23 lutego 2025

Jak funkcjonuje świetlica, gdy brakuje wychowaców...?

Wiedziałam, że ciekawie będzie po odejściu czterech koleżanek. Jest ciekawie już po odejściu trzech.
Cieszę się, że nie jestem starym doświadczonym pracownikiem tej placówki i że aktualnie jakoby tylko z doskoku pracuję, a co najważniejsze, że będąc częściowo na zwolnieniu nie mogę za nic pracować więcej niż 10 godzin w tygodniu. Tymczasem koleżanki nie tylko nie mogą odebrać wolnego za nadgodziny (a niektóre mają kilkadziesiąt nadgodzin), ale ciągną dodatkowe dyżury tych godzin sobie tylko dokładając. Bo niema komu robić. 
W tym tygodniu dodatkowo jedną koleżankę rozożyła grypa i musiała zostać w domu. Mimo że szefowa schodzi na dół na dyżury (co do jej obowiązków bynajmniej nie należy), że nauczyciele przychodzą prowadzić odrabianie lekcji, że jakieś wolontariuszki czasem się zgłaszają do pomocy, że stażystka ciągnie pełne dyżury, gdy nie jest w szkole, to i tak jest za mało wychowawców na taką liczbę dzieci.

rowerem do pracy…

Jednego dnia zaistniała taka sytuacja, że rano była tylko jedna pani i ona sama musiała zaprowadzić dzieci do dwóch szkół. Co oznacza, że jedna grupa szła bardzo okrężną drogą odprowadzając kolegów do pierwszej szkoły. Na szczęście tylko koło dwudziestki ich było, a w tym dużo starszaków, które prowadziły przedszkolaki, ale mimo wszystko jest to narażanie dzieci na niebezpieczeństwo, bo chodniki są wązieńkie - ledwie dwoje dzieci koło siebie się mieści, po drodze bardzo ruchliwe rankiem i niebezpieczne skrzyżowania (zdarza się, że pani wyjdzie na środek ze znakiem stopu a jakiś palant za kierownicą przejedzie jak pojebany obok, bo komu by przyszło do głowy, że ta dwudziestoosobowa grupa dzieci w kamizelkach odblaskowych stojąca przed przejściem może chcieć przejśc przez drogę i ta pani ze stopem ma je BEZPIECZNIE przeprowadzić. Nawiasem mówiąc, rzecz jeszcze kilka lat temu nie do pomyślenia tutaj. Od pandemii ludziom totalnie tu zaczęło na drogach odpierdalać, co z przykrością i niesmakiem obserwujemy każdego dnia... 

Innego dnia koleżanka z drugiej świetlicy napisała na whatsappie, że miała kilkunastu przedszkolaków rano do odprowadzenia w pojedynkę i że mnóstwo nerwów ją to kosztowało, i że nie życzy sobie czegoś takiego powtarzać, bo to jest śmiertelene niebezpieczeństwo dla tych szkrabów. Gdyby się coś dziecku stało, ona za to przecież beknie. Przedszkolaki to tu dzieci w wieku 2 do 5 lat, czyli jeszcze takie małe gamonie i tam w tej świetlicy te maluchy idą same (bez starszaków znaczy), bo świetlica znajduje się koło szkoły podstawowej , więc starszaki po prostu się wypuszcza ze świetlicy o 8.15, gdy nauczyciele rozstawią blokady na przejściu dla pieszych i otworzą bramy do szkoły. Mamy tam "łańcuch" do przeprowadzania (takie kółeczka na sznurku, za które dzieci mają się trzymać), ale i to nie wiele pomaga, bo ci najmłodsi nie ogarniają czasem w ogóle,  o co kaman - nie mogą tych kółek w łapkach utrzymać, potykają się i zaplątują w sznurek, gubią plecaczki, wpadają w słupki czy inne dzieci... a tu chodniko-ścieżka jest dwukierunkowa i z przeciwka przejeżdza sporo rodziców z dziećmi i sporo samotnych uczniów, którzy jak to dzieci, nie zawsze też ostrożność zachowują. Czasem wręcz cudują, wygłupiają się na tych rowerach albo patrzą, gdzie psi srają zamiast przed siebie... Dużo trzeba, by jakiś dziesięciolatek na rowerze wjechał w dwulatka, gdy ten się zagapi i wlezie pod rower?

Jako się rzekło, jest ciekawie, a nie długo jeszcze jedna koleżanka odejdzie... 

Dziewczyny zaczęły się też już trochę feriami krokusowymi denerwować, bo na większość dni lista zapisanych dzieci jest pełna lub prawie pełna, czyli po 50 sztuk, a w tym sporo dzieci problematycznych (autyzm, adhd, problemy z emocjami, itd itp), co wróży ciężkie stresujące i wyczerpujące dyżury. 

Obserwuję też, że wygasł już entuzjazm załogi, jaki czułam po przyjściu do tej świetlicy kilka miesięcy temu, gdy nikt nie przewidywał tak dziwnej i nieprzyjemnej sytuacji, jaką mamy dziś. Dziewczyny wykonuja swoje obowiązki przykładnie, troszczą się o dzieci, miło rozmawiają z rodzicami, ale atmosfera jest inna... czuć, że już o wiele mniej każdemu zależy, że każdy chce po prostu uczciwie dorobić do końca i zamknąć ten rozdział... Każda z dziewczyn jest trochę przygaszona...

