24 czerwca 2020

Jak wygląda aktualna sytuacja koronna i koniec roku szkolnego w Belgii?

Miałam spisywać na bieżąco wszelakie zmiany w naszym świecie opanowanym przez covid19, bo przecież to ważny kawałek naszej historii, ale jakoś nie ma czasu na pisanie...
Spróbuję jednak dziś to i owo tutaj sobie skrobnąć ku pamięci.

Mój powrót do pracy po lockdownie


Pospolity obwieś w autobusie ;-)

Gdy wydano zezwolenie na powrót dzieci z podstawówki do szkoły, to i ja postanowiłam wrócić do pracy. Klienci bowiem też już zaczęli się niecierpliwić. Najpierw przyszła do mnie sąsiadka, by zapytać czy już wracam, bo chłop słabo sobie radzi ze sprzątaniem, a ona nie może tego robić ze względów zdrowotnych. Zaraz potem zadzwonili moi ulubieni ponad 80-letni klienci "Magda, ty to tam żyjesz?! Co ty myślisz, że ja sama mam niby swój dom sprzątać?! Ja stara jestem i mi się nie chce hihihi".

No i fajnie, tyle tylko, że potem się okazało, że ja nie mam komu powiedzieć, że wracam do roboty. Biuro na sąsiedniej wiosce - wiadomo - nieczynne. Wysłałam zgłoszenie o chcęci powrotu do pracy korzystając z formularza przysyłanego non stop w każdym mejlu z biura głównego. Nic.
Wypróbowałam trzy różne numery telefonu i wszędzie ta sama automatyczna sekretarka. Na mejlu automatyczna odpowiedź, że nikt nie czyta mejli. 
Zadzwoniłam na ogólny numer i dostałam kolejny numer, pod którym niby ktoś miał być, ale znowu automat.

No i spoko. Chcę wrócić do roboty, ale nie mam jak!

W końcu po paru dniach ktoś do mnie zadzwonił. Ta osoba obdzwoniła wszystkich klientów i sie okazało, że tylko 2 na razie nie chce mojego powrotu - jeden, bo pracuje w domu i ma kilkoro dzieci nieszkolnych, czyli dystans i bezpieczeństwo nie może być zagwarantowane  i drugi, bo jest w szpitalu.

Gdy szłam po raz pierwszy do swoich klientów, nie wiedziałam czego się spodziewać i jak się samemu zachować w tej dziwnej sytuacji. Co z tymi maskami, rękawiczkami, których nie toleruję za bardzo...

Z biura otrzymałam "zestaw bezpieczeństwa", czyli paczkę chusteczek, ręcznik papierowy, jedną parę rękawiczek wielorazowych, 5 maseczek i żel odkażający do rąk. Szaleństwo.

Okazało się, że praca wygląda normalnie. Ludzie bynajmniej nie unikają mnie jak diabeł święconej wody, czego się spodziewałam. No, może z wyjątkiem jednego, który na początku nie przychodził do domu, dopóki tam byłam, nawet jak miał ważny telefon do odebrania. Z czego jego partnerka się podśmiechiwała trochę, a nawet bardziej niż trochę... 

Na początku klienci starali się przebywać w innych pomieszczeniach albo na zewnątrz, choć byli i tacy, którzy zwyczajnie w tym samym pomieszczeniu zajmowali się swoją robotą. Tylko dystans zachowujac. Świetnie. Zdrowy rozsądek to dobra rzecz.

Do ludzi starszych wystroiłam się w maseczkę, bo pomyślałam, że tak trzeba. No i zostałam wyśmiana przez tych wariatów. Powiedzieli, że kawę mam pić w takim układzie też bez zdejmowania maski buachacha. 

Czyli gicio czacza - nie muszę nosić niczego na ryju ani na łapach. Lubię moich klientów jeszcze bardziej, niż wczesniej. Maskę noszę teraz tylko, u klienta który jest osłabiony chorobą (nie korona) i jest w podeszłym wieku. 

Szkoła 

Koniec roku szkolnego jest niezwyczajny.

PODSTAWÓWKA

Młody chodzi do szkoły (prawie)zwyczajnie codziennie. Zaczęli od 2 dni w tygodniu podzieleni na dwie grupy. Potem jednak Rada Bezpieczeństwa zezwoliła podstawówkom i przedszkolom na normalną naukę codzienną w kompletnych klasach. Każdy siedzi w osobnej ławce, ale blisko siebie. Młody uważa, ze to spoko, bo nikt mu nie przeszkadza i nie odgapia zadań :-)

Często myją ręce - wodą z mydłem albo żelem. Belfry noszą maski i rodzice przyprowadzając i odbierajać pociechy też muszą mieć zasłonięte pyski na terenie szkolnym. 

Ostatnie zajęcia odbędą się we wtrorek 30 czerwca, czyli zwyczajnie.

W tym roku nie będzie wywiadówki.

SZKOŁA ŚREDNIA

Duże nie wróciły do szkoły, bo akurat są w tych klasach, które nie zostały wzięte pod uwagę. Do końca zeszłego tygodnia miały naukę on-line. W piątek Młoda mogła iść do szkoły na jeden dzień, ale wychowawczynie stwierdziły, że ona już udowodniła, że nadaje się na kierunek fotografia i że z nauką sobie radzi świetnie, zatem nie musi przychodzić. Ona na to jak na lato.

Najstarsza ma w tym tygodniu możliwość pójścia do szkoły 2 razy po pół dnia. Jutro pewnie pójdzie, bo wczoraj nie miała czym pojechać na stację, gdyż rower odmówił współpracy, a zapasowy jest właśnie u mechanika. Młoda zaś potrzebowała swojego na dotarcie do zębowej wróżki dentysty sadysty.

U dużych wywiadówki się odbędą on-line (hangouts itp) albo telefonicznie. Raporty także on-line.


Wizyty u lekarzy, terapeutów, salonach piękności i sklepach.


Jak tylko Rada Bezpieczeństwa wydała rozporządzenie o uwolnieniu lekarzy i innych, to my od razu za telefon, by nadrobić jak najwięcej zaległości. Zatem dziś już mam całkiem niezły obraz tego, jak działa tutaj służba zdrowia i inne instytucje usługowe....

 Do naszego rodzinnego nie można się umawiać teraz on-line, tylko trzeba dzwonić i opowiedzieć, czy nie ma się objawów grypy. Nie można siedzieć w poczekalni. Stoi się na zewnątrz i czeka na wpuszczenie. Doktor zakłada maskę, gdy wchodzi się do gabinetu. Byłam z Najstarszą, czyli można po dwóch na raz ;-) Maseczka obowiązkowa, gdy się wchodzi do gabinetu, ale jak się idzie tylko po receptę zamówiona przez telefon to nie trzeba.

W aptece mają linie na podłodze, gdzie klienci mają stać  i u nas mieści się 3 osoby teraz (reszta stoi na zewnątrz). Przy ladzie jest pleksi-szyba. 

Dentysta, u którego Młoda była robić zdjęcie szczęki, przyjmuje w stroju z NASA albo w czymś bardzo podobnym, jak wynika z pełnych smiechu opowieści Młodej.

Nasz dentysta na wiosce nosi tylko maseczkę i rękawiczki, czyli jak zwykle. Tylko, że ludzi wpuszcza do gabinetu głównymi drzwiami, a wypuszcza przez werandę (w Belgii większość  lekarzy ma gabinet w domu lub przyjmują w szpitalu). No i coś co Młodą ubawiło setnie - klawiaturę i myszkę od kompa dentysta trzyma we workach na mrożonki hahaha.
Młoda chodzi do niego co parę dni, bo miała do wyrwania 4 zęby - każdy z innej strony i jeszcze jeden jej został. Za dużo jej tego narosło w paszczy i teraz przed założeniem aparatu korygującego, trzeba zrobić porządek. Maseczka u dentysty nie potrzebna buachachacha.

Ja byłam u dermatologa. Okazało się, że te duże pieprze to nie pieprze, tylko jakieś brodawki starcze. No ja pieprzę, że niby stara jestem?! Ano może i jestem. Ważne, że to nic nie robi. Lepiej być uznanym za starego niż mieć rak skóry. 
Do dermatologa akurat można się było umówić on-line i to szybko. Normalnie się czeka od miesiąca do trzech a teraz  cyk i za kilka dni wizyta. Super. Obowiązkowo trzeba mieć maskę. Dodatowo doktor ma na stole zasłone z pleksi. Do zbadania pacjenta musi zza niej wyjść i tak, no ale kazali mieć szybę to ma :-) 

Z Najstarszą byłam w szpitalu na wizycie u ortopedy, potem na na prześwietleniu i USG.
Przed szpitalem czasem tworzy się kolejka, bo przy drzwiach sprzedają maski i czasem jeszcze ktoś coś pyta, ale poza tym idzie sprawnie i w miarę normalnie. Maski - jak wiadomo - obowiązkowe (jak nie masz swojej, to można tam nabyć). 
Lekarze, pielegniarza i reszta szpitalnej braci też noszą maski, gdy wchodzą w bliższy kontakt z innymi ludźmi. W poczekalniech niektóre krzesełka mają znaki zakazu naklejone, bo tylko na niektórych mozna siedzieć. No ale poza tym spoko.

Ja poza tym chodzę do kinezysty, czyli FI-ZJO-TE-RA-PEU-TY....

Ostatnio jak napisałam tu "kinezysta" to jakaś uczona w piśmie mnie "oświeciła", iż po polsku mówi się "osteopata" hehe. Zatem wyjaśniam, że nasz "kinezysta", poprawnie: kinesist, kine to po polsku fizjoterapeuta. Osteopata to osteopaat i to jakby trochę inny magik.

Gdy pierwszy raz poszłam do swojej kinezystki, od razu zapytałam, czy muszę mieć tę szmatę na gębie. Odpowiedziała, że normalnie tak, ale skoro ona się bedzie moimi plecami zajmować, to nie muszę zakładać maski. Można? Można! 
Przed wejściem do gabinetu trzeba myć ręce. Po wyjściu też, ale chyba jeszcze mi się nie zdarzyło - przypominam sobie, jak już zamknę drzwi. Poza tym bez przesadyzmu. Liczba zachorowań w naszej gminie i okolicy wynosi od dawna zero , więc ryzyko jest słabe raczej. W poczekalni spotykam różnych ludzi. Jedni mają maski, inni nie. Nie ma tam tłumów - góra trzy osoby i miejsca jest dość, by trzymać się z dala od reszty i siedzi sie tam maksymalnie kilka minut, bo każdy przychodzi na czas. Terapeuta pucuje za każdym razem te leżanki do masażu solidnie. Tylko nie za fajnie jest się kłaść na mokrym, zimnym podłożu brrrr.

Fryzjerzy

Młoda odwiedziła też już fryzjera i to zaraz jak tylko otwarli, bo normalnie nosi krótkie włosy, ale przez koronę już zaczęła się czesać na szoguna. U naszego fryzjera nie trzeba było mieć masek, bo dziewczyny twierdzą, że i tak by je zaraz odcięły hehe. Na ławkach poczekalnych ludzie mają maski i siedzą z daleka od siebie. Pomiędzy umywalkami są szyby teraz. Fryzjerki noszą maski.

Od znajomych, którzy też już uroczyste podstrzyżyny zaliczyli, wiem że u każdego fryzjera jest inaczej. Sąsiadka musiała normalnie mieć maskę i musiała czekać przed gabinetem, aż inni wyjdą.

Inni opowiadali, że u ich fryzjera maski PRZYKLEJAJĄ klientowi do twarzy jakąś taśmą... Jajca niezłe. Co gabinet to inaczej zinterpretowali zalecenia. Ważne, że otwarte.

Autobusy

Na badania do szpitala jeździłyśmy z Najstarszą autobusem. No jacie. Sami zamaskowani obwiesie teraz podróżują tym środkiem transportu. Normalnie strach się bać! Każdy musi mieć maskę z wyjątkiem kierowcy. Ci na początku też musieli zatykać se pyski, ale po kilku dniach tupnęli nogą i powiedzieli chórem zdecydowane NIE, bo w masce nie da się prowadzić autobusu całymi dniami. Ludzie zaczęli się bać, że kogoś zabiją, gdyż kręciło im się w głowach, nie mogli oddychać, no i Rada Bezpieczeństwa zmieniła postanowienie. Dobrze, że tu jakaś demokracja jednak  działa.

