26 sierpnia 2023

Wrzesień się zbliża

Kurs na opiekuna świetlicy dla dzieci szkolnych (kinderbegeleider voor schoolgande kinderen) w czasie chorobowego - formalności

W tym tygodniu udało mi się dokończyć (prawie) formalności dotyczące kursu na opiekuna świetlicy. To była długa i wyboista droga. Podsumujmy.

W czerwcu zapisałam się przez interenet na dzień informacyjny i potem na niego pojechałam. Dowiedziałam się tam, że kurs trwa rok, a zajęcia będą odbywać się 2 razy w tygodniu, z czego połowa będzie stażu w wybranej przeze mnie świetlicy. Aby wziąć udział w takim kursie, trzeba się wykazać znajomością niderlandzkiego lub przedstawić dyplom z poziomu 2.4 (B1).

Tego samego tygodnia pojechałam ponownie do tej szkoły dla dorosłych (CVO - Centrum Voor Volvassenenonderwijs), by się zapisać. Zapisałam się.

Jako że jestem na zwolnieniu lekarskim i pobieram zasiłek chorobowy, musiałam dopełnić różnych formalności, bo okazało się, że po pierwsze jest możliwość, by uczyć się w trakcie niezdolności do pracy i otrzymywać ciągle zasiłek. Po drugie, że można przy tym być szukającym pracy zapisanym w VDAB i dzięki temu odbywać to szkolenie całkowicie za darmo (normalnie taki kurs kosztuje coś około 700€ albo i więcej).

Musiałam umówić się na spotkanie z koordynatorem (terug-naar-werk-coordinator) ze swojego Funduszu Zdrowia (ziekenfonds, mutualiteit), by poprosić o zgodę na odbywanie kursu w trakcie niezdolności do pracy. Koordynator wyraził zgodę.

Potem zgodę musiał jeszcze wyrazić lekarz z mojego funduszu zdrowia, ale o stosowne dokumenty zadbał już koordynator i ja nawet nie musiałam się z tym lekarzem wiedzieć. 

Kolejne formalności to biuro pracy VDAB. Podczas zapisu na kurs obecna była pani z biura pracy VDAB z działu edukacji i to ona prowadzi moją sprawę dalej. Najpierw wysłała mnie na rozmowę kwalifikacyjną z miłą panią z firmy zewnętrznej. Otrzymałam mejlem zadania pisemne do wykonania, potem odbyłam rozmowę przez internet.  Następnie obie panie skierowano mnie na dzień próby (inleefmoment) do świetlicy, którą sama miałam sobie wybrać z listy. Z tym było sporo komplikacji, bo strona internetowa i adresy mejlowe okazały się nieaktualne, ale w końcu w tym tygodniu udało mi się jednak umówić na rozmowę zapoznawczą w wybranej przeze mnie świetlicy, która odbędzie się w przyszłym tygodniu. Podczas tej rozmowy mam się już umówić na ten dzień próby, który ma się udać odbyć przez końcem wakacji.

Poza tym w tym tygodniu otrzymałam telefon z VDAB od innej osoby, która nakazała mi przyjechać do biura pracy w Vilvoorde na rozmowę i dokończenie formalności. 

Podczas tej rozmowy przedłożyłam dokument z funduszu zdrowia i podpisałam dokumenty. 

Urzędniczka ma teraz jeszcze skontaktować się  po pierwsze z lekarzem z funduszu zdrowia, by oficjalnie potwierdzić jego zgodę na mój udział w szkoleniu; po wtóre z RIZIV (Het Rijkinstituut voor Ziekte en Invaliditeitverzekering - Krajowy Instytut Ubezpieczeń Chorób i Inwalidzwtwa), by dokonać formalności dotyczący wypłacania mojego zasiłku oraz opłacenia szkolenia. Gdy formalności zostaną dopełnione i wszyscy wyrażą zgodę, mam otrzymać od RIZIV pismo potwierdzające.

Urzędniczka powiedziała, że to już tylko formalności i mam spać spokojnie do 18 września, kiedy to rozpoczyna się rzeczony kurs. Trochę mi ulżyło. 

Ciekawa jestem tej wakacyjnej świetlicy, do której wybieram się na dzień próbny. 

Gdy siedziałam w poczekalni VDAB w oczekiwaniu na swoją kolej u urzędniczki, przyszedł jakiś pan i podał imię tej pani, do której i ja czekałam. Pomyślałam, że pewnie też ma z nią spotkanie. Potem pani mnie zawołała, a gdy usiadłam przy biurku, ta zawołała do tamtego pana, że on musi iść do OCMV (opieki społecznej), bo ona mu nie pomoże i że już mu to wielokrotnie mówiła. Pan pokiwał głową pokręcił się jeszcze chwilę i poszedł.

Wtedy ona opowiedziała mi jego historię. Mówiła, że on jest chory (psychicznie) i że ciągle, praktycznie każdego dnia przychodzi, by prosić o sprowadzenie jego dzieci z Afryki. Dzieci, które - jak dodała pani - są dorosłe. Nagabuje po kolei wszystkich urzędników. Pani mówi, że nawet szef już mu tłumaczył, że oni nie mogą mu w żaden sposób pomóc i ciągle odsyłają go do opieki społecznej, ale on tam nie idzie, tylko wraca do biura pracy. Powiadamiali też opiekę i oni próbowali chłopu pomóc, ale on ciągle tylko do nich przychodzi... Pani mówi, że czasem jest im wszystkim go okropnie żal, ale nic nie mogą zrobić, bo do niczego go nie zmuszą. Z drugiej strony mówi, że to dosyć uciążliwe, jak tak przychodzi i nagabuje codziennie... I mnie się żal chłopiny zrobiło.

W tym tygodniu miałam też rozmowę ze swoją kołczką z Emino Rentree (tej od ludzi z rakiem) i ona jest niesamowita. Pisze do mnie po każdym ważnym spotkaniu z pyatniem jak poszło, doradza, sprawdza dokumenty, dzwoni po wszystkich ludziach... Do tego VDAB tez dzwoniła i głupot naopowiadała, jaka to ja zajebista jestem i z jakim entuzjazmem podchodzę do tego kursu i potencjalnej pracy... Urzędniczka zaraz o tym powiedziała na dzień dobry. Poza tym ona też zachwycała się jak świetnie mówię po niderlandzku, choć ja tak nadak nie uważam, bo robię tak głupie błędy, że aż przykro czasem... No ale dobrze, że chwalą mój język, bo czuję się pewniej i wiem, że nie powinnam się obawiać w takim razie, że nie podołam językowo na kursie. Doradziła mi jednak, bym spróbowała mówić trochę wolniej. Taaa, wiele osób mi to od zawsze doradza, ale ja nawet po polsku mówię za szybko. Ja sama to wiem, ale nie bardzo jestem w stanie cokolwiek zrobić. Może psychiatra by coś porodził czy choćby logopeda, bo ja wiem, że to wina mojego superszybkiego mózgu i myślenia obrazami... Ja nad tym nie jestem w stanie zapanować niestety. Wielokrotnie próbowałam.

Babka z VDAB po krótkiej rozmowie o bardziej prywatnych sprawach powiedziała, że wyśle mejl do kołczki mojej Młodej, by ponownie się skontaktowała, choć nawet mi do głowy nie przyszło, by o coś takiego prosić, a tylko wspomniałam, że córka jest pod opieka GTB i że nie mamy nowych wizyt zaplanowanacyh choć poprzednią anulowano już ponad miesiąc temu... Pomocni są tu ci urzędnicy.

park wVilvoorde


Nie zabrakło w tym tygodniu też i latania po medykach, 

bo tydzień bez medyka, to tydzień stracony.

Ten tydzień zaliczyłam z Najstarszą okulistkę, ale niestety, tak jak podejrzewałam, ona nie wykazała większego zainteresowania probelmem "śniegu" przed oczami. Zbadała jednak Najstarszej wzrok, wszak od ostatniej wizyty minęło już 2 lata. Okazało się, że Najstarsza ma jedno szkło za mocne, więc dostała receptę na jedno nowe. Poza tym fizycznie z oczami niby w porządku. 

Wypełniłyśmy też z Najstarszą test na ADHD, który Młoda dostała od swojego nowego psychiatry. O ile Młoda na większość pytań  odpowiadała negatywnie, tak Najstarsza prawie na wszystkie odpowiedziała twierdząco. Zatem nie pozostaje nic innego, jak zadzwonić do Polski i umówić i ją do psychiatry, bo teraz to już niemal pewne, że tu jednak ADHD wchodzi w grę. Tymczasem psycholożka poinformowała nas, że dla Najstarszej zrobienie tego testu tutaj odpada, bo dla niej będzie on po niderlandzku za trudny. Po angieslku by może sobie pradziła, ale wątpliwe, by jakiś psychiatra zrobił jej test po angielsku. Zatem polski to najsensowniejszje rozwiązanie.

Z Młodą odwiedziłyśmy naszą psycholożkę w celu zdobycia atestu do FOD w ramach starania się o uznanie jej niepełnosprawności. Papiery będą gotowe na początku września. Wtedy wyślemy wszystko do FODu i zobaczymy, co to przyniesie.

Młoda ponadto odwiedziła lekarkę domową, by poprosić ją o badanie krwi zlecone przez psychiatrę i o skierowanie do dermatologa w celu wykluczenia (lub potwierdzenia), że "alergia" na wodę, kurz, pył, słońce, wiatr etc etc nie ma przypadkiem podłoża fizycznego, czyli nie jest rzeczywiście wynikiem jakiejś alergii. Jesteśmy niemal pewni, że to wina autyzmu, ale psychiatra zlecił pokazanie się dermatologowi. Lekarka orzekła, że do  neurologa nie potrzebujemy skierowania. Mamy zadzwonić do szpitala i się zwyczajnie umówić na wizytę. Tak zrobię.

