28 października 2023

Duch Michaela Jacksona, śmierdzące zabawy i świńskie kąpiele

Life is brutal and full of zasadzkas and sometimes kopas w dupas. 

Zmęczenie nie daje za wygraną i jak tak dalej pójdzie, będę musieć zaklepać w matę i poddać tę rundę

Patrzcie, jaki ten los jest złośliwy! 

Franca niemiła zawsze tak robi. ZAWSZE! Tylko czeka, bym znalazła coś fajnego i zaczęła  się w to angażować, a wtedy od razu jeb z buta w twarz. Bo proste życie jest dla prostych ludzi, wiadomka. Natomiast ludzie tacy jak my, czyli skromnie mówiąc mądrzy, inteligentni, odważni, silni, epiccy, zajebiści i tak dalej i tak dalej otrzymują życie w wersji PRO i zawsze grają na levelu hard (bo prosty by ich bez wątpienia szybko znudził).

Przeto oczywistym się jawi, że skoro zaczęło mi się podobać i w szkole, i na stażu, i ogólnie, to muszę zostać przeczołgana profilaktycznie po najgoszym gównie. 

Ale spokojnie, 

dopóki nie nie jest tak żle, by gorzej być nie mogło, 

to jest dobrze. 

Jeśli natomiast już gorzej być nie może, 

to wtedy może być już tylko lepiej. 

I tego się trzymajmy.

Jak było w tym tygodniu? Jak zwykle: dużo i prędko.

W niedzielę miałam zły dzień. Wszystko mnie wnerwiało ot tak po prostu. Poszłam zatem w końcu na rower. Pogoda była piękna i fotogeniczna. Kręciłam po okolicy, robiłam zdjęcia i niefrasobliwie kątem oka obserwowałam czarną chmurę w oddali. W końcu ta chmura pojawiła się nade mną i wylało się z niej od całe morze wody. Schowałam się pod drzewem na skraju lasu, ale w końcu i ono zaczęło przeciekać. Stamtąd było raptem 2 km do chałupy, ale przemokłam do suchej nitki. 
Przejażdżkę mimo to uważam za udaną. Zgubiłam sporo złej energii, a jakie widoki były do napawania się…  Chowając się przed chmurą, zauważyłam rzadkie grzyby gwiazdosze.


pole fioletowej brukselki




gwiazdosz



Boba bardzo się bała...
Cały tydzień czułam zmęczenie i chodziłam spać o 20-tej po to by o szóstej wstawać zmęczoną 😫. Od poniedziałku do piątku zgodnie z zaleceniem lekarki faszerowałam się trzy razy na dzień nurofenem 600g. Nie powiem, żeby to cokolwiek zmieniło w moim życiu, no, może poza tym, że nie czułam, iż jestem chora haha... ale o tym później.

Świnie w kąpieli

W poniedziałek zabrałyśmy z Młodą ponownie naszą Lady Świnię do lekarki, bo nadal jej futro kupami wypada i drapie się piszcząc. Wetka stwierdziła, że faktycznie jakaś upierdliwa wersja świeżbu, skoro po kropelce nie przeszło. Sprawdziła jeszcze pod mikroskopem, czy to nie grzyb, ale nie zobaczyła żadnych grzybów. Dała szampon i kazała ją i świńskie koleżanki wykąpać trzy razy co trzy dni. 




Migotka w kapunu

Zapytałam ją co robić z Love, bo guzek nie zniknął ani rana się nie zagoiła. Po wymianie zdań powiedziała, że ona na naszym miejscu nie zdecydowała by się na operację świnki w tym wieku. Love ma 4 lata, co jest już dosyć poważnym wiekiem świnkowym, a narkoza i operacje to ogromne obciążenie dla świnki morskiej. Poza tym, dodała, ma podejrzenia, że to rakowe, a wtedy operacja nic nie da, a tylko pogorszy. No i kosztuje wiele. Zgodziła się ze mnę, że dobrym pomysłem jest pozwolić jej po prostu spokojnie żyć, dopóki wszystko wskazywać będzie, że w miarę dobrze się czuje. Love je, gania po klatce wesoło i ogólnie nic z wierzchu nie wskazuje, by jej coś było. Schudła tylko pare gram. Kąpiemy ją też, bo szampon działa dezynfekująco. 

Świnki nie lubią kąpania. Boba bardzo się bała. Aż się z Młodą wystraszyłyśmy, że ją zabiłyśmy, bo wyglądała przez chwilę jak martwa i miała wytrzeszczone oczy. To była chwila grozy i dla niej, i dla nas. Drugim razem już nie była taka przerażona. 


W poniedziałek o 19.00 dołączyłam do lekcji niderlandzkiego, ale po godzinie się okazało, że mózg mi nie działa, więc znowu się rozłączyłam i poszłam spać.

Któregos dnia postanowiłam, że umówię Najstarszej wizytę w Kasie Pomocowej i pojedziemy, by załatwić wreszcie sprawę zasiłku dla szukających pracy po skończenu edukacji, bo dostała dokumenty z biura pracy z informacją, że już może się starać o zasiłek.

Niestety, w dzisiejszych czasach załatwienie czegokolwiek w jakimkolwiek urzędzie to droga przez mękę. Kurwicy się można nabawić. Do pandemii jeszcze wszystko było fajnie i w miarę normalnie. Można było wbić z ulicy do urzędu i zapytać o to czy tamto, a od korony z każdym miesiącem mniej i  mniej urzędów jest dostępnych. Już chyba żaden lekarz nie ma zwyczajnych godzin otwarcia tylko wszystko na umówienie, banki i bankomaty już prawie wszystkie w okolicy pozamykali, każdy inny urząd pracuje coraz więcej przez internet, a na umówione spotkanie w realu zapieprzać trzeba do głównych biur za siedmią górę, za siódmą rzekę. 

Ja nie mam nic przeciw załatwianiu wszystkiego bez wychodzenia z domu i bardzo by mnie cieszyło to szybkie przechodzenie do nowej komputerowej rzeczywistości, gdyby tylko ludzie i urzędy były na to gotowe. Ale nie są!

Ludzie, szczególnie z mojego pokolenia i starszego (ale i wielu młodszych) w dużej mierze bronili się rękoma i nogoma przed technologią, komputerami i internetem, bo myśleli, że im to nie potrzebne, że automatyzacja i robotyzacja nie zdarzy się za ich życia. I teraz budzą się wszyscy z ręką w nocniku i płaczą, bo nie jesteśmy gotowi na nową erę, a zmusza się nas do ekspresowego w nią wkroczenia, czy nam się to podoba, czy nie. Nikogo też nie obchodzi, czy jesteśmy technologicznie i mentalnie na ten milowy krok przygotowani. Nie jesteśmy. 

No i nerwa bierze, gdy trafia człek na miejsca czy ludzi, którzy chcą lub muszą być nowocześni, ale nie bardzo potrafią.

Wbijam na stronę urzędu. Na stronie widnieje "czatuj z nami" no to klikam w to. I co się okazuje? Ano, że to pieprzony bot.... I to stary, przeterminowany bot. Na czacie prowadzonym przez sztuczną inteligencję, to jeszcze się idzie jakoś dogadać. Czasem nawet lepiej niż z pracownikiem, bo bot ma zawsze czas i jest miły No ale panie, to gówno miało po prostu kilkanaście gotowych pytań i odpowiedzi. Bazowe info to ja se już dawno temu przeczytałam. Ja wiem nawet jakich dokumentów z grubsza potrzebuję, a tylko się chciałam umówić na cholerną wizytę z jakimś ludzkim pracownikiem. 

Bot mnie odesłał do formularza umawiania wizyt. Świetnie. W normalnych miejscach to działa całkiem nieźle. Ja nawet wolę umawiać się z formularza niz gadać z jakimś ludziem, no ale panie, to głupie mi kazało podać kod pocztowy, a w wtedy wyświetla mi się biuro 60 km od naszego domu w mieście, do którego od nas nie ma nawet połączenia autobusowego czy pociągowego. 

Po co mam jechać 60 km jak do najbliższego biura mam nie całe 20 km. Tyle, że to drugie jest w innej prowincji i system tego nie rozumie, bo jakiś Jos wczoraj od pługa oderwany go programował. Ale co mnie to gówno obchodzi. Ocyganiłam system podając inny kod pocztowy i umówiam Najstarszą na spotkanie. Jak mi w biurze powiedzą, że nie mogą mnie obsłużyć, bo jestem z innej prowincji, to obawiam się, że może dojść do rękoczynów. 

Mniejsza jednak o to. Dość że zmarnowałam na to pół dnia i 7 kilo nerwów.

We wtorek rano i po południu byłam na stażu przez 4 godzinki.  

W środę byłam 6 godzin na świetlicy, gdzie w ramach przygotowań do ferii jesiennych narysowałam 30 pajęczyn na kartkach formatu A3 oraz uplotłam 2 wielkie pajęczyny z włóczki na drzwi. Gdy rysowałam, dzieci przychodziły popatrzeć i się pozachwycać, no i oczywiście każde też chciało rysować pajęczynę na swojej kartce. Pokazywałam zatem każdemu, jak się rysuje epickie, ale łatwe pajęczyny, pająki oraz nietoperze. Niektórym wyszły naprawdę ładnie. Koleżanki zawiesiły zatem prace dzieci na ścianie i się cieszyły, że zajęcia kreatywne na ten dzień przy okazji zaliczyły. Świetnie się bawiłam, ale wieczorem byłam bardzo zmęczona i zaraz po powrocie poszłam w kojo. 

pajęczyna z włóczki (pająk nie jest mój)

W czwartek byłam cały dzień w szkole. Dużo nudnych DLA MNIE informacji. Często uczą nas rzeczy, które dla mnnie są tak logiczne i oczywiste, jak to że po nocy jest dzień, więc dla mnie to czas zmarnowany. Wiele koleżanek jednak uważa, że to wszystko jest bardzo trudne i że za dużo informacji nauczyciele podają na raz. Dla mnie natomiast  najlepiej  by było, jakby mi po prostu wysłali te swoje prezentacje i ja bym sobie to w domu poczytała, a nie że ja cały dzień marnuje na słuchanie o tym, że piłka jest okrągła, a bramki są dwie. 

Przebywanie w szkole ma oczywiscie też pozytywne strony, ale w tym momencie jest dla mnie piekielnie meczące. 

