Za mną tydzień bardzo wyczerpujący psychicznie i intensywny fizycznie.
| w tle Szpital Uniwersytecki w Leuven a z przodu kaczki |
Jednego dnia odwiedziłam z Najstarszą ponownie Leuven, gdzie ta miała usg brzucha, a potem kolejną wizytę u endokrynologa. Narządy wporząsiu, ale Córka, jako sie rzekło, musi kontrolować systematycznie nerki i wątrobę, tak samo jak serce, kości, skórę, krew, hormony i różne inne rzeczy. Zespół Turnera to bowiem dosyć poważna wada w genach, która może w dalszej konsekwencji skutkować problemami w różnych częściach ciała. Jako że jest to Turner mozaikowy, czyli tylko niektóre geny są popsute, a nie da się sprawdzić, gdzie w której części ciała bardziej niż w innej. Należy się zatem spodziewać, że wszędzie teoretycznie może coś zacząć szwankować, dlatego ważne jest by wszystko systematycznie kontrolować i w razie co od rau zacząć działać.
Autyzm i ADHD, jak już wspominałam, też bardzo często występują przy Turnerze. Tym razem właśnie ten temat poruszyłyśmy z lekarzami, a dokładnie kwestię poważnych problemów z koncentracją, pamięcią, myśleniem. Jak już kiedyś pisałam, test piguł pomagajacych wielu ludziom przy ADHD, u Córki skończył się wielką klapą i stresem, bo już po pierwszej dawce serce mało jej klaty nie rozsadziło, no i nie zmrużyła oka przez całą noc, bo piguły wykasowały potrzebę snu. Lekarze uniwersyteccy powiedzieli, że niestety nie ma za bardzo alternatyw, ale zalecili Najstarszej ponowne spotkanie się z jakimś psychiatrą, bo to jednak psychiatrzy się na takich rzeczah o wiele bardziej znają. Po czym zapytali, czy mamy jakiegoś psychiatrę na oku. Odparłam, że możemy skontaktować się z wyśmienitym polskim neuropsychiatrą przez interent, ale zapytałam, czy u nich nie dało by się z kimś umówić, bo w razie recept czy jakichś skerowań to jednak łatwiej wszystko mieć na miejscu...
Lekarze powiedzieli, że pielęgniarka, która miała jeszcze pobrać córce krew i mocz do badania oraz umówić kolejną wizytę u nich za rok, ma nam też podzwonic do psychiatry... wysłali jej tam wiaodmość przez internet.
Zadzwoniła... I spojrzawszy na nas znad telefonu z niepewną miną, zapytała czy chcemy na tego psychiatrę czekać 8 lat, bo właśnie taki jest obecnie czas oczekiwania. Podziękowałyśmy zatem. Ona doradziła nam podzwonienie po innych psychiatrach w całej okolicy. Dodając, by nie kończyć na jednym telefonie, tylko obdzwonić wszystkich, jakich znajdziemy w necie.
Myślę, że jednak umówimy się na wizytę online z polskim psychiatrą. Choć pewnie spróbuję poszukać jeszcze tych psychitarów w Belgii, bo posiadanie lekarza na miejscu ma pewne plusy, szczególnie finansowe. Za konsultracje z Polski jednak musimy płacić z własnej kieszeni. Tutaj mamy większość do zwrotu. Przy czym, trzeba wam wiedzieć, że pan doktor z polski ma ceny raczej europejskie albo nawet bardziej niż europejskie. Jest tego wart, ale jednak euro nie rośnie na krzaku (może to kwestia niewłaściwych krzaków...?).
Wyszedłszy ze szpitala postanowiłyśmy pójść do wegańskiej restauracji Tabi Loo, w której kiedyś z Młodą byłam i gdzie nam żarcie podeszło. Poszłyśmy do centrum z trampka, bo to nie tak znowu daleko, a jak sie człowiekowi nie spieszy, to fajnie jest połazić po mieście.
Potem po drodze przystanęłyśmy przy starej wieży Janseniustoren będącej kiedyś częścą muru obronnego miasta i jakiś park też podziwiałyśmy... Bo wszędzie ta jesień czerwono-pomarańczowo-żółto-brązowa, że wzrok ciężko oderwać.
