Wiedziałam, że ciekawie będzie po odejściu czterech koleżanek. Jest ciekawie już po odejściu trzech.
Cieszę się, że nie jestem starym doświadczonym pracownikiem tej placówki i że aktualnie jakoby tylko z doskoku pracuję, a co najważniejsze, że będąc częściowo na zwolnieniu nie mogę za nic pracować więcej niż 10 godzin w tygodniu. Tymczasem koleżanki nie tylko nie mogą odebrać wolnego za nadgodziny (a niektóre mają kilkadziesiąt nadgodzin), ale ciągną dodatkowe dyżury tych godzin sobie tylko dokładając. Bo niema komu robić.
W tym tygodniu dodatkowo jedną koleżankę rozożyła grypa i musiała zostać w domu. Mimo że szefowa schodzi na dół na dyżury (co do jej obowiązków bynajmniej nie należy), że nauczyciele przychodzą prowadzić odrabianie lekcji, że jakieś wolontariuszki czasem się zgłaszają do pomocy, że stażystka ciągnie pełne dyżury, gdy nie jest w szkole, to i tak jest za mało wychowawców na taką liczbę dzieci.
![]() |
rowerem do pracy… |
Jednego dnia zaistniała taka sytuacja, że rano była tylko jedna pani i ona sama musiała zaprowadzić dzieci do dwóch szkół. Co oznacza, że jedna grupa szła bardzo okrężną drogą odprowadzając kolegów do pierwszej szkoły. Na szczęście tylko koło dwudziestki ich było, a w tym dużo starszaków, które prowadziły przedszkolaki, ale mimo wszystko jest to narażanie dzieci na niebezpieczeństwo, bo chodniki są wązieńkie - ledwie dwoje dzieci koło siebie się mieści, po drodze bardzo ruchliwe rankiem i niebezpieczne skrzyżowania (zdarza się, że pani wyjdzie na środek ze znakiem stopu a jakiś palant za kierownicą przejedzie jak pojebany obok, bo komu by przyszło do głowy, że ta dwudziestoosobowa grupa dzieci w kamizelkach odblaskowych stojąca przed przejściem może chcieć przejśc przez drogę i ta pani ze stopem ma je BEZPIECZNIE przeprowadzić. Nawiasem mówiąc, rzecz jeszcze kilka lat temu nie do pomyślenia tutaj. Od pandemii ludziom totalnie tu zaczęło na drogach odpierdalać, co z przykrością i niesmakiem obserwujemy każdego dnia...
Innego dnia koleżanka z drugiej świetlicy napisała na whatsappie, że miała kilkunastu przedszkolaków rano do odprowadzenia w pojedynkę i że mnóstwo nerwów ją to kosztowało, i że nie życzy sobie czegoś takiego powtarzać, bo to jest śmiertelene niebezpieczeństwo dla tych szkrabów. Gdyby się coś dziecku stało, ona za to przecież beknie. Przedszkolaki to tu dzieci w wieku 2 do 5 lat, czyli jeszcze takie małe gamonie i tam w tej świetlicy te maluchy idą same (bez starszaków znaczy), bo świetlica znajduje się koło szkoły podstawowej , więc starszaki po prostu się wypuszcza ze świetlicy o 8.15, gdy nauczyciele rozstawią blokady na przejściu dla pieszych i otworzą bramy do szkoły. Mamy tam "łańcuch" do przeprowadzania (takie kółeczka na sznurku, za które dzieci mają się trzymać), ale i to nie wiele pomaga, bo ci najmłodsi nie ogarniają czasem w ogóle, o co kaman - nie mogą tych kółek w łapkach utrzymać, potykają się i zaplątują w sznurek, gubią plecaczki, wpadają w słupki czy inne dzieci... a tu chodniko-ścieżka jest dwukierunkowa i z przeciwka przejeżdza sporo rodziców z dziećmi i sporo samotnych uczniów, którzy jak to dzieci, nie zawsze też ostrożność zachowują. Czasem wręcz cudują, wygłupiają się na tych rowerach albo patrzą, gdzie psi srają zamiast przed siebie... Dużo trzeba, by jakiś dziesięciolatek na rowerze wjechał w dwulatka, gdy ten się zagapi i wlezie pod rower?
