28 lipca 2018

Po co logować się do rzeczywistości?

W tym roku nikt z Piątki nie wyjeżdża nigdzie na dłużej. Dziecka siedzą w domu i opiekują się sobą wzajemnie, swoimi pupilami oraz swoimi komputerami oczywiście. No w sumie to najbardziej swoimi komputerami, wszak życie wirtualne jest pasjonujące i fajniejsze niż szara, nudna rzeczywistość. Można pogadać z ludźmi z całego świata, kupić sobie dom albo i kilka, uprawiać wirtualne warzywa i hodować wirtualne zwierzaki czy krasnoludki albo polować na jakieś zombiaki czy inne tam straszne ludy. W necie można być kim sie chce, codziennie kimś innym albo i kilkoma osobami na raz... Internet nigdy nie jest nudny i można się w nim fajnie bawić całe wakacje. 

Od czasu do czasu dobrze jest jednak zamknąć lapka i zalogować się do rzeczywistości. Nie jest to łatwe, bo po pierwsze internet wciąga jak niebezpieczne bagno, z którego bardzo trudno się wydobyć, a po drugie coraz trudniej o równie fajną alternatywę. Co może być bowiem atrakcyjniejszego od magicznego wirtualnego świata? Niewiele rzeczy - moim nader skromnym zdaniem - szczególnie dla pokolenia naszych pociech wychowanych w świecie internetu i nie potrafiących bez niego funkcjonować. Takie są czasy i inne nie będą - ja już się z tym pogodziłam i próbuję sie dostosować do realiów współczesnego świata, co chyba nawet nieźle mi się udaje.

Nie zmienia to faktu, że chciałabym żeby moje małolaty umiały też cieszyć się życiem w realu i potrafiły się w nim odnajdywać, ale nie jest to dla nich wcale łatwe... 

Długo dumałam nad tym, co mogłabym im zaproponować jako alternatywę i wiecie co? Nic nie wydumałam,  NIC! Z takim szczylem jak Młody nie ma problemu. On chodzi się bawić do kolegów, a oni przychodzą do nas od czasu do czasu. Jemu sprawia frajdę chlapanie się w basenie i polowanie pistoletem wodnym na muchy. Radochą jest karmienie kaczek w lesie, granie w kości, czy planszówki, oglądanie z mamą bajek, rysowane, puzzle, gra na perkusji z rupieci, skakanie na trampolinie i od groma innych rzeczy którymi fascynują się dzieci w jego wieku, a które Młody robi na przemian z ciupaniem w Rodbloxa z starszą siostrą czy oglądaniem czegoś na YT. 

A co mogą robić nastolatki, gdyby im ktoś zabrał laptopy? Jak żarcie kocham, nie mam fioletowego pojęcia! Moje zajmują się swoimi zwierzakami - obserwują je, gadają do nich, robią im miliony zdjęć które czasem nawet publikują w sieci, sprzątają im i karmią je. Od czasu do czasu zejdą się u jednej w pokoju i obgadują swoje nastoletnie sprawy, youtuberów, muzykę, dzielą się opowieściami o swoich pupilach. No ale ileż można lampić się na papugi czy króliki? Ileż można dyskutować o kanale na youtubie? Od czasu do czasu wyskoczą roweremi do sklepu po jakieś chipsy czy lody, czasem nawet pół dnia bujają sie od sklepu do sklepu. Od czasu do czasu muszą ogarnąć swoje kwadraty. No ale wakacje mają ponad 60 dni, z których każdy ma 24 godziny, a te atrakcje i obowiązki są krótkoterminowe. 

Młode nie lubią czytać książek, nie lubią kopać w piłkę ani grać w badmintona. Nie mają aktualnie koleżanek ani kolegów, z którymi można by coś porobić. Zresztą tutaj nie jest to łatwe, bo każdy - także dzieci - żyje z kalendarzem w ręku i wszystko łącznie z zajęciami w czasie wolnym ma zaplanowane od A do Z. Młoda ma jedną koleżankę, która ma zaplanowane przez rodziców dni co do minuty i w te wakacje jeszcze nie miała okazji spotkać sie z naszą Młodą - kontaktują się tylko przez snapchata czy jakiś inny rozmownik internetowy. Moje dziopy wyrosły już z planszówek, lalek i zabaw z mamą. Nie bawi ich już jakoś specjalnie karmienie kaczek czy łapanie motyli. Pozostaje zatem tylko ten nieszczęsny Internet, by nie umrzeć z nudów.