Kierowcy nie muszą nosić masek, ale muszą być oddzieleni od podróżnych. Teraz wisi folia na przodzie pojazdu i nie wolno wsiadać przednimi drzwiami (dotąd był to obowiązek). Nie pokazuje się też kierowcy biletów, z czego wnioskuję, że część ludzi z tego skorzysta chłe chłe. 

Zakupy


Jak już wypadłyśmy z Najstarszą na miasto, to postanowiłysmy zobaczyć, czy nas nie ma w sklepach...

W czasie lockdownu kupowaliśmy przez Internet. Jeżu kolczasty, co nowych czadowych sklepów żeśmy z tej okazji odkryli. Lubimy kupować on-line i robimy to od lat, ale teraz to już przeszliśmy sami siebie - kurierzy przynosili po 2-3 paczki dziennie codziennie. Ubrania, buty, książki, płyty, zabawki, kosmetyki i środki czystości, żarcie i akcesoria dla pupili, narzedzia różne, sprzęt, pościel, farby, meble... Niewiele jest rzeczy, których nie da się kupić w necie. W czasie lockdownu przesyłka w wielu sklepach była gratis nawet jak całe gie się zamawiało. Bomba!

No ale dobra, człowiek nie był w realnym sklepie tyle czasu to się stęsknił trochę. Odwiedziłyśmy dwa sklepy z Córą. Do jednego takiego z różnymi artykułami wdepłam po nowe ręczniki, bo już sobie w necie je upatrzyłam, ale chciałam pomacać, bo ręcznik ręcznikowi nie równy... Maski nie były dotąd obowiązkowe w sklepach (od dziś pewnie sie zmieni niestety). W tym sklepie są tylko koszyki. Nikt jednak nie pilnował, czy bierzemy ani czy zachowujemy dystans. Ludzie sami się pilnowali, bo tłumów nie było... 

Potem zauważyłyśmy wyprzedaże do 70% w c&a no to grzech było by nie wejść c'nie. W sklepie nie ma ani koszyków, ani wózków. Pełno ludzi, ale się starają nie pchać na innych. Duża  skorzystała z przymieżalni bez problemów i to dwukrotnie, bo na nią zawsze jest sporo fajnych rzeczy na wyprzedażach, gdyż nosi mało popularny rozmiar 34. Na dziecinnym nawet znalazła na siebie spodenki z rozm 134 a ja twierdziłam, że to za małe przeco. Aaaaaa ona ma 18 lat i tyle wzrostu prawie co ja, ale serio te gatki okazały się na nią dobre. Szczapa.

Przy kasie też mają pleksę i są linie, gdzie trza stać.  Poza tym zakupy wyglądają w miarę zwyczajnie. Nnno ale też nasze pobliskie  miasto jest stosunkowo małym miasteczkiem. W tych dużych jak Antwerpia czy Bruksela to nie wiem, czy chciałabym iść dziś na zakupy odzieżowe czy ręcznikowe. Wystarczy mi,  że widziałam zdjęcia w gazecie... Tłumy, kilometrowe kolejki pod sklepami.... no chyba ludzi porąbało... 

My kiedyś z Małzonkiem żeśmy w kolejce do budowlanego stali i to w niedzielę, bo w sobotę nam się zachciało wywozić rupieci na wysypisko i targając stary materac rozdupcyliśmy lampę w szopie. To była widocznie wciul stara lapma, bo całkowicie się rozwaliła, a kable pod napieciem na wierzchu w szopie, gdy pada deszcz to jakby głupi pomysł.... Pojechaliśmy po lampę do miasta, bo tylko tam czynne są takie przybytki w niedzielę. Kolejka jak za komuny. Czy te ludzie nie mają lepszych zajęć w niedziele niż remont chałupy czy prace ogrodnicze? Każde z nas musiało do tego wziąć osobny wózek, bo taki jest prikaz. Totralnie bez sensu, jak dla mnie, no ale nich im będzie. Lampę kupiliśmy.

Do spożywczych nie lubię teraz chodzić ze względu na kolejki do wózków i do kasy, osobne wózki i pozastawiane przejścia. No ale też jeść trzeba i z tych zakupów  sie za cholerę nie da zrezygnować. Choć i tak sporo żarcia zamawiamy na wynos.W okolicy mamy też jeden duży sklep, gdzie nie trzeba brać osobnych wózków, jak sie idzie we dwoje, o ile nie jest to niedziela, bo w niedzielę cała wioska jest w sklepie po rzeczy na obiad lub gotowe obiady. Byliśmy tam ostatnio po pulpety dla Młodego (świeże danie do odgrzania, które uwielbia, a on wybredny bardzo). Okropne tłumy, ale sprawnie idzie, bo dwie kasy czynne, a ludzie tylko te obiady a nie duże zakupy. Innych spozywczaków nie cierpię i cieszę się, że mąż robi zakupy jedzeniowe, a ja tylko czasem cos do obiadu dokupuję po drodze z roboty. Jednak jak wprowadzą maski obowiązkowo, to nie wiem czy on pójdzie do sklepu. Jakbyście musieli pracować ponad 20 lat w tych cholernych maskach, to byście pewnie wiedzieli dlaczego....

No i napisałam, co napisać miałam.






24 maja 2020

To była super świnka. Wpis specjalny

W poniedziałek 18 maja Nasz Kochany Malutki Niko przeszedł przez tęczowy most pogrążając nas wszystkich w żałobie. 

Niko - mała świnka morska. 
Nasz mały przyjaciel. 
Przybył do nas wraz z siostrzyczką Sarą w grudniu ponad 2 lata temu, sprawiając nam wszystkim wiele radości i dając mnóstwo szczęścia.

Był  superową, fantastyczną, wesołą i dosyć hałasliwą świnką. Na każde otwarcie lodówki, szeleszczenie foliową torebką, czy nasze głosy wołał głośno: "tłi-tłi-tłi", co po świnkowemu  znaczy "głodny głodny głodny"

Zawsze będziemy go pamiętać i za nim tęsknić. Teraz pokój Młodego jest okropnie cichy. Sara jest bowiem cichutką i spokojną świnką. Ona też tęskni za Nikiem.

Pochowaliśmy go w ogrodzie pod drzewkiem, gdzie postawiliśmy dla niego  mały świnkowy pomnik.

To była super świnka.

17 maja 2020

Moja kobieca męskość.

Jakiś czas temu pisałam o tym, co myślę o kobiecości i co dla mnie znaczy kobiecość. Przeczytacie o tym klikając  poniższy link:



Dziś z kolei postanowiłam napisać o swojej męskości. Tak, dobrze widzicie -  MĘSKOŚCI. Nie wiem, jak tam inne laski, ale ja  mam w sobie całkiem sporo męskości i dziś o tym sobie porozmyślam publicznie na moim blogu. Zainspirowała mnie do tego uwaga  koleżanki z poprzedniego życia, której (po raz kolejny)  nie spodobało się moje słownictwo. Użyłam bowiem (nie pierwszy i nie ostatni raz) słowa "ryj" w odniesieniu do swojej przedniej górnej części ciała, zwanej też czasem twarzą. 

Słowo to ma sporo synonimów: buzia, dziób, facjata, gęba, japa, lico, morda, oblicze, papa, pysk, pycho, pyszczydło i w końcu  ryj czy ryło. Wszystkie te wyrazy bez wątpienia są wam znane i wszystkie w różnych okolicznościach powrzechnie używane. Co złego jest w ryju? Dla mnie nic - słowo dobre jak każde inne. W odniesieniu do swojej twarzy dla mnie zwyczajnie ma być zabawnie . Ja nie boję sie używać ani słowa  "podpaska", ani "penis" ani "seks", ani "kurwa" więc dlaczego miała bym się bać używać sowa "ryj"...? Pytanie za 100 punktów.

Nie mogę używać słowa RYJ,  BO JESTEM KOBIETĄ. Powtarzam: KO-BIE-TĄ!!! A do tego JESTEM MATKĄ!!!! W związku z tym powinnam być subtelna, delikatna i kobieca. Buachacha! Dobre!

KURWA, mamy XXI wiek, różne skuteczne akcje feministyczne są za nami, każdego dnia w mediach mówi sie o równości, równmouprawnieniu, tolerancji, akceptacji itd itp, a tu się okazuje, że ja nadal muszę się ukrywać i udawać kogoś kim nie jestem, bo ludziom się ubzdurało, że jak ktoś ma waginę to musi być subtelny i delikatny i nie może mówić "kurwa" ani nawet "ryj" czy "podpaska",  a jak ma penisa to ma być twardy, duży i silny i nawet brzydkich wyrazów mu wolno używać, jak ma penisa. A i zapomniałam ON musi być wyższy od NIEJ, bo inaczej nie może się nazywać MĘŻCZYZNĄ, a ONA musi być od NIEGO słabsza i od NIEGO zależna, bo inaczej nie może się nazywać KOBIETĄ.


Nie, moi drodzy, cosik wam się tutaj pomerdało. Najpewniej epoki. Ja bowiem nie z tych kobiet, które są delikatne i subtelne. Ja bardziej z tych, które nazywa się potocznie babochłopami. I dziś w XXI wieku ja mając takie własnie cechy nie muszę się przebierać za faceta, nie muszę udawać faceta, jak to drzewiej bywało. Dziś kobieta może być taka jaka chce. Nie musi być delikatna ani wrazliwa, nie musi nosić kiecki i dawać sobą pomiatać, nie musi być zależna od chłopa i nie musi być przysłowiową cipą.

Jako dziecko nigdy nie miałam aspiracji do bycia piękną, elegancką, delikatną  księżniczką w zgrabnych bucikach użwającą ładnych słówek i przechadzającą się z wolna po pięknym, eleganckim pałacu  i całe dnie nie robiącej niczego  pożytecznego, a wymagającej by jej usługiwano.
Nie, ja jako dziewczynka chciałam być zbójniczką, piratką albo wojowniczką, która chodzi w potarganych i brudnych łachmanach, która nie boi się połamanych kości i otwartych ran, która  używa brzydkich słów i umie się porządnie bić, a wszystko, co ma, sama zdobyła. Więc niby dlaczego jaka dorosła czerdziestolatnia baba miała bym nagle chcieć być księżniczką? He?



Jako większa dziewczynka nigdy nie marzyłam - jak chyba większość moich rówieśniczek - o zostaniu modelką, aktorką czy piosenkarką. Nie, ja wtedy marzyłam, by być policjantem, żołnierzem, pilotem super szybkich samolotów albo patologiem sądowym badającym zmasakrowane zwłoki. Niby dlaczego zatem nagle teraz miała bym chciec być bardziej kobieca?
Nigdy nie lubiłam ckliwych bajeczek, romansów ani w postaci książek, ani w postaci filmów. Mnie kręciły horrory, mordobicia i kryminały oraz fantastyka i nic się w tej kwestii nie zmieniło.

Moją ulubioną zabawką NIGDY nie były lalki i zabawa w dom, choć czasem też się bawiłam. Moją ulubiona zabawką jednak był komputer, rower i zabawy w wojnę, czy piratów polagające na wzajemnym nawalaniu się z chłopakami kijami, kamieniami i kopaniu po dupach. Na naszym podwórku królowały bandy chłopaków, a nie grzeczne dziewczynki w sukieneczkach, bo ja o wiele bardziej się z szalonymi, hałaśliwymi chłopakami dogadywałam i rozumiałam niż z mdłymi dziewuchami i ich nudnymi zabawami w dom i bezsensownymi rozmowami o kosmetykach czy modzie. Nadal o wiele lepej rozumiem komputery i inne urzadzenia oraz facetów niż modowe trendy i kosmetyki .