Lekarka ponadto przypomniała mi przy okazji, żebym nie zapomniała w przyszłym tygodniu o swoim zastrzyku i powiedziała, żebym na wizytę rejestrowała się dopiero po niedzieli, bo zmieniają system do rejestracji internetowej, co może nastręczać kłopotów.

Poza tym Młoda wybrała w aptece pierwszy raz leki ze swojej transgranicznej recepty. Przyznam, że trochę niepewnie szłyśmy do apteki z polską receptą (napisaną po angielsku) bo dosyć dziwne nam się to zdawało. Pani aptekarka też chwilę dumała nad tym, bo widocznie pierwszy raz miała do czynienia z taką receptą, choć wyraźnie było widać, że zorientowana, iż coś takiego istnieje. 

Okazało się, że hydroxyzyny tu nie ma, więc musiała dać zamiennik. Antydepresanty jednak były. Tylko nie było na stanie i trzeba było odebrać w na drugi dzień. Aptekarka upewniła się tylko, czy Młoda aby na pewno wie, że nie może brać na raz dwóch antydepresantów i czy aby na pewno wie, jak brać ten nowy lek. Taka pełna wątpliwości się zdawała, najwyraźniej nie ufa polskim psychiatrom przez interenet, ale to gólnie to super fajna babka i zawsze bardzo pomocna. No i bardzo ciekawska, lubi pogadać, gdy tylko kolejka do okienka nie stoi. 

Młoda schodzi z sertraliny powoli i nie czuje się najlepiej, brak apetytu, różne niemiłe emocje i takie tam. Depresja od razu zaczyna się czaić, jak buka, za rogiem... Ale gdy się wie, że to tylko chwilowy problem spowodowany odstawianiem leków to też inaczej się na to człowiek zapatruje. Trzeba uważać, jeść dobre rzeczy, spędzać czas z kumplami i będzie dobrze.

Czekając na Młodą pod apteką obserwowałam jak zwykle ulicę. W pewnym momencie zatrzymało się na auto, z którego wysiadła nastolatka z bananem i pobiegła na tyły, by zatrzasnąć bagażnik. Wracając wepchnęła resztę banana do ust i cisnęła skórkę na czyjść trawnik. W tym samym pomencie z auta dało się słyszeć głośne - EJ!!! - po którym niesforne dziewczę zrobiło w tył zwrot i podniosło swoją "zgubę", po czym wsiadło na powrót do samochodu i zatrzasnęło drzwi. Nic więcej nie usłyszałam, ale po minach było widać, że matka bez wątpienia wygłaszała kazanie na temat latających skórek od banana.

tęczowy widok z naszej sypialni


Wrzesień nadchodzi

Tymczasem zbliża się wielkimi krokami wrzesień. Młody coraz częściej mówi o szkole. Już z dwoma starymi  kolegami się wstępnie umówił, że będą razem jeździć rowerami. On, jako że mieszka najdalej, ma jechać pod dom pierwszego kolegi, potem już razem po następnego i dalej już wszyscy popedałują do szkoły te 5 km. Jeden z kolegów się pochwalił, że w minionym tygodniu przejechał trasę z rodzicami, by trafić do szkoły samodzielnie. Ja do tego samego zachęcam Młodego, bo chciałam mu pokazać "tajny" skrót przez park i tajne przejście koło biblioteki, którym ponoć jeżdżą starsi uczniowie od lat, ale on się nie kwapi, by ze mną jechać rowerem bez powodu. Sam trafi do szkoły bez problemu, bo jeździ czasem do sklepu w tamtej wsi sam albo ze swoją Czarną Kumpelą. Przez wakacje zaobserwoaliśmy, że nasz Młody zasadniczo często bawi się z innymi "obcymi", bo - mamy takie podejrzenia - tylko ci mają odpowiednią ilość wolności. Flamandzkie dzieciaki mają  bowiem często zaplanowane całe dni co do sekundy przez swoich rodziców. Nawet tzw czas wolny planuja rodzice - klub piłkarski, pianino, tenis, basen, wyjście do biblioteki, zakupy, spotkanie z babcią, spotkanie z kolegą... W każdym razie ja tak to odbieram. Nawet wspominam tak jeden raz, jak kilka lat temu za prośbą Młodej zapytałam ówczesnej kumpeli Młodej, córki moich klientów, czy nie wpadła by po południu do Młodej i ona się strasznie ucieszyła z zaproszenia, a wtedy rodzice odrzekli, że o tej i  tej godzinie idą przecież do biblioteki, a potem na zakupy, a potem... Dziewczyna miała wtedy z 13-14 lat, a moja Młode do biblioteki czy na zakupy to sobie w tym czasie same już jeździły rowerami, kiedy chciały, bez opieki matki, co dla mnie było logiczne i oczywiste. Tutejsze małolaty często nie mają za grosz wolności. Nawet jak do szkoły 10 km samodzielnie rowerem dojeżdzają czy autobusem to jest to zaplanowane i po lekcjach, w weekendy czy wakcje rzadko dostają zgodę czy czas na niekontrolowane i nieplanowane przez starych wyjścia czy zajęcia. Wszystko musi być wyliczone, odmierzone i zaplanowane co do sekundy. Tyle śpimy, tyle jemy, tyle gramy, tyle robimy zakupy, tyle sikamy... 

To samo widzę u kolegów Młodego. Młody od czasu do czasu jest zapraszany do domów, ale to zaproszenie jest planowane z dużym wyprzedzeniem. Młody natomiast sam decyduje, co robi w czasie wolnym albo decydujemy razem, jak np w kwestii wyjścia na basen czy jakiejś wycieczki. I u innych niż flamandzkie dzieci widzę podobny trend jak u nas, tzn dużo większa wolność. I tak, jak już nie raz wspominałam, często np przyjeżdża o dowolnej porze dnia Gaby, czarnoskóra kumpela i albo idą do pokoju Młodego grać na Playstation albo na boisko (ona gra w koszykówkę "zawodowo" ale pokopać piłkę też lubi), albo kręcą rowerami kilometry po calej gminie. Często przyjeżdża też do nas na rowerach bez wsześniejszego umawiania się kilku kumpli z poprzedniej klasy z rodzin belgijsko-arabskich i po prostu dzwonią do drzwi i pytaj a o Młodego, a potem razem jadą się tłuc po lesie albo na boisko z piłką. 

Młody, jak widać, bardzo ciekawy jest nowej szkoły. Cieszy się jednak, że pierwszy dzień będzie tylko do południa, o czym szkoła właśnie nas poinformowała, choć Młody już to wiedział od starszych kolegów. Jest podekscytowany. Ja też. 

O wiele bardziej Młodego przeraża zaplanowana wizyta u ortodonty. Samej wizyty się nie boi, ale decyzji o wyrwaniu niektórych zębów już owszem, a na poprzedniej wizycie rok temu ortodontka poinformowała, że być może będzie konieczne wyrwanie 4 zębów, gdy okaże się, że paszcza jest za mała na wszystkie. Dlatego Młody się stresuje, bo boi się wyrywania zębów. Kto się nie boi, niech pierwszy rzuci szczoteczką do zębów.

Gorzej, że musimy znaleźć nowego dentystę, a ni cholery nie chce mi się za to zabierać. Nasz superowy dentysta gdzieś w maju odwołał wizytę Najstarszej, bo poszedł do szpitala i chyba coś poszło nie tak, bo dotąd się nie odezwał... To starszy miły pan i być może zdrowie mu odmówiło posłuszeństwa.

Zajrzałam na fejsbukową grupę nt dentystów i nie podobało mi się to, co zobaczyłam. W całej Flandrii znalezienie nowego dentysty graniczy z cudem. Większość dentystów nie przyjmuje już nowych pacjentów. Ludzie piszą, że po obdzwonieniu 5 do 9 praktyk się poddają. Co jest tutaj dla mnie najgorsze, to fakt, że ni cholery nie idzie nigdzie znaleźć informacji na temat dentystów w okolicy. Są niby strony z adresami, ale dane są tam często nieaktualne. W przeciwieństwie do innych specjalistów, mało który stomatolog ma swoją stronę internetową. Mają głównie ci, którzy zajmoją się estetyką paszczy, czyli działaniami za dużą kasę. Na stronach ogólnych adresowych prawie nigdy nie ma godzin otwarcia ani terminów w których można telefonować. Nie rozumiem tego trendu. Tutaj nie ma przychodni, gdzie można by pójść i zapytać. Dentyści mają często gabinety w domach lub w innych przypadkowych miejscach. Jednym słowem szukaj wiatru w polu. Jedyna metoda, to pytać ludzi albo dzwonić po kolei pod znalezione w google numery telefonu. A ja nie lubię telefonować nigdzie i bardzo ciężko mi się do tego przekonać i zmotywować.

Ciekawostki okołolekarskie z prasy

W tym tygodniu media podały, że w ciągu ostatnich lat znacznie wzrosła w Belgii ilość zagranicznych lekarzy. Dziś 14 na 100 lekarzy ma dyplom zagraniczny, łącznie jest to około 10 tysięcy medyków, przy czym najwięcej lekarzy jest z Francji (1620 lekarzy), Holandii (1590), Rumunii (1558), Włoch i Niemiec, a Polscy medycy w liczbie 114 plasują się już na 10 miejscu. 

