18 września 2026

Tydzień pełen problemów i wrażeń

 Tydzień się zaczął zajebiście. Rano jeszcze przed ósmą przyjechali podłączać do domu światłowód. Ledwie otwarłam im drzwi i zaczęłam zbierać wszystko... no bo kto by się spodziewał, że chłopy tak wcześno się zjawią, jak w mejlu stało pomiędzy 8 a 17...? No więc byłam w trakcie sprzątania u  świnek, a kura jeszcze czekała na nakarmienie siedząc na macie na podłodze, no ale musiałam ją przenieść  do kuchni z całym majdanem i biurko przepchać, i skrzynki z ubraniami wynieść do kanciapy i to, i tamto, gdy panowie w tym czasie zaczęli rozkopywać parking przed domem... 



I na to wszystko napisała Najstarsza z pytaniem o numer autobusu, bo wsiadła niby do tego numeru co zawsze dla zamiast do miejscowości, wktórej odbywa staż, przyjechała do nas na wieś i to był ostatni przystanek, więc nie wie, co ma robić, bo rower ma w centrum gminy 5 km od naszej wsi... 

No tak, kurwa mać, akurat trafiła na ten jedyny autobus, który jedzie do nas na wieś nie wiadomo po jaką cholerę, bo to jest dosłownie jeden na cały dzień... No chyba tylko po to, by człowieka wkurwić! Bo on odjeżdża z tego samego przystanku, co ten do jej miejsca stażowego i ma ten sam numer. Szlag!

 Wyguglowałam naprędce, o której jedzie drugi autobus z powrotem do tamtej wsi. Niby był za 5 minut, ale nie miał włączonego trackingu... Zadzwoniłam do Córki, by jej o tym powiedzieć. Czekała na przystanku, ale oczywiście że to gówno nie przyjechało. Wiadomes, jak tracking wyłączony, to chujki często nie przyjeżdżają, bo tak to działa w tym kraju... 

Następny za niecałą godzinę. Zapytałam, czy ma numer do kierowniczki, by powiadomić o opóźnieniu. Nie miała, więc wyszukałam i wysłałam jej. Po pewnej chwili sprawdziłam ten następny i czym prędzej napisałam do córki, że ten będzie z kolei 5 minut wcześniej, żeby nie przegapiła, bo jak się nastawiła na konkretną godzinę, to może pomyśleć, że to nie ten autobus... A tu trzeba machnąć, by się autobus zatrzymał na przystanku. 

No tak, bo u nas rozkład jazdy to tylko jakby sugestia, że koło tej godziny może tędy i tędy jechać jakiś autobus, ale czy pojedzie i czy akurat o tej godzinie to już inksza inkszość. Pff.

Potem wyszukałam jej połączenie do punktu docelowego i odetchnęłam z ulgą, gdy napisała, że wsiadła do tego drugiego autobusu. Ta akcja przypomina mi, że córka nie radzi sobie dobrze w takich nieoczekiwanych sytuacjach i potrzebuje wtedy odrobinę wsparcia. Plan i przewidywalność to rzeczy święte dla autystyków. Nawet drobne, ale nieoczekiwane zmiany mogą doprowadzić nawet do ataku paniki. Choć w normalnych okolicznościach by sobie spokojnei poszukała połączenia itd. Mnie teraz też się pod tym zwględem pogorszyło i to bardzo, przeto też nie łatwo mi idzie radzenie sobie w nagłych sytuacjach. Podczas gdy kiedyś byłam zawsze oazą spokoju i rozsądku. Ta sytaucja bardzo wyprowadziła mnie z równowagi i potem byłam bardzo, ale to bardzo zmęczona i miałam poważne problemy z panowaniem nad sobą. Jeszcze przez kolejne dni miałam.

