22 marca 2024

Czasem zmęczenie wygrywa...

 Przeważnie ja wygrywam ze zmęczeniem, ale bywa i tak, że ono ma swoje ostatnie słowo, a wtedy pozostaje mi tylko pójść na górę i paść na wyro trupem. Po 10 godzinach mogę znowu z życiem się brać za bary, choć czasem mam uczucie jakbym zmartwychwstawała a nie się budziła…

A tu wiosna pełną gębą!

Wymęczył mnie ten tydzień, bo jakiś taki bardzo dziwny, skomplikowany, niezrozumiały i szybki był...

W poniedziałek szkoła. Pojechałam z Panem Rowerem, bo inne opcje aktualnie nie są dostępne albo mnie nie satysfakcjonują, czytaj: skuter zepsuty, a autobusem z przesiadkami to nie na moje nerwy i cierpliwość. Jest jeszcze opcja poproszenia koleżanki o zabranie mnie, ale ja wolę liczyć na siebie, dopóki mogę. Jeśli uznam, że to mnie przerasta, to poproszę. Już nawet wstępnie mam taką ewentualność zaklepaną. 

Jednakowoż po długich przemyśleniach (będzie z kilkaset sekund) i karkołomnych obliczeniach doszłam do wniosku, że może ja to niewłaściwie do kwestii zmęczenia podchodzę. Może to paradoksalnie nie więcej odpoczynku mi potrzeba, a więcej ruchu, panie. Więcej i, przede wszystkim, częściej oraz systematycznie. A nie że dopadnę roweru czy trampka raz na tydzień i od razu maraton, a potem dędka przez resztę tygodnia. Tak się nie robi, panie! Jak już się brać za ruch to wytrwale, uparcie codziennie. 

Zdechły skuter mi dopomógł w dojściu do takich wniosków, bo przypomniało mi się, jak to 7 czy 8 lat temu zaczęłam do pierwszych klientów na rowerze naginać i jak to mało płuc wtedy nie wypluwałam przez to pedałowanie, a jakiś czas potem kręciłam przecież po 30km dziennie plus latanie na miotle po kilka godzin i żadnego większego zmęczenia nie odczuwałam. Teraz mi ciężko pokonywać stare znane, nawet dosyć krótkie trasy i to daje do myślenia. 

To że starych portek nie mogę zapiąć też! Paaanie, ostatnimi czasy kupowałam przeważnie rozmiar 40 czy jak kto woli L, by mieć luźne gacie i koszulki no i w te się mieszczę bez problemu, ale te starsze, na których widnieje 38 to jakby ciasne się ostatnio zrobiły, a niektórych nawet na dupę nie wcisnę. Odkąd przytyłam do 65 podczas leczenia, tak mi już zostało. Od matury praktycznie cały czas (nie licząc ciąż) ważyłam 58-62kg. Przez raka wyhodowałam małą oponkę.

 Czytałam gdzieś, że w ten sposób, czyli wokół bioder i brzucha nasze ciało odkłada tłuszcz przez stres i może faktycznie coś w tym jest, bo gdy wcześniej zdarzało mi się nabyć trochę tłuszczyku, to było to widać na całym ciele, także - a może zwłaszcza - na twarzy. No ale mniejsza o to. Poza tym, że wszystkie wygodne portki są za ciasne, to mi to w niczym na razie nie przeszkadza, ale jest zauważalne i skłania mnie do zastanowienia, czy więcej ruchu nie pozwoliło by się tego pozbyć.... 

Że co…? Że niby stare wróble ćwierkają, iż mniej słodyczy i chipsów też mogło by tu pomóc? Może i tak, ale tu nie ma takiej zasranej możliwości. Chipsy i piwerko do Netflixa, czekoladki do blogowania i nauki, kinder bueno i -country na przerwie w szkole i świetlicy, pączki z budyniem i mini ptysie z bitą śmietaną ...bo są... Nie, nie, niezdrowe jedzonko zostaje na razie, tam gdzie jest. W moim bliskim zasięgu. Amen.

