Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ginekolog. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ginekolog. Pokaż wszystkie posty

2 lutego 2025

Łeb mnie boli od tego wszystkiego

 Obudziłam się dziś(piątek) z lekkim bólem głowy, a potem się pogorszyło. Jestem okropnie zmęczona i skołowana. Wszystko zawdzięczam wczorajszej wyprawie do szpitala uniwersyteckiego w Leuven. To miasto to stolica naszej prowincji (odpowiednik polskiego województwa). My mieszkamy na granicy prowincji. Kawałek za naszym domem już jest inne prowincja. Niemniej jednak do stolicy nie mamy jakoś daleko, jakieś 50-60 km... Nie chce mi się sprawdzać. Jednak jechałyśmy tam publicznymi środkami transportu, a to już podchodzi pod kategorię wyprawa. 

Normalnie powinnyśmy pojechać rowerami na dworzec, ale stare rowery są w tej chwili w stanie nie nadającym się do jazdy, a nowych trochę strach zostawiać na dworcu, bo za drogie są na to, by je stracić w tak głupi sposób. W Belgii statystycznie w ciągu  jednego dnia ginie około 300 rowerów. Nie ma tygdnia, by ktoś na fb nie zapytywał w grupie gminy, czy ktoś jego roweru nie widział przypadkiem. Do dojeżdżania na dworzec tu każdy ma stare rowery. Nawet jak czasem ktoś wystawia jakiś zgnity pogięty rupieć rowerowy na sprzedaż, to pisze w ogłoszeniu, że na rower stacjowy jeszcze się nada. Nasz stary rower wymaga wymiany koła i naprawy hamulców, ale wiecie jak to jest zimą... nikomu nie chce się takimi sprawami zajmować. Dziewczyny mają stare rowery więc nikt się nie boi o nie za bardzo. Jak ktoś gwizdnie, to mała strata. Choć i tak każda stara się przypinac rower i zamknięcia zamykać. Złodziei - jak wiadomo - takie drobiazgi jednak nie powtrzymują. No ale mniejsza o to.

Skoro rower odpadł, pomyślałam, że może na nogach na dworzec pójdziemy. Wszak to tylko 4 km, z czego z połowa przez las. Najstarsza nie miała nic przeciwko temu. Nasz pogląd zmienił się jadnak rano, gdy zobaczyłyśmy, że za oknem leje jak z cebra. Wiadomo, że po przejściu 4 km w ulewę zwykle ma się spodnie przynajmniej do połowy nogi mokre, jeśli nie do samej dupy, a do tego upoci się człowiek jak świnia. A weź siedź potem w pociągu w mokrych łachach i śmierdząc do tego.

13 grudnia 2021

Wrażenia po usunięciu guza z cycka

Operacja się udała. Inaczej by ten tekst nie powstał pewnie... 




Powiem więcej, nie było źle. Całkiem spoko nawet. Zakładając, że ktoś jest tak jak ja zdrowo walnięty. Wszak normalsi - jak wynika z moich obserwacji - to w takich okolicznościach zwykle straszną panikę sieją, galotami trzęsą, srają miodem  i w ogóle. 

Dla mnie to kolejne interesujące doświadczenie do kolekcji, o którym mogę sobie teraz napisać.

W takich chwilach uświadamiam sobie, jak to wspaniale jest być normalnym inaczej, czyli żeby umieć do poważnych  rzeczy podchodzić z dystansem, opanowaniem, zimną krwią, nieziemską cierpliwością, dziecięcą ciekawością i popieprzonym czarnym poczuciem humoru. To jest dobre.

Niby tam gdzieś w tle, w głębokich otchłaniach mojego pokręconego mózgu świeci się blado jakaś ostrzegawcza lampeczka, pojawiają się jakieś znaki zapytania i znaczące wykrzykniki, ale moje główne myśli i odczucia skupiają się na tu i teraz oraz na czystych faktach. Dla mnie bowiem liczy się zwykle o wiele bardziej to co JEST, a nie co może być. Jak już coś jest, to trzeba się temu dokładnie przyjrzeć, zbadać i dowiedzieć się, co z tym zrobić. Jak można z tym coś zrobić, to trza się brać za robienie krok po kroku. Dopóki możliwości się nie wyczerpią i sił starczy.  Jak się nie da nic zrobić, to trza się z tym pogodzić i iść dalej omijając to lub ciągnąc ze sobą i robić wszystkie inne rzeczy dopóki możliwości się nie wyczerpią i sił starczy. 
Tak czy siak zaczynam podejrzewać, że zasadniczo w życiu dobrze jest mieć ciągle coś z czym można się użerać, bo jak nic na drodze nie stoi z czym można się zmierzyć, to życie zaczyna być chuja warte i nudne. 

