdżanie na czerwonym, bo to najpopularniejsze zdarzenia, bo do zwykłej awarii policja by nie jechała. Młody zastanawiał się głośno, co ma teraz robić: czy wracać do domu, czy czekać, bo może to nic ważnego i pociąg zaraz ruszy, bo mogło być tak, że pociąg ma awarię, a policja jest tam z innego powodu. Jednak, gdy tak sobie gadaliśmy, na miejsce zaczęły zjeżdżać inne radiowozy, wozy strażackie i karetki, a chwilę później pojawił się też helikopter. Wtedy już wiedzieliśmy, że to jakieś poważniejsze zdarzenie i że ten pociąg raczej szybko nie pojedzie. Powiedziałam Młodemu, by wracał do domu, bo szkoda tam stać po nic. A ten na to, że nie wie jak, bo przejazd jest zamknięty. Skoro pociąg nie minął stacji, to zapory się nie podniosą. Fakt! Zapytałam, czy zna drogę przez sąsiednią wieś, ale nie znał. Przeto zaoferowałam się, że podjadę tam rowerem i go poprowadzę. Miałam niby w planie iść do azylu, ale własne dziecko ważniejsze niż ptasie. Młody oczywiście poszedł tam bliżej zobaczyć, co się tam zdarzyło, bo przecież zanim ja przekręcę 5 kilometrów to chwilę potrwa. Jako że zdawał się być zaniepokojony nieoczedkiwaną i podejrzaną sytuacją to podpięłam słuchawki do telefonu i tak mogliśmy cały czas rozmawiać podczas mojej jazdy. Relacjonował mi zatem na bierząco, co tam zobaczył. Najpierw powiedział, że pociąg ma rozbite okno, więc musiał uderzyć w coś dużego i że leży tam kawałek przodu od jakiegoś auta.

 Dalej relacjonował, że jakiś pan przyjechał na rowerze jak szalony i krzyczy spanikowany, by go przepuścili, bo "tam był jego syn"...

Chwilę później Młody zawołał, że widzi dawnego klasowego kolegę, który wychodzi z pociągu wraz z innymi pasażerami i że już mu pomachał i że idzie z nim pogadać... Ja w tym czasie utknęłam razem z dwójką innych rowerzystów na ścieżce rowerowej, którą blokował wóz strażacki. Strażacy nieśli do auta jakieś metalowe skrzynki, które skądsić wydobyli w okolicach torów. Teraz myślę sobie, że to były może te kolejowe czarne skrzynki, z których potem odczytano, że pociąg w momencie zdarzenia jechał z prędkością 90km/h... Zagaiłam do rowerzysty obok, że tam ponoć jakiś wypadek się zdarzył koło stacji, a ten - już najwyraźniej dobrze poinformowany - odprał, że owszem i że to bus szkolny wjechał pod pociąg i że więcej ofiar jest. Nie! Ja pierdolę! Aż mnie ciarki przeszły i potem jeszcze długo mi się ręce trzęsły. Przekazałam Młodemu od razu, a on potwierdził, że pociąg faktycznie w jakiegoś busa uderzył - jak się dowiedział od kolegi - i że kierowcę wyciągnęło przez okno. To widzieli pasażerowie pociągu. W pociągu nikomu nic się nie stało, ale ktoś doznał szoku i zabrali go do szpitala na sygnałach. Karetki i inne wozy ciągle jeździły na sygnałach. 

Wróciliśmy z Młodym do domu. Napisaliśmy do szkoły mejle, że Młody nie przyjdzie i cały dzień śledziliśmy obydwoje wiadomości na kilku stronach. Chwieliśmy się dowiedzieć, co się tam do cholery stało. Najpierw podano, że to był bus wiozący dzieciaki do szkoły specjalnej, czyli niepełnosprawne i że kilka osób zginęło, a reszta w stanie ciężkim w szpitalu. Potem uściślili że jest 4 ofiary śmiertelne. Nie podali jednak szczegółów. Później się dowiedzieliśmy, że długo nie wiedziano, ile dzieci tego dnia jechało busem, bo to wiedziała tylko opiekunka, a ona zginęła na miejscu. Musieli zatem najpierw obdzwonić wszystkie rodziny i zapytać, czy ich dziecko pojechało do szkoły busem, czy zostało w domu chore albo pojechało rowerem, czy z kimś autem. Ten bus został wyrzucony uderzeniem pociągu i wyleciał w powietrze a potem spadł z łoskotem na bok. Młody słyszał ten huk stojąc na stacji, ale miał słuchawki  na uszach i słuchał metalu, więc był przekonany, że to jakiś dziwny element utworu.