Aktywność fizyczna jednak jest mi zdecydowanie potrzebna. Jeszcze nie wiem ile, ale na pewno trochę więcej niż ostatnio. No więc się wdrażam. Poniedziałek 12km razy 2, wtorek po prosru 2 km, środa 2 razy 5km, czwartek 2 razy 5 km, piątek 0, co daje pi razy oko: 44 km. Do tego sporo łażenia. Tak dla ciekawości w Brukseli przedeptałam wedle aplikacji Zdrowie około 5 tysięcy kroków, a w świetlicy przez 5 godzin ponad 10 tysięcy. Tak że tak, nogi do dupy czasem włażą w tej robocie haha.

Przez tego cholernego raka miałam sporą przerwę we wszelakich poważniejszych aktywnościach fizycznych. Do tego oczywiście doszło podtrucie i wyniszczenie organizmu przez leki i zabiegi, a i stres swoje zrobił zapewne.

Dość rzec, iż trzeba od nowa zacząć budowanie kondycji, sprawności i odporności. Od nowa i na innej bazie, bo ciało działa i wyglada teraz inaczej niż przed rakiem: stawy są sztywne, mięśnie jakieś niedożywione (częste skurcze skądś się biorą), nie mam jednego cycka (miejsce po nim jest obolałe, napięte, swędzące i mało unerwione, w sensie mało czułe z wierzchu), skóra jest sucha i mało elastyczna (choć robię co mogę, by jej stan polepszyć), paznokcie są jak z płyty wiórowej (i trzeba na nie uważać), a i w środku też są różne spustoszenia, ale nie bardzo widać jakie, więc na to nie weźmie poprawki.

Takim oto tokiem myślenia podążając stwierdziwszy któregoś pięknego dnia niezdolność skutera do jazdy, uznałam, że nie będę się spieszyć z jego naprawianiem, bo przecież idzie ku wiośnie, przeto rowerowanie będzie znowu przyjemne, a przy okazji będę zmuszona się nim cieszyć, bo - jak wiadomo - z braku laku dobry i kit. Ha. 

Oczywiście tu nasuwa się pytanie: czy podołam? 

Pewnie że tak! A jak. Opcje są dwie: albo mnie to zabije, albo wzmocni. Czas pokaże.

We wtorek lekcji nie mieliśmy, bo belferka się pochorowała. No i dobrze! Nie że się pochorowała, tylko że lekcji nie było, bo mogłam spokojnie do Brukseli obskoczyć bez kombinowania jak koń pod górę. Doktór od siedmiu boleści i dziesięciu plag orzecznik orzekł był moją całkowitą niezdolność do pracy jako pomoc domowa. Powiedział, że może faktycznie lepiej, bym poszła robić coś innego, no bo i co miał powiedzieć, skoro inny doktór orzecznik z mojego Funduszu Zdrowia dał mi w zeszłym roku na piśmie, że nie mogę pracować jako pomoc domowa i ja mu to pismo pode nos podsunęłam. Ostateczne rozwiązanie umowy dostanę dopiero po miesiącu, bo to musi nabrać mocy urzędowej. Niech i tak będzie. 

Jaka jest różnica z normalnym rozwiązaniem umowy? Ano taka, że w tym wypadku (rozwiązanie umowy z przyczyn niezależnych - medycznych) mam prawo do zasiłku dla szukających pracy.

Biuro doktora jest na Heizel, czyli koło słynnego Atomium, no to se pamiątkową fotkę tych błyszczących kulek cyknęłam. Nie wiem, czy wiecie, ale do roku bodajże 2016 publikowanie zdjęć Atomium czy Dworca Centralnego było dosyć ryzykowne ze względu na prawa autorskie. Dziś nadal nie wolno bez zgody Atomium zdjęć tego przybytku używać na komercyjnych stronach. Prywatnie jednak jest dozwolone  w ramach tzw wolności panoramy. No to cyk. Macie obrazek z daleka i z odbicia tego żelastwa w jakimś oczku wodnym.





gęsia leciała…

most Sobieskiego w Brukseli


Będąc w stolicy, powiozłam się metrem w okolicę Tour & Taxis, by wybadać gdzie konkretnie jest ta wystawa Titanica, na którą bilety jakiś czas temu kupiłam, by potem nie latać w panice po całej okolicy i nie szukać. I dobrzem uczyniła, bo powiem wam, że chwilę mi zeszło, zanim trafiłam na właściwe drzwi.

