Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ortodonta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ortodonta. Pokaż wszystkie posty

16 grudnia 2023

Czarne dziury z życia

 Znowu miałam dni całkowitego zwątpienia. Totalny zjazd w dół. To jest okropne uczucie! Najczarniejsze z czarnych myśli opętują cały umysł... ba, wrażenie mam że całe ciało jest spowite w bolesną ciężką ponurą bolesną czerń, niemoc, zniechęcenie i koszmarne zmęczenie... 

Nie chce się żyć... Dokładnie to ja żałuję wtedy (bardziej niż kiedykolwiek indziej), że żyję, że nie zakończyłam tego durnego życia, kiedy był na to jeszcze czas, czyli dawno dawno temu zanim postanowiłam zostać matką, no bo teraz czuję się w obowiązku, by żyć mimo wszystko, jakkolwiek by mi się to życie nie podobało... 

Nie wiem, skąd takie momenty czasem przychodzą... w sumie to już długi czas nie mieliśmy przyjemności... w czasie rakoprzygody nie pamiętam, by takie mocne czarne dni się pojawiały... Ale teraz się zdarzyło już drugi raz w bardzo krótkim czasie. Z tym że pierwszym razem nie było tak trudno, jak drugim. 

Po takim zjeździe dochodzi się do siebie przez dobrych kilka dni. Człowiek czuje się  bardzo, bardzo zmęczony, wyczerpany, słaby fizycznie i psychicznie, niezmiernie poddatny na emocje... każda, nawet zwykła rzecz, najmniejsza drobnostka może w mig przerodzić się w moje głowie w jakąś tragedię i wyprowadzić mnie całkowicie z równowagi psychicznej... 

Najprostrze nawet codzienne  zadania zdają się być tak trudne, że niemal niewykonalne. 

Wpadam w panikę.

 Mam wrażenie, że nad niczym nie panuję i niczemu nie sprostam.

 Prawie nic nie cieszy, niemal wszystko denerwuje.

 Brak chęci do życia i robienia czegokolwiek, a jeśli już coś się robi, przychodzi to z wielkim trudem. 

Każda godzina to walka z życiem i samym sobą, a to kosztuje sporo energii, jest męczące i wyczerpujące.

 Do tego nie chce się jeść, nic nie smakuje i trudno się przełyka, a niejedzenie z kolei znowu wpływa negatywnie na samopoczucie...

 I tak się kręci ponuro... Bardzo ciężko jest się wydostać z tej czarnej bolesnej spirali...

Myślę, że w normalnych okolicznościach ja to mam pod kontrolą, bo jestem silna, ale jak przyjdzie osłabienie fizycznem jak teraz (co łatwo rozpoznać choćby po tym, że na paszczy mi się opryszczka aktywuje) to nie mam sił, by trzymac w ryzach moją psychę... no i leżymy!

 Teraz okoliczności zdecydowanie nie są normalne ani dobre. Są chujowe. I nie specjalnie na lepsze się zanosi w najbliższym czasie. Z czego należy niestety wnioskować, że czarne dni będą znowu w stałym choć raczej nieprzewidywalnym repertuarze mojego życia codziennego. Nie lubię.

To był, jak nie trudno się zapewne po wstępie domyślić, kurewsko męczący tydzień. Nie znaczy to, że zabrakło w nim miłych akcentów, ale w ogólności mimo wszystko wpisuje się na czarną listę chujowości życia.

Mam trudności z przypomnieniem sobie, co robiłam w poszczególne dni, jakbym była kim innym i gdzie indziej albo w ogóle mnie nie było... Co też jest typowe dla czarnych dziur.



A co poza tym?

W niedzielę świętowaliśmy zaległe urodziny Młodej. 

Na złożone jej wtedy życzenia oświadczyła złośliwie, że urodziny miała kilka dni temu. Zgodziła się jednak co do tego, że jeszcze się nie przeterminowały i uśmiechała się chytrze pod nosem. 

Rano skoczyliśmy z Małżonkiem do sklepu i kupiliśmy paczuszkę malin i granat do tortu śmietanowego. Resztę składników mieliśmy w domu. Tort nie był jakiś powalający, ale dobry. Może dla Niej niekoniecznie, bo mleko i jego pochodne jej trochę szkodzą. Ale na poczekaniu nie było co wymyśleć.

Okazało się jednak, że nie mamy kurde ani jednej świeczki urodzinowej w domu. Kiedy sięgnęłam do szafy ze świeczkami i nie znalazłam w pudełku urodzinowych świeczek, przypomniało mi się, że po słynnej wymianie okien, po której dom wyglądał jak po wybuchu wulkanu, Matka wypieprzyła wszystkie świeczki, bo były brudne. Wtedy (i z tego samego powodu) wypieprzyła też zapas papieru do pakowania, w związku z czym teraz pakuje prezenty w resztki bibuły znalezione na dnie szafy... Muszę zamówić znowu kilka rolek papieru szarego, jak tylko jakiś zastrzyk gotówi się pojawi. I te cholerne świeczki. 

Młoda udawała obrażoną, gdy zobaczyła, że zrobiłam świeczkę urodzinową z theelicht(a). Oznajmiła uroczyście, że też mi tak licho prezent zapakuje i jedną gównianą świeczkę zapali na torcie, o! Ale pod nosem, widziałam, się uśmiechała. Kupiliśmy jej też nowy kwiatek. Powiedziałam, że ma na imię Marcel i że ma się nim dobrze opiekować, by nie umarł jak poprzedni. 



tort na łapu-capu 


W poniedziałek byli ci geniusze od okien, by wstawić ostatnie nowe drzwi w kuchni i ostatnie nowe okienko w sraczyku. Pieprzyli się z tym pół dnia a i tak musieli w czwartek ponownie przyjechać, bo jakieś tam listwy były do niczego... Niniejszym oswiadczam, że mamy teraz wszędzie nowe drzwi i okna. Z ruiny zamku to nie zrobiło, ale jest ciszej i cieplej w domu. No i trochę ładniej.



Tego samego dnia zauważyłam, że Chipi ma to samo, na co umarła Bożenka... czyli to jednak prawdopodobnie choroba Mareka (czy Marka). Zaraźliwe i śmiertelne skurwysyństwo, na które nie ma lekarstwa, a które powoduje jakiś tam rodzaj raka no i paraliż pewnych części ciała... Chipi zaczęła się wywracać. Nie wyjdzie już sama z kurnika, ani nie wejdzie. Wyjmujemy ją i zanosimy na rękach do wody i jedzenia, po czym odkładamy do kurnika... Jesteśmy ogromnie smutni i skurwysyńsko źli na pierdolony los. Jak otrzymam w grudniu jakiś zasiłek, to pojedziemy do weta, by ją uśpić. A potem będziemy czekać na te same objawy u Sunny i Heńka... 

Lady ciągle męczy się ze świerzbem (czy co to kurwa też jest?). Jesteśmy bezradni. Wetka powiedziała, że ona nic więcej nie może zrobić. Jak dostanę ten zasiłek, to ją też zabierzemy do innego weta razem z kurą... Może facet ma inne pomysły, jak pomóc Lady albo niech ją też uśpi czy co... Coraz bardziej mam tego wszystkiego dosyć. Czy nic nie może być u nas choć chwilę normalnie?! Tak po prostu. NORMALNIE ZWYCZAJNIE POSPOLICIE?

Młodemu założyli hyrax. Strasznie się stresowaliśmy, bo nie wiedziałam jak to żelastwo się niby ma rozkręcać codziennie. Młody jeszcze bardziej się stresował, bo się bał, że coś się stanie. Oglądnęłam wiele filmików na YT zanim zajarzyłam, o co kaman i jak to działa. Nie powiem jednak, by mi to dobrze szło, a tu 2 razy dziennie trzeba śrubeczkę przekręcać. Ech.

Pierwszego dnia nie umiał też z tym pieroństwem jeść i mało nie płakał, bo był bardzo głodny... On często całe dnie praktycznie nie je, a dopiero wieczorem idzie do budki po frytki i jakieś pseudomięso (no chyba, że jest w domu coś, co akurat je, ale te potrawy na palcach jednej ręki zliczysz). No a tu mu aparat założyli i nie dawał rady niczego zeżreć. Na drugi dzień już lepiej szło a teraz już umie jeść. Tylko śliny mu się dużo produkuje i go denerwuje. Nie może też wymawiać "i" a z innymi głoskami również ma trudności. Mamy jednak nadzieję, że to ustrojstwo chociaż zrobi, co ma zrobić, czyli poszerzy mu szczękę, by wszystkie zęby się mu mieściły i nie trzeba było żadnego wyrywać.

W tym tygodniu odkrył, że pizza serowa ze śmietanowym sosem jest jadalna. Jadł 3 dni pod rząd tę jedną, którą ja sobie zamówiłam i nie zjadłam ani połowy. Odgrzewał w mikrofalówce po kawałku rano i wieczorem. Żadna inna pizza wcześniej nie przypadła do gustu jego autystycznemu mózgowi. Dobre i jedna potrawa więcej. Tyle tylko, że ostatnio z listy odpadły kotlety mielone i pierogi ruskie. Dlaczego? Bo tak! Bo tak działa jego mózg. Nagle jednego dnia włącza blokadę na kolejną potrawę i koniec kropka skończona szopka. Młody próbuje, bierze do ust i stwierdza, że nie smaczne. Potem próbuje ponownie i jeszcze raz. Na początku jeszcze trochę pożuje, pomieli, parę kęsów zje, obliże, ale z czasem dana potrawa przestaje być jadalna całkowicie i nawet najlepsze chęci nie sprawią, że się tym czymś naje, bo zwyczajnie nie chce mu to przechodzić przez gardło. Chodzi zły i głodny. Zagląda do wszystkich szaf, do lodówki, myśli, kombinuje, próbuje różnych rzeczy i nie da rady ich zjeść. Nie raz mało nie płacze, bo jest głodny, a nic mu przez gardło nie chce przejść. Ja myślę, że to jest takie uczucie, jakie większość ludzi ma przy chorobie, że niby człek głodny a na nic ni ema smaku i nic w sumie nie smakuje... Z tym, że przez tydzień to można się bez porządnego jedzenie obejść. Gdy jednak zmagasz się z takim problemem całe długie lata to już inksza inkszość...