Do tego trzeba zaznaczyć, że Belgijscy doktorzy się starzeją, bo jakoś jedna trzecia jest już po sześćdziesiątce, jak podaje prasa, a do tego młodzi coraz bardziej się obijają, czy jak kto woli szanują swój czas wolny i prywatne życie, co oznacza, że pracują dużo mniej, niż starsze generacje. Do tego państwo dosyć utrudnia młodym dostanie się na studia medyczne, co nawet mnie wydaje się bardziej niż niepokojące, bo każdy wie, że lekarzy brakuje i coraz trudniej się dostać do specjalisty czy znaleźć lekarza rodzinnego.

Co dla mnie, powiem szczerze, nie za bardzo jest zrozumiałe i akceptowalne to, że - jak podają media - wielu z tych zagranicznych lekarzy mówi zaledwie słabo po francusku, a po niderlandzku to już całkiem sporadycznie.  Ciekawa sprawa.

Belgowie obawiają się, moim zdaniem bardzo słusznie, że za jakiś czas we własnym kraju nie będą mogli porozumieć się z lekarzem w języku ojczystym. Wielce niepokojący to trend i całkiem sensownym wydaje mi się, by obcy lekarze jednak musieli się wykazać biegłą znajomością jednego z języków urzędowych, zanim będą mogli otworzyć praktykę. 

Mówią też, że obcy lekarze częstokroć nie spełniają tutejszych standardów, nie mają wystarczających kwalifikacji... Akurat wiem coś na ten temat, bo 10 lat temu mieliśmy wątpliwą przyjemność poznać jednego polskiego konowała... Prostak, cham i zwykły konował, bo na pewno nie żaden lekarz... Dyplom chyba na allegro kupił albo znalazł w płatkach śniadaniowych. Zdarzyło nam się też raz do rumuńskiego lekarza trafić - bardzo niemiły buc. Co nie znaczy oczywiście, że wszyscy zagraniczni medycy są źli. Bynajmniej! Podejrzewam, że niekiedy są lepsi niż tutejsi. Tak czy owak moim nader skromnym zdaniem w tej kwestii to już dawno coś powinno zostać zrobione i jakieś sensowne zasady wprowadzone, a nie że latami róbta co chceta, a teraz nagle łapią się za głowę. 

Wypada też jednak mieć na uwadze, że na dzień dzisiejszy lekarzy ogólnie brakuje, czas oczekiwania na wizytę z każdym miesiącem się wydłuża, znalezienie lekarza rodzinnego, czy dentysty dziś już graniczy z cudem. Czy zatem lepiej mieć w okolicy lekarza niespełniającego standardów, ale mogącego w razie biedy poratować, czy też nie mieć w ogóle dostępu do lekarza żadnego...?

Ja cenię sobie standardy tutejszej służby zdrowia i chciałabym by one się utrzymały i fajnie, by rząd coś mądrego wymyślił na poprawę sytuacji, a nie tylko co jakiś czas stwierdzał istnienie jakiegoś problemu.

Posprzątałam w komputerze.

Wreszcie zabrałam się za wyczyszczenie starego komputera, którego do wakacji używał Młody, a wcześniej dziewczyny. Młody dostał nowy porządny komputer, który zamówił sobie u kuzyna. Razem go poskładali podczas wakacji z zamówionych przez tamtego uprzednio części. Stary jest już na prawdę stary, ale uznałam, że go sformatuję i może jeszczde trochę poużywam. Na moje potrzeby bowiem powinien wystarczyć. Na co dzień używam iPada, iPhone'a i Chromebooka, na których większość rzeczy mogę robić. Jednak pewnych możliwości mi brakuje. Głównie normalnego Worda czy Power Pointa oraz prostych programów do pracy ze zdjęciami, ale na dużym ekranie, czyli m.in, możliwości przygotowania fotoksiążek, a mam przecież od groma zdjęć, które trzeba wydrukować, by zachować wspomnienia. Zdjęcia w chmurze to na dłuższą metę wszak o kant dupy. Nie ma to jak fizyczny album czy fotoksiążka.

Formatowanie zajęło grubo ponad pół dnia, ale przebiegło sprawnie i bez komplikacji. Już prawie zapomniałam jak się pracuje z windowsem. Komp jest nadal wolny jak żółw, ale póki co działa i będzie w razie wu.

Zabawy mikroskopowe

Młody w tym tygodniu miał tydzień inspiracji i znowu uwolnił mikroskop z szafy, by wpychać pod niego najdziwniejsze rzeczy.

Bardzo spodobała nam się zdechła ćma, a jeszcze bardziej banknot 50€. 

skrzydło ćmy

rureczka do siorbania

skrzydełko ćmy 

oglądamy banknot 50€











kartka z gazety

karta płatnicza

Piwo tego tygodnia

Testowałyśmy z Młodą zamkowe 7% piwerko malinowe Kasteel rubus. Oceniamy je 10/10







21 sierpnia 2023

Gdy córka zwraca się do matki per stara

 Do spisania tych przemysleń skłoniło mnie oburzenie kobiet pod jakimś przypadkowym postem na instagramie na nazywanie partnera "STARYM". Najśmieszniejsze wydało mi się jednak stwierdzenie, jakoby dawniej "starymi" nazywało się rodziców, a dziś z kolei tak samo nazywa się partnerów no i oczywiście, że to jest obrzydliwe, straszne, okropne, że to brak szacunku itede itepe.  Tjaa...

Stary z Młodym


No cóż, nie ukrywam, że dla mnie STAREJ tego typu opinie wygłaszane przez dwudziestopięciolatki, czyli siksy w wieku moich dzieci brzmią dosyć śmiesznościowo. 

Gdy taka dziewczyna patrzy na swojego cudnego chłopaka, narzeczonego, czy świeżo poślubionego mężusia, wokół którego jeszcze wciąż kolorowe motylki i błyszczące serduszka latają, to faktycznie może jej być trudno połączyć ten ckliwy obrazek ze słowem STARY. No i się oburza wielce. Pytanie tylko, czy jest o co.

Na określenie "stary" trzeba sobie przecież zapracować i zasłużyć. Nie zostaje się "starym" po jednym bzykanku czy nawet tygodniu znajomości, no sorry. Na "starego" czy "starą" trzeba dopiero awansować. Tytuł STARY/STARA to przeciez wyższy, a nawet bardzo wysoki poziom znajomości i zażyłości, a co, jak podejrzewam, nie koniecznie przychodzi z wiekiem, a raczej z doświadczeniem i zacieśnianiem wzajemnych relacji, zrozumieniem, akceptacją. I nie każdy też taki poziom osiąga kiedykolwiek, bo tu jeszcze dochodzą takie kwestie, jak inteligencja, poczucie humoru, dystans do siebie i świata, a niektórym bozia dała przecie ino wygląd albo piniondz. Trudno, tacy też muszą żyć.

Nie wiem też, skąd ludziom wziął się pogląd, że określenie "STARY/a" dawniej miało innych adresatów niż dziś?

Z dzieciństwa doskonale pamiętam, że moi rodzice, wujkowie, czy inni ich rówieśnicy bardzo często mówili o swoich partnerach "mój stary", "moja staruszka". Zwracali się tak do siebie też w towarzystwie i to bynajmniej nie podczas kłótni czy złości. U moich STARYCH czy wujostwa te określenia zawsze brzmiały pieszczotliwie i nigdy nie odczuwałam tego jako brzdąc inaczej.  

No a ja i rodzeństwo oraz nasi rówieśnicy o naszych rodzicach mówiliśmy "starzy" albo "zgredy", czy "wapniaki" choć te ostatnie to już bliższe były poprzedniemu pokoleniu, czyli nasi starzy tak swoich starych nazywali. I co w tym złego? Nie mam pojęcia. Dla mnie starej to normalne określenia. Dobre jak każde inne, co nie znaczy, że każdy musi ich używać, że każdemu muszą się podobać. 

Żyj i daj żyć PO SWOJEMU innym.

Dzisiaj zdarza mi się napisać czy powiedzieć o moim Małżonku STARY, no bo jest stary, no sorry, facet żyje już pół wieku, to nie będę przeco nazywać go młodym, gówniarzem czy szczylem c'nie? 

Młodą nazywam Młodą i co? Ujmuje jej to czegoś? Obrażą ją? Jest młoda? Jest!

 Nawet Młoda i Piękna, ale "piękna" brzmi podejrzanie kpiąco w uszach młodych. Młoda by się zaraz doszukała w tym podtekstów, że niby uważam ją za brzydką, skoro mówię o niej piękna. To logiczne przecież, nie będę tłumaczyć jak krowie na rowie. 

A ona zwraca się  do mnie Stara. Ujmuje mi to czegoś? Obraża mnie? Jestem stara? Jestem. W porównianiu z osiemnastolatką w każdym razie.

Wy możecie uważać inaczej, szczególnie gdy macie przypadkiem więcej niż 18 lat, ale spróbujcie sobie przypomnieć, co myśleliście o ludziach z przedziału 40-50 lat, gdy mieliście sami naście...? Nooo...? "Jacy młodzi i piękni", prawda...? Taa. 

No więc ja mówię do swojej osiemastoletniej córki i o swojej córce "Młoda", a ona mówi do i o mnie "Stara" a o moim, naszym Starym "Stary". O naszym synu też mówimy MŁODY. I jest git. Nam to pasuje, odpowiada, bawi, podoba się. Ani Młodzi nie mają nic przeciwko temu, ani my nie mam nic przeciwko nazywaniu nas Starymi. 

