21 czerwca 2026

Czas upałów, burz i złości na wszystkich i wszystko

 Mamy upalne i burzowe lato. Termometry pokazują ponad 30 stopni, a że do tego wilgotność powietrza jest wysoka, to czuję się poza domem jak w tropikalnej szklarni. W domu na parterze nawet jeszcze dosyć chłodno - około 25 stopni - się utrzymuje. Na poddaszu to już piekarnik, ale Córka włącza czasem klimatyzator. Tyle, że niestety nie ma w nim pompki, by wypompować wodę za okno, a na drugim ani nawet na pierwszym piętrze nie ma kanalizacji ani żadnego innego odpływu, by puścić wężyk do kanalizacji, więc skroploną wodę musi wynosić we wiaderkach na parter do łazienki. Popatrzyłam na ceny pompek i najtańsze to wydatek bagatela 100€. Kurde ta maszyna kosztowała ponad 4 stówy, a to już kupa kasy, więc póki co trzeba wynosić wiaderka... ale to i tak dobra inwestycja i bardzo przydatn urządzenie w takich okolicznościach.

Na zewnątrz skwar i duchota. Ja zawsze uwielbiałam upały, ale teraz coś nie za bardzo mi odpowiadają. Nadal lubię słońce i ciepełko, ale szybko zaczynam się zwyczajnie źle czuć: ból i zawroty glowy, serce mi się męczy (takie przynajmiej mam uczucie), bolą mnie nogi, gdy chodzę i ręce robią się ciężkie. Siedzę zatem dużo w domu. Któregoś dnia wybrałam się jednak z Najstarszą do Mechelen, by obejrzeć ogród różany w parku Vrijbroekpark. O panie, co za zapach tam się unosi! A i te wszystkie róże jakie one są piękne... Najstarsza marzyła głośno, że gdybyśmy kiedyś mieli wielki ogród, to chciała by hodować róże. Ja zgadzam się z tym pomysłem. Fajnie by było mieć własny ogród różany koło domu. 

Na koncu postu znajdziecie więcej fotek i krótkie wideo z parku. Polubienia i subskrybcje mile widziane ;-)


Po wywąchaniu wszystkich róż wdepnęłyśmy do jadłodajni znajdującej się na terenie parku, gdzie ja zamówiłam sałatkę z fenkułem a córka nacho's, a po jedzeniu wsiadłyśmy ponownie na wypozyczone niebieskie rowery i popedałowałyśmy do centrum. Tam uśmiałyśmy się ze zmyślnej dekoracji rozwieszonej nad ulicą... 

Potem sobie oczywiście wyguglowałam, by się dowiedzieć, o co kaman i się okazuje, że to pranie rozwieszono z okazji premiery i reklamy nowej serii videopodcastów o równych szansach, prawach osób LGBTQIA "Het Wassalon". Ta dekoracja ma zwracać uwagę na to, byśmy nie ocenianiali innych ludzi po metkach, etykietkach. Goście prowadzących przynosili elementy garderoby, które miały dla nich znaczenie, co było przyczynkiem do dyskusji na temat tożsamości, uprzedzeniach, nierównościach...


Następnie poszłyśmy na kawę do ulubionej kawiarni, a potem do sklepu z produktami z Europy Wschodniej, gdzie kupiłyśmy gruziński ser na kimkali. To była krótka, ale bardzo przyjemna i wielce relaksująca wizyta w naszym ulubionym miasteczku. 

Młoda tymczasem znowu za granicą w odwiedzinach u psiapsi, a ja doglądam jej pierzastych podopiecznych. Jako że i do ptasiego pokoju lato się przez okna dostaje i gorąco jest, to któregoś wieczoru zrobiłam, za sugestią Młodej, ptakom deszczyk za pomocą specjalnego rozpryskiwacza (widoczny na zdjęciu pod stołem). One lubią się kąpać w takim sztucznym deszczu. Rozkładają wtedy skrzydła,  pochylają głowy i ogólnie usiłują każdą część piór wystawić na deszcz. Summer czasem kąpie się też w misce na stole. Snowflake czasem też tam wchodzi, ale stoi na wysokich nogach nie bardzo wiedząc, jak się zachowywać należy w kąpieli. 

Po zorganizowaniu pory deszczowej trzeba oczywiscie potem posprzątać cały zalany teren, czyli wymienić gazety, piasek i pościerać stół, klatkę i podłogę. Starałam się jednak tak pryskać, by nie utopić Roomby haha. Dużo zachodu z takim prysznicem dla papug, ale jak przyjemnie się patrzy, gdy one się cieszą z kąpieli.



Kury nie lubią się kąpać w wodzie, ale lubią kąpiele piaskowe i ogólny plażing. Wyciągają skrzydła i nóżki kładąc się na boku, zamykają oczki i leżą pomrukując z zadowolenia. Bardzo wysokie i długotrwałe temperatury są jednak i dla nich uciążliwe i niezdrowe. Stoją w cieniu z rozłożonymi skrzydełkami i otwarymi dziobami dysząc ciężko. Wymieniam im kilka razy dziennie wodę, by miały chłodną, no i stawiam po jednej misce wody z elektrolitami dla kur. 

Bożenka na plaży ;)

Upałom towarzyszą dosyć intensywne burze, ale poczytwaszy internety, postanowiłam pogdybać sobie na temat burz... 

Od kilku dni ostrzegali u nas w mediach o upałach i możliwych burzach. Zalecali pochowanie rzeczy, które mogą zostać porwane z wiatrem lub zwalone komuś na głowy itd itd. Ogłoszono kod pomarańczowy ze względu na temperatury i ostrzegano o burzach. Zamknięto parki, odwołano niektóre imprezy plenerowe, jakby koniec świata miał nastąpić, co mnie dosyć bawiło, bo to wszak oczywiste mi się wydało....

No ale okazuje się , że  ludzie, nawet pomimo tych wszystkich ostrzeżeń i poczuczeń dla - zdawało by się - idiotów i tak  to wszystko mieli  w dupie, no a potem wielki lament, płacz i zgrzytanie zębów... JPRDL! "Wielka tragedia, straszne rzeczy, katrastrofa i w ogole armagedon". Ja patrzę na te nagrania i zdjęcia zamieszczone w prasie i nie wiem, czy się śmiać, czy zapłakać nad głupotą tego narodu...  (narodów?).

Na nagraniach widzę bowiem: 

- PLASTIKOWE krzesełka w ogródkach przy restaurcjach PRZESUWANE i WYWRACANE przez wiatr (szok i niedowierzanie, katastrofa)

- idiotów ludzi uciekajacych z tarasu z talerzami i kubkami w rękach, bo nagle zaczęło padać (jacie, ludzie siedzieli w czasie burzy na tarasie i zmokli - niedowierzam własnym oczom, toż to szok jest w trampack dosłownie!)

- przychlastów ludzi uciekajacych w popłochu pod parasole podczas jakiegoś festynu, bo nagle zaczęło padać (no zaiste kto by setkach ostrzeżeń spodziewał się nagłej burzy w Belgii - chyba się nie pozbieram po tym widoku)

- samochód na który zwaliło się jakieś drzewo (serio? wiedząc, że idzie burza zostawiłeś auto pod drzewem? Kto by mógł przypuszczać, że drzewo może zostać przewrócone przez silny wiatr. Pierwszy raz widzę coś takiego na oczy, no!)

