29 lutego 2020

Sukienka - symbol kobiecości czy zniewolenia?

Jakiś czas temu natknęłam się w bezkresach internetu na akcję pod tytułem "w niedziele zakładamy kiecki, by udowodnić, że jesteśmy kobietami". Akcja miała tak na prawdę inny tytuł, jednak chodziło właśnie o to, by za pomocą tej symbolicznej sukienki zademonstrować kobiecość. Zabawa dobra jak każda inna. 

Czy w sukience była bym bardziej kobieca? A może to chodzi o jabłko?


Jednak ja - osoba o niekontrolowanym i nieopanowanym myśleniu - musiałam przecież rozkminić, czy to w ogóle ma sens, bo ja wszystko muszę przeanalizować, czy tego chcę czy nie, bo mój mózg tak działa i nic z tym nie jestem w stanie zrobić. Poza tym lubię myśleć i kombinować. 

Czy kiecka jest faktycznie symbolem kobiecości? 

Doszłam do wniosku, że zdecydowanie nie, że nawet wprost przeciwnie, ale po kolei...

Kiedy byłam podlotkiem bardzo nie lubiłam swojej kobiecości z wielu powodów.

Przyglądając się dorosłym kobietom w moim otoczeniu, szybko zrozumiałam, że bardzo mi się nie podoba, to co widzę: gary, szmaty, dzieci, robota w polu, krowy, zakupy od rana do nocy. Każda kobieta w moim otoczeniu na to narzekała, że wszystko w domu na jej głowie, że chłop nic nie musi w domu. Takie były czasy, a ja marzyłam o wolności, o fajnej pracy, o podróżach. W pipidówie w tamtych czasach rzecz praktycznie nierealna i niewykonalna. Bycie kobietą oznaczało bycie kurą domową 24/24. No, można było pójść do pracy, ale potem nadal trzeba było być kurą domową tylko szybciej. Nienawidziłam tego, że jestem kobietą. Nie chciałam życia niewolnicy dla siebie.

Poza tym oczekiwano ode mnie, że będę się zachowywać, jak NORMALNE DZIEWCZYNY, czyli w wielkim uproszczeniu chodzić co tydzień  na wiejskie potupaje i szukać faceta. Do tego powinnam się malować, nosić bizuterię i ładnie się ubierać... oczywiście "po kobiecemu". A ja wolałam czytać książki i poznawać świat.

W niedziele powinnam chodzić w spódnicy albo sukience, bo JESTEM KOBIETĄ! W bożenarodzenie i wielkanoc musieliśmy wszyscy iść do kościółka i JA MUSIAŁAM OBOWIĄZKOWO ZAKŁADAĆ SPÓDNICE, bo w TAKIE ŚWIĘTO BABA MUSI NOSIĆ KIECKĘ, bo w święto w spodniach wstyd!

W takich chwilach chciałam być chłopakiem. 

Stąd kiecka dla mnie to symbol zniewolenia ciała i umysłu, a ja kocham wolność. Wolność wyboru, wolność myślenia, wolność decydowania o sobie i o tym, co chcę nosić.

Jeszcze gorszym symbolem zniewolenia umysłu jest dla mnie biustonosz. Kobiety z mojego plemienia przekonały mnie bowiem, że to atrybut kobiecości. Wyprano mi mózg do tego stopnia, że nosiłam to skurwysyństwo wiele lat, mimo że mi obcierało ciało, utrudniało oddychanie i sen, sprawiało ból a do niczego nie było mi potrzebne. Nosiłam to tylko dlatego, że ludzie mówili, że tak trzeba, że KAŻDA KOBIETA MUSI nosić biustonosz a każda dziewczyna ma być dumna że juz może... Tak, przyznaję po raz kolejny - byłam głupia. Wyobraźcie sobie, że moja własna córka mi to uświadomiła zaczynając kiedyś dyskusję o biustonoszach i dzieląc się wiedzą dostępną wpółczesnym nastolatkom i młodym kobietom.

Dziś mnie już nikt nie przekona do zakładania tego chomonta bez potrzeby, czyli tylko wtedy, gdy sama uznam, że tego w danym momencie chcę i potrzebuję. Na co dzień w każdym razie nie używam i dobrze mi z tym. 

Po skończeniu ósmej klasy chciałam pójść do liceum informatycznego, bo w tym widziałam swoją przyszłość, ale rodzice powiedzieli, że tam na pewno będą sami chłopcy, bo gdzie wtedy dziewczyna i komputery. Mama chciała, bym nauczyła się jakiegoś "normalnego" zawodu typu krawiectwo, fryzjerstwo, kucharstwo... Bo w tym jest przyszłość dla baby. No cóż, ja nie ogarniam o co chodzi z igłą i nitką ani tym bardziej z szydełkiem czy drutami, włosów i szczotek zawsze nienawidziłam swoich i czyich po równo. FUJ! Nigdy nie udało mi się nauczyć też  tymi dziwnymi rzeczami posługiwać. Co innego tam komputer, śrubokręt czy nunchaku.

Macie kieckę? Fajnie. A ja robię tak
Gdy trenowałam wschodnie sztuki walki, wiele osób krzywo na to patrzyło, bo BITKA NIE JEST DLA KOBIETY. Czasem nawet podczas pokazów w takiej czy innej miejscowości podchodził jakiś przychlast i mówił lub nawet krzyczał, że powinnyśmy się wstydzić, bo kto to widział, by kobiety się biły. "KOBIETY POWINY TAŃCZYĆ, MALOWAĆ, A NIE KOPAĆ SIĘ PO GŁOWACH!!!" 

Ja się dziś pytam...

Gdy kobieta potrafi się bić, posługiwać nunchaku, wiertarką, młotkiem, naprawić komputer, poskręcać meble i przyciąć żywopłot to wyrośnie jej penis?

Gdy kobieta nie będzie nosić spódnic, łańcuszków z serduszkiem i makijażu to zniknie jej wagina?

A FIGA!

Podejrzewam, że ludzie wymyślili  i upowrzechniali (niektórzy upowrzechniaja nadal) te wszystkie głupoty dla własnej wygody, z lenistwa albo dla władzy, kontroli, jak wiele innych ograniczeń.

Oczywiście są rzeczy, których nie może zrobić kobieta i rzeczy których nie może zrobić mężczyzna. Tak samo jak rzeczy, których nie może robić człowiek bardzo  niski, człowiek bardzo wysoki, człowiek bardzo gruby, człowiek bez nogi czy ręki, po zawale, z zespołem downa, niemowlak, staruszek itede itepe. Każdy ma jakieś ograniczenia, które nie pozwalają mu robić tego, co robią inni. No ale właśnie człowiek ma dosyć naturalnych ograniczeń, po cholerę zatem  wymyślać jeszcze dodatkowe?! 
No po co?!! - Pytam się!

Walcząc na macie, wymachując nunchaku, kijem czy mieczem, czułam się bardzo, ale to bardzo kobietą. Tyle tylko, że kobietą silną, waleczną, wysportowaną, zgrabną, opanowaną, pewną siebie i to zdaje się jest dla wielu problem. Silne kobiety to zło! A ja lubię być silna. Lubię pokonywać swoje słabości. Lubię walczyć z przeciwnościami. Lubię doskonalić swoje umiejętności w każdej dziedzinie. Czuję w sobie kobiecą siłę i moc. Walcząc zawsze czułam, że jestem kobietą - Waleczną Tygrysicą,  Królową - KOBIETĄ WYJĄTKOWĄ.

Macie cycki? Fajnie. A zrobicie tak?
W wielu kręgach inteligencja i samodzielne myślenie też było u kobiet źle widziane, a co więksi popaprańcy próbowali na każdym kroku kobietę poniżyć i udowodnić jej niższość i gorszy rozum. Kobieta powinna być głupia i się nie wychylać, bo głupią łatwiej  trzymać pod butem. Co zresztą chyba wielu babom nawet do dziś bardzo pasuje, bo udają głupie, by nic wiele nie robić i za nic nie ponosić odpowiedzialności... No ale to nie mój cyrk...

Nigdy nie miałam bujnych "kobiecych kształtów", co też w oczach wielu ludzi zabierało mi prawo do nazywania siebie kobietą. "Prawdziwa baba ma mieć na czym siedzieć i czym oddychać"- mówili. Widuję czasem takie kobiety, co to mają cyce jak donice i dupsko jak stodoła i muszę tu rzec, iż ten widok często bardzo rani moje poczucie estetyki, a ja doskonale potrafię docenić kobiecość w innej kobiecie i  dostrzec piękno jako takie... Wszystko ma swoje granice - wielkość cycków i dupy też. Jednakże kiedyś jako nieopierzona gęś przez to głupie ludzkie gadanie, faktycznie martwiłam się o swoją kobiecość, bo przecież wszyscy mnie przekonywali, że bez wielkich  piersi  jestem wybrykiem matki natury, pomyłką, czymś wybrakowanym. Na szczęście to było dawno. Dziś jestem kobietą dorosłą, która potrafi używać swojego rozumu i samodzielnie decydować o tym, co jest dla niej dobre i właściwe, a  te tak zwane mądrośli ludu mogę mieć tam, gdzie słonko niedochodzi. Przykre jest jednak, ile kobiet nadal żyje w takim zniewoleniu. Muszę mieć duże piersi i muszę nosić sukienki, tylko wtedy jestem kobieca. Ileż to bogatych kretynek wydaje majątek na opercje, bo ktoś im powiedział, że w dużych cyckach będą bardziej kobiece, a one nie potrafią samodzielnie myśleć i samodzielnie o sobie decydować... 