Powiem więcej, podczas wakacji nawet ze Starym sobie porozkminialiśmy nad jego tytułem i nam wyszło, że nazywanie go Starym przez Młode to wręcz ogromny komplement i wyraz ciepła, zażyłości i ogólnie bardzo pozytywny tytuł. Przypomnieć tu muszę bowiem, że Małżonek nie jest biologicznym ojcem Dziewczyn, a "tylko" jak to się bardzo brzydko mówi "ojczymem", czyli nowym (teraz już starym) partnerem Starej, "chłopakiem mamy", jak mówiły, gdy były małe. One są jego, jak to się jeszcze brzydziej nazywa (co za przychlast wymyślił te głupie terminy w ogóle?) pasierbicami. No i one mówią dziś o Nim "NASZ STARY" "NASZ OJCIEC", mówią też "TATO", ale że same są młodymi dorosłymi to wolą używać "Stary", bo bardziej kozacko brzmi. Z obserwacji ludzi i osobistego doświadczenia wiem, że w wielu tzw tradycyjnych rodzinach nie ma takich zażyłych relacji, nie ma tyle zrozumienia, ciepła, miłości, co w naszej naormalnej inaczej rodzinie patchworkowej. Wielu biologicznych rodziców może mojemu Staremu tylko pozazdrościć relacji z Jego Przyszywanymi Córkami a wiele biologicznych dzieci może pozazdrościć moim Młodym relacji ze Starym ich Starej. Stary jest dumny i cieszy się wielce z bycia Starym dla Naszych Wszystkich Młodych, dla NASZEJ całej TRÓJCY Nieświętej. Ja też raduję się, gdy słyszę Młodą nazywającą naszego Starego Starym, żartującą sobie ze Starego, czy porównującą w tych żartach Starego czule do naszego słodkiego i kochanego Heńka-Koguta, który tak samo jak Stary wiecznie kręci się z dumą koło swoich kur  i co raz to próbuje ich obdarowywać jakimiś prezentami i wygrzebywać dla nich najlepsze kąski, nawet jak kury czasem nie rozumieją za bardzo, o co mu chodzi, to widać, że się stara najlepiej ze swojej społecznej roli wywiązywać i osattecznie wszystko jak najlepiej się układa... 

Tak czy owak dla nas określenia Stary, Stara, Młody, Młoda to słowa pełne czułości, zażyłości, ciepła i humoru. Używamy ich świadomie wobec najbliższych.

No więc w czym problem? Dla mnie w niczym, ale niektórzy uważają inaczej. Niektórzy mają nawet od tego chroniczny ból dupy. Dlaczego? Mam kilka teorii. Np:

- brak poczucia humoru, dystansu, inteligencji;

- przecenianie swojej dorosłości i zbyt wysokie mniemanie o sobie;

- niezadowolonie z życia i swojego wieku, po prostu wielkie niezadowolenie z wszystkiego zawsze; 

- niewłaściwe, niezdrowe relacje z partnerem lub dzieckiem...

- bo ludzie takie so, że do wszystkiego muszą się przyczepić. Im bardziej to nie ich sprawa, tym bardziej się czepiają. 

Dla mnie i Młodej natomiast widok miny przypadkowej Polki (co ciekawe to zwykle są właśnie one, baby, kobiety, Polki, a nie oni) jest zawsze bezcenny, gdy Młoda gdzieś w publicznym miejscu (np w polskim sklepie, kringwinklu, czy actionie gdzie "naszych" zawdy od groma) zaryczy głośnym szeptem do mnie:

- TE, STAAARAA, patrz, co znalazłam!...

A wtenczas ona, Idealna Matka Polka Katoliczka  patrzy na moje, szczerzące w pełnym uśmiechu zęby, dziecię z intensywnym zgorszeniem i zniesmaczeniem, a potem przenosi swój pełny pogardy wzrok na adresatkę tego epitetu i ciężko wzdycha niemalże mi współczując takiego chamskiego bezczelnego gówniaka i wtedy jej gały napotykają mój, o zgrozo, równie uśmiechnięty pysk, a jej uszy słyszą wesołą entuzjastyczną pełną ciepła odpowiedź:

- Czekaj, Młoda, Staruszka już do ciebie biegnie, już pędzi, leci... - i idę do Młodej powoli.

I wtedy to biedaczka już jest całkowicie zniesmaczona, bo nagle dociera do niej, że jaka córka taka matka i wrzuca nas do przegródki "prostaki ze wsi" i postanawia omijać z daleka, bo ludzie się boją wszystkiego, czego nie rozumieją. No chyba, że w internetach podobne zajście ma miejsce, to wtedy taka bez wachania wyraża swój ból dupy i pcha się w czyjeś życie w swoich najwyraźniej zbyt ciasnych butach... a że jej wzrok i słuch nie sięga dalej niż czubek tych bucików, to nawet szkoda z taką zaczynać dyskusji. To już lepiej se grochem o ścianę porzucać, przynajmniej się człowiek zrelaksuje i ubawi.

Moim zdaniem nikogo nie powinno obchodzić, jak ja zwracam się do dzieci, czy partnera ani jak oni zwracają się do mnie. Podkreślam, że nie mówimy tu o przemocy słownej ani fizycznej, tylko o tym, jak nazywamy swoich bliskich na co dzień.

Często słyszę jak ludzie wołają do swoich bliskich - zarówno partnera jak i dziecka: "kochanie", "skarbie", "kotku", "myszko", "ptaszynko", "dziubku" i innymi równie bezsensownymi słowami, co jakoś ludziom nie przeszkadza, choć mnie od tego się skarpety filcują. Zaprawdę, powiadam wam, nie znoszę wyżej wymienionyh zwrotów i już. Uważam jest za głupie, obrzydliwe i mdłości mnie od tego łapią.

Małżonek na początku naszej relacji kilka razy próbował naśladować społeczne trendy i nazwał mnie nieopatrznie "skarbem" a nawet "kochaniem", ale po kilku pogróżkach wyleczył się z tego głupiego zwyczaju. No zlitujcie się! W moich uszach brzmi to co najmniej debilnie. Może jakieś niunie lubią być skarbami i kochaniami, ale mnie się scyzoryk w kieszeni otwiera, gdy ktoś mnie tak nazywa i nie ręczę za siebie. Już wolę, gdy ktoś mówi do mnie "głupia cipo" niż "skarbie". To przynajmniej jest zabawne.

Natomiast "stara" jest całkiem w porządku. Młode poza tym mówią do mnie "Matka", co też mi sie podoba. "Mamo" jest dopuszczalne, natomiast "mamusiu" już brzmi bardzo podejrzliwie. Gdy gówniak tak zaczyna zdanie, to znaczy, że pewnie coś poszło nie tak. Tak samo, gdy Stary powie "kochanie". Od razu wiadomo, że coś sie rozlało i zaczyna śmierdzieć...

Zasadniczo z małżonkiem najczęściej zwracamy się do siebie po imieniu. Magda i Kazik. Tak po prostu. Zwyczajnie. Gdy Małżonek chce do mnie czulej sie zwrócić, nazywa mnie Magdaleną, albo "Drogą Magdą" bo wie, że  tak lubię. Wie też, że tak samo jak "skarba" nienawidzę "madzi" i "magdusi", i że dla własnego bezpieczeństwa takich epitetów lepiej unikać wobec mnie. 

Do dzieci i o dzieciach też najczęściej  mówimy po imieniu: Zuzia, Zuzka, Zuzanna, Teresa, Tesa, Młoda, Dziewczyny, Izydor, Izi, Doro (czasem Dora-Dora-Dora! po złośliwości), Dorcio, Dorunio, Dorek, Epicki oraz oczywiście Nasz Młody. Dziewczyny wcześniej też miały dużo imion, ale już dorosły, a z wiekiem imiona im się ukształtowały, przyjęły się i stwardniały. Młody jeszcze jest w budowie. Nie do końca wiadomo, czy w końcu zostanie Dorem, czy Izydorem, a może Isidoorem po tutejszemu. Iziego nie lubi.

A Wy jakich epitetów używacie wobec najbliższych? Tradycyjnie skarby i myszki, czy może coś oryginalnego?



18 sierpnia 2023

Nie cierpię tygodni ze świętem w środku

Ekspresowa nauka pływania, ciąg dalszy.

Odkąd pamiętam, wkurzało mnie, gdy w środku tygodnia wypadł dzień wolny. Zawsze potem człowiekowi się dni kałapućkają i próbuje np usilnie z czwartku zrobić drugi poniedziałek, co czasem głupio się kończy.

Teraz na szczęście nie chodzę do pracy, to takie zamieszanie nie jest groźne. Prawie tylko zapomniałam, że miałam iść do sąsiadki pomóc jej z myciem okien przed świętem wina. Na szczęście Małżonek mi wieczorem przypomniał, pytając czy będę szła... 

Chwilę wcześniej obiecałam Młodemu, że rano pojedziemy na basen, więc trochę  głupio wyszło... Jednak sąsiadce obiecałam wcześniej, przeto zapromonowałam Młodemu, że pojedziemy pływać po południu. Się zgodził. 

Jednakowoż okazało się, że to pomysł najgłupszy z możliwych. Po południu na basenie byli wszyscy! Ja pitolę, na zjeżdżalniach kolejki, w "rzece" łeb koło łba. Na dziecinnym jakaś kurde cała półkolonia. Na głównym basenie też pełno ludzi. Na zewnątrz było fajnie, bo tam nie było nikogo, ANI JEDNEJ OSOBY, gdyż było pochmurno i niewiele ponad 20 stopni ciepła. Dla mnie bomba. Se przepłynęłam zewnętrzny basen w spokoju w te i nazad parę razy, ale Młody zaczął zaraz strzelać zębami i skóra zaczęła go boleć, więc musieliśmy spylać do środka. Chwilę jeszcze na głównym basenie poćwiczył, ale bardziej niż niechetnie i ostatecznie nasza wizyta trwała nie całe pół godziny, bo mu się nie podobało, że tyle ludzi. 