- drzewo wyrwane z korzeniami (j.w.)

- przezroczysty dach werandy na który pada deszzc lub grad (tak, faktycznie padało, tak samo jak dzień wcześniej, i dzien wcześniej, i dzień wcześniej... noż kurwa mieszkamy w BELGII!!!)

- jakieś drzewa uginajace się mocno pod naporem wiatru (no ten widok już w ogóle z kapci mnie wyrwał, jeszcze nigdy nie widziałam by drzewo się uginało, jak wiatr wieje - jakbyście chcieli zobaczyć, to mam kilka nagrań naszej brzózki, ale może powinnam je wysłać do mediów...?!)

- jedna zwykła ALE ROZGAŁĘZIONA błyskawica w slow motion - no ja wiem, że wielu mało kto wie, że można nagrać błyskawicę (i wszystko inne) w zwolnionym tempie (większość telefonów dziś chyba posiada taką opcję) i wtedy faktycznie widać tę błyskawiczę długo i wyraźnie i to jest fajniejsze i efektowniejsze niż sekundowy błysk, którego nasze oko nawet za bardzo nie rejestruje, ale żeby z tego faktu robić sensację dnia...?

- wywrócony stary drewniany młyn wiatrowy - wiatraka faktycznie szkoda, ale też to tylko stary głupi wiatrak, który stał na pustym polu... 

To wszystko były nagrania zwykłej acz intensywnej burzy z silnym wiatrem i opadami, nie żadne tragedia i katastrofa.

Ta narracja mnie po prostru rozpierdala! Jest taka bajka, która mówi o dziewczynce, która non stop krzyczała - Wilk, wilk! - a kiedy wilk na prawdę przyszedł, nikt jej nie uwierzył i wilk ją zjadł. 

Tutaj krzyczą non stop, że zbliża się straszna nawałnica (upały, śnieg, susza, grad, wiatr, grypa, cudaniewidy), przepowiadają katastrofę, bo ...w zimie będzie padał śnieg, bo latem bedzie gorąco, bo będzie padał deszcz... I dziwić się, że ludzie już przestali słuchać i siedzą sobie na tarasie mimo licznych ostrzeżeć o nawałnicy i że nikt niczego nie uprzątnął...

Kolejna kwestia to taka, że w tym kraju wszędzie masowo karczuje się normalne wysokie drzewa. Już ciężko w ogóle jakieś drzewo znaleźć, a jak jest to właśnie pojedyncze, które mimo usilnych starań nie jest w stanie powstrzymac wiatru ani wytrzymać jego naporu. Często do tego te drzewa są przesadzane jak już mają kilka metrów i sadzone są w jakimś nieprzyjaznym im terenie, gdzie nie ukorzenią się należycie i są słabe jak gówno. Wszędzie karczuje się krzaki, a trawę kosi na kilka mm. I nikomu nic tam nie styka na synapsach, nikt nawet nie zająknie sie w tym całym pierdoleniu o ratowaniu planety, że zwykłe drzewa, krzaki i normalna naturalna trawa mogły by wiele podratować, mogły by zapewnić nam ochronę przed upałem, wiatrem, podtopieniami etc. Podobnie zresztą jak mało kto wie o tym ile wody zużywa ta cała sztuczna inteligencja i jakie mogą być tego konsekwencje dla planety,  ale to inna historia. 

Ale najbarziej to zdziwiły mnie komentarze pod moim postem z piorunami, bo ja też dla zabawy nagrałam se kilka błyskawic w slow motion i wrzuciałm to na instagram... Ja się jaram tymi burzami, bo jak tu zamieszkaliśmi w Belgii to tu nie było w ogóle żadnych prawdziwych burz ani nie dało się zobaczyć pioruna. Tam pierdziało coś czasem cichutko i błyskało w chmurach, ale przez kilka dobrych lat nie widziałam w Belgii normalnej burzy. Dopiero w ostatnich latach się zaczęły uaktywniać i można jakieś liche błyskawice zobaczyć. Mówię liche, bo w porównanii z tymi burzowymi spektaklami, które rozgrywały sie na podkarpackich niebiosach to to są popierdółki, a żadne nie błyskawice i grzmoty haha. Ja lubię burze. Są fascynujące. Burze to część natury. Z bratem i ojcem często obserwowaliśmy błyskawice i fotografowaliśmy je. Moja Młodzież też podziela tę zabawę. No i ja publikując wideo oczekiwałam, że ludzie napiszą tam, że oni widzieli lepszą błyskawicę i opowiedzą, czy u nich też była burza, a tu się okazało, że sporo osób zwyczajnie paniczne burz się boi. Niektórzy nawet byli przekonani że narażałam swoje i dziecka życie. No i okazuje się, że normalni ludzie to oni nie wiedzą nic o burzach. 

To dopiero jest przerażające. 

Ja tu nie twierzdę bynajmniej, że burz nie trzeba się bać, bo owszem burze bywają bardzo niebezpieczne, ale przede wszystkim to - moim zdaniem - powinno się posiadać choćby podstawową wiedzę na ich temat, a nie srać żarem tylko dlatego, że radio straszyło i ciągle popadać w skrajności. Dobrze jest zadadniczo używać mózgu czasem, zdrowego rozsądku, pomyślunku... Czego większości współczesnych ludzi zdaje się zwyczajnie brakować. Jedni w panice zamykają się w komórce na wieść o zbliżającej się burzy, a drudzy znowu beztrosko idą na masowe imprezy albo zostawiają samochody pod drzewami i nie ogarną nawet swojego podwórka, by wszystkie rezczy i ich własne zdrowie było bezpieczne. Co jest z tymi ludźmi nie tak? Ludzie się z gołębi śmieją, że nie potrafią gniazda zbudować i zachowywać się bezpiecznie, gdy biedne gołębie zostały zabrane przez człowieka z gór, gdzie znajdował sie ich naturalny habitat, do którego były dostosowane i zmusiły ich do życia wśród głupich ludzi, którzy nawet swój natutralny habitat zniszczyli. A tu czlowiek mieni się istotą inteligentą, myślącą. Koń by się uśmiał, a nawet gołąb. Mnie się wydaje, że większość ludzi nie ma nawet podstawej wiedzy potrzebnej do przeżycia, że nie posiadają już nawet podstawowych instyktów samozachowaczych, nie mają za grosz pomyślunku. A w tym kraju jest to wyjątkowo intesywnie widoczne, że ludzkość stała się strasznie głupia, że jednostki nie potrafią samodzielnie połączyć prostych faktów, że nie potrafią wyciągać wniosków z tego, co rejestrują ich zmysły, nie potrafią brać za siebie i swoje czyny odpowiedzialności. Ludzie nie potrafią zinterpretoewać tego, co widzą za oknem i co czuje ich ciało. Nie, im musi radio powiedzieć, że dziś jest gorąco i jakie są tego konsekwencje, a i tak buc jeden z drugim nie zrozumie i jeszcze będzie miał pretensje do wszystkich że słońce go spaliło i jego dziedek stracił przytomność z upału, bo idiota zabrał go na spacer w najwiekszy upał, a nikt mu nie powiedział, że tak nie można. 