W czwartkowy poranek było nawet zwyczajnie, bo dziesięciokilometrowa przejażdżka mnie zawsze orzeźwia, ale koło południa zaczęło się zmęczenie rozgaszczać w moim ciele. Przerwa mnie trochę obudziła, gdy zjadłam swoje kanapki, owoce i popiłam czekoladowym niemlekiem sojowym oraz pogawędziłam z klasową koleżanką. 

Dziewczyna jest w wieku moich córek i ja widzę w niej siebie sprzed lat, co oczywiście jej powiedziałam dzieląc się przy tym swoimi doświadczeniami z zaczynania pracy w wieku 19 lat jako nieśmiała, nie znająca życia i nieumiejąca niczego, zagubiona dziewczynka. Myślę, że ta rozmowa wiele jej dała, bo wiem, że umiem słuchać i potrafię swoim gadaniem dodawać ludziom otuchy, pewności siebie i motywować. To jeden z fajniejszych moich wrodzonych talentów. Wielce go sobie cenię i z radością używam na ludziach w każdym wieku. Jakiś czas temu, gdy po wielu latach udało mi się wstać w końcu z klęczek i podnieść głowę, nauczyłam się też o tym głośno z dumą mówić. Dzięki Młodemu mówię już też odważnie, że jestem mądra, bo takie są fakty i nie ma po co tego ukrywać.

Z fajniejszych rzeczy tego dnia były dwie zabawy. Najpierw bawiliśmy się w telefon, tyle że przekazać od ucha do ucha trzeba było całą długą opowieść a nie jedno słowo czy zdanie. Zabawa przednia.

Drugim zadaniem było spowodowanie bez używania mowy, że na 10 sekund wstanie jednocześnie 4 osoby, a gdy oni usiądą, wstanie kolejne cztery. Tu z zachwytem patrzyłam, jak moja polska koleżanka bez chwili zastanowienia gestami w mig pokazała kto wstaje pierwszy, a kto potem i dalej prowadziła gestami klasę przez zabawę. Od pierwszych dni widzę, że ona posiada talenty, których ja nie mam i mieć nie będę.  To urodzony przywódca po prostu. Można rzec, że w mig stała się samozwańczym przewodniczącym naszej klasy i jest w tym naprawdę dobra. Założyła grupę na whatsappie, dziewczyny rano do niej piszą lub dzwonią, gdy nie mogą przyjść do szkoły albo gdy się im autobus spóźni, a ona informuje nauczycieli. Troszczy się też o materiały z lekcji dla nieobecnych. Patrzę na to z podziwem i szacunkiem. Jest niesamowita. Najfajniejsze jest jednak świadomość tego, że każdy ma inne talenty i umiejętności. 

Najbliższa mi jeśli idzie o charakter, pomysły, podejście do życia, doświadczenie i gadatliwość jest Marokanko-Holenderka wychowana w Amsterdamie, matka 4 dzieci. Dzięki niej i kilku innym wariatkom zaśmiewamy się czasem na lekcji do łez. Jednak z koleżanek jest Czeczenką, która kilka lat mieszkała w Polsce i trochę mówi po naszemu. Fajnie jest słyszeć jak jakaś dzidewczyna w hidżabie pochodząca z zupełnie innego kraju i mówiąca w domu w innym języku, gada do ciebie po polsku. Lubię to! Nieustannie od 10 lat wiele frajdy sprawia mi poznawanie ludzi z innych kultur. Niesamowite jest rozprawianie o wszystkim z ludźmi z całego świata. Tym bardziej cieszę się, że zdecydowałam się na ten kurs. Nawet jak sie okaże, że zdrowie mi nie pozwoli go skończyć albo tego zawodu wykonywać, to warto choćby dla tych ludzi.

W piątek to już w ogóle okropieństwo. Naszej uczycielki nie było, więc nas zagonili do drugiej grupy. Noż kuźwa, myślałam, że wyjdę z siebię, stanę obok i kogoś za uszy wytargam. Stado bab w jednym pomieszczeniu taki jazgot robi, że ocipieć idzie. To już wolę stado dzieciaków. Mało mi łba nie rozsadziło.

A pod koniec mieliśmy JOGĘ, której nikt nie chciał. Jaja były jak berety. To był bez wątpienia pomysł naszej uczycielki, która chodzi od lat na jogę i ogólnie ma hopla na punkcie zdrowego trybu życia. Ta druga nauczycielka najwyraźniej fanem jogi nie jest i robiła to tylko dlatego, że miała w programie. 

Wyobrażacie sobie w klasie zastawionej ławkami blisko 30 mat do jogi a na nich kobiety w wieku każdym? Z braku miejsca na podłodze, niektóre laski rozłożyły swoje maty na stołach, co dopiero było zabawne. A te robiły jeszcze zdjęcia z góry dla beki. 

Każda z nas położyła się na macie i miała słuchać poleceń z nagrania i je wykonywać. Po 5 minutach zaczęła mnie boleć kostka, a sąsiadkę niedawno zoperowane kolano i usiadłyśmy, by zauważyc że połowa dziewczyn też siedzi i głupio się uśmiecha. Pomachałyśmy sobie. Na sali zaczęło się robić coraz głosniej, bo coraz więcej bab gadało do siebie niby po cichu. Ni cholery nie było słychać nagrania, więc i nauczycielka wstała i ogłosiła koniec lekcji i życzyła miłych ferii jesiennych z ulgą zwijając swoja matę. Dobrze, że tej naszej nie było, bo joga była by pewnie o wiele bardziej poważna i nie poszło by tak łatwo.

Po południu odwiedziłam lekarkę i poiedziała, że z badań USG wynika, że faktycznie jest lekki stan zapalny w mojej kostce. Do tego z drugiej strony stopy są jakieś cysty i że zlecają zrobienie MRI. Po czym stwietrdziła, że na MRI się długo czeka, więc ona na razie by się z tym wstrzymała. Wypisała mi skierowanie do fizoterapeuty. No okej. Nie mam ochoty iść na żadne masaże, a poza tym jeszcze za poprzednie nie zapłaciłam, bo jeszcze mi faktury nikt nie przesłał od marca. Nie zastanawiałam się nad tym jednak będąc u doktorki, bo w głowie miałam, że muszę szybko wrócić do domu, żeby w razie co zawieźć Młodego na halloween party, gdyby tata nie wrócił na czas. Dopiero potem, jak leżałam w łóżku z gorączką, uderzyła mnie logika tego, co ona powiedziała: na MRI czeka się długo, więc na razie nie bedziemy się umawiać...😖 Druga rzecz, która mi się uświadomiła, że moja ginekolog 2 lata temu po wykonaniu USG piersi też powiedziała, że to tylko cysta, a kilka miesięcy później mi tę pierś usunęli, bo to nie była cysta...

Wkurzam się na opieszałe działanie mojej mózgownicy i spowolnione przetwarzanie informacji. Gdybym od razu zrozumiała, to co zrozumiałam po kilku godzinach, mogłabym od razu to przedyskutować z lekarką, a tak to znowu siedzę i myślę o tym...

Postanlowiłam, że nie będę szła na razie do żadnego fizjoterapeuty. Nie długo jadę na płukanie portu, to zapytam się onkolog o to MRI, bo z doświadczenia wiem, że z onkologii mogą załatwić badanie czasem nawet na drugi dzień. Przy płukaniu portu robią też zawsze badanie krwim to się zobaczy, czy nic niepokojącego nie pokaże. No i dowiem się, co onkolog myśli na ten temat...

Halloween Party

Epicki kostium Młodego
Wróciłam do domu, umalowałam Młodego i razem z Małżonkiem zawieźliźmy go pod szkołę i kupiliśmy mu bon na napoje i przekąski, który to bon Młody zaraz zgubił...

Kostium Młodego budził zainteresowanie. Już jak wyszliśmy z domu i Młody szedł do auta, jakaś pani na rowerze wykrzyknęła z ekscytacją "O ŁAŁ!". Młody się śmiał, że teraz biedna opowiada wszystkim, że widziała na drodze Michaela Jacksona, ale nikt jej nie chce uwierzyć...

 Dawnym wychowawcom i dyrektorce podstawówki też duch Michaela Jacksona się spodobał i nawet mu specjalnie piosenkę Michaela puścili, a on tańczył... Moonwalk coraz lepiej mu wychodzi.

Gdy uznali, z kumplami, że szkolne hamburgery są niebyt dobre, poszli do pobliskiej budki, gdzie oczywiście nie obeszło się bez komentarzy na temat nietypowego halloweenowego przebrania. Jednym slowem pełen sukces. Jak zwykle ;-)


dekoracje pod szkołą


duch Michaela 

Dlaczego Michael Jackson? Bo nasz jedenastolatek jest jego wielkim fanem. Zna chyba większość piosenek, słucha ich namiętnie, a na ścianie nad łóżkiem ma wielki plakat swojego idola. 

 Mieliśmy z Małżonkiem w planach sami później pójść na szkolnego browarka i zupę dyniową i pogaduszki ze znajomymi rodzicami. Okazało się jednak, że zaczęłam się czuć gorzej niż źle, więc postanowiliśmy zostać w domu. Chwilę później tak mnie zaczęło trząść, iż myślałam że zęby o zęby se powybijam. Dawno nie miałam tej najgorszej wersji gorączki, gdy człowiek nie jest w stanie nawet wstać z kanapy. Temperatura szybko wzrosła z 37 na 39. Najpierw wypiłam gorące mleko z miodem. Potem Małżonek zagrzał mi poduszkę z pestkami  wiśniowymi z uczynił lipowej herbaty. Wsypałam do ust dwie saszetki obrzydliwego paracetamolu dla dzieci o ohydnym smaku waniliowo-truskawkowym, bo innego paracetamolu nie było na stanie, a cały tydzień brałam ibuptofen, to uznałam, że wezmę coś innego i poszłam spać. 

Rano było wciąż 37, ale poza tym jest wporzo. Tylko gardło mnie trochę piecze. 

Co to niby w mordę jeża miało być? - ja się pytam! Czasem mam wrażenie, że gram w życie na jakiejś wersji testowej pełnej błędów stworzonej przez nawiedzonego psychopatę.

A w zeszły weekend znowu uwolniliśmy z Młodym mikroskop ze szafy, bo nasza mała śmierdząca hodowla dojrzala do badań. 

