26 listopada 2023

Przemyślunki na temat kursu i życia, które czasem zbyt ciężkie się zdają

 We wtorek nawiedziłam z Młodą dermatologa. Pod blokiem zauważyłyśmy tabliczkę, która wielce nas ubawiła. Obie zrobiłyśmy zdjęcia, żeby pokazać znajomym.

Trochę chaszczów, trochę trawy, trochę wody i błocka = NIEBEZPIECZNA SYTUACJA.



To bajoro otacza asfaltowa ścieżka dla pieszych i rowerów i pewnie jak jeden z drugim na skróty spróbuje, to może zaistnieć niebezpieczna sytuacja, ale jak ja sobie to wyobrażam, to jeszcze bardziej mi się micha cieszy. Nie no, patrzysz na ten krajobraz miłu oku, na tę zieleń sielską, tę trawkę, ten uroczy płotek nad strumykiem, na też ścieżkę dla rowerów i na tym tle widzisz tę oczobolnie czerwoną tablicę gevaarlijke situatie "niebezpieczna sytuacja". 

Pani dermatolog oświadczyła, że problemy skórne Młodej to nie jest wina autyzmu, tylko niezwykłej nadwrażliwości skóry. Pochwaliła się, że ona sama też to ma, tylko u niej problem pojawia się i znika, czasem się nasila, czasem prawie nie istnieje i że na to pomagają leki na alergię. Zrobiła prosty test - przejechała Młodej po plecach lekko jakimś szpikulcem. U normalnych ludzi, nic to nie robi, u ludzi z tym problemem po chwili skóra wokół śladu robi się bardzo czerwona i pali żywym ogniem przez kilka godzin. Młoda do wieczora skarżyła się, że ciągle czuje to, co tam jej „narysowała”. 

Młoda zaczęła brać to samo, co braciszek bierze na swoją alergię, tylko w tabletkach: Desloratadine. Czy pomoże, czas pokaże.

Skoro już jestem przy niezwyczajnych problemach to na kursie spotkałam pierwszą osobę, która doświadcza tego samego zjawiska podczas gorączki, co nasz Młody. Dotąd jak opowiadałam o tym, że nasz Młody strasznie przechodzi gorączkę, bo temperatura mu na zmiany bardzo szybko rośnie i spada, przy czym majaczy, boi się, gada do niewidzialnych potworów, chce uciekać… to ludzie patrzyli na mnie, jakbym się z choinki urwała. A tu nagle kobieta opowiada, że jej syn jest chory i że podczas gorączki ma takie objawy… Dodaje, że ona też to ma i że to tzw syndrom Alicji z Krainy Czarów. Widzi się wtedy wszystko bardzo powiększone i zniekształcone… Nie wiem, co widzi Młody, jeszcze o tym nie czytałam też, ale najważniejsze dla mnie jest, że są inni ludzie z podobnym problemem, że nie jesteśmy jedynymi dziwadłami na tym świecie… Co ciekawe oni mają ADHD i może to ma coś z tym wspólnego…? Kto wie. 

Ileż dziwnych zjawisk i dolegliwości ludzie doświadczają, o których się nie mówi, o których mało kto słyszał… Ile my dziwnych rzeczy żeśmy zebrali. Istny klub osobliwości jest w naszym domu, a tu jeszcze ludzie się dziwią, gdy mówię, że jesteśmy normalni inaczej, co nie przeszkadza im jednocześnie przekonywać nas byśmy się dostosowali do ich świata… Wybaczam im, bo nie wiedzą, co czynią.



Na świetlicy znowu było fajnie. Miałam chęć porobić z dziećmi eksperymenty, ale się nie złożyło. 

Najpierw zapytałam koleżanek, co na ten temat myślą, to odrzekły, że im wszystko jedno, ale muszę zapytać o zgodę szefową. Wysłałam zatem do niej sms pytający i otrzymałam pozytywną, a nawet bardzo pozytywną odpowiedź. Wybrałam na początek 2 doświadczenia z balonikami, sodą i octem, zebrałam rupieci do pudełka i zaniosłam to do świetlicy, ale okazało się, że ktoś tego dnia organizował urodziny i sporo dzieciaków poszło wcześniej do domu, a ci którzy zostali mogli się bawić w innej sali, czyli "nowe zabawki", "nowe miejsce" to przecież nie będę im przeszkadzać. Poza tym robiliśmy wyklejankę zaproponowaną przez koleżanki, która bardzo się  wszystkim podobała i której wykonanie zajęło sporo czasu. Eksperymenty zatem przełożyłam na następny tydzień. Może się złoży...

w drodze do szkoły


Jeśli chodzi o moje projekty, to póki co, tylko jedna rodzina mi zdjęcia przysłała mejlem. Z czego wniosek, że trzeba popytać jeszcze innych rodziców, a tamtym się przypomnieć, ale z fotoksiążką mi się nie pali w sumie.

Wymysłiłam plan potencjalnej imprezy dla rodziców. Potem spiszę mój plan i wszystkie pomysły, by w poniedziałek wysłać do szefowej (mentorki). Bardzo jestem ciekawa, co ona na to, bo pomysł jest dosyć, że tak powiem, szalony jak na stażystkę, która ma całe gie do powiedzenie w świetlicy, ale ja jak już mam coś robić to tak, żeby było w miarę fajnie. A widzę to tak:

Impreza w ostatni piątek ferii bożonarodzeniowych dla wszystkich rodziców, w godzinach od 16 do 18.

W korytarzu ładnie udekorowany stół z przekąskami. Wersja 1: chipsy, ser, salami, oliwki, paluszki, kawa, herbata, wino musujące - po belgijsku). plus Wersja pro: rodzice przynoszą ulubione domowe deserki (to by było zajebiste, ale wątpię, czy jest akceptowalne i wykonalne).

Wystawa prac z zajęć feryjnych dzieci (to był pomysł mentorki - biorę jak swój).

Mini teatrzyk "Złotowłosa i trzy misie" (na zasadzie: narrator czyta, dzieci udają misie i Złotowłosą, co można zrobić niemal na poczekaniu, jeśli ma się trochę fantazji) Dlaczego ta bajka? Bo to jedna z moich ulubionych. Bo jest w temacie rodziny i różnic, a ja chcę trzymać się tego tematu w każdym projekcie. Bo potrzebne rekwizyty są w świetlicy: krzesełka róznych wielkości, miski, łyżki, poduszki; w domu mam kolekcję takich samych misiów różnej wielkości. Bo właśnie kupiłam książkę za 4 €. Bo chcę.

Wspólne (rodzice i dzieci) majterkowanie albo rysowanie, albo śpiewanie piosenki...? 

Z piosenkami mam problem. Chciałabym, żeby dzieci coś razem dla rodziców albo z rodzicami zaśpiewali, ale nie znam kurde tutejszych piosenek dla dzieci. No okej, pare znam, ale to o wiele za mało. Po polsku to znajdę piosenkę dla dzieci na każdy temat, a jak nie znajdę, to napiszę na poczekaniu do pierwszej lepszej melodii. W niderlandzkim nie jestem aż tak mocna, nad czym bardzo ubolewam i co mnie frustruje.

Kolejny problem jest taki, że jestem tam tylko stażystką. 

W związku z czym nota bene uważam, że te wszystkie nasze obowiązkowe projekty to lekkie nieporozumienie. No cholibka, mamy w sumie 3 miesiące czasu, teraz to już tylko 2, by zorganizować coś dla rodziców, coś z partnerem niezwiązanym ze świetlicą i zrobić ten projekt z fotoksiążką. Plus obserwacje dzieci i inne drobne zadania. 

Ogólnie żadna z tych rzeczy nie jest trudna. Pod warunkiem jednak, że się w świetlicy pracuje normalnie 5 dni w tygodniu i zna się zwyczaje, plany, widuje się codzienie rodziców, kolegów i dzieci, a nie kurde, że człowiek jest marnym stażystą, który wpada do świetlicy raptem 2 razy w tygodniu na łącznie (aktualnie) 5,5 godziny. Przy czym ma się do wykonania normalne zadania świetlicowe, jak pilnowanie dzieci przy myciu rąk, napełnianie bidonów wodą z kranu, ścieranie stołów po jedzeniu, zabawy z dziećmi, zajęcia plastyczne, czy ruchowe organizowane przez koleżanki, zabawy na podwórku, sprzątanie sal (w sensie jazda na szmacie i latanie na miotle oraz mycie kibli). 

Nie mam za wielkiego pola manewru. Po zmianie planu godzin praktycznie nie widuję rodziców. 

Nie ukrywam, że mam sporo wątpliwości co do powodzenia misji pt "zostanę opiekunem świetlicy". 



I tak, wielkie chęci, radość i entuzjazm przeplatają się non stop z niepewnością, ogromnym zwątpieniem, wieloma obawami a nawet złością. Uczucia mam baaardzo mieszane. 

Bywają takie bardzo czarne momenty, kiedy mam dość, kiedy myślę, by zostawić to wszystko w diabły, srać na to, gdy chcę pisać, dzwonić, gnać do biura pracy, nauczycieli, funduszu zdrowia, lekarzy, by oznajmić, że kurwa nie dam rady, że za cienka w uszach jestem na to wszystko i za stara, że to ponad moje siły i nie na moje zdrowie. Gdy stwierdzam, że chuj, za chwilę uznają mnie za niepełnosprawną i dostanę zasiłek. Będę se siedzieć w domu, zostanę kurą domową na zawsze, będę gotować, sprzątać, troszczyć się o najbliższych i mieć wszystko w dupie, co przecież wielu ludzi robi latami i się tym wcale nie szczypią...