No nie wiem, jak było u was i innych ludzi, ale nas uczono prawd o burzach od małego, tak jak się uczy prawd o ogniu, wodzie, osach, żmijach, wbijaniu gwoździ i krojeniu chleba i reszcie otaczającego nas świata. Rodzice, dziadkowie, nauczyciele tłumaczą dzieciom, że ogień może podpalić wiele rzeczy, że może nas poparzyć, ale też może nas ogrzać i zupę nam ugotować. Uczą, jak należy się obchodzić z ogniem. Tak czy nie? I tak samo z burzami. Odkąd pamiętam wszyscy na wsi brali sobie informacje na temat prognozowanych burz zawsze do serca. Już dzień wcześniej albo przynajmniej parę godzin czy choćby w ostatniej chwili zamykało się okna, sprawdzało czy wszystkie drzwi od stodoły są dobrze zabezpieczone, czy koło domu nie walają ją rzeczy, które może porwać wiatr. Nas gówniarzy przestrzegano, byśmy swoje zabawki pochowali do piwnicy czy stodoły, bo nam je inaczej porwie wiatr, zmoczy deszcz albo wytłucze gradem. Sprawdzało się też okrycia kop siana i ewentualnie poprawiało, nakrywało to czy tamto, zganiało krowy z pastwiska, psy brało sie do domu, zbierało pranie ze sznura i pościel z balkonu. Wyłączało się wszystkie urządzenia z gniazdek. Systematycznie sprawdzało sie piorunochrony przy domu. Nigdy nie parkowało się traktora pod drzewem, które mogło być potencjalną ofiarą burzy. No i powtarzane systematycznie przez wszystkich starszych z rodziny nauki, że w czasie burzy nie wolno się chować pod drzewami, bo w drzewa często trafia piorun. Że nie chodzić z kosą na ramieniu ani nie stać z widłami czy łopatą podczas burzy, bu piorun może w nie strzelić i porazić. To było dla wszystkich oczywiste. Tak samo jak to, że im krótszy czas pomiędzy zobaczenem blysku a usłyszeniem grzmotu, tym burza bliżej. Jak grzmotu nie słychać prawie albo czas jest długi, to spokojnie można siedzieć przed domem i napawać sie widokiem błyskawic. Tymczasem jak patrzę na belgijskie (i nie tylko) społeczeństwo, to mam wrażenie, że oni po prostu wczoraj się urodzili albo z jakiejś innej planety spadli i nic o życiu nie wiedzą, nie kumaja, nie myślą. Stado głupich baranów i tyle. 

A kiedyś zrobiłam wyśmienitą sałatkę (może już o tym mówiłam...? mówiłam?!) korzystając  z przepisu sklepu Colruyt . Z tym że to i owo po swojemu zrobiłam. 

Sałatka z fasolką, ziemniaczkami, serem i truskawkami

Ugotowałam małe ziemniaczki (w przepisie są ugotowane gotowe), a potem podsmażyłam je na maśle. Ugotowąłam fasolkę w osolonej wodzie.

Wymieszałam je razem, potem dodałam szpinak i pokrojoną w paseczki czerwoną cebulę oraz ser berloumi i polałam sosikiem z musztardy, miodu, octu i wody. Truskawki były u nas w opcji, bo Najstaszra stwierdziła, że jej to nie pasuje, ale dla mnie bomba. Berloumi to belgijska wersja sera halloumi.


sałatka z fenkuła zjedzona w restauracji


Wkurzyłam się znowu na kołczkę i cały tę tzw pomoc z biura pracy. Ostatnio stwierdziła, że może powinnam szukać pracy w zakładzie pracy chronionej... No dobra, pomyślałam sobie, może to faktycznie jest dla mnie najlepsze rozwiązanie. Poleciła mi konkretny zakład pracy w - powiedzmy - okolicy, czyli ok 15 km od domu. Od razu wykazała się też całkowitym brakiem wiedzy na temat belgijskich środków komunikacji publicznej znajomością obsługi wyszukiwarki internetowej i wytłumaczyła mi, że mam świetne połączenie autobusowe... potem jeszcze zaczęła mi tłumaczyć, gdzie znajduje się przystanek najbliżej mojego domu, ale w tym momencie już jej litościwie przerwałam... i przypomniałam, że ja w przeciwnieństwie do niej nie mam samochodu i co za tym idzie doskonale znam położenie wszystkich przystanków i dworców kolejowych w promieniu 5 km od domu i że to znalezione przez nią zajebste połączenie to ona se może wsadzić...  No jak mówiłam, uważa się mnie za debila, który kurwa sam na przystanek nie trafi ani połączenia nie jest w stanie sam znaleźć. Powalające jest poza tym jak wielu belgijskich urzędników mało wie o realnych szansach na dojeżdżanie autobusami do pracy, szkoły czy temu podobnych miejsc, gdzie nalezy zjawiać się codziennie na czas, a szczególnie o dojazdach z przesiadkami. Nie po raz pierwszy spotykam się z faktem, że ludzie  nie wiedzą, iż autobusy na belgijskim zadupiu systematycznie przyjeżdżają z wielominutowym (nawet godzinnym) opóźnieniem, a nie rzadko w ogóle się nie zjawiają. No ale przede wszystkim, że w najlepszym wypadku autobusy na danej lini kursują co godzinę, a w niektóre miejsca (jak np nasza wieś) przyjeżdżają raptem 2 razy dziennie. Raz na jakiś czas można se autobusem pojechać, ale dojeżdżania do pracy to ja bym nie ryzykowała... Jak idę na wizytę u lekarza, na którą muszę dotrzeć autobusem, zawsze wychodzę godzinę wcześniej. Nie wyobrażam sobie jednak, bym codziennie wychodziła do pracy godzinę wcześniej... Podzieliłam się swoją wiedzą tajemną o tym, że ludzie ze wsi, którzy nie mają samochodu, zwykle dojeżdżają 5 km na miejsce odjazdu tego drugiego autobusu zwiększając swoje szanse na dotarcie do punktu docelowego na czas o 50%. 
No ale mniejsza o moją złośliwość (nic nie poradzę na to, że ludzie mnie ostatnio wyjątkowo irytują). Samo miejsce to jakieś gospodarstwo biologiczne. gdzie mają też sklepik i przygotowuja jakieś paczki z warzywami... co wydaje się ogólnie ciekawe, choć nie wiem, czy akurat dla mnie. Spróbować w każdym razie jak najbardziej bym chciała, bo tylko w ten sposób się dowiem... No i znowu się trochę podjarałam, że jest jaka nowa opcja dla mnie - zakład pracy chronionej... Wyguglowałąm se tę firmę, wypełniłam formularz kontaktowy i zaraz na drugi dzień, akurat wtedy w Mechelen byłam w parku - zadzwoniła do mnie jakaś babka. Pierwsze o co zapytała, to czy mam dokument uprawniający do pracy w zakładzie pracy chronionej... Odparłam, że nie, ale że moja kołcza poleciła mi ich firmę i że podobno wysłała też wiadomość na ten temat do mojej asystentki z biura pracy... Babka na to, że otrzymanie stosownego dokumentu to bynajmniej nie jest takie hop-siup i że to mnóstwo warunków trzeba spełniać i w ogóle... zanim VDAB wystawi taki dokument... 
No jak mnie to wkurwiło!!! 
Bo czemu ta mądra mi tego nie powiedziała...?
Nic to, babka powiedziała, że na wolontariat czy niepłatny staż - co w sumie jest moim tymczasowym celem - jak najbardziej mogę przyjść i w ogóle obejrzeć sobie wszystko i że ona mi chętnie wszystko wytłumaczy co i jak... Miała mi wysłać mejl z datami kiedy mogę przyjść... ale może mi się pomerdało i to ja miałam wysłać mejl, bo jednak byłam myślami trochę gdzie indziej, a mój mózg niełatwo się przestawia teraz z trybu luz na tryb poważne sprawy (bardziej niełatwo niż przódzi). Nienawidzę, gdy się do mnie dzwoni w randomowych momentach, gdy nie przygotowana jestem mentalnie na to że ktoś będzie dzwonił i nie mam ani gotowych pytań, ani odpowiedzi na potencjalne pytania z drugiej strony, ani nie mam na czym zapisać, ani nie mam swojej agendy. 
Zadzwonię po niedzieli do niej albo napiszę mejl i się umówię.
A do tej najmądrzejszej z mądrych też zadzwonię po niedzieli i powiem, że nie ma takiej zasranej możliwości, bym ja zapierdalała rowerem w taki gorąc do gdziekolwiek, nawet na pierdoloną stację, bo na pierdoloną stację to ciągle 5km w ted i 5 km nazad. Jak chce, może se sama do mnie przyjechać rowerem. Niech mi wyśle link do wideokonferencji albo niech się goni.  O i tak się teraz byle czym i bule kim wnerwiam na potęgę. Kiepsko u mnie z psychiką raczej. Byłam już raz u psycholożki, ale teraz ma wakacje i na następną wizytę przyjdzie mi troche poczekać. No to czekam.

