8 marca 2026

Problemów ciąg dalszy

Tydzień rozpoczęłam od corocznej wizyty kontrolnej u swojej zębowej wróżki, znaczy dentystki.

 Wyczyściła mi kamień, który się na dolnych zębach od ostatniej wizyty wytworzył, co  oznacza, że bardziej się trzeba starać ze szczotkowaniem zębów od wewnętrznej strony. Muszę też staranniej nitkować te dwa zęby, które są krzywe... No, przyznaję tu bez bicia, że ja nie nitkuję 2 razy dziennie, jak należy, bo mi się nie chce. Tylko wieczorem używam szczoteczki międzyzębowej i nitki, ale nie będę kłamać, że czasem nie robię tego na odpierdol, bo robię, bo ja jestem leń patentowany. Tak czy owak moje zęby są i tak w bardzo dobrym stanie, jak na okoliczności, czyli np fakt taki, że mnie nikt w dzieciństwie nie nauczył, jak należy myć zęby. Dobrze, że w ogóle szczoteczkę mi kupiono... O tym, że zęby należy nitkować 2 razy dziennie, że w ogóle je trzeba nitkować, to ja się dowiedziałam dopiero od dentysty w Belgii, bo na tym zadupiu, na którym mieszkałam w PL, samo znalezienie jakiegokolwiek dentysty było już cudem, a w domu rodzinnym temat zębów to raczej kiepsko się prezentował, żeby nie powiedzieć tragicznie... 

 Cieszę się, że tutaj mamy dobrych dentystów, że podstawowa opieka stomatologiczna nie jest droga (do 18-tki całkowicie za darmo), że w gabinetach mają dobry nowoczesny sprzęt i akcesoria, że możeby wszyscy spokojnie umówić się na kontrolną wizytę przynajmniej raz w roku (byle tylko pamiętać, że 3-4 miesiące się czeka), że w razie potrzeby wyczyszczą nam kamień czy załatają ewentualne ubytki, że w razie pilnych problemów w weekend czy nocą możemy spokojnie jechać na pogotowie dentystyczne, bo zawsze jakiś dentysta pełni dyżur w okolicy. 

Muszę czasem coś pozytywnego o tym kraju pisać, bo ostatnio tylko ciągle na coś narzekam, a przecież wciąż dobrze mi się tu mieszka. Nadal lepiej niż kiedykolwiek w Polsce, mimo że sytuacja się pogarsza z miesiąca na miesiąc...

Vrijbroekpark Mechelen

* * *

W poniedziałek, proszę państwa,  dostarczono też naszą nową pralkę! 

W weekend przyjrzeliśmy się dokładniej ofercie sklepów AGD i zobaczyłam w promocji pralkę marki Hoover za +-300€, a że mamy suszarkę tej marki, z której jesteśmy zadowoleni (tfu tfu) i że na stronie stało, iż online można płacić ekoczekami,  a pralka jest klasy A (tylko taka jest oficjalnie "eko") to nawet się nie zastanawialiśmy. Małżonek miał ekoczeki na dwóch kartach z dwóch różnych firm, w których pracował. Do tego miał jeszcze bon urodzinowy z tego sklepu na 10€. Okazało się, że po wykorzystaniu czeków i bonu do zapłaty pozostało tylko 11 euro. Można rzec, że się pofarciło z tym zakupem.

oba hoovery w naszej kanciapie

Dla tych co nietutejsi przypomnę, że ekoczeki (ecocheques) to rodzaj czeków (dziś elektronicznych na specjalnych kartach płatniczych, dawniej na papierkach), które są wypłacane pracownikom jako rodzaj premii z różnych okazji, np na koniec roku, na święta... Za ekoczeki można kupować sprzęt AGD klasy A, przy którym jest taka opcja możliwa (każdy sklep ma pewnie inaczej, no i są sklepy, gdzie praktycznie wszystko można kupić za ekoczeki (np Eldi)). Poza tym te czeki można wykorzystać na zakup roweru, biletów na pociąg, zakupów ekoproduktów etc etc.

Innym rodzajem czeków, są czeki żywnościowe (maaltijdcheques), które dzis bardzo wiele firm oferuje swoim pracownikom, jako dodatek do normalnego wynagrodzenia. Czeki żywnościowe znajdują się na tych samych kartach, co ekoczeki. Płacimy nimy za dowolne prodkukty żywnościowe (z wyjątkiem alkoholu), czyli normalnie za zakupy w sklepie. Przy kasie trzeba powiedzieć, że płacimy czekami żywnościowymi. Ekoczekami również można za normalne zakupy zapłacić, z tym że tylko za produkty bio/eko. Można powiedzieć przy kasie, że za produkty eko zapłacimy ekoczekami, a za resztę normalnie. Maaltijdcheques'ami zapłacimy też w restauracji (przynajmniej w niektórych).

Zatem mamy nową pralkę. Od pierwszego dnia musiała się ostro wziąć do roboty, bo u nas nie ma zmiłuj i pralki nie mają łatwego życia (dlaetgo pewnie tak krótko żyją). Pięć człowieków i trzy świnie. Pralka u nas nie próżnuje. Po kilku dniach użytkowania muszę rzec, że jestem batdziej niż zadowolona z tego nieplanowanego przymusowego zakupu. Pralka - jak to Hoover - jest bardzo cicha, ma sporo krótkich programów, dużo różnych opcji i możliwości prania. Ma też wi-fi, ale nie udało mi się zrozumieć, jak to działa i nie wiem, do czego niby miałabym tego potrzebować...? Instrukcji użytkowania nie było żadnej dołączonej, więc wszystko raczej zgaduj zgadula i szukanie w necie, żeby ustawić jakis program, ale to nie jest pierwsza pralka w moim życiu, a one wszystkie podobnie wszak działają.

* * *

Auto też już naprawione. 

W ostatecznym rozrachunku naprawa kosztowała 550€, czyli mniej niż wstępne szacunki. Pali, jeździ bez zarzutu - jak donosi Małżonek. Ja i młodzież z niego nie korzystamy, więc wiem tyle, ile chłop mi powie.

* * *

Środa była dosyć szalona. 

Wspólnie z Młodzieżą zaplanowalismy sobie popołudnie w Mechelen. Środa jest we Flandrii, jak wiadomo, krótkim dniem szkolnym - zajęcia odbywają się tylko do południa. 

Plan wyglądał następująco: Młody idzie do szkoły rano (oczywiste), a po lekcjach pedałuje normalnie na dworzec, gdzie ja będę na niego czekać albo on na nas trzy, zależnie do tego, jak mi pójdzie z zastrzykiem. Ja miałam bowiem wizytę u pielęgniarki, bo Decapeptyl znowu mi wstrzyknąć musiała. 

Postanowiałm wyjść wcześniej, że może kogoś nie będzie w kolejce i wcześniej mnie przyjmie... No ale przed wyjściem Młoda mi przypomniała, że obiecałam jej wysłać list do FOD-u... 

Aaaaa! Nienawidzę chodzenia na pocztę. No ale poszłam. Poczta niedaleko przychodni. Kkażdy jednak wie, że jak się człowiek spieszy, to diaboł się cieszy... Weszłam na pocztę. Goiedag! Goeiedag! Nikogo przy okienku, super, ale wpierw musiałam wypełnić świstek na list polecony, więc poszłam do stolika, wzięłam formularz i naskrobałam czym prędzej, co potrzeba. Zanim wstałam z krzesełka, przed okienkiem pojawił się starszy pan, zaraz za nim czym prędzej ustawiło się dwie panie... Popatrzyłam na telefon i luzik, jeszcze sporo czasu..

a wtedy usłyszałam, jak chłop mówi, że zgubił awizo i pyta, czy odbierze bez tego swoją przesyłkę, a pani z wahaniem odpowiada, że jest taka możliwość, ale to chwilę potrwa.... Nieeeee! 

Poszło szybciej niż się obawiałam, ale wolniej, niż oczekiwałam... A potem jeszcze jedna babka mówi, że ma do odebrania kilka paczeka na różne nazwiska... Kuźwa, czy oni się zmówili mnie na złość?! 

