10 września 2017

Po co małolatowi konto w banku?

zdjęcie ze strony: https://www.finder.com.au
Dziewczyny - jak chyba większość ich rówieśników - dostają systematycznie kieszonkowe. W podstawówce dawaliśmy im po 5-10€, teraz dostają trochę więcej, bo zarówno potrzeby jak i możliwości trochę urosły. Przyglądam się, co one robią z tymi pieniędzmi? Sporo wydają na jedzenie (kanapki, napoje w szkole, chipsy, słodycze w weekendy), trochę odkładają (no, przynajmniej jedna) na coś grubszego. Jak się dojeżdża do szkoły, dobrze mieć trochę własnej gotówki w razie co.
Ostatnio wymyśliłam, żeby założyć im konta w banku. W Belgii już 10latek może mieć własne konto z własną kartą. Dziecko dostaje też tego dinksa do obsługi konta przez Internet. Może zatem korzystać z bankomatów i płacić w sklepach (zarówno na terenie Belgii jak i za granicą, o dziwo dzieci mają te usługi często za darmo) oraz robić zakupy przez internet. Każdy bank ma oczywiście trochę inne warunki i zasady, ale ogólnie funkcjonuje wszystko podobnie.

Pojechaliśmy kiedyś całą piątką do banku, w którym mamy wspólne konto. Okazało się, że możemy załatwić to bez wcześniejszego umawiania się - zalety banku w małej wsi. Miły pan zaprosił nas do swojego gabinetu, po czym przytargał skądś krzesła dla wszystkich swoich klientów. Wszak nie co dzień zwala się mu do gabinetu cała rodzina :-)

W naszym banku wymagana jest zgoda rodziców do założenia konta, ale my tylko podpisywaliśmy na końcu dokument razem z córkami. Natomiast całą rozmowę urzędnik prowadził z dziewczynami. Wszystko im dokładnie tłumaczył i wyjaśniał. Pytał ich, co chcą, a czego nie. Zaproponował im też konta oszczędnościowe, by mogły zbierać kasę na coś grubszego, co Młodej bardzo się spodobało. Zatem mają od razu po 2 konta. Dostały też jego wizytówki i kazał im dzwonić w razie pytań. Bank bardzo sobie ceni takich młodych klientów ...no cóż, może dziś będą mieć na koncie tylko drobne kieszonkowe, ale za kilka lat będzie już poważna wypłata - tak sobie pomyśleliśmy, gdy urzędnik pomaszerował na zaplecze i przytargał stamtąd prezenty. Dziewczyny mogły wybrać pomiędzy słuchawkami a power bankiem, a Młody, choć jeszcze konta nie zakładał, dostał domino z Bumbą. Dziecko to przecież potencjalny dorosły klient i trzeba go zachęcić do korzystania z tego a nie innego banku w przyszłości.
Zakładanie konta to poważna sprawa, ale nie obeszło się bez  żartów i wygłupów. Pokazując nowym klientkom na papierze i wyjaśniając co do czego, pan doszedł do numeru konta i mówi: "ten numer rozdajecie jak najszybciej rodzinie i znajomym, i mówicie żeby każdy coś tam wpłacił". 

Do 18 urodzin naszych pociech mamy nadzór nad ich kontami, ale każda z nich dostała swoją kartę do mądrej ściany i ten dinks do bankowości elektronicznej (podpis elektroniczny), czyli mają pełną władzę nad swoimi kontami.

Karta przyszła pocztą. Po załatwieniu formalności w banku dziewczyny musiały zadzwonić pod wskazany numer i podać PIN, który wymyśliły dla swojej karty, co było dla nich dosyć stresujące - to taka pierwsza poważna sprawa załatwiona samodzielnie. Za dwa dni przyszła pocztą karta i trzeba było w ten sam sposób ją aktywować. 

Teraz możemy już kieszonkowe wpłacać na konto, a one niech robią z tym co chcą. Każda ma ten bank i bankomat po drodze do szkoły, więc mogą sobie wybrać od razu wszystko albo uczyć się powoli płacić kartą. Niech uczą się korzystać z wynalazków techniki i zarządzać pieniędzmi. Może kiedyś dzięki temu będzie im łatwiej wkroczyć w dorosłość. Wiedza i umiejętności na pewno im nie zaszkodzą :-)

Posiadanie karty płatniczej i własnego konta przez dziecko nie jest jakimś nadzwyczajnym zjawiskiem, jednak dla nas starych wychowanych w  całkiem innych realiach technologicznych pewne rzeczy są niesamowite i niecodzienne, przeto cieszymy się z takich dupereli.

