14 kwietnia 2018

Wiosenne trzy po trzy bez ładu i składu

Siedzę znowu w ogródku z lapkiem i cieszę się ciepełkiem. Piękne, słoneczne i cieplutkie  sobotnie popołudnie. Jest coraz ładniej. Moja ulubiona pora roku. Kwitnie wszystko, co tylko o tej porze kwitnąć może - forsycja, magnolie, tulipany, żonkile, kaczeńce, pierwiosnki, mniszki i tak dalej i tak dalej... W naszym ogróduniu dziś otworzyły się tulipany i się zastanawiam, dlaczego tylko jakieś białozielone, skoro mnie się wydawało, że inne też miałam...? Dziś kupiliśmy kilka bratków w różnych kolorach, żeby było jeszcze weselej. Sąsiedzi jak jeden mąż wszyscy coś przycinają, przekopują, podlewają, zamiatają, sadzą, koszą, malują - co się tylko da zrobić koło domu. W sklepach, w których można kupić rośliny, grabie, farby, deski czy jakieś doniczki dzieje się istne szaleństwo. Flamandowie mają bzika na punkcie ogródków, dekoracji i porządków wokół domu. Mają do tego mnóstwo sprzętu i gadżetów. Na początku nawet się dziwiłam, że każdy kto ma koło domu przynajmniej jeden czy dwa krzaczki, posiada elektryczne nożyce do żywopłotu i zasuwa z tym co chwilę do tego swojego krzaka. Ale potem zajarzyłam, że to nie są wcale aż takie drogie rzeczy w stosunku do zarobków i że każdy może sobie je kupić i obrobić se habazia przy niedzieli. My też w tym roku sobie kupiliśmy tę zabawkę do naszego małego żywopłotu (i jednego bukszpana) i Mąż kręcił tu przed świętami Belgijską Masakrę Nożycami do Żywopłotu. 

 Wiecie co jeszcze fantastycznego jest w Belgii? No skąd byście mieli wiedzieć? Truskawki. Właśnie opędzlowałam półkilowe pudełko. Omniommniom. Pychota. W Belgii truskawki są dobre całą zimę. Mają tu specjalny zimowy gatunek - są takie długie i czasem do połowy zielone, ale smakiem niewiele odbiegają od tych letnich. Twardsze są deczko, ale ważne że dobre. Jedyną wadą jest ich cena, ale ta jest za wysoka (moim nader skromnym zdaniem) przez cały rok, nawet w tak zwanym sezonie. Choć cena truskawek to i tak nic w porównaniu z porzeczkami, agrestami, czy innymi jagodami - te ceny są po prostu z kosmosu wzięte. Teraz jednak truskawki są już te normalne, a truskawki to chyba mój ulubiony owoc. Nawet jak musiałam całe dnie na kolanach je zbierać w deszcz i skwar to zawsze pochłaniałam je kilami każdego dnia. 

Poza truskawkami i bratkami zafundowaliśmy sobie też inne przyjemności z okazji kończących się ferii wielkanocnych i początku prawdziwej zaokiennej wiosny.

Młody zaliczył dziś kolejne przyjęcie urodzinowe. Pogodę chyba sobie skubańce zamówili, bo zaplanować dmuchane zamki jak się uda plucha to trochę kicha... Dziś jednak było słonecznie. Bardzo słonecznie. Solenizant ma w ogródku psa, czochrate kury, kozy, alpaki - dla małolatów bomba. Zabawa była przednia - jak donosi Młody. Poza urodzinowym upominkiem od solenizanta przytargał też pełna serduszek laurkę od swojej dziewczyny. To musi być prawdziwa miłość - już drugi rok ta czarnooka Mołdawianka jest najfajniejsza dziewczynką w przedszkolu. Nie ma żartów - trzeba chyba zacząć składać na wesele ;-)

Wczoraj z kolei zrobiłyśmy sobie znowu wieczór matkaicórka i wybrałyśmy się w końcu do kina. Pierwsze kinowe plany położyło zapalenie oskrzeli, bo trochę głupio tak pójśc szczekać do kina. Inni ludzie mogli by być lekko zirytowani. Tak mi sie wydaje... Potem były egzaminy semestralne i tak cały czas coś... Poszłyśmy w końcu syćkie trzy na Rampage. Podobało się. Filmik w sam raz dla nastolatków - trochę strachu, trochę napięcia, odrobina żartu, fajne wybuchy i zmutowane zwierzaczki. Jak ktoś lubi King Konga i Godzillę to i to mu się spodoba na pewno. Młodą wkurzało trochę, że główny bohater (Dwayne Jonson) miał tę samą facjatę co główny bohater z Jumanji i się trochę z pierwa kałapućkało. Dla Najstarszej, która ma bardzo wrażliwe i czułe zmysły, za głośne były wybuchy. Poza tym okej. Mnie się też podobało, lubię wszak takie pierdołki oglądać. 

