12 stycznia 2019

Dziś o moim zkupywstaniu... nadrabiam zaległości.

I znowu mamy  styczeń 


Znowu jesteśmy starsi o rok. Świetnie. Starsi znaczy mądrzejsi (chłe chłe)

Najwyższa zatem pora zebrać się  do kupy... albo raczej z kupy wyleźć i zacząć żyć jak człowiek, bo nie ma czasu na siedzenie i użalanie się nad sobą. I tak kurde zmarnowałam parę ładnych tygodni na myślenie o tym, jaka to ja jestem nieszczęśliwa, pechowa, stara, brzydka, głupia, nieogarnięta, .... Tu se możecie sami resztę dowolnych negatywnych epitetów wypisać ze słownika - wszystkie na pewno będę pasować do mentalnej czarnej dupy, w której się byłam znowu zgubiłam.

Się w końcu ogarnęłam, podniosłam swoją koronę, poprawiłam stringi...

A tera biere dzide i ide.


Obudziłam się. Zkupywstałam. Stanęłam na nogi. Żyję. Znowu jestem sobą.

Zdążyłam już napchać pełno rzeczy do kalendarza (a tera lece do sklepu po zapas energydrinków i kawy, poszłabym też po 3 wiaderka czasu, ale nikt mi nie chce zdradzić, gdzie trza iść).

Pracuję aktualnie na cały etat. To już wiadomo od poprzedniego roku. A ludzie non stop sie pytają, czy nie mam wolnych godzin... Nie mam, ale wiem, że ciężko u nas o sprzątaczki, ludzie tygodniami czekają na sprzątaczkę z biura. No ale cóż, nabudowali od groma nowych apartamentów to i tałatajstwa ze stolicy nalazło... i teraz wszystkiego trzeba więcej... Co mnie to jednak interesi...

W nastepny piątek mam zebranie Rady Rodziców, a potem lecimy wszyscy do jakieś knajpy na dobre żarełko i pijątko co najmniej do północy, bo tak się tu rozpoczyna Nowy Rok w Radzie Rodziców. 

Potem pod koniec stycznia organizujemy coroczną zabawę karnawałową do białego rana. Zgłosiłam się oczywiście do pomocy przy przygotowaniu sali, zabawie dla dzieci i do sprzątania w niedzielę. Pomoc w nocy odpada, bo ja musieć dużo spać.

Poza tym UWAGA zapisałam się z Najstarszą na kurs języka francuskiego... 


Znajoma zapytała mnie, czy mam na to czas? HA HA HA!!! A to trza mieć czas?! NIE, ja absolutnie, zdecydownie nie mam czasu, ani tym bardziej sił... Ale jak nie ja to kto? Co, samo się nauczy? SAMO?! Nichuchu! Za mnie nikt nieczego nie zrobi! Ja nie mam zwyczaju nikogo o nic prosić i na nikogo liczyć. Życie mnie nauczyło, że nie warto, że jeśli czegoś potrzebuję, czegoś chcę, to trza zebrać dupę w troki i po to iść.... Można też oczywiście siedzieć i nic nie robić, bo tak jest przecież najłatwiej,  i ciągle mieć pretensje do wszystkich o wszystko i zazdrościć że inni maja lepiej, a jeszcze jak ktoś coś da, to narzekać że mało, że nie takie, że za późno... Wymówka do nicnierobienia zawsze się znajdzie. Ja tam jednak wolę szukać wymówek dlaczego to czy tamto trzeba zrobić właśnie teraz i dlaczego ja to mam zrobić. No więc dlaczego?

Dlatego, że Najstarsza w przyszłym roku musi odrobić staże w sklepie odzieżowym i musi znać podstawy francuskiego! Niestety (albo stety), jak przybyliśmy do Flandrii ona była w szóstej klasie, czyli rok francuskiego do tyłu, ale wtedy ważniejszy był niderlandzki i na francuskim chodziły obie właśnie uczyć sie niderlandzkiego. I spoko. Nauczyły się. Ale kosztem drugiego języka, który teraz obydwu jest potrzebny i obie mają problem....

Ja sama marzę o tym, by nauczyć się podstaw francuskiego, bo mnie - w przeciwienstwie do dzieci i małżonka - ten język nawet się podoba. Poza tym być może kiedyś trzeba będzie zmienić pracę na lżejszą, choćby w tej śmiesznej bibliotece i ten drugi język to mus. Nooo, a we dwie to zawsze raźniej iść na kurs, fajniej, weselej, jedno drugie może motywować, można w domu se ćwiczyć razem... Dlatego odżałowałam te dwie stówy i nas zapisałam... Zrezygnować zawsze można, a jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz, czy dasz rady. Już jest dwa powody i tyle wystarczy.