A ja dziś staje przed lustrem i widzę prawdziwą kobietę. Ładną, zgrabną, sympatyczną, wesołą i inteligentną dorosłą, dojrzałą kobietę.

Czy muszę zakładać kieckę, by poczuć się bardziej kobieco? Niei jeszcze raz: NIE!

Kiecka nie ma nic wspólnego z kobiecością!

Czy ksiądz w sukience wygląda jak kobieco? Nie, wygląda jak facet w sukience.

Czy brodaty muzułmanin w sukience wygląda bardziej kobieco? Nie, wygląda jak facet który idzie do meczetu.

Nie dawno widziałam w Brukseli kilku przystojnych młodych Szkotów w kiltach. W kieckach znaczy, ale czy ta kiecka zrobiła z nich kobiety? BYNAJMNIEJ! Muszę rzec, że facet w krótkiej kiecce wygląda baaardzo seksi i bardzo męsko. Kiecka jest bardzo męska! Kto widział przystojnego Szkota w spódnicy, ten wie :-)

To dowód na to, że spódnica nie zrobi z nikogo kobiety, jeśli kobietą nie jest, jeśli się kobietą nie czuje.

Ja powiem więcej. Źle dobrana kiecka działanie ma wprost przeciwne do zamierzonego. Ja w niektórych spódnicach czy sukienkach wyglądam jak pół dupy zza krzaka, a to zabiera połowę albo i całość mojej kobiecości. Lubię się ludziom przyglądać, stąd wiem, że nie tylko ja tak mam. Tylko, że najwyraźniej nie wszystkie są tego świadome... Niektórym się wydaje, że w spódnicy czy sukience wyglądają zawsze kobieco... Ha!

Nie, laseczki, kiecka nie zrobi z was kobiety!

Bo to nie chodzi o rodzaj ubrania, tylko o to by pasowało do osoby.

Kiecka może was upiększyć. Kiecka może podkreślić wasze wdzięki, wasze naturalne zalety. Tyle,  że cóż - muszę was zmartwić - taką samą moc mają i inne części garderoby, a sukienka czy spódnica może mieć działanie zupełnie przeciwne, gdy zostanie niewłaściwie zastosowana.

Żyję już ponad 40 lat, jestem wysokowrażliwa, jestem estetką i artystyczną duszą, czyli potrafię sama doskonale ocenić, co jest ładne a co nie. Do tego mam partnera wzrokowca, który też jest wrażliwy i ma naturalne wrodzone poczucie piękna, a co za tym idzie, JA doskonale wiem, w czym wyglądam i w czym czuję się bardziej  kobieco i ładnie, a w czym nie.

Wiem też w czym jest mi wygodnie a w czym nie i wiem, że to

ja decyduję, kiedy dla mnie ważniejsza jest  wygoda, a kiedy  kobiecość i  piękno.

Ja, jako osoba szczupła, wysoka, z długimi nogami świetnie, kobieco i seksownie wyglądam zarówno w krótkich spódnicach, jak i w obcisłych spodniach, w tym także w leginsach a nawet w dresach. Byle to były odpowiednie leginsy i odpowiednie dresy. Dobrze wyglądam też w większości pozostałych dostępnych na rynku ubrań, bo jestem jaka jestem, a - jak to mówią - ładnemu we wszystkim ładnie hehe.

Dość, że ja wiem, jak mam się ubrać i jak umalować, by osiągnąć dany efekt. Wiem też, że osiągając ten efekt czuję się lepiej. Czuję się kobieco i seksi. Z tym że kobieco i seksi JA potrzebuję się czuć dla siebie i swojego partnera. Reszta mi jest równo w paski. Mój partner też ubiera się dla siebie samego i dla mnie (czy innych ważnych dla siebie osób), a też lubi ładnie i seksownie wyglądać od czasu do czasu. Obydwoje mamy takie części garderoby, które zakładamy na specjalne okazje, w których wiemy, że podobamy się drugiemu, a co za tym idzie czujemy bardziej kobieco (ja) czy męsko (on).

Co więcej, ja czuję się bardziej kobieco, gdy mój partner jest ładnie ubrany, wypachniony, elegancki. To nie jest tak, że wystarczy że kobieta sie wystroi, wymaluje. Nie czarujmy się, jeśli partner wygląda jak łachudra,  i jeszcze najlepiej nie używa kosmetyków i  śmierdzi od niego na kilometr, to żadna kobieta przy czymś takim nie będzie wyglądać kobieco, żeby nie wiem w co się wystroiła i jakie miała cycki.

Jednak, ja czuję się równie kobieco i wspaniale, gdy jestem ubrana w moje królicze rozwleczone onesie a mój partner w stare wyciągnięte dresy i siedzimy sobie razem przytuleni na kanapie pod kocem w otoczeniu ulubionych przekąsek, napojów i Netflixa. Gdy spędzam czas z moim partnerem czuję się bowiem bardzo kobieco. Jestem kobietą spełnioną i szczęśliwą. Żadna kiecka mi nie da tego, co prawdziwe partnertstwo, miłość i zrozumienie.

Kiedy jeszcze czuję się wyjątkowo kobieco?

Ano w każdej innej sytuacji, gdy czuję że jestem podziwiana, doceniana i kochana oraz w każdej sytaucji gdy jest mi dobrze ze sobą samą. Bo właśnie o to w tym wszystkim chodzi, by lubić siebie, by znać siebie  i w siebie wierzyć, a poza tym być kochaną i docenianą przez tych, na których nam zależy.

Czuję się kobieco, gdy gotuję i piekę coś co wszyscy (albo przynajmniej niektórzy) w domu lubią i gdy oni, spożywając to, potem mówią, że im smakowało.

Czuję się kobieco, gdy spędzam czas z moimi dziećmi z pełną świadomością, że to są MOJE dzieci, że to JA mam to szczęście by być ich MAMĄ, by patrzeć i słuchać jak pod moim okiem rosną, jak mądrzeją, jak doskonalą swoje umiejętności i pokonują swoje słabości. Nic nie jest tak kobiece, jak bycie mamą.

A ten niesamowity, fascynujący i niepowtarzalny czas ciąży i karmienia piersią? Toż to kobiecość w czystej postaci.  Jestem szczęśliwa, że mogłam się jednym i drugim cieszyć aż trzykrotnie, że było mi dane okryć tę jakże piękną i cudowną (choć też niełatwą) stronę swojej kobiecości.

Kobieco czuję się też w mniej podniosłych sytuacjach, w sytuacjach zwyczajnych i codziennych, które dla mnie są ważne i symboliczne.

Takim przykładem jest codzienna pielęgnacja ciała, czyli moje prywatne kobiece rytuały. Rzeczy niby zwyczajne, ale dla mnie mające znaczenie, bo ja im sama to znaczenie nadałam.
Mój kobiecy rytuał to np wieczorny relaksujący prysznic z pachnącym żelem, smarowanie ciała obłędnie pachnącymi kremami (czasem korzystam z pomocy partnera co jest jeszcze bardziej kobiece, seksowne i symboliczne), suszenie włosów, pilling, depilacja i wszelakie inne z pozoru zwyczjne zabiegi pielęgnacyjne, którym oddaję się jednak zawsze świadoma swojej kobiecości i to nadaje im zupełnie inny wymiar.

Czuję się kobieco w łóżku z moim partnerem, gdzie mogę odczuć na milion sposobów i docenić swoją kobiecość.

Kobieco czuję się też testując i podziwiając sprawność i kondycję mojego czterdziestodwuletniego ciała oraz te pielęgnując poprzez gimnastykę i rowerownie.

Niektóre kobiety w niedzielę zakadają sukienki inne jeżdżą wtedy rowerem.


Kobiecość to coś, co jest w nas. To nie jest rzecz, którą można kupić czy zrobić.

Przy tym kobiecość jest jak dupa - każdy ma swoją.

Dla każdego kobiecość znaczy coś innego i nie próbujcie mnie przekonywać,  że ja muszę nosić spódnicę, żeby poczuć się kobietą, bo spódnica może i jest symbolem kobiecości dla Jadźki, Bożeny , Katarzyny czy Józka, ale dla mnie symbolem mojej  kobiecości może być męska koszula i krawat.

O tak, kobieta ubrana w męską koszulę jest super - moim nader skromnym zdaniem - super seksi i super kobieca, szczególnie jeśli kobieta nic więcej poza tym na sobie nie ma :-)

Kobiecość to też możliwość ubierania się w co się ma ochotę. Chcę nosić sukienkę, noszę sukienkę. Chcę pobyć piratem - jestem piratem.

Nosisz sukienkę w niedzielę. Fajnie. A chodziłaś kiedyś po wsi przebrana za pirata tak jak ja?

Najważniejsze jest by swoją kobiecość odkryć, poznać i zaakceptować taką jaka jest. Najważniejsze by nie próbować być kimś, kim się nie jest, by nie udawać, by nie dać sobie wmówić, że to czy tamto musimy, bo tak ludzie mówią. 

Pamietajcie, że nie każda kobieta wygląda bardziej kobieco w sukience niż w spodniach. 
Pamiętajcie, że nie każda kobieta czuje się dobrze w sukience, czuje się dobrze w makijażu, czuje się dobrze z długimki włosami. 
Pamiętajcie, że nie każda kobieta szuka faceta, bo niektóre wolą kobiety, a inne wolą być same, co żadnej nie odbiera kobiecości.
Pamiętajcie, że dla wielu kobiet posiadanie dzieci i/lub partnera nie odbiera im kobiecości ani nie utrudnia - wprost przeciwnie - tę kobiecość wzmacnia.

