1 kwietnia 2025

Rowerowanie, maszerowanie, rolowanie, pływanie - wiosna.

 Poprzedni weekend korzystaliśmy z pięknej wiosennej pogody i spędziliśmy go nawet dosyć aktywnie. Nie oddalaliśmy się co prawda zbytnio od domu, ale i u nas jest co robić, jak pogoda sprzyja.

W sobotę wybrałam się z Małżonkiem na rowery. Z instagrama dowiedziałam się, że w sąsiedniej gminie,  znowu jakąś wystawę sztuki w parku zainstalowali. Mimo, że nie jestem fanem ani znawcą sztuki, to lubię sobie dziwne rzeczy pooglądać ...a czasem się pobrechtać... 



























Większość prac była bez sensu - MOIM nader skromnym zdaniem - ale ...siusiak mnie rozbawił. 

Jakieś łby też ciekawie wyglądały, a kury były sympatyczne. Nie robiłam dużo zdjęć, bo mi się nie chciało. Aż tak ciekawe to to nie było. Żonkile kwitną cudnie, ale ileż można fotografować żonkile...? 

Wracaliśmy okrężną drogą i cyknęłam se fotkę tunelu dla pieszych. Kawałek dalej jest tunel dla rowerów, ale kto mi zabroni znieśc rower po schodach i skorzystać z przejścia dla pieszych? Nikt!

Po drodze sfotografowałam też magnolię, bo właśnie wszystkie masowo zakwitają, a mamy ci tu tego bez liku. I białe, i różowe, i fioletowe, i małe krzaczki i ogromne drzewa.


Tunel dla pieszych pod torami

W niedzielę mieliśmy porowerować do miasta, by w końcu nasze kwity od optyka do skrzynki funduszu podrzucić, ale Młody zaczął narzekać, że się nudzi, że nie ma co robić, no to zapytałam, co myśli o małej wycieczce. Oparł, że spoko, ale on by chętniej na rolki poszedł... 

No to pojechaliśmy na pobliski polder nad Skaldą, gdzie jest wypasiona szeroka wielokilometrowa ścieżka rowerowa, ale można też obserwować tam zwierzęta, podziwiać widoki i spacerować. Najstarsza też się z nami zabrała, bo autem jechaliśmy. Zabrałam dwie pary rolek i Młodzi się narolowali do woli. 



Młody nie mógł się nacieszyć placem do rolowania i jeździł w te i wewte jak szalony. Ja i Małżonek obserwowaliśmy ich poczynania przez dobrą chwilę z góry ze ścieżki dla pieszych, aż w końcu poszliśmy na nasz "wandeling" (marsz), a Młody rolował obok, choć przeważnie daleko z przodu, tam gdzie się rolkami jechać dało. Kawałek drogi rowerowej bowiem jest w budowie i po piachu żeśmy szli. Młody też szedł, a Tata niósł rolki. Coś mi się widzi, że to może być  brakujący kawałek rowerostrady (szybkiej, szerokiej dwupasmowej scieżki rowerowej) łączącej Gandawę z Mechelen. A i demolka na wielkim skrzyżowaniu w Dendermonde pewnie też ma coś z tym wspólnego, bo to ta sama ścieżka. Po drodze jakiegoś dziadzia napotkaliśmy, który pokazując głową na zaparkowane koparki i świezo wysypane kamienie  powiedział coś w rodzaju: "Tak, tak, dobrze jest czasem z bliska sobie popatrzeć, na co idą pieniądze z naszych podatków... Sześć milionów euro! ...Stoi tam na tablicy, możecie sobie zobaczyć..." Ponarzekał, westchnął ciężko i poszedł dalej... A my zaczęliśy się zastanawiać, czy faktycznie nie ma ważniejszych rzeczy do zrobienia w tym kraju... Choć z takiej fietsostrady to ja z chęcią bym skorzystała, by pojechać sobie rowerem do Mechelen, a może nawet i do Gandawy... Na to jednak jeszcze z chwilę trzeba pewnie poczekać.