Mam ponad 40 lat i serio w głowie mi się nie mieści, że ludzie inteligentni, oczytani i wykształceni, mający dostęp do internetu i połączenie z całym światem, nie potrafią uwolnić się od tych wszystkich głupich stereotypów. Co więcej, że promują je i utrwalają w swoim otoczeniu... To że promują je wśród dzieci i młodzieże wręcz mnie przeraża i cieszę się, że moje dzieci dorastają w innym, o wiele bardziej wolnym otoczeniu. Na szczęście mieszkamy w dosyć postępowym i dosyć wolnym kraju. 

Jestem też niezmiernie szczęśliwa, że ja sama nie należę do grupy tzw dziuń, czyli  bardzo kobiecych kobiet, którym wydaje się, że są od inych  lepsze tylko dlatego, że się "po kobiecemu" malują,  "po kobiecemu" się wysławiają i "po kobiecemu" zachowują. 

Jestem dumna z tego, że ja potrafię i mam odwagę po prostu być sobą. Jestem dumna z tego, że pozwalam moim dzieciom być sobą i że bardzo doceniam ich wyjątowość i że nie oczekuje od nich, że jak głupiutkie baranki polezą za tłumem innych ogłupiałych baranów. Oczekuję i w tym ich wspieram, że zawsze będą wybierać własne drogi i że będą się kierować rozumem i sercem a nie oczekiwaniami innych ludzi. Nawet (a może zwłaszca), gdy będzie to oznaczało mozolne i niebezpieczne przeciskanie się pod prąd przez całe stada rogatych, przygłupawych, upratych baranów.

Cieszę się i jestem dumna z tego, że moja córka mogła spokojnie do mnie przyjść i oświadczyć "mamo, mam dziewczynę", bo wie, że ja jestem matką, która akceptuje ich i siebie takie jakie Matka Natura nas stworzyła, bez żadnych głupich wymyślonych przez ludzi klasyfikacji i segregacji. Jestem dumna z moich dzieci, że - w przeciwieństwie do wielu moich rówieśniów, czy rówiesników moich rodziców - akceptują każdego człowieka, że starają sie każdego zrozumieć, że potrafią spojrzeć na świat z dystansem, a drugiego nie oceniają według siebie,  że rozumieją czym tak na prawdę jest tolerancja, wolność wyboru i że chcą tego dla każdego człowieka. 

Cieszę się, że nie jestem taką zacofaną kobietą i zacofaną matką, która zabrania kupować córkom ubrań w działach dla mężczyzn, tylko dlatego, że mają waginę a nie penisa. Jestem dumna z tego, że nigdy nie nakazywałam synkowi wybierać "męskich" ubrań, butów, fryzur, zabawek itd a córkom "damskich". Wybierają, co chcą i mam nadzieję, że tak zostanie już zawsze i żadne gusła i zabobony na nich  i ich wybory nigdy wpływu mieć nie będą.

Sama jestem bez wątpienia biseksualna i być może to właśnie ma wpływ na to, że ja jestem tylko w połowie kobieca a w drugiej połowie męska. Nie wiem, czy są jakieś opracowania na ten temat, ale chętnie bym zapoznała się z opiniami psychiatrów czy innych specjalistów w tej kwestii. Nie od dziś jednak wiadomo, że geje wykazują częstokroć o wiele bardziej kobiece zachowania i sposoby wysławianie niż  faceci hetero. Z czego wysnuwam logiczny wniosek, iż biseksualni mogą czuć się w połowie kobiecy w połowie męscy tak jak ja się czułam zawsze i czuję do dziś. Z tym, że dziś mam świadomość siebie i dobrze mi z tym, choc nie zawsze tak było. Podejrzewam, że tu nie małe znaczenie ma uwolnienie się ze szponów religii, która jest chyba najgłówniejszym promotorem stereotypów i ogólnego zacofania oraz doskonałym hamulcem wszelakiego postępu i rozwoju. To jednak osobny temat.

Ja dzięki swoim doświadczeniom mam świadomość, jak bardzo krzywdzące jest dla ludzi wmawianie im, że powinni być bardziej kobiecy lub bardzej męscy, w zależności od tego, czy urodzili się z siusiakiem, czy z kuciapką. Ludzie są wredni i okrutni, a wielu niestety nie potrafi uwolnić się od mierzenia innych swoją miarą, nie potrafi spojrzeć na świat i innych oraz siebie samego z dystansem.

Podejrzewam, że wielu ludzi chciało by być sobą, ale zwyczajnie się boją (bo co ludzie powiedzo?) i dlatego innych próbują przekonać, że takie czy inne zachowania są złe. Ludzie boją się wyjścia ze strefy komfortu, boją sie zmian, bo to wymaga działania, bo to wymaga dostosowania się, bo to wymaga nauczenia się nowych rzeczy, zmiany trybu myślenia, bo to wymaga walki i poświęcenia. No więc lepiej jak wszystko pozostanie po staremu, nawet jak wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że świat mógłby być lepszy, gdyby się dokonało w nim paru zmian. Nie nie, lepiej tkwić w miejscu, promować zabobony i stereotypy i pilnować, by nikt sie nie wyhylał. 

Jak to dobrze, że nie mieszkam już w Polszy, tylko w kraju, gdzie nikt mi nie utrudnia bycia sobą i nie podcina skrzydeł ani mnie, ani moim dzieciom.

Ja jestem zarówno kobieca jak i męska z natury. Lubię sobie kupować kobiece ubrania, kobiece buty i kobiece kosmetyki. Lubię czasem założyć ładną (MOIM ZDANIEM) kieckę i ładne buciki oraz ładnie się umalować. Bardzo przyjemne uczucia odczuwam wówczas patrząc w lustro. 
Jednak tak samo lubię nosić spodnie, czuje ciepłe uczucia na widok broni, męskich narzędzi, szybkich i dużych samochodów (choć sama nie wsiadła bym za kierownicę), mordobicia i brzydkich wyrazów. Lubię też patrzeć na ładne laseczki, a że mam taki sam gust jak mój mąż, więc często razem sobie podziwiamy "ładne tyłeczki i cycuszki" xD 

Moja kobiecość zatem zawiera duży pierwiastek męskości, co mnie bardzo ale to bardzo się podoba. To jest świetna sprawa, bo ja mogę o wiele więcej niż przeciętna baba. Nie zamierzam też nic w tej kwestii zmieniać, bo tak jest dobrze, idealnie. Tak jest w porządku. Nie zamierzam udawać dziuni, laluni czy księżniczki tylko dlatego, że inne dziunie boją się piratek i rozbójniczek. Nie. Jeśli dziuniom się nie podoba, że się od siebie róznimy to proszę bardzo, niech nauczą się wreczcie bić, posługiwać wiertarką i mówić "kurwa" albo "ryj". Mnie tam istnienie kobiecych kobiet nie przeszkadza. Ja nie widzę problemów w tym, że ludzie się od siebie różnią. Wprost przeciwnie - dla mnie to wspaniała rzecz, że tyle jest rózżnych ludzi na świecie, że każdy jest wyjatkowy i niepowtarzalny. Ja nie chcę żyć w stadzie sklonowanych baranów, gdzie każdy wygląda i zachowuje sie identycznie. To by było totalnie z dupy.

No i jeszcze jedno. Jeśli chcecie innego świata, zacznijcie zmiany od siebie a nie od innych. Ja już zmian dokonałam i jestem z nich dumna. Ja ewoluowałam, uwolniłam się od religii, zabobonów, stereotypów i wielu innych rzeczy. Jestem nową lepszą wersją sobie, choć ciagle nad sobą pracuję, by za kilka lat być jeszcze lepszą, bo jeszcze do zrobienia mam sporo.  Wedle mojego uznania, bycie chłopaczycą jest jak najbardziej wporząsiu. Ja nie lubię, wręcz nie znoszę bardzo kobiecych kobiet. Od tych księżniczek, które nie mówią "kurwa" trzymam się jak najdalej z dala, ale nie chodzę i nie przekonuje ich, że powinny nagle zacząć przeklinać, bo one mają swój świat a my, piratki, swój. 

Nie słuchajcie innych ludzi! 
Słuchajcie tego, co wam w duszy gra, tego co czujecie sami i żyjcie po swojemu. Nikt za was bowiem życia nie przeżyje ani za was nie umrze. Czyimś szczęściem się nie nacieszycie, tylko i wyłącznie swoim własnym, więc zadbajcie o swoje szczęście, nie o innych.

NO I KURWA,
POZWÓLCIE INNYM ŻYĆ PO SWOJEMU,

 BO CHUJ WAM DO CZYJEGO ŻYCIA! W swoim macie wystarczająco do zrobienia, więc się nim  zajmijcie, bo ono nie trwa wiecznie i jutro może być za późno, by się nim nacieszyć. 

Nie bójcie się być sobą. To jest na prawdę bardzo fajne uczucie. 
Przeżyjcie swoje życie świadomie i bez ogladania się na innych i bez poprawiania innych, bo może oni kurwa zwyczajnie nie chcą być tacy jak wy.
Ja na przykład nie chcę być taka jak wy. Ja chcę być sobą. Tylko tyle i aż tyle.

No i wyciągnijcie wreszcie ten kij z dupy, a  życie stanie sie wtedy o wiele prostrze ;-)

10 maja 2020

Zaczynamy nowy etap w życiu koronnym. Będzie jazda.

No, powoli się rozkręcamy po zastoju. Bardzo powoli. To wszystko jest bardzo ciekawym doświadczeniem, bo czegoś takiego nie przeżył nikt z nas w swoim życiu. Dlatego też staram się mieć uszy i oczy szeroko otwarte, by zaobserwować jak najwięcej i przeżyć w pełni świadomie tę wiekopomną chwilę (kilka miesięcy to ciągle chwila w dziejach ludzkości). Obserwuję z wielkim zainteresowaniem i fascynacją ludzkie zachowania, decyzje rządów i tego wszystkiego konsekwencje... Żyjemy w ciekawych czasach.

Ostatnio nie działo się zbyt wiele, aż do teraz. W miniony poniedziałek wystartowało na powrót sporo firm tych które nie pracują bezpośrednio z klientami. Od razu ruch na drogach sie zwiększył. Otwarto też sklepy z materiałami krawieckimi. Byłam we wtorek zobaczyć jak wygląda sytuacja, bo potrzebowałam materiału na maseczki. No a poza tym byłam zwyczajnie ciekawa.
Porowerowałyśmy z Młodą, bo Najstarszej się nie chciało kręcić 20 km po jakiś kawałek szmaty. Młodej po kawałek szmaty też by się nie chciało, ale kilometr czy dwa dalej jest też spożywczy...

Ten krawiecki to ogromny sklep z sieci sklepów z artykułami krawieckimi. Byłam tam kilka razy przed koroną i zwykle spotykałam tam max 2-3 klientów. Teraz jednak krawiecki cieszył się o wiele większą popularnością. Trójka sprzedawców miała pełne ręcę roboty. W tym sklepie w aktualnych warunkach może przebywać 15 osób i pewnie z tyle było. Jednak mimo wszystko panował spokój i przyjemna atmosfera. Ludzie się do siebie uśmiechali, czasem wymieniali jakieś uwagi. Przyjemne i bezpieczne zakupy.
Jeden wchodził, kolejny wychodził. Tuż przy drzwiach stał spray antybakteryjny i papierowe ręczniki. Każdy oczywiście z nich korzystał. Na dywanie przyklejone były taśmą strzałki wskazujące kierunki poruszania się pomiędzy stołami z materiałami. (gwoli wyjaśnienia, bo ja z PL mam inne doświadczenia z kupowania materiałów - tutaj materiały leżą na stołach w belach. Klient krąży pomiedzy stołami i maca i ogląda wszystko, ile mu się podoba, po czym wybiera dowolne bele i zanosi je do kasy, by tam sprzedawca uciachał, ile potrzeba). Niektóre przejścia też są zagrodzone taśmą, by trochę ludzi ograniczyć. U nas maseczki nie są obowiązkowe, ale zalecane przy zakupach i tutaj większość osób nosiła maseczki, szaliki itp. Wszyscy klienci - jak nie trudno się domyślić - zgromadzili się głównie przy stołach z bawełną. Ludzie wybierali po jednym lub kilka różnych materiałów. Większość kupowała po pół metra materiału i do tego tasiemki lub gumki. My wybrałyśmy dwa materiały w kropeczki.

