Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rak piersi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rak piersi. Pokaż wszystkie posty

5 grudnia 2025

Kury, wydobycie portu, dodatkowy kurs

 Od ostatniego wpisu kupa ciekawych rzeczy się zdarzyła, które czym prędzej spisać tutaj trzeba.

W zeszły piątek adoptowaliśmy 3 nowe kury. 

Azyle prowadzą tutaj systematycznie akcje ratowania kur z kurzych farm. 

W takich farmach, jak wiadomo, kury mają żywot makabryczny. W wylęgarniach kurczaki  zaraz po wykluciu są sortowane wg płci, a potem koguciki jako nieprzydatne są zagazowywane lub mielone żywcem. Potem przez 16 tygodni musza rosnąć, a w tym czasie otrzymują około 20 szczepionek przeciwko około 14 różnym chorobom (także te do tzw bio hodowli). Potem przewożą je do fabryk jajek, gdzie około roku siedzą w ciasnocie i smrodzie, a hodowcy świecą im światło, by niosły jajka non stop. Po roku, czasem trochę dłużej, kury są wyczerpane i zaczynają mniej jajek nieść, więc pakuje się je do plastikowych skrzynek, po tyle ile wlezie i wiezie się je do zabicia. Kury takie mają ogromne niedobory wapnia i innych składników od niesienia jajek. Są słabe, pozbawione piór, łamią im się kości w trakcie tego makabrycznego transportu, są przerażone i ogromnie zestresowane,  więc okropnie cierpią, także z zimna. Po koszmarnym życiu umierają w wielkim cierpieniu i przerażeniu. Te z biologicznych hodowli, wolnych wybiegów również po roku są zabijane. 

Azyle próbują uratować choć małą część takich kur, by biedactwa zaznały jeszcze trochę normalności i nacieszyły się życiem obdarowując nowych właściceli jajkami. Azyle najpierw zabierają je do siebie i trzymają przez pewien czas w kwarantannie. Potem można je adoptować.

Postanowiliśmy wziąć trzy takie kury. Przywieźliśmy je do domu późnym popołudniem i od razu wsadziliśmy je do kurnika, tak jak nam zalecono. Potem dokoptowaliśmy do nich nasze sliki. Kilka razy sprawdzaliśmy, czy wszystko tam okej, zanim poszliśmy spać. Rano tylko świt popędziliśmy otwierać kurnik i obserwować, co się wydarzy. Ja to jaram się takimi zdarzeniami tak samo jak dzieci. 

Najpierw wyszedł Heniek i Sunny, a jako trzecia wyszła ostrożnie nowa Kryśka. Heńka zamurowało na dobre pół minuty, jak ją zobaczył. Chłop był dosłownie w szoku. Gdy się otrząsnął, czym prędzej pomaszerował z Sunny do ogródka. Nie chciał mieć z tym wielkim kurskiem nic do czynienia. 

Potem Chica złapał za grzebień drugą Kryśkę i przesunął na bok, po czym sam wystrzelił z kurnika i zaczął się nowym stworzeniom przyglądać z wielkim zainteresowaniem. W końcu zaczął wołać i próbować wyprowadzić nową koleżankę do ogrodu. Wychodził z tym swoim wołającym ćwierkaniem ze szopy i wracał, znowu wychodził i wracał. Nowa nie rozumiała jednak za bardzo, o co mu się rozchodzi. Ona też była w szoku. Dwie pozostałe kurki wolały pozostać w kurniku. Pierwsza jednak w końcu poszła za Chiką, a ten zdawał się być ucieszony tym faktem ogromnie i kręcił się zalotnie wokół nowej dziewczyny. Ona jednak przywaliła mu dwa razy z dzioba, więc potem zestresowany trzymał się na dystans, ale nie rezygnował. 

Chwilę później dołączyły dwie pozostałe dziewczyny do swojej koleżanki, a Chika ciągle je obskakiwał podekscytowany. Wyraźnie było widać, że od razu uznał je za swoje stado i poczuł się zobowiązany do opieki nad nimi i flirtowania, ale dziewuchy wychowane w niekurzych warunkach zupełnie nie rozumiały ani jego wołania na jedzenie, ani zalotów. W ogóle nie rozumiały o co jemu chodzi, bo i koguta nigdy nie spotkały w swoim życiu. 

Heniek z Sunny przezornie postanowili cały dzień spędzić w szopie, bo Heniek bał się nowych. Rico na początku wyszła i zaczęła jeść nie przejmując się nowymi, ale jak dostała z dzioba, tak schowała się w najciemniejszy kąt szopy i nie wychodziła prawie cały dzień. Wtedy zaczęłam się trochę martwić i zastanwiać się, czy aby na pewno dobrze zrobiliśmy adoptując takie kury...

Na drugi dzień sytuacja była podoba - Nowe z Chiką na ogrodzie, Silki w szopie. Aż im tam miskę z ziarnem zaniosłam i wszelakie smakołyki kurze oraz napełniłm dodatkowe poidło wodą. 

Trzeciego dnia mury na szczęście runęły. Chica jako pierwszy wyprowadził swoje nowe koleżanki, a Heniek z Sunny i Bożeną do nich dołączyły przy karmniku. Potem przyszła też Riko. I już wszyscy swobodnie poruszali się po całym ogrodzie bez większych konfliktów i obaw. Uff!

Odważyłam się nawet wypuścić je poza ogród, ale czuwaliśmy z Młodym trochę zestresowani, bo nie wiesz, co obcej kurze do łba może strzelić. Kolejnego dnia już cała ekipa wybiegła na trawę, gdy tylko furtkę uchyliłam. Bez większego problemu udało mi się ich też z powrotem zagonić. Tylko kot od sąsiadki im trochę stracha napędził. To kot brytyjski takie dosyć wielkie bydlę, które nie dość, że kur się nie boi to jeszcze idiota za nimi chce ganiać. Na szczęście boi się człowieków gnojek upierdliwy. 

