15 stycznia 2021

Każdy dzień nowa przygoda.

Mocno zakręcony tydzień dobiega końca. Dużo się działo. 


Zaczął się od 2 pierwszych zaległych egzaminów Młodej. Egzamin jak egzamin. Wpadasz do szkoły, siadasz w ławce i piszesz wszystko, co wiesz, a potem to, czego nie wiesz i oddajesz kartki. 

No chyba, że akurat jest pandemia i jacyś debile stwierdzają, że w szkołach trzeba pooszczędzać na ogrzewaniu oraz zadbać o planetę i nakazują otwierać wszystkie okna i drzwi przez całe dnie, no a uczniowi trafi się miejsce na przeciągu...

 Młoda miała tego farta....

 Po paru minutach było jej zimno. Po kilkunastu zaczęła szczękać zębami. Po pół godziny zmieniła kolor na niebieki. Gdy jej ręka zaczęła przymarzać do długopisu, stwierdziła, że sra na ten egzamin i poszła na dworzec, by wsiąć do pierwszego lepszego pociągu i się ogrzać. Po odtajaniu wysiadła na pierwszej stacji, a potem wsiadła do pociągu, którym mogła dojechać na swoją stację i wrócić do domu.

Drugim wartym zapisania zdarzeniem był e-mail, który dostałam od dyrektorki szkoły Młodej, a w którym dyrektorka zaprasza mnie na spotkanie w szkole w celu omówienia przyszłości Młodej w jej szkole w związku z nowo otrzymanym atestem potwierdzającym spektrum autyzmu. Spotkanie wyznaczyła na dziś, a ja dziś miałam myć klientom okna... Po szybkich acz skomplikowanych obliczeniach wyszło mi, że jak wezmę godzinę urlopu i zacznę pół godziny wczesniej to powinnam zdążyć na pociąg, który zawiezie mnie do miasta. Obdzwoniłam wszystkich. Klient zgodził sie wstać wcześniej, konsultant w biurze  zezwolił mi na godzinę urlopu. Pomyślałam, że mogę złapać kapcia i niedojechac na stację. Pomyślałam, że pociąg może być spóźniony. Obmyśliłam, co wtedy zrobię, czyli plan B. Poszłam spokojnie spać.

A środę miałam niespodziewane wolne, bo klient zachorzał, więc zrobiłam sobie dzień towarzyski - mejle, telefony bla bla bla. Taka odskocznia była mi potrzebna.

W czwartek zaraz po wstaniu, jak każdego dnia, wyszłam do werandy po trawę dla Luśki (zimą trawę zbiera się po południu, by była na rano, bo rano jest ciemno. Tak, w Belgii w styczniu jest zwykle trawa zielona na łące.). Ciemno było, że oko wykol, ale słyszałam, że po dachu werandy ktoś rzucał piaskiem... A nie zaraz, jakim piaskiem. No nie mówcie, że pada śnieg! Nie. 

Padał. Jebany.

Ja muszę po południu jechać do drugiego klienta, a po robocie jeszcze Młodego ze świetlicy odebrać. Młoda musi do szkoły, bo ma kolejny egzamin. Dobrze by było też wrócić, a nie tylko pojechać do miasta. To 30km, z trampka nie przyjdzie. Może nie wiecie, ale jak w Belgii napada z 10 cm śniegu, to pociagi nie jeżdżą! Tak samo jak jest upał... Najstarsza też cały dzień w szkole. No a auto M-Jak-Męża ma letnie obuwie, a też kawał do roboty dojeżdża, więc nikogo z nas nie poratuje, jak utknie w korku. Kto widział, co robią Belgowie na drodze, jak pada śnieg, ten wie, co mam na myśli. W Belgii (poza Ardenami) śnieg to armagedon, katastrofa, koniec świata. Tu nikt ci zwykłej drogi nie odśnieży, nikt nie posypie piaskiem czy solą. A tu jeszcze to spotkanie w piątek. Śnieg nie był brany pod uwage w przygotowywaniu planu B.

Dlatego sie zestresowałam na maksa. W nerwach wychodziłam z Młodym do szkoły. No ale nic. Jedziemy. Pedałujemy pod górkę jojcząc, że śnieg wali nam w oczy i piecze jak szlag. Poganiam go, bo za późno żeśmy wyszli a ja zaraz mam być u klienta. Już ponad połowę drogi zrobiliśmy, gdy nagle popatrzyłam na mój kosz z przodu, gdzie powinien być mój plecak roboczy i Młodego tornister szkolny. Plecak był. Patrzę na plecy Młodego. Nie ma tornistra. Patrzę dla pewności na moje plecy. Nie ma tornistra. 