Bus wjechał na tory na czerwonym przy opuszczonych rogatkach. Na razie nie znana jest przyczyna. Podają kilka możliwych powodów: może kierowcę oślepiło poranne słońce i nie widział ani rogatek ani świateł (jechał drogą biegnącą równolegle wzdłuż torów i skręcał w lewo na przejazd),  może źle się poczuł (zawał, omdlenie), defekt pojazdu, zwykły ludzki błąd, nieuwaga, zmęczenie. Na razie jednak trwa śledztwo i nie ma co spekulować. Wypadki niestety się zdarzają.

Kierowca (49), opiekunka (27) i dwóch nastolatków (12 i 15 lat) zginęło na miejscu. Pięcioro innych dzieci w stanie ciężkim odwieziono do szpitala. Ogromna tragedia dla ich bliskich, nauczycieli i całej wioski. 

Dla nas to też był lekki szok i niedowierzanie, mimo że nie znaliśmy raczej tych dzieciaków. Choć nie wykluczone, że przychodziły na świetlicę, w której miałam staż. Może mijałam je w sklepie albo na ulicy. Inaczej patrzy się na takie zdarzenia, gdy dzieją się daleko, a inaczej, gdy zdarza się to tuż pod twoim nosem, gdy uczestniczysz w tym wszystkim, gdy udzielają ci się emocje innych ludzi. Wypadki z udziałem dzieci są ciężkie do udźwignięcia nawet jak to nieznajome dzieci. Cały dzień nie mogłam nic innego robić, tylko o tym myślałam i oglądałam konferencje prasowe, czytałam dyskutowałam z rodziną. Nie mieściło mi się i nadal nie mieści to w głowie, że w dzieciaki giną w szkolnym busie w drodze do szkoły. Ot tak jedna sekunda i ktoś stracił swoje dziecko, które powierzył komuś pod opiekę. Koszmar.

https://www.vrt.be/

Ale życie toczy się dalej

Dla nas na szczęście życie toczy się dalej tym samym torem. Kolejnego dnia Młody już pojechał do szkoły, bo udało się zakończyć wszelakie czynności tego samego dnia, choć cały dzień ruch pociągów na tej trasie był odwołany. W weekend cbyba jeszcze coś będą tam robić, bo NMBS (belgijska kolej) informuje że nie będą kursowac pociągi na tej trasie tylko autobusy zastępcze. Dziś też niektóre nie jeździły, ale nie wiem, czy to z tego powodu, czy zwyczajnie przez upał. Utknęłam na chwilę w Mechelen, ale w koncu dotarłam razem z Młodym do domu. Tutaj w upał to zawsze są jaja na kolei. Wiele pociągów ma wielkie opóźnienie, a sporo nie pojawia się w ogóle. 

Poza tym nic ciekawego się w tym tygodnie nie działo. Byłam na spotkaniu z tą całą kołczką, co oczywiście nic w ciekawego w moje życie nie wniosło. Fajnie się jednak rowerowało po górkach. Trochę się obawialam tej trasy ze względu na upał i odzywajace się znowu kolańsko, ale nawet sprawnie poszło. Miałam jeszcze pół godziny do spotkania, przeto zajrzałam do parku na tyłach… Ciekawy 👀 
dawna stróżówka (chyba)


dom ogrodnika (chyba) 



opuszczona rudera





Po spotkaniu wstąpiłam do krinwinkel poszperać w starociach. Nabyłam dwie książki, czajniczek w koguty i ptaszki-durnostojkę dla Młodej oraz kilka szmat dla się: czerwoną jeansową spódnicę, jeansową kurtałkę oversize (no, idealna na te upały haha) i jakąś portko-spódniczkę dla mnie lub Młodej. Mamy obie mniej więcej takie same dupska, choć ona ładniejszą, to czasem się wymieniamy ciuchem. Grzebanie w starociach jest bardzo relaksujące i czasem dobrze jest wleźć do kringwinkel.