Maseczki jeszcze nie uszyte, bo co innego było do roboty. Dziś jest Dzień Matki (czytaj: pogoda pochmurna i leniwa) więc nic nie robimy. Jutro Najstarsza, mam nadzieję, znajdzie chwilę by uszyć matce ze dwie maseczki, bo matka we wtorek wraca do roboty.

Z roboty, co prawda, mam otrzymać sprzątaczkowy zestaw koronny, ale podejrzewam, że to może potrwać. Jaki to zestaw? Ano pudełko rękawiczek, maseczek, ręczników papierowych, czyli całe wielkie gie. No, ale jak to mówią, darowanemu koniowi ne zagląda sie pod ogon... czy jakoś tak... xd

Ja tam tych sztucznych masek nie zamierzam nosić na mojej szlachetnej gębie. Dlatego uszyję se swoje (albo Dziecko mi uszyje), takie które mogę wyprać, a nie wyrzucać tonami do kosza. Nie wiem nawet, czy w ogóle będę ich potrzebować. Zależy od klientów, co powiedzą i co zrobią. Maseczki, jak wiadomo, chronią innych przed naszymi ewentualnymi wypluwanymi wirusami, a nie tego, co je nosi, tak że ten. Co do rękawiczek to - szczerze mówiąc - też mam wątpliwości, bo już nie raz i nie siedemnaście próbowałam nosić w mojej robocie rękawiczki. Dwa na dziesięć, nie polecam. Nie lubię się za bardzo z tym wynalazkiem. Nie wiem, jak laski mogą w tym pracować wogle. Moje dłonie nie są stworzone do rękawiczek, bo na szerokość są na mnie dobre S, a na długość M - dłonie złodzieja  pianisty. Jeśli już używam, to tych takich 5-6€ za parę, które mają miękkie we środku i które można prać w pralce, a nie jednorazowego shitu. W nich jednak jakoś nie wyobrażam sobie ścierania kurzu i zbierania drobiazgów (typu kolczyki, airpodsy, monety) ani tym bardziej składania prania brrr. Poza tym, po umyciu prysznica czy wanny rękawiczki zawsze mam pełne wody. NIENAWIDZĘ RĘKAWICZEK! Hm, jeszzce nie wiem, jak będzie wyglądała moja robota w tym dziwnym czasie... Przyjdzie się pewnie kilku nowych rzeczy naumieć.

Bardziej jednak obawiam sie ogólnej organizacji dnia. Teraz nie pracując potrzebuję całego dnia na ogarnięcie szkoły i domu, mimo że wstaję wcześno a późno się kładę. Teraz na pół dnia pójdę do roboty. Ech. Będzie jazda.

Nie ukrywam, że liczyłam iż ten powrót do szkoły będzie trochę inaczej wyglądał. Tymczasem okazuje się, że w piątek zaczyna tylko Młody i że od nastepnego poniedziałku 18/5 będzie chodził do budy zaledwie 2 razy w tygodniu. Duuuupaaaa blada!

Startuje w jego podstawówce 3 roczniki: pierwsza, druga i szósta. Każda klasa jest podzielona na dwie grupy. Jedni będę mieć lekcje w poniedziałki i czwartki, drudzy w wtorki i czwartki. Środa wolna. Większość nauki zatem nadal on-line. Belfrom nie zazdroszę ani ani. Każda grupa (rocznik Młodego ma np 2 klasy, czyli 4 grupy) musi mieć nauczyciela i swoją salę. Poza tym reszta uczniów musi mieć belfra on-line. Nauczyciele poza tym wszystko sobie na własną ręką muszą zorganizować. Nie tylko w kwestii rozdziału grup i sal. Sami se szyją maseczki, szukają żeli antyakteryjnych, ręczników po sieci i sklepach. Bo w Belgii tak się to robi. Panstwo na pewno sporo pomaga i nadzoruje, ale autoomiczność szkół ma swoje zalety i swoje wady.

Inne podstawówki zaczynają zupełnie inaczej niż nasza. W niektórych na przykłąd dzieci chodzą codziennie po pół dnia, w innych jeszcze inaczej, adekwatnie do możliwości szkoły.

U Najstaszej (mała katolicka szkoła średnia) 15 maja startują tylko szóste i siódme klasy. Potem 29 maja startują klasy drugie i czwarte, bo to klasy po których często zmienia się szkołę. Szkoła średnia składa się z 3 etapów po 2 lata. Rok siódmy dotyczy zawodówki.
O reszcie na razie nie zdecydowano. Najstarsza zatem do końca maja (co najmniej) nadal uczy się w domu. Koszmar. Zawodówki i technika on-line to totalna katastrofa.
W tej szkole nie będzie w tym roku egzaminów i punktów za ostatnie dwa trymestry na raportach. Do atestu bedą brane pod uwagę punkty osiągniete do połowy marca, egzaminy grudniowe oraz sumienność pracy on-line. Staże w tym roku odwołano. Współczuję szósto i siódmoklasistom :-(

Młoda (duża popularna szkoła katolicka) też nie wraca. U nich startują tak samo ostatnie roczniki z poszczególnych stopni. Nauczyciele zastrzegli wyraźnie, że kto nie został zaproszony do powrotu ma zakaz pojawiania się w szkole i zadawania głupich pytań.

I to by było na tyle na temat otwierania szkół we Flandrii w tym miesiącu.

Wkurza mnie coraz bardzie tak cała korona i podejrzewam, że jeszcze długo wkurzać będzie. Bo na początku to było nawet fajnie. Takie nieprzywidywane wakacje to dla mnie fajna odmiana, ale po miesiącu zaczęło się to robić jakby lekko nudne albo raczej upierdliwe, bo na nudę to ja raczej nie narzekam.

Po raz kolejny się przekonuję, że ja nie jestem zdecydowanie typem kury domowej. Niby z jednej strony podoba mi się to, że mogą spędzać z dziećmi tak dużo czasu. O tak, to jest superowe, fantastyczne i cool. Mamy za sobą mnósto przyjemnych chwil. Jednak z drugiej strony siedzenie w domu działa mi na nerwy. We czworo siedzimy w domu, więc non stop żremy, brudzimy, bałaganimy i non stop trzeba robić to durne jedzenie i sprzątać. Te wszystkie szkole książki, wydruki zalegające tonami w salonie porozkładane wedle poszczególnych przedmiotów. Kurde zużylismy już ryzę papieru na wydruki (a sporo robimy na kompie), tusze kupione na początku korona-szkoły za 70€ już się kończą...

Nienawidzę siedzieć w domu. Lubię chodzić do pracy, robić coś pożytecznego i zarabiać. Teraz dostaję hajs od państwa z technicznego bezrobocia, dzięki czemu mogę sie poczuć jak  jakaś bezużyteczna pizda, jakiś durny nierób. Nie wiem, jak ludzie mogą żyć w ten sposób całymi latami.

Na szczęście klienci zaczęli też już tęsknić za sprzątaczką, niektórzy też właśnie wracają do roboty, zatem mogę wreszcie pójść znowu zarobić uczciwie na swoje utrzymanie. Wiem, że cholernie trudno będzie pogodzić mi pracę, domowe obowiązki i koordynację nauki stacjnarnej plus on-line, ale wiem też, że będę się czuć lepiej chodząc do roboty jak normalny człowiek.

Od dziś poza tym można w Belgii przyjmować gości. Jednak mogą to być tylko 4 osoby i to te same 4 osoby za każdym razem. Przy czym te 4 osoby nie mogą przyjmować sami  innych gości. Dla nas w sumie to jeden grzyb, bo przecież i tak nie przyjmujemy gości ani goście nas nie przyjmują. W czasach takich jak te bardzo dobrze jest być odludkiem, istotą aspołeczną i asocjalną. Idealnie wręcz.

To będzie jdnak prawdziwy test dla belgijskiego społeczeństwa. Rada Bezpieczeństwa wyraźnie powiedziała, że to jak to będzie przestrzegane zależy tylko i wyłącznie od ludzi, od ich uczciwości i zdrowego rozsądku. Wszyscy sie boją, że łamanie zasad oznaczać może ponowny wzrost zachorowań, a co za tym idzie duży krok w tył. Mówią jednak, że dotąd Belgowie zachowywali się stosunkowo bardzo dobrze i bardzo odpowiedzialnie (było oczywiście sporo głupich zachowań, ale wszystko mieści się widocznie w granicach normy) dlatego rządzący tym cyrkiem liczą dalej na naród.
Cóż, pożyjemy - zobaczymy, czy się nie przeliczą co do narodu albo co do wirusa.

Ja wracam do roboty i to będzie dla mnie kolejne nowe interesujące doświadczenie w zawodzie sprzątaczki. Nie mogę się już doczekać.














25 kwietnia 2020

Jak Belgia będzie wychodzić z lockdownu?

Jak Belgia będzie wychodzić z lockdownu?

Zapisane ku pamięci własnej i ku informacji.



Belgijska Rada Bezpieczeństwa ustaliła wczoraj 24/04 w kwestii wychodzenia z lockdownu co następuje:

Od 4 maja


- Startują firmy, które nie mają kontaktu z klientami (z zachowaniem pewnych reguł).

- Telepraca pozostaje normą.

- Maseczki będą obowiązkowe w publicznych środkach transportu (dozwolony jest zwykły szalik lub bandana).

- Można otworzyć sklepy krawieckie, by ludzie mogli sobie samodzielnie uszyć maseczki.

- opieka medyczna powoli zaczyna przywracać zwyczajne konsultacje itp

- Państwo ma zapewnić każdemu mieszkańcowi Belgii przynajmniej jedną maseczkę (u nas w gminie jest specjalny nr telefonu i email, gdzie od poniedziałku 27/04 można się zgłaszać a oni dostarczą maseczki do domu).

- Pociągi znowu będą wszystkie jeździć.

- Można rowerować i spacerować z dwoma znajomymi, którzy nie mieszkają w tym samym domu.

- Sporty dwuosobowe na świeżym powietrzu są dozwolone (tenis, kajaki itp), ale trzeba nosić maseczki. 


Od 11 maja

Startują wszystkie sklepy z zachowaniem adekwatnych zasad, które zostaną ogłoszne w przyszłym tygodniu.

Od 18 maja

SZKOŁY
Częściowy powrót do szkół. 15 maja dzień próbny.

Lekcje w przedszkolach odwołane do końca maja.

Mogą startować podstawówki i szkoły średnie,  ale maksymalnie 3 roczniki jednocześnie w szkole. Zalecają brać pod uwagę najpierw ostatnie klasy tych szkół,  pierwszaków i drugaków z podstawówki oraz kierunki praktyczne.

Jednak w klasie może być maksymalnie 10 uczniów, gdzie każdy ma 4 metry miejsca koło siebie. Nauczycoel ma mieć 8 metrów placu :-)

Ograniczony dostęp do toalet (tylu może być ludzi w kiblu, ile jest umywalek).

Mycie rąk ponad wszystko. Po przyjściu do szkoły, przed wyjściem ze szkoły, po skorzystaniu z toalety, przy skorzystaniu z automatu.

Dziatwa powyżej 12 lat i belfry obowiązkowo nosi maseczki cały dzień.

Uczniowie uczą się częściowo w szkole, częścowo w domu.

INNE

To jeszcze będzie dyskutowane, ale być może...

- wystartują fryzjerzy i inne tego typu zawody.

- prywatne spotkania i jednodniowe wycieczki krajowe będą dozwolone

- więcej ludzi będzie mogło być na ślubach i pogrzebach

- otworzą muzea

NAJWCZEŚNIEJ od 8 czerwca


Otwarcie restauracji, potem barów i kawiarni.

Kilkudniowe wycieczki.

Otwarcie turystycznych atrakcji takich jak zoo, czy parki rozrywki.

