31 sierpnia 2015

Liège - pierwsza wycieczka do Walonii

W niedzielę rano po śniadanku jak zwykle zrobiłam sobie kawkę i otworzywszy laptop, zaczęłam odpowiadać na wiadomości. W międzyczasie zastanawiałam się, co by można było zjeść na obiad i dochodziłam do wniosku, że nie chce mi się gotować. Kątem oka zauważyłam, że zbliża się dziesiąta, czyli najwyższa pora przenieść się w rejon kuchni. Albowiem w niedziele wyjątkowo jadamy obiadki w południe. Wtedy do głowy przyszedł mi chytry plan - jakbyśmy gdzieś pojechali, to przecież moglibyśmy zjeść na mieście...
- Jedziemy gdzieś? - zapytałam chłopaków, bo dziewczyny jak zwykle zabarykadowane były w swoim pokoju.
Z informacji pogodowych wynikało, że niedziela zapowiada się słonecznie i upalnie. Idealna pogoda nad morze... Jednak M_jak_Mąż nie lubi wody i nie wyglądał na zachwyconego moją propozycją. Zaczął przeszukiwać sieć i zaproponował wycieczkę w rejon waloński - Namur albo Liege, bo tam nie było nas jeszcze. Do Namur - moim zdaniem - trzeba wyjechać o świcie, bo tam dużo fajnych rzeczy jest do zobaczenia, ale Liege, po naszemu, czyli po niderlandzku  Luik, może być.

29 sierpnia 2015

Oswajanie flamandzkich autobusów

To był zakręcony tydzień. Ze względu na urlop klientów miałam trochę mniej pracy w ostatnich dniach i to się dobrze złożyło, bo był to ostateczny termin na oswojenie autobusów.

 Wakacje bowiem się kończą...

specjalna Panna Cotta na osłodzenie końca wakacji :-)


Stali czytelnicy wiedzą, że mamy już za sobą oswojenie belgijskiego  metra, tramwajów i pociągów. Teraz przyszła pora na autobusy. Myśli pewnie nie jeden, że też jest co przeżywać - wielka to  filozofia pojechać autobusem... Może dla Warszawiaków, Krakusów i innych miastowych to chleb powszedni, ale dla nas ludziów ze wsi to wcale nie jest takie oczywiste. Człowiek nie jest tak zżyty ze środkami publicznego transportu, bo rzadko ma z nimi do czynienia. W mojej polskiej wsi autobus jeździł 2 razy dziennie i to przy sprzyjających warunkach. W Wakacje np nie jeździł wcale, więc najbliższy przystanek 3 km od domu. W mieście dla wielu 3 km to droga nie do pokonania na piechotę, na wsi 3 km to dojście do przystanku, dopiero następne kilometry pokonuje się w autobusie... o ile przyjedzie. Z czasów szkolny pamiętam, że często przyjeżdżał.... przEjeżdżał przepełniony (twarze rozplaszczone na szybach z wszystkich stron) i nawet się nie zatrzymywał, a następny był za godzinę. Czasem była zima mroźna , wtedy na naszych podkarpackich pagórkach 500m n.p.m. był lód albo śnieg i nic nie było w stanie przejechać, więc autobusy nie jeździły. Dziś nie ma już takich zim a autobusy i drogi są w lepszym stanie, więc większa szansa na dotarcie do celu w planowanym czasie. Całe liceum dojeżdżałam do szkoły autobusem. Jednakowoż co innego jeździć po swoim terenie, a co innego po obcym, gdzie rozmieszczenie miejscowości na mapie i kierunków świata w najbliższej okolicy ciągle stoi pod znakiem zapytania. Zakupiłam mapy samochodowe i rowerowe Belgii i studiuję je w wolnym czasie, często zaglądam też na mapy w Internecie, ale to ciągle za mało, choć z każdym dniem coraz lepiej.

Geografia geografią, ale istotny jest też fakt, że w Belgii obowiązują całkowicie inne zasady niż w Polsce, także jeśli idzie o autobusy. W pl wystarczyło, że człowiek stał na przystanku, a autobus się zawsze zatrzymywał (o ile nie był pośpieszny i przepełniony), tutaj trzeba autobus zatrzymać samemu. Machnąć łapą trzeba po prostu. Na każdym przystanku jest instrukcja obsługi autobusów krok po kroku, ale teoria a praktyka to dwie różne rzeczy :-)

Żeby pojechać, dobrze by było mieć jakiś bilet. I tu zaczyna się zabawa. Gdy pierwszy raz weszłam na stronę flamandzkiego De Lijn(u), to byłam deczko zdezorientowana tymi wszystkimi rodzajami biletów. Dopiero po kilkukrotnym przeczytaniu, wydobyłam z tekstu dotyczące nas informacje.

Dziś wiem, że Młody podróżuje autobusami za friko, bo dzieci do 6 lat nie płacą za przejazd, ale - tak samo jak w pociągu - muszą być pod opieką starszej osoby (minimum 12-letniej). Wszyscy starsi niż 6 lat muszą kupić bilet.
Jednorazowy możemy kupić np w kiosku, możemy kupić w autobusie albo sms'em, o ile mamy telefon w jakiejść belgijskiej sieci (taka międzynarodowa lyca mobile - jaką mam ja np się nie nadaje). To jest proste - będąc na przystanku wysyła się sms (numer podany jest na przystankach) i po paru sekundach dostaje się sms zwrotny z biletem. Wszystkie bilety są ważne godzinę (i ten smsowy i ten z kiosku i ten od kierowcy), tyle że na dzień dzisiejszy bilet smsowy kosztuje 1,80 euro (plus koszt wysłania smsa) a u kierowcy 3 euro.

Ponadto są też bilety wieloprzejazdowe. Są np jednodniowe, trzydniowe, tygodniowe (nie wszystkie we wszystkich regionach Flandrii). Dla przykładu bilet jednodniowy nazywa się dagpass i kosztuje 5 euro w kiosku a 7 euro w autobusie.  Na takim jednodniowym bilecie możemy sobie śmigać busami cały dzień po całej Flandrii (z wyjątkiem szybkich linii libmurgskich). Bilety jednorazowe i dzienne kasuje się za każdym wejściem do autobusu (bilet jednorazowy ważny jest godzinę, w tym czasie można się przesiadać).

Są też specjalne bilety turystyczne, które zawierają w sobie niektóre opłaty związane ze zwiedzaniem poszczególnych miejsc. Są bilety mieszane upoważniające do przejażdżek jeszcze innymi liniami oprócz De Lijnu (np walońskim TEC).

Są tu też oczywiście abonamenty. Odpowiedniki polskich biletów miesięcznych, tylko, że trochę inaczej to wygląda, niż pamiętam z PL. Dla młodej kupiłam np tzw BUZZYPAZZ. Jest to bilet okresowy dla młodzieży w wieku 12-24 lat. Można go wykupić na okres miesiąca, trzech miesięcy lub rok, co kosztuje odpowiednio: 25, 71, 195 euro. My wybraliśmy to drugą opcję. Są to bilety imienne ważne w całym de Lijn. Młodzież może przeto dojeżdżać nimi nie tylko do szkoły, ale do kina, na zakupy i inne dowolne miejsca we Flandrii (poza szybkimi liniami Limburgii).

Z tej okazji - zakupu biletu dla młodej znaczy - pierwszy raz miałam okazję wypróbować czytnik elektronicznych dowodów osobistych, który mam w moim lapku, a nie wiedziałam, gdzie ten wynalazek mógłby ewentualnie znaleźć zastosowanie. A to fajna rzecz. Wkładam swój dowód do czytnika. Wybieram na stronie De Lijnu "kup bilet on line", wklepuję PIN dowodu i wyświetla mi się cała moja rodzinka. Wystarczy wybrać dla których person chcę nabyć bilet, a komputer automatycznie wybiera mi adekwatną opcję biletu. Potem wystarczy wybrać na jaki okres (wybieramy też pierwszy dzień - bilet nie musi być od pierwszego dnia miesiąca), potwierdzić adres, na który mają wysłać bilet i dokonać płatności kartą lub przelewem . Po 3 dniach bilet znajdziemy w skrzynce na listy. Wraz z biletem przychodzi też informacja od De Lijnu, że nie musimy pamiętać o przedłużeniu abonamentu, gdyż przyślą nam fakturę z odpowiednim wyprzedzeniem. Jeśli będziemy chcieli kontynuować abonament - wystarczy opłacić, a wtedy znowu wyślą nam bilecik.

Podobne bilety są też dla dorosłych, którzy pracują, dla emerytów etc.

W pierwszy dzień szkoły Młoda pojedzie z tatą i z tatą wróci, ale drugi dzień czeka ją nie lada wyzwanie. Będzie musiała sama pojechać pierwszy raz autobusem do szkoły i sama wrócić. Żeby nie było za łatwo powrót będzie z przesiadką. No cóż, kiedyś musi być ten pierwszy raz. Szkoła, do której pójdzie nie jest popularna wśród młodzieży z naszej wsi, głównie chyba ze względu na dojazd (są dwie bliżej). Jednak, mam nadzieję, że ktoś będzie jechał od nas ze wsi rano i nie będzie musieć sama zatrzymywać i sama wsiadać do autobusu. Co do wysiadania, to jestem niemal pewna, że na przystanku w centrum wysiądzie większość osób i że na pewno sporo uczniów.

Trochę jednak poćwiczyliśmy dla pewnośći. Najpierw dwukrotnie byliśmy na rowerach pod szkołą (6 km w jedną stronę). Potem pojechaliśmy autobusem. Uczyliśmy się zatrzymywać autobus. Chcąc wysiąść na żądanym przystanku musimy przecież wcisnąć dzwonek z odpowiednim wyprzedzeniem. Młoda przy okazji tej wycieczki zauważyła, że bycie kierowcą to musi być wyjątkowo nudna praca - tak jeździć wte i we wte przez cały rok codziennie. Młoda więc raczej nie będzie kierowcą autobusu. Sie nie chichrajcie - w Be często babki prowadzą autobusy i tramwaje. Moja osobista Siostra - jak pamiętam - gdzieś w okolicach gimnazjum chciała być kierowcą autobusu albo tira haha.

Dziś byliśmy odebrać w szkole podręczniki, które na początku wakacji zamówiłam przez internet. Dobry to pomysł. Szkoła informuje, kiedy uczeń ma się zarejestrować w księgarni. Tam wybieramy swoją szkołę i klasę, a wtedy wyświetla się lista potrzebnych książek. Czasem można wybrać między nowymi a używanymi, można odptaszkować te, które już się ma. Potem tylko wystarczy zapłacić, a pod koniec wakacji - tak jak dziś u nas - książki odbiera się w szkole. Pod szkołą czekała na nas półkilometrowa kolejka oczekujących, ale na szczęście odbieranie pudeł z podręcznikami szło szybko i sprawnie.

Przy okazji ja z Młodą przespacerowałyśmy się jeszcze dla pewności z przystanku do szkoły (reszta naszej wesołej gromady dojechała autem). 5 minut powolnego marszu; rano Młoda będzie mieć około 10 minut do dzwonka, więc spokojnie powinna dotrzeć na czas, nawet jak będzie się wlekła noga za nogą.

Tort bezowo-truskawkowy na zakończenie wakacji. Napis to moja drobna złośliwość ;-)


Tak czy owak autobusy uważam za oswojone.

Jeszcze jedna nowość, z jaką się musiałam na szybko zapoznać to wspominane nie dawno elektroniczne czeki. Według planu miałam z ciekawości zrobić rozpoznanie tego terenu po wakacjach, ale tak się złożyło, że nowi klienci taką właśnie opcję zaproponowali i musiałam się na szybko dowiadywać, o co w tym chodzi. Po przeczytaniu połowy belgijskiego internetu znalazłam na stronie sodexo, jak to się robi krok po kroku. Problemem okazał się kod dostępu, którego nie posiadałam. Miałam trochę stresu przy rozmowie telefonicznej z konsultantami, ze względu na język oczywiście, bo ciągle nie zawsze jestem pewna, czy to co wydaje mi się, że rozumiem, rozumiem dobrze. W tym wypadku np zrozumiałam, że mój konsultant się ze mną skontaktuje, ale nie zrozumiałam czy tego samego dnia... i potem niepotrzebnie pilnowałam telefonu do wieczora...
No ale udało mi się ostatecznie zdobyć swój kod dostępu do systemu i hasło do elektronicznych czeków i to jest najważniejsze. Pierwszy dzień biuro załatwiło za mnie, o czym poinformowali mnie smsem. Więc jeszcze sama nie zgłaszałam dniówki, dopiero w przyszłym tygodniu więc dowiem się czy to łatwe. Kwestia wyraźności lektora w systemie tonowym - tak myślę - może być dla mnie ewentualnym problemem. A nową pracę mam w swojej wsi, co jest wielce korzystne dla nas wszystkich.

