20 lipca 2017

Nasze babskie problemy. Kolejny post o dorastaniu.

Przychodzi taki moment, że dziewczynka staje się kobietą. Jest to z jednej strony powód do radości - człowiek staje się dorosły, nabiera ładniejszych kształtów; z drugiej jednak wiąże się to z całą gamą niedogodności i niefajnych problemów. Już nie można iść na basen kiedy się chce, już  nie można zakładać jasnych portek czy kiecki w niektóre dni, już trzeba pamiętać, by w tornistrze czy torebce zawsze mieć choć jedną podpaskę i tabletki przeciwbólowe, bo nigdy nie wiadomo kiedy to cholerstwo nas dopadnie i gdzie. Gdy już dopadnie, to co chwilę trzeba latać do wuceta i sprawdzać, czy nic nie przemogło. Do tego ten przeszywający ból i osłabienie, a tu uczyś się trzeba i myśleć, i siedzieć te 8-9 godzin w szkole, a potem jeszcze pedałować na rowerze 7 kilometrów do domu. Jakby tego było mało w wielu przypadkach dorastanie wiążę się  z trądzikiem, czyli spaskudzoną przez jakieś syfy twarzą. Wiele dziewczyn przechodzi na szczęście łagodnie, bez większego bólu, większego krwawienia, ot 3 dni i po sprawie. Niestety nie wszystkie. 

Gorzej jeśli nastolatka (dokładnie: dwunastolatka) ma obfity okres 8-10 dni, a przy tym cierpi na okropne bóle brzucha i głowy. Do szkoły chodzić musi, musi uważać na lekcji, pisać testy, odrabiać zadania domowe. W Polsce można się opieprzać, olewać, opuszczać lekcje i nikt wam nic nie zrobi, ot tam pobiadolą na wywiadówce i tyle, we Flandrii nie ma zmiłuj. (przynajmniej w naszej szkole). Wagarujesz, nie odrabiasz zadań, dostajesz gorsze wyniki - wyślą cię do psychologa czy innego tam nawiedzonego specjalisty, a jak ci sie nie podoba to przywitasz się z sądem rodzinnym. Można latać co miesiąc do lekarza po zwolnienie, ale to kosztuje i na ból nie pomaga. Pora się wybrać do ginka....

Wybadaliśmy wcześniej sytuację po znajomych i w necie, by dowiedzieć się jak to wygląda w tym kraju. Sama zresztą byłam u tego nielubianego doktora nie tak wcale dawno i nie ukrywam, że zostałam bardzo miło zaskoczona. Podejście do ...WSZYSTKIEGO zupełnie inne niż w Polsce. W gabinecie full wypas, nawet wziernik podgrzewany hahaha - w PL bywałam w gabinetach państwowych i prywatnych dość często, bywałam też w szpitalu z powodów babskich najróżniejszych, to coś wiem na ten temat. Szczegółami się dzielić nie będę, ale zapodam kilka ciekawostek, różnic, których nie da się nie zauważyć. W PL wmawiano mi z jakiegoś (podejrzewam czysto biznesowego) powodu, że biorąc tabletki muszę chodzić na badanie co 2 miesiące albo i co miesiąc (stówka za wizytę). Tutaj co się okazuje? Ano że przy pierwszej wizycie dostaję 3 recepty od razu,  z czego jedna na roczny zapas tabsów. Aaaa czyli jednak z tym comiesięcznym badaniem to gówno prawda. Druga miła niespodzianka - pigułki nie są drogie.  Do 21 roku życia są nawet UWAGA - ZA DARMO!!! Zresztą wizyta też kto wie co nie kosztuje - 35-40 euro, z czego sporą część oddaje ubezpieczyciel. Tyle samo płaciłam za cytoligię, ale po jakimś czasie przyszła informacja że co 2 lata jest cytologia darmowa (na przyszłość będę siedzieć i poczekam grzecznie na zaproszenie).

W PL, z tego co podają na portalach medycznych,  nastolatka poniżej 18 roku życia musi mieć PO-ZWO-LE-NIE-OD-RO-DZI-CÓW, gdy chce by jej ginek przepisał pigułki antykoncepcyjne. No wiadomo normalny zapyta od picu czy starzy wiedzą i przepisze, a inny każe z mamusią przyjść. Spoko.