Turn & Taxis to dziś centrum usługowo-wystawiennicze, ogromna budowla (fotki całości zrobię następnym razem) powstała gdzieś około 1905 roku jako królewski magazyn. Mieści się toto obok dawnego portu, a przez nią przechodziły tory, bo pociąg wjeżdżał do środka. Części torów zachowano i można je sobie przez okna w podłodze oglądać. Budowla robi wrażenie (i dosyć przytłacza) zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Dziś mieszczą się tam różne knajpki, biura, firmy, organizowane są najróżniejsze wystawy, ekspozycje, czasowe muzea i diabli wiedzą, co jeszcze… Okolica, że tak powiem, dupy nie urywa. Tu i ówdzie wygląda, jakby tam coś wybuchło niedawno, a pomiędzy ruinami ktoś jakieś dziwne budowle poustawiał bez większego namysłu. To oczywiście opinia prostej baby ze wsi, bo znawcy sztuki być może widzą w tym jakiś większy sens i ukryty przekaz…



 

A tym mostem pewnie ciopąg do tego magazynu jeździł i tak tu utknął w czasie bezpowrotnie.



Ten brzeg z obu stron wygląda, jak jakieś pobojowisko - jakieś zwały piachu czy cementu, śmieci i inny syf. To wszystko tuż obok tego słynnego budynku, w centrum stolicy Europy.

a ten mural był po drodze…


Jako wisienkę na torcie w tej szybkiej wycieczce po Brukseli zaprezentuję wam Dworzec Północny. No szaleństwo, Panie. Jakiś czas temu należał do miejsc potencjalnie wybuchowych i pełno uzbrojonych żołnierzy i policji na nim było, a wokół krążyły pojazdy opancerzone. Bywałam tam wtenczas często i nawet sporo zdjęć miałam… Bo to „nasz” dworzec, w sensie autobusy do nas stamtąd odjeżdżają. Potem było o nim dosyć głośno, bo uchodźcy na mim całymi stadami spali, srali i okradali podróżnych. Potem ich przegonili i cały dworzec autobusowy w cholerę zamknięto. Później albo w tym samym czasie zabrali się za remont dworca kolejowego (one są połączone ze sobą). Znaleźć drogę na właściwy peron czy automat do biletów to była wtedy niezła zabawa - tu zamknięte, tam coś rozburzone, a tam szaleńcy z młotami pneumatycznymi dokazują, a dalej żołnierze z karabinami… W końcu zakończyli remont, by chwilę później zacząć demolkę na autobusowym. Nie zazdroszczę turystom, czy innym ludziom chcącym np po raz pierwszy akurat z tego dworca skorzystać, bo jak nie znasz tego miejsca, to możesz mieć spore wątpliwości co do tego, czy aby na pewno znalazłeś się aby we właściwym miejscu i właściwym czasie. Kurde, nawet my, stałe bywalczynie,  jak tam ostatnio z Młodą zajechałyśmy nota bene jakąś nową nieznaną drogą, to nam szczeny na asfalt opadły… We wtorek przez chwilę gapiłam się z wielką wątpliwością w górę na kopary pracujące zawzięcie na różnych piętrach i omijałam szerokim łukiem sypiące się na ulicę kawałki szkła… Panie, co to ma niby być? Kto to widział w takich warunkach na autobus czekać? Godverdomme! 

Dworzec Północny

Dworzec Północny (autobusowy)


W środę pokonało mnie zmęczenie, ale sama sobie zgotowałam ten los, bo nie biorąc poprawki na to, że od-teraz-jeżdżę-do-wszędzie-rowerem, przed i po powrocie ze świetlicy poza zapieprzaniem przy swoich zadaniach szkolnych jeszcze ugotowałam, jakieś pranie obskoczyłam, nacięłam trawy, posprzątałam u świń, poodkurzałam tu i ówdzie… A o 2Otej nie byłam w stanie nawet pyska otworzyć, by odpowiedzieć Małżonkowi na pytanie pt „jak tam…?”. Serio, nie miałam sił, by mówić! No ale dobra, zawlokłam zwłoki na górę i zasnęłam od razu kamiennym snem. Przespałam ciągiem 8 godzin, potem poszłam na siku i dospałam jeszcze do 6:30 półsnem. Potem zmartwychwstałam powoli i powlokłam się na obolałych kopytach przygnieciona bólem głowy na dół do kuchni. 

