28 lutego 2015

Jestem królem świata!

Młody w ostatnich dniach zachowuje się niczym Król Julian ze znanej kreskówki. Z tym, że poza wygłaszaniem różnych śmiesznych kwestii, wszędzie musi być 'piełszy'. Piełszy musi założyć czapkę rano, piełszy kurtkę, piełszy zabrać plecak, piełszy wyjść z domu... ło masakra po prostu... co rano mamy więc kupę ryczenia, bo dziewczyny mają w nosie czyjeś 'piełszeństwa' i wychodzą sobie z domu przed bratem, zakładają buty, kurtki, czapki, plecaki bez ustępowania królowi należytego miejsca, a ten się drze jak głupi jaki. Nakazałam powszechne olewanie jego zachowań, bo na początku się jeszcze głupie małpy z nim przedrzeźniały, to dopiero był cyrk nad cyrkami, raz nawet nie wytrzymałam i klapsa zasadziłam na zad (nawet na chwile go opamiętało, na chwilę...). Wiem jednak z doświadczenia, że wszystkie głupie okresy trzeba po prostu przeczekać. Już czekam chyba 3 tydzień i mam nadzieję, że wnet mu przejdzie, bo nudne się zaczyna robić... piełszy i piełszy.
A kiedyś - padliśmy prawie ze śmiechu - stanął na środku pokoju i ni z gruszki ni pietruszki się udarł "Jestem klólem świata!!!". Dziś mówił, że jest klólem siedząc na nocniku - to rozumiem - tron to tron.
Podejrzewam, że to nagłe poczucie władzy to skutki uboczne urodzin szkolnych. Albowiem jest tu taka przedszkolna tradycja, iż podczas klasowych urodzin solenizant najsampierw wykonuje sobie koronę... Znaczy sam to koloruje - przecie nie można solenizanta gonić do roboty w dzień urodzin. Resztę roboty niestety musi odwalić wychowawczyni, czyli wydrukować, wyciąć, potem posklejać i ozdobić farfoclami z bibuły. Doro oczywiście z kolorowaniem się jak zwykle nie wysilił - dwie kreski machnął i gotowe. W każdym bądź razie potem delikwentowi zakładają na łebek ową koronę i sadzają na tronie. Koronę nosi solenizant oczywiście przez cały dzień, w koronie idzie do domu, dlatego przy odbieraniu dzieci każdy widzi, który przedszkolak danego dnia miał urodziny... Jak się okazuje niektórych królowanie nie opuszcza tak łatwo :-)
Co jeszcze ciekawego mogę rzec o przedszkolnych urodzinach? Ano nasza szkoła ma całkiem sporo różnych zwyczajów. Podobnie jak w Polsce dzieci przynoszą częstokroć jakiś poczęstunek. Z tym, że u nas w przedszkolu (a pewnie i w innych w be) zakazane są cukierki, czekoladki i chipsy. Najpopularniejsze - jak obserwuję po zdjęciach na stronie szkoły - chyba są gofry i naleśniki. Te ostatnie zresztą nie tylko na szkolnych urodzinach są serwowane, w domu też. Wyobrażacie sobie, że na przyjęciu urodzinowym dziecka w pl ktoś podał by tylko naleśniki z brązowym cukrem? Ja sobie wyobrażam jak najbardziej - ale by było gadania... "kto to widzioł, naleśniki to se wchałupie możemy zrobić wysproszajo dzieci a jeść nie dadzo, człowiek prezynty pokupiół, a tym szkoda było, ani torta, ani sałatki, no nic, normalnie nic nie dały ino jakieś naleśniki i to z jakimś burym cukrym... wicie, jakie nasze głodne wróciły?..." :-)
olifant
No ale tutaj to po prostu normalne. Czasem ktoś jednak przyniesie jakieś ciasto, czasem tort, inni kupują np muffinki, inni także szampana dla dzieci. My tradycyjnie po polsku, po naszemu tort. Zgodnie z życzeniem króla był 'olifant', czyli słoń. Omyślałam się nad wnętrzem, które by takim małym dzieciom smakowało. Galaretki odpadają - już się przekonałam, że niektóre tutejsze dzieci mają opory przed jedzeniem tej mało znanej, kolorowej i trzęsącej się rzeczy. Z kokosem też wolałam nie ryzykować, bo na urodzinach dziewczyn podczas zagadek ze smakami się okazało, że niektóre dzieci pierwszy raz próbują wiórek kokosowych i nie są zachwycone smakiem. W końcu przypomniał mi się stary dobry przepis na masę serową z serem robionym z jajek i śmietany i pomysł okazał się trafiony, bo masa wyszła pyszna. Słonik oczywiście z własnoręcznie przygotowanej masy cukrowej i jak znam dzieci, to też smakował wszystkim.
