Młoda znalazła na 2dehands używany wózek plażowy za parę euro i kupiła. Zapytała, czy nie mam ochoty z nią pojechać, by to przywieźć. Pytam - Dokąd? - a ta na to, że gdzieś w okolicach Ostendy. CO?!!
Ona to ma fantazję haha. Oczywiście że pojechałam z nią. I dobrze, że pojechałam z nią, bo po pierwsze to była fajna wycieczka w miejsce, do którego nikt przy zdrowych zmysłach by dobrowolnie nie trafił, a po wtóre transportowanie tego wózka, czy raczej WOZU w pojedynkę pociągami i autobusami to było by nie lada wyzwanie. Nie żeby się nie dało, ale we dwoje dało się o wiele łatwiej. Najsampierw należało pojechać pociągiem do Brugii (od nas leci bezpośredni), a dalej autobusem w kierunku Ostendy dotrzeć na tę wioskę. Młoda umówiła się ze sprzedawcą na wieczór, więc miałyśmy cały dzień czasu. Postanowiłyśmy rano pojechać do Brugii, by obskoczyć jedno czy dwa muzea. Na liście mamy jeszcze muzea szpitala, apteki, koronki i kilka innych. Rano jednak źle się czułam. Coć mi na żołądku siedziało, a nei wiedząc co z tego wyniknie wolałam nie ruszać się z domu, bo co jak co, ale podróżowanie na dalsze trasy z grypą żołądkową to bardzo głupi pomysł. Postanowiłam zatem rano ugotować pierogi, a gdy skończyłam gotowanie mój brzuch już czuł się dobrze, czyli jakiś fałszywy alarm.
Postanowiłyśmy zatem pojechać do Brugii, choć czas już się znacznie skrócił. Pociąg jedzie ponad godzinę i na miejsce dotarłyśmy już po południu. I byłyśmy głodne jak wilczyce. Poszłyśmy na wafle i gorącą czekoladę do ulubionej czekoladziarni, ale na miejscu okazało się, że mają awarię prądu i zamknięte jest. A taki już miałam smak na dobrą aromatyczną czekoladę, ech! Nic to, w pobliżu jest nasza ulubiona pizzeria Otomat serwująca dziwne pizze, no to dawaj do pizzerii.
Cyknęłam też parę fotek z Brugii dla Was, bo już dawno Brugii nie było u mnie ani mnie u Brugii...
| Brugia |
Na poniższym zdjęciu jakies wykopy koło dworca, ale to nie ważne. Patrz na niebo! Jakby ktoś sztucznym śniegiem albio pianką do golenia posprayował na szybę! Fascynujące!
| fontanny koło dworca w Brugii |
| zakaz sikania |
| policmajstry na rowerach |
| jesienne czekoladki |
| dzwonek z kogutem |
Potem już czasu była na prawdę mało, zatem zdecydowałyśmy się na malutkie muzeum apteki przy szpitalu Świętego Jana (też muzeum). Muzea te są nieopodal dworca, stąd też i ten właśnie wybór. Koronki i szpital obskoczymy przy następnej wizycie w Brugii. Muzeum apteki to raptem dwie sale, ale jak się ma kartę muzealną albo jest młodzieżą płacącą za wizytę 2 euro to warto je zobaczyć. Najlepiej chyba jednak połączyć to ze zwiedzaniem szpitala, ale nie wiem, czy on jest ciekawy... Nie sądzę by było gdzieś w Belgii lepsze muzeum szpitalne niż to w Walonii, które kiedyś odwiedziłyśmyKliknij tutaj by poczytać o muzeum
Potem wsiadłyśmy w autobus i wylądowałyśmy na jakimś zadupiu. Na mapach google widać było jakąś większą wodę, a że miałyśmy czas, to oczywiście tam polazłyśmy. Zaiste, było tam jakieś jeziorko.
Tabliczka zachęcała do obejścia go wkoło, ale miałyśmy na to ze dwie godziny za mało haha. Była też informacja o tym, że mieli tam drzewiej swojego lokalnego Harrego Pottera, czarodzieja znaczy. Tovenaar van Roksem, czyli czarodziej z Roksem na prawdę nazywał się Ludovicus Derouck (alias Droeksje). Ludzie powiadali, że miał władzę nad zwierzętami, szczególnie nad szczurami, a sam ponoć w psa mógł się przemienić. Czasem pomagał ludziom, ale i zaszkodzić skutecznie potrafił. Jak raz się na jakiegoś chłopa wkurzył, to cisnął zaczarowanym jajem w pole pszenicy, a wtedy wszystkie ziarna zczerniały...