No ale pozostawmy filozofię i zajmijmy się fizjologią.

 Opowiem o dniu operacji. Bo lubię opowiadać.

W piątek Małżonek podrzucił mnie na siódmą pod szpital i pomknął dalej do roboty, bo tak się składa, że szpital ma po drodze.

Zarejestrowałam się i poszłam na oddział babięcy, gdzie już na dzień dobry było trochę chichów śmichów, bo się okazało, że sala do której mnie pielęgniarka zaprowadziła, jest zajęta. Okazało się, że komuś się szóstka z dziewiątką pomerdała i że moja sala ma nr 226 a nie 229. W sali dwuosobowej była jedna pacjentka, jak przyszłam, ale już się zbierała do domu. Chwała jej za to. 

Popatrzyłam po tej sali i przypomniałam sobie moje pobyty w polskim szpitalu na babięcym oddziale kilkanaście lat temu. Te łóżka ze skrzypiącymi, rozciągniętymi sprężynami i wydupconymi materacami. 7-8 bab na jednej sali. Łóżko koło łóżka, zero intymności, komfortu. Zimno jak pierun. Jeden kibel i jeden prysznic na 20 bab… Ło matulu, to ci były czasy.

 A teraz tu na sali dwa wypasione elektrycznie regulowane wyrka, oddzielone zasłoną, przy każdym zmyślna szafeczka z rozkładanym stołem do żarcia, nad każdym łóżkiem na wysięgniku telewizor dotykowy z mnóstwem kanałów, skórzany fotel, stolik i krzesła, szafy na ubrania, lodówka, mikrofalówka, prysznic i wucet plus pokoik do przebierania i kąpania bobasów (oddział babięcy). No i mydło, papier toaletowy i ręczniki papierowe, a nie że człowiek własną srajtaśmę musiał przynosić. 
Na kablu dinks z przyciskiem do przywoływania pielęgniarek i  pstryczkami od różnych świateł. 
W nocy cichuteńko i ciemno. No, jak współlokator nie hałasuje i nie świeci ;-) Jak już być w szpitalu, to lepiej w takim przytulnym i komfortowym niźli w takim polskim sprzed kilkunastu lat (teraz to nie wiem).





Pielęgniarka zleciła przywdzianie szpitalnej koszuli. No, moda szpitalna się z czasem najwyraźniej nie zmienia za bardzo. Tyle, że tu można mieć majty pod koszulą a nawet skarpety i dresy, jak koło dupy ci nic nie robią akurat ;-) Zatem nie trza, jak drzewiej w Polszy, gołą dupą po korytarzach świecić. To nawet śmieszne nie było, szczególnie jak człowiek młody jeszcze był. 

Chwilę później, gdy już w tej seksownej kiecy byłam, przyszła przewoźniczka pacjentów i zawiozła mnie z łóżkiem na usg, gdzie mieli mi ten harpunik w cycka wetknąć, ale jakiś mały ulizany doktorek przyleciał, popatrzył na cycki (same zbereźniuchy), popatrzył na usg i stwierdził, że nie trzeba nic cudować, tylko nabazgrał mi coś mazakiem na cycku i poleciał. 

Znowu zjawiła się przewoźniczka i zawiozła mnie na dół do poczekalni przedoperacyjnej. Cicho tam było i pusto. Żywej duszy. Jakiś gość nagle skądś się zjawił i zdziwiony moją obecnością tak samo jak ja jego nagłym zjawieniem podśmiał się, że co tak mnie tu ktoś po cichu porzucił w kącie, po czym zniknął. 

W końcu zaczęła się i moja ekipa schodzić. Każdy się witał i przedstawiał. Człowiek czuje się niczym jakiś celebryta na tym szpitalnym łóżku. Wszyscy cię znają i witają, jak króla. 