W koncu przyszła moja kolej, dałam list i papierek, pani mnie skasowała, ale zanim zdążyłam zapłacić, na zapleczu dało się słyszeć dźwięk dzwonka do drzwi i baba pobiegła tam, a mnie zostało czekać, aż powróci, bo nie dała mi jeszcze potwierdzenia, a to ważny list do urzędu.... Jak go w końcu otrzymałam, zostało mi raptem 5 minut do mojej wizyty. Akurat by dopedałować do przychodni,  przypiąć rower do roweradła i zameldować swoje spektakularne przybycie w recepcji... No oczywiście, że tam przede mną już 4 ludzi stało, a pan umawiał komuś wizytę przez telefon, co robił  też po każdym pacjencie, czekającym przed okienkiem, bo w przychodniach to jest urwanie głowy.... I się potem dziwować, że człowiek zestresowany taki chodzi...

Przed gabinetem pielęgniarki ku mojej uldze nie czekał tłum i prawie że wyrobiłam się w czasie z wejściem do gabinetu. Z pielęgniarką oczywiście sobie pogadałam, bo Decapeptyl to jest zastrzyk, który długo się przygotowuje... 

Dowiedziałam się, że pani ma bliźniaki w wieku Młodego i że ona nie wyobraża sobie, by one samopas jeździły do miasta pociągami, co dla mnie dosyć dużym zaskoczeniem było, gdyż byłam przekonana, że wszystkie flamandzkie dzieciaki są samodzielne. Wychodzi na to, że Młody po prostu w takim samodzielnym towarzystwie się obraca. Pielęgniarka jednak potem oświadczyła,  że ona nie pamięta, kiedy sama ostatnio korzystała z transportu publicznego, gdy tymczasem dla mnie i moich dzieci to chleb powszedni, a to robi różnicę. Gdy dzieci są wszędzie wożone autem i prowadzone za rączkę oraz jak wszędzie mają blisko, no to wiadomo, że strach ich póścić potem w świat samopas.


Udalo mi się jednak zdążyć na pociąg i pojechać z moim rowerem do miasta. W tym że musiałam się przesiąść w Dendermonde, a tam nie ma ani windy, ani prowadnic do rowerów, co oznacza, że musiałam znieść rower po długich stromych schodach z jednego peronu i wynieść je po takich samych schodach na drugi peron, a potem wciagnąc go do pociągu z niskiego peronu, czyli wysadzić własnymi rękoma na dosyć dużą wysokość. Rower waży ponad 20kg. Ramiona bolały mnie do końca dnia.

zejście z peronu

dworzec w Mechelen i morze rowerów 

W Mechelen już poszło łatwo, bo przyjechałam na peron z windą. Gdy Młody dojechał ze szkoły, poszliśmy na frytki. zanim zjadł, dotarły też dziewczyny. Wtedy DZiewczyny wybrały sobie dwa niebieskie rowery, a ja odblokowałam im je z aplikacji blue-bike i popedałowaliśmy gromadą najpierw do centrum na pierwsze w tym roku lody, a potem do parku, gdzie fotografowaliśmy zwierzęta i kwiaty.

blue-bike

Vrijbroekpark Mechelen

 

Zdjęcia moje z tego dnia ozdabiają ten tekst, a na nich wiosna pełną gębą. Młody i Młoda swoje zdobycze fotograficzne mają jeszcze na swoich aparatach albo swoich komputerach.

* * *

W piątek dostarczono nam nowy składany rower elektryczny Crivit  FoldX 530 z Lidla. Rower to całkiem zacny. Bardzo ładny, wyraźnie solidnie wykonany, jest o wiele większy i cięższy od rakietki, ale Młodemu sie podoba. Bylibyśmy wielce usatysfakcjonowani i zadowoleni, gdyby nie jeden drobny szkopuł... 

Lidl przysłał nam niewłaściwą ładowarkę! Kurwajapierdolę!

Otrzymaliśmy ładowarkę do jakiegoś innego roweru od Crivita, z jakąs dosyć dużą prostokątną wtyczką, gdy gniazdko w baterii tego roweru  jest małe i okrągłe. Mój rowerer Crivit ma jeszcze inną wtyczkę, bo gdyby miał taką samą, to nie było by problemu.

Zatem mamy zajebisty  rower, ale nie możemy go używać haha. 

Los nas wyjątkowo lubi wkurwiać ostatnimi czasy.

Czym prędzej sprawdziłam, jak mogę się skontaktować z biurem obsługi klienta Lidla, ale to dziś chyba w większośći firm jest droga przez mękę. 

Lidl zaleca mi gadanie z botem Lia, ale bot jest  wyjątkowo ograniczony i na każde pytanie odpowiada tak samo. W ogóle ma mało opcji pytań zainstalowanych... Kuźwa jak firmy nie stać na porządnego asystenta automatycznego, to nawet nie powinna się wygłupiać z sugerowaniem takiej usługi, ale kto głupiemu zabroni...  

Spróbowałam z mejlem. Niestety nie lepiej to wygląda. Najpierw otrzymałam automatyczne potwierdzenie otrzymania zgłoszenia. Chwilę potem przyszedł dosyć dziwnie sformułowany mejl w dwóch językach zupełnie nie na temat, ale podający mi wszystkie możliwe popularne problemy z zamówieniem (pi razy drzwi to, co stoi w FAQ). Na szarym koncu stało, że jak mój problem dotyczy innego problemum, mam odpowiedzieć na ten mejl. AAAAAAAAAAaaaaaaaaa! TO PO KIJ w formularzu kontaktowym kazano mi opisywać cały problem i załączać zdjęcia?! 

JPRDL! 

Nic to, napisałam jeszcze raz to samo. Na wszelki wypadek podałam po raz kolejny numery klienta, zamówienia, dokładną datę zamówienia i nazwę produktu. Bardzo jestem ciekawa, ile przyjdzie czekać na odpowiedź i czy w ogóle kiedykolwiek się jej doczekam. 

Będę też próbować się dzwonić na podany na stronie numer biura obsługi klienta... Ale ja wiem, jak to działa. A raczej jak nie działa... Mam bardzo złe przeczucia.

Zajebioza. Wydałam cały miesięczny zasiłek na rower i nawet nie mogę nim się przejechać. Ba, nawet nie wiem, kiedy i czy w ogóle będę mogła. Dosyć do dla mnie stresująca i niekomfortowa sytuacja. Dla Młodego też, bo już się napalił na ten rower a tu dupa blada.

Próbowaliśmy znaleźć taką ładowarkę w necie, ale z lekkim zawrotem głowy odkryliśmy, że tego jest pierdyliard rodzajów, a nie mamy pojęcia jak nazywa się ten rodzaj wtyczki/gniazdka i czy w ogóle można takie ładowarki luzem kupić. Lidl odsyła do strony z częściami... tam są owszem ładowarki i jakieś części do mojego roweru (co też dobrze wiedzieć) ale do tego akurat nic nie ma. 

Na chłopski rozum wydaje się to oczywiste, że powinno dać się dokupić ładowarkę do dowolnego modelu, bo co jak się ładowarka zesra albo ktoś ci ukradnie...(?), ale to trochę jak szukanie igły w stogu siana po ciemku... Chyba że ktoś ma magnes...? 

No chyba mnie pojebie!

W przyszłym tygodniu, jak nie uda się nic z serwisem załatwić, mamy pokazać baterię w sklepie rowerowym i zapytać, czy wiedzą skąd wytrzasnąć do tego ładowarkę... Jak się nie uda, trzeba będzie odesłać cały rower, a tu na stronie piszą, że "sorry, ale na zwrot pieniędzy musicie poczekać tygodniami".

* * *

Ostatnio nas jeszcze drukarka wkurwiała. 

No, ale drukarki to chyba akurat są dosyć popularnym obiektem wkurwiania, z tego co mi wiadomo. Pełno prześmiewczych filmików krąży na ten temat w sieci.

Zaczęło się od tego, że przestała drukować na czerwono. Nic nadzwyczajnego, normalny problem, jak się chwilę jej nie używało do kolorowych druków... Zapodałam czyszczenie dysz. Nic. Zapodałam raz jeszcze. Nic. Zapodałam trzeci raz jednocześnie czytając w necie, co jak to nie pomoże.... Dowiedziałam się, że ona ma jeszcze intensywne czyszczenie, ale na szczęście nie było potrzebne, bo trzecie standardowe zadziałało i w końcu pojawiły się na testowym druku i różowe kreseczki obok żółtych i niebieskich. Uf. Wydrukowałam coś w kolorze, by sprawdzić i było git.

Na drugi dzień Małżonek wydrukował jakiś dokument i też było wszystko jak należy, a wieczorem przyszła Młoda z góry i spytawszy nas, czy coś drukujemy (nie drukowaliśmy) i zaczęła wyzywać drukarkę od leniwych, głupich szmat, bo już - jak powiedziała - ze trzy razy wysłała dokument do drukarki, a ta odrzekła jej, że jest zajęta. No jak jest zajęta, jak nikt nic nie drukuje?! Chyba, że zbieraniem kurzu się zajmuje...