Kolejna tradycja to prezenty. Jak to na urodzinach... Młody dostał od wychowawczyni smartfona- zabawkę i książeczkę (wszyscy chyba dostają kolejno to samo). Z tym że w be w dobrym tonie jest, gdy i solenizant obdaruje kolegów prezentami. Wcześniej dostaliśmy ze szkoły list opisujący tradycje urodzinowe. Wychowawczyni proponowała w nim też zakupienie książki w księgarni jako prezent dla całej klasy zamiast kupowania każdemu osobnego upominku. W księgarni jest specjalne pudełko z nazwiskiem wychowawczyni i nazwą szkoły, która gromadzi w nim książki, jakie mogły by się przydać w przedszkolu. Pani zaznaczała też na koniec, że prezenty w ogóle są nieobowiązkowe. Jednak wybraliśmy opcję z prezentem dla klasy plus tort.. Wybrałam książkę za niecałe 8 euro. Zdecydowanie bardziej ekonomiczna opcja niż prezent dla każdego z ponad 20 dzieci. Dodam tu, że na początku było ich w klasie tylko kilkoro, ale po każdych feriach dochodzą nowe maluchy, które osiągają odpowiedni na przedszkole wiek, czyli 2 i pół roku. Za każdym razem dostajemy wówczas list od wychowawczyni, w którym zawiadamia nas o tym fakcie wymieniając imiona nowych uczniów i podając aktualną liczbę chłopców i dziewczyn. Ta klasa zdecydowanie należy do bab - jest ich kilkanaście, a chłopaków tylko kilku.
A i na koniec jeszcze jeden przefajny zwyczaj. Każda klasa przedszkola ma swoją maskotkę. U naszych bąbli jest to Jules. Dzieci uczą się z nim różnych rzeczy przez cały rok - ubierając go uczą się nazywać czynności i części ubrania, bawią się w lekarza nazywając części ciała Julesa. Jules ma też wiele swoich gadżetów, ma walizkę, plecak, książki, własne łóżko w sali etc etc. A z okazji urodzin każdego dziecka Jules jedzie do niego na weekend. W ten weekend więc nasz synio ma gościa, którym musi się opiekować. Obserwowałam z wielką radością, jak po powrocie ze szkoły w piątek zaraz po wejściu do domu Młody najpierw zdjął swoją kurtkę i zaraz potem rozebrał z kurtki Julesa i powiedział do niego 'zobacz, to mój dom'. Zaraz potem kazał zanieść jego walizkę do swojego pokoju... Tak, Jules przyjechał z walizką (ciężką jak cholera, przez którą bardzo źle mi się na rowerze jechało). Ma w niej piżamę, szczoteczkę do zębów, maskotkę, majty i skarpety oraz pampersy, a także gadżety urodzinowe (korona, girlanda) oraz gry: julesowe memory, domino julesowe i julesowe puzzle. Wieczorem więc Młody przy pomocy sióstr przebrał kolegę w piżamę i razem poszli spać. W nocy tradycyjnie przyszedł do nas (na szczęście bez Julesa, bo to dosyć duża lala), by jak co noc wyspacerować mamusię na dół do kuchni po butlę z kaszą. Rano jednak, po stwierdzeniu, że już nie ma nocy, popędził sprawdzić, co u Julesa? Już chyba każdy grał z nim po kilka razy w każdą grę, od czasu do czasu bawi się z siostrami w tatusiowanie i mamusiowaniu Julesowi. Moim zdaniem, fajny ktoś miał pomysł z tymi odwiedzinami klasowej maskotki. To bardzo sympatyczny zwyczaj. Miłe jest też to, że gdy idzie maluch z taką maskotką, niektórzy rodzice, nauczyciele zaraz pytają, czy miał urodziny? ile ma lat? życzą wszystkiego dobrego... Bardzo fajnie... W poniedziałek oczywiście Jules musi wrócić do szkolnej sali.

