Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

27 marca 2026

Co to jest kijk- en doedag w VDAB?

 W Belgii mamy wiosenną aurę, a to oznacza, że robię sporo zdjęć, bo po pierwsze w przyrodzie dużo się dzieje, a po wtóre przy dobrej pogodzie łatwiej się zmusić do wyjścia z domu. Zdjęcia jednak wrzucę po spisaniu swoich przemyśleń i obserwacji z ostatnich dwóch tygodni. Jak się komuś nie chce czytać, ale ma chęć pooglądać obrazki, niech skroluje na koniec tekstu...

Teraz dam tylko zdjęcie czterech ostatnich ciastek, które w zeszły piątek upiekłam, bo tak wyśmienicie smakowały, że nawet porządnego zdjęcia nie zdążyłam zrobić. Ba, nawet ostygnąć nie zdążyły, a już zniknęły. Młody nazywa tego typu ciastka "ciastkami podstawowymi", bo - jak kiedyś mi wyjaśnił - w każdej bajce i filmie takie ciastka jedzą. On kupuje czasem takie wielkie czekoladowe ciacha w Madmun na dworcu razem z ulubioną matchą latte. Pomyślałam, że przecież można takie ciasteczka samemu spróbować zrobić w domu, bo to nie  może być trudne i faktycznie, to bardzo łatwe i szybkie ciasteczka są. Tyle że równie szybko znikają... No ale chyba o to chodzi w sumie... Użyłam tego przepisu z Wedla, jakby kogoś interesowało: https://wkuchnizwedlem.wedel.pl/przepis/przepis-na-klasyczne-ciastka-czekoladowe , ale pewnie dowolny przepis się sprawdzi. W kwestii czekolady to użyłam akurat kropelek czekoladowych, ale zwykła tania krojona czekolada raczej taniej wychodzi... Znaczy tanią to u nas se można kupić, bo tu kraj czekoladą stoi i nawet najtańsza jest wyśmienita. W PL to nie wiem...


Ciastka ciastkami, ale ja mam do spisania całą kupę przemyśleń i obserwacji z ostatnich dni... Spisanie pomoże mi choć odrobinę se to wszystko we łbie poukładać. A dumałam oczywiście nad ostatnią wizytą w VDAB i pracą asystenta logistycznego w szpitalu czy domu opieki i dumam nadal... z tym że opcja poszerzyła się o wyższe poziomy.

Internety mówią, że to też dosyć ciężka praca, bo cały dzień człowiek na nogach i w ogóle. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że bez dyplomów lub znajomości człowiek nie dostanie pracy NIE-ciężkiej.

Nie mogę się zdecydować, co mam myśleć na ten oraz podobne tematy. Nie wiem, co będzie dla mnie dobre, a co mi tylko zaszkodzi, bo kurde ciągle nie wiem, kim tak na prawdę jestem i na ile mnie stać. Trudne jest to wszystko. Raz myślę tak, za chwilę zmieniam zdanie, by kolejnego dnia wrócić do pierwszej myśli, a zaraz potem stwierdzić coś jeszcze innego.

Najpierw, jak asystentka z VDAB wyskoczyła z tym pomysłem, to się bardzo podjarałam. Potem, jak poczytałam co to za robota, to mi skrzydła opadły, bo stwierdziłam, że to przecież za ciężkie dla mnie. 

Teraz jestem na etapie 1. muszę się dowiedzieć więcej 2. muszę zacząć trenować, znaczy pracować nad kondycją... Albo odwrotnie.

 Bardzo ważne są dla mnie te całe dni informacyjne itp, bo muszę wszak najsampierw zapoznać się ze szczegółami i bliżej się z tą pracą zapoznać. Wtedy będę mogła lepiej ocenić, czy się nadaję czy nie.

Tak czy owak postanowiłam, że bez względu na to, na co ostatecznie się zdecyduję muszę zacząć solidnie pracować nad kondycją i siłą.

Kiedyś mi się przypomniało nagle, jak w pierwszej ciąży ponad 20 lat temu (gdy byłam młoda, zdrowa i piękna)  lekarze kazali mi cały ostatni miesiąc leżeć i te kilka dni, które spędziłam w szpitalu, podczas których darli mordę, gdy tylko wyszłam się przejść po korytarzu, bo miałam leżeć. No to leżałam te kilka(naście) dni... A POTEM BYŁAM SŁABA JAK GIE... Ledwo byłam w stanie pokonać w domu schody, żeby pójść do kibla, czułam się zmęczona, słaba i to zaledwie po kilku dniach nicnierobienia... 

To wspomnienie uzmysławia mi, że moje aktualne długie siedzenie w domu i opierdalanie się całe dnie też może mieć poważne konsekwencje dla mojej kondycji. Oczywiście sytuacja jest inna i wyczerpanie po chorobie i jej leczeniu oraz wpływ terapi antyhormonalnej na pewno ma tu swoje NIEMAŁE znaczenie dla mojego aktualnego stanu. Chroniczne zmęczenie po raku jest problemem znanym i czasem się niektórym pechowcom przytrafiającym, ale i w tej kwestii specjaliści się zgadzają, że aktywność fizyczna jest potrzebna i pomocna, by poczuć się lepiej.

Był już  też czas po raku, że maszerowałam po 10 km i było dobrze, 

że jeździłam rowerem po 40km i było dobrze, a było to nie tak znowu dawno temu! 