W tym tygodniu pisał egzaminy. Francuski, niderlandzki, geografię, biologię i angielski... Każdego dnia wracał zadowolony z siebie i mówił, że chyba dobrze mu poszło. Zobaczymy, jak podadzą wyniki. Byle tylko zaliczył wszystkie przednioty. Wysokość punktów mnie specjalnie nie interesuje. Choć wiadomo, że im wyższe, tym bardziej się człowiek cieszy. W przyszłym tygodniu ma jeszcze matmę do napisania.

Egzaminy odbywają się od 9 do 11 godziny. Uczniowie przynoszą do szkoły tylko laptop i słuchawki, potrzebne do danego egzaminu przybory we worku lub przezroczystym piórniku i bidon z wodą. Na geografię jeszcze atlas był konieczny. Młody ponadto zabierał jeszcze swoje okulary i słuchawki wygłuszające. To ostatnie znacznie ułatwia życie osobom nadwrażliwym na bodźce. 

Teraz nauczyciele będą sprawdzać testy i się naradzać, a młodzież ma kilka dni wolnego. Pod koniec tygodnia odbędą indywidualne rozmowy ucznia z wychowawcą a następnie rodziców z wychowawcą. Ja już wybrałam (tak samo jak inni rodzice) przez internet swoje 15 minut na piątkową wywiadówkę. Szanuję możliwość wyboru dokładnego czasu rozmowy z nauczycielem. Dzięki temu wszystko przebiega w miarę sprawnie, o ile oczywiście jakiś rodzic się nie spóźni ani nie przeciąga rozmowy w nieskończoność, a oszołomów nie brakuje nigdzie. Gdy ktoś ma większe sprawy do omówienia z wychowawcą, czy innym nauczycielem bez problemu może się umówić w dowolnym momencie roku szkolengo na rozmowę.

Mnie udało się zakończyć projekt rodzinna fotoksiążka. Dzieciom bardzo się podobały i książka, i zajęcia, które im zaproponowałam. Jedna dziewczynka całowała zdjęcie swojego małego braciszka i zdaje mi się, że utrafiłam z dwoma domami... Narysowałam na dużych kartkach domy. Po jednym lub po dwa. Jednej dziewczynce dałam ten z dwoma domami, pozostałym z jednym. Ich zadaniem było wybrać z przygotowanych przeze mnie obrazków, postaci przypominające członków ich rodzin i poprzyklejać ich w domach, a potem pokolorować obrazki. Dziewczynka uradowana tłumaczyła kolegom, że ona ma dwa domy: jeden u prawdziwego taty, a drugi u swojej mamy i taty jej braciszka i z entuzjazmem zabrała się za klejenie ludzików w odpowiednich miejscach a potem jeszcze raz na obrazkach wytłumaczyła kolegom całą sytuację. Na co jeden z kolegów pokiwał głową ze zrozumieniem i oznajmił, że on ma jeden dom, w ktorym mieszka, i z mamą, i z tatą, i z braciszkiem. Chwalili się ponadto, kto ma koty, kto psy, a kto kury i jak to wszystko ma na imię. Opowiadali o braciach i siostrach i o swoich rodzicach. Bardzo miłe to były zajęcia. Jednak z koleżanek skomplementowała mój pomysł, co jednak nie przeszkodziło jej w zabraniu dziecku niedokończonej pracy z domami i położeniu na stole swojego obrazka z bałwanem, który dzieci "musiały" natychmiast jak najszybciej też pokolorować (nie ważne czy ladnie, z pomysłem, byle szybko), by mogła je powiesić na ścianie, co ma poświadczyć, że coś z dziećmi było robione. 



zajęcia dla dzieci


Obrazki z domami nie mogły być powieszone, bo 'nie były w temacie zimy ani świąt'. Nie można też było zrobić proponowanej przeze mnie "magicznej" zabawy z obrazkami i wodą w temacie  świąt, bo "tego się nie da pokazać" (w domyśle pokazać szefowej, bo nikt inny na teren świetlicy przeciez nie wchodzi). Tak oto w tym tygodniu się nauczyłam nowej rzeczy, że w świetlicy nie organizuje się zajęć ciekawych i fajnych dla dzieci, tylko takie, które bedzie mogła zobaczyć szefowa. 

No ale dobra. Jeden projekt zrobiony. Pozostało dwa. W tym tygodniu zgłosiła się też do mnie jedna wolonrariuszka z biblioteki i nawet przyszła do świetlicy omówić sprawę. Mam zdecydować, czy wolimy by przyszła czytać w ferie czy tydzien po feriach. Kminię nad tym, ale chyba wolę PO, gdy stali bywalcy świetlcy są a nie dzieci które tylko na ferie przychodzą.... A może da się i w trakcie i po....? Zapytam szefowej jeszcze na spokojnie.

Oficjalnie na ten rok kalendarzowy mój staż jest zakończony. Następnym razem juz na feriach pójdę po Nowym Roku. I to będzie dla mnie wielki test, bo mam ciągnąć 4 całe dni. Jestem ciekawa i mam cykora, ż czy dam rady. Przy tym w pierwszy piątek ma się odbyć to spotkanie noworoczne dla rodziców... 

Młody zalaminował dziś swoje rysunki z FNAFa. Całkie fajnie mu idzie nawet to rysownie po kwadracikach. Kopiuje te obrazki z sieci, ale nie umiejsza to bynajmniej zabawy z rysowania i tworzenia własnoręcznie ładnych rzeczy.

Młody laminuje swoje prace

rysunki pixelowe Młodego


Ja dokończyłam ubranka dla lalek i zabrałam je do świetlicy w pudełku. Postawiłam to pudełko na szafce w części lalkowej i obserwowałam. Dzieci po przyjściu ze szkoły i zjedzeniu ciastek rozszeły się po sali.  Jedna dziewczynka zauważyła pudełko i podeszła do niego, po czym rozejrzawszy się po sali, zajrzała do środka ostrożnie. Zamknęła wieczko i poszła do innych dziewczyn. Chwilę poźniej przyszły w kilka i zabrały się za ubieranie lalek. Bawią się codziennie. Jak się będę przez ferie nudzić, być może jeszcze więcej ciuszków uszyję. 




sukienka uszyta przez Najstarszą



W niedzielę mamy klasową wycieczkę do muzeum pociągów w Brukseli. Chodzi o klasę niderlandzkiego online. Pomysł zacny, bo spotkanie w realu choć raz z ludźmi, których na co dzień widuje się tylko na ekranie to zawsze superowa sprawa. A jednak nie chce mi się iść, bo dostanie się do tej cholernej Brukseli w niedzielę to droga przez mękę. Do muzeum mam raptem 20 kilometrów i w sumie to skuterem mogłabym pojechać, ale sama tam o tej porze roku raczej nie pojadę. Nie znam drogi, więc musiałabym używać nawigacji w telefonie, a że ja nie zawsze rozumiem, co głos ma na myśli mówiąc "za 200 metrów skręć w lewo", bo nie zawsze wiem, w które lewo. Więc często słyszę potem "zawróc, jeśli to możliwe" albo "wyznaczam nową trasę". Wtedy muszę się gdzieś zatrzymać, zdjąć rękawiczki, kask, okulary, wyjąć telefon z kieszeni, zobaczyć, gdzie jestem i gdzie powinnam być oraz ocenić logikę maszyny i porównać ją z rzeczywistymi możliwościami, a potem podjąć kolejne kroki i schować telefon, założyć okulary, kask i rękawiczki.... Po to by za 2 minuty znowu usłyszeć "zawróć jeśli to możliwe" i zacząć procedurę od nowa. A Bruksela to nie wieś, gdzie się można w każdym dowolnym miejscu zatrzymywać i nawracać skuterem, i gdzie zwykle jest tylko jedno lewo i jedno prawo do wyboru. A do tego żadna darmowa nawigacja nie ma opcji motorower, a urządzenie ma głupi zwyczaj prowadzenia samochodów przez autostrady, zaś rowerów przez polne ścieżki dla gęsi. Jedno i drugie jest niedostępne dla skutera. Aplikacja od Apple nawet nie ma opcji rower, a mój ulubiony Navigator często ma jakiś problemem z głosem, no i milczy, a ja tylko głosu mogę używać, bo nie mam mocowadła do telefonu na skuterze. Na takie nowe skomplikowane trasy zabieram Młodą, która jest świetnym nawigatorem. W tym wypadku jednak odpada. No i chyba dla mnie za duży stres mimo wszystko, jak na niedzielną wycieczkę dla relaksu. 

Autobusy do Brukseli w weekendy od nas odjeżdżają co 2 godziny, przy czym się okazuje, że ten który by mi najbardziej pasował (czyli tylko półtorej godziny bym czekała) akurat tego dnia nie jedzie, bo cośtamcośtam. Pociągiem jedzie się z przesiadką coś z godzinę i trzeba się czymś dostać na dworzec do innej gminy. A tu eko-pojeby pieprzą o tym jak to świetnie jest przemieszczać się pociągami i autobusami. Taaa. Szczególnie kurde w niedzielę! Nie dość że autobus pokonuje 20 kilometrową odległość w  godzinę, to jeszcze przyjeżdża na wieś w odstępach dwugodzinnych. Przy czym czðęsto ma co najmniej 10 minut opóźnienia, a bywa że i godzinę. Nie wiem zatem jeszcze, czy pojadę... Być może jutro wyślę wiadomość do nauczycielki, że nie jadę...




27 listopada 2022

Jesienne depresyjne dni, kosztowne zdrowie i szkolne awontury

 Zdrowie

Nastała prawdziwa jesieniucha -zimno, buro i ponuro. W takie dni człowiek nie ma chęci do działania, do tego nie rzadko ponure myśli oplątują niczym lepka ciężka pajęczyna i duszą, i ciągną na dno…

W takie dni o wiele trudniej znosi się zwykłe dolegliwości i bezsenność. A właśnie do mnie dotarło, że te moje bóle wszystkich możliwych stawów to wielce prawdopodobnie bynajmniej nie wynik przemęczania ich robotą po długich wakacjach, ale skutki uboczne hormonoterapii, a co za tym idzie, raczej nie ma co liczyć na rychłą poprawę… Nie zdziwi mnie nawet pogorszenie stanu.