Planowałam sobie, że gdy będę mieć te 2 tygodnie urlopu to zrobimy sobie "godziny bez kompa". Zaproponowałam, że codziennie będziemy wychodzić do lasu z piłką czy rakietkami i piłkami, że pojeździmy rowerami, że zrobimy sobie piknik jak za starych dobrych czasów, że skoczymy nad rzekę i przepłyniemy sobie stateczkiem a potem wrócimy pociągiem... Niektóre pomysły zostały wstępnie zaakceptowane przez młodzież, ale kij z tego. Miniony tydzień był tygodniem pogody tropikalnej: 35 stopni w plusie i wilgotność ponad 70%. Ja miałam już dość po rozwieszeniu prania na sznurze, a co tu mówić o dojechaniu do lasu i lataniu za jakąś debilną piłką. Kurde, człowiek siedział i nicnierobił a pot płynął ciurkiem po dupie. A spieprzajcie z taką pogodą. I tak moje wspaniałe plany poszły się... Mam nadzieję, że przyszły tydzień choć będzie normalniejszy i że będzie tylko 25 w plusie jak mówią mądrole od pogody. Mogło by też w sumie popadać ze 3 dni, bo susza koszmarna, a te smarki co spadły dzisiejszej nocy to całe gie dały. Tyle że jeszcze większa parówa niż w poprzednie dni.

Zrealizowaliśmy tylko te poważniejsze i płatne elementy planów, czyli dalsze wycieczki.

Odwiedziliśmy Brukselę i tam obejrzeliśmy smerfową wystawę (więcej info tu). Całkiem fajna. Polecam nie tylko miłośnikom smerfowania. Po Expo chłopaki wróciły autem do domu, a my baby wsiadłyśmy w metro by pozwiedzać jakąś zacną galerię i skorzystać z wyprzedaży. Młode pohulały w "fajnym kocie", który jest ich ulubionym sklepem i przefurały trochę matczynej forsy na jakieś podarte, za krótkie i powyciągane ubrania. Nie wiem, gdzie tu sens i logika? 






Młode kombinują, jak to działa i czy w ogóle



Innego dnia skoczyliśmy nad morze do Knokke Heist, gdzie posiedzieliśmy trochę wśród kolorowych motyli (Moment z motylami - więcej info tu), a potem poszliśmy się smażyć na plaży. Młody trochę się bał tych wielkich niebieskich motyli, ale jak w końcu jeden usiadł mu na dłoni był bardzo ale to bardzo przejęty i dumny. Na plażę zabraliśmy wszystko, co się na plażę bierze - i dmuchany materac, i ręczniki, i wiaderka z łopatkami, i krem do opalania. Jednak okazuje się, że samo wzięcie kremu wcale a wcale nie zabezpeicza nas przed przyfajczeniem. No pomyślelibyście?  Tylko Najstarsza wie, że kremem się trzeba posmarować i jej potem nic nie piekło ani nie swędziało... my 40letni geniusze... buachacha.

też bym chciała wiedzieć, co autor miał na myśli


plaża w Knokke-Heist

Moment met vlinders

Moment met vlinders

Moment met vlinders

cosik mi się do kupra przyczepiło

Moment met vlinders

Moment met vlinders

Moment met vlinders

Moment met vlinders

Moment met vlinders









W poprzedni weekend skoczyliśmy zaś do opuszczonej wioski, ale o tym było w poprzednim wpisie...

W czwartek z kolei mimo tropikalnej pogody postanowiliśmy wsiąść do pociągu i wyruszyć na wycieczkę do najpiękniejsego belgijskiego zoo... . Bilety B-Dagtrips (więcej info na stronie belgijskiej kolei - kliknij) kupiłam przez internet, bo nie ufam automatom na stacji, które już nie raz mnie wydudkały i nie dało się kupić biletu, bo akurat jakiś błąd wysrało. Na stację popedałowałyśmy wioząc Młodego na bagażniku - wzięłam stary rower, bo taki za kilkaset euro trochę strach zostawiać na cały dzień na stacji, wiedząc że w Belgii w ciągu 3 minut kradziony jest jeden rower (tak mówią statystyki). Podróż w jedną stronę (do zoo, nie na stację) zajęła nam ponad dwie godziny i mieliśmy dwie przesiadki.