24 sierpnia 2015

niedzielne popołudnie w Leuven

Poprzedni post pisałam z myślą, że będzie on ostatnim tekstem stworzonym na tych wakacjach. Jednak dziś mam wolne i zaczęło mi się nudzić... Ugotowałam, co miałam ugotować, ogarnęłam kuchnię. W towarzystwie Młodego porobiłam drobne zakupy (jadąc rowerem z dzieckiem z tyłu raczej ciężko robić duże). Potem odwiedziłam salon fryzjerski, gdzie tym razem zażyczyłam sobie maszynką całość załatwić a nie tylko tył. Jestem wielce zadowolona z efektu wizualnego. No i wreszcie po raz pierwszy zapłaciłam MNIEJ NIŻ 20 euro. Hurra! Dlatego już kocham moją wojskową fryzurkę o długości 15 mm. To jest to, co planowałam od dłuższego czasu, ale jednak dochodziłam stopniowo do tego momentu... żeby mój M_jak_Małżonek nie zszedł na zawał :-)

 Później Doro wyciągnął mnie z domu w celu oglądania kombajnu do ziemniaków przy pracy, który widzieliśmy wracając ze sklepu, ale nawet nie doszliśmy do pola, gdy zaczęło grzmieć... do domu dobiegliśmy już w deszczu. Zaczął się sezon nagłych zmian pogodowych...

Wczoraj nie mieliśmy w planach żadnych wojaży, bo jakoś tak nikomu nic się nie chciało, jak to bywa często w senne, pochmurne dni. Jednak, gdy wszamaliśmy obiad, M nagle rzucił w przestrzeń pytanie: "no to co teraz robimy?". Ja grałam akurat z Młodym po raz nie wiem który w domino obrazkowe i moje myśli krążyły bardziej w okolicach wygodnego łóżka i książki. Jednak na propozycję "jedziemy, gdzieś na rowerach?" to już zareagować trzeba było. Rower bowiem już mnie nie rajcuje odkąd dojeżdżam nim co dnia do roboty i dodatkowo czasem na zakupy i w innych tam interesach. A już w taką niepewną pogodę to zdecydowanie za duże ryzyko wypuszczać się w dalsze trasy z dzieckiem. Wszak wiadomo, że jeśli my mówimy o niedzielnej wycieczce rowerowej, to nie chodzi o 5 kilometrów tylko co najmniej kilkanaście. Toteż rzekłam, że jak już to autem możemy gdzieś jechać, bo nie chce mi się pedałować, w ogóle nic mi się nie chce... Miałam upatrzony wcześniej zamek na wodzie w Bornem, niedaleko nas, który właśnie w 2 ostatnie niedziele sierpnia jest otwarty do zwiedzania bez umawiania się. Jednak wczoraj nie był dzień na zamki. Na oglądanie zamków trzeba mieć nastrój zamkowy :-)

No więc padło na Leuven. Było nie było stolica naszej prowincji (województwa), a my tam jeszcze nie byliśmy. Wstyd po prostu. Dziewczyny wyraziły sprzeciw przeciwko wychodzeniu z domu. Młodsza tam była z klasą, więc to "nuuuda". Starsza natomiast zajęta była twórczością artystyczną - coś malowała farbami. No więc tylko najmłodszego zabraliśmy w trasę.

Leuven leży nad rzeką Dijle.

 Jest ono miastem partnerskim Krakowa i powiem Wam, że atmosferą bardzo mi Kraków przypomina. To też miasto uniwersyteckie. Piękne i spokojne. W 1425 roku został tu założony największy i  najstarszy uniwersytet w krajach Beneluksu. Nie pokaże go, bośmy tam nie dotarli.


Pogoda nam raczej średnio sprzyjała. Gdy tylko zaparkowaliśmy, zaczęło lać jak z cebra. Na szczęście szybko przeszło i wyruszyliśmy na miasto. Postanowiliśmy jednak nie oddalać się zbytnio od samochodu, bo nie mieliśmy nawet parasola. Zresztą chodzenie z Młodym pod parasolem to dopiero ubaw. 

Przede wszystkim chcieliśmy zobaczyć na własne oczy ten przepiękny gotycki ratusz, który jest na wszystkich stronach, gdzie wspomina się Leuven. I tam właśnie skierowaliśmy pierwsze kroki. 

Moelleux au chocolat - pychota :-)
Pod ratuszem wypiliśmy pyszną kawę i pochłonęliśmy pyszny deserek Moelleux au chocolat. 

Doro w tym czasie podziwiał złotego dzwonnika, który walił młotkiem w dzwon. Ludzik ten siedzi na kościele świętego Piotra (Sint-Pieterskerk), znajdującym się po drugiej stronie rynku.

Kościół Św. Piotra (wewnątrz nie robiłam zdjęć)

on na prawdę wali w dzwon, w sensie porusza się co jakiś czas :-)
Kościół Świętego Piotra

Potem poszliśmy za drogowskazami w stronę biblioteki uniwersyteckiej. Z Internetu dowiaduję się, że była ona zbombardowana w czasie I wojny światowej przez Niemców, a w czasie II Wojny Światowej przez aliantów. Za każdym razem budynek odbudowywano i to nie byle jak - jest przepiękny.

biblioteka uniwersytecka

biblioteka uniwersytecka

biblioteka uniwersytecka
biblioteka uniwersytecka



Rozbawił nas pomnik znajdujący się na placu przez biblioteką. Nawiasem mówiąc, jest to zdaje się największy plac w tym mieście. Ten pomnik to chrząszcz na szpikulcu... wielki chrząszcz na wielkiej igle (igła wykonana jest ze stali nierdzewnej i ma 23 metry). Powstał ten dziwaczny pomnik podobno z okazji 575-lecia uniwersytetu w Leuven.


Krążąc w okolicach biblioteki mieliśmy okazję posłuchać fascynującej gry carillonów. Okazuje się, że w letnie weekendy w Leuven są koncerty carillonów. Piękna muzyka, choć - moim nader skromnym zdaniem - na dłuższą metę męcząca (czyli nie chciałabym tam mieszkać koło tej biblioteki). O carillonach pisałam już przy okazji relacji z pierwszej naszej wycieczki do Mechelen (kliknij tutaj, by przejść do postu o Mechelen)



W Leuven jest jeszcze sporo rzeczy do zobaczenia, ale nas deszcz pogonił do samochodu i resztę zobaczymy następnym razem, tudzież następnymi razami.




muzeum

ratusz raz jeszcze
 W rzece zauważyliśmy kilka utopionych rowerów, z czego wnioskuję, że belgijska młodzież miewa podobne rozrywki do polskiej.
w tym momencie już nieźle lało...

..a tu lało jeszcze bardziej

Z ciekawostek o Leuven to jeszcze to, iż według belgijskich kolegów męża, jest to region najdroższych mieszkań. Domy kosztują tam ponoć średnio około miliona euro. Nie wiem ile w tym prawdy, ale u nas na wsi już za 300-400tys. coś kupi do zamieszkania.




22 sierpnia 2015

Były wakacje?

Dopiero co się niepokoiłam, jak przeżyjemy wakacje, w jaki sposób zorganizuję dzieciom ten dwumiesięczny czas, by były zarazem bezpieczne i zadowolone. Oj, było trochę nerwów z tym związanych, parę nocy nieprzespanych spędzonych na myśleniu...
...w międzyczasie zakwitły moje nagietki :-)

W końcu wzięłam lapa i wypisałam tu wszystko, co mi leży na sercu i jak zwykle pomogło... Po raz kolejny doszłam do wniosku, że nadmierne myślenie szkodzi mojemu zdrowiu psychicznemu. Fizycznemu zresztą też, bo nieprzespane noce powodują zwiększenie zmęczenia i potem człowiek idzie do roboty jak zombie. Czasem mocna kawa i napoje energetyczne pomagają przeżyć dzień, czasem nawet ten miks nie działa i trzeba się walczyć z wszechogarniającą sennością i zmęczeniem.

A wystarczy, że wypiszę czarno na żółtym wszystko, co mi leży na sercu, potem to przeczytam ze dwa razy, uzupełniając w nowe, automatycznie nasuwające się przemyślenia i rozwiązanie problemów przychodzi samo...  Zwykle wystarczy przecież poczekać spokojnie, aż się ułoży wszystko, ustabilizuje, unormuje. Po cholerę od razu siać panikę? Coraz częściej o tym zapominam.... 
Czasem tęsknię za moją dawną mną, za moją niekończącą się cierpliwością i opanowaniem. Tymczasem zauważam, że coraz mi to trudniej przychodzi... Może to wiek, może bycie matką, a może posiadanie narwanego męża, może zmęczenie, może ...bogate doświadczenia życiowe, a może wszystkiego po trochu...? 

Dziś zastanawiam się, co mnie nagle opętało, że nagle przestałam wierzyć w swoje potomstwo? Skąd mi przyszło do głowy, że moje łobuziaki, po tym czego już w życiu doświadczyły i z czym musiały się zmagać, co razem udało nam się pokonać, nagle miałyby stać się jakimiś nierozgarniętymi siusiumajtkami? Teraz sobie myślę, że jakieś zaćmienie umysłu miałam albo po prostu zwykłe dni zwątpienia we wszystkich i we wszystko.... wszak mam tak co jakiś czas... 

Młody przecież  od dawna jest samoobsługowy. Gdy miał półtora roku pożegnał pampersy. Od dawna SAM korzysta z toalety (zadek trzeba podetrzeć tylko). Od ponad roku sam się ubiera i rozbiera - od majtek do kurtki i butów. Kurtkę nauczył się ubierać w przedszkolu. W ostatnich tygodniach sam zaczął się kąpać wieczorem pod prysznicem - takie życzenie księcia - rozbiera się, włazi do kabiny, mydli się i spłukuje, potem wyciera i zakłada piżamkę. Tylko włoski łaskawie pozwala sobie umyć i wyczesać. No, czasem jeszcze mamy pozwolenie na założenie piżamki. Nie każdy 3,5-latek sobie z tym wszystkim radzi. O wyżywienie własne też sam dba - gdy jest głodny, oznajmia, co chciałby zjeść :-D Najczęściej jest to "szinką-galinką" (szybka kanapka z szynką i margarynką) lub kiełbaska. Od czasu do czasu płatki - jak dziewczyny jedzą, to muszą przygotować o jedną michę więcej. Gdy ma ochotę na jogurt, nawet nie mówi nic, tylko otwiera lodówkę, potem wyszukuje ulubioną łyżkę w szufladzie i zażera. Podobnie z owocami - zawsze są w zasięgu jego łapek i bierze kiedy chce. Najchętniej "siuśtawki" (truskawki) i "flambozien" (maliny - nl. frambozen) Poza zasięgiem zasadniczo są chipsy i słodycze, ale po co ma się starsze siostry?

Jeśli ten tekst czytają mamy uczulone na punkcie zdrowego odżywiania, to pewnie mają już gęsią skórkę (co najmniej), ale mnie to w paski.  Przy karmieniu cycem Młodego przymusowo zaliczyłam ekstremalną dietę - gnojek był uczulony na wszystko co było związane z kurą i krową a do tego na kakao... To był jedyny okres w moim prawie czterdziestoletnim życiu, gdy zwracałam uwagę na to co jem. O jak mi obrzydło wtedy sojowe mleko - do dziś mnie wstrzącha na samą myśl o sojowych produktach. Na szczęście wyrósł z tego. W moim rodzinnym domu zawsze każdy jadł kiedy chciał i co chciał (wybór był niewielki, ale coś tam każdy znalazł zawsze, choćby ziemniaki ze śrutą (zmielone zboże) i pokrzywami umieszane dla kur - haha - dobre to było). Teraz u nas jest tak samo - są głodni, jedzą. Nie chcą - nie jedzą. Proste. Jak to mówią: co nas nie zabije, to nas wzmocni.
Wakacyjne BBQ - mega pianki w akcji  :-)

Dziopy też od małego nauczone były samodzielności. Jako samotna pracująca matka nie miałam czasu by koło nich skakać. Moja mama też nie siedziała bezczynnie mając sama gospodarstwo do ogarnięcia. Więc Młode bardzo szybko musiały nauczyć się same sobie radzić, same się sobą zajmować - takie życie. To był niefajny czas i nie ma za bardzo co wspominać, ale był i ślady po sobie zostawił - te pozytywne i negatywne. Samodzielność na pewno należy do pozytywnych. 

Potem się przeprowadziliśmy, dziewczyny zostały po raz pierwszy brutalnie wrzucone w nowe, obce środowisko. Po wczesnym dzieciństwie spędzonym w małej wsi, musiały nauczyć żyć się w miasteczku, w ciasnym mieszkaniu w bloku, w nowej, dużej szkole. Szybko się odnalazły w nowym otoczeniu, ani się obejrzałam już ganiały z bandą dziewczyn lub chłopaków po osiedlu, właziły na drzewa, robiły bazy pod balkonem na parterze. Same chodziły do szkoły, same wracały, gdy tylko dostały zielone światło od wychowawczyni, czyli - zgodnie z prawem - skończyły 7 lat. Potem urodził się Młody, więc znowu nadeszły zmiany. Uczyły się opieki nad bobasem, którego uwielbiają od pierwszych dni. Same robiły drobne zakupy w osiedlowym kiosku i pobliskim Tesco. Same ogarniały bajzel w swoim pokoju, czasem pomagały w pieczeniu i gotowaniu, co - jak wszystkie chyba dzieci - uwielbiały. Lubią do dziś, zresztą. Pomagałam tylko w lekcjach.