Wyzywanie i ogólne dyskusje ze sprzętem domowym to nasza specjalność. Nie pomaga to może na poprawę problemu, ale zdecydowanie zapobiega pogorszeniu. Rzucenie paroma kurwami jest nie szkodliwe dla takiej np drukarki czy komputrera, ale wypierdolenie owych przez okno czy pizgnięcie o ścianę już owszem, a wykrzyczenie frustracji to wentyl bezpieczeństwa przed przejściem do rękoczynów. Choć poprzednia drukarka skończyła na glebie w kawałkach, gdy mnie się wulgaryzmy skończyły haha.

Potem oczywiście wszyscy musieliśmy spróbować, czy da się może wydrukować coś z telefonu, tabletu, chromebooka, innego komputera...? 

Się nie dało. 

Całkiem sie franca obraziła. 

Wtedy ruszyłam dupę z fotela  i zmieniłam w drukarce ustawienie na drukowanie bezpośrednie zamiast przez wifi, żeby Młodej ten ważny dokuement wydrukować, bo potrzebowłą go pilnie na gwałt. Wydrukowała łaskawie, czyli nie było problemu z samym drukowaniem tylko ze "słyszeniem" poleceń. Nie miałam do niej cierpliwości tego dnia, więc zostawiłam to i zajęłam się dopiero drugiego dnia mając spokojną głowę, by nie przejść do rękoczynów...

Po sprawdzeniu różnych karkołomnych opcji w końcu pomyślałam, by sprawdzić też tę najbardziej oczywistą, czyli zresetować jej połączenie z internetem i od nowa wklepać hasło. Eureka! Cóż, czasem najbardziej oczywiste rozwiązania są najtrudniejsze do odkrycia haha. Jak wszystko zawodzi dobrze jest w końcu instrukcję przeczytać. Na jednym z testowych wydruków stało jak wół, że "jest problem z routerem". Tyle że to nie router był winien tylko drukarka zapomniała, jakiego routera miała używać i że to nie ma być  router np od sąsiada, bo do niego nie znamy hasła... Mówcie  co chcecie, ale drukarki to jednak cholernie wredne i debilne sprzęty!

A, jak już się naprawiła, to wydrukowała oczywiście te wszystkie dokumenty, które żeśmy wcześniej próbowali wydrukować... Przynajmmiej próbowała, zanim ją powstrzymałam, jak  zauważyłam, co to głupie robi, ale kilka zdążyła ukończyć... Teraz Młoda ma kilka kopii swojego dokumentu na dużo wszelkich wypadków HA HA.

kaluza u nas na wsi

* * *


W czwartek odbył się w grupie Młodego kolejny driehoekgesprek, czyli rozmowa w trójkącie uczeń-szkoła-rodzic. Już pewnie mówiłam za pierwszym razem, ale powtórzę, że to jest odpowiednik wywiadówki, z tym że tutaj rozmowę przygotowuje i prowadzi sam uczeń. Młody musiał przeanalizować wszystkie cele edukacyjne i jak wyglądają  tutaj jego postępy, co zrobił dobrze, nad czym musi popracować (czyli, jak to u nich się mówi: jakie ma medale i jakie misje). Wszystko to sobie spisał w dokumencie na swoim laptopie i przedstawił zwięźle podczas owej trójkątnej rozmowy. Potem kołczka dodała jeszcze parę słów, bo jakieś tam uwagi napłynęły jeszcze do niej w ostatniej chwili od nauczycielki francuskiego, że jakiegoś zadanie Młody nie zrobił, ale Młodemu udało się szybko wyjaśnić powód niewykonania i zapowiedzieć nadrobienie tego braku. 

Ogólnie kołczka powiedziała, że Młody odnalazł w końcu właściwą drogę w tej nowej dla nas wszystkich szkole, że już wie dobrze, jak tutaj co działa, jak się w tym odnajdywać, jak planować, jak ów plan realizować, czuli innymi słowy JEST DOBRZE, wszystko gra i buczy. 

Kołczka powiedziała, że to jak teraz Młody pracuje, jest wystarczające, ale jest to minimum, więc nie ma mowy, by robić mniej. Więcej oczywiście można zawsze, ale tyle co teraz tez wystarczy, by zrealizować cele edukacyjne w stopniu wystarczającym. 

Po tej pozytywnej rozmowie poszliśmy na pizzę do Domino, a potem jeszcze na matchę do Mandmun, bo chłopak zasłużył na miłe zakończenie dnia. 



A mnie po raz kolejny naszła refleksja nad tym, jak to jest i dlaczego w tego typu przybytkach (tzn np jadłodajniach z fastfoodem etc) praktycznie nie uświadczysz dziś tutejszych za ladą. Albo Afrykańczycy, albo Azjaci, albo Europa Wschodnia. Czy Belgom się robić nie chce...? Czy tylko obcy mają dość sił i chęci by ciężkiej pracy sprostać..? Czy może młodych obcych, kolorowych z całego świata jest już zwyczajnie więcej niż rodowitych Belgów...? Macie jakies swoje teorie na ten temat?

Tak a propo Europy Wschodniej to w pobliskim miasteczku w Domino pracuje Polak. Kiedyś chyba usłyszał jak Małżonek coś do Młodego z auta wołał i podczas kolejnej wizyty zapytał nas po niderlandzku, czy jesteśmy z Polski, a potem życzył nam "smacznego". Ja pisząc o tym teraz zaczynam się zastanawiać nad swoją reakcją w tego typu sytuacjach, tzn jak bardzo zmieniła się ona przez lata.

Kurde, na początku to się jarałam jak spotykałam rodaków. Raz były to reakcje wielce pozytywne, bo poznawałam ludzi, z którymi mogłam normalnie pogadać, a raz wielce negatywne, no bo gdy ktoś coś odpierdalał, to jako rodaczka odczuwałam jakiś wstyd, bo wydawało mi sie że zachowanie jednostki świadczy o wszystkich Polakach (poniekąd zwykle tak jest, jak nas widzą, tak nas piszą a ludzie lubią całej nacji przypisywać cechy jednostek). 

Tak czy owak spotkanie Polaka było dla mnie dawniej ważne. Albo chciałam się zaprzyjaźniać, albo chciałam udawać, że nie mówię po polsku i unikać danych jednostek. Teraz jest mi to po prostu w paski. Spotkanie przypadkowego rodaka nie wywołuje u mnie dziś żadnych specjalnych emocji. Nie traktuję Polaków jakoś specjalniej niż innych ludzi. Nie jaram się, jak ktoś do mnie zagai po polsku i nie robię z tego wielkiego halo. Tak jak w tym wypadku z pizzerii - po prostu stwierdzam fakt, że ten człowiek jest z Polski i mówi po polsku i mogę mówić mu "Dzień Dobry" wchodząc do lokalu zamiast "Goeiedag", ale już nie czuję jakieś presji by od razu z nim się w pogawędki wdawać i próbować nawiązywać bliższą znajomość tylko dlatego, że mówimy tym samym językiem, bo to o wiele za mało, by chcieć z kimś wchodzić w jakies bliższe relacje. Przecież będąc w Polsce człowiek nie zagaja do wszystkich przypadkowych ludzi po kolei i nie próbuje się z nimi zapoznawać. Tylko nieliczni interesują nas na tyle, by do chcieć z nimi gadać choćby o pogodzie. Zagranicą jest wszak nie inaczej, ale na początku człowiek czuje się obco, czuje się zagubiony to czepia się wszystkiego, co jest mu w jakiś sposób bliższe i znajome. To taka moja refleksja na ten temat. Dobrze sobie czasem uświadomić, jak bardzo się wszystko z czasem zmienia, jak wiele zależy od punktu siedzenia.

* * *

W pociągu zagaił do mnie kiedyś jakiś facet (po niderlandzku)  bo chciał wiedzieć, czy jestem zadowolona ze swojego roweru z Lidla, który miałam ze sobą w pociągu (chłop miał ze sobą swój rower składak, ale nie elektryczny i obydwoje siedzieliśmy w wagonie rowerowym). Parę dni wcześniej widziałam na tablicach reklamowych przed Lidlem, że te rowery, co ja mam, będą znowu w ofercie sklepowej (stacjonarnie znaczy), zatem pytanie mnie nie zdziwiło. Może chłop rozważa zakup albo ktoś z jego znajomych... nie zdążyłam się zapytać, bo zaraz wysiadaliśmy. Odparłam jednak, że jestem bardzo zadowolona, że to bardzo dobry rower jak za taką cenę. 1.200€ to nie jest wiele za rower elektryczny takiej jakości. 