Mnie też się nie podobało. 

Nie lubimy ludzi. 

Jeśli na basen, to tylko zaraz po otwarciu, zanim cały plebs się zlezie. 


Młody z kluską na basenie

Najważniejsze jednak, że pływanie coraz lepiej mu idzie. Już udało mu się kawałunio przepłynąć bez wspomagania w postaci piankowej deski czy kluski. Wołał głośno z radością: PŁYNĄŁEM! PŁYNĄŁEM! Cieszyłam się razem z nim. Załapał, o co w tym chodzi i jak to działa. Jeszcze trochę i będzie pływał jak ryba. Matka jest jednak najlepszym instruktorem na świecie, nawet jak sama pływa tylko tak sobie średnio na jeża, bo matka najlepiej rozumie potrzeby swojego dziecka i najlepiej je zna. 



List do szkoły pt "Nasze dziecko jest..."

Nie pamiętam, czy wspominałam tu o tym, że dyrekcja szkoły średniej droga internetową poprosiła nas, czyli wszystkich rodziców pirszorocznych o napisanie (dobrowolnie) listu o swoim dziecku i wysłaniu go przed zakończeniem wakacji na podany adres mejlowy szkolnego pedagoga (raczej flamandzkiego odpowiednika tej funkcji), ażeby szkolna ekipa mogła się z grubsza zorientować, z kim będą mieć do czynienia w tym nowym roku szkolnym. Pomysł, moim zdaniem, świetny i bardzo dobrze o szkole świadczy.

Z przyjemnością i wielką nadzieją napisałam taki list. Przed wysłaniem dałam go do przeczytania Młodemu, by mógł zatwierdzić i ewentualnie skorygować informacje, które tam zamieściłam. Czytając kiwał tylko głową potwierdzająco, co wydało mi się bardzo miłe i budujące. A napisałam dosyć dużo o nim wymieniając zarówno jego talenty, zainteresowania, umiejętności jak i liczne problemy. 

Powiem wam, że nie mogę już się doczekać, by poznać bliżej tę szkołę i się przekonać, czy nasze dobre przeczucia się sprawdzą i czy to faktycznie będzie dobra szkoła dla naszego wyjątkowego syna. Izydor też jest ciekawy, choć - wiadomo - jemu to już nie bardzo się spieszy do rozpoczynania szkoły. Myślę, że większośc dzieci uważa, że wakacje mogły by dłużej potrwać... 

Młody znalazł koło domu czterolistną koniczynę. Niech mu przyniesie szczęście w nowej szkole.



Niezdolność do pracy i przekwalifikowanie, pomieszanie z poplątaniem

Ubawiłam się wielce tym "inleefmomentem", o którym wam wspominałam. Po dwóch tygodniach od mojego zgłoszenia i braku znaku życia ze strony tej instytucji wysłałam mejl na podany w potwierdzeniu przyjęcia zgłoszenia adres i się dowiedziałam, że podany adres mejlowy nie istnieje. Bardzo śmieszne.

 Napisałam zatem na adres, z którego przyszło potwierdzenie, bo zaczynał się on od słowa "info" co zwykle oznacza właściwy adres do wszelakich zapytań. Dostałam automatyczną odpowiedziedź, że ta strona, którą podano mi w zadaniu VDAB jest nieaktywna, nieużywana i że teraz mają nową stronę. Poszłam na tę nową stronę i nie znalazłam tam żadnych "inleefmomentów" a jedyne informacje na temat opiekuna dzieci dotyczyły pracowników żłobków, czyli bobasów, które mnie w żaden sposób nie interesują, bo nie lubię niemowlaków. 

I tak cały czas coś...

Czyli się okazuje, że biuro pracy ma nieaktualne informacje i wpuszcza ludzi w maliny. Niefajnie. Do rozpoczęcia mojego kursu już coraz bliżej, a ja się kręcę jak gówno w przeręblu pełna niepewności, bo ja bym chciała mieć wszystko w papierach uporządkowane i móc sobie czekać w spokoju na rozpoczęcie roku szkolnego. A tak to się cały czas denerwuję, wciąż siedzę jak na szpilkach i źle śpię, bo ja muszę mieć wszystko uporządkowane i pozałatwiane. Nie lubię niejasnych sytuacji. Nie potrafię tak funkcjonować normalnie.

Napisałam natychmiast mejl do babki z VDAB i otrzymałam automatyczną odpowiedź, że pani  jest do konca tego tygodnia na wakacjach. Super. Czekam zatem do poniedziałku, aż powróci, z nadzieją, że się odezwie.

Wizyta u koordynatora powrotu na rynek pracy z mojego funduszu zdrowia za to bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Okazało się, że spotkałam tam przesympatyczną babeczkę, której reakcja mnie totalnie zdziwiła. 

Ja się nastawiłam na to, że będę musieć się gęsto tłumaczyć i przekonywać albo może i błagać, udawać chorą, przedstawiać liczne atesty od wszystkich możliwych specjalistów i w ogóle walczyć rękami i zębami o to, by przekonać tego koordynatora do tego, że nie jestem zdolna do wykonywania swojej dotychczasowej pracy, ale chcę iść na kurs by wykonywać inną pracę i ja z takim nastawieniem weszłam do gabinetu. 

A tu suprajs.

Zdążyłam tylko powiedzieć, że pracowałam jako sprzątaczka, ale teraz w związku z leczeniem raka nie dam rady tej pracy wykonywać... a pani prawie wykrzyknęła "no oczywiście". Dalej dodała jeszcze, że to świetny pomysł, że skoro nadarza się okazja, to trzeba z niej korzystać i zmienić pracę, bo sprzątanie to ciężki zawód, to nie dobra praca... spytała retorycznie, czy wyobrażam sobie pracę w tym zawodzie choćby do 60tki nawet będąc zdrowym... I w ogóle zaczęła mnie praktycznie sama przekonywać, że powinnam zmienić pracę i zapomnieć o sprzątaniu czy jakiejkowliek innej robocie fizycznej... Wprawiła mnie tym w wielkie zdumienie, aż koparę musiałam z podłogi zbierać...

Dalej zapytała, wypełniając formularz do biura pracy, czy może wpisać, że nie mogę wykonywać żadnej ciężkiej pracy fizycznej i tak wpisała. Oznajmiła, że to musi podpisać lekarz, bo ona tylko pośredniczy, a tylko lekarz może wydać ostateczną opinię i zezwolenie, ale, dodała, dalej z pewnością w głosie brzmiącym jak machnięcie ręki i sugerującym, że to tylko formalność, iż ona przekaże to lekarzowi najszybciej jak się da. Powiedziała, że akurat tego dnia nie ma żadnego lekarza, ale nazajutrz będzie. Parę sekund później wrzuciła dokument do skanera i oznajmiła, że wysyła lekarzowi, to wtedy będzie jeszcze szybciej załatwione. Zaiste, zaraz na drugi dzień rano otrzymałam od niej e-mail z podpisanym dokumentem, który wystraczy sobie wydrukować lub przesłać dalej do VDAB. 

Niesamowite.

Choć jedna rzecz w tej drodze do przekwalifikowania okazała się lekka, łatwa i przyjemna, a powiedzmy sobie szczerze, to tej najbardziej się obawiałam, bo każdy wie, jakie są te wszystkie komisje orzekające i tp... A tymczasem tu taka miła niespodzianka. 

Babka dodała, że po 9 miesiącach niezdolności do pracy, czyli w moim przypadku od połowy grudnia tego roku, mogę (ale nie muszę) rozwiązać umowę "wegens medische overmacht" czyli, jakby to powiedzieć... z powodu medycznych sił wyższych. Takie wypowiedzenie umowy ma inne konsekwencje niż zwyczajne, bo daje np prawo do otrzymywania zasiłku dla szukajacych pracy. Zanim to zrobię, mam się wcześniej jeszcze z nią skontaktować. 

Do Brukseli pojechałam tym razem skuterem. Tylko nawigatora ze sobą zabrałam. Młoda nie miała nic przeciwkotemu, by być nawigatorem. Sama bym raczej długo błądziła. Co za zadup! Nienawidzę Brukseli! Droga przez okoliczne wioski na górkach położone za to była ciekawa i ładna. W sensie ciekawa i ładna, bo już sama jazda skuterem po takim np bruku pod górę wąskimi dróżkami to, że tak powiem, średnio na jeża.. dy-dy-dy-dy-dy.... aż łeb odpada, o zadku nie wspominając nawet.


Odezwała się też moja kołczka z Rentree, by spytać, jak poszło na tej rozmowie i zaproponowała spotkanie online. Tamta koordynatorka z kolei osądziła, że skoro jestem pod przewodnictwem Rentree, to wszystko powinno sprawnie zostać załatwione w kwestii takie wypowiedzenia umowy itd, bo taki fakt wiele ułatwia.

W tym tygodniu odezwała się też konsultantka Najstarszej z Emino informując, że właśnie wróciła z urlopu i przeczytała mój mejl. Zaproponowała spotkanie online, by wyjaśnić sytuację roboczą Najstarszej. Zaproponowała dzisiejszy wieczór, ale jeszcze nie otrzymałam konkretnej godziny... Nic to, ważne że odpisała. Na spotkanie możemy już spokojnie poczekać. Choć nie ukrywam, że jaknajszybciej chciałabym wiedzieć, na szym stoimy, czyli czy Najstarszej należy się np jakiś zasiłek dla szukających pracy, czy oczekują, że bedzie szybko nowej pracy szukać, czy też dostanie czas na wyjaśnienie i poprawienie sytuacji zdrowotych... 