Potem znowu się przeprowadziliśmy do wielkiego miasta, do obcojęzycznego miasta, obcego kraju. Dziewczyny przeszły prawdziwą szkołę przetrwania przez 2 miesiące w tzw "szkole międzynarodowej", gdzie musiały stawić czoło biciu, wyśmiewaniu i znieważaniu przez rówieśników. Potem się znowu przeprowadziliśmy i znowu nowy język, nowi koledzy, nowi sąsiedzi... ale wreszcie normalnie, ciepło, bezpiecznie, wesoło, spokojnie... Tu jest nasze miejsce, tu jest nasz nowy dom.... Każdy z tych etapów czegoś moje dzieci nauczył, każdy był interesującym doświadczeniem, raz bolesnym, raz wesołym. Czasem słyszę gdzieś lub czytam, że niektóre nastolatki nie potrafią sobie nawet herbaty zrobić, że mama wstaje rano, by je obudzić, zrobić im  kanapki do szkoły i się nadziwić nie mogę, bo mój 3latek to sobie sam kanapkę umie zrobić - pewnie, że margaryna jest też na stole i szafie, a niekiedy i na lampie,  a okruchami by pół populacji wróbli wykarmił przez całą zimę, ale kanapka jest jak się patrzy. A Dziewczyny? Nie pamiętam, kiedy ostatni raz robiłam im kanapki.  Ja gotuję i podaję obiad o godzinie 16:30. Reszta posiłków w naszej chałupie jest zwykle we własnym zakresie. Młody przeważnie sam woła, gdy jest głodny albo się przysiada do nas czy dziewczyn, gdy zaczynamy się kręcić koło jedzenia. Dziewczynom czasem przypominamy o zajrzeniu do kuchni, gdy za długo nie wychodzą z własnego pokoju. Oczywiście to dotyczy sezonu wakacji, gdy czas jest nienormowany i każdy żyje własnym życiem. Mniej lub bardziej. W roku szkolnym rano przed szkołą, pracą wszyscy siadają do śniadania. Potem młode jedzą w szkole. Następnie wracają na obiad. Przed spaniem jeszcze ewentualnie jakaś kolacyjka. Dziewczyny najczęściej jedzą płatki lub kromki z czekoladą, posypką, spekulosem, serkiem czekoladowym - po belgijsku po prostu. Czasem jakiś pomidor się wkradnie lub szynka, ale raczej rzadko. Od czasu do czasu tosty i smażony bekon oraz/lub jajca. Jak nachodzi ich fantazja - gotują budyń, kisiel lub smażą naleśniki - te rzeczy potrafią zrobić same. Czasem każą ugotować lane kluski na mleku, ryż lub kaszę mannę - mamie się nie przypala i nie kipi :-)
 Pod moją nieobecność jednak zabraniam większych zabaw w kucharza, bo jak im nie patrzyć na ręce, to czasem najdziwniejsze eksperymenty przeprowadzają. Jak to dzieci.

W każdym bądź razie, gdy wracam z pracy po 5 godzinach, zastaję Młodzież pracującą nad czymś wspólnie. Czasem są to kredki i papier, czasem puzzle, czasem komputer, a czasem klocki. Najmłodszy jest nakarmiony kanapkami lub płatkami oraz oczywiście chipsami, jak tylko są takowe na stanie :-) Zdarzało się, że wszyscy byli jeszcze w piżamie, gdy przyszłam albo że dom wyglądał jak pobojowisko - rozwalone zabawki, jedzenie i ubrania. Ale to przecież normalne objawy dobrej zabawy. Co nie znaczy, że jak otwierałam drzwi, to nie pytałam  z progu głupio, czy nie można było trochę mniej nagrandzić? I nie znaczy, że nie dowiadywałam się, że przecież nie było czasu, by  posprzątać, czy się przebrać.

MOJE dzieci miałyby sobie nie dać rady? No właśnie. Po kiego grzyba ja wiecznie stwarzam  problemy, tam gdzie ich nie ma...? Cóż. Te typy tak mają.

Teraz z kolei  mam małego cykora przed startem w nowy rok szkolny. Nie boję się co prawda, czy damy sobie radę, bo my zawsze sobie dajemy radę. Pytanie tylko, jakie będą tego efekty i skutki. Najbardziej obawiam się okresu początkowego. Tych dni, tygodni, które są zawsze potrzebne do odnalezienia się w nowej sytuacji, a które zwykle są deczko stresujące, w których człowiek jest zdezorientowany i zamotany. Chyba zbyt wiele razy w ostatnim czasie dane nam było zaczynać wszystko od nowa i stąd te obawy teraz w każdej nowej sytuacji. Wszak to do mnie niepodobne raczej, by przejmować się zbytnio przyszłością. Tymczasem coraz częściej łapię się na tym, że się zastanawiam: co też los nam przyniesie?

Już samo zakończenie wakacji i przestawienie się z luzu na obowiązki jest zmianą, do której trzeba się na nowo przyzwyczajać po każdych wakacjach. W tym roku dochodzi też kilka większych zmian i nowinek. Najważniejsza to fakt, że Zu idzie już do średniej szkoły - nowi koledzy, nowi nauczyciele, nowe miejsce, nowe zwyczaje, dojazdy - może rower, może autobus, może auto taty. Kombinujemy, myślimy, rozważamy wspólnie wszystkie za i przeciw. Kupiliśmy Młodej nowy rower za eko-czeki, które tu dostaje się w ramach premii z pracy, gdyby zdecydowała się na dojeżdżanie rowerem. Jednak było nie było 6 kilometrów może się jej nie chcieć naginać zwłaszcza w deszcz. Coraz bardziej nastawiamy się więc na autobus rano i auto  z powrotem.

Tesa szkoły nie zmienia, klasy też ostatecznie nie, ale  zaczyna zajęcia w akademii muzycznej, gdzie 2 razy w tygodniu będzie się uczyć tańczyć. Do tego ma spróbować osiągnąć poziom, który by jej umożliwiał startowanie za rok do liceum lub technikum. Próba nie strzelba. Więc, jak się nie uda, to nic złego się nie stanie.

M-jak-Mąż zaczyna kurs angielskiego. Wierzę, że tym razem nie będzie spadał w robocie z drabin i łamał kończyn i  tym razem ukończy pierwszy etap.

Ja zaczynam intensywny kurs niderlandzkiego, na który będę musieć poświęcić dużo więcej czasu, nie tylko dlatego, że będzie intensywny, ale ze względu na dojazdy, t.j. godzinę wcześniej trzeba wyjść z domu i godzinę później wrócić - 2 razy w tygodniu od 17 do 23. Będę mieć też dodatkowe godziny pracy... bo czasem jednak praca przychodzi do domu. Do mnie przyszła, serio. I dobrze, bo pieniędzy ciągle za dużo nie mamy, choć już jest zdecydowanie lepiej, niż było w PL. Niestety do wyjścia na prostą ciągle za mało.

Młody, w związku ze zwiększającymi się obowiązkami matki,  będzie musiał parę minut dłużej w szkole posiedzieć. Obawiam się, że obiady o 16.30 też mogą przestać być normą, bo chyba nie zawsze będą w domu wystarczająco długo, by zdążyć ugotować, ale to się okaże.

Dopiero jestem w trakcie rozplanowywania tego wszystkiego, ale już czuję, że będziemy mieć wszyscy niezły zachrzan w tym roku. (dla mnie liczy się bardziej rok szkolny niż kalendarzowy) Mam nadzieję, że zdrowie nam wszystkim dopisze - zarówno to fizyczne jak i psychiczne - i podołamy oczekiwaniom własnym oraz nauczycieli i pracodawców, a także tym, które mamy wobec siebie nawzajem. Wszak nie sztuka poświęcić się zdobywaniu pieniędzy i nauce, sztuka nie zapomnieć przy tym o rodzinie.

Blog to już może być niemal pewien, że będzie się musiał uzbroić w cierpliwość. Posty na pewno przestaną się pojawiać raz na tydzień, jak to było przez wakacje. Choć na pewno od czasu do czasu będę potrzebować relaksu, jakim bez wątpienia jest dla mnie opowiadanie tych  wszystkich  pierdół z Naszego życia.






18 sierpnia 2015

Rowerzysta - zło konieczne?

Natknęłam się nie dawno na jednym z popularnych polskich portali artykulik o polskich problemach z rowerzystami. Akurat tego portalu nie uważam za "najmądrzejrzy", bo teksty zazwyczaj są z tych dla idiotów, toteż nie będę tu robić reklamy i nie napiszę o czyje strony chodzi. Dla mnie zazwyczaj ciekawsze i ważniejsze są komentarze pod tekstem, gdyż to one pokazują, co myślą na dany temat różni ludzie. 

No i właśnie to, co przeczytałam potwierdza moje wcześniejsze spostrzeżenia. A mianowicie, że w PL, jeśli chodzi o ruch na drodze, głównym problemem nie są za wąskie, czy dziurawe drogi, za stare/za nowe auta, brak ścieżek rowerowych, złe przepisy, brak czasu i pieniędzy (choć to wszystko nie jest bez znaczenia). W PL problemem jest BRAK KULTURY i SYMPATII na drodze, BRAK WYOBRAŹNI, co prezentuje chyba większa część polskiego społeczeństwa, bo to zaraźliwe. Niektórym palemka odbija, jak tylko wsiądą za kółko, na motor czy rower - inni mają tak cały czas. Reszta jest normalna, ale cierpią jednakowo wszyscy.

 Bowiem przepisy przepisami, bo też są często od czapy, zły stan dróg, chodników i inne utrudnienia mogą sprawiać kłopoty w poruszaniu się tu i ówdzie. Jednak do jasnego grzyba wystarczy odrobina dobrej woli, by nawet w najgorszych warunkach wszyscy mogli bezpiecznie i bez stresu uczestniczyć w ruchu drogowym.

W tamtym artykule napisano, że kłopot z rowerzystami na drodze wynika zapewne (prawie padłam ze śmiechu!) z braku wymaganego dokumentu, poprzedzanego egzaminem, uprawniającego do kierowania rowerem. Z tego, co pamiętam w podstawówkach dzieci w 4 klasie mają w programie przepisy ruchu drogowego (Młoda miała) i na koniec roku zdają egzamin na kartę rowerową. W gimnazjum sporo osób robi kurs na motorower (także dziewczęta). Dorośli przeważnie mają prawo jazdy, a te 5 pozostałych osób by raczej tyle 'problemów' nie sprawiało... tak myślę. Myślący człowiek sam powinien się zorientować w zasadach i znakach zanim wyruszy na drogę. Tymczasem chyba z połowa dysponujących prawem jazdy ma powyższe wytyczne w d.. nosie.

Przejechałam na bike'u w PL setki kilometrów i przekonałam się na własnej skórze, ile znaczy w PL rowerzysta. Jechałam sobie swego czasu drogą z pierwszeństwem. Byłam na tyle głupia i naiwna, że nie zwalniałam z górki przed skrzyżowaniem z drogą podrzędną, bo przecież to ja mam pierwszeństwo, to nie muszę. Ta naiwność skończyła się pokiereszowanym rowerem i wizytą na pogotowiu, bo niektórzy kierowcy tirów uważają, że tylko i wyłącznie rozmiar się liczy. Wszak logiczne, że pieszy, rowerzysta czy "motórzysta" ustąpi zawsze samochodom jeśli chce przeżyć. Tak się przyjęło w tamtym dzikim kraju.

Nie, spokojnie, nie przejechał mnie tir - mam dobry refleks i zdążyłam go ominąć, ale na skrzyżowaniu było sporo osobówek i sztuczka nie całkiem się udała, bo inny kierowca zasugerował się postępowaniem frajera w tirze i też poszedł z pazura... Gdyby nie kilka lat ćwiczenia umięjętności upadania na treningach sztuk walki, najprawdopodobniej było by znacznie gorzej, może nawet wąchała bym dziś kwiatki od spodu. Tak to tylko mam drobne pamiątki na łokciach i miednicy, no i boję się jeździć. (dlatego nie mam prawa jazdy - choć odkąd mieszkam w Belgii i widzę, ze tu dużo bezpieczniej rozważam pójście na kurs po dostatecznym opanowaniu języka).

Tak, w Polsce głównym problemem na drodze jest brak kultury, uprzejmości i odrobiny pomyślunku (o powszechnym nadużywaniu procentów nawet nie wspominam). Jeden z komentujących pod wspominanym artykułem napisał mniej więcej coś takiego "...w mieście jest co kawałek przejście dla pieszych, to przecież nie będę zwalniał przed każdym, bo ile bym jechał do domu...". No pewnie, po cholerę zwalniać przed przejściami dla pieszych, w okolicach szkół? Nie mówię już o zatrzymaniu się i przepuszczeniu jakichś śmiesznych pieszych, rowerzystów, czy chcących włączyć się do ruchu z parkingu, z innej drogi...Ręce opadają po prostu...