Ale jak one żarły tę trawę! Myślałam że się biedactwa zadławią. Tak samo z ziarnem. Pierwsze dwa dni stały cały dzień przy paśniku i jadły, jadły i jadły... Na trzeci dzień już nie bały się, że jedzenie zniknie i zaczęły eksplorować każdy kąt ogródka i grzebać jak szalone. Wydarły też parę dżdżownic z ziemi, czego silki ta dobrze nie potrafią, choć lubią wciągnąć taką glizdę. Suszonych robaków nie jedzą na razie. Nie wiedzą, że można. Na łuskany słonecznik też się głupio patrzyły, dopóki Chica nie zabrał ziarna z mojej ręki, nie rozsypał po ziemi i nie zaczął wołać. Spróbowały i posmakowało. Powoli zrozumieją, co to znaczy, jak kogut woła. Kury to przecież bardzo inteligentne i emocjonalne stworzenia. Chleb i ziemniaki oraz ryż lubią i wcinają jak szalone. 

Można je brać na ręce, bo się nie boją ani nie wyrywają. Przestały już też prawie śmierdzieć. Gdy wieźliśmy je to w całym aucie było czuć ten kurzy smród gównianej hodowli, ale już się wywietrzyły trochę. Nowe pióra też im już rosną, więc nie długo pewnie będą tak samo miło pachnieć, jak nasze silki. No dobra, koguty jak są mokte to śmierdzą mokrym psem i z dzioba im wali jak z wylęgarni troli. Kury, jak są mokre, po prostu pachną mokrymi piórami. Tylko jak w kupę wdepną, to śmierdzą kupą, ale jak ja wdepnę w kupę to też fiołkami nie pachnę. 

Młoda, jak na dobrą Mamusię przystało, zafundowała swojemu Koko-Synkowi i jego kobietom nowy dom. Już go dostarczono, ale dopiero będziemy go składać.


Nowe kury. z przodu Balbina 🐔


W tym tygodniu zaczęłam dodatkowy kurs niderlandzkiego - gramatykę. Miał on się zacząć tydzien temu, ale nauczycielka napisała, że źle se w kalendarzu zapisała, więc zacznie się tydzień później. Pierwsza lekcja nie bardzo mi się spodobała. Raz że po pierwszym podstawowym trzygodzinnym kursie mam tylko godzinę przerwy, a ten  trwa 2 godziny, co jest dosyć męczące i mój mózg zaczyna się lasować. Drugie, że laska zapierdala tak z tymi zadaniami, że nawet połowy nie zdążaam zrobić, nie mówiąc by się nad tym spokojnie zastanowić i zapamiętac cokolwiek. Coś tam jednak, myślę, zawsze zostanie w tym pustym łbie. 

Uparcie czytam książki po niderlandzku jedna za drugą, co - mam nadzieję - pomoże mi utrwalać to czego się nauczę. No a poza tym czytanie idzie mi już na prawdę doskonale i mogę już w pełni cieszyć sie lekturą bez stresowania się, że co chwilę czegoś nie rozumiem. Pewnie, że ciągle zdarza mi się natknąc na jene czy dwa wyrazy, których znaczenia nie rozumiem, ale w ten sposób właśnie się uczę nowych słówek.

A tak poza tym to ogólnie straznie się cieszę tym, że znowu chce mi się czytać i że ostatnio tyle książek już przeczytałam. Tak jak kiedyś, gdy czytanie całe lata było moją wielką pasją. Znowu nie muszę się zmuszać do czytania tylko zwyczajnie mam na to chęć i czuję taką potrzebę. To jest satysfakcjonujące uczucie po takim długim czasie awersji do czytania.




W środę byłam w szpitalu na drobnym zabiegu. Wreszcie wydobyto mi z ciała ten cholerny port dożylny.

szpital 

Łatwy i szybki to był zabieg. Całość trwała może z 15 minut. Najbardziej nieprzyjemny był zastrzyk znieczulający. To trochę bolało i było dosyć nieprzyjemne, ale nie jakaś też tam tragedia. Po paru minutach, gdy znieczulenie zaczęło działać, doktor wyciął dziurę i wyciągnął to ustrojstwo z mojego ciała co chwilę przypalając naczynia krwionone jakimś urządzeniem, co powodowało siwy dym i w całym pokoju rozchodził się smród palonego ciała. Mojego ciała, co było dosyć osobliwym doświadczeniem. Nic mnie nie bolało, ale jak lekarz miział skalpelem mięśnie to wywoływało to dosyć nieprzyjemne ich skurcze i niekontrolowane ruchy. Zapytałam lekarza, czy mogę zabrać ten port na pamiętkę. Uśmiał się, że pewnie chce go symbolicznie młotkiem rozwalić. Zapakowali mi go ładnie do plastikowego pudełeczka z nakreętką i teraz mogę sobie to na półce trzymać. Obejrzałam toto oczywiście dokładnie i zdziwiłam się, że to takie ładne jest. Wygląda jak serduszko i jest fioletowe i ciężkie, czyli zupelnie inaczej wygląda, niż to sobie wyobrażałam.

to było pod moją  przez 4 lata

port na pamiątkę

Młoda towarzyszyła mi w wycieczce szpitala, w razie jakby mi się co potem miało dziać, to żebym sama nie wracała autobusem. Nic mi się nie działo, więc poszlyśmy na kawę uczcić to wydarzenie. Zamówi-łam ☕️ o smaku róży, a Młoda kwiatową 🍵 herbatę. Obie wzięłyśmy też po kawałku sernika ze spekulosem. Niebo w gębie, rzekłabym. 


Młody miał w zeszlym tygodniu badania okresowe i szczepienie na tężec i cośtam, co go rozwaliło trochę. Dzień poszczepieniu miał dzień hybrydowy i zaspał na rozmowę grupową, którą miał odbyć online. Obudziłam go o ósmej, jak sobie zażyczył i poszłam do swoich zajęć. Jako że normalnie budzę go o szóstej to ani do głowy mi nie przyszło, że on może zasnąć z powrotem po ósmej godzinie. Potem miałam po coś lecieć do jego pokoju, ale se uświadomiłam, że przecież jest w trakcie rozmowy więc nie poszłam. Po dziesiątej ten przyszedł na dół zaspany i pyta, czemu go nie obudziłam...