Nie bądźcie więźniami głupich steerotypów. Jeśli lubicie sukienki to je noście z dumą i radością, ale tylko dlatego, że chcecie, a nie że ktoś uważa że tak jest dla was lepiej.



Jednak powiem wam tu jeszcze jedno. Kiecki, ozdóbki, pachnidła, rytuały, ładne cycki, zdrabne nogi i wszystko inne można o kant dupy rozbić, gdy przyjdzie bieda. Gdy zdrowie zacznie się sypać, gdy problemów za bardzo się nawarstwi, gdy pieniędzy zabraknie, a ludzie się dupami odwrócą zamiast podac pomocną dłoń. Gdy życie traci sens a nadziej umiera to i kobiecość przestaje istnieć i mieć jakiekolwiek znaczenie. Są takie momenty w życiu, że żeby się zesrał to kobiecości w sobie nie obudzi. Są takie momomenty, że człowiek traci całe człowieczeństwo i wiarę w sens istnienia a nie tylko kobiecość.

Czasem da się to naprawić, a czasem nie. Czasem mamy na to wpływ, a czasem to ma wpływ na nas.

Cieszcie się zatem swoją kobiecością i swoją męskością oraz ogólnie życiem, póki się da, póki jest siła i ochota. Nie odkładajcie cieszenia się życiem i kobiecością na jutro, bo jutro może być za późno.


23 lutego 2020

Pyjama party, czyli jak zorganizować piżamowe urodziny bez nocowania

Młody nie dawno obchodził swoje ósme urodziny.

W tym roku zorganizowaliśmy PYJAMA FEESTJE, czy jak kto woli PYJAMA PARTY, czyli urodziny piżamowe. BEZ NOCOWANIA!

Młody mógł zaprosić 10 osób, ale bardzo trudno było mu się zdecydować i ostatecznie zgodziłam się na 11. Liczyliśmy oczywiście, że ktoś nie przyjdzie, bo w tamtym roku z całej 18-osobowej klasy przyszło raptem 10 dzieci na nasze pirackie urodziny w lesie. Jednak tym razem wszyscy potwierdzili przybycie.

 Przypomnę tutaj gwoli ścisłości, że u nas we Flandrii zaprasza się dzieci na konkretny dzień od godziny do godziny (najczęściej jest to 3 godziny) i na zaproszeniu podaje się kontakt do rodzica (e-mail, telefon, whats aap) i prosi o potwierdzenie przybycia. Zdarza się, że ktoś zapomni poinformować, czy dziecko przyjdzie czy nie przyjdzie, ale przeważnie ludzie potwierdzają. Jeśli nie, to zawsze można samemu zapytać.

Zwyczajem jest też, że rodzice pytają, czym mogą ucieszyć solenizanta (prezent). Można też na zaproszeniu dopisać jaki prezent sobie życzymy.

Muszę rzec, iż piżamowe urodziny to w sumie przyjęcie łatwe do zorganizowania i mało kosztowne. O ile ktoś lubi dzieci i potrafi sobie z nimi radzić...

Zdjęcie, które zamieściliśmy na zaproszeniu :-)

No, ja miałam do pomocy Nastocórkę, która mimo, że mówi, iż dzieci ją wkurzają, to tak na prawdę doskonale się z nimi dogaduje i świetnie nad nimi potrafi zapanować.
Tyle, że z jej wrażliwością samo przebywanie z dwunastką hałaśliwych i ruchliwych  ośmiolatków to bardzo ciężkie przeżycie :-)

Nasza zabawa odbyła się w piątek po lekcjach w godzinach 17.00 do 20.00.

Jak zabrać się za przygotowanie urodzin piżamowych?

Dekoracja

U mnie adekwatna dekoracja na urodzinach dziecka to podstawa.

W tym wypadku sprawa jest prosta. Wszystkie maskotki, niektóre poduszki, koce, materace zostały zniesione do salonu. Zabrałam natomiast wszystkie doniczki, flakony i inne dekoracje tłukące.

Stare piżamy zostały rozwieszone na grubym sznurze i popisane mazakami w urodzinowe hasła.

Całości dopełnił namiot do zabawy, który leżał bezużytecznie na strychu, a który - jak okazało się w trakcie imprezy - bardzo się przydał. Chowały się bowiem do niego osoby lekko poszkodowane w zabawie, by zaznać chwili spokoju, popłakać, czy pokonać focha. Namiot można też zrobić z koca i dużego stołu czy innych tam fantazji.

Zabawy urodzinowe

Wiem, że w wielu miejscach ciągle uważa się jeszcze, że dzieci same się sobą zajmą i same się pobawią, ale tutaj to tak nie działa. W ogóle w moim pojmowaniu zabawy dla dzieci, to nie do przyjęcia. Ktoś musi nad tym panować i całą imprezę koordynować i prowadzić, by wszyscy dobrze się bawili i dobrze się czuli.

Listę zajęć przygotowałam wspólnie z Nastocórką i solenizantem.
Ja nie mam w zwyczaju planować niczego od deski do deski. Wymyślam różne zabawy, zajęcia a potem dostosowuję to do danych okoliczności.

Nasza lista zajęć znajduje się poniżej na zdjęciu, z tym że po niderlandzku. Tutaj opiszę tylko te, które zostały wykorzystane.



Vliegende knuffels, czyli latające maskotki.

Na zaproszeniach zapisaliśmy, że dzieci mają przyjść w piżamach i przynieść swoje ulubione pluszaki.

Większość przyszła w onesie, kilku w piżamach. Większość przyniosła też własne pluszaki, z czego niektórzy nawet 4. Kto nie miał, mógł skorzystać z naszych. Tego ci u nas dostatek.

Wszystkie zabawy były punktowane, a punkty potrzebne były do ustalenia kolejki do waty cukrowej.

Zabawa prosta na rozgrzewkę. Polegała na tym by trafić maskotką do kubła rzucając z drugiego końca salonu.

Do zabawy potrzebny jest kubeł i maskotki. Koszt 0.

Krantendans, czyli taniec na gazecie

Zabawa pewnie wszystkim znana. Potrzeba trochę starych gazet i coś, co robi muzykę. Koszt 0.

Ta zabawa ma dwie opcje. Jedna polega na tym, że każdy ma swoją gazetę, przy której tańczy, gdy gra muzyka. Gdy muzyka cichnie, trzeba wskoczyć na gazetę, tak by stopa nie dotykała podłogi. Potem gazetę składa się na połowę i kontynuuje zabawę dotąd, aż zostanie jedna osoba, która nie dotknęła podłogi. 

Druga wersja, którą my wykorzystaliśmy, bo dzieci było do pary, właśnie przeprowadza się w dwójkach, które tańczą NA GAZECIE trzymając maskotkę lub balonik pomiędzy głowami, pupami (co tam kto wymyśli). Kto spadnie z gazety, odpada. Po zatrzymaniu muzyki składamy gazetę itd.

Król-Lul 

Nasza niderlandzka wersja nazywała się "de kleine koning met een kroon vol honing", czyli mały król z koroną pełną miodu. Dlaczego? Bo trudne do wymówienia i bez sensu.

Zabawa z mojego dzieciństwa. Potrzeba: nic. My użyliśmy papierowej korony, bo akurat mieliśmy niepotrzebną po jakimś przyjęciu innym, no i hasła sobie wydrukowałam, ale nie jest to potrzebne. Koszt 0

Jeden jest królem. U nas zaczynał solenizant. Reszta wychodzi do drugiego pomieszczenia, gdzie umawiają się, co będą robić. W tym wypadku to ja dyktowałam "hasła" (zrywanie jabłek, piłka nożna, plaża, pływanie, jazda na nartach itd itp).

Zadaniem króla jest odgadnięcie, co dzieci robiły.
Po polsku jest przywitanie:

"Dzień dobry Królu Lulu z czerwonym nosem oblanym sosem"
Na co król odpowiada "Dzień Dobry, dzieci śmieci. Gdzieście byli? Coście robili?"

A wtedy dzieci pokazują gestami bez wydawania dźwieków, co robiły. Król musi odgadnąć hasło (uwaga: hasła nie muszą być takie łatwe).

My zrobiłyśmy sobie niderlandzkie przywitania. Zabawa bardzo się dzieciom podobała, choć oczywiście niektórzy woleli sobie siedzieć z boku i się przyglądać albo leżeć w namiocie.

Kussengevecht, czyli bitwa na poduszki.

Bitwa na poduszki to, jak wiadomo, obowiązkowa zabawa na pyjama party.
W naszej wersji potrzebny był szalik i 2 miękkie piórowe poduszki (uwaga na alergików!).

Walki odbywały się w dwójkach.

Przeciwnicy stawali na przeciw siebie odwróceni do siebie zadkami trzymając poduszki. Zadanie polegało na tym, by zwalić przeciwnika z szalika okładając go poduszką a samemu nie spaść.

Zabawa całkiem dobra, ale u nas przyjęta bez wielkiego entuzjazmu.

Boterhammen challenge, czyli challenge kanapkowy.

To najlepsza zabawa na naszym przyjęciu. Dzieciakom bardzo się spodobała.
Potrzebne: 
2 kostki do gry różnych kolorów, 
2 listy po 6  rzeczy jedzeniowych przypisanych do liczby oczek na kostkach (patrz: zdjęcie z listą zabaw), 
rzeczy jedzeniowe (np 1. ketchup, majonez, szynka, ser, ogórek, pomidor, 2. nutella, cukier, miód, czekoladowa posypka, banan + tyle małych kawałków chleba (na dwa gryzy), ilu uczestników.