Jako się rzekło, jest ciekawie, a nie długo jeszcze jedna koleżanka odejdzie...
Dziewczyny zaczęły się też już trochę feriami krokusowymi denerwować, bo na większość dni lista zapisanych dzieci jest pełna lub prawie pełna, czyli po 50 sztuk, a w tym sporo dzieci problematycznych (autyzm, adhd, problemy z emocjami, itd itp), co wróży ciężkie stresujące i wyczerpujące dyżury.
Obserwuję też, że wygasł już entuzjazm załogi, jaki czułam po przyjściu do tej świetlicy kilka miesięcy temu, gdy nikt nie przewidywał tak dziwnej i nieprzyjemnej sytuacji, jaką mamy dziś. Dziewczyny wykonuja swoje obowiązki przykładnie, troszczą się o dzieci, miło rozmawiają z rodzicami, ale atmosfera jest inna... czuć, że już o wiele mniej każdemu zależy, że każdy chce po prostu uczciwie dorobić do końca i zamknąć ten rozdział... Każda z dziewczyn jest trochę przygaszona...
Powiem jednak, że mnie się dobrze na razie (odpukać) pracuje w takich okolicznościach. Może nawet takie okoliczności są dla mnie, tak jak wcześniej już pisałam, lepsze, bo nie czuję takiej presji, jak wcześniej, gdyż koleżankom już tak strasznie nie zależy na tym, by świetlica była idealna, przykładna i tiptop, więc moje niedociągnięcia nie są takie rażące. Brakuje ludzi, zatem wszyscy cieszą się, że ktokolwiek w ogóle przyjdzie na dyżur i pomoże utrzymać wszystko w jako takim porządku i standardzie.
Przeto i mnie łatwiej wykonywać swoje obowiązki i zaakceptować fakt, że jestem w pewnien sposób niepełnosprawna i mogę tylko jak niepełnosprawna pracować.
![]() |
poranek |
Udało mi się chyba w końcu pozbyć autodestrukcyjnych niezdrowych ambicji do zostania świetnym wychowawcą świetlicy. Co było wielce prawdopodobnie możliwe 20 lat temu, ale w tym momencie i okolicznosciach jest nierelane.
Robię wszystko najlepiej jak potrafię. Cieszę się z właściwych decyzji podjętych danego dnia, z każdego drobnego, ale dobrego pomysłu, który udało mi zrealizować w zabawie z dziećmi, każdego rozwiązanego konfliktu, każdego przytulasa i miłego słowa, z każdej wesołej rozmowy czy zabawy z dzieciakami i czerpię z tego sporo satysfakcji.
Wkurzam się oczywiście na popełniane przez siebie gafy, błędy i swoje ograniczenia wynikające czy to ze stanu zdrowia, czy to bycia nie-Flamandem, ale umiem już (w większości przypadków) ten stan rzeczy zwyczajnie zaakceptować bez robienia sobie większych wyrzutów. Błędy, jakby irytujące nie były, ciągle są tylko błędami, z których należy wyciągać wnioski, by w przyszłości podejmować lepsze decyzje i dzialania. Zauważam też błędy robione przez koleżanki z wieloletnim stażem, co uświadamia mi, że każdemu się zdarza coś odwalić lub zrobić niewłaściwie i że nikt nie jest idealny...
No tak, niby to wszystko jest prawda oczywista. Tyle że w praktyce wcale nie łatwa do przeforsowania w swoim mózgu. Szczególnie gdy jest się perfekcjonistą o niepewnym własnej wartości przygniecionym traumami z dzieciństwa i skutkami ówczesnych zasad wychowania.
Czym innym jest bowiem teoria psychologiczna, a czym innym poczucie tego bluesa i odnalezienie właściwej drogi w sobie, a w końcu zmuszenie swojego mózgu do pójścia nią.
