21 września 2019

Wrzesień i co dalej?

Wakacje dawno minęły. Pora zatem zapisać kolejną kartkę w pamiętniku.

Ten wrzesień rozpoczął się dość nerwowo i tak trwa sobie przynosząc kolejne dni pełne niepewności, pytań bez odpowiedzi, oczekiwania na niewiadomoco, szukania nowych pomysłów i rozwiązań...

Szpital Uniwersytecki w Brukseli
Zakończyły się badania Najstarszej w Szpitalu Uniwersyteckim, które kosztowały ponad 2 tysiące euro, ale nie zakończyły się konkretną diagnozą. Może spektrum autyzmu, może jakaś psychoza, a może coś neurologicznego... Czyli wiemy tyle samo, co przed badaniami. Spoko. Czekamy zatem na wizytę u neurologa.Wielce prawdopodonie zdecydujemy się na sześciotygodniowy pobyt Córki w szpitalu na obserwacji. Jednak to nie jest takie hop siup. Nie mamy póki co pojęcia, jakie są koszty takiego pobytu i ile ewentualnie można dostać zwrotu z ubezpieczenia i czy będzie nas stać na to. Poza tym jest bardzo długa lista oczekujących i oczekiwanie na przyjęcie do szpitala trwać może nawet pół roku... Teraz czekamy na pierwszą z dwóch wizyt wprowadzających, by poznać wszystkie możliwe szczegóły.

Postanowiliśmy też w końcu poddać tym samym, czy tam podobnym badaniom Drugie Dziecko, bo bez konkretnej diagnozy nie ruszymy z miejsca i za cholerę nie uda się pokonać depresji ani skończyć szkoły. Nie da się też normalnie żyć.

Na dzień dzisiejszy jest niecukierkowo - nadwrażliwość połączona z nawracającymi stanami depresejnymi nie pozwala Młodej normalnie funkcjonować w szkole i wszędzie indziej poza domem, a i tu w domu jest czasem koszmarnie. Młoda weźmie prysznic, to choruje pół godziny albo i dłużej. Chce zmienić swoją pościel - czuje się bardziej niż niekomfortowo, bo płótno drażni jej skórę. Próba wytrzepania dywanu kończy się okropnym pieczeniem i maksymalnym zaczerwienieniem dłoni. Szczekannie psa, przejeżdżające samochody, telewizor u sąsiadki, śmiejące się dzieci, odkurzacz i pierdyliard innych dźwięków doprowadza ją do szału i powoduje ból głowy.
Do tego co chwilę na coś wpada albo z czegoś spada i się przerwaca na rowerze. Z nią też wybieramy  się - zgodnie z zaleceniem psychiatry  - do neurologa. Wybrałam skierowanie od lekarza rodzinnego i umówiłam nas na wizytę w jednym z okolicznych szpitali. Okazuje się, że na spotkanie z neurologiem trzeba czekać miesiąc.

A potem zaczniemy badania od strony psychicznej, bo już jesteśmy umówieni na pierwszą wizytę w  Szpitalu Uniwersyteckim

Czekamy też na kolejną wizytę u ortodonty, bo 15 urodziny tuż tuż, a mleczaki jak siedziały, tak sidzą w paszczy i trzeba je będzie najwyraźniej powyrywać... Jednak o tym zdecyduje ortodonta. Dlaczego ważne są 15 urodziny? A no dlatego, że po 15 urodzinach nie dostanie się żadnego zwrotu z ubezpieczenia za aparat na zęby, a - jak powszechnie wiadomo - to nie są tanie rzeczy. Dlatego ważne, by ortodonta zalecił aparat, a znachorolog od ubezpieczyciela to zalcenie zatwierdził przed 15 urodzinami. Na wizytę u ortodonty tym razem musimy czekać miesiąc (ale poprzednim razem było trochę dłużej). Poza tym trzeba się pogodzić z tym, że wizyty wypadają w dniu nauki szkolnej i - jak piszą w internetach - jeśli uczeń nie chce opószczać lekcji, to lepiej by zapomniał o ortodoncie. Tak że tak. Oczywiście ortodonta, jak i każdy inny lekarz bez problemu wypisuje zwolnienie z lekcji. Tyle, że w Belgii opuszczanie lekcji to spore komplikacje, bo już po jednym dniu mogą się pojawić duże zaległości, szczególnie jeśli idzie o testy. Trzeba wam wiedzieć, że tutaj można pisać i 7 testów dziennie, a te mogą być każdego dnia. Każdy test trzeba napisać - jak nie wtedy co był wyznaczony, to potem innego dnia na długiej przerwie albo po lekcjach. Trzeba też nadrobić wszystko inne. Wiele podręczników jest do uzupełnienia i to się robi na lekcjach, a jak się nie przyjdzie na lekcje, to nie ma się z czego w domu uczyć. Oczywiście klasowi koledzy mogą podesłać skany mejlem, a część rzeczy można znaleźć na smartschool, ale to dodatkowa robota. Jednym słowem nie ma łatwo. Młoda opuszcza sporo zajęć przez chorobę. W tym roku jest tyle łatwiej, że powtarza rok i to na łatwiejszym poziomie i zwykłe przedmioty jak matma, historia, religia to dla niej tylko powtórzenie. Jednak przedmioty techniczne, których jest połowa wymagają obecności na lekcji. No i testy. Te też wymagają obnecności... Nic to, musimy znpowu coś wymyślić...


Dobrze, że Młody póki co ma problem tylko ze zwykłą alergią i zyrtec przepisany przez rodzinnego narazie mu wystarcza. Choć nie, z Młodym też jest pewien problem medyczny do rozwiązania, ale o tym napiszę za jakiś czas...
U nas na wsiosce...

U nas starych w sumie wszystko po staremu. Przynajmniej u mnie. U Małżonka w sumie też już się wszystko ustabilizowało. Ba, nawet udało mu się już wyrobić opinię bardzo dobrego pracownika, zdobyć zaufanie szefa i dostać kolejna podwyżkę. Więc nie ma co biadolić. Choć zachrzan jest i u mnie, i u niego, zatem ciągle musimy chodzić spać z kurami, by baterie się zdążały do 5 rano naładowywać. 

Co do szkoły ogólnie to Najmłodsze i Najstarsze są nawet zadowolone, że wakacje się skończyły i że mogą chodzić do szkoły. No, oczywiście czasem nie chce się zadka z wyrka rano zwlekać albo wychodzić z domu, gdy pada deszcz, ale ogólnie nastroje są dobre.

U Młodej start okazał się dość trudny. Ostatnio nawet sobie żartowała, że powinnam zadzwonić do dyrektora i powiedzieć, że coś z tą ich szkołą jest nie tak, bo w poprzednich stany depresyjne zaczynały się dopiero po kilku miesiącach dokuczania przez klasowych kolegów lub po samobójstwach rówieśników, a tu od razu hehe. Ja jednak mam nadzieję, że skoro na dzień dobry były problemy to teraz już może być tylko lepiej... 

Młoda ciągle nie jest pewna, czy fotografia to jest to, co chce w życiu robić, jednak ogólne opinie na temat szkoły po tych kilku dniach raczej są dosyć pozytywne.

W zeszłym tygodniu byłyśmy w sklepie fotograficznym polecanym przez szkołę i udało nam się kupić używany aparat z obiektywem, torbą i kartą pamięci za 400€. Po wypłacie dokupimy statyw i przenośny dysk. Na początek wystarczy. Jak będzie szło dobrze, to kupi się coś lepszego. Ceny sprzętu zalecanego przez szkołę zaczynają się od 1500€, ale wychowawczynie powiedziały, że można na początek kupić używany, to tak zrobiliśmy. Młoda jest wyraźnie zadowolona z zakupu. 

Sprzęt muszą przynosić do szkoły 2 razy w tygodniu. W jeden dzien mają tylko fotografię. Wtedy będą rano chodzić na miasto albo miejskimi rowerami zasuwać na wioski i cykać zdjęcia, a potem będą je obrabiać w Lightroomie. Kurczaki, sama bym chciała chodzić do takiej szkoły. Młodej chyba też się podoba, no ale, niestety, jak człowiek nie ma zdrowia to i najfajniejsze rzeczy nie sprawiają radości a najłatwiejsze zadania mogą być ponad siły...

Dziś wieczorem wybieram się w Młodą zobaczyć, co tam u naszego ulubionego klauna Pennywise'a. Dobrze, że u nas ten film ("It. Chapter 2") jest od 12 lat, bo Młoda już się bała że nie wpuszczą jej do kina hehe. Mnie tylko przeraża trochę, że ten film trwa prawie 3 godziny i że kończy się o północy... Brrr. Jak ja tam wysiedzę?!! Oby było warto.

A w kinie w tym roku jeszcze sporo fajnych filmów. Ja z małżonkiem chcemy obejrzeć Rambo, Gemini man i Rodzinę Adamsów oraz Doktor Sleep. No, na ten ostatni chce też Młoda iść, bo Lśnienie też jej się podobało. Może i na Rodzinę Adamsów razem pójdziemy...

Dziewczyny i ja bez wątpienia obejrzymy kolejną część Jumanji, bo to się nigdy nie nudzi.
Poza tym Najstarsza czeka na Star Wars, a obie dziewczyny chcą też obejrzeć Meleficent. Fajnie, że mamy blisko kino i że bilety są tanie.




13 września 2019

Dlaczego powinnam się wstydzić mojego bloga i tego kim jestem?

Nie dawno dowiedziałam się, że gdzieś tam daleko daleko za pięcioma kałużami, za pięcioma jaskiniami wstydzą  się ponoć moich - jak to określono - "beznadziejnych blogów". 
Nie udało mi się jednak wymyśleć sensownego powodu, dla którego jacyć oni,  czy ktokolwiek inny na świecie miałby się wstydzić tego, że JA sobie piszę jakiegoś bloga. Nijak mi się to kupy nie trzyma, ani siku tym bardziej.