Nieopodal jeziorka stoi jego podobizna. I popatrzcie, ważka sobie na niej siedziała, co może dowodzić, że i zza grobu magik wciąż zwierzętami kieruje :-)
| czarodziej Droeksje |
Nad jeziorem był plac zabaw z podwójną kolejką linową, więc oczywiste, że Młoda zaproponowała wyścigi i oczywiście, że poszłam na to jak dzik w żołędzie. I wygralam, bo moje siodełko nie ciągnęło się prawie po ziemi pod moim ciężarem hahaha. Huśtawki niestety mieli tam tylko dla dzieci i nasze dupska by się w nich nie zmieściły. Bez sensu. Po co robić takie place zabaw, gdzie dorosły nie może się spokojnie pobawić? Młoda już biegła do wielkiej zjeżdżalni, ale na szczęście wczas spostrzegła, że dole stoi ogromna kałuża wody. Szkoda.
Zdaję sobie sprawę, że na świecie są też normalne dwudziestolatki i normalne pięćdziesięcilatki, które wstydziłyby się pozjeżdżać na zjeżdżalni czy to zwykłej, czy linowej , czy na huśtawce pohuśtać. Są też pewnie takie, które uznały by to wręcz za gorszące i karygodne, ale cieszę się, że nam nie udało się aż takiego kija w dupie wyhodować.
| wejście do parku koło jeziorka |
| uroczy domek |
Weseli ludzie tam chyba mieszkają, bo pod wieloma domami jakieś wariactwa były zainstalowane albo zmyślne dekoracje. O, weźmy choćby ten kamień przepowiadający pogodę (stare ale jare):
To że jestem fanem belgijskich skrzynek na listy to już wiecie, bo kiedyś całą kolekcję wam pokazywałam, ale nigdy nie zaszkodzi o tym przypomnieć i pokazac nowe zdobycze :-)
Jeśli te nasze wygłupy na placu zabaw uznaliście za przypał roku, to ciekawe co powiecie na fakt, że ten nasz nowy-stary wózek ciagnięty nawet po gładkim asfalcie robił taki rumor, że chyba na sąsiedniej wsi było słychać...?
A tam były drogi z kostki brukowej. Dźwięk mniej więcej taki, jakby ktoś kawałek metalowej rury wypełnionej kamieniami po asfalcie ciągnął. Nie polecam ludziom nie lubiącym zwracać na siebie uwagi.
I tak se szły dwie stare baby z hałaśliwym wózkiem przez wieś. Bo mogą.
A odbierając wózek od sprzedawcy, zoczyłyśmy jeszcze jakąś ruinę wyłaniającą się zza domów, która po wyguglowaniu okazała się być romańskim kościołem... Wow!
Poszłyśmy natychmiast w tamtą stronę, by ją zobaczyć z bliska, ciągnąc swój cyrk na kółkach ze sobą po kocich łbach. Psy na nas szczekały pod każdym domem. A może to ci ów czarodziej był, co się na wiedźmach rozeznał i wystraszyć ze swojego terenu chciał...?
Ruina ciekawa. We środku coś tam wyremontowali, ale odrzwia zaparte były, to i zobaczyć nie szło z bliska. Udałyśmy się zatem w drogę powrotną ze swoim nowym nabytkiem.
Po paru metrach zdjęłyśmy z wózka deski i niosłam je w ręce, co zmniejszyło rumor, ale nie do końca. Potem Młoda wsiadła na ten wózek razem z tymi burtami, by obciążyć spód i to znacznie poprawiło akustykę przemieszczania wózka. No ale to moje dzieciątko ma ponad metr siedemdziesiąt wzrostu, co musiało komicznie wyglądać. Mijała nas jakaś dziewczyna w podobnym do Młodej wieku i widać było, że bardzo próbowała się nie uśmiechać na nasz widok. Młoda natomiast szczerzyła zęby od ucha do ucha bez krępacji.
Przed wsiadnięciem do autobusu ja zabrałam wszystkie deski, a Młoda wzięła stelaż. To bardzo pomysłowy i praktyczny wózek, ale ktoś mógł się bardziej postarać i zrobić to wszystko skręcane na śrubki, by nie robiło takiego rumoru podczas jazdy. Nie dziw, że ludzie to za kilka centów odsprzedają. My tam cos wykombinujemy, żeby to wyciszyć, bo poza tym to zajebisty wózek jest i do stu kilo można tym wozić.
W autobusie jechał wesoły mopsik ze swoim panem. Jak wsiedli, to od razu podbiegł radośnie do Młodej, a potem zajął miejsce pod fotelen pana i lizał znienacka przechodzących nowych pasażerów po gołych nogach, co każdego oczywiście przestraszało, ale zobaczywszy tego gagatka ze zmietym nosem od razu się uśmiechali.
Wózek i my w pociągu. Bo kto szalonemu zabroni.