To jednak nic. Po południu napisała, że już się wyczekała na przystanku, aż w końcu sprawdziła aplikację i pokazało jej, że wszystkie kolejne autobusy mają ogromne opóźnienia, nawet ponad godzinę, a jak w końcu coś ruszyło w apce, to przejeżdżały tylko autobusy "geen dienst", czyli że nie zabiera pasażerów. Zaczęła więc iść na nogach, a stamtąd jest kilkanaście kilometrów do domu. 

Z tym że rower miała na innej wsi. Dotarła gdzieś po prawie 3 godzinach, bo po drodze wstąpiła do sklepu a potem, żeby było ciekawiej,  potrąciła jakiegoś dziadka pod piekarnią. Jechała za nim powoli, bo zaraz miała skręcać na skrzyżowaniu,  a chłop idący najprawdopodobniej do auta, nagle zrobił w tył zwrot i wpadła w niego rowerem. Ktoś tam zaraz też podleciał i pomogli dziadziowi wstać, ale mówił, że wszystko okej. Ech. 

W tym samym czasie Młoda była w sklepie po zakupy i też jej jakaś niefrasobliwa baba wylazła zza auta, gdy ona startowała obładowanym wieloma zakupami rowerem, więc musiała nagle hamować i mocno walnęła się w nogę o rower. Usłyszała jak chrupnęło. Gdy dojechała do domu, jej ulubiona kostka już zaczynała puchnąć i nie mogła w ogóle na tej nodze stanąć. Wyjęła żel chłodzący z zamrażarki i poszła od razu na górę przeklinając wszystkie stare baby na czym świat stoi, bo przecież za dwa dni ma lecieć do Barcelony... a jak tu łazić całe dnie po Hiszpanii z rozwaloną kostką!?

A panowie od światłowodu też mnie ubawili. Weszli rano do domu, zaczęli się rozglądać i jeden do drugiego mówi - Zobacz zdjęcia. Tamten wyjął telefon i patrzy na ekran i na pokój, i na ekran, i na pokój... W końcu podsuwa mi telefon pod nos i pyta, gdzie jest ta niebieska ściana. Prawie, że parsknęłam śmiechem zobaczywszy zdjęcie naszego salonu z zaznaczonym miejscem potencjalnego podłączenia światłowodu do domu. 

Kurde, ja nawet nie pamiętałam, że zanim zaczęli kłaść światłowód na wsi, to chodzili od domu do domu i pytali, czy mogą zobaczyć i wyznaczyć miejsce potencjalnego podłączenia. To było lata temu. No i wtedy nasz salon był pomalowany na niebiesko, ale w zeszym bodajże roku, przemalowałam go na biało i oni na tych zdjęciach mieli nienieskie ściany. Dla mnie okropnie śmiesznie zabrzmiało to pytanie "gdzie jest ten niebieski mur?". Ktoś się nie bał i zajebał! HAHA

Na wtorek zaplanowałam sobie pójście znowu do właścicieli, by po raz kolejny przypomnieć o cieknącym dachu, wilgoci na ścianach, braku wentylacji w pomieszczeniu z piecem i zgłosić dziurę odkrytą na strychu, przez którą właża myszy i chuj wie co jeszcze i wieje zimno, no i popsuty odpływ w zlewie. 

Tym razem napisałam jednak pismo (i wydrukowałam w dwóch ezgemplarzach) z wyszczególnieniem problemów, by im dać. To nic nie zmieni, bo i tak zrobią albo nie zrobią, ale w razie co będę chociaż mieć podkładkę, że było zgłaszane.

Mniejsza jednak o to. Muszę jednak rzec, że to zgłaszanie jest za każdym razem trudniejsze, bo wkurza mnie, że trzeba jedno i to samo wiele razy przypominać, tak że w końcu idziesz z listą 10 problemów, bo przrcież co chwilę coś się potenteguje. To stary dom i wiele rezczy się zużywa. Normalna chyba rzecz...

