24 lutego 2022

Łysienie przy chemioterapii. Wiecie, że to boli?

 Mam już za sobą drugą dawkę chemii. Przedstawiali mi różne skutki uboczne, zanim ją zaczęłam. Mówili m.in. o zmęczeniu, o mdłościach, biegunce, zaparciach i wypadaniu włosów.

Z jakiegoś powodu (nawet wiem jakiego) wszyscy najbardziej skupili się na tym nieszczęsnym łysieniu, a dokładnie na wyglądzie delikwenta, czyli w tym wypadku mnie. Bo wiadomo, wygląd najważniejszy.

Poinformowano mnie (co najmniej z 15 razy w szpitalu plus z drugie tyle różni randomowi ludzie w necie i realu), że włosy zaczynają wypadać pi razy drzwi po 10-14 dniach i że nie powinnam się tym martwić, bo ONE POTEM PO TERAPII ODROSNĄ, może NAWET BĘDĄ GĘSTSZE, ŁADNIEJSZE. 

Powiedzieli, że perukę mogę sobie zamówić i że zwrócą mi koszty, że w szpitalu mogę sobie czapeczkę, robioną przez wolontariuszy, za  friko wybrać. Mogę sobie też specjalną na tę okazję kupić.

Wielu znajomych proponowało mi noszenie chusteczki, czapeczki, kapelutka.

I dobrze, wszystko ładnie pięknie, tylko wszyscy zapomnieli albo zwyczajnie nie zdają sobie sprawy z jednej bardzo kurwa istotnej rzeczy. 

Żodyn, ŻODYN mi bowiem nie powiedzioł, że 

wypadanie kłaków jest kurwa bolesne!!!

Ja mam zasadniczo w dupie, że będę łysa.

 Albo inaczej, JA JESTEM Z TEGO PIEKIELNIE ZADOWOLONA. Ja nienawidzę swoich kłaków! Nie znoszę ich mycia, czesania i całego tego certolenia, co już pisałam wielokrotnie.
Ja się cieszę, że będę łysa choć kilka miesięcy, że nie będę sobie musieć co 2 dni golić pach i strefy bikini, że nie będę musieć co tydzień depilować nóg. Panie, toż to raj na ziemi! 
Podobam się sobie jako łysa, bo ładnie mi w łysych włosach (bo ładnemu we wszystkim ładnie c’nie).

Peruka? Pogięło was?!! Ja miałabym czyjeś kłaki dobrowolnie na swój łeb nakładać, użerać się z kłakami, pocić się i cierpieć katusze tylko dlatego, by ludzie nie wiedziały, żem łysa? Że się leczę? W życiu! 

Czapeczki, chusteczki, kapelutki? O, to tak. Jak najbardziej. Lubię nakrycia głowy. Im bardziej porąbane, tym lepsze. Mam tego trochę w domu i nie zawaham się użyć (patrz niżej 🤠). Bo - o tym nawiasem mówiąc, też wielu nie wie - bez włosów jest zimno w łepetynę i to nawet w ogrzewanych pomieszczeniach. Na zewnątrz jest zimno tym bardziej. 

Ale właśnie odkryłam, że jest jedno ale. BÓL. Najsampierw, jak wspominałam, w piątek drugi tydzień po pierwszej chemii zaczęła mnie boleć skóra na całym ciele, ale szczególnie na głowie. Na drugi dzień zaczęły masowo wychodzić włosy. Skóra była nadal lekko obolała. Potem się pogorszyło. Kładzenie głowy na poduszkę to takie uczucie, jakby się na jeżu kłaść. Auć auć auć! Dotykanie głowy też co dobrego. Łapy zatem przy sobie!

Myślałam nawet by żyletką (golarką) całkiem te włosy zgolić, ale to było myśleć, zanim zaczęły wypadać i boleć… Może to by pomogło. 

Dlaczego nikt nie powiedział, że to boli?

Przedwczoraj to jeszcze się pogorszyło. Dotąd w domu nosiłam bandanę w czachy jak mi było w łeb zimno, ale teraz dotyk tego materiału piekielnie boli! 
Rano wioząc Młodego do szkoły szybko bez zastanowienia nasadziłam hełm na makówę… AŁA! Jeszcze szybciej zdjęłam. Choć bardzo ostrożnie. Ała! 

 Nałożenie najpierw kaptura od bluzy a potem hełmu to było pewne rozwiązanie, z tym że w południe już się zdezaktualizowało, bo już kaptur też bolał. Jeżdżę bez hełmu na tej trasie. Na dalsze się na razie nie wybieram.

Najbardziej tolerowane dziś nakrycie głowy to moja stara ulubiona rozwleczona czapka menelka.

Do kompletu mam też menelskie rękawiczki bez palców, bo - nie wiem czy wiecie - ale w dłonie i stopy też po chemii bardziej zimno, niż zwykle. A zwykle mnie też jest zimno. Matka swego czasu nazywała mnie truposzem z powodu trupio zimnych łap. Teraz jest to uczucie bardziej intensywne i kończyny są trudne do rozgrzania. Rękawiczki pomagają podczas korzystania z tabletu czy czytania książki i wtedy używam rękawiczek 🧤. Na rozgrzanie stóp pomaga masaż olejkiem rozgrzewającym, co od czasu do czasu od większej zimnicy mi Małżonek funduje…






Kupiłam se też właśnie bawełniane skarpetki do spania, ale jeszcze nie testowane.

Drzewiej za gówniarza spałam w skarpetach, gdy w moim pokoju było pięć stopni i śnieg na dywanie, ale w życiu nie pomyślałabym, że kiedykolwiek będę zakładać do łóżka skiepy mając w sypialni dwadzieścia stopni! Ani tym bardziej, że przyjdzie mi w dobrze ogrzewanej chałupie w czapce i rękawiczkach siedzieć. To ci heca!

Dobrze, że ku wiośnie idzie. 

Poza bólem włosów od czasu do czasu, dokładnie to kilka dni po chemii, boli skóra na całym ciele. Człowiek się czuje, jakby się ze schodów sturlał i był cały posiniaczony. Najbardziej „potłuczone” uczucie jest na żebrach. A tu czasem temu czy tamtemu przychodzi do łba mnie CZULE po plecach poklepać. AŁAAA!