Większość pociągów ma dobrą klimatyzację i było przyjemnie chłodno, ale w jednym istny piekarnik. Nie wiem tylko, z czego oni w tej Belgii szyją pokrowce do pociągowych siedzeń, że tak okropnie gryzą w dupska, gdy się ma krótkie portki albo kieckę. Ech.

W Pairi Daiza tym razem obejrzeliśmy to, czego nie udało się w czasie poprzedniej wizyty (relacja z pierwszej wycieczki tu), ale po kilku godzinach mieliśmy wszyscy dość skwaru i duchoty, do tego Młodą zaczęła nawalać skręcona kostka i trzeba było podreptać z powrotem na stację - z trampka idzie się jakieś 10 minut, a droga jest bardzo ładnie oznaczona. Wszystko było ładnie piknie, z wyjątkiem okropnego pragnienia. Mieliśmy całe plecaki picia, ale zabrakło. W zoo można było kupić napoje bez problemu, ale drogo no i wtedy jeszcze mieliśmy trochę, zaś pamiętaliśmy że na stacji w Aat, gdzie się przesiadaliśmy był kiosk czynny do 18tej i tam się postanowilismy zaopatrzyć w wodę na drogę powrotną. Ale gówno! Się okazało, że kiosk zamknęli dużo wcześniej z ciulwiejakiego powodu, a na dworcu tylko automaty, w których nie można płacić kartą ani papierakami. No a my tylko parę drobniaków. Pfff starczyło na 2 napoje - to na czwórkę uschniętych człowieków jak na byka ziemniak. Myślałam, że choć w kiblu se ryj opłuczę wodą - kible otwierane piędziesięciocentówkami - doprawdy wchujśmieszne. Nie lubiłam już wcześniej Walonii, ale teraz nie lubię jeszcze bardziej. Dobrze, że to zoo chociaż mają ładne. 




Ibis

pozycja żurawia?


po ziemi pewnie by było łatwiej...





Poza tymi duzymi atrakcjami my starzy uparcie rowerujemy, gdy warunki oczywiście sprzyjają. młody czasem wskakuje na fotelik, a czasem nie. O naszym rowerowaniu jednak napiszę w osobnym wpisie pewnie już nie długo...

23 lipca 2018

Wioska duchów. Niedzielna wycieczka rodzinna.

Krótka, ale pokręcona historia Doel [czytaj: dul]

byłam, widziałam, robiłam zdjęcia srajfonem hehe
Nie wiem czy wiecie, ale Belgia ma swoją wioskę duchów. Słyszałam o niej wiele razy, ale dopiero wczoraj udało nam sie ją zobaczyć na własne oczy.

Mówi się, że to opuszczona wieś, ale tak na prawdę ciągle mieszka tam legalnie jakieś 20 ludzi, a do tego kręci się tam mnóstwo turystów. Do niedawna myślałam, że ludzie wyprowadzili się w związku z elektrownią atomową, którą tuż obok wybudowano (dokładnie kilometr ode wsi). Jednak poczytałam internety i się okazuje, że historia jest badziej skomplikowana, niż się mi wydawało. Ba, ta historia jest zakręcona jak dom ślimaka, ale zacznijmy od początku.

Doel leży w prowincji Flandria Wschodnia (Oost-Vlaanderen), w północnej jej części, czyli blisko morza i blisko granicy z Holandią.
Doel - google maps

Pierwsze wzmianki o Doel pojawiły się gdzieś w roku 1267, gdzie pojawia się jako De Doolen.

Do 1977 roku Doel było nawet osobną gminą liczącą 1300 mieszkańców (potem stała się częścią Beveren), ale w międzyczasie zaczęły się problemy...

