25 kwietnia 2026

Wolontariat w schronisku dla dzikich zwierząt

 Zaczęłam wolonariat w schronisku dla ptaków i dzikich zwierząt. 

W tym tygodniu byłam dwa razy:  jechałam tam na 9-tą i zostawałam gdzieś do południa. Nie mam narzucone z góry  żadnych ram czasowych, w których muszę przychodzić. Samemu się decyduje, kiedy się chce przyjść pomagać. Ludzie przychodzą i wychodzą o różnych godzinach i w różne dni. Po prostu, gdy mają czas. W czwartki tylko nie jest się mile widzianym, bo w ten dzień są stażyści i było by zbyt tłoczno. 

sprzątałam dwa razy pokój tego cudnego stworzenia 🦉

Pierwszego dnia, gdy tylko weszłam na teren schroniska, miły młody człowiek zaprowadził mnie do kantorka, gdzie mogłam wybrać sobie fartuch i potem poszliśmy do działu dla "dzieci", gdzie od razu mogłam z ciepłej szafy wyjąć pierwsze pudełko z pisklakami, które nastepnie karmiłam robakami moczonymi w wodzie za pomocą długiej pincety. Uprzednio musiałam oczywiście założyć rękawiczki jednorazowe. Po zakończeniu karmienia zapisuje się godzinę i podany pokarm oraz jego ilosć, no i swoje imię. Potem bierze się czysty pojemnik i przekłada małych pacjentów do niego, następnie odkładając je do z powrotem do "szafy". Na koniec myje się brudny używany pojemnik w wielkim zlewie ciepłą wodą z płynem odkażającym, wyciera go do sucha ścierką, wykłada czystym ręcznikiem papierowym, i odstawia na stół, by był gotowy na kolejne maluchy. Takich pojemników mają tam wiele w róznych rozmiarach. Do niektórych wkłada się jeszcze miskę metalową lub glinianą wyłożoną papierem, by stworzyć przytulniejsze mniejsze gniazdko. Potem karmiłam jeszcze m.in. surową wołowiną małe sroczątko. Poza tym sprzątałam wybiegi małych kaczuszek, gęsiuszek i sówek, wymieniając przy tym wodę (kaczkowate), karmę itp. Wybiegi wyłożone są gazetami, które codziennie się zmienia, a cały wybieg/klatkę szoruje się dokładnie wodą z płynem odkażającym i wyciera do sucha.

Drugiego dnia mogłam posprzątać  u młodego liska i nakarmić wiewiórki. Z tymi drugimi trzeba uważać, bo - jak mnie pouczyli starzy pracownicy - diabelstwo jest szybkie i w mnieniu oka mogą nawiać z klatki. Klatka ma jednak dwoje drzwi: duże i malutkie. Gdy nie trzeba sprzątać, a nie trzeba było, bo sprząta się raz na kilka dni, gdyż klatka wielka a wiewióreczki nie srają jakoś dużo ani nie jedzą paskudztwa jak drapieżniki, to miski wyciągnie się i włoży małymi drzwiczkami. Wiewiórki dostają wodę, karmę dla papug (ziarna i orzechy) oraz pokrojoną marchewkę. 

danie dla wiewiórek 

Ogarnianie lisa wymaga jeszcze więcej uwagi z racji tego, że lisy mogą przenosić choroby no i że to drapieżne zwierzę. Najpierw trzeba przygotować szamę w czystej klatce. Dostaje on miskę z wodą, miskę z mlekiem (które uprzednio trzeba przygotować ze specjalnego proszku i wody) oraz kilka martwych kurcząt.  Gdy nowy pokój gotowy, należy złpać lisa  używając do tego specjalnych rękawic i przełożyć łobuza do nowego apartamentu. Potem już można spokojnie brać się za sprzątanie brudnej klatki z zachowaniem szczególnej ostrożności, zarówno podczas samego sprzątania jak i mycia, odkażania misek. Nie należy zapomnieć oczywiście o zdjęciu rękawiczek i umyciu pożądanym rąk i założeniu czystych rękawiczek zanim człowiek zabierze się za kolejne zwierzaki.

zajadamy


Koło 10tej jest przerwa na kawę a w południe obiadowa i wtedy wszyscy schodzą się do kantyny, gdzie można zrobić sobie kawę, wziąć napój w butelce i spożyć albo zwyczajnie posiedzieć przy stole. Spodziewałam się, że będzie tam gwar, ale pierwszego dnia ludzie po prostu wyciągnęli swoje telefony i siedzieli przez kwadrans czy pół godziny skrolując sobie internety. Tylko ze dwie osoby ze stałego składu pracowniczego o czymś tam czasem zagada do siebie. Drugiego dnia już było o wiele głośniej i weselej. Pewnie dlatego, że więcej kobiet było haha.

Przed wyjściem na przerwę wszyscy wyrzucając rękawiczki i porządnie szorują ręce. 

W pomieszczeniu w którym pomagałam, przebywają głównie maluchy różnych zwierząt w różnych klatkach. Niektóre są ogrzewana specjalnymi lampami, inne - jak te "szafy" po prostu całe są ogrzewane, inne nie są ogrzewane w ogóle. Są tam też inkubatory. Pomieszczenie połączone jest z magazynem żarcia dla różnych gatunków oraz kuchnią, gdzie przygotowuje się szamę. Z drugiej strony jest sekretariat, sklepik (można kupić różne gadżety jako cegiełkę) i gabinet weta. Dalej na zewnątrz są wybiegi dla większych i starszych zwierząt, strefa pomarańczowa, kantyna i ciepłe pomieszczenie dla dorosłych zwierząt potrzebujących specjalnej troski (tam nie byłam jeszcze). 



Jakie zwierzęta przebywają w azylu? Takie, jakie można spotkać w lesie i na polu. Najczęściej są to kaczkowate, jeże, wiewiórki, sowy, zające i króliki, nietoperze, gołębie, myszy, boćki, łabędzie, sarny itp. Niestety w tym azylu znajdują się również żółwie, egzotyczne węże, czy ptaki (np papugi), które nie żyją u nas na wolności, ale czasem je można znaleźć, bo uciekły albo jakiś debil je wyrzucił. Czasem są też odbierane z domów podczas interwencji albo czyjejś śmierci, gdy nie ma kto się zająć zwierzęciem. Dla egzotów po ich wyleczeniu szuka się zwykle nowego domu (adopcja). Ale są tam np też dwie sowy śnieżne, których nie można trzymać legalnie w domu i które nie mogą też żyć w naszym klimacie, no więc po prostu siedzą w azylu, choć może kiedyś do jakiegoś ogrodu zoologicznego zostaną przekazane. 

Niektóre zwierzęta oczywiście wymagają eutanazji, czy to z powodu zbyt dużych obrażeń, czy to chorób zakaźnych. Prowadzenie takiego azylu i praca w nim to nie jest prosta sprawa. Czasem na pewno trzeba podejmować bardzo trudne decyzje. Zwykle człowiek nawet nie zastanawia się nad takimi sprawami. Już po tych zaledwie dwóch dniach uświadamiam sobie, ile to jest pracy i ile odpowiedzialności spoczywa na prowadzących takie schroniska, ile rzeczy trzeba mieć na uwadze. No i ile trzeba mieć na to wszystko pieniędzy, a to schronisko jest organizają prywatną. Jakieś tam dofinansowanie otrzymują, ale większość kosztów muszą pokryć sami, więc nieźle się muszą nagłowić, nachodzić, nakombinować, by zdobyć potrzebną forsę, sponsorów, donacje etc. 