22 lutego 2015

troszkę statystyki

W tym miesiącu wyświetlono bloga ponad 1000 razy, tym samym liczba wyświetleń  przekroczyła 10 tysięcy, co pozwalam sobie odnotować w celach statystycznych i orientacyjnych.

Połowa wyświetleń przypada na Polskę, 3 tysiące na Belgię, pozostałe miejsca, z których zaglądano na bloga to Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Niemcy, Rosja, Francja, Holandia, Ukraina oraz Irlandia.

Się okazuje przy tym, że ludzie najczęściej używają firefoxa (40%) i chrome'a (35%) do przeglądania netu - taka ciekawostka :-)




18 lutego 2015

karnawał. ferie wiosenne, urodziny i wycieczka do zoo

strój karnawałowy w tematyce 'średniowiecze'
W zeszły czwartek w przedszkolu odbył się bal karnawałowy. Tym razem zapodano temat 'middeleeuwen', czyli średniowiecze. Wybór kostiumu dla naszego KSIĘCIA był oczywisty :-) Zaprojektowanie też nie stanowiło problemu. Gorzej z wykonaniem, wszak krawiectwo nigdy nie należało do moich ulubionych czynności, podobnie zresztą jak wiele innych tzw kobiecych zajęć. No cóż ja tam umiem sformatować kompa i przeinstalować system, w miarę sprawnie posługuję się nunchaku, nie najgorzej radzę sobie z wiertarką, pędzlem i śrubokrętem. Nie można mieć wszystkiego, c'nie? Z babskich robót jedynie co naprawdę lubię to gotowanie i pieczenie. Prasowania i sprzątania nie znoszę, jednak taki zawód mi teraz przyszło wykonywać, to i musiałam to polubić chcąc nie chcąc. No a szycie? Hm, postanowiłam nie dawno, że też się trzeba wreszcie nauczyć, bo jak nie ja to kto? Jak nie teraz to kiedy? Matka sprezentowała nam dobrą maszynę. W zasadzie to bardziej młodym niż mi, ale wszystkie trzy z niej korzystamy i się uczymy. Okazało się, że Młoda ma wrodzony talent po babci i prababci - uszyła sobie jakąś rybkę maskotkę oraz furby'ego dla koleżanki, a dla rodziców serduszko walentynkowe. Eeextra! Ja zaczęłam się uczyć szycia na firankach i nawet nawet się udało. Strój - jak pewnie widać na załączonym obrazku - może nie jest szczytem krawieckiego mistrzostwa, trochę koślawo obszyty, ale jak na kostium ze starej kiecki i starego obrusa całkiem nieźle się prezentował na naszym królewiczu. Do kompletu wycięłam mieczyk z tektury i ozdobiłam przy pomocy pistoletu na klej i kleju brokatowego, co dało bardzo ładny efekt. Przedszkolaki były fantastycznie poprzebierane. Większość chłopców oczywiście była rycerzami a dziewczynek księżniczkami, ale był też smok, służące, królewicze etc.

Antwerpia


Teraz mamy tydzień ferii wiosennych, czyli krokusowych (krokusvakantie). Znaczy my starzy to mamy wolne tylko od szkoły - jak nie trudno się domyślić - od pracy może innym razem. Tak czy owak jest fajnie, bo nie trzeba co dnia młodzieży do szkoły odholowywać. Młody zadowolony, bo MOŻE pół dnia bawić się z siostrami, one już trochę mniej, bo MUSZĄ bawić się z Młodym. Tak więc grają sobie  w  domino, jengę, domino, memory, jengę, układają puzzle , grają w domino, jengę, memory, domino i tak 5 godzin z przerwami na robienie kanapek, płatków, oglądanie po kawałku tej czy tamtej bajki. Wczoraj byli chwilę na podwórku, ale nie bardzo jest tam co robić o tej porze roku, bo mokro, brudno, błotniście. Jednak te w/w gry i puzzle to fantastyczna sprawa, dobrze że Doro je tak bardzo polubił, bo to bez wątpienia dużo, dużo lepsze niż kilkugodzinne gapienie się w telewizor. Inksza inkszość, że Młody częstokroć strasznie szachrai i ustala własne, niepojęte dla zwykłego śmiertelnika zasady, a od czasu do czasu niektóre co bardziej stresujące elementy gier lądują daleko pod kanapą lub szafą...

Najważniejsze, że Dziewczyny dają sobie z bracholem radę i nawet za bardzo nie narzekają. Inaczej pewnie trzeba by było wysłać całą gromadę do szkoły w dni naszej pracy. Dobrze, w każdym bądź razie, że w be  jest taka ewentualność także na wioskach. Jedna ze szkół podstawowych w gminie organizuje zajęcia dla dzieci z całej gminy w czasie każdych ferii, także tych świątecznych. Dlatego rodzice nie muszą się martwić, gdzie podziać dzieci w wolnym od nauki czasie.Co więcej dzieci raczej nie mogą z tego tytułu czuć się pokrzywdzone, gdyż programy tych zajęć są po prostu fantastyczne. Oprócz standardowych zajęć świetlicowych, gier, zabaw plastycznych czy ruchowych dzieci jeżdżą na basen, łyżwy, paintbal, koncerty, wesołe miasteczka, gotują, szyją, przebierają się, urządzają bale, itede itepe. Programy tych zajęć i cenniki dostajemy zawsze z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Tak, cenniki - niestety nie ma nic za darmo na tym świecie :-) Dniówka kosztuje 6-7 euro/dziecko plus dodatkowe opłaty za wyjazdy tu czy tam. Przy trójce dzieci i korzystaniu codziennym z tej opieki dało by sporą sumkę. Istotnym jest jednak fakt, że na zajęcia te można wysyłać pociechy tylko raz na jakiś czas, nawet tylko przez połowę dnia za połowę ceny. Płaci się specjalną kartą, którą kupujemy w urzędzie gminy. Dodać tu warto, że można potem dostać częściowy zwrot kosztów z ubezpieczenia. Na dzień dzisiejszy jest to bodajże 80 euro na dziecko na rok. Nie zdążyłam się jednak zorientować, jak to się ma do zwrotu kosztów za udział np w obozie sportowym. Podejrzewam jednak, że to może być łączone. A obóz sportowy w tym roku muszą zaliczyć obie nasze dziewczyny, co daje łącznie 300 euro do zapłacenia. Dobrze, że na 3 raty szkoła to rozkłada, to spokojnie można zapłacić, no i dobrze, a nawet wspaniale jest, że poza tym szkoła flamandzka jest póki co (niestety są w rządzie plany ukrócenia tego procederu) jest na prawdę za darmo. Jako się rzekło, uczniowie szkoły podstawowej wszystko od podręcznika i zeszytu, przez wszelakie bajeranckie materiały artystyczne, sprzęt elektroniczny, laptopy po gumkę do mazania i temperówkę mają za darmo ze szkoły. W związku z powyższym zapłacenie dużej faktury za obóz, basen, czy wycieczki nie jest dużym problemem. Pewnie dlatego te rzeczy są obowiązkowe i nikt się nie pyta rodziców, czy pozwolą łaskawie dziecku jechać czy nie.Nie pojedzie, to musi przynieść zwolnienie od lekarza i koniec tematu. No ale chyba to już było....