Przymierzyłam kapelutek, ale nie bardzo mój styl…



Odwiedziliśmy też ponownie dietetyczkę z Młodym i znowu coś tam zadała mu do próbowania, nagoniła go do przyłożenia się do jedzenia na godziny, bo w jego przypadku to bardzo ważne. Na koniec podyskutowałyśmy o polityce i ostatnich mniej lub batdzie porypanych pomysłach minister edukacji. Ona (dietetyczka, nie minister) pracuje też jako nauczyciel w szkole specjalnej, więc ją to bezpośrednio dotyczy.
ja czekająca na dworcu


No ale szczegół. Ja to z wszystkimi muszę se pogadać o jakiś głupotach nie związanych z tym po co jestem w danym miejscu. Okropna jestem. Ech. To tylko potwierdza, że potrzebny mi jednak ten vlog, by się wygadać. Na razie nagrałam próbne wideo takie trochę pierdololo o niczym, by zobaczyć, jak to działa. Działa dobrze, tylko jakość ciulowa, bo w darmowej wersji cap-cuta można tylko w ciulowej wersji eksportować. Nie zamierzam jednak płacić za nic  nie bedąc pewnym czy to w ogóle ma sens. 
Wiem już też co źle robiłam w trakcie nagrywania i że potrzebuję specjalnego lusterka do nagrywania oraz selfiesticka, bo statywik jest za krótki i za niewydgodny, by trzymać go cały czas przed sobą. Jak się komuś nudzi, niech se obejrzy z kawałek i mi napisze, co myśli. Można też zasubskrybować kanał :-P



 Pierwsze oficjalne wideo początkowe jest w budowie… Specjalnie po to dziś do stolicy pojechałam nawet.

W azylu w tym tygodniu nie byłam ani razu, bo codziennie jakies coś. Może przyszły tydzień będzie bardziej owocny i poukładany. 

Nasza Krystyna-Kurozaur zdaje się powoli wracać do zdrowia... 

A czekaj, bo nie pamiętam, czy w ogóle pisałam o tym, że byliśmy z Krystyną u weta, bo jej kloaka wypadła...? Najwyżej potwórzę. Kurom się czasem zdarza prolaps. Zwykle powodem jest, że kura zbyt dużo jaj niosła i/lub zbyt duże albo że się czegoś bardzo przestraszyła. Nasza adopcyjne dziewczyny są co prawda młode, ale niosły przecież bardzo intensywnie i ponad normę w tej fabryce jajek, więc wypadnięcie kloaki nas nie zdziwiło, ale bardzo zestresowało. Już myśleliśmy, że trzeba będzie Krystynę uśpić.  Zapytaliśmy doktora gugla. Na polskim necie - jak to często w takich sprawach - ludzie pisali po prostu, że "rzeba kurę zabić, bo tylko sie męczy, że z tym nic nie da się zrobić, ato przecież tylko kura... Wioskowi eksperci od siedmiu boleści, ja pierdziu. Na tutejszym i zagranicznym było trochę porad. Proste rzeczy postanowiłyśmy spróbować zanim pójdziemy do weta.

Najpierw  wymyłam jej kuper delikatnie i okazało się, że przez noc samo się naprawiło. Niestety kolejnego dnia podczas niesienia kolejnego jajka znowu się to samo zdarzyło... Udało się szybko umówić do weta znającego się na kurach, a on po obejrzeniu oznajmił, że nie jest najgorzej, ale trzeba działać i że będzie potrzebna cierpliwość... 
Dał jej lek antybakteryjny, który miała dostawać przez 5 dni. Kazał ją wykąpać w ciepłej wodzie z dodatkiem odkażającego płynu waginalnego... Tak, aptekarkę też to setnie ubawiło. Apteka co prawda prowadzi też sprzedaż leków dla zwierząt, ale jeszcze nikt najwyraźniej nie kupował u niej mydła waginalnego dla swoich kur albo nikt się nie przyznał, dla kogo kupuje. Wet zasugerował, bym powiedziała, na co potrzebuję, by dali mi właściwą rzecz. Młody potem się chichrał, że aptekarka teraz ma nową historię do opowiadania z cyklu "a raz przyszedł klient..."
Krystyna w kąpieli 🛁 