Przeżywają tam też, w tych komentarzach, jak niebezpieczna jest jazda rowerem po chodniku. Ktoś tam zauważa, że jadąc wolno, nikomu nie zrobi krzywdy. Drugi na to, że przecież jakby w jechał rowerem w pieszego, to tamten by ucierpiał... W sumie prawda, pytanie tylko - dlaczego miałby wjechać w pieszego? Pomijając niewidomych i pijanych, którzy z przyczyn oczywistych rowerami poruszać się nie powinni, nie widzę powodu, dla którego miało by dojść do kolizji. Natura każdemu dała oczy do patrzenia i rozum do myślenia, dała też uczucia, empatię i możliwość uśmiechania się...
Spokojnie, ja wiem, że polskie przepisy nakazują jazdę rowerem po jezdni i tego trzeba przestrzegać, choć czasem na prawdę strach o własne życie powstrzymuje niejednego przed jazdą po ulicy. No i  jednak w niektórych przypadkach dozwolone jest poruszanie się chodnikiem (np jazda z dziećmi do 10 lat, śnieżyca, ulewa, gołoledź).

Poza tym skoro zakładamy, że rowerzyści na chodniku by masowo taranowali  pieszych, to adekwatnie kierowcy aut czy ciągników będą masowo taranować rowerzystów, czy motocyklistów, bo są więksi. No i tu jest pies pogrzebany. W PL ciągle panuje prawo dżungli - jeśli idzie o ruch drogowy. Można wybudować najnowocześniejsze drogi i autostrady, rozdać ludziom najnowsze pojazdy, ale wpierw trzeba by co niektórym w główkach poukładać. No ale czemu się dziwić, skoro w komentarzach co raz pojawia się motyw, że "rowerzyści to buraki ze wsi, których nie stać na auto". To nic, że w europejskich dużych miastach wielu ludzi - nawet tych bardzo bogatych - woli jeździć po mieście rowerem lub miejskimi środkami komunikacji, a autem jeżdżą tylko na dalekie trasy. W PL trzeba szpanować autem i  nawet głupie 500 metrów trzeba jechać samochodem, potem szukać godzinę miejsca na parkingu, gdy spokojnie można by podejść na piechotę czy śmignąć rowerkiem. No ale szczegół.

W Belgii rowerami jeździ się po ulicy tylko wtedy,  jeśli jest wyznaczony pas dla rowerów, najczęściej pomalowany na czerwono lub zielono. Jeśli ten pas jest, rowerzysta jest na nim  świętością (czasem to aż do przesady, bo niektórzy - zwłaszcza ci w "obcisłym" - czują się panami świata; wybryków natury nigdzie nie brakuje). Nikt tu  nie trąbi, nie wygraża, jeśli kawałek musi jechać za rowerzystą czy skuterem, nie wpycha się na trzeciego, po prostu wlecze się spokojne z tyłu, aż będzie miał możliwość wyprzedzenia. Można spokojnie wystawić łapę i skręcić bez ryzyka bycia rozmamranym przez auto. Ale właśnie - rowerzyści tutaj wiedzą, jak sygnalizować manewry i z tej wiedzy korzystają. 
W Belgii jest też sporo ścieżek rowerowych - o czym już kiedyś pisałam. I to nie takich jak w Warszawie, że w połowie ścieżki jest przejście podziemne z dużą ilością schodów... W PL ścieżki są dopiero w budowie i niektóre stoją nie używane, bo nie mają sensownego połączenia z czymkolwiek (tak samo jak drogi, zaczęli w kilkunastu różnych miejscach, a potem kasy zabrakło - peszek).

Jeśli  nie ma wyznaczonego pasa, ani osobnej ścieżki, to rowerzysta jeździ chodnikiem. Znaki informują, ze chodnikiem poruszają się RAZEM piesi i rowerzyści i nie ma chyba jakichś specjalnych (poza zdrowym rozsądkiem) ograniczeń prędkości dla tych drugich. W niektórych mniej uczęszczanych miejscach ten chodnik jest wąziutki (70cm?), rowerzystów jest tu dużo więcej niż w Polsce. Jest sporo rowerów elektrycznych więc i staruszkowie zasuwają szybko, ale jest też sporo pieszych, mamy z gromadami rozbrykanych dzieci, babcie idące o lasce, itd. I jak mieszkam tu 2 lata, chodzę na butach, jeżdżę na rowerze i w aucie tak jeszcze nie widziałam, żeby ktoś miał problem z tym faktem. Wszyscy się spokojnie mieszczą. Jak to się dzieje? Jedno trudne słówko: KULTURA.

Tutaj rowerzysta śmiga po chodniku (bynajmniej nie z prędkością pieszego, bo ci zapaleńcy w "obcisłym" to średnio 30km/h jeżdżą) od strony jezdni, czyli po lewej stronie (czasem chodnik jest podzielony kolorami - czerwony dla roweru, szary dla pieszego, ale to już ścieżka połaczona z chodnikiem), a pieszy po prawej. Jednak czasem ludzie - jak wiadomo - chodzą sobie środkiem (bo im wolno) albo całymi gromadami (bo też im wolno). Wtedy rowerzysta korzysta z wynalazku zwanego potocznie dzwonkiem. W Belgii wystarcza jedno niegłośne "DZYŃ", by piesi czym prędzej zeszli na swoją stronę. I ci piesi (nawet jak to jest grupa rozbrykanych małolatów) nie krzyczą - jak w Polsce: "gdzie ci się k..a śpieszy debilu?", nie udają głuchych, więc nie powodują wybuchu agresji u rowerzysty i nie usłyszą od niego: "spier..jcie". Mało tego, taki rowerzysta - mimo że jedzie swoim pasem i nikt mu teoretycznie łaski nie robi, że zejdzie z drogi - zazwyczaj mówi "dankejewel! - dziękuję", a co weselsi piesi drą się wtedy "alsjeblieft - proszę". Podobnie jest, gdy jeden rowerzysta chce wyprzedzić drugiego - "dzyń" i ma wolną drogę. Zresztą przeważnie to nawet dzyńdzanie jest niepotrzebne, bo ludzie, jak słyszą nadjeżdżąjący z tyłu rower, po prostu robią mu miejsce. Czyli można? MOŻNA! Tylko dlaczego w PL ludzie mają z tym taki kłopot? Rowerzysta na chodniku przeszkadza pieszym, na jezdni przeszkadza samochodziarzom.

 Z autami jest podobnie. Zaobserwowałam, że tutaj wielu (chyba większość??) emerytów płci obojga ma samochody (i to nie byle jakie fury czasem). Wiadomo, ludzi było tu od dawna stać na wiele rzeczy, nie było komunizmu, takich zniszczeń wojennych etc - inna sytuacja ekonomiczno gospodarcza, ale to inny temat. W każdym bądź razie tutaj babcie czy dziadziusiowie często prowadzą samochody. Każdy wie, że ludzie starsi już mają gorszy refleks, słabiej widzą i słyszą, więc czasem im o wiele trudniej wykonywać poszczególne manewry na drodze i zapanować nad autem. Ale czy to jest powód do wyśmiewania się z nich, trąbienia, pukania się po głowie, wygrażania ze strony gówniarzy? W Pl słyszałam nie raz - ten stary to już powinien dostać zakaz poruszania się po drodze bo jeździ za wolno (W Polsce jazda 40 na godzinę przy ograniczeniu do 40 na godzinę to o 40 za wolno), parkowanie zajmuje mu 15 minut, bo musi 10 razy poprawiać - gówniarz przecież zaparkuje wciągu kilku sekund, a że tam 3 miejsca zajmie albo miejsce dla inwalidy to szczegół - (zaparkuj se w Belgii na miejscu dla inwalidy hehe - to spędzisz cały dzień na policji żeby ci oddali auto i to nie za friko). Tutaj ludzie jacyś tacy bardziej wyrozumiali, cierpliwi, spokojniejsi i milsi na drodze. Więc babcia z dziadziem mogą sobie spokojnie autkiem gdzieś pojechać, spokojnie zaparkować, nikt ich nie denerwuje głupim trąbieniem i gazowaniem, z tyłu. Podobnie z świeżymi kierowcami - oni bez obawy i wstydu jeżdżą na początku z literką "L" na szybie ostrzegając, że jeszcze mogą wiele błędów popełniać, bo jeszcze się uczą. Dla innych uczestników ruchu jest to powód do zachowania ostrożności. W PL ludzie już na widok auta nauki jazdy dostają małpiego rozumu - od razu trzeba się popisywać, trąbić, a nawet łamać przepisy, bo nie pamięta wół jak cielęciem był. I jeszcze co mi się tu podoba, to miłe gesty. Gdy na wąskiej drodze wiejskiej spotyka się dwa auta jadące z naprzeciwka (2 się nie mieszczą na drodze obok siebie), każdy rozgląda się za szerszym kawałkiem (mostek, wjazd do domu) i zjeżdża, czasem wycofuje kawałek - tutaj to normalny odruch jest (co na początku mnie dziwiło bardzo) - drugi może przejechać i wtedy ZAWSZE podziękuje machnięciem ręki. I to jest piękne. Podobne gesty zobaczymy wpuszczając kogoś przed siebie, przepuszczając rowerzystę lub pieszego przez ulicę - nawet jak to jest przejście dla pieszych czy rowerzystów. Bo takie gesty nie kosztują nic, ale o ile przyjemniejsze robi się poruszanie po drogach. Może i wy spróbujecie być fajnymi dla innych, a nuż się ktoś zarazi i dobro się rozejdzie po świecie...?

O przejściach dla pieszych też już kiedyś wspominałam, ale powtórzę raz jeszcze. Mieszkałam 5 miesięcy w Brukseli - mieście pełnym  samochodów, autobusów, tramwajów, rowerzystów, ludzi. Teraz mieszkam na belgijskim zadupiu, gdzie popularnym pojazdem są traktory,  bryczki i jeźdźcy na koniach, nie brakuje też samochodów i rowerów. W obydwu tych miejscach na drodze widać dużo większą kulturę i empatię niż w Polsce. Tutaj jeszcze nie dojdę do przejścia dla pieszych, już auta z obydwu stron stoją i jeszcze kierowcy machają łapą, żeby śmiało przechodzić. Podobnie jest z wpuszczaniem aut np z bocznej drogi czy z jakiegoś tam parkingu. Nie ma problemu z włączeniem się do ruchu, bo prawie każdy wpuszcza jedną osobę, dzięki temu ruch idzie płynnie. W PL nikomu nie chce się zatrzymać, więc jak ktoś się wreszcie zlituje, to wszyscy z tej bocznej się pchają jak głupki, bo nie wiadomo kiedy nadarzy się następna okazja do wyjechania, a w tym czasie już półkilometrowy korek się utworzy. Jazda na suwak - co mądrzejsi próbują przekonac do tego w PL, ale to jak walenie grochem o ścianę... "bo czemu JA mam kogoś wpuszczać, jak mnie nikt nie wpuścił?". A wystarczyłoby, żeby ludzie zmienili myślenie na "ja wpuszczę, bo może i mnie ktoś wpuści" i na drodze w mig by się sytuacja poprawiła.

No i jeszcze kwestia dziwnej mody na bycie przeciw bezpieczeństwu własnemu. Tu mam na myśli np zapinanie pasów i przewożenie dzieci. Dzieci ładuje się do fotelika a pasy zapina tylko z obawy przed mandatem, z jakiegoś dziwnego powodu życie własnego dziecka i swoje własne ma się gdzieś. A przecież już przy 60 km/h niezapięty człowiek podczas zderzenia z czymkolwiek wylatuje przez przednią szybę. Podczas nagłego hamowania niezapięte dziecko rozkwasza sobie twarz o przednie siedzenie.
Kaski i kamizelki na rower są powodem wstydu. A przecież w tych śmiesznych kamizelkach w nocy, podczas deszczu, czy we mgle człowiek jest o wiele bardziej widoczny dla kierowców. Tutaj te gadżety są juz o wiele bardziej popularne, a na pewno nie są powodem do wstydu. Są też gigantyczne mandaty za jazdę rowerem po nocy bez świateł i kamizelki, co też niektórych mobilizuje. Słyszę, że w PL też się powoli egzekwuje te odblaski - i bardzo dobrze.

Fajne jest to, że w BE - nie wiem jak w PL - można kupić odblaskowe kurtki przeciwdeszczowe, a na lato nawet koszulki fluo. To świetna sprawa, bo kamizelka poza funkcją odblaskową nic nie daje, a kurtka owszem.

 Ciekawe, co dla Was jest największym problemem na drodze? Rowerzyści? Motórzyści? Pijani? Jeżdżący za wolno? Za szybko? Za dużo przejść dla pieszych? Same drogi? A może Wy nie widzicie żadnych problemów - dobrze jest jak jest...?


14 sierpnia 2015

Blog - mój kawałek Internetu

Gdy jakieś 2 lata temu postanowiłam zacząć prowadzić bloga, nie miałam niebieskiego pojęcia, jak to się robi. Znaczy pisanie to żadna filozofia, wszak pamiętniki od czasu do czasu się skrobało, najpierw na papierze, potem w popularnym edytorze tekstów. Word'a i temu podobne wynalazki, że tak powiem, mam obcykane. 

mieczyk własnej hodowli (trzmiel nie mój)

Jednak blog i kwestia techniczna z nim związana, to już inna para kaloszy. Gdzie? Jak? Z czym to się je? Jak działa? Na te i inne pytania musiałam znaleźć odpowiedzi. Zaczęłam oczywiście od szukania miejsca, gdzie można stworzyć bloga. Na początku - pamiętam - trafiałam na jakieś płatne strony. W końcu jednak trafiłam na bloggera i tu zakotwiczyłam. Po czym zaczęłam próbować zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Ja z tych głupków, którzy instrukcje czytają dopiero, gdy wszystko inne zawodzi, a już prośba o pomoc to ostateczna ostateczność.
Tak więc metodą prób i błędów udało mi się napisać i opublikować pierwszego posta. Z następnymi już było prosto. Po woli obczaiłam, jak zmieniać kolory, fonty (czcionki), rozmieszczenie poszczególnych elementów. Zauważyłam z czasem, że to i owo można pododawać. 