Rzeka Skalda

my szliśmy górą, młodzież rolowała dołem

…Małżonek niósł rolki…

zabytkowa wieża ciśnień i łabądek



Obserwowaliśmy też ptaki wodne, a było ci ich tam zatrzęsienie. Wielu budowało gniazda. Poniżej możecie zobaczyć jedną parę łysek przy pracy. Jedno buszowało po szuwarach w poszukiwaniu materiału budowlanego. Gdy udało się coś porządnego znaleźć, dostarczało je drugiemu. Drugie odbierało materiał i układało… Od czasu do czasu przeganiali inne ptaki, gdy zanadto się zbliżyły…



trzymaj!

przywiozłem coś

wiozę deskę

coś znalazłem…

wiozę…



jestem…

masz!

lecę po następne

KURKA WODNA!

łyska



kormorany








czernica on


czernica ona

kaczki górskie


Po drodze wstąpiliśmy na kawę i lody. Przy płaceniu trochę zwątpiłam... ponad 40€ za 2 kawy, soczek, mleko czekoladowe i 3 lody to jakby deczko drogawo... Ceny rosnące w oczach zaczynają budzić coraz poważniejsze obawy co do przyszłości.

Któregoś dnia ubawiliśmy się z nieporozumienia językowego pomiędzy Tatą a Synem. Nie pamiętam, jakie słowa dokładnie padły, bo nie słuchałam za bardzo, a zainteresowałam się dopiero, jak Młody spojrzał na mnie z miną "co ten ojciec znowu za bzdury gada".  W każdym razie w pewnym momencie z ust Taty padło słowo "BIS", które wywowało u Młodego lekką konsternację. Od razu zobaczył bowiem przed oczami "BEES" i począł się zastanawiać o co Staremu chodzi z tymi pszczołami. Jakie znowu pszczoły?!  Okazało się, że nigdy wcześniej nie słyszał słowa "bis" i nie znał jego znaczenia, a że jego mózg przyzwyczajony jest do używania kilku języków jednocześnie i na zmiany to mózg wyświetla mu zawsze wszystkie dostępne znaczenia, co czasem wprowadza zamieszanie, a czasem go bawi. Z tego powodu staram się np uniakć rozmowy o chórach, bo niderlandzkie słowo "hoer" też wymawia się chór, ale ono znaczy "dziwka", co jest dla młodego wielce zabawne. Mnóstwo jest takich wyrazów, które powtarzają się w niderlandzkim, polskim, angielskim czy francuskim, ale znaczą co innego, a u nas mówienie mieszaniną języków stało się już normą, bo non stop komuś szybciej mózg podpowie wyraz w drugim czy trzecim języku zamiast po polsku. Młodzież często wręcz nie zna niektórych słów po polsku, szczególnie terminów matematycznych, biologicznych, medycznych, nazw niektórych przyrządów czy na ten przykład roślin. A i mnie czasem polskie słowo nie może się przypomnieć. W moim przypadku problemem zaczyna być słownictwo z zakresu okołodzieciowego, urzędowego, czy medycznego, bo jednak cześciej na te tematy poza domem rozmawiam, niż w domu, a przecież tylko w domu posługuję się polskim w mowie.

Innego dnia popedałowałam do sklepu, gdzie po włożeniu do koszyka potencjalnych składników obiadu, poszłam do działu z kosmetykami, by se krem dopaszczowy kupić, bo mi się był skończył... Jeszcze nie zdążyłam dopatrzeć się półki z kremami dopaszczowymi, jak jakaś niska skośnooka pani podsunęła mi flaszkę z jakąs wodą miclearną, czy coś w tym stylu (nie używam tego to się nie znam) zapytując się, czy ta jest z oliwką, "bo z oliwką są lepsz, gdyż cośtam...".  Z wyglądu wyglądało jakby było z oliwką, ale nadal się nie znam, więc zaczęłam próbowac rozszyfrować napisy prawie niewidzialnymi literkami w wielu językach oprócz tego, który bym znała... W końcu znalazłam "arganolie" więc powiedziałam pani, że jest z oliwką. Podziękowała się kłaniając, jak to Azjaci tylko potrafią, że od razu czujesz się jakiś mądry i ważny i w ogóle bardzo podziękowany... Potem mi powiedziała, że kremy z loreala, które oglądam, w innym sklepie są teraz w promocji i drugi jest za połowę ceny. Potem zaczęłyśmy gadać o kremach, zdrowiu, jakoś na raka się zeszło bo i ona miała przyjemność... A potem doszłymy do leczniczych właściwości miodu i jego cen oraz jakości. To była rozmowa bardzo krajoznawcza. Pani okazała się pochodzić z Indonezji, ale mieszkała też ponoć w Korei i Japonii... 