Nasza lekarka powiedziała, że Nasza Zuzanna prawdopodobnie potrzebuje trochę odpocząć, bo być może przemęczenie powoduje to pogorszenie koncentracji i kłopoty z pamięcią.... Ale fajnie by było, gdyby potem mogła dalej pracować. Ona też tego chce oczywiście. 

Chciałam zapytać naszej nadwornej psycholożki, czy u nich przypadkiem by nie zrobił testu na ADHD (na stronie stoi, że tylko do 17 lat robią, ale w innym miejscy z kolei piszą, że badają też dorosłych...), ale automat powiedział mi, że ona też się urlopuje do przyszłego tygodnia. 

Poza tym muszę psycholożke poprosic w końcu o wypisanie dokumentu dla Młodej, by można było w koncu wysłać te dokumnety do FODu, w sprawie uznania niepełnosprawności i może w konsekwencji przyznania jej jakiegoś zasiłku. 

Kołczka Młodej, po tym jak ostatnio nagle odwołała spotkanie,  gdzieś też znikneła i nie daje znaku życia, a chciałyśmy jej zapytać o te dokumenty do FOD m.in.

O i to tak, wszyscy się urlopują, a ja tu muszę tyle spraw załatwić jeszcze pilnie na gwałt. Ech. Się niecierpliwa ostatnio zrobiłam strasznie...



Za dużo mam wszystkiego też na głowie i chwilamki mam już serdecznie dość tych wszyskich urzędów, spotkań, załatwień, mejli, telefonów. To nie dla mnie takie sprawy. Nienawidzę telefonować nigdzie. Dla mnie rozmowy telefoniczne to dużo nerwów i spory dyskomfort psychiczny. Przecież ja nawet z Małżonkiem praktycznie przez telefon nie rozmawiam, z wyjątkiem pilnych nagłych sytuacji podbramkowych...

Choćprywatne rozmowy to jeszcze jak cię mogę. Ba, jeśli chodzi np o czytelników tego bloga piszących do mnie z pytaniami, to ostatnimi czasy nawet sama proponuję od razu rozmowę przez whatsappa czy messenger, bo nie chce mi sie pisać ponownie, po raz niewiadomo który tego samego...

A tak, tak, ja ciągle systematycznie jestem nagabywana przez Rodaków planujących przeprowadzkę do Belgii albo w trakcie tej przeprowadzki będących, którzy mają przenajróżniejsze pytania i wątpliwości dotyczące życia w tym kraju. O dziwo jeszcze mi się przez 10 lat nie znudziło odpowiadanie na te wszystkie pytania, a poznawanie nowych ludzi nadal mi sprawia frajdę. No więc jak coś, to piszcie śmiało, tylko pamiętajcie, że nie jestem wszechwiedząca i nie oczekujcie po mnie zbyt wiele ;-)

Tak że tak, ostatnimi czasy mam często wrażnie, że pracuję w jakimś urzędzie,  a nie że na zwolnieniu lekarskim jestem, tyle tych spraw jest do załatwienia. Na prawdę mnie to już zaczyna ogromnie męczyć. Czy nigdy się nie skończy ten parcour po urzędach, lekarzach, psychologach, szkołach....?

Wywaliliśmy zmywarkę na zbity pysk

Kiedy wprowadziliśmy się do naszego domu 10 lat temu, z ciekawością i wielkim entuzjazmem testowaliśmy obecną tu zmywarkę, bo czegoś takiego nigdy wcześniej nie widzieliśmy na żywo. Fajne ci to było urządzenie i wielce ułatwiało nam życie. Niestety jakiś czas temu zaczęło się strasznie opierdzielać przy robocie i oddawało gary coraz mniej umyte. Zgłosiliśmy właścicielom, ale jak usłyszałam że "nie wszystko na raz", bo najpierw wymienią te okna a potem dopiero się "rozejrzą za jaką UŻYWANĄ zmywarką", to stwierdziliśmy, że chyba trzeba mieć ich w doopie i samemu sobie kupić za jakiś czas, bo to szkoda zdrowia na przepychanki z właścicielami i liczenie na ich łaskę... Już wymienili nam przeciez kuchenkę na używaną... do której strach było podchodzić... Dzięki bardzo. 

Małżonek już nawet zaczął przeliczać eko-czeki i oglądać sklepy internetowe, ale jak pojechał z Młodym do PL, to ja stwierdziłam, że nie używamy zmywarki przez 2 tygodnie, bo szkoda zachodu i tak odkryłam, że my ciągle potrafimy myć naczynia w rękach i w rezultacie doszłam do wniosku, że skoro przez ponad 30 lat potrafiliśmy się bez zmywarki obejść w Polszy, gdzie były do mycia wielkie gary po mleku, maśniczki, wirówki do mleka i inne przenajdziwniejsze kuromesła uzywane w gospodarstwie, to co to za filozofia umyć parę kubeczków i misek? Podzieliłam się tymi przemyśleniami z Małżonkiem. Ten po krótkim namyśle przyznał mi rację. I tak umówiliśmy się, że na długim weekendzie wykopiemy to stare pudło i na tym miejscu postawimy naszą lodówkę, która dotąd figurowała w kanciapie z pralką, co było dosyć karkołomnym pomysłem, gdyż po każdą pierdołę i z każdą pierdołą trzeba była latać do kanciapy. No ale ten nasz dom to tak trochę po siekierze jest zaprojektowany i jeszcze gorzej urządzony. No ale po chałupie wybudowanej w latach 20-tych to nie ma się co spodziewać jakichś cudów. Przykre jest tylko, że właściciele nie kwapią się za bardzo do poprawienia czegokolwiek i że o wszystko trzeba się wielokrotnie upominać, by w koncekwencji częstokroć otrzymać jakąś prowizorkę albo używane badziewie. Nie, nie mam nic przeciwko używanym rzeczom. Wprost przeciwnie, pod warunkiem jednak, że owe rzeczy reprezentują jakiś poziom i spełniają choćby podstawowe warunki bezpieczeństwa. Tu nie zawsze tak jest.

Do niedawna byliśmy bardziej niż zadowoleni z wynajmowanego domu i jego właścicieli. Ostatnimi czasy jednak wszystko po kolei zaczyna się w tym domu psuć i niedomagać, co jest rzeczą oczywistą, bo tak to już jest, że przedmioty mają określony czas przydatności... Jednak właściciele zdają się to nie do końca rozumieć, a my po ostatnich podwyżkach płacimy blisko tysiąc euro czynszu i chcielibyśmy, by dom był tego wart... Coraz częściej zastanawiamy się nad zmianą otoczenia nie tylko z tego powodu, ale jeszcze nie zdecydowaliśmy się co do miejsca...

Póki co próbujemy ratować naszą rzeczywistość na tyle na ile się da. Na przykład wywalając zmywarkę na zbity pysk... Lodówka pod ręką w kuchni to dobre rozwiązanie, gdyby tylko jeszcze głupi mózg raczył to przyjąć do wiadomości i nie wysyłał człowieka po jajka, szynkę, ser i warzywa do kanciapy. Człowiek idzie tam tylko po to, by zobaczyć, że lodówki tam nie ma i przypomnieć sobie, że ona stoi teraz w kuchni. Najlepsze jest, gdy stoisz koło lodówki i na nią się patrzysz, a potem idziesz do kaciapy.... by zawołać: ludzie, ktoś zajumał lodówkę!



Świnie nie mają z tym nic wspólnego, 

ale takie słodkie zdjęcie im zrobiłam, że muszę je gdzieś wetknąć. Bobek i Lady jedzące wpólnie to samo źdźbło trawy... One są takie piękne i takie sympatyczne. Nie da się tego nie lubić po prostu. Do tego to bardzo cichutkie i spokojne zwierzątka. Ktoś kiedyś napisał w komentazru, że świnki mu non stop piszczały i to go wkurzało. Nie raz się nad tym zastanawiam, bo one przecież nie piszczą cały czas, a tylko gdy pora karmienia przychodzi, a człowiek nie kwapi się z dostarczaniem żarła. No okej, czasem cyganią trochę i domagają się jedzenia w innych porach, gdy usłyszą, jak ktoś szeleści workiem, ale zwykle jednak w okolicy pory karmienia, gdy już w brzuszku burczy trochę...


No bo wiecie u nas wszystko ma swój czas. Nasze świnie mają zawsze 24/7 siano w paśniku, wodę w poidełku (w gorące dni dodatkowo wodę w misce) oraz karmę suchą (ziarno i tp) w miseczce. Rano przed siódmą dostają świeżą trawę, w południe jedną cykorię do podziału, a wieczorem trawę i paprykę albo inne warzywo. W ciągu dnia dostają też czasem deserek, czyli jakiś owocek lub dodatkowe warzywko, które sami zajadamy - malutki kawałeczek jabłuszka, kalafiora, ogóreczka, bananka dla każdej świneczki. Innym razem jest to liść mięty, bazylii czy inne tam zioło. No i one w tych trzech określonych porach się dopominają o swój posiłek głośno "utając" uuut-uuut-uuut. W innych porach sobie drzewmią w domkach albo podgryzają sianko czy ziarenka. Świnka musi jeść co chwilkę,  bo jej układ pokarmowy tego wymaga. Świnka musi mieć siano cały czas, by w każdej chwili mogła sobie pochrupać. Chrapanie siana i gałązek potrzebne jest ponadto do ścierania ciągle rozsnących ząbków. Ot, cała filozofia świnkowa. Jak wszystko idzie zgodnie z planem, człowiek nawet może zapomnieć, że świnki są w domu, bo jest tak cichutko i spokojne w klatce. Taki komfort jednak kosztuje i to sporo i dobrze, by ludzie o tym pamiętali, zanim przyjdzie im do głowy kupić czy zaadoptować takie czy inne zwierzątka. 