 Tak, od września było wiele takich momentów. 

W tym tygodniu między innymi. 



Najczęściej pojawiają się w nocy, gdy wszystkie koty i myśli są czarne...

 Budzę się o pierszej w nocy, by nad tym myśleć do rana. 

Potem wstaję jak zombie ponura, zmęczona, zdołowana, bez sił, ale za dnia słońce powoduje, że zmory zwykle blakną i się chowają. Wtedy znowu entuzjazm gra pierwsze skrzypce, a głowa pełna jest pomysłów i kolorów.

 Gorzej jak słońca nie ma za wiele, jak ostatnio... Zimno, buro i ponuro... Niektóre dni i noce były dla mnie cholernie trudne mentalnie. 

Złość. 

Zniechęcenie. 

Brak sił. 

Brak nadziei. 

Rezygnacja. 

Strach. 

Brak motywacji. 

Obawy. 

Niepokój. 

Bezsenność. 

Zmęczenie. Zmęczenie. Zmęczenie...

Żeby to jeszcze człowiek tylko ten kurs miał na głowie, pewnie było by o wiele łatwiej, ale gdzie tam, życie takie nie jest, że możesz tylko jedną rzecz robić na raz i się jej poświęcić całą duszą i sercem. 

Nie ma tak dobrze!

Cały czas myślę o naszych dzieciach, szczególnie tych dużych, które są dorosłe i które chiałby by jakoś normalnie żyć, normalnie funkcjonować, pracować, zarabiać, mieć coś z tego cholerenego życia i tym życiem się cieszyć. Co to za życie, jak masz 19, 20 lat i siedzisz samotnie w domu dzień-noc? Jak nie możesz iść do pracy, bo twoje ciało i twój umysł nie chce współpracować, robi ci na przekór, wszystko sabotuje. Jak nie możesz iść na imprezy, nie masz przyjaciół w pobliżu, nie możesz pójść na basen, uprawiać sportów, bawić się normalnie jak inni młodzi, gdy herbaty se do pokoju zanieść nie możesz, bo potykasz się nawet o głupi cień…

A tu jeszcze znikąd pomocy czy wsparcia, kiedy ono jest najbardziej potrzebne.

Mam już serdecznie dosć użerania sie z tymi wszystkimi pieprzonymi instytucjami i tymi patologicznymi skurwiałymi leniwymi urzędasami!

Wiecie co, ja dostałam taką fantastyczną kołczkę z Emino od Rentree (tej instytucji, która pomaga ludziom z rakiem w m.in. szukaniu pracy). Kobieta sympatyczna i pomocna. Wiele mi doradziła, dzwoniła po urzędach i ludziach w mojej sprawie, zawsze wysłuchała, doradzała podpowiadała to i owo... Czyli są też superowi ludzie! Nie chcę wrzucać wszystkich do jednego worka. Najstarsza chodząc jeszcze do szkoły, też taką opiekunkę miała z biura pracy, że do rany przyłóż. Ale potem jej zmienili niestety no i teraz jest jak jest...

A jest tak, że mnie jeż szlag mało nie trafi! Ja nie mam czasu i sił, a tu wszystko się pierdoli!

Najstarsza skończyła pracę w sierpniu i normalnie powinna być od tego momentu prowadzona przez swoją opiekunkę z Emino, jako szukająca znowu pracy. Tymczasem ani pies z kulawą nogą o nią nie zapytał. Moja opiekunka zdobyła dla mnie kontakt opiekunki Najstarszej (to ta sama firma, tylko różne działy) i ja napisałam do niej, o czym już wspominałam. No dobra, tamta zadzwoniła, bym mogła sie od niej dowiedzieć, że ona nie wie nawet, czy Najstarszej należy się jakiś zasiłek, czy ma jakieś dokumenty wypełnić, otrzymać, no ONA NIE WIE NIC! Sie napomagała, no! Pytaliśmy już różnych ludzi znajomych i wszyscy są zgodni, że coach z Emino jest od pomagania takim ludziom, jak dupa od srania! Każdy się dziwuje, że tak po macoszemu potraktowno naszą Najstarszą.

Od mojej opiekunki dowiedziałam sie, że zasiłek się jej powinien należeć, dostałam namiary na to, gdzie pytać, potem Małżonek zapytał w swojej firmie jednej pani i ta mówi, że powinniśmy jaknajszybciej do HULPKAS ( kasy pomocowej) się zgłosić z dokumentami, bo inaczej Córce wszystko przepadnie. 

Pisałam o tym jak to jest się trudno umówić przez internet i jaka kitowa jest strona tego hulpkas.

 Byłyśmy tam z Najstarszą i pan faktycznie powiedział, że jesteśmy o wiele za późno i że mogą być problemy, ale zapisał tam w dokumentach, że autyzm, że dezinforamcja w urzędach... no ale po pierwsze brakowało kilku dokumentów, a po drugie - tak jak się obawiałam - powiedział, że musimy jechać do biura w Brukseli bo nie należymy pod Aalst, gdyż to nie nasz region. Taaaaaa, zajebioza. Próbowałam się umówić do Brukseli, ale nie ma takiej zasranej możliwości. Nie ma już możliwości, by w tym roku się umówić na wizytę w hulpkas w Brukseli. Umówiłam nas do Leuven na początek grudnia, bo to stolica naszej prowincji to raczej łapiemy się pod to. Normalnie naszym biurem jest Vilvoorde, ale tam jest zamknięte z jakiegoś powodu do czasu bliżej nieokreślonego. 

No ale tak, nikt nic nie wie albo nie chce powiedzieć, dokumenty jakieś wycudowane, że musisz sto urzędów odwiedzić, by je wszystkie zebrać, a potem tu zamknięte, tam nie da się umówić, tam znowu nie nasz region, zadzwonić nie można nigdzie, by się cokolwiek spytać, a tu jeszcze baran ci powie, że za późno przyszedłeś z tymi dokumentami. I to niby ma autystyczna dziewczyna sama ogarnąć, bo laska którą wyznaczono do pomocy leci se w chujki na małe bramki?! A może ta autystyczna młoda kobieta chciała by pojść do jakiejś innej pracy? Może chciała by czegoś innego spróbować? No wkurwia mnie to!

A potem się dziwują, że tyle ludzi nie pracuje, że tylu ludzi do pracy brakuje w tym kraju... To czego my teraz doświadczamy i to jak się nas traktuje, sporo wyjaśnia... Może faktycznie lepiej, by Małżonek zwolnił się z pracy i byśmy zaczęli żyć wszyscy z pomocy społecznej, by nam dali mieszkanie socjalne, by nam płacili rachunki, dawali jedzenie, a my se będziemy leżeć do góry wentylkami i żyć sobie powolutku w spokoju, jak na ten przykład nasza sąsiadka... 

Czasem patrzę i oczom nie wierzę: 7 kotów, 2 wielkie psy, dom z 4 sypialniami, a laska sama, od kilku lat na zwolnieniu lekarskim. Państwo płaci za czynsz, prąd, gaz, wodę, telewizję, internet, samochód, zafundowało sterylizację i kastrację wszystkich zwierząt, żywi ją wraz z tymi zwierzakami i opiera, opłaca weterynarza. Noż kurwa! Toż chyba powinny być jakieś granice i zasady jeśli idzie o sponsorowanie ludziom życia przez państwo...?

No dobra, laska uśpiła w zeszłym tygodniu jednego psa. Wreszcie!  Gad już od miesięcy się męczył z powodu ogromnego sączącego guza (państwo sponsorowało mu leki przeciwbólowe, bo tak sobie pani życzyła, a brak jakoś urzędasa, który by takie patologiczne zachowania ukrócił). Ucieszyła mnie ta wiadomość ze względu na psinę, ale, proszę państwa, przedwczoraj wyszedłszy z domu usłyszałam "dobrą-kurwa-nowinę", pani załatwiła sobie właśnie nowego pieska, wiczurka młodego i jak tylko piesek się zgodzi z tą krową, którą ma teraz, to pani przygarnie go. Dla synka (dawno dorosłego, którego tata wychowywał od małego). Bo synek kocha wilczury i może dla wilczura będzie ją częściej odwiedzał niż 2 razy na rok... Można? Można! Czemu nie…

Kobieta bez watpienia potrzebuje czegoś więcej niż jedzenia i dachu nad głową. Potrzebuje wsparcia i opieki, bo chyba nie jest to normalne, co się tu odczynia. Mam co do niej mieszane uczucia. Może nie tyle do niej, jak do tej konkretnej sytuacji. Człowiek nie jest winien tego, że jest jaki jest. Ona sporo złego w życiu doświadczyła,  do tego ma poważne problemy zdrowotne i nie ogarnia pewnych spraw, no ale do cholery jest pod opieką urzędu! Ja nie potrafię pojąć tego, że nikt tego nie kontroluje, nie sprawdza, nie pilnuje. Płacą ciężkie pieniądze nie interesując się, na co one idą. Tego nie rozumiem ni cholery! I to mnie wnerwia. I to, że nikt nie interesuje sie dobrem zwierząt u ludzi żyjących z zasiłku. 

W minionym tygodniu poprosiła mnie o chleb, bo nie miała nic do jedzenia w domu. Zaniosłam jej chleb, jajka od kurek i trochę owoców… 

Dziś widzieliśmy przez okno, że przyjechali jacyś ludzie z rzeczonym wilczurem. Wyglądało na to, że nie spodobał mu się potencjalny nowy kolega - ujadał wściekle i warczał. Mam nadzieję, że nie będą próbować ponownie i że nie będzie mieć kolejnego psa. Ze względu na tego psa, na oba psy. 