No i tak, proszę ja was, kupując zwykły krem dopaszczowy w pobliskim markecie, poznać można ludzi z innego kontynentu i pogadać z nimi o miodzie, modzie, pogodzie i aktualnych promocjach. Lubię to!

Innego dnia Młoda zapytała, czy wybiorę się z nią do Antwerpii. Ja podałam pytanie dalej i tak w sobotę z rańca wyruszyłyśmy we trzy baby koleją do Antwerpii. Tam najpierw poszłyśmy do sklepu z muzyką rockową The Rocking Bull https://shop.therockingbull.rocks/, bo Młoda chciała zobaczyć, co to za sklep. Kupiłam Młodemu czapkę z zespołem.

Tuż obok był sklep z komiksami Mekanik Strip https://www.mekanik-strip.be/. Nie było w planach jego odwiedzanie, ale że sklep Black Witch https://www.blackwitch.be/nl z odzieżą gotycką, zanjdujący się po drugiej stronie ulicy jeszcze był zamknięty, poszłyśmy do tej komiskowni. Panie, dwa piętra wypełnione komiksami! Żadna z nas nie jest ich fanem, ale obejrzeć było warto.

U Czarnej Wiedźmy Najstarsza kupiła sobie płaszcz, Młoda koszulkę z trupią czachą, a ja niebieską farbę do włosów. Całkiem fajny to sklepik i dość ciekawe stroje posiada na wieszakach. Choć jakiegoś ogromnego wyboru to tam nie ma i jak coś fajnego to raczej dla takiej szczapy jak Najstarsza, czyli rozmiary 34, 36, czy jak kto woli S. 

Potem zgłodniałyśmy, więc udałyśmy się do znanej już nam z poprzednich wizyt wegetariańskiej knajpki meksykańskiej. Wrzuciłyśmy coś na ruszt, pogłaskałyśmy psisko właścicieli, które zawsze towarzyszy klientom przy jedzeniu, ale nie podchodzi bez zaproszenia. Gdy wejdziesz do środka zaraz się pojawia i stoi przypatrując ci się z dala. Jeśli spojrzysz na nią (to ona) zachęcająco albo zagadasz, podejdzie od razu i można ją pogłaskać. Po zaakceptowaniu cię jako klienta, oddala się. Fajny pieseł. 

pieseł

wegański tacos 🌮 


Tak gwoli ścisłości, w Belgii obecność psów w restauracjach jest czymś totalnie zwyczajnym. Mnóstwo ludzi przychodzi ze swoimi pupilami, które leżą sobie grzecznie pod stołami w oczekiwaniu aż człowieki się posilą. 

Po napełnieniu żołądków polazłyśmy w stronę szmateksu z odzieżą na wagę, bo Młoda powiedziała, że przyzwoite rzeczy tam można znaleźć. Zaiste. Kupiłam sobie kurtkę skórzaną , śmieszną bluzę i oczobolne portki letnie za ok 20 ojro.

Zanim tam jednak dotarłyśmy, ja zauważyłam księgarnię De Sleghte https://www.deslegte.com/. To sieć księgarń z książkami używanymi.... Poprawicie mnie pewnie, że taka księgarnia to antykwariat się nazywa i pewnie będziecie mieć rację, ale mnie z jakiegoś powodu antykwariat kojarzy się ze starymi i bardzo starymi, a do tego starością śmierdzącymi książkami, więc pozostaję przy księgarni. Ta księgarnia zajmuje parter, dwa piętra i piwnicę. Jest w czym wybierać. Ja obejrzałam na szybko tylko dział dla młodych dorosłych i wybrałam dla Młodego jedną książkę za 10€. Jeszcze nowością pachnie.