W BE nastolatka nie musi się pytać mamy o zgodę, a mama nie ma prawa się pytać doktora, co dziecku przepisał. Znaczy pytać może, ale odpowiedzi raczej nie otrzyma.

Najważniejsza ciekawostka, a w zasadzie dobra nowina dla nastolatek wybierających się do gina w Belgii. Cała wizyta odbywa się przy stoliku. Nie ma badania. Co niektórzy ponoć robią USG przez brzuch, gdy jest taka potrzeba. Oczywiście wiadomo do doktora chodzi się z różnych powodów i w różnych sytuacjach. Co innego zbyt męczące miesiączki co innego na ten przykłada jakaś nieplanowana ciąża, czy poważne schorzenie. Mówię tu jednak o tym pierwszym, zwykła, powszechna choć baaardzo niefajna rzecz - menstruacja.

Na wizytę nastolatka (nawet jeśli ma tylko 12 lat) może iść z mamą, z siostrą albo zwyczajnie sama i nie ma problemu. Dodam tu przy okazji (bo pewnie nie jeden potrzebuje to wiedzieć) że w tym kraju antykoncepcja jest czymś najnormalniejszym na świecie także w kwestii nastolatek. Nikt raczej (ani lekarz, ani aptekarz, ani pani w szkole) nie bedzie się dziwił ani tym bardziej komentował, czy choćby głupio patrzył, gdy piętnastolatka, czy nawet dwunastolatka poprosi o środki antykoncepcyjne (pigułki są na receptę - tak samo jak w PL, tyle że tu dla małolatów są darmowe).

Pani doktor powiedziała, że zarówno 1 okres na pół roku jest czymś normalnym u nastolatki, jak i regularne ale ciężkie miesiączki mieszczą się w normie. To pierwsze prawdopodobnie ureguluje sie samo w ciągu najbliższych 2-3 lat i nie ma się co martwić. To drugie mają poprawić pigułki hormonalne, bo jak stwierdziła pani doktor, obfite miesiączki oraz trądzik świadczą właśnie o tym, że organizm cierpi na chaos hormonalny typowy dla okresu dorastania.

Pamiętam że w Polsce wszyscy straszyli tabletkami antykoncepcyjnymi. Jakie one to mogą być szkodliwe. Na ulotce podają, że faktycznie skutki uboczne mogą być różne, jak przy większości leków. Dla niektórych zwykły paracetamol czy ibuprofen może okazać się śmiertelny, gdy okaże się że organizm danego składnika leku nietoleruje. Przeciętny człowiek  nie martwi się tym co go może ewentualnie kiedyś tam spotkać, gdy zażywał będzie dany lek. Przeciętny człowiek zażywa go z nadzieją, że mu pomoże tu i teraz. Przeciętny człowiek nie lubi, by go coś bolało a gadanie (pamiętam te czasy gdy ja co miesiąc umierałam z bólu), że inni też tak mają i żyją działa mi na nerwy. Bo serio guzik mnie obchodzi że w XII wieku baby cierpliwie znosiły ból miesiączkowy czy porodowy i rodziły na miedzy i szły dalej do roboty bez narzekania. Bo czasy się zmieniły, w XXI wieku nie trzeba ani rodzić na miedzy w bólu, ani umierać przy porodzie z byle powodu czy choćby na zapalenie wyrostka, ani wyrywać zębów na żywca. Można też ułatwić sobie bycie kobietą i złagodzić paskudne objawy menstruacyjne i pozbyć się wielu innych problemów zdrowotnych, które jeszcze za moich gówniarskich czasów były niedopokonania.

Co ciekawe kilka miesięcy temu prasa pisała na temat najnowszych badań, które dowodzą, że pigułki anty brane w młodym wieku mogą nawet zapobiegać rakowi babskich narządów. Tak że tak. Opini tyle ile stron świata, a człowiek zrobi i tak zawsze, co sam uważa za słuszne i dobre dla siebie.




14 lipca 2017

Nocne reflekcje na temat blogowania.

Blogi są jak ogrody przed domem. Każdy może zajrzeć, każdy może skomentować. Ogród możemy też ogrodzić i nikt nam zaglądał nie będzie. Blog może być całkowicie prywatny lub dostępny tylko dla wybranych.