Pleśnie.

 Nie mamy zbyt wiele zdjęć, bo mi się nie chciało robić, ale niektóre obrazy były ekscytujące i epickie. Tylko dziewczyny utyskiwały, że w całym domu strasznie śmierdzi grzybem.



spleśniała cytryna


jabłko, winogron, pomidor, chlebek



Ciekawostki z regionu.

W lokalnej gazetce przeczytałam, że szkoła Młodego nie dawno zakupiła  nową maszynę numeryczną (CNC Computer Numerical Control) dla uczniów za jakies 70 tysięcy ojro. Dzięki temu ustrojstwu uczniowie mogą samodzielnie przygotowywać i produkować metalowe pierdołki z dokladnością do 1 mikrometra (jedna tysięczna milimetra).

Warsztaty ogólnie mają tam nieźle wyposażone. Od młotków i śrubokrętów, poprzez wiertarki, lutownice do drukarek 3D.  I taka szkoła to ja rozumiem. Cieszymy się, że Młody tam się dostał. I on się cieszy, bo szkoła mu się bardzo, ale to bardzo podoba. Chodzi do niej z chęcią. Z wyżej wspomnianej maszyny korzystać będą raczej uczniowie klas szóstych. Pierwszaczki zaczynają od początku. Młody wyprodukował jak na razie samolocik z drewna. Zajęcia na technice nie zawsze są bezpieczne. W minionym tygodniu kolega poparzył się mocno klejem z pistoletu. Młody opowiadał, że krew mu leciała i do domu poszedł z obandażowaną dłonią. Takie doświadczenia są niefajne, ale uczą wszystkich ostrożności i pokazują realne zagrożenia czyhające w warsztacie.

samolocik Młodego

Inna ciekawostka nie ma ze szkołą nic wspólnego, ale tak mi się inicjatywa sąsiedniej wioski spodobała, że muszę o tym napisać. Pewna organizacja opiekuńcza wyszła ze świetną - moim zdaniem - inicjatywą pt "Runda zakupowa". Raz w tygodniu przez wioskę przejeżdża bus z tej organizacji i zabiera na zakupy wszystkich chętnych staruszków, którzy już sami nie są w stanie o własnych siłach do sklepu się dostać. Tutaj dodam, że u nas na wsi do najbliższego marketu jest często bagatela 4-5 kilometrów. Co tydzień jadą do innego marketu, gdzie kierowca czeka na parkingu, aż wszystcy spokojnie sobie sprawunki swoje porobią, po czym rozwozi emerytów do domów. Taki wyjazd to nie tylko okazja do kupienie sobie samodzielnie potrzebnych rzeczy, ale też do pogaduszek i nawiązywania nowych znajomości.

Alternatywą dla samotnie mieszkających emerytów jest np skorzystanie z usług jakiegoś biura czeków usługowych (te same, które zatrudniają sprzątaczki) i pojechanie na zakupy, do banku czy lekarza z jakimś mniej lub bardziej przypadkowym kierowcą, ale za tę usługę już trzeba zapłacić czekami usługowymi tak samo jak za sprzątanie, prasowanie czy gotowanie, a wielu emerytów ledwie wiąże koniec z końcem.








21 października 2023

Basen, raport, autyzm, staż

 Basen

W zeszłą niedzielę zgodnie z planem pojechaliśmy z Młodym na basen. Muszę przyznać, że rano mi się nie chciało jak diabli z domu wychodzić, ale skoro obiecałam, to nie będę przecież z gęby cholewy robić. Spakowałam zatem grzecznie swój strój kąpielowy i ręczniki, a Młody zabrał swoje majtoszki, ręcznik i deskę. Małżonek postanowił nas zawieźć i poczekać w kafejce basenowej popijając kawkę i obsewując nasze poczynania w wodzie z góry przez szybę. Sam wody nie lubi i nie da się namówić na wspólne zabawy wodne za nic w świecie. 

Fajnie było! Spotkaliśmy znajome - dawną koleżankę klasową Młodego i jej Mamę. Dawniej Dziewczynka często u nas się bawiła, a i Młody nie jeden dzień u nich spędził na zabawie. Pani Mama z kolei jest pomocą domową i swego czasu pracowałyśmy w jednej firmie. Pogadałyśmy zatem o starych karabinach a Młodzi razem się bawili, bo ciągle świetnie się dogadują i bardzo się lubią.

 Koleżanka namówiła Młodego na skakanie z trampoliny! Z pierwa cykał się trochę. Zawołał mnie, bym patrzyła i była blisko. Zapytali ratownika, czy mogą wziąć rękawki. Mogli i Młody założył. Wahał się długo, ale w końcu skoczył. Potem skoczył z deską. W końcu bardziej niż niepewnie skoczył bez niczego na trzymetrową wodę i przypłynął do brzegu ucieszony i napompowany dumą. Pogratulowałam mu, a tata robił z góry zdjęcia uwieczniające zdobywanie nowej umiejętności i pokazywał kciuk w górę. Chwilę później skakali obydwoje na zmiany, robili salta i inne szaleństwa wodne. 

Zaprawdę powiadam wam, warto było pojechać tego dnia na basen. 

Znajome zaproponowały Młodemu wspólne wypady, bo - jak powiedziała Pani Mama - w sezonie jesienno-zimowo-wiosennym prawie w każdą niedzielę bujają się na basen we dwie i spokojnie mogą Młodego zabierać. Ależ się ucieszył!

Kiedy wrócił do domu w dniu szkolengo pływania od razu opowiadał, że na lekcji też już skakał na głęboką wodę. Superowo! Teraz musi się nauczyć pływać żabką, bo słabe punkty otrzymał na ostatnim teście, ale nauczyciel już mu pokazał, jak nogi mają pracować i mamy jechać to ćwiczyć na basenie razem.




Pierwszy raport w szkole średniej i nowa diagnoza

I tak oto w ekspersowym tempie dobiegamy już prawie do ferii jesiennych. Wczoraj była pierwsza wywiadówka i Młody otrzymał pierwszy raport w szkole średniej. Punkty całkiem ładne, mimo że nadal specjalnie nie wysilał się z nauką. Z niderlandzkiego ma poniżej wymaganego 50%, ale nie jest w tym osamotniony, więc nie ma się co martwić, a tylko w kolejnych etapach trochę się do nauki przyłożyć. Wychowawca sam oznajmił, że początki w szkole średniej są trudne i że inny jest system uczenia się niż w szkole podstawowej. On też był zadowolony z wyników Naszego Syna.

Młody z raportem przed szkołą

Na poniższym obrazku punkty procentowe Młodego: angielski, francuski, niderlandzki, historia, człowiek i społeczeństwo, matematyka, zajęcia artystyczne, nauki przyrodnicze, geografia, etyka, w-f.

Sama atmosfera szkoły nas wręcz zachwyciła. Szkoła jest mała (w klasach jest tylko po kilkanaście uczniów), ładna (stosunkowo nowa i nowoczesna) i wszyscy wydają nam się bardzo sympatyczni i wielce pozytywni. Młody to potwierdza. Podoba mu się w nowej szkole i bardzo dobrze się tam czuje. Nie dawno zorientował się, że ma polskiego kolegę w klasie. Rozmawiają ze sobą oczywiście ciągle po niderlandzku, ale zawsze to fajnie i miło takiego odkrycia dokonać. 

W minionym tygodniu Młody otrzymał ponadto diagnozę "spektrum autyzmu". Wersja lekka, ale mamy to na piśmie i od razu przedstawiliśmy to wychowcy na wywiadówce, co spotkało się z bardzo pozytywną reakcją. Wychowca od razu zapytał, czy Młody ma jakieś problemy i czy jakoś mogą mu ułatwić życie, bo w szkole jest więcej dzieciaków wyjątkowych i dla nich to nic nowego i różne możliwości są. Na początek pan zaproponował, by Młody zakładał sobie ochraniacze słuchu na testy i egzaminy, by wyciszyć hałasy i poprawić koncentrację. Niesamowite podejście. 


Praca w świetlicy

Ja chodzę na staż i za każdym razem dostrzegam kolejne rzeczy, które mnie bulwersują, dziwią i które mi się nie podobają. Pozwoliłam sobie opowiedzieć o niektórych moich obserwacjach w szkole i okazało się, że nauczyciele i koleżanki się ze mną zgadzają. Koleżanki też przynoszą różne opowieści zo swoich świtelic i żłobków. Nie wszystkie są miłe i dobre. W jednej ze świetlic szkolnych na 100 dzieci w wieku od 2 do 12 lat przypada raptem dwóch opiekunów, "bo nie ma funduszy". No szaleństwo po prostu. 

Nauczyciele przekonują nas, byśmy próbowali swoim działaniem wpłynąć na poprawę sytuacji, jeśli tylko będzie to możliwe. Nawet już teraz, ale przede wszystkim w przyszłości, gdy już będziemy pełnoprawnymi opiekunami.

Ja zaczęłam od sprzątania haha. O osach już było w tamtym tygodniu. W tym tygodniu miałam staż w dzień sprzątania i ogarnęłam odrobinę w miejscach, które mnie w oczy raziły najbardziej. Okazuje się, że nie tylko pomoce domowe sprzątają na odwalsię. Nie wiem, może dla kogoś normalne jest, że za kiblem się nie myje podłogi, że za koszem na śmieci się nawet nie zamiata, że drzwi od sraczyka się nie myje, dopóki odrobinę białe spad brązowego prześwituje, a nawet wtedy to kwestia umowna... Może niektórzy nie wiedzą, że szmatę można zdjąć z raklety i tak zwyczajnie po prostu do ręki ją wziąć, a wtedy da się też w kącie umyć. Może nie wiedzą, że kosz na śmieci czy pudło można przestawić, a wtedy można i pod, i za koszem zamieść i umyć... Po 7 latach w firmach sprzatających ja wiem, że to nie są rzeczy oczywiste dla wszystkich. Wiem, że wielu ludziom w ogóle nie przeszkadza,  jeśli w każdym kącie leżą grube koty z kurzu... Mnie takie coś wnerwia i brzydzi. W końcu do cholery tam się bawią dzieci, które zasuwają często na czworakach, tarzają się, włażą i zaglądają do każdego kąta. Taaak, z radością skorzystałam z możliwości posprzątania w kątach, umycia drzwi od kibelka, a nawet umycia podłogi za kibelkiem, jakkolwiek by to głupio nie brzmiało i nawet fakt, że mnie to zmęczyło, radości z dobrze wykonanego zadania nie przyćmiewa.