Zmiana myślenia i sposobu postrzegania rzeczywistości to ciężka praca, przy czym każdy sam musi do tego dojść w swoim czasie, w swoim tempie i własnymi metodami. Choć rozmowy z psychologiem, czy właściwe lektury mogą w tym czasem trochę pomóc.
Przede mną jeszcze bardzo długa droga, choć raduję się tym, co do dziś, jakby nie patrzeć , w stosunkowo krótkim czasie udało mi się już osiągnąć i poprawić w sobie.
Zaczęłam też lepiej pracować nad swoim ciałem. Znalazłam w necie nowe pomysły na ćwiczenia, bo dobrze jest czasem czegoś nowego spróbować. Dawniej trzeba było korzystać tylko z tego, co człowiek się w szkole na wuefie czy na treningu od sensei'a nauczył i samemu kombinować i testować różne wygibasy. Teraz można sobie w necie mnóstwo rzeczy u różnych fachowców od ciała (wszelakiej maści trenerów, joginów, fizjoterapeuktów) podglądnąć i wybrać z tego to co nam najbardziej odpowiada, a potem wystraczy tylko wytrwale ćwiczyć...
Znalazłam np fajne ćwiczenia rozciągające skrępowane mięśnie, szyi, barku, kręgosłupa i ramion. Już czuję, że działają trochę. Na pewno poluzowały mi się już odrobinę mięśnie szyi i mam już mniejszy postresowy szczękościsk podczas snu i w czasie dnia, za co moje zęby powinny być mi wdzięczne. Jednak myślę, że górna część pleców (szczególnie z lewej strony) za bardzo jest już spięta i zbrylona, by tymi ćwiczeniami udało mi się z tym uporać. Znaczy okej, pewnie by się udało w końcu, ale to może trwać długie miesiące... Umówiłam się z lekarką, że jak moje ćwicenia nie przyniosą wyraźniejszych efektów po kilku tygodniach, to poproszę ją o skierowanie do kine (fizjoterapeuty). W sumie to już miesiąc temu (a nawet dwa) myślałam, by ją o to poprosić, ale trochę mi kasiory szkoda, bo to nie są tanie rzeczy, a ja nie sram ciągle pieniędzmi... Jednak chyba pora, bo już mnie wkurza, że co parę dni rano nie mogę nawet głową obracać albo że łupie mnie pod łopatką albo w szyi, albo z boku... przy każdym szybciejszym ruchu.
Zbryliły się też mięśnie w okolicach dupy i dupopleców. Już to miałam kiedyś, więc rozpoznaję ten specyficzny ostry ból i wyczuwam organoleptycznie te twarde bolesne kule skurczonych mieśni w przydupiu. Przypominam sobie też ten śmiechoból towarzyszsący rozmasowywaniu tego przez specjalistę. Bo to jest właśnie śmiechoból - takie uczucie że jednocześnie czujesz łaskotanie jak przed kichnięciem tylko bardziej śmieszne oraz ostry ból od którego masz świeczki w oczach. Wszystkie te zbrylenia i skurcze to jeden z rozlicznych skutków ubocznych długotrwałego stresu.
Ćwiczenia na pewno mi nie zaszkodzą. Wykonuję je powoli, spokojnie, zwiększając co jakiś czas dawkę. Do niedawna robiłam tylko rano stały (od chyba 30 lat) podstaowwy zestaw któtkich ćwiczeń na rozruszanie po kolei wszystkich stawów. Co oczywiście dużo mi dało i co bez wątpienia zwróciło moim stawom praktycznie ruchliwość sprzed raka i co utrzymuje je w dobrym w miarę stanie. Nie dawno doszłam jednak do wniosku - zapewne pod wpływem zapachu zbliżającej się wiosny - że to o wiele za mało i że pora zacząć bardziej się starać i nie tylko na stawach się skupiać, ale zacząć wzmacniać zramolałe i osłabione przez ostatnie trzy lata opierdalingu mięśnie. Pierwszego dnia udało mi się z wielką biedą wycisnąć zaledwie dwie babskie pompki (na kolanach). Po kilku dniach, już mogłam zrobić jednak pięć. Teraz już spokojnie 20 zrobię, choć zwykle ograniczam się do 10. Nie wysilam się zbytnio. Robię niezbyt dużo ćwiczeń na raz, by się zbytnio nie zmęczyć, BY SIĘ W OGÓLE NIE ZMĘCZYĆ, ale by trochę dać różnym częściom ciała odrobinę zajęcia, by sobie przypomniały jakie mają umiejętności i do czego służą.