M_Jak_Mąż siedzi zaś na DOPie ...nie, nie na doopie (choć w sumie...) tylko na tymczasowym bezrobociu, bo jakoś coś w firmie nie przewala się ostatnio z robotą. Tyle dobrze, że związki płacą coś tam grosza za każdy dzień, nawet całkiem sporo. Mamy nadzieję, że sytuacja się naprawi, ale być może pora wyruszyć do VDAB porozglądać się za nową robotą w razie wu, bo to nie ma to tamto... Z drugiej strony to jego bezrobocie ma całkiem sporo pozytywów. Przez dwa tygodnie zrobiła się nowa furtka, pomalowały się wszystkie okna i drzwi, płytki przed domem się popodnosiły i kamienie się nie będą na nie nawalać. A no i jeszcze w ogródku ścieżka powstała i nie trzeba bedzie koło werandy na szczudłach po błocie się przedostawać tylko normalnie suchym trampkiem przejdzie. Do tego nawóz wysiany na trawę, żywopłot przycięty, dom wysprzątany no i najważniejsze: M_Jak_Mąż odkrył w sobie nową pasję - GOTOWANIE. Niesamowite, co nadmiar wolnego czasu może zrobić z człowiekiem. Powiem Wam, że mogłabym się nawet przyzwyczaić do tego, że przychodzę z roboty a tu praneczko porobione i wysuszone, chata wysprzatana, zoo nakarmione świeżą trawą, obiadek świeży na stole, herbatka, kawusia no full wypas po prostu. Żyć nie umierać. Zazdrościcie, dziewczyny? I dobrze, jest czego. Mam nie tylko najfajniejsze dzieci na świecie, ale też najlepsiejszego faceta, jaki kiedykolwiek chodził po tej planecie. Jednym słowem - pofarciło mi się w życiu. Cieszę się z tego każdego dnia. Choć pewnie nie za bardzo to okazuję, szczególnie gdy przychodzę z roboty... 

Ech... Ostatnio znowu mam chyba spore  braki magnezu w organizmie, bo się mi skonczył zapas z miesiąc temu i nie mogę trafić do apteki, choc niby na tej samej ulicy stoi... Do tego pewnie tzw przesilenie wiosenne. Znowu mnie skurcze łapią no i zmęczona jestem nienormalnie. Musze brać magnez bez przerwy, inaczej dupa. Robotę mam jaką mam, no ale kurde bez przesady. No żeby po 10 godzinach snu budzić się zmęczonym? Wracam z roboty i nie mam sił na nic, czasem nawet nie bardzo jarzę, co do mnie człowieki mówią. w tym tygodniu udało mi sie pospać po 10 godzin ciągiem 3 dni pod rząd i w piątek już w miarę funkcjonowałam normalnie. Dziś o szóstej już byłam też  normalnie wyspana i jak chłopaki potuptali na dół (Młody ma fabrycznie ustawione wstawanie o 6 rano) to nawet sobie książkę chwilę poczytałam zanim poszłam napełnić brzuch. 