W latach 60-tych powstały plany rozbudowy portu w Antwerpii, wedle których kilka wiosek - w tym Doel - miało zniknąć. W 1968 wydano zakaz budowania w Doel, ale przez kolejne 10 lat nikogo nie wysiedlono i przez ten czas ludzie żyli tam w niepewności, co z tą ich wioską  będzie, ale wcale nie uśmiechało im się gdziekolwiek iść tylko dlatego, że jakieś biznesmeny chcą se poszerzyć port. Ludziom zwykle wszak raczej niespieszno pakować manatki i opuszczać chatę, na którą się pracowało latami i którą się po swojemu urządziło i w której się czuje zwyczajnie u siebie...

I tak sobie żyli w stresie nie wiedząc co ich czeka i obserwując z wielkim niepokojem prace nad nowymi dokami w porcie i budową elektrowni jądrowej, którą też tuż obok wioski postanowiono postawić. Pod koniec lat siedemdziesiątych zaczęły się w końcu wywłaszczenia, ale wtedy przyjechał jakiś ważniak i zawołał - STOP! Nie musicie rozwalać tej wioski, bo ten wasz port i ta wasza elektrownia się przecież zmieszczą obok, a ta wioska jest "specyficzna i wartościowa", więc niech zostanie. I została. W 1978 roku nawet zniesiono zakaz budowania w Doel.

No ale w 1998 znowu wydano wyrok śmierci na biedne Doel. Rząd flamandzki (po zmianach) doszedł do wniosku , że jednak istnienie tej wsi jest zupełnie od czapy i trzeba ludzi w końcu pogonić i zrobić wreszcie z Doel strefę przemysłową. Wysłali do ludzi armię mediatorów, którzy mieli ich przekonać do dobrowolnego odsprzedawania swoich chat państwu.  Przy czym do 2007 mogli tam ciągle mieszkać płacąc czynsz, a w tym czasie miały się toczyć prace w strefie przemysłowej i budowa nowych doków.

Mieszkańcy jednak absolutnie nie pogodzili się z wyrokiem - cały czas protestowali i szukali sposobów na pokrzyzowanie planów rozbudowy portu. Powtał nawet komitet obrony Doel pod nazwą Doel 2020, który zrzeszył mieszkańców i wszelakich sympatyków.

Dziś jeden z adwokatów się śmieje, że fakt iż Doel istnieje do dziś zawdzięczają też ptakom, bo jednym z argumentów pozostawienia tej wioski tam gdzie jest, był habitat błotniaka stawowego i chroniące go prawo europejskie. Facet ten mówi, że władze bardziej się martwią ptakami niż ludźmi, więc ludzi trzeba bronić istnieniem rzadkich ptaków na ich terenie. Najważniejsze, że udało się ociągnąć zamierzony cel i wioska została :-)

W 2002 udało się znowu wstrzymać realizację planu rozbudowy portu i wrócono do pomysłu z 1978, czyli Doel strefa mieszkalna. Oczywiście nie na długo...

Dziś mamy 2018, a przepychanki trwają nadal i ciągle szala przechyla się raz w tą, raz w tamtą i końca sporu nie widać.

W tym roku mija 20 lat, jak wydano ostatni wyrok śmierci dla Doel, ale wyroku nikt nie wykonał, a wieś zwyczajnie umierała powoli...

W 2003 zamknięto szkołe, bo zapisano do niej raptem 8 dzieci, choć w samym centrum Doel mieszkało jeszcze ciągle ponad 200 ludzi.

W 2008 zaczęto burzyć domy, które uznano za niezdatne do mieszkania, ale ktoś poleciał do sądu i ten uznał, że takie działanie jest bezczelnym i chamskim wyganianiem mieszkających tam jeszcze ludzi (a było tam ciągle blisko 90 ludków) i tak się nie godzi, bo to nie ludzkie itd, przy czym ustalił karę dla wyburzaczy w kwocie 1.000.000€ za każdy rozpirzony dom, no i się im jakby odechciało. 

Rok później mijał (przedłużony wcześniej o 2 lata) czas do opuszczenia wsi przez tych co sprzedali domy i miłośnicy strefy przemysłowej zaczęli wyganiać ludzi, ale ci znowu poszli do sądu, który oświadczył to samo co powyżej i zasądził 250tysięcy € za każdego pogonionego ludzia. A w tym czasie jeszcze 11 rodzin posiadało tam domy na własność! 