Gdyby ktoś chciał chciał dorzucić coś od siebie, niech leci na stronę  schroniska VOC Malderen gdzie można np virtuele geschenk, czyli wirtualny podarunek (donację) zrobić wpłacając wybraną kwotę na karmę czy na opiekę dla zwierzaków albo kupić jakąś pierdołkę.


O wolontariacie w Belgii ogólnie już kiedyś pisałam. Jak ktoś se chce przypomnieć, niech leci TUTAJ.


Poza tym życie toczy się dalej tym samym torem.

Byłyśmy też z Córką na wspominanym we wcześniejszych wpisach wieczorze informacyjnym dotyczącym pracy w szpitalu przy sprzątaniu i w kuchni.

Na temat kuchni tylko sobie prezentację na ekranie obejrzałyśmy i stwierdziyśmy, że to nie dla nas. Było jeszcze godzinne oprowadzanie, ale na pierwsze nie zdążyłyśmy, bo zagadałyśmy się z panią opowiadającą o sprzątaniu, a drugie było dla nas za późno. Nie zdąrzyłybyśmy potem do autobusu, a nie był to dzień, w którym chciałoby mi się naginać z trampka 5km ze stacji. Nie miałam sił.

Dowiedziałyśmy się wielu ciekawych rzeczy nt sprzątania szpitala. Przede wszystkim, że szpital zapewnia szkolenie we własnym zakresie, każdemu kto ubiega się o pracę i przejdzie rozmowę kwalifikacyjną, czyli że nie trzeba wcale szukać osobnego kursu, chcąc pracować w tym szpitalu. Doświadczenie nie jest w ogóle potrzebne - tak powiedziała pani odpowiadająca za sprzątaczy.

Sprzątnie szpitala ma 4 pododdziały. 

1. Clusters. Pracując w tym dziale zajmuje się człowiek sprzataniem pomieszczeń ogólnych (administracja, pogotowie, gabinety w których przyjmowani są pacjenci na zwykłe wizyty, etc) oraz korytarzy szpitalnych. Osoby sprzątające posiadają jasny plan sprzątania na każdy dzień. Każdy dzień to inne oddziały. 

2. Afdelingen. Czyli sprzątanie oddziałów dziennych, w których przebywają pacjenci. Sprzątasz sale, łazienki, pokoje pielęgniarek etc. 

3. SOP. To sprzątanie sal opuszczanych przez pacjentów. Tutaj pracuje się ze spacjalną aplikacją, w której pokazują się sale wymagające sprzątania, przy czym są trzy stopnie pilności. U góry na czerwono pokazują się sale wymagające natychmiastowego pilnego posprzątania. Dalej pilne ale trochę mniej i na koniec mniej pilne. Każdy mniej pilny pokój jednak może zmienić się w super pilny, gdy np przyjmią pacjenta z pogotowia, który wymaga pokoju w konkretnym dziale a żaden nie będzie wolny poza tym nieposprzatanym. 

4. Operatiekwartier. Czyli sprzątanie sal operacyjnych. To chyba najtrudniejszy i najbardziej wymagający dział. Higiena i rygorystyczne zasady pracy są tam bardzo ważne. 

Z tego wszystkiego najbardziej interesowała nas opcja pierwsza, która wydaje się najbardziej realistyczna do wykonywania dla Najstarszej, bo są jasne wytyczne, struktura, powtarzalność no i jasny plan pracy rozpisany na poszczególne dni i godziny. Mam szczere wątpliwości, czy Córka na dziś dzień była by w stanie tej pracy sprostać, ale myślę że na przyszłość, jak jeszcze trochę bardziej się ośmieli, nauczy paru rzeczy może spokojnie o tym pomyśleć. Praca na wieczornej zmianie, na którą właśnie szukają ludzi,  była by dla niej zapewne lepsza niż na dziennej, bo większy spokoj, mniej ludzi, cisza, ale z drugiej strony trochę problem z dojazdami. Rowerem na pewno by się dało, ale czy to nie zbyt męczące na dłuższą metę? Pociągi też są, ale ja mam szczere obawy co do codziennego maszerowania samotnej dziewczyny przez park i okolice dworca w tym miasteczku. Patrząc jak ta okolica wygląda i jaki element się tam szwenda to szczerze wątpię w bezpieczeństwo. Nie wiem też, czy na ten moment Corka dała by rady pracować codziennie po osiem godzin. Raczej było by to dal niej za wiele.


Młody dał kiedyś czadu. Ja pojechałam rano do miasta na kolejne spotkanie informacyjne, ale zanim wyszłam, obudziłam go i nawet chwilę z nim pogadałam. Po spotkaniu miałam głowę pełną nowych informacji i uczuć, więc postanowiłam pójść na kawę i na spokojnie sobie przemyśleć trochę wszystko zanim pójdę do pociągu. Ledwie zamówiłam kawę i ciastko, zadzwonił Młody, że zaspał i dopiero co się obudził. Była godzina 10.30! Nie był oczywiście na porannej rozmowie grupowej (ten dzień miał hybrydę, czyli nauke w domu), nie poszedł do kine na masaż, no bo jak miał być i pójść, jak był w śpiulkolocie. Nastolatki, psiakrew! 

Dawniej nie mogłam zrozumieć jak to możliwe, że moje koleżanki klasowe mieszkające pod szkołą, były w stanie zaspać na godzinę 10 czy na 11 i spóźniały się na lekcje, kiedy ja bez większego problemu wychodziłam z domu o siódmej, by dotrzeć autobusem do szkoły. Dopiero teraz mając Epickiego Śpiocha na stanie zaczynam rozumieć, że się faktycznie da zaspać na dziesiątą. Młody nastawia sobie po dwa budziki w telefonie i prawdopodbnie budzi się, wyłącza je i jedzie dalej śpiulkolotem, a obudziwszy się w końcu w południe, czy coś koło tego, stwierdza, że nie pamięta, by budzik dzwonił. Nie pamieta tez nigdy, że z nim rozmawiałam. Często przychodzi z pytaniem, czy go budziłam i robi wielkie oczy, gdy odpowiem, iż owszem, dwa razy i nawet sobie pogadaliśmy wtedy... Co za gość! Pod tym wzglęwdem to zdecydownie nie jest moje dziecko. Małżonka ani tyle, bo ten to nawet w weekendy zrywa sie o piątej i idzie rozbijać się po kuchni. Ale przypomina mi się właśnie, iż kiedyś wyczytałam gdzieś taką mądrość, iż rzekomo u nastolatków późne wstawanie i siedzenie po nocach ma być czymś oczywistym, bo kiedyś dawno dawno dawno temu duże dzieci rzekomo (to musiało chyba strasznie strasznie dawno być) zajmowały sie młodszym rodzeństwem po nocach, gdy rodzice spali, a potem szły spać. Nie mam pojęcia, czy to ma cokolwiek z faktami wspólnego, ale wydaje się mieć jakis tam sens, a na pewno jest ładnym wytłumaczeniem dla zachowań nastolatków siedzących po nocach i wstających w południe.