Nieodmiennie zachwyca mnie też ciągle połączenie nowoczesnych zabudowań z zabytkami. Fascynujące jest, że kawałki starych obronnych murów można wkomponować w nowoczesne apartamentowce czy jakieś domy opieki albo urzędy. Na poniższym zdjęciu jest jakiś mały domek, w którym nic w środku nie ma, a który nas ciekawił. Nie znalazłyśmy jednak informacji na jego temat na miejscu (co nie znaczy że ich tam nie było, bo aż tak namietnie to nie szukałyśmy).
| biblioteczka |
| Janseniustoren |
| jakis stary college czy coś... |
A potem jeszcze do jakiejś kaplicy na górce żeśmy wlazły i wylazłyśmy z drugiej strony, ale nie było tam nic ciekawego poza kryptą niejakiego brata Damiana, znanego belgijskiego misjonarza, który dawno temu (1873) jako 23-latek wyjechał na Hawaje, gdzie opiekował się chorymi na trąd aż sam na niego umarł. Tam go pochowali, ale Belgowie pojechali, wykopali zwłoki i przywieźli do Leuven. Kto mieszka w Belgii, być może słyszał o Damiaanactie - to organizacja która zajmuje się chorymi m.in. na gruźlicę, trąd wśród najbardziej narażonych grup społecznych na świecie. W szkołach dzieci często zbierały, jak pamiętam, pieniądze na tę organizację sprzedając jakieś długopisy czy inne gadżety po domach.
Jak wiecie, ja nie jestem raczej antykościołowa i ostrożnie podchodzę do wszelakich okołokościołowych organizacji i traktuję to wsystko bardziej jako ciekawostki, rzeczy które dobrze jest wiedzieć.
| kaplica świętego Antoniego |
| Damian pomagający trędowatym |
| krypta w której spoczywają zwłoki Damiana |
| to miejsce na palenie świczek w jakiejś intencji |
| ciekawe drzwi, którymi wyszłyśmy z kaplicy |
W Tabi Loo zamówiłyśmy herbatki i bowl(e). Najstarsza wybrała zimną sałatkę kalafiorową Cauliflower Salad, a ja gorącą michę grzybową Champi Loo. Taka "mała" micha kosztuje 12,50€ i można się tym najeść. My do tego jeszcze sobie na spółkę frytki z batatów wzięłyśmy, bo one są tam takie pyszne! Frytki kosztują 4,5€
| frytki z batatów |
| Champi Loo |
Do dworca wracałyśmy ulicą handlową i czasem właziłyśmy pozwiedzać jeden czy drugi przypadkowy sklep. Tu i ówdzie oglądałyśmy produkty świąteczne, bo na mieście już wyraźnie atmosfera bożonarodzeniowa się zaczęła tworzyć. Widziałyśmy już nawet u kogoś w mieszkaniu choinkę ubraną, co znaczy że to już TEN moment, kiedy ludzie zaczynają zdobić domy na święta.
Listopad to trochę dla mnie za wcześnie, ale na początu grudnia to już pewno i ja pomyślę o dekorowaniu domu. Jednak denerwuje mnie trochę, że nie wiem, co z tymi ewentualnymi robotami w związku z wilgocią. Irytujące to jest, gdy nie możesz sobie własnego domowego życia zaplanować, gdyż ktoś inny decyduje, kiedy przyjdzie ci rozpierdol w domu robić... No ale mniejsza o to.
Patrząc tak na te wszystkie cuda w sklepach, zachwycałam się nimi, bo niektóre rzeczy są na prawdę piękne, urocze, fajne... ale z drugiej strony zastanawiałyśmy się z Córką, po co tyle tego wszystkiego jest? NO PO CO?! Kto to wszystko kupi? No i znowu po co? Czy ludzie co roku kupują nowe talerze, kubki i łyżki specjalnie na święta? Czy co roku kupuja nowe świąteczne swetry, by raz, DOSŁOWNIE RAZ je założyć? Kurde na jednej ulicy jest kilka sklepów z dekoracjami świątecznymi. W każdym półki uginają się od produktów, gadżetów, durnostojek, pudełek, dekoracji, pierdoletów nie mających żadnego sensownego zastosowania.