Świnkom nie wystarczy raz kupić klatkę i domki za kilkaset euro. Tak, mowa KILKUSET EURO, bo mowa o godnych warunkach życia świnek a nie smutnej wegetacji w ciasnocie i smrodzie. Do tego liczyć się trzeba z tym, że to nie jest zabawka tylko żywa istota potzrebująca codziennie jeść zdrowo i żyć w czystości.  Policzcie se sami: codziennie jedna cykoria i jedna papryka plus kilogramy siana i trocin co miesiąc. U nas to daje kilkadziesiąc euro miesięcznie. To nie są tanie przyjemności, ale to cudowne przyjemności. Kochamy na nie parzeć i do nich gadać. Lubimy sie nimi opiekować i dla nich się starać o jedzenie i dbać o ich otoczenie. Mnie daje to wiele radości, choć czasem jest dosyć męczące, nie będę ukrywać. No ale tak jest ze wszystkim - z macierzyństwem, pracą, małżeństwem, bo nie ma róży bez kolców... To wszystko czyni jednak życie wartościowszym i fajniejszym.


Wróciłam do starej prostej fryzury

Fajnie było sobie pomarzyć o tym, że mogłabym znowu zapuścić włosy. 

Dobrze było przynajmniej  spróbować i zrobić coś szalonego w czasie wakacji, czyli w tym wypadku przehulać półtorej stówy na fryzjera. Praktyczność jednak u mnie dosyć często wygrywa z ideałami, marzeniami i dobrymi postanowieniami...  

Nie ma to jak ulubione trzynaście milimetrów zrobione własnoręcznie maszynką kupioną x lat temu za 15€. 

W dłuższych włosach było mi ładniej wyglądałam jakby młodziej, ale tak jest za to wygodniej.

Wiecie, jak łeb swędzi pod kaskiem, gdy ma się dłuższe włosy? Wiecie, jakie niemiłe w dotyku są kłaki po 2 godzinach w chlorowanej wodzie? Wiecie, że dłuższe   kłaki trzeba codziennie układać i czesać? 

Jednym słowem za dużo kłopotu z tym zapuszczaniem. Odpadam. Tak jest wystarczająco dobrze. Mnie się podoba. Małżonek się już przyzwyczaił, jak mówi. Gra gitara!



Dodentocht, czyli marsz śmierci.

Taka ciekawosta lokalna na koniec. 

Nie dawno odbył się u nas coroczny marsz na 100km. Pierwszy marsz  Dodentocht odbył się w 1970 roku i wystartowało w nim 65 odważnych piechurów, z czego do mety dotarło 47 osób. Rok później udział wzięło już 200 uczestników, a w piątej edycji dobito do 1000. W 25 edycji wystartowało już 5000 chętnych, a w 40tej było ich już ponad 10 tysięcy. W koncu ze wzgledów bezpieczeństwa i logistycznych w roku 2018 ograniczono liczbę uczestników do 13 tysięcy, a rok później te 13 000 biletów rozeszło się w 2 godziny. Do udziału w tym szaleńczym marszu zgłaszają się co roku ludzie z ponad 30 różnych krajów i narodowości i w różnym wieku

W marszu może wziąć udziała każdy, kto w roku marszu kończy 16 lat i ma zezwolenie od lekarza na udział w takim przedsiewzięciu. Marsz zaczyna się wieczorem o 21:00 i uczestnicy mają 24 godziny na przejście całej trasy. Najstraszy uczestnik tegorocznego marszu miał 94 (słownie: dziewięćdziesiąt cztery) lata. Niestety pan przeszedł TYLKO 65 kilometrów i się poddał. Był za wolny i nie dotarł by na czas do nastepnego punktu. Jego syn twierdzi jednak - jak podaje prasa - że to wina ludzi, którzy non stop chcieli se z nim selfie robić... No bo kto by nie chciał selfie z takim wariatem ;-)

Ten marsz odbywa się w naszej okolicy i bywa, że przecinamy jego trasę goniąc za swoimi sprawami. W tym roku spotkałam się z marszem jadąc z Młodym na basen, przez co musieliśmy nieco nadłożyć drogi, gdyż maszerowali naszą trasą… 

W czasie korony marsze się nie odbywały, w zeszłym roku trasa została skrócona przez organizatorów do 65 kilometrów ze względu na falę upałów.

Marsz jest w dużej cześci organizowany przez wolontariuszy, których pracuje przy tym grubo ponad tysiąc. Spora część wolontariuszy jest z Czerwonego Krzyża. Ci opatrują m.in. uczestnikom poranione nogi. 

Ten marsz jest chyba najbatdziej znanym, ale ogólnie marsze to w tym kraju jest jakieś szaleństwo. Maszeruje się z różnych okazji. Swoje marsze organizują różne organizacje i stowarzyszenia. Chodzą dzieci, chodzi młodzież, chodzą emeryci, chodzą kobiety i chodzą mężczyźni, chodzą całe rodziny wiodąc ze sobą dzieci na rowerkach i we wózkach. Podczas ładnej pogody, gdzie by człowiek nie poszedł czy nie pojechał, wczędzie napotyka na maszerujących ludzi w grupach lub w pojedynkę. 

Więcej informacji na temat dodentocht tu: https://www.dodentocht.be

Inne marsze zorganizowane w Belgii znajdziecie tutaj https://www.walkinginbelgium.be/


11 sierpnia 2023

Autyzm i dorosłe życie

Autyzm i dorosłe życie

Dziś doszłam do wniosku, że pandemia do spółki z rakiem wykopały mnie skutecznie z obranego toru i to na wielu płaszczyznach. Jedną z takich ważnych spraw, które utknęły przez to cholerstwo w miejscu, jest akcja poszukiwawcza źródła problemów moich dzieci. 

Taaa, wiem że podstawowym problemem jestem ja i mój genialny pomysł sprowadzenia tych ludzików na świat bez jakiegokolwiek przygotowania... No bo wiecie, zanim taki człowiek zostanie rodzicem, powinien najsampierw dorobić się nie tylko wielkiego domu i jeszcze większego bogactwa, ale powinien też nabyć dokumenty uprawnające do opieki nad każdym nawet najtrudniejszym egzemplarzem materiału na człowieka, czyli być w posiadniu m.in doktoratu z pediatrii, psychologii, pedagokiki, psychiatrii, weterynarii, ekonomii i wielu innych dziedzin. Bez tego jest  specjalistą od robienia głupot, ślepym głupcem eksperymentującym na ludziach...

Żarty żartami, ale moje wyjątkowe pociechy wymagają wyjątkowych umiejętności, wyjątkowego podejścia  i wyjątowej wiedzy, której mnie ciągle brakuje i muszę intensywnie się uczyć i prowadzić badania, szukać, drążyć, co też robię od kilku lat. Dużo już się dowiedziałaam i wiele odkryłam, ale droga przede mną jeszcze daleka, a tu jeszcze na to wysrała się korona a potem rak... Musiałam przerwać prace poszukiwawcze i zająć się sprzątaniem gówna...

Powoli jednak wracamy na tory i bedziemy szukać, aż wszystko wyjaśnimy i zrozumiemy i aż w rezultacie zwiększą się szanse dzieci na pracę, na normalne funkcjonowanie w społeczeństwie i ogólnie, że poprawi się jakość ich życia.

Ten tydzień był bardzo ważny i należy go zapisać WIELKIMI LITERAMI.



Najstarsza zakończyła pracę u tapicera. 

Mogła tam zostać, ale zdecydowała, że nie chce na razie pracować, bo ma dość. Ma ogromne problemy z koncentracją i pamięcią krótkotrwałą, przez co wykonywanie pracy jest uciążliwe, bo co chwilę odpływa i tkwi w takim stanie przez kilkanaście minut czy nawet pół godziny a robota sama się, jak wiadomo, nie robi i potem ma problem z wyrobieniem się na czas. Nie wyrabia się, więc ciagle ją ktoś upomina i o tym fakcie przypomina. Szef i koledzy są niezadowoleni i ona sama jest niezadowolona no i bardzo źle się  z tym czuje. Kto by się nie czuł? Starasz się jak możesz, dajesz z siebie wszystko, ale zwyczajnie nie dajesz rady, bo twój mózg nie współpracuje i płata ci figle. 

Głupia tylko sprawa, że nikt z nas o tym wcześniej nie pomyślał. Znowu zawiodłam się sama na sobie jako matka, bo przecież powinnam zapytać Najstarszej, czy ona chce pracować, a nie tylko co raz to się dopytywać, czy szef jej umowę przedłuży. Bardzo głupie z mojej strony. BARDZO! No i przez to w poniedziałek doznałam szoku, gdy ta wróciła z pracy i oznajmiła, że mogła by zostać, ale nie chce...

Kopara mi opadła i nie mogłam jej podnieść przez kilka godzin, ale na szczęście w końcu walnęłam się w łeb i zaczęłam się nad tym zastanawiać, wypytywać Najstarszą o różne rzeczy i EUREKA udało mi się zriozumieć i to nawet bez większego problemu jej punkt widzenia, a nawet całkowicie przyznać jej rację.