W końcu, po kilku... -nastu -dziestu, -stu...? eksperymentach, stwierdziłam, że wizualnie ujdzie w tłumie. To znaczy mi się podoba (czytaj: to mój kawałek Internetu, więc mogę go sobie umeblować według własnego widzimisię). Po osiągnięciu owego zadowalającego mnie i spełniającego z grubsza moje potrzeby efektu wizualnego skupiłam się na pisaniu. Och, żebym ja tylko pisanie i wygląd bloga miała na głowie, to pewnie bym została mistrzem blogowym czy cuś, no ale na szczęście (bycie mistrzem było by zapewne męczące) mam też takie rozrywki jak sprzątanie, koszenie trawy, podlewanie kwiatków, gotowanie, pranie, prasowanie, różne czynności okołodzieciowe, nauka języka, zwiedzanie,  czytanie książek, oglądanie filmów no i praca, w której wypoczywam od wszystkich poprzednich rozrywek. Spoko majonez - doba ma 48 godzin, a rok 365 dni - wszystko się tam upchnie. Ba, nawet jeszcze w międzyczasie śpię i jem (nawiasem mówiąc - to dwie moje ulubione czynności).

Nie miałam zwyczaju czytywać innych blogów. Wolę pisać. Jeśli o lekturę chodzi, to jednak książka wygrywa. Odkąd mam e-readera powróciłam do czytania (miałam przerwę z braku książek po polsku) - może nie czytam tyle co dawniej, ale czytam... Ale od niedawna, zaczęłam zaglądać też na inne blogi i podczytuję tu i ówdzie po trochu. Nie potrafię jednak śledzić systematycznie żadnego, czy czytać od deski do deski - to nie po mojemu po prostu. Raczej tak przypadkowo gdzieś wbrykuję na chwilę, przeczytam posta, skomentuję - jeśli mnie ochota najdzie i lecę dalej. Tak jak mówiłam - nie mam zwyczaju do niczego i nikogo się przywiązywać.

Niemniej jednak w tej wędrówce poprzez blogosferę zaczęłam zauważać, że ludzie bardzo zwracają uwagę na wygląd swoich blogów. Zmieniają je, głaszczą, dopieszczają, poprawiają... 
I co odkrywam jeszcze? Że te wszystkie piękne, wymuskane, topowe, boskie, fantastyczne, cudowne blogi nie zawsze  są  dziełem tylko i wyłącznie ich autorów (w tym miejscu - jak mniemam - wielkie i poważne blogerki pukają się w głowę i szyderczo uśmiechają wyrażając swoją pogardę dla mojej ignorancji)... Jakoś tak mam głupio w zwyczaju oceniać wszystkich wg siebie, toteż byłam święcie przekonana, że jak ktoś prowadzi bloga, to jest oczywiste, że wszystko przy nim robi sam. Czyli nie tylko pisze, ale samodzielnie robi zdjęcia, samodzielnie projektuje go graficznie itd. Tymczasem czytam raz po raz, że niektóre blogerki często nie wiedzą, jak zmienić czcionkę, szablon, kolor, cokolwiek, że płacą, i to często nie mało, za projekty... A ja głupia cały czas myślałam, że one to WSZYSTKIE wszystko same robią i byłam pełna podziwu, że mają czas, że potrafią takie wyczesane blogi projektować i nawet głupio się z tym czułam, że taka nie kumata jestem znaczy... Dlaczego piszę "one", "blogerki"? Bo większość blogów, na jakie trafiam, piszą babki, a te pozostałe głównie dotyczą szerokopojętej sfery komputerowej i ufam, że pogromcy komputerów nie kupują szablonów na bloga, tylko jednak sami go potrafią zmajstrować :-)

Ale spokojnie - nie uważam bynajmniej, że to coś złego poprosić kogoś o pomoc, czy po prostu sobie kupić. W końcu po to są fachowcy od różnych spraw, by lud nie musiał sobie samemu chałup budować, mebli strugać, czy majtek dziergać na szydełku. No i właśnie nie wiem, czemu myślałam, że w necie miało by być inaczej. Cóż, człowiek uczy się przez całe życie.

Pozostaje tylko zapytać, czy wybulenie sporej kasy specowi od komputerów robi z kogoś lepszego blogera? Śmiem twierdzić, że wątpię. 

Są ludzie, którzy z dumą noszą kapelutek wydziergany przez babcię lub naszyjnik wykonany w przedszkolu przez córcię, czy też paradują z torebką uszytą własnoręcznie. Są też ludzie dla których powyższe rzeczy, oraz wszystko co nie nie ma metki znanej marki lub/i kosztowało wystarczająco dużo, to totalny obciach. Ja należę zdecydowanie do pierwszej grupy. Robię to, na co mam ochotę i noszę, to co lubię, a nie to co jest modne. 

W kwestii bloga i blogowania podobne mam zdanie. Piszę to, co chcę i kiedy chcę. Nie szukam tematów - życie dostarcza mi ich wystarczająco.
Zdjęcia też robię sama. Może nie są profesjonalne, bo - chociaż lubię robić zdjęcia - nie jestem fotografem ani nie mam wypasionego aparatu. Nie mam też czasu przeważnie, by się godzinami ustawiać, celebrować, cyckać z aparatem, bo mam trójkę dzieci i chłopa, za którymi trzeba nadążyć... Żeby tak jeszcze wszyscy byli tej samej myśli, ale gdzie tam. Czasem to dobrze by się było rozdwoić, a najlepiej roztroić... Podczas wycieczek fotografuję w biegu, do tego nie raz z telefonu, bo mam pod ręką. Nie ważne jaka jakość, ważne, że można zatrzymać w nich te wszystkie ulotne chwile, jakich doświadczamy, te wszystkie fantastyczne miejsca jakie odwiedzamy... Prawda jest taka, że żadne - nawet najlepsze zdjęcie - nigdy nie odda prawdziwej magii danego miejsca czy chwili. Te rzeczy dostrzegą na fotografii tylko ci, którzy tego momentu doświadczyli na żywo. Nie ulega kwestii spornej, że piękne zdjęcia ogląda się przyjemniej niż byle jakie i na takim blogu mogą być istotnym elementem. Jednakowoż mój blog blogiem fotograficznym nie jest, a na przerywniki zwykłe fotki wystarczą.

No i w końcu cały układ bloga. Jako się rzekło, w tym też mi nikt nie pomaga. Ja zawsze bowiem  czuję się najlepiej w otoczeniu, które sama sobie zorganizowałam. W przestrzeni zaprojektowanej przez kogoś innego nie mogłabym być przecież sobą. Nie wyobrażam sobie, by ktoś mi mówił, jak mam se chałupę umeblować, jaki mam mieć kolor ścian, jakie mam kwiatki w ogródku sadzić, jak mam się ubierać... A nie, wróć! Mówią mi to wszystko ludzie cały czas. Krzyczą z reklam, okładek czasopism, forów i blogów internetowych... a ja mam to w jednej tylnej części... Bo fajne to uczucie, móc o sobie decydować, bo miłe to uczucie samemu czegoś dokonać, choćby to była rzecz prosta.
Mam sporą frajdę, gdy piekę torty dla najbliższych i ozdabiam je wedle własnej fantazji. Nie są to może dzieła sztuki kulinarnej, ale są za to niepowtarzalne i jakie potem ciepełko się w serduchu rozlewa na widok uśmiechniętej miny solenizanta. Wielką radością jest dla mnie, i reszty z naszej piątki, wybieranie kolorów farb, wspólne malowanie ścian, wspólne kombinowanie, jak wnieść meble na piętro. No a samo wnoszenie to dopiero ubaw, bo albo coś utknie w połowie schodów, albo ścianę obedrze i trzeba potem jeszcze dziury zatykać i zamalowywać, albo sobie człowiek rękę przytłucze, albo plecy nadwyręży... aż w końcu siadamy brudni i zmęczeni, i pękamy z dumy, że sami tak ładnie zrobiliśmy wszystko. Z blogiem jest nie inaczej. Siedzę, klikam, kombinuję, sprawdzam, testuję różne rzeczy i wcześniej czy później odkrywam coś nowego. Ustawiam, przestawiam, włączam, wyłączam, zmieniam, poszerzam, zwężam, wyrzucam... Nie cały czas - gdzie by mi się chciało? Czasem, jak nic mi się nie chce, wchodzę na bloggera i szukam dziury w całym. I tak po trochu przez te 2 lata aktualny wizerunek mojego bloga się kształtował. Jestem zadowolona z efektu od dawna, co nie znaczy, że on już taki będzie. Ja uwielbiam zmiany (w domu też co chwilę przestawiamy) i odkrywanie nowych rzeczy.
W zeszłym tygodniu odkryłam np, że za tytuł można wsadzić obrazek. No więc nabazgrałam cokolwiek byle się pixele zgadzały i sprawdziłam jak działa. Śmiesznie wyglądało z głupawym obrazkiem, ale znudziła mi się zabawa, więc wyłączyłam lapa, a obrazek siedział na blogu do dziś, kiedy zobaczywszy swoje dzieło się zdrowo uchachałam... A co inne człowieki mają mówić...? Doszłam jednak do wniosku, że skoro wszyscy blogerzy mają jakieś logo, to ja se też mogę coś logopodobnego wydziergać za pomocą ulubionego Photo Filtre. Nie znam się na terminologii internetwo blogerskiej, ale logo to to chyba nie jest. Jak zwał, tak zwał, ważne, że nie najgorzej wyszło. Nie jest to szczyt możliwości, ale ostatnio jakoś coraz szybciej się nudzę taką robotą - starość nie radość :-P

No i mam nadzieję, że nie dostanie mi się za wykorzystanie kawałka jednego z symboli BE, którego fotografie (także własnoręcznie zrobione),  podobnie jak słynnej paryskiej wieży, objęte są prawami autorskimi. Nigdzie nie znalazłam, czy kawałek do tego zmodyfikowany kolorystycznie też się liczy?
Może lepiej będzie zmienić żółty środek na zdjęcie frytek - wszak to też symbol tego kraju, czyli będzie mi pasował
.
A klikając, wklejając, poprawiając pozwoliłam myślom biegać swobodnie, a potem ich wycieczkę spisałam i tak oto narodził się tekst powyższy.

8 sierpnia 2015

Żadna nie hańbi, ale każda męczy :-)

Okres wakacyjno urlopowy trwa. Internety opanowały plany, zdjęcia i wspomnienia z wakacji. W świecie realnym też o tym głośno. Każdy gdzieś wyjeżdża, skądś wraca...

"Pij kwiatku, pij!" - Młody dba o nasze zielsko
W Belgii okres wakacyjny charakteryzuje się wyraźnie zauważalnymi pustkami na drogach, w hipermarketach. Dużo ludzi wyjechało bowiem na wakacje.
Inna cecha charakteryzująca sezon letni to promocje i wyprzedaże (głównie lipiec), kiedy we wszystkich sklepach napotyka się spore obniżki cen. Odzież, buty, torby, plecaki, sprzęt wszelaki, wszystko jest przeceniane, bo sklepy robią miejsce na nowe kolekcje. Przeto mniej lub bardziej markowe rzeczy można nabyć często za połowę ceny, a nawet z 70% - 90% obniżką, czyli tanio.
Kolejna ciekawa rzecz, to sklepy, restauracje, salony kosmetyczne, fryzjerskie, i inne instytucje czy 'usługownie' zamykane na głucho na okres jednego lub nawet kilku tygodni wakacyjnych. Każdy ma bowiem prawo do wypoczynku i - w przeciwieństwie do Polski - Belgia tego prawa przestrzega (nieprzestrzeganie skończyło by się zapewne interwencją związków zawodowych i wygraną sprawą w sądzie, czyli niemiłymi konsekwencjami dla pracodawcy). Co więcej (znowu porównanie z PL) tu kłódka na drzwiach z informacją o urlopie jest dla ludzi czymś normalnym, nie psioczą więc pode drzwiami zamkniętego sklepu czy zakładu fryzjerskiego, nie wydzwaniają głupio z pretensjami do właściciela, czy pracowników. A pamiętam jak to u nas na wsiach było z tym urlopem (wątpię, by się coś zmieniło w ostatnim czasie na lepsze) - sklepowa miała teoretyczne prawo do urlopu, ale w praktyce mogła wziąć ciągiem góra tydzień i to tylko i wyłącznie w sytuacji, gdy był ktoś na zastępstwo, a najczęściej cały urlop wybierała po jednym - dwóch dniach przez cały rok. No bo przecież sklep musi być czynny, jakby miał być nieczynny? Co z tego, że pracownik nie ma chwili wypoczynku przez cały boży rok, niech se w niedzielę wypoczywa... a nie, sorry w niedzielę też sklep musi być czynny przecież, bo gdzie Iksisńska kupi marchew do rosołu, a Zetowski piwo i fajki...? I to zaraz po mszy musi być otwarty, bo przecie jeden z drugim nie będą się wracać potem do sklepu... A że sklepowa by chciała niedzielę spędzić z najbliższymi, pojechać na wycieczkę albo po prostu poleżeć do góry dupą w swoim ogródku, to co to kogo obchodzi? No ale to Polska przecież - zielona kurde wyspa (chyb dlatego, że wszyscy wiecznie zielenieją z zazdrości a niektórzy mają zielono w głowie).