Jak się już poprzywitywał każdy z każdym i wenflon mi przyczepili, to zaciągnęli mój łóżkowóz na salę operacyjną i zaraz zaczęli się krzątać wokół sprawiając wrażenie, że wiedzą, co kto ma robić, a nawet jak i po co. Budujące. 5 minut później odpłynęłam do krainy nieistnienia. 

Obudziłam się będąc znowu w poczekalni. Znów, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zjawiła się przewoźniczka i zaciągnęła mój  łóżkowóz na moją salę, gdzie mogłam próbować sprawiać wrażenie, że już jestem całkiem przytomna. Nawet zdążyłam sobie przypomnieć, że Młoda kazała update’ować do niej mój operacyjny status, a zaraz potem, że mój telefon jest w plecaku, a to jest taaaak daaleekooooo…. i że mam cholernie ciężkie powieki i jeszcze cięższe kończyny, po czym poszłam znowu w kimę. Obudził mnie ten mój porąbany ginekolog wpadając jak dziki do sali z pielęgniarkami i z tym swoim „Hej hej, Magdalena!”. 

Za każdym razem do każdego drze się z uśmiechem „hej-hej” na powitanie, jakbyśmy w wesołym miasteczku byli, a nie w szpitalu. Przefajny superpozytywny gość, a do tego - jak wieść niesie - dobry specjalista od spraw rakowych. Tym razem już serio się obudziłam. Doktor powiedział, że wycięli 3,5cm guza z zapasem zdrowej tkanki i jeden gruczoł pod pachą i wysłali próbki do laboratorium. Operacja przebiegła bez komplikacji i że nazajutrz, czyli w sobotę będę mogła iść do domu, ale że przed południem do mnie jeszcze wpadnie. 

Oddzwoniłam i odpisałam wszystkim, którzy do mnie zadzwonili i napisali, jak spałam. 

I nagle znowu okazało się, że niektórzy ludzie to są nieobliczalni i nieprzewidywalni, żeby nie powiedzieć rąbnięci. Jeden z moich klientów zapytywał smsem jak się czuję i prosił o oddzwonienie, co też z automatu uczyniłam, bo co też miałam lepszego do robienia… i zostałam zszokowana. 

Okazało się, że ci - skądinąd mili i sympatyczni - ludzie musieli pilnie natychmiast tu i teraz w tym momencie w PIĄTEK KURWA WIECZOREM GDY WŁAŚNIE TYLE CO ZE STOŁU OPERACYJNEGO ZESZŁAM I JESZCZE NIE ZUPEŁNIE PRZYTOMNA BYŁAM (na ich kurwa szczęście!) wiedzieć, czy oni dostaną kogoś na moje zastępstwo, bo dla nich to ważne. Nie muszą mieć tego zastępstwa, mogą nie mieć, ale muszą wiedzieć, czy ktoś będzie przychodził sprzątać, czy nie, bo dla nich to ważne, bo oni muszą sobie to jakoś wszystko zaplanować. No więc, żebym koniecznie się szybko zorientowała i jak najszybciej ich o tym poinformowała, bo to ważne, chyba rozumiem. Powiedziałam oke i że rozumiem, bo w sumie rozumiem, że to dla nich ważne. Potem się rozłączyłam. A potem, jak mi się mózg już odlagował trochę, dotarł do mnie sens tej rozmowy. 

NO CHYBA WAS POPIEŚCIŁO! 

Po pierwsze takie pytania to nie do mnie, tylko do biura. Po drugie nawet jeśli już do mnie, bo mnie dobrze znasz, to chyba do chuja są bardziej adekwatne momenty niźli piątek wieczorem, gdy właśnie jestem na stole operacyjnym z powodu potencjalnie dosyć śmiertelnej choroby. 

Te ludzie to so! 

Czasem nie wiadomo śmiać się czy płakać. Wkurzyłam się, ale w sumie dziś to mnie wali. Wnet mnie raczej nie zobaczą, a ja ich, bo na dzień dzisiejszy mam chorobowe do końca roku, a to raczej nie koniec, bo potem jeszcze terapia i w ogóle kij wie, co. 