Jedna z klientek powiedziała, że jej siostrze, która na podobnym etapie leczenia jest, pomaga preparat z Omega3. Wypróbuję, a nuż coś poprawi. No ale najsampierw muszę do apteki dotrzeć, a jakoś zawsze mi nie po drodze, choć niby na tej samej ulicy stoi, co nasza chałupa… ale chadzam innymi ścieżkami po wsi

jakaś wielka trawa

Nie po drodze mi w ogóle ostatnio do wszelakich instytucji medycznych, bo coraz bardziej mnie nie stać na ich odwiedzanie. W mordę jeża, ortodontka powiedziała jakiś czas temu, że po zdjęciu aparatu Młoda będzie musieć jeszcze nosić jakiś drut 🧐 i jakiś aparat zdejmowany i że to będzie trochę kosztowało… Kazałam Młodej poprosić o sprecyzowanie tego „trochę” no  i w tym tygodniu Młoda przyniosła na karteluszce listę kosztów następnej wizyty na bagatela około 500€, słownie pincet ojro. Bezzwrotnie oczywiście. No chyba ją popieściło, skąd ja niby mam wytrzasnąć pół tysiaka zaraz na początku roku?! Trzy lata temu była mowa o 2,5 tysiąca euro za leczenie ortodontyczne, a tymczasem już 3 tysiące dobiło.  Pomyśleć, że za rok Młody zaczyna tę przygodę i ma tak samo jak siostrzyczka krzywe zęby 🙈

Jacierpiędolę, ja muszę w grudniu pół miesiąca urlopu wziąć, co oznacza, że w styczniu otrzymam pół wypłaty. Chorowałam, więc „trzynastki” będę mieć też, co kot napłakał. A tu Małżonek wjechał właśnie na 40% podatek, przez co w zeszłym miesiącu dostał już wypłatę cokolwiek żenującą, a do końca roku lepiej nie będzie. A tymczasem ceny wszystkiego rosną, rosną i rosną. A faktury płyną, płyną, płyną… 

Zaraz po wypłacie muszę pójść z Młodym do optyka jakieś w miarę tanie bryle wybrać, żeby mógł w końcu lepiej widzieć. 

Sama mam tę piekielną Zometę w grudniu dostać w żyłę, co będzie ponad 150€ kosztowało, ale to faktura, którą szpitale mają zwyczaj miesiąc do trzech po wizycie dopiero wysyłać, więc to zmartwienie na potem.

W minionym tygodniu zadzwoniłam do pielęgniarki z kliniki piersi, by spytać, czy tzw Decapeptyl (na utrzymanie stanu menopauzy) mam ciągle brać co miesiąc. Sprawdziła w kompie i powiedziała, że tak, dopóki biorę piguły Femary (terapia hormonalna), mam dostawać te zastrzyki, czyli przez 5 lat. No okej, terapia hormonalna u nas  przynajmniej jest za friko. Oznajmiła, że doktor, który mnie operował, wypisze mi nową receptę. Miała mu to powiedzieć.  Po kilku dniach sprawdziłam w aplikacji medycznej no i nic nie ma. Albo nie powiedziała, albo ten zapomniał wklepać w system. Muszę po niedzieli ponownie tam dzwonić, bo zastrzyk muszę wziąć w tym tygodniu. A ja nie znoszę dzwonić gdziekolwiek. Stresuje. nie telefonowanie okropnie. Rodzinny też mi niby to może przepisać, ale takie rzeczy wolę, by doktor prowadzący przepisywał. I tak dobijaj się, człowieku, i proś o wszystko.

A tu jeszcze Młoda ma jutro do psychiatry i kolejna stówa. Tyle, że koszty psychiatry niemal w pełni refundowalne więc tylko na chwilę trzeba się stówy pozbyć.

A po Nowym Roku chciałam w końcu Młodego przebadać w kierunku autyzmu, co też blisko 500€ będzie nas kosztowało. 

Trza być kurde bogatym, by dbać o zdrowie fizyczne i psychiczne. A my raczej do tej grupy się nie zaliczamy… Coraz trudniej to wszystko ogarnąć, a tu, panie, grudzień i dwie ważne uroczystości urodzinowe oraz czas prezentów mikołajkowo-choinkowych. Człowiek chce choć raz na kilka miesięcy coś fajnego i miłego zrobić dla bliskich i siebie samego, choć raz-dwa razy do roku jakoś inaczej, wyjątkowo spędzić czas. Coraz trudniej nawet o te drobiazgi.

Przez tego mojego pieprzonego raka mijający rok był wyjątkowo gówniany, a gdy dodać do tego chore okoliczności pandemii i jakichś parszywych wojen to prawda jest taka, że na co dzień zwyczajnie nie chce się człowiekowi żyć. Strach jest myśleć o przyszłości, coraz trudniej się cieszyć teraźniejszością, gdyż spoza stosu nieopłaconych faktur coraz ciężej zobaczyć resztę świata nawet tego najbliższego. 

Mam nadzieję, że mimo wszystko, uda nam się, jak zawsze dotąd jakoś wszystko tak zorganizować, by urodziny dziewczyn i koniec roku były dla nas momentami wyjątkowymi. Jeszcze ciągle mam trochę energii i odrobinę magicznej mocy, by bez wychodzenia z domu i wydawania fortuny sprawić, by dany dzień był inny niż wszystkie. Nie ukrywam jednak, że coraz trudniej mi to przychodzi… Bo wszystko mi coraz trudniej przychodzi i coraz częściej mam wszystkiego dość, i nie chce mi się ciągle napierdalać z tymi wiatrakami ani toczyć kamienia pod górę… Boję się, że w końcu przyjdzie taki dzień, w którym nie będzie mi się wcale chciało chcieć…

Na razie jednak staram się żyć i kombinować tak, by jutro miało jeszcze jakiś sens. Staram się unikać myślenia o dalszej niż jutro przyszłości. Rzadko czytam wiadomości ze świata. Żyję z dnia na dzień, z godziny na godzinę. Nie rozglądam się za bardzo, nie zadaję zbyt wielu pytań, nie chcę wiedzieć, jak żyją inni i czego im brakuje, bo to ich problem, a ja mam swoich dość… 

Ludzie z problemami

Sąsiadka coraz bardziej mnie irytuje, gdy przychodzi się żalić na swój ciężki los. Tak, faktycznie ma ciężko - młoda samotna kobieta, którą dopadły tak poważne problemy zdrowotne, że od ponad trzech lat nie jest w stanie pójść do pracy, a zasiłku nie starcza jej nawet na podstawowe wydatki. Szanse na poprawę zdrowia niewielkie. Już komornik do niej wydzwania i straszy więzieniem, bo ma mnóstwo rzeczy niezapłaconych od wielu miesięcy. Boi się, że nie długo odetną jej prąd albo wyrzucą z mieszkania… W Belgii ma tylko matkę, wujka i ciotkę. Całe życie pracowała ciężko. Ostatnie lata na noce w ochronie.  Pomoc społeczna z jakiegoś powodu całe gówno jej pomaga (mam porównanie z innymi gminami, gdzie inni znajomi dostali pomoc). Co tydzień chodzi po dary żywnościowe, ale to co czasem dostaje to dla mnie jest szok: przeterminowane produkty ze sklepu i to takie, że nie wiadomo czy się czy się śmiać, czy płakać. No sorry, ale co głodnemu po 3 butelkach sakramencko ostrego sosu albo jakichś wielkich kolorowych liściach z buraków ćwikłowych (szukałyśmy w internecie, bo przyszła się spytać, co to, a ja też nie wiedziałam)? Wysłali ją na kurs o rozsądnym gospodarowaniu pieniędzmi. Poszła i wpadła w ogromne nerwy, bo tam ludzie opowiadali o tym jakie wakacje wykupili, jakie rzeczy do domu kupują, co to nie gotują, a laska nie ma często na zwykły chleb… Podejrzewam, że ona im w gminie wszystkiego o sobie nie powiedziała, bo wiem że już samo pójscie po pomoc było dla niej ogromnym powodem do wstydu. A gdy przyznała się rodzicielce, ta ponoć kilka dni płakała, bo to dumna kobieta po przejściach, która też całe życie harowała by jakoś z córką przeżyć w obcym kraju…

Sąsiadka przychodzi, jak tylko zobaczy, że jestem w domu,  i opowiada o tym wszystkim, o myślach samobójczych (od lat jest na antydepresantach), złości się, że ktoś na fb zamieścił fotkę sztuki drogiego mięsiwa, bo uważa, że ten ktoś powinien się wstydzić, gdyż kogoś nie stać na mięso… A ja mam odmienne zdanie na ten temat, bo ja uważam, że żaden człowiek w żaden sposób nie jest odpowiedzialny za problemy innych ludzi ani wcale nie musi się problemami innych ludzi interesować (choć może) ani zastanawiać na każdym kroku, co inni sobie pomyślą o jego talerzu,  jego butach, cyckach, czy zachowaniu. Bez przesadyzmu! Czytałam już nie raz na insta, że np szczupłe laski są zasypywane żalami, iż zamieszają swoje zwykłe zdjęcia bez brania pod uwagę, co ludzie z nadwagą sobie pomyślą i jak się poczują ze świadomością istnienia na świecie ludzi szczupłych. 

Ludzie, może zatem zakażmy w ogóle tworzenia w mediach profili kucharskich, bo ktoś na świecie jest głodny, zakażmy profili fryzjerskich, bo są ludzie łysi, zakażmy reklam bielizny, bo niektórzy nie mają cycków, nie pokazujmy zdjęć domów, bo na świecie tylu bezdomnych, nie róbmy zdjęć wody, bo tylu ludzi umiera z pragnienia… Mogę wymieniać bez końca… Nie tędy droga!