Powiem jednak, że mnie się dobrze na razie (odpukać) pracuje w takich okolicznościach. Może nawet takie okoliczności są dla mnie, tak jak wcześniej już pisałam, lepsze, bo nie czuję takiej presji, jak wcześniej, gdyż koleżankom już tak strasznie nie zależy na tym, by świetlica była idealna, przykładna i tiptop, więc moje niedociągnięcia nie są takie rażące. Brakuje ludzi, zatem wszyscy cieszą się, że ktokolwiek w ogóle przyjdzie na dyżur i pomoże utrzymać wszystko w jako takim porządku i standardzie. 
Przeto i mnie łatwiej wykonywać swoje obowiązki i zaakceptować fakt, że jestem w pewnien sposób niepełnosprawna i mogę tylko jak niepełnosprawna pracować.

poranek


Udało mi się chyba w końcu pozbyć autodestrukcyjnych niezdrowych ambicji do zostania świetnym wychowawcą świetlicy. Co było wielce prawdopodobnie możliwe 20 lat temu, ale w tym momencie i okolicznosciach jest nierelane. 
Robię wszystko najlepiej jak potrafię. Cieszę się z właściwych decyzji podjętych danego dnia, z każdego drobnego, ale dobrego pomysłu, który udało mi zrealizować w zabawie z dziećmi, każdego rozwiązanego konfliktu, każdego przytulasa i miłego słowa, z każdej wesołej rozmowy czy zabawy z dzieciakami i czerpię z tego sporo satysfakcji. 
Wkurzam się oczywiście na popełniane przez siebie gafy, błędy i swoje ograniczenia wynikające czy to ze stanu zdrowia, czy to bycia nie-Flamandem, ale umiem już (w większości przypadków) ten stan rzeczy zwyczajnie zaakceptować bez robienia sobie większych wyrzutów. Błędy, jakby irytujące nie były, ciągle są tylko błędami, z których należy wyciągać wnioski, by w przyszłości podejmować lepsze decyzje i dzialania. Zauważam też błędy robione przez koleżanki z wieloletnim stażem, co uświadamia mi, że każdemu się zdarza coś odwalić lub zrobić niewłaściwie i że nikt nie jest idealny... 

No tak, niby to wszystko jest prawda oczywista. Tyle że w praktyce wcale nie łatwa do przeforsowania w swoim mózgu. Szczególnie gdy jest się perfekcjonistą o niepewnym własnej wartości przygniecionym traumami z dzieciństwa i skutkami ówczesnych zasad wychowania. 
Czym innym jest bowiem teoria psychologiczna, a czym innym poczucie tego bluesa i odnalezienie właściwej drogi w sobie, a w końcu zmuszenie swojego mózgu do pójścia nią.
Zmiana myślenia i sposobu postrzegania  rzeczywistości to ciężka praca, przy czym każdy sam musi do tego dojść w swoim czasie, w swoim tempie i własnymi metodami. Choć rozmowy z psychologiem, czy właściwe lektury mogą w tym czasem trochę pomóc. 
Przede mną jeszcze bardzo długa droga, choć raduję się tym, co do dziś, jakby nie patrzeć , w stosunkowo krótkim czasie udało mi się już osiągnąć i poprawić w sobie.
Zaczęłam też lepiej pracować nad swoim ciałem. Znalazłam w necie nowe pomysły na ćwiczenia, bo dobrze jest czasem czegoś nowego spróbować. Dawniej trzeba było korzystać tylko z tego, co człowiek się w szkole na wuefie czy na treningu od sensei'a nauczył i samemu kombinować i testować różne wygibasy. Teraz można sobie w necie mnóstwo rzeczy u różnych fachowców od ciała (wszelakiej maści trenerów, joginów, fizjoterapeuktów) podglądnąć i wybrać z tego to co nam najbardziej odpowiada, a potem wystraczy tylko wytrwale ćwiczyć... 

Znalazłam np fajne ćwiczenia rozciągające skrępowane mięśnie, szyi, barku, kręgosłupa i ramion. Już czuję, że działają trochę. Na pewno poluzowały mi się już odrobinę mięśnie szyi i mam już mniejszy postresowy szczękościsk podczas snu i w czasie dnia, za co moje zęby powinny być mi wdzięczne. Jednak myślę, że górna część pleców (szczególnie z lewej strony) za bardzo jest już spięta i zbrylona, by tymi ćwiczeniami udało mi się z tym uporać. Znaczy okej, pewnie by się udało w końcu, ale to może trwać długie miesiące... Umówiłam się z lekarką, że jak moje ćwicenia nie przyniosą wyraźniejszych efektów po kilku tygodniach, to poproszę ją o skierowanie do kine (fizjoterapeuty). W sumie to już miesiąc temu (a nawet dwa) myślałam, by ją o to poprosić, ale trochę mi kasiory szkoda, bo to nie są tanie rzeczy, a ja nie sram ciągle pieniędzmi... Jednak chyba pora, bo już mnie wkurza, że co parę dni rano nie mogę nawet głową obracać albo że łupie mnie pod łopatką albo w szyi, albo z boku... przy każdym szybciejszym ruchu. 
Zbryliły się też mięśnie w okolicach dupy i dupopleców. Już to miałam kiedyś, więc rozpoznaję ten specyficzny ostry  ból i wyczuwam organoleptycznie te twarde bolesne kule skurczonych mieśni w przydupiu. Przypominam sobie też ten śmiechoból towarzyszsący rozmasowywaniu tego przez specjalistę. Bo to jest właśnie śmiechoból - takie uczucie że jednocześnie czujesz łaskotanie jak przed kichnięciem tylko bardziej śmieszne oraz ostry ból od którego masz świeczki w oczach. Wszystkie te zbrylenia i skurcze to jeden z rozlicznych skutków ubocznych długotrwałego stresu. 

Ćwiczenia na pewno mi nie zaszkodzą. Wykonuję je powoli, spokojnie, zwiększając co jakiś czas dawkę. Do niedawna robiłam tylko rano stały (od chyba 30 lat) podstaowwy zestaw któtkich ćwiczeń na rozruszanie po kolei wszystkich stawów. Co oczywiście dużo mi dało i co bez wątpienia zwróciło moim stawom praktycznie ruchliwość sprzed raka i co utrzymuje je w dobrym w miarę stanie. Nie dawno doszłam jednak do wniosku - zapewne pod wpływem zapachu zbliżającej się wiosny - że to o wiele za mało i że pora zacząć bardziej się starać i nie tylko na stawach się skupiać, ale zacząć wzmacniać zramolałe i osłabione przez ostatnie trzy lata opierdalingu mięśnie. Pierwszego dnia udało mi się z wielką biedą wycisnąć zaledwie dwie babskie pompki (na kolanach). Po kilku dniach, już mogłam zrobić jednak pięć. Teraz już spokojnie 20 zrobię, choć zwykle ograniczam się do 10. Nie wysilam się zbytnio. Robię niezbyt dużo ćwiczeń na raz, by się zbytnio nie zmęczyć, BY SIĘ W OGÓLE NIE ZMĘCZYĆ, ale by trochę dać różnym częściom ciała odrobinę zajęcia, by sobie przypomniały jakie mają umiejętności i do czego służą.