Odbędą się letnie staże i obozy (Rada Bezpieczeństwa wyda postanowienie końcem maja)

Małe imprezy pod gołym niebem będą dozwolone, ale dużych fetiwali i innych imprez masowych nie będzie można oranizować do końca sierpnia.




Uwaga. To co podano dziś, jutro może wyglądać zupełnie inaczej.

Ostatnio jak Rada Zadecydowala o możliwości odwiedzin w domach strości to wybuchła wielka awantura, bo sporo ludzi uznało to za przejaw totalnej nieodpowiedzialności.

Może się okazać, że po pierwszym czy drugim rozluźnieniu więzów nastąpi nawrót zachorowań i trzeba bedzie znowu sznura przyciągnąć....


Liczby.
liczba przyjmowanych do szpitala w poszczególne dni










Korona wirus na świecie. Dane z 24/04. (total aantal gevallen - liczba potwierdzonych przypadków, doden-zmarłych, genezingen-wyleczonych)




19 kwietnia 2020

Korona. Ilu ludzi, tyle reakcji. Do jakiej grupy ty należysz?

Właśnie przeczytałam w lokalnej gazetce artykuł, który oddaje idealnie to, co sama zaobserwowałam, zatem pozwolę sobie z niego skorzystać i przedstawię go tutaj w swojej wersji.

Doczekaliśmy ciekawego czasu. Trudna, dziwna, nienormalna  sytuacja, która dytyczy całego świata - wszystkich razem i każdego z osobna. Nikt przed tą sytuacją nie ucieknie, ale każdy na nią inaczej reaguje. W poprzednich wpisach opowiadałam, jak ja i moja rodzina odbieramy tę sytuację i jak dziwne wydają mi się reakcje innych, bo są tak inne od naszych.

Wiadomo, jednak nie od dziś, że ilu ludzi tyle opini i reakcji.


 Jak zatem reagują na sytuację koronną?

Pierwsza grupa to ludzie, którzy reagują strachem. Strach przed zarażeniem, strach przed utratą kogoś bliskiego, strach przed brakiem papieru toaletowego. Strach, że plany wakacyjne wezmą w łeb. Strach, że jutro będzie gorzej niż dziś.

Kolejna grupa to osoby, które uważają że ta sytuacja ich nie w ogóle  nie dotyczy, nie wierzą w zagrożenie, niczego się nie boją. Uważają, że wszystko jest znacznie przesadzone i dlatego nadal spokojnie spotykają się z kolegami, organizują imprezy w domu.

Nastepną grupą są sfrustrowani. Ludzie, którzy co prawda przestrzegają zasad, ale na wszysto narzekają oraz wszystkich i  wszystko krytykują. Oni często nawet noszą maski i rękawiczki,ale ciagle narzekają na kolejki, na mycie rąk pod sklepem, na zakazy i nakazy, a swoje zużyte rękawiczki rzucają pod sklepem na ziemię ze złością. Ci zwykle wykupują też papier toaletowy i inne dobra, bo uważają że tylko im się należy. Gdy dopadną do internetu, szukają tam kozłów ofiarnych by się na nich wyżywać i pluć jadem.

Kolejna grupa to ci, którzy żyją według wytyczanych sobie planów. Zajmują się więc w najlepsze uczenie swoich dzieci albo sami zaczynają uczyć się czegoś nowego przez internet (języki, gotowanie, szycie). Remontują, czy malują dom, pielęgnują ogródek, gotują rzeczy, których nie gotowali wcześniej. Pracują i zakupy robią przez internet. Ludzie ci każdego dnia spacerują, biegają czy jeżdżą rowerem przestrzegając wytycznych. Znajdują też czas na lampke wina czy kawę i książkę. Do tej grupy chyba najbardziej pasje nasza Piątka :-)

Kolejną grupą są ci, którzy w spokoju  znoszą ten stan, częstokroć nie mając innego wyjścia albo zwyczanie będąc do niego przyzwyczajonym. Tu mam na myśli ludzi w domach starości, czy ludzi mieszkajacych samotnie, dla których czas zawsze bez wzgledu na wszystko i tak płynie wolno.

Mamy też ludzi poświęcających siebie i swój czas innym. Ludzie szyją maseczki, gotują obiady dla sąsiadów, robią zakupy potrzebującym, organizują jakieś akcje itd.

W końcu są ci, którzy dziś zwyczajnie ciężko pracują, by tę całą sytuację jakoś opanować. Lekarze, pielęgniarki i cała reszta personelu szpitali, domów starości itd, policja, straż, aptekarze,  sprzedawcy, wirusolodzy, ekonomiści i wielu innych ludzi bez których dziś wszyscy inni by nie przetrwali. 


Źródło: Goeiedag




Aktualne informacje liczbowe dotyczące wirusa u nas.


W Belgii na dzień dzisiejszy mamy liczbę 38496 potwierdzonych testami zakażeń, z czego 3917 w naszej prowincji, z czego zmarło 5683 osoby.

W mojej gminie potwierdzono 42 przypadki, co znaczy, że jedna na 395 osób ma potwierdzone zarażenie wirusem Covid-19 (inaczej 2,93 ludzia na 1000).

16 kwietnia 2020

Fascynujące eksperymenty, które dziecko zrobi samo oraz spostrzeżenia i reflekcje o życiu.

Wirus czy nie wirus  czas ciągle zapitala jak mały samochodzik. Dopiero co zaczynały się te dwutygodniowe ferie, a już dziś przyszły mejle ze wszystkich szkół o tym, że pora się szykować do kolejnego trymestru...


Długi weekend spędziliśmy całkiem miło mimo tej całej dziwnej sytuacji.

Z Małżonkiem dużo posiedzieliśmy w ogródku korzystając z wyśmienitej pogody. Piliśmy kawę, wino i inne napoje i zażeraliśmy tiramisu, które wcześniej przygotowałam, a przy tym prowadziliśmy - jak zwykle - niekończące się dyskusje na różne tematy. Oczywiście w tych okolicznościach wiodącym tematem był wirus i szerokie z nim powiązania. To jest w naszym związku fantastyczne, że nam rozmowy nigdy przenigdy sie nie nudzą, a tematów nigdy nam nie brakuje.

Z Młodą zrobiłyśmy sobie wycieczkę rowerową do pobliskiego sadu, by porobić trochę zdjęć kwitnącym drzewom. Młoda przecież ciągle musi ćwiczyć, także teraz. Sad jest spoko na ten czas, bo poza owadami, ptakami i zającami, byliśmy tam wśród istot żywych jedynymi przedstawicielami gatunku ludzkiego w związku z czym uważam sad za miejsce bezpieczne, no bo kto normalny idzie do sadu, gdy nie ma tam owoców? :-)

 Młoda zrobiła sporo fajnych zdjęć kwiatków, pająków, drzew i owadów, a i i matce też kilka fotek cyknęła.



W inne dni Młoda chodziła z Najstarszą Siostrą na fotograficzne polowania w najbliższej okolicy. W ten sposób obie mogły się dotlenić no i pogadać o swoich nastoletnich sprawach. Normalnie bowiem każda z nich spędza czas w swoim pokoju na swoim piętrze przy swoim laptopie ze swoimi znajomymi internetowymi. Czasem tylko razem coś upichcą w kuchni albo wspólnie obejrzą jakieś filmy w sieci. Tak czy owak żadna z nich nie narzeka na nudę, dla żadnej z nich ten przymusowy pobyt w domu nie jest zbytnim problemem, bo wcześniej przecież ich, nasze życie jakoś specjalnie się od teraz nie różniło. Mieszkamy przecież tutaj w Belgii od 7 lat. 

Nie mamy w promieniu 1500 km żadnej rodziny, która by nas odwiedzała albo którą my moglibyśmy odwiedzać i której teraz mogło by nam - jak całej reszcie świata - brakować. Powiem więcej. Teraz cała reszta świata może się wreszcie organoleptycznie przekonać, jak to jest człowiekowi na emigracji. Jak to jest przeżywać wszelakie urodziny, święta, choroby, wypadki i inne ważne zdarzenia z dala od rodziny i przyjaciół. Tak właśnie to jest jak w kwarantannie, o.

Ale spoko, nie martwcie się. To jest trudne tylko przez pierwsze lata. Potem się człowiek przyzwyzwyczaja i uznaje za normalną normalność. To tak na wszelki wypadek wam mówię, jakby ten wirus powracał do nas co rok, a nasz organizm nie chciał się go nauczyć rozpoznawać. Człowiek jest taką istotą, która do wszystkiego się przyzwyczai wcześniej czy później, a jak to mówią - jak się człowiek przyzwyczai to i wisieć dobrze. 

Nam jest dobrze, co już kilka (set) razy mówiłam. Zresztą nie tylko nam, ale - jak mniemam - wszystkim pozostałym introwertykom, dla których życie w świecie urządzonym ściśle pod ekstrawertyków żyje się dosyć kitowo. A wysoko wrażliwym introwertykom jeszcze kitowiej.

Nie jeden teraz - tak samo jak my - mówi:
"No popatrz, kurde,  oto nasza dotychczasowa codzienność teraz nagle nazywa się lockdown".

Co więcej, jak czytam w gazetach, wielu ludzi odkrywa teraz zupełnie przypadkiem, że o wiele lepiej i o wiele wydajniej się im pracuje, gdy mogą to robić w swoim domowym zaciszu, gdy po zrobieniu swojej pracy nie muszą się przymusowo integrować z kolegami z pracy na kawie, lunchu, czy codziennych rozmowach o niczym.

Tak, dla nas introwertyków kwarantanna i lockdown to najnormalniejsza normalność. Dla nas to sytuacja idealna, gdy możemy siedzieć w domu, bo my tak lubimy właśnie i w normalnej sytuacji, gdy nie musimy wychodzić z domu (do roboty, do szkoły, po chleb), to kurde zwyczajnie nie wychodzimy i jest nam z tym dobrze.

I ja bym sobie dziś życzyła, by wszyscy ekstrawertycy choć przez chwilę się nad tym zastanowili i by zrozumieli, że my tak się właśnie niekomfortowo czujemy, gdy ktoś nas zmusza do przebywania z innymi ludźmi, do wychodzenia z domu, jak oni się teraz czują, gdy ktoś im każe w domu tkwić. Poczujcie to choć przez chwilę, jak to jest  musieć żyć wbrew swojej naturze, bo jakiś debil ustanowił takie a nie inne zasady. Wam jest teraz źle? A dobrze wam tak chłe chłe :-P

Nie, tak serio to nikomu nie jest dobrze do końca, tyle że dla nas wysoko wrażliwych introwertyków siedzenie w domu nie jest problemem najmniejszym, bo to lubimy. Ja nie narzekam też na nudę, a wręcz przeciwnie - czasu mi ciągle brakuje na to, co bym chciała zrobić jeszcze w moim domu. Jednak ja bym wolała mimo wszystko normalnie chodzić do pracy i normalnie zarabiać, normalnie pójść se do sklepu buty pomacać, przymierzyć i kupić, normalnie jeździć po kraju i po zagranicy, normalnie wysłać dzieci do szkoły i do kolegów. No ale póki co nie mogę, więc robię to, co mogę i czekam cierpliwie ciesząc się chwilą i robiąc to co mogę robić właśnie teraz w takich okolicznościach.

 Wczoraj oficjalnie poinformowano o przedłużeniu bieżącego stanu do 3 maja. Tyle, że niby mają otworzyć sklepy ogrodnicze i jak - tutaj mówią - "doe het zelf", czyli "zrób to sam" (materiały budowlane, ogrodnicze). To by mi bardzo odpowiadało, bo bym sobie po pierwsze ogródek oporządziła, a po drugie mamy kilka stołów drewnianych do odnowienia i dzieci mogły by je dla relaksu wyczyścić i pomalować, no ale lakier i parę innych gadżetów by się do tego celu przydało... Więc niech otwierają te sklepy!