Małżonek też się cziluje teraz w domu, bo jego to dopiero wszystko wkurwia. Ma zapalenie mięśnia sercowego. Lekarka powiedziała, że ze stresu. Po niedzieli ma wracać teoretycznie do roboty, ale raczej jeszcze trochę zostanie w domu. Niech se a-jedynkowcy zapierdalaja sami w taki upał, jak tak kochają tę robotę. Banda popierdoleńców. Sorry, no sorry. Taka jest prawda. Wyobraźcie sobie że ci debile pracują do godziny 20, a nawet do 22, przychodzą we wszystkie soboty a nawet niedziele i święta. Sam fakt, że oni tak pracują, mógłby nas gówno obchodzić. Jak dla nas mogą nawet spać w firmie (zresztą niedługo będą, bo właściciel własnie kończy apartamenty przy firmie i już ponoć się o nie biją), ale problem jest taki, że te bezmózgi mają wielki problem z tymi, którzy pracują normalnie, zgodnie z tym co mają zapisane w umowie o pracę, tak jak np Małżonek. Niestety tak jest dziś w większośći belgijskich firm, bo normalnych ludzi na normalnych kontraktach jest coraz mniej. Bo ludziom sie nie chce robić. Każdy chce mieć lekka pracę. Do ciężkiej chcą chorych wysyłać haha.
Coraz więcej ciężkiej roboty wykonują tzw pracownicy delegowani (a-1kowcy), których - można rzec - nie obowiązują tutejsze przepisy, prawo pracy, którzy nie mają tutejszego ubezpieczenia, nie płącą tutaj podatków. Wielu pracuje w warunkach wręcz nieludzkich. Bez nich ten kraj już by padł całkiem. Z nimi prawo pracy jest abstrakcją i kpiną. Niewolnictwo w XXI wieku jest faktem, a większość społeczeństwa zdaje się być tego kompletnie nieświadoma. Choć tak powoli zauważam że niektórym już coś tam zaczyna świtać, coś zaczyna się niezgadzać, coś zaburza ich idealny obraz świata, cos już tam gdzieś dzwoni, ino nie wiadomo za bardzo co, i czy na pewno dzwoni... Trochę za późno już na pobudkę, ale pozyjemy zobaczymy. Małżonek obmyśla plan B ale to plan karkołomny i trudny. Ale w takich warunach pracy, jakie tu zaczęły panować, nie da się normalnie funkcjonować. Zresztą już nie tylko pracy...


Na koniec zapowiadane wideo z parku i kilka luźnych zdjęć.






















12 czerwca 2026

Wszystko opornie idzie nawet gdy jestem starsza o rok

 Nie poszłam do azylu, bo nie czuję się na siłach. Ani fizycznych ani mentalnych. W planach było pójścide tam najpierw we wtorek, potem w środę, a potem w piątek, ale nie byłam ani razu w tym tygodniu, bo to był kiepski tydzień. 

Choć przyznać należy, że zaczął się bardzo dobrze i w sumie przyjemnie... Wybrałam się bowiem najpierw do Brukseli, by zdeponować tablicę rejestracyjną mojego skutera w DIV, czyli wydziale komunikacji. Pora bowiem wyrejestrować to badziewie. Może uda się go sprzedać, ale potencjalny kupiec coś nie może się zdecydować, czy go chce, czy nie. Nie ukrywam, że wkurzają mnie tacy ludzie, którzy się umawiaja, a potem im "coś wypada". Bo wiecie, raz to może coś wypaść, ale po miesiącu zaczynasz się zastanawiać, o co komuś chodzi. Chłop ponoć mówi, że na 100% weźmie, bo jemu nie przeszkadza, że to ustrojstwo czasem nie pali, gdyż jest mechanikiem i ogarnie taką drobnostkę i nawet zaliczkę chciał dawać, ale wybiera się po ten pojazd jak sójka za morze. Normalnie by mi to nie przeszkadzało, bo skoro skuter stoi tyle czasu to miesiąc w te czy wte nie robi różnicy, ale ubezpieczenie się właśnie kończy i albo będę musieć je zapłacić i potem czekać na zwrot albo przedstawić ubezpieczycielowi dowód sprzedaży, bo normalnie wypowiedzieć umowę trzeba było przed terminem, ale czekałam z tym, bo przecież chłop miał miesiąc temu przyjechać po skuter.

Bruksela z okna autobusu

 A mnie teraz wszystko tak opornie idzie, że takie niejasne sytuacje są dla mnie okropnie ciężkie i niebywale stresujące. Mózg mi nie mózguje. Każda nawet najprostrza czynność, każda nawet najbanalniejsza decyzja to dziś dla mnie wielkie wyzwanie, czasem wręcz zdające się być ponad moje siły fizyczne i mentalne. Często czuję się, jakbym patrzyła na świat z innej planety, a mój mózg spowijała gęsta lepka mgła,  jakby moje własne życie działo się obok mnie i mnie nie do końca dotyczyło, więc tylko sobie siedzę i patrzę nie podejmując żadnych działań. Bardzo ciężko jest mi się wtedy zmusić do życia, do jakiegokolwiek działania, do codziennych zadań, czasem nawet do wstania z łóżka...