W tym roku ferie zbiegły się z urodzinami naszych panów.
Mini pingwiniasty torcik dla synka i mężusia :-)

Przeto postanowiliśmy wreszcie zrealizować nasz plan zobaczenia zoo w Antwerpii.Wycieczka ta była wstępnie zapisana w planach grudniowych z okazji urodzin dziewcząt. Jednak w wyniku komplikacji zdrowotnych typu zagipsowany tatuś, zmuszeni zostaliśmy odłożyć realizację na bliżej nieokreślony termin.Wiadomo przecie, że do zoo nie ma sensu jechać, gdy za oknem pada deszcz czy śnieg. Niestety nie udało się wyrobić  z wyjazdem w czasie promocyjnych cen biletów, bo jak nie pogoda do du...szy, to znowu szpital w domu. W końcu jednak w sobotę udało się.


brama zoo

Pogoda była średnio na jeża, ale zwiedzanie "zoa" (jak mówi Młody) uważam za udane. W deszczowe momenty podziwialiśmy po prostu zwierzaki siedzące pod dachem, czyli oceanarium, małpiarnię, ptaszarnię itp. Zoo ma dobre rozmieszczenie, bo wybiegi przeplatają się z krytymi pawilonami, więc nawet nie trzeba za bardzo biec, gdy zacznie padać deszcz - co kawałek jest jakieś schowanko.
Ogród zoologiczny w Antwerpii został otwarty dla zwiedzających w 1943 roku.Z tym, że na początku był dostępny tylko dla bogatych, a biedni tylko z zewnątrz próbowali podglądać. Jest jednym z najbardziej znanych i najstarszych ogrodów na świecie. Powstał on poza miastem, jednak aktualnie znajduje się w samym jego centrum. Sąsiaduje przez ścianę z Dworcem Centralnym, który też jest wartym wspomnienia, gdyż jest to jeden z największych dworców kolejowych w Belgii. Jest nie tylko wielki, ale i piękny.

Dworzec Centralny w Antwerpii
Dworzec Centralny w Antwerpii
 Niestety Dworca nie obejrzałam sobie w środku, bo po wizycie w zoo dzieci były bardzo zmęczone i wygłodzone, a że obiecany był też McDonald, to niemalże biegliśmy do parkingu.Przeto Dworzec zostawiamy sobie na kolejne wycieczki do Antwerpii. Musimy tam zajrzeć turystycznie jeszcze co najmniej parę razy, gdyż chcę zobaczyć też m.in. 800-letni zamek Steen nad rzeką Skaldą i dom Rubensa, który to malarz był się urodził w tym pięknym mieście. No i pospacerować na spokojnie po mieście tez by nie zaszkodziło, bo jest ono fantastyczne. I zoo, i Dworzec, i w ogóle całe miasto ma piękną, ciekawą architekturę - stare wszędzie łączy się z nowym, dwunastowieczne kamienice przeplatają się z nowoczesnymi budynkami.

Młody jest więcej niż zadowolony z tej wycieczki. Mój synek bowiem - jak i reszta mojego potomstwa - jest po mamusi wielkim miłośnikiem wszelakiego żywego stworzenia. W domu ma całą kolekcję plastikowych dinozaurów, masę ukochanych pluszowych zwierzaków, którymi bawi się prawie codziennie, no i sporo książek o zwierzętach. Odkąd temat zoo został podany, nie było tygodnia, by nie pytał choć raz: 'kiedy pojedziemy do tego zoa?'





I w końcu zobaczył na własne oczy, najprawdziwsze pingłiny, dżirafy i olifanty (słonie) - to jego ulubione zwierzątka. Podobał mu się też tygrys i hipopotam. Tyle, że temu ostatniemu było widać tylko uszy i nos z wody, w której siedział, a w zasadzie siedziały, bo było ich kilka, ale tylko jeden pokazał się cokolwiek.

Lwy - ku wielkiemu rozczarowaniu małżonka - niestety w ogóle nie raczyły się nam przedstawić. Chłopaki zaglądali i z jednej i z drugiej strony na wybieg, i nawet na most do góry się wspięli, ale nic z tego - tylko lwie ślady były widoczne na piasku, a samych lwów ani dudu. Może następnym razem...









Dziewczynom zaś najbardziej podobało się oceanarium. Tyle tam przenajdziwniejszych morskich stworzeń, że głowa mała. Kurczę, niektórym to sama się napatrzeć nie mogłam - takie cudaki. Niektóre jakby żywcem z epoki dinozaurów przeniesione. Byłyśmy swego czasu w jakimś polskim nadbałtyckim mini-oceanarium, ale tam - mimo że również ciekawie - nie było takiego wyboru gatunków.

Gdzie jest Nemo?