Nie zmienia to faktu, że ogólnie w świetlicy mi się podoba. Dzieciaki są fajne. Koleżanki też ogólnie są fajne i wesołe. Panuje tam bardzo miła atmosfera.

Dziatwa zrobiła paniom ostatnio niezłego pranka, który dla mnie był bardzo symapatycznym momentem.

A było to tak. Dzieci zjadły kanapki i zgodnie ze zwyczajem usiadły na kanapie i wokół kanapy. Panie zaczęły się z nimi droczyć o to, kto kogo lubi i nie lubi. Ot takie tam śmieszki heheszki uwielbiane przez dziatwę. W końcu panie ogłosiły, że każdy musi wybrać panią, którą najbardziej lubi, ale że tylko jedną z nich może wybrać. Dzieciaki zaczęły podchodzić do jednej i do drugiej, a ja w tym czasie ścierałam stoły i przyglądłam się temu z uśmiechem, a wtedy mały czekoladowy chłopczyk przybiegł do mnie i przyczepił się do mojej nogi z rezolutnym uśmiechem spoglądając na dwie pozostałe panie. Gdy starszaki zobaczyły, że tak można, tylko oczyska zabłysnęły zawadiacko i przybiegli wszyscy do mnie. Wśród nich był dawny klasowy kolega Młodego, który u nas bywał i który mnie dosyć dobrze zna. Gdy duzi przybiegli do juf Magdy to i mniejsze dzieciaki musiały do mnie przybiec, bo starsi przecież są wzorem do naśladowania. W rezultacie koleżankom zastało po jednym dziecku, a reszta stała przy mnie zaśmiewając się z udanego psikusa. Koleżanki oczywiście udawały obrażone. Zapytały, jak to możliwe, że tak bardzo lubią nową panią, skoro niektórzy pierwszy raz ją widzą, czyli wcale mnie nie znają, a duże dzieci: Znamy ją,  przecież to mama Izydora! I tak oto wygrałam na dzien dobry konkurs na najfajniejszą panią hahaha.

Żart żartem, ale mam nieśmiałe podejrzenia, że to zdarzenie jednak trochę przyspieszyło proces akceptacji nowej pani przez dzieci. Potem układałam ze starszakami puzzle na 200 kawałków i w ten sposób się też bliżej poznawaliśmy. Towarzyszy mi przeczucie, że lepiej będę się znowu dogadywać ze starszymi dziećmi niż z pierdzioszkami, tak samo jak w poprednim życiu.

Dokonałam ponadto wiekopomnego odkrycia w temacie języka. Dotąd wydawało mi się, że po niderlandzku mówię całkiem dobrze, bo bez problemu plotkuję sobie z sąsiadkami i to nawet w dialekcie, bez trudu porozumiewam się z lekarzami, specjalistami, urzędnikami, nauczycielami, a oni wszyscy de tego obsypują mnie uparcie kompelmentami, że świetnie mówię. Słucham radia po niderlandzku i czytam gazety. Czytam też namiętnie powieści po niderlandzku i zachwycam się piosenkami. Jednym słowem posługuję się tym językiem swobodnie. 

I nagle przychodzę do świetlicy i się okazuje, że ni cholery nie rozumiem, co te małe skurczybyki do mnie mówią. Aaaaaaaaa! 

Dopóki człowiek nie musi rozmawiać z dziećmi w obcym języku, dopóty nie zauważy, jak bardzo język dziecięcy różni się od normalnego języka. No bo jak bąbelki mówią? Na przykład tak: Pjosię pani, a pani Ziosia naisiowała Pjotjusiu kjówkę ziesiciku. Do tego trzeba dodać najdziwniejsze słowotwory dziecięce, dziwne skróty i hasełka, których obcokrajowiec za jasnego grzyba nie zrozumie.

Na razie nauczyłam się od dzieciaków jednego słowa "MAKKIE", co znaczy mniej więcej tyle, co "ŁATWIZNA". (makkelijk - łatwo)

Starszaki mówią normalnie i wyraźnie, zatem normalnie mogę z nimi gadać, ale tych małych trzyletnich siuśmajtków nie rozumiem za bardzo. Z czego wniosek, że znowu muszę się uczyć mówić w nowym języku. 

Nikt nie mówił, że będzie łatwo.

W tym tygodniu zdałam egzamin z EHBO (pierwsza pomoc). Wszyscy zdaliśmy. Było 3 zadania: na manekinie reanimacja dziecka oraz zaksztuszenie oraz cassus, czyli losowanie sytuacji i ustna odpowiedź. Łatwizna mi się trafiła: krwawienie z nosa. Nauczycielka pochwaliła nas, że wszystkie się świetnie przygotowałyśmy. W ogóle chwalą nas, że jesteśmy super sympatyczną i fajną grupą. Zgadzam się z tym. Dziewczyny są bardzo wesołe i przesympatyczne. Ośmiejemy się co niemiara każdego dnia razem z nauczycielkami. Jestem przeto bardzo zadowolona z obranej drogi i zmęczenie tej radości bynajmniej ni eumniejsza, a rzekłabym że nawet dodaje skrzydeł. Wszak łatwe drogi nie są nigdy tak satysfakcjonujące jak te wymagające wielkiego wysiłku i poświęcenia. 

W zeszłym tygodniu odwiedziłyśmy z Młodą Kringwinkel, który odkryłam podczas mojej rozmowy kwalifikacyjnej. Jest tam dużo całkiem ładnych ubrań, a te są pięknie na wieszakach kolorami i rodzajami porozmieszczane. Dla przypomnienia podam, że Kringwinkel to sieć sklepów z rzeczami używanymi. Każdy z tych sklepów ma inne priorytety i czym innym handluje. W jednym są głównie meble, w drugim płyty i książki, w trzecim dekoracje, naczynia i zabawki, w innym ubrania i buty, w jeszcze innym AGD itd.  po więcej info na ten temat kliknij tutaj Lubimy z Młodą odwiedzać te sklepy, by szukać w nich skarbów, czyli wejść "tylko popatrzeć" a wyjść z pełną torbą durnostojek, książek, ubrań, a bywa że i krzesłem, małą szafką, hulajnogą, by potem się głowić, jak z tym kurde się zabrać na skuter czy rower. 

Tym razem Młoda wybrała 2 piękne czarne kiecki wieczorowe po piątaku. Nie wiem, gdzie będzie w nich szła (ona też nie wie), ale wygląda w nich rewelacyjnie, więc już to jest dobry powód, by mieć je w szafie. Ja kupiłam 2 czerwone swetry i bordową bluzkę w kwiatki oraz dwie książeczki z piosenkami dla dzieci oraz ....klauna. 

Widziałyśmy tam jednak mnóstwo rzeczy, które prosiły, by je zabrać domu, ale byłyśmy twarde i nie dałyśmy się przekonać. Zauważyłyśmy nawet drobny polski akcent - ktoś oddał do Kringu pamiątkę z Krynicy :-)




Dziś byłam na USG mojej kostki. W przyszłym tygodniu pójdę po zastrzyk Decapeptylu, to się dowiem, co tam kazało... 

Został tydzień do ferii. Młody szykuje się do Halloween w starej szkole. Kostium Michaela Jacksona już skompletowany. Cieszy się tym, jak szalony. Oby tylko pogoda dopisała, bo ta zabawa najlepsza jest pod gołym niebem i dużo ludzi wtedy może przyjść i przychodzi. W szkole to już nie będzie to samo. Ja i Małżonek też mamy ochotę na jakieś piwerko czy colę albo zupę dyniową wyskoczyć, jeśli pogoda będzie dobra, bo w zimnicę nie mam zamariu nosa z domu wyściubiać nawet w Halloween. Potem dzieci mają tydzień ferii, a ja tydzień pracy w świetlicy. Wszak ferie to najintensywniejszy czas w takiej świetlicy pozaszkolnej. Byle tylko zdróweczko dopisywało i sił nie zabrakło... 

Zmęczenie jest ciągle w natarciu. Na razie nie wygrywa. Na razie stoi tuż obok, czai się i mnie wkurza. Ja poglądam na nie spod oka, chodzę spać z kurami, żrę czekoladę, piję dużo wody, staram się zgrabnie przeplatać ze sobą naukę, prace fizyczne i pory relaksu, unikam zbędnego stresu i trzymam rękę na pulsie, by w razie co przystopować, gdyby zbyt ciężko było. Mam wiele wsparcia i zrozumienia nie tylko od Reszty z Piątki, ale od mentorówi innych nauczycieli, od mojej kołczki z biura pracy i innych ludzików, co jest bardzo budujące i przyjemne.

Na koniec kiedysiejszy wschód słońca…















13 października 2023

Dziś nie jest dobrze.

 Dziś nie jest dobrze. Nie jest też jakoś specjalnie źle. Ba, w ogólnym rozrachunku jest nawet całkiem nieźle. Niedobrze jest dziś w pewnym aspekcie. Tym jednym konkretym i dosyć ważnym. Zrowotnym.

Nie podoba mi się to, co czuję i jak się czuję dziś ani to, jak się czułam wczoraj. Ale zacznę od początku tygodnia.

W poniedziałek wybiegłam z domu za dziesięc siódma, bo w świetlicy miałam być o siódmej. Rano zawsze mamy z Młodym  mnóstwo super ważnych spraw niecierpiących zwłoki do obganania typu sytuacja pogodowa na Marsie czy wpływ czarów na ilość ziarenek piasku na plaży. No i potem musimy z domu wybiegać albo nawet wylatywać, bo na normalne wyjście już nie ma czasu.

Ledwie przyszłam do świetlicy i usiadłam przy stoliku z papierami, zaraz zauważyłam za oknem kilkanaście dobijających się do okna os. O siódmej godzinie tu jest teraz jeszcze ciemna noc i one do światła przyleciały, co dla mnie było oczywiste, że gniado muszą mieć tuż tuż. Gdy się rozwidniło, koleżanka otwarła drzwi i zaraz zauważyłyśmy, że latają przy dziurach w murze pod dachem, jakieś 2 metry nad drzwiami i schodami wiodącymi na podwórko szkolne, czyli tuż nad głowami. Oznajmiła, że powiadomi natyhmiast jakąś lokalną firmę do spraw usuwania osich gniazd. (dawniej zajmowała się tym straż, teraz są od tego specjalne firmy).