W tym tygodniu kołczka Młodego napisała w cotygodniowym sprawozdaniu, że Młody może być z siebie dumny. Pracuje porządnie, przychodzi do szkoły pełen motywacji i zapału i wszystko sprawnie mu idzie. Rok szkolny prawie dobiega końca, bo zaraz przecież maj, a to już tylko 2 miechy i wakazje zapukają do drzwi, a tymczasem Młody ciągle chodzi z ochotą do szkoły i nie narzeka na nic, a co chwilę fajne, wesołe rzeczy opowiada. On jest na prawdę z tej szkoły zodowolony. Wszystko (lub prawie wszystko) zdaje się być tam po jego myśli i do niego pasować. Oczywiście, gdyby mógł do szkoły nie chodzić, wybrać wakacje przez 365 dni w roku, to pewnie by wybrał, bo wiadomo, że obijanie się jest spoko, szczególnie gdy ma się zaledwie 14 lat. Szkoła to jest jednak jakiś mus, tak samo jak praca, ale jak się człowiek czuje w danym miejscu dobrze, jak czuje się akceptowany, jest się regularnie komplementowanym i dostaje się konstruktywne uwagi i razem szuka się rozwiązań, zamiast ciągłego "mogło być lepiej" "stać cię na więcej" "bardziej się postaraj" to też wszystko inaczej wygląda i z chęcią ten obowiązek się wykonuje.

kwiatki z bajki

Na początku tygodnia byłam na tym drugim dniu informacyjnym odnośnie pracy w służbie zdrowia, po którym doszłam do wniosku, że trzeba sobie z tym dać spokój. Tak jak sugerowaliście, to raczej nie jest praca dla mnie. To spotkanie w Mechelen unaoczniło mi jeszcze inne kwestie poza tymi, o których już było powiedziane wcześniej. Poznałam też kolejne, powiedzmy na to, CIEKAWOSTKI z życia, pracy i polityki, które być może nawet zadecydowały o ostatecznym powiedzeniu STOP temu pomysłowi i zamknięciu tej drogi. 
Okazuje się, że ostatnie decyzje rządu skracające drastycznie zasiłki dla bezrobotnych miały też niebagatelny wpływ na tego typu kursy dla dorosłych. Dotąd ów pełny kurs trwał np 2 i pół roku, ale w związku z tym, że zasiłek dla szukających pracy skrócono do 2 lat, to i kurs też trzeba było skrócić o pół roku, by szukający pracy mogli z niego korzystać, bo to pełnoetetowy kurs - 5 dni w tygodniu - i nie da się go łączyć z pracą za bardzo... No nie wiem, czy nie można było ustalić tego typu wyjątków dla uczących sie, przekwalifikowującyh się? Banda debili. No w każdym razie skrócono kurs (pewnie nie tylko ten, ale wszystkie inne) o pół roku, ale - jak powiedziała prowadząca spotkanie nauczycielka - tydzień nauki ciągle trwa 5 dni, a program zawiera ten sam materiał do przerobienia i tyle samo godzin stażu należy odrobić. Zatem należy się spodziewać, że będzie zapierdol, będzie robota na odpierdol i lecenie po łebkach, by się wyrobić. Zajebiście! 
Druga CIEKAWOSTKA napłynęła od ludzi pracujących już w szpitalu, ale chcących się przekwalifikować lub zdobyć dyplom. Nauczycielka tylko to potwierdziła dodając, że słyszała już podobne donosy z wielu źródeł... Sytuacja bardzo podobna do tej zaobserwowanej przeze mnie w świetlicach. 

Chodzi o to, że szpitale czy inne placówki zatrudniają ludzi z ulicy bez dyplomów, doświadczenia, kompletnie zielonych na stanowiska asystenta logistyki, opiekuna medycznego. Takie osoby są tańsze, zajmują miejsca ludziom z przygotowaniem, a jednocześnie nie mogą one wykonywać wielu zadań ze względu na brak kwalifikacji (nie wolno im), więc te niewykonane zadania muszą wykonać osoby z przygotowaniem i papierami, co oznacza dla nich, że nie tylko swoje muszą zrobić szybciej ale jeszcze za tzw kolegów po fachu. Można sobie już wyobrazić, jakie to będzie rodzić sytuacje, jak będzie wpływać na stosunki i atmosferę w pracy. 

Co się kurwa w tym kraju najlepszego odpierdala? Do czego to wszystko zmierza? Dziwne, bardzo dziwne jest to wszystko.

Już przed tym spotkaniem po wielu dniach namysłu, czytania internetu i dyskusjach ze samą sobą skłaniałam się do decyzji negatywnej, tzn że jednak raczej nie będę się pisać na razie na ten kurs, ale jeszcze jakby miałam nadzieję, że usłyszę coś, co mnie przekona, że mogę próbować. Tak, miałam nadzieję, bowiem, tak jak pisałam wcześniej, to była jednyna opcja, jaką miałam, więc łudziłam się, że może jednk coś by z tego wyszło, że może mogłabym próbować choć kurs skonczyć albo przynajmnej zacząć. Po tym wszystkim, co usłyszałam, zrozumiałam, że nawet nie ma co próbować, bo to z góry jest skazane na niepowodzenie. 

Do tego babka wyraźnie też podkreśliła ważność dobrej znajomości języka niderlandzkiego. Mój oficjalny poziom jest teoretycznie wystarczający, ale skoro podkreślają, że język jest ważny, to nie ma nawet co się czarować, że język nie ma w tym zawodzie większego znaczenia, bo pewnie ma.

Kolejna rzecz na nie,  to były staże. W Mechelen mają własne miejsca stażowe zarówno w szpitalach jak i domach opieki, ale trzeba tam być przed siódmą, a do Mechelen kawał drogi... Staż co prawda można odbywać w dowolnym miejscu, jeśli takowe się znajdzie, a problem w tym, że podobno to wcale nie jest łatwe, wbrew temu co zdawali się sugerować w Gandawie. Ta nauczycielka powiedziała, że dawniej faktycznie nie było żądnego problemu ze znalezieniem stażu. Wręcz z otwartymi ramionami przyjmowali potencjalnych przyszłych pracowników, ale dziś brakuje ludzi, więc każdy ma urwanie dupy w pracy, a co za tym idzie nikt nie chce sobie jeszcze dodatkowej roboty w postaci uczniów brać na głowę, więc znalezienie stażu może graniczyć z cudem. W związku z tym z kolei (kolejny punkt na nie) - ciągnęła pani dalej - oni w szkole nie są za bardzo skłonni przystawać na zmianę miejsc stażowych i żadnych skrag nawet nie będą brać pod uwagę, no chyba żeby z 5 ludzi zgłosiło podobne objekcje czy żale. 
Reasumując: trzeba na kursie zapierdalać szybko, szybciej niż dotąd, perfekcyjnie władać niderlandzkim, obywać staż bez narzekania nawet jak cię będą gnębić, a i tak nie ma się gwarancji, że dostanie się pracę, bo może będą woleli zatrudnić randoma z ulicy. Propozycja nie do odrzucenia, panie!

Nie będę ukrywać, że mimo wątpiącego nastawienia te wszystkie rewelacje mnie trochę zdołowały. Po głębszym nad tym się zastanawieniu nad kawką w kawiarni doszłam jednak do wniosku, że nie koniecznie powodem ponurego nastroju był sam kurs czy ta praca, ale bardziej cała ogólna sytuacja, szerszy obraz jaki pojawił się w mojej głowie podczas owego spotkania informacyjnego, czyli ogólna chujnia z grzybnią i patatajnią na rynku pracy, którą widzimy coraz wyraźniej na każdym kroku. Gdzie bym nie spojrzała, wszędzie zauważam pogarszającą się i to w szybkim  tempie sytuację. W wielu miejscach już zdaje się osiągać poziom absurdu zahaczający o patologię, a im dalej wzrokiem w przyszłość sięgać próbuję tym ciemniej się tam zdaje.

Kilka dni później podczas jakiegoś spaceru czy tam patrzenia się w niebo z leżaka w ogródku mój mózg znalazł w zapomnianej szufladzie zakurzoną wyblakłą ideę, która towarzyszyła mi przez większość życia i przy życiu mnie całe lata utrzymywała. Można powiedzieć za Horacym "carpe diem".

"Chwytaj dzień, bo przecież nikt się nie dowie, jaką nam przyszłośc zgotują bogowie."

Można też powiedzieć po dzisiejszemu "miej wyjebane!". Na wszystko.