Ostatnio jednak przez zimowe lenistwo i stan depresyjny znowu cofnęłam się w rozwoju fizycznym, bo zbyt dużo siedziałam i skrolowałam internet albo czytałam książki, bo nie chciało mi się spacerować regularnie, bo ogólnie kilka miesięcy nic mi się nie chciało i teraz jestem znowu w słabszej kondycji i sile.

Potrzebuję zabrać się za solidniejszą robotę, jeśli chcę dać sobie szanse na tego jakąś sensowną pracę, na jakąkolwiek pracę. Pomyślałam sobie, że jeśli zdecydowałabym się na rozpoczęcie jakiegoś kursu we wrześniu, to mam 5 miesięcy czasu na pracę nad swoją kondycją. To całkiem sporo, jeśli teraz zacznę nad tym pracować powoli.

 No takie sobie właśnie postanowienie zrobiłam, że zaczynam więcej chodzić, więcej rowerować, kilka razy w tygodniu nadal ćwiczyć w domu pompki, brzuszki, skoki na skakance... Nic na tym nie stracę, a tylko zyskam, nawet jak rozmyślę się co do tej roboty. Jednak myśl o niej jest ważna, bo nadaje temu wszystkiemu sens i  wyraźny cel, a cel jest potrzebny, by dawał motywację i chęci do robienia czegokolwiek. Kurde, ciągle muszę sobie to wszystko przypominać i wciąż muszę siebie od nowa zaganiać do roboty, do aktywności, do picia wody itd itd. Zaczynam, a po czasie zaczynam się coraz bardziej obijać i migać od swoich własnych postanowień. Wystarczy jakiś dobry pretekst jak choćby kilkudniowa migrena, gorsza pogoda, zły nastrój i wszystko diabli biorą. Wy też tak macie?

Postanowiłam też w tym roku ogólnie ograniczyć jeszcze bardziej spożycie mięsa. Nie tylko ze względów zdrowotnych, ale i przekonań. Spróbuję też oczywiście bardziej się pilnować w kwestii zażerania owoców i warzyw oraz picia stosownej ilości wody, choć ani z jednym, ani z drugim źle nie jest, ale zawszer może być lepiej c'nie?

Od tej wizyty w VDAB i propozycji zapoznania się z nowym zawodem dosłownie nie mogę przestać o tym myśleć. Waham się, mam mnóstwo najróżniejszych wątpliwości, ale cholernie jestem ciekawa pracy w służbie zdrowia choćby jako ten asystent logistyki, czyli pomocy pielęgniarek.

Zaliczyłam póki co dwa kijk- en doedag(en) (kijk- en doemoment) z VDAB, czyli "dni patrzenia i robienia". To taki rodzaj momentów informacyjnych, podczas których bierze się aktywny udział w jakimś kursie. Raz byłam przez jakies dwie godziny na przypadkowej lekcji w klasie. Wraz z kilkoma innymi "podglądaczami" siedieliśmy w ostatniej ławce, słuchaliśmy, przyglądaliśmy się zajęciom praktycznym. Drugim razem przez pół dnia uczestniczyłam w kursie praktycznym biorąc w nim aktywmy udział, czyli faktycznie ROBIĄC, próbując tak jak regularni kursanci. Super sprawa, by lepiej zorientować się, czy dany kurs i zawód w ogóle nas interesuje. Przed kursem na wychowawcę świetlicy byłam - jak może niektórzy pamiętają - cały dzień w żłobku, gdzie pomagałam aktywnie przy dzieciakach: karmienie, zabawa, pilnowanie podczas zabawy na świeżym powietrzu. To ostatnie nawyzwało się inleefdag, czyli dzień wczucia się w nową pracę. Takie dni próbne są darmowe dla szukającyh pracy, ale wymagają zapisania się.

Na pierwszym spotkaniu informacyjnym w Gandawie, które właśnie mam za sobą, wzięłam wraz z 5 innymi osobami udział w jakiejś przypadkowej lekcji z kursantami tego kierunku połączonego z nauką języka niederlandzkiego. Żaden tam szał. Ja przecież nie dawno chodziłam na kurs wychowacy świetlicy, więc wiem jak takie lekcje wyglądaja.

Po lekcji było już rzeczywiste spotkanie informacyjne i babka powiedziała tam dość ciekawą rzecz. A mianowicie że istnieje trzy stopnie, trzy różne zawody w tym kierunku. Logistiek assistent to etap pierwszy i wielu kursantow na tym poprzestaje, ale - jak podała dalej - VDAB częstokroć wymaga od ludzi, by kontynuowali naukę aż do ostatniego stopnia, ze wzgledu na to, że brakuje ludzi w tym zawodzie. Dla asystentów logistyki jest o wiele mniej możliwości zatrudnienia, a dla zorkundige mnóstwo. Drugi stopień to verzorgende, a ostatni to zorgkundige. Nie mam bladego pojęcia, czy w Polsce ma to swoje odpowiedniki. Google mi mówi, że to wszystko nazywa się po polsku opiekun medyczny albo opiekun osób starszych. 

Tutaj ma to trzy stopnie i z każdym zwiększa się zakres możliwości i obowiązków. Ten ostatni w każdym razie musi się zarejestrować, by uzyskać jakąś wizę... Na razie nie mam pojęcia o co to w ogóle lata, bo do takiego etapu jeszcze nie doszłam, a słabo orientuję się we flamandzkiej służbie zdrowia od tamtej strony. W polskiej tym bardziej się nie orientuję.