Nic to, próbuję żyć swoim życiem, bo tu mam co robić, ale czasem przeciez musze wychodzić z domu i wchodzić w relacje z ludźmi. Nie da się całkiem odizolować, a już na pewno nie od sąsiadow w szeregówce, z którymi dzieli się miejsce parkingowe. 

Ludzie mają różne problemy i różne pomysły na życie. Staram się to szanować, ale zawsze jestem w stanie…

Dendermonde


W tym tygodniu pogoniłam Najstarsza do byłej szkoły, by tam wypełnili jeden dokument do tego potencjalnego zasiłku dla kończących szkołę (bo żaden tam atest czy świadectwo nie wystarczy, trzeba specjalny dokument wypełnić w szkole, czyli papierologia do entej potęgi!). Pogoniłam ją do byłego pracodawcy, bo przysłał jej świadectwo pracy mejlem, ale niepodpisane, więc musiał strzelić autograf. Szef zapytał, jak tam u niej, a ona poskarżyła mu się na brak kontaktu z kołczką. Facet był  wielce zdziwiony i obiecał, że skontaktuje się z tą babą. Wątpię, by mu się udało.

Wczoraj dostałam mejl od mojej kołczki, w którym mi pisze, że pogrzebała w sprawie Najstarszej i się dowiedziała, że jej główny opiekun jest od jakiego czasu na zwolnieniu lekarskim i będzie do końca roku. A ta cipka, która jest na zastępstwie nie odpowiada na jej mejle. To i szefowi też nie odpowie raczej...

To dużo mi wyjaśniło, co nie zmienia faktu, że nasza córka, młoda autystyczna dwudziestoletnia kobieta została bez pomocy i wsparcia w momencie kiedy to wsparcie i pomoc najbardziej są jej potrzebne. 

Dobrze, że ona ma nas, że ma gdzie mieszkać, co jeść i że ma obok bliskich, którzy jej pomagają we wszystkim. Ona na ten moment nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować. W domu sobie radzi dobrze - zrobi sobie czy braciszkowi jedzenie, posprząta, nakarmi zwierzaki, rozwiesi pranie (o ile nie zapomni). Sama pójdzie też do sklepu, czy w pilnej potrzebie do lekarza rodzinnego albo dentysty, ale tylko pod warunkiem, że tych już zna i problem jest prosty. Wizyta u specjalisty już jednak wymaga towarzystwa, bo ona nie poradzi sobie z tłumaczeniem problemu, nie potrafi powiedzieć np od kiedy występuje dany problem, jak często ani nic z czasem, bo czas dla niej jest abstrakcją totalną. Poza tym ma ogromne problemy z pamięcią, a często ze zrozumieniem, gdy pytania nie są krótkie i oczywiste. Nie zapamięta też żadnych zaleceń ani tego, co lekarz (czy ktokolwiek inny) powiedział. 

Wszelakie sprawy urzędowe to dla niej chińszczyna i abrakadabra. Nie rozumie za bardzo, mimo licznych tłumaczeń, jak działają ubezpieczemia, podatki, rachunki... Z każdym rokiem uczy się nowych rzeczy i coraz więcej ogarnia i być może za kilka czy kilkanaście lat będzie sobie w stanie samodzielnie radzić w życiu, ale żyjemy tu i teraz, a tu i teraz ona potrzebuje pomocy i powinna do cholery taką pomoc dostać do państwa, bo tutaj takie możliwości są... Tylko, że trzeba o tą pomoc poprosić i się jej domagać, a na to trzeba miec czas i końskie zdrowie, a tu trafia się jeszcze na takie chujki, co to swojej roboty nie wykonują należycie, a tylko brużdżą... 

Ale jestem z niej dumna, że mimo wszystko poszła sama do starej szkoły i do pracodawcy, i do dentysty. Jest coraz lepiej, co mnie cieszy. W ostatnich latach zrobiła ogromne postępy i wydoroślała. Ma też przyjaciela, chłopaka w Polsce, którego poznała przez internet. To wiele dla nas znaczy, ale nie zmienia to faktu, że jeszcze trzeba jej trochę pomagać, by kiedyś sobie poradziła w życiu.

Powinnam latać po urzędach i szukać dla niej wsparcia. Wiem nawet, gdzie mam iść, ale cholera dzień ma za mało godzin, a w nocy ani w weekendy urzędasy nie pracują niestety... Powinnam też złożyć skargę na tę cipkę z Emino, bo takie jednostki należy tępić, ale tym bardziej nie mam na to czasu i nerwów... Powinnam zrobić jeszcze wiele innych rzeczy, by pomóc moim dzieciom i odciążyć już przepracowanego Małżonka, który robi na nas wszystkich już od jakiegos czasu poważnie ponad normę... 

Moje wątpliwości w kwestii kursu są naprawdę dosyć gęste i ciężkie, bo jednak będąc w domu, mogłabym wiele zdziałać dla dobra dzieci, pomóc im, latać z nimi nawet codziennie po urzędach aż do skutku, aż dostaną należytą uwagę i wsparcie. Powinnam latać z nimi częściej po specjalistach, bo może jest jakaś szansa na poprawienie ich zdrowia i komfortu życia albo przynajmniej na zwiększenie szans na zasiłek i uznanie niepełnosprawności. 

Z drugiej strony ja sama potrzebuję jeszcze coś zrobić ze swoim życiem, potrzebuję znaleźć jakąś cholerną pracę i zarabiać jakieś w miarę normalne pieniądze, bo jest coraz gorzej i coraz trudniej związać koniec z końcem. No bo jak niby miało by być dobrze, skoro jedna osoba musi utrzymać nasz 5-osobowy dom. Mój zasiłek to, można rzec, w tym momencie na waciki jest akurat. 

Choć wacików to akurat wielorazowych używamy, takich co to się je w pralce pierze. A propos oszczędzania na wacikach to Młoda zaczęła brać piguły bez przerwy, by zaoszczędzić na podpaskach. Kurde, gdyby nie dobra kobieta Eva, to ciągle żyłybyśmy w głupim przekonaiu, że trzeba robić przerwę na to posrane krwawienie. Jakie czasem bzdury człowiekowi wciskają i on w to wierzy marnując swoje życie, czas i pieniędze. Polscy ginekolodzy wmówili mi kiedyś, że muszę co miesiąc przed nimi nogi rozkładać, bo jak się bierze piguły, to co miesiąc się trzeba badać. Tak, byłam tak głupia i naiwna, że serio w to wierzyłam i to dobrych kilka lat. 

A potem przyjechałam do BE i się okazuje, że tu gin przepisuje tabsy od razu na 3 lata i jeszcze się patrzy na ciebie jak na przygłupa, gdy pytasz, czy nie musisz co miesiąc na badanie przychodzić. Potem się dowiedziałam, że piguły może przepisać też rodzinny i że trzynastolatka spokojnie może rodzinnego o piguły poprosić, a doktor nie ma prawa rodzicom o tym mówić,  i że nikogo nie zdziwi, gdy nastolatka położy receptę na ladzie w aptece. Więcej, że tu dziewczyna do 21 roku życia dostaje pigułki całkiem gratis. 

A teraz jeszcze przychodzi taka Eva i mówi, że kobieta nie musi robić przerwy... Takie to było dla mnie zdziwnienie i szok (no weź, tyle lat żyć w błędzie i się męczyć!), że musiałam naszej doktorki zapytać o drugą opinię, no i lekarka to oczywiście potwierdza. Ostrzega tylko, że wtedy czasem randomowo mogą drobne krwawienia występować, więc ona sugeruje robić przerwę co kilka miesięcy... Człowiek uczy się całe życie. Mnie osobiście już sprawa nie dotyczy, bo zafunodwano mi przecież wcześniejszą menopauzę, ale dla Młodej to wielce przydatna informacja. Dla portfela też, bo podpaski to tu sakramencko są drogie, jak na produkt pierwszej potrzeby. 

Tymczasem Młody zaczął się z pomocą starszej siostry przygotowywać do egzaminów grudniowych. Młoda przygotowała mu plan nauki i teraz codziennie siadają razem, by powtarzać materiał z poszczególnych przedmiotów. Młody cieszy się, że Młoda mu pomaga. Powtarza często, że ma superowe starsze siostry i że to najlepsze starsze siostry na świecie. 

Ja i Małżonek też często słyszymy, że jesteśmy najlepszymi rodzicami, że jesteśmy super i że nas bardzo kochają. Mówi to zarówno nasz jedenastolatek, jak i dorosłe dzieci. Jestem dumna z siebie i przeszczęśliwa, że mimo wielu błędów i porażek udało mi się zasłużyć na takie tytuły i takie cudowne słowa ze strony moich wielkich i wspaniałych dzieci. Nasze Dzieci też są najlepszymi dziećmi na świecie - mądre, dobre, czułe, pomocne... wspaniałe i kochane.

mini mural w Dendermonde  - ludziki około 20 cm namalowane na ścianie (Młody macał, czy namalowane)


W czwartek Epicki miał wizytę u ortodonty. Nagłowiłam się jak to rozegrać. Ja miałam lekcje do 16.15. On miał lekcje też gdzieś do 16 a wizyta o 16.40 w całkiem innym miejscu, 20 km od mojej szkoły i 15 od szkoły Młodego. 