😴💤

ŻE CO?! No prawie szlag mnie trafił i nawet się wydarłam na niego, co chyba pierwszy raz mi się zadzarzyło, no bo weź się zlituj. Poszli mu na rękę, że może raz w tygodniu uczyć się w domu, więc chyba do cholery pasowało my się wykazać, udowodnić że będzie się pilnie pracowało, a ten co? Ten ci zaśpi na rozmowe o dziewiątej godzinie! Byłam bardzo zła. Nie mogłam zrozumieć, jak to się mogło stać, bo przeciez poszedł spać o 22, jak zwykle. Spał 12 godzin i ledwo co się obudził... Dopiero za dwa dni do mnie dotarło, że to przez tę pieprzoną szczepionkę! Wtedy w ogóle mój mózg tych faktów nie połączył, dlatego sie tak wkurzyłam i dlatego niedopilnowałam by wstał na czas, więc byłam też wkurzona na siebie i siebie też oczywiśćie zwymyślałam od ostatatnich idiotek i głupich matek. Jak ja się teraz łatwo wkurzam, to szok. Nie lubię tego, ale nic się z tym zrobić nie da. Poprawi się kiedyś samo, albo już taka podpalona umrę.

W poniedziałek rano wstał wciąż zmulony. Ubrał się jednak, wypił matchę,  spakował tornister, założył kurtkę… po czym usiadł na kanapie i powiedział, że jest tak strasznie zmęczony, że nie wie, czy da rady dojechac do szkoły, a potem zaczął panikować, że ma dwa ważne testy i że je zawali w takim stanie... Powiedziałam, by został w domu. Zadzwoniłam do lekarza i udało się zabukować miejsce do jakiejś studenki-lekarki, a ona wypisała mu zwolnienie na trzy dni. Uf. Ostatnie dwa dni już był w szkole normalnie, a w piątek wrócił wielce zadowolony, bo po lekcjach pisał zaległy test z biologii i stwierdził że chyba dobrze mu poszło.

Podczas badań okresowych opowiedział pani o swoim problemie z dłoniami, a ta potwierdziła wstępnie diagnozę, którą postawiła jedna z Czytelniczek tego bloga w komentarzu. Powiedziała mu też że masaż często przyspiesza powrót dłoni do normalnego stanu, no i oczywiście kazała mu unikać zimna…


Czasem przed lekcją niderlandzkiego idę na szybki spacer. W tym tygodniu zanotowałam, że kwadrans przed ósmą było jeszcze ciemno. 



Małżonek znowu szuka nowej pracy. Aktualnej… w zasadzie, to dziś już chyba można rzec, że byłej, choć wypowiedzenia jeszcze nie złożył, to jednak zamierza posiedzieć w domu, bo dłużej już nie jest w stanie wytrzymać z pierdolniętym szefem… I tak za długo dawał się skurwielowi poniewierać, za co niestety zapłacił zdrowiem fizycznym jak i psychicznym… Lekarka kazała mu teraz wypoczywać i o siebie zadbać zanim pójdzie do nowej pracy. 
Był już na kilku rozmowach i wszędzie - jak zwykle - chcą go przyjąć z otwartymi ramionami, ale jak poznać, czy firma jest dobra i czy w ogóle jeszcze takie są w tym kraju w tych dziwnych i trudnych czasach…?

W tym tygodniu odwiedziłam też Brukselę, bo kosmetyków z Avonu mi się zachciało po tym jak fb mi pokazał profil konsultantki… Wieki nie oglądałam katalogu ani kosmetyków nie miałam z tej firmy, a dawniej w PL to człowiek co jakiś czas coś tam kupił. Sama byłam jakiś krótki czas konsultantką Oriflame, ale ja się do takich rzeczy nie nadawałam ani nie nadaję. Jednak warto było spróbować choćby po to, by się o pielęgnacji i kosmetykach nauczyć. Nawet na jakieś kursy darmowe chodziłam…  No ale szczegół. 
Napisałam do babki, obejrzałam katalog online i se zamówiłam parę pierdółek. Ona to w złotówkach sprzedaje, więc tanio jak barszcz. Teraz byłam odebrać zamówienie, a że kobita w Brukseli pracuje, to tam się umówiłyśmy. Młoda mi towarzyszyła. Przyjemna to była wycieczka, a pani bardzo miła. Potem poszłam do galerii na tacosa, bo mnie smak wielki naszedł, a Młoda wolała KFC, bo tam dobre wegetariańskie dania mają. Ludziów w tej galerii jakby to jedyne otwarte miejsce w tym mieście było. Koszmar jak dla mnie. Grudzień to zły czas na wchodzenie na tereny handlowe, bo ludzie coś z głową w tym okresie mają nie tak. Kuźwa, jakby sklepów cały rok nie widzieli… A idź pan z tym!

Na mieście tym razem patrzyłam pod nogi…









Ale do góry też…






Od zeszłej soboty mamy też już choinkę. Znowu kupiliśmy jodłę, ale tym razem bez korzeni i doniczki. Takie drzewko niecałe 20€ kosztowalo, a w donicy ze 7 dych trzeba by dać. Ładna jest. Przystroiłam, tak jak sobie zaplanowałam, na biało. Wszystkie bombki mamy szklane. Kilka jest starych z poprzednich lat, 15 sztuk używanych z Kringwinkel i jeszcze ładne duże kremowe kupiłam wraz z choinką. Łańcuchy jakieś optargane znalazłam na strychu, ale efekt końcowy mi się podoba. Tak właśnie to sobie wyobrażałam mniej więcej.
Reszta dekoracji siedzi u nas w sypialni w torbie. Miałam wyłożyć je po urodzinach Młodej, ale urodziny mają tygodniowy obsuw, więc chyba nie będę już czekać, tylko się wezmę po niedzieli…







12 stycznia 2025

Menopauza w wieku 20 lat...?

