28 kwietnia 2014

polski język, polski kościół i moje na te tematy zdanie

Przed świętami udało się wreszcie kupić auto, w związku z czym zdecydowanie łatwiej robi się zakupy. Wreszcie można bez obaw kupić na raz 12l mleka, kilka chlebów, parę kilo mąki i cukru wraz z łatwo gniotącymi się pomidorami, jajcami etc bez kombinowania, jak to wszystko zabrać potem na rower i to tak żeby przejechać te 4-5 km do domu bez zbierania zakupów z drogi hehe. A zdarzało się nie raz wywalić całą paczkę jajec do kosza... o i do tego trzeba było wycierać wszystkie inne sprawunki z jajcowego gluta - sama radość i uciecha :-) Choć przyznam, mój M stał się chyba mistrzem w transporcie rowerowym, bo to przeważnie on woził najwięcej... z tej prostej przyczyny, że mi po załadowaniu Młodego zbyt wiele na rower się nie zmieści. Zresztą Młody tak się kręci na foteliku, że nawet bez zbytniego obładowania ciężko utrzymać równowagę...
W razie deszczowej pogody M będzie mógł wreszcie suchy do pracy dojechać. Każdy kto dojeżdża do roboty rowerem, wie pewnie, że deszcz, śnieg, czy też grad pada głównie o tej godzinie, na którą przypada dojazd lub powrót z pracy :-) Choć znając zmienność belgijskiej aury, podejrzewam, że nie raz widząc rano słońce za oknem i postanawiając jechać rowerem ostatecznie dotrze do pracy mokry, bo belgijska pogoda na prawdę szybko zmienia nastrój... Choć i w pl też się zdarzało...Kurcze przypomniał mi się jeden letni dzień, gdy to wracałam z roboty na rowerze, oczywiście w pl.... Wyjechałam z pracy - słoneczko świeciło, choć nad horyzontem dało się zauważyć lekko szare niebo... Nic to - do domu miałam tylko 4 km, czyli latem 5 minut szybkiej jazdy (zimą trzeba było brać poprawkę na przepychanie się przez zaspy albo zbieranie dupska z gleby na przykład). Pięć minut. W ciągu tych 5 minut było "przelotne oberwanie chmury", czyli jakby ściana lodowatej wody, która pozbawiła mnie niemal tchu w tym upalnym dniu, a gdy dotarłam do domu słońce świeciło jak gdyby nigdy nic a droga praktycznie była sucha, bo nagrzany asfalt bardzo szybko odparował. Jedyne oznaki burzy to fantastyczna tęcza i woda kapiąca z moich włosów i ubrania. Przeżycie niezapomniane - jakby przez wodospad przejechać rowerem :-) Zajebista sprawa - serio.


W święta - dzięki klamotowi mogliśmy pojechać na święta pierwszy raz do polskiego kościoła. Dziewczynom dziwne się wydawało, że w Belgii będzie Msza po polsku. Przez chwilę się dopytywały szeptem czy na prawdę to wszystko Polacy w tym kościele, czy na prawdę będzie ksiądz mówił po polsku itd. Dopiero wieczorem uzmysłowiłam sobie - niby oczywisty fakt - że praktycznie od prawie roku kontakt z językiem polskim mamy raczej znikomy nie licząc oczywiście nas samych. No wiadomo - od czasu do czasu dzwonimy do rodziny, młode piszą czasem z polskimi koleżankami, ale taki kontakt twarzą w twarz z jakąś polskojęzyczną istotą to naprawdę raczej sporadyczny mamy. I mówiąc szczerze, też czuję się wtedy dość dziwnie... gdy nagle rozumiem wszystko, co ktoś mówi i mogę się swobodnie komunikować bez kombinowania jak to czy tamto przekazać korzystając z paru znanych już zwrotów po niderlandzku, pojedynczych wyrazów z innych języków oraz gestów, bo tak właśnie rozmawiam z ludźmi od paru miesięcy... Oj czasem to śmiechu co nie miara jest. Mamy bardzo fajnych i sympatycznych sąsiadów. Ciekawskich i pogadanych - jak to na wiosce. Niektórzy mimo, iż wiedzą, że jeszcze nie mówimy po tutejszemu muszą sobie z nami pogadać... o ile można to nazwać gadaniem... Kiedyś sąsiadka przepraszając co chwila, że nie mówi po angielsku ani po polsku wypytywała o różne rzeczy i mnie, i dzieci. My zaś przepraszałyśmy za nasz słaby niderlandzki próbując na około tłumaczyć proste rzeczy... ogólnie uśmiałyśmy się zdrowo obie z naszej rozmowy. Inna sąsiadka z kolei przysłuchując się kiedyś mojej i męża rozmowie, powiedziała, że teraz już rozumie jak się czujemy słuchając rozmów Belgów :-)
Najważniejsze jednak, że zarówno ja jak i dziewczyny już coraz więcej rozumiemy i coraz więcej możemy powiedzieć w tym języku. Przynajmniej już z grubsza wiem, o co kumuś chodzi, czasem wielu rzeczy się można domyślić. No z odpowiadaniem jest o wiele trudniej. W każdym bądź razie odpowiadaniem poprawnym gramatycznie i fonetycznie. Bo "tak" lub "nie" to jeszcze daję radę ;-)