Ale, kurza stopa, wzięłam dziś laptopa na kolana z myślą napisania o swojej pracy, a nie cudzej. Znowu moje paluchy wymknęły się spod kontroli umysłu i klikają co popadnie. Co za bezczelne gnojki :P

Dlaczego chcę opowiedzieć o swojej pracy? Dlatego, że kiedyś w zamierzchłych czasach, gdy byłam kim innym i mieszkałam gdzie indziej, byłam ciekawa, jak taka praca wygląda. Podejrzewam bezczelnie, że nie jestem w tej dziedzinie wyjątkiem. Ciekawość wszak to ludzka cecha.

Miałam kilka dalszych znajomych, które wyjeżdżały na sprzątanie, ale z jakiegoś dziwnego powodu nie chciały się podzielić swoją wiedzą dobrowolnie, a głupio tak pytać. Dziś wiem CHYBA dlaczego nikt nie opowiada o robocie za granicą. Myślę, że ludzie się zwyczajnie wstydzą przyznać, że choćby przez chwilę parali się sprzątaniem albo innym mało 'ekskluzywnym' zawodem, zwłaszcza gdy w PL zajmują się czymś zgoła odmiennym. Ciekawe, że w tym kraju przyznawanie się do bycia bezrobotnym jakoś nikomu ujmy nie przynosi...

 Bo co to w ogóle za praca takie sprzątanie...? Śmieszna robota za śmieszne pieniądze, nie? Wiem, że takie są opinie na temat tego zawodu. Obrazu nie poprawiają też głupie serialiczki, w których pomoce domowe są po pierwsze... inteligentne inaczej, a do tego albo mimo tego, ogarnięcie 3 poziomowego, kilkunastopokojowego apartamentu zajmuje im 5 minut i to z wymalowanymi paznokietami, czy tam tipsami na kilka centymetrów i w pełnym makijażu (nawet się nie spocą france) a resztę czasu spędzają na oglądaniu telewizji i dzwonieniu do psiapsiółki. Zajebiście. Zakładam, że sprzątacie raz na jakiś czas w swoim domu... Co?!! Mówicie, że sprzątacie codziennie? od rana do nocy? i efektów nie widać? No co wy nie powiecie...

Podejrzewam, że tak właśnie jest. Jeśli nie należycie do brudasów, a macie dzieci, mężów, żony, koty, psy i inne szkodniki, macie co robić przez cały dzień. To w takim razie skąd pomysł, że w czyimś domu jest mniej roboty...? Tak oto wyjaśniamy sobie pierwszą kwestię - ogarnianie czyjejś chałupy nie różni się zbytnio od ogarniania swojej pod względem technicznym i czasochłonnym. Trzeba poodkurzać na szafach, pod szafami, dywany i  pod dywanami, przegonić pająki zza szaf i obrazów, umyć podłogi, zlewy, umywalki, kible, wanny, kabiny prysznicowe, piekarniki, kuchenki, okapy, posprzątać garaż, zamieść przed domem, czasem umyć okna,   zrobić porządek w szafach, nakryć do stołu, przełożyć pranie z pralki do suszarki a stamtąd wyjąć i poskładać, umyć naczynia ręcznie lub w zmywarce, posprzątać w aucie... Wytaczanie na górkę kamienia przez mitologicznego Syzyfa to mały pikuś przy sprzątaniu domu wszystko jedno czyjego. 

Każdy klient ma inne zadania dla pomocy domowej, a nasza w tym głowa by je wykonać prawidłowo. Mamy na to przeważnie 3-4 godziny (to jest chyba dziś przeciętna dniówka u jednego klienta, tak więc dziennie możemy oblecieć 2 mieszkania. Oczywiście w ciągu tych czterech godzin człowiek jest w stanie wykonać określoną ilość czynności. Na kursie wyraźnie nam dano do zrozumienia, że nie możemy się godzić na wykonywanie wszystkiego, co sobie ktoś zażyczy (bo niektórzy to podobno mają fantazję ułańską). Zasadniczo zawsze ustala się ze zleceniodawcą (klientem), co będzie należało do naszych obowiązków i to my musimy ocenić, czy to, czego klient wymaga jesteśmy w stanie wykonać bez szkody dla swojego zdrowia i zadowolenia klienta (czyli nie na odpierdziel) i mamy prawo się nie zgodzić na wszystko, a w razie problemów z porozumieniem się w tej kwestii można zadzwonić do konsultanta w naszym biurze, bo oni po to są, by interweniować, pomagać, pośredniczyć. Bowiem w Belgii organizacja tej pracy jest dość specyficzna (nie wiem, jak to funkcjonuje w innych krajach) i zaraz o tym opowiem. 

W każdym bądź razie nasze biuro ma za zadanie nie tylko nas zatrudniać i wymagać, ale także nam pomagać w różnych sytuacjach, m.in. konfliktach z klientami. Ludzie są różni, mniej lub bardziej mili, mniej lub bardziej wymagający, mniej lub bardziej porąbani. Ja jak na razie pracuję u fantastycznych i przyjaznych ludzi, ale znam trochę różnych historii z życia pomocy domowych i mam świadomość, że nie zawsze jest miło i przyjemnie. Jednak wydaje mi się, że często jest w tym całym cyrku też wina godzenia się na największe głupoty ze strony samych pomocy domowych. O tym też trochę było dyskusji na naszym kursie. Każdy, kto gdzieś pracuje, czy pracował powinien wiedzieć, że wypracowywanie 150% normy czy więcej i /lub włażenie szefowi niepowiemgdzie jest niemile widziane przez współpracowników, bo potem szef powie - Kowalski dał rady, to ty też możesz... Każdy wie, co mam na myśli chyba. W tym zawodzie nie jest inaczej. Jedna z drugą mało z siebie nie wyjdzie, stanie na rzęsach i klaśnie uszami, będzie pracować mimo choroby, byle tylko zrobić wszystko, co jej każą, nawet jak to nie wchodzi w zakres jej obowiązków lub szkodzi jej zdrowiu czy życiu... Nie przesadzam, niektórzy mają nasrane we łbach albo po prostu wychowani w polskich realiach (tudzież w robocie na czarno, gdzie nie ma zasad tylko wymagania) myślą, że i tu nie mają żadnych praw a tylko obowiązki, stąd te wszystkie kombinowania i biadolenia potem się biorą. Potem ludzie wymagają takich samych poświęceń życia od innych, bo skoro jedna może, to czemu druga niby nie chce myć okien w mróz, dlaczego nie miała by pracować z gorączką... Wszędzie są bowiem normalni ludzie jak i parapety bez uczuć. 

Jako się rzekło - to co mamy robić w danym domu, ustala się z jego właścicielem, najczęściej na początku przy pierwszej wizycie, ale też niektórzy za każdym razem mają inne pomysły, a czasem po prostu jakieś dodatkowe czynności do zrobienia zapodają od czasu do czasu. To do nas należy oszacować, czy damy radę się wyrobić z tym w cztery godziny. Jeśli nie, to w naszej gestii jest poinformować klienta, że albo coś zrobimy po łebkach, żeby zrobić coś innego dobrze albo z czegoś zrezygnujemy i nadrobimy innym razem. Większość - jak myślę - jest jednak normalnych i doskonale potrafi takie rzeczy zrozumieć. Oczywiście można też pracować w myśl polskiego powiedzenia "zesraj się a nie daj się", tylko nie wiem jak długo... Praca przy sprzątaniu to zapiernicz. Rzadko chyba któraś kobieta jest w stanie pracować na cały etat przez dłuższy okres czasu, no chyba, że wg dawniejszych zasad, kiedy na posprzątanie całego domu było 8 godzin (od pewnej starszej pani wiem, że tak było). No albo "po polsku" czyli na odwal się, co często za pewne jest możliwe, gdy właścicieli nie ma w domu i nikt nie patrzy na ręce... No ale pomińmy ten temat milczeniem...

Praca sprzątaczki to poza tym praca odpowiedzialna i wymagająca dyskrecji. Przebywając w różnych domach, zaglądając w każdy zakamarek wiemy nieraz pewnie więcej niż poszczególni mieszkańcy danego domu czy mieszkania o sobie nawzajem. Możemy zobaczyć czasem rzeczy, o których nawet najbliżsi sąsiedzi czy rodzina nie mają pojęcia, a w naszym interesie i dla dobra ogólnego zdecydowanie jest, by tak pozostało. 

Sprzątamy częstokroć, gdy właściciele mieszkania są obecni. Dlatego często trzeba dostosowywać sprzątanie do życia mieszkańców domu. Jeden jeszcze śpi, drugi się kąpie, trzeci je śniadanie, czwarty się uczy, piąty to, dziesiąty tamto. Nie jesteśmy u siebie, nie możemy więc wyganiać ludzi z łóżek, kazać im czekać w kolejce do łazienki (choć mi się zdarza, wszak nie wszystko da się przewidzieć), miziać ich po nogach odkurzaczem, gdy siedzą przy stole. Jeszcze pół biedy jak rodzinka żyje wg tego samego schematu, bo rychło się można dostosować. Ale niektórzy mają różne nieoczekiwane pomysły - wpadają nagle do domu z obłoconym psem, przyprowadzają kominiarza do czyszczenia komina, przychodzą z gośćmi na lunch lub kawę etc etc. Przeto w tej pracy trzeba być też czujnym i umieć się szybko dostosowywać do sytuacji. Bo naszym zadaniem jest posprzątać wszystko i wszędzie i to w taki sposób, by być jak najmniej widocznym i uciążliwym dla właścicieli. Pewnie, że można mieć w nosie to wszystko i po prostu robić swoje, ale ja wierzę w to, że jeśli ja będę szanować ludzi i ich spokój to oni się odwdzięczą tym samym i o dziwo w Belgii jak dotąd się ta metoda mi sprawdza.

Musi się też uważać, żeby czegoś nie uszkodzić, a to, myślę, nietrudno. Są ludzie, których dom przypomina muzeum i jak mniemam niektóre starocie typu wazy, obrazy, rzeźby czy inne tam gadżety mogą być droższe niż nasza roczna pensja. Co prawda przy legalnej pracy mamy ubezpieczenie itp, co nie zmienia faktu, że czasem żadne pieniądze nie są w stanie wynagrodzić wartości sentymentalnej, jaką mają np pamiątki rodzinne, czy jakieś tam rzadkie kolekcje, a które niechcący taka sprzątaczka może rozwalić. 

Ważne jest też by znać się z grubsza na środkach czystości i przede wszystkim czytać etykiety, bowiem w dzisiejszych czasach na wyposażenie i budowę domu składają się przenajdziwniejsze materiały a na półkach widzimy dziesiątki przeróżnych produktów. Może ktoś powie, że są produkty "do wszystkich powierzchni", ale jest taka prawda, że co jest do wszystkiego, jest do niczego. Płyny "do wszystkiego" zazwyczaj nie robią krzywdy ani skórze, ani powierzchniom (są wyjątki), ale są też łagodne dla brudu i takiego piekarnika czy okapu to na pewno nie wymyją. Zresztą są klienci, którzy jeśli mają na stanie odrębne produkty do każdego rodzaju powierzchni, to nawet jeśli połowa z nich ma taki sam skład i działanie, my musimy używać ich z godnie z tym, co mają w tytule i nie ma mowy, by płynem do okien umyć lustro, bo do luster maja co innego, co z tego, iż to jedno i to samo. Są takie dziwaki, serio. Ale czasem spotyka się podłogi, ściany, czy półki z dziwnych i rzadkich materiałów, które widzi człowiek pierwszy raz w życiu i wtedy lepiej zapytać, co to jest i czy można to coś np moczyć. Ja osobiście bym nie wpadła na to, że na naturalny kamur wywala się ze dwa wiadra wody z mydłem, rozprowadza się specjalną szczotą i czeka aż kamyczki się napiją... ale teraz już wiem. Wiem też, że inne kamury jak marmur czy czerwony kamień "jura" są po kilku latach użytkowania praktycznie nie do wyczyszczenia i nie do  umycia (no chyba, że ktoś zna sposób, z chęcią posłucham...). 

Z ciekawostek praktycznych, o których nie miałam pojęcia jako zwykła kura domowa to "kod szmatowy". Teraz wiem, dlaczego ściereczki robione są w kilku kolorach, a Wy? Czerwona jest do  łazienki, żółta do kuchni a niebieska lub zielona do pokoi... no ale pewnie jak zwykle wszyscy oprócz mnie to wiedzą od urodzenia... Ale może wystarczy tych głupot na dziś. Jeszcze tylko opiszę, jak funkcjonuje ten system i dlaczego w ogóle...