 Dla mnie takie sprawy w ogóle są cholernie trudne i ja się tygodniami zawsze przygotowuję do załatwienia każdej. Godzinami wymyślam, ćwiczę i po stukroć powtarzam każdę zdanie, które chcę powiedzieć i każdą możliwa opcję odpowiedzi na rozmówcy odpowiedź. Nie ważne, czy to rozmowa w cztery oczy czy telefoniczna. Z tą drugą zasadaniczo jest o wiele, wiele dla mnie trudniej. Nienawidzę rozmów telefonicznych, podczas których nie widzę rozmówcy. Stres to dla mnie ogromny. Zadzroszczę zawsze ludziom, którzy po prostu biorą telefon i dzwonia tu, dzwonią tam. Gdy ja biorę telefon i odkładam, biorę i odkładam. Idę zrobić coś w domu i znowu biorę telefon. I odkładam. Za każdym razem oczywiśćie powtarzam sobie w głowie lub na głos, co chcę powiedzieć. Ćwiczę. I znowu idę porobić coś innego. To może trwać cały dzień a nawet kilka tygodni, zależnie od sytuacji. A czasem po prostu rezygnuję. Tak czy owak łatwiej (O NIEBO ŁATWIEJ) jest mi pójśc do urzędu niż do prywatnej osoby, bo za każdym razem się denerwuję, że może komuś przeszkodzę w czymś, że przyjdę nie porę itd itp.

No i co innego, gdy jest tak, że - jak w tej konretnej sprawie mieszkaniowej - idziesz, wyłuszczacz problem i widzisz, że ludzie podeszli poważnie do tematu i od razu coś załatwiają, gdzieś dzwonią, najdalej po kilku dniach ktoś przychodzi i coś robi. Natomiast tutaj mam już zwyczajnie dosyć gadania do ściany... Niby sporo rzeczy zostało załatwionych pomyślnie przez cały okres naszego tu mieszkania, ale ostatnio to jakby po grudzie idzie... Pewnie dlatego, że właściciele są coraz starsi i ich pomagierzy, którzy drzewiej wiele problemów rozwiązywali, bo znaja się na wielu rzeczach,  częstokroć jeszcze starsi.

No ale dobra, miałam iść we wtorek, ale po stresach poniedziałkowych nie czułam się na siłach. Poszłam dopiero w czwartek. Poplotkowałyśmy o sąsiadach, bo to zawsze jest też przy okazji swego rodzaju sąsiedzka wizyta. Powiedziałam o problemach w mieszkaniu i dałam papier do podpisania. No i się okazuje, że babka już całkiem zapomniała, że przed wakacjami po raz koleny zgłąszałm cieknący dach. 

- To ciąglie cieknie? - zapytała zdziwiona - Byłam przekonana, że to już dawno naprawione.

Ja na to, że ona mówiła, iż dzwoniła do robotników i że byli wtedy na wakacjach...

- Ano faktycznie. Zapomniałam. Muszę znowu zadzwonić...

Nie, nie, ona nie ściemnia. Kobita jest po siedemdziesiątce i podczas tej rozmowy zauważyłam, że od ostatniej naszej pogawędki się jej dosyć z pamięcią i ogarnianiem świata pogorszyło. No, ludzie nie młodnieją raczej. Dlatego mimo że mnie wkurza ta cała sytuacja, to z drugiej strony ja rozumiem, że oni zwyczajnie często już nie ogarniają.

Kurde, ludzie to jednak powinni wiedzieć, kiedy ze sceny zejść... Człowieku, jak nie ogariasz, to weź przekaż pałeczkę młodym, a nie... No ale co zrobisz jak nic nie zrobisz. Mogę co najwyżej ćwiczyć swoją ciepliwość i doskonalić wyrozumiałość. Ech!