Każdy urządza swój ogród wedle własnego uznania, fantazji, potrzeb i możliwości. Każdy może mieć swój ogród, nie trzeba być ogrodnikiem ani innym tam specjalistą od ogrodów. Jak ktoś chce mieć piękny ogród a nie zna się, zatrudnia fachowca, by ogród zaprojektował. Każdy ogród jest inny, ale projektowanie i pielęgnowanie ogrodu daje dużo frajdy.

Teraz spójrzmy na to z perspektywy przypadkowego przechodnia. Jeden przejdzie mimo i nawet nie zauważy żadnego ogrodu. Drugi zauważy, ale się nie zainteresuje. Trzeci przystanie i obejrzy sobie wszystko dokładnie, czasem nawet skomentuje albo zapyta o coś właściciela. Są też tacy, co po ogrodach rozrzucają śmieci i inny syf, w necie zwiemy to spamem albo wirusami (ale to już śmieci z kategorii toksyczne)

W tym momencie dochodzimy do jednej zasadniczej różnicy pomiędzy blogiem i ogrodem. Jak żyję 40 lat, to nie widziałam ani nie słyszałam (choć pewnie na świecie gdzieś się zdarzyło), żeby ktoś zobaczywszy czyjś ogród, który mu się nie podoba (bo jest zaniedbany, bo styl jakiś taki nie tego, bo za dużo dekoracji albo za mało żółtych kwiatków, bo śmieci się walają, a te huśtawki nie pasują...) wtargnął nagle do właściciela tego ogrodu i zaczął mu, i jego latami hodowanym pokrzywom bezczelnie ubliżać, krytykować ten ogród i jego właściciela, drzeć mordę...

No weź spróbuj jeden z drugim zrobić w realu coś takiego to w najlepszym przypadku ktoś zadzwoni po gliny, w trochę gorszym zwyczajnie otłucze wam ryło, a może was nawet zastrzelić, bo ponoć w niektórych rejonach świata prawo na to pozwala.

Na bloga natomiast (czy inną tam mniej lub bardziej prywatną stronę) bardzo często wpada jakaś niewychowana dzicz i się drze wirtualnie, obraża, wyzywa, krytykuje wszystko co się da i jeszcze jakie pretencje i żale, gdy się zwróci uwagę, bo jaka to ja jestem nietolerancyjna, jaka egocentryczna, jak nie potrafię uszanować odmiennego zdania... Tja bo ja swój własny ogród będę urządzać wedle czyjegoś widzimisię albo wysłuchiwać w spokoju debilnych komentarzy... Czasem to serio mam ochotę zastrzelić...

Blogowanie jest też jak nałóg - dość szybko uzależnia. Blog to diabelny pochłaniacz czasu i myśli. Nie wiem, jak mają inni blogerzy (pewnie zależy od tego, o czym blog), ale ja mam tak, że pomysły na artykuł dopadają mnie o najróżniejszych porach dnia i nocy. Tak, nocy! Budzę się w środku nocy, bo na ten przykład chce mi się siusiu, idę do kibla i tam w tej świątyni dumania nachodzi mnie na rozważania nad sensem życia. W nocy najgłupsze rzeczy mogą wydawać się dobrym materiałem do opisania na blogu. Wracam do łóżka, gdzie przez najbliższe godziny zamiast spać piszę w myślach ten fantastyczny powalający na kolana post. Oj tam w myślach, zadarzało mi się już pisać ze smartfona, a rano oczy jak po spawaniu, zmęczenie do entej potęgi, a ten zajefajny tekst w blasku słońca wydaje się śmieszny i redaguję go za dnia na nowo od początku albo zwyczajnie klikam 'usuń' oraz 'tak jestem pewna, że usunąć ten post'. Pomysły na temat dopadają mnie też w drodze, w robocie i innych mejscach do tego niestosownych. Dlaczego niestosownych? Dlatego, że człowiek chodzi czasem jak naćpany, gdy pisze w myślach bloga. Na szczęście tylko czasem, zwykle obmyślanie tematu nie koliduje z robotą, a tylko pomaga przeżyć dzień.