Do tego pioruńskie zmęczenie, które aktywuje się trzeci i czwarty dzień. Kolejne dni się poprawia i wraca do normy. Trzeci dzień jednak nie byłam w stanie opuszczać kanapy na dłużej jak pójście do kibla, po picie i po jedzenie. Czyli modus Garfield: jedzenie-spanie, jedzenie-spanie. 
Przy czym jedzenie jest dosyć znaczącym problemem.

Jak pamiętacie może  z moich poprzednich wpisów, ja jestem wiecznie głodna. Muszę jeść co dwie, trzy godziny, by normalnie funkcjonować itd. 

Teraz jest jeszcze gorzej! 

TERAZ TO DOPIERO JESTEM GŁODNA!

Jeżu kolczasty. Ciągle bym coś żarła, ciągle czuję głód. Ledwo koryto odstawię, już mi burczy w brzuchu.
Smaki mi się trochę zmieniły, co wydaje się nawet bardzo logiczne i sensowne. Organizm najwyraźniej dobrze wie, czego mu potrzeba. Ciągnie mnie do mięcha. Mięcho, dużo mięcha. I nie żadna kura, jak dotąd. Teraz chce mi się krowy. Porządny stek, gęsty gulasz wołowy. Na samą myśl mi ślinka cieknie. Żarłabym mięcho codziennie, podczas gdy normalnie to tak tylko od biedy.

Druga rzecz to owoce i czekolada. Ostatnimi laty w ogóle nie miałam ochoty na czekoladę, nawet myślałam, że może już swój przydział za młodego pochłonęłam, a owoce jadłam tak bardziej z rozsądku niż chęci, ale od pierwszej chemii opętał mnie głód czekolady i owoców. Pochłaniam szczególnie banany, pomarańcze i kiwi. No i czekoladę mleczną oraz gorzką. Dobrze, że mieszkam w kraju bogatym w czekoladę.
Poza tym ogólnie mam chęć na intensywne, wyraziste smaki. Nawet herbatki lelawe i mało wyraziste smakowo mi nie podchodzą. 
Kawa w ogóle mi nie smakuje, tak jak przepowiadała pielęgniarka w klinice piersi. Nie piję kawy zatem wcale.
 Smakuje mi natomiast cola i inne takie oraz wszelakie soki. Piwo też mi nadal podchodzi i wypijam od czasu do czasu po parę łyków.
Nie mam natomiast (odpukać) na razie tych mdłości, którymi mnie straszyli. Dostaję jakąś pigułę w trakcie kroplówki, która ma działać cztery dni i najwyraźniej dobrze działa, bo tym razem tylko ze dwa razy przez momencik mnie zmuliło troszkę, ale to był dosłownie momencik. Poza tym jestem tylko i wyłącznie cholernie nienażarta.

Przede mną jednak jeszcze kilka miesięcy chemoterapii i spodziewam się, że z czasem może być gorzej. Pożyjemy, zobaczymy. Póki co korzystam z legalnego nieróbstwa i dobrego samopoczucia. Czytam książki, oglądam filmy, piszę, jem, wymyślam głupoty… Jest spoko.


Kilka selfiaków dla zabawy:

Coraz łyssza jestem, ale jeszcze trochę kłaków się ostało…

Trzeba łysych pokryć papą
Lecz funduszy nie ma na to 😉












23 lutego 2022

Druga dawka chemii, obóz sportowy i podwójne urodziny.

W poniedziałek Młody wielce podekscytowany wyruszył wraz ze swoją piątą oraz szóstą klasą i nauczycielami na kilkudniowy obóz sportowy nad morze. Jak na Legendę przystało żegnany był przez całą gromadę ludzi. Cała bowiem jego poprzednia klasa wyszła przed szkołę pomachać. Z pierwa nawet nie zwróciłam na nich specjalnej uwagi, dopóki nie zaczęli się drzeć „Isiiidooor!” Co jak co, ale takie epickie imię tylko nasz Młody nosi… Celebryta kurde. 

Cieszyłam się z tego jego wyjazdu, bo to ważne doświadczenie życiowe dla dziecka. Pierwszy pobyt poza domem bez rodziców (nie licząc nocowanek u kolegów). Nie rozumiem natomiast dlaczego niektórzy uważają, że to jest trudne dla rodziców. Otrzymałam takie słowa wsparcia i zrozumienia i mnie to zastanowiło lekko, bo ja czułam tylko i wyłącznie radość z jego radości i podekscytowania przygodą. A potem nawet za bardzo o Młodym nie myślałam, bo niby czemu, skoro jest pod opieką nauczycieli w sprawdzonym ośrodku wśród fajnych kolegów… W razie wu by dzwonili, a nad morze raptem godzina jazdy. Nie rozumiem zatem o co kaman, no ale to pewnie jak z tą monetą ze słynnej anegdoty o wielodzietności. Jak pierwsze dziecko połknie monetę matka wiezie je spanikowana na pogotowie. Gdy jej drugie dziecko połknie monetę, matka cierpliwie czeka aż ją wydali. Przy trzecim drze się, że potrąci mu z kieszonkowego i nie myśli o tym więcej. I to jest prawda najświętsza. Matka na początku jara się każdym  wyjazdem, występem, rysunkiem, że mało się nie posika. Po kilkunastu latach jednak spora część tego typu rzeczy zwyczajnie matce dynda. Ot zwyczajna zwyczajność, dzień jak codzień. 

W piątek Młody wrócił. Usatysfakcjonowany, zadowolony, wybawiony. Było super, mówi. I to chodzi.

Korzystając z jego nieobecności wybrałam się z Nastocórkami na zakupy odzieżowe do pobliskiego miasteczka. Na cel wzięłyśmy jeden konkretny belgijski sklep, bo Najstarsza potrzebowała kupić sobie nowe jeansy, a z tej konkretnej firmy była zadowolona.  Umówiłyśmy się, że jak Najstarsza wróci w środę z budy, od razu lecimy do autobusu. Wysiądziemy koło McDonalda i tam zjemy obiad, a potem pójdziemy do sklepu, który jest tuż obok. No i tak było…

 tyle tylko, że po przybiegnięciu na przystanek od razu jak zwykle zeskanowałam kod i się okazało, że nasz autobus, na który biegłyśmy, ma 30 minut spóźnienia. F*ck! Aktualizacje statusu pokazywały coraz więcej minut. Ostatecznie przyjechał cholernik 45 minut później. Najstarsza mało z głodu nie umarła na tym przystanku. 