Tak się czasem zastanawiam, czy za jakieś załóżmy 5 lat, gdy już będziemy wszyscy mówić w miarę dobrze po niderlandzku, czy będziemy czuli potrzebę kontaktu z językiem polskim? Niektórzy mówią, że za granicą najbardziej brakuje im języka polskiego, kontaktu z Polakami itp.... ale to niektórzy.
 Jeszcze w Polsce zdarzyło mi się od czasu do czasu rozmawiać z rodzicami dzieci, które wyjechały z pl... Te dzieci nauczywszy się języka swojego nowego kraju, w domu już nie chciały rozmawiać po polsku. To obciach przecie mówić w jakimś "dziwnym" języku. Nikt nie chce się wyróżniać wśród rówieśników dziwnościami przecież. Z czego wnioskuję, że jest duże prawdopodobieństwo, iż  podobnie będzie w przypadku naszych dzieci. Powiem więcej - czekam na ten moment, bo to będzie znaczyło, że podstawową naukę języka mają za sobą. Teraz od czasu do czasu zauważam wplatywanie pojedynczych wyrazów i zwrotów do ich rozmów - to wg mnie jakiś krok naprzód. Ja co jakiś czas pytam je, jak to czy tamto będzie po niderlandzku zarówno po to by sprawdzić jak sobie radzą, jak i po to by się dowiedzieć - tak się uczymy wzajemnie po trochu. I w tym kierunku to pewnie u nas pójdzie. Znaczy: po jednym słówku, po jednym zdaniu powoli zmienimy język na właściwy temu miejscu. Jako że nie ma w tej okolicy wielu Polaków, wśród znajomych (szkoła, sąsiedzi, praca) wszyscy mówią po niderlandzku, to myślę, że nie będzie potrzeby trzymać się polskiego w domu.
Jak mówi znajoma - po polsku się rozmawia , jak się nie chce być rozumianym w danej chwili przez pozostałych :-) No oczywiście - jasna sprawa - kontakt z rodziną czy ewentualnymi znajomymi z pl bez wątpienia będzie się odbywał w języku polskim, bo nie ma innej opcji :-)

Ale czy będę potrzebować kontaktu z językiem polskim dla samego języka? Wątpię, ale czas pokaże. Jak na dzień dzisiejszy potrzebuję od czasu do czasu pogadać po polsku, dla samego pogadania sobie a nie z tęsknoty za pl jako tako. Pisanie tego bloga też daje możliwość wygadania się, bez względu na to czy ktoś to będzie czytał czy nie. Choć nie przeczę, że miło mi jak ktoś zajrzy tu.