W czwartek już było lepiej. Tyle że uczycielka-mentorka moją świetlicę nawiedzała i dosyć mnie to stresowało… Co oczywiście w ostatecznym rozrachunku nie miało dobrego wpływu na moje samopoczucie. Otrzymałam całkiem sporo komplementów, ale w takim kiepskim stanie będąc mój mózg skupił się tylko i wyłącznie na tej jednej rzeczy, nad którą muszę popracować. Przez to wszystko, czyli zdecydowany nadmiar wrażeń, myśli i bodźców, kolejnej nocy nie spałam prawie wcale, bo musiałam przecież wszystko gruntownie z najdrobniejszymi szczegółami przemyśleć, przeanalizować i przetrawić. Bo mój mózg jest pojebany i musi to robić. Dziś jestem zatem lelum-polelum, ale osiemdziesiąta dziewiąta zasada niepoprawnego optymisty  mówi, że jak zjebałeś się na samo dno, to teraz droga jest tylko jedna - jest to droga w górę ku światłu i ku lepszemu. Czterdziesta siódma mówi, że jak jeszcze nie jest tak źle, by gorzej być nie mogło, to jest dobrze. A jak jest, to znaczy że już  może być tylko lepiej. 

A tymczasem koło naszej chałupy jacyś naiwni skarbu szukali. Mówili niby, że światłowód kładą, ale kto ich tam wie… 

Tak, psze państwa, ogłaszam niniejszym że tak oto do Belgii dotarła cywilizacja! Będziemy mogli już nie długo pędzić do siebie z prędkością światła. Kozacko c’nie?

Wszystko fajnie piknie, tylko teraz wszędzie jest wszystko rozkopane, bo chłopaki się serio ostro za te wykopki wzięły i grzebią wszędzie jak kury za glizdami, a ty człowieku kombinuj jak tu z punktu A do punktu B dotrzeć. Poza nimi jeszcze z tysiącpincetstodziewincet innych firm za tym czy tamtym grzebie w drogach. No kuźwa, serio wom godom, jak mieszkamy tu 10 lat, to takich utrudnień na drogach nigdy nie było jak teraz. Świat nie widział! Nie ma na tym, jak się zdaje, żadnej koordynacji i żadnej nici porozumienia pomiędzy poszczególnymi firmami - każdy uj na swój strój. Ci kładą światłowód, na sąsiedniej ulicy robią przy gazie, kawałek dalej przy kanalizacji i to zaraz potem jak inna firma tyle co nowy asfalt położyła i/albo chodnik ułożyła, a dalej jeszcze kolej coś rozgrzebuje albo elektrycy, albo gmina parking robi czy szkołę przebudowuje… Flandria wygląda jak jeden wielki plac budowy. No i dobrze, że robią, że działają, że naprawiają, poprawiają, wymieniają, ulepszają, ale do cholery w dobie telefonów komórkowych, sztucznej inteligencji, komputerów i internetu człowiek by jednak oczekiwał jakichś bardziej przemyślanych i sensownie zorganizowanych działań, by inni ludzie mogli normalnie i bezpiecznie dostać się do szkoły, pracy, lekarza czy babci, a nie że godzinami w korach się stoi albo szuka objazdu.



Na zakończenie tego wpisu pochwalę się moimi przygotowaniami do realizacji projektów, a konkretnie jednego: stymulowanie samodzielności u dzieci. Mam wybrać jedno dziecko, któremu pomogę w pożegnaniu pieluch, jedno które nauczę wiązać buty plus dwa inne dziecka i dwa inne własne pomysły (wybrałam wstępnie naukę mycia rąk u szkolniaka oraz zakładania na siebie oraz wieszania kurtki na wieszaku przez przedszkolaka). Te dwa ostatnie to działanie jednodniowe (ale do ćwiczenia w dniach kolejnych), buty i kibel trochę bardziej skomplikowane. Na razie mam plan na sznurówki, bo bardzo mi się pomysł tutejszy na króliczka/zajączka spodobał. Naukę ujarzmiania sznurówek i kurtek chcę zrobić dla grup 3-, 4-dzieciowych, by było weselej. 

Nauka wiązania butów „na zajączka”

Czy to działa, opowiem wam, jak wypróbuję na dzieciach. Póki co przygotowałam pomoce naukowe, czyli zajączka z tekstem i sznurówką oraz buty ćwiczebne z podkładki na stół i starych sznurówek oraz mini dyplomiki. Mam też nagrody rzeczowe: skaczące piłeczki gumowe i dwa pudełka naklejek.