Trzeci tydzień w pracy był dobry, jeśli idzie o samopoczucie fizyczne i psychiczne. Dawałam rady w miarę spokojnie przeżyć całe dni. Wniosek z tego taki, że jednak to te cholerne medykamenty tak mnie dojechały fizycznie i teraz, gdy ciało je przepompowało jest znacznie łatwiej.
Nie chcę tu bynajmniej powiedzieć, że nie jestestem teraz zmęczona, bo jestem, ale nie tak, bym nie mogła w miarę normalnie funkcjonować. Nie tak jak przed rakiem, ale tak jak ja funkcjonowałam przed rakiem to wielu ludzi nie funkcjonowało przez całe swoje życie. Mówię oczywiście o swojej nadzwyczajnej sile fizycznej, energii i kondycji. Teraz funkcjonuję na poziomie przecietnej pięćdziesięcioletnej dosyć leniwej nieruchawej zapuszczonej fizycznie baby, co można zatem nazwać jakąć normalnością, przeciętnością.
Tyle że mnie nie bardzo zadowala kondycja i siła przeciętnej baby....
No i to mowa tylko i wyłącznie o ostatnim tygodniu. Poprzedni był chujowy ze względu na osłabiający zastrzyk. Nie wiem, czy kolejne tygodnie będą równie dobre, czy zacznie się znowu pogarszać. A może będzie lepiej...?
Faktem jest, że w tym tygodniu było w miarę dobrze. Kropka.
Czwartek i piątek wieczorami byłam dętka. Wczoraj miałam ochotę już o 18 iść spać, bo padałam na pysk, no ale też ten tydzień pogoniłam moje ciało do roboty, bo dużo prania i dużo sprzątanie sobie zapodałam, a jeszcze dentystę odwiedziłam i w pracy też było nie tak jak powinno.
Znaczy, powinnam pracować w poniedziałek, środę i czwartek, ale pracowałam w poniedziałek, wtorek, czwartek i piątek. Mniej niż 10 godzin, ale przez 4 dni, bo tak wyszło, bo taki jest ten zawód, że ciężko utrzymać stały plan, gdy sytuacja jest nieprzewidywalna.
Dzięki temu wiem, że dwa dni pod rząd jest ciężej niż co drugi dzień. Fart taki, że w czwartek i piątek miałam dyżur na podwórku i że ogólnie jakos mało dzieci przychodziło do świetlicy. Nigdy nie wiadomo, ile danego dnia dzieci będzie, bo to rodzice każdego dnia z osobna decydują, czy odbiorą dziecko ze szkoły i czy je tam zaprowadzą, czy będzie ono szło do świetlicy. Czasem jakaś babcia czy dziadek może odebrać, czasem starsza siostra czy brat, czasem któreś dziecko urządza urodziny i rodzic odbiera kilkoro dzieci ze szkoły na raz, by zabrać je na przyjęcie...
Tydzień temu mieliśmy w Belgii temperatury minusowe. Zimno było, ale bardzo przyjemnie ze wzgledu na suche mroźne powietrze, co jest tu raczej rzadkim zjawiskiem. Któregoś dnia nawet śniegu w nocy nawaliło, co było nie lada zaskoczeniem dla każdego, bo magiki od pogody zapowiadali tylko deszcz ze śniegiem, a tu rano verrasing (niespodzianka) - wszędzie bielusieńko i to warstwa dosyć gruba... Dziewczyny poleciały do Polski i zapytane o pogodę tam, odpisały "ciut zimniej niż u nas, ale śniegu to jednak w Belgii było więcej".