Nie dowiedziałam się, ile to kosztuje, bo babka nie wiedziała. Powiedziała, że mało kto płaci całość, ale każdy ma inne zniżki, bo to zależy, czy ktoś jest na zasiłku dla szukających pracy, czy ma stały zasiłek z opieki społecznej, czy nie ma dochodu etc etc.

Dowiedziałam się, że to faktycznie dość ciężka robota - podobnie jak pielęgnarki - nie tylko fizycznie, ale mentalnie. Jednak, że lżejsza niż sprzątanie, wg tej pani przynajmmiej. Dowiedziałam się, że ten konkretny kurs do ostatniego stopnia taki  połączony z niderlandzkim (którymi mi akurat nie jest potrzebny) trwa łącznie 2 i pół roku i zajęcia są 4 razy w tygodniu w tym około połowa to staż. Miejsce na staż szuka się samemu najbliżej domu, lekcje są w tej dupnicy koło Gandawy, w której właśnie byłam. 

Już mam trochę wiedzy i to, czego się dowiedziałam, mnie jeszcze bardziej zainteresowało i zachęciło. Gorzej - teraz myślę już o pełnym kursie haha. 

Nadal nie wiem, czy się do tego nadaję, ale nie wiem też do czego innego mogłabym się nadawać, więc może powinnam jednak spróbować, by się dowiedzieć...? Innych pomysłów wciąż brak. 

Miałam zgłosić się na ten wolontariat do biblioteki. Nawet e-mail motywacyjny do urzędu gminy już napisałam, ale nie wysłałam... 

no bo zwyczajnie nie mam ochoty iść do biblioteki. 

Jakby ktoś przyszedł i mi nakazał, to bym poszła, ale z własnej woli na prawdę nie mam ochoty. Gdyby wolontariat w świetlicy nie był płatny (płatnego nie wolno mi robić), dziś bym poszła. Poszłabym do azylu dla zwierząt z chęcią (i może pójdę), ale cholera jasna ta biblioteka mi nie leży i tyle. W tym tygodniu widziałam 2 wakaty w Vilvoorde na 19 i na 15 godzin w tygodniu. Od nas niezbyt daleko, ale autobusem ponad godzinę jazdy, a do tego godziny pracy biblioteki są - jak wiadomo - beznadziejne, bo to często popołudnia (do 20 godziny) i soboty. Tak, u nas też biblioteka czynna jest od 14 godziny do 20 plus sobotnie poranki. Ma to sens dla klientów, którzy albo chodzą do szkoły, albo pracują, ale dla pracowników to kicha. Próbowałam się przekonać, że jednak biblioteka ma dla mnie sens, bo to lżejsza praca niż np sprzątanie (przynajmniej fizycznie, bo mentalnie to już niekoniecznie), bo mam doświadczenie w tym zawodzie, a na upartego mogę i o uznanie dyplomów się postarać (choć w sumie to nie mam niepotrzebnego tysiąca euro), bo może w koncu udało by mi sie znaleźć zatrudnienie w okolicy... Ale to na nic. Nie potrafię zapałać chęcią do tej pracy. Nawet płatnej. Nie mówiąc o wykonywaniu jej za darmochę. To już wolę se z kurami w ogródku grzebać haha. Zamknęłam ten rozdział 16 lat temu i chyba potrzebuję by pozostał zamknięty.

Opowiem tu jeszcze o mojej fascynującej podróży do Gandawy na to w.w. spotkanie informacyjne. Lubię jeździć pociągami, ale czasem to nie wiem już czy się śmiać, czy zapłakać... Co raz to inna heca.

Wybrałam się na pociąg godzinę wcześniej, bo jak jadę w nowe miejsce, zawsze chcę być tam dużo wcześniej,  by na spokojnie dotrzeć, znaleźć drogę, właściwy lokal, by się nie denerwować, nie spieszyć, nie panikować. Nienawidzę przychodzenia w ostatniej chwili ani wychodzenia na ostatnią chwilę. 

Pociąg do Gandawy mamy co godzinę z sąsiedniej wsi. Przyjechał na czas. Przejechał jedną stację i przed drugą się zatrzymał, bo miał czerwone... Staliśmy i stali, aż w końcu konduktor przeprosił, że czekamy, ale nasz tor jest zajęty i musimy czekać, aż inny pociąg odjedzie. W końcu nas wpuszczono. Ludzie wysiedli, inni wsiedli, odgwizdano odjazd i drzwi się zamknęły z piskiem, ale pociąg nie ruszył. Po chwili znowu z głośników poleciały przeprosiny wraz z informacjami, że znowu jakiś pociąg blokuje nam tor, bo miał jakiś problem i go muszą zresetować. Nic to, po krótkiej chwili ruszyła maszyna po szynach żwawo, by po przejechaniu jednej stacji nadle z piskiem się zatrzymać w polach. Już pomyślałam, że kogoś przejechaliśmy, ale na szczęście TYLKO jakiś problem na torach... Staliśmy z pół godziny czy dalej. Dobrze że zabrałam przezornie czytnik ebooków z rozpoczętą lekturą i że miałam zapas czasu to nie liczyłam minut tylko czytałam książkę... W końcu ruszyliśmy, ale ospale z mozołem koło za kołem z prędkością pieszego, bo - jak poinformował znowu konduktor - po awarii tak należy jechać. Jakieś młodziki przede mną śmiali się z tych biedaków, co czekali na drodze przed opuszczonymi zaporami na przejeździe patrząc na pociąg jadący w   s l  o w m o t i o n. Wysiadając w Gandawie usłyszałam z ich strony "kut treinen" (opiździałe pociągi), bo pewnie schłopaki późnili się godzinę na zajęcia albo do pracy. Dotarliśmy bowiem do Gandawy z godzinnym opuźnieniem. Ech!