Dobra, ja też lubię dokoracje. Lubię robić nastrój w domu i lubię czasem coś nowego kupić, ale kurde, nie wyrzucam przeciez tego potem, tylko wynoszę na strych, by użyć za rok, za dwa lata i za 5 lat, dopóki sie nie zniszczy. Ilość tych wszystkich przedmiotów dostępnych na mieście jest dla mnie przytłaczająca, wręcz szokująca.
Najlepsze, co zobaczyłyśmy, to była świąteczna musztarda. A co jak się nie zje całej w święta? I czy można też w Nowy Rok albo na Walentynki ją jeść...? Oczywiście żartuję. Mamy tutaj też specjalne świateczne piwo, świetczne ciastka, świąteczne herbaty, wino... I nie że tylko z nazwy, bo te produkty zawierają specjalne zioła, przyprawy i w ogóle są inne. No ale produkty żywnościowe to okej. Je się zje tak czy siak i człowiek je cały czas to co innego niż dekoracje, które się nie przeterminowują po tygodniu...
| świąteczna musztarda |
| metalowe pudełka |
| te talerze są urocze |
| słoiki na ciastka? |
| bombki ślimaki, croissanty, owoce granatu... |
Obmacałyśmy łachy w kilku tzw markowych sklepach i z każdego z nich wyszłyśmy z obrzydzeniem dotykowo-wzrokowym. Nie wiem, o co tu chodzi, ale to co wisi na tych wszystkich wieszakach obecnie w sklepach jest nie tylko paskudne z wyglądu, ale przerażające w dotyku. Tak, mnie przerażają materiały z jakich wykonane są dziś ubrania. Jakaś wełna z recyklingu, jakieś poliestry i inny syf. Każdy dotyk takiego łacha to dla moich zmysłów tortura. W najgorszych koszmarach nie wyobrażam sobie, że musiałabym coś takiego nosić. Borze szumiący! Kiedyś takie szmajory to były tylko w tych różnych tanich sklepach z badziewiem z Chin. Teraz wszędzie jest takie samo gówno. I jeszcze te kolory a la sraka wilkołaka. Nie wiem, czy w tym wypadku użycie słowa "kolory" to nie jest przestępstwo. To takie "kolory" jak po zmieszaniu wszystkich kolorów plasteliny. Kto wie, o co to chodzi z tym brakiem kolorów wszędzie? Łachy bez kolorów. Auta bez kolorów, graty do chałupy bez kolorów, chałupy też bez kolorów. Gówniane życie, gówniany świat.
Bershka tylko jeszcze nas nie zawiodła. Ja nie mam już ani centa, ale corka sobie kupiła jakieś portki fajne i kurtkę na zimę. Ja bym więszkość rzeczy stamtąd z chęcią przygarnęła... Kolor tam nie ma, ale przynajmniej szerokie wszystko, uniwersalne płciowo i nie boli w w mózg przy dotyku.
Na koniec jeszcze w kringwinkel żeśmy były. Stamątd też bym dużo rzeczy przygarnęła... Córka zgodziła się zasponsorować mi puzzle za 2€ i dwie miski silikonowe na wodę dla naszych kur.
No i znowu patrząc na tamtejszy asortyment świąteczny powróciłam do refleksji na temat sensu sprzedawania i kupowania nowych rzeczy, skoro tutaj tyla tego za parę centów można kupić. Patrzcie na te wózki z bombkami po 20¢ za sztukę! To samo w jakimś normalnym sklepie kosztowało 2-5€.