Uczestnicy kolejno rzucają dwoma kostkami i sprawdzają na liście, co oznacza liczba wyrzuconych oczek. Z tymi dwoma rzeczami mają zjeść kanapkę. Majonez z miodem, pomidor z nutellą, szynka z bananem.... Kombinacji jest wiele. Niektóre dosyć zjadliwe, inne trudne do przełknięcia, ale kibicowanie uczestnikom motywuje do pochłonięcia nawet najgorszej kombinacji smakowej.

Ubaw przedni. Dla starszych można oczywiście gorsze paskudztwa dorzucić do listy (pieprz, musztardę, szpinak, cytrynę...).

Kanapki prawdziwe

W tym miejscu u nas był począstunek, bo dzieci były bardzo głodne. Wielu pewnie po szkole nic nie jadło. Podczas zabawy w Króla Lula pochłonęli dwa kosze owoców, do których mieli dostęp w kuchni, gdzie umawialiśmy się na hasła (jabłka, banany, mandarynki, winogron). 

W tym roku zaplanowaliśmy własnoręcznie robione kanapki. Pomysł podobał się zarówno dzieciom jak i ich rodzicom. Dzieci dostały do dyspozycji duży stół w kuchni, gdzie miały do wyboru: krakersy, mały chlebek, chleb ryżowy oraz masło, margarynę, dżem, nutellę, szynkę, ser, pomidory, ogórki, rzodkiewkę, czekoladową posypkę (belgijski wynalazek) i miód oraz talerze, nożyki drewniane do smarowania, łyżeczki itp.

Warzywa wcześniej umyłam i pokroiłam (czekały gotowe w lodówce pod folią).

Byli tacy, co robili hamburgetry z krakersów i dżemu, inni zażerali kanapki z szynką i miodem, jeszcze inni testowali różne smaki. Zabawa zasadniczo była bardzo dobra. Rozbito tylko jeden talerz.

Do picia dzieci miały podczas całego przyjęcia dostęp do standardowych belgijskich napojów przyjęciowych, czyli woda, sok jabłkowy i wieloowocowy oraz mleko czekoladowe. Poszło tego dużo.

De mooiste kussensloop, czyli najładniejsza poszewka na poduszkę

To zabawa kreatywno-artystyczna. Jedyna wymagająca pewnego nakładu finansowego. 
Potrzebne: jasne poszewki na poduszkę (ja kupiłam na wyprzedażach wydając za wszystko jakieś 20€) plus pisaki do tekstyliów (to też kupiam tanio i to mi zostaje na użytek własnych dzieci), plus kawałki tektury do zabezpieczenia, by mazaki nie przeciekały na drugą stronę poszewki .

W Belgii zwyczajem jest, że goście dostają od solenizanta upominki. Mogą to być drobne zabawki, naklejki, słodycze, długopisy czy wiele innych rzeczy. W wielu sklepach z gadżetami urodzinowymi można dostać takie gotowe zestawy urodzinowe po 10 sztuk takiej samej rzeczy). 
My rozdaliśmy własnie te własnoręcznie pomalowane poszewki na poduszki.

Rysowanie zajęło potworki na dosyć długi czas. O dziwo większości się to podobało.

Odpakowywanie prezentów

Belgijskim zwyczajem jest, że na przyjęciu urodzinowym odpakowywanie prezentów musi się odbyć publicznie przy gościach. No chyba, że solenizant życzył sobie bony do konkretnego sklepu i wszyscy mu te bony dali, to wtedy ta ceremonia nie ma sensu za bardzo :-)

Nasz solenizant w tym roku zażyczył sobie jednak "prawdziwych" prezentów, żeby właśnie móc je odpakowaywać i cieszyć się tymi emocjami. Oczywiście i tak od wielu gości dostał bony, co trochę popsuło zabawę. Jednak wielu się dostosowało i dostał prawdziwe prezenty. Od niektórych dostał po prostu pieniążki, co w Belgii też jest popularne. No ale pieniążki były zapakowane, więc to już prezent. Dostał też kartki, które też były zapakowane w koperty, a niektóre grały i świeciły, co też było frajdą. Poza tym były, gry, książki i lego, czyli zgodnie z życzeniem. 


Improwizacja ;-)

No i tu mieliśmy jeszcze do zrealizowania piżamową sesję zdjęciową z udziałem prawdziwego fotografa, czyli Młodej, ale ...NASZ BŁĄD!!! że podarowaliśmy sami osobiście jako rodzice naszemu synowi na jego urodziny kulę dyskotekową, którą on odpakował przy gościach... BUM!

No to przecież trzeba było od razu ją wytestować.

 W końcu to OŚMIOLATKI!!! a nie jakieś siuśmajtki, c'nie?

Włączyli kulę, kazali zgasić światło i You Tube z kompa Młodego poszło w ruch, gdzie na szczęście przygotowaliśmy uprzednio adekwatną playlistę urodzinową (nie wiem tylko, co za debil znowu w tym jutubie wymyślił, że nie można do playlisty dodawać piosenek dla dzieci FACEPALM!!!). 

To była dyskoteka! Większość kawałków wszyscy znają i znają do nich ruchy i tańczyli razem, śpiewali, wygłupiali się. Dawali czadu. Tylko czasem ktos przychodził z jakimś pytaniem, typu:

"Mamo Izydora, czy możemy zmienić muzykę, bo teraz leci Frozen a wszyscy uważamy, że to beznadziejnie nuuudne...?

Młoda w tym momencie poszła kręcić watę cukrową, a ja zrobiłam trzy michy popcornu, który gdzieś tam w którymś momencie posłużył za confetti, bo ktoś włożył łeb do miski i ktoś drugi popchnął tego pierwszego no i miska wybuchła...  Tata robił w ochronie i jako kelner.

Trzy godziny minęło niepostrzeżenie. Ani się obejrzeliśmy jak pierwszy rodzic zadzwonił do drzwi, a zaraz potem pod domem utworzył się korek, bo wszyscy przyjechali po swoje pociechy.

To też typowe w naszej wiosce. Jak mówisz, że impreza zaczyna się o 17, to nie masz co czekać, że ktoś przyjdzie kwadrans przed. Przyjdą wszyscy punkt 17-ta. Czasem ten czy ów sie trochę spóźni, ale wcale nie za często. Jak impreza kończy się o dwudziestej, to większość będzię punktualnie po odbiór dziecka. I bardzo mi się to podoba.

Najlepszy hit tej imprezy to jednak:

- Ja będę Izydora całować, bo to mój chłopak i czasem się całujemy. Jesteśmy pierwszą parą w klasie... - chwali się do mnie piękna czarnowłosa Mołdawianka (czyli bez wątpienia moja przyszła synowa)
- Nie prawda!!! - odzywa się ktoś inny z drugiego końca pokoju przekrzykując tłum - To Ten (tu imię chłopca) i Ta (imię dziewczynki) sa pierwszą parą!
- Nie, bo my - upiera się dziewczyna naszego Izydora, po czym podchodzi do niego i sadzi mu siarczystego całusa w polika, a ten uśmiechnięty od ucha do ucha...

Ośmiolatki, drugoklasiści, ech! Co będzie w szóstej klasie...?


























Dyspraksja i blizna w mózgu, czyli o tym, że jak długo szukasz, to znajdziesz :-)

Ostatnie dni dostarczyły nam bardzo interesujących ciekawostek o życiu. Okazuje się, że jak się wystarczająco długo szuka, to w końcu można coś znaleźć, nawet jak się nie wie, czego się w zasadzie szukało. 

Na ostatniej wizycie podsumowującej kilumiesięczne badanie na odddziale psychiatrycznym, dowiedzieliśmy się, że Młoda powinna zacząć terapię u specjalisty zajmującego się traumami. No i dobrze wiedzieć. Jednak póki co na żadne terapie się nie wybieramy. Młoda póki co ma dość psychologów,  psychiatrów, badań i lekarzy ogólnie i na razie całkowicie zrezygnowała z wizyt u psychologa. Te wszystkie spotkania i badania wszystkim nam w każdym razie bardzo pomogły, a już szczególnie samej zainteresowanej, która jako osoba wysoko wrażliwa i wysoko inteligentna doskonale to sobie wszystko do kupy poskładała i uporządkowała. Teraz buduje swój świat na nowo i ja wierzę, że jeśli to stworzenie  jest moją córką, to bez wątpienia teraz już sama sobie poradzi z porządkowaniem tego świata. My będziemy jej w tym pomagać i ją wspierać. A za jakiś czas być może, gdy uzna to za stosowne i potrzebne, wybierze się sama do odpowiedniego terapeuty, bo najważniejsze to wiedzieć, co jest problemem. Resztę już sobie człowiek powoli ogarnie samemu czy z pomocą innych.

Jednak ciekawszych rzeczy dowiedzieliśmy się po badaniach psychomotorycznych i neurologicznych. Badania przebiegały niezależnie od siebie u nieznających się specjalistów, tyle że na oba skierowała nas psychiatra, a ich wyniki okazały się zbieżne. Neurolog powiedział i pokazał nam na zdjęciach, że Młoda ma w mózgu malutką bliznę, która to blizna wskazuje, że albo w ciąży albo we wczesnym dzieciństwie musiało dojśc do jakiegoś urazu. Blizna w sumie - jak mówi neurolog dziecięcy ze szpiatala - nic specjalnie nie robi i nie jest groźna, ale MOŻE POWODOWAĆ PROBLEMY MOTORYCZNE... A to już coś. To w przypadku Młodej już wyjaśnia całkiem sporo. Szczególnie gdy doda się do tego wyniki badań psychomotorycznych.