Gdy za dwa dni znowu przyszłam na staż, właśnie pogromcy os przybyli z dziwnymi opryskiwaczami i spryskali dziuru w murze, po czym zakazali używać tego dnia schodów i kręcić się w okolicy. No to potem wyszliśmy z dzieciakami przez żłobek na podwórko. Wtedy wszędzie leżały dogorywające osy. Pozwoliłam sobie ten fakt głośno zauważyć, dodając że martwa lub prawie martwa osa nadal może poczęstować żądłem i że bawienie się na trawie w takich okolicznościach może być trochę niebezpieczne, ale nie spotkało się to z jakimś większym zainteresowaniem ze strony koleżanek. Dzieciaki bawiły się na podwórku do wieczora i nikomu nic się nie stało. Dla mnie jednak już fakt, że nikt wcześniej os nie zauważył, jest dziwny, bo nie wierzę, że akurat przed moim przyjściem się nocą pojawiły. Poniekąd wyjaśnia (a poniekąd bardziej zaciemnia) mi to fakt, że pani pisząc wiadomość do szefa, zapytała mnie, czy te owady to są osy, bo nie pamiętała, co mówiłam, jak je zobaczyłam... Kilka godzin później koleżanki ze żłobka, patrząc na mur - zadawało mi się ze smutkiem  - zauważyły że "pszczółek" już nie ma. 

Ja tam się ani os, ani pszczółek nie boję, ale małe dzieci bawiące się koło ich gniazd nie wydają mi się zbyt dobrym pomysłem. Każdemu wolno inaczej uważać.

Rano na świetlicy było raptem dwoje dzieci. Załatwiłyśmy zatem spokojnie papierologię, a potem poszłymy zaprowadzić tych dwóch ancymonków do szkoły na lekcje. Po południami, szczególnie w środę dzieciaków jest trochę więcej, ale też niezbyt dużo. 15 pierdzioszków to bardzo malutka grupa. Na feriach ma jednak być drugie tyle.

Czułam się dobrze tam w świetlicy, całkiem zwyczajnie, choć jest kilka rzeczy, których muszę się nauczyć, nad którymi muszę popracować, bo jednak Belgia to nie Polska a niderlandzki to nie ojczysty. Jest też kilka rzeczy, które mi się nie spodobały już na dzień dobry. W tym niektóre tak różne od moich oczekiwań i tak bardzo niezgodne z moją filozofią życiową, że obawiam się iż mogę mieć poważny problem z ich akceptacją i przejściem nad tym do porządku dziennego. Moje przeczucia i błyskawiczna ocena sytuacji rzadko mnie zawodzą, ale się zdarza, więc nie martwię sie na zapas.

Dzieciaki są fajne, wesołe i sympatyczne, ale też oczywiście męczące.

Martwię się moim samopoczuciem po tych 10 godzinach na świetlicy. 

Po pierwsze już w środę wieczorem odnotowałam ogromne zmęczenie oraz opuchliznę kostki i nasilający się ból (ciągle lekki, ale już upierdliwy) kostki promieniujący do kolana. W nocy nie mogła znaleźć miejsca na nogę, bo każda pozycja była niewygodna. Obudziłam się zmęczona.

W czwartek była szkoła a ja cały dzień czułam się nieludzko zmęczona. Najgorzej było do południa. Chyba miałam gorączkę albo stan podgorączkowy, bo było mi bardzo zimno i ławka wydawała mi się lodowata w dotyku. Chciało mi się spać. Po południu się trochę przejaśniło i lepiej sie poczułam przez chwilę, ale wieczorem już Małżonek zauważył, że wyglądam na bardzo zmęczoną z pyska. Miałam iść już o 20 spać, ale Młody se o zadaniu przypomniał i razem je robiliśmy do 21. Potem poszłam do wyra i padłam. Obudziłam się gdzieś w środku nocy, by zauważyć że pościel wokół mnie jest mokra. Śpię bez ubrania i nie było za gorąco w nocy z czego wniosek, że spociłam się jak świnia, co nie jest zbyt zdrowym objawem.

Dziś cały dzień jestem zmęczona. Pół dnia byłam w szkole i cały czas myślałam, że było lepiej pójśc do doktora rano zamiast na lekcję. Uwierała mnie też kostka przy każdym ruchu stopą. Po południu jednak nie miałam ochoty nigdzie iść, a już na pewno nie do lekarza. Rozwiesiłam tylko ręczniki, które rano nastawiłam do prania, a potem jeszcze ściereczki, umyłam prysznic i umywalkę oraz ugotowałam rosół, bo Młody rano zamówił taki obiad. 

Teraz jest siódma i ledwo na oczy patrzę więc zaraz idę w kimę. Mam nadzieję, że do poniedziałku poczuję się lepiej, ale do lekarza i tak pewnie trzeba będzie się pofatygować. 

Nie jest zatem dobrze. Stresuje mnie to wszystko ogromnie. No bo jeśli tak szybko nadal będę się byle gównem męczyć, to wszystko o kant dupy rozbić. Spuchnięta boląca kostka bez powodu to też nie jest dobry znak. Nie podoba mi się to wszystko. Wkurza mnie i złości. 

A tu mam sporo nauki, trochę zadań domowych i nic z tego nie zrobię, gdy jestem zmęczona, bo zwyczajnie nie dam rady. Już mam zaległości z poprzedniego tygodnia, a teraz ważniejsze, by odpocząć i się naprawić.



7 października 2023

Mam staż i wszystkie zezwolenia, mogę zaczynać nową przygodę.

Nerwów było sporo, ale powoli wychodzę - mam nadzieję - z pomiędzy chaszczy, skał i rozpadlin zbliżając się coraz bardziej do w miarę równej ścieżki. Nie wiem co prawda, jakie niespodzianki na mnie tam czekać będą, ale póki co podążam radośnie z entuzjazmem do przodu w stronę obiecującego światła.

Znalazłam miejsce na staż

Udało mi się podpisać umowę na staż w pobliskiej świetlicy, w której Młody dawniej od czasu do czasu spędzał wolne od szkoły dni. Nie przychodzi tam zbyt wiele dzieci, ale uważam że mi te 15-30 sztuk spokojnie na początek wystraczy, by się trochę z pracą w świetlicy oswoić i podstawowych zasad i zadań opiekuna nauczyć. Ze wględu na moje ciągle wątpliwej jakości zdrowie taka mała świetlica może być nawet lepsza.

Kierowniczka tego przybytku zaproponowała mi od razu, że jak mi się spodoba u nich, to drugi semestr mogę odbywać w innej, większej świetlicy, którą też ma pod opieką. 

Zaczynam w poniedziałek o siódmej i już się nie mogę doczekać. Jestem podekscytowana i ciekawa, jak to będzie, ale też trochę obaw mam co do mojej wytrzymałości i reszty zdrowia. Nic to, przekonam się organoleptycznie, jak rozpocznę.



Kurs na opiekuna dzieci szkolnych jest wporząsiu

Po kilku tygodniach mogę już coś powiedzieć o mojej klasie i powiem, że jest całkiem fajna. Stanowimy zbieraninę kobiet w wieku od dwudziestukilku do pięćdziesięciukilku lat pochodzących z najróżniejszych części świata i mówiących w domu najróżniejszymi językami. Większość jest  mamami, niektóre mają i po 4 dzieci.  Są pośród nas zarówno mamy niemowlaków jak i dzieci już dorosłych. Niektóre dziewczyny już pracują z dziećmi albo pracowały w przeszłości. Wszystkie łącznie z naszymi nauczycielkami mamy niebagatelne poczucie humoru, dzięki czemu lekcje mijają nam bardzo wesoło i szybko. Materiał póki co nie jest zbyt trudny, ale jest sporo rzeczy, które dobrze by było zapamiętać, ale jeszcze nie wiem, jak mi się to uda. Staram się trochę powtarzać matariał w domu, ale różnie to wychodzi. Czekam jednak na ostateczny plan mojego stażu, by jakoś sobie to wszystko rozplanować i zorganizować. 

Świetlica dla dzieci szkolnych ma, jak wiadomo, dosyć specyficzne godziny pracy, do których trzeba będzie się powoli przyzwyczaić. Gdyby kogo ciekawiły szczegóły, to wygląda to tak:

W dni nauki szkolnej świetlica zapewnia opiekę przed lekcjami i po lekcjach. I tak

w poniedziałek, wtorek, czwartek i piątek:  rano od 7.00 do 8.20 oraz po południu od 15.20 do 18.00,

w środę rano od  7.00 do 8.20 oraz od 12.20 do 18.00 (w środę w Belgii nauka jest tylko do południa)

W ferie świetlica pracuje całe dnie, czyli od 7.00 do 18.00.

W piątek mieliśmy badania medyczne w szkole.

Organizacja niektórych rzeczy w naszej szkole pozostawia sobie wiele do życzenia, aż czasem chce się kląć. Tak było z tymi badaniami. Zapowiedzaino nam, że 6 października będzie badanie. Dzień wcześniej powiedziano, że to badanie będzie się odbywać w czasie lekcji i że pojedynczo będziemy wołani do lekarza, co wydawało się okej. Tyle tylko, że w praktyce sytuacja wyglądała jakby mniej fajnie. 

Lekarka faktycznie przyjmowała po kolei, tyle tylko, że była przygotowana na przyjęcie 20 ludzi, a nie, jak się okazało, blisko 40. Poza badaniem naszej klasy, pani doktor miała jeszcze zaszczepić ludzi z innej klasy, których badała tydzień wcześniej. A my tego dnia lekcje mieliśmy tylko do południa. Nikt nie przygotował się na siedzenie do 16tej. Nikt nie zabrał kanapek. Niektórzy mieli jeszcze spotkania na popołudnie poumawiane w sprawie stażu. No i moja grupa nie wyrobiła się do południa. Fartownie ja poszłam po zakończeniu lekcji prosto pod salę i byłam już 4 w kolejce, dzięki czemu udało mi się wrócić do domu koło 14. W

Samo badanie było okej. Pani doktor bardzo miła - choć koleżanki, które były przede mną, twierdziły inaczej. Zbadała wzrok, zadała trochę pytań w związku z rakiem i nie tylko. Po czym wyraziła wielki podziw dla moich działań, znaczy że mi się chce podjąć taki wysiłek, jakim jest uczestnistwo w lekcjach i stażu. Zdawała się wręcz być zaskoczona faktem, że w ogóle ktoś z diagnozą raka postanowił zapisać się do szkoły... Ale MIŁO zaskoczona. Może dlatego była dla mnie miła i tak pozytywnie nastawiona...? Dało się wyczuć, że jej moja postawa imponuje, co z kolei bardzo mnie miło połechtało i jeszczde bardziej zmotywowało i potwierdziło, że dokonałam słusznego wyboru. Do domu wracałam zatem bardzo uradowana. 