A tu dworzec w Gandawie teraz już całkiem rozpiżony. Znaczy się remont trwa już kilka lat, ale teraz główne przejście demolują i jakąś dziwną drogą się idzie pomiędzy płotkami budowlanymi i rusztowaniami. Podążałam za ludźmi i tak udało mi się wyjść z dworca koło przystanku autobusów, a mój autobus akurat stał na swoim stanowisku, no to wskoczyłam i pojechałam dalej. Autobus jechał około pół godziny, ale i tak miałam jeszcze zapas czasu do tej lekcji pokazowej w szkole dla dorosłych.

Droga powrotna też dosyć emocjonująca się okazała, bo kierowca o mało jakiejś kobiety na przejściu dla pieszych nie przejechał. Ona miała zielone, a my czerwone. Zatrzymał się z piskiem tuż przed jej ramieniem, a potem otworzył okno i jeszcze zaczął się drzeć na nią w jakimś obcym języku. JPRDL. Coraz więcej człowiek ma obaw wsiadając dziś do autobusów, bo brakuje kierowców, więc zatrudniają dosyć przypadkowych ludzi, podejrzane typy z różnych krajów. Coraz częściej słyszy się o jakichś ekscesach z udziałem kierowców autobusów. Jeden staranował przystanek, drugi zderzył się z tramwajem, wielu przejeżdża przez tory i skrzyżowania na czerwonym, co jakiś czas wjeżdżają w domy, to znowu wysiadają w przypadkowych miejscach blokując drogę autobusem i rozkłądając na chodniku dywanik by się pomodlić (tak, były takie przypadki niedawno). Obłąkanie nie zna granic.

Druga lekcja pokazowa była w Aalst. Pojechałam tam na rowerze, bo to tylko 20 km w jedną stronę, a połączeń nie ma dobrych. Mamy za to bezpośrednią ścieżkę rowerową biegnącą wzdłuż dawnej linii kolejowej to się fajnie jedzie. Tym razem był to kurs sprzątania, w którym uczestniczyłam aktywnie wraz z trzema innymi bezrobotnymi. Myślałam że to będzie konkretnie sprzątanie biur, szkół i szpitali, ale to ogólny kurs dla wszystkich sprzątaczy, czyli zarówno sprzątanie prywatnych domów jak i lokali. Kurs taki trwa 2 miesiące codziennie od rana do szesnastej. Żebym ja mogła na taki kurs pójść zanim zaczęłąm pracę na sprzątaniu to ale bym miała ułatwiony start. Teraz to musztarda po obiedzie... ale dobrze, że poszłam tam, to teraz wiem, że coś takiego istnieje, o.

Po tych kilku godzinach wiem już, że to świetny kurs dla każdego, kto chce sprzątać. Tego dnia akurat uczyli się czyścić podłogi różnymi szmatami, różnymi mopami, na mokro i na sucho. Tym razem my oglądacze też braliśmy aktywny udział, tzn myliśmy podłogę na różne sposoby. Oni tam w tym VDAB w Aalst mają specjalną salę lekcyjną do tego kursu. Jest tam jakby dom urządzony. Taki dosyć dziwny, bo pomieszczenie ma kilka rodzajów podłóg, żeby na różnych powierzchniach można było ćwiczyć ścieranie. Mają tam też kabinę prysznicową, umywalkę z lusterkiem, a nawet coś w rodzaju pokoju: drewniana podłoga, szafa, łóżko, szafka nocna. Na łóżku dwie zmiany pościeli,  by i zmieniania pościeli można było się uczyć. Poza tym różne mopy, wiadra, szczotki, odkurzacze, maszyny, produkty, ścierki, żelazka i deski do prasowania, chuje muje dzikie węże. 

Dobrze było to zobaczyć, bo myślę, że dla Córki może być to świetny kurs. Tylko muszę sprawdzić, czy tam się da jakoś normalnie czymś dojeżdżać, zanim zapytamy o to jej asystenta z biura pracy. 

Innego dnia byłam w Mechelen, by pójść z Młodym na wizytę u laryngologa. Zbadali mu słuch i na razie wszystko w normie. Nie zmienia to faktu, że Młody ma jakiś problem ze słyszeniem, ale może to to samo Młoda ma i ja, czyli słaba filtracja dźwięków (popularny problem autystyków), przez co źle się słyszy... Nic to. Ważne, że słuch jako taki jest ok.

Poznałam przy okazji kolejny szpital. Pierwszy raz bowiem byłam w Mechelen. Przez te 13 lat pobytu w BE odwiedziłam już szpitale: w Geraardsbergen, Asse, Sint-Niklaas, UZ Brussel, UZ Leuven, Dendermonde, Aalst. Turystyka szpitalna haha.

A ten w Mechelen ma jedną śmieszną rzecz - poczekalnie. Kurde, jakaś parodia to jest. Przyszliśmy, zarejestrowaliśmy się i pani skierowała nas do poczekalni. Dotąd jak w każdym innym szpitalu. Świstek z naklejkami, który otzrymaliśmy przy rejestracji trzeba było zeskanować pod czytnikiem w poczekalni, co jakaś miła pani (też pacjentka) nam uświadomiła, gdy tylko przyszliśmy. Czekaliśmy grubo ponad pół godziny, ale w końcu wyświetlił się nasz numer wraz z numerem trasy, którą mieliśmy pójść. Poszliśmy i się okazało, że tam jest kolejna poczekalnia. Tego jeszcze nie grali. Taka niespodzianka. Znowu ta sama pani, która tam już siedziała, powiedziała nam, że znowu musimy zeskanować nasz kod. I znowu czekaliśmy. Tym razem lekarka zawołała Młodego po imieniu. 