Trzeci tydzień w pracy był dobry, jeśli idzie o samopoczucie fizyczne i psychiczne. Dawałam rady w miarę spokojnie przeżyć całe dni. Wniosek z tego taki, że jednak to te cholerne medykamenty tak mnie dojechały fizycznie i teraz, gdy ciało je przepompowało jest znacznie łatwiej.

Nie chcę tu bynajmniej powiedzieć, że nie jestestem teraz zmęczona, bo jestem, ale nie tak, bym nie mogła w miarę normalnie funkcjonować. Nie tak jak przed rakiem, ale tak jak ja funkcjonowałam przed rakiem to wielu ludzi nie funkcjonowało przez całe swoje życie. Mówię oczywiście o swojej nadzwyczajnej sile fizycznej, energii i kondycji. Teraz funkcjonuję na poziomie przecietnej pięćdziesięcioletnej dosyć leniwej nieruchawej zapuszczonej fizycznie baby, co można zatem nazwać jakąć normalnością, przeciętnością.

Tyle że mnie nie bardzo zadowala kondycja i siła przeciętnej baby....

No i to mowa tylko i wyłącznie o ostatnim tygodniu. Poprzedni był chujowy ze względu na osłabiający zastrzyk. Nie wiem, czy kolejne tygodnie będą równie dobre, czy zacznie się znowu pogarszać. A może będzie lepiej...? 

Faktem jest, że w tym tygodniu było w miarę dobrze. Kropka. 

Czwartek i piątek wieczorami byłam dętka. Wczoraj miałam ochotę już o 18 iść spać, bo padałam na pysk, no ale też ten tydzień pogoniłam moje ciało do roboty, bo dużo prania i dużo sprzątanie sobie zapodałam, a jeszcze dentystę odwiedziłam i w pracy też było nie tak jak powinno. 

Znaczy, powinnam pracować w poniedziałek, środę i czwartek, ale pracowałam w poniedziałek, wtorek, czwartek i piątek. Mniej niż 10 godzin, ale przez 4 dni, bo tak wyszło, bo taki jest ten zawód, że ciężko utrzymać stały plan, gdy sytuacja jest nieprzewidywalna. 

Dzięki temu wiem, że dwa dni pod rząd jest ciężej niż co drugi dzień. Fart taki, że w czwartek i piątek miałam dyżur na podwórku i że ogólnie jakos mało dzieci przychodziło do świetlicy. Nigdy nie wiadomo, ile danego dnia dzieci będzie, bo to rodzice każdego dnia z osobna decydują, czy odbiorą dziecko ze szkoły i czy je tam zaprowadzą, czy będzie ono szło do świetlicy. Czasem jakaś babcia czy dziadek może odebrać, czasem starsza siostra czy brat, czasem któreś dziecko urządza urodziny i rodzic odbiera kilkoro dzieci ze szkoły na raz, by zabrać je na przyjęcie... 



Tydzień temu mieliśmy w Belgii temperatury minusowe. Zimno było, ale bardzo przyjemnie ze wzgledu na suche mroźne powietrze, co jest tu raczej rzadkim zjawiskiem. Któregoś dnia nawet śniegu w nocy nawaliło, co było nie lada zaskoczeniem dla każdego, bo magiki od pogody zapowiadali tylko deszcz ze śniegiem, a tu rano verrasing (niespodzianka) - wszędzie bielusieńko i to warstwa dosyć gruba... Dziewczyny poleciały do Polski i zapytane o pogodę tam, odpisały "ciut zimniej niż u nas, ale śniegu to jednak w Belgii było więcej".
incydent zimowy w Belgii

W tym tygodniu za to była już prawdziwa wiosna. Nie wiem na jak długo zawitała tym razem, ale w czwartek termometry notowały 17 stopni. Flamandowie nieodmiennie mnie fascynują w kwestii ubioru. Nie wiem jak wy, ale u mnie zmiana ubrania z zimowego na wiosenny i odwrotnie to proces stopniowy. Grubą kurtkę, zastępuje kurtka cieńsza, potem jeszcze cieńsza, spodnie z rajtuzami pod spodem zamieniam na same spodnie, potem na cieńsze spodnie itd Tymczasem Belgowie chodzący cały czas w trampkach i bluzach nagle zobaczywszy śnieg (mimo niezmienionej temperatury czy odczuwalnego zimna) nagle buch wszyscy puchowe kurcice, czapy wełniane, rękawice i szale. Ledwie śnieg stopnieje, już te zimowe ubrania znikają i znowu trampki i bluzy. Nagle jeden dzień ciepła, a już połowa ludzi w spodenkach i klapkach.



Serio, jak byb cyk cyk! W czwartek niektóre dziewczynki przyszły w spódniczkach z gołymi nogami. Tak bawiły się na podwórku, gdzie jja pilnowałam ich w cieńszej, ale ciągle ZIMOWEJ kurtce i wcale mi sie jakoś specjalnie nie przewalało. W końcu 15 stopni (w cieniu więcej nie było, a raczej mniej) to dla mnie wciąż dosyć zimno, choć przyjemnie po killku dniach mroziku. Niektórzy tatusiowie też w spodenkach już przychodzili po dzieci. Wracając z pracy wieczorem, spotkałam jakąś babcię idącą na spacer w czerwonych sandałach bez skarpet, choc w kurtce... Małżonek jadąc do pracy też zauważył, że ludzie już w spodenkach rowerowali i maszerowali wszędzie... Chyba nigdy się do tego nie przyzwyczaimy haha.


A tak, dziewczyny nasze znowu wakacjowały się tydzień w Krakowiku ze swoimi znajomymi. Nie wiem, co tam robili, bo jeszcze nie zdążyły zdać pełnej relacji ani pokazać obiecanych zdjęć, bo jeszcze wypoczywają po podróży w ciszy własnych pokoi. Dla autystyków to duże przebodźcowanie taka impreza. Zgodnie powiedziały tylko, że ogólnie było spoko. Co mnie oczywiście raduje. Niech korzystają, póki mogą, bo nie wiadomo, co jutro przyniesie.