Szczęściem i powodzeniem ludzi kieruje w dużej mierze ślepy los. Jakiś tam wpływ (są tacy, co twierdzą, że duży) na życie własne mamy sami dokonując różnych wyborów i podejmując decyzje, ale to od losu zależy, gdzie i kiedy przyszliśmy na świat (jak ktoś się urodził w biednej patologicznej rodzinie w dziurze zabitej dechami na końcu świata nigdy nie dorówna urodzonemu w bogatej wpływowej, kochającej rodzinie w samym centrum świata. I - moim zdaniem - ten drugi nie ma żadnego obowiązku, by tym pierwszym się przejmować czy w ogóle interesować, choć bez wątpienia miło by było, gdyby tak zrobił.) 

Ja nie oczekuję, by ktoś się ze mną czymkolwiek dzielił, by mi w jakikolwiek sposób pomagał, ale oczywiście jestem wdzięczna i szczęśliwa, gdy tak się dzieje, a dzieje się dosyć często, bo na tym świecie jest sporo dobrych ludzi.

Sama też służę innym pomocą i wsparciem, gdy tylko mogę, gdy mam czas i możliwości. Ale nienawidzę, gdy ktoś w jakikolwiek sposób próbuje mnie zmuszać lub natrętnie namawiać do udzielania drugiemu owej pomocy, wsparcia czy współczucia. Nie lubię też, gdy ktoś nadużywa mojej dobroci. Zwykle dosyć szybko to się obróci przeciwko niemu. Bo wszystko ma swoje granice. Moja cierpliwość też.

Lubię sobie poplotkować z moją sąsiadką. Fajnie jest sobie razem ponarzekać na pogodę, powspominać czasy dzieciństwa i powymieniać się doświadczeniami. Jestem też bardzo dobrym słuchaczem. Wiem, że umiem słuchać i że dzięki wysokiej wrażliwości, bogatemu doświadczeniu oraz dosyć dużej wiedzy psychologicznej potrafię zrozumieć większość ludzi i wczuć się jednym tchem w ich sytuację. Powiem więcej, lubię słuchać ludzi, na prawdę ciekawią mnie ich historie i przemyślenia. Jestem przy tym bardzo cierpliwa i wyrozumiała. Ale to jest też ogromnie wyczerpujące i dołujące. Słuchając zwierzeń ludzi przeżywam osobiście ich problemy i emocje niemal jak własne. I jak własne próbuję je rozwiązać. Często nie śpię potem po nocach i mam trudności ze skupieniem się na codziennej pracy i obowiązkach, bo myślę i kombinuję, jak mogę temu komuś pomóc…

A tymczasem moje życie samo się nie przeżywa i moje problemy same nie rozwiązują. Żyję więc za dwóch albo i więcej ludzi, bo ja przyciągam ludzi z problemami jak gówno muchy.

Kiedyś znowu dostałam wiadomość na instagramie od pewnej dosyć znanej blogerki. Znanej ogólnie, ale nie koniecznie przeze mnie. Obserwuję jej profil gdzieś tam jednym okiem czasem, bo też jest Polką z zagramanicy, ale nie można rzec, bym była wielka fanką. Co nie zmienia faktu, żem na pogaduchy zawsze otwarta jest. Kobieta zagaiła, bo to samo co mnie jej się przytrafiło i chciała popytać o wrażenia z tych różnych terapii… Wiadomes! 

No i fajno, wymieniłyśmy się numerami, zdzwoniłyśmy się, pogadałyśmy jak rak z rakiem. Tyle że w pewnej chwili  zrobiło się dla mnie trochę… dziwnie, gdy moja nowa znajoma nagle zaczęła opowiadać o różnych dodatkowych alternatywnych terapiach z różnych krajów za tysiące euro, które sobie była zafundowała i przekonywać, że dla własnego zdrowia każdą kwotę warto wydać i że jakbym była zainteresowana, to mogę walić do niej jak w dym… Postanowiłam ograniczyć się do podstawowych terapii i nie myśleć o tym, co by było gdyby… 

Przede mną leży faktura ze szpitala na 50€ i z drugiego szpitala na 20€. Mam akurat dokładnie tyle na swoim koncie i za chwilę zrobię przelewy. Konto uzupełni się około 5 grudnia o wypłatę sprzątaczki pracującej na część etatu. Do tego czasu będę żyć z oszczędności. Przechowuję je w zielonym portfeliku z ananasikiem. Rano liczyłam, skwapliwie wydzielając Małżonkowi dychę na chleb i przestrzegając go, by nie przepierdolił reszty na głupoty. Zostało mi 20 euro i 60 centów. Dobrze, że mój rower napędzany jest na dwie kanapki i kubek herbaty… 😜 

A jeszcze lepiej, że ciągle umiem się cieszyć z małych rzeczy i mam dystans do świata oraz wielkie poczucie humoru 😎


Dary jesieni

Dostałam od klientów trochę żurawiny z ich ogrodu. Zrobiłam dwa słoiki dżemu i zajadamy dla zdrowotności.

Inny klient powiedział, gdzie ma nieużywany orzech, pod którym mogę iść zbierać dowoli. Poszłam i całą skrzynkę orzechów nazbierałam, ku radości swojej i dzieci. Łupiemy i zażeramy codziennie. Trzeba korzystać, jak jest okazja ☺️.



Szkoła.

W zeszłym tygodniu była w podstawówce pierwsza stacjonarna wywiadówka od czasów koronnych. Dziwnie tak nagle ot tak po prostu z nauczycielem w cztery oczy na żywo gadać.

oczobolnie żółty szkolny korytarz


Wychowawca nie powiedział niczego, czego bym nie wiedziała na temat naszego synia. Dużo gadaliśmy o wyborze szkoły średniej. Pytał, czy wiemy już, gdzie Młodego chcemy zapisać, a ja spytałam, czy będą w tym roku odwiedzać okoliczne szkoły średnie, jak to drzewiej bywało. Odrzekł, iż nie może tego obiecać, ale jest pomysł, że podzielą klasę na trzy grupy zgodnie z zainteresowaniami i predyspozycjami, by w jednocześnie  zaliczyć trzy okoliczne szkoły: ogrodniczą, techniczną oraz ogólniak. Młody by wtedy do tej technicznej mógł pójść, bo to jedna z dwóch szkół, które rozważamy. Druga jest w innej gminie, więc tam i tak nie pójdą z klasą.

Nie dawno przysłali ulotkę o dwudniowym workshopie zaplanowanym na ferie przez tę techniczną szkołę, gdzie w planie stało np drukowanie w 3D, programowanie robotów itp. Od razu wysłałam zgłoszenie Młodego, ale już nie było miejsc. Wpisali go na listę rezerwową, informując, że jak wystarczająco chętnych się uzbiera, to drugą grupę zorganizują… W tym tygodniu przyszło potwierdzenie, że będzie workshop. Zapłaciłam od razu te siedem dych, by się nie rozmyślili, bo Młody jest wielce podekscytowany, a jest to dla nas wszystkich ważne nie tylko z powodu fajnej zabawy dla syna, ale też wyboru szkoły, bo na tych zajęciach Młody będzie miał szansę zobaczyć samą szkołę od środka oraz organoleptycznie przekonać się, czy to jest dla niego adekwatny kierunek, tzn czy takie rzeczy jak technika mu się podobają. Moja nowa klientka - była nauczycielka - mówi, że ta szkoła jest świetnie wyposażona jeśli idzie o nowe technologie i wszelakie inne materiały do nauki i razem z małżonkiem  znawcą techniki i komputerów polecają ją z całego serca jeśli dzieciak lubi technikę i chce się uczyć w tym kierunku, a komputery, roboty i nowe technologie to przyszłość.

W tym tygodniu szósta i piąta klasa odwiedziły też Technopolis w Mechelen. Młody opowiadał o wycieczce z ogromnym entuzjazmem. Strasznie mu się podobało. Mieli fajne zadania, gdzie zdobył całkiem przyzwoite punkty. Punkty będą oczywiście na raporcie. Przypomnę niewtajemniczonym w szkolnictwo flamandzkie, że u nas szkolne wycieczki i obozy są obowiązkowe (nieobecność musi być usprawiedliwiona zwolnieniem lekarskim) i są związane z programem szkolnym, ewentualnie z tematem roku szkolnego (w tym roku u nas jest temat impreza). Wszelakie koszty wycieczek i obozów dołączane są po prostu do szkolnych faktur. Część jednak jest dofinansowana z różnych źródeł, jak nie z gminy, czy ogólnie z państwa, to z funduszu zdrowia, to Komitetu Rodzicielskiego w rezultacie często płaci się tylko jakieś groszowe sprawy. Tylko obozy no i wycieczki zagraniczne mogą czasem mocno uderzyć po kieszeni.

A gdy ładna pogoda, czasem lekcje mają na podwórku, a wychowawca opowiada o tym na fejsbukowej grupie klasowej. Dobrze czasem podglądnąć trochę dziecko w szkole czy na wycieczce nie tylko z okazji wywiadówki.




Kury

W zeszłym roku wstawialiśmy na zimę kurnik do werandy, ale w tym roku wpadliśmy na pomysł, by zanieść kury do szopy i tak też uczyniliśmy. Przenieśliśmy kurnik wieczorem z kurami w środku z nadzieją, że łatwiej zrozumieją nową sytuację. No ale pierwsze dni było trochę śmiechu i zachodu. Głównym problemotwórcą okazał się jak zwykle nasz Henio Złotopióry. Kogut o małym rozumku.
Rano otworzyliśmy kurnik, ale o 10tej kury ciągle były w kurniku. Po zbadaniu sprawy się okazało, że Heniek zastawił drogę i zabrania dziewczynom opuszczać bezpieczne schronienie. W szopie jest ciemno i strasznie, a do tego mieszkają tam pudełkowce. Heniek widział nie raz i nie piętnaście, jak człowieki tam te wszystkie okropne pudełka zanoszą. Dlatego nie pozwolił kurom wyjść. Czlowiek wysadził wszystkie kury. Wtedy Heniek chcąc nie chcąc musiał za nimi podążyć.
W dzień kury, które już w szopie nie raz grzebały, zwyczajnie chodziły kolejno do kurnika by znieść jajo. Wieczorem zaczęły też powoli zbliżać się z grzebaniem w stronę drzwi szopy, ale wtedy kogut wydawał to swoje ostrzegawcze zamruczenie i one się zatrzymywały zdziwione. Nie pozwalał im wejść! Wzięłam garść suszonych robaczków i kucnęłam w drzwiach. Bożena natychmiast podbiegła, ale ten strachajło znów wyburczał zakaz. Kurde, złapałam w końcu cholernika, co nie nie było łatwe, bo on nie lubi być łapany, a wtedy Młoda pozbierała kury i umieściła w kurniku. Na koniec wsadziłam tam i koguta.