Jeśli cokolwiek na tym blogu jest nie tak, to ciągle jest to MÓJ blog i jeśli ktoś się by ewentualnie miał wstydzic to JA sama, a nie jakieś przypadkowe osoby. Ja mam ponad 40 lat, czyli jestem dawno dorosła i nikt z moich dawnych ani aktualnych sąsiadów, opiekunów, nauczycieli, znajomych, czy rodziny a nawet zwierząt czy roślin nie odpowiada za moje czyny.

Nikt nie ma za bardzo wpływu (choć wiem, że niektórzy bardzo by chcieli) na to, co JA robię, co JA mówię, co JA piszę, ani tym bardziej że JA "mam głupio w głowie". No, na to ostatnie to już nawet ja sama nie mam wpływu.  Powiem więcej, JA SAMA uważam się za osobę w miarę inteligentną,  oczytaną, potrafiącą samodzielnie myśleć i samodzielnie o sobie decydować, czy się to komuś podoba, czy nie. 

Odkąd piszę ten mój pamiętnik, otrzymałam  kilkadzisesiąt e-maili, prywantych wiadomości w mediach społecznościowych i kilkaset komentarzy. Na palcach jednej ręki (no dobra, może dwóch) jestem w stanie zliczyć te,  w których ktoś coś krytykował albo wspominał, że mu się nie podoba to czy tamto (np że używam takich wulgarnych słów jak "podpaska" buachacha). Wszystkie pozostałe były pozytywne i bardzo motywujące. Wiele osób zwyczajnie po prostu mi dziękuje, że mogło u mnie znaleźć kilka przydatnych informacji na temat życia w Belgii albo motywację do walki ze swoimi problemami. Więc sorry, ale nie zgadzam się, że moje "blogi są beznadziejne". Fakt, że ten czy ów nie potrafi czytać ze zrozumieniem (czy w ogóle czytać) nie świadczy o tym, że coś jest beznadziejne tylko zwyczajnie nie stosowne dla tej osoby. Wtedy trzeba znaleźć coś na łatwiejszym poziomie albo zwyczajnie pozostać przy tureckich serialach. Ot, cała filozofia.

Sporo moich przemyśleń pojawiło się też w druku, co - wydaje mi się - świadczy na moją korzyść. Może i dla niektórych to jest obciachowe, iż ktoś  drukuje teksty tej dziwnej przygłupawej Magdy. Rozumiem, ale to ciągle nie jest powód, by się za mnie wstydzić. 

Dlaczego jeszcze mogą się tam mnie wstydzić? Hm...

Może dlatego, że ośmielam się przyznawać, iż chodzimy DO PSYCHIATRY, PSYCHOLOGA czy choćby DO GINEKOLOGA?! Może dla niektórych to ciągle powód do wstydu? Czytam internety to wiem, że NIESTETY w wielu miejscach tak jest, bo w Polsce - jak nie dawno czytałam  "dzieci nie mają depresji, one po prostu za mało biegają, a za dużo przy komputerach siedzą i im się w dupach przewraca". Ech.

No właśnie DEPRESJA, WSZY, STOSOWANIE ANTYKONCEPCJI, SEKS itp. W moim kraju nie jest to powód do wstydu. Serio, tutaj o tym można normalnie rozmawiać jeden z drugim, czy mówić w ogóle, ale TAM to nie wiem... Kiedyś, gdy tam mieszkałam, było to wstydliwe. Więc może o to chodzi, że o tym mówię...? 

Może ONI wstydzą się dlatego, że używam wulgaryzmów. To akurat mogło by być sensownym wytłumaczeniem, gdyby nie fakt, że to  JA przeklinam, więc jedyną osobą jaka by się mogła tego wstydzić jestem JA SAMA... 

Może zatem wstydzą się tego, że opowiadam tutaj o naszych problemach i o tym jak sobie z nimi radzimy każdego dnia, o tym jak pokonujemy swoje słabości, czy że w ogóle jakieś słabości mamy i że jest ich tak dużo...? O tak, to może być powód, bo przecież w niektórych miejcach ciągle obowiązuje maksyma Dulskich, że  "brudy pierze się we własnym domu", że nie wolno absolutnie nikomu pod żadnym pozorem opowiadać, że ma się problemy, nigdy nie wolno mówić o tym, jak na prawdę wygląda życie rodziny i relacje pomiędzy jej poszczególnymi członkami, że trzeba udawać, że wszystko jest zawsze cacy i że ogólnie nie jest się tym, kim się jest...

Zmartwię was jednak. Ja  NIE wstydzę się mojego bloga. Jestem z niego dumna i cieszę się, że dziś, dzięki zdobyczom techniki i nauki mogę dzielić się z innymi  ludźmi swoimi spostrzeżeniami i przemyśleniami na tematy różne. Cieszę się też, że dzięki tej pisaninie poznałam wielu interesujących ludzi z różnych części Polski, Belgii i całej reszty świata. Nawet jeśli ci ludzie tylko na chwilę zaistnieli w moim życiu, nawet jeśli z niktórymi nie badzo mogłam się na dłuższą metę dogadać to i tak było warto ich poznać, bo każdy czegoś nowego mnie nauczył i każdy jakiś ślad po sobie zostawił.

Nie wstydzę się też opowiadać tutaj o naszych problemach, emocjach, uczuciach, chorobach, które udało nam się pokonać albo z którymi walczymy w danej chwili. 
Jestem dumna z tego, że się nie poddałam (choć było wiele chwil zwątpienia) pomimo tych wszystkich przeciwności losu, które na swojej drodze spotykam każdego dnia. 

Nie wstydzę się przyznawać do błędów i porażek, bo to znaczy że JA - w przeciwnieństwie do niektórych -  WIDZĘ WŁASNE BŁĘDY, POMYŁKI ŻYCIOWE I SŁABOŚCI. Widzę i staram się moje błędy naprawiać a ze słabościami walczyć. Co prawda  z różnym skutkiem, ale przynajmniej próbuję...

Nie wstydzę się też tego, że nie utknęłam w miejscu, tylko ciągle się uczę życia (także a może zwłaszcza na błędach), że czytam, że myślę, że dyskutuję z różnymi ludźmi na tematy różne,  że się ciągle rozwijam, że pracuję nad sobą i staram się być każdego dnia kimś lepszym niż wczoraj byłam. 

Nie wstydzę się też bynajmniej (choć niektórzy sugerują, że powinnam) ani nie żałuję tego,  że się odważyłam kiedyś zrobić coś ze swoim nudnym, popspolitym i smutnym życiem, że zaczęłam działać i że znalazłam sobie faceta, który przygarnął mnie pod swój dach razem z moimi córkami, mimo że przyszłyśmy do niego z przysłowiową gołą dupą, nie mając niczego, bo wszystko cokolwiek  kupiłam pracując 14 lat, musiałam zostawić w moim domu rodzinnym z takiego czy innego powodu. 

Tego MOJEGO FACETA nie wstydzę się tym bardziej. Wyobraźcie sobie, iż jestem na tyle chamska i bezczelna że nie wstydzę się nawet tego, że on nie tylko pracuje ciężko po 8 godzin dziennie codziennie, a do tego jeszcze  sprząta, gotuje, pierze, składa pranie, zajmuje się dziećmi i zwierzętami, kosi trawnik. Nie wstyd mi nawet, że on czyta mnóstwo książek i jest inteligenty i  że też się ciągle rozwija i naprawia błędy, które też zdarza mu się popełniać. Nie wstyd mi też za niego, gdy szef go chwali. Nie wstydzę się tego, serio.

Nie wstydzę się też tego, że sama pracuję, odkąd zdałam maturę (matury też się zreszta nie wstydzę) i sama zarabiam na swoje utrzymanie, a nie żyję jak pasożyt na czyjś koszt. Nie, nie wstydzę się tego, a wręcz jestem z tego dumna.

Nie wstyd mi też, że jestem matką i to matką, która popełnia błędy, bo błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi. Nie wstydzę się też - w przeciwieństwie do niektórych - rozmawiać ze swoimi dziećmi i partnerem o wszystkim. Także o popełnionych przeze mnie błędach. Ja nie mam z tym problemu ani moje dzieci nie mają z tym problemu, ani mój partner nie ma z tym problemu, by przyznać się, że coś się zrobiło źle. Nikt z naszej Piątki nie ma problemu z przyznaniem się do winy ani z wyrażeniem skruchy, ani z przeproszeniem kochanych osób za zło, które się  im wyrządziło swoimi czynami czy słowami, nawet jeśli to było niechcący czy z niewiedzy. Nie wstydzimy się tego ani nie wstydzimy się o tym mówić głośno.

Nie wstydzę się też tego, że po wielu latach tkwienia w miejscu udało mi się wyrwać z domu rodzinnego, z tej małej  wioski,  a potem w ogóle z Polski i uciec do świata, który o wiele bardziej odpowiada moim potrzebom i spełnia moje oczekiwania. 

Nie wstydzę się nawet tego, że nie tęsknię i że nie ciągnie mnie tam, gdzie nie jestem specjalnie mile widziana. Choć raczej nie zapomnę, że kiedyś pożeganano nas słowami: "Pamiętaj, powrotu nie ma". Przyjęłam to na klatę i  zaakceptowałam ...w sumie wychodziłam z myślą, że już nie wrócę, ale dobra okej. Niedawno mi  jeszcze dla pewności wszelkiej przypomniano o tym pisemnie, że "TAM już spaliłam mosty" hehe.

A wracając do tematu. Wiem i przyznaję się bez bicia, że  jestem osobą z kategorii TRUDNE. Zawsze taka byłam, tyle że kiedyś miałam powody, by tańczyć jak mi grali, by robić co mi kazano, by przyznawać się do błędów, których nie popełniłam, przytakiwać wszystkim i przed wszystkimi się korzyć, bo byłam zależna od wielu osób i byłam cykorem, tchórzem, cipolągiem i bałam się własnego cienia ani nie wierzyłam w siebie.