No i wsadziłyśmy Krystynę do wiadra z ciepłą wodą z mydełkiem ginekologicznym z isobetadyną i ją moczyłyśmy coś z godzinę, by wszystko ładnie sie umyło. Wyglądało na to, że jej się to podobało, bo poszła w kimę, jak ją tak trzymałam w tej wodzie i myłam jej kuper. Potem zawinęłyśmy ją w duży ręcznik i delikatnie osuszyłyśmy. Następnym krokiem było przykładanie lodu. To już jej się nie podobało za bardzo albo moze po prostu uznała, że już za dużo tego spa...
Potem wróciła na podwórko, ale do części Heńka, żeby jej koleżnaki nie dziobały i Chica nie seksował. 
Kolejnym zaleceniem było ograniczenie jej czasu przebywania na świetle dziennym, w celu zastopowania niesienia jajek. Mogła mieć światło tylko przez maks 8 godzin. Trochę trudne do zrobienia w letnim seoznie, gdy dzień długi, ale robiliśmy tak, że rano normalnie o szóstej wychodziła z wszystkimi, ale około południa wkładaliśmy ją do kurnika, by znowu na wieczór na chwilę ją wypuścić, by sobie połaziła, pojadła i już sama wracała ze stadem do kurnika na noc. Drugiego dnia znowu umyłam jej kuper w płynie dezynfekującym, a na trzeci dzień kloaka wróciła na swoje miejsce. Kuper był opuchnięty jeszcze parę dni i Krysta wyraźnie źle się czuła, bo mało jadła, ukrywała się gdzieś za krzakiem, chodziła z opuszczonymi barami. Karmiliśmy ją smakołykami, które chiała jeść: gotowane jajko, słonecznik, robaczki, owoce, ser... Z każdym dniem wyraźnie lepiej sie czuła, a kuper się poprawiał. Teraz zdaje się już normalnie zachowywać i całkiem dobrze wyglądać. czyli 70€ nie poszło na marne i zalecenia weta przyniosły pożądane rezultaty.

Biedna Balbinkę też chyba w koncu powinniśmy zawieść do weta, bo ciągle niesie jajka bez skorupki i wygląda jak kurzy menel - rozczocharne pióra, blady grzebyk... Tak jakoś schodzi z tym. Nie jesteśmy przykładnymi opiekunami naszych kur.
Wredna Wanda ma się wyśmienicie. Jest największą, najładniejszą i najbardziej bezczelną z adoptowanej trójki kurozuarów. Ona najprawdopodobniej  była kogutem, gdy przebywała w tej kurzej farmie z innymi kurami. Tak, niektóre silne charakterem kury przejmują rolę koguta, gdy w stadzie nie mają prawdziwego koguta albo ten jest chuderlak i słabiak. Takie kury zwykle mają wielki soczyście czerwony grzebień i ogólnie zwykle są duże i silne. Mogą też zacząć piać i przestać nieść jajka. Gdy w stadzie pojawi się prawdziwy kogut, zwykle wracają do swojej kurzej roli. Choć zależy od tego jak silny jest kogut. Koguty też czasem stają się trans-kurami i zaczynają sie zachowywać jak kury. Nawet do gniazda idą i udają, że niosą jajko, co oczywiście nie jest możliwe. Nasza Sunny też na początku zdawała się być kogutem. Nawet jak pojawił sie Heniek ona próbowała go zdominować i czasem mu stopę na grzbiecie stawiała. Bo on był pantofelek i mało koguci był. Teraz jednak jest jego kurą, bo już poważny z niegi kogut, to go szanuje. Wanda niesie jaja, ale zapędy kogucie jeszcze trochę ma. Lubi rządzić i chodzi własnymi drogami. Lubi uciekać człowiekowi, gdy uzna, że jeszcze nie pora wracać do ogrodu, i alpejskie kombinacje obmyśla, by nawiać. Chica nie jest dla nich autorytetem, ale już trochę (tak odrobinkę) już sie go słuchają i czasem nawet na znalezione przez niego jedzenie przybiegną (jak już 10 minut woła i nie mają nic lepszego na oku). Nie łatwo ma z nimi. Z Henkiem toczy boje przez siatkę. Bywa że jak wychodzą poza ogród, że i bez siatki jeden drugiego dopadnie i jest bitka na ostro, zanim człowiek ich nie rozdzieli. Riko bardzo polubiła się z kurozaurami. Czuje się z nimi najwyraźniej bezpiecznie i komfortowo, mimo że ani do połowy im nie sięga. One jej nie dokuczają, a chcą przebywać w jej poblizu, tylko ona nie lubi być zbyt blisko żadnej kury i się odsuwa. Balbinkę toleruje, bo ona jest spokojniejsza niż dwie pozostałe. Balbinka nawet czasem próbuje spóścić łomot Bożenie, gdy zobaczy, że ta dokucza Riko, a dokucza zawsze jeśli tylko stada się zejdą. Sunny lubi swoją córeczkę Riko i nigdy jej krzywdy nie robi. Heniek natomiast ją przegania, gdy zapóści się na jego dzielnię. Te kurze relacje są fascynujące. Nigdy wcześniej nie przyglądałam się tak kurom, jak teraz. Niesamowite to ptaki. 