| puzzle z pociągiem jadące w pociągu |
| świąteczna zastawa, swiąteczny obrós za parę centów i kolejka do kasy |
| krzesło mi się podobało bardzo |
Jeśli o kury idzie, to Sunny się nie poprawiło na razie. Ma bardzo spuchnięte oczy i zaropione. Próbujemy przemywać je wodą, jak wet zalecił, ale jak kury nie lubią by im myć oczy. Ba, ja bym też ne lubiła, żeby mi jakiś debil wodę do oczu wlewał! Karmimy ją, zmieniamy ręczniki, na których siedzi. Od czasu do czasu myję jej kuper. Nie lubi tego. NIENAWIDZI. Nagle znajduje wtedy mnóstwo energii by się wyrywać, a potem jest zmęczona. To ogromny stres dla niej, ale siedzenie w kupie to nie jest rozwiązanie. Kiedyś podczas karmienia obsrała mi całe spodnie i kawałek koszuli śmierdzącą kupą. Musiałam się od razu rozbieraćm myć i prać te łachy, bo sztank był nieludzki. Tak to jest być kurską pielęgniarką , ech.
W zeszłym tygodniu wysłałam list polecony do właścicieli domu w sprawie gryzoni, których obecność w suficie zdetektowała po dźwiękach Najstarsza. Spodziewałam się, jaka będzie reakcja, niemniej jednak wyprowadziło mnie to z równowagi. Kiedyś byłam na podwórku, jak typiarz biegł z jakimis taczkami za ogrodzeniem... (bo właściciel domu, ku naszej wielkiej irytacji przebiega koło naszego domu co najmniej 10 razy dziennie codziennie z niedzielą włącznie). Gdy mnie zauważył, zawołał ze złością, że co do TEGO LISTU to TO na pewno są szczury w związku z czym to jest nasza własna wina, bo mamy kury, gdyż nikt inny nie ma takiego problemu w okolicy tylko my.
Ja pierdolę - pomyślałam se - chłop kurwa całą wieś obleciał, by się spytać ludzi, czy ktoś ma szczury na strychu... No chyba że to jasnowidz.
Odrzekłam jednak, że no dobra, może to i szczury, a może nawet kuny, ale co to ma za znaczenie w tej sytuacji?
Nie zmienia to wszak faktu, że te stworzenia siedzą W DOMU i że jakoś się tam musiały dostać, czyli muszą być dziury w dachu albo w murze i że taki problem jest w gestii właściciela budynku co do napraw, a po wtóre, że stworzenia grasują pomiędzy sufitem a podłogą i my nie mamy się tam jak dostać, by postawić pułapki czy trutkę, czy cokolwiek, dlatego to oni muszą zadziałać... (ewentualnie do spółki - pomyślałam sobie i liczyłam, że właśnie jeśli dojdzie do rozmowy, to właśnie pójdziemy w tym kierunku, że my bedziemy może musieć pokryć koszty pozbywania się nieproszonych gości, a właściciel naprawić dach i zatkac dziury w murze, by problem nie powtórzył sie za kilka tygodni). Dzwoniłam wcześniej do jednej z firm zajmujących się odszczurzaniem i odmyszaniem i dowiedziałam się, jak to wygląda i że koszt to grubo ponad 700€. Jesteśmy gotowi to zapłacić, ale kurwa RAZ, a nie co kilka miesięcy, bo te zdechną, to przyjdą przecież następne...
Wiecie, co ten burak odpowiedział? Najpierw zaczął się śmiać, tak po chamsku, jak to typowy stary chłop w gumofilcach, że szczury teraz mają najwyraźniej skrzydła, skoro według mnie weszły przez dach lub wymyślone przeze mnie dziury pod dachem, a potem pokazał na dom i powiedział z szyderą, bym se szukała tych domniemanych dziur i dalej się śmiał. Na koniec odchodząc już z tymi swoimi taczkami zawołał jeszcze ze złością, że dopóki mamy kury, oni palcem nie kiwną w tej sprawie, bo szczury w domu to tylko i wyłącznie nasza wina.
Najbardziej to ja jednak jestem fanem jego logiki. Chłop najpierw stwierdził, że to szczury grasują na strychu, a potem, że szczury nie mają skrzydeł więc nie mogły się dostać na strych. Tak czy owak to wina kur. Polak by powiedział, że to wina Tuska albo PISu, a belgijski emeryt szuka winnych wśród kur.