Tekst sznurówkowy po polsku (to nie jest dosłowne tłumaczenie).

„Był raz sobie zajączek, który zgubił swoje uszka…
Pomyślał, że może przy swoim łóżku poszuka. (bierzemy sznurówki w dłonie)
Przebiegł najpierw wokół łóżeczka, a potem przepełznął pod spodem  (jedna sznurówka wokół drugiej i do dziury).
Pociągnął trochę za swoje włosy (zaciągnąć węzeł)
i co zobaczył tuż przy nodze łóżka?
- Toż to moje jedno ucho! - wykrzyknął uradowany. (robimy pętelkę) - Ale gdzie może być drugie? - pomyślał zajączek i przebiegł ponownie wokół swojego łóżka, po czym przepełznął pod kołderką (druga sznurówka wokół „uszka” i wyciągamy przez dziurę jako drugie „uszko”). I tak znalazł swoje drugie zajęcze uszko. Umocował je porządnie na swojej główce (zaciągamy pętelki porządnie) i uradowany pobiegł się bawić”.





Epicki w tym tygodniu zaczął kolejne egzaminy. 

Mówi, że matma i przyroda były w porządku, ale w poniedziałek wrócił wkurzony, bo belfry otworzyły "wszystkie okna", a on zapomniał swoich ochraniaczy słuchu i mówi, że mało szału nie dostał od hałasu za oknem i że w ogóle nie mógł się skupić. Na drugi dzień już zabrał słuchawy i po powrocie ze szkoły oznajmił, że to ogromna różnica. 

Jego wyniki w tym trymestrze są bardziej niż satysfakcjonujące. Jak wszedł w szkolnhy rytm tak znowu wszystko mu idzie jak z płatka choć po lekcjach nie poświęca szkole jakoś nie wiadomo ile czasu. Ot, zadanie domowe odrobi i na papierze, i online. Coś tam przygotuje, od czasu do czasu powtórzy... Poza tym sporo gra i gada z rówieśnikami z całego świata, słucha muzyki, przekopuje internety w poszukiwaniu nowych informacji na interesujące go tematy, od czasu do czasu pójdzie pokopać w piłkę z tatą lub kolegami, pozawraca gitarę... Najważniejsze w tej historii, że nikt go praktycznie nie nadzoruje, nikt do niczego nie nagania ani nie zmusza. Czasem, jak mi albo Małżonkowi przypomni, zapytamy, czy ma jakieś zadanie, ale żadne z nas nie idzie tego sprawdzać. Nie grzebiemy mu w tornistrze bez powodu, nigdy nie sprawdzamy przeglądarki, nie zaglądamy do podręczników, jeśli sam o to nie poprosi. On jest w pełni samodzielny i bardzo odpowiedzialny. O wszystkim sam dobrowolnie opowiada. Tak, o popełnionych błędach i odwalonych głupotach również, bo wie, że kara go żadna nie spotka, bo nasz system wychowania kar nie przewiduje. Nagrody czasem jak najbardziej, ale też nie na zasadzie, jak cos zrobisz to coś dostaniesz. Raczej rozdajemy nagrody za całokształt kupując prezenty z i bez okazji. Jak chcę coś o nim (czy naszych dziewczynach) wiedzieć, to po prostu pytam. Oni też wiedzą, że matkę czy ojca można zapytać o wszytko swobodnie. Bo to bardzo dobre nastolatki i młodzi dorośli są.



17 marca 2024

Koty i kocury w morzu żonkili

 Kolejna edycja Lente op De Dries (wiosna w Dries). W tym roku po parku rozlazło się kilkaset kotów. To koty reklamowe udekorowane przez różne firmy i instytucje.






























































































Takie wystawy są w tym parku co dwa lata. Pokazuję czasem fotki na blogu. I tak:

2 lata temu w 2022 były  wiewiórki

W 2019 wystawa rzeźb

W 2017 była tam  wystawa t: "Kunstenparcours Vrij Land

W 2016 podziwialiśmy pingwiny

Poza tym były jeszcze misie w 2020 i ślimaki, ale zdjęcia dodawałam tylko na instagram.