Najstarszą - za zaleceniem psycholożki - zapisałam też na badania diagnostyczne do szpitala uniwersyteckiego, bowiem  uważają, że tu w grę MOŻE (choć niekoniecznie) wchodzić coś więcej niźli zwyczajna ogromna nieśmiałość i lepiej to sprawdzić... Mówią, że może jakaś trauma, może nawet  jakiś tam asperger, a może co innego. No to niech to w końcu sprawdzą, bo może faktycznie ja czegoś nie widzę. Wszak nie mam za bardzo obiektów do porównania, które miały by podobny bagaż doświadczeń i podobną nienormalna matkę. Tyle tylko, że po tych wszystkich testach i badaniach może dostać diagnozę albo nie. Tak czy owak my będziemy na pewno o kilkaset euro ubożsi... Pociecha taka, że część pewnie ubezpieczyciel odda. 

Myślałam nad tym kilka nocy i kilkadziesiąt dni, bo człowiek nie wie, jakie mogą być tego wszystkiego konsekwencje, bo człowiek zwyczajnie się boi tej całej diagnozy, bo co jak się okaże że ma jakąś dziwną chorobę... Bo My ludzie to czasem dziwni jesteśmy... Czasem chciało by się rozbić termometr, żeby nie pokazywał gorączki dziecka albo wagę by nie pokazywała jacy jesteśmy chudzi... Jakby to kurde mogło zmienić faktyczne fakty. Tu tak samo. A co jak ma coś? Ja pitolę - jak będziemy wiedzieć, to wtedy możemy coś zrobić, coś zadziałać, a dziecko dostanie wsparcie i pomoc adekwatną do sytuacji, być  może nawet mając taki czy inny atest czy zaświadczenie będzie mieć zwyczajnie łątwiej w szkole a nawet kiedyś w pracy. Choć oczywiscie może też dostać plakietkę "ma to coś"co może utrudnić życie, no ale.. CHOLERA, przecież zawsze lewpiej wiedzieć o co chodzi, w czym jest problem. Żeby wroga pokonać, trzeba wiedzieć z kim sie ma do czynienienia... Psycholożka poinformowała nas, że na te diagnozy czasem jest nawet 8 miechów czekania na pierwszą rozmowę informacyjną, a potem kolejna lista do właściwych badań... Kurde, prawie jak w Polsce... No ale tyrknęłam i się okazuje, że już termin na koniec marca jest... no łaaaał. Pożyjemy, pojedziemy i się zobaczy czy czegoś noweo się dowiemy, czy tylko zmarnujemy czas i forsę. Jedno jest pewne, szkoła i CLB dadzą se na razie dupie siana i będzie chwile spokoju, bo wiecie każdy kij ma dwa końce. Te wszystkie tutejsze instytucje są  bardzo pomocne, każdego ucznia traktują induwidualnie,  dopasowują zajęcia do potrzeb ucznia, troszczą się, załatwiają róznych pomocników, nikogo nie zostawią samego z problemami - jak to często ma miejsce w Polszy - i to się im chwali. Jednak czasem bywa to uciążliwe. Nie ma opcji że będziesz sobie żył swoim życiem i wychowywał dzieci po swojemu. Nie ma opcji że dziecko oleje szkołę i nie będzie się uczyć, czy tym bardziej nie chodzić do szkoły. Nie da się tak jak w PL po prostu przyłazić do szkoły i mieć wyjebane na nauczyciela, na innych uczniów czy system. W tutejszej szkole nie możesz być nieśmiały, nie możesz być cichy, nie możesz nie mieć przyjaciół, nie możesz ani nie jeść, ani jeść czegoś innego niż przewiduje regulamin. Jak nie pasujesz do szablonu to masz problemy... I to mi czasem działa na nerwy i to bardzo. No ale cóż, życie.


W międzyczasie próbuję na nowo zapanować nad swoim rozpiżdżonym światem.


 Wiecie co robi depresja dziecka z rodziną? Nie? To dobrze. Obyście nigdy nie musieli się tego dowiedzieć namacalnie. Mogę Wam jednak powiedzieć. Robi rozpiździeć. Ot co! 