Kolejnego dnia znowu blokował kurom wyjście, ale jak Bożena ominęła przeszkodę i wyszła, to i on wyskoczył. Wieczorem troszkę gromadkę pokierowaliśmy w stronę drzwi. Weszli do szopy, ale zaciekawili się rowerami i zaczęli im się przyglądać. Potem się okazało, że zielony dywan ogrodowy wyłożony dla miększego lądowania to lawa i głupki bały się na to wejść, ale jak odważniejszej Sunny nie spaliło, to i reszta też przeszła po tym. Heniek głowił się przez dobrych kilka minut nad starą drabinką opartą o ścianę zamiast o kurnik i zastanawiał się, czy to nowe coś może do tego samego służyć i czy to też nie lawa… 

Teraz już jest okej. Tylko, że wczoraj ja sobie poleżałam w łóżku do ósmej, dzieci do południa, a Małżonek nie wiedział, że Heńka trzeba zawołać po imieniu, a nie tylko po prostu drzwiczki otworzyć, no i wyszli wszyscy, dopiero jak wychyliłam w piżamie łeb z domu i powiedziałam im, żeby wyszli, bo dzień… A ludzie myślą, że z kurami to taka prosta sprawa, a tu jak do człowieka trza porozmawiać, opowiedzieć o życiu…



Film o złym Mikołaju


Młody jest nadal na etapie horrorów i szukałam Gremlinów. Znalazłam ten film w bibliotece Apple’a do wypożyczenia, ale algorytmy zasugerowały mi podobne filmy i moją uwagę przykuł holenderski  film o Mikołaju. Legenda Mikołaja jako thriller? Zostawiliśmy Gremliny i wypożyczyłam „Sint”. Dobre!
Gdy 5 grudnia wypada pełnia, zjawia się duch Mikołaja z ekipą. Przypływają na upiornej szalupie i gonią po Amsterdamie łapiąc do worków dzieci i mordując dorosłych. 

Jakość efektów i realizacja nie jest jakaś powalająca, ale ta alternatywna historia Mikołaja nam się bardzo spodobała. Dla normalnych grzecznych dzieci zdecydowanie NIE POLECAM! Wrażliwym na krwiste urzynanie głów i rąk też nie. Film jest po niderlandzku. 













6 września 2020

Pierwszy tydzień września za nami. Było ekscytująco.

 Pierwszy tydzień września za nami. Było ekscytująco.

Jak wiadomo, ja nie należę do osób padających na twarz przed wirusami w koronach. Nie boję się tylko dlatego, że ktoś odkrył, iż nowa grypa jest ociupinkę bardziej śmiertelna od swoich poprzedniczek. Wielkie mi tam ajwaj. Jednak obserwuję z wielkim zainteresowaniem to, co się dzieje i próbuję jakoś się do tego dostosować, bo nie mam innego wyjścia. Wszak muszę żyć w tym cyrku, bo nie mam akurat żadnej innej planety na podorędziu, dokąd mogłabym się wyprowadzić z Resztą z Piątki. A jakoże mój blog jest pamiętnikiem, to teraz każdy wpis praktycznie związany jest z covid-19, bo nie da się przed tym uciec za diabła. Choć staram się jak mogę ;-)


Młody był wielce podekscytowany rozpoczęciem roku szkolnego. Nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie zobaczy wszystkich swoich klasowych kolegów. W pierwszy dzień darł rowerem do szkoły pod górkę, tylko gwizdało i nawet ani razu nie poskarżył się, że daleko (ciutkę ponad 1 km, ale pod górkę). Jechałam elektrykiem na baterii na 2 biegu, gdy zwykle wyłączam silnik i wlekę się jak żółw z anemią. Bardzo mu się śpieszyło do szkoły, co bardzo mnie raduje.

Jak wygląda nasza podstawówka w czasie korony?

W podstawówce bardzo sprytnie sobie poradzili z ruchem podszkolnym z okazji korony, ale jak dla mnie tak powinno i mogło być już dawno. Przypomnę tu dla ewentualnych nowych czytelników, że w Belgii wszystkie szkoły są ogrodzone i rodzicom nie wolno pałętać się po terenie szkolnym, a wszystkie lekcje w każdej klasie i w całym kraju zaczynają się o tej samej godzinie i o tej samej kończą. Rano zatem przyprowadzamy dziecko POD SZKOŁĘ, gdzie jest odbierane przez jakiegoś nauczyciela  a wieczorem je odbieramy. 

Rano jest normalnie - przyprowadza się smrola pod bramę (pirszoroczni z klasy wstępnej przedszkola czyli 2,5latki mogą wejść z mamą do szkoły i tam sie pożegnać, ale to 5 dzieci na krzyż). Tyle, że teraz wywalili jedno pole płotu odgradzającego parking rowerowy od podwórka i starszaki (od 1kl podstawówki) wchodzą tamtędy na podwórko, a przedszkolaki starą drogą na swoje podwórko (u nas są osobne podwórka dla przedszkola i podstawówki, choć połączone kilkoma furtkami i szkołą. Wszyscy muszą użyć żelu antybakteryjnego, którego flaszki z dozownikami są wszędzie - przy bramie głównej, przy drzwiach, pod klasą, w klasie itd itd. (Ile to musia ło kosztować? I kto za to zapłaci?!) W każdej klasie są też umywalki, więc można też myć łapy wodą i się myje, bo nauczyciele każą to robić, co chwilę. Wreszcie bachory mają czyste ręce haha.

Po południu wymyślili bardzo fajne rozwiązanie jednak. No, ale to jest możliwe w naszej w szkole, która ma kilka bram i kilka (naście?) wyjść, a nie każda ma. Starszaki podzieleni są na 3 grupy:

1. Dzieci, które same wracają do domu i które są przeprowadzane na skrzyżowaniach przez nauczycieli 2. Dzieci, które nie mają rodzeństwa w przedszkolu.

3. Dzieci, które mają rodzeństwo w przedszkolu.

Każda grupa zbiera się w innym miejcu zabrawszy uprzednio swoje rowery, hulajnogi czy deskorolki z parkowiska.

Przedszkolaki czekają w klasach, bo każda klasa ma własne wyjście na podwórko i rodzice najpierw idą po ewentualnego starszaka z grupy 3, a potem maszerują w koło szkoły i zabierają swoje maluchy z klas, po czym kierują się do małej furtki z drugiej strony szkoły.

Rodzice niemający maluchów w przedszkolu, kierują się od razu do grupy 2, biorą swoje dziecko i ewentualnie dzieci sąsiadów, co do których mają pisemną zgodę na zabranie (nikt ci tu nie da dziecka bez zgody! w jednorazowych nagłych wypadkach wystarczy telefon do szkoły, że ten i ten zabierze twoje dziecko) i maszerują do dużej bramy wjazdowej, która też jest z innej strony niż normalne wejście dla pieszych.

Jak dla nas tak już może pozostać na zawsze. Wreszcie nie ma chaosu i przepychania (przypominam - tu wszystkie dzieci od 2,5 do 12 lat wychodzą o tej samej godzinie,), nikt sie nie pcha pod prąd z rowerem, parasolem, wózkiem dla dzieci. Jest ruch jednokierunkowy. Dla mnie bomba, bo nienawidzę nieskoordynowanych tłumów.

Co dzieje się w szkołach średnich w czasie korony? 

O ile w podstawówce widać  w miarę logiczne rozwiązania i dostosowanie sie do wytycznych Rady Bezpieczeństwa (patrz poprzedni wpis), tak w średniej jest raczej cyrk na kółkach i jaja jak berety. Pomysły szkół średnich naszych dzieci skłaniają do głębokiego zastanowienia się nad tym, ile w tej tzw pandemii i tej historii o tzw strasznym wirusie jest prawdy i o co tu tak na prawdę komuś chodzi i czy w ogóle co coś chodzi i  komu... Może jak kto jest mało myślący i mało spostrzegawczy a do tego zdominowany przez strach, to nie zauważy niczego dziwnego w tym, co ja widzę i nie będzie tego rozkminiał, ale ja tam lubię jak mi wszystkie puzzle do siebie pasują...

No bo kurde, z jednej strony poustawiali wszędzie te dozowniki z żelem odkażającym, każą myć te ręce, każą zachowywać 1,5m dystansu, wymagają noszenia masek na lekcjach itd itp, a z drugiej strony inne działania szkoły - MOIM NADER SKROMNYM ZDANIEM - przeczą temu, co każą i temu, czego wymagają od uczniów...

W klasie Młodej w zeszłym roku było 16 uczniów na fotografii, bo tyle zwykle jest w tej szkole uczniów na fotografii, bo taką ilość jest w stanie ogarnąc belfer i taka ilość mieści się w sali. W pracowni fotograficznej mieści sie max 10 ludzi i dlatego oni mają dwóch belfrów do fotografii i dzielą klasę na 2 grupy. No ale w tym roku klasa liczy sobie 25 uczniów! Młoda opowiadała, że jest taka sala w Domu Kreatywnym, gdzie mieści się normalnie 15 osób, no ale okazuje się że i 25 się zmieściło. Pani tylko musiała swoje biurko odstąpić...

Pytam Młodej, czy stoliki są oddzielone od siebie, tak jak kazali? Są. Teraz stoją 5 mm jeden od drugiego xD.

Interpretacja nakazów, jak powszechnie wiadomo, może być różna, a pomysłowość ludzka nie zna granic. Jak zakazali urządzać imprez na 1000 osób, to ludzie sprzedawali tylko 999 biletów, tak że ten...

