No i poleciałam wreszcie tym balonem!
No ale po kolei.
Jak tylko Młoda wróciła z Polszy, od razu wypełniłyśmy formularz na stronie firmy baloniarskiej Spildooren Ballooning. W odpowiedzi otrzymałam e-majl z prośbą, by podać kilka terminów, które by nam odpowiadały. Odpisałam, że w sumie nam to nam cały lipiec odpowiada... Nie długo potem otrzymałam mejla, że lot odbędzie się we wtorek 7 lipca i że szczegóły dostaniemy tego dnia esemesem do 13. Faktycznie, we wtorek przed południem przyleciał esemes, że zbiórka o 19.45 na jakimś parkingu koło jakiegoś parku gdzieś w okolicach Lochristi. Wyguglowaliśmy, gdzie to i zaczęliśmy dumać, jak to logistycznie rozwiązać. Bo nikt nie wie, gdzie balon wyląduje, gdyż on jest niesiony z wiatrem. Lot trwa godzinę, a w tym czasie balon może przelecieć od kilkunastu do 30 km, zależnie od siły wiatru. Zasada jest taka, że ktoś jedzie autem za balonem. Można uzywać whatsappa - ten co w balonie udostępnia lokalizację przez whatsapp swojemu kierowcy i ten jedzie za tym tropem. Inną opcją jest korzystanie przez swojego kierowcę z wytycznych podawanych telefonicznie przez załogę balonu z auta transportowo-śledzącego.
No to dobrze się złożyło, bo Małżonek we środę miał jechać do Polszy, to we wtorek wieczorem mógł nas jeszcze zawieźć na miejsce i odebrać, no i ewentualnie zabrać też Resztę z Piątki, żeby mogli popatrzeć, jak wylatamy. Niestety gdzieś ok 14 przyszedł kolejny esemes, że lot odwołany ze względu na przewidywane silne porywy wiatru wieczorem, czyli zbyt duże ryzyko. Loty balonowe odbywają się o poranku i wieczorem, kiedy to zwykle nie ma silnych wiatrów, ale baloniarze śledzą cały czas prognozy bardzo uważnie i w razie podejrzenia niewłaściwej pogody lot jest anulowany. Lot musi być bezpieczny. No to trudno.
W wiadomości napisali, że zwolniło się miejsce na lot środowy, ale zanim się zastanowiłyśmy, już miejsc nie było. Trudno. Jednak w środę gdzieś koło 11 napisali na whatsappie, że znowu zwolniło się miejsce i możemy lecieć wieczorem. Podali kolejną nic nie mówiącą nam lokalizację, ale po wyguglowaniu wyszło, że to nie daleko Gandawy, no bo to taka ruletka jest trochę. Ta firma działa praktycznie w całej Flandrii (czy nawet dalej) i można co prawda wybrać sobie region lotu, ale dokładne miejsce startu to jest kwestia przypadku. ZPrzynajmniej z perspektywy klienta. Znaczy okej, pewnie można sobie wybrać miejsce i czekać aż będą z tamtąd lecieć, ale dla nas każde miejsce jest takie samo w kwestii dostania się tam i powrotu, czyli skomplikowane, a chciałyśmy z regionu Waasland, bo ponoć najładniej no i balonów mnóstwo różnych na raz leci z różnych lokalizacji.
No zajebiście, że możemy lecieć wieczorem, tylko jak my wrócimy potem do domu, skoro nasz nadworny taksówkarz właśnie wyjeżdża za granicę...?
Obudziałam Młodą, a ona mówi, żeby potwierdzić, że lecimy, a potem pomyślimy, jak to rozwiązać logistycznie. Bo tak najlepiej. Chwilę potem guglowałyśmy hotele w Gandawie. Bo co się będziemy cykać. Najwyżej potem do końca miesiąca będziemy jeść tylko chleb z margaryną. Są rzeczy ważne i ważniejsze. Poczekałyśmy do 14 z rezerwacją pokoju, w razie jakby znowu odwołali lot. Młoda jakiś Ibis znalazła nie za drogi (ale nie powiem że tani). Wrzuciłyśmy szczoteczki do zębów i jakies majtki na przebranie do torby i poszłyśmy na przystanek. Półtorej godziny później byłyśmy już w Gandawie i maszerowałyśmy w stronę hotelu...