Wycieczka jednak się udała. Najstarsza wybrała 4 pary jeansów i parę koszulek więc teraz ma zapas na chwilę. Młoda tam tylko podkoszulek do spania wzięła, bo to nie jest jej sklep - nie ten styl.

To był fajny dzień, choć męczący. 

Czwartkowe przedpołudnie spędziłam w szpitalu odbierając drugą porcję chemii. W południe sąsiadka po mnie przyjechała i bardzo dobrze, bo tym razem po jakiejś godzinie od skończenia kroplówki niezbyt komfortowo się czułam - zawroty głowy, osłabienie… 

W nocy nie zmrużyłam oka. No zero senności po prostu. Pełnia i wichura, jak mniemam, nie pozostają w tym wypadku bez znaczenia, gdyż oba zjawiska źle znoszę, a chemia tylko dopełniła dzieła. 

O dziwo w piątek miałam sporo energii. Wstałam po szóstej i zrobiłam masę rzeczy. Głównie w kwestii przygotowań do podwójnych urodzin. 

W sobotę rano, gdy mąż poszedł do roboty, a Młody spał, dokończałyśmy nasze dzieło urodzinowe we trzy. Jestem usatysfakcjonowana. Urodziny uważam za udane. Dekoracje ładnie się prezentowały. Torty wyszły perfekcyjne, a przy ich tworzeniu nieźle się bawiłyśmy dopracowując detale koguta i świnka.

Oba torty były do tego smaczne i w sam raz na nasze potrzeby.






tort czekoladowy świnka



 




tort świnek Lulu

model: świnek Lulu



 



12 lutego 2022

Nauka domowa zaopinionowana pozytywnie

 Wczoraj było jednocześnie bardzo męczące jak i relaksujące. Młoda zdawała matematykę przed Komisją Egzaminacyjną w Brukseli. 

Właśnie mija rok, jak postanowiła pójść za podpowiedzią psychiatry i dać sobie spokój z chodzeniem  do szkoły, a zacząć uczyć się samemu w domu. Nie ukrywam, że nie byłam do tego na 100% przekonana, ale też wiedziałam już, że chodzenie do szkoły to dla niej koszmar i że w ten sposób nie skończy szkoły średniej a może całkiem stracić zdrowie a nawet życie. Wszak myśli samobójcze były wtedy na porządku dziennym. 

Dziś wiem, że przejście na naukę domową to była świetna decyzja.

Jak zapewne wiecie, w Belgii obowiązek szkolny jest do osiemnastego roku życia, a co za tym idzie, nie można ot tak nagle przestać chodzić do szkoły. Dlatego bardzo szybko musiałam się dokształcić w temacie nauka domowa w Belgii. 

Od lutego do wakacji Młoda była za zgodą CLB i dyrekcji szkoły oficjalnie uczniem technikum w Mechelen, gdzie wcześniej chodziła, ale psychiatra wystawił jej zwolnienie z uczestnictwa w lekcjach ze względów zdrowotnych. Młoda zapisała się od razu do Komisji Egzaminacyjnej na trzeci stopień szkoły średniej, bo tak wolno. Trzeci stopień, to 5 i 6 klasa, a ona była wtedy w czwartej, której nie zamierzała ani kończyć, ani tym bardziej powtarzać, do czego była by zmuszona zostając w szkole stacjonarnej.

 Zaliczenie stopnia trzeciego jest równoznaczne z otrzymaniem dyplomu szkoły średniej. W Komisji zdaje się kolejne przedmioty wedle własnego widzimisię. To znaczy zapisuje się na kolejne w egzaminy w dowolnej kolejności i czasie. Terminy egzaminów z poszczególnych przedmiotów ustala Komisja, ale w ciągu roku jest kilka egzaminów z tego samego przedmiotu i zawsze można dogodny dla siebie termin wybrać. Można też egzaminy przekładać na późniejszy termin, jak nie uda się na czas przygotować. 

Od września Młoda nie jest już zapisana do żadnej szkoły. W wakacje zgłosiliśmy oficjalnie w urzędzie (AGODI), że nasza córka rozpoczyna naukę domową. Dostaliśmy potwierdzenie przyjęcia zgłoszenia oraz  informację, że będziemy kontrolowani za jakiś czas.

Gdzieś bodajże na początku grudnia otrzymałam e-mailem zaproszenie na kontrolę wraz z listą rzeczy, które trzeba przedstawić. (w normalnych czasach kontrola przyjeżdża do domu, a w nienormalnych, czyli pandemicznych kontrola jest w urzędzie). Przed urzędnikami trzeba przedstawić materiały, z których się korzysta (podręczniki, adresy stron internetowych, inne materiały), ewentualnych pomocników i nauczycieli, plany krótko i długoterminowe, notatki czy inne dowody nauki. Trzeba też zalogować się przy nich do Komisji Egzaminacyjnej i pokazać zdane i zaplanowane egzaminy.

Kontrolę mieliśmy, jak wspominałam, pod koniec stycznia. Młoda była przygotowana jak do egzaminu. Gadane ma od urodzenia niezłe, ale i tak nie mogłam wyjść z podziwu, gdy odpowiadała na każde pytanie jak profesjonalistka, jakby już ze 30 takich kontroli zaliczyła i znała każde pytanie wcześniej. 

Parę dni temu otrzymałam e-mail z pozytywną oceną nauki domowej. Nie mieli żadnych uwag. Uff. A bałam się tej kontroli jak diabli, bo nie wiedziałam, czego się soodziewać.




W piątek Młoda zdawała matematykę. Rano oświadczyła, że ma wątpliwości, czy zda. Kumpela, która już ten przedmiot ma za sobą, straszyła że majfa była cholernie trudna. Z tym wątpliwym nastawieniem pojechałyśmy do Brukseli, bo wszystkie egzaminy tam się zdaje. Zalecałam, by się nie przejmowała, egzamin zawsze można powtórzyć. 

Wyjechałyśmy godzinę wcześniej, bo tutejsze autobusy miewają czasem godzinę opóźnienia a na egzamin nie można się spóźniać. Oczywiście autobus przyjechał tego dnia złośliwie na czas. No więc poszłyśmy jeszcze do galerii się odstresować oglądaniem ładnych rzeczy 😎.