Jak się już wymyśli coś, to potem trzeba to koniecznie wklikać z lapka lub smartfona, a potem skorygować, poszukać zdjęć i w końcu opublikować. To trwa czasem kilka dobrych godzin z przerwami, a bywa że dni. Są na tym świecie rzeczy o wiele pożyteczniejsze, które można by w tym czasie zrobić. Jestem wszak czyjąć mamą, żoną, czyjąś córką... A wiecie jak irytujące są chwile, gdy masz 'super pomysł' a nie masz czasu by usiąść do laptopa? Nie wiecie? To dobrze. To okropne chwile. Tak samo jak te, w których się już przy tym lapku usiądzie a wtedy ktoś coś chce. Bywam wtedy agresywna a już na pewno pierońsko wściekła, że bez kija nie podchodź. Dlatego czasem zastanawiam się nad zakończeniem tego procederu, bo dla rodziny mój blog jest chyba trochę (albo i więcej) krzywdzący.

Nałóg ma jednak to do siebie, że nie łatwo z nim zerwać.

Blogowanie daje mi dużo frajdy. Mogę się wygadać, pozbyć balastu obciążającego moje myśli. Gdy człowiek nie ma z kim pogadać, to każda możliwość jest dobra. Są tematy, które mogą przedyskutować z mężem, są też takie o których już fajnie się gada z moimi pannami, ale pozostaje wiele, z którymi nie mam co zrobić. Blog ratuje sytuację.

No, o wszystkich to nie mogę też pisać, bo moje niektóre teorie i poglądy mogły by wywołać trzecią wojnę światową. Wystarczy, że czasem mi się coś wymknie, gdy mnie wkurzenie opanuje i już wielka awantura, czy jak to dziś powiada młodzież, gównoburza.


W dzisiejszych bowiem czasach wolność polega na tym, że możesz robić i mówić wszystko co tylko chcesz pod warunkiem, że większość się z tym zgadza. Jak ośmielisz się być przeciw aktualnie panującym normom, trendom i  poprawności politycznej, masz przesrane. Możesz iść, gdzie chcesz pod warunkem że w lewo  :-) 

Staram się nie wychylac zbytnio, bo życie codzienne dostarcza mi wystarczająco wiele powodów do podnoszenia poziomu adrenaliny we krwi. Ciągłe użeranie się z wszystkowiedzącymi, nierzadko bezczelnymi  i o niezbyt wysokim poziomie inteligencji ludźmi,  zaprowadziło by mnie albo do więzienia albo do psychiatryka...

Blog pomaga też w rozwiązywaniu problemów. Gdy wystawię moje problemy na światło dzienne, mogę lepiej się im przyjrzeć, a potem uporządkować. Przy okazji dostrzegam też wszystkie zalety i skarby jakie skrywa nasze prywatne życie. To jest bardzo pozytywna rzecz.

Dlatego blog na razie jeszcze pewnie zostanie... przynajmniej do dopóty, dopóki nie spiszę wszystkich pomysłów albo dopóki mi się nie znudzi całkiem, bo nie mam z kim gadać o tym wszystkim, co mnie dręczy... Jeszcze jest nadzieja, że laptop padnie i zakończy temat raz na zawsze (już, już zdawał się być na wykończeniu, ale zaryzykowałam rozkręcenie wszystkiego i wyczyszczenie... nie wiem kto mi napchał do lapka tyle kurzu...? Pomogło, przestał się wyłączać po 10 minutach).

Na koniec ważna informacja (jakby kto z fejsbukomaniaków jeszcze nie zauważył): zamykam fanpejdża na fejsie. Powisi tam jeszcze kilka dni w celach informacyjnych i przekierowawczych. Nie będę się tu spowiadać dlaczego, z kim i po co, przyjmijmy, że taka moja fanaberia, no a poza tym fan page nie spełnił moich oczekiwań. Spróbuję szczęścia z grupą zamknietą na tym samym portalu społecznościowym oczywiście, bo - nie ma się co oszukiwać - lubię mieć kontrolę nad tym co dzieje się w moim ogródku i lubię wiedzieć, kto mi się tam pałęta dniami i nocami.

Liczę na to, że w grupie będzie też można od czasu do czasu podyskutować na jakiś temat, bo to tak trochę nie teges, że ja się tu produkuję a wszyscy siedzą i się patrzą. No, parę osób zawsze się udziela, ale na fan pageu było ponad 300 lajków... czyli co? ludzie-widma, analfabeci, szpiedzy, psychopaci...?