W międzyczasie przypadały kolejno urodziny naszych panów, ale postanowiliśmy ich obchody przełożyć na później, by świętować razem w spokoju, bez pośpiechu. Młodego w dniu urodzin odwiedziła kumpela z prezentem. Ta dziewczynka, której to prawdopodobnie życie był kiedyś uratował, gdy ona postanowiła spróbować je zakończyć i którą potem odwiedzaliśmy w szpitalu. Bardzo sympatyczna to dziewuszka, wrażliwa i ładna, a prezent, jaki dla Młodego własnoręcznie zrobiła, świadczy, że i bardzo utalentowana. Tylko bocian zrzucił ją najwyraźniej w niewłasciwym miejscu. Rodzice oboje nadużywają różnych substancji. Rodzice nie są też razem... Sytuacja z kategorii bardzo trudne i nie do pozazdroszczenia. 

Młody najwyraźniej tak samo jak ja i Młoda (Małżonek trochę też) ma też ten dar, tę moc która przyciąga anioły (czasedm białe, czasem czarne) z połamanymi skrzydłami. Ludzie czują, że do nas można przyjść tak po prostu i opowiedzieć o swoich problemach. Wcale nie koniecznie oczekują tych ich problemów rozwiązania, ale zwyczajnie chcą o nich móc pogadać, a czasem nawet nie o problemach chcą gadać tylko o czymkolwiek, o rzeczach banalnych, o codziennym życiu, o bzdurach. Po prostu gadać i być słuchanym. Ci ludzie nie oczekują często w ogóle niczego specjalnego, a tylko żeby ktoś był. Tak po prostu był na chwilę dla nich i z nimi. By ich słyszał i widział takich jakimi są i nie oczekiwał od nich niczego. 

Jak jeszcze moda byłam nie raz zdarzało mi się i nie dwa, że w pociągu, na przystanku, na plaży czy w sklepie nagle ktoś do mnie zagajał o pogodzie, a kwadrans później zaczynał opowiadać swoje życie. Tak po prostu. Zawsze byłam dobrym słuchaczam. Mogłam godzinami słuchać ludzi. Lubiłam to. Do mojej biblioteki dosyć często przychodzili ludzie w różnym wieku, by się wygadać. Nastolatki i dzieci opowiadały o szkole, żaliły się na nauczycieli, zwierzali z problemów w domu. Rówieśnicy opowiadali o relacjach, narzekali na obowiązki domowe, sąsiadów, pracę, relacje, emeryci przychodzili opowiadać o dawnych czasach... Wszystko było zawsze dla mnie fascynujace i ciekawe. Zawsze miałam czas i cierpliwość dla opowiadaczy.
W ostatnich czasach mój dar słuchania znacznie się osłabił. Sama bowiem zbyt wiele mam problemów i przemyśleń, które chciałabym komuś móc opowiedzieć, więc choć nadal słucham z chęcią ludzi, tak na dłuższą metę mnie to zaczyna irytować i drażnić, bo ja też chciałabym być wysłuchiwana przez kogoś. A słuchaczy jest na świecie bardzo, ale to bardzo mało. Każdy by tylko gadać chciał. Każdy chce opowiadać, chwalić się i żalić, a słuchać nikt nie umie i nikt nie chce... 
Ja mam tego bloga, który poniekąd spełnia moją potrzebę wygadania się, ale często jest to o wiele za mało. Zwłaszcza, że tutaj tylko bardzo powierzchownie mogę opowiadać o swoich przemyśleniach czy uczuciach. Takich najważniejszych, najbardziej osobistych spraw przeciez nawet w ogóle tu poruszyć nie mogę. I tak często piszę więcej niż powinnam... Mniejsza jednak o to.

Młody też ma tę moc. Młody umie słuchać, choc też potrzebuje dużo gadać. I też - tak samo jak ja - wkurza się, gdy ludzie nie słuchają, a tylko udają, że słuchają. A tak robi niestety większość ludzi. Większość ludzi ponadto z jakegos głupiego powodu (co obserwuję choćby na tym blogu) uważa, że jeśli ktoś im się zwierzy, to oni koniecznie muszą mu od razu udzielić jakiejś rady, wyskoczyć ze swoją opinią czy oceną, czego ja (i chyba większość ludzi w ogóle) najzwyczajniej w świecie nienawidzi a na pewno nie potrzebuje.

Do Młodego też często piszą (bo teraz najczęściej się pisze) rówieśnicy, którzy szukają wysłuchania i zrozumienia. Ma on kontakt z rówieśnikami z całego świata i gromadzi - tak samo jak Młoda - wokół siebie ludzi wrażliwych, a co za tym idzie, często z wieloma problemami, takie anioły z połamanymi skrzydłami... Bo Młody ma tę moc, w której każdy może się ogrzać i w której zrastają się nawet połamane skrzydła i znowu można wzbić się wyżej... Młody ematuje bardzo pozytywną energią. Dlatego, mimo że Młody nie pcha się do ludzi, mimo że praktycznie nie wychodzi z domu ani nie szuka towarzystwa, to ciągle ktoś go dokądś zaprasza, ktoś do niego pisze, dzwoni, non stop ktoś chce przebywać w jego towarzystwie... I nawet niezaproszony przychodzi i przynosi prezenty, jak ta koleżanka z dawnej klasy. 