Siedząc w pociągu zapytałam Młodej, jak TO do domu ze stacji przetransportujemy, bo na stacji miałyśmy rowery, a od stacji jest jakieś 5 km do domu. I jest ciemna noc, bo to była długa droga i późno się zrobiło.
- Dobre pytanie - odparła Młoda - Mój wstępny plan mówił, że z domu na stację autobusem pojadę, a potem wrócę na nogach, jakby już autobusów nie było... Ale to było zanim mnie bolał brzuch i anulowałm wyjazd do Brugii, i zanim przestał mnie boleć i odnowiłam propozycję, a wtedy trzeba było się spieszyć i zabrakło czasu na refleksję więc poszło z automatu: rower - dworzec. Wiadomo, że najlepiej to najpierw robić, a potem myśleć, co nie?
Okazało się, że ten wózek da się spokojnie ciągnąć za rowerem, gdy się go przywiąże do bagażnika. Oczywiście, że wtedy hałas jest jeszcze większy. Wybrałyśmy drogę przez las, bo wydawało nam się, że po miększej nawierzchni będzie ciszej jechało... Miałyśmy rację! Wydawało nam się! Może i by było ciszej, gdyby nie fakt, że teraz żołędzie spadają... I wszędzie leżą... Zwierzęta jakoś nie uciekały w popłochu to chyba nie było najgorzej.
Mamy jednak wózek w domu i teraz możemy wozić napoje z hurtowni spokojnie bez wysiłku. Już nawet raz przetestowałyśmy. Do hurtowni zawiozłyśmy 4 skrzynki po wodzie i dwie po Loozie oraz jedną po coca-coli, plus jedna duża pusta butelka po Sprite. Fajne jest, że tym pojazdem można wjechać od razu do hurtowni i nie trzeba transporterów przekładać na specjalny wózek.
Chwilę czekałyśmy na panią, która przyjdzie policzyć i zapisać puste skrzynki, bo jakiś klient wdał się z nią w pogaduszki przy kasie, co oczywiście jest czymś jak najbardziej normalnym na każdej wsi. I chyba nie tylko na wsi, ale jednak na wsi chyba częściej, bo tu ludzie lepiej się wzjaemnie znają nż w mieście.
Do domu natomiast przyciągnęłyśmy pełne butelki z zapasem napojów, co było o wiele cięższe. Na szczęście układ jest taki, że do hurtowni mamy pod górkę, a do domu z górki i jest to tylko lekkie nachylenie terenu. Najbardziej wkurzające są kamienie porozwalane po drodze, no i dziury w drodze. Po gładkim leci jak złoto. I wózek obciążony porządnie nawet nie hałasuje wcale. I tak do domu przyjechały z nami tym razem 2 skrzynki wody, jednak skrzynka mleka, jedna skrzynka Sprite'a dla Młodego, jedna skrzynka pepsi w małych butelkach (jako lekarstwo na ból brzucha, bo poza tym colę pijamy rzadko) oraz jednak skrzynka soczków Loozy. Tym razem pomieszałyśmy sobie różne smaki: gruszka, ananas, mango, melon, banan... bo kilka nowych właśnie się pojawiło i trzeba skosztować. Najwięcej idzie wody, szczególnie że teraz znowu ta w kranie śmierdzi jak zaraza. Nie wiem, co się to porobiło w tym roku, bo dotąd takich problemów nie było. Kranówa smakowała u nas wcześniej wyśmienicie.
Powiem wam jednak, że z tymi hurtowniami to tu jest wielka wygoda. Taka hurtownia jest chyba w każdej wsi i ludzie masowo z nich korzystają. Za skrzynki i butelki oczywiście trzeba na początku zapłacić kaucję, ale potem już wychodzi taniej za wszelakie napoje, a znajdziesz tam wszystko od wody, poprzez mleko, napoje gazowane, jakieś biologiczne soki, po dziesiątki gatunków piwa, a nie rzadko też i mocniejsze trunki. Nie musisz oczywiście brać całych transporterów, bo pojedyncze butelki też można wziąć. Chyba większość, jeśli nie wszyscy, Flamandowie mają w domu zawsze skrzynkę ulubionego piwa, coli, no i wodę. Są też tam oczywiście napoje w kartonach, plastiku czy puszkach, ale w szkle są najpraktyczniejsze i - mim zdaniem - najlepsze.
![]() |
| wózek podczas wybierania napojów |
W lesie po ciemku podczas transportu wózka spotkałyśmy salamandrę. Stała w świetle lampki rowerowej jak zaklęta na środku drogi. Piękne to stworzenie.
| nowa bryka na salonach |
A Wy przyznacie się, jakie genialne pomysły ostatnio uskuteczniliście?