Dowiadujemy się, odkrywamy że dziecko ma depresję (czy inne tam skurwysyństwo - bo podejrzewam, że tak jest z innymi poważnymi chorobami) i to nas najpierw zwala z nóg (delikatnie rzecz ujmując). Panika. Strach. To nie może być prawda. To na pewno co innego. Co robić? Jak damy radę? Dlaczego kurwa my? Co z moją pracą? Od czego zacząć? Skąd wziąć kasę? I cała reszta z pierdyliarda beznadziejnych pytań bez odpowiedzi. Chce się zniknąć, nieistnieć, zmienić bieg czasu i nie urodzić nigdy dzieci albo pojechac o parę lat do przodu by nie musieć być tu i teraz, by nie musieć się bać i żyć w niepewności.

Potem etap dwa - cały czas poświęcamy choremu. Świat zaczyna się kręcić w inną stronę.... Ale widać postępy, poprawę... Cieszymy michę. Jesteśmy dumni z siebie...

I wtedy JEB!

NA ŁEB!

Etap 3. Przypominamy sobie, że na świecie są inne rzeczy poza depresją i inni ludzie poza chorym.
A wtedy się okazuje, że już coś przegapiliśmy, już się coś pojebało i że trzeba to JAKOŚ naprawić i postawić na właściwe tory.

Etap numer 4 nazywa się NIE WIEM CO ROBIĆ no to TKWIĘ W MIEJSCU i użalam się nad sobą. 

Ja właśnie dotarłam do etapu nr 5. WYJŚCIE Z KUPY i zebranie sie do kupy.

Sprzątam swój świat i układam go na nowo. Wróciłam do żywych mądrzejsza o nowe doświadczenia z głową pełną świeżych mniej lub bardziej porąbanych pomysłów. Widzę to, czego nie widziałam wcześniej. Jestem sobą. Odnalazłąm swój optymizm, radość życia i znowu otworzyłam swoją kopalnię porąbanych świetnych pomysłów.

Najstarsza w ostatnich miesiącach, kiedy to walczyliśmy z depresją,  znowu utknęła w swojej skorupie i nie mogłam z nią nawiązać normalnego kontaktu. Poszła sobie do wirtualu i miała matkę z całą resztą beznadziejnego świata w dupie. Zaczęła siedzieć po nocach, nie odrabiała zadań, nie jadła nawet za dużo.... I tak to właśnie jest, gdy nie masz nikogo do pomocy (my mamy tylko siebie i niewiele czasu) Chwilę nie masz oczu dookoła głowy i nie jesteś wszędzie, by wszystkiego dopilnować  i już bida. Gdy się ogarniesz, jesteś kilka miechów w plecy i nikt za ciebie nie naprawi tego co się spierdoliło. 

No ale już jestem z powrotem. Zapisałam se w tym czterdziestodwuletnim pustym łbie, że obie nastocórki potrzebują tyle samo czasu matki. Po robocie poświęcam parę minut każdemu dziecku. I już zaczęło działać. Znowu rozmawiamy jak matka z córką o szkole, o zwierzakach, grach i dupie maryni. Naprawiłam.

Młoda zaś nadal walczy i postanowiła na razie zostać w liceum, bo lubi tę klasę i nie chce iść do technikum. Zdecydowała się przyjąć też pomoc osób trzecich, czyli psycholog, wsparcie szkoły i ewentualne korki z francuskiego. Mam nadzieję, że ruszymy do przodu szybciej.

Ona poszła by chętnie do technikum, żeby mieć łatwiej, ale boi się tego, kogo zastanie w tamtej klasie. Boi się powtórki z poprzedniej szkoły czyli diw. Kto to są diwy? Młoda mówi, że są tego dwa rodzaje. Pierwszy rodzaj to diwy bogaczki. Rozpoznaje się je po ubraniach od Gucciego i Prady. Te mają całą armię swoich przydupasów, bo zasada jest jedna albo jesteś z nimi albo przeciwko nim.  A jak jesteś przeciwko, czyli nie nosisz sie modnie, masz krzywe zęby, krótkie włosy, nie przytakujesz na każdą głupią odzywkę to przydupasy zadbają, byś nie miał życia, byś stał sie nikik i nikt się z tobą nie kolegował.. Masz zamiar się poskarżyć, czy odpyskować, to ci przypomną kim jest tatuś lub mamusia diwy i co mogą ci zrobić...
Te inne diwy są po prostu wyjątkowo ładne i one wiedzą, że inni to wiedzą. Te nie trzymają się z nikim, także z tymi bogatymi diwami, bo taka ładna diwa z żadnym plebsem się nie zadaje. Za hajs można kupić większość rzeczy, ale urody nie.  Przy nich każdy czuje się jak śmieć.