No jasna kurwa i sto milicjantów! 

Młody został, gdzie był, a ja dyla do chałupy po ten jebany tornister. Ten śnieg w oczy. Jacyś ludzie w autach pod prąd jadą i walą światłami po oczach jakby śnieg to za mało było. Otwieram drzwi. Zamykam drzwi. Kręce z powrotem. Dojechaliśmy do ostatniego skrzyżowania, gdzie oddałam Młodemu tornister i powiedziałam 'do zobaczenia wieczorem', a wtenczas w świetle latarni zobaczyłam, że bateria w rowerze jest prawie rozładowana, a ja po południu muszę jeszcze 10km przejechać. 

No ja cierpię dolę. 

Znowu do domu. Podłączam moją krowę (zwaną też rowerem elektrycznym) do elektryczności. Biorę plecak i maszeruję z trampka do sąsiadki. 20 minu spóźnienia to całkiem nieźle jak na takie przeboje. 

No i przyszedł ten wyczekiwany piątek, piateczek, piatunio. Już od rana sram miodem, co tam na tym spotkaniu dyrka powie. Czy będą mili i dadzą Młodej jakieś ułatwienia ze względu na autyzm, czy też może zasugerują, że w innej szkole było by jej wygodniej. No i w ogóle, myślę co trzeba powiedzieć, przedyskutować, uzgodnić, żeby o niczym ważnym nie zapomnieć i niczego nie przeoczyć... 

Obudziłam wszystkich, którzy obudzenia potrzebowali. Nakarmiłam Luśkę zieleniną. Zjadłam i zapakowałam śniadanie do tornistra Młodego. Posprzątałam u świnek, bo już zaczynało walić, jak z wylęgarni troli. Kupiłam sobie bilet do miasta, bo dawno apki pociągowej nie używałam i wolałam w domu sprawdzić czy działa, bo kupowanie w pociągu u konduktora drugie tyle drożej wychodzi na takiej trasie. Zaprowadziłam Młodego na świetlicę i pokręciłam do roboty. Uwijam się, żeby zrobić jak najwięcej w te trzy godziny. Klienci mi pomagają, żeby jeszcze więcej zrobione było. I nagle widzę na ajfonie numer szkoły. Oho! Cosik nie pykło.

- Dzień Dobry. Dzwonię w związku z dzisiejszym spotkaniem. Pani dyrektor zachorowała i spotkanie zostało odwołane. Skontaktujemy się z panią, gdy pani dyrektor wyzdrowieje, by ustalić nowy termin.

A spierdalajcie!

Dobrze, że już weekend. Będę się czilować. Na jutro obiecałam Młodemu, że z nim w Mortal Kombat steamie zagram. No to zagramy i się pośmiejemy, a co. Może też jakiś filmik nagramy.

Pitolą znowu coś o śniegu i Młody ma nadzieję, że napada, bo w niedzielę idzie do kumpla, to by się potłukli śnieżkami. Kumpel ma siostrę i jeszcze jedna klasowa koleżanka też ma być to już gromada. Tak czy owak na pewno znowu będzie się dobrze bawił i wróci do domu uniurany jak dzik, a my będziemy mieć chwilę spokoju. Bo nie powiem, że ciszy. Młoda jak się zejdzie z towarzystwem on- line, to się czasem zastanawiamy, czy oni by się nie słyszeli i bez komputerów, bo tak się drze do tego mikrofonu. 

Tak serio to u nas w domu zasadniczo jest bardzo cicho. Żadne z nas nie lubi hałasu, a każde lubi zajmować się swoimi sprawami w swoim kącie. Czytamy, klikamy. Nie mamy ani radia ani telewizji. Gdy oglądamy coś w necie z laptopów to też po cichu, bo przecież siedzimy tuż przed ekranami, a jak w pojedynkę to zwykle używamy słuchawek. Bardzo lubię nasz dom z tego powodu. Nie wyobrażam sobie nawet, że dziś musielibyśmy mieszkac w mieście, gdzie ciągle te piekielne samochody, karetki, ludzie wiecznie drący te swoje ryje... Brrr.

 Cisza i spokój zadupia to piękna sprawa.