Młoda tymczasem wzięła swój plecaczek, wsiadła w autobus i pojechała na lotnisko. Autobusy nawet autobusowały jak należy i udało jej spokojnie z przesiadką dojechać. Tym razem leciała z lotniska w Zaventem i co chwilę dzieliła się wrażeniami a nawet fotkami z tego wielkiego lotniska. To nie taka popierdółka jak to w Charleroi. Wszystko jednak super oznaczone - pisała - więc łatwo udało jej się znaleźć drogę. Okazało sie przy tym, ku jej radości, że niepełnosprawni mogą iść na skróty i nie musiała stać w kolejkach. Czasem karta niepełnosprawnego się do czegoś przydaje. 

Parę godzin później napisała, że wsiada do samolotu i się pożegnała. By po dłuższej chwili napisać, że dupa - wielka burza nad Barceloną i na razie nie będą lecieć, bo nie ma gdzie wylądować. Nie było wiadomo, kiedy i czy w ogóle polecą. Trochę się stresowała, bo jak nie polecą, to będzie musiała nocować na lotnisku. Jednak po około 3 godzinach, gdzieś koło północy napisała, że lecą. Uf!

Jedno z paczki jednak utknęło na swoim lotnisku w Polsce i doleciało dopiero na drugi dzień wieczorem. Pozostali przyjaciele mieli farta, że swoje loty mieli przed południem to dotarli na miejsce sporo przed burzą. A ta burza to faktycznie niezła byla. Widziałam filmiki na tiktoku na drugi dzień, bo mi Młoda podesłała - woda szorowała ulicami jak rzeką. Nie dziw, że loty były wstrzymane. 

Ważne, że kostka jednak okazała się mniej uszkodzona, niż na to wyglądało pierwszego dnia i w dzień odlotu już nawet sprawnie chodziła. Teraz nie wiem, jak jest, bo nie pytałam. Wymieniłyśmy parę esemesów, ale nie chcę im przeszkadzać co chwilę. Niech się młodzi bawią. Jak wróci na pewno pokaże zdjęcia i poopowiada wszystko. Szalenie jednak mi się podoba (a nawet chyba ociupinkę jej zazdroszczę) że ma taką superową paczkę, która ostatnio jeszcze się powiększyła i z którą systematycznie się spotyka, ale przede wszystkim że gadają każdego dnia i nocy przez internet, czyli tam gdzie się poznali. Wszyscy (na pewno ci któerych poznałam, gdy u nas bawili) są przesympatyczni. 

Dla mnie, baby z innej epoki, też niesamowite jest to, że dziś młodzież ugaduje się po prostu przez internet, kupuje bilety, rezerwuje apartament, po czym wsiadają w różne samoloty i zlatują się w innej części świata cały czas będąc przy tm ze sobą w kontakcie dzięki telefonom. Możliwości, o których my w ich wieku nawet nie marzyliśmy. Ba, chyba wtedy nikt by sobie czegoś takiego nawet nie wymyślił, że kiedyś będzie to możliwe. 

Czy się nie denerwuję samotnym wyjazdem córki? Oczywiście, że się denerwuję. Zawsze, bo zawsze wszystko może się zdarzyć, ale nie żebym o tym jakoś myślała namiętnie. Koło domu a nawet w domu też wszystko może się zdarzyć. Przede wszystkim cieszę się wielce, że jest jej dane i że korzysta z okazji, bo nie wiadomo, co przyniesie przyszłość. Co dziś przeżyje i zobaczy to jej.

To był zatem bardzo ciekawy i pełen wrażeń tydzień. 

W niektóre wieczory maszerowałyśmy z córką po wsi, bo bieganie na razie sobie odpuściłyśmy. Marsz jest bezpieczniejszy. 

Sunny już czuje się lepiej, choć jeszcze nie całkiem dobrze. Wczoraj oddałam ją Heńkowi i chłop nie mógł się nacieszyć. Tak się radośnie wokół niej kręcił, że mimo mojego odganiania , raz ją wywalił do góry nogami, bo kobita jeszcze bardzo słaba i czasem macha jeszcze głową. Szczególnie jak się zestresuje.