No cóż ja zawsze odkąd pamiętam dobrze się czułam w każdym miejscu, w którym dane mi było przebywać. Taką już mam naturę. Znam wielu ludzi, którzy po przeprowadzce nawet tymczasowej mają problemy z zaśnięciem wieczorami, źle czują się co najmniej przez pierwsze dni w nowym miejscu, niektórzy mają nawet problemy z załatwianiem potrzeb fizjologicznych poza domem. Ja zaś jestem typem wędrowca - dla mnie dom jest tam gdzie ja jestem - pod warunkiem, że jesteśmy razem całą piątką.
kościół w Opdorp (nie polski)

Wrócę jeszcze do tematu polskiego kościoła. Zawiodłam się. Zdaje się znowu miałam zbyt wielkie oczekiwania od społeczności polskiej... Tak jakoś ubzdurałam sobie i wręcz jako oczywiste mi się wydało, że poczuję tę moc prawdziwej Wspólnoty przez duże "W". Łudziłam się, że Kościół jednoczy polskich katolików i że poczuję iż w tym jednym miejscu spotykają się ludzie tej samej wiary, tej samej narodowości, że przynajmniej na okazję świąt przypomną sobie, że są jedną rodziną i zakopią topór wojenny... Ech znowu się pomyliłam co do Polaków, znowu się zawiodłam.... Co to za wspólnota, gdzie nawet ręki jeden drugiemu nie podaje, gdzie nawet uśmiechem jeden drugiego nie obdarzy ledwie z musu głowę lekko skręci na nakazane przez księdza przekazanie znaku pokoju. Może akurat w złym miejscu usiadłam, może akurat zupełnie przypadkiem w takim ponurym zapatrzonym w siebie otoczeniu siedziałam... choć wątpię. A tak czekałam na tą pierwszą polską Mszę...
Może nie jestem wzorową katoliczką. Ojtam, nawet na pewno nie jestem, zbyt pokrętne zdanie na wiele tematów mam. Potrzebuję jednak od czasu do czasu pójść do kościoła, od czasu do czasu uczestniczyć we Mszy Świętej... Chodziłam na belgijskie Msze i powiem, że w belgijskich kościołach właśnie czuje się pełną moc Wspólnoty. Wyraźnie daje się odczuć, że w czasie tej godziny ci wszyscy obcy sobie ludzie stają się jednością, łączą się na wspólnym przeżywaniu Eucharystii, a wydaje mi się, że po to właśnie chodzi się do Kościoła na Mszę, by poczuć więź z innymi katolikami, przynajmniej ja tak to widzę. Każdy sam to może się przed krzyżem w domowym zaciszu modlić, myśleć... To moje poczucie jedności z wizyt w belgijskich kościołach podobne jest do moich wspomnień z wizyt w Częstochowie, Licheniu, Kalwarii - za każdym razem niezapomniane przeżycie właśnie poprzez tę więź między tymi wszystkimi ludźmi. Jednakowoż w kościółku w moim polskim mieście, gdzie chodziłam przez ostatnie 4 lata, też atmosfera Mszy świętej była fantastyczna. Może nawet dlatego wróciłam do Kościoła po wielu latach nieobecności, może dlatego cieszyłam się, że dziewczynki idą do I Komunii, może dlatego zdecydowałam się tym razem na ślub kościelny, może dlatego z radością przyniosłam syna do Chrztu... Tak, uważam, że atmosfera w kościołach ma duże znaczenie dla życia każdego chrześcijanina. Zresztą stwierdzam nie po raz pierwszy, że jak ktoś ma chodzić do kościoła, żeby zrobić przyjemność mamusi, babci, żeby sąsiadka nie gadała, bo mąż idzie itd to lepiej, żeby nie szedł...
 I jeszcze jedno, co mnie wręcz irytowało przez całą mszę, to ryczące bez ustanku dzieci. Koszmar po prostu. Nie mówię, tu żeby nie zabierać dzieci do kościoła - wprost przeciwnie, ale moim nader skromnym zdaniem, jeśli pozwoli się im na swobodne wędrówki wzdłuż kościoła, zabawę misiem czy autkiem, popijanie soczku czy chrupanie paluszków to każdy jest zadowolony. Mówię tu oczywiście o maluchach, nie 10 letnich koniach :-) Dla mnie chore, CHORE! jest trzymanie dziecka siłą w ramionach, potrząsanie nim jak znienawidzoną kukiełką... jakie to zachowania obserwowałam w tym brukselskim polskim kościele. Pomijając już kwestie etyczne... to dziecko drze się wniebogłosy, przez co ani ten tatuś czy ta mamusia,  ani też ludzie w najbliższym otoczeniu nie wiedzą kompletnie nic ze mszy. Czy nie można po prostu wyjść z tym dzieckiem chociażby na chwilę na zewnątrz, porozmawiać z nim, pocieszyć, przewietrzyć? Dziecko czasem tego właśnie potrzebuje. A takie prowadzenie dzieciaka siłą do kościoła zrobi z niego katolika, o taaak, bez wątpienia. Takiego samego jak ten tatuś czy mamusia, który przez całe życie chodzi do kościoła, bo kazali, bo tak wypada zamiast z potrzeby duszy...