Dziewczynisko kilka tygodni pracowało nad bukietem dla naszego epickiego Syna. Zamówiła też (nie mamy pojęcia gdzie!) książkę, z której Młody nie może się nacieszyć. Już ze sto razy mówił, że ta książka jest super, jest zajebista, czaderska, epicka... Piękny kolorowy album Jojo Bizzare Adventure. Skarb! Dziewczyna musi Go bardzo lubić, a nie są parą ani nic z tych rzeczy - tak gwoli ścisłości (nie żabym miała coś przeciwko, ale po prostu takie sa fakty). To dawna koleżanka z klasy, kumpela. Ale najwyraźniej dobra kumpela.
samodzielnie zrobiony bukiet od koleżanki




Niektórzy uważają, że dzisiejsze nastolatki, dzisiejsza młodzież to tylko w ekrany by się gapiła, że niczego nie potrafią, że głupi są i kompletnie niesamodzielni i wyjątkowo nieodpowiedzialni. Ja uważam, że ludzie jako gatunek się nie zmieniają z czasem. Zawsze są tacy sami. Część to leniwi ale nieszkodliwi idioci, część to skurwysyny bez skrupułów żyjąca kosztem innych, większość to nudne szare nieciekawe zwyklaki, a część to ludzie mądrzy, dobrzy i pracowici... Po prostu ludzie. Nie ma że dziś to tacy, wczoraj tacy. Zawsze tacy sami, tylko czasy inne i inne możliwości i konsekwencje danych poczynań.

Co poza tym? 
Znowu pękła mi żyłka w palcu, ale zapomniałam o tym powiedzieć lekarce, bo i tak za każdym razem mam tysiąc pytań do, niczym stara baba… Ale wrata (kurzajkę) kazałam se powtórnie wymrozić i tym razem śmieszny bąbel się zrobił, a potem rana, ale już się zgoiło prawie… Mam nadzieję, że kurzajka zniknęła.

bąbelek po wymrażaniu kurzajki


ciągle trochę siny palec środkowy...



Spacerowałam, rowerowałam i ćwiczyłam uparcie z nadzieją, że to właśnie jest właściwa droga i że się zdrowie dzięki temu poprawi a nie pogorszy…



Czasem coś gotuję, ale nie codziennie, bo czasem kupię np gotową pieczoną kurę albo zamówimy pizzę,czy frytki. Jak raz w tygodniu zjemy tylko kanapki czy jajecznicę to też się nikt nie zesra.
Jak mam więcej sił, nastrój i chęć to nawet coś ekstra zmajstruję. Ostatnio np kilka razy upiekłam pyszny chleb a wczoraj usmażyłam pączki i nadziałam część różaną marmoladą z polskiego sklepu, a część gęstym belgijskim advocatem. 
pączek domowej roboty

gołąbki 


Małżonek pamiętał o walentynkach i kupił mi tulpy i czekoladki. Ja nie pamiętałam, więc nic nie kupiłam. Na urodziny może coś tam dostanie ;-)
 

Sąsiadka się wyprowadza i zostawiła nam w spadku swoje meble ogrodowe, nożyce elektryczne i drzewko oliwkowe. Kury zaraz próbowały się okopywać w donicy, co było śmieszne. 
Rico już w pełni wyzdrowiała i grzebie też w najlepsze całe dnie oraz składa jajka.

Bożenka zastanawiająca się, czy kopać w tym, czy nie kopać...

Byłam na kontroli u dentystki i się okazalo, że znowu dwie małe dziurki się pojawiły. 
Od razu po powrocie do domu umówiłam online dwie wizyty. Najbliższy termin był NA CZERWIEC! Kuźwa, zaczyna się robić jak w Polsce! Wkurza mnie, że ta dentystka nie planuje człowiekowi od razu sama kolejnych wizyt, jak to jest u innych zębowróżek.
Najstarsza też nie dawno była u dentysty i sie okazuje, że jeden ząb już jest do niczego i wymaga korony, która to przyjemność będzie ją ponad tysiąć euro kosztować, bo fundusz nie zwraca nic za korony. 
Ja zapłaciłam za wizytę kontrolną 8€, gdyby to kogo interesowało.

czekając w poczekalni dentystycznej

Przeczytałam kolejny kryminał Aspe i czytam z Młodym książke, którą kiedyś nabyłam w tutejszej księgarni. Czytamy na zmiany po kawałku na głos, a w międzyczasie Młody czyta sam na obowiązkowych godzinach czytania w klasie, a ja potem nadrabiam byśmy mogli dalej znowu razem czytać. Opowieść z dreszczykiem  o urbexerach (zwiedzacze opuszczonych budynków), którzy prowadzą kanały na YT. Książka dla starszych nastolatków i młodych dorosłych. Młody jest emocjonalnie starszym nastolatkiem.


jak zawsze dobry kryminał

moje aktualna kolekcja Aspe - wszystko ksiązki z drugiej ręki




16 lutego 2025

Stronger Than All !!!! Czyli byliśmy na koncercie PANTERY!!!!



Spełniam przedwyborcze obietnice i znowu będzie o muzyce. Niezupełnie  jest to dokończenie poprzedniego tekstu , bo na to trzeba jeszcze chwilę poczekać. Ale to co chcę napisać jest dla mnie bardzo ważne gdyż taka okazja może się już nie powtórzyć.

Ian Curtis tragicznie zmarły wokalista zespołu Joy Division powiedział kiedyś  „Marzenia nie spełniają się nigdy, nie wznoszą się lecz spadają „ może coś w tym jest. Jadnak ja uważam że czasem małe marzenie się spełnia i przy odrobinie cierpliwości i poświęceniu można je zrealizować.
O koncercie tego zespołu marzyłem  około 30 lat z małymi przerwami, a to nie grali w Polsce a to alkohol i takie różne zawirowania. Aż wreszcie 10.02. 2025 stanęliśmy oko w oko z Panterą bo  to o nich mowa. Zespół Pantera to dla mnie osobiście jeden z najlepszych i najbardziej nowatorskich,bezkompromisowych , odkrywczych i przede wszystkim najbardziej wpływowych zespołów  ostatnich 35 lat a może nawet wszechczsow. Bez muzyki Pantery nie było takich zespołów jak Korn, Machine Head, Fear Factory czy nawet Slipknot to  pokazuje jak wielkim zespołem są i jaki wpływ wywarli na całe pokolenie muzyków.