Jeszcze parę zdjęć z wizyty w Hasselt. O tym jest wideo, więc nie będę się powtarzać 
Vél’eau - impreza Red Bulla








mural


Restauracja Cafe Latino





kibel








🌮 tacos 
Muzeum mody w Hasselt







23 maja 2026

Nic ciekawego, ale będę zostawać vlogerem haha

 Młody stwierdził, że jeszcze jeden tydzień i jeden miesiąc i WAKAAACJE, ZNÓW BĘDĄ WAKAAACJE....! Mnie to tam rybka czy wakacje czy nie wakacje, bo dla mnie i tak nic się nie zmienia. Tyle, że nie będę musieć go budzić... Tymczasem pogoda tego maja całkiem świruje. Dopiero co zimnica była, a teraz nadają 30 stopni w plusie na ten weekend. Tego to w ogóle jeszcze nie grali, żeby w maju było trzy dychy na termometrze. Planeta się kapryśna zrobiła, że hej. Nic to trza się do tego przyzwyczaić i brać co dają, bo wyboru nie ma za bardzo.

Tydzień minął mi szybko. Mój stan psychiczny jest ciągle taki se i raz jest nawet dobrze a drugia raz w ciul  źle. Emocjonalna huśtawka. 

Nie dawno byłam na wizycie u onkolog i trochę se z pielęgniarką pogadałam, ale nie miały dla mnie żadnej specjalnej nowiny. Wszystko jest okej, ale co do tego stanu zmęczenia nie da się oszacować, kiedy to może minąć i czy w ogóle. U każdego jest inaczej. Jednemu mija, drugi latami się z takim gównianym stanem męczy. Nie ma na to recepty żadnej. Ruszać się, jeść zdrowo, ale to żadne tam odkrycie. Wkurza mnie to wszystko, ale to też żadne odkrycie haha. Zostawmy zatem onkologa w spokoju.

Albo i nie... Wypełniałam nie dawno te dokumenty co mi to z firmy od biura pracy dali, żebym wypełniła. To jest kilka kartek z wieloma pytaniami na temat moich zainteresowań, talentów, doświadczenia... Profilowanie... Dla normalnych ludzi pewnie spoko, ale mnie taki nerw od tego wziął, że głowa mnie rozbolała i doła kilkudniowego złapałam. Talenty-sralenty kurwa! Ja wiem, jakie mam talenty, jakie mam doświadczenie i w czym jestem dobra, ale problem jest taki, że w obecnej sytuacji i okolicznościach chuj mi z tego wszystkiego i to jest moim problemem a nie że siebie nie znam i nie wiem, co potrafię... Mnóstwo rzeczy mogłam tam  wypunktować, ale co z tego, jak to dziś nie działa, nie przyda się... Gadam o tym non stop tutaj... No wkurwiło mnie to! 

Nie wiem, może na dalszym etapie pojawi się coś odkrywczego, ale śmiem twierdzić że wątpię. No i ciężko mi nie zakładać czarnego scenariusza mając takie a nie inne doświaczenia i świadomość realiów.

Myślałam też nad tym, a nawet ze dwa dni szukałam pomysłow w necie, co mogłabym ewentualnie iść spróbować, bo MUSZĘ przynajmniej jednego zawodu spróbować i muszę se sama owo miejsce znaleźć, gdzie by mnie na ową próbę przyjęli... Jedyne co dotąd wymyśliłam to jakaś kwiaciarnia, bo robienie bukietów i obsługa klienta może nie jest jakaś strasznie ciężka, ale też nie lekka i te wszystkie pyłki, chemikalia etc. No i stanie cały dzień to gorsze przecież niż sprzątanie domów. Ja nie mogę stać. Mogę chodzić, rowerować całe dnie,ale stanie mi nie służy. No ale mam jakiś pomysł. 