 I tak, TO JEST TO, CZEGO SIĘ NA PRAWDĘ WSTYDZĘ! 

Wstydzę się tego, jaka BYŁAM - tej nieśmiałości, braku odwagi, zdecydowania, wiary we własne siły. Wstydzę się tego, że nie potrafiłam walczyć o swoje, że nie potrafiłam mówić nie, że dawałam się wszystkim wokół wykorzystywać i sobą manipulować. Wstydzę się, że tak późno zaczęłam o siebie i swoje dzieci walczyć, że latami twkiłam jak jakiś ciul w miejscu użalając się nad sobą.

Dziś jednak jestem inną osobą, lepszą wersją siebie i TEGO JUŻ SIĘ NIE WSTYDZĘ! Nie, moi drodzy, ja nie zamierzam się wtydzić tego, że naprawiam błędy, że się zmieniam, że ewoluuję, że się rozwijam, że walczę ze swoimi wadami, demonami i niedociągnięciami, bo są to zawsze zmiany na lepsze. Ale hola hola NA MOJE lepsze, a nie wasze czy ich. Ja rozumiem doskonale, że taki ciołek którym się można wysługiwać i z którego można czerpać korzyści to fajna i badzo przydatna rzecz w otoczeniu i jak nagle taki ciołek się nagle zbuntuje, postawi albo zwyczajnie wam nawieje to maść na ból dupy może być przydatna, ale to wasza dupa, nie moja...

Mówicie, że "jak wyjado zagranice, to z pana robi sie cham". Ja bym zaryzykowała stwierdzenie, że jest zupełnie odwrotnie, ale to już, zdaje się,  kwestia punktu siedzenia...

Nie mam w Polsce nic, nic też stamtąd nie zabrałam. Nikt mi niczego nie dał. Myślę, że przez ponad 30 lat spłaciłam swój dług wdzieczności wobec rodziny pracując uczciwie i dzieląc się swoimi skromnymi zarobkami, pomagając w domu i gospodarstwie. Dziś mieszkam ze swoją nową rodziną w innych realiach, w zupełnie innym świecie, którego moja dawna rodzina i znajomi  nie są w stanie zrozumieć, dlatego kompletnie się od siebie oddaliliśmy (choć nie wiem, czy kiedykolwiek byliśmy blisko). No i dobrze! Nie wstydzę się tego, bo nie widzę ku temu powodów. Jest mi z tym dobrze i wkurza mnie okropnie, gdy ktoś próbuje mi wmówić, że powinnam czuć się winna i powinam się wstydzić tego kim jestem,  jak żyję, co myślę... i co piszę na swoim blogu.

A bloga pisze się po to, by podzielić się z innymi swoimi przemyśleniami, emocjami, uczuciami.

Cóż, mając blogera wśród znajomych, trzeba się liczyć z tym, że można o sobie na jego blogu przeczytać. Co prawda mój blog jest z natury optymistyczny i pozytywny, zatem jeśli kogoś na nim opisuje, to raczej od dobrej strony, ale bywa i tak, że coś mnie wyjątjkowo mierzi i/lub wkurza, a wtenczas nie ma zmiłuj dla nikogo...

Jeśli nie stanęliście blogerowi na drodze, nie wkurzyliście go, nie zaszliście mu za skórę  raczej możecie spać spokojnie i nie powiniście się wstydzić.
Jeśli jednak coś odpitalacie, to strzeżcie się...


bo mam bloga
 i nie zawaham się go użyć.



7 września 2019

Za co kocham mój kraj. Wyliczanka pozytywna.

Za co kocham mój kraj* ?

)* Mój kraj, to kraj w którym aktualnie mieszkam. Mój kraj to Belgia.

Dzisiaj wpis typowo łikendowy,czyli lekki, łatwy i przyjemny nie wymagający specjalnie myślenia, bo rok szkolny się zaczął, a z nim jak zwykle pierdyliard problemów, o których dziś myśleć nie zamierzam. 


Mój kraj kocham przede wszystkim za to, że mogę tu mieszkać, godnie żyć i uczciwie pracować otrzymując za to uczciwe wynagrodzenie i należyty szacunek.

ALE TEŻ ZA WIELE INNYCH RZECZY.
(w poniższej wyliczance nie ma żadnej chronologii ani stopnia wartości. Kolejność jest zupełnie przypadkowa)

Za to że mogę być kim chcę i nosić to co chcę, i nikt tego głupio nie komentuje.

Za to, że kiedy jadę czy idę ulicą, przypadkowo spotkani ludzie się do mnie szczerze uśmiechają, a wielu często zupełnie obcych mówi "Dzień Dobry".

Za to że w  szkole - także katolickiej - dziecko zapytane o wyznanie może śmiało powiedzieć "ateizm" i nikt nawet się nie zdziwi.

Za to że mogę pracować, kiedy tylko pracować chcę i zarobić uczciwie.

Za to że nikt mnie nie ocenia po tym, ile zarabiam, czy jaki wykonuję zawód.

Za to że ludzie nie narzekają wiecznie na wszystko.

Za to że mogłam w podstawówce wybrać dla dziecka etykę zamiast religii bez żadnych przykrych konsekwencji dla tego dziecka.

Za to że obcy ludzie są dla mnie mili i każdy podaje pomocną dłoń.

Za to że mogłam tu poznać osobiście Belgów, Francuzów, Marokańczyków, Tajlandczyków, Kongijczyków, Hiszpanów, Portugalczyków i wiele innych narodowości, że mogę na żywo usłyszeć najróżniejsze języki.

Za to że mogłam poznać z bliska inne kultury.

Za to że ludzie swobodnie mówią o tym,  że ich dziecko czy znajomy ma partnera tej samej płci, że bycie gejem, lesbijką jest tu czymś normalnym o czym się normalnie mówi.

Za to, że ludzie nie chowają się za firanką by z ukrycia śledzić poczynania sąsiadów czy przypadkowych przechodniów tylko siedzą w otwartym oknie albo na krzesłach przed domami i zwyczajnie otwarcie się ludziom przyglądają a czasem nawet zagajają.

Za to że mam dostęp do świetnych lekarzy, dentystów, psychiatrów, kinezyterapeutów.

Za to że rowerowanie do pracy (nawet jak się w garażu  ma 3 wypasione bryki) jest tu czymś oczywistym i normalnym.

I za rozbudowaną i doskonale oznaczoną sieć ścieżek rowerowych.

Za kulturę na drogach.

Za atmosferę i szacunek w pracy.

Za to że nikt nikomu niczego nie zazdrości.

Za to że szkoła i edukacja  jest ważna dla wszystkich a nauczyciele cieszą się szacunkiem i poważaniem.

Za to że większość kobiet pracuje i może sie rozwijać.

Za zadbanych, aktywnych  i chodzących systematycznie do restauracji, kina, wyjeżdżjących na wakacje emerytów.

Za wiele możliwości zorganizowania sobie i dzieciom czasu wolnego za przystępną cenę.

Za brak zimy.

Za piękne miasta i wioski.

Za czystość na wsi.

Za liczne, przystępne i przyjazne restauracje oraz dobre belgijskie potrawy.

Za to, że pije się tu duże ilości alkoholu a mimo to nie widuje się pijanych ani pijących (nie licząc Polaków i Rumunów przy sklepach i w krzakach) poza knajpami i imprezami.

Za miłych i przyjaznych urzędników, kasjerów, konduktorów, policjantów itd.

Za to że obcy ludzie stali się dla mnie bardzo bliscy i zastepują mi rodzinę dając każdego dnia mnóstwo ciepła, wsparcia i zrozumienia, a także pomagając na każdym kroku.

Za to, że znalazłam tu swoje miejsce i że jestem tu szczęśliwa, o wiele szczęśliwsza niż w ojczyźnie, choć i tu los nie szczędzi solidnych kopniaków...



Na zakończenie dodam uczciwie, że mam też całkiem zacną listę z tym, co mnie w moim kraju wkurza, ale na razie nie zamierzam jej publikować, bo dziś szklanka jest do połowy pełna :-)


A wy za co kochacie swoje kraje?








27 sierpnia 2019

To były fajne wakacje...

Wakacje zbliżają się ku końcowi. Pora zatem na podsumowanie tego tematu.

Chlebek na plaży w Zeebrugge
Muszę rzec, że to były jedne z lepszych wakacji, jakie przeżyłam w swoim krótkim 42-letnim życiu, jeśli nie najlepsze.

Na te wielce pozytywną ocenę składa się  kilka kwestii. Wakacje bowiem to skomplikowana sprawa. 

Wiadomo czym innym są wakacje dla ucznia, czym innym dla pracującego, czym innym dla zwykłego kura domowego.

Zwykły pospolity kur domowy raczej nie będzie się cieszył z wakacji spędzonych w domu. Przecie kur siedzi w domu cały rok, więc jak mu kto w wakacje kazuje tam nadal siedzieć, to kura krew zalewa. Tak myślę, ale nie jestem kurem domowym, więc nie wiem tego na 100%.

Jednakże taka istota pracująca, czyli na ten przykład ja, to - powiem wam szczerze - może być bardzo, ale to bardzo szczęsliwa móc zwyczajnie posiedzieć sobie w swoim własnym domu przez kilkanaście dni. Podejrzewam, że osoby niepracujące od kilku lat, mogą nie mieć nawet pojęcia, co to znaczy cieszyć się pobytem we własnym osobistym domu... Mogą tego w ogóle nie rozumieć.

