17 maja 2026

Moje ulubione zabawy i zabawki z dzieciństwa

Znowu zebrało mi się na wspomnienia z czasów, gdy na poziomki z drabiną jeszcze chodziłam :-)

Jakiś czas temu wspominałam sobie moje "owocowe dzieciństwo."  Dziś opowiem wam czym i w co się na gówniaka bawiłam najczęściej i najchętniej.

Pierwsze wspomnienia są raczej rozmazane i  żyją głównie dzięki opowieściom członków rodziny. Mam tu na myśli np moje przyrodnicze wyprawy z dziadkiem. Dziadek zmarł jak miałam pięć czy sześć lat, więc łatwo się domyśleć, że miałam mało lat wtedy, gdy on ciągał mnie po polach. A ciągał mnie systematycznie i tłumaczył cieprliwie świat. Wyruszaliśmy zwykle tuż po wschodzie słońca...

Z tego co mi wiadomo, łaziłam z nim z własnej i nieprzymuszonej woli i czasem wracałam jak prosię cała w błocie, rzepach itp. Matka nie  raz wspominała, że któregoś dnia po deszczu wróciłam do domu bez butów, krok od rajtuz mając w kolanach, a doły rajtuzowych stóp wlokły się za mną,  bo błoto mi rajtki zciągneło podczas marszu.  Tak mi się coś tam we łbie mgliście kojarzy, że dziadek prowadził chyba jakieś obserwacje czy tam liczenia dla GUS-u, ale jako się rzekło, mała wtedy byłam i guzik mnie tam sprawy dorosłych obchodziły... (może Ojciec mnie poprawi lub uzupełni po przeczytaniu tego tekstu..?). Dość, że dziadek nauczył mnie nazw chyba większości okolicznych roślin i zwierząt. No bo wiecie, jak też z tych dzieci, co to wszystko musiały wiedzieć, bo też byłam mądra, tak samo jak mój Staruszek i Jego Staruszek, czyli  Mój Dziadek. Obaj wiele mnie nauczyli o świecie, przyrodzie, planetach, gwiazdach... Pod kierownictwem ojca z kolei robiliśmy z bratem mnóstwo różnych eksperymentów i doświadczeń. Ojciej pozwalał nam sie też bawić wiertarkami, lutownicami, młotkiem... Co było na pewno lepsze niż jakieś tam głupie lalki. Moje Dziewczyny też zresztą często wpominają czaderskie zabawy u dziadka. 

W albumie znalazłam swoje zdjęcie w balii, która była lepsza niż te wszystkie dzisiejsze plastikowe baseniki :-).

Madzia w balii

Letnimi wieczorami czasem podczas rojów meteorytow Ojciec rozkładał koc czy materacyk na przyczepie, i leżeliśmy tam potem z lornetką gapiąc się w niebo i wypatrując spadających gwiazd. Doskonale potrafiliśmy rozpoznac gwiadę polarną, Mały i Wielki Wóz czy mleczną drogę.

Nasz dom znajdował się trochę na uboczu wsi, jak to farmy mają czasem w zwyczaju, więc blisko domu nie miałam za bardzo innych dzieciaków. Poza tym w dużej mierze preferowałam samotność i życie w świecie własnej fantazji, gdzie nikt sobie ze mnie podśmiechujek nie robił i gdzie nikt nie miał problemów ze zrozumieniem prostych rzeczy... No i miałam brata z którym nieźle się bawiłam... No okej, czasem też kopaliśmy się po dupach, wyzywali od ciuli, pluli na siebie i demolowali drugiemu szafki, ale i tak byliśmy dobrymi kumplami. Czego o siostrze raczej powiedzieć nie można, bo ta była za "wielkim gówniarzem" dla nas starszaków i wieczniej jej dokuczaliśmy albo jej uciekaliśmy ha ha ha... 