Lekarka oznajmiła, że w związku z moją chorobą, chemioterapią, naświetlaniem i faktem, że mam ciągle wszczepiony  port, ona mnie raczej na żółtaczkę zaszczepić nie może. 

W pierwszej chwili trochę się przestraszyłam, bo pomyślałam, że to mnie dyskwalifikuje i że całe moje starania właśnie poszły się bimbać, ale już kolejne zdanie mnie uspokoiło. Powiedziała, że mam pełne zezwolenie na staż i że nie muszę się na razie wcale szczepić. Mam tylko się nie chwalić w miejscu stażu, żeby nie zaczęli drążyć, bo mogą nie zrozumieć... Gdyby pytali, to po prostu medycznie jest wszystko okej i tyle. Szczepienie na żółtaczkę ponoć w moim przypadku mogło by się skończyć poważnymi powikłaniami i problemami zdrowotnymi. Zwyczajnie jest to niebezpieczne. Zaszczepić będę się musieć, jeśli będę chciała podjąć pracę po kursie... Póki co mam sobie tym w ogóle głowy nie zawracać.

Nie zmienia to faktu, że nadal mnie bardzo zastanawia, co w tym takiego niby łał i co w tym takiego dziwnego, że ktoś z diagnozą raka chce normalnie próbować żyć po zakończeniu leczenia? 

No, powiedzcie mi, co jest takiego niesamowitego w tym, że ja nie chcę siedzieć w domu bezczynnie na czyjejś łasce i marnować bezsensownie kolejnych dni, kolejnych tygodni, miesięcy, lat mojego życia?

 Co w tym takiego wyjątkowego, że ktoś w miarę jeszcze sprawny i nie taki znowu strasznie stary chce coś jeszcze w swoim życiu fajnego i pożytecznego dla siebie i innych zrobić? Dla mnie to raczej przeciwne działania, a raczej ich brak, jawią się dziwne, podejrzane i pachnące chorobą i starością.

No dobra, okej, wiem że niektórzy w wieku 46 lat czują się już staro i zramolale, szczególnie jak życie ich przeturlało po chaszcach i kamieniach... Ba, widuję czasem nawet takich, którzy w wieku 25 lat są starzy, mimo że jeszcze na nic poważnego nie zdążyli zachorować ani niczego wiele doświadczyć. No ale to NIEKTÓRZY. Większość ludzi, jak mniemam, jednak chce żyć aktywnie, chce coś znaczyć, chce czuć się zdrowo, wychodzić do ludzi, pracować, zarabiać pieniądze uczciwie, bawić się, cieszyć życiem itd.

 Większość ludzi chyba nie lubi udawac chorych, prawda? Nie mówię tu o symulowaniu choroby w ramach doraźnych kombinacji różnych (kto raz nie próbował wyłudzić zwolnienia, by dzien czy dwa zostać w domu,  niech pierwszy rzuci polopiryną). 

Skąd zatem takie zachwyty i podziw dla człowieka, który chce wieść normalne życie szarego człowieka?

Na każdym kroku się z tym spotykam. Moja kołczka mnie chwaliła zarówno bezpośrednio prawiąc mi komplementy jak i przedstawiając mnie w samych superlatywach wszystkim ludziom, z którymi się w mojej sprawie kontaktowała. 

Babka, króra ze mną wywiad dla biura pracy robiła, też się zachwycała i super pozytywną opinię przekazała. 

Urzędniczka z biura pracy tak samo worek komplementów i super miłe traktowanie. 

Następnie pani z funduszu zdrowia, która zamiast - jak oczekiwałam - szukać dziury w całym, zaczęła patrzeć przez palce i jeszcze mnie bardziej na obraną drogę wpychać. 

Teraz jeszcze ta lekarka. No i jeszcze jak ostatnio zadzwoniłam do szpitala, by wizytę u onkologa przełożyć, bo mi kolidowała z ortodontą Młodego,  pielęgniarka też piała z zachwytu na wieść o kursie i stażu. 

Przyznaję bez bicia, że to jest niezmiernie miłe, jak tak ci wszyscy ludzie kibicują na wybranej drodze. To jest wielce budujące i motywujące oraz tak zwyczajnie po ludzku miłe i sympatyczne. Nawet sobie czasem tak pod nosem mruczę, że może to też innych ludzi motywuje do działania, może dodaje komuś skrzydeł, może jestem dobrym przykładem, że diagnoza raka nie musi człowieka ograniczać, że ciągle człowiek ma różne możliwości, że nie wszystko jeszcze stracone, że jeszcze wiele można.

A jednak też trochę się dziwię, tym zachwytom. Myśle, że ludzie lekko przesadzają. Kurde, patrzę na moje koleżanki i mimo, że jeszcze zbyt dobrze ich nie znam, to już trochę o nich wiem, no i wiem, że one też przecież nie mają łatwo. Niektóre może nawet mają trudniej niż ja. 

Czy łatwo jest matce małego dziecka?

Czy łatwo jest matce czwórki dzieci?

Czy łatwo jest dziewczynom, które słabo mówią po niderlandzku, bo takie też mam w grupie?

Czy łatwo jest babeczkom, które pracują albo tym, które jednocześnie próbują dyplom szkoły średniej zdobyć?  

Każda z nas na pewno ma jakieś przeszkody do pokonania i wszystkie jesteśmy dzielne i zasługujemy na fajerwerki, komplementy i pochwały. To nie jest przecież wcale tak, że jak się ma raka to już najgorsza tragedia i najtrudniejsze życie. Rak rakowi nie równy a co dopiero go z innymi problemami porównywać.

Komplementy i pochwały potrzebne są każdemu, nie tylko chorym na raka.

Pożegnaliśmy Bożenkę

Ten tydzień był pełen smutku i niepokoju. Nasza Benia Bozia Bożenka była chora. Nic a nic jej się nie polepszało. Jadła i piła prawie normalnie. Od góry wyglądała w ogóle na zdrową i rzeźką. Tyle tylko, że była sparaliżowana. Nie mogła wstać. Nóżki nie były w stanie utrzymać ciałka, choć była w stanie się przekręcać z boku na bok i kręcić w koło.

Podstawiałam jej co lepsze kąski, kroiłam trawę, podstawiałam miseczkę z wodą w stałych porach jedzenia, podpierałam, głaskałam, przekładałam z boku n abok, a czasem brałam na kolana. Myłam jej kuperek.

 Piła i jadła. Gdy było ciepło, wynosiłam klatkę szpitalną do ogrodu pod drzewo. Widziała stamtąd Heńka i Chipsę, a oni widzieli ją. Kurde, gdy na trzeci dzień uznałam, że jest zimno i nie wyniosłam klatki z Bożenką, Chipsa przyszła najpierw pod okno i popatrzyła na klatkę, która stała w kuchni pod oknem i na Bożenkę, a potem poszła do drzwi i zaczęła się drzeć coraz głośniej. Doszliśmy do wniosku, że dopomina się o natychmiastowe wyprowadzenie swojej koleżanki. Ona systematycznie przychodzi pod drzwi, by domagać się czegoś. Gdy zapomnimy zapodać jakieś przekąski rano lub po południu, przychodzi i najpierw po prostu stoi z dziobem przy szybie i wypatruje człowieków. Gdy zobaczy kogoś, zaczyna cicho toktokać, by w końcu zacząć głośno gdakać, aż człowiek nie zdzierży i przeszuka czym prędzej lodówkę i coś zaserwuje. Czasem domaga się też wyrzucenia innej kury z kurnika albo wprost przeciwnie, irytuje się, że jakaś kwoka ośmieliła się wyjść po jedzenie...

One są całkiem mądre te nasze kurki. Niestety kurki też mogą zachorować poważnie.

W środę uznaliśmy, że pora otworzyć drogę na tęczowy most i pozwolić jej odejść w spokoju, bo życie kury to grzebanie, życie kury to chodzenie, to wskakiwanie na grzędy i pieńki, życie kury to kąpiele piaskowe i wykopywanie robaków z ziemi. Życie bez nóg i pazurów to dla kury tylko i wyłącznie bezsensowne cierpienie. 

Weterynarz przyznał nam rację i pochwalił tę jakże trudną i ciężką decyzję. Zastrzyk działa błyskawicznie. Bożenka odeszła. To była moja ulubiona kurka. Najmilsza, najpuchatsza, najsympatyczniejsza. To była też ulubiona kurka Henia. Zostało nam 2 kurki i 1 kogucik. Pusto w ogródku bez naszej Bozi. Będziemy ją zawsze z tęsknotą wpominać.

ostatni dzień z Bożenką :-(

czasem Bozię trzeba było suszyć


czasem sama wysychała w słońcu





A dziś obcinałyśmy z Młodą pazurki naszym świnkom i przy okazji je ważylłyśmy, stwierdzając że Maggie, Lady i Boba chyba trochę za dużo ważą i pora zmniejszyć dawki jedzeniowe, bo tłusta świnia to niezdrowa świnia. Potwierdziłyśmy też, że znowu mają te cholerne pasożyty na skórze i że znowu trzeba wydać czapkę pieniędzy na krople. 

Niestety dokonałyśmy też o wiele gorszego odkrycia. Wyjmując ostatnią, najstarszą a zarazem najmniejszą świnkę Love, nagle zauważyłam krew na mojej ręce. Love ma jakiś krwawiący guzek na brzuszku. Spróbuję w poniedziałek zabrać ją do weta, jak będzie gdzieś miejsce w południe, bo rano i wieczorem mam przecież staż. Zdecydowaliśmy od razu, że jak się okaże, że to coś poważniejszego, to poprosimy o eutanazję, bo nas zwyczajnie nie stać na żadne skomplikowane leczenie, a już na pewno na żadne operacje. Byle narkoza to tu przecież 200€ na dzień dobry, a tu same te durne kropelki na świerzb wyjdą ze stówkę dla wszystkich świń, bo trzeba podać wszystkim, gdyż wszystkie się drapią i wszystkim zaczynają kłaki wypadać. A tu na kontach czystki. 