Siedzę na zwolnieniu

W poniedziałek poszłam do lekarki rodzinnej z nadzieją, że bez problemów da mi zwolnienie przynajmniej na cały tydzień, a najlepiej dwa, a potem będę mogła spokojnie progresywnie wrócić do pracy.

jajcarskie skarpety


Okazało się, że dostałam zwolnienie do końca stycznia. Rozmawiałam z lekarką dosyć długo rozważając różne opcje. Powiedziała, żebym dobrze się zastanowiła, patrząc na swoje ciało i chęci, czy chcę wracać do pracy czy nie i bym przyszła tydzień przed końcem zwolnienia powiedzieć, co postanowiłam. W razie co mogę zostać na zwolnieniu.

Mam też porozmawiać z szefową i lekarzem pracy o realnych możliwościach co do progresywnego startu. Lekarka powiedziała mi coś, czego nie wiedziałam (albo kiedyś wiedziałam, ale zapomniałam). Mianowicie, że na początek zwykle zaczyna się od 50 procent, czyli w moim przypadku będzie to 10 godzin (tyle wiedziałam), ale że potem w razie można jeszcze mniej (gdyby 10 godzin nie szło), a tego już nie wiedziałam... 

17 listopada 2024

Z porakowym zmęczeniem nie wygrasz tradycyjnymi metodami.

 Miałam odpoczywać i się releksować, a tymczasem ten tydzień chorobowego spędzony w domu zdawał mi się gorszy niż jakbym chodziła do pracy. Czułam się okropnie. 



Zmęczenie trwa. TO PORAKOWE zmęczenie, przy którym nie wystarczy usiąść na dupie, napić się czegoś dobrego i posilić, by poczuć się lepiej. To zmęczenie powodowane jest w sporej części przez medykamenty, a w dużej mierze przez ciężko pracujący i wystawiany na szkodliwe bodźce i emocje mózg. Wysiłek fizyczny też ma tu zapewne swój udział, ale jednak w moim wypadku to mózg zużywa najwięcej energii no i to zmęczenie bierze się z nikąd, z niczego, ze środka. Ono tam jest cały czas i wyłazi kiedy chce... Bo może.

Przekonałam się o tym dobitnie właśnie w tym tygodniu, gdy siedziałam, czilowałam bombę, jadłam owoce i inne dobre rzeczy, piłam dużo wody i herbatek, spacerowałam spokojnie po świeżym powietrzu, rozmawiałam z rodzinka, a zmęczenie tylko się potęgowało. Zero w tym logiki czy jakiegoś związku przyczynowo skutkowego. To nie ma żadnego sensu. To trzeba brać na wiarę i czucie.

Mój mózg świrował, cudował i gnał, gnał, gnał myśli przed siebie bez ustanku całe dnie i co gorsza całe noce. Myślałam bez ustanku, czytałam, robiłam notatki, dyskutowałam z Małżonkiem, przekopywałam intermety w poszukiwaniu informacji na temat pracy po raku i życia po raku. Wiedziałam, że samo siedzenie w domu nic nie da, w niczym mi nie pomoże. Na pewno nie śmieszne 2 tygodnie spędzone w domu. Bo już znam ten system mojego porakowego ciała. Przerabiałam to już i wiem, jak to działa i że zwyczajne metody tu nic nie poradzą.

Potrzebuję coś zmienić. Albo w pracy albo w sobie, albo i tu i tu jednocześnie... Musiałam znaleźć jakieś pomysły, musiałam wymyślic nowatorskie rozwiązania do wypróbowania. Nie ważne, czy to zadziała, czy przyniesie jakieś wymierne korzyści. Ważne, by próbować coś zmienić, by spróbować czegoś nowego, ugryźć to z innej strony. Poddać się można zawsze, ale dopiero jak skończą się pomysły.

Czytałam więc namiętnie belgijskie internety. Jest np taka dobra strona "wszystko o raku" czyli "alles over kanker" https://www.allesoverkanker.be/, na którą co jakiś czas trafiam, by poczytać, ale  nie sposób przeczytać wszystko na raz, a tym bardziej choć z połowę zapamiętać, szczególnie, gdy pamięć zawodzi...

Na stronach szpitali jest również wiele ciekawych fachowych informacji. Tym razem odkryłam stronę szpitala uniwersyteckiego w Gandawie: https://www.uzgent.be/zorg-na-kanker, gdzie przeczytałam po raz kolejny coś, o czym ciągle muszę sobie na nowo przypominać...

Langdurige vermoeidheid is een van de belangrijkste neveneffecten van een kanker(behandeling). Ze beïnvloedt in sterke mate de levenskwaliteit van patiënten en hun naasten.
Kankergerelateerde vermoeidheid verbetert vaak het eerste jaar na de behandeling. Toch heeft ongeveer 25 tot 30 procent van de patiënten er langdurig last van. 

"Długotrwałe zmęczenie jest jednym z najważniejszych skutków ubocznych leczenia raka. Bardzo wpływa na życie pacjentów onkologicznych i ich rodzin. Zmęczenie związane z rakiem często ustępuje w pierwszym roku po leczeniu. Jednakże około 25-30% pacjentów cierpi długo z tego powodu."

Dalej stoi czarno na białym, że charakterystyczną cechą tego porakowego zmęczenia jest to, że jest ono nieoczekiwane i nieprzewidywalne, intensywne, trwałe i niemające wyraźnego związku z wysiłkiem oraz odpoczynkiem czy snem.

Piszą tam też, że mechanizm powstawania tego porakowego zmęczenia jest złożony i obejmuje szereg czynników biopsychospołecznych, czyli że składa się nań to jak i czym leczony był dany pacjent, jak organizm jego zareagował na te leczenia, w jakim środowisku pacjent się obraca i jakie są wobec niego oczekiwania, ile zrozumienia odnajduje w otoczeniu i jak sobie z tym wszystkim radzi oraz pierdyliard innych rzeczy. Na stronie podany jest nawet przykład, który znam z autopsji i który powoduje, że czasem  mam ochotę kimś potrząsnąć mocno i zaryczeć by spierdalał... . "To zmęczenie jest takie frustrujące. Mówię, że jestem zmęczony, a inni na to, że oni też czasem bywają zmęczeni [...] To jest jak cios młotkiem, że nagle nie możesz już nic więcej zrobić". Tak, znam to. Mam to. 