Jedno, co od pewnego czasu łączy chyba wszystkie oceanaria na świecie  to reakcja na błazenka (amfipriona), czyli pomarańczowo białą rybkę. I tu, i w pl przy akwarium z tymi rybami słyszałam kilka razy: "Nemo!!!" Magia kina :-)
 Z ryb dużym zainteresowaniem i powszechna radochą przy szybie cieszyły się też  piranie. Rybunie te poza śmiesznym piraniowym pyskiem mają łuski o właściwościach  kuli dyskotekowej, co dawało fajne efekty, gdy wpływały na promień światła.Młodzi ludzie narodowości różnej, ale z niebagatelnym poczuciem humoru zatrzymując się przy tym akwarium robili naśladujące miny i mówili: 'disco piranie'.
W sumie w zoo wszystko jest warte zobaczenia, zwłaszcza gdy lubi się przyrodę. Przy każdym wybiegu, każdej klatce można by siedzieć godzinami i patrzeć, podziwiać, obserwować. Na pewno kiedyś tam jeszcze się wybierzemy, bo od nas to praktycznie rzut beretem, jakieś 40 km. Tyle, że ta przyjemność do najtańszych nie należy. Przy naszej rodzinie ze stówą się trzeba pożegnać niestety. Jednak wychodzę z założenia, że to co zobaczymy, doświadczymy, spróbujemy to nasze.

Antwerpia
Wszakże tego typu ulotne rzeczy: doświadczenia, wycieczki, wiedza, widoki, uśmiech dziecka mają dla mnie o wiele większe znaczenie niż tzw dobra materialne. Pewnie, że lubię mieć fajne wygodne gacie, porządny komputer, aparat, rower, bezpieczne auto i  ciepłą, przytulną chatę, bo lubię żyć wygodnie, ale nic z tego nie staje się moim bogiem i celem samym w sobie, a już totalnie mam w nosie czy jest to modne, na topie, czy ludzie to mają. Ja robię zwykle to, na co mam ochotę, a nie to co wypada, czy to co robią inni. Pieniądze podobnie, lubię je mieć, bo mogę za nie kupić wiele przydatnych rzeczy, zobaczyć wiele wspaniałych miejsc, no ale bez żadnych oporów z nimi się rozstaję przy pierwszej nadarzającej się okoliczności. Bez znaczenia tu jest fakt jakimi sposobami te pieniądze się zdobyło, czy to wygrana, czy wynik solidnej pracy... Carpe diem... To jest pewnie główny powód naszych wiecznych problemów finansowych. No cóż, peszek,  żadne z nas nie urodziło się ekonomistą ani biznesmenem, oboje jesteśmy lekkoduchami finansowymi. No i? No i jest gicio czacza a życie jest piękne choć...  brutal and full of zasadzkas sometimes kopas w dupas :-)

