29 kwietnia 2017

Laptop dla każdego ucznia - wady i zalety

W szkole dziewczyn rozpoczęli ten rok szkolny projektem "laptop dla każdego ucznia". Wspominałam już o tym, ale przypomnę na wstępie, jak to działa.
Przy zapisie Młodej do szkoły podpisaliśmy zgodę (czy tam umowę - jak zwał tak zwał) na laptopa dla niej. Dostaliśmy specyfikację sprzętu, cenę oraz to ile nas to będzie kosztować. Nie będę tu wnikać w szczegóły. W szkole - jak wam wiadomo zapewne - systematycznie co trymestr dostajemy faktury: w przedszklu jest to kilka euro przeważnie za świetlicę, jakieś dodatkowe wycieczki itp, w podstawówce dochodzą jakieś obozy, co daje już kwotę około 50 czy 70  €, w średniej to już zależy od szkoły. U nas jest standardowo 50€, ale do tego właśnie dochodzi spłacanie lapka - 60€ (przy drugim dziecku ma być mniej) w trymestrze, czyli kwota, że tak powiem, do udźwignięcia, ale wiadomo - ziarnko do ziarka, dziecko do dziecka i kasy ubywa szybciej niż człowiek zdąża zarabiać :-) Lapka będziemy spłacać 3 lata, potem staje się on własnością ucznia.

podkradzione z: https://www.youtube.com/watch?v=dJED5-czjLM

Tak czy owak wszystkie pierwszaki w szkole średniej, którą wybraliśmy, mają od września własnego laptopa. Szkoła odpowiednio je przygotowała przed wydaniem. Mają Office'a i kilka innych przydatnych programów. Komp ma też wiele zabezpieczeń wprowadzonych przez szkolnych informatyków. Są hasła, różne blokady i ograniczenia itd. Stroną startową - co irytuje wielce moją Młodą - jest strona Smartschool i nie da się zmienić z poziomu ucznia haha. 

Pierwszą WIELKĄ wadą tego projektu, jest noszenie laptopa codziennie do szkoły i z powrotem. Trzeba go bowiem codziennie ładować (nie wyobrażacie sobie chyba ładowania laptów w szkole - 9 klas pierwszych po około 20 dzieci... a gdzie tu jeszcze drugie, trzecie, ..., szóste) 

Posiadanie laptopa nie jest niestety równoznaczne z pozbyciem się podręczników, a tych mają w Belgii całkiem sporo przy czym wszystkie są formatu A4. Co prawda nie noszą ich w całości, bo podręczniki są z wyrywanymi kartkami i tylko aktualnie przerabiany rozdział trzeba nosić w segregatorze. Część rzeczy (nie potrzebnych w danym dniu) można zostawić w szkolnych szafkach (każdy ma swoją na podwórku pod dachem - takie metalowe jak w amerykańskich filmach albo szafa w klasie). Mimo tego Młode taszczą codziennie plecak wypchany po brzegi a do tego zwykle jeszcze torbę na ramię, bo nie wszystko się zmieści. Na drugi rok kupimy większe plecaki (już podpatrzyłam z jakich firm mają rówieśnicy -  są mega duże, prawie jak turystyczne plecaczyska). Oprócz podręczników, piórnika i laptopa w etui oraz jedzenia na cały dzień (w szkole są 8,5 godziny plus prawie godzina pedałowania - jeść i pić się chce) trzeba czasem nieść strój i buty na w-f i inne dziwne rzeczy. 

torby rowerowe to niezbędne wyposażenie roweru ucznia w Belgii a kwiatki na kierownicy popularny dodatek ;-)


Do szkoły mają około 7 km, dokąd dojeżdżają przeważnie na rowerach, czasem autobusem. Rowery wyposażone mają w torby, co znacznie ułatwia transportowanie rzeczy i ubrań (rano mróz - po południu 20 w plusie to jeszcze kurtki i swetry dochodzą; czasem jakaś wycieczka na kajaki czy survival to jeszcze mokre portki i buty trzeba transportować - tutejsza szkoła jest dosyć urozmaicona). Ostatnio podniosłam plecak Młodej - na oko (raczej na rękę) 10-15 kilo, do tego duża torba na ramię. Jest co dźwigać, czyli taka szkoła średnia to nie dla byle chuderlaków jest - Młoda wiedziała, kiedy urosnąć i przybrać na wadze.

Laptop obowiązkowo trzeba nosić w plecaku (tornistrze), nie wolno nosić w rękach, bo na poczatku roku...
- jeden zostawił laptop w sklepie, a jak wrócił to już go nie było
- drugi zostawił na przystanku i tyle go widzieli
- trzeciemu wypadł - wyświetlacz do wymiany

Poza tym (jest jeszcze jedna wada, ale o niej na końcu) pomysł z laptopem w szkole wydaje mi się superowy. Młodzież na pewno woli korzystać z laptopa niż z tradycyjnego podręcznika. Laptop pozwala też bardzo urozmaicić i uatrakcyjnić lekcje.

Uczniowie korzystają z laptopów codziennie, u Młodej jak dotąd najczęściej na STEMie (logiczne), matmie i francuskim, ale też na wielu innych przedmiotach. 
Podstawą jest oczywiście Smartschool, czyli platforma umożliwiająca i ułatwiająca komunikację pomiędzy nauczycielami, rodzicami i uczniami. Na Smarstchool odnotowuje się  wszystkie punkty, raporty, uwagi, spóźnienia, terminy i tematy testów, zadań domowych, rzeczy do przyniesienia, wycieczki etc etc. 

Podczas lekcji korzystają z klasowej sieci, gdzie nauczyciel ma kontrolę nad wszystkim. 
Ponadto korzystają ze stron edukacyjnych - filmiki, quizy, dodatkowe zadania, gry edukacyjne (m.in. strona KAHOOT). Na lekcjach kreatywnych (plastyka, technika) szukają często w sieci inspiracji.

Ważnym elementem są prezentacje w Power Point'cie. Przygotowują je zarówno w klasie (w grupach lub indywidualnie) jak i na zadanie domowe. Po czym delikwent wychodzi na środek klasy, podłącza swojego lapka do projektora i jedzie z nawijką i obrazkami :-)

Laptopy przydają się też do wyciszania zgrai podczas lekcji. Młoda opowiada, że jak robią jakieś zadania i ktoś już się upora z tym, to jak ma przysobie słuchawki (a kto nie ma?), może słuchać muzyki z YT, żeby nie nudzić się i nie przeszkadzać innym.

Młodej bardzo podobają się bardzo zajęcia z programowania Arduino. Gdyby ktoś nie wiedział a chciał wiedzieć co to takiego, niech se tu kliknie. Ja też nie widziałam, ale Młoda mi opowiedziała hehe. 