Titres-service, czyli praca na czeki. Jak to działa? 


Jakiś czas temu władze Belgii postanowiły zrobić coś w kwestii przeciwdziałania pracy na czarno, która jak wiadomo, przynosi spore straty dla państwa. Titres-service jest jednym z pomysłów. Państwo postanowiło dopłacić do legalnego zatrudniania pomocy domowych, aby ludziom bardziej się opłacało legalne ich zatrudnianie i chyba im się to udało (teraz już myślą o zakończeniu tej historii, ale nie orientuję się dokładnie w tym temacie jeszcze; na razie działa...).

W działalności tej uczestniczy kilka podmiotów: 
  1.  Firma Sodexo - firma wydająca czeki usługowe.
  2. Klient - zleceniodawca, którym może być każdy mieszkaniec Belgii (rejestruje się on w Sodexo i zamawia czeki oraz przychodzi do Biura w celu znalezienia odpowiedniej Pomocy domowej). Czekami płaci Pomocy domowej za wykonaną pracę (1 czek = 1 godzina pracy)
  3. Pomoc domowa - osoba, która zgłasza się do Biura jako poszukująca pracy określając, jaki rodzaj pracy chce wykonywać. Jest bowiem kilka rodzajów pracy. Można tą pracę wykonywać w domu Klienta lub poza domem Klienta. Do pierwszego rodzaju należą: sprzątanie w tym mycie okien, pranie i prasowanie, drobne krawiectwo, gotowanie. W drugim mamy: zakupy, transport Klientów ograniczonych ruchowo (zawożenie do urzędów, lekarzy etc) oraz prasowanie.
  4. Biuro - instytucja pośrednicząca pomiędzy Klientem a Pomocą domową.
Jak działa ten system? Klient kupuje czeki w Sodexo, potem płaci nimi Pomocy domowej, Pomoc domowa przekazuje je do biura, Biuro oddaje czeki do Sodexo, a Sodexo wypłaca pieniądze dla Biura, Biuro płaci klientowi. Poza tym: Klient może sobie część kosztów odliczyć od podatku. Biuro dostaje dodatkowe pieniądze z państwa.
Biuro podpisuje dwie umowy - jedną z Klientem, drugą z Pomocą Domową. Tak więc Biuro zatrudnia pomoce domowe, by wykonywały w jego imieniu robotę u jego klientów.

Za każdą przepracowaną godzinę otrzymuję od klientów czeki. Są to takie żółtawe świstki wielkości banknotu, na których z jednej strony widnieją dane mojego klienta - przed wręczeniem mi tej dziwnej zapłaty musi on tam wpisać bieżącą datę i się podpisać. Wiem, że niektórzy mają zwyczaj niewpisywania dat, ale to jest niezgodne z regulaminem. Niektórym pomocom  domowym to jednak  na rękę, bo kombinują potem z godzinami, urlopami etc. (zdarza się też kupowanie czeków, by zdobyć brakujące godziny bez chodzenia do roboty - Polak potrafi...).

Drugą stronę czeku muszę sobie sama uzupełnić - imię nazwisko, tutejszy odpowiednik PESELu, no i podpis. Potem trzeba jeszcze uzupełnić tabelkę co, gdzie, kiedy, u kogo i wszystko oddać do biura. Rozlicza się co jakiś czas - nie codziennie. 

Można też korzystać z systemu elektronicznego, gdzie odpracowany dzień zgłasza się po robocie za pomocą specjalnego numeru tonowego. Jeszcze tego nie robiłam, więc nie będę się wymądrzać. Jednak po wakacjach chyba zapytam o taką możliwość, bo być może by mi to ułatwiło robotę. Odwożenie czeków do biura oddalonego od domu o jakieś 12 kilometrów, a mieszczącego się dodatkowo na totalnym zadupiu, jest dla mnie średnio fajne, zwłaszcza gdy skwar lub deszcz.

Co jeszcze ze strony formalnej mogę na dzień dzisiejszy powiedzieć o tej robocie? Kurcze, na pewno to, że jak się nie zna języka za dobrze, to często jest sprawa wielce do dupy. W moim biurze nie ma Polaków, więc ciągle się dowiaduję, że czegoś nie wiem albo, że coś źle zrozumiałam. Tak było ze stałą umową. Dopiero wczoraj - po baaaaaaaardzo długich poszukiwaniach znalazłam właściwą belgijską stronę, na której jakiś dobry ludzik napisał prosto, jak to wedle prawa pracy wygląda i udało mi się to wreszcie pojąć. Eureka! Teraz przynajmniej wiem, a co chodzi w tym cyrku i co mogę z tym fantem zrobić. Nie jest to dla mnie sprawa życia i śmierci, ale wolę wiedzieć o co kaman.

Tak oto dane mi było zakumać, że umowy stałej nie mam jeszcze, ponieważ brakowało mi do niedawna jednej (JEDNEJ) godziny tygodniowo. U jednej rodziny pracowałam bowiem co drugi tydzień i te 4 godziny się nie liczyły tak jakby, bo tylko co drugi tydzień miałam 16, a co drugi tylko 12. Do otrzymania stałej umowy i wszystkich dodatków (tak pisano na stronie, nie wyjaśnili, czym są te dodatki, ale kiedyś i to zrozumiem, póki co się domyślam, że pewnie ubezpieczenia, urlopy albo coś koło tego) potrzebne jest 13 godzin w tygodniu. Jednak mając minimum 10 godzin można też pracować (jak ja to robiłam), ale bez tych dodatków (czymkolwiek są) i ciągle na tygodniowych umowach. I te 10 godzin właśnie wprowadziło mnie w błąd, bo konsultantka powiedziała na pierwszej rozmowie,  że po 3 miesiącach muszę mieć minimum 10 godzin (zaczynałam od trzech), nie mówiła, że lepiej jakbym miała 13... No, a potem jeszcze zadzwoniły z informacją, że nie długo dostanę stałą umowę i propozycją pracy u kolejnego klienta, tyle, że zbiegło się to z podjęciem pracy w innym domu z własnej inicjatywy, no i tu właśnie chyba moja znajomość języka okazała się niewystarczająca, by się dogadać w kwestii tych godzin, bo na tym etapie skomplikowane rozmowy jeszcze mnie przerastają.

Dla wyjaśnienia nadmienię, że pierwsze 3 miesiące na czeki pracuje się na czas określony (te krótkoterminowe umowy) i przez ten czas można nawet jeden dzień w tygodniu pracować. Minimalny czas pracy to 3 godziny dziennie (i 3 godziny u jednego klienta, bo można przecie 2 domy dziennie obskoczyć) bez względu na to czy jeden dzień, czy cały tydzień.

 No, nabazgrałam słowami obrazek z życia pomocy domowej w BE. Jest jak w tytule posta - ta praca nie hańbi, nie jest powodem do wstydu, a zarobki 9 czy 10 euro na godzinę to też nie mało jak na start w nowym miejscu, a w porównaniu z tym co zarabiałam w PL (300 €/miesiąc za 40h) to wręcz fura kasy. Zapiernicz jednak jest, o obijaniu się nie ma mowy, ale muszę rzec, że jestem bardzo zadowolona z tej pracy. Powiem raz jeszcze - pracuję w przefajnych rodzinach, od których czasem dowiaduję się tego i owego o Belgii, bo gdy są w domu i mają chwilę czasu, bardzo chętnie rozmawiają. Mało tego, co niektórzy starają się poprawiać moje błędy językowe i uczą mnie nowych słówek i to nie koniecznie związanych ze sprzątaniem. Mają też niebagatelne poczucie humoru i sporo sobie żartują, dogadują, wygłupiają się, toteż praca u nich to zwykła przyjemność. 

Takich klientów i pracodawców życzę Wam wszystkim.

a czasie wolnym bawimy się smakowicie - bo domowa pizza jest najlepsza



3 sierpnia 2015

Zadowolić troje dzieci na raz - jednak możliwe - wystarczy je zabrać nad morze :-)

Moja Trójca Nieświęta składa się z trzech (kto by pomyślał) osobników o zupełnie odmiennych charakterach i innych cechach. Między dziewczynami jest tylko 2 lata różnicy, ale są obie jak ogień i woda - inny wygląd, inny charakter, inne podejście do życia. Jedna cicha i nieśmiała, druga pyskata i towarzyska. Jedna lubi czytać, druga nie znosi książek. Jedna uparta i cierpliwa, druga narwana... Tak by można długo wymieniać jeszcze. Jednak dzięki tym przeciwnościom są dla siebie wzajemnym uzupełnieniem i dobrze się ze sobą dogadują. Oczywiście, nie to że zawsze. Czasem bowiem dochodzi do wojen i to zażartych. Zdarza się, że z użyciem wyrazów powszechnie uważanych za obraźliwe i niecenzuralne, a nie raz też ze skutkami ubocznymi jak specyficzny wystrój pokoju typu majtki na lampie czy tablet albo maskotki w koszu na śmieci lub innych nietypowych miejscach... Pokój jest na szczęście wspólny i póki co nie stać ich na to by zatrudniać sprzątaczkę, toteż wcześniej czy później któraś musi uporać się z tym nieciekawym problemem... 

Gdyby obie miały podobne cechy - wszystko jedno z którego zestawu - to mi matce chyba by przyszło ześwirować. Nie wyobrażam sobie dwóch podobnych małych wiedźm w jednym domu - to by się dopiero działo... 
Do tego dochodzi Synio. Już z racji swojej płci jest inny, do tego jest dużo młodszy (8 lat to dużo). Odkąd się pojawił, mamy na stanie jakoś więcej zabawek i bajek w tematyce straż pożarna, policja, warsztat itp. Wcześniej jakoś tak bardziej w stronę księżniczek i kucyków wszystko szło... Choć - jak chyba każdy normalny rodzic wie - dziewczyny też muszą mieć samochody, pociągi i traktory, bo czym niby będą jeździć księżniczki (karety już dawno wyszły z mody)? No a jak księżniczka zechce zasadzić własne warzywa dla kucyków to niby czym se pole uprawi? Przeto moje miały chłopięce zabawki. Jednak teraz mamy tego dużo, bo często ktoś coś da, czasem się coś kupi... Jednak Młody uwielbia też maskotki i większość już od dziewczyn się przeprowadziła do nowego właściciela. Tak czy owak ostatecznie każde lubi co innego nie tylko w  kwestii zabawek. Co gorsza obserwuję, że im są dranie starsze, tym trudniej je czymś ucieszyć, zaskoczyć. Znaczy w kwestii indywidualnych prezentów rzeczowych to na szczęście nie mam takiego problemu - cieszą się bowiem z drobnostek. Myślę jednak o wspólnym spędzaniu czasu. Coraz trudniej jest mi wymyślać zajęcia, które dla wszystkich były by frajdą. Dodam w tym miejscu, że przez 14 lat zajmowałam się tym z racji wykonywanego zawodu, więc mam niby jakieś doświadczenie, a cholera wymiękam.

No cóż, o ile dla trzylatka gra w domino obrazkowe czy pięćdziesiąty raz z rzędu w 'memory' jest fajne, tak dla starszych może być zabawne pierwszy raz po wypakowaniu owych gier z pudełka, potem to NUUUUUDA. O ile dla starszych radością było by pogranie w ringo, czy badmintona, tak Młody tedy stanie na środku placu i będzie się darł, że on teeeż chceeee, a że nie poradzi sobie i wszyscy się wkurzą, to będzie się darł jeszcze głośniej... Starsze chcą pograć w Monopoly to Młody wpycha dupkso na planszę i zabiera pieniądze, bo on też by coś kupił. 
Nie ma też opcji, że np jeden rodzic będzie grał ze starszymi, a drugi zajmie młodszego, bo młodszy musi być w centrum uwagi, a co to za centrum jak 'wszyscy' są gdzie indziej? 

Zresztą starsze też nie zawsze są tej samej myśli. Wprost przeciwnie. Gdy jedna ma ochotę coś porobić, druga jest zmęczona, jest dla niej za zimno/za gorąco, nie ma ochoty (niepotrzebne skreślić). Gdy druga coś proponuje, pierwsza ma akurat focha. I tak wkoło Macieju.
Tak więc przeważnie mi się wszystkiego odechciewa i przymykam oko na to, że siedzą przez wakacje całe dnie przy kompie i ciupią w minecrafta czy kogamę, bo to jedna z niewielu rzeczy, które robią wspólnie i zgodnie - choć też i na tym polu dochodzi czasem do wojen i fochów. Nawet cierpliwie staram się wysłuchiwać o efektach nowych odkryć poczynionych w tej dziedzinie, choć nie wszystko rozumiem, bo osobiście jeszcze nie grałam. Ograniczam się do obserwacji od czasu do czasu - wolę pisać bloga lub czytać w wolnym czasie, choć jak na starego gracza przystało - nie powiem, że bym nie pograła, ale wiem jak to wciąga (pisanie i czytanie nie mniej zresztą)...
Znaczy z tym 'całe dnie' to dowaliłam.... przecież Młode "CAŁE DNIE" muszą zajmować się bratem... Przyjmijmy więc sprawiedliwie, że pół dnia zajmują się bratem, a pół dnia siedzą przy kompie - w końcu są wakacje...