To jest to, o czym ja ciągle tu opowiadam (i czego pewnie większość nie rozumie, bo to trzeba poczuć), ale dla mnie jest ważne, gdy czytam czy słyszę o tym gdzieś, gdy jakiś fachowiec czy inny pacjent potwierdza to, co ja czuję, co oznacza dla mnie, że nie wydaje mi się,  nie jest to złudzeniem, nie zdziwiam i że nie jest to nic nadzwyczajnego, że wielu innych ludzi też tak ma, ale też że są ludzie, którzy faktycznie szybko i łatwo do zdrowia wracają, bo i to jest ważne. Łatwiej się żyje z danym problemem wiedząc, że inni też z podobnymi dolegliwościami i trudnościami się borykają, ale wiedza, że niektórzy tego problemu nie znają, jest również ważna, bo inaczej człowiek zobaczy takiego żeśkiego ozdrowieńca i pomyśli sobie, że też musi być jak on żeśki, silny, w pełni zdrowy... i będzie próbował do upadłego... 

Dla porównania pokazano tam też tabelę, którą też tym razem postanowiłam sobie skopiować, bo jest to dla mnie ważne:

ZWYCZAJNE ZMĘCZENIE                                                PORAKOWE ZMĘCZENIE

- przewidywalne, oczekiwane                                                -   nieprzewidywalne, nieoczekiwane

- normalny proces                                                                   - wyraźny symptom 

- krótkotrwałe                                                                         - długotrwałe

- wyraźna przyczyna, związane z wysiłkiem                           - brak wyraźnej przyczyny czy związku z                                                                                                             wysiłkiem

- sen i wypoczynek pomaga                                                    - sen i wypoczynek niewiele pomaga


O tych różnicach też już wielokrotnie tu pisałam, ale to były moje własne odczucia i przemyślenia, które teraz zobaczyłam czarno na białym spisane w rządku przez specjalistów onkologicznych z uniwersyteteu. Jakkolwiek głupio czy dziecinnie by to nie zabrzmiało, takie fachowe teksty potwierdzające to co samemu się czuje mają dla mnie ogromne znaczenie. Czynią jakby moje odczucia fizyczne czy emocje bardziej prawdziwymi, ważnymi. Mówią, że mam prawo tak się czuć, czyli nie muszę się tu jakoś czuć winną, dziwną, nienormalną ani też wyjątkową. Mówią, że to jest normalny objaw, czyli że nie trzeba się tu niczego więcej doszukiwać. Bo czasem człowiek się zastanawia, co jest kuźwa ze mną nie tak, że inni, nie rzadko dużo starsi skończyli leczenie i żyją dalej jak gdyby nigdy nic, a ja nie mogę się podnieść ani pozbierać. Bo my ludzie lubimy się porównywać i ścigać z innymi. Mamy to we krwi, w genach czy nam się to podoba, czy nie... Innej postawy musimy się dopiero nauczyć. Zwykle na własnych błędach i porażkach.

U niektórych to zmęczenie trwa miesiące, u innych długie lata. Niektórzy nie są w stanie wykonywać pracy, innym udaje się na jakąś część etatu pracować, ale np rezygnują z hobby, ograniczają życie towarzyskie i inne wyjścia... 

Niektórzy uważają (na tych stronach też o tym było), że człowiek powinnien poszukać podobnych sobie i z nimi kontakt utrzymywać, bo swój swojego zrozumie najlepiej i to jest na pewno świetna sprawa dla normalsów, czyli ludzi lubiących i ceniących sobie życie towarzyskie, lubiących spotykać się z innymi, czy choćby przez telefon czy internet z niemi gadać. Tyle, że ja do tej grupy nie należę. Dla mnie spotkania towarzystkie na dłuższą metę są nie do przyjęcia i nie do zaakceptowania. Lubię czasem z kimś się spotkać, czasem z kimś pogadać, ale podkreślam tu CZASEM.  Raz na kilka miesięcy lubię do kogoś pojechać albo do siebie kogoś zaprosić. Raz na kilka miesięcy z chęcią pogadam z kimś nawet i godzinę przez telefon. To musi jednak być właściwy moment, właściwy dzień, w którym mam chęć na socjalizowanie się. Nie wyobrażam sobie, że systematycznie gdzieś wychodzę, z kimś się spotykam albo że ktoś do mnie non stop, codziennie czy co tydzień nawet dzwoni. To było by okropne. No chyba by mnie szlag trafił. 

Już do różnych grup się przez internet zapisywałam w życiu: grupy hodowców papużek, królików,  fani puzzli czy Harrego Pottera, kreatywna praca z dziećmi,  rodzice dzieci z autyzmem, depresją, sprzątaczki, grupy blogerów, zwiedzanie Belgii, mikroskop amatorsko, fotografia amatorska i tak dalej i tak dalej. Każda z tych grup była ciekawa i zwykle ze trzy dni czytałam wypowiedzi, sama się intensywanie udzielałam, by czwartego czy siódemgo dnia zapomnieć o istnieniu grupy, potem po miesiącu czy roku sobie przypomnieć, znowu coś napisać, przeczytać a po jakimś czasie odejść, bo przecież to nudne i uciążliwe na dłuższą metę takie wymiany poglądów z innymi.

Należenia do jakiejkowliek grupy onkologicznej to już w ogóle sobie nie wyobrażam. Zapewne poznać można w ten sposób fascynujące osoby i wielu rzeczy się dowiedzieć, ale spotkania były by dla mnie bez wątpienia zbyt  męczące. No a poza tym mieszkam przecież na totalnym zadupiu. Żeby się z kimś spotkać trzeba by tę wieś móc łatwo opuszczać, a tymczasem od nas w dzień roboczy odjeżdża jeden autobus na godzinę na jednej trasie. W weekend co 2 godziny, a wieczorami nie jeździ nic. 