Po zakupach poszłyśmy do babskiego, czy jak kto woli lesbijskieg o baru, ale był akurat zamknięty. Siedziała jednak pod nim grupka osób, po wyglądzie i pozytywnej aurze od nich emanujacej sądząc, bez wątpienia stali bywalcy tego lokalu. Młoda zarządziła, że w takim razie idziemy wracamy na ulicę Pokątną, znaczy Sint-Jakobsmarkt, gdzie wcześniej byłyśmy w tym komiksolandzie i ubraniach dla wiedźm i gdzie znajduje się też czaderski bar dla fanów fantastyki i SF The Geeky Cauldron https://www.facebook.com/CafeTheGeekycauldron/






Podobało mnie się tam, ale byłam już piekielnie zmęczona, żeby nie powiedzieć wyczerpana, wypompowana, dętka do kwadratu. Wybrałyśmy po drinku z karty i Dziewczyny poszły zamówić. Wróciły z drinkami i ze śmiechem, bo się okazało, że zupełnie nieświadomie zamówiłyśmy se flagę Belgii. Mój drink De Raven (kruk) był czarny, Młodej czerwony, a Najstarszej żółty. Heheszkom nie było końca.

Ciekawa tam społeczność się gromadzi. Przesympatyczna, pozytywnie zakręcona. Z psem też ktoś był. A ktoś z wielką maskotką. Niektórzy w oryginalnym przyodziewku, którego żaden zwyklak nie odważył by się na się przywdziać. 

Tak oto mając blisko pięćdziesiątkę na karku mogę dzięki Moim Córkom odkrywać światy, o których istnieniu nawet pojęcia nie miałam przez te swoje bagatela pół wieku życia. Nawet jak tylko minimalnie mogę z tego korzystać, to raduję się wielce, że choć raz na jakiś czas te pół godzinki posiedzę w jakimś fajnym  barze i to w Doborowym Towarzystwie Własnych Dorosłych Córek. Do tego one stawiają! W ogóle obie się o mnie troszczą, zapytują co chwilę o moje samopoczucie i siły. Jestem Matką Najlepszych Dzieci na świecie.

Dalej parę obrazków z antwerpskich ulic….

dekoracja

dekoracja

dekoracja 





tak się buduje - front zostaje zabytkowy, tył robi się nowy

Dworzec Centralny w wieczornej odsłonie


ciekawy mural… 👀 


W niedzielę byłam z Młodym na basenie. Dokładnie to z Młodym i Starym, z tym że tylko Młody pływał, bo Małżonek to on woli na wodę przez szybę patrzeć. Siedział se w basenowej kawiarni i patrzył, jak się pluskamy. Kafetaria jest nad głównym basenem, więc mógł podziwiać epickie skoki do wody Naszego Epickiego Syna. Długo nie zaglądaliśµy na basen. Tak długo, że rano nie mogliśmy znaleźć naszej kosmetyczki basenowej, ani okularów. Miotaliśmy się po domu ze złością. A to wszystko w mojej torbie basenowej wisiało sobie na wieszaku w kanciapie. Wisi głupie w samym kącie i nawet się nie odezwie. O dziwo nawet ludziów za dużo nie było, więc i "na rzecze" postałam sobie pod wodospadem i przy biczach wodnych dla zdrowotności, i popływaliśmy na głównym, i na zjeżdżalniach pozjeżdżaliśmy, ze zdziwieniem konstatując, że wymienili długą zjeżdżalnię i ta nowa nie pozwala rozwinąć takiej prędkości jak ta stara wyślizgana. Gdy skóra nam się rozmokła i niemal zaczęła odpadać to dołączyliśmy do Małżonka w kafetarii, gdzie wsunęłam gofra z cukrem a Młody pulpety w sosie pomidorowym.