W poniedziałek zaczyna się na powrót szkoła. Gazety podają, że szkoły zebrały, kilka czy nawet kilkanaście tysięcy używanych laptopów dla dzieci biedniejszych, które nie mają komputerów w domu... No i spoko, dobre i cokolwiek, tyle tylko, że nauka przedmiotów praktycznych on-line to ciągle dupa nad dupami. Najstarsza np miała przed feriami przygotować szablon kurtki letniej no i przygotowała, tylko jak niby ma to pani na odległość sprawdzić? No i jak niby to mają szyć? No dobra, wiem że na maszynie, ale jak belfer ma to nadzorować, korygować itd? Poza tym heca taka, że Najstarsza nie ma dotąd materiału, bo do tych przymusowych ferii ciągle zajmowali się szyciem płaszcza zimowego, a po materiał na letnią kurtkę mieliśmy skoczyć na dniach do ogromnego sklepu krawieckiego, który mamy w sąsiedniej wiosce, a który teraz jest nieczynny z powodu korony.  Pff. Zamówiliśmy przez internet z Holandii, ale jak se człowiek nie pomaca to co to za zakupy materiału, a poza tym już drugi mejl otrzymaliśmy na temet kolejnych opóźnień. Bo wiadomo, że jak zamówisz jakieś byleco to dostraczą nazajutrz, ale jak pilnie potrzebujesz to trwa  kilka tygodni.

Młodemu zamówiłam ze 2 tygodnie temu 2 książki z belgijskiej księgarni i do tego kolejną płytę Harrego Pottera (bo teraz z Młodym oglądamy po trochu). Młody najbardziej czekał na "zoekboeka" z Robloxa, czyli książkę do szukania czegoś na obrazkach. No ale cóż, wczoraj dotarła zaledwie jedna z tych rzeczy - książka z eksperymentami dla dzieci. Dobre i to. Wszak Młody Youtuber ciągle nagrywa nowe video, z czego większość stanowią eksperymenty, bo to jest po prostu cooooool.

On eksperymentuje, a matka nagrywa na iPada. Potem przygotowuję ostateczne video w iMovie i z tej apki wysłałam od razu na You Tube. Bardzo dobra apka jak na takie zabawy.

Eksperymenty, które dziecko zrobi samo.


Jak dotąd najbardziej ekscytującym dla Młodego eksperymentem było

 Dmuchanie balonu za pomocą butelki z miksturą octu i sody.

Eksperyment jest dziecinnie prosty i bezpieczny.
Butelkę wypełnia się octem. Do balonu wsypuje się trochę (łyżkę, dwie) sody. Balon nakłada się na szyjkę butelki i odwraca, tak by soda wsypała się do octu. Zachodzi reakcja i balon się nadmuchuje. 

Kolejny eksperyment z sodą i octem o wiele bardziej nam starym się podobał niż naszemu Synowi.

Lampa Lawa.
Do słoika wsypuje się dość sporo sody. Potem ostrożnie wlewa się olej po ściankach, żeby się nie zbełtało. Potem strzykawką lub łyżeczką wlewa się po troszku ocet zabarwiony barwnikami (lub kolorową bibułą namoczoną w tym occie)



Fascynującą zabawą było też

 rysowanie po mleku.
Na talerz wylewamy mleko. W szklankach (pudełeczkach) przygotowujemy barwniki spożywcze (tu barwniki w proszku rozpuszczone w wodzie).
Wacikiem na patyczku malujemy wzory na mleku.
Gdy się już pobawimy, sprawdzamy co się stanie jak do mleka zapodamy trochę płynu do naczyń.

UWAGA! Młody nie był przygotowany na to co się stanie, więc gdy wszystko mu nagle zniknęło, był ogromnie zawiedziony. Mieszał patyczkiem z nadzieją, że kolory wrócą....


I na koniec dzisiejsze zabawy z wodą, octem  i jajcami. Jutro nagramy ciąg dalszy do tego video, gdy już ocet zrobi swoje i jajo będzie gołe ;-)


3 kwietnia 2020

Hurra! Ferie wielkanocne uważam za rozpoczęte!

Powiem wam, że ten wirus popsuł wszystkie moje plany blogowe, bo miałam sporo fajnych (moim oczywiście zdaniem) tematów do spisania, a teraz zwyczajnie się nie godzi pisać o nich, gdy  na całym świecie obowiązuje jeden i ten sam  temat. Poza tym wiele z moich tematów jest w tych warunkach jakby nieaktualnych, bo świat teraz funkconuje inaczej, a po wirusie będzie fukcjonował pewnie jeszcze inaczej, czyli wszelakie poczynione obserwacje na gatunku ludzkim mogą wymagać skorygowania. Nic to, poczekam. Nie pali się.

Poprzestanę na temacie wiodącym tego bloga, czyli zwyczajnie zapiszę kolejną kartkę naszego pamiętnika rodzinnego. Wszak grzechem było by nie spisać, jak żyje się nam w tych specyficznych okolicznościach w kwietniu A.D. 2020.

A żyje nam się całkiem dobrze. Tyle tylko, że hm.... z wypowiedzi ludzi w internetach wnioskuję, że ludzie tacy jak ja i reszta Piątki (oraz cała reszta nam podobnych) powinni się wstydzić tego, iż ośmielają się mówić, że jest im teraz dobrze. No bo jak ja mogę mówić, że jest dobrze, jak ja mogę się cieszyć, jak ja mogę sobie żarty stroić z tego czy tamtego, gdy na całym świecie ludzie cierpią, ludzie się boją... 

No cóż,  gdy ja się czasem bałam i cierpiałam, to  świat miał to zasadniczo w dupie... A często robił wszystko, by mi jeszcze bardziej dopierdolić i utrudnić. Tak że ten...

Pozwólcie, że TO JA SAMA zadecyduję, w jakieś sytuacji powinnam się bać, w jakiej umartwiać, a w jakiej zwyczajnie cieszyć życiem, bo tylko ja sama potrafię ocenić swoją własną sytuację. A ta w tym momencie jest dla mnie bardzo dobra. Bez wątpienia o niebo lepsza od wielu innych sytuacji, z którymi w moim  42-letnim życiu przyszło mi się zmierzyć. Jutro, pojutrze, czy za pół roku może się to zmienić, ale to jutro, pojutrze, czy za pół roku, a ja żyję teraz.

Sama zamierzam też decydować o tym, o kogo się będę martwić i o kogo troszczyć, a czyje losy mieć tam gdzie słonko nie dochodzi. Nie moim problemem jest to, że wielu ludzi pierwszy raz w życiu nagle musiało wyjść ze swojej strefy komfortu. Powiem więcej, cieszy mnie to, że tak się stało, bo wielu ludziom, a być może i całemu światu taki solidny kop w dupę bardzo, ale to bardzo był potrzebny. 

Tymczasem - zgodnie z przewidywaniami - moje koronawakacje zostały przedłużone do 19 kwietnia. No ale warto tu zanotować, że i z tym znowu były jaja. Jeden tam taki mądry na wysokim stanowisku zadecydował, że sprzątaczki po 5 kwietnia mogą iść do roboty. Co sprzątaczkom (i wielu innym ludziom) wydało się jakoby lekko bez sensu, że taka sprzątaczka nie może odwiedzić własnej osobistej matki, czy starego sąsiada, ale może za to spokojnie co dnia odwiedzać innych starszych, czy wręcz starych, schorowanych ludzi i to po 5 do 10 domów w tygodniu a do jej własnej matki i sąsiada w tym czasie może przyjść inna sprzątaczka, która przyniesie wirusy z wszystich poprzednich domów. Genialne!

Sprzątaczki zaczęły się burzyć i pisać pisma do biura. Biuro skontaktowało się z RVA i ostatecznie stanęło na tym, że każda z nas może wybrać, czy wrócić do pracy, dostać normalną wypłatę i dać sobie szansę na zarażenie tym gównem siebie, swojej rodziny i wszystkich swoich klientów, czy też zostać w domu, zadowolić się 70% z wypłaty i zmniejszyć szanse na rozprzestrzenianie się wirusa.

Ja lubię siebie, moją rodzinę i swoich klientów, zatem postanowiłam zostać w domu. Podobnie uczyniła większość sprzątaczek z mojego biura, co wiem z naszej grupy internetowej. Rozumiem jednak te, które wracają do pracy, bo każda ma przecież inną sytuację w domu, innych klientów, inne możliwości i warunki.

M_Jak_Mąż pracuje, bo roboty póki co im nie brakuje a wszyscy pracownicy póki co zdrowi. 

Dziś zakończył się oficjalnie drugi trymestr roku szkolnego a od poniedziałku zaczynają się dwutygodniowe ferie wielkanocne, czyli paasvakantie. Hurrra!!!

Końcówka tego trymestru bez wątpienia była arcydziwna. W ostatnim tygodniu Młody wreszcie dostawał konkretne zadania z poszczególnych przedmiotów i dla mnie to było lepsze, bo wiedziałam przynajmniej, co powinniśmy robić. No, Młody już nie koniecznie podzielał moje zdanie, bo zadania z niderlandzkiego i matematyki były dla niego wielce irytujące, bo za łatwe. No bo faktycznie, ileż można robić zadania z dodawania i odejmowania w zakresie 100, gdy człowiek radzi sobie spokojnie z tysiącami. Te kilka zadań z mnożenia i dzielenie o wiele bardziej go satysfakcjonowało. Czytać ze zrozumieniem też potrafi doskonale a krótkie i długie samogłoski to już nawet mnie uszami wychodzą, choć ja tylko się przyglądam jak on pisze codziennie po 2 strony ciągle tych samych w koło zadań. Nuda jak cholera.

Najstarsza miała na zadanie uszyć maseczkę z tego, co znajdzie w domu. Wykorzystałyśmy nową poszewkę, która ostała się po piżamowych urodzinach oraz jakiś kolorowy materiał kiedyś tam kijwiepoco zakupiony oraz UWAGA tasiemki do prezentów świątecznych z adekwatnym motywem.  Dotąd wszystko było okej. Potem wydrukowałam ten szablon i tę instrukcję, które pani przysłała. Kazało tam że ten projekt przygotowany został w Chinach. Nnnnno, a ten opis i instrukcja wykonania - tak na moje oko - tłumaczona była z chińskiego na niderlandzki przez francuskojęzycznego Niemca marokańskiego pochodzenia wychowanego w Polsce. No chyba, że to zadanie miało też przy okazji sprawdzać inteligencję, pomysłowość i inwencję twórczą delikwenta próbującego zrozumieć, co autor tak na prawdę miał na myśli. No ale okej, Najstarsza w szyciu i logice to akurat jest dobra. Dobra jest też w robieniu wszystkiego po swojemu i tutaj to doskonale wykorzystała. Maska wyszła świetnie. Zrobiłyśmy zdjęcie i wysłałyśmy pani do oceny razem z wszystkimi stosownymi formularzami potrzebnymi do tego przedsięwzięcia. Zadań oczywiście było więcej, ale reszta była zwyczajna.

Młoda z kolei w minionym tygodniu miała jakiś  test z fotografii, który odbywał się jako konferencja on-line przy obecności wszystkich (czy tam większości) klasy oraz dwóch nauczycieli tego przedmiotu. No i mieli wszyscy ubaw niezły, bo papugi naszej Młodej postanowiły ten test sabotować. Nagle akurat w tym momencie postanowiły, że będą fruwać w koło jak głupki po pokoju i drzeć się na całe papuzie gardła. Wolnoć tomku w swoim domku.

Na początku tylko latały i furkotały tymi swoimi piórami tworząc dla internetowych słuchaczy wrażenie nadlatującego helikoptera. Wówczas nieświadoma całej sytuacji pani, która właśnie dołączyła do rozmowy,  pełna obaw i wątpliwości zapytała wszystkich, czy ją dobrze słychać, bo ona ma straszne szumy.
- Proszę pani, to tylko te ptaki Tereski - uspokoili ją ze śmiechem uczniowie. 
Gdy czarty zaczęły się drzeć, nauczyciel wyciszył Młodą i powiedział, że jak będzie mieć coś do powiedzenia, żeby się na chwilę odciszyła. 

O i tak to jest z nauką on-line ha ha ha. 