Myślałam nad tym trochę w tym tygodniu. Nie nad grupami onkologicznymi, ale już nad jogą dla pacjentów onkologicznych owszem. Jest taka za friko w szpitalu, w którym się leczyłam. Tyle, że to kilkanaście kilometrów od mojego domu. I tak ze wszystkim, co chciało by sie robić i co mogło by pomóc w odstresowaniu - wszędzie mam kuźwa daleko. A czasem nie dość, że daleko to jeszcze drogo. Kiedyś na basenie wzięłam ulotkę o Tai Chi i już nawet się napaliłam... bo to by fajne było. Tai Chi to taka sztuka dla zramolałych staruszek akuratna. Jak zobaczyłam ceny, to trzy dni szczenę z gleby zbierałam. Basen zresztą też jest daleko, bo z chęcią bym chodziła choć raz w tygodniu, ale tam się więcej jedzie niż pływa. 

Tak więc zorganizowana relaksująca aktywność fizyczna choć kusząca to nieosiągalna czyli nieprzydatna dla mojego przypadku.

Ważniejsze, że w końcu znalazłam przynajmniej to czego szukałam, a co mi się wydawało, że gdzieś kiedyś mi się o uszy obiło, ale nie byłam pewna, czy mi się nie śniło... Znalazłam informację, że przy takim chronicznym porakowym zmęczeniu i otępieniu utrudniającym mi wykonywanie pracy mogę się postarać w VDAB (biuro pracy) o uznanie tymczasowej niepełnosprawności (czy jak to nazwać) na (wstępnie) 2 lata oraz związanej z tym premii dla mojego pracodawcy, które to pieniądze mają np zrekompensować fakt, że wolniej czy mniej wydajniej pracuję albo np zapewnić mi opiekuna, czyli kolegę, który będzie mi pomagał, wspierał itp, czy tam jeszczde inne rzeczy, ale te inne mnie nie dotyczą.

Wydrukowałam sobie stosowne dokumenty do wypełnienia przez lekarzy oraz inne do wypełnienia przeze mnie samodzielnie lub z pomocą pracodawcy. Nie wiem tylko, ile trwają takie procedury ani czy w ogóle uda się takie coś otrzymać, ale bez wątpienia warto się o to postarać, by mieć więcej możliwości w pracy i czuć się zwyczajnie komfortowiej z tym faktem, że nie wykonuje się roboty tak dobrze, jakby się chciało i jak inni ją wykonują, że więcej się potrzebuje odpoczywać, czy np tylko popołudniowe dyżury dostawać... To mogło by też znacznie zmienić oczekiwania innych wobec mnie w pracy, a być może nawet więcej zrozumienia przydać.

Wkurzyłam się tylko znowu, że człowiek sam musi takich rzeczy sobie szukać, że nikt ci nie powie, nie doradzi. Kuźwa, przecież ten cały ciul zwany koordynatorem-powrotu-do-pracy, który oficjalnie mnie prowadził chyba do chuja pana powinien mi takie informacje przekazać, bo taka osoba jest właśnie od tego, jak dupa od srania. Tak samo jak ta baba z VDAB, która oficjalnie w szkole nam miała doradzać i odpowiadać na pytania. Szkoda, że to wszystko tylko teoretycznie, bo w praktyce to babsztyl nawet na mejle nie raczył nikomu odpowiadać. 

Wcześniej się u lekarki zrytowałam z tego samego powodu, bo ona stwierdziła, że ja powinnam tę pracę w ogóle na innych zasadach zacząć po wcześniejszej niezdolności do pracy. Skoro teraz pracuję na pół etatu, to powinnam ciagle dostawać częściowy zasiłek, jeśli wcześniej pracowałam więcej, ale teraz już na to za późno, bo to trzeba było jakieś specjalne formularze wypełnić i specjalną zgodę z funduszu zdrowia otrzymać... O czym, co zdaje się oczywiste, powinien mnie był ów wyżej wymieniony koordynator nie tylko poinformować, ale wręcz pomóc mi to załatwić. No ale ważne że on sam ma cieplutką posadkę polegającą na pierdzeniu w stołek całe dnie, po co miałby robić cokolwiek, wszak wypłata się należy czy się stoi, czy się leży... A gdybym miała wcześniej to uznanie z VDAB, to pracowadca przyjmujący mnie po niezdolności do pracy dostał by też jakiś hajs za to, że taką osobę raczył zatrudnić... Że też człowiek u lekarza rodzinnego albo zupełnie przypadkiem się takich rzeczy dowiaduje, a nie tam gdzie powinien.

No i tak, ja czy Małżonek oraz wielu innych ludzi uczciwie pracujących wyrzucamy sobie, że nie możemy pracować tak wydajnie jakbyśmy chciali, bo zdrowie nam niedomaga, staramy się nie chorować za dużo ani urlopów z byle powodu nie brać, a tymczasem ludzie pracujący w tych wszystkich instytuacjach mających nas maluczkich wspierać, pomagać nam, doradzać mają swoją robotę w dupie. Oni się tam nie szczypią, nie mają wyrzutów sumienia. Oni nawet nie wiedzą za bardzo, co należy do ich obowiązków ani na czym ich praca tak w ogóle polega... Takie mam przynajmniej często wrażenie. Ale kij im wszystkim w oko i chuj na grób. 

Spisałam gruntownie wszystkie rzeczy, które muszę zmienić i dopasować w swoim życiu codziennym, a także te które chciałabym zmienić w pracy, gdyby się tylko dało, a nawet te, które potrzebuję zmienić, poprawić i naprawić w sobie.

Te pierwsze wstępnie omówiłam z Małżonkiem, a w daleszej konsekwencji zamierzam omówić z resztą z Piątki, potem wprowadzić w życie na mocy ustawy Bo-Matka-Tak-Mówi.

Te drugie zamierzam omówić z szefową. Zaraz po niedzieli napiszę do niej na Whatsappie, by się umówić na spotkanie. Zrobiłabym to w tym tygodniu, ale ona była na urlopie... 

Co dosyć niefortunnie się złożyło, bo ona na urlopie, ja nagle 2 tygodnie na wolnym, a inna koleżanka dzień po mnie napisała, że ma zwolnienie do grudnia. 