* * *

W sobotę miałam iść na przenosiny szkoły Młodego. Cieszyłam się na tę okazję. Młoda i Młody mieli mi towarzyszyć, ale w piątek wieczorem Młoda oświadzcyła, że nie idzie, bo nie czuje się na siłach. Ja też się nie czułam. Pewnie po tym cholernym zastrzyku. Rano nie czułam się jeszcze bardziej niż poprzedniego wieczora: zmęczenie, ból głowy, ogólny brak sił witalnych i chęci do wychodzenia z domu. 

Młody wstał coś koło pierwszej i się pyta czy idziemy, a ja na to, że o tej porze to chyba już za późno i że ja zbyt słabo się czuję, by się nadawać do przenoszenia mebli czy choćby sprzątania lokali szkolnych... W ogóle przeprowadzka zaczynała się o ósmej. Żeby na ósmą zdąrzyć, to my byśmy o wpół do siódmej z domu wyjść. Bez przesady. Aż tak bardzo mi na tej szkole nie zależy... Mogliśmy jednak teoretycznie pójść później, choćby żeby na symboliczny ludzki łańcuch zdążyć... Ludzie mieli połączyć starą szkołę z nową ustawiając się jeden koło drugiego... Miała być telewizja Ketnet i w ogóle wielkie halo, ale na to też trzeba sił, a mi ich brak czasem nawet na prostrze rzeczy, co jest niebywale uciążliwe i irytujące.

Młody miał też na koncert ze Starym iść, ale zrezygnował i Małżonek sam pojechał. 

Wieczorem otrzymaliśmy e-mail ze szkoły zaczynający się słowami "Cóżto był za dzień!" i dalej informowali, że było dużo rodziców, że wszystko ze starej szkoły zostało przewiezione do nowej, ale nie dokończono meblowana i sprzątania, bo UWAGA drugie piętro było w malowaniu!!! I w ogóle pisali tam coś, że masakra była, że remont nie był dokończony i że w ogóle cyrk na kółkach, no i że w niedzielę będzie trzeba dokonczyć, bo TEORETYCZNIE farba ma być juz sucha, więc można meblować klasy, przykręcac tablice i sprzątać... Czy takie jaja tylko w Belgii...? Czy też jest to dziś trend światowy, że wszędzie roboty są robione na odpierdol z wielomiesięcznym opóżnieniem...? Ciekawam bardzo.

Może pójdziemy, bo jednak jestem ciekawa tej szkoły i efektów tego wiekopomnjego remontu seminarium, który mimo dwuletniego opóźniena wciąż nie jest dokończony... 




























27 lutego 2026

Cieplej i jaśniej...?

 Ten tydzień zaczął się dobrze…

 

Najstarsza posprzątała znajomym dom. Poszłam z nią, ale koleżanka, tak jak się spodziewałam, traktowała Córkę, jakby mnie tam wcale nie było, czyli tak jak traktuje się pomoc domową, która pierwszy raz przyszła do pracy u nowego klienta. Wytłumaczyła jej, gdzie trzyma produkty, które do czego należu używać, gdzie ścierki, wiadra, odkurzacz etc oraz które pomieszczenia ma posprzątać i co ona przez owo sprzątanie rozumie. 

Zostałam z nią całe 4 godziny, ale jej nie pomagałam. Czasem tylko coś zasugerowałam albo odpowiedziałam na jej pytania dotyczące użycia danego produktu lub sprzętu z wyjaśnieniem sensu i związku przyczynowo-skutkowego oraz dodając czasem uwagi na temat podobieństw i różnic u potencjalnych innych klientów. Ogólnie jednak pracowała sobie powoli sama. 

Czasem oczywiście zauważałam, że robi to czy tamto inaczej, niż ja bym zrobiła i bardzo mnie korciło, by jej zwrócić uwagę, ale się powstrzymywałam, bo ona to nie ja. Ona musi swój własny system wypracować,  musi się sama nauczyć metodą prób i błędów i o tym jej mówiłam. Wiele rzeczy na pewno będzie robić tak jak ja, tak jak się tego ode mnie przez lata nauczyła, bo tak to przecież działa, że sprzątania uczymy się w domu od małego. Jednak sprzątanie u klientów trochę się różni od sprzątania własnego domu. W domu se możesz robić, to co ci się żywnie podoba. U klientów musisz się dostosować do tego, czym oni dysponują i do ich fanaberii, jednocześnie zachowując rozsądek i pilnując pewnych granic, zasad bezpieczeństwa, regulaminów i swojego zdrowia. Staram przekazać się jej całą wiedzę, jaką posiadłam przez kilka lat pracy w tym zawodzie. Wiedzę, której sama na początku nie miałam, przez ludzie zdecydowanie nadużywali mojej dobroci i naiwności. Uczę córkę, że gdy pójdzie do pracy już oficjalnie, absolutnie nie może pozwalać ludziom na igranie z jej zdrowiem i nieprzestrzeganie regulaminów. Żeby na to nie pozwolić, musi je znać. 

Już tego pierwszego próbnego dnia przekonała się, co robi javel (chlor), którego pracując legalnie nie powinna nawet tykać. Koleżanka miała akurat chlorowy produkt do kibla, a córka myjąc tym sedes, za bardzo machala szczotką i po paru minutach mogła zobaczyć rude odbarwione plamy na swoich czarnych spodniach. Spodnie do wyrzucenia po jednym dniu pracy, nauczka na zawsze.

Ja na początku też nie jedno ubranie tym gównem zniszczyłam, nie jeden raz poparzyłam sobie tym skurwysyńswtem skórę, gdy kazano mi myć cały prysznic od góry do dołu, nie jeden raz miałam problemy  oddychaniem po użyciu tej trucizny. Mnie nikt nie powiedział, że sprzątaczki pracujące legalnie nie mogą używać produktów z chlorem, że sprzątaczki nie powinny się godzić na używanie żadnych trujących produktów, bo jest to niezgodne z regulaminem. U wielu klientów używałam produktu z chlorem do kibla albo amoniaku do mycia okien, a nie powinnam nigdy. Ja dopiero pod koniec, w ostanich latach, gdy w biurach wreszcie zaczęło się o tym trąbić głośno,  poprosiłam klientów o zakup innych płynówm szczególnie do kibla. Znałam już wtedy dobry produkt ekologiczny, którego sama w domu używam.

Przekazałam córce też wiele innych nielegalnych pułapek zastawianych przez klientów. Mycie okien z zewnątrz w deszcz, śnieg i mróz jest dosyć częstym oczekiwaniem ze strony klientów, ale nie dozwolonym i nie ma się po co na to godzić. Szorowanie szczotą płytek czy to przed domem, czy w domu. Mycie tak, szorowanie nie. Pomoc domowa to nie niewolnik. Sprzątanie czegokolwiek z użyciem drabiny czy innych podwyższeń. Ubezpieczenie pozwala korzystać najwyżej z drabinki z trzema stopniami. To maksymalna wysokość, na jaką może się legalnie wspinać sprzątaczka. Przy czym drabinka ma być stabilna i zawierać uchwyt do trzymania. To tylko kilka z przydatnych informacji, które staram się przekazać córce, zanim zgłosi się do tej pracy.

Dalej pouczyłam ją też o bezpiecznym obuwiu i by nigdy nie szła do roboty w żadnych klapkach czy innych tego typu idiotycznych pseudobutach. Buty do sprzątania mają dobrze trzymać stopę, mają być zabudowane, nie mogą być śliskie, mają mieć specjalną miękką grubą podeszwę pozwalającą na bezbolesne ich używanie przez długie godziny i mieć utwardzony czubek. To kwestia bezpieczeństwa, kwestia zdrowia, ale  i ubezpieczenia. Jeśli zdarzy się wypadek w pracy, a okaże się, że pomoc domowa miała na nogach japonki, może ona zapomniec o pokryciu kosztów leczenia. 

Ona co prawda jeszcze tej pracy nie zaczęła. Nie wiem nawet, czy w ogóle ją podejmie, ale uważam, iż ważne jest, by od początku wiedziała także, jakie ma prawa, nie tylko jakie ma obowiązki. Bo właśnie dzięki tej wiedzy ten zawód właśnie mniej ciężki i dużo łatwiejszy może się okazać do wykonywania.