Ze względu na to, że człowiek z autyzmem ma o wiele trudniej (CHOLERNIE TRUDNO!) znaleźć pracę, a już szczególnie w normalnym zakładzie, czyli innym niż zakład pracy chronionej, to ja i Małżonek strasznie się cieszyliśmy z tego, że Najstarsza dostała pracę u tapicera i że dobrze sobie radzi, i  że szef jest nawet zadowolony. I na tym się skupilimy i trzymaliśmy się tego kurczowo nie widząc innych stron...

Nikt nie zapytał Najstarszej, czego ona chce. Pytałam, jak sobie radzi, czy podoba jej się praca, czy jest z niej zadowolona...? Radziła sobie, podobało jej się i była zadowolona. Nie zapytałam jednak, czy ona chce przedłużenia umowy... Niefart.

Jednakowoż uważam, że Najstarsza podjęła bardzo dobrą i bardzo dorosłą decyzję! Co więcej zażądała, by pójść z nią do lekarzy zapytać, czy nie da się coś zrobić w sprawie tych problemów z koncentracją i pamięcią... Wtedy mój mózg wziął ten fakt na warsztat i zaczął nad tym kminić... No i nagle mnie uderzyło, że podstawowym badaniem, jakie powinniśmy zrobić i które już dawno zrobione być powinno (dziw, że nikt z tych wszystkich "znawców" ze szkoły i służby zdrowia o tym nigdy nie pomyślał) to test na ADHD, bo przecież wszystkie objawy, jakie ona ma, to wypisz wymaluj żeńska wersja ADHD (u dziewczyn często nie występuje nadpobudliwość ruchowa), a do tego fakt, że autyzm bardzo często występuje razem z ADHD.

Dziś rozmawiałyśmy z naszą lekarką i zgadza się z moim pomysłem, ale ona nie może takiego testu zrobić, więc musimy iść do psychiatry... No dobra, ale kurde, jakby się okazało, że to faktycznie to i jakby tak mogła dzięki lekom usprawnić swój mózg i nagle zacząć lepiej funkcjonować...? Ileż więcej możliwości by przed nią mogło stanąć... Ech...

Nie ma się jednak co na zapas nakręcać. Trzeba ją zbadać i zobaczyć, co z tego wyniknie. Jak ten pomysł się nie potwierdzi, to będziemy grzebać dalej. 

Kolejnym problemem za jaki zamierzamy się zabrać, jest dziwny nie dawno odkryty problem ze wzrokiem. Dziewczyny przeszukały wspólnie internety i wynalazły coś takiego, co się nazywa visual snow syndrome (śnieg optyczny po polskiemu). Najstarsza mówi bowiem, że widzi niewyraźnie i okulary tego nie poprawiają. Widzi obraz zaśnieżony, jak w starym telewizorze i aureole wokół przedmiotów. Nawet jak zamyka oczy, widzi ten śnieg... Za 2 tygodnie mamy wizytę u okulisty. Miejmy nadzieję, że coś doradzi i zdiagnozuje...

Ruszyliśmy zatem z miejsca, w którym utknęliśmy się na długi czas. Było spokojnie na-na-na-na i nic się nie działo na-na-na-na, ale problemy się same jakoś w ten sposób nie chciały rozwiązać. Ale pora ruszyć dupsko i wziąć się do roboty.


Mamy nowego POLSKIEGO psychiatrę!!!

Młoda też ruszyła i to, rzekłabym, z kopyta. Ona też utknęła ze swoimi problemami na długi czas po tym jak jej fajna psychiatra się rozchorowała i nigdy nie wróciła do pracy, a z nową się nie polubiliśmy, bo nic nie miała do zaoferowania... A mój głupi rak sytuacji nie poprawia...

Tu jest poważny problem z psychiatrami. Po pierwsze nie idzie żadnego znaleźć, a jak już jest, to albo nie przyjmuje nowych pacjentów, albo czas oczekiwania na pierwszą wizytę jest minimum pół roku, a człowiek nie wie, czy jest na co czekać, bo jeszcze może nie kliknąć przecież...

Z pomocą znowu przyszła nam Nasza Nowa Znajoma Eva, której muszę tutaj jeszcze raz oficjalnie gorąco podziękować, co też niniejszym czynię: DZIĘKI Ci, Dobra Kobieto!!!!

Gdyby nie Eva, do głowy by mi nie przyszło, że mieszkając w Belgii i nie mając polskiego zameldowania, można się umówić do psychiatry w Polsce i spotykać się z nim bez opuszczania kraju, a nawet bez wychodzenia z domu przez zwykłego Skype'a, ani tym bardziej bym nie wpadła na to, że lekarz w Polsce może mi wystawić receptę do zrealizowania w Belgii. Ha, nawet nasze lekarka tego nie wiedziała i jak jej o tym dziś napomknęłam, była zdziwiona, ale tak raczej pozytywnie...

A wiecie co było dla mnie największym szokiem? Ano to, że ja w poniedziałek zadzwoniłam do Krakowiku i umówiono mnie do lekarza na czwartek tego samego tygodnia. Jeszcze zbieram szczękę z podłogi! No, na NFZ to pewnie też kilka miesięcy albo i lat tam trza czekać na wizytę... 

A ten pan doktor!? To jakiś wariat jest! Nasza rozmowa (lekarz, Młoda i ja) trwała standardowo zaledwie godzinkę, ale w tym krótkim czasie udało się nie tylko opowiedzieć życie Młodej i wymienić jej wszystkie liczne problemy oraz odpowiedzieć na wiele pytań Pana Doktora, ale też ten zdążył przedstawić dosłownie CAŁĄ LISTĘ pierwszych pomysłów na ruszenie z miejsca. 

No panie, toż to jest szok w trampkach! Co za gość! Młody, przesympatyczny i błyskawicznie myślący... Miałam wrażenie, że znał scenariusz naszej rozmowy, tak szybko analizował sytuację i problemy rzucając pomysłami. Szacun! Młodej aż samo się śmiało i już od tego lepiej się poczuła, bo nagle ktoś znowu dał jej nadzieję na poprawę życia i samopoczucia. No i panie, rzecz oczywista - młody z młodym prędzej się dogada niż jak dwie różne generacje. 

Młoda też dostała test na ADHD, co już było dla mnie lekko zabawne... zaczynam się niemal czuć osaczona przez ADHD. No ale jak się nie zbada to się człowiek nie dowie, czy ma i z tym coś wspólnego...

Poza tym psychiatra zlecił konsultację u dermatologa, neurologa, zaproponował terapię i zmianę antydepresantów. Wszystko podczas zaledwie jednej wizyty. Znowu coś się dzieje, znowu są pomysły do sprawdzania, znowu można ruszyć i działać, i próbować nowych rzeczy. Ja też jestem podekscytowana i pełna nadziei (tak, pamiętam czyja to matka...). Łapiemy wiatr w żagle i zobaczymy, dokąd nas to zaprowadzi.

Gdyby kogo szczegóły interesowały to nasz nowy psychiatrą zostaje dr Chrobak z Centrum Dobrej Terapii w Krakowie  https://www.centrumdobrejterapii.pl/

Na wizytę online umawiałam się telefonicznie. Potem musiałam dokonać opłaty z góry za konsultację w wysokości 330 PLN czyli prawie 83€, odesłać wypełniony formularz i login do Skype. 

Granie, pływanie i netflixowanie

Najmłodszy z Trójcy Nieświętej po prostu cieszy się póki co wakacjami. W tym tygodniu dwa razy odwiedziła go czarnoskóra kumpela i grali na plejaku zaśmiewajac się chwilami do łez.

Zaliczyliśmy też 2 razy basen i Młody znowu poczynił drobne kroki w przekonywaniu wody, by pozwoliła mu unosić się w końcu na powierzchni. Ona jednak jeszcze często ciągnie go na dno bezczelna. Jutro pewnie znowu pojedziemy do miasta. Poza pływaniem odkryliśmy, że basenowa knajpa ma całkiem niezłe żarcie i po pływaniu chodzimy na szamę, co znacznie podwyża koszt nauki pływania, ale pulpety w sosie pomidorowym wydają się jednak lepsze niż jakieś kartonbułki z maka. 




Ponadto wróciliśmy po długiej przerwie do oglądania serialu Good docktor. Niestety ten film jest tylko po angielsku, a mój angielski jest cienki. Jednak jak już obejrzę jeden odcinek, to mój mózg nastraja się w końcu na rozumienie tego języka. Z przełączaniem się pomiędzy polskim a niderlandzkim zresztą mam podobnie - potrzebuję dobrej chwili, by mózg się przestawił na drugi język i z powrotem. Gdy zatem przez dłuższy czas posługuję się niderlandzkim, mam problemy z rozmawianiem z domownikami, bo ładują mi się do pyska niderlandzkie słowa miast polskich. Gupi musk!

Mieliśmy jeszcze iść polować na ptaki w lesie i wszystko inne warte zobaczenia z bliska, bo kupiłam w Lidlu całkiem zacną lornetkę za 25€, ale cholera jasna znowu dzień ma za mało godzin. Mikroskop też się nudzi w szafie, a myślałam że w lecie to tyle rzeczy zoglądamy ze wszystkich stron... Plany planami a życie życiem  ...a kiwi kiwi kiwi.



Dobrze, że telefon zawsze mam przy sobie, to nawet w biegu mogę cykać fotki ciekawym obiektom, fascynującym miejscom, ładnym roślinom i ogólnie dziwić się światu…

Łowy fotograficzne z ostatnich dni.

opuszczone gospodarstwo







dom artysty




skrzynka na listy