![]() |
incydent zimowy w Belgii |
W tym tygodniu za to była już prawdziwa wiosna. Nie wiem na jak długo zawitała tym razem, ale w czwartek termometry notowały 17 stopni. Flamandowie nieodmiennie mnie fascynują w kwestii ubioru. Nie wiem jak wy, ale u mnie zmiana ubrania z zimowego na wiosenny i odwrotnie to proces stopniowy. Grubą kurtkę, zastępuje kurtka cieńsza, potem jeszcze cieńsza, spodnie z rajtuzami pod spodem zamieniam na same spodnie, potem na cieńsze spodnie itd Tymczasem Belgowie chodzący cały czas w trampkach i bluzach nagle zobaczywszy śnieg (mimo niezmienionej temperatury czy odczuwalnego zimna) nagle buch wszyscy puchowe kurcice, czapy wełniane, rękawice i szale. Ledwie śnieg stopnieje, już te zimowe ubrania znikają i znowu trampki i bluzy. Nagle jeden dzień ciepła, a już połowa ludzi w spodenkach i klapkach.
Serio, jak byb cyk cyk! W czwartek niektóre dziewczynki przyszły w spódniczkach z gołymi nogami. Tak bawiły się na podwórku, gdzie jja pilnowałam ich w cieńszej, ale ciągle ZIMOWEJ kurtce i wcale mi sie jakoś specjalnie nie przewalało. W końcu 15 stopni (w cieniu więcej nie było, a raczej mniej) to dla mnie wciąż dosyć zimno, choć przyjemnie po killku dniach mroziku. Niektórzy tatusiowie też w spodenkach już przychodzili po dzieci. Wracając z pracy wieczorem, spotkałam jakąś babcię idącą na spacer w czerwonych sandałach bez skarpet, choc w kurtce... Małżonek jadąc do pracy też zauważył, że ludzie już w spodenkach rowerowali i maszerowali wszędzie... Chyba nigdy się do tego nie przyzwyczaimy haha.
A tak, dziewczyny nasze znowu wakacjowały się tydzień w Krakowiku ze swoimi znajomymi. Nie wiem, co tam robili, bo jeszcze nie zdążyły zdać pełnej relacji ani pokazać obiecanych zdjęć, bo jeszcze wypoczywają po podróży w ciszy własnych pokoi. Dla autystyków to duże przebodźcowanie taka impreza. Zgodnie powiedziały tylko, że ogólnie było spoko. Co mnie oczywiście raduje. Niech korzystają, póki mogą, bo nie wiadomo, co jutro przyniesie.
W międzyczasie przypadały kolejno urodziny naszych panów, ale postanowiliśmy ich obchody przełożyć na później, by świętować razem w spokoju, bez pośpiechu. Młodego w dniu urodzin odwiedziła kumpela z prezentem. Ta dziewczynka, której to prawdopodobnie życie był kiedyś uratował, gdy ona postanowiła spróbować je zakończyć i którą potem odwiedzaliśmy w szpitalu. Bardzo sympatyczna to dziewuszka, wrażliwa i ładna, a prezent, jaki dla Młodego własnoręcznie zrobiła, świadczy, że i bardzo utalentowana. Tylko bocian zrzucił ją najwyraźniej w niewłasciwym miejscu. Rodzice oboje nadużywają różnych substancji. Rodzice nie są też razem... Sytuacja z kategorii bardzo trudne i nie do pozazdroszczenia.
Młody najwyraźniej tak samo jak ja i Młoda (Małżonek trochę też) ma też ten dar, tę moc która przyciąga anioły (czasedm białe, czasem czarne) z połamanymi skrzydłami. Ludzie czują, że do nas można przyjść tak po prostu i opowiedzieć o swoich problemach. Wcale nie koniecznie oczekują tych ich problemów rozwiązania, ale zwyczajnie chcą o nich móc pogadać, a czasem nawet nie o problemach chcą gadać tylko o czymkolwiek, o rzeczach banalnych, o codziennym życiu, o bzdurach. Po prostu gadać i być słuchanym. Ci ludzie nie oczekują często w ogóle niczego specjalnego, a tylko żeby ktoś był. Tak po prostu był na chwilę dla nich i z nimi. By ich słyszał i widział takich jakimi są i nie oczekiwał od nich niczego.