To jest ostatni wpis z bloga udostępniony na fan page'u. Zainteresowanych zapraszam do grupy zamkniętej. Nazwa to tytuł bloga: Belgia Nasz Nowy Dom. Dla czytaczy bloga


















10 lipca 2017

Bokrijk. Skansen w prowincji Limburg.

W minioną niedzielę zrobiliśmy sobie kolejną wycieczkę do prowincji Limburg do skansenu Bokrijk w Genk.

Genk leży nieopodal Hasselt, które to miasteczko odwiedziliśmy 2 lata temu tu o tym pisałam (kliknij by przeczytać).

Jest to miejsce, do którego warto się wybrać na cały dzień, bo jest dużo do oglądania. Można pobawić się zapomnianymi już prawie zabawkami.
Była okazja sprawdzić, czy nie zapomniałam, jak się chodzi na szczudłach. Jak widać na załączonym obraku - nie :-) Dziewczynom też całkiem dobrze szło jak na pierwszy raz.

Bo takich dwu jak nas trzy to ani jednej nie ma :-)

W Bokrijk jak w każdym skansenie przenieść się można do dawnych czasów i zobaczyć jak to drzewiej się ludziom żyło. Zobaczymy tam nie tylko, jak wyglądały flamandzkie domy dawno dawno temu. Można zajrzeć też do magicznej kuźni, gdzie zaczarowane kowadło, wiadro i kowalski piec opowiedzą nam ciekawą historię, a nawet zaśpiewają. Można przejechać się na wozie, zobaczyć jak piecze się chleb w prawdziwym piecu, można zabawić się w prawdziwą prząśniczkę i poznać z bliska wiele innych, dziś już nie istniejących zawodów.

Spotkamy tam też wiele żywych zwierzatek gospodarskich, które można pogłaskać. Owce, kozy, kury, króliki, konie, krowy mamy na co dzień u sąsiadów, ale świniami nasz Młody był zachwycony...

Polecam to miejsce na wakacyjną (i nie tylko) wycieczkę z dziećmi. Całęj Trójcy się bardzo podobało.


Ja: Patrzcie, żuraw! A dzieci szukają ptaka :-)











szybki kurs chodzenia na szczudłach ;-)

brudna jak świnia




Najstrasza oswoiła motyla





sraczyk przy chlewiku


piec chlebowy

Trójca :-)

Magiczna Kużnia












jak się kto zmęczy, może sobie kimnąć w cieniu



Bokrijk ma oczywiście swoją stronę, gdzie możecie się bliżej z tym miejscem zapoznać. Strona jest dostępna w języku niderlandzkim i angielskim.
http://www.bokrijk.be/nl

Ceny:

Przy skansenie jest baaardzo duży zadrzewiony PARKING w cenie 5€/dzień.

Wejście do skansenu:
do 3 lat gratis,
do 12 - 2 (dwa) €
13-59 - 12,5€
pow 60  - 10,5€

kibelki GRATIS

adres:
Het Domein Bokrijk
Bokrijklaan 1
3600 Genk

Genk, bliżej centrum

30 czerwca 2017

Dorastanie. Nawet wyjście na basen jest nie lada wyzwaniem

W poprzedni weekend była wystawa prac w Akademii. Postanowiłam pojechać rowerem, by ją sobie obejrzeć i nie żałuję.  Młoda pojechała ze mną, bo to tylko drugie tyle co do szkoły (13km), ale w połowie drogi zaczęła się zastanawiać głośno, czy do tego miasta aby przypadkiem autobusy nie kursują...? Objechałyśmy jednak, tylko nie wzięłyśmy nic do żarcia i mało nam brzuchy do pleców nie przyschły z głodu. Czy wam też się zawsze chce jeść i pić, jak tylko wsiądziecie na rower? Picie na szczęście miałyśmy w torbach rowerowych.

20 czerwca 2017

Agencja Ślubna Project Wedding, czyli jak spełniać swoje marzenia. Gość bloga.