I znowu mnie nerwa bierze na ten bezmyślny PODAREK, na którego utrzymanie z każdym dniem coraz mniej nas stać przy tak szybko rosnących cenach wszystkiego. 


Młody tymczasem chodzi do szkoły i jest z tej szkoły zadowolony. 

Polubił już wielu nauczycieli. Nadal jednak specjalnie się nie wysila z nauką, ale trochę go trzeba będzie pogonić chyba, szczególnie do niderlandzkiego, bo niebogato wypada. Tyle że reszta klasy też nie wiele lepiej, co mnie trochę uspokaja.

Reszta przedmiotów jednak idzie póki co ładnie. W tym tygodniu kazał mi zgadywać, ile punktów dostał z testu z geografii. Nie zgadłam, bo 100% się jednak nie spodziewałam. Z matematyki, francuskiego, innego testu z geografii dostawał po ponad 80 %, co też mu się chwali. Na technice majsterkują drewniany samolot i bardzo mu się to podoba. Pokazywał mi nawet zdjęcia w telefonie. Zachwycał się też plastyką, co już mnie całkiem zadziwiło, bo to nie jest typ plastyczny raczej i nigdy nie lubił rysowania. W minionym tygodniu mieli też "badanie biotopu" z biologii, kiedy to szli z klasą do parku na poszukiwania i Młody był wielce zawiedziony, że żaden z kolegów z jego grupy nie wykazał większego zainteresowania tym tematem i szwędali się po prostu niechętnie po parku nawet najmniejszego wysiłku nie wykazując w realizacji zadania. 

Tylko ten tornister ciągle ciężki jak diabli i cholernie trudno mu jeździć rowerem. Kilka razy pchał rower przez większość drogi, bo nie dał rady ujechać z takim obciążeniem. A tu jeszcze znowu mu ten cholerny latop dają do noszenia. Nie, to jest jakieś totalne nieporozumienie z tymi tornistrami. Młoda, jak pamiętam, tak samo miała, bo nie raz tornister wazył 13 kilogramów i ona z tym 7 kilometrów jechała w każdą pogodę. 

Nie mam pojęcia, jak mu pomóc i jakie rozwiązanie znaleźć. W tym miesiącu będzie chyba wywiadówka to spróbuję się zapytać wychowawcy, czy nie można z tym czegoś zrobić.

Młody szykuje się ponadto do imprezy halloweenowej w podstawówce. Reszta starej kalsy też zapewne się wybierze. Będzie okazja się spotkać i razem pobawić w starej szkole. Uznał, że przebieże się za Michaela Jacksona albo raczej za jego ducha (w końcu to Halloween). Dziś zamówiłam jakiś tani kostium na https://www.vegaoo.nl

My mieliśmy w środę dodatkową lekcję niderlandzkiego. 

Szanuję nauczycielkę, że jej się chciało. Lekcja była dobrowolna, ale większość ludzi w niej uczestniczyła. Nie robiliśmy zadań z podręcznika, tylko gadaliśmy na różne, podane przez nauczycielkę tematy, a ona nas poprawiała. Ćwiczyliśmy też trochę gramatykę. Ustalono, że bedzie więcej takich lekcji. Ja chyba jednak spasuję, bo dla mnie to było już za duże obciążenie, a jak pójdę na staż, to tym bardziej będzie. Zaproponowali też spotkanie klasowe w realu. Jeden kolega, który jest fanem pociągów i kolekcjonerem modeli zaproponował wspólne wyjście do muzeum pociagów w Brukseli. Brzmi dobrze, ale nie wiem jeszcze kiedy to ewentualnie by się wydarzyło, więc sie nie nastawiam.

Póki co trzeba wkroczyć na nową ścieżkę i zaprowadzić jakiś ład i porządek w swoim programie dnia.

Ostatnimi dniami graliśmy uparcie z Młodym i Starym w państwa-miasta. Niezły jest. 

Dziś dla odmiany pograliśmy trochę w Master Mind. Potem zaproponowałam Scrabble i nawet dobrze nam szło, ale Młody stwierdził, że to nie jest gra dla niego, bo okropnie go denerwuje, gdy ktoś mu np zajmie miejsce na wymyślone właśnie super słow albo jak mu litery nie podchodzą. Nie będziemy zatem w to więcej grać, bo gra ma dostarczać przyjemności a nie nerwów. 


1 października 2023

Powinnam ważniejsze rzeczy teraz robić, a nie pisać...

Wiem, że powinnam sobie w tym tygodniu odpuścić pisanie bloga, bo nie mam czasu na takie pierdoły, ale to już nałóg bez którego ciężko żyć.

Będę zatem szybko pisać hihi. 

Tydzień był tak niezdrowo popieprzony, że zaliczyłam chwilę zwątpienia.

Poniedziałek bardzo mnie zdołował. Okazało się, że popełniłam poważny błąd w ocenie sytuacji i trudności w kwestii kontaktu ze świetlicami. Skupiłam się tylko na tym, że telefonowanie jest dla mnie trudne, a reszta wydawała mi się z jakiegoś powodu łatwa.

Zawiozłam Młodego pod szkołę z bagażem i zabrałam się za dzwonienie.

jedziemy na wycieczkę, bierzemy misia w teczkę


Myślałam sobie, że ot tak po prostu zadzwonię i oni z chcęcią ze mną porozmawiają, a więc z łatwością załatwię sobie i zadanie domowe, i popytam o staż, a tu się, proszę ja ciebie, okazuje, że załatwienie stażu, a nawet zadania to nie lada wyzwanie. W czwartek wszyscy o tym gadali w szkole, bo się okazuje, że problem jest ogólny, a nie że akurat mnie się zdarzyło. To mnie uspokoiło oczywiście, ale w poniedziałek o tym nie wiedziałam, przez co mnie to cholernie zdołowało i zdenerwowało, żeby nie powiedzieć rozpieprzyło całkiem system. 

Zaraz z rańca zadzwoniłam na pierwszy numer znaleziony w necie obok wybranej świetlicy i automat mi powiedział, że ten numer nie jest w użyciu. Drugi numer nie odpowiadał, w trzecim posłuchałm sobie automatycznej sekretarki... Wkurwiłam się i postanowiłam zabrać się za drugą świetlicę, którą znam, bo Młody tam chodził w czasie ferii jak był mniejszy, to wiem, że numer telefonu mam dobry. 

Pani powiedziała, bym zadzwoniła do jej szefa, ktœry mi na pewno z chęcią pomoże. Podała mi numer. Zadzwoniłam. Chęci faktycznie miał i był bardzo miły, ale nie miał czasu, wiec odesłał mnie do formularza online, który miałam wypełnić podając gdzie chcę mieć staz, ile czasu, etc. Wypełniłam, wysłałam i czekałam.

Wtedy oddzwonił ktoś z pierwszej świetlicy. Dowiedziałam się, że osoby odpowiedzialnej nie ma i że pani przekaże moje dane. Zalecono mi ponadto napisać e-mail, bo to rzekomo jest sprawniej obsługiwane. Zaiste... 

Dziś jest niedziela i dotąd nikt się nie odezwał. Tak że tak. Koleżanki miały identyczne doświadczenia. Jedna powiedziała, żeby po prostu wbić z ulicy bez umawiania, bo wtedy nie będą mieć wyjścia, tylko muszą porozmawiać. Jest to jakiś pomysł.

We wtorek byłam przez to wszystko całkiem pozbawiona sił i chęci. Od razu mnie czarne myśli dopadły, że może ja się do tego nie nadaję, bo może powinnnam od razu w poprzednim tygodniu się za to zabrać i do wszystkich okolicznych świetlic powysyłać mejle, a może powinnam do wszystkich dzwonić, a nie czekać.

 Pojawiła się też złość na szkołę, że nie powiedzieli, żeby przez wakacje się spokojnie rozglądać za miejscem na staż, że jest trudno z tym, a nie że dają 2 tygodnie czasu na znalezienie stażu, a tu się okazuje, że nikt nie chce stażystów przyjmować.

 Wkurzyłam się też (i nadal jestem wkurzona) na cały system i na te bzdury, co w mediach pieprzą. No bo trzeba wam wiedzieć, że systematycznie trąbią o tym, jak to ciężko jest w świetlicach, szkołach i żłobkach, że brakuje ludzi do pracy, że dofinansowują te instytucje z tego powodu, a tu kurde się okazauje, że potencjalny przyszły opiekun jest traktowany jak śmierdzące gówno, olewany, zbywany, przeganiany... No to, proszę państwa, coś tu nie klika chyba, nie? Może dziwne się wyda to co powiem, ale uważam że jak gdzieś brakuje ludzi do roboty, to potencjalnych chętnych powino się witać z otwartymi ramionami, z radością i ułatwiać im start, a nie stać z kijem i przeganiać oraz tworzyć miliony przeszkód. No ale wiadomo ja to dziwna jestem i mam dziwne poglądy...

No dobra, po wtorkowym dole, na scenę weszła środa ze swoim znamienitym występem cyrkowym. Tak, to był istny cyrk na kółkach. 

Nasza wszystka dziatwa w środę wracała do domu - dzieczyny z wakacji w Krakowie, chłopak z wycieczki. Małżonek wziął wolne, by wszystkich pozwozić do domu z bagażami. Wstał skoro świt i popędził do Charleloi na lotnisko po dziopy, które miały wylądować koło 8. 

Dziopy napisały jednak, że w Krakowie nie ma widoku na start o szóstej, bo świata nie widać z mgły. Wyleciały dopiero o 9. 

Młody nie mógł zatem zostać odebrany przez tatęm bo tata nie mógł być na czas pod szkołą, gdyż kiblował na lotnisku. 

Nie mógł też zostać odebrany przez mamę, bo mama szła gadać z jego psychiatrą na temat potencjalnego autyzmu. 

A tu rano jeszcze magiki od okien przyszli gitarę zawracać.