Od czasu do czasu złaziło się też do nas trochę towarzystwa albo my gdzieś na wieś leźliśmy, kiedy uporaliśmy się z naszymi obowiązkami i Starzy udzielili nam pozwolenia na opuszczenie domu... Zwykle wyglądało to tak, że otrzymywaliśmy konkretne zadania do wykonania przed wyjściem, których wykonanie było warunkiem do pójścia do sąsiadów czy nad rzekę. Pozwolenie miało też określony limit czasowy. Mogliśmy iść na godzinę albo na trzy. Do tego oczywiscie dostawaliśmy całą listę (ustną) dozwolonych i niedozwolonych zachowań, szczególnie w kwestii samotnych wypadów nad rzekę, a już szczególnie gdy właśnie z kuzynostwem czy sąsiadami żeśmy szli, bo wiadomo, że im więcej ludzia, tym głupsze rzeczy można wykombinować. Ojciec po uprzednim zbadaniu terenu pokazywał nam gdzie możemy włazić do wody, a jakie miejsca omijać ze względu na wiry, korzenie etc. Potem mogliśmy chodzić sami. Nad rzekę było chyba ze dwa kilosy i lubiliśmy bardzo tam łazić, nie tylko latem, gdy można było popływać, ale o dowolnej porze roku, by łązić, gapic się na ptaki, ryby, puszczać kaczki płaskimi kamieniami, robić zapory z wielkich kamieni i ogólnie na wodę sobie popatrzeć. Ta była fascynujaca szczególnie podczas wielkich opadów, gdy bura woda wylewała się z koryta i rozlewała po polach niosąc śmieci.

chlapanie się w rzece to była  obowiązkowa atrakcja każdych naszych wakacji

Tak, bardzo lubiłam chodzić nad rzekę o każdej porze roku, bo lubiłam się szwendać po krzakach, wypatrywać zwierząt no i grzebać po dzikich wysypiskach śmieci, których w tamtym czasie było na wsi mnóstwo, a już szczególnie nad rzeką. Znosiliśmy z bratem oczywiście różne śmieci do domu. A czasem udało się znaleść nawet coś pożytecznego. Raz np znaleźliśmy na wysypisku kupę skórzanych łatek do szycia piłek, które zanieźliśmy znajomym szyjącym piłki zawodowo i oni uszyli nam piłkę. Balon do środka dołożyli od siebie. Piłka to wtedy było coś, a nie jak teraz, że w każdym kiosku se kupisz. Dawniej mało kto miał prawdziwą piłkę, bo to były drogie i trudno dostępne rzeczy.

W piłkę dosyć często kopaliśmy, jak więcej ludu się zeszło w ogrodzie. Zasadniczo woleliśmy jednak zabawy wymyślone przez siebie. Systematycznie odbywała się zabawa rowerowa w policjantów. Grupa dzieci zasuwała wkoło rowerami (koło domu mieliśmy pewnie ze 2 hektary pola, to było się serio gdzie bawić, choc Starzy raczej nie tryskali entuzjazmem, gdy ktoś ganiał po uprawach, a groźba "pucówy" raczej każdego przed tym niecnym czynem skutecznie powstrzymywała). I tu najważniejsze były "dolary" czyli liście specjalnej "dolarowej rośliny", której widok do dziś wzbudza uśmiech na moim pysku i budzi wesołe wspomnienia. Ona się nazywa rdestowiec japoński albo ostrokończysty. Wiem, bo se wyguglowałam ostatnio, jak zrobiłam temu zdjęcie podczas spaceru, bo i w Belgii dolary rosną hehe... Dotąd jednak nie znałam nazwy tej rośliny. Tam gdzieś na pewno widziałam w jakimś przewodniku, ale nie zapamiętałam, bo przecież dolary to dolary, co tu kombinować i język se łamać: Rdestowiec ostrokończysty - no chyba mi nie powiecie, że to jest normalna nazwa dla prostej rośliny.

Powiedzcie lepiej, czym wy płaciliście w swoich sklepikach w dzieciństwie...?

"dolary" ;-)


Czasem owych dolarów używało sie bowiem też do zabawy w sklep albo bank, ale mandaty liściowe i zasuwanie  rowerami to o wiele lepsze zabawy niż nudny sklep.