Na szczęście życie na szkole się nie kończy. Po lekcjach mamy jeszcze sporo czasu na robienie innych rzeczy. Sporo tego czasu oczywiście spędzamy w sieci - można czytać, grać, gadać i pisać z ludźmi, kupować czy co tam kto lubi.

Młody po dwóch tygodniach zaczął trochę tęsknić za kolegami z klasy i w końcu wpadliśmy na pomysł, by nagrać filmik dla klasowych kolegów i opublikować na YT. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Młody wreszcie mógł spełnić swoje marzenie o zostaniu youtuberem.

Potem stworzyłam grupę na whatsappie i wysłałam link do mam. Bardzo szybko otrzymaliśmy wiadomości zwrotne z wielką ilością słów uznania dla Młodego.

Kolejnego dnia, po kolejnym filmiku poza słowami uznania na whatsappie pojawiło się trochę zdjęć i filmików z pracami klasowych kolegów Młodego : a to gofry, a to rysunek, a to mleczny shake, a za nimi kolejne słowa uznania skierowane do ich autorów. Potem któraś z mam zaproponowała, by dzieci napisały do siebie listy, na co dzieci zareagowały entuzjastycznie i od razu zabrały się do pisania. Listy można wysyłać mejlem, a można tez pisać i rysować na papierze a potem skanować czy fotografować i wysyłać albo na upartego zwyczajnie wrzucić do skrzynki podczas spaceru (choć to już może być w dzisiejszych czasach sprawa dyskusyjna). Inna powiedziała, że korzystając z apki można on-line zaprojektować i wypisać kartkę, którą poczta wydrukuje i wyśle pod dany adres. Podała też kod na 10 darmowych kartek. Tak czy owak możliwości jest wiele, wystraczy trochę pokombinować i wyjść z jakąś inicjatywą. Dalej już pójdzie łatwo. No, przynajmniej tutaj, gdzie mieszkamy. Nie wiem, czy wszędzie to zadziała, bo pewnie wielu woli po prostu jak zwykle siedzieć i jojczyć...

Od pierwszego filmiku Młody zdążył się już zapoznać z Whatsappem, Hangoutsem, Messengerem, gdzie pisał, czytał, prowadził rozmowy wideo z kolegami i ich rodzicami. Radzi sobie też z pisaniem i odbieraniem mejli od kolegów. Oni najwyraźniej też sobie radzą. Filmiki, które dzieci i mamy nagrywały były świetne i nieźle się ubawiliśmy wszyscy. Wiadomo, że codziennie nie będą wszyscy siedzieć i robić zdjęć czy filmików z dziećmi, bo wielu rodziców zwyczajnie w domu musi pracować, ale ten raz to już była niezła zabawa i zawsze jakaś odmiana w tym życiu w zwolnionym tempie.

My bez wątpienia jeszcze trochę sie pobawimy w Youtuberów, bo to na prawdę fajna zabawa, choć bez wątpienia dosyć czasochłonna. Czasu jednak na razie dosyć dużo mamy, bo przecież teraz mamy  prawdziwe ferie, a pomysłów nie brakuje. Dla Młodego może to być fajna terapia antywstydzeniowa. Bowiem Nasz Youtuber na co dzień jest bardzo nieśmiały, co nie przeszkadza mu być jednym z bardziej lubianych dzieci w szkole, ale lepiej być śmiałym fajnym chłopcem niż nieśmiałym fajnym chłopcem. Tutaj jedno z naszych video. (Młodemu będzie miło, gdy wejdziesz na YT i dasz mu lajka ;-) )



Jutro mamy się stawić w szkole po odbiór podręczników na czas po feriach. Przewiduje się bowiem, że są bardzo małe szanse na to, że nauka rozpocznie się 20 kwietnia. Bardziej realny - jak wynika z listu od dyrekcji - jest początek albo i dalsza część maja. Najczarniejszym choć bynajmniej niewykluczanym scenariuszem jest zamknięcie szkół do wakacji.
Podejrzewam, że nauczyciele przez te 2 tygodnie wymyślą jakieś sensowne rozwiązania albo dopracują bieżące  (o ile jeszcze tego nie zrobili) na dalsze prowadzenie zajęć po feriach, bo dotąd to dosyć chaotyczne to wszystko było, co oczywiście bynajmniej mnie nie dziwi, a tylko stwierdzam fakty. Choć muszę tu przyznć, że jak na taką nagłą, nieprzewidywaną, zaskakującą sytuację to belgijskie szkoły całkiem fajnie sobie poradziły i nieźle to wszystko przebiegało, a rodzice i uczniowie - jak wynika z telefonów i listów ze szkół - dosyć poważnie i odpowiedzialnie podeszli do tematu. Sytuacja jednak jest dziwna. 

Ja jak dotąd zaobserwowałam 4 etapy w podejściu do korony wirusa w mojej okolicy (podejrzewam dotyczy całej Flandrii, a także poniekąd nas samych):
1. Pierwsze tygodnie. Niedowierzanie, wątpienie, ignorowanie.
2. Pierwsze 3 dni po ogłoszeniu stanu wyjątkowego przez rząd. Szok i Panika (szturm na sklepy i apteki)
3. Kolejne 2 tygodnie. Nerwowy czas oczekiwania na powrót do normalności i/lub nowe obostrzenia.
4. Stabilizacja. Zniecierpliwienie. Zróbmy coś. Pojawiają sie różne akcje: białe flagi, tęcze, misie, wspólne śpiewanie, ludzie zaczynają odkrywać nowe formy zakupu i sprzedaży, kontaktów z bliskimi, zajęć dla dzieci i siebie...

Tak, ten czas przynosi wiele możliwości poczynienia  interesujących obserwacji na ludziach. Nie mogę się doczekać, aż ktoś o tym napisze porównując zachowania ludzi w różnych krajach. Bardzo mnie to fascynuje. To bardzo ciekawy eksperyment na ludziach ten wirus. Czy przypadkowy czy zamierzony to pewnie nigdy się nie dowiemy, ale korzystajmy z okazji i obserwujmy skoro już się zdarzył :-) 




24 marca 2020

Wirus nic nie zmienia - moje dzieci ciągle spotykają się ze znajomymi w tym samym miejscu

Życie w czasach zarazy trochę jest dziwne. Ludzie się inaczej, niż zwykle zachowują, rzeczywistość inaczej funkcjonuje. Żyjemy w zwolnionym tempie i wielu ludzi nie potrafi sie do tego przyzwyczaić. Nie zadzroszcę tym, którzy dotąd żyli w poczuciu, że nad wszystkim mają kontrolę albo co lepsze, że  należą do narodu wybranego ani tym bardziej tym, którzy wierzyli, że wszystko można sobie zaplanować i że wystarczy chcieć... A tu nagle bęc!

Tak, myślę że ten wirus to dobra rzecz. Może ten i ów teraz doceni, to co ma i przestanie na wszystko narzekać od rana do nocy, a zacznie żyć tu i teraz...? Może...


Tymczasem ja od czwartku 19 marca jestem na przymusowym czasowym bezrobociu. Co to dla mnie oznacza? Ano że ciagle jestem pracownikiem mojego biura, ale czasowo nie ma dla mnie roboty, a w związku z tym mogę skorzystać ze specjalnego zasiłku, który z okazji tych koronnych okoliczności wynosi teraz 70% wynagrodzenia (normalnie 65%). Związki zawodowe utworzyły na tę okazję specjalne strony, gdzie elektronicznie można wypełnić swoje dossier i oni potem wyślą pocztą dokumenty do podpisania. 

Do tego Flamandzki Rząd zdeklarował się, że wszyscy, którzy są teraz na czasowym bezrobociu z powodu wirusa, otrzymają w pierwszym miesiącu po 200€ z centami na prąd i wodę. Ten hajs ma ponoć wpłynąć od razu automatycznie  na nasze konta i nic nie  musimy w tej sprawie robić. Oświadczyli też, że potem będą rachunki odraczane i że nie od razu będą wodę czy gaz odcinac, gdy ktoś na czas nie zapłaci... No ale dobra, to "zorgen voor later" jak tu mówią (zmartwienia na potem).

Na razie tymczasowe bezrobocie wyznaczone mamy (jak wiele innych rozporządzeń) do 5 kwietnia.  Jeszcze nie odkryłam co to za magiczna data....
Potem spodziewamy się kolejnych wytycznych. Nasza Maggie (taka jedna lekko puszysta laska z naszej gminy - lekarz z zawodu a aktualnie minister zdrowia) powiedziała nie dawno, że ta sytuacja potrwa jeszcze na pewno 8 tygodni, a i na wakacje lepiej plany odłożyć póki co. My prywatnie też mieliśmy już wcześniej podobne oczekiwania, ale nic to. Ja już się z tym faktem oswoiłam i przeszłam nad tym z grubsza do porządku dziennego. Dla kogoś , kto ma - tak jak my - ciekawe i kolorowe życie i wiele już przygód w swoim życiu przeżył, nie ma zwykle wielkich problemów z dostosowaniem się do nowych nawet najdziwniejszych okoliczności. 

A okoliczności są takie, że mamy lockdown, którego nie wolno nazywać lockdownem hehe, czyli, że: 

Sporo ludzi pracuje w domu przez interenet. 
Poza tym do pracy chodzą, ci co nie mogą pracować na odległość i u których można zachować zalecane środki bezpieczeństwa. Mój małżonek na razie pracuje.
Sklepy są w większośćci zamknięte - otwarte pozostają tylko te sprzedające żarcie dla ludzi, zwierząt oraz apteki. 
Wszystkie planowane ale nie niezbędne zabiegi i konsultacje medyczne zostały odwołane do zakończenia stanu wyjątkowego, czyli czasu bliżej nieokreślonego. 
Maggie powiedziała "blijf in uw kot" (zostań w domu) a potem wprowadzono odpowiednie rozporządzenia dotyczące opuszczania domu. I tak... kto jest zdrowy, z domu może wychodzić by:
- zrobić niezbędne zakupy 
- pojść do pracy (zaleca się mieć przy sobie dokumenty od pracodawcy, gdy jedzie się do roboty daleko)
- pospacerować, pobiegać, porowerować W SWOJEJ OKOLICY, ZE WSPÓŁLOKATORAMI swojego domu, omijając innych ludzi.

W sklepach częstokroć rano pierwszeństwo mają starsi. Do sklepu wpuszcza się po kilka osób, które mają 30 minut na zakupy, a płacić można tylko kartą. Proste i jasne. Aaa i srajtaśmę można kupić tylko przy kasie w ilości 1 opakowanie na raz, bo plebs próbował wcześniej nagromadzić w domu papieru do dupy na najbliższe 10 lat.

Za nieprzestrzeganie w/w wytycznych grożą WYSOKIE mandaty (nawet do 4 tysięcy euro) i inne kary. Z wpisów wczorajszych w necie wynika, że w naszej okolicy policja kontroluje i egzekwuje. Kolesie bawiący się całym stadem na wiosce dostali ponoć po 500€. Geniusze, którym zachciało się w niedzielę jechać na plażę do Ostendy po 350€.  W gazecie pisali, że pewnemu młodemu gnojkowi policja zabrała auto, bo nie dość, że przekroczył prędkość, jechał dalej niż wolno bez żadnego powodu , to jeszcze wiózł kilku pasażerów (a już był wcześniej karany). I brawo! A widziałam też wpisy "naszych" którzy wybierali się z rodzinami na wycieczki SAMOCHODAMI do lasów i jeszcze się upierali, że im wolno, gdy inni próbowali im to wyperswadować. Co prawda wolno iść do lasu czy parku, ale kurwa nie 50 czy 100km od chałupy.  Policja wczoraj zamknęła ponoć większość parkingów przy lasach, jeziorach itp z tego powodu. Co mnie jest w sumie w paski, ale piszę o tym, bo wielu pewnie ciekawych, jak to u nas w BE wszystko wygląda.

Dla mnie jednak ten czas jest całkiem zwyczajny w odczuciu. Nie chodzę do pracy i to jest coś nowego, ale czuję po prostu, jakbym była na wakacjach. Dla mnie bomba.