Ale uwaga znalazłam przypadkiem pracę, którą mogłaby teoretycznie wykonywać i do której mogłabym się nadawać. Znalazłam kursy nawet, tylko trochę daleko... Klown. Co myślicie o pracy klowna? To brzmi jak coś dla mnie. Serio. Z tym że nie taki cyrkowy tylko taki co w szpitalach i domach opieki pracuje. To musi być zajebista, satysfakcjonująca praca, choć raczej nie łatwa też. No i nie wiem, czy mam dość talentu aktorskiego i czy nie jestem już za stara, by tej trudnej sztuki się nauczyć. Kolejne pytanie, to jakie są realne szanse na to by taką pracę faktycznie wykonywać? Jakbym miałam bliżej do Leuven, to od razu bym się jednak zapisała na próbny kurs kilkugodzinny ot tak dla samej siebie, dla zabawy. To musi być wielce relaksujące i satysfakcjonujace zajęcie. Nawet nie wiedziałam, że istnieje taki specjalny zawód jak klaun szpitalny. To tak pół żartem pół serio, jednak perspektywa bycia klownem bardzo mi się spodobała. Lubiłam też grać i stać na scenie, jak byłam mała. Szkolne teatrzyki to żaden tam może szał, ale kochałam to. Lubiłam grać główne role i występować przed dużą publicznością. Na scenie można być kimś innym i ma się wrażenie, że można wszystko. Klownerswto to trochę inna bajka, wydaje sie trudniejsza, no i jakoś Joker od razu przychodzi na myśl, ale ...pofantacjować zawsze można :-) Ja widzę się w tej roli w każdym razie. Nawet nie musiałabym za bardzo udawać...

W każdym razie jeśli idzie o normalne zawody to kiepsko to widzę na dziś dzień. Ze zwierzętami mogłabym pracować, z tego co widzę z wolontariatu, ale też tylko teoretycznie... Gdybym była tą Magdą sprzed raka na przykład.

Chodzę jeden lub dwa razy w tygodniu po pół dnia, jak mam chęć i czuję się na siłach, ale kiedyś poszłam na rano, ale w południe się mnie zapytali, czy zostanę na popołudnie, bo nie ma ludzi, a wszystkie maluchy trzeba dwa razy nakarmić, bo teraz jest istne urwanie głowy. Codziennie ludzie przynoszą po kilka nowych zwierzątek... Zostałam na popołudnie, bo nie miałam nic innego do roboty. Koło 14 przyszła jeszcze inna wolontariuszka, gdy już praktycznie połową ptaszków nakarmiłam (byłam sama u maluchów, a panowie pracowali na zewnątrz). Drugą rundę karmienia zrobiłyśmy już razem i jeszcze jeden z panów przyszedł, gdy uporali się z robotą, to podokarmiał kaczęta i te ptaki, które sondą się karmi. To wygląda tak, że po południu jak skończysz jedno karmienie, praktyczmie zaczynasz od razu drugą turę, bo to trwa długo - dwie godziny minimum -  zanim każdy dziobek otrzyma po kilka robaków czy kawałków mięska, a jest się w pojedynkę czy nawet we dwoje. Rano zwykle jest więcej ludzi, bo i roboty jest najwięcej ze względu na sprzątanie klatek i napełnianie wszystkich misek z wodą i jedzeniem. Po południu już jest luźniej, ale też robota się sama nie zrobi...

Sprzątałam też u dorosłego perkoza (to taka dziwna kaczka z czerwonymi oczami), którego musiałam najpierw przenieść do czystej klatki. Nie podobało mu się to  i mnie zdziobał gęsto. Nie boli to za bardzo, ale na oczy bardzo trzeba uważać, bo dziób to ma długi i ostry niczym szpikulec.