Odprowadziłam ją potem do tego rządowego gmachu, gdzie odbywają się egzaminy i poczekałam, aż pójdzie na górę. Gdy ona poszła do recepcji się pytać o drogę (za każdym razem jest w innej sali), gość z okienka na mnie zamachał, żebym podeszła. Myślę, co on ode mnie chce, a ten się pyta, czy będę na nią czekać, bo jak tak, to mogę pozostać w budynku i pokazał, gdzie mam iść se wygodnie usiąść i że kawę mogę sobie zamówić… I to jest urzędowe podejście do człowieka po flamandzku i nawet covidowego paszportu nikt nie wymaga. Można? Można. Szkoda, że nie zrobiłam dla was zdjęcia z tej poczekalni, ale ludziów tam trochę było… Miękkie, szmaciane ławki, fotele jak w salonie, stoliki, w mini barze kawa, herbata, zimne napoje, kanapki, owoce… W piątek jednak ładna pogoda była, zatem skorzystałam tylko z wuceta i poszłam połazić po sklepach, bo skoro już człowiek wydarł się do miasta, to trzeba z tego skorzystać… Nasiedzieć to się dość w domu nasiedzę. Zrobiłam też zdjęcie budynku, w którym Młoda zdaje egzaminy. Hendrik Consciencegebouw - tak się nazywa. Ładny c’nie? 😉



Po wyjściu z egzaminu Młoda stwierdziła, że był podejrzanie łatwy. Wiecie jak to jest z egzaminami… Jak myślisz, że źle ci poszło, a potem dostajesz dobrą ocenę, a jak jesteś zadowolony i stwierdzasz, że łatwe, to potem nie rzadko ocena cię rozczarowuje, bo się okazuje, że autor miał co innego na myśli 🤨.

Tyle tylko, że moje autystyczne dzieci mają matematyczne mózgi, przeto często zadania dla większości trudne, dla nich są podejrzanie łatwe. Podejrzewam, że i tym razem tak mogło być, ale nie chwalmy dnia przed zachodem słońca. Na wyniki trzeba poczekać cierpliwie, a Komisja ma miesiąc czasu na ich publikację.

Ważne że już po. Krok bliżej do celu. Heca tylko była z komputerami. ZNOWU. One się chyba Młodej boją czy coś. Jak poszłyśmy w poniedziałek do gminy zamówić  jej nowy dowód, to się okazało, że im komputery padły i nic nie można było załatwić. Dopiero we wtorek się udało. Jak na egzamin przyszła, też system padł, ale tym razem jej komputer działał. Tylko jej. Zatem ona jako jedyna w sali mogła zacząć i skończyć egzamin o czasie. Wiedźma po prostu i tyle.

Mnie zmęczyło chodzenie po mieście. Nie tylko samo chodzenie, choć nogi faktycznie mi odpadały jak wsiadałyśmy do powrotnego autobusu, ale przede wszystkim miasto jest męczące mentalnie. Hałas, ruch, smród, światła. To wszystko o wiele za dużo dla wysoko wrażliwych ludzi ze wsi. Za dużo bodźców i głowa pęka. U nas na wsi jest tak cicho. Kurcze, czasem leżymy z małżonkiem wieczorem w łóżku i nagle auto (JEDNO) przejedzie pod oknem, a nas już nerwa bierze, że co to kurwa za debil o dwudziestej drugiej po nocy się tłucze, jak ludzie idą spać! Teraz (od roku!) sąsiad po drugiej stronie drogi ma remont i co chwila jak nie boszem w domu napierdziela to znowu jakąś koparką na podwórku. Już nas mało szlag nie trafi. Kochamy ciszę i spokój naszego zadupia. Dlatego miasto takie jak Bruksela to jest dla nas koszmar. Po dwóch godzinach zaczyna boleć łeb, oczy wyłażą z orbit, mdłości, nerwy, irytacja i okropne zmęczenie. Z drugiej jednak strony taka zmiana jest dobra i potrzebna. Można przez chwilę pobyć w zupełnie innym świecie, pooglądać wystawy, poobserwować najróżniejszych ludzi, kupić parę drobiazgów, wypić kawę w kawiarni czy zjeść hamburgera na mieście, oderwać się na chwilę i zapomnieć o szarej codzienności. Alternatywna rzeczywistość, odmiana, relaks.Zatem było to bardzo pozytywne zmęczenie, a z jaką radością wraca się do naszej domowej, swojskiej ciszy.

I jeszcze trochę śmiechu było, gdy Młoda wyszła z egzaminu i poszłyśmy jeszcze raz do galerii. Było już koło trzynastej, gdy dostałyśmy obie wiadomość on Najstarszej „Czy w domu nikogo nie ma?!!!!”. I wtedy mi się przypomniało, że ona w piątek kończy staż w południe i że ona nie ma klucza, bo gdzieś zgubiła i że nikt jej nie zostawił klucza, tam gdzie zawsze zostawia się dla niej lub Młodego klucze. 🤦🏻‍♀️🤭

Młoda wysłała jej emotkę z klaunem i napisała „nie”, na co dostała odpowiedź „Spierdalaj!”. Nie ma to jak siostry 😂🧨☠️💩🖕🏼👩🏼‍🤝‍👩🏻

 Ja w tym czasie do niej zadzwoniłam i powiedziałam, że ojciec będzie koło trzeciej, a do niego napisałam, by był koło trzeciej, czyli by nigdzie nie zbaczał po robocie. 

W tym tygodniu dorobimy jej i Młodemu nowe klucze, bo już drugi raz stała pod drzwiami. 




selfie w szybie - ja i mój ulubiony menelski styl ubierania xD


Dziś i jutro będzie ekscytująco, bo Młody jedzie w poniedziałek na obóz sportowy nad morze ze swoją klasą i jest bardzo podekscytowany. 

Gdy na początku roku szkolnego powiedzieliśmy mu, że skoro chodzi do piątej klasy, to pojedzie na obóz, bo co roku piąta i szósta jeździ na obóz, co tu jest obowiązkowe (jak wszystkie szkolne wycieczki), to spanikował i pytał, czy mógłby jakoś nie jechać, bo on nie chce. Zaleciliśmy mu poczekać, bez paniki, bo może odwołają a może zmieni zdanie…

No i proszę, teraz mało jaja nie zniesie. Przeżywa jak stonka wykopki. Cieszy się jak małpa z banana.