Oczywiście te okoliczności popsuły nam wiele planów, no ale cóż, już się do tego przyzwyczailiśmy, że nic nie idzie, tak jakby się chciało. Czekaliśmy na wiosnę, bo nie lubimy zimy i się doczekaliśmy. Jest ładnie, kwitną kwiaty, drzewa, słońce świeci. Super. Aż chce się żyć.

Tak wygląda flamandzka wieś teraz

Przykro nam, że nie pojedziemy - tak jak nam się marzyło - fotografować tych wszystkich kwiatów. W planach na najbliższe tygodnie były bowiem flamandzkie sady w naszej prowincji, tulipany w Holandii, ogrody królewskie w Brukseli  i niebieskie hiacyntowe lasy. Szkoda, że się  nie uda tych planów zrealizować w tym roku, ale świat się od tego nie zawali raczej. Nie takie rzeczy trzeba było odkładać z powodu nieprzewidywanych okoliczności. 


Pod znakiem zapytania stoi też nasza randka w Paryżu i być może bilety nam zwyczajnie przepadną, ale w sumie na to jesteśmy przygotowani od dnia, w którym ta wycieczka została zaplanowana, choć nie ukrywam, że epidemii to akurat nie braliśmy pod uwagę, a raczej bardziej przyziemne zdarzenia typu złamana noga, strajk kolei międzynarodowych, zamach terrorystyczny, upał, powódź, pożar i takie tam rzeczy, które przytrafiają się ludziom każdego dnia. Ale żeby epidemia?! Nie, to nam do głowy nie przyszło. Życie jednak jest zaskakujące. No ale - trudno - się mówi i żyje się dalej, a  dziesięciolecie związku i moje urodziny można uczcić w inny czadowy sposób. Do Paryża skoczymy se inną razą, gdy już nie będą starszyć zarazą.

Irytujące jest to, że wszystkie zaplanowane wizyty u specjalistów są odwołane. Na głupiego ginka czekałam miesiąc, by dzień przed się dowiedzieć, że teraz się mogę na październik umówić. Bardzo  śmieszne.

Na dermatologa czekałam 3 miesiące, to i kolejne 6 mogę poczekać, czy ile tam trzeba będzie. Ojtamojtam.

Bardziej mnie jednak wkurza, że Młoda ma kawałek aparatu na zęby założone bez żadnego sensu w tym momencie, bo teraz miała mieć wyrwane 4 zęby i po zagojeniu miała być założona reszta druciaka. Mamy zadzwonić i się umówić jak ten cyrk się skończy. No dobra, sie poczeka.

Najstarsza miała iść do szpitala na kilka tygodni po tę nieszczęsną diagnozę w kwestii autyzmu. Podejrzewamy, że to już nigdy się nie stanie, bo ona potem będzie za stara na ten oddział... No ale teraz się tym martwić nie zamierzamy.

Nie powiem jednak, by te komplikacje jakoś specjalnie różniły się od tych sprzed pandemii. Tylko że teraz jest więcej na raz. Nawet ślub żeśmy przeco przekładali, bo dziecko wylądowało w szpitalu. Przeprowadzka była skomplikowana przez zderzenie z tirem (podobnie jak wcześniej jedne z moich wakacji)... i tak dalej i tak dalej... Jedna komplikacja w te czy w te nie robi serio żadnej różnicy. 

Nasze przygody nauczyły nas cierpliwości i czekania na to, co nadejdzie. Nauczyły nas też cieszenia się tym, co jest tu i teraz w tym momencie oraz odnajdywania pozytywów w każdej sytuacji.

Szczerze mówiąc na dzień dzisiejszy to mnie ten wirus zwisa i powiewa. Obserwuję, co się dzieje. Co rano czytam gazetę, potem rozmawiam z mężem i dziećmi o tym, co nowego, ale żeby się tym specjalne przejmować? Nie widzę powodu.  Na dzień dzisiejszy bowiem nikt z nas nie jest chory. Na dzień dzisiejszy jest fajnie. Bo  na co tu narzekać? No NA CO?!!!

Siedzę w domu. Nie muszę chodzić do pracy. Mam całe dnie, całe tygodnie do wykorzystania na własny użytek. To jest fantastyczne i trzeba z tego skorzystać i wydusić z każdej chwili, ile się da.

No oczywiście mogę też siedzieć jak inni i całe dnie śledzić wszystkie informacje na wszystkich możliwych portalach, telewizjach, radiach, gazetach i jeszcze dzwonić po wszystkich znajomych i srać ze strachu w gacie, bo co będzie, jak zachorujemy? Co będzie, jak nasze firmy zbankrutują? Co bedzie, jak nastanie kryzys...? Co będzie jak w sklepach zabraknie srajtaśmy albo sosów do spagetti w puszkach?

 Mogę. Tylko po jaką cholerę?!

Po co zajmować się czymś, na co się nie ma wpływu, skoro można zająć się tym wszystkim na co wpływ się ma i co na nas wpływ ma pozytywny...?

Moje dzieci na ten przykład wszystkie trzy jak jedno co dnia spotykają się ze swoimi kumplami. Tak zwyczajnie po prostu w tym samym miejscu, jak robiły to przed pojawieniem się tego debilnego wirusa. Bawią się razem, gadają, śmieją i wydurniają. Czasem tak się drą, że muszę upominać.

Tak, moje dzieci, tak samo jak ich kumple,  mają nieograniczony dostęp do Internetu. Potrafią czytać, pisać i mówić w 3 językach. Całe dnie mogą się zatem doskonale bawić ze swoimi rówieśnikami z całego świata. Grają w kalambury, minecrafta, robloxa, gadają godzinami przez discorda. No, nie cały czas, bo ciągle przecież trwa rok szkolny, a nasi nauczyciele nie próżnują. Korzystając z tego samego wynalazku - Internetu - wysyłają dzieciom (szczególnie tym dużym) systematycznie zadania, które trzeba zrobić i odesłać. Czasem jest to w formie zwykłego tekstu, czasem trzeba zrobić prezentację w Power Pointcie, innym razem (języki obce szczególnie) trzeba nagrać filmik i wysłać do belfra. Nauczyciele prowadzą też lajwy na YT z poszczególnych przedmiotów. Każdy belfer ponadto dostępny jest cały dzień przez smartschool, gdzie drogą mejlową można mu zadawać pytania, umówić się na czat itd. Oczywiście, zdarza się, że u niektórych nauczycieli trzeba cały dzień czekać, aż odpowiedzą, ale nauczyciele też są ludźmi i różnie to bywa. Zdarza się też - jak dziś - że belfer dzwoni do rodzica, by powiedzieć, że jego stary dzieć nie odrobił zadanego  zadania i będzie miał przesrane jak tego nie naprawi. A wtedy rodzic musi iść opierdzielić dziecia i postraszyć go że zaraz zasadzi mu kopasa w dupasa, gdy czym prędzej za te zadania się nie zabierze. Czyli jednym słowem nie ma różnicy, czy bractwo chodzi do szkoły czy nie. Problemy pozostają te same - pilny uczeń pozostaje pilnym uczniem w każdych okolicznościach, a leser pozostaje leserem.

Oj biedne są dziś  te dzieci, które nie mają nieograniczonego dostępu do internetu albo są kontrolowani 24/7 przez swoich rodziców a kompa mają wydzielanego na minuty. Biedne są te dzieci, które dotąd każdego dnia spotykały się z rówieśnikami głównie w realu i które nie potrafią żyć bez tłumów wokół siebie. Dobrze, że moje do takich nie należą i - tak samo jak matka i ojciec - wyśmienicie czują się w domowej atmosferze z komputerem, tabletem czy książką.

Podoba mi się ten czas korony. Mam tyle czasu dla siebie i dla dzieci. Wstajemy rano. Jemy śniadanie, karmimy zoo. Potem bawię się z Młodym w szkołę. Powtarzamy tabliczkę mnożenia i dzielenia. Młody czyta po niderlandzku opowiadania i odpowiada na pytania. Prowadzimy hodowlę fasolek i Młody uzupełnia co dnia ich dziennik. Młody wyszukuje trudne polskie wyrazy i uczy się je wymawiać. Powtarzamy i utrwalamy godziny korzystając z papierowego zegara.
Wagi łatwo zrozumieć, gdy waży się mągę i cukier na ciastka. Granie w monopoly i inne gry pozwala doskonalić liczenie. Zabawa w sklep pomoże ogarnąć przeliczanie centów na euro itede itepe.


Poza tym wreszcie mamy czas, by uczyć się rosyjskiego. Młody czekał na tę chwilę, a ciągle nie mogliśmy się za to zabrać. Teraz okazja jest idealna. To świetna sprawa. Dla Młodego to czwarty język. Polski i niderlandzki to jego języki podstawowe. Oba opanował świetnie w mowie i w piśmie, ale ciągle oba doskonali. Angielskiego zaczął sie uczyć gdzieś w jesieni sam z internetu. Dziś całkiem sprawnie czatuje w tym języku. Potrafi też to i owo powiedzieć. Czasem do dziewczyn albo do ojca mówi po angielsku. Oczywiście wymowa jest taka sobie, ale jak na ośmiolatka samouka to bomba.

Po przemieszkaniu 7 lat w kraju wielojęzycznym  już wiemy, że wymowa i akcent oraz gramatyka to tak na prawdę cały guzik znaczy w prawdziwym życiu. Ważne by umieć się dogadać, by rozumieć, co do ciebie mówią i im odpowiedzieć, tak by zrozumieli, a reszta to kij.

Rosyjki mu się spodobał. Dziś umie się przedstawić, zapytać drugiego, ile ma lat i czy ma rower albo samochód. Zna trochę różnych słów - zwierzęta, liczebniki, kolory, różne przedmioty. Uczymy się po kilka nowych rzeczy dziennie, po kilka minut. Dla mnie to też świetna sprawa, bo okazuje się, że bardzo szybko sobie przypominam wszystko, czego ponad 20 lat temu się nauczyłam, a rosyjski zawsze może się przecież przydać w codziennym życiu w tym kraju wielonarodowym.

Chodzimy też na spacery albo robimy przejażdżki rowerowe po okolicy. Jak to fajnie mieszkać na totalnym zadupiu! Nawet na drodze można się teraz spokojnie bawić. Dziś np graliśmy sobie w kółko i krzyżyk kredą na asfalcie i robiliśmy też inne bazgroły. Cool.

Z Australii przywędrowała do nas

zabawa w szukanie misiów. 


Polega ona na tym, że ludzie wystawiają w oknach pluszowe misie (czy też inne pluszaki, gdy miśków nie mają) a dzieci wędrujące czy rowerujące z rodzicami po swojej okolicy mogą tych miśków wypatrywać. Wczoraj objechałam z Młodym i Młodą naszą i 2 sąsiednie ulice i całkiem sporo misiorów żeśmy zdybali. Były miśki na całe okno, były misie malutkie i misie średnie, którym tylko łeb było widać. Były też angrybirdsy, świeżaki i inne tam pluszowe zabawki. Młody był podekscytowany tym szukaniem. U nas też 2 miśki od wczoraj czekają na dzieci w oknach i na pewno już nie raz zostały od odkryte, bo koło nas wiedzie jedna z popularnych tras do lasu i mnóstwo ludzi teraz tą drogą spaceruje.
nasze miśki czekają na łowców niedźwiedzi



Pomysłów na spędzanie wolnego czasu póki co nam nie brakuje. Czytamy, gramy w gry, gadamy, wygupiamy się, śmiejemy, gotujemy, pieczemy, robimy sałatki, siedzimy przy kompie, spacerujemy, rzucamy piłką, bawimy się LEGO, sprzątamy, pierzemy, przytulamy się, oglądamy filmy... Ech, w domu można tyle fajnych rzeczy robić.


czasem tropimy morderców w cluedo


czasem używamy fantazji

czasem obserwjemy przyrodę

czasem robimy bałagan w kuchni

czasem gramy w mtematycznego pacmana 

czasem bawimy się w minecrafta w realu

rowerujemy po okolicy

gramy w gry

i w inne gry