Nie dawno rozmawiałam o tym z inną kobietą pracującą, z kobietą prowadzącą firmę. Obie doszłyśmy do wniosku, że człowiek jest przez większość roku raptem gościem we własnej chałupie, że człowiek nie ma czasu nabyć się we własnym domu, nacieszyć się jego istnieniem i zwyczajnie spokojnie na dupie w nim posiedzieć. Rano wybiega się o świcie, by wrócić do domu wieczorem. Wtedy wszystkie ręce na pokład i gotujemy obiad oraz ogaraniamy chatę, lekcje i te wszystkie inne rzeczy, na które kur domowy ma czas wtedy, gdy my pracujemy zawodowo. Potem trzeba się położyć, bo rano znowu robota. Zimą wychodzimy po ciemku i po ciemku wracamy. Nawet czasem to nie ma się kiedy przyjrzeć swojemu domowi i ludziom, z którymi się mieszka. W weekendy to znowu zakupy, jakieś kino, jakaś wycieczka, jakieś odwiedziny czy inna impreza na wiosce. I tak dni mijają w swoim szalonym tempie od wakacji do wakacji.

I proszę państwa, oto nagle ja kura pracująca pozwoliłam sobie po raz pierwszy  na cały długi  miesiąc wakacji. Dziś mogę rzec, iż to była doskonała decyzja i pewnie za rok zrobię to samo. Ludzie, to był niesamowity czas. Wreszcie mogłam się nacieszyć swoim pięknym domem i swoim przytulnym ogródkiem (choć trochę śmierdzącym sąsiadowimi psami).

Pogoda była wyśmienita, mogłam zatem wylegiwać się z książką (albo i bez) na kocyku i w hamaku, i po prostu kurde zwyczajnie nic nie robić przez całe dnie. Rozumiecie co to znaczy nic nie robić, nic nie musieć?! To wspaniałe uczucie. Do tego bardzo ładnie się w tym swoim ogródku opaliłam. Teraz mi każdy zazdrości opalonych kopyt, ha!

Muszelki w Zeebrugge

Wreszcie miałam czas by zwyczajnie, najzwyczajniej w świecie spokojnie pomyśleć o różnych sprawach, by pogadać z dziećmi, by zagrać z nimi w scrabble, uno, piłkarzyki, czy dupę biskupa, by obejrzeć z nimi i samemu Hobbita i inne filmy, które czekały na obejrzenie od wielu miesięcy, by przeczytać zaległe numery "Świata Nauki", "Wiedzy i Życia" oraz arcyciekawą książkę o Islamie. Miałam wreszcie czas, by popisać i pogadać szczerze z partnerem i wyjaśnic na spokojnie, co było do wyjaśnienia oraz naprawić, co było do naprawienia.  

Mnie już więcej nic do szczęścia nie potrzeba na dzień dzisiejszy, by uznać wakacje za bardziej niż udane.

Jednak to przecież nie wszystko, przecież byłyśmy też na kilku wycieczkach. Wspominany już na tym blogu wypad po cukierki do Maastricht był wielce owocny, pomimo że zgubiłam majtki ;-).  Zwiedziłyśmy wszak większość wyszukanych w przewodnikach  miejsc. Potem byliśmy jeszcze 3 razy na plaży w trzech różnych miejscach, w tym raz w najgorętszym dniu w roku, kiedy to kąpiel w morzu była iście niebiaską rozkoszą mmmmm. Do tego raz w pociągu poznałyśmy fantastyczną babcię, z którą świetnie się nam gawędziło i z którą uchachałyśmy się jak nigdy, i dzięki której dwugodzinna podróż minęła w przyjemnej atmosferze, mimo tego że trzeba było pół drogi stać w ścisku.

Były też wypady zakupowe do bliższych miasteczek, gdzie znowu wydawałyśmy hajs na słodycze, majtki i inne pierdołki. Możliwość spędzenia sporej ilości czasu na zakupach z własnymi dorastającymi dziećmi to wspaniała sprawa i niezmierna frajda. Uwielbiam moje nastocórki.

W te wakacje moja nastocórka zarobiła też własnoręcznie trochę euro, wykonując dodatkowe roboty u moich klientów - sprzątanie na basenie, odnawianie mebli ogrodowych. Ona się cieszy z pieniędzy,  a ja jestem z niej dumna. Wakacje były też dobre też dla jej dobrego samopoczucia, a to jest bardzo ważne.

jakaś przesiadka w Gent Sint-Pieters


No i na koniec ta wisienka na wakacyjnym torciku. Mój Małżonek przywiózł mi ze swoich wakacji jako pamiątkę to wszystko, co kocham najbardziej, czyli dobrą książkę, pachnące balsamy do ciała, moje ulubione czekoladki i seksowną bieliznę. Mniam! 


 A, jeszcze zapomniałabym o jednym. Wielce pozytywnym rezultatem wakacyjnych rozmyślań i wakacyjnego czasu, było przemalowanie naszej sypialni na bardziej adekwatne dla tego miejsca kolory. Nudną i zimną zieleń zastąpiliśmy czernią i krwistą czerwienią. Do tego kupiliśmy kremowy włochaty dywan i w podobnej tonacji pościel. Zaopatrzyliśmy się też w różne mini półeczki na nasze liczne świece, świeczki i świeczunie, bo oboje uwielbiamy świece w sypialni, szczególnie te pachnące z drewnianymi trzeszczącymi przyjemnie "knotkami". No bo czasem stawiamy świece na podłodze i kiedyś Młoda po coś poszła do naszej sypialni, po czym zaczęła się głośno zastanawiać, co my tam za satanistyczne rytuały żeśmy odprawiali XD. 

Teraz mamy bardzo ładną i bardzo zmysłową sypialnię... No co? Pewnie żeście myśleli, że w "naszym wieku" to już nietentego? Heloł. Właśnie w tym wieku, gdy nie ma się już przed soba tajemnic i tematów tabu, to dopiero można się tak na prawdę delektować seksem i swoją zmysłowością, odkrywać nowe rzeczy i zwyczajnie cieszyć się życiem, a w wakacje i na te sprawy ma się przecież więcej czasu i więcej ochoty, bo człowiek nie jest zmęczony jak wielbłąd po przejściu Sahary.

I tak okazuje się, że żeby wakacje można było uznać za udane, nie trzeba od razu jechać w podróż dookoła świata ani nawet do Egiptu, tylko trzeba robić dużo przyjemnych rzeczy, odpoczywać, fantazjować i cieszyć się każdą wolną chwilą w dowolnie wybrany przez siebie sposób, co nie znaczy, że nie można jechać w podróż. Zresztą męska część naszej Piątki pojechała sobie w te wakacje w podróż. Męską podróż. Byli w Polsce. Większość czasu Młody chorował i był osłabiony, bo złapał po drodze jakiegoś paskudnego wirusa i musiał wybrac antybiotyk, ale wrócił zadowolony, bo wybawił się z całą gromadą kuzynostwa i pograł z nimi w swoje ulubione gry. Mąż za to stwierdził, że ma dość Polski  i "polskości" na najbliższe lata i wnet jego kopyta na polskiej ziemi nie postaną haha. Zobaczymy.

Dla mnie zaś pozostaje nieodgadnionym zjawiskiem masowy wyjazd Polaków z zagranicy do Polski na wakacje. Ja tego zwyczajnie nie kumam. Nie no okej, o gustach się nie dyskutuje, jeden lubi pomarańcze, drugi jak mu stopy śmierdzą... Wiem, że ten czy ów zwyczajnie uwielbia Polskę, kocha ten kraj, jest nim zafascynowany, czuje się z nim związany, etc etc i dlatego musi odwiedzać Polskę na Wielkanoc, wakacje, Wszystkich Świętych, Boże Narodzenie, że lata do Polszy na każde urodziny, wesele, komunię, chcrzciny i każdą inną okazję. Niech lata, niech jeździ - jego życie, jego czas, jego pieniądze. Nie pojmuję tego, ale w sumie mnie to kij obchodzi, jak ktoś się bawi.

Jednak kiedy MNIE ludzie pytają, czy jadę na wakacje do Polski to, nie ukrywam, że mnie szlag trafia. Szczególnie jak dodaje, że "przecież wszyscy jeżdżą". Ja nigdy nie byłam, nie jestem i nie będę należeć do kategorii "wszyscy"!!! Ja należę do katagorii normalna inaczej. Raz se zapamietajcie ten prosty fakt, do jasnego grzyba!

Dlaczego ludziom tak trudno pojąć, że ja nie życzę sobie odwiedzać kraju, za którym - oględnie mówiąc - nie przepadam. Dlaczego niby ktoś uważa, że ja będę dla przyjemności, relaksu, wakacji jechać tam, skąd uciekłam? Tam, gdzie nota bene nie jestem ani mile widziana, ani chociażby akceptowana taka jaka jestem? Trzeba wam wiedzieć, że ja już nie zamierzam nigdy więcej udawać kogoś innego ani jeździć do Polski bez potrzeby.

Ostenda
Druga pokrętna ludzka  logika, która mnie bawi, to fakty geograficzno-matematyzne... Jestem pewna, że wielu ludzi z Polski marzy o tym (podobnie jak ja kiedyś), by choć raz zobaczyć Paryż, Londyn, czy choćby Brukselę, ale jest to dla nich ZA DALEKO i ZA DROGO więc nie zobaczają, co nie przeszkadza im uważać, że ja (czy wielu innych emigrantów) mając do wyżej wymienionych miejsc rzut beretem, będę mieć blisko do Polski albo tanio... LOL.


W czasie tych wakacji zrozumiałam jeszcze jedną ważną rzecz, a mianowicie to, iż to co ja uważam za fajne wakacje, czy fajne wakacyjne zajęcie, dla moich dzieci czy męża (a tym bardziej innych obcych ludzi) już takie nie będzie. Ba, w tej kwestii nie zgadzają się nawet ze sobą moje dwie osobiste nastocórki. Gdy jedna chciała podróżować pociągmi po całęj Belgii albo grać w karty, druga wolała grać w sieci ze znajomymi. Gdy druga chciała oglądać filmy, pierwsza wolała prowadzić wideorozmowy z psiapsiółami internetowymi. A gdy ja - wielce ucieszona - podzieliłam się dobrą (moim zdaniem!) nowiną, iż znajomi proponują nam na kolejne wakacje darmowy nocleg w swoim mieszkaniu w Maroku, to Młoda oświadczyła "no to se jedźcie, ja się nie wybieram nigdzie na dłużej jak 2 dni z tego domu". O i tak.