Jednak widać wyraźnie, że u kur jest tak samo jak u ludzi, o wiele lepiej się czują i szybciej wracają do zdrowia, gdy są w swoim domu otoczone znajomymi dziobami i przyjaciółmi. Gdy Sunny była w domu, to tylko stała smutna, czasem coś dziobnęła, rzadko wydawała dźwięki. Wystarszyło ją wynieść na trawę, by po chwili zaczynała maszerować i szukać czegoś w trawie, grzebać dziobem w ziemi, a gdy wypuszczałam inne kury pilnując, by nie podchodziły zbyt blisko, to od razu zaczynała wydawać jakieś dźwięki i radośniej, żwawiej się poruszać, nawet jak były bardzo daleko od niej, ale było je widać.

Teraz łazi za Heńkiem, szuka czegoś do jedzenia, okopywała się w ziemi, czasem coś mówi.. Jednak wyraźnie jeszcze nie czuje się dobrze. Potyka się i jest słaba. Do kurnika weszła sama, ale rano musiałam ją wyjąć. Ciemność jakby pogarsza problemy neurologiczne, ale jak postoi w słońcu to jest zaraz lepiej. Oby się całkiem kiedyś poprawiło, a nie pogorszyło po tym powrocie do "stada". Bożenia znowy kwoczy, więc są tylko we dwoje z Heńkiem i czasem Riko u nich jest w gościach, a czasem Balbinka. Balbina często przechodzi do Heńka wskakując na kurnik i zeskakując po drugiej stronie ogrodzenia. Riko po prostu przepycha ogrodzenia koło kurnika. Duże tamtędy raczej sie nie przecicną, bo jest przywiązane sznurkiem ale maleńka Riko przejdzie spokojnie. To wszystko małe cwane bestyjki są. Heniek to spokojny kogucina i tylko się trochę kręci koło Sunny, podrywając ją, ale nie wskakuje na nią, gdy ta nie kucnie, co Chica by zrobił bez wahania, bo to drań jest...

A na koniec trochę przypadkowych zdjęć ze spacerów po wsi 




















napis przy znaku: 50. mniej można, więcej jest zabójcze























okno salonu po umyciu od razu sie udekorowało

Chica i Wanda








14 września 2026

Kura choruje nadal

 W poniedziałek wieczorem pojechałyśmy rowerami z naszą Sunny do weta. Zapakowałyśmy ją do małego transportera na ptaki, po czym Najstarsza usiadła z nią na bagażniku, a ja jechałam rowerem. Młoda pojechała do towarzystwa i jako sponsor. Wstępnie miałyśmy iść na nogach, bo to zaledwie 3 kilometry i czasem nawet chodzimy na spacery koło domu weta, ale przecież jesteśmy Belguskami i nie takie rzeczy już na rowerze woziłyśmy. Poszło łatwo a jaka zabawa przy tym. Wet uznał fakt wiezienia kury na rowerze za coś najnormalniejszego w świecie, "bo przez pola to przecież blisko". Zresztą nie raz i nie dwa widziałam babcię przywożącą psa czy kota w kartonie czy transporterze na bagażniku. Niektórzy mają oczywiście specjalne koszyki czy nawet przyczepki rowerowe dla pupili. Cieszymy się jednak, że i kury na rowerze nie są niczym szokującym w tym kraju. Zresztą czego tu ludzie na rowerach nie wożą... Mój ulubiony widok to drzewka czy wielkie kwiaty w donicach na bagażniku albo w torbie rowerowej. To jest zawsze mega widok... no i choinki oczywiście przed świętami. 


Lekarz powiedział, że to jakiś wirus, który nawet komary mogły przenieść i że to chwilę potrwa, zanim wyzdrowieje i że może też nie wyzdrowieć... Dał lek i zalecił kurkę trzymać z dala od reszty, by się nie zarazili.