Koło naszego domu zawsze też była piaskownica i pełno rupieci, którymi można się było na niej bawić. Zwykle w postaci starych garnków, konserwiaków (puszek po konserwach, patelni, słoików, rur etc.

Kolejna ulubiona zabawa to zabawa w piratów. Za stodołą stały wielkie drewniane sanie konne i one zaopatrzone w postawiony w nich stary koślawy stół oraz własnoręcznie zrobioną flagę piracką, były zawsze naszym pirackim statkiem. Drugi był zwykle przy kupie kamieni i złomu - zawsze coś się tam zmajstrowało. Zabawa polegała na utworzeniu dwóch drużyn (raczej nie więcej jak po 2, max 3 osoby, bo miejsca na okrętach nie było na więcej). Potem był czas na zebranie kul armatnich w postaci pacyn - zaschniętych grud ziemi, czasem (bardzo rzadko) woreczków z wodą. I zaczynała się wojna: trafić wroga a samemu nie oberwać za bardzo. Kochałam tę zabawę, mimo że czasem nieźle się oberwało w łeb wielką pacyną. No risk no fun.

W wojnę też się czasem bawiliśmy ganiając z kijami wkoło budynków i drąc się "ta-ta-ta-ta-wojtek-trafiony!" czy coś w tym rodzaju. To było jednak rzadkością. Nasz najmłodszy brat bardzo dużo bawił się w wojnę. Może wtedy była to bardziej popularna zabawa, niż za naszych czasów (braciak jest kilkanaście lat młodszy ode mnie).

tu się szwenadałam za gówniaka 


Kolejna zabawa pełna adrenaliny odbywała się w stodole. Był to berek po belkach pod dachem stodoły, słomie i sianie. To była dosyć niebezpieczna zabawa. Upadek z dużej wysokości nawet na siano mógł się skończyć źle, a na drenianą suszarnię do siana jeszcze gorzej. Przytłuczenie 10-kilową wiązką słomy też. W słomie można było łatwo skręcić kostkę, a nawet złamać nogę... No i dlatego ta zabawa była zajebista, bo dawała jakiegoś tam kopa adrenaliny. No i przez lata jakoś nigdy nikt sobie nic nie zrobił. Skakanie z belek w siano to oczywista oczywistość. Kto z wiejskich dzieci nie skakał w siano i nie jojczał potem podczas wieczornego mycia, gdy podrapana do krwi skóra piekła żywym ogniem...?

Superową zabawą było też podjeżdżanie traktorem, gdy zwoziło się słomę czy siano. Jak sąsiedzkie dzieci przyszły to nie raz i w siedmioro żeśmy w traktorze się gniotli i każdy po trochu kierował traktorem jadącym z prędkością żółwia, tak by dorośli spokojnie mogli ładować wiązki na przyczepę. Było przy tym trochę przepychanek i kłotni, ale i zabawa wyśmienita. Mając kika lat człowiek mógł poczuć się dorosłym i samemu  prowadzić taki wielki pojazd, jakim był poczciwy "rusek", czyli nasz czerwony traktor wiadomej produkcji. 

Chowanie się w kopach siana na polu czy wpolach kukurydzy też fajną było zabawą.

Robienie baz wszędzie to też chyba tradycyjna zabawa z tamtych czasów. My jedną mieliśmy na strychu starego drewnianego niezamieszkanaego już wtedy domu. Wchodziło się do tej bazy albo po piecu w korytarzu przez specjalny właz albo po ścianie domu uzywając wystających belek jako schodów, albo po bujających się schodach które ojciec pomógł nam zamocować, a były zrobone ze starego drewnianego taśmociągu (takie listweki na łańcuchach). Na dole były te schody przymocowane do palika wbitego w ziemię daleo od ściany tak, że tworzyły bujający się mostek. Czasem ściągało się schody z palika, gdy ktoś był w połowie, a wtedy delikwent leciał ze schodami do samej ściany z łoskotem i bum o ścianę. To był swego rodzaju chrzest bojowy, bo każdy się za pierwszym razem scykał. A potem chciał jeszcze raz polecieć.