To będzie jego pierwszy wyjazd bez starych. Cieszy się, że będzie w pokoju ze swoimi nowymi najlepszymi kolegami klasowymi. Młoda go jeszcze bardziej podpala wspominając swój obóz i co fajniejsze historie, a była w tym samym ośrodku BLOSO, bo co roku do tych samych miejsc jeżdżą z kolejnymi piątymi i szóstymi klasami. Już dziś o siódmej wstał i do teraz (dziesiąta) ze trzy razy spytał, kiedy będziemy pakować jego torbę. Podoba mi się, że tak przeżywa. To fajne chwile, które długo się pamięta i miło wspomina.

W poniedziałek, jak tylko wyjedzie, zaraz trzeba się zabrać za pisanie do niego listu, żeby doszedł na czas, bo tradycja nakazuje, że rodzice piszą list, a dziecko potem nań odpowiada (na obozie jest jeden wieczór pisania listów) i wysyła do domu. To jest świetna tradycja.

Na obóz nie wolno brać telefonów ani innych gadżetów elektronicznych. Trzeba za to wziąć gry planszowe albo karty. Pięć dni bez telefonu, komputera, socjalmediów i rodziny, to musi być ciekawe doświadczenie dla dzisiejszych małolatów. Ja już wiem, że bardzo pozytywne, radosne i epickie. Nawiasem mówiąc też bym takim doświadczeniem nie pogardziła i muszę się nad tym poważnie zastanowić… Ale najpierw niech jedzie Młody i niech się dobrze bawi. Ale będzie opowiadania potem ulala. On kocha opowiadać. Każdego dnia, jak po niego przyjeżdżam po szkole, zanim założy kask mówi, ile rzeczy ma do opowiedzenia. Jak już się rozpłaszczymy w domu od razu zaczyna zdawać relację. Potem jeszcze opowiada tacie na wieczornym spacerze. Nie zawsze to samo, bo są inne opowieści dla matki a inne dla ojca. On wie, o czym lepiej się z matką gada, a o czym z ojcem.

W czwartek mam kolejną chemię i pewnie znowu przez trzy dni będę się gorzej czuć. Miejmy nadzieję, że nie przeszkodzi to w świętowaniu powrotu Młodego i podwójnych okrągłych urodzin.






 




9 lutego 2022

Typowo belgijskie słodkości

Znacie wszystkie belgijskie słodkości? 🇧🇪

Śmię twierdzić, że wątpię… 

ale może się mylę... ? 

Dajcie znać w komentarzu, co znacie, co lubicie, a czego do pyska nawet nie zbliżycie…

Dziś opowiem o kilku typowych słodkich specjałach belgijskich, których sama choć raz skosztowałam.

🇧🇪 Wafels, czyli wafle, gofry 🧇.

Tych pewnie przedstawiać nikomu nie trzeba, a większość z was pewnie piecze je w domu. Najbardziej znane w Belgii gatunki gofrów: to gofry brukselskie i gofry z Liege. Jednak ogólnie to wafli ci tu od groma i ciut ciut.

1. Gofry Brukselskie. Porządny brukselski wafel musi być duży, gruby i prostokątny do tego puszysty i chrupki, posypany cukrem pudrem (ciasto jest niesłodkie). Podawany zarówno na zimno jak na gorąco. 

W dzisiejszych czasach znajdziecie dziesiątki wariacji na temat brukselskiego gofra, bo stolica (i nie tylko) zachwyci was najcudaczniejszymi dodatkami i na wystawie zobaczycie przepiękne, apetycznie i smakowicie wyglądające gofry z owocami, bitą śmietana,czekoladą, karmelem i diabli wiedzą z czym jeszcze. Moim nader skromnym zdaniem najlepsze gofry to gofry świeżo upieczone jeszcze gorące posypane cukrem pudrem. Te wszystkie wycudowane może i cieszą oko, ale do jedzenia tak średnio się nadają ( moja bardzo prywatna opinia)



2. Gofry z Liege są okrągławe, słodkie i ciężkie. Do tego maja ciemniejszy kolor i zawierają duże kawałki cukru. 

Wafle kojarzone są często z okresem zimowym i bożonarodzeniowym. Podawane często z gorącym czekoladowym mlekiem albo grzanym winem czy jenevierem. Są też nieodzowną atrakcją każdego jarmarku czy festynu. 

Ja nie znoszę wafli z grubym cukrem 🤢. Niektórzy z Piątki jednak lubią.

Noworoczne wafle maślane (west-vlaamse gelukswafels, vlaamse lukken, natuurboterwafels)

Drzewiej były te cienkie wafle podarowywane w Zachodniej Flandrii z okazji Nowego Roku wraz z życzeniami „Gelukkig Nieuwjaar” czyli „Szczęśliwego Nowego Roku”. Stąd tez wzięła się nazwa „gelukswafel” (wafel szczęścia).

Słynny ciastkarz Jules Destrooper rozpowszechnił w 1890 roku własną receptę na te wafle i szybko stały się tak popularne, że gospodynie coraz rzadziej piekły je w domach. Dzięki Julesowi dotarły też poza Flandrią Zachodnią. Te cienkie chrupiące słodkie wafelki są pyszne🤎



 West vlaamse splitwafel

Wafle drożdżowe nadziewane. Po upieczeniu przekrawa się je na pół i smaruje. W Ostendzie znajdziecie zapewne owalne wafle z nadzieniem waniliowym i okrągłe z nadzieniem śmietankowo-kirschowym.

W sklepach znajdziecie różne nadziewane wafle. Słodkie jak diabli.




Gofry na patyku

Na flamandzkich imprezach często spotyka się gofry lizaki, czyli gofry na patyku. Piecze się je w specjalnych maszynach z dziurami na patyk. Nie rzadko ozdabiane są czekoladą i kolorowymi posypkami.

foto: https://www.knabbelhuisje.be



🇧🇪Peperkoek, czyli piernik (pontkoek, zoetkoek, kruidkoek)

Piernik jest popularnym przysmakiem we Flandrii od XIII wieku. Wówczas pieczenie pierników stało się sztuką. Receptury początkowo przechowywane były w klasztorach. Najbardziej z pierników była znana Gandawa. Dodawano do nich kandyzowane skórki z pomarańczy i migdały. Dlatego handlowano piernikami z Anglią, gdzie tylko pierniki z syropem cukrowym piekli.

W Antwerpii ustanowiono nawet oficjalnie zawód piekarza pierników „peperkoekbakker”. W kościołach w całym kraju tradycją stało się częstowanie wiernych piernikami podczas Wielkanocy. 