Szkoła Najstarszej poszła dalej. Z okazji pandemii (no dobra, pomimo) postanowiono połączyć do kupy dwie szkoły średnie na wiosce. Niby nic złego, ale teraz uczniowie przechodzą na poszczególne lekcje z jednej szkoły do drugiej (zwykle na przerwie południowej bo - było nie było - to jest około kilometra drogi) albo jeden dzien mają tu, a drugi tam. Niby nic nadzwyczajnego, ale skoro Rada Bezpieczeństwa i inni tam eksperci zalecali, żeby uczniowie teraz w czasie korony jak najmniej zmieniali sale (SALE!), to dlaczego szkoła akurat teraz każe uczniom łazić ze szkoły do szkoły? O salach już nawet nie mówię... Najstarsza pokazała mi plan lekcji. Któryś tam dzień 6 lekcji CPL (commersiele presentatie en lifestyle) pod rząd, ale każda lekcja w innej sali i na innym piętrze. I taki jest cały tydzień - każda lekcja w innej sali. A przerwa? Chaos kontrolowany. Duża mówi, że przedtem to było w szkole fajnie, spokój, cisza, mało ludzi, a teraz są koszmarne tłumy jak przylezą ci z tej drugiej szkoły. Nawet gdzie stanąć na podwórku nie ma. A na podwórku nie nosi się przecież masek (na razie). Można jeść na podwórku albo w jadalni, ale trzeba raz wybrać, gdzie sie je. Nie można zmieniać. Przy czym w jadalni są automaty z jedzeniem (kanapki, napoje - zdrowe). Jak jesz w sali, możesz z nich korzystać. Jak jesz na podwórku to nie możesz. I bądź tu mądry.

Mnie to tam równo w paski, czy oni siedzą w klasie osobno czy w 5 przy jednej ławce, ale to wszystko jest zwyczajnie zabawne i po prostu ciekawe, ale też durne do kwadratu. Bo co jak co, ale od szkoły to ja bym jednak oczekiwała jakiejś logiki i konsekwencji.

Jak wygląda test na covid-19 w Belgii?

Jednak dla nas osobiście szkoła w tym tygodniu była mniej ważna. Mieliśmy bowiem o wiele ciekawsze zdarzenia w kalendarzu. Pierwszego września Najstarsza miała zaplanowany ten głupi test na covid-19. Dalczego głupi? Ano dlatego, że moim skromnym zdaniem, na co wskazują wszystkie znaki na niebie i ziemi to pic na wodę fotomontaż...Ci którym wyszło pozytywnie MAJĄ koronę, a ci którym wyszło negatywnie MOGĄ MIEĆ koronę. Jutro będzie padać albo będzie słonecznie - powiedział mój test na pogodę.

Tak czy siak ten głupi test jest ohydny i obrzydliwie nieprzyjemny, ale daje się przeżyć (choć życzę go tylko tym, których nie lubię). Trwa 5 minut (u nas, bo za inne miejsca nie odpowiadam). Przychodzi się do punktu testowego ze skierowaniem od lekarza lub ze szpitala oraz z dowodem osobistym. U nas punkt testowy zorganizowano koło szpitala w specjalnie w tym celu przywiezionych skądsiś budkach-panelokach. Wchodzi się do budy, gdzie skanuje się dowód w czytniku. Przypomnę, że  belgijskich dowadach z chipem jest zapisany adres i ubezpieczenie, ale po skorzystaniu z czytnika pojawiają się  także wszystkie inne dane, które są przyporządkowane do naszego numeru (ichni PESEL),a które w danej bazie danych zostawiliśmy. W tym wypadku to nazwisko i dane lekarza prowadzącego, cel badania i pewnie w cholerę innych rzeczy medycznoszpitalnych.

Potem wkładają długi wycior przez nos prawie że do mózgu, obracają, wyjmują i chowają do słoiczka. Wynik jest na drugi dzień. Nam powiedzieli, że jak negatywny, to nie będą dzwonić, czyli spokojnie można iść na zabieg. Czy jednak negatywny test oznacza brak zakażenia covid-19 to już bym nie była taka pewna, ale jak mus to mus.

Zabieg. Usuwanie cysty na nadgarstku.

Zabieg Najstarsza miała w piątek. Dzień wcześniej - zgodnie z tym, co kazało w instrukcji ze szpitala - zadzwoniono do nas, by poinformować nas, że mamy być na 7.15 na chirurgii, że córka od północy nie może pić, jeść ani palić i że ma mieć ze sobą wszystkie zalecane dokumenty. Rano stawiliśmy się na chirurgii i wtyknęliśmy dowód do czytnika, skąd już pani w okienku wiedziała, kto jest naszym lekarzem rodzinnym, jaki mamy adres i nr telefonu, po co i do kogo przyszliśmy. Zapytała o ubezpieczenie szpitalne. Nie mamy. Zapytała, jakie atesty i zwolnienia (do szkoły, pracy) będą nam potrzebne. Przypięła córce bransoletkę z kodem paskowym i nazwiskiem i kazała czekać w poczekalni. A za chwilę przyszła pielęgniarka i zabrała Dużą. Uprzednio zapytała, czy Duża ma telefon i powiedziała, że około 10 godziny Duża, będzie mogła po mnie zadzwonić. Duża nie zadzwoniła, bo wolała się czilować w spokoju. Typowe dla niej. Gdy minęła 11 w końcu zaczęłam się niepokoic i zapytałam w okienku, czy mogą sprawdzić jak tam sprawy. Babka natychmiast zadzwoniła na oddział i pokazała, gdzie mam iść. 

I znowu po raz kolejny się zdziwiłam, że tutaj w szpitalu ci wszyscy ludzie są tacy mili, uprzejmi, uśmiechnięci, że nikt nigdy nie warczy na człowieka. Nie ważne czy to pielęgniarz, doktor czy salowa. Cholera, ciężko jedno od drugiego nawet odróznić, bo w ogóle nie widać różnicy w zachowaniu ani traktowaniu ludzi. Oni są tu wszyscy równi i tak samo sie wszyscy do obcych ludzi odnoszą. Oczywiście każdy ma czasem zły dzień i muchy w nosie, ale to czasem i bardzo rzadko to tu widać. Wszyscy tu są na TY i to jest fajne. Do lekarza można mówić panie doktorze, czy pani doktor, ale wcale nie trzeba. Mówisz per ty i też jest okej. 

Doktorka Najstarszej miała jeszcze jakiś inny zabieg, jak przyszłam na salę. Za chwilę jednak wparowała i drze się "wszyscy możecie iść do domu!", a było tam całkiem sporo ludzi. Potem jednak podeszła do reszty personelu , przypomniała o wydrukowaniu zwolnień i recept, a potem podchodziła do pacjentów po kolei. "Hej Zuzanna, jak tam? Nie boli...?" Jak stara znajoma albo jakaś ciotka a nie doktorka. Lubię to. 

Podobał mi się też układ sali. Personel był na środku sali z całym swoim majdanem  (komputery, strzykawki, kroplówki i takie tam) a pacjenci na łóżkach rozstawionych promieniście wokół pod ścianami. Każde łóżko oddzielone miniścianką i posiadajace zasłonkę, by każdy miał trochę intymności. Do tego na sali dwie toalety...

Może dla was to zwyczajna zwyczajność i nie ma się co podniecać, ale ja miałam kilkukrotnie przyjemność doświadczyć polskich, czyli trochę innych warunków szpitalnych, toteż ciągle się dziwuję, że można tak po ludzku być traktowanym w szpitalu, a nie że latasz z gołą dupą po korytarzu, że stoisz w kolejce do kibla i prysznica, że w sali masz zimno jak w psiarni, że w recepcji traktują cie jak jakiegoś menela, że każdemu najbardziej  gównianemu doktorkowi wydaje sie, że jest bogiem, a pielęgniarki wylewaja na ciebie swoje żale, bo im się w życiu nie układa. I nawet nie próbujcie mnie przekonywać, że w Polszy "teraz to już się zmieniło" (często widuję takie bzdurne wpisy w sieci), bo zaledwie kilka tygodni temu teściowa musiała błagać o ściągnięcie gipsu , a pierdolnięte coś, co tam nazywają nie wiadomo czemu  lekarzem kazało jej UWAGA "krowy iść paść", zaś plebs czekający w poczekalni jeszcze przekonywał, że nie może się kłócić ani iść do ordynatora, że ma zwiesić głowę i najlepiej do do dupy wleźć bo "to przecież PAN DOKTÓR... Średniowiecze!

No ale tutaj mamy wszystko płatne, nie ma darmowej opieki medycznej i to pewnie robi różnicę. Za każdy zabieg, każdą wizytę, za każde przyjęcie na pogotowie trzeba zapłacić z własnej kieszeni, a nie są to małe kwoty. Dniówka, w sensie pobyt na tym oddziale to trochę ponad 500€, do tego chirurg, anestozjolog, medykamenty itd. Fakturę dostaniemy gdzieś za 2 miesiące, ale spodziewam się raczej grubo ponad tysiąc euro. Oczywiście sporo na pewno pokryje ubezpieczyciel, ale to i tak nie są tanie rzeczy. Przy poważnieszych operacjach, chorobach trzeba wydać fortunę na szpital, nawet jak się posiada ubezpieczenie szpitalne. No ale coś za coś. Belgia jest w czołówce, jeśli idzie o opiekę medyczną. Co widać słychać i czuć, a już szczególnie, gdy wcześniej poznało się organoleptycznie taką opiekę medyczną, jaka była i jest w Polsce.

Problem mamy tylko z brakiem lekarzy, o czym słyszałam już wcześniej, ale teraz właśnie udało nam się to potwierdzić. Najstarsza dostała zwolnienie tylko na dzien zabiegu, a nie bardzo jest w stanie dostać sie do szkoły o jednej ręce, bo trzeba dojechac na dworzec kolejowy rowerem a to jest prawie 5km. Zwolnienie z wf to też o wiele za mało, gdy chodzi się do szkoły zawodowej, gdzie większość lekcji wymaga sprawnego posługiwania się obydwiema rękami. Dlatego musimy zdobyć dla niej zwolnienie ze szkoły. A tu pech, nasz rodzinny jest do połowy września na wolnym. W okolicy mamy sporo innych lekarzy rodzinych, nawet u nas na wiosce jest drugi, ale niestety większość nie przyjmuje nowych pacjentów. Ponad 10 doktorów tak miało napisane w necie. To dało nam trochę do myślenia, bo nasz rodzinny lada moment pewnie pójdzie na emeryturę, a wtedy cała kupa ludzi będzie musiała znaleźć nowego doktora. Dlatego myślimy, że dobrze iż akurat tak się złożyło, że musimy szukać lekarza. Zapisałam Najstarszą i Małżonka do jakiegoś młodego doktora. Trochę daleko od domu i będę szukać nadal po okolicy także w sąsiednich gminach, ale tego sprawdzimy. Może akuratnie fajny gostek i zostaniemy tam.