Tak idziemy, idziemy wśrod jakichś w połowie opuszczonych budynków, a Młoda rzecze - no w sumie na szybko to nawet nie popatrzyłam co to za dzielnica będzie... - bo tylko na odległość do centrum i przystanków patrzyłyśmy. Jednak dzielnia nie była zła, no i to jednak wciąż Gandawa a nie Antwerpia, czy Bruksela, gdzie zdecydowanie o wiele rozważniej trzeba wybierać nocleg, by móc też w nocy do hotelu wracać bez giwery haha. W Gent pewnie też są nieprzyjemne dzielnie, bo gdzie ich nie ma, ale to jednak jeszcze wciąż dosyć przyjazne miasto...
Z hotelu było do centrum ze 2 kilometry, to żeśmy z buta poszły, by jeszcze coś po drodze na ząb wrzucić. Młoda wyguglowała jakąś wegańską pizzerię, ale zanim żeśmy tam w ten gorąc dolazły, to lekko późno się zrobiło. Półtorej godziny do planowanego spotkania to nie za dużo czasu, by zamówić, poczekać aż zrobią, zjeść, pójść na przystanek, złapać autobus, dojechać na miejsce (to było sporo poza miastem) i jeszcze znaleść rzeczony parking, na który nam kazali przyjść. Był trochę stres i już nawet kombinowałyśmy, że jak długo będą tę pizzę robić, to weźmiemy na wynos... tyle, że Młoda nie może jeść na zewnątrz. No ja w sumie też nie jestem fanem jedzenia na świezym powietrzu, bo wszystko śmierdzi wtedy... Na szczęście uwinęli się szybko z pieczeniem, a my jadłyśmy, jakbyśmy ze trzy tygodnie bez jedzenia były, bo było dobre i bo nam się śpieszyło... Do pizyy podano nożyczki, ale nie bardzo wiedziałyśmy w jakim celu... czy tym trzeba było kroić pizzę, czy to taka zmyślna dekoracja... Pierwszy raz dostałyśmy taki sztuciec... Przekroiłyśmy pizzę jednak nożem na pół i zwinąwszy, wciągnęłyśmy ekspresowo. To wegańska pizza, więc dosyć dziwne ciasto było w konsystencji, ale bardzo smaczna.
Gdy dochodziłyśmy do parkingu, akurat nadjechał samochodem pierwszy balon na mijaną w parku łąkę. A jeszcze i ze 20 minut miałyśmy do omówionej godziny.
Gdy wszyscy uczestnicy z naszego balonu dotarli na miejsce i podpisali dokumenty do ubezpieczenia, zapoznano nas z zasadami i zaczęły się przygotowania balonu do lotu. To jest super, że wszystko się obserwuje i można zadawać pytania, jak ktoś ciekawy.
Najpierw jeździk na gąsienicach rozwinął balon i podpięto go do leżącego na boku wielkiego kosza z 5 przegrodami. W środkowej przegrodzie siedzi pilot i stoją butle z gazem. W pozostałych czterech wchodzi po 4 osoby. To był wielki balon. Dwa pozostałe balony, które startowałay z tej polany były ciut mniejsze niż nasz.
| nadmuchiwanie balonu |
Potem załoga balonu rozłożyła balon na płask. Następnie włączyli dwa wielkie wiatraki, które wstępnie nadmuchały balon.