Czytałam cały czas, co piszą dziewczyny na grupie i widziałam, że musiały się dwoić i troić, by sprostać opiece nad dziećmi. Udało im się zdobyc jakąś jedną, czy dwie wolontariuszki, koleżanki oczywiście zgłaszały się do dodatkowych dyżurów i ciągnęły nadgodziny, uprosiły jakies nauczycielki, by pomogły im w przeprowadzaniu dzieci pomiędzy świetlicą a szkołą, bo czasem wychodziło tak, że jedna osoba musiała przeprowadzić ponad 20 dzieci, co jest niebywale niebezpieczne, a czasem wręcz niemożliwe. Jednym słowem niezłego bigosu narobiłam tym swoim chorobowym. Nie powiem jednak, bym jakoś się bardzo tym przejmowała. Gdybym chodziła do pracy, świetlica lepiej i łatwiej by funkcjonowała, nawet biorąc pod uwagę fakt, że ja pracowałabym w zwolnionym tempie, bo tak właśnie działał mój zmęczony mózg... Jednakże dla mnie by to wcale dobre nie było. Zwolnienie lekarskie jest legalne i tak ktoś to wymyślił właśnie uznając za sensowne i potrzebne... czy się to komuś podoba, czy nie. 

Mnie to zwolnienie bez wątpienia było potrzebne nawet mimo tego, że na zmęczenie jak dotąd mi nie pomogło, a nawet chyba wprost przeciwnie. To wszystko jednak co zdążyłam przemyśleć i spisać było mi potrzebne, bo być może dzięki tym informacjom i pomysłom będę mogła nadal tę pracę wykonywać i wydostać się z tej czarnej dupy. Nie jest to może na 100% pewne, ale warte spróbowania.

Poza tym to złośliwie sobie nawet pomyślałam, że po takiej jeździe, jaką miały koleżanki przez moją nieobecność, to może one bardziej moją obecność teraz doceniać będą...? Mogą mnie też znienawidzić, ale staram się być dobrej myśli chłe chłe.

Kwestią naprawy siebie też już się zajęłam poprzez umówienie się na wizytę u naszej psycholożki. 

Dłużej teraz trzeba czekać, niż poprzednimi razy, bo ponad tydzień, a nie że zaraz na drugi dzień, jak poprzednio, ale za to teraz jest tanio, bo wizyty będą mnie kosztowały tylko 11€, gdyż tej pani udało się uzyskać stosowne certyfikaty, by zostać psychologiem, u którego wizyty (ograniczona liczba) opłacane są przez RIZIV. Standardowa cena wizyty to 70€, z czego nasz fundusz 20€ zwraca. Tyle płaciłam poprzednimi razy, ale teraz chyba bym się nie zdecydowała na wizyty po 7 dych, bo to jednak kupa hajsu, nawet jak się tylko co 2 tygodnie chodzi...

Czego oczekuję od psychologa? Między innymi pomocy w znalezieniu właściwej metody na relaks, walkę ze stresem, innego spojrzenia na moją sytuację i siebie, które to obrazy być może mi umykają; podpowiedzi jak zwolnić swoje życie i jak opanować gonitwę myśli i polepszyć swoją jakość snu. Tak, mam całą długą listę życzeń... ;-)

Kobieta jest w moim wieku i ma ponad 20 lat doświadczenia w zawodzie, a w tym coś koło 10 lat z pacjentami onkologicznymi. Zna się na rzeczy i czuję się u niej bardzo rozumiana, co samo to już warte jest wizyty... Nie wiem, czy we wszystkim mi pomoże, co sobie umyśliłam, ale na pewno jakieś porady i podpowiedzi otrzymam. Dalej już sobie sama pójdę. 

No a poza tym to sobie tak myślę, że w razie gdyby moje zdrowie jednak dalej odmawiało współpracy, a praca okazała się na dłuższą metę niemożliwa, to dobrze jest mieć tu i ówdzie jakieś medyczne dossier grubo zapisane, by w razie biedy starać się o uznanie choćby częściowego inwalidztwa i zasiłku. 

Mam nadzieję, że wcześniej czy później uda mi się w końcu dograć moje ciało do tej czy innej pracy i ze swoim zdrowiem ją pogodzić. Jednak dobrze jest mieć w obwodzie jakiś plan B a nawet C i D, bo nikt nie przewidzi, co los nam przyniesie w darze.

O, i takimi rzeczami zajmowałam się właśnie w tym tygodniu zarówno za dnia jak i w nocy. To drugie było zdecydowanie niezamierzone, nieplanowane i niepożądane, ale z mózgiem nie wygrasz. Jak se postanowi, że o 2 w nocy będzie o czymś myślał, to nic go nie powstrzyma. Mimo tego, że źle sypiałam, starałam się wstawać w miarę rano, czyli nie później niż o siódmej trzydzieści, by zachować swój stały system wstawania i chodzenia spać. W dzień zdarzało mi się poleżeć a nawet podrzemać, ale nie sypiam za dnia prawie nigdy, bo źle się po tym czuję.

Obejrzałam też kawałek Netflixa z Małżonkiem, który też ciągle chorował. Obejrzałam też z Młodym parę filmów. Dokończyliśmy wreszcie szósty sezon Good Doctor. Potem on zaproponował, bym obejrzała z nim stary film Fight Club, który to film on sam już ponoć dwukrotnie sam obejrzał i chciał mi go pokazać. Ja z kolei zaproponowałam mu obejrzenie Lotu, który też mu się spodobał. Na koniec zaczęliśmy oglądać Doktora House'a. Ja oglądałam ten serial, jak dziewczyny były małe, a mała wtedy Najstarsza podglądała czasem operacje, bo wielce ją fascynowały. Młodemu też się spodobał, choć ten uznał, że film jest straszny. Tyle że straszny tak, by tdodawać dreszczyku i tylko bardziej go zachęcać do oglądania.

Zabrałam się ponadto za książkę, która długo czekała na swoją chwilę na naszej półce, ale o tym pisałam już w poprzednim wpisie.