Ostatecznie Młoda pojechała rano z Braciszkiem rowerem na przystanek i potem autobusem do szkoły i sama wróciła do domu tą sama metodą. Ja wysłałam mejl do szkoły z prośbą o zwolnieniu go o 14.15 (wtedy jest przerwa, a potem miał tylko plastykę) i sama się urwałam z lekcji. O, belferka się ojojczała, że wcześniej jej nie powiadomiłam mejlem i że następnym razem wszyscy mają powiadamiać o takich sprawach. Niektórzy tam trochę za bardzo się wczuwają w rolę. Szkoda tylko, że sama zapomniała poinformować, że przypadkiem to właśnie ona jest naszym nauczycielem od tego właśnie przedmiotu, który tego właśnie dnia rozpoczynaliśmy. Znaczy ja powinnam przewidzieć, kto jest moim nauczycielem, by móc go powiadomić, więc może ona powinna przewidzieć, kto przyjdzie na zajęcia, kto nie przyjdzie, a kto będzie musiał wyjśc wcześniej, he?

No ale dobra, wyszłam (nawet jakby mi nie pozwoliła, to i tak bym wyszła, tylko pewnie efektowniej haha) i pojechałam po Młodego. Potem odwieźliźmy tornistry do domu, chwilę sie poczilowaliśmy, bo był zapas czasu i pokręciliśmy dalej do ortodonty. Tyle zachodu po to, by wetknęli mu dwie małe gumeczki między zęby. Wracając rozglądaliśmy się za otwartą fryciarnią, ale wszystkie jadłodajnie tu  dopiero od 17 otwierają, a brakowało paru minut... Nic to, padał deszcz, więc nie czekaliśmy tylko  pojechaliśmy na przystanek, żeby Młody zabrał swój rower do domu, ale będąc kilka metrów od rzeczonego przystanku oświeciło mnie, że klucz od roweru pewnie on ma w tornistrze. Krzyknęłam do tyłu: "Masz klucz?!" Odkrzyknął: "FUCK!" Co znaczy w wolnym tłumaczeniu "nie mam". Pojechaliśmy zatem do domu. Dojechaliśmy zmarznięci na kość. Młody od razu poleciał pod prysznic, by się ocieplić w gorącej wodzie. Potem posiedział chwile pod kocem, by w końcu oznajmić, że idzie po swój rower. Poszedł na nogach i przyjechał wkurzony, bo ktoś mu rower wywrócił i przeszukał sakwę. Nie wykluczone, że ktoś próbował zwinąć rower, bo taki jest problem z markowymi rowerami, że dobrze się tym jeździ, łatwo o naprawę u mechanika, ale zostawianie ich gdziekolwiek jest ryzykowne. 

Dziś zrobiłam dzień gruntownego sprzątania domu, bo taki już wszędzie syf, że aż niemiło. Ostatnio sprzątamy tylko rynek. Tyle, żeby się nam syf do bosych stóp nie przyczepiał. Z pewnych rzeczy trzeba było zrezygnować w związku z moim kursem. Sprzątanie i gotowanie należą do tych rzeczy. Gotujemy stosunkowo rzadko, bo nie ma czasu ani sił. Jedziemy w dużej mierze na kanapkach, frytkach, jajecznicy i innym gównie. Młodzież radzi sobie sama, ale oni z natury jedzą gówno, jak nie zaproponuje im sie niczego lepszego. Jak już coś idzie na ruszt to staramy sie by było przynajmniej na dwa dni, a bywa, że i trzeciego dnia ktoś to odgrzewa. Młodzież też pomaga w sprzątaniu, ale nie wymagam, by sprzątały dokładnie po katach, bo za dużo rzeczy jest do przestawiania, a niektórych to wolę żeby nikt poza mną czy Małżonkiem nie ruszał w salonie czy kuchni. 

Trzeba wam wiedzieć, że my w salonie mamy poupychane pod szafami i w kątach wory siana, ziarna, trocin, karmy dla świnek, suszonych liści, pudło z łóżeczkami dla świnek itd. Niektóre ważą 15 kilo. Poza tym stałą dekoracją salonu jest suszarka do ubrań oraz kosze z podkładanymi ubraniami Trójcy, bo nie opyla się wynosić po dwie koszulki czy parze skarpet i każę zabierać, dopiero jak jest pełno. Albo sama zanoszę przy okazji.

Powiem wam, że przesrane jest mieszkać w 5 osób i kilka zwierząt w domu, w którym nie ma ani garażu, ani spiżarki, ani piwnicy, ani innego większego pomieszczenia do przechowywania nietypowych przedmiotów. A w Belgii dodatkowo przesrane jest nie mieć elektrycznej suszarki do ubrań, szczególnie w taki deszczowy i wilgotny rok jak ten. Nic nie schnie. Wywiesisz ręczniki na sznurze pod werandą to po 3 dniach zdejmiesz wilgotne i stęchnięte. To samo w domu często, że świeżo prane ubrania trzeba ponownie prać, bo cuchną stęchlizną. Poprzednich kilka lat było stosunkowo suchych to nie było problemu i nie biadoliliśmy nad tym, że suszarka się popsuła ani nie myśleliśmy o nowej, a teraz znowu nerwa człowieka bierze. Kurde, w Polsce z tym nigdy nie było problemu - wszystko schło pięknie nawet zimą na sznurze, a pościel jaka była cudna, gdy się wyniosło na balkon! Tutaj raz mi się zdarzyło wynieść zimą w słoneczny dzień pościel do ogródka - tak naciągnęła wilgoci, że aż niemiło było tego dotykać, nie mówiąc o spaniu. I śmierdziała. Cieszę się, że tu nie ma zim jak w Polsce, bo nie znoszę śniegu, ale ta wilgoć i deszcz to też nic dobrego.

No i tak se siedzę i marnuję mój cenny czas od kilku godzin na pisanie tych wszystkich żalów. Wiem, że powinnam dać se siana z pisaniem, że powinnam robić ważniejsze rzeczy, ale to jest cholerny nałóg i też całkiem dobra wymówka dla samej siebie, by nie robić tego, co mam do zrobienia, by odkładać to, czego mi sie nie chce robić i o czym nie mam ochoty myśleć...

Jeszcze 7 miesięcy kursu przede mną, a już mi się dłuży. Mimo wszystko miałam nadzieję, że będzie łatwiej to wszystko ogarniać i chyba miałam też jakąś cichą nadzieję, że zacznę i się od razu okaże że to nie dla mnie, że nie daję rady albo właśnie wprost przeciwnie, że to bajka. To było by proste. Prawda jest taka, że teraz po prostu nie wiem i to jest najgorsze. 

Chcę ten kurs skończyć, a jednocześnie najchętniej bym go w tym momencie przerwała. Jakaż ja jestem ostatnio niezdecydowana!

u nas na wsi 


Wiem, że dobrze się czuję wśród dzieci i że z ogromną radością bym z nimi pracowała i wiele mogłabym dla nich i z nimi zrobić, ale nie wiem, czy dam rady pracować z ludźmi, którzy mają inną wizję tej pracy i odmienne podejście. Kiedyś dawałam rady i podporządkowywałam się bez większego problemu pomysłom i zaleceniom innych, nawet jak były zupełnie niezgodne z moimi poglądami, ale dziś nie jestem tamtą mną, co ma oczywiście i dobre strony, ale w tej sytuacji nie koniecznie dobrze na tym wyjdę…

 Nie wiem, czy dam rady pracować w takich warunkach, jakie są np w tej świetlicy, że zabawki są w większości niekompletne, popsute, zniszczone, brzydkie, gdzie kanapa jest cała w strzępach i bebechy jej wyłażą, że w kąciku czytelniczym nie ma ani jednej książki i jeszcze nie widziałam, by ktoś tam czytał dzieciom książkę albo choćby pokazywał, że jest brudno, że nie szanuje się uczuć i zainteresowań dzieci, gdzie opiekunki rozrzucają ze złością zabawki po podłodze pokazując swoją władzę, gdzie to wszystko czego nas uczą na kursie i z czym w 100% się zgadzam w praktyce jest tylko głupią teorią, którą każdy ma totalnie w dupie. Od koleżanek wiem, że tak jest i w innych świetlicach i żłobkach…

Pomijając różnice poglądów ciągle mam ogromne obawy co do mojego cholernego zdrowia. Nie wiem, czy dam rady wykonywać ten zawód ze względów czysto fizycznych. Mam szczere wątpliwości, czy będę w stanie pracować 20 godzin w tygodniu. Wiem, że teraz było by z tym raczej ciężko, a prawdopodobnie niemożliwie na dłuższą metę. No oczywiście stabilna sytuacja w domu, szczególnie finansowa też by to zmieniła, ale póki co takiej nie mamy…

Jest listopad, mija blisko trzy miesiące szkoły i ja cholernie potrzebuję wakacji, potrzebuję odpoczynku i relaksu dłuższego niż jedno sobotnie popołudnie poświęcone na pisanie tych bzdur czy 2 godziny spędzone na basenie. Jestem kurewsko zmęczona psychicznie i fizycznie. Moje koleżanki miały normalnie jesienne ferie, a ja miałam staż a do tego byłam chora, ale one są zdrowe, w sensie nie mają raka,  a i tak narzekają, jakie to są zmęczone. No to co ja mam powiedzieć?! W grudniu teoretycznie powinnam mieć tydzien ferii, bo staż mam tylko przez tydzień. Czy uda się wtedy odpocząć i nabrać sił, i poprawić nastawienie...? No mam kurde nadzieję! 

A może powinnam jednak zrezygnować? 