Ale bywają też dni, że nagle dostaję przypływu energii i od rana działam, kręcę się, ogarniam chałupę, załatwiam załatwienia, tryskam pomysłami, chce mi się chcieć i chce mi się żyć, snuję jakieś niedorzeczne plany i co najgorsze, podejmuję różne dziwne decyzje, które potem mi ciążą niczym kula u nogi w tych gorszych dniach. Bowiem niestety te lepsze dni szybko przemijają. Ba czasem jest to dosłownie jeden dzień, choc innym razem cały tydzień, ale potem spadam znowu nagle w dół i opadam z sił.

Nie dotrzymuję nawet sobie samej danego słowa. Żałuję wielu decyzji podjętych w lepszych chwilach, bo sobie nie radzę z ich realizacją w gorszych dniach. Aaaaaaa! Ocipieć idzie.

Ale w końcu zebrałam się w sobie i napisałam mejl do swojej psycholożki z prośbą o umówienie wizyty. Odpowiedziała od razu, że mogę wpaść za tydzień, co mnie trochę zdziwiło, bo ja się spodziewałam kilku tygodni czekania, a tu proszę niespodzianka. Albo mam farta i akurat ktoś odwołał wizytę, albo dla stałych klientów są zawsze wolne miejsca :-D. Oczywiście zaraz jak tylko otrzymałam odpowiedź, zaczęłam żałować, że w ogóle poprosiłam o to spotkanie... Ale na chwilę obecną jestem z siebie dumna, bo w aktualnych okolicznościach i moim stanie to był swego rodzaju wyczyn. Im bardziej potrzebujesz pomocy, tym trudniej jest o nią poprosić. Taka jest moja obserwacja własna.

Leuven

Leuven, plac koło dworca

jakiś piekarz z leuven


Gdy załatwiłam DIV, poszłam kawałek dalej, by nagrać wideo na YT na słynnej brukselskej ulicy handlowej, a potem wskoczyłam do pociągu i pojechałam do Leuven, dokąd miała przyjechać Młoda, bo razem miałyśmy iść na wizytę w tamtejszym szpitalu uniwersyteckim. Kupiłam se jakąś maczę w Madmun i siedząc na schodach przy tym placu z powyższego zdjęcia próbowałam przez telefon rozwiązać z Młodą problem z drukarką. Młoda chciała w drodze na dworzec nadać paczkę do psiapsi i musiała wydrukować naklejkę na paczkę, ale drukarka postanowiła udawać, że jest zajęta drukowaniem jakiegoś starego dokumentu, a potem przekonywała, że my nie mamy w domu żadnego wi-fi. Drukarki znane są z tego, że są mistrzami we wkurzaniu ludzi. Jeśli chodzi o złośliwość rzeczy martwych to drukarki zdobywają zawsze czarny pas, nobla i wszystkie złote medale. W związku w powyższym przybycie Młodej do Leuven znacznie się opóźniło, a w planach było odchamianie się na mieście przed wizytą, bo ta była dopiero po południu zaplanowana. W ostateczności Młoda, która przez bunt drukarki, nie zdążyła spożyć śniadania,  podała mi przez telefon adres wegetariańskiej knajpki, którą właśnie nie dawno wyguglowała i zleciła mi pójście tam i zamówienie jedzenia, zanim ją pociąg dowiezie do miasta. Pani miała niezły ubaw, gdy musiałam przez whatsapp pytać, jaki Młoda chce sos do burgera i czy woli zwykłe ziemniaki czy bataty jako dodatek. Ja se jakąś sałatkę zamówiłam, która była przepyszna (albo ja byłam przegłodna). Jakby ktoś był w Leuven i miał ochotę na wege żarcie to polecam https://www.tabiloo.be/.




Po zjedzeniu wsiadłyśmy w autobus i pojechałyśmy już pod szpital. Dotarłyśmy tam godzinę przed czasem, więc spodziewałam się, że poczekamy co najmniej ze dwie godziny, bo na ginekologii zawsze było dużo opóźnienia, a tu - proszę ja was - niespodzianka. Ledwo zrobiłyśmy siku i sobie wody nalałyśmy z dystrybutora w poczekalni, już facjata młodej pojawiła się na ekranie. Godzinę przed czasem to ja jeszcze na wizytę chyba nie wchodziłam. Ale to jest ta dobra strona dzisiejszego systemu, że oni od razu widzą, kto przyszedł do szpitala i jest w poczekalni, bo to działa tak, że po przyjściu do szpitala rejestrujesz się z aplikacji w telefonie, w automacie albo w okienku. Wtedy pojawia ci się (albo drukuje) opis drogi... 

Szpital uniwersytecki to gigantyczny labirynt, ale doskonale oznaczony z podziałem na kolorowe drogi, bramy i poczekalnie. Na ginekologię w UZ Leuven wiedzie np czerwona droga, brama nr 4 i poczekalnia D. Pojawia się też kod, który skanujesz w automacie po dotarciu do danej poczekalni i wtedy lekarze wiedzą, że już tam jesteś. Zatem jak kogoś nie ma, bo np odwołał wizytę, to mogą wezwać tego, kto jest.

Po wizycie poszłyśmy jeszcze do czekoladkowni Bittersweet, bo Młoda chciała przetestować ich cudaczne pralinki. Ja też przetestowałam i mogę rzec, że bardzo smaczne. Drogie, tak samo jak w Leonidasie, ale fikuśne bardzo. 

czekoladki na patyczkach

pralinki :-)


Potem jeszcze było testowanie boby w COCO i taki se mix skraftowałam, że aż mnie zemdliło od słodyczy, bo se karmelowe coś wybrałam... Ale było pyszne! W drodze do dworca jeszcześmy do H&M zajrzały, by stwierdzić, że o ile tam zawsze były paskudne szmaty, tak teraz to już nawet określenia na to nie potrafimy znaleźć. Masakra jakaś, po prostu. Stracha na wróble bym w te "ubrania" nie przyodziała nawet. I to ja tam chciałam iść, bo w necie widziałam, że mają kolorowe czapki z daszkiem... Zaiste, mają, ale nie wyglądają jak na zdjęciach w necie, a jak coś co z rok na ulicy leżało... A idź pan... i jakie ceny do tego. Nie wiem, co ludźmi kieruje, by szyć takie rzeczy, ani tym bardziej by je na siebie zakładać. Ale dobra, na męskim znalazłam portki w stylu menel przecenione na 14€ i postanowiłam nabyć... Tylko że przy kasie się okazało, że muszę wziąść drugi produkt, by kupić je za tę cenę, inaczej kosztują ponad 5 dych. WTF?! No dobra, wzięłam dla młodego pierwsze lepsze skiepy, co leżały koło kasy... Aczkolwiek nadal nie rozumiem sensu. Ja to jednak baba ze wsi jestem i tyla.

boba




Na szczęście w Bereszce mieli czapki fajne, że aż się nie mogłam zdecydować. Przy okazji widziałyśmy jak gliny zgarniają jakieś dwie wypindrzone panienki... Pewnie chciały mieć nowe rzeczy za darmo... a może co innego przeskrobały, kto wie. Na pewno nie było to spotkanie towrzystkie w każdym razie... 