Ostatnio otrzymaliśmy parę starych filmów familijnych po niderlandzku i urządzamy sobie wspólne wieczory kinowe - chipsy, napoje, słodycze, poduszki... full wypas. Przyznam, że w niektórych momentach muszę prosić osobistą córkę o tłumaczenie kwestii, bo ona większość rozumie. Czasem razem zastanawiamy się, co ten czy ów bohater powiedział, co znaczy ten czy tamten wyraz. I tak np pierwsza część Minionków była dla mnie zrozumiała, ale przy Epoce lodowcowej wymiękałam przy niektórych dialogach (nawet włączenie napisów mi nie pomogło), zaś Młoda bez problemu łapała, co mówią. Czyli jednak praktyka robi robotę. Zauważyłam to już wcześniej podczas odwiedzin koleżanek dziewczyn, które nawijają jak szalone i ja nie kumam za bardzo  w tematyce małolatów, zaś Tesa im odpowiada i dopowiada na luzie, czyli rozumie bez wątpienia. Z mówieniem ma problem i też często się mota i kombinuje naookoło z pomocą rąk, żeby powiedzieć to, co chce, bo brakuje słów i zwrotów, ale całkiem już fajnie sobie radzi, co mnie cieszy. Zu ciągle nie chce mówić, nawet, gdy razem tylko ćwiczymy jest z tym kłopot, bo brakuje odwagi (częściej niż wiedzy i umiejętności), ale będziemy nad tym pracować. W sumie miała 2 lata jak zaczęła w ogóle mówić cokolwiek, to niby czemu z językiem obcym by się miała śpieszyć? Ona zawsze ma czas, nigdy się nie śpieszy...

Jak zwykle zboczyłam z obranego kursu, czyli czasu wspólnie i fajnie spędzanego z dziećmi, na który brakuje mi ostatnio dobrych pomysłów...

Oprócz telewizji jeszcze wycieczki, o których zwykle opowiadam na blogu, są wydarzeniami w których  wszyscy z mniejszą lub większą chęcią  WSPÓLNIE uczestniczą. Oczywiście i tu zdarzają się momenty zwątpienia i bariery niechęci, ale częstokroć do pokonania, a efektem jest zadowolenie całej gromady naraz. Tak było i tym razem. Ba, tym razem na prawdę wszyscy dobrze się bawiliśmy od początku do końca. Nie było fochów ani narzekania na żadnym etapie. No, może troszkę rano, bo nie chciało się kości z wyrka zwlec co niektórym... Ale dali radę, zjedli śniadanie, spakowali plecaczki, po czym wyruszyliśmy rowerami na stację. Stamtąd zaś pociągiem udaliśmy się w stronę belgijskiego wybrzeża. W Gent Sint-Pieters mieliśmy przesiadkę, na którą mieliśmy 5 minut czasu, więc trochę było stresu, żeby się pociąg nie spóźnił, bo potem by trzeba czekać na następny... a tam morze się niecierpliwi i mewy tęsknią...

 Do ostatniego dnia w sumie nie mogłam się zdecydować, czy do Ostendy, czy do Blankenberge, bo w oba miejsca tyle samo drogi i półtorej godziny trwa jazda. Zadecydowały znajomości i możliwość zdobycia praktycznych informacji jak droga ze stacji na plażę, czy kibelki w okolicy (no co? na stronie miasta nie napiszą ci, ile zabulisz za sraczyk i w jakim on jest stanie i czy jest w ogóle... taka  prawda, a to informacja na wagę złota niekiedy). W Blankenberge w każdym bądź razie toalety są w okolicach plaży, cenowo to przeważnie 50 centów. Jakości nie sprawdzałam, bo jakoś się obeszło. Skorzystaliśmy tylko w WuCeta na dworcu zaraz po wyjściu z pociągu, gdzie trzeba było czekać w kolejce. Widocznie inni też doszli do wniosku, że nie będą sikać w pociągu.

 Już u nas na stacji zauważyliśmy paru ludzi z matami plażowymi i w kapeluszach słonecznych, którzy - jak mniemam - z takim ekwipunkiem raczej nie jechali na zakupy, czy w interesach. Potem z każdej strony dało się wyłapać z rozmów słowa: "Blankenberge" lub  "Ostenda", bowiem z Gent odjeżdżały pociągi do obydwu tych miasteczek. Po przesiadce zauważyliśmy, że z bagaży większości podróżnych wystawały dmuchane materace, wiaderka i łopatki oraz koce i parasole słoneczne. Jechały całe wesołe rodziny z dziećmi, wózkami, rowerami, pieskami na smyczy i w torebkach. Tak więc okazało się, że mój pomysł na wypad pociągowy nad morze podziela wiele osób. Po wyjściu z pociągu wystarczy więc podążać za tłumem, a nie ma szans na nie trafienie na plażę. Zresztą jest stamtąd rzut beretem. Już się nawet śmiałam, że pociąg prawie na piachu się zatrzymuje - będzie z 500 metrów od stacji. Po drodze mamy jeszcze szansę, by zaopatrzyć się w niezbędne gadżety plażowe, jak pompowane koła, rekiny, czy materace oraz artykuły spożywcze, kremy do opalania etc. Na tej ulicy bowiem są różne znane sklepy jak carrefour, kruidvat, wibra, etc oraz wszelakie stoiska z okularami, lodami, ciepłymi przekąskami, czekoladkami i wszystkie inne, jakie zwykle spotyka się w podobnych okolicznościach.

ulica Kerkstraat w Blankenberge, którą szliśmy z dworca na plażę
 Tak oto skierowaliśmy swoje kroki w stronę Blankenberge, gdzie dotarliśmy byli wczoraj przed jedenastą z rańca i zabawiliśmy gdzieś do szóstej wieczorem, gdyż z planów wcześniejszego powrotu nici wyszły, bo młodzieży nie dało się oderwać od kopania dołu "na 5 metrów".

 Od stacji dzieci wręcz pędziły. Na wizytę w carrefourze przystały tylko dlatego, że napoje i przekąski to też to, co dzieci lubią najbardziej. Przy okazji kupiliśmy też dmuchany materac i koło-zeberkę, ale chciałam zaoszczędzić i kupiłam jakiś badziew za półtora euro kółko, a 4 za materac i potem musieliśmy się męczyć z nadmuchaniem tego cuda - takie małe gówienko a we trzy na zmiany go dmuchałyśmy. Potem - gdy postanowiliśmy coś przekąsić - okazało się jeszcze, że wypuszczenie powietrza z tego głupiego materaca jest jeszcze trudniejsze niż było nadmuchanie.... Extra. Nie było nigdzie kosza na śmieci odpowiednich rozmiarów, bo tam by na 100% wylądował razem z powietrzem we środku...Aaaa nigdy więcej tanich zabawek plażowych.

Blankenberge


Dziś przeglądam zdjęcia i widzę na wszystkich mordkach uśmiech i zadowolenie i to jest bardzo miłe uczucie, wszak jam to, nie chwaląc się, sprawiła swym osobistym pomysłem i chęcią działania.


Dziś trochę młode narzekają na ból mięśni i pieczenie skóry w miejscach, które zwykle nie ma kontaktu ze słońcem. Wszak 6 godzin ciągłego działania na plaży i w wodzie na przemian w skąpym odzieniu nie mogło pozostać bez skutków ubocznych. Nie chodzimy na basen, bo mąż nie lubi wody i mamy daleko, toteż partie mięśni odpowiedzialne za pływanie są nienaruszane zbyt często i Młode im dały wycisk, a dziś biadolą. A słońce jak to słońce - jest dosyć ciepłe o tej porze roku...

A co mogę powiedzieć o samym Blankenberge? W sumie to niewiele, gdyż poza plażą, morzem  i najbliższą im okolicą nie mogłam nic zobaczyć. Trzeba by być na prawdę wredną matką, by odciągać dzieci od takiej wielkiej przyjemności na jaką składają się skądinąd zwykłe, pospolite rzeczy jak woda, piach, muszelki i słońce.
 Morze Północne, bo tak nazywa się belgijskie morze, jest tak samo bure i zimne jak Bałtyk. Zresztą oba są połączone jakimiś tam cieśninami. Co nie zmienia faktu, że wypoczywanie na jego brzegu jest bardzo, ale to bardzo przyjemne. Podobnie zresztą chlapanie w wodzie. Zimna, nie zimna - jak już do niej dochodzisz, nie możesz się oprzeć zamoczeniu majtek i popływaniu... (M jak Małżonek pewnie by się kłócił z tą teorią, ale on siedzi nadal w Polsce, a nieobecni racji nie mają).

 Ja nie miałam w planach pływania, bo przecież nie zostawię Młodego samopas przy wodzie i w tłumie ludzi. Jednak gdy wodziłam go po wodzie, jakaś szalona duża fala niepodzianie zaatakowała mnie od frontu, a gdy już miałam spodenki do połowy mokre, to nic nie stało na przeszkodzie, by zamoczyć je całe. Młody w pewnym momencie się zmęczył i postanowił coś wszamać i pokopać w piachu razem z Najstarszą Dziewoją, więc ja poszłam bawić się z Młodą na głębszej wodzie. Tylko cholibka - nie wiem, czy wiecie - jeansowe portki strasznie długo schną, nawet te bardzo krótkie i pozornie cienkie. Nie polecam więc pływania w jeansach - wyjątkowo mało praktyczne.
plaża rano - zanim zaczął się przypływ
plaża po południu - zrobiło się ciasno

W drodze powrotnej też sami plażowicze w pociągu. Jechaliśmy w towarzystwie zwariowanej rodzinki z Mechelen i było całą drogę wesoło. Doro zaprzyjaźnił się z ich psiakiem, śmiał się z ich wygłupów, a nawet sprawdzał na paluszkach, czy faktycznie za oknem widać "drie ballonnen", jak powiedziała jedna pani, co wszystkich rozbawiło.

Szczerze powiedziawszy obawiałam się trochę drogi powrotnej. Dzieci zmęczone - to dzieci wkurzone. Zostałam jednak mile zaskoczona przez swoje pociechy. Nie było żadnych awantur ani narzekania. Półtorej godziny szybko minęło i ani się obejrzeliśmy a trzeba było wysiadać.

Gdy wsiedliśmy w Buggenhout na rowery, zegar na aptece pokazywał godzinę dwudziestą pierwszą z minutami - dziewczyny były ucieszone, że "tak późno" wracają do domu. Wszak przeważnie o tej porze już są wykąpane, po kolacji i siedzą w swoim pokoju.

Do domu przywieźliśmy oczywiście wiadro przenajcudaczniejszych muszelek, które dziś są przerabiane na cuda niewidy, czyli różne ozdóbki i dekoracje. No i oczywiście tony piachu we włosach, odzieży, butach, plecakach i wszystkim innym, co mieliśmy ze sobą. Przeto rano przed pójściem do roboty trzeba było zrobić dwa prania i poodkurzać. 

A małżonek siedzi nadal w PL, bo auto padło zaraz, jak tylko przejechał przez polską granicę i ledwie się dotoczył na Lubelszczyznę. Czy ja nie mówiłam, że do Polandii nie ma po co jechać...? Sam zresztą z wielkim ociąganiem ostatecznie wsiadał do samochodu, bo się okazało, ze nie sztuka obiecać mamie w Boże Narodzenie": "przyjadę na pewno wakacjach" - sztuka obietnicy dotrzymać, gdy się tak naprawdę nie ma ochoty jechać w tamte strony... Taniej by, cholera, wyszło do Egiptu polecieć całą rodziną czy w inne ciekawe miejsce, niż do tej zasranej Polski. No ale cóż poradzić? Gdy los takie ciulowe karty czasem rozdaje - nie da się wygrywać.

Ciekawe, ile mu tam przyjdzie kiblować? Wczoraj niby miał wyjeżdżać, ale coś nadal nie tak - choć niby na diagnostyce stwierdzili, że do BE wróci bez problemów, ale się okazało, ze jednak jeszcze nie tym razem. Mam nadzieję, że następnym razem się zastanowi, zanim coś głupiego komuś obieca... 

Dobrze, że Młodzież już się pogodziła z losem i dostosowała do rytmu. Nie ma narzekań, biadolenia, kłótni i płaczów - rano ładnie wstają o ósmej. Gdy wracam po pracy, zastaję małolaty bawiące się razem na górze w ciszy i skupieniu. Czasem nawet nie zwrócą uwagi, że matka wróciła łaskawie do chałupy. Czasem Młody przypędzi, by się przywitać i wraca pośpiesznie do pokoju dziewczyn. Jednym słowem - spokój i harmonia (odpukać). O półkoloniach nawet nie chcą słyszeć w każdym bądź razie. Tylko po wejściu do domu muszę zwykle przedzierać się przez zabawki, ubrania, walczyć z rozsypanym kakao i rozlanym sokiem, zbierać kawałki szynki z dywanu, resztki kromek z kanapy - jednym słowem - dom wygląda, jak po przejściu cyklonu. Nic to - ważne, że jestem o wiele spokojniejsza niż jak wtedy, gdy zostawały rano naburmuszone i potem wydzwaniały co 5 minut z byle głupstwem. Nie jest to może sytuacja idealna ani komfortowa, ale jest dobrze. Jeszcze tylko miesiąc wakacji. Jakoś przeżyjemy.