Dobrze, że typiarz poszedł, bo nie wiem, czy bym mi nerwy nie puściły, jakby jeszcze jedną tego typu chasmką odzywką się podzielił. Potem mi puściły, jak już byłam w domu... Znowu przez kilka godzin nie mogłam się pozbierać.
Teraz na prawdę nie wiem, już co myśleć na ten temat. Ja wiem, że z jednej strony problem z plagą gryzoni powinien rozwiązać ten, kto miszka w domu i jak mieliśmy szczury w szopie to co prawda mówiłam o tym właścicielom, by mogli też za szopą pułapki czy trutkę postawić, ale u siebie sami toczyliśmy walkę z nieproszonymi gośćmi i to było dla nas oczywiste. Dodam, że problem ze szczurami pojawiał się co roku także zanim kupiliśmy kury, choć wiadomo, że przy kurach łatwiej o żarcie dla szczura czy myszy. Staramy sie jednak sprzątać na wieczór resztki jedzenia kurskiego. Paśniki zabieramay do domu, a resztki zamiatam i wyrzucam do kosza. W szopie nie trzymamy nic do jedzenia. Ziarno dla kur stoi w domu. Worki ze śmieciami trzymamy w specjalnych pojemnikach z pokrywkami i co tydzień je wystawiamy, gdy śmieciarka przejeżdża. Kuźwa, u farmera nieopodal szczury biegają nawet w biały dzień i przebiegaja często po ulicy tuż przed rowerem. To jest wieś do cholery i gryzonie w sezonie jesienno zimowym są tu raczej normalną rzeczą. Pan z deratyzacji też zresztą tak powiedział, ale stary oszołom w gumofilcach wie lepiej.
Jednak czym innym są szczury na podwórku, czy w szopie, a czym innym w domu w suficie czy podłodze. CZy to wina moja lub kur, że dach jest dziurawy? Kury kurwa te dziury w dachu wydziobały?!
Co obecność kur ma wspólnego z możliwością dostania sie gryzoni do domu? Takiej możliwości w ogóle w NORMALNYM DOMU być nie powinno. Nie powinno się też lać przez pięć lat z sufitu. Nie powinno też wiać do domu przez dziury w ścianach. No ale popatrz, teraz się okazuje, że to wszystko wina naszych biednych kur.
Ale nie, czekaj, szczury nie mają przecież skrzydeł, więc nie mogły dostać się na dach... Może my w ogóle zwyczajnie schizofrenię mamy albo omamy słuchowe i tylko wydaje nam się że coś wpierdala nam sufit...? I weź się człowieku nie wkurwiaj i nie przeklinaj!
W tym tygodniu wysłałam kolejny polecony z przypomnieniem o pozostałych problemach i nie ukrywam, że boję się trochę następnej reakcji tego typa, bo wiem, że chłop jest dosyć nieobliczalny w skutkach... Pamiętam jak dziś, jak chciał robotnika sąsiadów z rusztowania zwalić, bo mu sie nie podobało, że sąsiad ociepla se dom i rusztowanie stoi na ścieżce, którą on chuj-wie-po-co musi 30 razy dziennie popierdalać z taczkami, skrzynkami, traktorkami, autami, by robić rozpierdol za naszym domem...
Nic to, teraz trzeba będzie na taką czy inną reakcję poczekać.
Małżonek ma przyjechać do lekarza i pobyć tu parę dni, to trochę będę się może bezpieczniej czuła... choć z drugiej strony to jemu nerwy o wiele szybciej puszcają niż mi haha. Zaczynam chyba mieć coraz bardziej na to wszystko wywalone i nawet już lepiej sypiam. To oczywiście bardzo szybko może się zmienić, bo mój stan psychiczny jest dosyć rozregulowany.
Na szczęście ten tydzień miał też pozytywne zdarzenia.