Ale co wtedy? Jakie są alternatywy? No nijakie. 

Prawda jest taka, że trzymam sie tego kursu jak tonący brzytwy, bo nie ma za wiele innych opcji, a z tych które są, każda jest zła. Nikt nie lubi wybierać z trojga złego.

Zasiłek? Mam. Jest super. 1300€ na miesiąc. Mogę żyć za to do konca życia i utrzymać całą rodzinę, a jeszcze zaoszczędzę na zagraniczne wakacje i willę z basenem dla każdego dziecka 💩👺.

No, to by było na tyle, jeśli idzie o możliwości.

Wiecie co? Nie wiecie. Bardzo bym chciała być zdrową i móc pracować tam, gdzie pracowałam, tylko na cały etat. Tak po prostu. Zwyczajnie zapierdalać na szmacie od rana do nocy, myć kible, zbierać brudne skarpety z podłogi, wysłuchiwać opowieści smutnych staruszek, zapieprzać po 10 kilometrów na rowerze w deszcz, przewracać sie na lodzie, ale po prostu mieć prostą pracę, zarabiać uczciwie jakieś pieniądze, po powrocie do domu mieć tę pracę w dupie i żyć własnym życiem. 

Gbybym dała rady, gdybym czuła sie na siłach, po prostu wróciłabym do sprzątania. Tak by było najprościej. Nie chce mi się chcieć. Czuję się w tym momencie za stara i zbyt zmęczona na to wszystko. Mam ciągle szalone pomysły, mam chęci, mam nawet trochę entuzjazmu... Gorzej, gdy przychodzi do realizacji. Wtedy czuję sie mała, przestraszona, zagubiona i ...diabelnie wyczerpana. 

Powtarzam sobie, że dam radę, bo kto jak nie ja, ale nie wiem, czy dam... 

Cztery dziewczyny już zrezygnowały z kursu. Jedna ze wzgledów zdrowotnych, a trzy pozostałe uznały, że nie podołają. Chciałabym wytrwać i skończyć ten kurs w czerwcu i zaliczyć wszystkie przedmioty i dostać papier choćby po to, by go mieć i by sobie udowodnić, że jeszcze do czegoś się nadaję, nawet jakby miał potem na ścianie tylko wisieć. 

Nie żałuję, że na ten kurs poszłam, bo warto choćby dla poznania nowych ludzi, zaliczenia kursu pierwszej pomocy, zobaczenia jak wygląda praca i taki kurs... To wszystko jest ciekawe i fajne. Gdyby tylko nie te wszystkie wątpliwości i zmęczenie...

Potrzebuję słońca i dobrej pogody. Eva mi pisze, że jeszcze 4-5 miesięcy i będzie słońce. Ma rację i ja to wiem, że przecież zima nie trwa wiecznie nawet w Belgii i że deszcz też w końcu przestanie lać, a wtedy będę znowu cała w skowronkach nawet jak nie będę mieć na waciki i oczy będę na zapałkach podpierać i na czworakach ze stażu wracać, bo tak to działa. Już nie raz mówiłam, że działam na baterie słoneczne i w ponury czas powinnam zapadać w sen zimowy a nie do szkoły chodzić.

No, pojojczałam, ponarzekałam, pobiadoliłam, poutyskiwałam… Teraz powinny mi już towarzyszyć  tylko takie emocje jak: radość, entuzjazm, frajda, uciecha, szczęscie, satysfakcja, wola walki i tym podobne. Czego sobie i Wam wszystkim życzę! 

Idę popatrzeć na naszych wesołych małych gości:








Szanuję i podziwiam tych, którym się chciało to wszystko przeczytać i dotarli do końca. Jeśli to czytacie, czujcie się wyjątkowo pozdrowieni ;-) Rozumiem jednak tych, którzy nie marnowali swojego cennego czasu na te bzdury 🙌🏼.



17 listopada 2023

Ciężki ten listopad

 Taki zachrzan, że nawet nie pamiętam, co robiłam w zeszłym tygodniu...

Jedyny dzień, który doskonale zapamiętałam to zeszły czwartek... 

Rano pojechałam do szkoły. Pogoda była ładna. W południe nawet swoje kanapki na skwerku przed szkołą poszłam wszamać.  Choć nie jestem wielką fanką jedzenie pod chmurką, tak w szkole lubię lunch wsuwać na ławce, nawet jak w kurtce siedzę i łapy mi marzną, bo tam mogę się cieszyć ciszą i samotnością przez prawie godzinę, a jest mi to bardzo potrzebne. Z drugiej strony fajnie też z koleżankami pogadać, bo zawsze to człowiek czegoś się dowie i miło czas spędzi, ale hałas stołówki mnie męczy, a ja potrzebuję trochę ciszy, by mózg mógł odpocząć. 


O szesnastej skończyłam lekcje i wsiadłam na skuter. Pogoda wciąż była ładna, ale wyjechawszy zza kościoła zobaczyłam na dole  (szkoła jest na górce) w okolicy mojej wioski wielkie czarne chmurzysko. Wyglądało iście paskudnie i strasznie...

Nic to, jechałam dalej, aż dojechałam do strefy kropelek. Wtedy się zatrzymałam, by wyjąć z kofra i założyć na się portki i pelerynę przeciwdeszczową. Jechałam dalej z nadzieją, że epicentrum burzy mnie ominie. W pewnym momencie jednak napotkałam coś jakby przelotne oberwanie chmury. Musiałam się zatrzymać, bo zaczęło tak nieludzko wiać, że nie byłam w stanie utrzymac skutera na ścieżce. Do tego lały się całe wiadra wody urozmaicone gradowymi kuleczkami. Ulicą zaczęło woda szorować niczym rzeką i widoczność była może na 2 metry. Koniec świata, panie! Pelrynę mi wykotłowało tak, że całe spodnie w mig mi przemokły, a do tego z peleryny woda wlewała mi się strumieniami wprost do nowych kozaczków. Milusio. Zimno się okropnie zrobiło przez ten grad.

Gdy w końcu dotarłam do domu, byłam przemoknięta i zmarznięta. Jedyne o czym marzyłam to gorący prysznic, herbatka i łóżeczko, a tu trzeba było tylko szybko ubrania i buty zmienić, zapakować Młodego w pelerynę i wyruszać w drugą stronę do lekarza. 

 Deszcz już tylko siąpił, no ale padał. Wokół ciemnica. No i se tak jedziemy, jedziemy, a wtedy spoglądam na wskaźnik paliwa i mi się przypomina, że miałam zatankować w drodze ze szkoły, ale koło stacji benzynowej spotkałam się przecież z burzą i zapomniałam. Jedziemy na oparach, jest ciemna noc i w tej wsi, gdzie jest lekarz, nie ma stacji benzynowej, co oznacza, że potem musimy jeszcze w trzecią stronę pyrkać po to cholerne paliwo.  Aaaaaaa! 

No ale wody człowiekowi nigdy za wiele. Gdy drugiego dnia koleżanka zadzwoniła do Młodego z pytaniem, czy jedziemy z nimi w niedzielę na basen, powiedzieliśmy że taaaak!

Po to, by w niedzielę od świtu się zastanawiać, czy to aby na pewno dobry pomysł, skoro mam tyle zadań do zrobienia, że nie wiem, jak się z tym wyrobię... Ostatecznie jednak uznałam, że potrzebuję relaksu i beztroskiej zabawy. Liczyłam jednak, że spędzimy na basenie godzinkę, a tymczasem mało mi się skóra nie rozpuściła, bo dziatwa tak świetnie się bawiła, że dopiero po dwóch i pół godziny udało się ich wyciągnąć z wody. 

Oprócz mnie, Młodego i swojej córki  Pani Mama zabrała jeszcze jedną dziewczyną, którą Młody też lubi, a we troje to już zabawa wyśmienita. Ja też trochę z Panią Mamą pogadałam i popływałam.

Po basenie wszystkie dzieci przyszły do nas na obiad. Dobrze, że Małżonek akurat dosyć podzielne danie jednogarnkowe upitrasił, bo dziewczynhy najpierw zapytały, czy mogą po basenie pojechać do nas się pobawić, a potem, czy mogą z nami zjeść. Taaa, tutejsze dzieci są dosyć otwarte i bezpośrednie :-)

 Zeżarli obiad i ciasto, i pełno niezdrowych przekąsek i bawili się we troje do wieczora. Dla Młodego to było trochę za wiele. Bardzo sie cieszył i z basenu, i z wizyty koleżanek, ale dla niego było to też okropnie męczące. Za dużo bodźców, za dużo wrażeń, za dużo aktywności. Był bardzo, bardzo zmęczony. Ale ogólnie było fajnie.


Potem mnie straszna nerwa wzięła, bo nie wiedziałam, jak się wyrobić z tymi wszystkimi zadaniami, które miałam na liście do wykonania. Chodzi głównie o zadania szkolne. Poza zwykłymi tam pisemnymi w tym tygodniu miałam 1. nagrać wideo, jak tłumaczę zasady gry lub zabawy, 2. casus, w którym trzeba było nagrać rozmowę telefoniczną z mamą na zadany temat (każdy miał inny). 3. zacząc przygotowywać projekty do zrealizowania na stażu w tym semestrze: 

1. "fotoksiążka rodzinna", gdzie trzeba poprosić kilkoro rodziców o zdjęcia rodzinne i przeprowadzić z nimi wywiad na temat rodziny i dziecka, a potem zmajstrować książkę, by w koncu z jej użyciem przeprowdzić zajęcia z dziećmi na temat różnic i podobieństw miedzy ludźmi.