Ten próbny dzień był dla niej trochę stresujący. Wszystko nowe, nieznane, a tu jeszcze właścicielka domu siedzi tuż obok i wydaje się, że patrzy na ręce (choć to nie ten typ).  Na początku, jak powiedziała potem, miała wiele obaw, czy może przestawiać, podnosić niektóre przedmioty, bo bała się, że coś popsuje, rozwali... Ja jej na to, że dokładnie takie same obawy na początku miałam. Myślę, że chyba większość ludzi takie ma i to nie tylko w tej pracy.

Tak czy owak, ja muszę rzec, że sprzątanie tego obcego dla niej domu poszło jej doskonale. 

Muszę też przyznać, że idąc tam znią  miałam spore obawy. Nie dlatego, że bałam się iż źle posprząta, bo znajoma doskonale wiedziała, że to sprzątanie testowe i że Córka może po godzinie stwierdzić, że ma to w dupie i nie chce tej pracy wykonywać, bo miała do tego pełne prawo i tak było też ustalone. Bardziej bałam się właśnie tego, że ona stwierdzi, że to jest dla niej za trudne, że nie uda jej się np nawet połowy zadań wykonać i ją to zdołuje, czyli że jej nadzieje na potencjalną pracę legną od razu w gruzach. Tak się jednak nie stało. Wprost przeciwnie. 

Obserwując ją kątem oka, jak pracuje, zauważayłam, że sobie wszystko spokojnie bez pośpiechu robi, jak to ona. Przyznaję bez bicia, że nawet parę razy przeszło mi przez myśl, że może ona faktycznie robi zbyt wolno, jak to twierdzili jej poprzedni pracodawcy... Potem uświadomiłam sobie, jak bardzo tego typu opinie mogą być krzywdzące i niebezpieczne. Popatrzcie, nawet u mnie rodzonej matki zasiały wątpliwości, a co dopiero u potencjalnego pracodawcy, który tej osoby nie zna.  

Tak, moja córka pracuje powoli, ale skutecznie i dokładnie. Okazało się, że tą metodą w cztery godziny wykonała cały plan, czyli wszystkie zadania jakie, zleciła jej jej pierwsza klientka. Posprzątała dwie łazienki, dwie sypialnie, salon i kuchnię, schody oraz biuro. Wynik, moim zdaniem fantastyczny, i może być z siebie dumna, co zresztą jej powiedziałam. Zatem spokojnie może zacząc pracę pomocy domowej, bo sobie z tym poradzi. Jak dla kogoś będzie za wolno, niech se sam sprząta albo niech szuka innej sprzątaczki na rynku, na którym jest kilkadziesiąt tysięcy wakatów i jakąkolwiek sprzątaczkę ciężko znaleźć. 

Powiem więcej, to ja popełniłam błąd i to ogromny błąd sprzątając zawsze szybko i super dokładnie. 

A po co tak było gnać? 

No, wiadomo, fajnie się słucha pochwał i komplementów; satysfakcjonujacym jest być uznawanym za najlepszą sprzątaczkę w okolicy, ale czy to jest zdrowia warte? Nie bardzo. 

Poza tym większość ludzi zwyczajnie nie zasługuje, by dla nich się jakoś specjalnie wysilać.  Zresztą za takie pieniądze, jakie się płaci sprzątaczkom, na prawdę nie ma co postronków rwać. Teraz już to wiem, bo wcześniej tego niestety nie dostrzegałam. 

Gdybym wracała kiedyś do tej pracy, zamierzam sprzątać tak właśnie jak moja córka: powoli, spokojnie, z lekkim tumizwisizmem. Ile zrobię, to zrobię, ile nie zrobię to nie zrobię. Ludzie nie zasługują na więcej. Moje zdrowie za to zasługuje na więcej. Więcej szacunku, wiecej troski o siebie, więcej spokoju...  A ja właśnie zawsze zapieprzałam jak mały samodzodzik, bo mogłam, bo byłam młoda, zdrowa, silna, wysportowana, prędka... to korzystałam z tych atutów, ku radości i zadowoleniu moich klientów, ale ostatnio dużo sobie przemyślałam i przetasowałam trochę moje priorytety. 

Patrzę też uważnie na młode pokolenia. Nie tylko na moje dzieci, ale ogólnie. Oni dziś mają, jak to mówią, wyjebane. Oni się nie ścigają. Dbają bardziej o siebie. Domagają się łatwiejszego, lżejszego życia. Moje pokolenie nazywa ich szyderczo "płatkami śniegu", bo że niby zbyt delikatni są, a może oni są po prostu od nas starych mądrzejsi...?

 Ja i Małżonek zapierdalaliśmy przez całe życie. Od małego goniono nas do roboty. Za chwile odpoczynku wyzywano od śmierdzących leni. Za skarżenie się wyzywano od słabeuczy i cieniasów... I co kurwa z tego mamy? Wyniszczone stawy. Chroniczne zmęczenie. Wyczerpanie. Raka. Niczego nie użyliśmy. Świata nie zwiedziliśmy. W wieku 50 lat boimy się, że nie damy rady dopracować do emerytury, bo nasze zdrowie się sypie. Z tego całożyciowego zapierdolu nie mamy nic. Tak samo jak nasi rodzice i dziadkowie nie mieli poza wyniszczonym zdrowiem. Żeby było śmieszniej, częstokroć ludzie, którzy całe życie nic nie robili, dzis mają lepiej albo przynajmniej tak samo. Po co zatem tak gnać? Po co wiecznie grać twardziela? 

Oczywiście w świecie, w którym gardzi się ciężką pracą, w której nikt ciężkiej pracy nie chce wykonywać, a co za tym idzie siły roboczej brakuje, ten który podejmie się cięższej pracy musi dziś zapierdalać za trzech, za jedną wypłatę oczywiście, bo tak się dzieje, gdy zachwiana zostanie całkowicie równowaga. 

Garstka pracowników fizycznych nie da rady zapracować na miliony urzędasów, którzy niczego nie wytwarzaja, ale jednocześnie jaoś tak każdyn by chcioł żryć, mieć wielkie mieszkanie, 5 samochodów, rowerów, nie musieś sprzątać ani prać, nawet samemu się czesać ani nawet kwiatków samemu posadzić czy żarówki se wymienić. Każdy oczekuje, że inni będą za niego to wszystko robić, a on będzie miał czas dla siebie, swojego hobby, pieska, kotka i rodziny (zwykle właśnie w takiej kolejności). A nie czeka,j pieska też ktoś inny musi wykąpać, nie rzadko też wyprowadzić i nakarmić, a dzieci to już w ogóle 7 godzin w szkole, ze 3 w świetlicy, w wekendy w klubach sportowych, u skautów, na muzyce, w ferie na obozach,  bo koło dzieci to już w ogóle za dużo roboty, więc niech niewolnicy się tym zajmią... Problem tylko, że niewolników coraz mniej, a roboty, które by ich zastąpiły, jeszcze nie powstały. Jeśli nie pojawią się one w najbliższych pięciu latach, to myślę że wszyscy będziemy w czarnej dupie hehe.

Najstarsza w każdym razie swój test pracowy zaliczyła i teraz już wie, na czym stoi. Chyba jednak trzeba poczekać na spotkanie z biurem pracy, by się przekonać, co oni powiedzą na ten pomysł, bo chciałabym wiedzieć, jakie są tutaj ewentualne możliwości wsparcia oraz jakie mają alternatywy do przedstawienia dla niej. Jednak wydaje mi się, że mimo wszystko powinna pójść spróbować sił. Jakby nie patrzeć z tego będzie mieć przynajmniej jakieś pieniądze. Nawet jak to by tylko kilka godzin było w tygodniu, to zawsze jest to parę euro. Poza tym w biurze pracy i tak ostatnio była mowa tylko o zakładzie pracy chronionej i temu podobnych rozwiązaniach, a moim zdaniem dobrze by było najpierw tutaj sił spróbować. Zawsze to człowiek czegoś pożytecznego się nauczy, ludzi pozna, język poprawi... Młoda jest. Im więcej różnych rzeczy spróbuje, tym lepiej.

Tak czy siak, mamy już jakiś konkretny pomysł i jasny cel. Teraz tylko trzeba powoli do niego dążyć. A nuż widelec.