Pomyślałam, że chyba najwyższa pora do tego wrócić, bo to było dobre. 
Żyć tak, żeby jutro świat mógł się skończyć, gdyby chciał.
Nie wypatrywać przyszłości. 
Nie próbować domyślać się, co przyniesie jutro. 
Nie gdybać. 
Co będzie, to będzie. 
Nie czekać na nic. 
Niczego się nie bać na zapas ani na nic nie szykować.
Nie planować niczego.
Żyć tu i teraz w tym momencie.
Śmiać się z wszystkiego.
Nie szukać dziur w całym.
Cieszyć się przyrodą i własnymi dziećmi.
Żyć i być dla siebie.
Odciąć się od rzeczywistości na tyle, by o niczym ważnym nie myśleć albo przynajmniej patrzeć na to wszystko z dystansem, jakby to był jakis film. Czy ja jeszcze to potrafię? Nie wiem, ale postanowiłam sobie w skrytości ducha, że spróbuję wrócić na ten tor, bo w ostatnim czasie trochę mnie wykoleiło...



kasztany kwitną od połowy kwietnia - tego jeszcze nie grali


ładne... i kurom smakuje ;-)











końska moda 2026

rzepiara






23 kwietnia 2026

Prasówka kwiecień

Wybrałam znowu kilka artykułów, które mnie zainteresowały w ostatnim czasie i spisałam je dla was w skrócie. Wybór jest całkowicie przypadkowy i kolejność losowa. Wszystkie dotyczą jednak Belgii lub okolicy. 

15 kwietnia w Ternat o 7 rano kierowca autobusu De Lijn wjechał w traktor. Test wykazał, że był pod wpływem kokainy. 4 osoby zostało ranne: dwóch pasażerów i traktorzysta trafili do szpitala, a kierowca uszkodził sobie rękę. Przód autobusu zmasakrowany, od traktora odpadło koło.

foto ze strony https://www.vrt.be

* * *
Belgijscy rolnicy mają poważny problem z ziemniakami. Chodzi o ziemniaki z gatunku Fontane, który zwany jest gatunkiem przemysłowym i używany jest do produkcji mrożonych frytek. Nie bardzo nadaje się do codziennego gotowania, bo jest mniej smaczny. W ciągu ostatnich 30 lat produkcja mrożonych frytek bardzo wzrosła, bo  był ogromny popyt i wielu rolników przestawiło się w związku z tym na produkcję tych właśnie ziemiaków. Niestety właśnie pojawiła się ogromna konkurencja ze strony Azji i po pierwsze już nie potrzebują frytek z Europy, a po drugie, sami zaczęli swoje frytki eksportować za niższą cenę. Do tego dochodzi wzrost cen energii i kosztów zatrudnienia, co tylko pogarsza sytuację. Dziś wartość tych ziemniaków na wolnym rynku to zero euro. W  magazynach belgijskich rolników zalega dziś około 860 tysięcy ton ziemniaków, z którymi nie ma co zrobić. Nikt ich nie chce. Niektórzy rozdają je za darmo, inni próbują przerabiać na paszę dla zwierząt, ale dobrego rozwiązania brak. 

* * *

Sint-Lauriens zamierza wprowadzić grzywnę w wysokości 350€ za zostawianie końskiego łajna na ulicach. W wielu wiejskich gminach coraz większą popularnością cieszy się jazda konna i przejażdżki bryczkami, a co za tym idzie, na ulicach pojawia się coraz więcej końskich kup, których nikt nie sprząta, a których widok irytuje mieszkańców. Jest to niehigieniczne i niebezpieczne. Gmina Sint-Lauriens nawołuje właścicieli koni i zaprzęgów do sprzątania końskich odchodów lub zbierania ich do siatki. Za przykład podają Brugię, gdzie konie muszą korzystać z siatek do łapania kupy lub ich właściciele muszą sprzątać. Najpierw mają tylko pouczać, ale z czasem będą wypisywane mandaty.

* * *

W Mechelen ewakuowano cały budynek po tym jak w nocy zawaliło się zabytkowe sklepienie w piwnicy.

* * *

Przeludnienie w belgijskich więzieniach rośnie. Liczba więźniów śpiących na podłodze właśnie osiągnęła nowy rekord. Jest to 750 osadzonych, czyli mogli by oni zapełnić całe więzienie. 15 marca w belgijskich więzieniach przebywało 13.622 osoby, a ilość miejsc wynosi 11.049.

* * *

Rekordowa liczba - ponad 10 tysięcy - młodych ludzi studiuje we Flandrii,  dzięki zasiłkowi z pomocy społecznej. Liczba ta ciagle rośnie. Najwięcej studentów pobierających zasiłek socjalny studiuje w Gandawie, bo aż ponad tysiąc. Młodzi dorośli do 25 roku życia, których nie stać na opłacenie studiów czy chcących ukończyć szkołę średnią,  mogą starać się w OCMW o taki zasiłek. Aby otrzymywać taki zasiłek Student musi jednak też określoną liczbę godzin pracować, no i uzyskiwać na uczelni zadowalające wyniki, co jest systematycznie monitorowane. Świadczenie to wynosi około 1300 euro miesięcznie. W Walonii liczby studentów na zasiłkach są znacznie wyższe. Jest to ponad 18 tysięcy w Walonii i ponad 14 tysięcy w samej Brukseli.

* * *

W Aalst dwóch policjantów zostało pobitych i skopanych po tym jak zwrócili uwagę rowerzyście, który przewoził pasażera na bagażniku. 2 podejrzanych zostało zatrzymanych. Liczba incydentów przemocy wobec policji rośnie w dośc szybkim tempie. Obecnie odnotowuje się około 7 tysięcy przypadków rocznie, gdzie w około 1000 przypadków agenci zostają ranni.

* * *

Księżniczka Eleonora, najmłodsza córka króla Filipa i królowej Matyldy skończyła właśnie 18 lat. Pełny zestaw imion księżniczki to Eleonora Fabiola Victoria Anne Marie.

* * *

Picardiebosfeesten. Mieszkańcy Schilde (niedaleko Antwerpii) od kilkunastu lat zbierają sie co roku, by zrobić coś dla natury. Zaczęło się to kilkanaście lat temu, gdy jeden z mieszkańców Filip Helssen postanowił wraz z kilkoma sąsiadami posprzątać pobliski lasek Picardiebos będący własnością OCMW (ośrodek pomocy społecznej), który był wówczas w opłakanym stanie.  Na koniec zorganizowali małą imprezę dla okolicznych mieszkańców i tak narodziły się "Picardiebosfeesten". Co roku mieszkańcy sprzątają las lub robią coś innego dla przyrody, a przy okazji organizują imprezę sąsiedzką. W tym roku mieszkańcy zebrali np pieniądze na 50 nowych budek lęgowych, które rozwiesili w lesie Picardiebos. Ta sąsiedzka inicjatywa ma podwójcy cel - zwracanie uwagi na przyrodę, edukowanie dzieci i młodzieży w tej kwestii, ale też umacnianie więzi sąsiedzkich.