Chodziłam w pl na msze dla dzieci, podczas których dzieci szarpały księdza za sutannę, zaczepiały ministrantów rozdawały zabawki po całym kościele i powiem Wam, że poza wywoływaniem uśmiechu na ludzkich twarzach nic złego się nikomu nie stało.

Oczywiście to jest moje zdanie na ten temat.

Z czasem wybiorę się na polskie msze do innych kościołów, może w którymś z najdę, to co bym chciała znaleźć. Na pewno przez to nic nie stracę, bo  każdy kościół jest interesujący jako budowla, a ludzie są tylko ludźmi i mają swoje lepsze i gorsze strony. Tylko jakoś tak w swoich rodakach zbyt wiele tych złych ostatnio dostrzegam. No cóż wcześniej nie miałam żadnego punktu odniesienia - teraz mam...




24 kwietnia 2014

zasiłek rodzinny: kto się pierwszy znudzi - my czy urząd?

Napiszę jeszcze o naszych dalszych kłopotach z rodzinnym belgijskim. Jak się domyślacie, nie dostaliśmy obiecanych na 15 kwietnia pieniędzy, bo się okazało, mimo wcześniejszych zapewnień, że brakuje pewnych dokumentów, a do tego formularz z banku był źle wypełniony, a i jeszcze przy okazji wyszło, że data ślubu naszego się nie zgadza o ponad trzy lata. To ostanie było - delikatnie mówiąc - zaskakujące, gdyż data jakas z kosmosu u nich widnieje, nie zgadza się ani rok, ani dzień, ani miesiąc, odwrotność też nie pasuje. Przeto musimy dosłać akt małżeństwa. Istotne, że tym razem to pani z urzędu sama zadzwoniła, że są problemy - to już coś. Szkoda tylko, że nie zorientowała się parę miesięcy temu, np gdy co jakiś czas pytaliśmy czy wszystko gra w dossier. Hm błędnie wypełniony formularz dot konta bankowego? Nie wiem, co tam mogło być nie tak. Oni przysłali formularze, bank wypełnił... Teraz pani mówi, że wysłali do banku i czekają na zwrot z korektą, no to i my czekamy.

Pani też raczyła poinformować po...zaraz..... 10 miesiącach, że dostaniemy też pieniążki za okres sprzed zameldowania czyli od czerwca, jeśli udowodnimy w jakiś sposób, że od tego czasu przebywamy w Belgii. Powiedziała, że można to zrobić w następujący sposób: 1) zaświadczenie ze szkoły w Brukseli (dziewczyny były zapisywane w lipcu - to już coś), 2) zaświadczenie z mutuela (ubezpieczenie), 3) oświadczenie dwóch świadków nie będących rodziną na formularzu, który mają przysłać i który trzeba potem podbić w gminie, 4) przyda się też dokument o pierwszej  rejestracji mnie i syna w Brukseli, bo najtrudniej udowodnić właśnie syna pobyt od czerwca, gdyż nie chodził do szkoły. Piszę, co jest potrzebne, bo może komuś przypadkiem się przyda. Nie wierzę bowiem, że wszyscy są tak obcykani w belgijskich i polskich prawach, jak próbują mi wmówić co "mądrzejsi" przypadkowi czytelnicy tego bloga (często siedzący na dupie w polszy i udający mądrzejszych niż są w rzeczywistości albo przebywający w be w celach turystycznych lub pracujący na czarno).