Jako się rzekło, pozytywnie odbieram ten projekt. Jakby nie patrzeć to jest przyszłość, przeto im lepiej młodzież będzie sobie z techniką radzić, tym lepiej dla nich. Tutaj stawiają na praktykę, myślenie, kreatywność, umiejętność wyszukiwania i wykorzystywania informacji w różnych źródłach. Po kilku latach obserwacji mogę stwierdzić, że w Belgii nie napycha się głów niepotrzebną wiedzą. Człowiek ma znać podstawy i umieć znaleźć wszystkie inne informacje w różnych źródłach (internet, książki, czasopisma, instytucje, biura etc) a także ocenić ich przydatność oraz wiarygodność. Czasem fajnie jest wiedzieć różne rzeczy ot tak żeby wiedzieć, sztuka dla sztuki, żeby zaszpanować, ale czy to jest komuś tak na prawdę do szczęścia potrzebne...?

Na koniec jeszcze dwie wady projektu laptop dla każdego ucznia. O pierwszej wspomina Młoda - wiele zadań przeznaczonych jest do samodzielnej nauki, czyli można znaleźć do nich odpowiedzi i spora część uczniów po prostu je od razu przepisuje zamiast samemu zrobić zadanie. No ale ja pamiętam ze średniej szkoły tzw "zbiory zadań" zwykłe papierowe książki, które z tyłu miały zawsze odpowiedzi. Spora część osób zaczynała  zadanie domowe od tych ostatnich stron... 

Bardzo istotnym minusem dla mnie jako rodzica dziecka zwykłego ze skłonnością do ściemniania jest fakt, że ja jako rodzic NIE MOGĘ dziś powiedzieć - wyłączaj kompa i bierz się do do nauki! Bo dziecko musi codziennie sprawdzać smartschool i zawsze ma tę stronę otwartą by mi pokazać, że "właśnie sprawdza co jest na zadanie..." albo "dziś ma prezentację do zrobienia" tjaaa, tak jakby w naszych czasach człowiek nie miał zawsze na biurku otwartego podręcznika w razie co.

Otwieram drzwi do pokoju dziewczyn i widzę je obie przy kompach klik klik klik
- Co robicie? 
- Robię prezentację na modę...
- Właśnie sparawdzdam, co mamy zadane...
Padają odpowiedzi jednocześnie. Zanim stanę przed ekranem, już jest tylko smartschool lub Power Point... tylko czasem minecraft zmuli i nie chce się szybko zamknąć...
- ...nnno bo ten tego ten... tak mi się przypadkiem niechcący otwarł ten głupi majkraft
a z drugiego kąta tłit tłit tłit
- ...dżizas znowu klasa coś spamuje... oni tak cały czas, nie dadzą się człowiekowi uczyć spokojnie


Tja...

Bo ja nie miałam 12 czy 15 lat :P



21 kwietnia 2017

Skąd brać polskie książki w Belgii? Problem mola książkowego.

Jesteśmy rodziną moli książkowych. 

Wychowałam się wśród książek. Moi rodzice uwielbiali szeleścić kartkami w długie zimowe wieczory, a i latem, gdy czasu starczało. Babcia była bibliotekarką i jako dziecko przesiadywałam z nią w tej świątyni książek godzinami. Gdy byłam mała, rodzice i dziadkowie mi czytali, ale bardzo szybko opanowałam tę trudną sztukę i potem sama pochłaniałam po kolei książeczkę za książeczką. W szkole średniej nawet wolałam czas wolny spędzać z tym cichym towarzyszem niż z rówieśnikami. Dzień bez książki był dla mnie dniem straconym. Praca w bibliotece, którą rozpoczęłam dwa miesiące po zdaniu matury była  dla mnie rajem na ziemi - dała mi nieograniczony dostęp do książek, przyjemność niekończącego się wybierania i kupowania książek, radość ustawiania, przestawiania i porządkowania setek tomów na półkach, zabawę przy opracowywaniu, oprawianiu, pieczętowaniu, sklejaniu, zszywaniu i wąchaniu książek - zarówno farba drukarska jak i stary papier pachną wyśmienicie. 

W końcu doczekałam też tych cudownych radosnych chwil, gdy to mogłam własne pociechy poprowadzić do pełnego tajemnic ogromnego i pięknego świata książek. Najstarsza urodziła się z darem delikatności wobec stworzeń żywych i książek. Gdy potrafiła już sama siedzieć, potrafiła też samodzielnie oglądać książeczki - karteczki (nawet te cienkie) przewracała delikatnie i studiowała każdą stronę w wielkim skupieniu. Młoda hm no cóż, ona była prawdziwym smakoszem literatury i wszelakiego innego papieru. Wszystko brała do dzioba i przeżuwała. Do dziś mamy kilka pudełek puzzli, w których brakuje kilku kawałków, gdyż zostały zeżarte przez Młodą. Wszystkie bajeczki (także czasem te z biblioteki) miały obchlane i obciumkane rogi.

Dziś Młode za książkami nie przepadają już tak bardzo. Sporo czasu - jak wiadomo - zajmuje im czytanie podręczników szkolnych. Młoda czyta też sporo w Internecie. Ma swoje ulubione makabryczne opowiadania i inne pierdołki które doskonale zastępują jej literaturę. Po książki sięga tylko od czasu do czasu, gdy trzeba coś do szkoły przeczytać lub ktoś coś poleci. Najstarsza większość wolnego czasu spędza przy projektowaniu i urządzaniu domów w minecraft'cie. Poza tym czyta głównie książki popularnonaukowe z zakresu zoologii, botaniki i astronomii. Obie czytają zarówno po polsku jak i niderlandzku, z czego mimo wszystko chętniej w ojczystym.

Młody długo opierał się książkom. Robiliśmy kilka podejść do czytania, ale jego zainteresowanie książkami bardzo szybko wyparowywało. Przeglądał książeczkę siach-mach po 2 kartki na raz i sięgał po następną. Ani czytanie ani nawet opowiadanie obrazków nie znajdowało zrozumienia. Dopiero gdzieś w okolicach 4 urodzin zajarzył o co chodzi tak na prawdę z czytaniem książek i zaczął słuchać. Teksty musiały być na początku krótkie, żeby szybko mógł przewracać kartki, bp ileż można się gapić na jeden obrazek...