* * *

W 2025 roku 116 tysięcy gospodarstw zrezygnowało z abonamentu telewizyjnego. Od 2018 liczba korzystających z klasycznej telewizji zmalała  o około 600 tysięcy. Abonamenty telewizyjne należą często do abonamentów łączonych z telefonem i internetem, ale ceny usług rosną i coraz więcej ludzi wybiera tylko to, co jest na prawdę potrzebne.  Wielu ludzi korzysta dziś po rostu z internetu i platfom streamingowych. Młodzi ludzie kupując czy budując dom często w ogóle nie biorą nawet pod uwagę przyłączania telewizji. Ciagle jednak 7 na 10 Flamandów posiada telewizje kablową. Tradycyjną telewizję oglądająją jednak dziś głównie ludzie strasi przywyczajeni do stałego programu. Wielu pozostawia telewizję ze względu na ważne dla siebie programy i wydarzenia sportowe, które lubią oglądać, zatem telewizja szybko nie zniknie, ale dziś już nie ma takiej społecznej łączącej funkcji jak dawniej, kiedy wszyscy oglądali to samo w tym samym czasie i można było w szkole, pracy podczas spotkań rodzinnych o tym dyskutować. Dziś każdy ogląda co innego, gdzie indziej, o innym czasie, bo mamy takie możliwości.

* * *

W Blankenberge 34-letni właściciel restauracji przebywający od pół roku w domu z tzw bransoletką (elektronicznym nadzorem)  jest podejrzany o wykorzystanie co najmniej trójki nieletnich dziewcząt. Jego mieszkanie znajduje się nad restauracją należącą do niego. Adwokat reprezentujący poszkodowane mówi, że celem dozoru elektronicznego jest możliwość odsiadywania kary w domu zamiast w więziuniu, ale absolutnie nie powinno to umożliwiać skazanemu czy podejrzanemu radosnego kontunuowania swojej pracy z domu ani korzystania z własnej restauracji. 

* * *

W Hasselt zaczęto korzystać z pierwszej elektrycznej śmieciarki, która korzysta z energii generowanej podczas spalania śmieci. Kierowca, który jako pierwszy mógł usiąść za kierownicą tego wynalazku przyznał, że był raczej sceptyczny co do tego pomysłu, ale po przetestowaniu stwierdził, że nawet nieźle się to prezentuje, bo bateria wystarcza na długo i nie trzeba jej doladowywać po drodze, a prasa w nowym aucie pracuje szybciej, więc i praca szybciej idzie. 


18 kwietnia 2026

Byliśmy w zoo oglądać kwiatki i bociany

 Wybraliśmy się w końcu ponownie do tej Pairi Daizy. Jak niektórzy może pamiętają byłam tam z Młodym we wrześniu i obiecaliśmy sobie wtedy, że za niedługo wrócimy, by dokończyć zwiedzanie. Trochę to jednak trwało, bo to nie takie hop siup. Raz że to nie są tanie rzeczy - bilet prawie 50€ od osoby, plus oczywiście pociąg, jedzenie itd. Podróż pociągiem od nas trwa około 2 godzin, a licząc rowerowanie na dworzec to jeszcze pół godziny dochodzi, czyli w obie strony to lekko 5 godzin w drodze. Do tam jedzie się jeszcze spoko, bo człowiek cieszy się na przygodę, więc mu czas szybko leci, ale jak po całym dniu łażenia jesteś wykończony, zmęczony, obolały i nie marzysz o niczym innym jak tylko szybka kąpiel i wskoczenie do łóżka, a tu przed tobą 2 godziny podróży z dwoma przesiadkami to już nie jest lekko. Najtrudniej jest po tych dwóch godzinach siedzenia i przysypiania w cieplutkim pociągu wsiąść potem na rower i pedałować do domu. Pięć kilometrów wydaje się wtedy drogą nie do przebycia. Nawet jak masz motorek w rowerze, który ci to zadanie ułatwia to jednak ciągle musisz kopytami machać. 

ALE BYŁO WARTO!

Od połowy marca w Pairi Daiza trwa tzw Floral Dreams, kiedy 70 hektarów ogrodu zamienia się w kwietną łąkę. W tym roku Pairi Daiza ochrzciła oficjalnie własny gatunek tulipana Tulipa "Pairi Daiza", który opracowana we współpracy z holenderskim producentem cebul kwiatowych JUB Holland. 3 tysice cebul posadzono wyłącznie w tym ogrodzie, ale w jesieni cebulki tego tulipana można będzie kupić w sklepikach Pairi Daiza. To piękne tulipany: soczyście żółte pełne kwiaty przypominające piwonie.

Ogólnie na terenie ogrodu można spotkać ponad 200 gatunków tulipanów, a poza tulipanami kwitną żonkile, magnolie, wiśnie, kamelie...

tulipany Pairi Daiza



Pairi Daiza jest sama w sobie pięknym ogrodem, ale w tym sezonie jest szczególnie zachwycająca. Po całym ogrodzie rozmieszczone są też kolorowe pięknie ozdobione wielkie pisanki. Takie małe dzieła sztuki, ale chyba tylko dwum zrobiłam zdjęcie... Jakos tak wyszło ;-)




jedna z pisanek

tulpy przed wejściem do ogrodu


te żółte to oczywiście ów nowy gatunek Pairi Daiza




Poza tym mieszka tam dobrowolnie lub prawie dobrowolnie mnóstwo ptaków. W sensie, że nie są zamknięte, tylko zwyczajnie odnalazły dogodne warunki do życia na terenie ogrodu. Spotkaliśmy mnóstwo różnych gatunków kaczek i gęsi, które z maluchami maszerowały pomiędzy ludźmi i czasem żebrały o jedzenie. Karmić ich nie wolno, ale ludzie to ludzie... ech. 


Najfajniejsze jednak są bociany. Tutaj we Flandrii rzadko można te piękne ptaki spotkać, ale tam w tym zoo mają dziesiątki gniazd: na specjalnych słupach, na drzewach i na dachach budynków. Klekocze ci toto cały czas i fruwa ci nad głową albo maszeruje po ogrodowych ścieżkach. Niektóre osiedliły się poza murami ogrodu na słupach. Kocham bociany i brakuje mi ich widoku, który w Polsce był taki oczywisty i zwyczajny. Ale i Młody, który nie pamięta boćków z Polski, zachwycał się nimi i ostro fotografował boćki i na gniazdach, i nad wodą, i na ścieżkach, i w locie... 



ptactwo nad stawem w ogrodzie Pairi Daiza



Poza bociananmi i kaczkowatymi pomiędzy ludźmi plątają się też pawie i teraz mają piękne ogony. Jeden nawet zrobił nam tę przyjemność i pochwalił się tym cudem świata rozkładając szeroko i popisujac się przed białą samicą, która spoglądała na niego z dachu jakiegoś budynku. Na dachu siedział też konkurent z rozłożonym ogonem, ale tylko końce piór było widać zza załamania dachu.








Oglądanie zoo rozpoczęliśmy tym razem od wizyty w dwupiętrowego akwarium, gdzie podziwialiśmy różne mniej lub bardziej dziwne rybska, ukwiały, koralowce i meduzy. 

Akwarium La Nautilus mieści się w XIX-wiecznym neugotyckim zamku.  Żyje w nim ok 3 tysięcy zwierzątek morskich, głównie tropikalnych. Można tam też nocować w kajucie z widokiem na rekiny.

Na terenie parku jest kilka miejsc noclegowych w sąsiedztwie zwierząt. Miejsca jednak trzeba długo wcześniej rezerwować i nie są to tanie rzeczy.

z przodu "pisanka", w tle zamek-akwarium

Potem poszliśmy coś zjeść i chwilę odpocząć. Wybraliśmy pierwszą lepszą jadłodajnię nieopodal wejścia i owego akwarium. Ogromy budynek, gdzie siedzi się niby pod dachem i wśród ścian, ale gdzie jest ogrom przestrezni i gdzie wróble i inne małe ptaszki lądują ci na stole i kradną frytki, a pomiędzy stołami maszerują jakieś pawiopodobne ptaszydła wielkości indyka. Z wybiegów mieszczących się w tym samym budynków spoglądają na człowieka papugi, tukany i różne małpki czy tym podobne istoty. Fajny klimat, ale ceny żarcia trochę powalające, co co prawda wiedziałam po ostatniej wizycie, ale i tak lekką przesadą wydało mi się zapłacenie 70€ za trzy porcje frytek, wegańską lazanię i 3 pulpeciki w pomidorach oraz kilka napojów 3 w kartonikach i 2 w puszkach. No ale panie, najlepszy hit to że majonez i ketchup, który zwykle jest gratis, tutaj kosztował 1,50€ za to takie małe pudełeczko na dwa lizy. Kuźwa za te pieniądze, to byśmy po wielkiej flaszce majonezu i ketchupu mieli haha.  No ale cóż...