Pani napomknęła też, że jeśli faktycznie ślub braliśmy 4 lata temu (a jestem tego więcej niż pewna hehe) to możliwe, że należą nam się pieniądze od momentu rozpoczęcia pracy przez męża tutaj. Tu jak mniemam istotne znaczenie będą mieć dokumenty z pl, a to już może być problem, bo tam jest taki sam burdel a na dodatek trzeba by tam jechać osobiście wyjaśniać, bo telefonu nie odbierają - to raz, a dwa - i tak nic sie nie załatwi ani przez tel ani prze e-mail, a zwykłą korespondencję to oni mogą czytać 6 miesięcy a następne 6 na nią odpowiadać. Tak czy owak tym ostatnim problemem można się zająć, gdy wpierw wyjaśni się sprawy bieżących wypłat i zaczną płacić po ludzku.

Ktoś się może dziwi, co ja tak przeżywam to rodzinne? Drugi powie, idź babo do roboty, a nie czekaj na mannę z nieba! Tym wszystkim odpowiadam: do roboty i owszem wybiorę się jak tylko nadejdzie odpowiedni moment. Nie zamierzam bowiem do końca życia być kurą domową (zresztą jestem nią dopiero od 4 lat) Choć to bardzo odpowiedzialne i absorbujące zajęcie wbrew powszechnej opinii, jedna raczej mało płatne ;-) Zresztą nie ma to jak własne zarobione pieniążki. Jednak - jak każdy - i moja rodzina ma swoje priorytety. U nas pieniądze są dopiero po zdrowiu i szczęściu rodzinnym... nie będę jednak wyjaśniać jak się to ma do mojej ewentualnej pracy, bo to nasze bardzo osobiste sprawy i sorry ale Wam nic do tego ;-)

Zaś na pierwsze pytanie odpowiem pytaniem, a czy Wy Drodzy Czytelnicy mojego bloga, będąc nawet dość zamożnymi ludźmi przeszlibyście obojętnie koło paru tysięcy euro, które prawnie by się Wam należały od państwa?! Bo na dzień dzisiejszy o taką kwotę tu się rozchodzi, nie o jakieś śmieszne polskie 50 złotych :-)


różne takie przemyślenia

 Ludzie czasem piszą do mnie, zarzucając mi pisanie nieprawdy o Polsce, jak choćby ostatnio ktoś sie burzył, że u niego w okolicy jest bardzo czysto, ludzie sprzątają i ten ktoś wyraźnie poczuł się urażony, że ja tak na tą Polskę narzekam,  w domyśle - kłamię. A przecie wyraźnie napisałam, że mówię o miejscowościach, które znam bardzo dobrze, w których mieszkałam i obserwowałam ich funkcjonowanie przez lata, nie o Krakowiku, nie o Warszawce, czy innym tam zadupiu górnym...
belgijskie kasztany ;-)

 Ja się bardzo cieszę dostając cynk o pozytywnych stronach pl, sama parę rzeczy mogłabym wymienić, które podobają mi się w tym kraju (zresztą czasem zdarza mi się o czymś napomknnąć), ale póki co zachwycam się urokami Belgii, bo teraz to jest mój dom i mam nadzieję, że Belgia będzie tym domem przez najbliższe lata a może nawet do końca życia. 

Nie chcę wracać do pl i jakoś na razie nie tęsknię za tym krajem. Ale dobrze, że są miejsca w pl, gdzie dobrze się żyje, gdzie panuje porządek, gdzie ludzie są mili, gdzie jest praca, a co za tym idzie pieniądze na życie.
Wymieniony już dziś przeze mnie Kraków wydaje mi się właśnie do takich miejsc należy i jeszcze kilka innych miejsc, które dane mi było poznać. Nie zmienia to jednak faktu, że w wielu rejonach pl praktycznie się nie da żyć, a co najwyżej egzystować, próbować przetrwać. Jeśli by tak nie było, to z jakiego powodu w wielu znanych mi wsiach praktycznie nie spotka się moich rówieśników, dlaczego co 3 dom (częstokroć bardzo piękny) stoi pusty od lat, bo kto tylko ma okazję ucieka za granicę z całą rodziną? Czy ludzie tułali by się po świecie, gdyby mogli zarobić na siebie w Pl. 