sowa płomykówka (dzidziuś)

puszczyk

wróble albo sikorki (opiekunowie kłócili się o to)

sikory modre

kaczka czubata

bażant

sikoreczka


No i fajno, ale o 17 po ośmiu godzinach czułam, że to było trochę za dużo na raz, jakkolwik fajne i satysfakcjonujące by to nie było. Na drugi dzień odpoczywałam, bo ja nic nie muszę, no ale przez takie eksperymenty przekonuję się, że nie dałabym rady pracować całe dnie, nawet jakby robota nie była ciężka. Co innego też raz na jakiś czas se całe dnie coś porobić, ale potem tydzień leżeć do góry wentylkiem, a a co innego codzienie musowo dyndać do jakiejś roboty.... No cóż, to jest moja nowa rzeczywistość. Dziwna taka. Niezwyczajna. Potem miałam jeszcze raz iść w piątek. Wstałam rano, przyodziałam się w wygodne ciuchy, które mogą się pobrudzić, założyłam buty, już miałam iść po rower, ale 5 minut przed planowanym wyjściem nagle mi się chęć skończyła i z sił opadłam. Usiadłam na chwilę na kanapie i podniosłam sie z niej dopiero przed południem. O i tak to właśnie działa. Mierz siły na zamiary mówili. Próbuję, ale nie wiem, ile ja tych sił mam, bo mi się wskaźnik zepsuł. 

Ale jak tak se siedziałam na tej kanapie puściwszy wodze fantazji,  stwierdziłam, że jednak będę robić jutuba. Tak, jednak chcę spróbować prowadzić kanał na You Tube, tak jak to czasem ktoś mi tutaj sugeruje i oczym co jakiś czas myślę. Nie dawno napisałam w komentarzu, że nie będę yego robić, ale właśnie mi się zmieniło. To też jest ostatnio normalne u mnie - te nagłe zmiany nastroju, nastawienia etc. 

 Nie ale potzrebuję się wygadać, poświrować i może nawet z debilami poużerać, bo taką czuję potrzebę. Chcę gadać, ale tak by mi nikt nie przeszkadzał. No i myślę, że mogło by mi to pomóc wyjść z doła, poczuć się kimś ważnym kto ma jakąś misję, nawet jeśli to tylko czysta ułuda, bo przecież nie liczę na to, że nagle stanę się popularnym vlogerem, tak samo jak przez kilkanaście lat stukania w klawisze nie zostałam popularnym blogerem. No dobra, moje Dzieci uważają, że mój blog jest dosyć popularny i na tym poprzestańmy. Było nie było, non stop tu ktoś zagląda, co widać po zostawianych od czasu do czasu komentarzach. Blogowanie jednak jest o niebo łatwiejsze niż vlogowanie. Tu wystarczyło utworzyć bloga i zacząc klepać w klawiaturę. Można to robić nawet z telefonu, co robiłam z powodzeniem przez miesiące pisząc kiedyś z jakiegoś chińskiego małego telefoniku.

Do vlogowania trzeba więcej akcesoriów, specjalnej przestrzeni, ciszy,  dużo więcej czasu i odwagi. Tutaj czuję się dosyć anonimowa, nawet jak czasem pokazuję moją facjatę na zdjęciach i opowiadam o sobie dużo, to jednak to tylko słowa, litery, wyrazy...

Na Youtube trzeba pokazywać swój ryj non stop - mówimy wszak o vlogowaniu - narażając się przy tym na hejt, bo ludzie uważają, że "skoro udostępniasz cokolwiek publicznie i się pokazujesz to oni MAJĄ PRAWO wszystko, co powiesz i zrobisz oraz jak wyglądasz komentować". Tak, non stop spotykam się z takimi tekstami w social mediach. Ludziom się wydaje, że skoro internet jest sztucznym tworem to  człowieczeństwo ich tam nieobowiąuje. Skoro piszą z aninimowego konta,  mogą zachowywać się jak patusy, pierwsze lepsze  gnoje spod budki z piwem , tępe dzidy czy zwykłe skurwysyny i robią tak nawet mając dyplom magistra czy doktorat w kieszeni... Nie wiem, czy jestem na to gotowa, ale zamierzam się tego dowiedzieć. Próba nie strzelba. Nie liczę ani na wielką popularność, ani na zarobki, bo to by trza mieć coś więcej do zaoferowania raczej i więcej piniondzów, ale pomarzyć o tym też można i z takim nastawieniem zacząć, że może akurat coś z tego wyniknie.

Bardziej spodziewam się, że znowu mi się zmieni i poprzestanę na jednym nagraniu, a może nawet tego pierwszego wideo nie nagram. Młoda zgodziła się czasem mi pomagać, choćby z nagrywaniem, wyszukiwaniem miejsc, informacji, składaniem i w ogóle my mamy już cały szczytny plan haha, bo ona też jest dobra w fantazjowaniu. Ona nie zamierza jednak swoim pyszczkiem świecić publicznie, ale z drugiej strony kamerki - mówi - może stać.