2. Zorganizowanie spotkania dla rodziców w świetlicy.

3. Zorganizowanie imprezy lub zajęć w świetlicy z jakąś instytucją czy osobą z zewnątrz.

Wszystko wymaga sporo pomyślunku, fantazji i jeszcze więcej roboty. A tu jeszcze pierdylirad innych rzeczy trzeba zrobić: poumawiać dziesiątki wizyt u specjalistów, w urzędach, pójść potem na nie z młodymi wszystkimi po kolei, chatę w miarę ogarniać albo młodzieży zadania rodzielać, co czasem wcale mniej czasu nie zajmuje, tyle że fizycznie odciąża. A tu jeszcze Młody był zdechły, a tu jeszcze pierwsze egzaminy sie zbliżają i być może trzeba mu korki z niderlandzkiego załatwić (najpierw Młoda spróbuje pomóc), bo słabo mu idzie ten przedmiot.

Tak szczerze? Chujozy chwilami dostaję. Zaliczyłam nawet lekkie załamanie któregoś dnia. Na szczęście udało mi się w miarę szybko pozbierać z grubsza do kupy. Choć czasem to ja czuję się jak jedna wielka kupa.

Młody miał w tym tygodniu pierwszy z eksperymentalnych dni szkolnych online. Tak sobie wymyślili, że raz na trymester będzie młodzież mieć zadania online i nie będą musieć przychodzić do szkoły. Jak dla Młodego to raz w miesiącu albo nawet raz w tygodniu było by okej i kto wie, może w przyszłym roku tak właśnie będzie. Pomysł wydaje się dobry, skoro każdej szkole brakuje nauczycieli. 

Ze szkoły Młody wraca codziennie zadowolony i to mi się podoba. Parę dni temu odkrył, że nauczyciel od etyki jest członkiem zespołu metalowego Hexa Mera, a Młody jest fanem tego rodzaju muzyki. Zaczęło się od tego, że kilku nauczycieli zwróciło uwagę na koszulki Młodego z nazwami różnych wykonawców i pytali go, czy zna tę muzykę, czy tylko tak przypadkiem ma takie koszulki. Odpowiedzią twierdzącą i dyskusją na temat muzyki Młody od razu zaskarbił sobie sympatię kilku nauczycieli, a pan od etyki spytał ostatnio, czy Młody słyszał o zespole Hexa Mera, bo przypadkowo jest jego członkiem. Młody w domu od razu wyguglował i nauczyciel etyki zyskał od razu milion puktów u Młodego :-)


A któregoś dnia wróciwszy ze szkoły z wielkim uśmiechem i dumą oznajmił, że na matmie dał czadu. Robili zadania w książce. Było pytanie wielokrotnego wyboru i kolejno wszyscy odpowiadali, jaką odpowiedź zanotowali. Wszyscy oprócz Ajzajdora jak jeden mąż podali A i śmiali się szyderczo z Ajzajdora, który jako jedyny podał C. Młody mówi, że widok ich min był bezcenny, gdy nauczyciel oznajmił, że tylko Młody podał prawidłową odpowiedź. 

Drugie pytanie, jak chwali się Epicki Ajzajdor, było jeszcze lepsze, bo Ajzajdor stwierdził, że możliwe jest, iż żadna z podanych w książce odpowiedzi nie jest prawidłowa, gdyż jest możliwe inne rozwiązanie, po czym oczywiście swoją tezę udowodnił. To było coś z figurami przestrzennymi, a Epicki Ajzajdor  potrafi przecież  obracać w głowie przedmioty w 3D. Nauczyciel po namyśle przyznał, że Młody ma rację. Wiadomo, przecież jest mądry ;-)

I jak tu nie lubić takiej szkoły, w której główka ma co robić, w której inteligencja jest ceniona i w której nauczyciele są znanymi muzykami? 

Młoda dziś też dała czadu. Pokręciła do centrum do sklepu wieczorem i na środku ulicy znalazła gruby portfel: pieniądze, dokumenty, karty wszelakie. Chciała zanieść na policję, ale już było zamknięte. W domu przeglądneliśmy i okazało się, że jest jedna karta z adresem właściciela, blisko 90-letniego pana, jak wynikało z dokumentów. Pojechali z Tatą do sąsiedniej gminy. Dziadzio, jak powiada Młoda, zdawał się nie być chyba w ogóle świadomy, że zgubił portfel. Być może mu wypadł w drodze do domu...? Dziękował stukrotnie. 

W zeszłym tygodniu przez okno w pokoju Młodego zauważyliśmy o siódmej Księżyc i coś, co podejrzanie wyglądało nie na gwiazdę. Szybko sprawdziłam w aplikacji Mijn Hemel (moje niebo) no i faktycznie, o siódmej był najlepszy widok na Wenus. Nie jestem wielkim znawcą nieba, ale lubię czasem spoglądać w górę i wiedzieć, co tam widzę. Apka przychodzi z pomocą i podpowiada, co widać danego dnia. 



Na stażu jest okej, dzieci są fajoskie, ale atmosfera nie jest za bardzo motywująca..

W środę poprosiłam kilku rodziców o zdjęcia rodzinne i o odpowiedzenie na różne pytania pisemnie. Czy wywiążą się z obietnic, czas pokaże, ale miejmy nadzieję, że tak. 

Wymyśliłam też, że spróbuję zorganizować dzień czytania z udziałem biblioteki plus rodzinny mini turniej, czy coś w ten deseń, czyli zaproszę rodziców na kawę i ciastko do świetlicy i spróbuję jakieś atrakcje im i dzieciom zapewnić... 

Świetlica nie ma zwyczaju zapraszać rodziców, jak powiedziała moja mentorka. Ba, rodzice w ogóle nie mają wstępu do świetlicy - dzieci odprowadzają i odbierają do/od bramki przy schodach i zawracają. Mentorka nie gwrantuje mi, że ktokolwiek przyjdzie na moją imprezę, ale mówi, że mogę próbować. Wszyscy tam uważają, że rodzice nie wykazują większego zainteresowania działalnością świetlicy, a ja się zastanawiam, czy kiedykolwiek choć spróbowali to zainteresowanie wzbudzić... 

W środę na przykład koleżanki przekonywały mnie, że niektórych rodziców nawet nie ma co pytać o zdjęcia i informacje o rodzinie, bo słabo mówią po niderlnadzku, bo nie są komunikatywni, bo nie są sympatyczni itd. Jednak ja bardzo chcę mieć rodzinę słodkiej mulatki i czarnoskórych braci w mojej fotoksiążce, więc zagaiłam do taty dziewczynki i co się okazuje? Ano że to super sympatyczny pozytywny facet! Jak innych będę mieć okazję spotkać, też spróbuję spytać. Bo moge! Czy dadzą zdjęcia, nie wiem, ale wiem, że nie ma co się kierować opiniami normalsów z uprzedzeniami ;-) Może się okazać, jak już nie raz bywało, że obcokrajowiec z obcokrajowcem się nieźle dogada choćby gadał na migi, choć tubylec się z nim za cholerę nie dogada.

Ogólnie jestem zawiedziona nastawieniem koleżanek ze świetlicy do moich projektów. Zero entuzjazmu, zero chęci do robienia czegokolwiek, zresztą nie tylko w kwestii moich projektów...

Ostanio w planie była zabawa przy muzyce. Jedna mówi, że pogoda ładna, więc może nie będziemy robić tych zajęć tylko weźmiemy dzieci na podwórko. Na to ja wredna jędza mówię, że na polu przecie można muzę z telefonu puścić i zrobić te zajęcia. Okazało się, że mają głośnik na bluetooth, ale na nastawienie to nie wpłynęło... Na pewno nie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Nie pomojemu, w ogóle nie po mojemu.

Natychmiast moje myśli lecą do ostatnich lat w PL. Oto przypomina mi się sytuacja, kiedy to przeprowadziłam się z córkami do mojego nowego faceta i tam się zapisałam do biblioteki...

 U nas w bibliotece zawsze coś się działo, każdy był pełen radości, entuzjamu, zapału, pomysłów, nastawiony na człowieka, a tam w tym nowym mieście typowe antysocialne ponure bibliotekary. Zajęcia dla dzieci ograniczone do 5 osób robione z łaski. A raz, gdy przeszukiwałam półki w poszukiwaniu czegoś czytalnego, przyszedł starszy pan i zapytał bibliotekarę o jakąś książkę dla żony, bo chora i sama przyjść nie może, a bibliotekara niemiło: "PROSZĘ SE POSZUKAĆ!".  Pan mówi, że on nie czyta, nie zna się, że chciałby, by coś poleciła dla starszej pani, a ta ryj: "Nie wiem, co wy ludzie sobie myślicie, że my to w tej bibliotece to nic innego nie robimy, tylko książki czytamy i że wszystkie książki żeśmy przeczytały! Nie, my tu robotę mamy do wykonania, nie mamy czasu czytać, my tylko wypożyczamy...." 

No i tu jest jakby coś w ten deseń.

Na szczęście to tylko staż. Do końca stycznia bliżej jak dalej. Może następnym razem lepiej trafię. Albo z deszczu pod rynnę muachachacha. 

W szkole też niektórzy są upierdliwi. Dziś zmarnowali  na przykład 2 godziny z mojego życia!