wracamy do chałupy




8 lutego 2015

Pierwsza wywiadówka w przedszkolu

Ostatnie dni były zakręcone jak domek ślimaka. Choroba zwykle komplikuje  wszystko. Zwłaszcza, gdy chore jest dziecko. Mniejszych smroli nie da się zostawić w domu samych, ba, nawet wyjście do sraczyka częstokroć kończy się rykiem: "Maaaaamooooo! Gdzie jesteeeeeeś?!! Psyyyytuuuuuul mnieeeeeeeee!!!!" Ech, nawet jak cała familija jest w domu to i tak przecie maluch musi mieć MAMUSIĘ, no bo nikt przecie tak dobrze nie tuli jak mamusia, nikt takiej dobrej  kromki nie przygotuje jak mamusia, tylko mamusia umie umyć 'loski' i wytrzeć po kąpieli, tylko ona może się z dzieckiem bawić, usypiać, czytać, oglądać telewizję, podcierać mu zadek, bo tylko mamusia jest mamusią. Inni są akceptowani tylko, gdy mamusi nie ma i to tylko, gdy dziecko jest zdrowe...
Tymczasem u nas po 2 dniach bezgorączkowych i widocznej poprawie w czwartek powróciło u Młodego 39 stopni.
No i co tu robić z chorym berbeciem, gdy do roboty trzeba iść? Ani do szkoły z gorączką nie wyśle, ani nie ma komu podrzucić. Na szczęście  (dziwne określenie w przypadku choroby) w czwartek Młoda też nadal była chora, więc mogłam rano pójść do roboty. Moje dziewczyny doskonale sobie radzą w opiece nad młodszym braciszkiem,  ale zdrowy braciszek a chory braciszek to dwa różne chłopaczki. Młoda więc co godzinę dzwoniła, by zapytać kiedy wracam i powiedzieć, że Doro płacze i woła mamę, że nie chce pozwolić na mierzenie temperatury, bo tylko mama to może robić, że chce mamę, w końcu że zasnął... uff, informacja z jednej strony dobra, z drugiej strony - gdy wie się, iż on śpi w dzień tylko, jak ma wysoką gorączkę - niepokojąca... a tu do chałupy 10km... na rowerze.
Jak tylko pojawiłam się na horyzoncie od razu przyczepił się do mnie i trzeba było nosić, tulić, bawić jednocześnie próbując skonstruować jakąś szamę. Potem znowu zostawiłam małego drania pod opieką siostry do czasu powrotu taty i popędziłam na pierwszą przedszkolną wywiadówkę.
Może to śmieszne, ale nie mogłam się doczekać tej chwili. Bardzo byłam ciekawa jak radzi sobie ten nasz najmłodszy łobuz.
Wszak na codzień z wychowawczynią widuję się tylko przez kilka sekund przy odbieraniu malca, wtedy się nie rozmawia, bo pani i tak musi mieć oczy dookoła głowy, żeby jej jakiś podopieczny nie zginął w wielgachnym tłumie rodzicowodzieciowym jaki się tworzy po otwarciu bramy. Wychowawcy wyprowadzają po lekcjach wszystkie dzieci na podwórze, a rodzice je stamtąd odbierają, a że mają oni po kilkoro dzieci w różnych klasach, to po otwarciu bramy przez chwilę jest spore zamieszanie - jedni wchodzą, inni wychodzą. Panie przedszkolanki muszą bacznie obserwować tłum i pilnować swoich gromadek i wypuszczać tylko te dzieci, których opiekun dotarł na miejsce. A dzieci jak to dzieci - zobaczy który kurtkę taką jak ma mamusia i już by gnał na przepadłe.
Natomiast rano z wychowawczynią nawet się nie widuję. Jak już pisałam, w Belgii nie łazi się bez potrzeby po szkole, żadna mamunia nie przesiaduje z dzieckiem po pół dnia w sali, jak to w pl bywa często. Tu odprowadzasz dziecko do bramy, gdzie odbiera je jakaś pani (raczej nie wychowawczyni) i szybko się żegnasz (nawet przeciaganie pożegnań nie jest mile widziane). Wszystkie dzieci przebywają na podwórku do dzwonka, potem maszerują gromadami do swoich klas. Chyba, że jest wyjątkowo zimno, wtedy rodzice zaprowadzają swoje pociechy prosto do szkoły. Tak czy owak zwykle nie ma się kontaktu z panią, no chyba, że jakieś szczególne okoliczności tego wymagają. Dlatego wywiadówka (oudercontact) jest tu bardzo ważna. Nie ma tu zebrań zbiorowych, jak w pl, tylko indywidualne spotkania z poszczególnymi rodzicami. Dostajemy ze szkoły zaproszenie na konkretną godzinę i mamy 10 minut na rozmowę z wychowawcą.
Jak poradzi sobie polskojęzyczny 3-latek w niderlandzkojęzycznym  belgijskim przedszkolu? To pytanie zadawaliśmy sobie wielokrotnie, jak pewnie wielu rodziców w podobnej sytuacji. Po 5 miesiącach codziennego dreptania do szkoły wreszcie doczekałam się pełnej odpowiedzi na to pytanie. Mało tego, jestem tą odpowiedzią wręcz zachwycona. Okazuje się bowiem, że Młody radzi sobie doskonale.  