Każdy ma w życiu jakieś marzenia, idee, mniej lub bardziej szalone pomysły. Ilu jednak ma odwagę je realizować? No cóż, sporo osób myśli, że marzenia same się spełnią, że to musi przyjść dobra wróżka albo czarodziej i za pomocą magicznej różdżki zmieni ich życie. Czekają tak na wygraną w totka nie kupiwszy nawet jednego losu. A może by tak ruszyć głową, ruszyć kuper, zakasać rękawy, wyjąć z szuflady swoje marzenia, odkurzyć  i zabrać się samemu wreszcie za ich spełnianie? Oczywiście, można siedzieć nadal przed telewizorem, użalać się nad sobą, czekać na dobrą wróżkę  i zazdrościć tym, którzy robią coś fajnego, a swoje marzenia te małe i te duże nadal trzymać w zakurzonej szufladzie...


Gosia postanowiła spełnić swoje marzenie o tym by spełniać marzenia innych.

Pomieszkała trochę w Belgii, popracowała, pozwiedzała, pouczyła się języka i zrozumiała, że mimo iż Belgia jest bardzo fajnym miejscem i kawałek serca już na zawsze tu zostanie, to fajnie by było wrócić do Polski, bo tam jednak najlepiej się czuje. Pora zatem zrobić następny krok na drodze do szczęścia i zacząć realizować pomysł, który tłucze się po głowie już od kilku lat... Jak postanowiła, tak zrobiła.

Większość dziewczyn już w przedszkolu zaczyna planować swoje wesele i marzyć o sukni ślubnej i welonie. Nie wiem jak jest teraz, ale w moich czasach non stop wyprawiało sie wesele lalkom  i stroiło je w suknie ślubne, choćby z kawałka starej firanki. Myślę, że każda dziewczyna choć raz wyobrażała sobie swój idealny ślub i weselicho, inne marzą o tym cały czas, aż w końcu nadejdzie taki moment, że dorosną, spotkają swojego księcia i zaczynają planować prawdziwy ślub. No niestety, o ile lalki mogą codziennie wychodzić za mąż, stroić się w coraz to inne suknie ślubne, szykować coraz to inną imprezę, tak żywi  ludzie zwykle ograniczają się do jednego razu a takie wesele trwa dzień, czy dwa i koniec zabawy. No trudno, takie życie, nic nie poradzisz... a może jednak? No... można się rozwieść i zorganizować sobie drugie wesele, a potem trzecie.... Nie, no bez przesady.

Gosia wymyśliła, jak robić dużo wesel bez rozwodzenia się ze swoim mężem. Nie zamierza też czekać, aż dorośnie jej córka, by znowu poświęcić się całym sercem przygotowaniom weselnym, wyborze miejsca, dekoracji, muzyki, sukni ślubnej i całej tej oprawy.

15 czerwca 2017

Gdy dorastanie nas przerasta.

Zastanawialiście się kiedyś, co by było gdyby Wasze dziecko postanowiło uciec z domu?
Nie zastanawialiście sie, bo uważacie siebie na pewno za dobrych rodziców (jeśli nie za wspaniałych, czy wręcz idealnych), zaś Wasze dzieci są zapewne mądre, grzeczne, dobrze wychowane i nie mają żadnych problemów ani najmniejszych powodów by robić TAKIE rzeczy. Laba? Kłamstwo? Wulgaryzmy? Symulowanie choroby? Papierosy? Alkohol? Ucieczka z domu? Próby samobójcze? Nie. Was to zupełnie niedotyczy.... Prawda?

Nie dawno krążyły po sieci (krążą pewnie nadal) informacje na temat bardzo interesującej zabawy zwanej pod nazwą nie.bie.ski.wie.lo.ryb. Taka internetowa forma podwórkowej zabawy w wyzwania, w której jeden drugiemu zleca przez net różne mniej lub bardziej debilne zadania do wykonania. W podwórkowej zabawie nie jeden jadł robaki albo skakał z dachu, żeby udowodnić kolegom, że nie jest cykorem, że jest zajebisty. Moim zdaniem cykorem nie jest tylko ten, kto jest w stanie przeciwstawić się bandzie idiotów a nie ten kto zniży się do ich poziomu, no ale to moje zdanie. Gównażeria od wiek wieków lubi udowadniać rówieśnikom 'jaki to ze mnie gieroj'. Zresztą nie tylko gównażeria - mało to dorosłych i do tego znanych ludzi wylewało se na łeb lodowatą wodę w Ice Bucket Challenge? To niby miało jakiś szczytny cel, ale każda wymówka jest dobra by zabłysnąć przed innymi i zebrać parę lajków... Ten niebieski ssak rybopodobny to też właśnie taki challenge (tych czelendży krąży w sieci od groma i gdy sobie poguglujecie to skarpetki wam się mogą sfilcować od myślenia na temat granic ludzkiej głupoty) tylko dosyć dziwny, bo nie można się cieszyć z jego ukończenia, no chyba że dna piekła, bo samobójców ponoć do nieba nie wpuszczają (ale jeszcze nie byłam, to nie wiem na pewno). 