Poniżej dwa stworzonka mieszkające w owej restauracji. Młody robił więcej zdjęć, a mnie się jakoś nie chciało...




Poza tym mieliśmy ze sobą piknik. Dziewczyny skoczyły przed wyjazdem do sklepu, gdzie kupiły różne drożdżówki, pudełko świeżych truskawek i trochę napojów. Zatem drugą przerwę już przy stoliku na zewnątrz sobie zrobiliśmy zaraz po tym, jak pobawiliśmy się ze zwierzętami domowymi w "kinderboerderij". Wygłaskaliśmy kozy i owce, pośmialiśmy się ze świnek morskich śpiących na wielkich królikach i z wielkich królików blokujących wejście do kurnika. Zachwycaliśmy się  maleńkimi kurkami z rasy brodatej kury antwerpskiej grubbe baardkriel. No przesłodkie ci to ptaszątka, ale owo "GRUBBE" to nas rozbawiło haha.

maleńkie kurki brodate






Potem przewieźliśmy się kolejką parową, za którą trzeba dodatkowo wybólić po 7€ (jak się ma abonament to 6 euro, no co za zniżka, panie). Czyste zdzierstwo! Kolejka jedzie około 20 minut i, powiedzmy sobie szczerze, całe gie z niej widać. Niby widzieliśmy słonie (z daleka) i hipopotamy (z daleka) i parę innych zwierzaków z daleka, ale nie było to warte wydanie 27 euro na pewno. Nie polecam.

słonie widziane z mini-pociągu 

Na koniec poszliśmy szukać wilków syberyjskich, których nie zobaczyliśmy z Młodym poprzednim razem, a na których zobaczeniu nam zależało. Zobaczyliśmy je, ale pech, że akurat pracownicy zoo przyszli na wybieg jakieś deski przykręcać okurat pod pomostem, z którego można bylo robić zdjęcia, i wilki uciekły na drugą stronę wybiegu za drzewa. Młody nie zdążył narobić porządnych zdjęć, choć coś tam cyknął zanim uciekły. Ja nie mam ani jednej fotki.

Chwilę gapiliśmy się też na szopy bo to takie sympatyczne stworzenia. Dziewczyny chciały jeszcze pingwiny odwiedzić i miśki polarne, no to żeśmy  poszli. I tak godziny otwarcia zoo zaczęły dobiegać końca i trzeba było się zbierać. Nie zobaczyliśmy za wiele tym razem, ale ten ogród jest ogromny i przejście od wybiegu do wybiegu to dosyć długa trasa, a my nie lubimy oglądać w biegu. Lepiej zobaczyć 5 rzeczy, a dokładnie na spokojnie. Zoo nie ucieknie. Jeszcze może będzie okazja tam wrócić nie raz.




 Na koniec dnia apka pokazała, że przetuptaliśmy 15 tysięcy kroków, czyli będzie około 10 kilometrów, a wydawało by się, że niewiele przeszliśmy.

 Podróż w obie strony tym razem odbyła się bez większych niespodzianek. Nie licząc klosza od lampy w pociągu na schodach na górne piętro wagonu, który nagle odpadł z hukiem podczas jazdy, co było dosyć śmieszne.

No dobra, pierwszy pociąg którym mieliśmy wracać, miał 15 minut opóźnienia, co uniemożliwiło złapanie połączenia, więc pojechaliśmy następnym w innej konfiguracji, no i z Brukseli do nas też coś z kwadrans później przyjechał, ale to mieści się w belgijskiej normie. 

A spektakularne było halo widziane ze stacji w Cambron-Costeau i przez sporą część drogi, czyli tęcza pomiędzy chmurami na niebie. Jednakowoż po zobaczeniu tych wszystkich cudów w zoo, takie coś już nie robi wrażenia. Co innego jak zobaczysz halo w zwykły szary dzień roboczy.

Wracając do spraw przyziemnych...

W tym tygodniu Najstarsza miała rozmowę telefoniczną z VDAB. Ziomek zadzwonił i mówi, że oczekiwał Najstarszej w biurze... Taa, nawet w esemesie przypominającym stoi, że to rozmowa telefoniczna. No i znowu wychodzi na to, że ci ludzie to chyba sami nie orientują się  swojej robocie, a drugiego chcą pouczać haha. 

Dla Najstarszej rozmowa telefoniczna to o wiele za wysoki próg, więc ja rozmawiałam na głośnomówiącym, by ona dobrze wszystko słyszała. Opowiedziałam ziomkomi o wszystkich zakładach pracy chronionej, które znalazłyśmy w necie i które by Najstarszą ewentualnie interesowały. 

Powiedziałam, że wybieramy się na wieczór informacyjny do szpitala, gdzie nie wymagane są zapisy, a gdzie można zapoznać się z pracą w szpitalnej kuchni i przy sprzątaniu. Opowiedziałam o kursach sprzatania, które Najstarszą interesują i o wizycie w biurze sprzątającym...

Chłop zdawał sie być zszokowany. Sam musiał szukać w necie tego wieczru informacyjnego i zdawał sie, po głosie wnioskując, być zdziwiony jego faktycznym istnieniem... Ze trzy razy w trakcie rozmowy powiedział, że gratuluje, iż tak dużo sami zrobiliśmy, że to godne podziwu i żeby tak dalej... 

A ja ciągle się zastanawiam, czy to nie jest oczywiste dla każdego, kto szuka pracy, by faktycznie szukać w necie różnych opcji, zwłaszca jak ktoś ci już coś zasugeruje, podpowie, pokaże możliwości, zaproponuje wsparcie i pomoc w formalnościach etc... ? No ale my jesteśmy dziwni i autystyczni i nie wiemy jak należy się właściwie zachowywać i reagowac w takich sytuacjach, więc może zachwoujemy się nie tak jak należy...

Umówiłam Młodemu wizytę u lekarki, która go skierowała na prześwietlenie kręgosłupa, by omówić wyniki, ale trzeba na tę wizytę poczekać 2 tygodnie, bo lekarka była teraz na tygodniowym urlopie. Jako że otzrymaliśmy od niej skierowanie do fizjoterapeuty w razie takiej sytuacji, że rentgen potwierdzi skoliozę, a na wizytę będziemy czekać, to skontaktowałam się z naszą nadworną kinezystką (fizjoterapeutką) i Młody mógł zaraz za dwa dni pójść na pierwszą wizytę. Najpierw poleżał ze pół godziny pod takimi oto lampkami, a potem pani zrobiła mu masażyk plecków, dzięki któremu dowiedział się co to "śmiechoból", o którym ja i Młoda nie raz mówiłyśmy haha. 