Moja grupa jest normalna (inaczej) i jak przedwczoraj otrzymaliśmy mejla, że dziś jest specjalne spotkanie w sprawie projektów, to większość przewracała oczami i utyskiwała, a dziś na tym spotkaniu usiedliśmy w samym tyle i nadal przewracałyśmy oczami, bo niektórzy to naprawdę potrafią z igły widły zrobić a co wybitniejsi to nawet kurwa przewracarkę. Pięćset razy pytają o to samo i proste rzeczy tak komplikują, że skarpetki się filcują a ziemniaki z piwnicy parami wychodzą. Jedna to nawet dociekała w sprawie, która jej nie dotyczy, bo ona chce wiedzieć w razie jakby ktoś z tego drugiego kursu potrzebował pomocy. Jezu, baba chyba jest jedyną, która nie zrozumiała prostych zadań, ale ubzdurało jej się, że będzie innym pomagać. Kobieta nie ma chyba nic innego do roboty poza tym kursem, bo wysyła dziesiątki wiadomości na grupie, poleca książki, filmy, przygotowuje jakieś zadania, ćwiczenia, jakby to kogokolwiek obchodziło w ogóle, a większość ludzi, chce po prostu zrobić ten kurs, by dostać papier uprawniający do pracy w takim a nie innym zawodzie KROPKA! Większość ma rodziny, dzieci, milion obowiązków, no życie po prostu, więc po powrocie ze szkoły czy stażu, tak samo jak ja, patrzą by jak najszybciej uwinąć się z zadaniami i żyć swoim życiem, a nie dodatkowe ćwiczenia robić, czy w ogóle głowę sobie kursem zawracać dłużej niż to konieczne...

Te ludzie to so!

A tymczasem Młoda niedawno spostrzegła, że mamy nowego gościa w ogródku. Pierwszy raz toto w życiu widzimy. Ładne jest. Pokrzywnica się nazywa, mówi wujek google. Zdjęcia takie średnio udane, bo malutkie odleciało, jak zobaczyło, że człowieki stoją w oknie.

Poza tym przylatuje teraz kilkanaście wróbli, sikorka, kosy, no i Mały Tiki, czyli nasz ulubieniec szef szefów rudzik.  

pokrzywnica



A na wsi rozwieszono już światełka i odkryłam, że to wcale nie głupi pomysł, że na początku listopada już się świecą, bo to jest przesympatyczny, ciepły akcent w te ponure, zimne i mokre dni.





4 listopada 2023

Gdy dzieci wychodzą z kolegami, rodzice idą grzecznie spać.

To był lekko zdechły tydzień. Myślałam, że zczeznę zanim dotre do drugiego jego brzegu.

Jakaś cholerna infekcja

W nocy z niedzieli na poniedziałek prawie nie spałam, tak licho się czułam - kaszel, zapchany nos, gorączka, ból głowy, łamanie w kościach. Gdzieś kole północy poszłam spać do salonu, bo zaczęło mnie mdlić i chciałam być blisko kibla w razie wu. Zrobiłam sobie ziołowej herbatuni z miodzikiem, zażyłam przecigorączkowej piguły i zaległam na kanapie w salonie. Marnie tam się śpi, bo co chwilę ktoś przełazi w te albo wewte a to do kibla, a to do kuchni... Młodzież prowadzi wszak częściowo nocny tryb życia.

Rano jednak nie bylo źle, więc poszłam na staż i w poniedziałek, i we wtorek, bo zasadniczo do południa samopoczucie było dobre. Słabizna atakowała najbardziej pod wieczór. 

Środa była wolna, bo święto zmarłych, to sobie zaczęłam kaszleć na całego, bo kto mi zabroni. 

Chwilę pooglądałam z Młodym nowy stary serial komediowy pt Młody Sheldon. Tak, to znowu film o ponadprzeciętnie inteligentnym dziecku. Młodemu bardzo sie podoba. Dla mnie trochę za kiczowaty ale czasem śmieszny. Dla Młodego, uważam, w sam raz.

Potem zaczęłam z Małżonkiem oglądać mini serial 

Kasztanowy Ludzik.

 Nasze ulubione mroczne klimaty. Obejrzeliśmy oczywiście cały serialik w jeden dzień, bo tak najlepiej. Bardzo dobry; na podstawie książki o tym samym tytule. Jeden z lepszych, jakie w ostatnim czasie obejrzeliśmy. Książki nie czytałam, więc nie wiem, czy jest równie dobra, ale pewnie jest. Ale od tego momentu inaczej będę patrzeć na kasztanowe ludziki. Gdy zobaczysz kasztanowego ludzika, to już jest za późno... 💀

Po jednym odcinku zrobiliśmy sobie przerwę, bo tata poszedł z synem na obiecane boisko, a ja sobie wyjęłam chipsy i jakieś piranie z szafy... 😜🍺 Nie pamiętam, kiedy to piwo kupiłam, ale dosyć dawno. Browar holenderski, 8,5%, smaczne.

Z piwem mam tak samo jak z książkami - jak widzę ładną okładkę, muszę wziąć do domu, nawet jak jeszcze nie wiem, kiedy to przeczytam i czy w ogóle... ;-)



Cieszymy się, że nasz Młody dba o swoją sprawność fizyczną i zdrową dawkę ruchu.⚽🏃🏊

 Systematycznie chodzi z tatą poharatać w gałę, a bywa że i z kolegami się wybierze. Poza tym uskutecznia różne tricki i tańce. Doskonali np moonwalka, kilka elementów breakdance, a ostatnio zaczął się uczyć russiandance. Oprócz tego ćwiczy z hantelkami i co raz sprawdza i się chwali, jak mu biceps się wzmacnia. Nogi i kondycję ćwiczy w drodze do i ze szkoły. 5 kilosów w jedną i 5 kilosów w drugą pod lekką góreczkę z dziesięciokilowym tornistrem to jest całkiem niezły wysiłek jak na szczuplutkiego niewysokiego jedenastolatka. No i ostatnimi czasy jeszcze basen. Na jutro zaprosił go klasowy kolega na wspólne pływanie, bo ma kilka darmowych wejściówek. To kolega z nowej szkoły. Polubili się. Grają razem online. Młody odwiedził go już kilka razy w domu po lekcjach, bo chłopak mieszka nie daleko szkoły. I teraz zaprasza go na basen. Superowo!

Patrzcie, jaki ten nasz syn jest popularny i lubiany! Zapraszają go do wspólnej zabawy, do domów, na wyjazdy do parków rozrywki, na basen koledzy i koleżanki z każdej klasy, do której chodził i chodzi. To wielka dla nas rodziców satysfakcja. 

Mnie udało się w tym tygodniu wreszcie skończyć książkę 

Het geheim van Gent  (Tajemnica Gandawy) S. Berry'ego, 

którą czytałam chyba gdzieś od wakacji. Ostatnim razem tyle czasu na przeczytanie jednej książki to chyba w podstawówce poświęcałam. Czytałam po jednym rozdziale i padałam na pysk, choć lektura jak najbardziej była ciekawa. Trochę mi się kojarzyło z Danem Brownem. Akcja kręci się wokół gandawskiego ołtarza i grobu Matki Bożej, która wcale nie została wniebowzięta tylko umarła śmiercią zwykłego śmiertelnika... Wiele ciekawostek dotyczących m.in słynnego ołtarza podanych w tej książce przez autora jest autentyczna, ale ogólna opowieść to oczywiście fikcja lteracka. Lubię takie książki, w których prawda miesza się z bajką... Niemniej jednak czytanie szło mi opornie... Może dlatego, że sporo słów musiałam tłumaczyć (no dobra, nie musiałam, ale chciałam, bo w ten sposób uczę sie nowych wyrazów i zwrotów)? Może dlatego, że musiałam sprawdzać w internecie niektóre fakty i oglądać ten cholerny ołtarz na zdjęciach? Bo ja mam tak samo jak Młody, że pewne rzeczy muszę wiedzieć, by żyć. Teraz muszę pojechać ponownie do Gent, by zobaczyć ten ołtarz na własne patrzały. A trzeba wam wiedzieć, że to jedna z bardziej popularnych atrakcji Gandawy, ale jak ja tam ostatnio byłam turystycznie, to stwierdziłam, że co mnie obchodzi jakiś  głupi ołtarz. Po tej lekturze jednak nagle zaczął mnie obchodzić haha. 

Mam na półkach zwykłych i elektronicznych masę lektur do przeczytania i jeszcze więcej na liście do kupienia, ale jest ogromny zastój czytelniczy u mnie. Przede wszystkim brakuje mi większych chęci na czytanie, poza tym czasu i sił. Gdy spędzę pół dnia lub cały wieczór na czytaniu notatek z lekcji, odrabianiu zadań, uczeniu się, to po pierwsze mam serdecznie dość słowa pisanego i wolę sobie np film obejrzeć niż otwierać książkę. Po drugie wzrok mi zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Literki zaczynają coraz bardziej mi tańczyć przed oczyma, drobnego druku już nie widzę....Nawet się zastanawiam, czym to jest spowodowane... Problemy zaczęły się od choroby, więc obstawiam te wszystkie cudowne leki plus ogólne zmeczęnie, sztuczną menopauzę no i zwyczajnie przemęczanie patrzałów gapieniem się w ekran, notatki i telefon. 

A Małżonek mnie wnerwia, bo ten czyta jedną książkę za drugą i jeszcze się chwali, co kupił nowego, co fajnego właśnie czyta lub przeczytał i jeszcze bezczelnie mi wysyła e-booki, co do których ma podejrzenie, że i mnie zaciekawią. Jak tak można?!