Pani mówi, że od pierwszego dnia po ciągle uśmiechniętej mordce Młodego widziała, że on po prostu lubi przedszkole. Chętnie bierze udział we wszystkich zabawach i zajęciach. Co dla mnie najbardziej było ciekawe to język i komunikacja z innymi. Co się okazuje? Że Młody tylko przez pierwsze tygodnie mówił i nazywał rzeczy i czynności po polsku, potem szybko załapał niderlandzkie słówka i teraz w szkole nie używa języka polskiego. Pani mówi, że od dawna nie usłyszała u niego ani jednego polskiego słowa. To jest dla mnie fantastyczne! Wychowawczyni mówi, że opanował bardzo dobrze podstawowe słówka, rozumie i potrafi odpowiedzieć na proste pytania, podobnie jak inne, tutejsze maluchy. Zna kolory, nazwy owoców, zwierząt, czynności. Poza tym - dla mnie nie nowina - ale pani stwierdza, że jest bardzo samodzielny: sam chodzi do toalety, sam zdejmuje i ubiera kurtkę, czapkę, buty. Sam bez instrukcji wypakowuje jedzenie i picie z plecaka do odpowiednich pudeł rano i wkłada puste pojemniki do plecaka po południu - to dużo jak na 3latka? Widocznie tak, skoro ludzie chwalą. Przeto pozwalam sobie być dumna z mojego synka i się tym chwalę publicznie. On z nas wszystkich będzie miał, ma, najłatwiej w tym naszym nowym kraju. Oby tylko z równą chęcią chciał się uczyć za kilka lat, ale tego nikt nie ugadnie. Można mieć tylko nadzieję, że chęć do nauki go nie opuści.
Ciekawe, czy równie dobre wiadomości usłyszę na wywiadówce u starszaków? Ale ta dopiero po feriach wiosennych, a ferie za tydzień.
Po wywiadówce powinnam polecieć jeszcze do swojej szkoły zająć się własną edukacją, jednak mając na uwadze zbliżający się weekend i fakt, że w czwartki akurat nasz lekarz przyjmuje wieczorem bez wcześniejszego umawiania (załatwianie czegokolwiek przez telefon jest dla mnie kłopotliwe nawet po polsku - jakaś bezsensowna bariera psychiczna - a co dopiero po nl) postanowiłam pójść z Młodym. Młoda stwierdziła, że w piątek idzie do szkoły, więc jej nie darłam do doktora, bo w 3 dniach się wyrobiła z chorowaniem (od 4 dnia trzeba mieć zwolnienie od doktora). Niby wiadomo, że epidemia grypy, a tego gówna się nie leczy, jednak u małego to już tydzień z gorączką i wolałam sprawdzić, czy zapalenie oskrzeli lub płuc się nie zaczyna. Jednak doktor nic nie wysłuchał, przepisał tylko syrop na kaszel, z czego i reszta zdechlakow skorzystała... Tata i Młoda jednogłośnie stwierdzili, że ten syrop smakuje jak liście z buraków...  Nie wiem z krowami się stołowali czy co? Znawcy smaków się znaleźli... Młody tam mówi, że 'dobly'. A ja mam nadzieję, że już więcej gorączek nie będzie (odpukać!), bo od tego tygodnia mam zacząć więcej niż 2 dni  pracować.
Cholera jasna, nie sztuka znaleźć robotę,  sztuka pogodzić ją z byciem matką i gospodynią. Zwłaszcza, gdy nie ma jednej osoby, na której pomoc w nagłych wypadkach mogłoby się liczyć...
O, jak wnerwiają mnie ludzie (mam na myśli bardzo konkretne osoby), którzy wiecznie dają wszystkim do zrozumienia, że jak ktoś tylko chce, to może pracować, dzieci to tylko głupia wymówka od roboty. Tzw siedzenie w domu (sprzątanie, pranie, prasowanie, gotowanie,  pilnowanie, odrabianie lekcji, wysłuchiwanie skarg, udzielanie porad na wszelakie tematy, zakupy i inne nicnierobienia) jest karygodnym lenistwem, brakiem szacunku dla czyjejś pracy. Mam na myśli tych hipokrytów, którzy nawet jadąc na zakupy 'muszą' dzieciaka zostawiać u babci. Babcia lub ciocia leci do nich na każde zawołanie piątek świątek czy niedziela. Tatuś i mamusia nie tylko mogą pracować  dzień-noc, mogą też gdzieś wyjść sami we dwoje... Bo ktoś dzieciom ugotuje, przypilnuje, odrobi z nimi lekcje, czyli zastąpi im rodziców, którzy stworzeni zostali zapewne do szczytniejszych rzeczy niż podcieranie dziecięcej pupy.
Jednak nasza bezbabciowa sytuacja ma dobre strony. Przynajmniej nie musimy nikomu być za nic wdzięczni, nie musimy liczyć się z czyimiś opiniami, uwagami, bo mamy to - dosłownie - daleko... :-) A wiadomo, im więcej opinii trzeba brać pod uwagę, tym trudniej podjąć każdą decyzję, a potem jeszcze się z każdej trzeba tłumaczyć. Dobrze jest jak jest...
Choć czasem chciało by się z kimś oprócz męża i dzieci pogadać o różnych mniej lub bardziej ważnych problemach, a nawet o dupie maryny. Takie osoby jak ja nie miewają przyjaciół, za to wszędzie wielu znajomych (traktuję wszystkich z jednaką sympatią bez względu na płeć, kolor skóry czy poglądy, co wyklucza praktycznie posiadanie przyjaciela, którego trzeba by traktować wyjątkowo). Nie zwykłam nadmiernie spoufalać się z ludźmi, nie lubię do nikogo i niczego się zbytnio przywiązywać, więc rzadko kogoś odwiedzam i rzadko zapraszam do siebie.  Uwielbiam natomiast gadać z ludźmi przypadkowo spotykanymi na drodze i tego mi tutaj brakuje. Mimo, że znam tu już wielu sympatycznych ludzi skłonnych do pogawędek, to cholera se pogadać za bardzo nie mogę, bo język mnie ogranicza... Dlatego piszę.  To taka namiastka gadania. Muszę sobie popisać od czasu do czasu, bo szlag by mnie inaczej trafił chyba. Z rodziną z pl rozmawiam raz na jakiś czas - staram się raz w tygodniu włączyć skype i z jednym ludziem pogadać, ale nie zawsze się uda, nie zawsze się chce, bo chyba coraz mniej wspólnych tematów, ileż można gadać o chorej polskiej polityce i pogodzie?
Mam nadzieję, że w końcu opanuję niderlandzki na tyle, by sobie pogadać do woli z sąsiadami, a wtedy przestanę zaśmiecać Internet swoimi śmiesznymi tekstami.