Zespół Pantera poznałem na początku lat dziewięćdziesiątych przez mojego kolegę Jacka z którym pracowałem kilkanaście lat  (Jacek jest obecnie po drugiej stronie  metalowego grania gdyż przegrał walkę z nałogiem ).  Jacek miał kompletnego świra na punkcie Judas Priest ale lubił też wiele innych  kapel i gatunków muzyki o których gadaliśmy praktycznie codziennie. Aż tu nagle któregoś dnia przytargał płytę CD  zupełnie mi nie znanej kapeli Pantera pt. „Vulgar Display Of Power" i mówi posłuchaj tego  i powiedz co myślisz. Wziąłem płytę i pierwsze co przyszło mi do głowy to, co to za nazwa dla metalowego zespołu….śmiech. Już wtedy dysponowałem dobrym sprzętem do słuchania muzyki a mianowicie wieża segmentową Sony oraz głośnikami Tonsil Altus o mocy 110W każdy. Gdy odpaliłem płytę to po prostu zostałem wbity w ziemię, Boże co to był za dźwięk , jakie emocje i energia płynąca z tej muzyki ora niebywała wręcz świeżość.Nikt tak wtedy nie grał a jakość brzmienia i w ogóle dźwięku porażała zmysły swoją nieokiełznaną wręcz gwałtownością. No i odpłynąłem zupełnie, to było to. A trzeba wam wiedzieć że w tym czasie byłem zafascynowany innym zespołem i ich debiutanckim albumem czyli „Burn My Eyes" Machine Head. Dzisiaj mam przed oczami  moje dyskusje i spory z Jackiem o to który zespół jest lepszy  i kto będzie miał większy wpływ mną muzyka metalowa w przyszłości. Zgodnie doszliśmy do wniosku że to Pantera otworzyła nowy rozdział w ciężkim graniu i tchnęła nowego ducha w ten nieco już skostniały w owym czasie gatunek muzyki. Jacek zaraził mnie miłością do muzyki Pantery a ja mu pokazałem Tool oraz Dream Theater. To były czasy, lata dziewięćdziesiąte to dla mnie wspaniały i być może najlepszy okres w muzyce rockowej oraz szeroko pojętej muzyce metalowej.

Trochę historii przed daniem głównym. Pantera powstała w na początku lat osiemdziesiątych w Dallas w Teksasie z inicjatywy braci Vincenta Paula i Darrella „Dimebaga" Abbott, odpowiednio perkusista i gitarzysta. Bracia Abbott pochodzili z bardzo muzykalnej rodziny gdyż ich ojciec był profesjonalnym muzykiem i producentem muzycznym no i na początku miał dużo do powiedzenia w zespole. Początki były takie sobie rzekłbym i  niezbyt oryginalne  gdyż pierwsze trzy albumy są takie jakby gładkie  utrzymane w stylistyce glam czy też power metalu coś jak Motley Cure . Już wtedy dało się zauważyć  niezwykły talent Darrella do gry na gitarze ale tak jak wspomniałem te pierwsze albumy to dopiero zapowiedź tego co miało nadejść a najciekawsze dopiero przed nami. Muzyczny styl grupy zmienił się diametralnie po dołączeniu charyzmatycznego wokalisty Philipa Hansena Anselmo a skład uzupełniał basista Rex Brown i to jest oryginalny i zarazem kultowy skład Pantery czyli Darrell, Vinnie, Rex oraz Phil i ten skład przetrwał aż do końca czyli do 2003 roku. Już z Philem na wokalu w 1990 roku wydają krążek pt „Cowboys From Hell" który pokazuje zupełnie nowe oblicze zespołu i wytycza kierunek w którym  będą podążać gdyż to całkowita zmiana stylu i przed  wszystkim podejścia do gry. Do dziś grają na koncertach utwór tytułowy oraz Damnation, Cemetery Gates czy Psycho Holiday.  Tak oto znaleźliśmy się w latach dziewięćdziesiątych a konkretnie w roku 1992 bowiem wtedy 25 lutego światło dzienne ujrzał album  „Vulgar Display Of Power" który rzucił świat metalu na kolana gdyż przed nimi nikt nie grał w taki sposób. To brzmienie, ta produkcja , gitara oraz perkusja to normalnie kosmos. To z tego albumu pochodzą takie killery jak Walk, Mouth For War, New Level, Fucking  Hostile, This Love oraz Hollow bez których nie może obejść się żaden koncert. Tak ta płyta to prawdziwa petarda, te emocje , energia i niezwykła wręcz chemia pomiędzy muzykami stworzyły arcydzieło. To jest jak okno wychodzące na bezkresny ocean. W 1994 ukazuje się moja ukochana płyta Pantery z bardzo sugestywną okładką pt „Far Beyond Driven" z takimi utworami jak Strenght Beyond Strenght, Becoming, Im Broken, Planet Caravan oraz mój ulubiony Five Minutes Alone. To te dwa albumy na zawsze zmieniły oblicze heavy metalu a z Pantery uczyniły zespół wręcz kultowy i najbardziej oryginalny. Oprócz wyżej wymienionych Pantera nagrała jeszcze dwa albumy studyjne „The Great Southern Trendkill"  oraz „Reinveiting The Steel"  oba równie znakomite, oficjalna  dyskografię zamyka album koncertowy pt „Official Live:101 Proof".

Grali tak ciężko i agresywnie, a mimo to w ich utworach słychać niesamowite melodie. Mieli również tego niesamowitego gitarzystę, który powalał swoją grą i niewiarygodnymi umiejętnościami.

ROB HALFORD

Za czasów ich świetności, nikt nie mógł nawet zbliżyć się do Pantery.