Powiedział, że jakby kura poczuła się gorzej, to żeby nie czekać tylko lepiej się z nią pożegnać... 

Dodał też, że może zaszczepić inne kury i że może przyjechać do domu bez dodatkowej opłaty za dojazd, bo to przecież rzut beretem i że szczepionka kosztuje 2€ od kury, tylko normalną wizytę doliczy (50€). No to git. Młoda wybuliła sporo hajsów za tego kurskiego doktora, więc dobrze by było jakby kura poczuła się lepiej i hajsy nie poszły na marne.  No ale nic to, poczekamy, zobaczymy... Wczoraj Sunny jakby więcej niż dotąd headbangowała, czyli chyba gorzej się czuła, ale dziś znowu mniej kręciła tą łepetyną. Kupy też już się poprawiły. Opuchlizna z ucha też już sporo, jak mi się wydaje, zeszła... Karmię ją kilka razy dziennie i poję. Pić to w sumie pije sama, gdy jej miseczkę pod dziób podstawiam. Podaję jej wodę z witaminami. Do żarcia dostaje głównie moczone ziarno, kukurydzą z puszki, ale też pokrojone jagody, jabłko, a nawet kluski i budyń, które bardzo lubi, więc jak ugotowałam dla siebie, to podzieliłam się z moją pupilką. Codziennie zabieram ją też na spacer na zewnątrz, by mogła pomachać skrzydłami i połazić. Trochę się wywala i czasem kręci w kółko, ale szuka czegoś w trawie aktywnie, przewraca ziemię dziobem a nawet próbuje kopać, choć jest za słaba trochę. Gada też coś do swojego koguta, gdy ten zapieje w ogródku. Jak jest w domu i go usłyszy, też coś "mówi". Czasem mówi też coś do mnie, ale nie bardzo rozumiem co. W domu też ma trawę, bo jej wykopalam całego darnia i wsadziłam to do starej klatki króliczej, która często robi za szpital dla naszych podopiecznych. Na trawie jest jej wygodniej stać, bo może się trzymać kurzymi stopami, gdy ją headbanguje i się nie wywraca wtedy. Ma tam w klatce też ziarmo rozsypane i próbuje często coś szukać, choć nie wiem, na ile jej się to udaje... 

Wet zapisując moje nazwisko z dowodu (bez dokumentu nie ma szans, by Belg je poprawnie zapisał) pochwalił się, że jego dorosłe już dzieci miały kiedyś nianię z Polski, co było fajne, bo nauczyły się wielu słów po polsku. Jak najmłodsza poszła do przedszkola, to aż panie im zgłaszały, że  jakiś dziwnych słów używa na nazywanie niektórzych rzeczy. - Zamiast "vlieg" [czyt: flich], mówiła "mucha" - powiedział. Dalej dodał, że on też oczywiście parę słów znał, ale żona o wiele więcej się nauczyła, bo ma talent do obcych języków. Córka jednak dziś już nie pamięta nic po polsku. 

Miło jest słuchać takich sympatycznych opowieści związanych  z rodakami i że Belgowie znają też takie polskie słowa jak "kapusta" (syn sąsiadki) czy "mucha", a nie tylko "wódka" "na zdrowie" i "kurwa", choć to ostatnie chyba jednak ciągle wygrywa w rankingach znanych polskich słów. Poza tym wielu zna też "dzikuje" i "dzin dobry". Polska jest też popularnym wśród Flamandów miejscem turystycznym, bo - jak mówią - jest to bardzo ładny kraj, no i jest tanio. Najczęściej, z tego co ja słyszałam od mniej lub bardziej przypadkowych ludzi, zwiedzają Kraków, Oświęcim, Warszawę i Zakopane. Spotykam też na swej drodze ludzi, którzy mają polskich znajomych, a wtedy często odwiedzaja ich rodzinne strony i okoliczne znane punkty turystyczne.