Teraz czytamy codziennie przed snem. Im dłuższe opowiadanko tym lepiej. Zdarzyło się nawet kilka (dokładnie trzy) razy, że czekał na mnie z książką w łóżku, a ja wredna macocha tak się certoliłam z kąpaniem, depilowaniem nóg albo zasiedziałam się przy pisaniu bloga, że biedne dziecko zasnęło z książką. Niestety to dziecko nigdy nie odpuszcza i nie zapomina, co się mu obiecało i jak obudziło się w nocy, zawołało matkę i kazało sobie czytać. Czytaliście kiedyś książkę obudzeni o 3 nad ranem? Ledwo widziśz na oczy, ledwo możesz mówić, ale cóż... To bardzo dobra nauczka, że nie należy zapominać o swoim dziecku i lekce sobie ważyć systematycznego czytania własnemu synowi.

M_jak_Mąż też jest miłośnikiem literatury i uwielbia czytać w wolnych chwilach. Ostatnio czyta - podobnie jak Młode - głównie Internet. Dlaczego? Każdy z mieszkających na obczyźnie pewnie zna odpowiedź - bo nie ma polskich książek.

Gdy wyjeżdżaliśmy z Polski, jedną z niewielu rzeczy które ze sobą zabraliśmy były nasze książki, a w zasadzie to głównie mężowe tomy, bo ja swoich się pozbyłam przed pierwszą przeprowadzką. Jednak ile razy można czytać tę samą książkę? Zwykle raz jest dosyć. No i tu pojawia się problem. Wszystko przeczytane i co teraz?

Skąd wziąć dobre książki na obczyźnie?

Ci którzy jeżdżą do Polski 10 razy na rok mogą sobie kupować za każdym razem choć po 2 książki. My bywamy w ojczyźnie rzadko. Gdy pojedzie się raz na rok czy raz na 2 lata to też człowiek nagle nie nakupi 20 książek bo po pierwsze to kupa papieru i kilogramów, a po drugie spory wydatek jak na raz nawet jeśli w złotówkach się wydaje. 

Na początku było to dla mnie sporym problemem. Nie znałam tu nikogo, nie pracowałam, nie miałam internetu a czasu ohoho i jeszcze trochę, a czytać żywcem nie było co. Przeczytałam, co było do przeczytania w mężowej kolekcji (nie wszystko jest w moim guście) i dupa blada...

Potem zaczęłam pisać bloga, zastępując czytanie pisaniem. Bardzo dobre zastępstwo, przynajmniej na jakiś czas, ale właśnie zaczęło mi się nudzić i wracam powoli do częstszego czytania. Postanowiłam jednak napisać na ten temat i podzielić się z wami pomysłem jak sobie radzić na bezrybiu, znaczy na bezksiążcu.

Po pierwsze czytnik e-booków.

Jeszcze kilka lat temu byłam przeciw temu wynalazkowi, upierałam się, że to urządzenie nie może zastąpić papierowej książki. Czasem mówię własnym dzieciom, że nie można mówić, iż się czegoś nie lubi, zanim się tego nie spróbuje. W tym wypadku zachowywałam się właśnie jak głupi bachor - nie bo nie! Dopiero jak zostałam przyparta do muru i zachciało mi sie czytać a nie miałam książki postanowiłam sobie kupić czytnik e-booków, bo z braku laku dobry i kit. Kupiłam... a raczej mąż mi kupił na urodziny w tutejszej księgarni wynalazek pod tytułem TOLINO.

Najpierw spiraciłam jakąś polską książkę z chomika, by zobaczyć jak działa. Standaard boekhandel daje nam wraz z czytnikiem chmurę, gdzie możemy trzymać zakupione w tej księgarni książki (tylko po niderlandzku i angielsku mają niestety), ale możemy tam też wrzucać własne e-booki. Z chmury pobieramy książki na czytnik przez wi-fi. Utworzyłam konto w Standaard boekhandel, zalogowałam się, wrzuciłam tam swojego polskiego 'pirata', zalogowałam się z czytnika na to samo konto, pobrałam książkę i już można było czytać.

Okazało się, że fajnie się czyta... dopóki się nie zawiesiło w połowie książki. Reset nie pomógł na tę dolegliwość, bo pirackie kopie to często zwykłe gównianie gówno....

Wtedy zaczęłam szukać stron, gdzie moża kupić e-booki po polsku i tak trafiam na VIRTUALO, gdzie jest mega wybór polskiej literatury.
Książki są tańsze niż papierowe, zakup (nie licząc wybierania) trwa kilka sekund. Wybieram, potwierdzam, płacę kartą i po paru sekundach już moge pobierać na komputer plik w wybranym formacie. Dla tolino najlepszy jest format epub, czyta też pdf i inne ale tylko w epub działają wszystko jak należy.
Większość książek jest zabezpieczona ale można je wgrać na różnych 99 urządzeń (są wyjątki).

Jednak powiem wam dlaczego uznałam ostatecznie, że czytnik jest lepszy od papierowej książki.

1. e-booki są tańsze niż tradycyjne książki
2. nie płacę za przesyłkę przy zakupie bez względu w jakiej części świata jestem (byle był dostęp do internetu); nie muszę czekać na dostawę,  po zapłacie od razu mogę czytać
3. czytnik mieści mi się nawet w niewielkiej torebce, a w czytniku mogę nosić ze sobą całą bibliotekę (kilkadziesiąt czy kilkaset książek)
4. w dwóch palcach mogę trzymać nawet książkę 900stronicową - czytnik jest leciutki
5. czytnik zapamiętuje, gdzie skończyłam czytać (nawet jak czytam 5 książek na raz), nie muszę więc się marwtić, że mi się zamknie, gdy pójdę do wc, nie muszę wiecznie szukać zakładek
6. moje Tolino ma podświetlany ekran, więc nie potrzebuję świecić lampki w nocy
7. czytnik ma specjalny (nie błyszczący jak np u tableta) wyświetlacz, na którym czyta się jak z papieru, a nawet lepiej, bo z czytnika bez problemu mogę czytać w słońcu, co w przypadku książek  z bardzo białymi kartkami było niemożliwe nawet w okularach przeciwsłonecznych
8. w czytniku można zmieniać wielkość liter i rodzaj czcionki (tylko przy właściwym formacie pliku - w tolino e-pub)
9. są też takie dodtakowe bajery jak zaznaczanie fragmentów tekstu, robienie notatek, a nawet tłumaczenie wyrazów (moje tolino nie obsługuje niestety polskiego), gdy jest spis treści, można wybierać konkretny rozdział bez kartkowania

Mnie czyta się bardzo dobrze książki z czytnika, ale być może wy nie będziecie podzielać mego zdania. Jednak zanim powiecie NIE, najpierw mimo wszystko spróbujcie (np pożyczając od kogoś czytnik, bo smartfon czy tablet to nie to samo - nawet nie ma porównania).