Wreszcie doczekałam na jakieś jedzenie. No ludzie, baba jeszcze się pyta, czy będę jeść kolację?  Co to w ogóle za pytanie?! Przecież ja nie jadłam nic od czwartku wieczór, a ta się pyta, czy będę jeść!!! I jeszcze mówi, że NIE MUSZĘ ZJEŚĆ WSZYSTKIEGO, po czym zostawia mi trzy kromeczki chleba, łezkę margaryny i zdziebko jajecznej pasty. Serio? Ja się mam tym najeść? JA?! Wiem, że ja nie wyglądam jakbym cokolwiek jadła, ale trzy kromki dla mnie po całym dniu nie jedzenia to jakieś nieporozumienie. I jeszcze filiżanka herbaty, jak ja normalnie pół litry na raz wypijam. Dobrze, że woda jest bez ograniczeń. Jedzenie ogólnie dobre, ale porcje jak dla chorych niestety. Dobre jest to, że tu w szpitalu serwują kawę. Rano to jednak nieoceniony napój. No ale dobrze, że przed południem już wesoły doktorek kazał mi spadać do domu.

Małżonek miał w sobotę badanie MRI szyi w tym samym szpitalu więc nie musiał nawet specjalnie po mnie jechać. Za parę dni tym samym urządzeniem zbadają mu głowę i mamy nadzieję, że znajdą przyczynę niekończących się bólów głowy, na które nic nie pomaga… Spodziewamy się oczywiście wszystkiego, bo zawsze się trzeba wszystkiego spodziewać, ale czekamy spokojnie na rezultaty i/lub kolejne badania. 

Dziś byłam w biurze. Zaniosłam wszystkie zwolnienia. Babka ma podzwonić po klientach, by zapytać, czy chcą zastępstwo, choć i tak nie wiadomo, czy dostaną, nawet jak by chcieli, bo sprzątaczek brakuje. Niektórzy nie chcą, „bo nie bedzie im kto obcy się po domu się plątał”, że zacytuję ulubioną klientkę. No ale to w tym momencie nie moje zmartwienie. Jak będę zdrowa to i nowych klientów mogę sobie poszukać, ale najpierw trza się wyleczyć do końca, a to potrwa jeszcze. 

Dziś byłam na kontrolę rany i już mi opatrunki pozdejmowali, bo ładnie się zagoiło. Narzekałam ze śmiechem, że wkurza mnie ten specjalistyczny biustonosz, bom nieprzyzwyczajona do żadnego chomonta, czym rozbawiłam pielęgniarkę, bo ona - mówi - nie znała dotąd ani jednej baby, która nie nosiłaby biustonosza (biedaczki) i aż taki miała by z tym problem. Dla mnie to jak dotąd najgorsza rzecz z tego wszystkiego. Powiedziała, że niestety muszę się przyzwyczaić, bo z miesiąc będę to musieć nosić co najmniej. Najgorzej! Jeżu! 

W czwartek mam kolejną wizytę u szalonego doktorka i wtedy mają już mieć ponoć moje wyniki, czyli że pewnie dowiem się, jakie atrakcje czekają mnie w dalszej kolejności. Trochę jestem ciekawa a trochę nie.












12 czerwca 2021

Zmęczenia czas i tysiąca zajęć.

Zabieram się do pisania postu, piszę kilka godzin i w końcu zostawiam niedokończony... Nie czuję się ostatnio bowiem zbyt komfortowo sama ze sobą ani tym bardziej z resztą świata.  Mam ciągle ogromny chaos myślowo-uczuciowy spowodowany wieloma nakładającymi się na siebie czynnikami i nie mogę tego doprowadzić do porządku ani ujarzmić w żaden sposób. Problemy dzieciowe, osobiste i ogólnospołeczne - dużo tego się uzbierało i nawarstwiło w ostatnich miesiącach. Nie ma za bardzo z kim o tym wszystkim pogadać, bo ciężko znaleźć kogoś, kto myśli podobnie i podobne zasady życiowe i priorytety uznaje, a do tego ma adekwatną wiedzę i doświadczenie. Z drugiej strony brakuje mi czasu i możliwości, by nawet sama ze sobą po prostu porozmawiać i porozmyślać w spokoju, by nikt ale to nikt nie przeszkadzał przez kilka godzin. Najwięcej czasu dla siebie mam w pracy, no ale w pracy mam też robotę do zrobienia i to dużo roboty w stosunkowo krótkim czasie, a jak myślę dużo, to wolniej mi idzie. Dlatego często zapodaję sobie bardzo głośno muzykę w słuchawkach, by zabić myśli i zająć się tylko robotą. Daję muzę na full lekceważąc ostrzeżenia o możliwości uszkodzenia słuchu, bo - moim zdaniem - lepiej ogłuchnąć niż zmagać się z myślami w trakcie pracy. Ale wtedy nieprzemyślane i nieprzeanalizowane  myśli trafiają na listę oczekujących, a lista ta wydłuża się z każdym dniem... I tak źle, i tak niedobrze.