Jestem pewna, że wiele osób nie mających dzieci na utrzymaniu albo też rodziców (z emeryturą 700zeta na miesiąc, gdy na same leki potrzebują 500) może sobie nieźle funkcjonować nawet w tych gorszych regionach. Mój mąż, dopóki mu nie obmierzło samotne życie, całkiem nieźle sobie żył, ja nie mając dzieci też byłam w stanie w miarę normalnie funkcjonować mimo niewielkich zarobków. 
Jednak o ile dorosły może "przechodzić" chorobę, jeść chińskie zupki, chodzić 5 lat w jednych butach, w jednej koszuli, tak w przypadku dzieci niestety trzeba wykupić leki, zapewnić w miarę zdrowe jedzenie i kupować co chwila nowe rzeczy do ubrania, bo dziecko rośnie bardzo szybko. No i przede wszystkim dziecię musi mieć opiekę, więc albo rodzic siedzi w domu albo musi płacić za przedszkole czy nianię. Przy zarobkach 1000zl/mc raczej nie wystarczy na opiekę, a siedzenie w domu pozbawia tego tysiąca i tu właśnie zaczynają się schody...

A dlaczego jedni tęsknią za Polską a inni nie? Dlaczego jedni cieszą się, że sa Polakami a inni tylko negatywy takiego stanu rzeczy odnajdują? Ktoś próbuje mi wmówić, że negatywne postrzeganie swojego kraju to kwestia braku należytego wykształcenia oraz wychowania, no w moim przypadku to by się zgadzało, bo ani wykształcona nie jestem a i dobrego wychowania, też jak widać, mi brakuje, słoma z butów wystaje itede itepe. 

Jednak dla mnie oczywiste się wydaje, że ludziom którym w miarę się wiodło w pl, nie mieli za wiele problemów ze zdrowiem, pracą, rodziną , a  mają w pl gromady przyjaciół, ulubione restauracje czy inne takietam tentegesy, to bez wątpienia wyjeżdżając będą tęsknić, pamietając same dobre momenty i miejsca, będą o nich z czułością mówić itd.

 Jednak, gdy ktoś w borykał się wciąż z jakimiś problemami, typu brak pracy, brak pieniędzy, problemy zdrowotne, rodzinne (najczęściej ze sobą powiązanymi) co zazwyczaj wiąże się z koniecznością bliższego zapoznania się z polską opieka medyczną, sądownictwem, komornikami, urzędami wszelakimi to raczej nie ma za dobrych wspomnień. A znając pewne instytucje od podszewki, może coś o nich powiedzieć i częstokroć się okazuje, że nie jest to nic dobrego. 

Ja miałam okazję zapoznać się bliżej z większością polskich ważniejszych instytucji i z każdej mam jakieś niefajne doświadczenia. 
Szpital, gdzie tylko cudem przeżyłyśmy z córką, bo były święta i trzeba było czekać całą noc na przyjście lekarza, który potrafi posługiwać się skalpelem i nie musi sie dowiadywać od pielęgniarki, jakie leki są potrzebne w danej sytuacji.

Sądy i sprawy rodzinne ciągnące się latami, gdy potrzebna jest pilna decyzja... 

Szkoła, w której liczy się tylko kilkoro lepszych dzieci, a reszta niech się goni... I ta od dupy strony robiona reforma edukacji... czy to jest normalne, żeby rodzice musieli udowadniać, że jej założenia są niewykonalne i szkodliwe zarówno dla dzieci jak i samorządów? ...zbierałam podpisy, występowałam w lokalnej telewizji... i cieszę się, że nasze działania cokolwiek dały... Teraz przyglądam się z daleka dalszym poczynaniom rządu nie tylko w tej dziedzinie i włos się jeży... a czasem scyzoryk w kieszeni otwiera... 

A z drugiej strony masowe likwidacje szkół, na których miejsce buduje się kolejne remizy strażackie i szatnie dla piłkarzy, gdzie głównie się imprezuje przy alkoholu lejącym się strumieniami.