6 czerwca 2017

Sanktuarium w Scherpenheuvel

W ostatnią niedzielę zrobiliśmy sobie wycieczkę do Scherpenheuvel. Miejscowość niewielka, choć ładnie położona i - jak wszystkie miejscowości Flandrii - zadbana i czysta. Ma jednak bardzo ciekawą historię, a sanktuarium na pewno warto zobaczyć, nawet jak się nie jest wierzącym i praktykującym katolikiem, a jak się jest, to tym bardziej się powinno tam wybrać.
W Zielone Świątki są do tego miejsca organizowane polskie pielgrzymki z Brukseli, Gent i pewnie innych polskich kościołów. Są zatem polskie msze i droga krzyżowa.

Ja jednak bardziej interesowałam się, jak zwykle, historią i legendami tego miejsca. Podzielę się więc tym, co wyczytałam. Od siebie dorzucę kilka fotek ze smartfona, żeby Was zachęcić do wycieczki.
Scherpenheuvel leży w naszej prowincji (Vlaams Brabant) pomiedzy  Leuven i Hasselt.

Już w 1304 roku ksiądz z Zichem (Lodewijk van Velthem) napisał w "Spieghel Historiael" o cudownym dębie, który wyrósł w krztałcie krzyża i do którego ściągają licznie pielgrzymi. Z czasem - choć nie wiadomo dokładnie kiedy - na dębie zawieszono figurkę Matki Bożej. Legendy mówią, że pewnego dnia (bodajże w 1514 roku) pewien pastuch zobaczył tę figurkę leżącą pod drzewem i postanowił sobie ją zabrać na pamiatkę. Gdy tylko podniósł ją z ziemi coś sprawiło, że nie mógł się ruszyć. Stał tak biedaczysko z wyciągniętymi rękami, w których tkwiła figurka, aż zaniepokojony jego długim zniknięciem pan zaczął go szukać. Zobaczywszy, co się stało, zabrał mu figurkę i odwiesił na drzewo, gdzie jej miejsce. Wtedy pastuchowi wróciła możliwość poruszania się, a wieść o tym cudzie rozeszła się błyskawicznie wśród ludu.

4 czerwca 2017

Wyżej dupy nie podskoczysz, ale ja czasem próbuję :-)

Kiedyś ktoś mi powiedział, że jak mi sie wydaje, iż nie mam czasu, to powinnam sobie znaleźć dodatkowe zajęcie, a bardzo szybko się przekonam, że jednak mam więcej czasu niż mi się wydaje. Ta metoda faktycznie działa i staram się z niej korzystać, ile się da. Jednak wszystko ma swoje granice i w końcu przychodzi taki moment, że już się nie da więcej wcisnąć w czasoprzestrzeń a jak się uda coś wcisnąć, to coś innego wypadnie. No,  jak to mówią, wyżej dupy nie podskoczysz, ale można próbować... 

Nie publikuję ostatno zbyt wiele, bo nie mam czasu. Od czasu do czasu spisuję nowe przemyślenia, by przy czasie je dopracować i opublikować, ale ...nie mam czasu. 

czasem dobrze się zatrzymać i popatrzeć wkoło

Pracuję około 30 godzin w tygodniu (no wiem, mówiłam już  pewnie ze 100 razy). 30 godzin to dużo godzin jak się przy tym dojeżdża rowerem po 10 km, ma własny dom, męża, troje dziecków w tym dwie nastolatki z 2 tysiącami problemów oraz na dokładkę królika i trochę własnych zajęć dodatkowych. Jest na prawdę co robić i nad czym myśleć. To kosztuje dużo energii, czasu i nerwów...