Będąc z Córką na swoim starym placu boju, znowu intensywnie poczułam, że  bardzo bardzo chętnie wróciłabym do tej pracy. Sprzątanie daje taki spokój i tyle satysfakcji. Porządkowanie czyjegoś bałaganu jest wielce relaksujące i przyjemne, choć też piekielnie męczące i czasem irytujące. No, brakuje mi tego!

Wspominam tu też pracę na farmie, do której co prawda wracać bym nie chciała, ale która też pod wieloma aspektami była relaksująca, fajna i satysfakcjonująca. Przewidywalność, wyraźnie widoczne efekty w krótkim czasie, spokój, praca w pojedynkę bez zbędnego się socjalizowania z kimkolwiek, praca wedle własnego planu i widzimisię, bez użerania się z ludźmi jako takimi... 

Sprzątanie to jest na prawdę dobra praca. Ciężka jak szlag, niezdrowa, ale fajna.

I tak ciągle wracam myślami do mojego pomysłu, o którym powiedziałam w biurze pracy, że niby chciałabym spróbować wrócić do biblioteki... No bo jednak coraz badziej wątpię w to, czy ja na prawdę chciałabym jeszcze pracować w jakiejś bibliotece? No i dalej, czy ja w ogóle (jeszcze) do tej pracy się nadaję...? Dochodzę do wniosku, że to jednak są bardziej oczekiwania innych projektowane na siebie niż moje własne...

Doświadczenie ze świetlicy zdaje się szeptać coraz głośniej, że  ani nie nadaję się, ani tak na prawdę nie chcę pracować w bibliotece. Miałam przecież iść na wolontariat. Szukają u nas w gminie bowiem ciągle wolontariuszy i do oprawiania książek, i pracy z klientem, do pomocy w przyjmowaniu wycieczek dzieci ze szkół itd. Nawet rozmawiałam o tym ze znajomą bibliotekarką nie tak dawno, gdy byłam wypozyczyć książki. Obiecałam jej i sobie, że zgłoszę swoją kandydaturę zaraz po Nowym Roku, ale mamy koniec lutego a ja tego ciągle nie zrobiłam i, powiedzmy sobie szczerze, w głębi duszy nie bardzo mam na to ochotę. Biblioteka to miejsce, które znam, bo pracowałam tam 14 lat, a wcześniej przesiedziałam w towarzystwie babci, a ta belgijska biblioteka od polskiej jakoś specjalnie sie nie rózni, jeśli idzie o zakres obowiązków i sposób wykonywania tego zawodu na zadupiach i ta znajomość sugeruje mi, że powinnam znowu spróbować. Tyle, że ja już nie czuję bluesa. Idę tam czasem po jakąś książkę, chodzę pomiędzy regałami, szperam, szukam, przyglądam się ludziom i tej pracy i nie potrafię sobie wyobrazić, że tam pracuję. Nie, to nie jest już moja bajka. 

Nawet świetlica, mimo porażki i niepowodzenia, ciągle mnie przyciąga duchowo. Tam siebie widzę, jak najbardziej, tylko na spejcalnych zasadach typu mała świetlica albo tylko grupa maluchów... czyli na razie nie osiągalnie dla mnie. Niemniej jednak widzę siebie jako wychowawcę ale jako bibliotekarkę już nie. No i mój poziom języka też jest za niski do pracy w dzisiejszej bibliotece, gdzie jednym z zadań jest prowadzenie socialmediów, pisanie artykułów do gazet i reszta szeroko pojętej promocji. Ja już nie jestem w stanie nauczyć się języka na takim poziomie, by pisać w nim swobodnie tego typu teksty bez błędów, a kwieciście i interesująco. W jakimś miejskim bibliotecznym magazynie mogłabym pracować, ale do miasta jest stąd za daleko...

Ciągnie mnie też wolontariat w azylu dla ptaków i dzikich zwierząt. Tam nie ma szans na zatrudnienie, ale chciałbym pomagać zwierzętom. To by mi dawało satysfakcję. Z tym że potrzebuję przede wszystkim pieniędzy, bo satysfakacją się nie bardzo najem...

Jednym słowem, ale po wielomiesięcznych rozważaniach, dochodzę do wniosku, że na tym etapie swojego życia ja nie mam ochoty na żadną ambitną pracę. Bo i po cholerę. I tak już nic nigdzie nie osiągnę, to po kiego się stresować,  skoro można by robić coś prostego. Zrozumiałam, że większość ludzi uważa, że prosta praca to coś złego, niepochlebnego, nieporządanego... I to oni mnie całą ogólnoświatową narracją właśnie do tego przekonują, że muszę chcieć czegoś więcej, czegoś lepszego, że skoro jestem mądra, inteligentna, oczytana, empatyczna etc etc to powinnam "lepszej" pracy szukać, a na pewno pożądać. Ale gdy się nad tym głębiej zastanowić, to przecież mnie to bynajmiej do szczęscia potrzebne nie jest. Ja nie należę do ludzi, którzy wstydzą się prostej pracy, czy prostego wygodnego ubioru albo prostej fryzury. Wprost przeciwnie. Prostota to moja strefa komfortu.

Różne zawody brałam ostatnimi czasy pod lupę, nawet takie nierelane do wykonywania przeze mnie ze względu na brak stosownych dyplomów czy umiejek, ale próbowałam sobie wyobrazić, że owe posiadam albo teoretycznie posiąść bym mogła, ale nie, zwyczajnie nie potarfię sobie wyobrazić siebie obecnie na żadnym stanowisku, gdzie ważna jest odpowiedzialność za innych ludzi czy za ważne sprawy. 

Nie wyobrażam sobie siebie w zawodzie, gdzie coś ważnego albo czyjeś zdrowie ode mnie by miało zależeć... Tu np myślę o opiece nad dziećmi czy osobami starszymi. Pomijając kwestie fizycznej ciężkości tej pracy, ja bym sie zwyczajnie dziś bała odpowiedzialności za te osoby. Nie! W życiu! Nie z moją pamięcią, chaotycznością, wiecznym rozkojarzeniem, brakiem pewności siebie. Tak samo z pracą w sklepie. Za wielka odpowiedzialność. Potrzeba dobrej organizacji, konsekwencji w działaniu.... Kompletnie nie nadaję się do tego i sobie na tego typu stanowsikach wyobrazić nie potrafię. 

Czasem trafiam na bezdrożach internetu na ludzi przekonanych (i takie też bzdury propagujących) iż rzekomo każdy, dosłownie każdy człowiek na świecie o niczym innym nie marzy, jak tylko o posiadaniu swojej własnej firmy, bycia sobie samemu szefem. Taa... 

Z mojegu punktu widzenia własna działalność jest   chyba jedną z najgorszych opcji, jeśli idzie o pracę. Chyba tylko w najgorszych koszmarach przyszło by mi do głowy zakładanie i prowadzenie własnej firmy. Nigdy nic takiego mi się na pewno nie marzyło. Próbowałam sobie wyobrazić, a wyobraźnię mam dosyć bogatą, jakby to było... ale nie potrafię sobie aż takiej abstrakcji zobrazować. 

Ja nawet domu chyba sama w pojedynkę bym nie ogarnęła. 

Przepracowałam w życiu już ze 20 lat co najmniej... Tak serio to nawet nie wiem ile. Nigdy przez cały ten czas nie miałam pojęcia, ile ja w ogóle zarabiałam. W pierwszej pracy w Belgii po bodajże 2 latach przeglądając dokumenty zauważyłam, że przez cały ten czas miałam u jednego klienta 3 godziny w tygodniu wpisane, a pracowałam 4. Nie mam pojęcia do dziś, za ile mi płacili. Nigdy tego nie sprawdziłam.  Dla mnie to jest - było minęło. Nie wiem, czy zawsze płacili mi w jakiejkolwiek pracy wszystko, jak należy i nigdy nie przyszło mi do głowy, by to sprawdzać. Jak jutro zacznę jakąś pracę, też nie będę sprawdzać. Nie znam się na tym, nie rozumiem tego i co najważnejsze, mnie to nie do konca obchodzi. Sprawy finansowe ogarniam na zasadzie: mam forsę to mam, a jak nie mam, nie mam. Ot, cała filozofia.  