Mieliśmy też liny czasem do drzewa przymocowane by się bujać, no i drążek do ćwiczeń z jakiejś starej rury. Zawsze też mieliśmy jakąś huśtawkę koło domu. Często na drzewie z łańcucha i rurki albo z opony. Na początku, jak byłam taka jeszcze batdzo mała, miałam "huśtawkę ze szczebelkami", jak widać na załączonym obrazku. Ona była zawieszona na specjalnym stelażu drewnianym.



Raz (jak już oczywiście większa byłam - pewnie nawet nasto) zrobiłam sobie hamak ze sznurka do snopowiązałki. Nie umiałam robić właściwych węzłów więc wiązałam byle jak, ale jak sie na to położyło materacyk z łóżeczka to dało sie spokojnie na tym huśtać. Wisiał on między wiśniami w sadzie. 

Zwykle mieliśmy też skakankę, a jak nie, to se ze sznurka czy powroza robiliśmy. Piłka zawsze jakaś była w domu - przeważnie jakaś tania gumowa albo nadmuchiwana, ale było czym podbijać i rzucać. Czasem pojawiały się rakietki do badmintona, ale to szybko sie psuło. Był też jakis sezon na ping-ponga, ale  głównie w szkole sie grało, bo w domu nie było za bardzo gdzie, choć zdarzało sie coś kombinować ze stołem gościnnym, ku wielkiej radości Matki haha.

A i wrotki miałam bardzo wcześnie. Takie były nakładane na buty i nawet ojciec, jak pamiętam, na nich próbował na początku jeździć... Ja uczyłam się jeździć po dużym pokoju, który stał wtedy pusty po śmierci dziadka i raz zawadziłam o słoik z żółtą  farbą olejną stojący na kaloryferze... Na parkiecie już zawsze była ta wielka żółta plama haha.

Potem już jako nasto czy tam młodzi dorośli mielismy rolki i nawet sporo na nich rolowaliśmy po drodze.

A jeszcze szczudła były w uzyciu. Też ojciec nam je zrobił, czyli pełen profesjonalizm. Dwie pary. Było z tym zabawy.

Prawie zapomniałam o gumie do skakania. Matka kupiła mi 5 metrów zwykłej gumki do majtek. Graliśmy w trójkąta, a nawet w czworokąta. To była jedyna gra na gumie, w którą lubili grać chłopcy. Oskakaliśmy się na szkolnych korytarzach dzień za dniem tygodniami.

Pamiętam też z wczesnego dzieciństwa jak robilimy fujarki z wierzby na wiosnę. Ojciec uczył nas wycinać scyzorykiem te gwizdki, ale nie powiem, bym pamiętała jak to sie robiło.

Fujarki-piszczałki robiło się też z młodego żyta i tak chodzilismy i piszczeliśmy przez pół dnia.  Próbowalismy grać na różnych liściach. Nasza babcia była mistrzyną w grze na liściu bzu. Dosłownie  potrafiła każdą melodie zagwizdać na tym liściu. Nigdy nie posiedliśmy tej sztuki. 

Dalej były lalki z kukurydzy, wianki i naszyjniki z mleczy, stokrotek, torby szyte trawą z liści łopianu i czapki z liści łopaniu. No i zakulanie łodyg "mleczy" (mniszków) w wodzie. Z mleczy robiliśmy też piszczałki ale one są ohydne w smaku blee. No i proce, łuki, które systematycznie co jakis czas kraftowaliśµy z różnym skutkiem. Wędki też robiliśmy z kija, sznurka do snopowiązałki i ugiętego grubego gwoździa. Tylko ryby nam  nie brały za bardzo ha ha ha. Nie należy też zapominać o "dziadach", czyli rzepach - kolczastych kulkach łopianu, którymy się obrzucaliśmy albo przyczepialiśmy drugiemu na plecach. Najlepiej jak się to we włosy komu wczepiło. Oj, bolało wyplątywanie, bolało!