Zrezygnowałam z wolontariatu w bibliotece bo wyżej dupy... Może kiedyś tam wrócę, bo to zajęcie relaksujące i przyjemne. Może kiedyś..

Nie dawno postanowiłam zmienić biuro i właśnie jestem w trakcie. Nagle stwierdziłam, że mam dość Start People, bo po pierwsze zamknęli kantor w najbliższej okolicy (do którego miałam i tak 12 km z domu i ponad 20 km od klienta piątkowego) i który był czynny tylko w piątki, po drugie za często zdarza im sie zapominac o przysłaniu formularzy do wypełnienia (ileż razy można się dopominać), po trzecie płacą raz tak raz srak, nigdy nie wiem, kiedy dostanę jakieś pieniądze, po czwarte w innych biurach są różne dodatki, a w SP tylko łysa wypłata (no dodatek za przejazdy to nie dodatek). W nowym biurze dostanę dodatkowo do wypłaty ubezpieczenie szpitalne i dentystyczne oraz ELEKTRYCZNY ROWER. To ostatnie baaaardzo mi się podoba, zwłaszcza, że tego roweru mogę używać bez ograniczeń (zgodnie z regulaminem) także w prywatnych wycieczkach, w weekendy itp, a naprawy w razie wu opłaca firma. 

Jak się zmienia biuro? Sprawa niby prosta ale i dość skomplikowana zarazem. 

26 maja 2017

Pairi Daiza - niezwykłe zoo


W Belgii długi weekend. Pogoda wreszcie się wyklarowała - jest słonecznie i upalnie (wczoraj np 27 stopni). Trzeba to wykorzystać, bo w tym kraju nie ma za dużo gorących dni w roku. Postanowiliśmy odwiedzić w końcu Cambron-Casteau - wioskę w gminie Brugelette, gdzie znajduje się ogród zoologiczny Pairi Daiza (do 2009 nazywał się Paradiso).


Pairi Daiza nie jest zwykłym zoo. Jest to raczej ogromny park, po którym pałętają się zwierzęta z całego świata.

29 kwietnia 2017

Laptop dla każdego ucznia - wady i zalety

W szkole dziewczyn rozpoczęli ten rok szkolny projektem "laptop dla każdego ucznia". Wspominałam już o tym, ale przypomnę na wstępie, jak to działa.
Przy zapisie Młodej do szkoły podpisaliśmy zgodę (czy tam umowę - jak zwał tak zwał) na laptopa dla niej. Dostaliśmy specyfikację sprzętu, cenę oraz to ile nas to będzie kosztować. Nie będę tu wnikać w szczegóły. W szkole - jak wam wiadomo zapewne - systematycznie co trymestr dostajemy faktury: w przedszklu jest to kilka euro przeważnie za świetlicę, jakieś dodatkowe wycieczki itp, w podstawówce dochodzą jakieś obozy, co daje już kwotę około 50 czy 70  €, w średniej to już zależy od szkoły. U nas jest standardowo 50€, ale do tego właśnie dochodzi spłacanie lapka - 60€ (przy drugim dziecku ma być mniej) w trymestrze, czyli kwota, że tak powiem, do udźwignięcia, ale wiadomo - ziarnko do ziarka, dziecko do dziecka i kasy ubywa szybciej niż człowiek zdąża zarabiać :-) Lapka będziemy spłacać 3 lata, potem staje się on własnością ucznia.

podkradzione z: https://www.youtube.com/watch?v=dJED5-czjLM

Tak czy owak wszystkie pierwszaki w szkole średniej, którą wybraliśmy, mają od września własnego laptopa. Szkoła odpowiednio je przygotowała przed wydaniem. Mają Office'a i kilka innych przydatnych programów. Komp ma też wiele zabezpieczeń wprowadzonych przez szkolnych informatyków. Są hasła, różne blokady i ograniczenia itd. Stroną startową - co irytuje wielce moją Młodą - jest strona Smartschool i nie da się zmienić z poziomu ucznia haha. 

Pierwszą WIELKĄ wadą tego projektu, jest noszenie laptopa codziennie do szkoły i z powrotem. Trzeba go bowiem codziennie ładować (nie wyobrażacie sobie chyba ładowania laptów w szkole - 9 klas pierwszych po około 20 dzieci... a gdzie tu jeszcze drugie, trzecie, ..., szóste)