Nie mam pojęcia, co ile kosztuje. Tak, chodzę do sklepów kilka razy w tygodniu. Tak, robię zakupy za 100, 200, 300 euro w spożywczaku, ale nie mam pojęcia, ile w Belgii kosztuje chleb, ile masło, ile jajka. Wiem, że jest drożej i drożej, bo za to samo wołają przy kasie coraz więcej. Jak mnie ktoś wyśle po lody i po zakupie zapyta, ile kosztowały, nie będę mieć zielonego pojęcia, nawet jeśli tylko lody kupiłam, bo zwyczajnie cen nie zapamiętuję, nawet jak chcę. Za Młodego zapamiętywałam wszystkie co ważnejsze numery telefonów, bo to było łatwe, ale nigdy nie pamiętałam cen produktów, bo to było trudne. 

Młoda chodzi zawsze podczas zakupów po kilku sklepach, bo w jednym jest tańsze to, w innym tamto, a w jeszcze innym owamto. Orientuje się we wszystkich promocjach, oszczędza, pilnuje swoich pieniędzy jak oka w głowie. Dla mnie finanse to abrakadabra. Nie rozumiem w ogóle tego zjawiska. Poza tym ogólnie planowanie czegokolwiek (nie tylko finansowego) to dla mnie rzecz prawie że nie osiągalna. Jestem stuprocentowym chaotem. Żyję z dnia na dzień, z chwili na chwilę i nawet nie wyobrażam sobie, że da się inaczej. Nie wiem, jak ludzie to robią. Ja nie mam takiej umiejętności ani potrzeby. Ja nie pasuję w ogóle do tych czasów. Nie do końca się w nich odnajduję i to jest spory problem. Dziś moja autystyczna osobowość jest dla mnioe uciążliwsza niż była kiedykolwiek wcześniej. 

Dla mnie życie według ścisłego planu jest bardzo trudne i uciążliwe. Dlatego wiele zawodów właśnie (o swojej działaności nawet nie mówiąc) jest zwyczajnie niewykonalnych. Myślę, że Najstarsza jest pod tym względem bardzo do mnie podobna. 

Dlatego też robota na sprzątaniu mnie tak przyciąga. Tam niczego nie musisz jakoś specjalnie planować (choć niektórzy twierdzą inaczej - szczególnie ci, którzy siedzą za biurkiem i raz miotły w ręce nie mieli). Widzisz, co trzeba zrobić i to robisz dopóki nie zrobisz albo póki czas się nie skończy. Wtedy idziesz do domu albo do kolejnego domu. Pamiętam, że klienci czasem pytali, ile dam rady posprzątać w danym czasie. A skąd ja to niby mam kurwa wiedzieć?! Jak posprzątam, to zobaczysz, ile mi to zajęło. Tak samo było z prowadzeniem zajęć dla dzieci. Wszyscy tam w świetlicy oczekują, że im powiesz, ile coś ci zajmie... Nie mam najbledszego pojęcia, jak ludzie potrafią oszacować takie rzeczy. Mnie się to nigdy nie udało. 

* * *

Doczekałam się z Młodym w końcu wizyty w naszej przychodni. Lekarz wypisał mu receptę na antyalergiki. Już jest za późno na to, bo Młody już nie może spać, a oczy ma spuchnięte i piekące. Tymczasem lek gtrzeba brać ze dwa tygodnie, żeby zaczął działać jak należy, a tu ciepło się nagle zrobiło. W środę było prawie 20 stopni. Wiemy doskonale, że to oznacza, iż wszystko za chwilę zakwitnie jak głupie, a Młody będzie cierpiał... Nic to. Lepiej późno niż póniej.

Poprosiliśmy też o obejrzenie uszu, bo Młody dobrze nie słyszy. Uszy okazały się wporządeczku, że czyste i w ogóle. Doktor po teście z jakimś kamertonem, czy czymś takim, stwierdził jednak, że Młody mniej na jedno ucho słyszy i wypisał mu skierowanie do szpitala na dokładniejsze badania u jakiegoś uchologa. Nie wykluczone, że zgodnie z moimi przewidywaniami ciągle używanie słuchawek w koncu uszkodziło mu słuch, no ale to się zobaczy. 

Przy okazji ja poprosiłam o recepty na swoje zastrzyki i piguły.

Innego dnia byłam w tej samej przychodni z Młodą, żeby wypełnili jej dokumenty do FOD-u w sprawie przedłużenia uznania niepełnosprawności. Lekarka zrobiła to przez internet, ale wydrukowała też jakiś świstek. 

Po raz kolejny próbowałam umówić Młodej wizytę u specjalistki w Uniwersyteckim Gent, do której skierowano ją z Uniwersyteckiego Leuven, ale ciągle nie otrzymali elektronicznego skierowania stamtąd. Zadzwoniłam zatem do Leuven i pani w sekretariacie obiecała zapytać pana profesora, co tam z tym skierownianiem i mnie powiadomić mejlem, gdy wyjaśnią sprawę. Dziś otrzymałam mejl, że wysłali skierowanie pocztą... No mam nadzieję, że wysłali też online do Gandawy, bo inaczej chyba nie umówię tej wizyty...

Ocipieć idzie z tym wszystkim.

Młody miał w tym tygodniu jeden dzień zajęcia w żłobku. Znowu się trochę niepokoił, bo znowu nowy adres trzeba było znaleźć, a do tego Matka nie miała czasu z nim jechać, bo szła z Młodą do lekarza. Człowiek się nie rozerwie przecież, a Młodej wcześniej obiecałam... Gdy sobie wyguglował, pokazało mu, że blisko dworca, więc się uspokoił. Kiedy dotarł na miejsce, napisał mi, że wszyscy z grupy już są oprócz nauczyciela. Tak to jest z belframi haha. W żłobku obserwowali peuters(y), czyli starsze dzieciaki, pod kontem różnych elementów rozwoju. Podobało mu się oczywiście, bo szkraby są fajne. On bardzo lubi dzieci, jak wiadomo.

W końcu dokończyli remont tego całego śmiesznego seminarium i w końcu szkoła Młodego będzie się hucznie przeprowadzać do nowego lokum. Wybieramy się do pomocy w tym wielkim wydarzeniu i ciekawa jestem wielce, jak tam wszystko będzie wyglądało.

Małżonkowe auto w międzyczasie przewieziono do pobliskiego garażu i zdiagnozowano. Ponoć ma być jutro do odbioru. Zesrał się jakiś przewód z sensorem czy coś tam takiego, co ma niby kosztowac ok 600-700 euro, czyli w chuj ale Małżonek spodziewał się, że naprawa przekroczy wartość samochodu, czyli ujdzie. W sobotę ma być do odebrania. Wtedy też trzeba pojechać oddać zastępczaka. 

Niestety to nie koniec jeśli chodzi o zesrane rzeczy. Czerwona Rakietka Młodego zaczyna się rozpadać po zaledwie półrocznym codziennym nią pedałowaniu i tłuczeniu jej po pociągu. Komputerek odpadł zaraz na poczatku pdczas ładowania rowerka do samochodu. Hamulce już raz wymieniane i poprawiane znowu się wytarły (niewyróbka), przerzutki się rozpierdoliły, pogięły i się kolebocą, przez co łańcuszek spada przy każdym składaniu, a czasem podczas jazdy. W tym tygodniu Młody przestał rower składać do pociągu. Jeszcze nikt się nie przyczepił, ale w końcu trafi na nadgorliwego konduktora, który go ochrzani.  Trza kupić mu coś nowego, bo to nie są śmichy tylko kwestia bezpieczeństwa. Nie mamy hajsu na jakiś markowy rower, bo to wszak kwestia kilku tysięcy euro, a nie ma pewności, że to dłużej wytrzyma, bo teraz to wszystko przecież gówno warte, ale zobaczyłam że Lidl oferuje teraz składaki elektryczne za niecałe tysiąc ojro. Młoda pożyczy mi hajsu, a ja będę jej oddawać po trochu. Mój Lidlak Crivit sprawuje się doskonale (tfu tfu). Nie jeżdżę nim codziennie i mój się nie składa, ale jest dosyć solidnie wykonany. Nie ma nawet porównania z tym kolebocącym się rowerkiem Młodego. Na obrazkach lidlowy składak wygląda zdecydowanie lepiej niż to Flebi-gówno. Ma hamulce tarczowe, przerzutki shimano, dłuższy błotnik (Flebi tak chlapie, że Młody nawet włosy ma w błocie, gdy pada deszcz), bagażnik, no i co bardzo ważne, stopkę. Wagowo prawie to samo. Kółka też 20'. Zaryzykujemy Lidlaka, bo ja bardzo szanuję produkty z Lidla i często tam coś zamawiam. Dobre jak i do wakacji by Młodego bepeicznie woził.