Czytnik jednak nie sprawdzi się w przypadku literatury dla dzieci. Niewiele jest książek dla dzieci na czytnik, co jest oczywiste, bo jednak dzieci wolą papierowe bajeczki.

Książkę papierową można zamówić przez internet i po kilku dniach kurier lub listonosz nam ją dostarczy.

Ostatnio zauważyłam, że w Polskiej Księgarni Internetowej coraz bardziej się troszczą o ludzi na obczyźnie (czyli o  swoje interesy), bo zaczęli wysyłać kurierem i wychodzi na to, że wreszcie można zamówić kilka książek w jednej paczce bez dodatkowych kosztów (większość księgarni wysyła za granicę Polski pocztą i od każdej dodatkowej książki dliczają za przesyłkę ponad 20 zeta  - chore!). W w/w księgarni stoi, że wysyłka do Belgii teraz kosztuje 35 zeta. Na dniach będę zamawiać, to się przekonam, czy nie cyganią przypadkiem.
Postanowiłam bowiem zakupić kilka zbiorów bajek dla dzieci. Zbiorowe wydania bajek z mojego dziecińśtwa: 'Poczytaj mi Mamo' i 'Moje książeczki"wydają się idealne dla Młodego. Poza tym Wróbelek Elemelek, bo mamy drugą część (stare wydanie), ale w niej nie ma najfajniejszych przygód. Kupię też pewnie z jednego Pana Pierdziołkę, bo na wakacjach kupiliśmy w Polsce jedną książkę ze starymi wyliczankami i piosenkami i bardzo się nadała Młodemu, nauczył się bardzo szybko 'Jedziemy na wycieczkę, bierzemy misia w teczkę' ze szczególnym akcentem na ostatnią linijkę 'i podarły mu galoty' hehe.
Dla siebie chcę Słownik języka polskiego oraz Słownik poprawnej polszczyzny, bo często by się zajrzało a jakoś nikt mi jeszcze nie kupił, doprawdy nie wiem dlaczego.

Dlaczego podoba mi się ta księgarnia? Bo można wybrać walutę w jakiej wyświetlają ceny i nie trzeba liczyć przy każdej książce ile to będzie euro. Jak wrzucam do koszyka czy przechowalni to od razu widzę, czy mnie stać.

Dziewczynom na razie chyba nic nie kupię, bo jedna już dostała opierdziel za czytanie polskich książek w szkole, było nawet w raporcie i na wywiadówce hehe.

Nie, nie czytała na głos po polsku, nie, nie namawiała innych do czytnia po polsku...  Po prostu na przerwie wyciągnęła o zgrozo polską książkę.... W tym kraju zakazane jest nie to co trzeba....

Inne możliwości dobrania się do polskich książek w Belgii:

Wymiany z innymi Polakami (są chyba nawet grupy na FB), ale jak stare przysłowie pszczół mówi: 'dobry zwyczaj - nie pożyczaj, jeszcze lepszy - nie oddawaj'. Nie polecam. W ten sposób straciłam m.in. pierwszą i ostatnią część cyklu Zmierzch (jak poszły w obieg kilka lat temu tak do dziś chodzą i nie mogą trafić do domu).

Kupowanie używanych książek. Widuję od czasu do czasu ogłoszenia na FB i widzę, że książki szybko się rozchodzą. To jednak trzeba trafić, że ktoś sprzedaje.


Polska Księgarnia w Brukseli
Rue d'Angleterre 45, 1060 Bruxelles (Saint-Gilles)
tel. 02 537 04 66, gsm. 0476 43 06 55
(czynna: wtorki, środy i piątki 13-19 oraz soboty 9-17)

Biblioteka Pl w Leuven
ul. Wipstraat 2 w Kessel-1o

Biblioteka Szkolnego Punku Konsultacyjnego w Brukseli:
Rue du Bemel 29, 1150 Woluwe Saint-Pierre, Bruxelles
http://www.bruksela.orpeg.pl/?q=node/9

W żadnej z powyższych placówek nie  byłam osobiście. Nie wiem zatem czy warto je odwiedzić. Jednak znalazłam takie informacje, to podam dalej.



My głównie - jako się rzekło - czytamy po niderlandzku, bo po pierwsze dostęp do niderlandzko języcznych książek mamy nieograniczony, a po wtóre powoli trzeba się przestawiać na nowy język i dostosowywać do tutejszych realiów. Jednak od czasu do czasu dobrze poczytać w ojczystym, dlatego powstał ten post i dlatego od czasu do czasu kupujemy coś polskiego.

Młody wybiera książki w tutejszej bibliotece
Ostatnio nadrabiam Cobena i całkiem dobrze się mi czyta. To że nie rozumiem części wyrazów nie przeszkadza w rozumieniu sensu ogólnego i w radowaniu się czytaniem.

* To NIE JEST post sponsorowany, a tylko moje osobiste wybory i spostrzeżenia.

Jak ktoś zna lepsze, równie dobre, inne rozwiązania, księgarnie, możliwości niech da cynk w komentarzu poniżej. 

17 kwietnia 2017

Wielkanoc u normalnych inaczej i wycieczka do Geraardsbergen

Nasza Wielkanoc. 

Jak na rodzinę normalną inaczej przystało nie spędzamy świąt ani 'po polsku' ani tym bardziej 'po bożemu'. Spędzamy je po swojemu, wedle własnego widzimisię. W ogóle dla nas to po prostu długi weekend nie żadne tam święta
W naszym 'wielkanocnym' repertuarze nie było nawet specjalnych typowo polskich przygotowań, bo niby po co. Świąteczne porządki? Sprzątam, gdy stwierdzam, że potrzeba a nie na pokaz czy dla zasady. Specjalne wypieki, potrawy? Przez cały rok jest nas 5 sztuk w domu, ta liczba nie zmienia się z okazji świąt, nie zmienia się też nasz gust kulinarny i ilość wolnego czasu. To nie Polska - tu w Wielki Tydzień pracuje się normalnie po 8 godzin dziennie codziennie do piątku wieczorem. A sobota jak sobota - pranie, koszenie trawy, zakupy.... Noooo tym razem pozwoliłam sobie pojechać na zakupy bez dzieci i kupić dla siebie (TYLKO I WYŁĄCZNIE) parę nowych rzeczy. Załóżmy że to z okazji świąt, bo każda okazja jest dobra by kupić sobie nowe buty hehe. W sumie miały być tylko nowe baleriny,  ale skoro już zauważyłam te milusie trampki bez sznurówek to postanowiłam je również adoptować... Tylko po przyjściu do domu się okazało, że jest z nimi jeden drobny problem - są bardzo w guście Młodej  i pasują jak ulał na jej dwunastoletnie stopiszcza... Obiecałam jednak obydwu po 50€ na trampki w maju, tak na wszelki wypadek.