Teraz jednak zaczęłam polską książkę pt 

Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii. 

z serii Reportaż i całkiem dobrze mi idzie. Świetna książka. Dużo mi daje do myślenia i pozwala spojrzeć na polską służbę zdrowia z innej strony, zobaczyć  i choć trochę zrozumieć powody różnic pomiędzy Polską a resztą świata choćby w podejściu do pacjenta. 

Czytam o warunkach i możliwościach szpitali sprzed kilkudziesięciu lat, o praniu jednorazowych rękawiczek, sterylizowaniu jednorazowych sprzętów, o tym że serca nie wolno było wyjmować z ciała, bo to "siedlisko duszy", o warunkach pracy, braku pieniędzy i możliwości i wielkiej sile niektórych lekarzy... To wszystko z dzisiejszej perspektywy patrząc wydaje się jakby nierealne, nieprawdziwe, zmyślone, a tak przecież było i to za naszego życia... Polecam tę książkę z całego SERCA. 

W środę wieczorem Młody i Młoda pojechali samopas do kina w Brukseli na długo wyczekiwany horror 

Five Nachts At Freddy's.

Młody wkręcił siebie i siostrę na wyjazd z klasowym kolegą i jego starszą siostrą oraz jeszcze jednym klasowym kolegą. Duża Siostra Kolegi kupiła dla wszystkich bilety, bo miała jakieś zniżki i robiła za szofera. Nasi sponsorowali wszystkim popcorn i napoje. Chłopacy niepokoili się, że mogą ich nie wpuścić na film, bo są za młodzi. Jednak nikt nie kontrolował niczego. Film bardzo się im podobał. Nie był jakiś makabryczny. Wrócili do chałupy przed północą zadowoleni. 



Tak oto awansujemy na wyższy poziom macierzyństwa, w którym dzieci wychodzą z kolegami, a starzy idą grzecznie spać. 

Ostatnio Młody uwziął się na "państwa-miasta". Męczy codziennie byśmy we trójkę z nim i tatą grali. Ciągle dodajemy nowe kategorie, bo to wersja PRO. Ostatnia wersja miała następujące kategorie: państwo, miasto, roślina, zwierzę, rzecz, imię, tytuł filmu, piosenka, wykonawca, marka samochodu, postać. W kolejce czekają: potrawa, ubranie, rzeka, zawód, sport, kolor... Co jak co ale w państwa, miasta i muzykę to jest skubaniec dobry. Mistrz nad mistrze, rzekłabym. Nad przyrodą to obaj z tatą muszą jeszcze popracować, ale fajnie odkrywać razem, kto w czym jest dobry i na czym się zna. Tata jest dobry w muzykę, samochody i filmy oraz państwa, ja bardziej w rośliny i zwierzęta.

Ortodonta 💰👄

W tym tygodniu byliśmy u ortodonty w celu zapoznania się z planem leczenia i ceną.  Panie, ponad 4 tysiace euro?!!! Chyba ich pogięło! Jeszcze w tym roku trzeba wyłożyć 450€ za aparat hyrax do poszerzania szczęki. Nie jest dobrze. Nie wiem, skąd weźmiemy kasę na to wszystko... ale Młody ma paszczę makabryczną. Ortodontka powiedziała ponadto, że nie wyklucza czy operacja szczęki nie będzie wskazana, ale jest duża szansa, że żelastwem uda się coś wskórać. Oby. To nie są w każdym razie tanie rzeczy, ale bez wątpienia ważne i potrzebne. 



Ciekawa też jestem, jak Młody będzie znosił to całe żelastwo w paszczy i czy go będzie bardzo bolało. Dla Młodej było to bardzo niekomfotowe i dosyć bolesne. No i co on kurde będzie wtedy jadł i czy jeszcze w ogóle coś... To jest chyba w tym wszystkim najgorsze, skoro już teraz niewiele jest rzeczy, które on do ust weźmie...

Tymczasem ja zamieniłam kawę na miksturę i herbaty. 

Herbaty piję od zawsze i uwielbiam najróżniejsze smaki i kolory. Nie patrzę na to, czy są zdrowe, a tylko czy są smaczne. Ale co wam powiem to wam powiem, ale wam powiem. W polskich sklepach jest duży wybór ciekawych smaków herbat, ale jakość to jest jakieś totalne nieporozumienie. Nie wiem czy wiecie, ale jak weźmiesz np taką zwykłą najzwyklejszą herbatę Lipton, której opakowanie polskie wyglada niemal identycznie jak opakowanie belgijskie (ale wagą się różni), i zalejesz sobie obie w takim samym kubeczku, to z belgijskiej jednej torebki otrzymasz czarną jak noc herbatę  'siekierę' a z polskiej jasno żółte 'siki'. I tak jest ze wszystkimi herbatami (i wieloma innymi produktami PL vs BE, ale to inna bajka). Nasze Młode lubią siki herbaciane i często kupują sobie najdziwniejsze herbaty w polskich sklepach. Dla mnie nie do przyjęcia. Herbata ma być mocna i intensywna, dlatego tylko tutejsze pijam. Boleję nad tym, że w okolicy nie mam sklepu herbacianego. Ale i marketach coś tam znajdzie się. Zawsze mamy duży wybór herbat w domu. Tu taka ciekawostka, że Belgowie to ci herbat praktycznie w ogóle nie pijają i bardzo rzadko mają coś takiego w domu. Za to Marokańczycy np piją dużo herbaty i też ciekawe smaki tych herbat. 

Ja piję też moją ulubioną miksturę i w sezonie zimnym kraftuję systematycznie: świeży imbir zalany wrzątkiem, a potem leci kurkuma, kardamon, pieprz czerwony, miodzik i sok z cytryny. PYCHOTA.

Zrezygnowałam ostatnio z picia kawy. 

Nie wiem na jak długo, bo już kilka razy mi się zdarzało odstawiac kawę, a po jakims czasie do niej wracałam. Nie ma to żadnego szczytnego celu. Powód jest praktyczny i ekonomiczny. W naszej świetlicy nie pije się kawy. W szkole w automacie kawa jest tak obrzydliwa, że porzygać sie można, a ja zapominam zawsze zabrac termosu i chciało mi się trochę spać po południu, bo organizm już trochę przyzwyczajony jednak...

Ponadto byłam ciekawa, czy to nie będzie miało przypadkiem jakiegoś pozytywnego wpływu na jakość mojego snu (bo jest kiepska), ale póki co nie ma żadnego. Pozytywny wpływ zdaje się mieć natomiast ten syrop przeciwkaszlowy, który mi wczoraj doktorka przepisała... Jak się potwierdzi przez kolejne 2 dni, to to może mi pomóc w walce ze zmęczeniem... Nie, że bedę syrop na kaszel brać, ale że poprawić trezba jakość snu w taki czy inny sposób...

Kawy mi trochę brakuje, gdy Małżonek sobie robi w weekend, bo to jednak fajnie razem sobie pić kawusię. No i lubię tę kawę z Dolce Gusto, bo jest pyszna. Taki badziew zalewany jak to dawniej się piło albo ten z automatu szkolnego to mnie absolutnie nie rajcuje. Z dobrej kawy trudno jest zrezygnować, bo jest dobra i jestem od lat przyzwyczajona, że rano po śniadaniu i po pół litry herbaty, wypijałam te 200 ml kawusi z mlekiem i cukrem, ale poza tym nie mam z tym żadnego problemu.  W pierwszy tydzień chciało mi się chyba bardziej spać po południu, ale bez tragedii. Piłam dotąd zwykle 2 kawy lungo - rano i po południu, ale po południu czesto zapominałam wypić. W weekend czasem więcej, bo Małżonek pije dużo kawy i jak pytał, czy mi zrobić to oczywiście że tak, co będzie sam pił...

I być może będę sobie na kawę pozwalać w weekend po obiedzie do towarzystwa a tygodniu pozostanę przy herbacie. Różne są opcje... Póki co jest mikstura :-)

mikstura

Dzieci w świetlicy coraz bardziej się do nowej pani przyzwyczajają. Dostaję już systematycznie obrazki. Ostatnio jedna duża dziewczynka oznajmiła, że mnie kocha, bo dobrze się troszczę o jej młodszą siostrzyczkę, która dopiero co skończyła 2,5 roku, czyli wyrosła ze żłobka i zaczyna chodzić do szkoły i na świetlicę. Inne też przychodzą ze skargami, pytaniami,  opowieściami. Przychodzą się przytulać albo biorą mnie za rękę i muszę iść na specer z wózeczkiem i na piknik na środku sali. Fajnie jest! A co się kredek ostrugam i orysuję dziwnych rzeczy. No, ale też uczycielki miały rację, że na początku będziemy prawdopodobnie dość często chorować, zanim uodpornimy się na wszelakie dziecięce wirusy i inne paskudztwa. I tak oto mój staż na feriach się nie bardzo udał, bo tylko dwa dni byłam, a drugie dwa dni siedziałam w domu i kaszlałam sobie. Nie powiem, by to dobrze wpłynęło na zmęczenie. Znaczy tak na zmęczenie wpłyneło dobrze. Teraz jest jeszcze większe. 

W przyszłym tygodniu idę na płukanie portu i do onkolog. Jestem bardzo ciekawa, czy będzie mieć dla mnie czas... w co wątpię, ale chciałabym ją zapytać o moją kostkę, MRI i co sądzi o fizjoterapii, gdy są "jakies cysty". Chciałabym zapytać, czy mogę dostać tydzień wolnego od szkoły i stażu w razie co. 

rysunki od podopiecznych 


nauczyłam dzieci rysować pająki... i dostaję je teraz w prezencie💙