Badania te wykazały bowiem (a raczej potwierdziły), że Młoda ma problemy z równowagą, ocenianiem odległości, szybkości, koordynacją, pisaniem, koncentracją itd itp. Po raz pierwszy w naszym życiu spotykamy się z takim terminem jak DYSPRAKSJA, a termin pojawia się właśnie w dokumncie opisującym przebieg i wyniki badań.  Już poczytałam na ten temat i wiem, że ten oto trudny wyraz może wyjaśnić sporą część problemów naszego dziecka, a samemu dziecku zapewnić proste akceptowalne wyjaśnienie jego"dziwnych zachowań" przed rówieśnkami i nauczycielami. Bo wiecie, nastolatki są upierdliwe, a często chamskie, bezwględne i wredne i jeśli jesteś inny niż wszyscy, czyli np inaczej chodzisz, inaczej trzymasz kredkę, inaczej się poruszasz to będą się śmiać, dokuczać, przedrzeźniać, pokazywać palcem, obrabiac dupę, izolować cię. Często jednak, jeśli masz na to papier, jeśli możesz wymienić nazwę swojej choroby, dysfunkcji, zaburzenia, które można sprawdzić w necie albo książce, mogą to zaakceptować i zrozumieć,  że masz prawo być innym i inaczej traktowanym... Czasem papier pomaga nawet w takich kwestiach. Czasem! A przy dyspraksji piszą też, że może być ona powodowana drobnymi uszkodzeniami mózgu, no i tu wystarczy dodać dwa do dwóch i nie trzeba tu być lekarzem.

Czekamy jednak teraz z niecierpliwością na wizytę u naszej psychiatry, by ona jako lekarz coś więcej na ten temat nam powiedziała i podpowiedziała, co z tym fantem można zrobić. Czekamy też, aż otrzymamy na piśmie oficjalne wyniki badań od neurologa, by i nasz lekarz rodzinny z całą dokumentacją się zapoznał.

Młoda też w końcu poznała swoją grupę krwi, bo sama neurologa poprosiła o to, bo skoro znowu pobierać jej mieli hektolitry krwi (ona boi się igieł), to choć tyle chciała z tego mieć pożytku. Okazuje się, że obie moje córki mają O plus, czyli zupełnie przeciwnie jak ja. Krewkarta przyjdzie razem z wynikami z laboratorium do domu, tak samo jak i faktura za owe badania. To na szczęście nie jest w Belgii drogie (przynajmniej jeśli się ma ubezpieczenie).

Fascynujące jest, ile to rzeczy może człowiek nie wiedzieć na swój temat. Można przeżyć życie nie wiedząc, że ma się jakąś bliznę w mózgu albo że ma się jakieś spektrum autyzmu, dyspraksję, czy że jest się wysoko wrażliwym tudzież w jeszcze jakiś  inny sposób wyjątkowym. Można mieć trudniej niż inni (albo łatwiej) w pewnych sytuacjach i można nie wiedzieć, że ma się ku temu jakis szczególny powód. Fascynujące.








16 lutego 2020

Gdy się zrobi za spokojnie, to pewnikiem coś pierd*lnie.

Przez kilka ostanich tygodni było u nas w miarę spokojnie i bezstresowo. Zaczęliśmy się nawet powoli w tym dziwnym nowym spokojnym świecie odnajdować.

Ja już się przyzwyczaiłam do życia bez pracy popołudniowej, a nie jest to, o dziwo, bynajmniej łatwe. Udało mi się jednak już opracować nowy program dnia i wdrażam się powolutku. Wstaję ciągle o szóstej i robię to samo, co robiłam wcześniej.  Odwożę Młodego pod szkołę i jadę do roboty. Do domu przybywam około południa, po czym, że tak powiem, zajmuję się domem. Różnica jest taka, że teraz o 18-tej czy 19 jestem gotowa z obowiązkami domowymi, podczas gdy wcześniej dopiero mogłam o tej porze zaczynać się za nie brać. Tak że ten - jest coolersko. 

Mam teraz dużo czasu. 

Podoba mi się to, bo teraz mam czas też dla siebie samej. Właśnie zaczęłam z tego korzystać i na dobry początek postanowiłam zapisać się do tych wszystkich lekarzy, których już dawno odwiedzić powinnam była, ale nie było czasu. Zapisałam się do rodzinnego na ogólne badania krwi, bo się zorientowałam, że ostatnio miałam  badania medyczne w ciąży z Młodym, czyli jakby dość dawno, a doktor się zgodził ze mną, że po czterdziestce jak najbardziej wskazane. Zapisałam się też do dermatologa, by obejrzał te wszystkie niezliczone brzydkie, małe i wielkie pieprzyki, które mi się pojawiły na grzbiecie i brzuchu  w ciągu ostatnich miesięcy, bo - jak to mówią - diaboł nie śpi, a rodzinny powiedział, że niektóre są podejrzne. Czekam już też na wizytę u gina, bo przegląd techniczny w moim wieku powinno się robić co pół roku, a ja już ze 3 lata nie byłam, ze wzgledu na brak czasu. 

Mąż i dzieci też dostrzegają pozytywne strony. Gdy wracają do domu, matka już tam jest i już coś ugotowała albo właśnie kończy i nie trzeba ciągle jeść mrożonej pizzy i mrożonych frytek. Matka jest w domu i można od razu opowiedziec jej dzień, ponarzekać, pośmiać się, przytulić, gdy trzeba. Mąż nie musi już sam wieczorem myśleć o gotowaniu, gdy przychodzi zmęczony całodzienną harówą. W weekendy ciągle oczywiście może się wykazywać w kuchni i gotować swoje ulubione potrawy. Mamy więcej czasu dla siebie wzajemnie. To jest piękne i dobre.

Dziewczyny czują się ostatnio dużo lepiej, co widać, słychać i czuć. Dużo ze sobą gadają, przezbywają się, droczą, wygłupiają, śmieją. Znowu mamy w domu zwariowane nastolatki pełne energii i dzikich pomysłów. Czuję się bardzo szczęśliwa, gdy na nie patrzę. 

Młoda o wiele częściej gada z polskimi internetowymi kumplami - krzyczą, śmieją się, kłócą, przeklinają. Opowiada czasem o nich i o tym, co tam razem odjaniepawlili. ŻYJE! Po prostu żyje i jest znowu zwykłą nastolatką. Ktoś, kto nie doświadczył tego co my, nigdy nie zrozumie, że można się cieszyć z tego, że nastolatka krzyczy przez internet  do kolegów coś w rodzaju "kurwa, ale wy jesteście popierdoleni" zaśmiewając się przy tym do rozpuku. Ten ktoś nigdy by nie zrozumiał, dlaczego my się wtedy uśmiechamy pod nosem zamiast pójśc i zwrócić uwagę. Rodzice częstokroć nie zdają sobie nawet sprawy, jakie to szczęście, gdy dziecko się śmieje, gdy dziecko się wygłupia.

Młoda chodzi też do szkoły, wtedy co musi, ale - co najważniejsze - chodzi tam zadowolona (choć ciągle jest to dla niej ciężka sprawa, ciągle jest i chyba już zawsze będzie to problematyczne i cholernie trudne, bo nadwrażliwość potrafi zrobić z życia piekło, każdą normalną dla innych sytuację zamienia w koszmar). Coraz bardziej podoba jej się fotografia i - powiedzmy sobie szczerze - coraz lepiej się na tym zna. Zdobywa doskonałe punkty z wszystkich praktycznych przedmiotów i często pomaga nawet niektórym klasowym kolegom to czy tamto ogarnąć. Z ostatniego raportu wynika, że jest jedną z 2 uczniów w klasie, którzy osiągnęli poziom 90%. 

No i, jako że większości rzeczy uczy się  w domu, to i z fotografii z przyzwyczajenia też sobie często przygotowuje lekcje w domu i potem czasem są w szkole takie sytuacje, że mają coś w grupach przygotować na lekcji, a ona już to ma zrobione, więc reszta grupy szybko tylko odpisuje i oczywiście - jak to nastolatki - czym prędzej wołają do belfra, że oni są już gotowi, by wkurzać innych, a nauczyciel nieświadomy niczego pogania resztę klasy.

Widzimy też, że jej nowa przyjaźń też rozwija się i kwitnie, co owocuje coraz lepszym samopoczuciem i coraz ostrzejszą walką z przeciwnościami. Podejrzewamy nawet, że to może być nawet coś więcej niż zwykła przyjaźń i cieszymy się radością naszego dorastającego Dziecka. Czasem się mi w głowie nie mieści, że oto jestem matką dorosłych lub prawie dorosłych dzieci. Niesamowite.

Cieszymy się też z każdym dniem i z każdym miesiącem badziej i bardziej, że mieszkamy tutaj w Belgii, a nie w tym dziwnym kraju zwanym Polską... Na każdym kroku, każdego dnia przekonujemy się, jakiego mamy farta, że udało nam się stamtąd wyjechać. Nie wyobrażam sobie, by wiedząc to, co dziś wiem, mogła bym dziś mieszkać w Polsce i że moje dzieci miały by tam żyć... Warto było przeżyć do wszystko, warto było tyle poświęcić, by mieć to co dziś mamy i o czym w ojczyźnie nawet nie moglibyśmy marzyć, bo nawet nie wiedzieliśmy że istnieje... 