Potem jednak zrozumiałam po co ta druga poczekalnia i że to ma jakiś sens. Po rozmowie z lekarką poszliśmy do drugiego pokoju na badanie słuchu, a lekarka obsługiwała kolejnego pacjenta. Po skończeniu badania czekaliśmy w poczekalni aż lekarka wezwie nas podnownie w celu omówienia wyników. To ma sens, że nie trzeba daleko iść.

Po tych wszystkich wycieczkach do czterech stron świata dziś jestem zmęczona, ale też nie nasiedziałam się za bardzo. Zrobiłam pranie, upiekłam chleb na zakwasie i placek na oleju z owocami, ugotowałam zupę szczawiową z lanymi kluskami, bo wieki nie jadłam, a kiedyś zobaczyłam w polaku szczaw w słoiku i mi ślinka zaczęła cieknąć. Posprzątałąm trochę: odkurzanie, mopowanie, łazienka i kibel po całości. Tylko na dole - góry nie sprzątam. Znaczy naszą sypialnię to raz, może dwa razy na miesiąc sprzątnę, jak już czarnej szafki nocnej spod kurzu nie widać. Reszta to już nie mój teren, Każdy ogarnia sam albo nie ogarnia, ale co mnie to gówno obchodzi. A dziś jeszcze kurniki oba posprzątałam i u świnek pozamiatałam (Najstarsza wczoraj wymieniała im dywaniki i umyła wszystko). Poza tym odbyłam 3,5-kilometrowy spacer w towarzystwie starszej córki i tak minął jakoś cały dzień. Teraz zasypiam prawie na siedząco, ale jakoś postarm się wytrwać do 21. Jutro i pojutrze w planie nicnierobienie, bo w tym tygodniu trochę przesadziłam z aktywnością. Mam stopniowo zwiękrzać aktywność, bo co nagle to po diable... No ale tak wyszło.

Jeszcze byłam w pobliskim muzeum żeglarstwa, ale to kiedyś (jak się złoży) opublikuję w osobnym wpisie.

Nowy rower Młodego na razie dobrze się sprawuje. Młody radzi z nim sobie doskonale. Znalazł dla niego właściwe miejsce w pociągach - tuż przy drzwiach (wsiada i wysiada się na tej trasie zawsze z tej samej strony, więc z drugiej spokojnie może stać rower). 

Jeszcze tydzień i będą ferie wielkanocne. Nie do uwierzenia, jak ten czas zapitala!

W menu ostatnich 2 tygodni było m.in.

ruskie pierogi,

pizza domowa

kopytka z serem, jagodami i śmietaną oraz ziemniaki z mielonymi kotletami dla mięsożerców

makaron carbonaropodobny wegański i niewegański, 

frytki z fryciarni

zupa szczawiowa

(tyle pamiętam)

A teraz parę fotek z popfrzedniego tygodnia, bo z tego mi się nie chce dodawać. Muszę odpocząć.









łyski budują gniazdo

pliszka żółta





dwóch kosów




Mechelen - na pierwszym planie pozostałości młyna

park Kruidtuin w Mechelen


Kruidtuin Mechelen

magnolia


Kruidtuin


Kruidtuin

Kruidtuin

Mechelen

nowy rower w pociągu


gęsi kanadyjskie

rzeka Skalda w Baasrode

kaczka czernica









wrona z gałązką w dziobie

Mewy

perkoz



 


perkoz

kormoran


pole fiołkowe




5 grudnia 2025

Kury, wydobycie portu, dodatkowy kurs

 Od ostatniego wpisu kupa ciekawych rzeczy się zdarzyła, które czym prędzej spisać tutaj trzeba.

W zeszły piątek adoptowaliśmy 3 nowe kury. 

Azyle prowadzą tutaj systematycznie akcje ratowania kur z kurzych farm. 

W takich farmach, jak wiadomo, kury mają żywot makabryczny. W wylęgarniach kurczaki  zaraz po wykluciu są sortowane wg płci, a potem koguciki jako nieprzydatne są zagazowywane lub mielone żywcem. Potem przez 16 tygodni musza rosnąć, a w tym czasie otrzymują około 20 szczepionek przeciwko około 14 różnym chorobom (także te do tzw bio hodowli). Potem przewożą je do fabryk jajek, gdzie około roku siedzą w ciasnocie i smrodzie, a hodowcy świecą im światło, by niosły jajka non stop. Po roku, czasem trochę dłużej, kury są wyczerpane i zaczynają mniej jajek nieść, więc pakuje się je do plastikowych skrzynek, po tyle ile wlezie i wiezie się je do zabicia. Kury takie mają ogromne niedobory wapnia i innych składników od niesienia jajek. Są słabe, pozbawione piór, łamią im się kości w trakcie tego makabrycznego transportu, są przerażone i ogromnie zestresowane,  więc okropnie cierpią, także z zimna. Po koszmarnym życiu umierają w wielkim cierpieniu i przerażeniu. Te z biologicznych hodowli, wolnych wybiegów również po roku są zabijane. 