Babka zaproponowała, że jak chcę, to mogę z nim zostać, a on nie miał nic przeciwko temu, więc zostałam. Pogadałam z nią na temat skoliozy i ona uważa, że na to tak na prawdę to nic nie pomaga. Mówi, że niektórzy proponują ćwiczenia i inne zabiegi, ale z jej wieloletniego doświadczenia wynika, że to nic za bardzo nie zmienia. Przy dużych skrzywieniach ludzie noszą gorsety, jak powiedziała, i wtedy potzrebna jest fizjoterapia, żeby niepracujące mięśnie utzrymać w sprawności, ale poza tym nie ma większego sensu. Oczywiście masaż czy nagrzewanie może zadziałać tymczasowo na ból. Ona jest niemal pewna, że ów ból pleców to wynik dźwigania roweru, o którym jej powiedziałam, choć etap szybkiego wzrostu nastoletniego też jak najbardziej może mieć wpływ. Zaleciła mu systematyczne ciepłe kąpiele w wannie, bo ciepło bardzo dobrze działa. Ona specjalizuje się w technikach dalekowschodnich i uważa, że w tym wypadku ważne są nerki i że nad tym będzie pracować. W następnym tygodniu ma kolejne dwie wizyty i zobaczymy, co z tego wyniknie na dłuższą metę.


Znudziło mi się też już czekanie na tę obiecaną (i to co najmniej dwukrotnie - nawet na piśmie to mamy!) pomoc w wypełnieniu dokomentów do FOD i któregoś dnia siadłam w koncu z Najstarszą do kompa i wypełniłyśmy wszystko, co się dało online. Teraz już bowiem nie daje się tego robić na papierze, jak dawniej. 

Dużo tam było pytań na temat problemów w codziennym funkcjonowaniu. Wszystko napisaliśmy tak jak jest i zobaczymy co z tego wyniknie i czy cokolwiek. Teraz trzeba czekać aż przyślą informację, że trzeba iść do rodzinnego lekarza, by wypełnił swoje formularze. Mam też nadzieję, że podadzą jakąś możliwość dosłania dokumentów potwierdzających to co pisaliśmy w formularzach, czyli fakty że Najstarsza faktycznie ma problemy z pewnymi aspektami życia. Miejmy nadzieję, że przyznają jej jakiś stopień niepełnosprawności, tak żeby pomogło jej to w przyszłości w znalezieniu odpowiedniej pracy czy ewentualnemu otrzymaniu wsparcia finansowego, gdyby nie była w stanie pracować na cały etat, a jak na razie zdecydowanie nie jest.

Poniższe gruchające gołąbki grzywacze wypatrzyłam kiedyś podczas spaceru z Najstarszą. Słodziaki.





Byłam kiedyś w końcu  w azylu dla ptaków i dzikich zwierząt w sprawie wolontariatu. Chłop wypełnił mi dokument do funduszu zdrowia i powiedział, że mogę przychodzić kiedy mi pasuje, a wolontariusze pracują na trzy zmiany: poranną, popołudniową i wieczorną. Poranna zaczyna się o 9, a wieczorna kończy o 22m czyli po 4-5 godzin na zmianę. Oczywiście przychodzi się, gdy potrzeba pomocy wolontariuszy. Byłam przed południem i akurat trafiłam na karmienie zwierząt przez grupę wolontariuszy. Pan oprowadził mnie ekspersem, bo już ktoś tam czekał w interesach, po całym azylu i pokazał wszyskie zwierzaki oraz zapoznał z grubsza z zasadami bezpieczeństwa. Dostałam regulamin do poczytania na spokojnie w domu. Dużo informacji, dużo zasad, ale może ogarnę powoli...

Młody niestety musi jeszcze rok poczekać, by móc pomagać przy zwierzakach. Okazuje się, że zasady już się zmieniły i aktualnie potrzeba mieć skończone 15 lat, a nie 14, jak to było wcześniej. To jest związane z ubezpieczeniem. 

Wysłałam wniosek do swojego Funduszu Zdrowia przez internet i teraz już mogę zaczynać. Zakłądam oczywiście,  że dostanę zezwolenie na ten wolontariat, ale pożyjemy zobaczymy... To działa tak samo jak z rozpoczynaniem pracy - można wysłać wniosek dzień przed jej rozpoczęciem i od razu zaczynać bez czekania na zezwolenie lekarza orzecznika. Jak uzna, że nie możesz tego robić to po prostu musisz przerwać i tyle. Tak to działa - trochę bez sensu, ale z drugiej strony ma to sens, bo jakbyśmy chcieli czekć najpierw na decyzję to moglibyśmy nigdy nie dostać pracy, czy wolontariatu...

Nie jest to dla mnie jednak bynajmniej sprawa życia i śmierci. Mogę bez tego spokojne żyć, ale było by fajnie móc czasem wyjść do ludzi (i zwierząt) i porobić coś pozytecznego, a przy okazji nauczyć się ciekawych rzeczy, poznać ludzi, pogadać z kimś. Z drugiej strony to też dla mnie rodzaj testu, jaki to będzie mieć wpływ na moje szeroko pojęte zdrowie. Nie mam pojęcia, czy podołam temu, ale próba nie strzelba. 

W regulaminie są wyraźne wytyczne co do pracy "w strefie pomarańczowej", czyli tam gdzie przebywają zwierzęta podejrzane o jakąś potencjalnie niebezpieczną chorobę. Ludzie ze słabą odpornością, ale też przeziębieni, z grypą żołądkową itp mają kategoryczny zakaz zbliżania się do tego miejsca. Mają też zakaz brania do rąk podejrzanych o chorobę zwierząt, odbierania przynoszonych przez ludzi zwierząt, dotykania martwych zwierząt etc. 

No ale dobra, zobaczymy, czy to co dla mnie, czy nie.

W zeszły weekend wybrałam się z kolei na poszukiwanie niebieskiego lasku w sąsiedniej wsi, którego zdjęcia pokazał mi Instagram. Nie chciało mi się w to wierzyć, ale serio nie cyganili na fotkach. I tak okazuje się, że jakieś 6 czy 7 kilometrów od chałupy mamy taki lasek, ale przeżyliśmy tu kilkanaście lat nie mając o tym pojęcia. 

Wzięłam rower między nogi i udałam się powoli w pokazanym przez mapę w telefonie kierunku. Gdy dotarłam polną ścieżką do jakichś krzaków od razu zobaczyłam niebieskie przebłyski pomiędzy krzakami. ZOstawiłam rower i podreptałam ściężyną leśną, a tam, panie, cud wielki mym oczom się ukazał. Nosowi też zresztą miło się zrobiło... przynajmniej na początku gdy po prostu upajał się zapachem tysięcy hiacyntów. Potem aktywowała się alergia i zaczęłam kichać i kaszleć. Wtedy uznałam, że pora zabierać dupę w troki i wracać do domu, zanim mnie to diablestwo udusi haha. 

Siedziałam tam jednak z pół godziny i po prostu się lampiłam na ten cud natury i upajałam zapachem. Nikt mi w tym nie przeszkadzał, bo żywej duszy tam nie było. Wchodząc do lasu, spotkałam jednego człowieka, który stamtąd wychodził. Wychodząc spotkałam parę emerytów, którz doradzili mi obejść cały las w koło, że tam spotkam jeszcze więcej kwiatków i tak zaiste było. W centrum tego bodajże 10-hekatorowego zagajnika jest plac zabaw i tam tłukły się chyba jakies skauty, bo wszyscy mieli takie same stroje, ale poza tym spokój i tylko śpiew ptaków słychac było. Raj na Ziemi, panie.

Lasek nazywa się Kartelobos i znajduje się w poblizu Asse. Nieopodal jest Kravalbos, w którym kiedyś mazerowałam wspólnie z Młodym.

Fajne tam są też ścieżki na rower górski. No, na moją Ciri też akuratne haha. 