Dziś jest tylko dwie piekarnie piekące piernika wg starych tradycyjnych receptur. Podstawowymi składnikami tego belgijskiego piernika są: mąka żytnia, miód lub syrop cukrowy i 10% okrawków z wcześniej pieczonych pierników. Przyprawia się je tylko cynamonem. Charakterystyczne dla belgijskiego piernika jest to, że nie dodaje się do ciasta żadnego tłuszczu, żadnych jajek ani innych niż cynamon przypraw ani tym bardziej barwników czy ulepszaczy. 

Wariacji na temat belgijskiego piernika jest wiele i znajdziecie je w każdym sklepie.

Belgijskie babcie podpowiedzą wam, że piernik ma działanie przeczyszczające i często stosowany jest przy zaparciach. 

Ja lubię czasem zjeść taką kromeczkę z masełkiem. Najczęściej jednak piernikiem zagęszczam gulasz wołowy po flamandzku. Yummy!😋



🇧🇪 Speculaas (speculoos)

Speculaaskruiden (kruiden - zioła) to mieszanina cynamonu, gałki muszkatołowej, goździków, imbiru, kardamonu i białego pieprzu.

Speculaasy to ciastka pieczone z dodatkiem wyżej wymienionych przypraw. Kojarzą się z adwentem i bożym Narodzeniem. Są to bowiem płaskie twarde ciastka przedstawiające obrazki związane z tym okresem. Dawne źródła podają też, iż drzewiej spekulosy związane były też ze ślubami i jarmarkami.

Współcześnie zajada się je cały rok, przy czym w Belgii są bardzo często podawane do kawy w restauracjach czy w domach.  Każdy ma w domu jakieś spekulosy w razie, jakby kto na kawę przyszedł ☕️

My też ciastka spekulosy prawie zawsze mamy w domu. Lubię je moczyć w kawie. Czasem też, jak mam ochotę na coś słodkiego na kolacyjkę, kruszę spekulosy i wrzucam do ciepłego mleka, by zrobiła się papka spekulosowa. Dla mnie bomba! 😋💣

Popularna jest też pasta spekulosowa do smarowania kromek. Do naleśników też jest pychota.



🇧🇪 Geraardbergse Mattentaarten, czyli tarty z twarożkiem🥧

Pyszne tarty ze specjalnie przygotowywanym twarożkiem to produkt regionalny z Geraardsbergen i Lierde.

foto: https://www.streekproduct.be


Historia tych wypieków zaczyna się w czasach, gdy ludzie nie posiadali jeszcze lodówek, w których mogli by przechowywać mleko. Trzeba je było zatem szybko przerabiać na masło czy sery, żeby się nie zmarnowało. Produkty mleczne wykorzystywano też oczywiście do słodkich wypieków…  

Gospodarze podgrzewali świeże mleko do punktu wrzenia, po czym dodawali do niego maślankę i ocet.W ten sposób dochodziło do ścinania się mleka i powstawały „maty” lub twarożek oraz serwatka. Odcedzali  to przez ścierki, po czym zawiązywali je i pozostawiali twarożek do odcieknięcia na conajmniej 12 godzin. I tak robi się w Geraardsbergen do dziś, by upiec te słynne ichnie tarty. 

Tak otrzymany serek miesza się z cukrem, żółtkami i ewentualnie ekstraktem migdałowym. Małą formę do tarty wykłada się ciastem francuskim. Na to smaruje się masę serową i przykrywa drugim kawałkiem ciasta. Tak właśnie powstają pyszne Mattentaarten z Geraardsbergen. 

foto: https://www.streekproduct.be

Kocham te tarty! Pychota. Najlepsze oczywiście tylko w Geraardsbergen, bo tylko tam można je oficjalnie robić, ale niektóre cukiernie przywożą stamtąd mrożone, co jest dozwolone, i pieką je u siebie. U nas np można je kupić.

🇧🇪 Cuberdons, neuzekes, neuzen👃🏼

 Słodycze w kształcie stożków przypominające nosy, czemu zawdzięczają swoją nazwę „neuzen”. Liczą sobie już ponad 150 lat i pochodzą z Gandawy. Cuberdonsy to w oryginale fioletowe lub bordowe cukierki o smaku malinowym o chrupiącym wierzchu wypełnione płynnym żelkowym nadzieniem, które po kilku tygodniach się krystalizuje. Cuberdonsów ponoć nie wolno eksportować. Dziś produkowane są też w innych smakach i kolorach. Tradycyjne to jednak fioletowo-bordowe.

Wedle naszej prywatnej oceny w smaku cuberdonsy to obrzydlistwo (drugie na liście rzeczy obrzydliwych zaraz po czarnych żelkach 🤢). Są słodkie do obrzygania.



🇧🇪 UFOsy, Kwaśne opłatki (zure ouwels, zure hostie)

UFOsy pewnie wszyscy znają, ale czy widzą, że ich historia zaczęła się w Antwerpii w firmie Belgica, która pierwotnie zajmowała się produkcją hostii dla kościołów? Przyszedł taki czas, że spadło zainteresowanie hostiami i wtedy ktoś wpadł na genialny pomysł, by zrobić z „jezusków” słodycze. Posklejali po dwa opłatki i wsypali do środka kwaśny proszek (kwasek winny). Dziś ufosy sprzedaje firma Astra Sweets w Hasselt, która przejęła Belgicę oraz drugą firmę produkującą kwaśne hostie Confiserie Servais.

Wielką fanką ufosów nie jestem, ale czasem wszamię. Dzieci to lubią! 😋🛸



🇧🇪 Śnieżki albo jak kto woli spleśniałe ziemniaki (sneeuwballen, rotte patatten)

To namiastka czekoladowych truffli wymyślona i rozreklamowana przez niejakiego Augusta Larmuseau.  Pierwszy raz zostały te nibytruffle zaprezentowane w Gandawie na WereldExpo w 1913, kiedy to czekolada była bardzo droga i mało kto mógł sobie na czekoladowe trufle pozwolić. August kombinował, by zrobić trufle dla biedniejszych i wykombinował te śnieżki, których pełna receptura jest objęta do dziś tajemnicą. Wiadomo, że robi się te czekoladki z ubitej na puch margaryny oblanej czekoladą i że są utytłane w cukrze pudrze. 

Nie lubię żadnych trufli, a co dopiero fejkowych spleśniale wyglądających 😏



Mamy jeszcze trochę innych słodkich belgijskich specjałów, ale nie miałam przyjemności ich skosztować, zatem nie będę o nich na razie opowiadać.