W tym roku nie robiliśmy nawet dekoracji wielkanocnych, a Belgowie to już z miesiąc temu powywieszali te wszystkie jajka na krzakach i poustawiali zające w ogródkach. Ja po pierwsze nie miałam czasu (9-10 godzin dziennie poza domem), po drugie zwyczajnie stwierdziłam że to bezsens dodawać sobie niepotrzebnej roboty i że mi się nie chce. Jedyną dekoracją jest słomiany zajczyk z lidla z żywym żółtym kalanchoe w koszyczku, którą to ozdóbkę kupił tata dla Młodego. 

Nie byliśmy też na żadnej kościelnej uroczystości, bo ...bo nie...

Z akcentów świątecznych były tylko te dla dzieci (i przez Młodego wymuszone - ogląda się bajki, to się wie), czyli malowanie jajek oraz zając wielkanocny chowający czekoladowe jajka w ogródku, z którego to powodu musiałam w niedzielę wstać o piątej, bo Młody wstaje zwykle  o szóstej w weekendy (w tygodniu budzę go o 6.30). Zając jednak nie jest ani polską ani belgijską tradycją, w każdym razie nie katolicką. Według tutejszych podań czekoladowe jajka roznoszą dzwony ze skrzydełkami. Jak wiadomo dzwony kościelne milkną w Wielki Czwartek, kiedy to - według tutejszej legendy - lecą wtedy do Rzymu po słodycze i potem roznoszą je po ogródkach i balkonach. Nie ważne jednak kto te jaja chowa, ważne że można ich szukać w wielkanocny poranek. Liczy się tylko i wyłącznie szukanie, bo jedzenie już nie bardzo - do dziś leżą w koszyku nietknięte przez Młodego. Z kolorowaniem to samo - Młody nie lubi gotowanych jaj za bardzo, ale obserwowanie jak zmieniają kolor to już atrakcja.

Zjedliśmy też wspólne świąteczne śniadanie, które można uznać za typowo wielkanocne, gdyby się ktoś nie przyczepił do tego że niepoświęcone. Przyznam że nawet przeszło mi przez myśl, żeby pojechać do Brukseli czy Antwerpii na święcenie w celu pokazania Młodemu polskiej tradycji wielkanocnej (bo w sumie dobrze tradycje znać), ale tłuc się 30 km, stać w korkach, szukać godzinami miejsca do parkowania żeby se popatrzeć jak pleban chlapie wodą na jedzenie to trochę jakby pokręcone. A chcąc samemu poświęcić koszyk (nie wam się interesować czy wierzę w sens i w ogóle wierzę - to tylko teoretyczne rozważania) to trzeba by skądsiś koszyk wytrzasnąć, potem produkty do koszyka - bab co prawda w okolicy nie brakuje ale nie wiem czy dały by się wsadzić do koszyka, z baranami podobnie... Jednym słowem (a raczej trzema) za dużo fatygi. 

Szukanie jajek więc łatwiejsze do zrealizowani. Tak to jednak jest na obczyźnie - nic nie jest oczywiste, ciągle trzeba wybierać pomiędzy starym naszym a nowym naszym. Nie można powiedzieć - jesteśmy Polakami więc świętujemy tylko po polsku, bo się zwyczajnie tak nie da. Nie no dobra wiem, są tacy którzy na każde święta jeżdżą do Polski i świętują tylko po polsku. Nas nie stać na takie fanaberie, poza tym mamy trochę insze  priorytety i sposoby na życie oraz pomysły na marnowanie pieniędzy.

My zaliczamy się do tej grupy, która obydwiema nogami stoi tu, a tylko czasem (coraz rzadziej) spogląda w stronę ojczyzny, bo na coś się trzeba zdecydować. Przyjechaliśmy nie tylko tu pracować i zarabiać, ale tu żyć. Nie planujemy powrotu i nie mamy żadnego swojego kąta w Polsce - i to jest istotne w tej kwestii - nie musimy więc tam niczego pilnować, pielęgnować ani nadzorować (nie chodzi tylko o dobra materialne). My musimy troszczyć się przede wszystkim o nasz nowy dom, bo tu jest nasza i naszych dzieci przyszłość. A wszystko trzeba tu zbudować od nowa (my jesteśmy gdzieś przy fundamentach dopiero). 

Ciągle musimy wybierać pomiędzy nowym a starym, pomiędzy tym co polskie a tym co belgijskie i szukać złotego środka.

Nie da sięw Belgii (i w ogóle na obczyźnie) żyć ani tylko po polsku ani tylko po belgijsku, bo jesteśmy tu, ale z bagażem doświadczeń i przeżyć z ojczyzny. Przez ponad 30 lat żyliśmy w Polsce, przez te lata poznawaliśmy polskie tradycje i zwyczaje, całe nasze życie, każdy dzień w szkole i pracy był z nimi związany. Opowiadały nam o nich nasze babcie, uczyli nas o nich nasi nauczyciele. Boże Narodzenie, czy Wielkanoc, Wszystkich Świętych i święta wszystkich patronów,  andrzejki, sobótki, Dzień Kobiet, Dzień Babci, Dzień Nauczyciela wyznaczały nam pory roku i wymuszały adekwatne do chwili zachowania. Nasze dzieci zaczęliśmy wychowywać według tego polskiego kalendarza i zwyczajów. Nagle przyjechaliśmy do Belgii i wszystko się zaczęło kiełbasić. Jak pogodzić to co znamy z Polski z tym co zastaliśmy tutaj.

Ale wróćmy do Wielkanocy. Mamy wspólne rzeczy - czas, kontekst religijny oczywiście, dekoracje  i symbole podobne. Jednak tutejsza palma to kawałek bukszpanu, który trzyma się potem w domu cały rok najczęściej zatknięte za krzyż, a w PL palma to takie kolorowe ozdobne cudo. Koszyk to element dekoracji i rzecz przydatna do zbierania oraz przechowywania jajek, ale nie święci się jedzenia w koszyczku. Nie ma babki wielkanocnej, ani cukrowych baranów. Są czekoladowe jaja i zające.

Nie ma tu tych wszystkich ceregieli jakie wiążą się z Wielkanocą w Polsce. Nie ma na to czasu, bo czas to pieniądz. Nikt nie wychodzi wcześniej z pracy, ustawowo wolna jest tylko niedziela i poniedziałek. W tym okresie przypadają w Belgii dwutygodniowe ferie wielkanocne i część osób bierze wtedy urlop i wyjeżdża gdzieś z dziećmi. Dzieci wyjeżdżają też same na kolonie lub chodzą na półkolonie. Reszta pracuje normalnie i cieszy się po prostu z długiego weekendu, kiedy to spotyka się na grillu z rodziną, idzie gdzieś do restauracji albo zwyczajnie ma okazję by porobić coś koło domu. Dzień jak codzień. Wierzący katolicy chodzą też do kościoła, ale idą tylko ci co czują taką potrzebę, nikt tu nie chodzi na Mszę dla sąsiada czy teściowej ani żadnego innego 'bo co by powiedzieli', czy 'bo w święta wszyscy idą'. 