 Spytałam jednej sąsiadki o możliwości podwózki dla Młodego i jego bagażu. Nie mogła, bo robiła za taxi dla wnuka. Spytałam drugiej. Mogła. Uf. Napisałam do Młodego, kto go dobierze i podałam mu sąsiadkowy numer. Po czym trochę spokojniejsza pojechałam do psychitary. 

Martwiłam się jednak też o naszą kurkę, bo w środę miałam dzwonić do weta po dalsze instrukcje, ale żeby się zebdździł to nie da rady.

U psychiatry byłam godzinę i wtedy wyłączyłam telefon. Gdy włączyłam ponownie, pojawiło się mnóstwo nieodebranych połączeń i wiadomości. Aaaaaaaaa! Sąsiadka pisze, że nie znalazła Młodego i że on nie odbiera telefonu, a w szkole też nikt nie wie, co się z nim stało. Prawie się zesrałam ze strachu. Zadzownilam i się okazło, że Młody już w domu. Rozładował mu się telefon, więc nie mógł się skontaktować z sąsiadką, postanowił zatem zabrać się z klasowym kolegą. Dobrze, że sobie świetnie poradził. Niedobrze, że ja i sąsiadka się musiałyśmy stresować.

Czekając na wizytę, poszłam skorzystać z wuceta. Panie, może i wizyta kosztuje 235€, ale jaki kibel odpicowany!



Wstąpiłam do sklepu by kupić składniki na wrapy wegańskie i mięsne, bo to nie drogie a szybko można zrobić i wszyscy lubią. Zapłaciłam kartą kredytową, bo na moim koncie po zapłaceniu psychiatry zostało tylko tyle, co na wizytę u rodzinnego. Małżonek na koncie też miał nic, a musiał zaparkować na normalnym płatnym parkingu, bo kiss and ride nie nadaje się na wielogodzinne czekania. Dobrze, że dziewczyny jeszcze miały troche siana na kontach...

Liczyliśmy, że Fundusz Zdrowia wpłaci nam szybko zwroty za te wszystkie wizyty (wszak to więcej niż cały mój dwutygodniowy zasiłek), ale się przeliczyliśmy. Ruletka. Raz dostaniesz ten zwrot na drugi dzień, innym razem po kilku tygodniach. I tak bujamy się znowu na finansowej krawędzi. A już tak dobrze zaczęło się robić ostatnimi laty, już na wszystko nam spokojnie zaczynało wystarczać... No ale musieli ogłosić tę pierdoloną pandemię i inne plagi... Teraz powoli zaczyna się u nas tak robić, jak było w Polsce, że żyje się od wypłaty do wypłaty licząc, że może jakoś się fuksem uda prześlizgnąć...

Wieczorem leciałam jeszcze w inną stronę po zastrzyk Decapeptylu i po zwolnienie. Dostałam już wolne do końca roku. Po zastrzyku tym razem boli mnie do dziś zadupie. Ani się w szkole nie mogłam o krzesełko opierać. Co za szajs. Dziatwa jednak wróciła bezpiecznie i w zadowoleniu w komplecie do domu. Odzyskałam przeto jako taki spokój. 

tędy wracałam od swojej lekarki… sielsko anielsko



W czwartek i piątek miałam lekcje od 8.30 do 16.15 (w piątek krócej godzinę). Te zajęcia mnie relaksują, są dosyć ciekawe. Tylko że jakims cudem muszę znaleść gdzieś czas na powtarzanie materiału. Nie wiem jak i gdzie. Wczoraj siadłam chwilę, by zrobić zadanie domowe z niderlandzkiego (kurs inline) i pochłonęło mi to bagatela ponad 2 godzinki, a tylko część zrobiłam. Dziś poświęciłam kolejne godziny na niderlandzki, ale jeszcze ani sekundy na materiał ze świetlicy. 

Nie wiem, ile czasu mi zajmie, zanim wypracuję jakiś sensowny system i plan tygodnia. I czy w ogóle się to uda...? 

Bolą mnie stawy, mięśnie i jestem zmęczona trochę oraz lekko skołowana.

Wczoraj zrobiłam kilka prań, bo po wypakowaniu trzech walizek niezła sterta się uzbierała. No, ja z Małżonkiem też przeco w jednych łachach nie chodzimy przez cały tydzień. Zrobiłam też gołąbki, co - jak wiadomo - jest dosyć czasochłonne, ale dobre były. Gdy Małżonek wrócił z roboty, obskoczyliśmy jeszcze zakupy. Dobrze, że choć zasiłek co do dnia wypłacają, ech. Ceny jednak ciągle rosną. Małżonek zliczył opłaty podstawowe i się okazuje, że jego wypłaty nie starczy. Fajnie. Żyć nie umierać.

Dziś Małżonek przyrzadził żeberka w sosie selerowym z tłuczonymi ziemniakami. Pychota, panie! Się nażarłam jak bąk. Facet lubiący gotować to jest ogromny plus i radość w domu Gucia.

Jeżdżąc do szkoły po 10 km dokonałam kilku obserwacji drogowych, z których wynika, że wielu ludziom mózg wypaliło albo w ogóle go nie posiadali.

droga do szkoly

Jadę rano na ósmą, tak jak większość dzieci i młodzieży do szkoły. O tej godzinie jest tu jeszcze ciemnawo o tej porze roku. W pochmurne dni o 7.30 panuje półmrok, a tu widzę, że większość ludzi, w tym dzieci w wieku różnym i rodziców zasuwa na rowerach bez kamizelek odblaskowych, a niektórzy i bez świateł, a do tego większość ubrana na czarno lub w inne ponure, niewidoczne po zmroku kolory. 

Mijam kilkudziesięciu rowerzystów na mojej trasie i mało który ma kamizelkę. Najlepsi to są czarni w czarnych strojach na czarnych rowerach bez światła i bez kamizelki. Zauważysz toto, jak w toto przypieprzysz, ale wtedy może być jakby trochę za późno. 

Ludzie! Włącznie do cholery myślenie i dajcie się zobaczyć na drodze! 

Kuźwa, kamizelka was nie zje ani nawet nie pogryzie. Nie jest też ani ciężka, ani droga, a życie wam może uratować. Włączcie myślenie i włączcie światełka na rowerze, czy na hulajnodze, przyczepcie sobie odblaski na sprychy, załóżcie migaczki na rękawy, no i przede wszystkim kupujcie dzieciakom i sobie na jesień jasne oczojebne ubrania a nie kurwa czarne!

No i rozmawiajcie z dzieciakami o bezpieczeństwie, o zachowaniach właściwych i niewłaściwych.

Druga obserwacja jeszcze lepsza od pierwszej.

W piątek jechałam ścieżką rowerową za tiktokerką albo insagramerką, czy inną tam "celebrytką", która prezentowała zachowanie, które systematycznie i kategorycznie powinno być wszędzie palcami wytykane i piętnowane. 

Laska w wieku kilkunastu lat - może 15, może 20 wiosen. Na głowie słuchawki a raczej słuchawy zasłaniające całkowiecie uszy, czyli dziewczę prawdopodobnie nie słyszy nic albo niewiele. 

Ale to jeszcze nic. ONA NAGRYWAŁA TIKTOKA, PROWADZIŁA RELACJĘ NA ŻYWO jadąc rowerem i trzymając w prawej wyciągniętej przed siebie ręce telefon, a drugą wymownie poprawiając co sekundę włosięta. T

ak, nie trzywmała w ogóle kierownicy i jechała od krawędzi do krawędzi ścieżki rowerowej. A była to wąska ścieżka wzdłuż bardzo ruchliej (70km/h) ulicy i niczym od tej ulicy nie odgrodzona. Czyli jakby się temu biedactwu umysłowemu kółeczko lekko omsknęło, to wyląduje na masce czyjegoś auta albo pod kołami autobusu czy ciężarówki. Tego się nawet nie chce komentować. Pustogłowie totalne. Ale to dziecko ma chyba jakichś rodziców. Ma chyba jakichś nauczycieli, którzy to winni takim ludzikom o małym rozumku pewne rzeczy uzmysławiać, uczulać, rozmawiać...

Porozmawiaj ze swoim dzieckiem, zanim dojdzie do tragedii! Wytłumacz dziecku, zanim będzie za późno.

O tym jak jeżdżą kierowcy samochodów to nawet już nie chcesię pisać. Powiem tylko, że strach się bać. Znajoma napisała, że miała wypadek. Jakiś pojeb wjechał jej w skuter, gdy ona miała pierwszeństwo. Jechała z córką. Cud, że tylko na obtarciach i siniakach się skończyło. Skuter rozwalony. Nie ma czym teraz jeżdzić do pracy i czym dziecka do szkoły wozić. A ile strachu, ile nerwów. I to wszystko tylko dlatego, że dzbany nie znają podstawowych przepisów ruchu drogowego i w ogóle nie myślą. 

Od czasów pandemii na belgijskich drogach ludzi coś opętało. Jak wcześniej zawsze wychwalaliśmy tutejszą kulturę, sympatię tak teraz ja zwyczajnie boję się wychodzić z rowerem czy skuterem a nawet na nogach na ulicę. Ludziom dosłownie odwala! W ostatnich latach przybyło tu mnóstwo ludzi i mnóstwo pojazdów na drogach. Robi się coraz bardziej ciasno, ale większość ludzi w ogóle się do okoliczności nie potrafi dostosować. Nikt nie wyjedzie wcześniej, żeby mieć zapas czasu i potem po trupach do celu. Kolejny czynnik to fakt, że za kierownicą zasiadło właśnie kolejne pokolenie "tata uczy jazdy". Tutaj nie ma takiej nauki jazdy jak w Polsce. Jazdy i zasad zachowania na drodze uczą rodzice. Ci rodzice, którzy uczyli się od swoich rodziców, ktorzy to jeszcze powozili furmankami na dróżkach dla furmanek, tyle że teraz powożą teslami albo porszakami, tylko dróżki dla furmanek wciąż te same. Do tego dochodzi chore patologiczne używanie telefonów za kierownicą i inne debilizmy. Jest źle, a będzie jeszcze gorzej.

Z pozytywnych obserwcji to fakt, że sporo dzieciaków i dorosłych na rowery przynajmniej kaski zakłada. Kask wyobraźni nie zastąpi, ale dobre i cokowiek.


widok spod szkoły

droga do szkoły

Na koniec trochę jesiennych badyli, które sfotografowałam telefonem m.in. w drodze do apteki.