Ja kochałam kołysanie i kręcenie, jak to wielu autystyków. A propos kręcenia to turlanie się oczywiście należało do naszych ulubionych zabaw. Turlanie się z górek po trawie czy śniegu to oczywista oczywistość i super zabawa. Tata jednak pokazał nam coś znacznie lepszego, a mianowicie turlanie się w dętkach od traktora - i w małęj, i w dużej. W dużej musiał ktoś inny turlać. Człowiek wsiadał do dętki, rozciągał kończyny, by się dętka napięła i by sie dobrze trzymać rękoma i nogoma, a drugi (przeważnie ojciec) turlał detkę z osobnikiem w środku. W małej turlało się samemu. Zwijałeś się tam tak, by nogi wystawały po bokach, rękami chwytałeś się mocno dętki u góry nad głową i odpychając się nogami od ziemi robiąc fikołki mknąłeś przed siebie, a potem chodziłeś jak pijany. Zwykle taka jazda konczyła sie wykopyrtnięciem gdzieś w środku pola, ale uwielbiałam to. Nie zawsze oczywiście mieliśmy dętkę do zabawy, bo to nie były nowe dętki tylko dziurawe załatane łatką, z któych często schodziło powietrze po jakimś czasie. To nie były bowiem (i nie są) tanie rzeczy.

Stare dętki brało sie też naturalnie nad rzekę, by na tym pływać. Któregoś lata ojciec zrobił nam z jednej ponton zgniatając trochę dużą dentkę i przymocowując do niej sznurkami bodajże plandekę od siewnika do nawozów. 

Jak juz przy kołach jestem, to swego czasu jakiś ojca znajomy przywiózł nam (do dziś nie wiem w jakim celu) przyczepę starych opon samochodowych. Nie pamiętam, ile tego było, ale dużo. Co myśmy z tym nie wymyślali. Tunele, studnie, tory przeszkód... Najlepsza jednak była zabawa w walki opon. Tak, uwielbialam wszelakie walki i wojny. Zabawa polegała na toczeniu opon i zderzaniu ich z oponami przeciwnika tak by mu wypadły z rąk i się wywaliły. Wygrywał ten, którego opona nie została powalona. Najlepiej jak w oponach była woda po deszczu. To była zwykla taka brudna breja i jak się ktoś wypaplał to był śmiech. Któregoś dnia kuzyn przyszedł się do nas pobawić w "kościołowych" ciuchach i się pobrudził... W domu na pewno usłyszał niezły paternoster...

Też mieliście "kościołowe" ciuchy, szkolne i codzienne? Pamiętam, że my na co dzień tylko w starych dziurawych, połatanych, spranych, za krótkich ubraniach mogliśmy ganiać po podwórku. Pierwsze co się robiło po przyjścu ze szkoły, to była zmiana ubrania na codzienne, żeby nawet przy jedzeniu szkolnego przyodziewku nie pobrudzić. O kościołowym to już nawet nie mówię - ubranie od razu odkładało się z powrotem do szafy, by w kolejną niedzielę znowu móc założyć do kościółka... Miałam kilka róznych ubrań na zmianę, ale każdą sztukę się szanowało, bo nie było za co ani gdzie kupić następnej.

Któregoś roku mieliśmy fazę na zjeżdżanie z górki na starym wózku dziecinnym. Hardcore! To nabierało niezłej prędkości i łatwo było o wywrotkę lub w jechanie w drzewo czy do strumyka.