Azyle próbują uratować choć małą część takich kur, by biedactwa zaznały jeszcze trochę normalności i nacieszyły się życiem obdarowując nowych właściceli jajkami. Azyle najpierw zabierają je do siebie i trzymają przez pewien czas w kwarantannie. Potem można je adoptować.

Postanowiliśmy wziąć trzy takie kury. Przywieźliśmy je do domu późnym popołudniem i od razu wsadziliśmy je do kurnika, tak jak nam zalecono. Potem dokoptowaliśmy do nich nasze sliki. Kilka razy sprawdzaliśmy, czy wszystko tam okej, zanim poszliśmy spać. Rano tylko świt popędziliśmy otwierać kurnik i obserwować, co się wydarzy. Ja to jaram się takimi zdarzeniami tak samo jak dzieci. 

Najpierw wyszedł Heniek i Sunny, a jako trzecia wyszła ostrożnie nowa Kryśka. Heńka zamurowało na dobre pół minuty, jak ją zobaczył. Chłop był dosłownie w szoku. Gdy się otrząsnął, czym prędzej pomaszerował z Sunny do ogródka. Nie chciał mieć z tym wielkim kurskiem nic do czynienia. 

Potem Chica złapał za grzebień drugą Kryśkę i przesunął na bok, po czym sam wystrzelił z kurnika i zaczął się nowym stworzeniom przyglądać z wielkim zainteresowaniem. W końcu zaczął wołać i próbować wyprowadzić nową koleżankę do ogrodu. Wychodził z tym swoim wołającym ćwierkaniem ze szopy i wracał, znowu wychodził i wracał. Nowa nie rozumiała jednak za bardzo, o co mu się rozchodzi. Ona też była w szoku. Dwie pozostałe kurki wolały pozostać w kurniku. Pierwsza jednak w końcu poszła za Chiką, a ten zdawał się być ucieszony tym faktem ogromnie i kręcił się zalotnie wokół nowej dziewczyny. Ona jednak przywaliła mu dwa razy z dzioba, więc potem zestresowany trzymał się na dystans, ale nie rezygnował. 

Chwilę później dołączyły dwie pozostałe dziewczyny do swojej koleżanki, a Chika ciągle je obskakiwał podekscytowany. Wyraźnie było widać, że od razu uznał je za swoje stado i poczuł się zobowiązany do opieki nad nimi i flirtowania, ale dziewuchy wychowane w niekurzych warunkach zupełnie nie rozumiały ani jego wołania na jedzenie, ani zalotów. W ogóle nie rozumiały o co jemu chodzi, bo i koguta nigdy nie spotkały w swoim życiu. 

Heniek z Sunny przezornie postanowili cały dzień spędzić w szopie, bo Heniek bał się nowych. Rico na początku wyszła i zaczęła jeść nie przejmując się nowymi, ale jak dostała z dzioba, tak schowała się w najciemniejszy kąt szopy i nie wychodziła prawie cały dzień. Wtedy zaczęłam się trochę martwić i zastanwiać się, czy aby na pewno dobrze zrobiliśmy adoptując takie kury...

Na drugi dzień sytuacja była podoba - Nowe z Chiką na ogrodzie, Silki w szopie. Aż im tam miskę z ziarnem zaniosłam i wszelakie smakołyki kurze oraz napełniłm dodatkowe poidło wodą. 

Trzeciego dnia mury na szczęście runęły. Chica jako pierwszy wyprowadził swoje nowe koleżanki, a Heniek z Sunny i Bożeną do nich dołączyły przy karmniku. Potem przyszła też Riko. I już wszyscy swobodnie poruszali się po całym ogrodzie bez większych konfliktów i obaw. Uff!

Odważyłam się nawet wypuścić je poza ogród, ale czuwaliśmy z Młodym trochę zestresowani, bo nie wiesz, co obcej kurze do łba może strzelić. Kolejnego dnia już cała ekipa wybiegła na trawę, gdy tylko furtkę uchyliłam. Bez większego problemu udało mi się ich też z powrotem zagonić. Tylko kot od sąsiadki im trochę stracha napędził. To kot brytyjski takie dosyć wielkie bydlę, które nie dość, że kur się nie boi to jeszcze idiota za nimi chce ganiać. Na szczęście boi się człowieków gnojek upierdliwy. 

Ale jak one żarły tę trawę! Myślałam że się biedactwa zadławią. Tak samo z ziarnem. Pierwsze dwa dni stały cały dzień przy paśniku i jadły, jadły i jadły... Na trzeci dzień już nie bały się, że jedzenie zniknie i zaczęły eksplorować każdy kąt ogródka i grzebać jak szalone. Wydarły też parę dżdżownic z ziemi, czego silki ta dobrze nie potrafią, choć lubią wciągnąć taką glizdę. Suszonych robaków nie jedzą na razie. Nie wiedzą, że można. Na łuskany słonecznik też się głupio patrzyły, dopóki Chica nie zabrał ziarna z mojej ręki, nie rozsypał po ziemi i nie zaczął wołać. Spróbowały i posmakowało. Powoli zrozumieją, co to znaczy, jak kogut woła. Kury to przecież bardzo inteligentne i emocjonalne stworzenia. Chleb i ziemniaki oraz ryż lubią i wcinają jak szalone. 