 Czasem to zazdroszczę prostaczkom, którzy nie muszą myśleć żeby żyć. Żyją sobie bez pytania dlaczego, po co, bez analizowania każdej sytuacji. Wierzą bez zastrzeżeń we wszystko, co im powiedzą w telewizji czy z ambony i nie rozmyślają nad sensem... Takie głupie życie musi być proste, ale z drugiej strony chyba jednak mimo wszystko wolę swoje myślące i uczuciowe...

Tylko żeby mieć czas dla siebie czasem. A tu jeszcze znowu to cholerne zmęczenie. Jem dużo, piję dużo wody, śpię bardzo dużo, sporo przebywam na słońcu i świeżym powietrzu (już jestem opalona na brązowo), ruchu mi nie brakuje, zażywam systematycznie magnez i zażeram owoce. Nie mam tym razem żadnych innych objawów typu bóle pleców, stawów czy czegoś innego. Podejrzewam, że zwyczajnie nadmiar czucia i myślenia, czyli psychika no i zwyczajnie zapierdoling całoroczny. W końcu ciało też potrzebuje co jakiś solidniejszego czas wypoczynku.

Urlop będę brać na początku lipca. Nie wiem jeszcze, co będę wtedy robić albo czego nie robić. Nie mam żadnych planów. Hajs wakacyjny wydałam w jeden dzień w dwóch sklepach. Taki  był plan i już nie mogłam się doczekać, kiedy wpłynie wakacyjne, by pojechać z dziewczynami do naszego ulubionego miasta...

Młoda pod koniec maja miała pierwszy egzamin w Komisji Egzaminacyjnej w Brukseli. Pisała angielski. Jeszcze nie wie, czy zdała, a Komisja ma 30 dni na opublikowanie wyników. Liczy że uzbiera jej się to 50% potrzebne do zaliczenia, choć - jak mówi - zadania były dosyć zaskakujące. Wszystko robi się na komputerze i okazało się, że trzeba było mieć własne słuchawki, choć nigdzie w informacjach na stronie Komisji tego nie było. Pierwszym razem jednak bez problemu dostaje się słuchawki państwowe. Ci jednak, którzy już kolejny egzamin zdawali, dostali zdrowy ochrzan hehe. Czekałam na nią na ławce dwie godziny na przemian obserwując ludzi i czytając książkę. Miły relaks. Mogłabym tak cały dzień tam siedzieć grzejąc się do słonka, tylko hałas trochę męczący. 

Skoro już byłyśmy w tej Brukseli i miałyśmy czas, to poszłyśmy pozwiedzać arabskie sklepy i matka nakupiła pierdół do domu, bo tam można tanio kupić gadżety kuchenne, przyprawy w wielkich worach (kupiłyśmy duży wór cynamonu na cynamonrolsy)  i inne pierdoły.

Parę dni później pojechałyśmy z kolei do Mechelen wydać to wspomniane wakacyjne. Najpierw poszłyśmy do fotograficznego zapytać o używane obiektywy. Młoda wybrała sobie dwa: jeden teleobiektyw i jeden do fotografii makro, co kosztowało troszkę ponad  700€.  Dobrze, że mamy taki sklep w pobliżu, bo na nowe gadżety na razie nas nie stać, a na początek do nauki i zabawy używane sprzęty wystarczą. Obiektyw do makro trzeba oddać, bo coś nie hula, ale zapewne znajdzie się coś innego w podobnej cenie jak nie od razu, to później...