Wiem, co chcę nagrywać i jak, ale nie wiem, czy znajdę na to wystarczająco motywacji, siły i wytrwałości. To trudna sprawa, zwłaszcza jak się jest chorobliwą perfekcjonistką. 

Póki co, jak pewnie niektórzy zauważyli, zrobiłam se baner na YT. Dodałam taki sam tu na bloga oraz na fb, bo od czegoś trzeba zacząć no i dobrze, by to miało jeden styl, by ludzie wiedzieli (nawet jak to będzie trzy osoby), że to nikt mi nie kradnie bloga ino że to ufo na yt to też ja. 

Dawno nie robiłam takich rzeczy i zanim znalazłam w guglownicy, czym ja to w ogóle ZA DARMO dziś mogę zrobić, to trochę mi to nerwów zjadło. Potem kolejne fale irytacji i opierdalania komputera napłynęły przy próbie ogarnięcia Canvy, którą to stronę wybrałam,  i jak tam się co robi, by uzyskać efekt choćby w części podobny do żądanego. Zabawę miałam dobrą z tworzeniem i przypomniały mi się stare dobre czasy, kiedy tworzyłam różne rzeczy na kompie. Zapomniałam już ile z tym jest frajdy. No i przez 20 lat to trochę jakby do przodu poszło haha i to co teraz można stworzyć to ludzkie pojęcie przechodzi i nie mówię o AI, bo ja z tych co to sami se wolą tworzyć rzeczy. Nawet jak efekt nie jest jakiś spektakulary, a wręcz - jak to mówią - po siekierze jest zrobione, to jest to moje własne i po mojemu.

Ważne, że daje się korzystać z canvy czy cap-cuta z chromebooka. Tyle, że trochę muszę się podszkolić w używaniu tego dziadostwa, bo jestem strasznie zacofana i wszystko musiałam robić metodą prób i błędów. Cały bity dzień siedziałam przed ekranem, by skraftować taki prosty baner i jeszcze, żeby na YT mi się obraz mieścił w ramce. Ale jestem usatysfakcjonowana. Pozostałam przy starym prostym pomyśle, tylko go trochę poprawiłam, bo proste rzeczy są najlepsze dla takich prostych bab jak ja. Mnie się podoba i to jest najważniejsze. No i mam baner oraz zdjęcie i mój kanał już nabrał jakiejś osobowości. Teraz TYLKO trza coś nagrac haha.  Jeszcze intro muszę wymyśleć i skraftować, a to trochę bardziej skomplikowane niż porosty obrazek. Już widzę moje składanie filmów, zanim opanuję te programy do składania... Wstępniaka mogę nawet w telefonie obrobić i wrzucić, bo to będzie gadanie, ale nagrywanie w terenie to już inna bajka. Czasem robię rolki na insta i wiem, ile to certolenia, by otrzymać proste wideo, a gdzie tu dopiero osiągnąć jakiś poziom, by wszystko miało ręce i nogi. To jednak może nadać mojemu życiu jakić sens i cel. Nic, że to tylko zabawa i pierdolety, ale będzie się czym zająć i nad czym pracować, a ja lubię bawić się komputerem od dziecka. A kto wie, może akurat umiejętność obsługi głupiego capcuta i tworzenie na yt do czegoś mi się kiedyś przydadzą i dzięki temu właśnie jakąś pracę kiedyś ogarnę...? Co prawda jestem już trochę stara by zaczynać iść w tym kierunku na poważnie, ale jak nie spróbuję to się nie dowiem, czy to ma sens i czy będę to umieć robić przynajmniej jako tako.

Jak coś nagram, to dam znać. Kanał ma taki sam tytuł jak blog, więc łatwo znaleźć. Na razie nic tam nie ma do oglądania, ale będzie. Jak to napiszę, to będę mieć motywację, by słowa dotrzymać. 

Na koniec dodam kilka zdjęć z Dendermonde, bo będąc u onko, poszłam se do centrum połazić dla relaksu. Lubię tam być za dnia. Mieszkać bym nie chciała. Za dużo chołoty (szczególnie obcej) już tam mieszka i robią gnój z porządnego miasteczka. Jak wszędzie zresztą...