Pieniądze pozyskane z Unijnych dotacji wydawane bez opamiętania na zabawę...  

A polskie instytucje pomocy społecznych, z którymi wiecznie trzeba walczyć, często sądownie, o każdą należną prawnie złotówkę, które prędzej odbiorą dzieci rodzicom niż dadzą choćby złotówkę, by pomóc rodzinie w przejściowym kłopocie wynikającym niejednokrotnie z powodu choroby czy śmierci...

Pośrednictwo pracy, które w niektórvch regionach Polski istnieje tylko by istnieć, bo komu można znaleźć pracę, gdy w promieniu 100 km jest 2 zakłady pracy na krzyż a tysiące bezrobotnych.

Sport - wszystkie pieniądze na piłkę nożną, gdzie wyniki są gorsze niż złe, a kluby mające co roku poważne osiągnięcia na poziomie światowym (w jednym takim byłam w zarządzie) nie dostają nic.

To są czarne strony polskiej rzeczywistości, z którymi miałam pecha się zapoznać bardzo blisko. Co nie zmienia faktu, że doświadczyłam też i widziałam wiele pozytywnych stron. Wiem doskonale, że w Polsce są fantastyczne szkoły, które mimo chorego systemu edukacji doskonale sobie radzą. Z takimi też miałam kontakt. Nawet w tej szkole, która ogólnie budzi wiele moich zastrzeżeń działo się wiele dobrego. Tak czy owak - jeśli wolno mi wyrazić opinię - jak na dzień dzisiejszy o wiele bardziej podoba mi się szkoła w Belgii. Głównie w kwestii organizacyjnej - że tak powiem. Jak już wspominałam, fakt, że dzieci siedzą w szkole 7 godzin dziennie ma wg mnie same pozytywy: Po pierwsze - rodzic może iść do pracy bez płacenia za dodatkową opiekę nad dzieckiem. Po drugie - szkoła jest w stanie na spokojnie zrealizować program bez większej pomocy rodziców. Tu dodam, że w Polsce ja musiałam spędzać z dziećmi około 2-4 godziny dziennie przy odrabianiu lekcji, żeby sobie dawały radę, choć raczej w miarę inteligentne są. Po trzecie - nauczyciel ma normalny dzień pracy a nie 4 godzinny jak w Pl. Tak tak wiem, polonista poprawia zeszyty i prace klasowe, no, matematyk, historyk załóżmy też, przedszkolanka przygotowuje ciekawe zajęcia na następny dzień, ale wuefista czy muzyk? Nie mam nic do nauczycieli, wprost przeciwnie, ale zawsze wkurzało mnie, że ja zarabiając mniej, siedzę w robocie 8 godzin a koleżanka nauczycielka połowę tego czasu. Doskonale wiem, że praca nauczyciela to lekka nie jest, ale myślę że i nauczyciel znalazł by pozytywy dłuższego pobytu w szkole. Nie trza gonić z materiałem, wiele rzeczy można zrobić w szkole, a do domciu iść tylko odpoczywać - jak to w każdym zawodzie. Lecz to tylko moja teoria nie poparta doświadczeniem, więc rozumiem, ze wielu się ze mną nie zgodzi.

Jeśli chodzi o dotacje z UE to także pamiętam wiele pozytywnych i potrzebnych rzeczy powstałych dzięki pieniądzom z Unii.

Jeśli chodzi o sądy, pomoc społeczną i wiele innych instytucji, to zarówno w Pl jak i w Be przeraża w nich koszmarna biurokracja i jeden wielki bałagan oraz idąca za tymi urzędnicza bezduszność.




 













7 kwietnia 2014

zaczęły się ferie

Właśnie zaczęły się ferie i trzeba coś porobić z Młodymi...

A już kurde miałam nadzieję, że dostaniemy te pieniążki i na feriach pojeździmy trochę po sklepach, żeby Młodzieży kupić jakiegoś odzienia, bo ciepło się zrobiło i się okazuje, że co jedna koszulka czy portki to jakby za krótkie i za ciasne hehe. Kurde a trampki kupione niecały miesiąc temu nie mają już połowy podeszwy, a mieliśmy nadzieję, że za 60 euro to trochę więcej wytrzymają. No ale peszek, nie wytrzymały.