Na przyszły tydzień zaplanowaną mam wizytę u lekarza, bo znowu pora na zastrzyk Decapeptylu. Zapytam też lekarki o te dokumenty do wypełnienia, czy wie coś na temat procedury i czy może je wypełnić, czy lepiej dobijać się z tym do onkologa.

Mam nadzieję, że uda się też umówić z szefową i ustalić pewne rzeczy, na których ustaleniu mi zależy, bym w następnym tygodniu mogła już z czystym sumieniem i spokojem wrócić do pracy i móc ją jak najdłużej wykonywać bez kolejnego chorobowego.

Poza tym chcę sobie spokojnie choć ze trzy zajęcia tak od A do Z dla dzieci przygotować, tak by mieć gotowe, gdy nadejdzie mój dzień zajęć z dziećmi, a w kolejnych tygodniach przygotowywać będę sobie już na zaś z dużym wyprzedzeniem. To by mi dało trochę spokoju.

Mam przeczucie, że nadchodzący tydzień będzie spokonniejszy, ale tego nie przewidzę.

W minionym tygodniu zabazgrałam też już trochę kalendarz na następny rok. No niektóre wizyty u specjalistów już jakiś czas temu tam zapisałam, ale kurde jest już tego trochę: dentysta dla wszystkich po kolei, ortodonta Młodego, no ale to co miesiąc to nic szczególnego, tak samo jak mój zastrzyk, dalej jednak moja mammografia i badanie kości oraz wizyta w klinice piersi, a także kolejna dawka Zomety. W międzyczasie jeszcze okulista dla mnie i Najstarszej. Do innego niż dotąd nas zapisałam, bo ta baba jest jakaś dziwna... Kurde, ja nie widzę już czasem kresek jak rysuję obrazki dla dzieci. Czytam też czasem niemal na macanego. Najwyższa pora odwiedzić specjalistę. Jeszcze do ginekologa nas nie zapisałam (mnie i Najstarszą), a już dawno powinnam to była zrobić... Ale zwyczajnie zapomniałam o tym. Ja to wiadomo, normalnie zwykły przegląd techniczny, a Najstarsza ciągle nie ma okresu, choć ten pierwszy dostała w miarę normalnie jeszcze gdzieś w podstawówce, tyle że potem miewała je raz, dwa razy na rok, ale już nawet to się chyba nie zdarza... 

Poprzednim razem lekarka kazała jeszcze trochę poczekać, brać jakieś witaminy, które jej przepisała i spróbować przytyć, bo - jak powiedziała - żeby miesiączkować, to jednak trzeba mieć trochę ciała, a Najstarsza ważyła wtedy tyle co wróbel i była chuda jak szczapa, co jednak nie jest jakimś wyjątkiem, bo z obu stron swoich przodków chudych szczap nie brakuje. Ja sama do nich należałam w jej wieku, a po porodach to nawet nie mówię - wtedy to byłam chodzący szkielet. Teraz jednak ona już trochę ciała nabrała. Nie, że jest jakoś specjalnie gruba czy coś, ale normalną wagę ma jak na 22latkę, a ciotka jednakże jak nie przyjeżdżała, tak nie przyjeżdża... Przez moje przygody ten problem odszedł w zapomnienie, ale pora by ruszyć coś w tej kwestii. 

W zeszłym tygodniu coach Najstarszej z tej specjalnej jednostki biura pracy (po dłuższej wymianie mejli w tym temacie) powiadomił, że skontaktował się z naszym urzędem gminy w sprawie stażu dla niej w "zieleni", którym była zainteresowana, ale jeszcze nie dostał jednoznacznej odpowiedzi. Co z tego wyniknie, nie ma sensu gdybać, ale ciekawe by to było zapewne dla niej doświadczenie, a nie wykluczone, że nadaje się do takiej pracy... Ona przecie w polu wychowana i zawsze lubiła rośliny, błoto i świeże powietrze... Poza tym, powiedzmy sobie szczerze, robota w dziale zieleni, to mogła by być całkiem niezła fucha... Na moje oko (często obserwuję ludzi przy pracy) pracują tu mniej więcej tak samo jak w znanych mi gminach w PL, że w sensie w siedmiu jeden krzaczek spokojnie na luzie przycinają, bo jeden tnie, a sześciu mówi mu z której strony piłki ma stać...  ^_^ 

No i taka gmina zwykle ma lepsze warunki i możliwości do zatrudniania osób z niepełnosprawnością, niż jakieś prywatne firmy, gdzie liczy się tylko zysk, zysk i jeszcze raz zysk, a ludzie mają być silni i zdrowi, by zapindalać dzień noc najlepiej bez przerw i jedzenia, czy sikania. 

Najważniejsze, że coś tam jednak w tym systemie najwyraźniej się mieli. Może i bardzo powoli, ale się mieli. Kto wie, może jak uzbroimy się w cierpliwość to nawet kiedyś coś zatrybi i ruszy z miejsca.

Najstarsza póki co żyje sobie powoli. Chodzi sobie na długie spacery, czasem coś upichci, od czasu do czasu świniom posprząta albo i w innej części domu, naczynia pozmywa,  pranie z pralki do suszarki przełoży, a potem poskłada... Ona potrafi wiele i , co ważniejsze, z chęcią wszystko robi, tyle że trzeba jej o tym powiedzieć, a potem jeszcze przypomnieć, bo jej mózg ma problemy z koncentracją i organizacją życia codziennego, ale trzeba też przyznać, że to się ciągle poprawia, ciągle ewoluuje. Powoli do przodu.

Na koniec trochę obrazków z okolicy do pooglądnia.





purchawka



fioletowe grzybki













różowe grzybki










cały świat w kropli wody




leśne ściezki




idzie na dysc


w żółtych płomieniach liści

listopad w Belgii

las był piękny, a słonko świeciło

przelazłam przez całe kukurydzisko, by zrobić to zdjęcie

spektakularne niebo




placek na oleju

Benia i Gęsia

Rico 

Chica Kogucik piejący

Chica na grzędzie 

czarne kury

całe stadko

dziewczęta

Chica zaglądający przez okno do kuchni