Nie wiem, co jest z tymi ludźmi. Trzeba wam wiedzieć, że teraz wszędzie kradną na grandę. Nie tylko w drogich sklepach z ładnymi rzeczami, bo w spożywczych marketach to jest wręcz plaga. Wszędzie porozklejali informacje, że kradzież jest karana i przypomnienia, że jest monitoring i kamery. Wątpię jednak, by złodziei to przekonywało... Przy berschka'ce czy primarku to chyba zawsze się policja kręci, no i ochrona bacznie się każdemu przygląda. 

Trafiłyśmy na tę godzinę, w której jedzie bezpośredni pociąg do nas, a jechał nim zabawny konduktor, który każdy komunikat wygłaszał na wesoło i sypał żartami. Najpierw zachwalał, że jego pociąg jest zajebisty, ale niestety ma tylko "hałaśliwą klimatyzację" (w sensie, że trza okno otworzyć, bo nie ma klimy). Śmiesznie wymawiał nazwy stacji, celowo przekręcając albo dodając jakieś głupoty "...w Mechelen możecie się przesiąść do HAAAAAAAASELT...". Zapowiedział też, że "pociag zatrzymuje się w Baasrode Zuid, ale TYM RAZEM nie zatrzyma się niestety w Baasrode Noord", gdy rzeczone Baasrode Noord jest po prostu muzeum pociągów i tamten tor jest linią turystyczną, po której latem w niedziele jeżdżą  parowozy i spalinówki na krótkiej trasie turystycznej. Dla obcych tekst bez sensu, ale dla tubylców śmieszny :-) Uwielbiam takich konduktorow, a czasem się trafia na takich wariatów. Podróż od razu fajniejsza. Jak sprawdzają bilety oczywiście też se stroją żarty i dogadują podróżnym, gdy tylko wyczają, że na swojego trafili. 

Pozostałe dni były ponure. Za oknem pogoda typowo belgijska, czyli słonce-deszcz-słońce-burza z piorunami-słońce-deszcz-słońce-deszcz i tak codziennie przez cały dzień i noc. Jednego dnia popedałowałam do sklepu i kupiłam bułki i kiełbaski na hot dogi. Dla panów normalne mięso, dla pań roślinne. Udało się też pekińską dużą kapustę natrafić w końcu, to wzięłam na gołąbki dla Młodego i mu zrobiłam. Poza tym nie wiele robiłam w tym tygodniu, bo czułam się beznadziejnie. Dwa dni były dniami prania. Wyprałam i wysuszyłam (częściowo na sznurze, częściowo w suszarce) 3 pościele, jeden zestaw świńskich dywaników (tego nie suszy się w suszarce, bo by potem wszystkie ubrania świniami waliły), jedna pralka ręczników, jedna pralka ścierek róznych ma 90 stopni, jedno pranie białe, jedno pranie czerwone, jedno pranie czarne... Ze dwa razy w tygodniu poodkurzałam. Raz ogarnęłam łazienkę. U świń też ze dwa razy posprzątałam. Kurniki staram się sprzątać codziennie (znaczy kupy zbierać szufelką), ale zdarzają się dni, że odpuszczam, ale wtedy biednym kurom śmierdzi i one potem całe śmierdzą... Zdarzyło się też ze dwa razy, że nie wyprowadziliśmy naszych ku na spacerek poza ogród, a one czekają na to i domagają się codziennie wieczorem - stoją przed furtką albo przed oknem i głośno krzyczą. 

zmokła kura Riko

Najchętniej wypuszczałabym je w dzień, ale sąsiad mógłby je poprzejeżdżać. Ostatnio mało mnie nie przejechał, a kury uskakiwały w popłochu spod kół, bo idiota nawet nie zwolnił. Zastanawiamy się tylko, czy chłop już niedowidzi, czy też robi to specjalnie. Zdarzyło sie już trzy razy, że normalnie na ulicy poboczem idąc czy jadąc rowerem, musieliśmy uskakiwać, zjeżdżać na trawę, gdy jechał jak z macochą do piekła tym swoim rozklekotanym wielkim samochodem, bo mało nas nie potrącił. Chłop jest grubo po siedemdziesiątce i jego rozum, wzrok czy inne zmysły mają prawo odmawiać posłuszeństwa, ale jak ktoś stanowi zagrożenie dla innych, czy siebie to powinien być pod opieką specjalisty, a nie zapierdalać samochodem z przyczepką po wsi jak szaleniec... 

Nie dawno, jak poszłam zanieść dokument z czyszczenia pieca (chyba już wspominałam...?) z zaleceniem, że trzeba zrobic dodatkową wentylację, bo inaczej nie wydadzą pozytywnej opinii na temat bezpieczeństwa pieca, mimo że piec jest sprawny (a to znaczy, że mogą zakazać jego używania) to dla właściceli najważniejszym problemem zdawało się "co to jest za firma?" "kto to jest?" (no bo jak to my możemy zatrudniać kogoś, kogo oni nie znają, no doprawdy skandal!) i od razu, że to na pewno nie oni mają robić i płacić, tylko my. (flamandzie skąpstwo to już jest choroba). Ja na to, że my zapłaciliśmy właśnie ponad 200€ za obowiązkowy przegląd i czyszczenie pieca, co jest naszym obowiązkiem, ale remonty domu i inne naprawy to niestetety obowiązek właściciela domu i że mają to zrobić w ciągu trzech miesięcy... Mniejsza o to czy zrobią, czy nie zrobią, ale takie sytuacje świadczą coraz wyraźniej o tym, że niektorych lekko przerasta dzisiejszy świat...

A tymczasem - skoro już narzekam na dom - podczas każdej grubszej ulewy z wiatrem ciągle kapie nam woda z sufitu na poddaszu, a pod drzwiami wejściowymi w salonie tworzy się wielka kałuża. Już nas to nawet przestało wkurzać. Teraz już się tylko śmiejemy, bo co zrobisz? Bok se wyrwiesz? Z takimi dziadkami i babkami żyjącymi mentalnie w ubiegłum stuleciu ciężko jest prowadzić negocjacje. Oni działają, ale bardzo powoli i trzeba im tysiąc razy przypominać, no i zawsze najpierw próbują każdy szkopół rozwiązywać własnorecznie z pomocą innych, jeszcze starszych dziadków, jak to 50 lat temu robili. Nie umniejsza to bynajmniej naszych problemów z mieszkaniem, ale przynajmniej daje się zrozumieć.