Jak jeszcze moda byłam nie raz zdarzało mi się i nie dwa, że w pociągu, na przystanku, na plaży czy w sklepie nagle ktoś do mnie zagajał o pogodzie, a kwadrans później zaczynał opowiadać swoje życie. Tak po prostu. Zawsze byłam dobrym słuchaczam. Mogłam godzinami słuchać ludzi. Lubiłam to. Do mojej biblioteki dosyć często przychodzili ludzie w różnym wieku, by się wygadać. Nastolatki i dzieci opowiadały o szkole, żaliły się na nauczycieli, zwierzali z problemów w domu. Rówieśnicy opowiadali o relacjach, narzekali na obowiązki domowe, sąsiadów, pracę, relacje, emeryci przychodzili opowiadać o dawnych czasach... Wszystko było zawsze dla mnie fascynujace i ciekawe. Zawsze miałam czas i cierpliwość dla opowiadaczy.
W ostatnich czasach mój dar słuchania znacznie się osłabił. Sama bowiem zbyt wiele mam problemów i przemyśleń, które chciałabym komuś móc opowiedzieć, więc choć nadal słucham z chęcią ludzi, tak na dłuższą metę mnie to zaczyna irytować i drażnić, bo ja też chciałabym być wysłuchiwana przez kogoś. A słuchaczy jest na świecie bardzo, ale to bardzo mało. Każdy by tylko gadać chciał. Każdy chce opowiadać, chwalić się i żalić, a słuchać nikt nie umie i nikt nie chce...
Ja mam tego bloga, który poniekąd spełnia moją potrzebę wygadania się, ale często jest to o wiele za mało. Zwłaszcza, że tutaj tylko bardzo powierzchownie mogę opowiadać o swoich przemyśleniach czy uczuciach. Takich najważniejszych, najbardziej osobistych spraw przeciez nawet w ogóle tu poruszyć nie mogę. I tak często piszę więcej niż powinnam... Mniejsza jednak o to.
Młody też ma tę moc. Młody umie słuchać, choc też potrzebuje dużo gadać. I też - tak samo jak ja - wkurza się, gdy ludzie nie słuchają, a tylko udają, że słuchają. A tak robi niestety większość ludzi. Większość ludzi ponadto z jakegos głupiego powodu (co obserwuję choćby na tym blogu) uważa, że jeśli ktoś im się zwierzy, to oni koniecznie muszą mu od razu udzielić jakiejś rady, wyskoczyć ze swoją opinią czy oceną, czego ja (i chyba większość ludzi w ogóle) najzwyczajniej w świecie nienawidzi a na pewno nie potrzebuje.
Do Młodego też często piszą (bo teraz najczęściej się pisze) rówieśnicy, którzy szukają wysłuchania i zrozumienia. Ma on kontakt z rówieśnikami z całego świata i gromadzi - tak samo jak Młoda - wokół siebie ludzi wrażliwych, a co za tym idzie, często z wieloma problemami, takie anioły z połamanymi skrzydłami... Bo Młody ma tę moc, w której każdy może się ogrzać i w której zrastają się nawet połamane skrzydła i znowu można wzbić się wyżej... Młody ematuje bardzo pozytywną energią. Dlatego, mimo że Młody nie pcha się do ludzi, mimo że praktycznie nie wychodzi z domu ani nie szuka towarzystwa, to ciągle ktoś go dokądś zaprasza, ktoś do niego pisze, dzwoni, non stop ktoś chce przebywać w jego towarzystwie... I nawet niezaproszony przychodzi i przynosi prezenty, jak ta koleżanka z dawnej klasy.