Ale to nie koniec awaryjnej wymiany na ten miesiąc i tydzień. Musimy też pilnie kupić nową pralkę. Z parę tygodni temu wyświetlił się raz jakiś błąd, ale po wyłączeniu z gniazdka i ponownemu włączeniu nadal prała. W zeszłym tygodniu pojawił się ponownie ten sam numer błędu, ale teraz w załączonych instrukcjach cymbały piszą w kilku różnych językach jak włączać pralkę do gniazdka, bogato opisują te pierdyliard róznych programów, z których przez lata używa się i tak max trzech, rozwodzą się nad tym ile prądu i wody zużywa (jakby mnie to kiedywkolwiek obchodziło), ale listy podstawowych błędów oczywiście tam nie ma. W ogóle nie ma nic na temat jakichkolwiek potencjalnych problemów, które mogą sie pojawić. Zresztą to teraz wszystko taki szajs, że głowa mała. Tę Indesit kupiliśmy nie całe 4 lata temu (sprawdziłam na blogu - wrzesień 2022). Zajebiście! Wzywania serwisanta nawet nie biorę pod uwagę. Gość za samo przyjście wezmie minimum 100€ i z 4 kilka tygodni pewnie jeszcze na to trzeba będzie czekać biorąc pod uwagę jak to wsztystko działa w tym kraju, a raczej jak nie działa. Jeśli trzeba będzie coś wymienić, wleci kolejna stówa, a potem się okaże, że padło jeszcze coś innego... Nie, naprawiać tego typu sprzęt to można było 30 lat temu, gdy nie było w tym tyle elektroniki. Teraz lepiej i zwykle taniej kupić nowy. Tak też zrobimy i to zaraz, bo u nas pralka kręci co najmniej raz dziennie, a nie rzadko i 5. No i już nie kupimy drugi raz takiej na 9 kilo bo to pic na wodę fotomontaż. Co z tego, że teoretycznie więcej rzeczy się zmieści, jak gdy do kocyka polarowego dorzucisz jakąs inną szmatę to ona tego w ogóle nie wywiruję. Zasadniczo polarowe rzeczy, także bluzy powinno sie w niej prać osobno, bo jak się doda to do normalnego prania zajmujacego pół bębna to już nie udrze. Kuźwa, stara rosyjska "Wiatka" to ile się wepchało do bębna, tyle wyprała bez narzekania i wydziwiania. Dałeś na płukanie to w 15 minut było gotowe, a tych nowoczesnych płukanie trwa dłuzej niż pełny program, bo one są teraz kurwa ekologiczne i oszczędne. Najbardziej mnie bawił ten "ekologiczny" program, który trwał ponad 4 godziny. Jak ja bym miała niby 5 prań zrobić w ciągu dnia? Chyba kogoś popieściło mocno. We wiatce chiałeś wywirować to otwierałes drzwiczki, wrzucłeś łacha, za 5 minut wyciągałeś, a te nowe kręcą, stękają... kwadrans czekasz na odwirowanie pary jebanych skarpet i kolejny na otwarcie drzwiczek. Oj, nie raz mocno musiałm się powstrzymywać, by nie skopać gówna i nie stłuc jakąś pałą po całości. Takie nowoczesności, wbudowany komputer, połączenie z internetem,  sterowanie z telefonu,  muzyczki do wyboru, szmery-bajery, ekologia, oczczędność wody, prądu, a ja bym chciała, by pralka po prostu potrafiła wyprać, wypłukać i wywirować moje łachy. Tylko tyle. Kropka. 

Małżonek ma trochę eko-czeków to akurat się przydadzą. Dołożymy ze stówkę i kupimy jakąś najtańszą pralkę, bo droższej się raczej nie opyla. Czyż nie te same żółte rączki to wszystko produkują...?

Jebał to pies!

* * *

Jako się rzekło, pogodę mieliśmy w tym tygodniu istnie bajeczną. W środę termometry pokazywały nawet 19 stopni. Siedziałam sobie na mojej skrzynce na paczki przed domem (bo w ogrodzie jest prawie cały czas cień) i czytałam książkę. Sąsiad wracając od mamy ze swoim psem powiedział "Zalig, hé", co znaczy "przyjemnie, prawda", ale - moim zdaniem - to słowo zalig super brzmi i wyjątkowo dobrze określa tego typu odczucia. Bardzo lubię to słowo, które w wielu okolicznościach można użyć. Po prostu ZAAAAALIG! 

Oczywiście wszyscy inni ludzie, którzy przechodzili drogą lub przejeżdżali rowerem też mówili mi "Dag", a ja odpowiadałam. Na szczęście nikt bardziej znajomy nie przemykał i mi nie przeszkadzał w relaksacji wiosennej.

Któregoś dnia jednak wybrawszy się w końcu do apteki po swoje piguły i zastrzyki, spotkałam po drodze dziadka dawnego kolegi klasowego Młodego i żeśmy coś z pół godziny albo i dłużej na drodze przestali, bo chłop nie mógł sie nagadać. Okazuje się, że żona jego choruje i on się musiał nauczyć gotować i jest z tego bardzo dumny. Żona nawiasem mówiąc też jest taka pogadana. Raz ją u fizjoterapeuty spotkałam... Bla bla bla bla. Córka i zięć ta sama krew haha. Ale to superfajni ludzie. 

Dziadek narzekał z uśmiechem, że żona nie wszystką jego pomoc w pełni aprobuje i chwali, bo on nie robi tak jak ona, czyli robi źle i ją to wkurza, więc woli sama się męczyć. Wymieniał wszystkie potrawy jakie gotuje. Biadolił, że wnuczek jest niejadkiem (zupełnie jak i nasz Młody, z tym że tamte ma ADHD). Potem wspominaliśmy dawne czasy, gdy wszystko się swoje miało na grządkach i w sadzie. Następnie opowiedział parę swoich ulubionych emeryckich dowcipów. Myślałam już że do domu przed nocą nie dotrę z tej apteki, a ból pleców rósł z każdą minutą, bo ja nie mogę dugo stać. Z drugiej strony fajnie było tak pogadać o byle czym... 

Jak jest dobra pogoda i ciepło, to od razu lepiej się żyje i z domu wyjść się chce, i książkę poczytać, do drugiego człowieka gębę otworzyć... Aczkolwiek trochę wody w kiblu upłynie, nim mój stan psychiczny wróci do jako takiej normy. Jeden dzień wiosenny ani nawet tydzień (nie wiem czy rok) tego nie naprawi.

kury się opalały


W środę, jak to w środy,  Młody wcześniej wrócił ze szkoły, zatem po obskoczenu lekarza zostało jeszcze czasu, by obskoczyć stałe miejsca żerowania zwierząt pod lasem. Na jednym stanowisku spotkaliśmy czaplę. Łowiła żaby w kałużach na polanie. Podkradliśmy się bliżej niej powoli wzdłuż krzaków, ale ona zasadniczo zdawała się mieć naszą tam obecność pod ogonem. Łaziła po trawie  w slow motion i jak wypatrzyła żabę, łapała ją, wytrzepywała, a potem połykała. Udało mi się nagrać cały ten proces, a Młody narobił czapli zdjęć z żabą w dziobie. Mnie też parę fotek udało się cyknąć oprócz filmu.







Potem ja postanowiłam wrócić do domu, by ugotować obiadokolację, ale gdy tam dotarłam, okazało się, że Małżonek już dawno nastawił obrane przeze mnie ziemniaki i kończy smażyć cervelasy (takie tutejsze jakby mortadele). Domyślny z iego chłop nawet. Albo po prostu był wchuj głodny haha, a ja się pałętam po świecie miast strawy uwarzyć jak należy. 

Młody jednak pojechał potem  na kolejne miejsce, a potem na jeszcze kolejne. Spotkał tam dwa stadka saren i dzikie gęsi oraz trochę pomniejszych stworzeń. Wrócił do domu usatysfakcjonowany już o zmierzchu. Cieszył się, że udało mu się dosyć blisko sarny podejść i nawet dosyć dobre zdjęcia zrobił, choć nie jakieś super hiper, bo jednak już było dosyć ciemnawo.

To był ciekawy tydzień, nie ma co. A kolejny niezgorzej się zapowiada patrząc na to, co stoi zapisane w agendzie. Tego co nie jest zapisane, to aż się boję haha.

Bażant zza domu



kurozaury 🦖


Sunny Bannani 👑💖



kolumby




Riko Koko 💖👑

kormoran


gawron? i bażancice

sikoreczka

truskawki o smaku ananasa


szpak