Jednakże, jeśli w domu Naszej Piątki z miesiąc jest spokojnie, z kilka tygodni nic się ciekawego, specjalnego nie dzieje, to zaczynamy trząść portkami, bo u nas jak się robi za spokojnie, to pewnikiem coś pierdolnie. A po przeżyciach i doświaczeniach ostatnich dwóch lat (i wszystkich pozostałych) niestety nie wrócilismy jeszcze do swojej zwyczajnej formy psychicznej. Na to potrzeba czasu. Potrzeba jeszcze wielu tygodni i miesięcy, a może i lat, by przestać się bać, by nie reagować tak emocjonalnie na każdą głupotę... Potrzeba czasu, by uwierzyć, że wszystko jest w porządku, że życie znowu jest normalne, by nie bać się o jutro ani o pojutrze, by nie wpadać w panikę przy każdym sygnale swojego telefonu, by nie bać się odbierać telefonów ze szkoły...

Co nie zmienia faktu, że po tym wszystkim, czego ostatnio doświadczyliśmy doceniamy wiele rzeczy bardziej i lepiej siebie samych i siebie wzajemnie rozumiemy. Jesteśmy znowu silniejsi i mądrzejsi niż byliśmy wczoraj czy przedwczoraj. Znowu się czegoś nowego nauczyliśmy i znowu wyciągnęliśmy właściwe wnioski na przyszłość. Na pewno się przydadzą.

W tym tygodniu po raz kolejny się potwierdziło, co powiedziałam powyżej i to że nam nie wolno niczego planować i z niczego się na zapas cieszyć. Cholernie tylko trudno jest tę mądrość zapamiętać, kurde.

Mąż obchodził urodziny i każde z nas coś w związku z tym zaplanowało... Szczegółów znać nie musicie, dość że wam powiem, iż kilka dni przed urodzinami małżonek miał wypadek w pracy i przez większość dnia przekiblował na pogotowiu. Nie był to jakiś straszny wypadek, ale zapewniam was, że roztrzaskany palec może człowiekowi aż nadto plany urodzinowe i w ogóle życie , a tym bardziej pracę,  skomplikować. No ale cóż, życie jest upierdliwe i skomplikowane. 

Na szczęście tym razem wybraliśmy na świętowanie pobliską restaurację, która okazała sie przy tym bardzo fajna i serwująca pyszne jedzenie, więc nie można powiedzieć, że urodziny się nie udały. Jednakowoż to wielce nie fair, gdy na urodziny człowiek dostaje w prezencie od losu taki ból i nieprzyjemności. 

W tym tygodniu z kolei świętuje Najmłodszy z Piątki i żywimy nadzieję, że tym razem los nam nie pokrzyżuje szyków. Zaplanowliśmy bowiem urodziny piżamowe, na które solenizant zaprosił najlepszych kumpli i kumpelki z klasy. Znowu robimy urodziny w domu, bo w zeszłym roku było całkiem fajnie. Zabawy mamy już przygotowane, poczęstunek zaplanowany, goście już potwierdzili przybycie a solenizant poinformował, jakie chce od nich prezenty w tym roku. Co może zatem pójśc nie tak? Wszystko! Rok temu też wszystko było przygotowane, pogoda wyśmienita, to  epidemia grypy zdziesiątkowała gości. Ha. Z losem jeszcze nikt nie wygrał. Dlatego nie zamierzam tu purca strugać. Po prostu poczekamy i spróbujemy dostosować się do zaisniałych okoliczności jakiekolwiek by nie były. Oby były po prostu zwyczajne, a my zrobimy z nich wyjątkowy moment, wszak takich dwóch jak nas pięcioro to ani jednego nie ma. 




15 lutego 2020

Mój mąż, czyli nawspanialszy i najprawdziwszy mężczyzna na świecie.

Za siedmioma górami, za siedmioma morzami w zaczarowanym zamku mieszkała sobie piękna, mądra i bogata księżniczka... E nie, wróć! To nie ta bajka!

Ta bajka miała być o księciu,  w sensie o facecie, chłopie, mężczyźnie, kawalerze, który któregoś średniego z piękności dnia grudniowego przyjechał był na pierwszą randkę do wiedźmy, której nigdy wcześniej na oczy nie widział, a jeno na obrazku obejrzał.

Kawaler nie był ani specjalnie brzydki, ani specjalnie stary, ani nawet specjalnie wysoki. Nie był nawet obrzydliwie bogaty. Nawet głupi nie był. I konia nie miał, tylko jakiś śmieszny pojazd samojezdny o dziwnie japońsko brzmiącej nazwie... Trochę dziwne było, że kawaler ten już blisko 40 wiosny wypatrywał, a jeszcze żadnej dziewoi nigdy do domu nie sprowadził. I taki oto nicpoń porwał się do wiedźmy startować... I to takiej wiedźmy, która już jednego przegnała za góry za lasy i która miała dwoje podrośniętych upierdliwych wiedźmiątek.

Odważny ci on był. No.... 
Dość, że po drodze jakiegoś chwasta (zwanego potocznie różą) pochwycił i w ten oto rekwizyt zabezpieczony do wiedźmy drzwi żwawo zapukał... zadzwonił znaczy, bo pukanie ci akurat popsute było.

Wiedźma drzwi otworzyła, zielska zwanego kawą naparzyła..

I tu się bajka kończy a zaczyna się zwyczajne życie.

Wyobraźcie sobie teraz taką o to sytuację, w której blisko czterdziestoletni kawaler nie mający żadnych większych doświadczeń w mieszkaniu z kobietami ani tym bardziej w mieszkaniu z kobietami i ich dziećmi, z obchodzeniu się z tymi w ogóle, nagle przyprowadza do swojego malutkiego, przytulnego, wymuskanego mieszkanka kobietę z dwójką dzieci.

Czy ktokolwiek jest sobie w stanie wyobrazić siebie w podobnej sytuacji?

Trzeba mieć jaja, by temu sprostać. Byle ciulik nigdy by nie dał rady. Byle dupek poddał by się w pierwszym tygodniu, a najdalej w drugim wyrzucił by tałatajstwo z chaty albo sam poszedł w pizdu.

Facet  bowiem zazwyczaj po to sobie bierze kobietę domu, by się cieszyć jej towarzystwem. By się bawić, by rozmawiać, by razem jeść i robić te wszystkie fajne rzeczy, które robią faceci z kobietami. A to kawaler był, który chciał się nacieszyć wszystkim co najfajniejsze w posiadaniu kobiety. Ale ta jego kobieta miała dwoje dzieci, z którymi facet musiał się ciągle tą kobietą dzielić. Dzieci, które wstawały raniutko i które przychodziły czasem w nocy, gdy coś złego im się śniło. Dzieci, które potrzebowały wiele uwagi i troski ze strony mamy.

Czy myślicie, że temu facetowi było łatwo? Czy myślicie, że go czasem ta sytuacja nie wkurzała. Kurwa, ludzie, przecież to prawdziwy facet z jajami a nie jakaś cipoląg w chujogniotach.
Nie raz zapewne przyszło mu się zastanowić, czy dobrze zrobił. Nie raz zapewne sytuacja go przerastała, a nerwy czasem zwyczajnie puszczały i nie raz zwyczajnie miał dość. Jak każdy w trudnej sytuacji. Nie raz zatem pierdolnął drzwiami albo cisnął jakąś kurwą czy chujem w bliżej nieokreślonym kierunku. Bo to prawdziwy facet a nie jakaś popierdółka.

Były też takie momenty, że któreś z dzieci zachorowało, a chorowały dosyć często. Wiecie, co robił wtedy ten facet? Robił to wszystko, co tylko prawdziwy facet z jajami jest w stanie zrobić. Ten facet siedział całe noce przy łóżku chorego dziecka. Ganiał do kuchni parzyć herbatkę. Potem ją studził i poił chore dziecko. Głaskał to chore dziecko po rozpalonej łepetynie. Zmieniał pościel, ścierał rzygi z podłogi, prał brudną bieliznę. Prawdziwy facet nigdy nie zostawia bowiem swojej kobiety w trudniejszych sytuacjach. Zawsze jest przy niej na dobre i na złe. Ten facet siedział przy dzieciach czasem całe noce, a rano szedł do pracy. Bo tacy są prawdziwi faceci.

Ale były też takie momenty, kiedy nikt nie chorował i wszystko było w najlepszym porządku. Co wtedy robił ten facet? Wtedy facet zabierał swoją kobietę i jej dzieci np do parku albo na plac zabaw, albo na lody, albo nad wodę, albo w jakieś inne fajne miejsce. Ten facet ganiał z dziećmi pomiędzy drzewami, popychał ich na chuśtawkach, kręcił na karuzeli, śmiał się, żartował, nosił na barana, uczył jeździć na rowerach, obcierał śpiki, dmuchał na obdarte kolana, opierdalał obce  wredne bachory, które dokuczały dzieciom.

Facet ten dał obcym dzieciom wszystko, co tylko mógł dać. Dał im własny przytulny pokój, dał telewizję i internet, dał ciepło i spokój, dał im dom.

Przede wszystkim dał im jednak siebie i swoją przeogromną okazywaną na każdym kroku miłość i troskę.
Podarował im swój czas i swoje pieniądze. Ten facet stał się dla obcych dzieci tatą. To jest o wiele trudniejsze, niż bycie tatą dla swoich biologicznych dzieci. Choć jak wiadomo niektórzy frajerzy nawet tego nie potrafią. Żałosne dupki.

Jednak to nie wszystko. Ten facet spłodził też własnego syna - jak na prawdziwego faceta przystało - i zajmował się nim od pierwszych godzin troskliwie pełen dumy.

Ten facet jest wspaniałym ojcem dla wszystkich dzieci. 