Wakacje to wielce skomplikowana sprawa. 
Nieuwpoort
Nieuwpoort
nasz zwykły las

Gent


18 sierpnia 2019

Pośmiejmy się z depresji, poszydźmy z cierpienia, ze śmierci zróbmy kpiny

Uwielbiam się śmiać. Uwielbiam żartować, opowiadać dowcipy i dowcipów słuchać. Mam ogromne poczucie humoru. Lubię też czarny i makabryczny humor. Moje dzieci też mają ogromne poczucie humoru, szczególnie dwójka młodszych. Śmiech i żarty pomagają nam przetrwać w trudnych sytuacjach. Pomagają nam przezwyciężyć problemy. Ale trzeba wiedzieć kiedy przestać.

W śmiechu też trzeba znać umiar.

Potrafię śmiać się z siebie samej. Kiedyś tego nie potrafiłam i przejmowałam się wszystkim, co ludzie do mnie i o mnie niefajnego mówili. A mówili wiele. Potem nauczyłam się używać sarkazmu, ironii oraz swojej inteligencji, by większość rzeczy odwracać w żart. Dziś umiem śmiać się z siebie i swojej głupoty, choć nie zawsze jest to łatwe i czasem potrzebuję czasu, by się do owej głupoty przyznać nawet przed samą sobą. No i moja głupota też nie zawsze jest śmieszna, bo czasem się okazuje, że swoją głupotą wyrządziłam komuś niechcący krzywdę, a to nie jest śmieszne ani zabawne.

Śmiech jest zdrowy i dobry dla każdego pod warunkiem, że śmiejemy się z innymi a nie z innych.

Niestety bardzo często z wielką przykrością stwierdzam, że spora część ludzi nie potrafi odróżnić śmiechu od szyderstwa, wesołego żartu od pogardliwej kpiny. Niestetety sporą część ludzi najbardziej bawi wyśmiewanie się z kogoś. Dla mnie to objaw największego prostactwa.

Niektórzy też śmieją się  z wszystkiego, czego nie rozumieją i nie znają. To jest przykre. To rani wielu ludzi.

Choroby Mojego Dziecka należą do tych z kategorii dziwne i niespotykane, i wiele osób nie ma o nich pojęcia albo to pojęcie ma niewłaściwe. Ba, sama do niedawna byłam w tych tematach kompletnie zielona.

Jednak, czy niewiedza na temat jakiejś choroby, wady, sytuacji to wystarczający powód by się z drugiego człowieka śmiać, by mu dopierdalać, robić głupie uwagi, czy publikować debilne memy? Czy w ogóle cokolwiek usprawiedliwia wyśmiewanie się z innych? 

NIE!

Śmiejecie się z Mojego Człowieka...?
Poza tym jest XXI wiek. Każdy ma w domu Internet, już nawet  do biblioteki nie trzeba się fatygować. Kurde, nawet czytać nie trza umić, bo se wszystko na filmach albo obrazkach można znaleźć i to nawet w wersji dla opornych. Ino trochę dobrej woli trzeba, by wklepać w google pytanie i dowiedzieć się coś na ten czy inny temat zanim się pierdolnie jakąś głupotę i skrzywdzi drugiego niechcący... zanim niechcący  założy się komuś sznur na szyję. W przypadku depresji  bowiem jedna głupia uwaga może być tą ostatnią kropelką, która przechyli czarę goryczy.

DEPRESJA TO NIE ŻART. DEPRESJA TO NIE POWÓD DO ŚMIECHU.

Nie dawno ktoś znajomy opublikował na jednym z popularnych miejc w necie mem na temat depresji. Gwoli ścisłości dodam, że nie był to bynajmniej przypadkowy mem umieszczony w przypadkowym miejscu przez przypadkową osobę - taki by mi wisiał i dyndał.

Wkurzyłam się, bo tego typu memy dla osób chorujących na depresję mogą być właśnie tą ostatnią kroplą.... Przeraża mnie, że ludzie nie zdają sobie sprawy, iż mogą w ten sposób kogoś zranić, iż mogą spowodować, że osoba chora znowu upadnie, że osoba chora pogrąży się w ogromnym smutku, że osoba chora może zrobić coś, czego już nie da się odwrócić...

Dlatego postanowiłam napisć o tym na blogu. Może ktoś tu trafi przypadkiem, może akurat ten wpis da komuś do myślenia i może ten ktoś puknie się w łeb, zanim dowali  choremu na taką , czy inną dziwną chorobę i kogoś boleśnie zrani albo zabije... Niechby jedna osoba się zastanowiła, opamietała to już będzie coś.

DEPRESJA TO NIE FANABERIA.

 DEPRESJA TO POWAŻNA CHOROBA, KTÓRA NIE RZADKO KOŃCZY SIĘ ŚMIERCIĄ!!!

Brak wiedzy o depresji, to niepotrzebne dodatkowe cierpienie chorych.

Brak wiedzy o depesji to pogarda dla chorych.

Brak wiedzy o depesji to brak pomocy i wsparcia dla okropnie cierpiących ludzi.

 Brak wiedzy to brak leczenia.

Brak wiedzy o depresji to dla niektórych śmierć...


Ten mem to w sumie faktycznie był śmieszny. Ośmieszał on bowiem jego twórcę, który podawał zafundowanie sobie biegunki (zjedz kiszonych ogórków i popij je mlekiem) jako lekarstwa na depresję.

O tak, to jest zajebiście śmieszne!

 Moje Dziecko nawet nieźle się uśmiało i powiedziało, że chętnie by się zamieniło z tym co jadł te kiszone ogórki z mlekiem, bo wtedy ból brzucha trwa raptem jeden, góra trzy dni... 

Tymczasem Moje Dziecko cierpi na koszmarny ból brzucha od ponad dwóch lat z mniejszymi lub większymi przerwami. Zrobiliśmy kompleks badań - fizycznie okej, to tylko za duży stres, trauma, depresja i takie tam ŚMIESZNE duperele.

Ból brzucha, 
mdłości, 
biegunka, 
bóle i zawroty głowy,
mroczki przed oczami, 
kołatanie serca,
skoki ciśnienia,
brak apetytu, 
czasem mdłości i/lub wymioty po jedzeniu
chroniczne zmęczenie
często brak sił by podnieść się z łóżka
drażliwość
autoagresja (to jest wtedy gdy człowiek  np wali głową w ścianę, tnie się albo drapie skórę do krwi)
bezsenność
koszmary
omamy
płaczliwość
koszmarne wahania nastroju
brak chęci i sił do życia
brak chęci i sił do robienia czegokolwiek
brak nadziei na przyszłośc
nic nie cieszy, nic nie bawi
uczucie pustki
myśli samobójcze
okropny ból i pieczenie skóry po każdym kontakcie z wodą (mycie rąk boli, kąpiel czy zmoknięcie w deszczu pali żywym ogniem)
mocne zapachy powodują mdłości i ból głowy 
dźwięki (typu szczekanie psa, głosna rozmowa, przejeżdżające samochody) powodują koszmarny ból głowy...

Moje Dziecko ma raptem kilkanaście lat i zna to wszystko.

Jest nastolatką i chciała by żyć jak inne nastolatki. Tymczasem to wszystko powyżej i jeszcze parę albo i paręnaście innych objawów chorób towarzyszy jej systematycznie z drobnymi przerwami od ponad dwóch lat. Chciała by normalnie żyć, normalnie chodzić do szkoły, normalnie się uczyć, normalnie sie bawić i wygłupiać z innymi nastolatkami, ale zwyczajnie nie może bo często jest chora, bo jej organizm nie funkcjonuje tak jak powinien, bo własne ciało ją zdradza, bo wszystko co normalnie sprawia ludziom przyjemność, jej często sprawia ból.

A tu ktoś sugeruje, że gdyby raz dostała sraczki, to by zapomniała o tych wszystkich rzeczach. Ma zmienić myślenie! Serio?!!!!!!!!!!!!

ZAISTE, W CHUJ ŚMIESZNE!

 W CHUJ!


Depresja to nie jakaś pierdolona fanaberia, jak się niektórym (albo i większości) wydaje.

DEPRESJA TO POWAŻNA CHOROBA, która może skończyć się śmiercią. 

Leczenie depresji jest długotrawe, trudne, kosztowne  i nie zawsze skuteczne.

Na depresję chorują także dzieci. Chorują i nie rzadko umierają.


No ale cóż. Słyszałam z wielu źródeł, że dziś depresja ponoć w niektórych kręgach jest cool i fancy. Niektóre dziunie ponoć udają, że mają depresję... Nie wiem czy po to,by zwrócić na siebie uwagę, by się popisywać, czy może  zwyczajnie  po prostu są pierdolnięte.

A może też faktycznie im się wydaje, że mają depresję, bo przecież "depresją" zwykło się w ostatnich czasach określać każdą chwilę gorszego nastroju, każdy objaw chwilowego smutku, chandry... Tymczasem różnica między zwykłą chandrą a depresją jest taka jak pomiędzy poparzeniem pokrzywą a poparzeniem III stopnia, jak pomiędzy zadrapaniem skóry przez kota a złamaniem otwartym.

LUDZIE OGARNIJCIE SIĘ!

Czy ktoś normalny udaje, że ma złamaną nogę i zaczyna nagle jeździć na wózku albo chodzić w gipsie, by być cool? Wątpię! Chcielibyście mieć złamaną nogę? Nie?!! Czemu? Przecież to takie śmieszne, jak ktoś cierpi. Śmiejecie się z osób po wypadkach?