Dziś w Doel mieszka ciągle 20 ludzi, z których 9 mieszkało jeszcze przed 98 rokiem, kiedy to wydano na wieś wyrok smierci. Jedną z nich jest 82 letnia Emilie, nazywana aniołem doel (kiedyś nakręcono o niej filmik pod takim tytułem), która się śmieje, że starych drzew się nie przesadza... Inny Doelanin mówi, że on został wywłaszczony z domu, ale mógł w nim pozostać płacąc czynsz, to pozostał i mieszka do dziś, choć czynsz w ostatnim czasie podniesiono. Żali się tylko, że brakuje mu trochę kontaktów z ludźmi. Kolejna mieszkanka mówi, że ona przeprowadziła się tam już po 1998, bo uznała tę wioskę za idealne miejsce dla artysty i do dziś świetnie się tam czuje.

Działacze z Doel2020 prowadzący uparcie swoją misję próbują zmusić ludzi,  przede wszystkim tych u władzy, do reflekcji nad tym, czy warto wyrzucać ludzi z domów, niszczyć ludzką społeczność dla korzyści ekonomicznych? Próbują przekonać do szukania innych rozwiązań, które były by dobre zarówno dla ekonomii i rozwoju jak i dla zwykłych ludzi, dla jednostek, bo przecież częstokroć takich rozwiązań, takiego złotego środka przecież nie brakuje.

Co ciekawego jest w Doel?


W Doel poza błotniakiem stawowym (jastrzębiowate) znajduje się  też inne ciekawe rzeczy.

Na północy w Ouden Doel (Stare Doel) są solne bagna (największe w Zachodniej Europie) i rezerwat przyrody.

Kamienny młyn wiatrowy.

Pierwsze wzmianki o tym wiatraku pochodzą z 1614 roku i jest on uznawany za najstraszy kamienny młyn we Flandrii.
restauracja w zabytkowym młynie
Dziś znajduje się w nim restauracja. Wypiliśmy tam nawet kawę i zimne napoje. Okazało się że nawet w wiosce duchów można płacić kartą, jak się zamówiło za więcej jak 15€.

Kościół Matki Boskiej Wniebowziętej. 

Kościół w stylu neoklasycznym, który powstał w latach 1851-54 wedle projektu Loedewijka Roelandta, architekta z Gent. W latach 1996-98 został wyremontowany po szkodach jakie wyrządziło mu osiadanie gruntu. Do dziś jednak kościół jest trochę przekrzywiony.

Zabytkowy dom z XVIIwieku Hoogehuis - flamandzki styl renesansowy.


Nasza wycieczka - fotki (robione nogą od stołu)

My w Doel

















stacja benzynowa







klasztor















A to przemysłowa okolica:






Czy każdy może wjechać do Doel?

Doel można zwiedzać za darmo, ale nie każdy pewnie wjedzie do centrum samochodem. Przy wjeździe do wioski jest szlaban, a w dokładnie wysuwany automatycznie słup na środku drogi. Żeby się słup schował i zapaliło się zielone światło, trzeba wtyknąć do czytnika belgijski dowód. Tak że tak... z polskim czy holenderskim dowodem można zaparkować przed słupem i pójść z trampka, ale z trampka - szpilki na te odgległości bym odradzała :-)

No i uwaga, myśmy musieli zapłacić 2 razy po 6 euro za jakiś debilny tunel, bo normalna droga była w remoncie i trzabyło zawrócić za tunelem i przez tunel wrócić by pojechać inną drogą wrrr... Na szczęści można płacić kartą. Powrotna droga już była normalna bez dodatkowych atrakcji w postaci płatnego tunelu.

Uwaga impreza w Doel.

12 sierpnia w Doel będzie festyn pełen różnych atrakcji, m.in.:
pokazy psów pasterskich, ptaków drapieżnych, kowalstwa, pojedynki średniowiecznych rycerzy, łódki na wodzie itp. Będą dmuchane zamki, pchli targ i stoiska z jedzeniem i piciem. Bedzie też msza w kościele i pewnie kupa innych rzeczy. Może warto się tam wtedy wybrać?
szczegóły na stronie: http://www.doel2020.org/
Pisząc ten tekst wiedzę czerpałam z wielkiego Internetu, głównie:

Wikipedia
Het Laatste Nieuws 
http://www.doel2020.org/
https://www.natuurpunt.be