Przyszła np pozytywna decyzja z FOD-u. Młoda dostała uznanie niepełnosprawności. Nawet więcej punktów jej przyznano niż poprzednim razem. I parę euro wiecej zasiłku. UF. Serio, mówię wam, odetchnęłam z ulgą. Choć jeden problem z głowy na te dwa lata. Ogromnie się tym stresowaliśmy. Postanowiłyśmy z tej okazji kupić se bilety do zoo na koniec miesiąca, by uczcić tę decyzję. Pod koniec tego miesiąca bilety są za połowę ceny, więc tanio. Oby tylko nic się nie wykociło nieprzewidywalnego typu choroby, czy inne wypadki losowe, bo u nas takie rzeczy są bardzo prawdopodobne, Tfu tfu tfu!
Jeszcze przyznam się, że przed chwilą zrobiłam właśnie coś głupiego. Zobaczywszy na stronie VDAB, że szukają pomocy domowych dla ludzi chorych i niepełnosprawnych u nas w gminie, najpierw zadzwoniłam, by dopytać o szczegóły, a potem kliknęłam "aplikuj" a za chwilę zadzwoniła jakaś baba, by zapytać, dlaczego mnie interesuje ta praca... No to jej powiedziałam.
Po krótkiej rozmowie oznajmiła, że przedstawi moją kandydaturę koleżankom i do mnie zadzwoni ponownie po niedzieli ona albo koleżanka. Oczywiście poinformowałam ją, że jestem na zwolnieniu po chorobie i że muszę poprosić o zgodę na rozpoczęcie pracy na część etatu mój fundusz zdrowia, a oni mogą się nie zgodzić...
Nie mam pojęcia, czy będą w ogóle chcieli kogoś takiego zatrudniać, ale co mi szkodzi spróbować znowu...
Wstępny plan przewidywał taką próbę po nowym roku, ale skoro TERAZ szukają u nas na wsi do tej organizacji, to nie będę czekać. To jest bowiem trochę inna praca. Znaczy praca jest pi razy drzwi ta sama, z tym że nie na czeki tylko na normalną umowę i sektor jest trochę inny. No i klientela specyficzna. Zero zmanieryzowanych młodych panienek. Tylko ludzie starzy i/lub chorzy. Na pewno może być trudniej psychicznie, ale też nie koniecznie. Starsi samotni ludzie należeli do moich ulubionych klientów, bo często lubili pogadać i nie mieli wymagań z dupy jak co niekture młode siksy. A tutaj dodatkowo słuchanie i pogaduszki są w zakresie obowiązków, wiec nawet się spinać nie trzeba... Nie wiem, co z tego spontanu wyniknie.
Wiem natomiast, że potrzebuję hajsu i że od siedzenia w domu mój stan psychiczny tylko się pogarsza.
Nie zależy mi jakoś strasznie na dostaniu tej pracy. Nawet nie wiem jeszcze, czy chce mi się w ogóle iść do pracy, bo się w ogóle nad tym nie zastanawiałm. Po prostu, gdy zobaczyłam przypadkiem to ogłoszenie, mój mózg powiedział ZRÓB. To zrobiłam, bo tak zawsze najlepiej. Może nawet nie zadzwonią po niedzieli albo zadzwonią by powiedzieć, że wolą kogoś innego. A może fundusz mi nie pozwoli wracać do pracy fizycznej... To jednak by było też dobre, bo potem by mi nie mogli powiedzieć na kontroli, żebym szła do pracy c'nie?
Dziś miałam też nastrój na przycięcie brzózki ogrodowej. Co roku ją obcinam, by nie wypuścila się poza zasięg drabinki. Uśmiałam się z sikorek, bo przyleciały z szumem, gdy stałam pod drzewem na drabinie i usiadły na drzewie, ale zobaczywszy nagle człowieka, uciekły ze świergotem wkurzone, że człowiek przeszkadza im w kolacji. Wisi tam bowiem domek ze słoikiem pełnym tłuszczu z dodatkami oraz metalowy dinks z kulami tłuszczowymi. Gdy cięłam piłką gałęzie wysoko nad głową, nawaliło mi się trocin do oczu i co gorsza za sweter. Nie śmieszne.
Dobra, kończę te wywody, bo kurę muszę nakarmić a potem skoczę jeszcze na krótki wieczorny spacer.