Gdy dla heheszków wrzuciłam wideo na instagram z nagraniem tej wszechobecnej wody to ludzie radzili mi, bardzo rozsądnie nawiasem mówiąc, pójście do sądu, do związków, do gminy itd itd. Teoretycznie to bardzo wszystko ma sens i jest mądrą poradą, ale nie w tym konkretnym przypadku. My jesteśmy bliskimi sąsiadami, a to oznacza, że po zgłoszeniu problemu gdziekolwiek i zaczęciu procedur, może i uzyskamy to, czego się domagamy (ale i to nie jest pewne, bo standardy i normy belgijskie różnią się o tych znanych z Polski, są w cholerę niższe, wręcz śmieszne), ale w gratisie dostaniemy wrogów i nasze życie tutaj stanie się piekłem albo zwyczajnie chwilę później dostaniemy wypowiedzenie umowy najmu pod jakimś idiotycznym pretekstem i dopiero wtedy znajdziemy się w dupie. Niektórzy starsi ludzie są bowiem dosyć złośliwi... 

ta kałuża jest irytująca, ale też nie tragedia


Życie na wsi kieruje się specyficznymi zasadami i jak chcesz w miarę spokojny żywot wieść, a nie jesteś do tego przypadkiem obrzydliwie bogaty, nie masz za sobą połowy wsi ani prawników w rodzinie, to lepiej się za bardzo nie kłócić, nawet w słusznej sprawie, bo można się znaleźć w jeszcze gorszej sytuacji niż się było z powodu danego problemu. Kto na wsi nie mieszka, może nie wiedzieć, jak to wygląda ani nie zdawać sobie sprawy z konsekwencji zadzierania z ludźmi, którzy mają wszędzie znajomych. Tutaj nikt nie jest anonimowy jak w jakimś mieście, gdzie nikogo nie obchodzi jak żyjesz, co robisz i z kim się kłócisz. Jak dziś bym zgłosiła problem w jakiejś instytucji, już jutro by wiedział o tym listonosz, a pojutrze pół gminy. A kto wie, czy za miesiąc, za rok nie będę potrzebować pomocy albo nie będę chciała pójść do pracy w okolicy...?

Ja ogólnie staram się załatwiać wszystko polubownie i z wielką dozą wyrozumiałości dla różnych ludzi, ale też biorąc pod uwagę wszystkie aspekty, a nie tylko ten jeden, który w danym momencie najbardziej mnie uwiera. Zdecydowanie nie należę do ludzi, którzy o wszystko się wykłócają i walczą o swoje nawet jakby mieli przy tym wybić pół świata. Ja nade wszystko cenię sobie święty spokój, a już szczególnie na tym etapie mojego życia, gdy nasz stan psychiczny i fizyczny jest raczej kiepski, a i finansowy też już lepsze momenty pamięta... 

Najchętniej po prostu bym się stąd wyprowadziła w inne miejsce, ale o tym juz sto razy mówiłam...

Wakacje letnie zbliżają się wielkimi krokami i Młody już odlicza dni do kończa czerwca. W większości szkół uczniowie zaczynają już trząść portkami przed ostatnimi w tym roku egzaminami. W szkole Młodego nie ma typowych egzaminów, ale też piszą podobne testy (tylko nazwa jest inna i nie ma takiej narracji egzaminacyjnej i srania żarem). Póki co to jeszcze różne wycieczki i inne fajniejsze luźniejsze zajęcia się odbywają. W tym tygodniu Młody np musiał przygotować na angielski jakieś jedzonko. Do każdej potrawy należało sporządzic listę składników po angielsku oraz alergenów, no i info typu vege, halal etc

Wybrał ulubione czekoladowe ciastka, popisowy deser Młodej, które starsza siostra pomogła mu upiec nadzorując każdy krok i pouczając. Gdy się okazało, że każdy z jego grupy przygotowuje coś słodkiego, to Młody bał się liczył, że jego ciastek nikt nie tknie i wszystkie będzie sam musiał mógł zjeść (bo to jego ulubione), ale ciastka okazały się wielkim suksesem. Ledwo jedno udało mu się zachować dla kumpla, który nie chodzi na angielski, a który chciał skosztowac wypieku Młodego. Niektórzy nawet o przepis poprosili, by samemu w domu upiec, tak im posmakowały.

Kołczka przysłała już też termin końcoworocznego driehoekgesprek-u, czyli rozmowy w trójkącie uczeń-rodzic-coach podsumowującej trymester. Za dwa tygodnie w piątek odbędzie się też focusmarkt, czyli prezentacje wszystkich focusów, czyli zajęć, tematów dodatkowych, na których fokusowali się przez cały rok poszczególni uczniowie. Każdy będzie miał swój stolik, kramik na którym zaprezentuje, co udało mu się przez rok nauczyć, osiągnąć... Młody zrobi oczywiście wystawę fotografii. Zdjęcia już są gotowe, a ja własnie wymyśliłam mu proste podpórki wycięte z twardego papieru. 

zdjęcie na podpórce

podpórka do zdjęcia na wystawę fotografii


Zainspirowałam się drewnianymi podpórkami pod obrazy znalezionymi kiedyś w kringwinkel. Przykleiłam jedno zdjęcie do białej twardej kartki z bloku, a podpórkę wycięłam z czarnej. Stoi sztywno, więc można rozpocząc masową produkcję i myślę, że w weekend się zabierzemy, bo wszystkie wybrane zdjęcia trzeba przykleić do białej kartki i wyciąć kilkanaście podpórek. No i podpisy wydrukować. Młody nie wie, jak dużo placu będzie miał, ale trzeba ze 20 zdjęć przygotować. Resztę wkleimy do albumu i też bedzie można go zaprezentować. Pomogę mu, bo on nie jest dobry w drobne prace manualne i zbyt niecierpliwy. Choć rysować lubi i ostatnio batdzo dużo rysuje. Głównie postaci z mangi. Kupiłam mu mnóstwo pisaków, w tym zestaw z różnymi kolorami skóry i bazgroli z przyjemnością, co bardzo mnie cieszy. Systematycznie przychodzi się pochwalić jakimś nowym rysunkiem, a trzeba przyznać, że nieźle mu wychodzą. Ma talent, a powiem wam, że jak był mały to raczej nikt by go o talent plastyczny nie podejrzewał. Ale to brało się zapewne - tak samo jak u Młodej - z wolniejszego rozwoju małej motoryki i hipermobilności. Iluż rzeczy człowiek nie wiedział, nie był świadomy zaczynając przygodę z macierzyństwem! Dopiero, gdy obydwoje wyćwiczyli sobie już swoje chude i lelawe gałązki, mogli zacząć korzystać ze swojego talentu plastycznego. 

Nie dawno Młody odkrył na nowo rolki. Któregoś dnia nagle ni z gruszki nie z pietruszki zapytał, gdzie są rolki, a potem poszedł przekopywać strych... Dłuższą chwilę później wrócił rozentuzjazmowany z pola, chwaląc się że nie tylko nie zapomniał jazdy, ale jeździ o wiele lepiej niż ostatnio, że umie nawet nawracać i hamować. Od tego dnia codziennie wieczorem idzie na rolki nie ma go czasem nawet 2 godziny. Nawet już o fotografii trochę zapomniał, bo nie pozwaliłam mu zabrać aparatu na rolki. Aparat (nawet taki Lumix) nie należy bowiem do tanich zabawek. Na wakacjach zapewne znajdzie czas i na rolowanie, i na fotografowanie. No chyba że okaże się, że jego fucus na tym temacie już się skończył. Tak czy owak, czego się przez rok nauczył, to mu zostanie, a frajdę miał wielką z każdej wytropionej sarenki, wiewiórki czy dzięcioła, a jeszcze większą z każdego udanego zdjęcia. Może być z siebie dumny.

