30 listopada 2019

2 tygodnie pełne wrażeń, czyli tzw szara codzienność xD

Są takie momenty, że chciałabym wysiąść z tego życia i posiedzieć sobie dla odmiany w spokoju przez kilka tygodni i niczym się nie martwić, nie przejmować, nie denerwować. Ot po prostu siedzieć i lampić się przez okno na płynące chmury nie licząc godzin i lat... 
A tymczasem jest tak jak jest. Czasem trudno, czasem śmiesznie, czasem strasznie albo irytująco. Czasem  nerwy odmawiają posłuszeństwa. Czasem mamy zwyczajnie dość! 

Poniedziałek w poprzednim tygodniu. Wychodzę rano do roboty po drodze odprowadzając Najmłodsze pod szkołę. Pracuję sobie luzacko 4 godziny. Kończę przed czasem i pełna zadowolenia z dodatkowych zaoszczędzonych właśnie 10 minut życia mam  wyruszać do kolejnego klienta, gdy otrzymuję telefon od Dziecka...

- Wjechałam w coś rowerem. Wszystko mnie boli, z nosa i ust leci mi krew. Jeszcze nigdy tak nie miałam. Rowerem nie da się już jechać. Nie wiem, co robić...

A ja mam tylko rower, w którym właśnie się  bateria rozładowała... Też nie wiem, co robić... choć niby jestem dorosła, więc powinnam wiedzieć ZAWSZE, co robić...
Popitalam tym rowerem bez baterii te 6 km jak przeciąg, by zobaczyć na własne patrzały, co też tam się faktycznie wydarzyło.

Zobaczam i widzę mega śliwę na czole, nos spuchnięty i niebieski, trochę innych siniaków i obolałych miejsc i rower faktycznie już nigdzie więcej nie pojedzie, bo kierownica się nie kręci... Jak to się mogło stać? Jak jak? Normalnie!

Rower. Deszcz. Kaptur na głowie. Złość. Słup. ŁUP!

A ja za kilka minut zaczynam pracę 5 km od tego miejsca i nie mam czasu. Tzeba szybko myśleć.

Dzwonię do klienta i mówię, że przyjdę później, jak znajdę kogoś kto mi dziecko zawiezie do domu. Klient się oferuje, że zawiezie dziecko razem z rowerem do domu. Dobrze, że są też tacy dobrzy ludzie na świecie.

Przyjeżdża. Zabiera. A ja popitalam swoim rupieciem bez baterii i zabieram się od razu za sprzątanie, bo jakoś ochota na jedzenie mi przeszła nagle bezpowrotnie.

Dziecko pisze sms, że obdzwoniło doktora i że ten je przyjmie za godzinę. Po godzinie dzwoni, że lekarz stwierdził, iż nos prawdopodobnie złamany, ale nie trzeba nastawiać, a tylko parę dni poczekać aż się zrośnie. Powiedział, że parę dni pewnie będzie wszystko bolało, przepisał przeciwbólowe i na drugi dzien kazał jechać ostrożniej i patrzeć, gdzie się jedzie. 

Tata się wieczorem dziwi, że doktor nie dał zwolnienia do końca tygodnia.
- Tato! Przecież na nosie nie jeżdżę, to mogę jechać do szkoły, c'nie...?

Jechać, tylko czym? Rower przeco nie działa.

Tata przeszukuje internet i zamawia jakiegoś szarego niebieskiego  (co ja wiem o kolorach) b'twina, bo co to trzeba lepszego na dojazdy do stacji, na której nota bene rowery często znikają, tak samo jak i na innych stacjach i wszystkich innych miejscach w Belgii (kradzieże rowerów to sport narodowy). Co prawda te 200€ było na co innego, ale co zrobisz? Nic nie zrobisz! Bez roweru nie da się żyć, bo do stacji 5 km. Przez parę dni Dziecko korzysta z roweru taty, ale to stres, bo to rower trochę lepszy niż b'twin i wolelibyśmy, by jednak nie zniknął ot tak. No i to męski rower z ramą, czyli niebezpieczny dla szalonych i szybkich nastolatek.

Na drugi dzień Młoda opowiedziała klasowym kolegom, co odjaniepawliła, a koleżanka na to
 - Spoko, znam ten ból. Kiedyś jadąc na deskorolce zagapiłam się na stopy i też przypieprzyłam w słupa. 

Zatem wychodzi na to, że wszystko mieści się w standardach życia nastolatków :-)

Ale nie znacie jeszcze najlepszego. Ja przepracowałam po południu pięknie te 4 godziny. Zarejestrowałam te robotę jak zwykle z aplikacji i wróciłam do domu. A we wtorek pod szkołą zagaja do mnie inny klient z pretensjami, że dlaczego to niby nie posprzątałam u niego i kim ja w ogóle myślę, że jestem... 