Młode też się cieszą. Wczoraj pierwszy raz zapłaciły kartą za swoje artystyczno-słodyczowe zakupy (w Belgii można kartą nawet 2€ zapłacić, rzadko są ograniczenia do 10 czy 15 €, choć zdarza się). Trochę zdenerwowania było przy tym. Czy ze stresu się PINu nie zapomni? Czy wszystko zadziała jak należy? Ja parę lat temu podobne pytania sobie zadawałam jako świeży posiadacz karty płatniczej. Wszystko zadziałało. Potem zatrzymałyśmy się koło mądrej ściany, by zapoznać się z obsługą tego cuda w praktyce. Bankomat okazał się też być dosyć przyjazny i wszystko już teraz wiadomo. Zapłacenie kartą (lub wybranie pieniążków w bankomacie) aktywuje bankowość elektroniczną, więc i z tym mogły się dziewczyny zapoznać w domu. Udało się zalogować korzystając z podpisu elektronicznego i sprawdzić, ile jest na koncie.

Tak oto kolejny krok na drodze do dorosłości został zrobiony.

A wy co myślicie o zakładaniu kont bankowych małolatom?

Młody tym czasem zaliczył pierwszą lekcję tańca. Od dawna obserwujemy, że ma niezły słuch muzyczny i poczucie rytmu. Po jednym przesłuchaniu przypadkowej piosenki, która mu wpadnie w ucho, potrafi ją zanucić. Nawet jak jest w obcym języku i musi wymyślać tekst to melodię oddaje idealnie. Ponadto giba się od razu do każdej skoczniejszej nuty. Wymyśliliśmy, że trzeba go zapisać na jakieś tańce albo granie, bo szkoda by się taki talent marnował, ale nie wiedzieliśmy jak on na taki pomysł zareaguje.

Akademia muzyczna dostępna jest od pierwszej klasy, więc o tym ewentualnie można pomyśleć za rok, ale taniec dla przedszkolaków mamy w sąsiedniej wsi, w tamtejszym przedszkolu i postanowiliśmy spróbować. Pierwsza wzmianka na temat tańca spotkała się z reakcją negatywną, bo
- To jest dla dziewczynek. Nie chcę. - Cholera, czas dlachłopcówdladziewczyn się zaczął...
- Pojedziemy tylko zobaczyć...
- To sobie jedźcie. Ja się nigdzie nie wybieram - Pomyślał by kto, że to małe gówienko ma dopiero pięć lat? Takie teksty...

Nie to nie. Dałam mu spokój. Za parę dni jednak po przemyśleniu sprawy sam oświadczył, że jednak chce zobaczyć ten taniec. Ba, nawet zapodał z jubjuba jakąś minionkotechniawę i pokazał, jak będzie tam tańczył. To był pokaz breakdance :-)

Na pierwszej lekcji jednak nie zapodali odpowiedniej muzy. Trzeba było tańczyć do K3 (tutejszy DZIEWCZYŃSKI zespół dla dzieci), Frozen (taaaa Dorcio musiał być Elzą, ale był tez Olafem), na szczęście był też Plop. Uff!

Na początku lekcji był okropnie zdenerwowany i przestraszony. Inne dzieci podobnie. Pani, a w zasadzie młoda dziewczyna, ma jednak podejście do dzieci i szybko nawiązała kontakt z maluchami. Po paru minutach już dobrze się bawili. Powtarzanie ruchów i kroków za panią Młodemu wychodziło całkiem dobrze, podobnie jak innym starszakom. Maluchy ze smoczem bowiem jeszcze nie do końca ogarniały, o co chodzi. Niektóre nawet nie dały się odczepić od mamusi, tylko przyglądały się całej akcji z bezpiecznych kolan mamusinych lub babcinych.

Pod koniec lekcji Młody zgłosił, że już nie chce tańczyć. Dobrnął jednak dzielnie do końca lekcji. Całą drogę do domu był na nie. Jednak gdy odpoczął, zmienił zdanie.
- To ja jednak będę chodził na te balety, bo to jest fajne.
Ech, te dzieci.

Dziś dokonałam oficjalnego zapisu przez internet z nadzieją, że nie wydałam 90€ na darmo i że Młody nie zmieni zdania i po kliku lekcjach nie zacznie się buntować na "balety", które z baletem nie mają wiele wspólnego. Siłą go tam wozić nie zamierzamy, bo to ma być przyjemność a nie mus. Co do jednego Młody miał rację, że to dla dziewczynek - faktycznie większość tej grupki przedszkolaków to dziopy,  a szkoda. Zobaczymy, co z tego wyniknie.