Ja cieszę się, że mimo wielkego umiłowania do komputerów i gier w sieci, znajduje czas i z chęcią i całkowicie dobrowolnie poświęca go na rysowanie, fotografię, rolki oraz codzienne ćwiczenia, a ćwiczy upracie w swoim pokoju wieczorami po kilka minut dziennie, ale codziennie: po kilka pompek, brzuszków, przysiadów - tak jak podglądnął to pewnie podczas moich ćwiczeń - a do tego hantelki. Już niezłe muskuły wyrobił. Twarde jak kamur. Mięśnie w nogach też ma mocne jak diabli. Jakby nie patrzeć, kręci tym swoim rowerkiem po prawie 20 km dziennie, przez 5 dni w tygodniu, no i dźwiga te ponad 20kg wkładając rower do pociągu i z pociągu wyciągając. Słyszę czasem głupawe komentarze, że elektryczny rower to nie rower i młodzi nie powinni jeździć elektrykami, bo to wstyd. Ale ja się pytam, czy lepiej jak człowiek przejedzie ponad 100km/tydzień elektrykiem, czy jak ani razu przez ten czas na żaden rower nie wsiądzie i wszędzie dupsko autem albo autobusami wozi...? Bo z moich obserwacji wynika, że najwięcej do powiedzenia na temat jazdy elektrykiem mają ludzie, którzy żadnym rowerem nie jeżdżą i do pracy, szkoły, sklepu, lekarza, a nawet na siłownię samochodem jadą i swoje dzieci wszędzie podwożą. Ci ludzie zwykle nie są w ogóle świadomi prostego faktu, że jak masz zwykły rower, to możesz dojeżdżać nim, dajmy na to, do 10 km, ale jak masz elektryczny, to już po 20 km dojedziesz codziennie swobodnie, a i 30 dasz rady, jak jesteś młody i wysportowany. Jak zainwestujesz w speedpedeleca to 50km z łatwością przemkniesz codziennie.  Dzięki silniczkowi możesz przemieszczać sie rowerem po pagórkowatym terenie swobodnie i przewozić ze sobą ciężki towar, czy dziecko w foteliku. Młody nie mógł by chodzić do tej szkoły, do której chodzi dziś, gdyby nie miał roweru elektrycznego, bo nie ma połączeń dobrych i 2 razy musiał by sie przesiadać, godzinę wcześniej wychodzić z domu i godzinę wcześniej wracać. No i to ciągle jest przecież rower - pojazd napędzany głównie siłą nóg, nawet jak te nogi mają pomoc silniczka, to ciągle muszą pracować intensywnie, by wprawić pojazd w ruch. A jak nogi pracują codziennie, to są zdrowe i silne, a i kondycja się poprawia z każdym dniem, człowiek oddycha świeżym powietrzem, zażywa słońca, słucha śpiewu ptaków... 

Wczoraj skraftowałam se czaderskie smoothie. Postanowiłam posprzątać resztki i niechcący swteorzyłam napój deserowy o samku tiki-taków (subiektywna opinia). Rozpakowałam dużą paczkę daktyli i chciałam je schować do plastikowego pudełka, żeby mi znowu mrówek nie nalazło, jak ostatnio, kiedy całą (na szczęście małą) paczkę musiałam wyrzucić do kosza, bo cała była zamrówkowana, a nie przepadam za mrówkami... Okazało się że się nie zmieszczą wszystkie, więc pozostałe siedem pokroiłam i wrzuciałm do blendera. Do tego już prawie brązowy banan, bo też szkoda wyrzucać. Dalej poszło pomięte i miękkie jabłko, mały waniliowy napój sojow isolidna łyżka bio masła orzechowego, które kiedyś w mega wielkim słoju kupiłam i trzeba je do czegoś w koncu zużyć. Dziś robiłam ponownie, tym razem ze zwykłym mlekiem. No, mówię wam, tiki-taki z wawela w płynie, choć wygląda trochę jak kupa.



Poprzednią razą się zapomniałam pochwalić, że znowu jestem o rok starsza. Galopujący szok, za rok skończę pół wieku! Czasem czuję się na 90, ale często na 15.

 
Młoda upiekła dla mnie czaderski tort. Nie udał jej się dokłądnie taki jak sobie zaplanowała, bo trochę słabo wyrosło ciasto, ale działał (niestety nie posiadam dobrego zdjęcia z owego działania). To serce po przekrojeniu krwawiło. Mega efekt! W pierwszym pomyśle to miało mieć ponoć kształ prawdziwergo serca ludzkiego, co dało by o wiele efektowniejszy rezulat, ale i tak szacun wielki dla Mojej Córki za pomysł i za wykonanie. To był pracochłonny tort. Cały dzień spędziła w kuchni! A jakie to ci było smaczne! 
No i dostałam od niej talon na balon :-) Polecimy obie, bo nikt więcej z Naszej Piątki nie reflektowal na lot balonem (dziwni ludzie!) to kupiła dla mnie i dla siebie. To był taki prezent co się go wcześniej omawia :-) Teraz musimy jeszcze wybrać termin i miejsce lotu, ale to już najmniejszy problem.
Od Małżonka też dostałam wcześniej omówiony prezent. O wiele bardziej praktyczny, ale równie fajny. Wziął mi nowy telefon do spłacania z abonamentem, bo mój stary niedługo przestanie działać, gdyż od połowy roku nie będzie już aktualizcji dla iphone 11, więc niedługo potem prawdopodobnie przestaną działać aplikacje bankowe i wszystkie inne ważne, bo to zawsze tak jest z tymi telefonami... Dziś bez sprawnego telefonu jak bez nogi... ale dobry telefon musisz wyrzucić albo sprzedać za śmieszną kwotę i przymusowo kupić nowszy, bo firma celowo przestaje go aktualizować. Ja tam bym wolała używać sprzętu jak najdłużej, a nie co chwilę wymieniać, no ale trudno... Ja już stara jestem i absolutnie nie jarają mnie nowsze modele telefonów ani niczego innego. Wolę stare ale jare, o ile są sprawne.




Poniżej jeszcze parę zdjęć z Brukseli.












W Międzyczasie nagrałam opublikowałam dwa nagrania z przemyśleniami na temat długiego chorobowego, a dziś wrzuciłam na Youtube pierwszą historyjkę związaną z popularną ulicą handlową w Brukseli, bo akurat byłam tam i mnie natchnęło, by o tym właśnie opowiedzieć. Nie wiem, czy ktoś poza mną lubi takie prawdziwe opowieści oraz legendy związne z różnymi przypadkowymi miejscami, ale i tak zamierzam je nagrywać, bo dużo ich mam w zanadrzu, a co chwilę na kolejne natrafiam ;-)