Kwestia napełniania brzucha to u mnie też raczej do normalnych nie należy. Jeżu, jak tak patrzę na te internety, gazety to na prawdę się zastanawiam czasami co ze mną jest nie tak? No weźcie, gdzie nie spojrzę wszyscy się odchudzają na lato. Każda baba musi co najmniej raz w tygodniu napisac na fejsie, że odkryła nową zajebistą dietę, ćwiczy z jakąś Gumiakowską ...czy tam Chodakowską, Lewandowską (znam tylko nazwiska, nawet nie wiem jak wyglądają z gęby te cudotwórczynie), kupiła se rower, legginsy, matę do jogi, czy przebiegła 3 kilometry, bo LATO IDZIE... Jak żyję 41 lat tak ciągle słyszę, że ktoś musi się odchudzać, że trzeba, że to zdrowo być chudym... Odkąd pamiętam wciskali mi kit, że po 30tce zmniejsza się przemiana materii i się tyje. Czekałam. Pitolili, że po dziecku się tyje. Urodziłam więc troje... Cyganili, że jak sie je dużo słodyczy, chipsów, tłustych rzeczy, je po 18tej godzinie to stanie się szybko tłustą świnią... Żaram kilami ciastka, pączki  i cukierki. I wiecie co wam powiem? GUZIK Z PETELKĄ Bujda na resorach!. Bo ja mam 41 lat, urodziłam troje dzieci, odkąd pamiętam żarłam jak świnia i co? NIC! Jak byłam chuda - tak jestem. Ważę 7 kilo mniej, niż w liceum i mniej niż moja 13letnia córka. Nigdy przez 41 lat się nie odchudzałam, ale po ciąży szukałam metod na to jak trochę przytyć, żeby się psy na kości nie rzucały, jak szłam ulicą. Nawiasem mówiąc, nie udało się przytyć. Powiedziecie, że dobrze mam? Tak? A wstawaliście kiedyś o 3 w nocy, by zrobić sobie kanapkę, bo nie mogliście zasnąć z taką pustką w brzuchu? Tak, dobrze czytacie - jak ja jestem głodna to nie mogę spać. Testowałam to nie raz - jak jestem godna w nocy to albo pofatyguję się do tej cholernej kuchni i zjem coś, albo się będę budzić co pół godziny przez całą noc. A mieliście kiedys trzydniową migrenę, gdy zapomnieliście zjeść cokolwiek przez 4 godziny? Ja tak mam - ZAWSZE. Rano zawsze, ZAWSZE! jem śniadanie. Przychodzę do roboty i po 2 godzinach już czuję dziurę w brzuchu. Wtedy normalnie jem ciastko z mlekiem. Jak nie zjem (bo zapomnę se spakować kartonika i pudełka z ciastkami)), to po kolejnych 2 godzinach łzaczynam łapać doła, zawroty głowy i łapy mi się trzęsą jak staremu żulowi, no i pojawia się powolutku ból głowy narastający z każdą godziną niejedzenia. Około godziny 12-13 zwykle jem dwie podwójne kanapki i wyduldowuje pół litra herbaty. A jak zapomne kanapek albo nie mam czasu jeść, to migrena trwa 2-3 dni - jedzenie za późno nie pomaga. Nurofen tez nie barzo. Zajebioza po prostu. Dlatego jak widzę wokól ten cały szał odchudzania to mnie krew czasem zalewa... Bo dlaczego nie może być po prostu normalnie po równo tylko jeden musi cierpieć patrząc na ciastko, którego nie wolno mu zjeść a drugi musi pamietać, by ciastko mieć zawsze w kieszeni wycodząc z chaty na dłuzej niz godzinę...? 

Fajnie jest być chudziakiem, jeść co się chce i kiedy chce, nosić kiecki dla nastolatek, nie martwić sie kaloriami, ale trzeba pamiętać o zapasach jedzenia, jak sie idzie do roboty na 9 godzin (8 plus dojazdy), żeby być w stanie pracować, bo to bynajmniej śmieszne nie jest, jak nie masz sił by oddychać, a nie co dopiero latać na odkurzaczu. No a ten sen? Zawsze potrzebowałam dużo snu, bo widocznie szybko trawię, ale śpię powoli. Jednak teraz to już na prawdę muszę dużo spać, by sie organizm zregenerował, aż sie boję, co będzie za kolejne 10 lat... Wtedy będę chyba tylko jeść i spać, jak Garfield :-)

Pochłonełam właśnie kolacyjkę i teraz idę w kimono... (pisałam ten tekst z przerwami przenosząc się z miejsca na miejsce). No może, jeszcze poczytam Cooka, bo jakoś ostatnio mnie naszło i se kupiłam parę thrillerów medycznych na czytnik, a jutro ma nie padać (takie moje pobożne życzenie), bo mam ochotę porowerować ścieżkami innymi niż dom-klient-dom z moimi chłopakami albo i bez... Nie po to by się odchudzać. Tak zwyczajnie, dla przyjemności. Rowerowanie przecież nigdy się nie nudzi.