SCOTT IAN 
W szeregach Pantery występował jeden z najbardziej utalentowanych i nietuzinkowych gitarzystów swojego pokolenia tj Darrell Abbott zwany Diamndem lub Dimebagiem. Miał swój charakterystyczny i niepowtarzalny styl a przy tym wielką energię i charyzmę które czyniły z niego prawdziwego wirtuoza gitary. Moim skromnym zdaniem to był najbardziej utalentowany i nowatorski gitarzysta od czasów Randego Rhoadsa tragicznie zmarłego gitarzysty z zespołu Ozzego  Osbourna. Gdyby żył i dalej rozwijał swój talent i te niesamowite umiejętności to muzycznie Pantera byłaby po za zasięgiem dla jakiegokolwiek zespołu. Niestety stało się inaczej. Formalnie zespół przestał istnieć w 2003 roku i nie będę wdawał się tutaj w szczegóły jak i dlaczego bo mnie to po prostu nie interesuje. Dla mnie liczy się tylko muzyka i to ona jest najważniejsza ale chce wspomnieć o jeszcze jednej bardzo ważnej  rzeczy. Zespół naznaczony jest wielką tragedią bowiem po rozpadzie grupy bracia zakładają nowy zespół pod nazwą Damageplan. Jest 8 grudnia 2004 grają koncert w Columbus w stanie Ohio i nagle dochodzi do tragedii gdyż Darrell Abbott zostaje zastrzelony na scenie pięcioma strzałami w tył głowy przez jakiegoś psychola który zabije jeszcze trzy  inne osoby aż zostaje zastrzelony przez policjanta który był na koncercie. To się w głowie normalnie nie miesci, takie rzeczy tylko w USA. Kilkanaście lat później w 2018 roku umiera drugi z
braci Abbott czyli Vinnie Paul i historia zamyka koło. Dwóch założycieli i i najważniejszych muzyków nie żyje. Tak kończy się kariera jednego z największych i najbardziej oryginalnych zespołów w dziejach ciężkiej metalowej muzyki , pozostali nam tylko Rex Brown i Phil Anselmo.

Dobrze , miała być recenzja z koncertu a tu jest lekcja historii ale porządnej wiedzy nigdy za dużo. Mijały lata i co jakiś czas pojawiały się plotki czy też informacje że zespół powróci na trasę koncertową a zmarłych muzyków zastąpi a to ten albo tamten. Sam w to nie wierzyłem, przeciez takich ludzi  nie da się zastąpić. Aż  tu nagle w 2022 roku pojawia się oficjalna informacja że zespół Pantera wraca na trasę koncertową w hołdzie dla zmarłych członków zespołu. Skład uzupełnił gitarzysta Zakk Wylde znany z własnego projektu Black Label Socjety oraz z występów z Ozzym Osbournem oraz perkusista Charlie Benante z grupy Anthrax. Według mnie wybór doskonały choć wśród fanów opinie są podzielone. Ruszyli w trasę w  2023, wiadomo najpierw Ameryka i wszystkie wielkie festiwale , nawet nie myślałem że kiedykolwiek zagrają w tym składzie w Europie. A tu nagle taka  wiadomość  w czerwcu 2024 roku  tj. ogłoszenie europejskiej trasy koncertowej na rok 2025 a w rozpisce oczywiście Belgia i Forest National w Brukseli 10 luty 2025. To jest ta rzecz za którą lubię Instagram i zresztą mam go tylko po to żeby otrzymywać takie wiadomości od ulubionych artystów. Bilety zakupiłem już pierwszego dnia jak tylko pojawiły się w sprzedaży, siedząc na stołówce w pracy. Od razu  tą wiadomością podzieliłem się z synem, Naszym Epickim Izydorem przecież też jest wielkim fanem Pantery no i towarzyszy mi we wszystkich wydarzeniach koncertowych już od prawie roku.  Mamy to!!! Idziemy na koncert Absolutnej   Legendy. Wielka radość i odliczanie miesięcy, tygodni a później już dni.

Wreszcie nadszedł ten wymarzony dzień i pojechaliśmy , do Brukseli na wielkie muzyczne wydarzenie by móc patrzeć ,przeżywać i najważniejsze by poczuć tę moc , tą magię tej muzyki , ten niesamowity  klimat i by wreszcie stanąć twarzą w twarz z tymi legendarnymi muzykami. Ruszyliśmy wcześniej by  zająć jak najlepsze miejsce, by być po prostu blisko sceny. Udało się po mimo tego że czekaliśmy 3,5 godziny w deszczu i zimnie. Izydor dzielnie zniósł czekanie no i to dokuczliwe zimno oraz siąpiący deszcz i takim sposobem wylądowaliśmy w pierwszym rzędzie przy samych barierkach, w zasadzie pośrodku sceny (patrz zdjęcia)  Aha parking przezornie zarezerwowałem trzy tygodnie wcześniej by nie kombinować tylko wjechać i marsz na koncert. Marzenie się spełniło bowiem mieliśmy scenę i muzyków na wyciągnięcie ręki, dosłownie jak w pokoju , warto było poświęcić się i czekać w tej nieprzyjemnej pogodzie. Hala w środku bardzo ładna i przyjemna ale też sporo mniejsza od  naszego „Spodka" ale wrażenie robiła imponująca scena ze wszystkimi bajerami które teraz były zakryte w oczekiwaniu na występ gwiazdy wieczoru. Cały show rozpoczął się o godzinie 19.30  bowiem przed Pantera zagrały dwa inne zespoły tj. kolejno King Parrot oraz Power Trip zwłaszcza ten drugi zrobił na mnie olbrzymią wrażenie niezwykłą energią oraz dynamika swojego występu a muzycznie to taki klasyczny thrash metal. Około godziny 21.00  wielka czarna kurtyna z olbrzymim czerwonym Logo zespołu Pantera zakryła całą scenę i zostały dosłownie minuty do ich wyjścia na scenę gdyż ekipa techniczna uwinęła się bardzo szybko. Boże ależ to było napięcie i emocje, już  dawno czegoś takiego nie doświadczyłem. Dokładnie o 21.20 z głośników popłynęło intro które wprowadza muzyków na scenę a przez kurtynę widać było już pierwsze światła i wizualizacje. Dosłownie po trzech minutach kurtyna nagle opada a naszym oczom ukazał się widok którego nigdy nie zapomnę.Pantera w całej  okazałości czyli w centrum Phil Anselmo oczywiście  na dywanie i na boso, po lewej stronie Rex Brown na basie, po prawej  Zakk Wylde na gitarze oraz z tyłu za imponującym zestawem perkusyjnym z wizerunkami zmarłych braci Abbott  Charlie Benante. Ależ to było wejście po prostu kosmos, ta scena, te światła, te wszystkie efekty pirotechniczne i trzy wielkie ekrany to robiło naprawdę piorunujące wrażenia. Powiem tak gdyż w życiu byłem na wielu koncertach ale to co usłyszałem w Brukseli toż to przechodzi ludzkie pojęcie. Dźwięk który miażdżył i wbijał w ziemię a przy tym  był niezwykle czysty i selektywny , słychać było dosłownie wszystko, każde słowo, każdą nutę i frazę a perkusja toczyła się niczym walec przez cały koncert. Dźwięk jak w wysokiej rozdzielczości, jak z płyt audio, po prostu miazga,  klasa sama w sobie. Gdy do tego dodam niesamowite emocje , energię poszczególnych muzyków  oraz tą chemię którą się czuje to mamy kompletnie wszystko. Cała oprawa sceniczna , te wszystkie  wizualizacje oraz efekty świetle dopełniły całości a trzeba wam wiedzieć że ci ludzie mają grubo po pięćdziesiątce na karku a mogą wpędzić w kompleksy nie jednego młodego muzyka. Powtórzę jeszcze raz że pod względem dźwięku i w ogóle brzmienia czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem i nie wiedziałem, nawet nie wiem jak to opisać. Pod tym względem to najlepszy koncert na jakim kiedykolwiek byliśmy, i na jakim ja byłem sam.