Co...?! No jak miałam posprzątać, skoro w ten poniedziałek przecież kolej drugiego klienta!

Sprawdzam agendę elektroniczną, by mu pokazać.... 

no i faktycznie 
....pracowałam nie tam gdzie trzeba ha ha ha!!! 

Teraz to trzeba odkręcić jakoś, by wilk był syty i owca cała! 
Plan jest prosty. Przepracowane godziny będą na zaś, czyli na potrzebny wolny dzień, a nieprzepracowane odrobię w środę po południu. A biuro się poprosi, by poprawiło rzekomo błędnie zarejestrowane godziny (oni nie muszą znać szczegółów). 

Pytanie tylko jedno, czemu tamten klient nic nie powiedział, że ja we zły poniedziałek przyszłam sprzątać, hę...? 

Ano nie powiedział, bo - jak się okazuje - sam był święcie przekonany, że to własnie TEN poniedziałek. A wszystkiemu winny poniedziałek 11 listopada, kiedy to było wolne i wszystko się ludziom pokałapućkało we łbach. 

Jaja jak berety!

Dobra. Najważniejsze, że udało się z tego wybrnąć, bo klienci bez wydziwiania zaakceptowali mój chytry plan.

Niestety w międzyczasie było to nieszczęsne spotkanie w CLB, gdzie się przekonaliśmy, że znowu nam się jakiś wredny babiszon trafił, który nichuchu nie rozumie, ale uważa, że wszystko wie lepiej.
Wredna, niemiła suka potrafiła Dziecku w oczy powiedzieć, że jak nie będzie chodzić do szkoły, to skierują sprawę do sądu. No przepizda normalnie.

No tak, wszyscy wiemy, że w Belgii taka jest procedura przy wagarowaniu. Pytanie tylko, czy  nioeobecność z powodu choroby to ciagle wagarowanie?! No i KTO NORMALNY mówi takie rzeczy do człowieka chorującego na depresję, a już szczególnie do dziecka...?!!! Normalny - moim nader skromnym zdaniem - raczej nikt. 

Szlag by ich najjaśniejszy trafił! Nie ważne, że dziecko idąc do szkoły cierpi niesamowicie. Nie ważne, że może z tego powodu targnąć się na własne życie, bo mówiło o tym otwarcie nie raz i nie dwa. Ważne, że trzeba chodzić do szkoły. Kurwajapierdolę!

Zdrowie i życie dziecka jest NIE WAŻNE! Szkoła jest najważniejsza!

Tę teorię potwiedza niestety sporo naszych belgijskich znajomych. Szkoła ponad wszystko. Tak porobiło się w ciągu ostatnich lat i chyba już nie da się tego odwrócić, a coraz więcej dzieci cierpi z tego powodu.

Młoda opowiedziała o tym swojej psycholożce i mówi, że babka się wkurzyła i obiecała, że natychmiast skontaktuje się z poradnią. Może ona im wreszcie uświadomi, jaki jest problem i wtedy zrozumieją barany w czym rzecz, bo mnie i Młodej to tacy słuchac nie będą, bo co takie przygłupawe Polaczki mogą wiedzieć. Ta baba to ten typ człowieka, który jeszcze cię nie poznał a już ocenił i sklasyfikował. Mało mózgu, mało wrażliwości, ale ego do nieba. Taki już cię nie posłucha, bo uważa się za kogoś lepszego i ważniejszego. Taki zrobi wszystko, by pokazać swoją władzę i swoją wyższość. Spotkałam już takich na swojej życiowej drodze sporo, więc wiem o czym mówię. Jedyna nadzieja wtedy w innych ludziach. Jednak muszą to być ludzie, którzy pełnią jakieś znaczące role w społeczeństwie, są kimś ważnym, jakimś autorytetem, bo zwykłego plebsu takie mendy nigdy nie słuchają. I muszą być to ludzie, którzy sami coś wiedzą, bo ona się kontaktowała z lekarzem rodzinnym, który wie że Dziecko ma częste problemy żołądkowe i wie, że leczy się na depresję, ale nie zna szczegółów. Kontaktowała się też z psychiatrą, który widział dziecko 2 razy i nawet mu leki przepisał, ale nie zajmuje się psychoterpią, a co za tym idzie - nie zna szczegółów zbyt wiele.
Na szczęście nauczycieli i wychowawców oraz całą klasę ma Młoda fajnych i większość zdaje się rozumieć wszystko i akceptować takim jakie jest. Klasowi koledzy jej pomagają, gdy trzeba i - co najważniejsze - nie zadają głupich pytań. 