No i mając na uwadze to wszystko i parę innych rzeczy trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, jak my spędzimy święta?

Już wcześniej powiedziałam, że nie da się po polsku, bo (trochę złośliwej ironii oraz sarkazmu jeszcze nikomu nie zaszkodziło):
- pracujemy w Belgii w belgijskich firmach zatem nie kończymy pracy w południe ani nawet o 15tej,  nie mamy więc czasu (chęci swoją drogą) by pójść w Wielki Czwartek, Piątek do kościoła (a w Polsce się chodzi), 
- nie mamy też możliwości by zrobić zgodnie z polską tradycją 'porządki świąteczne', bo jakoś tak się składa że sprzatamy w miarę regularnie i wszędzie (z kanciapą, pod szafą i na szafie, firankami, pościelą, oknami ogródkiem oraz szopą włącznie) mamy w miarę czysto
- nie mamy baranów ani bab nadających się do koszyków, ani samych koszyków
- nie mamy w pobliżu polskiego kościoła, gdzie powyższe rzeczy można by pochlapać wodą
- nie mamy tu rodziny która mogła by przyjść sprawdzić czy wypraliśmy firanki czy wreszcie kupiliśmy nowe i czy w tym roku starliśmy kurz z lampy w przedpokoju
- nie mamy rodziny, której moglibyśmy pójść pomóc ocalić przed zmarnowaniem te tony jedzenia, które naszykowali na 2 tygodnie zapomniawszy że święta trwają 2 dni i każdy ma jedzenie w domu (w święta zawsze więcej, drożej, ale to samo co u innych w całym kraju i zwykle za dużo),
- w związku z dwoma powyższymi punktami nie mamy też możliwości siedzenia całego dnia za stołem i obrobienia dupy połowie wsi i wszystkim innym, którzy akurat są przy tym stole nieobecni
- uważamy że marnowanie 2 dni (z 3 wolnych) i kilkuset euro na jazdę (do naszych rodzin jedzie sie 16 godzin bez przerwy) czy lot do Polski i z powrotem jest totalną głupotą (przypominam: jesteśmy normalni inaczej)

Pozwoliłam sobie na podśmiechujki, bo mówią że lepiej żartować niż chorować. Nie miałabym nic przeciwko temu, by spędzić te święta czy inne okazje z rodziną z Polski, pogadać o dupie Maryni i innych znajomych, zjeść dobrej swojskiej sałatki jarzynowej czy wafla z masą kajmakową, ale nie mam takiej możliwości. Droga w obie strony jest taka sama (w ciul daleko i drogo), ale czasem odnoszę wrażenie, że niektórzy uważają inaczej. Niestety fakt, że zarabia sie w euro nie znaczy, że człowieka stać na wszystko. Stać nas na więcej (dużo więcej) niż w Polsce bo pracujemy oboje, ale wydatków też nam nie brakuje a rosną one z każdym miesiącem razem z podwyżkami i dorastaniem dzieci. Dla rodziny z Polski droga jest jeszcze trudniejsza bo oni nie zarabiają w euro, niektórzy w ogóle nie zarabiają bo na tej zajebistej zielonej wyspie nie mają gdzie zarabiać...

Zaś przygotowywanie tych wszystkich świątecznych rzeczy, którymi nawet nie będzie się czasu cieszyć, to marnowanie cennego czasu. Każdemu jednak wolno uważać inaczej.

Niektórzy organizują za granicą spotkania świąteczne w większym polonijnym gronie, ale to moim zdaniem jest dobre dla samotnych osób, które z jakiegoś powodu nie mają tu nikogo z kim mogli by spędzić świąteczny czas no i tych którzy nie potrafią przeżyć bez tych wszystkich mazurków, baranów i innych typowo polskich rzeczy. Mnie tam - szczerze mówiąc - jest równo w paski. Nie mam jakiegoś parcia na polskość za wszelką cenę. Nie mam też parcia na belgijskość - żeby było jasne. Staram się być po prostu sobą na tyle na ile jest to możliwe, robić to na co mam w danej chwili ochotę i na co mi pozwalają okoliczności. Pracujemy wszyscy (starzy w pracy, w szkole młodzi) - 5 dni od rana do wieczora wszyscy jesteśmy poza domem. Poza tym jeszcze zakupy, załatwienia, lekarze, nauka, obowiązki domowe, jakiś posiłek i o dwudziestej już wszyscy szykują się do spania. Dlatego jak człowiek ma ten dzień dodatkowo wolny to fajnie jest zwyczajnie posiedzieć na dupie w chałupie, poleżeć, poczytać, popisać, coś przemyśleć, zaplanować, pojeść sobie na spokojnie, czy tak po prostu pogadać ze sobą, bo w powszednie dni brakuje nam czasu na te zwykłe rzeczy, na jedzenie, na odpoczynek, na rozmowę.

Z tego też powodu postanowiliśmy (nie po raz pierwszy i nie ostatni) w święta zjeść dobry obiad w fajnej restauracji. Ostatnie tygodnie były wyjątkowo ciężkie i wyładowane na full. Jak uporaliśmy się z robotą i innymi planami była już sobota (Wielka) wieczór, czyli restauracje na miejscu odpadają, bo rezerwacji nikt nie zrobił. Postanowiliśmy więc gdzieś dalej wyruszyć. Po przejrzeniu listy miejsc do odwiedzenia i przeczytaniu internetu ze szczególnym zwróceniem uwagi na restauracje (plac zabaw, kindermenu, otwarte w Wielkanoc, niekonieczna rezerwacja) ostatecznie (w niedzielę rano) postanowiliśmy pojechać do ...

Geraardsbergen

To małe miasteczko w Flandrii Wschodniej, dosyć blisko od nas (z 60 km). Małe miasteczko, czyli w sam raz na odwiedzenie w kwietniowy świąteczny dzionek, kiedy to jeszcze nie za ciepło na długie plątanie się po ulicach. To miasteczko w sam raz na nasze potrzeby, by coś zobaczyć fajnego, ale się nie zmęczyć przy tym, bo nie ukrywam że po 30 godzinach łażenia z odkurzaczami, szczotkami i wiadrami oraz kilku godzinach pedałowania tygodniowo moje stopy mają czasem dość, a i ręce też odmawiają posłuszeństwa, no ale to szczegół.