Tutaj powinnam pewnie wspomnieć też o belgijskiej czekoladzie, ale to temat na osobny wpis.
 Osobne teksty poświęcę też belgijskiej kuchni i alkoholom, o ile znajdę czas by to wszystko przestudiować i wklepać z iPada. 

Chętnie poznam Wasze opinie i doświadczenia w temacie belgijskich słodkości. 





6 lutego 2022

Co zrobić, gdy znajdziesz pieniądze w tornistrze dziecka?

 Miniony tydzień był dosyć spokojny, choć pracowity. Zdobyliśmy też nowe doświadczenie na polu rodzicielskim, a i Młody przy okazji czegoś nowego o życiu się nauczył.



Prezenty na 10 urodziny 🎂🎁

Poniedziałek spędziłam przy kompie cały dzień, aż mi mało oczy z orbit nie wylazły od intensywnego wpatrywania się w ekran monitora. Zadanie zaplanowane jednak wykonałam i stworzyłam fotoksiążkę na 50 stron dla Młodego na 10-te urodziny, w której udało mi się pokazać w obrazkach dziesięć lat z życia naszej najmłodszej pociechy. Korzystałam jak zwykle z darmowego programu ze strony Kruidvat, który ma całkiem sporo możliwości i jest prosty jak budowa cepa* (Zdjęcia można w dowolny sposób obracać, przycinać i układać na stronach. Można wstawiać dowolny tekst z użyciem dowolnych czcionek z własnego kompa. Jest cała masa klipartów oraz najróżniejsze tła. Gdy skończy się robotę, wystarczy kliknąć „kup”, zapłacić i po paru dniach można odebrać książkę w sklepie a za dodatkową opłatą listonosz do domu przyniesie. Ja dodałam do książki kilkaset zdjęć Młodego od narodzin do dziś oraz wspomniałam kilka faktów z życia naszego synia. Pracowałam nad tym, gdy ten wrócił ze szkoły i pozwoliłam mu zerknąć. Podobało mu się, ale na każdej stronie musiałam pododawać tła, które on wybierał. I teraz książka będzie, jak stwierdził, na prawdę piękna, czyli pisiata jak babci cielisia, znaczy oczobolnie kolorowa, ale to przecież jego książka. Niech będzie epicko piękna i kolorowa. W tym tygodniu powinna zostać dostarczona i nie możemy się już z Małżonkiem doczekać, by ją obejrzeć. Młody będzie musiał poczekać do urodzin, ale już też się na to cieszy. 

Drugi prezent też już czeka i ten Młody też zna, bo zwyczajnie zażyczył sobie na urodziny dwie paczki LEGO. Jedną z serii architektura i jedną z Minecraft, bo tych drugich już kilka ma, a pierwszymi się zachwycił w szkole, gdzie piąta i szósta klasa mają do dyspozycji  „Archipelag talentów”, czyli miejsce, w którym na przerwach mogą się zajmować doskonaleniem swoich talentów. Młody wybrał wyspę LEGO i układa sobie od kilku tygodni „Paryż”. W Archipelagu bowiem nikt nikomu niczego nie psuje ani nie rusza, można zajmować się swoją pracą przez kilka tygodni w dowolne dni na przerwach . Fajna sprawa. 

 W planach urodzinowych (zanim Młody wyskoczył z lego) był dobry mikroskop, bo to jego marzenie i może, jak mnie będzie stać, to jeszcze mu dokupię. Inaczej dostanie go dopiero pod choinkę. Jego miesiąc starsza rówieśniczka, jak widziałam na fb, na dziesiątkę dostała mini quada od wujostwa. Od Młodego wiem, że na urodziny dostała też covid, co już jakby mniej fajne, bo chorowanie w urodziny to już w ogóle do bani. 

Większy problem mam z prezentem dla Małżonka, który kończy 50 lat. Wkurwia mnie ta pieprzona pandemia! Kurwa, mieliśmy takie fajne plany na 10 rocznicę ślubu w zeszłym roku  i wszystkie poszły się jebać. Mieliśmy takie fajne  plany na Jego pięćdziesiątkę i dziesiątkę Młodego i też poszły się jebać, bo dziś nic z tych rzeczy się nie uda. W tym roku Młoda kończy 18, a Najstarsza 20, no i ja 45. Same fajne rocznice, ale nic wyjątkowego nie można zrobić, bo jak nie jakieś paszporty to jebane maski czy inne skurwiałe ograniczenia. I jeszcze ten pierdolony rak i wszelakie wątpliwe atrakcje związane z jego leczeniem. O gównianej belgijskiej pogodzie już nawet nie wspominam. A idź pan w chuj! Wszystkiego się człowiekowi odechciewa, jak o tym pomyśli. 

Z urodzinami Małżonka jeszcze taka heca, że Młody jedzie wtedy na obóz szkolny nad morze w tym tygodniu. Zatem nasz chytry plan z rodzinnym przygotowaniem urodzinowych atrakcji, gdy tata jest w robocie, odpada. Ba, urodziny trzeba przełożyć. Młody bardzo skutecznie przekonywał ojca o wspólnym świętowaniu. - Tato, będzie niezła wyżerka, bo mama obiecała zrobić dla nas dwa osobne torty! DWA TORTY NA RAZ! 

Miejmy nadzieję, że choć te torty się nam udadzą. Pomysł już jest. Szczegóły już z dziewczynami omówione… Dekoracja też już obmyślona… Tyle tylko, że wtedy mam drugą chemię, a to znaczy że wszystko może pójść nie tak.

Pieniądze w szkole💶💰

W tym tygodniu zostaliśmy też zaskoczeni nową sytuacją szkolno-wychowawczą. Wydaje się, że jak jesteś rodzicem od 20 lat i masz kilka dzieci różnej płci i w różnym wieku, to już z grubsza temat ogarnąłeś i nic nie powinno cię zaskoczyć, a jednak coś zaskakuje i to systematycznie. 

Któregoś dnia Młody wróciwszy ze szkoły zaczął jak zwykle wyjmować rzeczy z tornistra i nagle zobaczyłam, że na podłogę wypadł jakiś banknot. Z koloru wywnioskowałam, że bardziej o wyższym niż niższym nominale, a fakt że Młody czym prędzej go zgarnął i nieumiejętnie próbował szybko ukryć w kieszeni, kazał mi pomyśleć, że raczej nie o fałszywkę tu chodzi.