Można je brać na ręce, bo się nie boją ani nie wyrywają. Przestały już też prawie śmierdzieć. Gdy wieźliśmy je to w całym aucie było czuć ten kurzy smród gównianej hodowli, ale już się wywietrzyły trochę. Nowe pióra też im już rosną, więc nie długo pewnie będą tak samo miło pachnieć, jak nasze silki. No dobra, koguty jak są mokte to śmierdzą mokrym psem i z dzioba im wali jak z wylęgarni troli. Kury, jak są mokre, po prostu pachną mokrymi piórami. Tylko jak w kupę wdepną, to śmierdzą kupą, ale jak ja wdepnę w kupę to też fiołkami nie pachnę. 

Młoda, jak na dobrą Mamusię przystało, zafundowała swojemu Koko-Synkowi i jego kobietom nowy dom. Już go dostarczono, ale dopiero będziemy go składać.


Nowe kury. z przodu Balbina 🐔


W tym tygodniu zaczęłam dodatkowy kurs niderlandzkiego - gramatykę. Miał on się zacząć tydzien temu, ale nauczycielka napisała, że źle se w kalendarzu zapisała, więc zacznie się tydzień później. Pierwsza lekcja nie bardzo mi się spodobała. Raz że po pierwszym podstawowym trzygodzinnym kursie mam tylko godzinę przerwy, a ten  trwa 2 godziny, co jest dosyć męczące i mój mózg zaczyna się lasować. Drugie, że laska zapierdala tak z tymi zadaniami, że nawet połowy nie zdążaam zrobić, nie mówiąc by się nad tym spokojnie zastanowić i zapamiętac cokolwiek. Coś tam jednak, myślę, zawsze zostanie w tym pustym łbie. 

Uparcie czytam książki po niderlandzku jedna za drugą, co - mam nadzieję - pomoże mi utrwalać to czego się nauczę. No a poza tym czytanie idzie mi już na prawdę doskonale i mogę już w pełni cieszyć sie lekturą bez stresowania się, że co chwilę czegoś nie rozumiem. Pewnie, że ciągle zdarza mi się natknąc na jene czy dwa wyrazy, których znaczenia nie rozumiem, ale w ten sposób właśnie się uczę nowych słówek.

A tak poza tym to ogólnie straznie się cieszę tym, że znowu chce mi się czytać i że ostatnio tyle książek już przeczytałam. Tak jak kiedyś, gdy czytanie całe lata było moją wielką pasją. Znowu nie muszę się zmuszać do czytania tylko zwyczajnie mam na to chęć i czuję taką potrzebę. To jest satysfakcjonujące uczucie po takim długim czasie awersji do czytania.




W środę byłam w szpitalu na drobnym zabiegu. Wreszcie wydobyto mi z ciała ten cholerny port dożylny.

szpital 

Łatwy i szybki to był zabieg. Całość trwała może z 15 minut. Najbardziej nieprzyjemny był zastrzyk znieczulający. To trochę bolało i było dosyć nieprzyjemne, ale nie jakaś też tam tragedia. Po paru minutach, gdy znieczulenie zaczęło działać, doktor wyciął dziurę i wyciągnął to ustrojstwo z mojego ciała co chwilę przypalając naczynia krwionone jakimś urządzeniem, co powodowało siwy dym i w całym pokoju rozchodził się smród palonego ciała. Mojego ciała, co było dosyć osobliwym doświadczeniem. Nic mnie nie bolało, ale jak lekarz miział skalpelem mięśnie to wywoływało to dosyć nieprzyjemne ich skurcze i niekontrolowane ruchy. Zapytałam lekarza, czy mogę zabrać ten port na pamiętkę. Uśmiał się, że pewnie chce go symbolicznie młotkiem rozwalić. Zapakowali mi go ładnie do plastikowego pudełeczka z nakreętką i teraz mogę sobie to na półce trzymać. Obejrzałam toto oczywiście dokładnie i zdziwiłam się, że to takie ładne jest. Wygląda jak serduszko i jest fioletowe i ciężkie, czyli zupelnie inaczej wygląda, niż to sobie wyobrażałam.

to było pod moją  przez 4 lata

port na pamiątkę

Młoda towarzyszyła mi w wycieczce szpitala, w razie jakby mi się co potem miało dziać, to żebym sama nie wracała autobusem. Nic mi się nie działo, więc poszlyśmy na kawę uczcić to wydarzenie. Zamówi-łam ☕️ o smaku róży, a Młoda kwiatową 🍵 herbatę. Obie wzięłyśmy też po kawałku sernika ze spekulosem. Niebo w gębie, rzekłabym. 


Młody miał w zeszlym tygodniu badania okresowe i szczepienie na tężec i cośtam, co go rozwaliło trochę. Dzień poszczepieniu miał dzień hybrydowy i zaspał na rozmowę grupową, którą miał odbyć online. Obudziłam go o ósmej, jak sobie zażyczył i poszłam do swoich zajęć. Jako że normalnie budzę go o szóstej to ani do głowy mi nie przyszło, że on może zasnąć z powrotem po ósmej godzinie. Potem miałam po coś lecieć do jego pokoju, ale se uświadomiłam, że przecież jest w trakcie rozmowy więc nie poszłam. Po dziesiątej ten przyszedł na dół zaspany i pyta, czemu go nie obudziłam...