Najstarsza zaczęła drugi miesiąc stażu. Na razie musi nadal być na kuchni, bo ziomka od ogrodów chwilowo nie ma ze względu na urlop i dopiero poźniej dołączy też pracę w polu. Poprzedni miesiąc robiła 12 godzin (3dni x4h). Teraz zaczęła 2 całe dni w kuchni, a jak pojawi się typo od roboty polowej, to wtedy dojdą kolejne dwa dni (albo dzień...? - nie pamiętam). Najbardziej cieszy mnie, że wszystko sobie teraz już sama z kierowniczką załatwiła i obgadała. Pomaga tu na pewno, że babka od zatrudnienia jest jej byłą nauczycielką, więc już ją zna, a do tego to bardzo pozytywna i sympatyczna osoba. 

Bieganie musiałyśmy przerwać ze względu na jakiś ból w biodrze, który się u córki wykluł. Może za mało się rozgrzewałyśmy, a może przez zbyt wiele miesięcy ona już się zasiedziała i teraz trzeba wolniej. Zatem spróbujemy więcej ćwiczyć w domu, a dopiero potem popróbujemy biegać. No i może trochę pomaszerujemy, bo to jest o wiele bezpieczniejsze niż bieganie i mniej szkodliwe dla stawów.

Byłam też razem z drugą córką u lekarza po zapas recept na nasze piguły, a ona jeszcze badania krwi robiła.

Dziś był plan na marsz w miejscu, które sobie jakiś czas temu wyguglowałam i które jest teoretycznie tylko 20 km od domu, ale pociągami to dwie przesiadki i łącznie godzina jazdy. Nic to. Wytyczyłam w Komoot trasę z ujęciem najciekawszych obiektów i wyszło mi 12 km od stacji kolejowej w Hemiksem i spowrotem, czyli git. Na trasie jest prom przez Skaldę, zamek nad wodą, który można zwiedzać, ciekawa blaszana konstrukcja (jakieś szalone dzieło sztuki) i mój ulubiony vlonderpad (drewianiana ścieżka-pomost) i jakieś inne potencjalnie interesujaće obiekty. No ale kurde wczoraj zobaczyłam, że apka od pogody pokazuje na dziś 90% deszczu przez większość dnia. Więc przełożyłyśmy na lepszą pogodę. Pomyślałam o basenie, ale ten jest - jak co roku o tej porze - w przeglądzie. Połazimy zatem koło domu pomiędzy deszcz.

Rano ugotowałam zupę ogórkową, upiekłam ciasto, zaczyniłam a potem zamięsiłam chleb na zakwasie, wyprałam ścierki i świnkowe dywaniki, karmiłam kurę domową i kontynuuję czytanie trzeciej książki o Afryce. Znaczy w poprzednich latach też czytałam to i owo, ale teraz mam lekkie sfiksowanie na tym temacie. Na razie przeczytałam "Afryka to nie państwo" Dipo Faloyn i "Jądro ciemności" J. Conrada, a czytam "Heban" Kapuścińskiego. "Jądro ciemności" to, jak zapewne wiecie, cienka broszurka, ale dosyć emocjonalna. Wywołuje wiele złości i smutku. 



Zmieniłyśmy z dziewczynami sieć komórkową i internet na tańsze i podobno szybsze opcje. Karty do telefonów już przyleciały pocztą i już korzystamy z nowej sieci, a internet mają przyjechać podłączyć po niedzieli. Ciekawi jesteśmy, jak będzie chodził i czy w ogóle, bo dotychczasowy to jest smutna tragedia. Nie dość że wolny i cholernie drogi, to jeszcze bardzo często nie ma wcale połączenia. Teraz mamy już mieć na światłowodzie.  Nie długo się przekonamy, jak ten viking będzie vikingował.