Dziewczynisko kilka tygodni pracowało nad bukietem dla naszego epickiego Syna. Zamówiła też (nie mamy pojęcia gdzie!) książkę, z której Młody nie może się nacieszyć. Już ze sto razy mówił, że ta książka jest super, jest zajebista, czaderska, epicka... Piękny kolorowy album Jojo Bizzare Adventure. Skarb! Dziewczyna musi Go bardzo lubić, a nie są parą ani nic z tych rzeczy - tak gwoli ścisłości (nie żabym miała coś przeciwko, ale po prostu takie sa fakty). To dawna koleżanka z klasy, kumpela. Ale najwyraźniej dobra kumpela.
![]() |
samodzielnie zrobiony bukiet od koleżanki |
Niektórzy uważają, że dzisiejsze nastolatki, dzisiejsza młodzież to tylko w ekrany by się gapiła, że niczego nie potrafią, że głupi są i kompletnie niesamodzielni i wyjątkowo nieodpowiedzialni. Ja uważam, że ludzie jako gatunek się nie zmieniają z czasem. Zawsze są tacy sami. Część to leniwi ale nieszkodliwi idioci, część to skurwysyny bez skrupułów żyjąca kosztem innych, większość to nudne szare nieciekawe zwyklaki, a część to ludzie mądrzy, dobrzy i pracowici... Po prostu ludzie. Nie ma że dziś to tacy, wczoraj tacy. Zawsze tacy sami, tylko czasy inne i inne możliwości i konsekwencje danych poczynań.
Co poza tym?
Znowu pękła mi żyłka w palcu, ale zapomniałam o tym powiedzieć lekarce, bo i tak za każdym razem mam tysiąc pytań do, niczym stara baba… Ale wrata (kurzajkę) kazałam se powtórnie wymrozić i tym razem śmieszny bąbel się zrobił, a potem rana, ale już się zgoiło prawie… Mam nadzieję, że kurzajka zniknęła.
![]() |
bąbelek po wymrażaniu kurzajki |
![]() |
ciągle trochę siny palec środkowy... |
Jak mam więcej sił, nastrój i chęć to nawet coś ekstra zmajstruję. Ostatnio np kilka razy upiekłam pyszny chleb a wczoraj usmażyłam pączki i nadziałam część różaną marmoladą z polskiego sklepu, a część gęstym belgijskim advocatem.
![]() |
pączek domowej roboty |
![]() |
gołąbki |
Małżonek pamiętał o walentynkach i kupił mi tulpy i czekoladki. Ja nie pamiętałam, więc nic nie kupiłam. Na urodziny może coś tam dostanie ;-)
Rico już w pełni wyzdrowiała i grzebie też w najlepsze całe dnie oraz składa jajka.
![]() |
Bożenka zastanawiająca się, czy kopać w tym, czy nie kopać... |
Od razu po powrocie do domu umówiłam online dwie wizyty. Najbliższy termin był NA CZERWIEC! Kuźwa, zaczyna się robić jak w Polsce! Wkurza mnie, że ta dentystka nie planuje człowiekowi od razu sama kolejnych wizyt, jak to jest u innych zębowróżek.
Najstarsza też nie dawno była u dentysty i sie okazuje, że jeden ząb już jest do niczego i wymaga korony, która to przyjemność będzie ją ponad tysiąć euro kosztować, bo fundusz nie zwraca nic za korony.
Ja zapłaciłam za wizytę kontrolną 8€, gdyby to kogo interesowało.
![]() |
czekając w poczekalni dentystycznej |
Przeczytałam kolejny kryminał Aspe i czytam z Młodym książke, którą kiedyś nabyłam w tutejszej księgarni. Czytamy na zmiany po kawałku na głos, a w międzyczasie Młody czyta sam na obowiązkowych godzinach czytania w klasie, a ja potem nadrabiam byśmy mogli dalej znowu razem czytać. Opowieść z dreszczykiem o urbexerach (zwiedzacze opuszczonych budynków), którzy prowadzą kanały na YT. Książka dla starszych nastolatków i młodych dorosłych. Młody jest emocjonalnie starszym nastolatkiem.
![]() |
jak zawsze dobry kryminał |
![]() |
moje aktualna kolekcja Aspe - wszystko ksiązki z drugiej ręki |