😴💤

ŻE CO?! No prawie szlag mnie trafił i nawet się wydarłam na niego, co chyba pierwszy raz mi się zadzarzyło, no bo weź się zlituj. Poszli mu na rękę, że może raz w tygodniu uczyć się w domu, więc chyba do cholery pasowało my się wykazać, udowodnić że będzie się pilnie pracowało, a ten co? Ten ci zaśpi na rozmowe o dziewiątej godzinie! Byłam bardzo zła. Nie mogłam zrozumieć, jak to się mogło stać, bo przeciez poszedł spać o 22, jak zwykle. Spał 12 godzin i ledwo co się obudził... Dopiero za dwa dni do mnie dotarło, że to przez tę pieprzoną szczepionkę! Wtedy w ogóle mój mózg tych faktów nie połączył, dlatego sie tak wkurzyłam i dlatego niedopilnowałam by wstał na czas, więc byłam też wkurzona na siebie i siebie też oczywiśćie zwymyślałam od ostatatnich idiotek i głupich matek. Jak ja się teraz łatwo wkurzam, to szok. Nie lubię tego, ale nic się z tym zrobić nie da. Poprawi się kiedyś samo, albo już taka podpalona umrę.

W poniedziałek rano wstał wciąż zmulony. Ubrał się jednak, wypił matchę,  spakował tornister, założył kurtkę… po czym usiadł na kanapie i powiedział, że jest tak strasznie zmęczony, że nie wie, czy da rady dojechac do szkoły, a potem zaczął panikować, że ma dwa ważne testy i że je zawali w takim stanie... Powiedziałam, by został w domu. Zadzwoniłam do lekarza i udało się zabukować miejsce do jakiejś studenki-lekarki, a ona wypisała mu zwolnienie na trzy dni. Uf. Ostatnie dwa dni już był w szkole normalnie, a w piątek wrócił wielce zadowolony, bo po lekcjach pisał zaległy test z biologii i stwierdził że chyba dobrze mu poszło.

Podczas badań okresowych opowiedział pani o swoim problemie z dłoniami, a ta potwierdziła wstępnie diagnozę, którą postawiła jedna z Czytelniczek tego bloga w komentarzu. Powiedziała mu też że masaż często przyspiesza powrót dłoni do normalnego stanu, no i oczywiście kazała mu unikać zimna…


Czasem przed lekcją niderlandzkiego idę na szybki spacer. W tym tygodniu zanotowałam, że kwadrans przed ósmą było jeszcze ciemno. 



Małżonek znowu szuka nowej pracy. Aktualnej… w zasadzie, to dziś już chyba można rzec, że byłej, choć wypowiedzenia jeszcze nie złożył, to jednak zamierza posiedzieć w domu, bo dłużej już nie jest w stanie wytrzymać z pierdolniętym szefem… I tak za długo dawał się skurwielowi poniewierać, za co niestety zapłacił zdrowiem fizycznym jak i psychicznym… Lekarka kazała mu teraz wypoczywać i o siebie zadbać zanim pójdzie do nowej pracy. 
Był już na kilku rozmowach i wszędzie - jak zwykle - chcą go przyjąć z otwartymi ramionami, ale jak poznać, czy firma jest dobra i czy w ogóle jeszcze takie są w tym kraju w tych dziwnych i trudnych czasach…?

W tym tygodniu odwiedziłam też Brukselę, bo kosmetyków z Avonu mi się zachciało po tym jak fb mi pokazał profil konsultantki… Wieki nie oglądałam katalogu ani kosmetyków nie miałam z tej firmy, a dawniej w PL to człowiek co jakiś czas coś tam kupił. Sama byłam jakiś krótki czas konsultantką Oriflame, ale ja się do takich rzeczy nie nadawałam ani nie nadaję. Jednak warto było spróbować choćby po to, by się o pielęgnacji i kosmetykach nauczyć. Nawet na jakieś kursy darmowe chodziłam…  No ale szczegół. 
Napisałam do babki, obejrzałam katalog online i se zamówiłam parę pierdółek. Ona to w złotówkach sprzedaje, więc tanio jak barszcz. Teraz byłam odebrać zamówienie, a że kobita w Brukseli pracuje, to tam się umówiłyśmy. Młoda mi towarzyszyła. Przyjemna to była wycieczka, a pani bardzo miła. Potem poszłam do galerii na tacosa, bo mnie smak wielki naszedł, a Młoda wolała KFC, bo tam dobre wegetariańskie dania mają. Ludziów w tej galerii jakby to jedyne otwarte miejsce w tym mieście było. Koszmar jak dla mnie. Grudzień to zły czas na wchodzenie na tereny handlowe, bo ludzie coś z głową w tym okresie mają nie tak. Kuźwa, jakby sklepów cały rok nie widzieli… A idź pan z tym!

Na mieście tym razem patrzyłam pod nogi…









Ale do góry też…






Od zeszłej soboty mamy też już choinkę. Znowu kupiliśmy jodłę, ale tym razem bez korzeni i doniczki. Takie drzewko niecałe 20€ kosztowalo, a w donicy ze 7 dych trzeba by dać. Ładna jest. Przystroiłam, tak jak sobie zaplanowałam, na biało. Wszystkie bombki mamy szklane. Kilka jest starych z poprzednich lat, 15 sztuk używanych z Kringwinkel i jeszcze ładne duże kremowe kupiłam wraz z choinką. Łańcuchy jakieś optargane znalazłam na strychu, ale efekt końcowy mi się podoba. Tak właśnie to sobie wyobrażałam mniej więcej.
Reszta dekoracji siedzi u nas w sypialni w torbie. Miałam wyłożyć je po urodzinach Młodej, ale urodziny mają tygodniowy obsuw, więc chyba nie będę już czekać, tylko się wezmę po niedzieli…