Potem poszłyśmy do H&M, by kupić Najstarszej jedne spodenki i mi trzy t-shirty, które oglądałam w necie, ale musiałam pomacać, by zobaczyć, czy moje ciało zgadza się z tym, co widzą oczy. Nie zgadzało się, ale znalazłam inne niekonfliktowe. Noooo ale to duży, dwupiętrowy hm a my nie byłyśmy na dzikich zakupach przez całą pandemię... Przy kasie z jakiegoś dziwnego powodu kazali mi zapłacić ponad dwie stówy mimo bonu urodzinowego i promocji dla stałych klientów hehe. Potem Najstarsza poszła na wafle i lody do ulubionego lokalu. Ja poszłam jak zwykle do Panosa po cieplą bułkę z serem. To było fajnie i zdrowo przefurane tysiąc euro. 

Ostatnio odwiedziłyśmy też z Młodą ginkę. Ja zrobiłam sobie przegląd techniczny i dowiedziałam się, że wszystko mam tam perfekcyjne jak na moje lata. Wyniki z cytologii będą znane za jakiś czas, ale jak niczego niepożądanego nie wykażą, to nie będą mi głowy zawracać. W Belgii cytologia jest gratis co 2 lata. Mam też skierowanie na mammografię, bo jeszcze nigdy nie miałam, a ginka stwierdziła, że jakąś cystę chyba mam w cycku i muszę obczaić, czy ten radiolog na wiosce, który fotografował mi rusztowanie, fotografuje też cycki od środka. Zawsze to lepiej iść do małego prywatnego gabinetu niż tłuc się po szpitalu. Ceny wszędzie podobne. 

Młoda dostała propozycję założenia spirali, ale na razie postanowiła nie korzystać. Nie skorzystała też z propozycji mocniejszych tabsów, bo odkąd nie musi chodzić do szkoły, to okres jej aż tak strasznie nie przeszkadza, a te hormony, które bierze od 11 urodzin są wporzo. Ja też tylko po raz wtóry (wcześniej pytałam naszej aptekarki) się upewniłam, czy stosowanie krążków hormonalnych na dłuższą metę po czterdziestce nie jest jakoś specjalnie szkodliwe i po raz wtóry się dowiedziałam, że nie jest szkodliwe. No i znowu dostałam recepty na 2 lata. Młoda podobnie. A w Polsce ginekolog namiętnie i systematycznie latami wciskał kit, że biorąc pigułki, czy inne hormony, trzeba se dawać zaglądać w cipkę co miesiąc, by doić grubą kasę z naiwnych choć nie zawsze zamożnych kobiet. Tymczasem Młoda bierze piguły jakieś 5 lat i jak dotąd nie była badana ginekologicznie ani razu. Ja przez 8 lat byłam u gina trzeci raz, a ciągle używam różnych hormonów. Recepty pisze nam rodzinny, gdy potrzeba. Młoda przy tym ma piguły za friko, jak każda dziewczyna do 21 roku życia. Możliwości tutejsze mi się podobają i to, że o wszystkim można normalnie z lekarzem czy aptekarzem porozmawiać, przedyskutować i normalnie zapytać i nikt się głupio spode łba na ciebie nie patrzy ani podśmiechujek nie robi. 

Młody tymczasem ma pierwszą wizytę u psycholożki za sobą. Był bardzo podekscytowany, bo nigdy wcześniej nie był u psychologa i był ciekaw, jak to wygląda. Pani psycholog od razu zaskarbiła sobie jego przyjaźń pochwalając, że nosi wytrwale i z pełnym przekonaniem różowe ubrania i dziewczęce buty, bo mu się podobają, mimo że niektórzy chłopcy się z tego wyśmiewają albo zadają głupie pytania. No i tym, że jej córka też kiedyś przeskoczyła jedną klasę, bo była za mądra. Swój człowiek po prostu. Do tego obiecała, że następnych wizytach pokaże, co ma w tych wszystkich pudłach i że będą majsterkować i rysować, bo młodsze dzieci mają zwykle inną terapię niż takie duże, jak jego siostry, które musiały po prostu gadać. A duża siostra z kolei się na ten fakt oburzyła i oskarżyła mnie, że za późno zaprowadziłam ją do psychologa, bo ona by też wolała terapię z rysowaniem, czy majsterkowaniem... 