Gdy już był napompowany wystarczająco, zaczęli grzać powietrze palnikami. Powiedzieli, że taki balon rozgrzewa się do 100 stopni. Jakże wytrzymały jest ten materiał, z którego zrobiony jest balon! W dotyku i wyglądzie ten materiał przypomina materiał, z którego wykonane są peleryny przeciwdeszczowe czy parasole, ale to zdecydowanie inksza inkszość.
| palniki |
| butle w koszu |
W tym momencie już wszyscy czekają w gotowości na znak pilota. Jak balon zaczyna się unosić i postawi kosz, należy szybko wsiadać, ale nie że na łeb na szyję tratując innych. Po prostu wsiadać jeden za drugim. Sprawnie. Do kosza wspina się po dziurach i siup do środka. W internecie pisali, że dobrze jest mieć czapkę, by chronić się przed gorącem od palników, ale nie było tragedii. Ja myślę, że inaczej może być w chłodniejsze dni, bo jednak jak jest na zewnątrz 30 stopni i słońce jarzy ci na łeb to gorąc od ognia może nie jest tak odczuwalny.
Jeden jakiś nieogar wsiadł do niewłaściwej przegrody. Do naszej. Ludzie mu mówią - Ej, mordo, ty nie miałeś przypadkiem siedzieć z nami?
Ten na to - Nie, mówili w lewej dolnej,
- No właśnie, a ty stoisz w lewej górnej...
- Oj... - No i zaczął się chłopina gramolić z powrotem, by wsiąść do właściwej części balonu. Też się gramoląc.
W końcu wystartowaliśmy...
Nastawiłam się na to, że jakoś się będzie odczuwało wznoszenie balonu, ale okazuje się, że w ogóle nie czuć. Balon wznosi się powoli i nagle po prostu zauważasz, że już nie stoi na ziemi tylko wisi nad dachami domów, a chwilę później pilot podaje, że jesteśmy około pół kilometra nad ziemią. Utrzymuje tę wysokość przez jakiś czas, by ludzie się mogli ponapawać widokiem, a potem leci na wysokość kilometra i to jest w sumie ta wysokość na której leci się przez sporą część trasy.
Widoki zapierają dech w piersi. Adembedemend!
Spoglądałam na Gandawę, na zamek Gravensteen, na wieże ratusza i kościała, na które to budowle wcześniej wchodziłam kilka razy i patrzyłam na miasto z góry ciesząc się, że jestem TAK WYSOKO... A teraz z balonu widziałam ten zamek i te wieże jako małe figurki haha. Po prostu czad! Zalig!
Pilot co chwilę coś wskazywał i mówił, na co patrzymy. Najpierw pokazał nam morze, które błyszczało w oddali. Tyle że z tamtej strony wisiało też słońce i świeciło nam w oczy. Potem pokazał majaczące na horyzoncie reaktory elektrowni jądrowej w Doel i Antwerpię. Z drugiej strony naszym oczom ukazała się Bruksela... Przeżycia są niesamowite. Nagrywałam, robiłam zdjęcia na pamiątkę, ale przede wszystkim patrzyłam z zachwytem na cały świat pode mną. Z Młodą próbowałyśmy rozpoznać z góry znane miejsca w Gandawie. Zaśmiewałyśmy się z pociągu jak glizda i kajaków wielkości ostróżyn z ołówka. Zupełnie jak w wierszu Tuwima:
Wielkie góry - jak kupki piasku,
wielkie drzewa - jak krzaczki w lasku,
Rzeki - srebrne wstążeczki
Łąki - zielone chusteczki,
Domy - klocki drewniane
Pola - kratki malowane
Jeziora - jak donice
Pociągi - jak gąsienice
Ludzie - jak mrówki
Krowy - jak boże krówki
A kurek - to nawet nie widać
Napawaliśmy się wszyscy...