A rodzinne, które ostatnio obiecywane było "do końca marca" wg ostatnich informacji ma być wypłacone "w kwietniu". Tym razem jednak pani skonkretyzowała, że nasze dokumenty są w grupie przeznaczonej do wypłaty w dniu 15 kwietnia... Tylko ciekawe którego roku?
Zabawni są ludzie w tych wszystkich urzędach.Bardzo zabawni.

Dobrze, że choć pogoda wreszcie dopisuje co dzień. Zwiedzamy więc sobie coraz to dalszą okolicę na rowerach. W weekendy jeździmy często wszyscy. W tygodniu przeważnie jeżdżę tylko ja z Młodym. W środy dołącza Młoda (jedna, bo druga woli pośmigać na rolkach albo połazić na butach - pewnie dlatego ma takie podeszwy starte hehe) Przejeżdżam codziennie około 20-25 km. Za każdym razem wynajduję w okolicy jakieś fantastyczne miejsca, oryginalne domy, ciekawie zaprojektowane ogródki, kawałki prawie dzikiej przyrody. Wszędzie, gdzie się nie ruszę, widzę nienaganny porządek wokół domów, na ulicach, polnych drogach, w lasach... i się zastanawiam, kiedy  w Polsce ludzie dorosną do tego etapu? Czy jest to w ogóle możliwe? Czy w Polsce nastanie taki dzień, że ludzie zaczną po sobie sprzątać? W mojej rodzinnej wsi idąc nad rzekę, do lasu, nad staw widzi się tylko i wyłącznie sterty śmierdzących pampersów, butelek, pudełek i wszelakiego innego gówna...

 Na uliczkach widzę codziennie kilku czy też kilkunastoosobowe grupy rowerzystów i pieszych. Od czasu do czasu przyuważam, że ktoś popija wodę, inny coś podjada, ale nawet w najbardziej uczęszczanych miejscach rzadko można znaleźć jakiś porzucony śmieć.O ile w Brukseli ten fakt można było wyjaśnić dużą aktywnością służb sprzątających, tak tu na wsi jeszcze nie widziałam żadnej zorganizowanej akcji sprzątania. Nie licząc śmieciarek przyjeżdżających po worki. Każdy ogarnia chodnik i ulicę przed swoją chałupą ot co.


 Inna pozytywna rzecz, to mimo, że coraz mniej osób chodzi do kościoła i w ogóle coraz mniej ludzi religijnych, takie np kapliczki przydrożne, czy kościółki są zadbane, czyste i nikt ich nie niszczy, jak chociażby w Polsce, tak rzekomo katolickim i religijnym kraju...



 .
W okolicy niektóre domy wyglądają jakby z jakiejś bajki przeniesione



A weźmy taką ścieżkę rowerową w okolicy torów kolejowych. Czy możliwe było by spotkać taką w Polsce, której nie wyściełały by papiery, potłuczone flaszki z wódki czy piwa? Nie sądzę. Nie wspomnę już nawet, że byłaby pewnie obesrana przez psy i ludzi na całej długości.

Ktoś się pewnie zaraz przyczepi, że źle piszę o Polsce... Ale czy jest inaczej, niż mówię? Czy Polacy dbają o swoje otoczenie? Niektórzy na pewno, ale w  każdej miejscowości by takich na palcach jednej ręki pewnie policzył...
Podobają mi się też miejsca, gdzie przyroda rządzi. Takie np bagienka - żaby, kaczuchy, krzaczki i inne rośliny a wokół normalne wiejskie zorganizowane ludzkie życie, gospodarstwa, drogi, traktory, auta etc. Mimo,że teren nie ogrodzony drutem kolczastym pod napięciem (w ogóle nie ogrodzony!) nie zobaczysz tam jednego śmiecia, ani flaszki, ani starej pralki... Można? Można!







dom pod strzechą - popularne w okolicy








dachówka ze wszystkich stron






uroczy domek w Buggenhout (koło kościoła)
Te wszystkie domki znajdują się w naszej okolicy, czyli Flandria Wschodnia i Brabancja Flamandzka :-)