Zimą zjeżdżaliśmy z okolicznych górek na czym się dało: miski, stare ceraty, worki ze sianem, dętki od traktora... Sanki i narty to oczywiście podstawa. Moje pierwsze narty zrobił samodzielnie ojciec z wujkiem: ucięli deski, wysuszli je i wygięli, Okucia tata gdzieś kupił. Czad! Dostałam je na mikołajki.  Potem jeszcze brat sie na nich uczył jeździć. Sanki też ojciec sam uspawał z rurek i obłożył deskami. Nawet 5 dzieci się na nich mieściło. Jak szliśmy na sanki ze szkoły,  to zawsze je zabierałam, a wszyscy się kłócili o możliwość zjeżdżania na moich sankach bo najszybciej jechały i nie wywalały się łatwo, jak te szkolne. Zdarzało nam się też czasem, ale to już za nastolatka, pójśc pod las i stamtąd się póścić na dół na sankach. Najlepej było mieć do tego dwoje sanek - na jednych się siedziało, a drugie były do kierowania. Spod lasu do wsi była droga, jak to mówili, z pieca na łeb, czyli bardzo stroma i jak oblodzona była, to nie dało się tam niczym wyjechać bez łańcuchów na kołach, więc i ludzie nie jeździli, ale za to jak się sankami puścił, to prawie że do centrum dojechał bez odpychania. Ojciec nam opowiadał, że on z kumplami poszli krok dalej i razu pewnego wypchali całą bandą na tę górkę wielkie sanie konne, potem powskakiwali na nie i dawaj w dół... Dopiero pędząc w tym na złamanie karku skonstatowali, że mogli się byli zabić albo kogoś innego, kto by się napatoczył... Nie było wszak nad tym pojazdem żadnej kontroli. Dzieci to miały dawniej fantazję bogatą. Nie to co teraz, że tylko w interentach kozaczą i mocni są w stukaniu w klawisze.

Skoro już przy sankach jestem, to prawie każdej śnieżnej zimy przynajmniej raz udawało się Staruszka namówić na zorganizowanie kuligu za traktorem. Zapinano do traktora najpierw stare konne sanie (te od pirackiego statku też czasem, ale mielismy jeszcze żelazne o wiele lepsze do tego celu), bo one dawały bezpieczeństwo, że sanki nie wjadą pod traktor. Potem szły sanki zwykłe. Jedne za drugimi sznurkami powiązane. Z domu wyjeżdżaliśmy dwoma sankami w wracało się nie raz i z dwudziestoma, bo jechaliśmy po kuzynów, a oni zwykle powiadomili sąsiadów itd. Czasem akurat ktoś był na górce albo szedł z sankami to też przylatywał i się doczepiał, bo im więcej ludzi tym zabawa lepsza. Po drodze co chwilę ktoś sie wywalał albo sznurek się urywał. To znowu jakaś bitwa na śnieżki się rozwinęła... Fajne to były zabawy.

Z górki zjeżdżaliśmy też w nieckach (takie zabytkowe drewniane długie miski, co to prababcie w nich dzieci kąpały i ciasto robiły) dopóki wszystkich nie rozwalilismy na amen. 

Z zimowych zabaw należy jeszcze wymienić lepienie bałwanów i robienie iglo ze śniegu. No i ganianie po polach w największą śnieżycę. To było wielce satysfakcjonujące. Do tego strącanie sopli poprzez rzucanie w nie kulkami śniegu. O lizaniu sopli i jedzeniu śniegu wspominać nie bedę... 

Mieliśmy też sporo (jak na tamte czasy) normalnych zabawek, bo nasi rodzice systematycznie nam coś kupowali, jak tylko okazja się nadarzyła. Miałam bodajże trzy lalki, do których Matka uszyła mi ubrań i na szydełku narobiła. Czasem stały wytrojone na telewizorze jako dekoracja, gdy Matka zrobiła na szydełku nową sukienkę, czapeczke  i buciki z jakichś resztek. Maskotek też kilka mieliśmy. 

Jak byłam malutka, Ojciec uspawał dla mnie "konia" na biegunach, czyli taką drucianą huśtawkę pokojową. Mam zdjęcie na owym KONIU, ha! A kapelutek też przez matkę albo babkę zapewne robiony na szydełku.

koń na biegunach jaki jest każdy widzi


Jak byłam mała ojciec kupił mi też sterowany traktor na baterię, taki na kabel, który się wihajstrerkami trzymanymi w dłoni sterowało w prawo-lewo. No i kolejkę -  jeżdżące na prąd modele prawdziwych pociągów z torami. Niestety braciszek z kolegą rozpiździli to potem do imentu, bo to było bardzo delikatne i bardziej dla dorosłych przewidziane niż dla dzieci.