Jednak wcale nie łatwo mu to przyszło wszystko ze sobą pogodzić i wszystko ogarnąć. To nie jest bynajmniej proste w takim układzie. Bo rozum rozumem a uczucia uczuciami. Nie jest chyba żadną tajemnicą, że wobec własnego biologicznego dziecka uczucia rodzica są rzeczą naturalną i cholernie silną. Z tym nie wygrasz. Uczucia wobec dzieci przysposobionych nie są naturalne. Nad nimi trzeba poprawcować, trzeba się ich nauczyć. To nie dzieje się w jeden dzień ani nawet w siedem. Choć jak ktoś z boku patrzy i i nigdy w takiej sytuacji nie był, to może sobie myśleć, że to łatwe, że wystarzcy chcieć i  że w ogóle wielkie mi tam mecyje. A to wielkie mecyje zdecydowanie. To była cholernie trudna sytuacja dla wszystkich. Kosztowała wiele nerwów, czasu i cierpliwości. Faceci nie raz jojczą, jakie to trudne jest ojcostwo, gdy mają raptem jednego małego bobaska. Ciekawe, co by ci biedacy powiedzieli, gdyby tak jak TEN FACET dostali na raz troje dzieci w różnym wieku? No ale z taką skomplikowaną sytuacją tylko prawdziwy facet może sobie dać rady.

Nie był to koniec sprawdzianu na prawdziwego faceta. Kolejną bowiem rundą były problemy finansowe. Kobieta nie mogła znaleźć pracy w nowym miejscu i facet dwoił się i troił, by jakoś swoją nową rodzinę utrzymać. Los jednak postanowił sobie poszaleć i sprawił, że facet nie mógł więcej pracować na cały etat, a co za tym idzie, zaczęło brakować forsy nawet na podstawowe rzeczy. Jak poradził sobie facet z tą sytuacją? Wyjechał do całkiem obcego kraju, gdzie udało mu się znaleźć robotę w swoim zawodzie. Facet jest dobry w tym, co robi i wszyscy go chwalą, a ci obcy ludzie szybko się poznali na fachowcu i na człowieku. Dlatego pomogli mu znaleźć mieszkanie dla rodziny, a nawet za niego poświadczyli wobec obcych ludzi i pożyczyli pieniądze na kaucję mieszkaniową. Byle komu nie pożycza się 2 tysięcy euro... 
Jednak TEN facet jest najwyraźniej godzien zaufania i da się to zauważyć nawet na pierwszy rzut oka. Bo taki jest prawdziwy facet. Wszyscy od razu wiedzą, że to jest Ktoś przez duże K.

Jeszcze nie wiecie najważniejzego o tym facecie. Ten facet nie wstydzi się łez. Ani łez smutku, ani łez wzruszenia. Ten facet nie wstydzi się okazywać uczuć. Ten facet uwielbia przytulać i być przytulanym przez swoją kobietę i przez swoje dzieci. Tylko prawdziwy facet może być tak uczuciowy.

Ten facet ponadto jest inteligentny, zna się na muzyce i filmach, a także lubi czytać książki i dyskutować godzinami na każdy możliwy temat

Zapomniałam prawie o jednej z ważniejszych cech prawdziwego faceta. Tylko prawdziwy facet potrafi zrobić pranie, posprzątać cały dom - zmienić pościel, zetrzeć kurze, odkurzyć, zmyć podłogi, umyć gary z pomocą zmywarki lub bez.
Tylko prawdziwy mężczyzna potrafi znaleźć w sieci nowe przepisy i ugotować według nich wspaniałe dania, kupując uprzednio wszystkie potrzebne produkty w kilku różnych sklepach, bo prawdziwy facet wie doskonale w którym sklepie są najlepsze warzywa, a w którym najtańsza mąka albo makaron, a u którego piekrza dostanie najpyszniejszy chleb czy bagietki.

Prawdziwy mężczyzna jest też doskonałym kochankiem i znawcą kobiecego ciała oraz kobiecych potrzeb, fanaberii a także pogromcą wszelakich babskich upierdliwości.
Tylko prawdziwy facet może to wszystko ogarnąć!


Wiecie gdzie mieszka ten najwspanialszy facet na świecie, o którym tu mówię?
Nie, no skąd moglibyście wiedzieć. 

Ja wiem gdzie on mieszka i wiem, że jestem prawdziwą farciarą mając takiego mężczyznę za męża.

Chcę Mu w tym miejscu serdecznie podziękować, za to 
że 10 lat temu przyjął mnie z moimi Córkami pod swój dach,
 że dał nam Prawdziwy Dom i Prawdziwą Miłość, 
że zawsze był i jest ze mną zarówno w tych wszystkich trudnych momentach jak i w tych chwilach pięknych i spokojnych. 
Za to, że jest tak wspaniałym tatą, a jak trzeba to nawet mamą.

A z okazji urodzin
 życzę Tobie, Mój Drogi Mężu,
 by kolejne dni,
 tygodnie, 
miesiące 
i lata
 przyniosły Ci 
wiele radości i dobrej zabawy,
 by były w miarę spokojne, ale nie nudne,
 by było przynajmniej tak jak jest
 a nigdy gorzej, 
by zdrówko Ci dopisywało
a sił ani cierpliwości nie brakowało do użerania się z przeciwnościami losu, 
nami i naszymi problemami

 i jeszcze 
spełniania kolejnych
 małych i dużych 
życiowych marzeń.







1 lutego 2020

Monchau. Urocze niemieckie miasteczko tuż przy granicy z Belgią.

W czasie ferii świątecznych byliśmy na wycieczce w Monschau
Miasteczko leży nad rzeką Rur w zachodnich Niemczech, nie daleko od Belgii i jakieś 40 km od Aachen (Akwizgranu). Miasteczko to odkryłam przypadkiem klikając sobie po instagramie. Nie żałuję, że tam pojechaliśmy. Zimno trochę było, ale mimo wszystko fajnie. Na pewno wybierzemy się tam ponownie w sezonie letnim, by połazić po górkach i posiedzieć nad wodą z piwkiem czy kawusią. Fantastyczne i urokliwe miejsce.

Monschau znajduje się na obrzeżach Narodowego Parku Eifel, a sam park też jest niczego sobie - jak widzę w internetach - i kiedyś musimy go sobie obejrzeć z bliska. 

































Pieniądze na dzieci w Belgii, czyli jak to manna z nieba leci.

Zdarza mi się czasem gdzieś przeczytać lub usłyszeć, że w Belgii rodzice dostają kupę szmalu na dzieci od państwa. W ogóle że "socjal" jest wysoki no i zasadniczo, że euro tu na krzaku rośnie i tak dalej. Pomarzyć dobra rzecz, jak mówią, ale nie zaszodzi też orientować się z grubsza w faktach.
na leszczynie tylko kluski rosną, euro nie widziałam jeszcze

Na co zatem może rodzic liczyć w Belgii? 

W sumie to na sporo rzeczy. Przede wszystkim jednak może pracować i zarobić i to jest najważniejsze.

Rodzinne.

Wszyscy rodzice dostają tutaj  dodatek rodzinny, który wynosi według starych zasad (dzieci urodzone i przybyłe do Belgii do 2019 roku):
od ok 90€ na pierwsze, 
170€ na drugie 
i 260€ na kolejne dziecko
plus do tego dodatki wiekowe od 6tego, 12tego, 18tego roku życia w oszałamiajacych kwotach od 16€ do 60€.

Dla przykładu podam, że u nas wychodzi na troje dzieci łącznie jakieś 630€/mc. 

Jakby to na złocisze przeliczył, to może by było i dużo, ale my nie mieszkamy w PL, tylko w BE, gdzie wydajemy w euro, a ceny są europejskie i dla nas jest to po prostu 630€, to jak w PL 630 złotych tak mniej więcej. Dużo? Nie, ta kwota nie pokrywa nawet naszych wydatków na jedzenie ani tym bardziej na czynsz, ale dobrze, że dają - zawsze się przyda, choćby na ubrania dla dziecka czy faktury za szkołę.

Do tego jest jednorazowy dodatek szkolny w sierpniu: podstawowy w kwotach
od 20€ dla 3-4letnich maluchów
do 60€ dla dorosłych uczących się dzieci
plus inny dodatek zależny m.in. od tego do jakiej szkoły dziecko chodzi i od dochodu.

Rodzinne według nowych zasad. Na dzieci urodzone (i przybyłe do BE) po 2019 roku rodzic dostaje od 140€ do 290€ na dziecko miesięcznie zależnie od dochodu, sytuacji rodzinnej i wieku dziecka. Szaleństwo po prostu.
.
Jednorazowy dodatek za urodzenie lub adopcję  dziecka to w Belgii ok 1000€, wg nowych zasad na drugie i kolejne dziecko jest ok 500€.

Są też dodatki dla dzieci niepełnosprawnych, które wynoszą od 80-560€/miesięcznie zależnie od stopnia niepełnosprawności (wg nowych zasad).

Jedno, co mogę rzec to to, że z rodzinnego tutaj na pewno z dzieckiem nie wyżyjesz nie mając pracy, bo nawet na najniższy czynsz ci nie starczy, nie mówiąc o opłatach, jedzeniu czy przyodziewku.

Kolejną rzeczą, którą rodzice w Belgii dostają od państwa jest szkoła.

Król sponosoruje naukę najmłodszych, w związku z czym rodzice dzieci od 2,5 do 12 lat nie muszą kupować do szkoły prawie nic. Podręczniki, przybory, zeszyty i wszystkie inne rzeczy są w szkole, a rodzic kupuje tylko strój na gimnastykę, na basen, tornister i pudełka na jedzenie (kanapki, ciastka, owoce) oraz ROWER (przynajmniej u nas obowiązkowo jest mieć rower, bo czasem są wycieczki rowerowe i nikogo nie obchodzi skąd takowy weźmiesz, zresztą tu każdy ma porządny rower - to jest oczywiste, bo to Flandria). 
W belgijskich szkołach i przedszkolach nie serwuje się raczej jedzenia. W niektórych są zupy w sezonie zimowym czy inne tam ciepłe posiłki, ale oczywiście płatne. Dzieci mogą iśc na obiad do domu, bo przerwa obiadowa trwa godzinę. Jednak standardem są po prostu zwykłe kanapki i woda o 12 godzinie oraz ciastko lub owoc o godzinie 10tej. (tak, na cały siedmiogodzinny dzień!). 