Idealne ścieżki na rower ;-)

trochę dyrkało jak tędy rowerowałam 

żuczka spotkałam w lesie

droga w górę

tam w dole, hajno za lasem jest moja gmina ;-)

Z tej górki, z której robiłam powyższe zdjęcie było też widać Brukselę. Czadowe miejsce. Lubię czasem na te górki sobie popedałować, ale zdecydowanie za rzadko to robię, a widoki są zachwycające, szczególnie w taką pogodę...
W dół bym się jednak tą ścieżką moim rowerem nie póściła. Na szczęście z góry wiodła też szeroka piekna asfaltowa droga w stronę mojej chałupy...

zuczek raz jeszcze


Jeszcze krótki przegląd nowości w moim tygodniowym menu.
Kiedyś ugotowałm sobie paciary z razowej mąki, bo nabyliśmy idealną mąkę razową w AH. To dziwne danie to dla mnie smak dzieciństwa. Rodzice czasem śrutując zboże dla świń, na koniec wrzucali do bąka czystej pszenicy i tak robiło się razową mąkę na paciarę. Tak, paciara to zasadniczo też danie dla świń, ale człowieki na wsi też się tym zajadali. Powiem więcej, to niebo w gębie! Mąkę na chleb, tak nawiasem mówiąc,  uzyskiwało się w pobliskim młynie. Zawoziliśmy tam nasze zboże, a przywoziliśmy mąkę w wielkich białych workach, które potem stały na strychu i stamtąd przynosiło się tyle, ile w danym momencie było potrzeba w kuchni. 

Paciara to najprostrze danie na świecie: zagotowujesz wodę w garnku, dodajesz odrobinę soli i wsypujesz po trochu mąkę razową ciagle mieszjąc, aż uzyskasz właściwą konsystencję paciary. Chwilę odstawiasz by doszła i gorącą jeszcze nabierasz na talerz i zalewasz zimnym mlekiem. Można pocukrować, jak ktoś woli słodkie. PYCHOTA! Uwielbiam i systematycznie sobie gotuję. Młodzież nie lubi. Małżonek lubi na słodko czasem. Kto jadł?


Poza tym ciągle testowaliśmy nowe miksy warzyw i owoców, która modnie nazywamy smoothie.
To jest mój projekt na ferie. Mam nadzieję w ten sposób odkryć idealną kompozycję, a jeszcze lepiej kilka, dla Młodego, która stała by się ciekaweym i bogatym w witaminy uzupełnieniem jego ciagle kiepskiej diety. Chociaż od czasu wizyt u dietetyczki specjalizującej się w żywieniu autystyków i samej będącej autystyczną mamą autystycznych dzieci, Młody robi postępy. A na pewno jest bardziej świadomy tego, jak działa autystyczny mózg i co jest ważne, by poprwić swoje zwyczaje jedzeniowe i zdrowiej zacząć się odżywiać. Wiemy, że droga jest długa, ale postawienie pierwszego kroku i motywacja to już połowa sukcesu.

Oczywiście Młody postanowił sobie zadanie utrudnić, bo łatwe zadania są dla frajerów, i idąc za naszym przykładem również przestał też jeść drób. Pochwalam jak najbardziej i jestem z Niego dumna, ale w jego wypadku to jeszcze trudniejsza sprawa. W sumie podobnie jak w przypadku Młodej, która też wielu rzeczy nie może jeść (nienawidzi np tofu, soi, ciecierzycy, batatów i wielu innych rzeczy, tóre są bazowymi produktami zastępującymi mięso). Jako się rzekło, proste rzeczy są dla prostych ludzi, my lubimy jak jest trudno haha.

Tak czy owak testowanie smothie to niezła zabawa. Odkryłam właśnie ekstremalnie rewelacyjny smak powstajcy z połączenia awokado, daktyli, syropu klonowego i dużej ilosci mleka (ponad pół litry na 1 awokado i kilka daktyli) z dodatkiem cuktru waniliowego i kilku łyżeczek mielonych migdałów. Jak dla mnie to 30 na 10. Najstarsza podziela moją opinię. Małżonkowi smakowało w miarę. Niestety Młody uznał za dziwne i niesmaczne. Młoda się z nim zgadza. Ta twierdzi że "to moje smoothie śmierdzi gotowanym jajem" no i ona nienawidzi daktyli. A niech spadają na drzewo liście pompować. Dla mnie więcej haha.


Smoothie malinowe z bananem okazało się za bardzo malinowe, co znaczy bleee. Ani ja, ani Młody nie uznaliśmy tego za godne. Małżonkowi smakowało i zjadł to na kolację z bagietką. Ja nasypałam pełno płatków owsianych i ziaren, no i zjadałam, ale z biedą. 


Smoothie marchewkowo-bananowo, ananasowe mnie wydało się pyszne, ale Młodego mało nie ukatrupiło. Marchew albo ananas, albo oba w kompozycji okazały się wywoływać jego alergiczną reakcję (alergia krzyżowa na pyłki połączona z alergią na owoce i warzywa).


Jedyna opcja, którą zaakceptował Młody jako jadalną to mix szpinaku, banana, niemleka owsianego i ewentualnie selera naciowego z dodtakiem soku z limonki.

Poszukiwania jednak trwają. Przed nami jeszcze sporo nowych kompozycji do przetestowania. Inspiracje mile widziane. Ja też będę informować o naszych testach w kolejnych postach.

Testowałam też curry z buraczkami. Pierwszy i ostatni raz. Smak ogólny nienajgorszy, ale na pewno też nie najlepszy. Kolor paskudny. No i buraczki mnie nichuhcu nie spasowały w tej kompozycji. 


Upiekłam słodki chlebek, naszą wersje chałki, bo sto lat nie było. Smakowała dzięki temu wyśmienicie. Najlepsza była jeszcze ciepła z masłem. MNIAM! Ale nie była bym sobą, jakbym nie spróbowała z pastą pistacjową. Niezłe jako deser.



Na koniec jeszcze portrecik naszej ukochanej Rico-Coco. Ostatnio znowu ma fazę lepszego samopoczucia. Może wpłynął na to fakt, że ostatnimi czasy ma nowe duże koleżanki, które jej nie przeganiają, z którymi czuje się bezpiecznie i spokojnie może sobie jeść i nikt jej nie odgania od jedzenia. Może to wpływ pogody. Ona, jak wszystkie silki i ogólnie kury, lubi ciepło. Lubi się wygrzewać w słońcu, choć okopywać nie potrafi, bo najwyraźniej ma problem z nóżkami. Nie grzebie też nigdy za robakami. Nie chodzi też na dalekie trasy i co chwileczkę musi odpoczywać. Dlatego czasem zanosimy ją na łąkę i wykopujemy dla niej robaki. No, tyle że trzeba tam iść albo tylko z Rico, albo we dwie osoby, bo duże koleżanki to dzikie bestie, które są gotowe zdeptać każdego, gdy tylko ujrzą wijące się robaki. W ogóle, gdy tylko zobaczą człowieka, od razu gnają, jakby im sam diabeł po pietach deptał. One tłuka się wzajemnie po łbach i przepychają sie z rozłozonymi barami, ale o dziwo Rico nigdy nie biją. Wydają się traktować ją jak księżniczkę. Zawsze wieczorem też czekają na nią w kurniku, a jak nie wejdzie wystarczajaco szybko (zawsze wchodzi na koncu bardzo bardzo powoli) to któraś wychodzi zobaczyć, gdzie podziewa się  ich mała koleżanka.

Rico stoi

Rico odpoczywa

Dalej jeszcze zdjęcia z zeszłotygodniowego marszu, które dopiero co zgrałamz aparatu na telefon.
Niech tu sobie będą na pamiatkę.

obszekało nas przez okno trzy małe pieski

gęsi kanadyjskie, którym się nie podobało, że tamtędy idziemy



"Jak to człowiek mnie widzi? Przecież się schowałem"



browar Palm


browar Palm z oddali