Mieliśmy też różne gry planszowe, karty, bierk, domino. Z gier planszowych najbardziej pamiętam Super Buissnes, coś w rodzaju kosmicznego Monopoly. No i szachy. W szachy grywaliśmy namiętnie sami z bratem i z dziećmi sąsiadów, którzy też do zapalonych szachistów należeli. Wtedy też w szkole dużo się grało w szachy i na każdej przerwie wyciągało się na stół szachownice. Ba, nawet jak nauczyciel na chwilę wyszedł to się kontynuowało grę, bo dobrze choć jeden ruch zrobić.... My mieliśmy też książki o szachach, a wnich pełno szachowych zadań, gdzie np przedstawiony był jakis układ na szachownicy i powiedziane w ilu ruchach masz dać mata czarnym. Godzinami żeśmy nad tym siedzieli i dumali, aż się udało. 

Poza tym często wlatywały gry karciane: wojna, goły, tysiąć, 66, cygan, wyścig pokoju, poker, no i kibel. Czasem budowało się też domki z kart z nudów. Bierki i domino też dość popularne wtedy były. Dalej były jeszcze gry na kartce z długopisem: państwa-miasta, kiełbaski (dla maluchów), wisielec (taki z liczbami), okręty, piłkarzyki.

Systematycznie dostawałam też kolorowanki. Nie w takich ilościach jak tera dzieci mają, ale jak była tylko okazja, to rodzice kupowali nam kolorowanki. Wtedy często były one w formie pojedynczych kartek zamkniętych w teczce. Kredki się wtedy bardzo szanowało i wyrysowywało do ostatniego milimetra. Plasteline też miewaliśmy, zwykle w jednym szaroburym kolorze, ale mieliśmy taką ulubioną zabawę w szukanie wzoru. Jedna osoba odbijała na plastelinie coś, dowolną rzecz zanjdująca się w danym pomieszczeniu, a pozostali musieli to znaleźć przyglądając się odbiciu. Oczywiście nie mogli widzieć, jak ktoś to odbija.

Nie mogę też oczywiście zapomnieć o pierwszym naszym komputerze, który rodzice kupili w latach osiemdziesiątych, gdy ja coś koło 10 lat miałam. Mieliśmy dużo gier, a że był to pierwszy komputer na wsi, to cała dzieciarnia do nas przychodziła pograć czasem.

Dużo graliśmy, rysowaliśmy w Koali Microilustratorze (podobne do  późniejszego Painta), uczyliśmy się trochę programowaćw BASIC-u. Mnówto czasu spędzaliśmy przed ekranem monitora. Siedzieliśmy po nocach grając, jak jakaś nowa gra wciągnęła albo znajomi byli do grania.

Mieliśmy też oczywiście mnóstwo zwierząt. Nie tylko krów, świn i kur, jak to wieśniacy, ale też zawsze był przynajmniej jeden pies i kilka kotów (w porywach do dzisięciu). Wszystko to bawiło się z nami i za nami wszędzie łaziło oraz z nami spało w łóżkach. Pamiętam, że któryś z naszych psów, bodajże Reksio, mały czarno-biały kundel, nie znosił z jakiegoś powodu naszego kuzyna. Szczekał na niego, jak tylko ten się poruszył. Na inne dzieci tak nie reagował. Nie wiem do dziś, co nim kierowało, ale jak bawiliśmy się w chowanego, to kuzyn miał przegwizdane, bo Reksio stawał przed kuzynem i na niego szczekał. Wyjątkowo łatwo było go znaleźć, gdziekolwiek by się nie schował haha.