Zagrali wszystko o czym mogłem marzyć począwszy od  „ New Level" przez Mouth For War,  Strenght Beyond Strenght, Becoming, Im Broken, nieśmiertelny Walk, Suicide Note Pt 2, This Love  no i mój ukochany Five Minutes Alone oraz Floods ze specjalnym pokazem i dedykacją. Utwór Floods pochodzi z albumu  „ The Great Southern Trendkill" a  na obecnej trasie jest dedykowany braciom Abbott przez obecny skład zespółu. Muzyce towarzyszą niezwykłe obrazy, filmiki i zdjęcia nieżyjących muzyków, wspaniała, wzruszająca i bardzo nostalgiczna chwila która trwa około 8 minut. Cudowna podróż w czasie, powrót do lat dziewięćdziesiątych, do najpiękniejszego moim zdaniem okresu w muzyce rockowo- metalowej. Te słowa Phila gdy zapowiada utwór, gdy mówi o szacunku, o fanach, o muzyce, o pasji o dziedzictwie Pantery, o dokonaniach tych nieżyjących i niezwykłych muzyków na długo pozostają w pamięci  i uwalniając niesamowite wzruszenie. To najpiękniejszy  i najważniejszy moment koncertu , bo ja  mu wierzę i wiem że nie robią tego dla kasy i chwały gdyż i bez tego są wielkim muzykami i  na zawsze pozostaną w sercach i umysłach swoich najwierniejszych fanów a ich dokonania będą inspiracją dla następnych pokoleń muzyków. Na bis zabrzmiał drapieżny i niesamowicie żywiołowy Fucking Hostile. Ponad sto minut  minęło nie wiedzieć kiedy i zeszli ze sceny a pożegnaniom i zdjęciom nie było końca. Dla nas ten wieczór mógłby trwać w nieskończoność po mimo tego ścisku i tłoku w jakim oglądaliśmy ten występ.  Nie żałuję ani jednej sekundy spędzonej pod sceną i dzisiaj poszedłby na ich występ jeszcze raz. Tylko tyle i aż tyle.

Słów kilka o tym co działo się w tłumie. Występy zespołu Pantera od samego początku ich istnienia są nacechowane niezwykłą wręcz energią i mnóstwem emocji i tak też było w Brukseli. Był niesamowity ścisk i tłok by nie powiedzieć że momentami wręcz tumult co nie wpływa na koncentrację i poprawny odbiór muzyki. U mnie górę wzięły emocje i jakoś dałem radę ale już  Izydor miał z tym większy problem gdyż zwyczajnie się bał w tych trudnych momentach . Po mimo tego że koncert bardzo mu się podobał i wywarł na Nim olbrzymie wrażenie, gdzieś tam w głębi jego muzycznego serca pozostał pewien niedosyt i lekki niepokój. Marzenie się spełniło, odliczał dni do ich występu ale jednak,on potrzebował więcej spokoju i koncentracji gdyż muzykę odbiera i przeżywa podobnie jak ja czyli całym sobą. Bardzo emocjonalnie.
Ja mam już swoje lata i wiele w życiu widziałem ale jedno chce napisać i podkreślić z całą mocą że tzw. crowdsurfing powinien być całkowicie i bezwzględnie zakazany na wszyskich imprezach czy to rockowych , czy metalowych. Koniec kropka, nie ma i już , jeśli się nie zastosujesz to wypad z imprezy gdyż nasze bezpieczeństwo i przede wszystkim zdrowie są najważniejsze. Ze swej strony będę to propagował i pisał gdzie tylko się da  by tego zabronić.

Podsumowując występ Pantery to najlepszy i najwspanialszy koncert w jakim dane nam było uczestniczyć, to spełnienie młodzieńczych marzeń. Czy Pantera w tym składzie jest najlepsza ? Krótka  odpowiedź brzmi TAK. Niech  nie powstaje nowa muzyka gdyż ten hołd dla braci Abbott jest czymś niezwykłym i niepowtarzalnym  i nie ma drugiego kompozytora jak Darrell i Vinnie Paul. Ogromny szacunek dla Rexa i Phila oraz pozostałych muzyków za to co robią.  Jesteście wielcy i jesteście Wspaniałymi Ludźmi. Legenda jest tylko jedna i jest nią PANTERA na zawsze🤘🤘🤘 
For Fans, For Musić, For Legacy !!!!🤘

Sorry za chaos i wszystkie błędy ale to bardzo emocjonalny wpis gdyż ja tak mam. Tak czuję i odbieram muzykę. Na koniec obiecane zdjęcia.

P.s Zapomniałem napisać o sali. Wyglądem nie zaskakuje, nie wyróżnia się, ot taka większa stodoła. Ale co najważniejsze i to chcę powiedzieć. Akustyka jest tam po prostu rewelacyjna, dosłownie wszystko słychać doskonale, żadnego dudnienia i jakiś innych przesterow. Super miejsce do słuchania muzyki,wracamy tam 9 kwietnia 2025 na koncert kolejnego naszego ulubionego zespołu a mianowicie występ zespołu GODSMACK !!!! Oj będzie się działo gdyż na ten koncert mamy specjalne bilety 🎫 






















Q















R