W Belgii (mam na myśli Flandrię, bo inne regiony w detalach mogą się nieco różnić) są też obowiązkowe FAKTURY ZA SZKOŁĘ! Płaci się miesięcznie albo raz na trymestr zależnie od szkoły. Płacimy m.in. za różne kserówki, wydruki, wycieczki (także zagraniczne), obozy, niektóre programy i sprzęt komputerowy i wiele innych rzeczy zależnie od szkoły. (szkolne wycieczki i kilkudniowe obozy są tu obowiązkowe).
Płacimy też za świetlicę i to nie tylko tę przed lekcjami i po lekcjach, ale także opiekę na przerwie południowej! 

Faktury szkolne to wydatek od kilkunastu do KILKUSET euro na trymestr zależnie od rodzaju szkoły i kierunku. Podstawówka jest najtańsza, nienajgorzej jest też w zwykłym liceum. Jednak technika i zawodówki to już dosyć kosztowna edukacja.

Podręczniki i przybory do szkoły średniej kupuje się  we własnym zakresie.
Do tego dochodzą ewentualne wydatki na bilety miesięczne/trzymiesięczne czy roczne. Przypomnę, że tu do szkoły średniej idzie się mając lat 12 (słownie: dwanaście) i trzeba dojeżdzać rowerem (do 10 km standard) albo autobusami czy pociągami. Abonamenty szkolne są dużo tańsze niż dla dorosłych i stosunkowo chyba tańsze niż w Polsce, ale to zawsze wydatek. 

W końcu kwestia, która wielu Polakom mieszkającym w Polsce często umyka.

U nas w Belgii nie ma darmowej służby zdrowia. Jest tylko prywatna.

A to znaczy, że za każdą wizytę u lekarza, dentysty, psychologa, ortopedy,  logopedy,  w szpitalu, na pogotowiu trzeba zapłacić. Potem dopiero dostajemy ewentualnie częściowy zwrot kosztów od swojego ubezpieczyciela, zakładając że pracujemy i jesteśmy ubezpieczeni albo płacimy sobie ubezpieczenie na własny rachunek, co raczej bez pracy trochę może być trudne, bo tak serio to euro nie rośnie na krzaku, a państwo nie jest za bardzo skore do sponsorowania nierobów. 

Darmowe są tutaj okresowe badania dla dzieci oraz szczepienia obowiązkowe, których tu jest więcej niż w PL. Darmowa jest też podstawowa opieka dentystyczna dla dzieci do 18 roku życia (kontrolne wizyty, leczenie, plomby). Płacimy za wszystko, ale dostajemy 100% zwrot. Za aparat korygujący już jednak zabólimy z własnej kieszeni, a ubezpieczyciel odda tylko mały procent (u nas np aparat będzie kosztował 2,5 tysiąca €). No chyba że mamy opłacone ubezpieczenie dentystyczne, co jednak przecież też wiąże się z wcale nie małym systematycznym wydatkiem i czasem może sie zwyczajnie nie opłacać. 

Jest tu też ubezpieczenie szpitalne, które dobrze jest płacić, bo w razie trafienia do szpitala koszty liczy się w dziesiątkach tysiecy euro. No ale szpitalne ubezpieczenie też bynajmniej wszystkich kosztów nie pokrywa i często nadal trzeba kilkanaście albo -dzieciąt tysięcy euro zapłacić za pobyt swój czy dziecka w szpitalu.

Nie można zapomnieć też tutaj o ważnej sprawie. Zdrowie dziecka jest tu pod nadzorem państwa cały czas. Podczas badań okresowych, w szkole ludzie przyglądają się dziecku bardzo dokładnie i jesli ktoś twierdzi, że dziecko np ma zaniedbane zęby, krzywy kręgosłup, wadę wymowy, brakuje mu jakiegoś szczepienia czy zauważy jakikolwiek inny problem okołozdrowotny to zaraz wysyła do rodziców list z informacją, że powinni coś z tym zrobić. Olewanie problemu zasadniczo może się skończyć dla rodziców w sądzie. Zatem nie możesz tu powiedzieć - jak w Polsce - że nie masz hajsu, czy czasu na dentystę, psychologa, ortopedę.

To samo tyczy się mieszkania. W Belgii nie ma takiej opcji, by pięcioro dzieci gniotło się w 2 pokoikach. Tutaj każde dziecko ma mieć swój własny kąt i odpowiednie warunki do nauki i relaksu. Sprawdzają to w razie wątpliwości lub podejrzeń, a także strandardowo przy meldunku. Tutaj ci nikt nie powie, że przy dwóch dzieciach i trzecie sie wychowa. Jeśli rodziców nie stać na utrzymanie dziecka, to lepiej by nawet sie nie starali albo za wczasu pomyśleli o aborcji. No co? Takie są fakty, przed tym nie uciekniesz.

Mieszkam w tym kraju siódmy rok i dziś wiem, że tutaj nie możliwym jest utrzymanie rodziny z jednej pensji. Mówię oczywiście o zwykłych ludziach pracujących w zwykłych zawodach (pracownicy fizyczni, nauczyciele, urzędnicy, kierowcy, drobni przedsiębiorcy etc etc) nie o bogaczach. Nie ma też tutaj zbyt dużo zbyt długich urlopów (ani macierzyńskiego, ani wychowawczego, ani nawet zwykłego wypoczynkowego to tu nie nawaliło - ale o tym będzie kiedyś osobny wpis). Każdemu z rodziców przysługuje tutaj 10 dni BEZPŁATNEGO urlopu na opiekę nad chorym członkiem rodziny (dzieckiem, partnerem), który wypisywany jest przez lekarza. 

Dlatego tutaj większość rodziców płci obojga pracuje (ale też dlatego, że CHCĄ i że MOGĄ), a matki zaraz po urodzeniu dziecka zaczynają szukać żłobka (znalezienie miejsca często graniczy z cudem) albo niani, by jak najszybciej wrócić do pracy choćby na część etatu. Niektórzy rodzice pracują w domu, inni pracują na część etatu. Wiele mam (choć ojcom też się zdarza) nie pracuje w środy, bo wtedy szkoła jest tylko do południa i nie ma co zrobić z dzieckiem. Babcie i dziadkowie nie są tu specjalnie skłonni zajmować się wnukami i moim zdaniem mają świętą rację. Zresztą wielu emerytów nie ma tu czasu na wnuki, bo albo też sobie dorabiają (emerytury belgijskie nie zwalają z nóg), albo zajmują się swoim hobby, podróżują, a czasem zwyczajnie są starzy i chorzy, bo ludzie coraz częściej stosunkowo późno starają się o dzieci a to ma swoje konsekwencje.

A prawie zapomniałam o bardzo ważnych wydatkach na dzieci. Wydatki na zorganizownie czasu wolnego, czyli zajęcia pozalekcyjne oraz kolonie czy tam obozy (jak zwał tak zwał) oraz organizacja urodzin i inne różne "standardowe" imprezy, które co prawda nie są wedle prawa obowiązkowe, ale po pierwsze dosyć niekorzystnie są postrzegani rodzice, którzy dziecka nigdzie nie wysyłają na żaden obóz, do żadnego klubu sportowego, akademii muzycznej, a po drugie samo dziecko źle się może czuć, gdy będzie jedynym w klasie, które nigdzie nie bywa, nigdzie nie należy.  

Mam nadzieję, że choć część ludzi zrozumiała po co  napisałam ten post i że wcale nie po to, by się skarżyć ani użalać, ani też nie po to by pokazać jak mi ciężko w tej zagranicy.

Napisałam, żeby opowiedzieć po prostu jak jest i pokazać że tutejsze życie diametralnie różni się od życia w Polsce. Różni się standardem i poziomem życia, różni się oczekiwaniami społecznymi, różni sie rozwiązaniami i prawem. Ten wpis dotyczy sytuacji zwyczajnych, życia przeciętnego człowieka.

Mnie się podoba życie tutaj i wiele (pewnie nawet większość) belgijskich rozwiązań uważam za dobre i rozsądne. Euro na krzaku nie rośnie, ale człowiek ma możliwości, by zarobić to euro uczciwą pracą. Ceny mamy tu europejskie (czytaj: w chu wszystko drogie i z każdym miesiącem drożeje), ale ciągle człowiek może tu godnie żyć, a nie jak żebrak. 

A socjal? No cóż, to już inna historia na inny wpis. Uwierzcie mi jednak na słowo, że nikt Wam w Belgii niczego bez powodu za darmo nie da. No chyba że w łeb. Żaden kraj by do niczego nie doszedł ani niczego nie osiągnął, jakby rozdawał hajs na lewo i prawo za nic i promował nieróbstwo i żebractwo zamiast uczciwej pracy i nauki. Są jednak sytuacje szczególne, wypadki losowe, choroby, kiedy to człowiek potrzebuje specjalnego traktowania i tu dobrze jak pańswto wówczas pomoże. Pomagając rodakom miałam okazję się przekonać, jak pomaga Belgia ludziom w potrzebie w wyjątkowych, podbramkowych sytuacjach i kiedyś zapewne o tym napiszę.