Czy ktoś normalny goli se głowę na łyso, by poudawać, że ma raka? Chyba nie. Chcielibyście mieć raka? Jakto nie?!! Przecież to takie zabawne, że ktoś ma raka, że ktoś może niedługo umrze... Śmiejecie z osób chorych na raka?

Dlaczego zatem udajecie depresję?

Dlaczego zatem robicie se z depresji i ludzi poważnie chorych, podśmiechujki?

Kto normalny robi se żarty z cierpiącego dziecka?

Nosz KURWA?!

Może chcielibyście każdego dnia bez przerwy przez rok, dwa, trzy mieć sraczkę, ból brzucha, głowy, rzygać jak kot? Bo tak czują się często ludzie mający depresję, choć nie zawsze, bo ta skurwiała choroba u każdego objawia się inaczej.

Chcielibyście się czuć przez cały rok, tak jak czujecie się mając prawdziwą porządną grypę - 40 stopni gorączki, uczucie rozbicia, osłabienie, bóle mięśni i stawów? Bo tak właśnie czują się częstokroć ludzie mający depresję. Jak masz grypę to żebyś nie wiem jak chciał, żebyś nie wiem jak musiał, żebyś się zesrał to i tak nie możesz normalnie funkcjonować, bo nie masz sił. Przy grypie często człowiek nie jest w stanie się podnieść z łóżka i nic z tym nie zrobi. Nawet jak połknie coś przeciwgorączkowego i zwlecze się z tego wyra, to robota i tak idzie jak krew z nosa i słaby człowiek jak gówno...

Przy depresji człowiek czuje się bardzo podobnie, tylko często o wiele gorzej i depresja trwa miesiącami, a czasem latami, a czasem do końca życia z drobnymi przerwami. 

Czy kogoś serio śmieszy  to, że Moje Dziecko cierpi każdego dnia?

A może chcielibyście nie spać całe tygodnie? Wiecie, co to bezsenność? Chorzy na depresję często nie mogą zasnąć przez całą noc mimo ogromnego zmęczenia. Jak zasną, to i tak za chwilę budzą je straszne koszmary. I nie chodzi tu o jedną noc, ale o całe tygodnie, miesiące bez normalnego snu.

Na prawdę uważacie, że to w chuj zabawne, że Moje Dziecko nie spało porządnie od kilkunastu miesięcy?

Może chcielibyście cały świat nagle zacząć widzieć na czarno?

Rzeczy, które was dotąd cieszyły, fascynowały, bawiły nagle stają się obrzydliwe, nudne, beznadziejne. Mózg chorych na depresję zaczyna inaczej fukncjonować i cały ich świat nagle staje się brudny, bezwartościowy, Chorego nie cieszy nic. Nic nie sprawia satysfakcji. Chory odczuwa pustkę - jakby stracił wszytko,  jakby ktoś światu zabrał kolory, jakby mu wyłączył w jakiś sposób wszystkie pozytywne uczucia i emocje.

To jest okropne i przerażające uczucie.

Chory odczuwa niekończący się ból. Ból duszy, wieczne cierpienie, okropny smutek, przygnębienie. Na ten ból  nie ma tabletek przeciwbólowych. Temu bólowi bardzo szybko zaczyna towarzyszyć ból fizyczny - brzuch, głowa, gardło, uszy, zęby, mięśnie stawy... Wszystko po kolei zaczyna szlag trafiać.

Bawi was to?!! Bawi was, że Moje Dziecko nie chce żyć, bo ma już dość kurewskiego niekończącego się bólu?

 W CHUJ ŚMIESZNE. BOKI ZRYWAĆ!

A może chcielibyście być mamą, tatą, siostrą, żoną, mężem, dzieckiem kogoś kto ma te wszystkie objawy? Może wam by sprawiało przyjemność patrzenie, jak osoba którą kochacie nade wszystko cierpi, jak każdego dnia zwija sie z bólu.

Może podobało by wam się to, że wasz skarb, wasza miłość nie może spać po nocach, jak próbuje kolejno wszystkie znane i zalecane metody na dobry sen, jak testuje na sobie kolejne medykamenty, które nie działają.

Jeśli nadal uważacie, że depresja czy inne rzadkie, trudne, niezwykłe choroby są śmieszne, to zalecam wam pilne skontaktowanie się z najbliższym psychiatrą. 

A przynajmniej zróbcie mnie i ludziom chorym przyjemność i poczytajcie w google, czy w książce na temat depresji i innych chorób z którymi  zmagają się wasi znajomi, czy rodzina. Poczytajcie, obejrzcie w tv, na yt, zapytajcie lekarza, psychologa, psychiatry a potem zróbcie z tej wiedzy użytek.

Nie mówcie ludziom jak mają żyć i co mają robić, bo nie macie o tym pojęcia.

Jak pomóc ludziom z depresją?


Jak chcecie pomóc to bądźcie po prostu mili, zadzwońcie czasem, napiszcie, odwiedźcie, ale nie po to by popisywać się swoimi "mądrościami", tylko po to by zwyczajnie pogadać o rzeczach zwyczajnych, o szkole, o pracy, zapytać jak leci. Pogadajcie z człowiekiem, z dzieckiem czy dorosłym o muzyce, hobby, zwierzętach, wakacjach.

 Tylko tyle i aż tyle.

Więcej nie potrzeba.

Od leczenia, porad i trudnych rozmów osoby chore mają lekarzy, psychiatrów, psychologów terapeutów i ewentulanie przyjaciół czy inne bliskie osoby.

Osoby chore na depresję (zdrowe zresztą też) nie potrzebują pouczania ani tzw "mądrych" rad. Osoby chore na depresję potrzebują przede wszystkim wsparcia, ciepła, zainteresowania, miłych ale szczerych słów.
Potrzebują rozmów o rzeczach zwykłych, nie o problemach.
Potrzebują wysłuchania, a nie prawienia kazań, czy pouczania.

Osoby chore na depresję nie chcą i NIE POWINNY rozmawiać o katastrofach, tragediach,  wypadkach, morderstwach, cierpieniu ludzi i zwierząt czy jakiejkolwiek patologii. Nie chcą słuchać o waszych problemach ani o probemach waszych sąsiadów. Nie chcą słyszeć o tym, że inni mają gorzej czy że mają lepiej. Chcą i potrzebują słuchać i oglądać o wydarzeniach i zjawiskch pozytywnych, pięknych, neutralnych.

Pogadajcie zatem z nimi o przyrodzie, o malarstwie, muzyce, filmach, książkach - zależnie od tego, czym wasz znajomy się interesuje. Zapytajcie ich  o najnowsze dowcipy, jajcarskie wydarzenia z pracy czy szkoły, pokażcie dobre memy, ale kurwa nie na temat ich problemów.

O czym lubi rozmawiać moje dziecko? O różnych rzeczach, o wszystkim czym się interesuje.  Najchętniej jednak gada o tym, co powinno być dla każdego znajomego oczywiste - o swoich pupilach. Tak jak każda mama uwielbia gadać o swoich dzieciach, tak każdy hodowca uwielbia gadac o swoich pierzastych czy włochatych podopiecznych. Lubi też słuchać komplementów pod ich adresem, tak samo jak mama pod adresem swoich dzieci. Tylko uwaga - komplementy i zainteresowanie muszą być szczere. Inaczej lepiej się nie fatygujcie...

Niewtajemniczeni pewnie zapytają, co to ma wspólnego z depresją? A ja wam powiem, że bardzo wiele. Więcej niż jesteście sobie w stanie wyobrazić. Gadanie o tym, co się lubi i o tym, na czym się zna, bardzo pomaga. Depresja nie lubi gadania o fajnych rzeczach. To ją zabija i dusi.

Pozytywne rozmowy są lekarstwem na depresję.


zmokły kurczak
Chcecie JAKOŚ człowiekowi pomóc? Pogadajcie. Po prostu kurwa z człowiekiem normalnie pogadajcie bez żadnego cudowania, wydziwiania, silenia się na coś więcej, bo nic więcej nie potrzeba. Zaproście na kawę, sami wpadnijcie w odwiedziny, wyślijcie kartkę na urodziny, pomahajcie wesoło przez okno, uśmiechnijcie się, rzućcie komplement od czasu do czasu... To nikomu nie zaszkodzi, nic wiele nie kosztuje (nie licząc znaczka i kawy), a dla wielu może być na wagę złota, dla wielu może znaczyć życie...

UZUPEŁNIENIE dodane kilka dni później.

Po opublikowniu powyższego postu bardzo szybko otrzymałam odpowiedź od tego, kto opublikował w/w mem... To była stosunkowo długa wiadomość pełna oburzenia. 
Pozwolę sobie zacytować naistotniejszy fragmencik:

"Nie tylko ty jesteś biedna i poszkodowana przez los. A co twoje dzieci przechodzą to jest tylko i wyłącznie twoja wina. I wiedz to że cokolwiek się stanie to będzie wyłącznie twoja wina".


No i to by było na tyle w kwestii zrozumienia powyższego wpisu i problemu depresji oraz ogólnego zrozumienia i wsparcia ze strony TAK ZWANEJ  R-O-D-Z-I-N-Y. 



14 sierpnia 2019

O tym, że dobry wk$rw nie jest zły, czyli jak się nie rozwiedliśmy.

Dwa lata temu posumowując w grudniu kolejny rok mojego życia, pomyślałam, a nawet napisałam tu na blogu, że tamten rok był wyjątkowo dobry, że nasze życie na obczyźnie wreszcie się ustabilizowało. Cieszyłam się, że było nam dane, ale też miałam przeczucia, że teraz (znaczy od wtedy) już będzie tylko gorzej... I tak było w rzeczywistości. Ot taka samospełniejąca się zła przepowiednia... Wiedźmy to potrafią....