Moje Młode żyją własnym życiem, chodzą własnymi ścieżkami i mają własne zasady i nie będą tańczyć, jak im grają jakieś bogate zarozumiałe laski. Mają więc przesrane w klasie z diwami. Teraz Młoda ma w klasie samych normalnych ludzi. Nnnno, to może za dużo powiedziane, bo chłopaków w tym wieku raczej normalnymi ludźmi nie można nazwać. Dziewczyny już dorosły, a tych nadal najbardziej bawi pierdzenie i bekanie na lekcji, czy temu podobne rzeczy.

A życie toczy toczy swój garb uroczy


M-jak-Mąż po rozpatrzeniu kilkudziesięciu ofert pracy,  zaliczeniu kilku rozmów i przetestowaniu paru firm w końcu osiadł w jednej firmie i już nawet zdążył se parę centów podwyżki nagrabić. Po 6 latach się należy jak psu buda.

Ja przez całe święta pracowałam, żeby nie powiedzieć zapieprzałam, bo kilku moich klientów miało wakacje a mi dawali zawsze jakieś zastępstwo. Ja się pytam, kto sprząta u tych biednych ludzi? I dlaczego się tak opierdala. Serio, jak zobaczyłam ten syf to mi kopara opadła. Ja rozumiem że duży dom, to i nikt normalny całego na raz nie ogarnie. Ale, baby, do jasnej cholery jak raz umyjecie 2 okna, drugi raz kaloryfer, trzeci raz krzesło to serio korona wam z głowy nie spadnie, a efekty będą widoczne.

Byłam u starszych ludzi. Babunia z balkonikiem i jej syn po wypadku - oboje niepełnosprawni. Zrobiłam, co mi kazali w godzinę bez pośpiechu. Potem widzę że jakaś mucha obsrała kaloryfer no to machnę ścierką, a tu kuźwa niespodzianka - ten kaloryfer ne jest beżowy ze starości - jak mi się zdawało - ten kaloryfer z 50 lat nie widział ścierki. Kuźwa jak już zrobiłam czystego mazaja to musiałam go umyć do konca, ech. Podłoga przy ścianie też okazała się zwyczajnie brudna a nie po prostu stara. A potem jeszcze lepiej - widzę odsuwane drzwi pomiędzy kuchnią i salonem, to myślę - wysunę i przetrę szybę. Było nie ruszać! Syf kiła i mogiła - nawaliło się na podłogę zdechłych pająków, lepkich pajeczyn, kurzu, fuj fuj fuj...

Drugi dom w trochę lepszym stanie, bo nowy, ale pod prysznicem taki syf, że szkoda słów. To nie był brud z ostatniego tygodnia czy nawet dwóch! Słyszałam od wielu ludzi, że niektóre sprzątaczki nigdy nie myją kabin prysznicowych i widziałam tego efekty na kilku poprzednich zastępstwach. Boszzz, hrabianki wystroją się do sprzątania jak na wesele i biedulki nie dadzą rady sprzątać bo by się pobrudziły, fryzura by się rozpadła, makijaż zmył i tipsy połamały. Od hrabianek słyszałam kilka razy, że klient se sam może posprzątać. Jasne, bo ludzie po to płacą  komuś by samemu sprzątać.

Ci moi jednorazowi klienci mieli też białe plastikowe krzesła w jadalni. Też myślałąm że one takie czarne ze starości... A wystarczyło popsiukać sprajem do kuchni i przetrzeć ścierką. 5 (słownie: pięć!) minut roboty i białe jest białe. We łbie mi się nie mieści, że ktoś może zostawić u ludzi taki chlew, wziąć pieniadze za to że "posprzątał" i spać spokojnie. Nienawidzę roboty robionej na odpierdol!!!!

Jako się rzekło, nie da się posprzątać dużego domu za jednym razem dokładnie, ale trzeba sobie robotę umieć zorganizować i powoli doprowadzi sie dom swojego klienta do ładu.  To trwa zwykle kilka tygodni albo nawet miesięcy (jak się sprząta co 2 tygodnie) . Potem już tylko trzeba pilnować schematu i nawet sie śpieszyć często nie trzeba, a bywa że i poopierniczać się od czasu do czasu można. I wcale nie trzeba pracowac ponad normę ani biegać w przyśpieszonym tempie, wystarczy mieć łeb na karku i w miarę być sprawnym fizycznie. Ważne też by być po prostu człowiekiem i traktować innych tak jak się chce być samemu traktowanym i zwyczajnie być uczciwym.

A poza szkołą i robotą  wszyscy bawimy się w piratów. 