W minionym tygodniu Młoda wreszcie dokończyła zakładanie pierwszej połowy aparatu na zęby. Na razie ma górę, ale i tak ją już boli i utrudnia życie. Śmieje się, że taraz bedzie jej się maska do aparatu przyczepiać jak otworzy buzię, więc to kolejny powód, by nie chodzić do szkoły. Na razie jednak nie ma rodzinnego a do psychiatry jeszcze nie udało się zarejestrować, bo za dużo się działo. W szkole zaś jeszcze nie wiadomo, który opiekun ma klasę Młodej pod nadzorem ani kto w poradni odpowiada za tę szkołę. Smartschool też jeszcze nie do końca działa więc i z mejlowaniem trzeba poczekać. Nie bedzie też pewnie spotkań organizacyjnyuch z wychowawcami, no chyba że zrobia online, jak już system zacznie działać prawidłowo.

To był tydzień pełen wrażeń i zleciał jak z bata trzasnął. Udało mi się też zmienić mój plan tygodniowy w biurze. Teraz mam wszystko, jak należy. Najważniejsze, że klienta z dwupietrowym domem udało mi się wreszcie przenieść na poniedziałek rano. Domy dwupiętrowe z dwoma salonami, dwoma pokojami dziecinnymi i włochatymi zwierzętami to nie jest robota na piątek po południu, gdy już człowiekowi się marzy weekendowe wypoczywanie. Ogarnięcie takiej chaty w 4 godziny to jest zapierdol i wolę to robić w poniedziałek rano, gdy jeszcze mam pełno energii. Poza tym teraz mam tydzien równo wypełniony, a nie że jeden dzień do wieczora a drugi dzień wolny. 

Początek września to zawsze dziwny okres i trzeba opracować nowe zasady, nowe schematy i nauczyć się z nimi żyć. Każdy rok przynosi coś nowego. 



 

31 października 2019

O akcji ratunkowej dla jeżyka, strasznym clownie i reszcie nudnego tygodnia

Piszę tego bloga 6 lat i jak dotąd nie brakło mi tematów. Wprost przeciwnie - zwykle  brakuje mi czasu albo sił, by spisać to wszystko, co bym chciała. Nie zazdroszczę tym, co mają tak nudne życie, że muszą żyć życiem innych ludzi i to częstokroć życiem nieprawdziwym, bo tylko z filmu czy literatury. Moje życie jest fascynujące, ciekawe, pasjonujące i niesamowite, czasem aż do przesady, czasem aż się ma dość przygód, wyzwań i kopniaków od upierdliwego losu. Przeważnie jednak jest po prostu ciekawie.

nowe hobby naszego siedmiolatka

Szkoła. Wywiadówka. 

Ostanie dni były całkiem dobre. Nie obyło się bez stresu, bo - nie ukrywam - że cykałam się przed wywiadówką u Młodej. No bo wiecie - chodzimy, piszemy, dzwonimy do szkoły, poradni i ogólnie zawracamy dupę połowie świata, by zwrócić uwagę na jej problemy, by poprosić o pomoc, zrozumienie i wsparcie, ale też zawsze coś obiecujemy od siebie dać. Obiecujemy, a potem nie jesteśmy w stanie tych obietnic dotrzymać, bo się okazuje, że przeliczyliśmy się z własnymi siłami, że porwaliśmy się z motyką na słońce.... I tak - jak wspominałam - ugadaliśmy że Młoda będzie chodzić na zajęcia praktyczne, a teorię będzie próbować ogarniać w domu. Załatwiliśmy te wszystkie atesty, zezwolenia, ułatwienia i tak dalej. Niestety okazuje się, że dla Młodej wyjście do szkoły nawet na ulubione zajęcia jest częstokroć ponad siły. Nie zawsze, ale często. Dlatego właśnie bardzo się denerwowałam, bo co sobie cholera o nas pomyślą, co powiedzą w takiej sytuacji. No łazimy, biadolimy, obiecujemy, szkoła robi wszystko by pomóc, dostosowuje się a z naszej strony kicha.  Dlatego miałam cykora przed spotkaniem z wychowaczynią. Okazuje się że zupełnie niepotrzebnie.

Wychowawczyni powiedziała, że najważniejsze jest, by Młoda poczuła się lepiej. Powiedziała, że jak źle się czuje, ma zostać w domu, choć w szkole jest zawsze mile widziana. Powiedziała, że po tych kilku testach i zadaniach z różnych przedmiotów, na których była, już widać, że Młoda jest zdolna i że spokojnie da sobie radę z nauką. Zapytała, czy nauczyciele mają jej wysyłać zadania, by mogła zdobywać dodatkowe punkty siedząc w domu. Uf. Ulżyło mi. Wychowawczyni powiedziała ponadto, że to dorastanie, małpi czas, szaleństwo hormonów i że ona jest pewna, iż w przypadku Młodej to na pewno ma duży wpływ i że trzeba poczekać aż się hormony uspokoją, bo wtedy będzie jej łatwiej zapanować nad wysoką wrażliwością i wyrwać się ze szponów depresji. Ona może mieć rację.

Poza tym mówiła, że ważne by Młoda miała dobrego terapeutę, że jak jeden nie pomaga to szukać innego... Potwierdziła też (podobnie jak wszyscy inni nasi znajomi), że w UZ w Brukseli mają świetnych specjalistów, że faktycznie warto tam robić badania czy się leczyć.

Powtórzyła też to samo co mówiła na pierwszym spotkaniu organizacyjmym do wszystkich rodziców - że można do niej zawsze przyjść, że można napisać email o każdej porze dnia i nocy i  że ona odpowie tak szybko jak tylko będzie mogła. I tak, w Belgii nauczyciele odpowiadają na e-maile także w weekendy a czasem też w nocy, choć wiadomo że kultura nakazuje im byle czym głowy nie zawracać. Po raz kolejny się przekonuję, że na Flamandzkich nauczycieli można liczyć.

Jak zrobić strój Clowna w 15 minut?


W szkole Młodego był dzień Halloween. Od czasow zmiany dyrektorki już nie jest tak czadowo, jak było za poprzedniej i mimo, że niby każdy mógł przyjść do szkoły przebrany, to w tym roku tylko nieliczni z tego skorzystali. No ale cóż - rodzice nie dostali żadnej oficjalnej informacji na ten temat. Nie było mejla ze szkoły, nie było wpisu w agendzie więc każda gapa zapomniała o tym mamie powiedzieć na czas albo mama nie uwierzyła... Nie było też - jak w poprzednich latach - konkursu na najfajniejsze przebranie. Były jakieś zabawy i słodycze, ale bez szału. Młody jednak był wielce zadowolony ze swojego przebrania, które Matka przygotowała na łapu-capu, bo przypomniała sobie o tym o 20tej wieczorem, gdy już była w piżamie i szykowała się do łóżka hahaha.

No, sama to nawet by se w ogóle nie przypomniała, gdyby Syn się nie spytał, co z tym strojem klauna na jutro...

Ale co? Ja nie przygotuję kostiumu Pennywise'a na poczekaniu? JA!? W końcu przecież jestem sprzątaczką - mogę wszystko!

Co potrzeba? Jakąś starą białą koszulkę, sweter, koszulę, cokolwiek białego.
Jakieś guziki wielkie albo pomponiki, albo czerwony materiał do zrobienia kulek, albo czerwony mazak do namalowania guzików.
 Mieliśmy dwa pomponiki dekoracyjne i białą koszulkę z długim rękawem. Znalazł sie też kawałek starej firanki i sznurówki do butów z których powstała kryza.
Do tego szare dresy.
Strój strasznego clowna gotowy w 15 minut. Mogę być z siebie dumna haha.

straszny clown
Rano wymalowałam pysio białą farbą do twarzy i zrobiłam makijaż Pennywise'a czerwoną i czarną kredką. Potem ubrałam Młodego w worek na śmieci, postawiłam włosy na gumie i pomalowałam czerwonym sprayem.

Pewnie niektórzy się dziwią, że też akurat miałam w domu czerwony spray do włosów i farby do makijażu. No cóż - ja jestem normalna inaczej. Może nie mamy w domu takich dziwnych  rzeczy jak babskie cienie do powiek, szminki, tusz do rzęs czy lakier do paznokci, ale zwykle mamy różne peruki, okulary, stroje, najdziwniejsze materiały artystyczne i dekoracyjne, farby, spraye i inne fajne drobiazgi, którymi można się bawić.

Gdy jechaliśmy do szkoły, ludzie machali Młodemu z samochodów, a ten i ów pokazał kciuk w górę. Młody był zachwycony. W szkole też od razu wszyscy do niego przybiegli i mówili, że ma coolerski strój. Tylko, że wtedy pojawił się jeden taki starszak w kompletnym stroju Pennywise'a i zabrał Młodemu cały fejm. Mimo to Młody był wielce zadowolony z tego przebrania. Wieczorem nawet nie chciał się iść kąpać, bo tak mu się podobało bycie strasznym clownem.

Dobrze jest bowiem czasem pobyć kimś innym. Dobrze jest czasem zrobić coś szalonego. Zabawa i wygłupy są nam wszystkim bardzo potrzebne, by dać upóst nazbieranym złym emocjom.


Relaks w lesie.


Miniony tydzień był bardzo ciepły. Termometry pokazywały nawet 20 stopni i można było ganiać jeszcze w krótkich portasach. Korzystaliśmy z tej pogody. Młody doskonalił swoją jazdę na rolkach. W sobotę i w niedzielę spędziliśmy w lesie. Młody robił zdjęcia grzybom za pomocą mojego iphone'a, a Młoda robiła zdjęcia Młodemu za pomocą swojego Nikona. Młody właził na powalone drzewa, ganiał, macał i wąchał grzyby.