Z każdym miesiącem w naszym życiu przybywało nowych problemów... zdrowie się zaczęło sypać - zarówno fizyczne jak psychiczne, problemy w szkołach się nasiliły, zaczęły się problemy w pracy oraz problemy finansowe... Wszystko ze sobą powiązane i jedno od drugiego zależne. Co jedno próbujesz poprawić, to pięć innych się jeszcze bardziej pogarsza. Żedbyś się dwoił i troił - nie dasz rady wszystkiemu zaradzić na raz, nie dasz rady tego naprawić. 

Koszmar.

Z każdym miesiącem było gorzej i gorzej. Powoli wszystko zaczęło nas przerastać. Pogubiliśmy się w tym wszystkim całkowicie. Co gorsza pogubiliśmy też siebie wzajemnie.

Mieliśmy z małżonkiem drobne problemy ze zdrowiem, przez co nasza praca była trudniejsza niż w normalnych warunkach. To jednak nic.

W firmie męża coś poszło nie tak i nagle zaczęło brakować roboty, co spowodowało mnóstwo stresu i zmiejszyło nasze wcale nie jakieś przecież ogromne dochody. Zmiana pracy to znowu sporo nerwów i tygodniowe wypłaty, które spowodowały ogromne trudności, wręcz uniemożliwiły płacenie na czas wszystkich faktur. Problemy finansowe to zawsze stres. To jednak ciągle nic.

Nie jest też najgorsze to, że zgodnie z niepisaną regułą zawsze jest tak, że gdy brakuje pieniędzy to wtedy najbardziej są potrzebne i że leczenie dzieci pochłonęło sporo pieniedzy, których nie mieliśmy.

Nawet depresja - mimo, że jest jedną z najgorszch chorób, jakie się mogą człowiekowi przytrafić, a szczególnie dziecku - też wcale nie jest najgorszą rzeczą, jaka nam się w ciągu ostatnich dwóch lat przydarzyła.

To wszystko nawet każde z osobna jest paskudne, okropne, straszne i złe, i nawet każde z osobna może człowieka powalić na glebę. W komplecie stanowi to wszystko mieszaninę wyjątkowo toksyczną. Mieszaninę, która może spowodować, że nagle zaczyna się myśleć z czułością o śmierci, bo tak właśnie było w moim przypadku... Tak, taki drobny epizodzik depresyjki... To jednak wcale nie jest najgorsze.

Najgorsze jest to, że się pogubiliśmy. Zgubiliśmy siebie samych i siebie nawzajem.

Mieszkaliśmy razem, jedliśmy razem, wszystko robiliśmy razem, a jednak odeszliśmy wszyscy  od siebie bardzo, bardzo daleko.

Popełniłam (będę mówić o sobie, bo tylko za siebie odpowiadam) zupełnie nieświadomie ogromny błąd. Otóż jakoś tak mi się słuszne wydawało, że dla dobra dzieci muszę poświęcić wszystko ze sobą włącznie. Że muszę zrezygnować z siebie. Być może, a raczej wielce prawdopodobnie postanowiłam gdzieś tam w głębi swojego jestestwa ukarać w ten sposób siebie za wszystko zło jakie wyrządziłam mniej lub bardziej niechcący, za każdy błąd jaki popełniłam jako matka, jako człowiek.

Gdy problemy zaczęły się walic na nas z każdej strony i gdy przestało być możliwe rozwiązywanie je jeden po drugim, bo było ich zbyt wiele, coś we mnie pękło, coś się załamało. Myślenie logiczne przestało działać. Zgubiłam samą siebie. W jakimiś momencie najwyraźniej mój otępiały i zmęczony mózg doszedł do wniosku, że muszę wybierać pomiędzy dziećmi a partnerem, pomiedzy dziećmi a sobą, pomiedzy dziećmi a wszechświatem... Wszystko, dosłownie wszystko się pokałapućkało, poplątało i pomieszało. Nie widziałam początku ani końca, nie widziałam nadziei... To było okropne i straszne... Nie wiedziałam jak mam dalej żyć. Choć starałam się robić wszystko jak najlepiej, to nijak nie szło.

I wtedy nadeszły wakacje i mój Mąż zabrał Młodego i pojechali do Polski. Wtedy wszystko się zmieniło. Znaczy nie że od razu. Co to to nie. Ba, obawiam się, że gdyby nie On i nasz stary małżeński zwyczaj wakacyjny to dziś być może mieszkalibyśmy osobno i planowalibyśmy rozwód... Bo tak, był taki moment, że ta właśnie opcja z przyczyn różnych wydawała nam się najlepszym na dane okoliczności rozwiazaniem naszych problemów....

I bynajmniej nie dlatego, że się pokłóciliśmy, bo jakoś nie przypominam sobie by coś takiego zadarzyło się przez 9 lat wspólnego życia.

I bynajmniej nie dlatego, że przestaliśmy się sobie podobać, czy że skończyły nam się tematy do dyskusji czy inne tam typowe powody rozwodowe. Nic z tych rzeczy. Ciągle byliśmy i ciągle jesteśmy partnerami wręcz idealnymi, choć żadne z nas ideałem absolutnie nie jest. Po prostu zwyczajnie oboje jesteśmy wrażliwi i oboje nie chcieliśmy zranić tej drugiej osoby... Czyli chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle...

Po raz kolejny się okazało, robienie czegokolwiek  DLA DOBRA innych to największe zło, jakie można dla nich zrobić.

No ale na szczęście nasza małżeńska tradycja wakacyjna przewiduje pisanie listów, a dokładnie mejli. To nam pomogło. To Nas uratowało.

I dobrze, że to On zaczął i że zaczął od najgłupszego tematu, od jakiego można zacząć list do żony. Nie powiemm wam od jakiego, bo to nie wasz interes. Powiem tylko, że się wkurwiłam i że w tym wkurwie napisałam wszystko, dosłownie wszystko, co mi leżało na wątrobie, a to bynajmniej nie było ani fajne, ani czułe, ani miłe... Było za to wyjątkowo szczere i prawdziwe. A jak już wyłożyłam kawę na ławę (czego za Chiny Ludowe nie zrobiła bym gdybym nie straciła panowania nad sobą i gdybym uważała na to co mówię), wtedy mogliśmy zacząć o tym wszystkim rozmawiać. Mogliśmy porozkładać wszystko na czynniki pierwsze i dokonać głębokiej psychoanalizy, a potem wykombinować, jak to wszystko naprawić.

Potem to już łatwizna. Wystarczyło zacząć te nasze odjechane, ale skuteczne pomysły wprowadzać w życie i cieszyć się efektami.

Teraz jest wszystko, jak należy. Nie, że nasze problemy nagle zniknęły. Bynajmniej. Mają się całkiem dobrze, a i kilka nowych jeszcze przybyło, ale ten najważniejszy i najgorszy przestał istnieć w ciągu zaledwie kilku dni. Wystarczyło siąść na dupie w spokoju, zastanowić się nad wszystkim poważnie i zacząć rozmawiać z właściwą osobą we właściwy sposób.

Teraz znowu jesteśmy na właściwym torze i znowu jesteśmy razem a nie tylko obok siebie.

A razem możemy wszystko.

C.D.N.

16 lipca 2019

Znalazłam ulicę czarownic, odwiedziłam światynię literatury i zgubiłam majtki, czyli Maastricht po mojemu.

Młodzież zażyczyła sobie skoczyć do Maastricht, bo tam jest sklep z różnymi najlepszymi słodyczami z całego świata. Spoko, pojedziemy 130 km do Maastricht, żeby se kupić cukierków? No ale w sumie dlaczego nie? Przecież są wakacje! W wakacje robi się niezwyczajne rzeczy. 

Poszłam jednak wpierw do księgarni, by kupić mapę i jakiś przewodnik. Przeczytałam też internet. Po czym wytyczyłam trasę z miejscami, które JA chcę zobaczyć i z cukierkami.

Nie było to trudne, bo wszystko było stosunkowo blisko siebie i blisko stacji kolejowej.

Do Maastricht bowiem jechaliśmy pociągiem korzystając z naszych zniżek. 

Wakacyjne zniżki na pociag.

Dla dziewczyn wykupiłam wcześniej GO Unlimited, czyli miesięczne bilety wakacyjne dla młodzieży (studenci 12-25 lat), które kosztują 25€ i umożliwiają nieograniczone podróżowanie po Belgii. W sensie raz płacisz 25 euro i dziecko może całe dnie jeździć pociagami po całym kraju przez 30 dni nic więcej nie płacąc. (Jest też opcja tygodniowa za 15€). Do wykupienia Go Unlimited potrzebna jest karta MOBIB, którą wyrabia się na dworcu od ręki. Wyrobienie kosztuje 6€. Potrzebny jest plastikowy dowód z czipem albo zdjęcie. Do MOBIB ładuje się też bilety miesieczne, roczne itd.

Ja mam Grote Gezinnen Kaart, czyli Kartę Dużej Rodziny umożliwiającą podróżowanie pociągami za 50%. Żeby dostać kartę, trzeba mieć co najmniej 3 dzieci. Wyrobienie jest darmowe, ale na rok płaci się 6€ za specjalny bilet. Wyrabia się na dworcu kolejowym. Jak nie ma tłumów przy okienku to od ręki. Do wyrobienia potrzeba wypełnić specjalny formularz do pobrania tutaj, który po wypełnieniu trzeba zalegalizować w Urzędzie Gminy (gratis). 

Nasza wycieczka

Za bilety do Maastricht (tam i z powrotem) zapłaciłam niewiele ponad 50€. Z domu wyszłyśmy 15 po szóstej i na stację pędziłyśmy rowerami. Stamtąd pojechałyśmy pociagiem do Brukseli. Z Brukseli do Luik, z Luik do Maastricht. Droga powrotna miała więcej przesiadek i na jednym odcinku trzeba było siedzieć na podłodze, bo tyle było ludzi, ale poza tym nie ma co narzekać. 