Wymyśliłam bowiem, że w tym roku zorganizujemy dla Młodego pirackie prodziny dla całej klasy. No to teraz obmyślamy z Młodymi scenariusz, kompletujemy stroje, wytyczyliśmy trasę w lesie, tworzymy dekoracje i akcesoria. Bo wiecie, jak się bawić to się bawić. Zamierzamy zaciagnąć tałatajstwo do lasu, gdy będzie już zmierzchało i pozwolić im się zmęczyć, obrudzić i pobać...  a potem znajdziemy zakopany skarb, wrócimy do domu, nasmażymy pirackich frytek i wypijemy pirackego soku...

Spokojnie, to Belgia, nie Polska - mamusie nie trzymają dzieci w akwariach, nie boją się błota ani kilkukilometrowtych wędrówek po lesie nawet gdy pada. W PL za takie pomysły spłonęłabym zapewne na stosie, tu fantazja nie zna granic, a dzieci mogą być dziećmi, mogą się brudzić, mogą biegać, wspinać się na kamienie i drzewa, paprać w błocie, a na urodziny można przyjść w starych dresach i kaloszach. Mam jednak nadzieję, że nie będzie lało, bo nasza trasa nie wiedzie po wytyczonych dróżkach, tylko "na skróty", żeby nam gadżetów nikt nie zajumał i skarbu nie wykopał. I tak, takie zabawy w parkach i na ulicach  są tu jak najbardziej na porządku dziennym i to na każdą okazję dla ludzi w każdym wieku. Ludzie non stop rysują na drodze jakieś strzałki, wieszają na krzakach wstążeczki i baloniki wytyczające trasę  oraz gadżety, łażą przebrani. Ludzie lubią się bawić w ten sposób. A my korzystamy z faktu, że mieszkamy 500m od parko-lasu.

Znowu znajomi pewnie będą się dziwić "że też ci się chce". A mnie się właśnie chce. Dla mnie przygotowanie i prowadzenie takiej zabawy to ogromna frajda. Ja się sama przy tym doskonale bawię. Bawią się też pozostali członkowie naszej rodzinki. Młoda ma masę fajnych pomysłów, które podpatrzyła w necie czy zna ze szkoły i razem pisałyśmy scenariusz, zaśmiewajac się przy tym do rozpuku, bo co raz coś głupiego przyjdzie przecież do głowy. Ja mam być przygłupawym piratem o o imieniu Żółta Papuga (bo mam tylko żółty płaszcz, który nadaje się na przeróbki). Młoda ma być duchem pirata, który zakopał skarb w naszym lesie. Mamy świetne stroje i farby do makijażu, także takie świecące w ciemności. Solenizant będzie oczywiście kapitanem. Strój wypożyczyłam od sąsiadki. Najstrasza jeszcze nie wie, czy chce się przebierać, ale na pewno pomoże przy dekoracjach i strojach oraz przy poczęstunku.

Młody z wielkim przejęciem malował farbami i mazakami tekturowe papugi, których dzieci bedą szukać w lesie i które będą skompletowane z róznymi zadaniami dla pirackiej zgrai. Pozował też z radością do kapitańskiego zdjęcia, które zamieścimy na pirackim zaproszeniu. Z dekoracji zrobiliśmy na razie piracką skrzynię z tekturowego pudła, wielką kotwicę z tektury oraz łańcuch z gazet, a tata-lakiernik posprajował je na srebrno. Jutro zrobimy też trochę złota z kamieni przy pomocy złotego spraju. Z pudełka po winogronie bedzie świetna skrzynia na skarb a z rolek po ręcznikach doskonałe lunety. W święta zakupiłam też zapas czekoladowych pieniążków, to mamy już i skarb z głowy. Własnie zamówiłam też 20 latareczek po nie całe euro za sztuke, które to gadżety przydadzą się nam w ciemnym lesie i które goście zabiorą sobie potem na pamiątkę (tu taki zwyczaj).

Nie wiem, czy wszystko się uda i czy wszystko pójdzie po naszej myśli, ale ważne że póki co my sami dobrze się bawimy przy przygotowaniach. To świetny sposób na odstresowanie.


Na koniec polecę Wam jeszcze internetowe sklepy, z których korzystałam tym razem,bo wiem, że niektórzy szukają i nie mogą znaleźć... A moze się komuś przyda. Pamiętajcie też, że w Holandii wszystko jest tańsze niż w Belgii a przesyłka często gratis zaś dostawa nie rzadko zaraz na drugi dzień.

Gdyby ktoś w BE, NL szukał strojów i gadżetów na urodziny, przedstawienie czy karnawał to polecam te strony, w których to i owo zamawiałam. Bardzo duży wybór w rozsądnych cenach. Wszystko posortowane tematycznie:

https://www.lobbes.nl
https://www.vegaoo.nl


I jeszcze sklep krawiecki z dużym wyborem różnych różności.

https://www.stoffen.net/