Ja też robiłam zdjęcia i oglądałam niezliczone gatunki grzybów. M-Jak-Mąż po prostu spacerował. W lesie było setki ludzi - dzieci, młodzież, rodzice, dziadkowie. Ludzie z psami wszelakich ras. Ludzie pieszo, na hulajnogach i na rowerach.


Młoda zauważyła, że w Polsce to ludzie idą do lasu zbierać grzyby, a w Belgii wszyscy je fotografują. No serio, mnóstwo osób w każdym wieku robiło zdjęcia grzybom, drzewom i sobie na wzajem.
Dodam gwoli ścisłości, że w Belgii nie wolno zbierać ani tym bardziej niszczyć grzybów. Mandaty są dość wysokie (nawet kilkaset euro) . I bardzo dobrze. Dzięki temu las jest piękny i niesamowity jesienią.

Młody pytał, czy w tym lesie są jeże i czy jest szansa, że go spotkamy. Odpowiedziałam mu, że są, ale w dzień raczej nie spotkamy, a poza tym pewnie już szykują się do spania gdzieś pod listkami. Młody był zawiedziony, bo - jak oznajmił - bardzo lubi jeże, ale jeszcze nigdy nie widział prawdziwego jeżyka.


Akcja ratunkowa dla jeżyka


No i proszę Matka Natura spełniła jego życzenie już na następny dzień. Młody nagle wyjrzał przez okno i z głośnym okrzykiem wybiegł przed dom.

- Maamoo, jeż! Jeeeż! Prawdziwy jeeeeżyyyyk!

Wyszłam za nim, a i Młoda z góry też przybiegła zobaczyć co to też za rwetest. Faktycznie drogą maszerował mały jeżyk. Samiuteńki bez mamusi. Maleństwo schowało się za wielką doniczkę przy murze. Doszliśmy do wniosku, że coś się musiało niedobrego wydarzyć w życiu tego stworzenia, bo samotne małe jeże wędrujące drogą w samo południe to nie jest normalne zjawisko. Młoda postanowiła zanieść go do schroniska. Od nas do schroniska dla dzikich zwierząt jest jakieś 4 kilometry, ale Młoda uparła się iść na nogach, bo dla życia jeżyka warto podjąć się takiego trudu.

No i poszła niosąc jezyka w pudełku po butach, gdzie siedział sobie na miękkim ręczniczku i przykryty siankiem pożyczonym od królika. Gdy wróciła, stwierdziła że kopyta jej zaraz odpadną, ale też była z siebie dumna i zadowolona.  Opowiadała, że w drodze spotkała sympatyczną babcię spacerującą z pieskiem, która  do niej zagaiła i zaczęła pogawędkę. Babcia zajrzała do pudełka, pogłaskała jeżyka i opowiedziała, że też różne biedne stworzenia do schroniska nosiła.

Jestem dumna z mojej córki i wiem że każde stworzenie małe i duże może liczyć na jej pomoc. Empatia to wielka zaleta i moc wysokowrażliwych osób. Młody też ma ten dar. Cały wieczór się martwił o jeżyka. Zastanawiał się, czy możliwe, że ktoś znalazł jego mamę, bo może spotka ją tam w schronisku... Powiedziałam mu, że na pewno spotka tam inne zwierzątka, może nawet inne jeżyki, że dobrzy ludzie się nim zaopiekują, że jest tam lekarz dla zwierząt, że jeżyk będzie tam bezpieczny i będzie miał tam ciepło i jedzenie, a na wiosnę, gdy dorośnie, wypuszczą go do lasu, gdzie spotka się z innymi jeżami a może nawet ze swoją mamą albo rodzeństwem. To go uspokoiło i mógł iść spokojnie spać... Tyle że sam zaczął źle się czuć i wyskoczyło mu 38 stopni. 

Urlop. Ortodonta. Choroba


Cieszę się zatem, że mam urlop i mogę z nim spędzac dużo czasu. Wce wtorek do południa miał gorączkę i dużo spał, a jeszcze wiecej się przytulał. Po południu jednak rozebrał sie nagle z gepardowego onesie i kazał dać sobie normalne ubranie i włączył komputer, by sobie zagrać. Super, bo akurat Młoda miała wizytę u ortodonty i musiałyśmy skoczyć do centrum rowerami.

Ortodontka zrobiła odciski japy Młodej, co kosztowało mnie 120€, z czego ubezpieczyciel ma oddać 74€. Następną wizytę ustaliła na ferie świąteczne, kiedy to nam powie, czy trzeba wyrywać 2 zęby u dołu, czy też od razu da się zamontować aparaturę korygującą. Potwierdziła też, że otrzymała mejlem dokumenty od naszego ubezpieczyciela. My też otrzymaliśmy mejlem te dokumenty, w których informują nas, że otrzymamy 375 € zwrotu za aparat. No szał po prostu, przy cenie 2.500€ No, ale lepszy rydz niż nic.

W nocy Młody spał znowu ze mną, a tata u Młodego. Choć nie wiem, czy to można nazwać spaniem. Młody przez większość nocy miał gorączkę, a u niego gorączka to okropne zjawisko. Temperatura rośnie gwałtownie do 39, a Młody ma dreszcze. Po czym równie gwałtownie spada, a Młody się poci i majaczy. Gada od rzeczy, łapie coś w powietrzu i gada do tego, próbuje też czasem gdzieś iść. Masakra. Tej nocy trzy razy zmieniałam mu kompletnie mokrą od potu piżamę. Rano nie pamiętał nic i był zdziwiony, że ma inną piżamę.

Potem postanowił znowu pooglądać "Było sobie życie", który to film odkrył nie dawno na Netflixie. Uważam, że to bajka akuratna na czas choroby. Od razu człowiek lepiej się czuje, jak sobie uświadomi, że w środku mu samolocki latają i żołnierze bronią nas przed wirusami haha. Ale tak serio to ta bajka jest niesmowita. Uwielbiałam ją oglądać za gówniarza i wiele mnie ona nauczyła o moim ciele. Potem poleciłam ją moim córkom i one też oglądały z wielkim zainteresowaniem. Nawet teraz, jak Najstarsza zobaczyła, że Młody to ogląda od razu się przysiadła i wielce się uradowała, gdy powiedziałam jej, że to z Netflixa i że jest nawet w polskiej wersji językowej. Ona stwierdziła, że woli po angielsku i poszła szukać u siebie. Netflixa mamy bowiem wykupionego na 5 stanowisk, więc każdy ma własny profil i może oglądać na własnym laptopie.

Belgisjkie szpitale. 

Wczoraj mieliśmy zaplanowane dwa badania neurologiczne, ale jakaś babka zadzwoniła i powiedziała, że doktor zapisał im to badanie na 15.30 a one pracują tylko do 16, podczas gdy badanie trwa około godziny. Pytały, czy możemy przyjśc rano, ale my mamy wieczorem jeszcze inne badanie w tym samym szpitalu  i 2 razy nie zamierzam tam jechać pociągiem. Złaszcza że nie było wiadomo, jak Młody będzie się czuł i czy może cały dzien siedzieć sam. Znaczy z Najstarszą, ale to nie wiele zmienia, bo siostra to nie mama. Drugie badanie jednak odbyło się normalnie, a nawet wcześniej, bo z godzinę wcześniej dotarłyśmy do poczekalni i doktor kazał nam nigdzie nie łazić, bo może uda mu się wcześniej Młodą przyjąć. I tak się stało.

Ze szpitalami jest tak, że człowiek nigdy nie wie, ile mu zajmie zarejestrowanie się, bo nigdy nie wiadomo ilu ludzi wtedy przyjdzie i ile okienek będzie otwartych. Choć proces rejestracji w belgijskich szpitalach jest bardzo nowoczesny. W tym, w którym byłyśmy wczoraj wygląda to tak, że przy wejściu wtyka się swój dowód do specjalnego czytnika i to ustrojstwo drukuje nam numerek. Idziemy do poczekalni i czekamy aż nasz numerek pojawi się na ekranie wraz z numerek okienka, do którego mamy iść. Gdy podchodzimy do okienka, tam pani (lub pan) już wie o nas wszystko, bo urządzenie przy wejściu pobrało dane z naszego dowodu. Mają więc nazwisko i adres oraz przypisane do nas wizyty, czy informacje o ewentualnym przyjęciu do szpitala, a także informacje o ubezpieczeniu. Jeśli byliśmy już kiedykolwiek w tym samym szpitalu to mają też nazwisko lekarza rodzinnego, adres mejlowy, numer teefonu i wszystko inne. Rejestracja trwa zatem 2-5 minut, nie licząc oczywiście czasu oczekiwania na dojście do okienka, bo to może trwać i godzinę w godzinach szczytu, a innym razem jeszcze dobrze ci się numerk nie wydrukuje a już świeci się on na tablicy. W okienku dostaje się różne dokumenty i wskazówki co do kierunku marszu na dany oddział. Zwykle trasy są oznaczone numerami i trzeba śledzić strzałki w korytarzach. Czasem dla ułatwinia są jeszcze kolorowe kreski albo inne znaczki na podłodze i wtedy pani w okienku mówi "podążaj za żółtą kreską"...


Miniona noc znowu była z gorączką, ale teraz Młody znowu gra na kompie, czyli bedzie żyło :-)

Bardzo się cieszę, że mam ten urlop, bo chyba bym fiu bziu dostała, gdyby musiała teraz do pracy jeszcze chodzić. Wielce prawdopodobne, że zostawię połowę moich klientów po Nowym Roku, żeby pracować tylko do południa, bo tym systemem w takich a nie innych  okolicznościach zwyczajnie długo nie pociągniemy. Z jednej strony pieniądze są nam teraz bardzo potrzebne i te kilkaset euro  miesięcznie mniej, pewnie zrobi różnicę, ale z drugiej strony za te kilkaset euro zdrowia żadne z nas sobie nie kupi. Wszyscy się zgadzamy co do tego, że gdy matka będzie po południu w domu, może to mieć bardzo pozytywny wpływ na nasze życie i zdrowie.