Gdy spytałam o szczegóły, Młody zaczął kręcić i zmyślać na poczekaniu jakieś banialuki o tym jak pieniądze znalazł i takie tam, co było dla mnie o wiele bardziej zaskakujące niż samo ich posiadanie, bo nasza Trójca nie ma zwyczaju i nie ma potrzeby kłamać ani zmyślać bzdur (dlatego słabo im to idzie), a poza tym wiedzą, że matka ma kłamstworadar w wersji pro zainstalowany. 

Po nieudanej próbie wciśnięcia mi kitu i plątaniu się w zeznaniach Młody jednak opowiedział całą prawdę.

W tornistrze miał 200€ (słownie: dwieście euro) w czterech pięćdziesiątkach! Szok po prostu. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że we Flandrii dzieci nie mogą i nigdy nie potrzebują przynosić do szkoły podstawowej grubszych pieniędzy (nie mogą też przynosić telefonów, zabawek (z wyjątkiem niektórych okazji i dni) ani innych gadżetów elektronicznych). Wszelakie opłaty dokonywane są tu przez faktury opłacane raz na trymestr. Niektóre drobne kwoty (np zakup jakichś pierdół sprzedawanych przez Radę Rodziców czy inne poza szkolne organizacje) przynosi się forsę w zaklejonej kopercie w określony dzień. Maksymalną kwotę jaką dzieci mogą mieć to zwykle 2€ i to tylko w określone dni, gdy szkoła o tym poinformuje, czyli idą na lody podczas wycieczki szkolnej, będą szkolne sklepiki (uczniowie sprzedają różne rzeczy innym uczniom). Wiadomo oczywiście, że w praktyce dziatwa najdziwniejsze rzeczy do szkoły potrafi przemycić, z czego może draka wyniknąć.

200€ odkryte  w tornistrze dziecka to nie jest byle co. 

Okazuje się, że Młody otrzymał je w szkole od kolegi z młodszej klasy (czyli swojej poprzedniej). Miał mu za te pieniądze kupić robuxy (waluta na platformie Roblox). Nie mam fioletowego pojęcia, skąd taki debilny pomysł się urodził ani w jaki niby sposób Młody miałby SAM kupić robuxy za gotówkę, skoro najbliższy sklep stacjonarny, w jakim są karty do Robloxa dostępne, jest 5km od domu, a Młody nie ma póki co swojego konta bankowego, by kupić cokolwiek online. Zresztą internet ma ograniczenia wiekowe co do zakupów, o czym nasz syn raczej wie, bo nie raz o tym rozmawialiśmy. Kupuje co prawda czasem to i owo przez internet, ale z karty czy jakiegoś paypala taty i przy taty obecności. Tak czy siak wydaje się, że nasz syn powinien zdawać sobie sprawę ze swoich możliwości, czyli że nie jest możliwym, by sam bez dorosłego mógł dokonać tego typu transakcji. Dlaczego zatem wziął takie zlecenie? Wygląda na to, że on sam tego nie wie… 

Drugą kwestią jest sama kwota. Moje dzieci kupują czasem Robuxy w ramach kieszonkowego (korzystając z naszych kart kredytowych pomniejszając tym samym kwotę swojego kieszonkowego) i zwykle jest to kwota 5 lub 10€. W związku z czym gdyby Młody przyniósł dwie dychy, żeby kupić koledze robuxy to nie była bym zdziwiona, choć pewnie zapytałabym esemesem mamy, czy mogę kupić te robuksy. Wiem, że nie każdy wie, jak i gdzie to kupić. No ale dwie stówy?! 

Kolega mówił, że to z jego skarbonki, a Młody wierzy, bo czemu miałby nie wierzyć, skoro sam też ma jakieś swoje oszczędności, które może wydać na co chce. A jeśli chce wydać dwie stówy na robuxy to co go to obchodzi. Jednak gdy zapytałam, ile to robuksów i czy tamten to wie, już sam doszedł do wniosku, że kolega to chyba jednak nie bardzo wie i że pewnie w ogóle nie zna się na pieniądzach. Nie potrafił też odpowiedzieć na pytanie, dlaczego rodzicie nie kupią koledze robuxów, skoro to jego pieniądze?  Sam zrozumiał, że coś tu nie gra, no bo faktycznie innym kolegom rodzice czasem kupują… 

Po wytłumaczeniu Młodemu jak duża to jest kwota i jak niebezpiecznie jest taki hajs nosić do szkoły luzem w tornistrze, ustaliliśmy, że tata zawiezie pieniądze rodzicom kolegi. Tak też zrobiliśmy. Tata kolegi wydał się lekko zszokowany widokiem czterech banknotów, o których zniknięciu z domu nie miał oczywiście pojęcia. Obiecał porozmawiać z synem. Mamy nadzieję, że szkutowi się za bardzo nie oberwało i że rodzice wyjaśnili mu co i jak można robić z pieniędzmi. No i że to faktycznie były to pieniądze ze skarbonki chłopaka a nie z portfela starych, bo dzieci miewają czasem różne pomysły. 

Mama chłopaka po powrocie z pracy jeszcze tego samego wieczoru wysłała do mnie wiadomość dla naszego Młodego, że mu dziękuje za to że jest tak uczciwym i dobrym kolegą ich syna. 

Młody jednak teraz trochę się martwi, co powie w poniedziałek sam kolega w szkole, czy nie będzie na niego wkurzony, czy się nie obrazi. Powiedziałam mu, żeby w razie co powiedział zgodnie z prawdą, że matka znalazła hajs i zrobiła dramę (choć matka nie robiła dramy, bo matka nie zapomniała jeszcze jak cielęciem była, a przy tym jest wyjątkowo cierpliwa z natury i bardzo wyrozumiała 😎😇). 

Wczoraj była piękna pogoda i Młody zarządził wyjście do lasu. Poszliśmy we dwoje. Ganiał, brykał, wspinał się na drzewa. Po wyjściu z lasu wyglądał jak dzik, bo strasznie nalało i wszędzie bagno.

Ale las jest dobry nawet w taką paskudną porę roku. Działa bardzo relaksująco i naoddychać się można świeżym powietrzem. Dobrze mieszkać na wsi pod lasem 🏡🥰



























*)wiem, że nie każdy zna budowę cepa (młode to nawet nie wiedzo co to), przeto i nie każdy ogarnie ten program ;-) (cep skłodo sie z bijoka, dzierżoka i gacka, jakby kogo interesowało)