Młoda póki co PRÓBUJE chodzić do szkoły wtedy, co ma chodzić, czyli na praktyczne lekcje fotografii, czyli 2 razy po 2 godziny i jeden dzień cały. Uczy się też dużo w domu z pozostałych przedmiotów, bo już za tydzień zaczynają się egzaminy i chce je dobrze napisać. Ja zaś wzięłam trochę urlopu, by móc z nią na te egzaminy jeździć i czekać na nią pod szkołą. Egzaminy ma przez 6 dni - 3 dni po jednym przedmiocie i 2 dni po 2 przedmioty. Najbardziej ciekawi nas egzamin z religii,  bo egzamin z religii ma pierwszy raz, choć to już trzecia szkoła katolicka, do jakiej chodzi. Poza tym standardowo będzie matma, geografia, historia, niderlandzki i coś z teorii fotografii. Najważniejsze, że w tym roku nie ma egzaminu z francuskiego. YES! Trzymajcie kciuki za powodzenie na egzaminach grudniowych i by depresja nie dała rady tym razem jej pokonać.

Potem od stycznia ma chodzić do szkoły 2 dni po pół dnia, środa wolna, czwartek cały i próbować też w piątek. O piątek będziemy jeszcze dyskutować, bo to może być o ten jeden dzień za dużo... Ale to po Nowym Roku. Teraz egzaminy i zasłużone dwutygodniowe ferie świąteczne dla wszystkich. Żeby trochę odpocząć i zluzować majty.

Pomiędzy tymi zdarzeniami były jeszcze jakieś spotkania z różnymi mądrolami, ale już nic szczególnego w sumie się nie wydarzyło do minionej środy, kiedy to nasz piec odmówił posłuszeństwa i do tego momentu nie mamy ogrzewania ani ciepłej wody, a tu temperatura na zewnątrz akurat na lekkim minusie. 

Jak nie urok, to sraczka!

Dobrze, że dziś słonecznie, to się w domu nawet nagrzało. Spec był wczoraj coś koło 22giej i stwierdził, że być może wie, co się potentegowało, ale musi zadzwonić do jakiegoś kogoś, kto tę część powinien mieć w domu niepotrzebną, bo zamówić się tego gówienka osobno nie da, a już na pewno nie na wczoraj. Ma przyjść dziś znowu wieczorem, bo zawalony robotą i wcześniej się nie da... Dobrze, że to znajomy właścicieli domu, bo tak normalnie to pewnie by z tydzień trzeba było czekać, kto wie. Oczywiście nie można być pewnym, czy on to dziś naprawi, bo nie wiadomo, czy się da. Z tym nowoczesnym sprzętem, gdzie nadźgane elektroniki, zwykle trudno tak na pierwszy rzut oka ocenić, co się stało. Nawet jak maszyna sugeruje taki a taki problemem wyświetlając kod błędu, to nikt nie wie, ile poza tym błędem jest jeszcze innych. Teoria mechanika mówi, że jak jedno jest zepuste, to pewnie i 7 innych przy tym.


Póki co mamy weekend.  Ekspres do kawy i kuchenka na razie działa. Woda w kranie jest. Komputery też działają i Netflix. Mamy też koce i dwa grzejniki elektryczne, a sąsiadka mówiła, że możemy przyjść po taki duży, którym garaż ogrzewają, jak tam imprezę robią... No i mieszkamy w Belgii a tu temperatura raczej poniżej minus 5 nie spada. Nie w takich warunkach się żyło i dało się przeżyć to i tera damy rady :-)

Mikołąj jak już co zapakuje...
A dziś Mikołaj przyniósł dzieckom symboliczne prezenty, bo mówił, że skoro rodzice pod choinkę kupują to on się jakoś wysilał nie będzie...

Młody dostał wymarzoną cyjankową koszulkę z Robloxa i Enderdragona. Ucieszony do kwadratu.

Młoda dostała maskotkę tukana, którego się podgrzewa w mikrofalówce i który przez 2 godziny ma potem grzać i pachnieć lawendą. Przetestowany. Ledwo co się mieści w mikrofali, ale potem pachnie niesamowicie i grzeje! Myślę, że będzie też ogrzewał jej duszę, bo jest po prostu śliczny, a ona kocha ptaki. W razie gorączki tukana można ponoć wkładać do lodówki i on ma potem chłodzić.

Najstarsza dostała wiszący fotel do zawieszenia na swoim magicznym strychu. Będzie się mogła czilować w tym hamaku całą zimę i lato.


Drobne przyjemności i spełnianie marzeń dzieci to bardzo ważna i potrzebna rzecz, szczególnie w takich trudnych pełnych problemów czasach. Przed nami jeszcze urodziny dziewczyn i choinka, pod którą na pewno coś miłego włożymy, żeby osłodzić im życie choć na chwilę. A ja lubię kupować im prezenty.  Lubię zgadywać, co mogły by chcieć.Uwielbiam patrzeć jak się cieszą, gdy trafimy z upominkiem...






1 komentarz:

Jeśli masz coś do powiedzenia, pisz śmiało. Jeśli jesteś spamerem, spadaj!