Ja miałam też papużki faliste. Od maleńkiego marzyłam o tych ptakach, a rodzice spełnili to marzenie, gdy byłam gdzieś bodajże w drugiej klasie podstawówki. Moje pierwsze paużki miały na imię Kuba i Kasia. Hodowałam je około 20 lat. Kuba i Kasia doczekały się potomstwa. Kuba raz wyleciał z domu przez okno. Szukaliśmy go koło domu i wołaliśmy. W końcu ktoś zauważył biedaka wysoko na gruszy. Wspiełam się tam i przyniosłam go do domu. Na początku papużki mieszkały w klatce w kuchni. Co wieczór wypuszczaliśmy je, by sobie polatały. Potem, jak już miałam swój pokój zabrałam je do siebie, gdzie miały dużą klatkę, ale często były na wolności. Czasem całe dnie i noce siedziały sobie gdzieś na bluszczu rozpiętym pod sufitem albo na wielkim fikusie, czy na szafie, gdzie psuły stare książki. 

Na koniec powiem jeszcze o naszych rozlicznych kolekcjach.

Brat zbierał puszki po napojach. Ustawiał je na szafach w swoim pokoju. Była to niesamowita kolekcja zwązywszy na fakt, że my nie kupowaliśmy napojów w puszkach, bo nas nie było wtedy stać no i nie było tego w okolicznym sklepie. Większość puszek znajdowaliśy na rowie czy innych tam miejscach ze śmieciami. Grzebanie w śmieciach jakos było wtedy normalne.

Ja zbierałam historyjki z gumy Donald a brat samochody z Turbo (mieliśmy tego oboje ponad setkę każdy). Poza tym latami zbierałam opakowania po czekoladach. Wtedy czekolada to było coś i nowe opakowania nie za często się pojawiały. Ostatecznie uzbierałam ponad 200 różnych opakowań.  Do dziś żałuję, że wyrzuciłam je, gdy sie przeprowadzałam. To by była fajna pamiątka z dawnych lat.

Klasery ze znaczkami na szczęście zachowałam i mam je tutaj wszystkie trzy. Czasem znajduję jakis nowy znaczek i tam dorzucam z przyzwyczajenia, ale kto dziś jeszcze używa znaczków? Kto w ogóle używa poczty w celu pisania listu? Pamiętam, że przez jakiś czas miałam nawet  jakiś abonament na znaczki na poczcie i co jakiś czas przychodziła nowa kolekcja. 

Przy tej okazji wspomnieć też można pamiętniki oraz "Złote myśli" czy "Pele-mele". Wiecie, że do dziś mam swój pamiętnik? Mam! Mowa oczywiście o takim pamiętniku, do któgego inne dzieci się wpisywały. "Wszyscy się wpisują, lecz o tym nie wiedzą, że i ten pamiętnik kiedyś myszy zjedzą". Mojego jak dotąd nie zjadły. Leży sobie w szafie. Pamiętniki były fajne. Każda dziewczynka (chłopaki rzadziej) chyba wtedy miała. Wpisywali się ludzie z klasy, nauczyciele i rodzina. 

Złote myśli i pele-mele to chyba jedno i to samo, o ile się nie mylę. Nie pamiętam za dokłądnie, ale to był jakiś zeszty z mniej lub bardzie durnymi pytaniami, na które każdy wpisujący sie musiał odpowiedzieć. I jeszcze prezent się dawało sklejając kartki i wkładając tam np naklejki, czy suszonego kwiatka. Byli tacy, co okradali te zeszyty z prezentów, gdy dało im się do wpisania i oddawali takie wybebeszone. Bo ludzie to so.

Bardzo chętnie dowiem się, w co wy bawiliście się najchętniej za dzieciaka czy młodzika.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✍️ Skomentuj, jeśli masz ochotę, ale pamiętaj, że ten blog to moje miejsce w sieci, mój pamiętnik o moim życiu i zbiór prywatnych reflekcji na tematy różne i że ja tu ustalam zasady. Jeśli nie podoba ci się to, co tu widzisz, idź lepiej dalej...