A potem zaniosło nas nad jakąś wieś i pilot oznajmił, że lecimy się socjalizować i obniżył lot tak, że prawie dachów domów żeśmy dotykali. Ludzie przystawali na ulicach i zaczynali machać a my im odmachiwaliśmy. Machali też wszyscy siedzący pod restauracją przy kościele i wszyscy idpoczywający się w swoich ogrodach. Czym prędzej wyjmowali też telefony i zaczynali cykać fotki albo nagrywać. Spojrzałyśmy wtedy z Młodą na siebie z uśmieszkami - Aha, to tak to z góry śmiesznie wygląda, kiedy biegniemy na pole z aparatami i telefonami, gdy tylko balon czy lotnia nad naszym domem przelatuje ha ha ha.
Psy na nas ujadały jak szalone, bo co to za cholerstwo lata nad ich domem. Jakaś babka wybiegła na podwórko najwyraźniej zaniepokojana nagłym dzikim szczekaniem psa i zaraz spojrzała do góry z miną wyraźnie zdegustowaną. Co to po moim niebie lata?! Wypraszam sobie. - zdawał się krzyczeć jej wyraz twarzy. Któryś ze współpasażerów, zaraz jak tylko opadliśmy nad domy, tak że dało się nawet stokrotki w trawniku policzyć, powiedział z przekąsem coś w rodzaju - No dobra, ludzie, koniec waszej prywatności chłe chłe.
A my wtedy zauważyłymy nad nami te balony, które zaraz po nas startowały i mogłyśmy ocenić, jak to wysoko jest. W ogóle faktycznie sporo tych balonów leciało w tym samym czasie. Startowały z róznych miejsc. Doszłyśmy do wniosku, że te wszystkie firmy baloniarskie, których tu jest sporo, się pewnie umawiają na wspólne loty, bo to jest fajne jak widzisz inne balony, gdy jesteś w górze.
| cien naszego balonu |
Potem znowu na chwilę trochę się podnieślimy i pilot ogłosił challenge. Kto pierwszy urwie liść z drzewa, jako pierwszy dostanie szampana po locie. I znowu obniżył lot, tak że kosz balonu drapał drzewa w korony. Lecielismy wtedy już nad jakimiś pastwiskami, polami, łąkami, stawami... totalny zadup. Nasza strona nie miała szans chwycić liścia, bo byliśmy z tyłu akurat. Chwilę później dał się słyszeć (chyba na całą okolicę) okrzyk zwycięstwa i gromkie brawa dla pana, który - jak się okazało - tego dnia obchodził urodziny.
Pilot zarządził ćwiczebne przygotowanie się do lądowania i przypomniał po raz kolejny o pochowaniu telefonów i aparatów do toreb na czas lądowania.
Kosz ma z wszystkich stron linowe uchwyty. Przed lądowaniem pasażerowie łapią po jednym uchwycie z każdej strony i stają z lekko ugiętymi kolanami, bo podczas lądowania kosz balonu hopsa trochę po ziemi. Jak nie ma wiatrów to tylko lekko i tak było w tym wypadku, ale może ponoć nieźle podziczeć czasami.
Podczas ćwiczeń pilot patrzył, czy wszyscy dobrze wykonali ćwiczenie i ewentualnie coś tam mówił. Potem jeszcze kawałek lecieliśmy szukając dogodnego bezpiecznego placu do lądowania. Przelecieliśmy nad stawem pełnym lilii wodnych. Przelecieliśmy nad pastwiskiem, gdzie krowy z zainteresowaniem przyglądały się temu dziwnemu ptakowi. Jedna trochę zdawała się być wystraszona, ale przybiegła do koleżanek i już tylko patrzyła w górę. Wyldowaliśmy jednak na pustej łące.
Pilot opowiedział, że czasem jak lądują na tym lub podobnym pastwisku, a farmer zostawił otwartą bramę łączącą pastwiska, to krowy przybiegają popatrzeć sobie na balon i ludzi. Dwie czaple nad nami krążyły, co zdawało się dość niezwykłe. Dlatego pomyślałyśmy z Młodą, że pewnie gniazdo mają na którymś drzewie i czują się zaniepokojone obecnością tego krzykliwie czerwonego ptaszyska i próbują je odstarszyć. Pustułka też latała z wrzaskiem, dopóki balon się nie wystraszył i nie zdechł. Te balony są na pewno stresujące dla wielu stworzeń, bo to jednak ogromne bydlę...