Geraardsbergen to bardzo ładne miasteczko położone we Flamandzkich Ardenach, czyli w terenie pagórkowatym. Podczas słonecznej pogody możemy więc podziwiać piękną panoramę. Mieszkać to jednak bym tam nie chciała za żadne skarby, bo te geraardsbergenckie górki dosyć strome są. Jeśli popatrzeć na liczby to najwyższa górka ma zaledwie 110 metrów nad poziom morza ale co innego podreptać sobie pod taką górkę na wycieczkę, a co innego pokonywać ją kilka razy dziennie odprowadzając dziecko do szkoły, chodząc do pracy, na zakupy etc etc. Tymczasem ciągi kamienic siągają prawie samego szczytu. Pełen szacun dla ludzi mieszkających na górkach (w tym osobistej siostry) za te wspinaczki codzienne.

Czy warto odwiedzić to miasteczko? Nie ma tam jakichś zwalających z nóg atrakcji, ale moim zdaniem każde miasto (i każda wioska) ma w sobie coś niepowtarzalnego, co warto zobaczyć na własne oczy. Nam się podobało.

Atrakcje Geraardsbergen to miedzy innymi 3 razy 'M': 

Muur - "na tym świecie znane są trzy mury: Chiński, Berliński i Geraardsbergencki, z tym że jeden zburzono i jest już tylko dwa" - tak piszą w przewodnikach ;-) kamienista dróżka na górę Oudenberg, będąca przedostatnim (lub ostanim) etapem wyścigów kolarskich Ronde van Vlaanderen w latach 1973-2011. Spotykamy na niej masę szalonych rowerzystów :-)

Manneken Pis, czyli siusiający chłopiec. Nie tylko Bruksela ma taką atrakcję, na dodatek nie bardzo wiadomo który starszy, czyli ważniejszy.

Mattentaarten, czyli ciasteczka pieczone wedle ichnich tajnych receptur. Nie próbowałam niestety, bo obiad był za bardzo sycący.

Poza tym jest też trochę zabytków, muzeów itp

pamiątkowa fotka na tle kapliczki i górki ;-)

Kapliczka na górze Oudenberg (Kapel op de Oudenberg)

całkiem ładna panorama


na szczycie górki Oudenberg

O



wnętrze kapliczki

wnętrze kapliczki - tabliczki z podziękowaniami dla Matki Bożej za uzdrowienie itp




takie wąskie uliczki ciagle mnie fascynują

ozdóbka



w drodze z górki na rynek


Den Olifant
Den Olifant (słoń) to kontrowersyjny pomnik wybudowany rzekomo w chołdzie mieszkańców Geraardsbergen, którzy stracili życie w Kongo (belgijskiej kolonii). Jednak wielu ludzi widzi w nim niepotrzebne przypominanie o niechlubnych czasach  kolonialnych.




fontanna Marbol (ma ponoć 5 metrów głębokości więc uwaga)




gotycka fontanna Marbol

Kościół Świętego Bartłomieja

ratusz

Manneken Pis - Siusiajacy chłopiec




jak widać (na dole ratusz) na rynek schodzi się na dół


restauracja, gdzie jedliśmy wielkanocny obiad (kuchnia tutejsza, dobra i duże porcje)

vol au vent - jedno z moich ulubionych dań

balletjes met tomatensaus - ulubione danie dzieci

widoczek z tarasu restauracji Oudenberghof

5 kwietnia 2017

Jestem dumną matką Trójcy Nieświętej ale Samodzielnej i Rozgarniętej :-)

Jako się rzekło, mam coraz mniej czasu. Pracuję teraz ponad 30 godzin tygodniowo,  dojazdy i przejazdy pomiędzy klientami zajmują też sporo czasu, bo pracuję w 3 różnych gminach a mam - jak wiadomo - tylko rower do dyspozycji. W domu czasem jestem dopiero o osiemnastej. Tata wtedy odbiera Młodego. W środę kończę pracę u jednego klienta, odbieram Młodego, zawożę go do domu, czekam na powrót dziewczyn i jadę do drugiego klienta. Trochę to męczący system. Jak wstanę o szóstej trzydzieści, zrobię pranie, śniadanie i wyprawię Trójcę do szkoły, tak do wieczora jestem w ruchu bez przerwy. Rano jadę 6-9 km co zajmuje  do pół godziny, potem 4 godziny sprzątam a moi klienci mają duże domy, a nawet bardzo duże i jest co robić, zanim się doprowadzi je do porządku. 
Potem znowu rower: 6, 10, 12 km i kolejne cztery godziny roboty, czasem trzy. Jadąc na rowerze, pochłaniam kanapkę lub jakieś ciastko i zatrzymuję się po drodze na wypicie soku. po drugiej robocie czasem (nie zawsze bo pracuję tez u sąsiadów) jeszcze trzeba zaliczyć kolejne 5 czy 6 km na rowerze. Miesięcznie przejeżdżam 300-400 km. 
U niektórych pracuję co drugi tydzień, przeto od czasu do czasu mam wolne popołudnie. Mogę wtedy ugotować spokojnie jakiś obiad i zrobić coś we własnym  domu. Mąż też pracuje jak dziki osioł. Jakoś musimy przecież zarobić na nasze belgijskie emerytury i bieżące życie, które jak wiadomo tanie nie jest, zaś potrzeby rosną wraz z dziećmi. 

Młodzież w tym kraju też nie ma tyle wolnego czasu, co w Polsce. W szkole średniej jest huk nauki. Dziewczyny dojeżdżają rowerami (jak większość ich kolegów i koleżanek oraz gros nauczycieli) po kilka (niektórzy kilkanaście) kilometrów. Wracają o 17tej lub trochę później, gdy poniesie je do sklepów lub nie mogą się rozstać z koleżankami. Czasem robią też jakieś grupowe projekty i po lekcjach idą do koleżanki popracować razem. Młoda zakumplowała się z dwoma najlepszymi uczennicami i to ma swoje konsekwencje - musi się dużo uczyć, żeby do nich pasować :-) I to jej się chwali.

26 marca 2017

Trochę wiosennych obrazków z sąsiedniej gminy

Czekaliśmy na wiosnę ze zniecierpliwieniem, żeby znowu wybrać się do parku w Opdorp i zobaczyć morze żonkili i wystawę. W tym roku nadano jej tytuł: "Kunstenparcours VRIJ LAND".

Dziś w parku odbywały się ponadto 15ste Międzynarodowe Targi Roślin (15te International Plantenmarkt), czyli oprócz morza kwiatów było też morze ludzi. Ale nic to, park duży, wszyscy się pomieścili.