Ze stacji kierowałyśmy się w stronę Bram Piekielnych i parku, w którym miały być ptaki i jelenie...

 Po drodze mijałyśmy wiele pięknych kamieniczek...




Bardzo spodobał mi się też czerwony budynek, który okazał się być szpitalem zapisanym już w 1286 roku jako Szpital Świętgo Idziego (Sint Gillishospitaal). Wewnątrz jest ponoć kaplica i 12 pokoi do których wchodzi się z długiego korytarza.
Sint Gillishospitaal 



Potem dotarłyśmy do Mozy, gdzie podziwiałyśmy widok na miasto oraz pozostałości murów obronnych. W Maastricht, które jest ponoć najstarszym miastem Holandii, w wielu miejscach natrafimy na całkiem dobrze zachowane zabytkowe mury miejskie z różnych czasów. W niektórych miejscach można się nań wspiąć i podziwiać świat z góry.







W końcu przedreptałyśmy po Wysokim Moście (Hoge Brug - most dla pieszych i rowerzystów) i dotarłyśmy do Bram Piekła...
Helpoort

Helpoort
Helpoort, czyli bramy piekła niewątpliwie muszą mieć coś wspólnego z diabelskimi siłami, bo trzymają się całkiem dobrze, jak na taki stary mur. Helpoort bowiem to najstarsza brama miasta, wybudowana w 1229 roku. Później, kiedy to już brama utraciła swoją funkcję, Helpoort służył za arsenał,  magazyn prochu, mieszkanie. 

Nazwa Helpoort ma jednak swoje wyjaśnienie. Ponoć kiedyś za bramą znajdowała się dzielnica czerwonych latarni zwaną, jak nie trudno się domyślić "piekłem i potępieniem".









Pesthuis 
Pesthuis to z nazwy dom zarazy. W takich domach musieli mieszkań dawniej ludzie, którzy chorowali na śmiertelne choroby zakaźne, by oddzieleni byli od reszty mieszkańców. Tyle tylko, że w tym Pesthuis nigdy nie mieszkali chorzy na zarazę. W pobliżu były jednak kiedyś baraki dla  zakaźnie chorych i stąd pewnie ta nazwa się wzięła.
Pesthuis był kiedyś młynem wodnym dla tamtejszej fabryki papieru Teraz mieści tam jakiś teatr czy coś ten deseń (nie moje zainteresowania w każdym razie).

Obok Bram Piekła natrafiliśmy na Niebiańską Knajpę, gdzie ja wypiłam kawę a Młodzież kolorowe Slushy. 
tam w dole płynie rzeka...


Knajpa w środku wygląda trochę ...crazy, ale kto wie, może tak właśnie wygląda niebo...? Koło baru można siedzieć na huśtawkach !!!, a w pobliżu drzwi rozsypany jest piach, a na nim są zabawki dla dzieci... Ważne, że toalety dla klientów są gratis (dla reszty 50 centów) i że w toaletach nie tylko stoi jakiś kamienny kamienny anioł, ale jest też czysto. 


 Świat po drugiej stronie diabelskich wrót wygląda całkiem zwyczajnie...




Tuż obok Helpoort i Pesthuis jest ładny park z dużą ilością wody, kaczek i gęsi, fontannami i placem zabaw, gdzie ludzie wyprowadzają wszystkie swoje dzieci i psy. W Holandii i Belgii ludzie sprzątają za swoimi pupilami, każdy chodzi z woreczkiem (psst... niesprzątanie jest karane mandatami, które nie są niskie).


Jest tam też "dobudówka" do XIV-wiecznych (drugich) murów miasta, która nazywa się Vijfkoppen, czyli Pięć Głów. Czasem używana jest też nazwa De Drie Duiven (trzy gołębie). Nazwa Pięć Głów pochodzi od pięciu głów "zdrajców", które tam kiedyś (w 1638r) były po ścięciu wystawione na specjalnym stojaku na postrach innym.

vijfkoppen


widok z góry z Vijfkoppen


Młoda siedzi na armacie :-) W tle stojak na ścięte głowy (raczej nie oryginalny :-) )


Park Miejski (Stadspark) koło Vijfkoppen i Helpoort

po prawej Vijfkoppen

Vijfkoppen

Potem poszłyśmy dalej uliczką Vijfkoppen, a potem Molenhofpad, a tam rzeczka Jeker pocudowana w fikuśne oraz  miłe dla oka i ucha zawijasy, uskoki, kaskady i mosteczki. Cudowne miejsce na relaks. Z tablicy tam umieszczonej się dowiedziałam, że tam jest tak wycudowane, by ryby mogły w górę na tarło płynąć i potem z powrotem do domu na dół :-)


rzeka Jeker płynąca koło młyna Pesthuis








Zaraz potem było to miejsce, gdzie miały być te sarny... Okazało się jednak, że TERAZ AKURAT coś tam remontują, reparują, modernizują i  zwierząt nie ma. Co nie zmienia faktu, że i tak się opylało tam iść, bo było fajnie :-)
tam, gdzie facet zagląda, miały być ptaki, ale nie ma




Przelazłyśmy  przez kolejny mosteczek i dziurę w murze, po czym skierowałyśmy się w stronę cukierków... znaczy centrum.
Ulica Zwingelput - odcinek tylko dla pieszych
pod drugiej stronie bramy



 

Obrazek na kamienicy "Matko Boża ochraniaj nas"
Potem, ku wielkiej swojej uciecze odkryłam Ulicę Czarownic (Heksenstraat). Nazwa jednak nie ma nic wspólnego z czarownicami, bo pochodzi od nazwiska Hex. Na początku tej ulicy jest brama wodna i pozostałości młyna zwanego Heksenhoek (róg czarownic).

 

Ulica Heksenstraat.
Później szłyśmy, szłyśmy, szłyśmy różnymi uliczkami...





  ...aż dotarłyśmy do Młynu Biskupa (De Bisschopsmolen). Niektórzy powiadają, że ten Młyn powstał  w VII wieku w czasach Biskupów z Maastricht. Bardziej wiarygodne jednak wydaje się, że nazwa młynu wzięła się od biskupa z Liege, który wydzierżawił młyn od księcia Gotrfyda z Bouillon, bo ten wyruszając na krucjatę, potrzebował pieniędzy. W umowie zapisali, że jak książę nie wróci, Młyn stanie się własnością biskupa. I tak się stało, a młyn odtąd nosi nazwę Młyn Biskupa. Później był on przekazywany na kolejnych biskupów.
W XIV wieku młyn stał się własnością browaru (wykorzystywany był do mielenia słodu), później miał kilku innych właścicieli, aż w 1920 roku został sprzedany przez ostatniego właściciela Gminie Maastricht. Ta potem wynajęła go młynarzowi Fransowi Crijnsowi. W 1924 roku zamontowano to metalowe nitowane koło o średnicy 6 m i szerokości 92cm. Zamontowano też wówczas silnik, który wspomagał pracę koła wodnego. W 2004 młyn został odrestaurowany i rok później zaczęto go używać do mielenia orkiszu, który dostarczany jest m.in. do browarów.

W Młynie znajduje się knajpka i piekarnia, gdzie można spróbować ichnich przysmaków, np Vlaai, okrągłego placka z powidłami. W poniedziałki niestety nieczynne :-(
De Bisschopsmolen

 




Potem poszłyśmy zobaczyć coś, co mnie wielce ciekawiło odkąd zobaczyłąm to w necie. Księgarnia w  starym kościele. Przeczucie mnie nie myliło. Robi wrażenie. Na pewno spodoba się tam każdemu miłośnikowi książek. Kościół został wybudowany w XIII wieku jako kościół klasztorny. W XVIII wieku został zamknięty i potem pełnił różne funkcje. Dziś jest tam właśnie księgarnia. 









W końcu postanowiłyśmy znaleźć coś do jedzenia, bo coraz bardziej wszystkim zaczynało burczeć w brzuchu. Ze wzgledu na niebogata sytuację finansową wybrałyśmy KFC, bo tanio i szybko się człowiek napcha. No i na koniec poszłyśmy połazić po sklepach. Tyle tylko, że zwiedzanie sklepów w Maastricht  podczas wyprzedaży, jak się nie ma hajsu to pomysł tak jakby od czapy... Dlatego szybko nam się znudziło i powlokłyśmy się zmęczone w stronę dworca...

słodyczowy raj

znajdź 2 nastolatki :-)
Ratusz

















No i teraz UWAGA BĘDZIE NAJLEPSZE. 

Mimo braku pieniędzy postanowiłam kupić sobie jakiś fajny drobiazg na pamiątke. No i kupiłam se majtki w ulubionym sklepie, bo były tańsze niż kubki w sklepach z pamiątkami (poza tym kubki już nam się w szafce nie mieszczą), a obu tych rzeczy lubię mieć dużo, no a trwają wyprzedaże, więc były trzy sztuki w cenie jednych. Szaleństwo. 

Kupiłam se majtki i dla Młodej majtki, a dla Najstarszej królicze skarpetki a potem zostawiłam to  wszystko gdzieś w którymś pociągu razem z tą zajebistą różową torebeczką zakupową BUACHACHACHA! Dobrze, że to były wyprzedaże i że to tylko kilkanaście euro zgubiłam, bo w TYM sklepie to my zwykle dużo więcej wydajemy :-)

 Jaja jak berety.


 
 A w drodze powrotnej na jednym odcinku trasy przyszło nam siedzieć na podłodze, bo tyle było ludu. Dobrze, że teraz w pociągach są dywany, a nie taki syf jak dawniej, gdy to na obozy się jeździło nad morze czy w Bieszczady.

Wycieczkę uważam za udaną i na pewno jeszcze kiedyś pojedziemy do Maastricht, bo została mi niezobaczona wieża w kościele Świetego Jana z widokiem na miasto i miasto od spodu, w sensie groty, jaskinie, tunele...