Ledwie dotknęliśmy ziemi, pilot powiedział do solenizanta, który złapał liść, że w nagrodę może jako pierwszy wysiąść i ciągnąć pierwszą linę od balonu na koniec pola. Pośmialiśmy się, a pilot w międzyczasie wyznaczał kolejne osoby, które mają wyskakiwać i biec z liną na koniec pastwiska.
Powietrze powoli opuszczało balon, a my po kolei wysiadaliśmy z kosza.
Zaraz potem podjechał pierwszy kierowca, który śledził balon za pomocą whatsappa. Na auto śledzące załogi balonu przyszło trochę dłużej poczekać.
W międzyczasie pilot skrzyknął brać do pomocy w składaniu balonu. Powiedział że musimy zrobić z niego (z balonu, nie z pilota) kiełbaskę zakładając boki i potem wyciskając resztki powietrza. Gdy kiełbaka była gotowa, musieliśmy wziąć ją na ramiona i załadować do koszyka, który już podjechał na gąsienicowym łaziku. Lekkie to to nie jest, taki balon, choć tak wygląda. Było co dźwigać, mimo że wszyscy pasażerowie nieśli. Pilot ubijał balon nogami w koszyku, tak jak my kiedyś siano na wozie ubijaliśmy.
Gdy uporaliśmy się ze sprzątaniem balonu, przyniesiona napoje. Było wino musujące, woda, piwo, cola, ice tea i jakieś soczki... Super, bo prawie że uschnęłyśmy z Młodą z pragnienia. Ja genialnie mój bidon z wodą w hotelu zostawiłam, a nie było po drodze żadnego sklepiku, by kupić pićko. A jak był, to już było za późno by do niego wstępować.
(zdjęcia w odwrotnej kolejności, bo komputer tak zdecydował)
| zachód słonca nad łąkami |
| ładowanie balonu na wóz |
| kiełbaska z balonu |
| balon zdycha |
| ja ucieszona wielce |
Popijąc wodę i colę czekaliśmy na przybycie taksówki dzieląc się wrażeniami i przemyśleniami na temat lotu i balonów.
Okazało się, że większość pasażerów musiało skorzystać z taksówki. Przyjechało dwie - jedna zwykła i druga duża. W wiadomości podano nam, że ta usługa jest dodatkowo płatna i że będzie to 60-80€, ale póki co nie dostalimy jeszcze faktury. Pilot zapłacił taksówkarzom więć oczekujemy, że przyślą jakąś fakturę czy link do płatności, ale zakładamy też, że skoro naszą taksówką jechało 8 ludzi to na spółkę to zapłacimy. No chyba, że poszło na koszt firmy. Te loty nie są tanie - bagatela 150€ od osoby, więc mogli by już taxi w gratisie dołożyc... Taxi zawiozła nas do punktu startu, a stamtąd do naszego hotelu to jeszcze z 8 km było, ale w okolicach dużych miast, w przeciwnieństwie do takich pipidów, w jakiej mieszkamy, autobusy jeżdżą też nocą i to co 15 minut a nie co godzinę do 21 max, jak u nas. Lot skończył się coś koło 22, a do Gandawy dotarłyśmy gdzieś na 23. Idealny czas, by jeszcze pójść na jakiegoś drinka. Wcześniej jednak upajałyśmy się widokami nocnej Gandawy. Zaaaaalig! (to ostatnio moje ulubione słowo po niderlandzku, co znaczy fajnie, czas, milusio, a pilot non stop je powtarzał haha) To miasto jest urokliwe nawet za dnia, a nocą to już w ogóle cud. O północy latem panuje tam bardzo przyjemna atmosfera. Ludzie siedzą nad wodą, jedzą, piją, gawędzą. Inni spacerują, fotografują. Kolejni siedzą po barach. Ten, który wybrała Młoda, czynny był do pierwszej, ale my coś po północy pomaszerowałyśmy w stronę hotelu, bo z centrum było jakieś 2 kilometry... Po drodze znowu fotografowałam co popadnie, bo nocą jednak inaczej świat wygląda, bardziej intrygująco... Aż w koncu Młoda powiedziała - Rozumiem, że Tobie to chyba jednak nie chce się tak bardzo siku jak mnie... - Chciało mi się, ale ryzyko obsikanych majtek nie jest aż tak straszne, by pokonało chęć robienia zdjęć wszystkiemu, co się wyda ciekawe, zwłaszcza jak się idzie już do hotelu, gdzie ma się majtki na zmianę haha. No ale ostatecznie przyśpieszyłyśmy kroku...