Nie wiem jak to działa, ale z takiego wózka lody o wiele lepiej smakują niż gdzie indziej :-)
Wsuneliśmy po lodziczku... no Młody dwa - waniliowy i czekoladowy - oczywiście z posypką, o którą się sam dopomniał u lodziarza.

 i obejrzeliśmy rośliny oraz intrygującą wystawę...


19 marca 2017

Gdy Polak z Polakiem po obcemu gada

Swego czasu opisywałam moje pierwsze i dalsze próby w porozumiewaniu się z Belgami, gdy to próbowałam się dogadać mieszaniną angielskiego lub niderlandzkiego i migowego. Gdyby się kto z boku temu przyglądał, miałby pewnikiem niezły ubaw. Jednak na zagranicy jeszcze lepsze jajca są, gdy Polak z Polakiem próbuje się dogadać w jakimś obcym języku, którego nie zna za bardzo. Jeszcze lepiej gdy każdy próbuje używać innego języka obcego, którego ten drugi nie zna.

Niektórzy - głównie ci którzy radości zagranicznego życia nie doświadczyli jeszcze - w tym momencie pewnie się zastanawiają co to trzeba mieć we łbie, żeby do swojego po obcemu gadać, zamiast jak człowiek po polsku.

Niestety my Polacy nie mamy jakichś specjalnych cech wyróżniających nas z tłumu i jeśli akurat nie recytujemy pod nosem litanii do pań lekkich obyczajów i ich synów albo nie gadamy z drugim rodakiem tudzież nie paradujemy w koszulce "Radio Maryja" to jak niby zgadniesz czy ja to Polak czy inny tam białas?

Są zatem sytuacje że los krzyżuje naszą drogę z rodakiem a ty nie wiesz, że to rodak i on nie wie, że ty rodak, a jednak macie jakiś wspólny interes i musicie się dogadać. Gdy mieszka się w obcym kraju, nie gada się do obcych ludzi po polsku tylko w języku którym w danej okolicy jest szansa się dogadać...

Na początek taka historia. Przychodzę do pracy, a tam ekipa remontowa zasuwa. Normalna rzecz w tym kraju. W domach klientów spotykam różnych przypadkowych ludzi - kominiarzy, elektryków, ogrodników, weterynarzy i różnych innych, którzy tak samo ja ja akurat są w pracy i wykonują jakieś zlecenie dla tego samego klienta, co ja. Zwykle nie gadamy ze sobą, bo nie przyszliśy na pogawędkę tylko do roboty, ale przywitać zawsze się wypada...
Ja: Goedemorgen
Oni: Bonjour.
Po tym przywitaniu już wiem, że firma prawdopodobnie ze stolicy, skoro po francusku się witają. Idę do swojej roboty, a oni robią swoje. Staramy się nie wchodzić sobie w drogę. Tu jak jest robota, to się nie stoi i nie gada tylko robi. Od pogaduszek jest przerwa. Jednak są momenty że ekipa potrzebuje czegoś a wiadomo ze sprzątaczka wie wszystko o domu w którym sprząta, więc może pomóc. I tak oto pytają w języku francuskomigowym, a ja odpowiadam w niderlandzkomigowym i jakoś się dogadujemy. Nagle przerwa, panowie wyjmują kanapki, termosy i zaczynają gadać... PO POLSKU.



W innej czasoprzestrzeni widywałam kilka razy pewnego speca, który pracował sobie samotnie w ogrodzie. On również czasem czegoś potrzebował, a wtedy zwracał się do mnie po angielsku, który to język rozumiem, ale odpowiadam zawsze po niderlandzku. Ważne, by się dogadać. Po jakimś czasie gdzieś tam przypadkiem (bo świat jest mały) zobaczyłam tego samego speca na jakiejś imprezie w polskim towarzystwie nawijającego jak złoto po naszemu.

Podobna heca miała miejsce na kursie niderlandzkiego. Pierwsza lekcja któregoś z wyższych poziomów, nowi ludzie, nikt nikogo nie zna. Robimy ćwiczenie ustne w grupach. Niektóre tematy ćwiczeń wywołują dłuższe dyskusje albo przeradzają się w luźne rozmowy pozwalające się bliżej poznać z klasowymi kolegami. Czasem jednak ciężko się dogadać po niderlandzku, a ktoś coś ciekawego mówi  i szuka się innego wspólnego języka. W tym wypadku było tak, że nie mogliśmy sobie czegoś ciekawego wyjaśnić w poznawanym właśnie języku więc padło pytanie:
- ...uit welke land kom je? (z jakiego kraju przyjechałeś?)
- uit Polen
- no to mów jak człowiek... 

Myślę, że podobnych zabawnych sytuacji doświadcza każdy Polak na emigracji.


Jednak zdarzają się też i inne, jakby odwrotne, gdy ojczysty usłyszymy tam, gdzie się go zupełnie nie spodziewamy.

Taka okoliczność.

Jesteś w obcym kraju od paru dni, czy tam tygodni, nie znasz języka tubylców, jesteś sam lub z drugą podobną ci sierotą i nagle znajdujesz się w potrzebie. No cholera zgubiłeś się, chcesz zapytać o drogę albo nie wiesz jak i gdzie kupić bilet na pociąg, czy inne tego typu trudne momenty. Rozglądasz się wokół z nadzieją, nasłuchujesz, bo a nuż rodaka ujrzysz lub usłyszysz. Ale pech to pech - wokół sami czarnoskórzy, skośnoocy, kobitki w muzułmańskich strojach, znikąd nadziei. Przeklinasz pod nosem, mruczysz na głos inne słowa rozpaczy typu "no i co ja teraz zrobię" a wtedy wydaje ci się, że słyszysz:
- W czymś pomóc?
Rozglądasz się ponownie, by przekonać się, że jednak ci się zdawało, bo otoczenie wciąż to samo. Ale nagle widzisz że to...
tak ten czarnoskóry, skośnooki, Muzułmanka mówią twoim językiem.

Po wyjściu z szoku, uzyskaniu pomocy wdajesz się oczywiście w krótką pogawędkę (bo niezaspokojona ciekawość by się zeżarła przecież) i się dowiadujesz, że zwyczajnie ci ludzie wychowali się albo studiowali w Polsce, albo ta Muzułmanka to  Polka, która  postanowiła przejść na islam. Nie tylko my bowiem emigrujemy i uczymy się obcych języków, innym narodom też się zdarza. Ludzie ciągle się przemieszczają, mieszają, uczą nowych języków, obyczajów, zmieniają swoje przekonania i poglądy. 

Dzięki czemu potem człowiek na każdym kroku się dziwi, ma ubaw albo popełnia gafy.