3 lutego 2015

A-psik! oby to był ostatni kich zimy

Od paru tygodni mamy  w be beznadziejną, brzydką, denerwującą, dokuczliwą, fatalną, francowatą, kiepską, lichą, marną, niedobrą, nieładną, nieprzyjemną, obmierzłą, obrzydliwą, ohydną, okropną,  parszywą, paskudną, popieprzoną, przebrzydłą, wredną, wstrętną pogodę.
 Najsamprzód lało, lało i lało... aż lokalne strumyki i rowy przestały mieścić wodę, która rozlewała się na wszystkie strony. Jadąc do karefiura przez kilka km z obu stron drogi mogliśmy podziwiać jeziora powstałe na kilkuhektarowych kukurydziskach, łąkach i temu podobnych użytkach rolnych.Tylko nasz znajomy łabądek i stada dzikich kaczek wydawały się być wręcz zachwycone takim stanem rzeczy. Łabędź wcześniej przeważnie siedział na środku zaoranego pola, co wydawało się nam wielce niewłaściwym miejscem dla tego pięknego, majestatycznego ptaka.W wodzie o wiele lepiej się prezentuje.

Od czasu do czasu trochę to wszystko podmarza i mamy fajową rozbijdupę rano. Tutejsi drogowcy jednak nie dają się łatwo zaskoczyć - nawet tu po wsi zasuwają piaskarki. Zastanawiam się tylko, czy zapieprzając po wsi jak z macochą do piekła posypią więcej jak dwa ziarnka piasku na km, no ale może to nowoczesny sprzęt i działa dobrze właśnie w ten sposób... nie znam się.
Co parę dni zima se przypomni, jaki opad jest właściwy dla tej pory roku i popaprze śniegiem. Czasem nawet rano jest jeszcze biało za oknem. No ale momentami ciężko się zorientować o jaką porę roku chodzi. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu z wieczora po paru dniach gigantycznej piździawicy nagle zaczęło błyskać i grzmieć, a potem dawać ostro gradem... A ten wiatr fiuuu przez tydzień non stop. Cholibka, jak wracam z roboty, przez pół drogi mam  z górki, ale pod wiatr jechało się, jak pod stromą górę i jeszcze oddychać chwilami nie można było do tego - powrót do domu zajmował mi 45 minut zamiast 25. Dobrze, że akurat nic pilnego nie miałam w planach... a jak się zmęczyłam!

Otuchy dodaje mi widok mijanych codziennie po drodze pierwszych kwitnących krzewów i kolorowych krokusów w ogródkach, bo to chyba znak, że wiosna tuż tuż W mojej donicy w ogrodzie tulipany mają już 5 cm wzrostu. To moje pierwsze tulipany w Belgii, więc jeszcze nie wiem, czy ślimaki je jedzą czy nie.
Jedyny pozytyw zimy to brak komarów i ślimaków. Na te pierwsze Młody ma uczulenie - każde ukłucie to okropna opuchlizna i ból (jak po pszczole) i tygodniowe ropienie - fatalna sprawa dla malucha. Te drugie parszywce zeżrą dosłownie wszystko, tylko trawy się nie chwycą. W zeszłym roku opędzlowały mi wszystko, co posadziłam - i koper, i sałatę, i pomidory, a nawet cebulę i szczypiorek. Bratki siałam trzy razy, ale tylko jeden sztuk się ostał w donicy i to podchlany lekko. Doszłam więc do wniosku, że sadzenie i sianie czegokolwiek tutaj nie ma najmniejszego sensu, bo skoro wszystko mam pryskać na ślimaki i zarazy wszelakie, to lepiej kupić gotowe. 

Oprócz wodolubnej zwierzyny z tej durnej aury wielką uciechę mają jeszcze wszelakie obrzydliwe mikroby. Grypa od jakiegoś czasu czuje się doskonale w be, w przeciwieństwie do tych, którzy mieli nieprzyjemność bliższego zapoznania się z tym wirusem. W niektórych klasach grypa położyła do łózka połowę dzieci, nie omija też nauczycieli i rodziców. U nas też po kolei rozkłada wszystkich na łopatki. Najpierw Młody przyniósł katar, choć mu mówiłam, żeby z przedszkola niczego nie brał do domu, się nie posłuchał szczyl jeden. No i musiał poleżeć 3 dni w łóżku z gorączką. Dla niego to tragedia, gdy wszystko przestaje mu działać jak należy. Taki biedny wtedy. Gdy dostanie syrop przeciwgorączkowy, wydaje mu się, ze jest zdrowy i próbuje robić to wszystko, co zwykle - wyjmuje klocki, każe włączać bajkę na małym tizolku, prosi o jedzenie... ale po minucie wlecze się ze spuszczoną głową  z powrotem do łózka. Dziś już jest zdrowy chyba, bo dokazuje za wszystkie dni. Zjadł też pierwszy od 3 dni posiłek - kromkę z szynką i paluszki, i nawet kawałek czekolady na deser. Więc jest nadzieja, że niedługo  zostanie wygoniony do przedszkola.
Najstarsza najodporniejsza w tej rodzinie chorowała jeden dzień, no może półtora - wysoka gorączka, osłabienie - jeden dzień w łóżku, drugi już przy kompie... ale, co tu się dziwić,  w poniedziałek była wycieczka do świątyni czekolady Cote D'or. Myślę, że każdy w takich okolicznościach by pieronem wyzdrowiał.
liczenie łupów po powrocie z Cote D'Or
Druga Młoda leży od wczorajszego wieczora.... znaczy nie całkiem leży, bo jej akurat dostała się wersja premium... z lataniem do kibla. M też dziś był w robocie tylko parę minut, ale ma nadzieję, że jutro wróci do roboty, bo przecie dopiero co półtora miesiąca był na zwolnieniu. Więc siedzi pod kołdrą cały dzień i łykając aspirynę z całych sił stara się wyzdrowieć. Mam nadzieję, że się mu uda. Ja zaś z całych sił staram się NIE zachorować, bo ja nie mam czasu na takie pierdoły jak grypa. 

Życzę wszystkim dużo zdrowia i niekończącej się wiosny w duszy.