W szkole Młody uparcie robi zadania dla czwartoklasistów i raduje się wielce swoim szybkim awansem w szkolnej karierze. No i nadal uparcie nosi dziewczyńskie buty i różowe koszulki. Czasem wynikają z tego irytujące sytuacje, bo ciągle sporo dzieci jest przekonywanych przez rodziców, że różowy nie jest dla chłopców. Młody na (nie)szczęście ma prywatnego ochroniarza i gdy jakiś szczyl się śmieje z jego ubrania, czy w ogóle ma jakieś sapy, to kumpel od razu gotowy spuścić każdemu manto haha. Młody już jednak pokazał mi kolesia z pierwszej klasy i już wiem, czyj to gówniarz. Teraz tylko się zastanawiam, czy lepiej zagaić wprost do taty - pana elegancika -, by porozmawiać jak rodzic z rodzicem na temat tolerancji i wychowania dzieci, czy lepiej zgłosić do wychowawczyni lub pani dyrektor. Młody donosi bowiem, że gnojek ma zasadniczo spory problem z wyglądem innych i wyzywa też np jego koleżankę od grubasów i myślę, że belfry mogły by ten problem w klasie ogólnie omówić. Ale patrzcie, gówno ledwie od ziemi odrosło, a już podskakuje, już się ma za niewiadomoco. Ktoś go tego już zdążył nauczyć przez te  6 lat i nie sądzę, by to byli nauczyciele czy koledzy. Takie rzeczy w tym wieku zwykle dzieci przynoszą z domu. Dlatego też skłaniam się bardziej ku powiadomieniu szkoły, niż rozmowie z panem elegancikiem (dla mnie też gówniarzem - po wyglądzie wnioskując). W końcu to ich teren. Ja tylko sprzątaczką jestem.

Najstarsza ostatnio uszyła wreszcie w szkole kurtkę letnią, która w zeszłym roku szkolnym miała być uszyta, ale był lockdown. Zacnie jej to wyszło i nosi ją teraz codziennie z dumą do szkoły. Inne prace krawieckie też systematycznie zakłada. Coraz lepiej też ogarnia sztukę makijażu, choć teraz to akurat tylko oczy ma sens malować, bo ciągle kagańce obowiązują. 

Młoda do szkoły nie chodzi, ale z wieściami szkolnymi jesteśmy jeszcze dość na bieżąco i ostatnio szkoła była znowu w mediach, bo belfry i dyrekcja postanowiły zaostrzyć od września regulamin pod względem ubioru, co młodzieży bardzo się nie spodobało i w ramach protestu zaczęli codziennie wszyscy przychodzić w bardzo kontrowersyjnych strojach. Na zdjęciu z popularnej gazety widać chłopaka w krótkiej koszulce, wysokim kapeluszu i króciutkich spodenkach oraz dziewczyny w spódniczkach ledwie zakrywających dupcię oraz minimalnych oczobolnych koszuleczkach. W szkole jest grubo ponad tysiąc młodzieży w wieku mniej więcej 12-20 lat. Jest tam sporo kierunków artystycznych, czyli duża gromada wariatów, ale też kierunki takie jak moda, fryzjerstwo, bioestetyka... Młodzież z fantazją z całej Flandrii. To musiało być niezłe hehe. Młoda dostaje relacje od psiapsi, której kuzynka tam chodzi i która brała aktywny udział w proteście. I dobrze, niech walczą o swoje racje. Dobrze, że im się chce, że mają jaja i potrafią się skrzyknąć i coś razem zrobić. Raz coś mądrzejszego, raz mniej mądrego, ale w końcu taka ma być młodzież. Jak nie oni, to kto? 

Przed nami jeszcze trochę różnych spotkań ze specjalistami i innych drobnych zaplanowanych zdarzeń, a potem wakaacje, znów będą wakaacje...

Może uda mi się jakoś odpocząć pijąc w cieniu piwo i licząc chmury. 

W poprzedni weekend odwiedziliśmy znowu ogród różany w Sint-Pieters-Leeuw i pierwszy raz w tym roku zasiedliśmy tam w knajpie. 

Ogród ten zwiedza się za darmo. Pachnie tam wyśmienicie.



























zamek Coloma