| Bo litery też robią kupę ;-) |
W hotelu była klima... to w sumie była ta rzecz, która ostatecznie zdecydowała o wyborze miejsca noclegowego. Już raz nocowałam w Gent w hotelu bez klimy. Nie polecam. Tutaj była i bardzo to doceniałyśmy, bo jednak dobrze się odpoczywa w chłodzie. W domu już nam się nagrzało i ciężko się śpi, a mamy kolejną falę upału. Do czwartku kłapią ponad 30. Za gorąco jest. Chwilami czuję się dobrze, ale chwilami bardzo źle. W nocy niby śpię, ale krótko jak na mnie, bo zasypiam dopiero przed północą, a budzę się o piątej. Zwlekam się dopiero koło szóstej, siódmej, ale to i tak mało. Moja norma to jednak osiem godzin snu. Nie odpoczywam dobrze podczas snu w taką pogodę, zatem trochę w stanie zombie funkcjonuję na co dzień. Dobrze, że siedzę w domu i nie muszę nic robic ważnego, to dostosowuję czynności codzienne i rozrywkę do samopoczucia. Dużo siedzę w domu. Piszę, czytam, układam puzzle... albo na podwórku z kurami. Ale czasem idę na rower, albo na boisko pociskać piłką do kosza. Zakup piłek to był zajebisty pomysł. Świetnie się z Młodym bawimy, choć jest gorąco jak fiks, gdy tak się gania po boisku. No dobra, za dużo nie ganiamy. Tyle co za piłką, gdy poleci w diabły, bo tylko rzucamy z miejsca. Nie gramy. Za gorąco jest, by biegać. Chodzimy. Poczekamy aż świat trochę ostygnie, by intensywniej poganiać. No chyba że nam się znudzi. Zwykle spędzamy na boisku godzinę, co chwilę robiąc sobie przerwy na siedzenie w cieniu i nawadniania. Jak wypijemy po pół litry wody, wracamy do domu. Młody ma też kumpelę z dawnej klasy zawodową koszykarkę i coś tam już się ugadywali wstępnie, że pouczy go trochę, ale na razie się nie złożyło.
Na ten raz to by było na tyle, bo się zmęczyłam tym stukaniem w klawisze. Dokończę w następnym wpisie. Pewnie za tydzień.
Miałam w tym tygodniu nagrać kolejne wideo o szkole, ale udało mi się tylko przeprowadzic wywiad z Młodym. Teraz muszę z tego zrobić opowieść, bo nie mam zezwolenia na publikację wizerunku ani głosu Młodego. Ale w formie pisemnej opublikuję, tylko muszę spisać, co nagraliśmy. Na YT będzie po prostu zwykła opowieść. Jak się uda mi nagrać. Na razie brak mi sił.
Na koniec zdjęcia nocne z Gandawy. Mam jeszcze sporo z drugiego dnia pobytu w tym pięknym mieście, ale to w kolejnym wpisie.
| zamek Gravensteen |
| Gravensteen |
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jakby ktoś chciał również pobalonować, to polecam Spildooren Balloning https://spildooren-ballooning.be/ m choć w Belgii jest też mnóstwo innych firm oferujący loty balonowe.