Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chemoterapia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chemoterapia. Pokaż wszystkie posty

16 czerwca 2023

Znowu mi paznokcie odpadają

W tym tygodniu musiałam wstawać o 5.30, by budzić Najstarszą do pracy. Zwykle robi to Małżonek, ale jego szefowi znowu się ubzdurało, by zaczynać robotę o szóstej ze względu na upał. Małżonek uważa, że pomysł jest poroniony, ale co pan każe, sługa musi... Najstarsza nie ogarnęła korzystania z budzika w telefonie, ale poza tym z resztą porannej rutyny sobie radzi. Oczywiście pod warunkiem, że nikt ani nic nie zaburzy jej codziennego schematu.

róże sąsiadów

Odwiedziłam onkolog. Ta baba nie ma czasu. Szybko sprawdza dane w komputerze. Szybko zadaje pytania, ale nie poświęca zbyt wiele czasu odpowiedziom. Szybko pozbywa się z gabinetu odsyłając parę pokoi dalej do pielęgniarki. Tak trochę lipnie, gdy ma się pytania lub wątpliwości.

Znowu odpadają mi paznokcie u stóp... po roku od chemioterapii.

Zdziwiło mnie to i trochę zdenerwowało. Gdy poczułam, że mnie bolą paluchy u stopy, pomyślałam, że znowu pewnie w coś przydzwoniłam. Lato jest, więc często na bosaczka zaiwaniam albo w japonkach, a tylko na pozadomowe wyjścia sportowe buty zakładam. O kontuzję zatem łatwo. Ale później zauważyłam, że paznokieć jest jakiś białawy znowu. U drugiej stopy również. No tak, znowu się odkleiły od ciała. 

Onkolog nawet nie spojrzała, ale od razu kazała pójść do podologa. Pilęgniarka umówiła mnie na za dwa dni i zapisała na karteluszce. W domu zauważyłam, że zapisała inną datę co mnie trochę skonsternowało, ale potem przyszło mejlowe powiadomienie i jednak to ten czwartek... Na drugi dzień zadzwoniła pielęgniarka i się pyta, jaką datę mi zapisała, bo ma wrażenie, że się pomyliła... Przeprosiła, tłumacząc się koszmarnym bólem głowy. Zdarza się najlepszym.

Podolog obejrzała moje stopy i powiedziała, że tak się czasem zdarza po chemii... Gdyby pojawił się płyn pod paznokciami, mam się zgłosić ponownie. W razie co zaleciła też moczyć w wodzie z izobetadyną.

Onkolog przedłużyła mi niezdolność do pracy do końca lipca. Na koniec lipca mam bowiem kroplówkę Zomety zaplanowaną.



Dostałam zaproszenie na jakiś test i rozmowę kwalifikacyjną do biblioteki więziennej. Cieszę się, że przynajmniej na rozmowy mnie zapraszają. Tę pracę to serio bym chciała dostać, bo to coś innego niż zwykła biblioteka i zawsze jakieś ciekawe doświadczenie i nową wiedzą o świecie można by zdobyć... 

Znalazłam jeszcze ogłoszenie do pracy przy konserwacji zbiorów w bibliotece, ale po przemyśleniu stwierdziłam, że tak diabelnie nudnej roboty to ja nie mam zamiaru wykonywać nawet czasowo. To już lepiej sprzątać. Oprawianie czy sklejanie książek jest fajne jako jedna z wielu czynności, ale nie jako jedyne zajęcie. 

Byłam na spotkaniu w biurze pracy, wypytałam jeszcze o parę rzeczy i podziękowałam za pomoc. Teraz, jak już wiem, co i jak, to sobie sama poradzę z szukaniem pracy. Gdybym czegos nie wiedziała, to mogę pisać do tej pani mejle albo i umówić się na spotkanie.

Wracając z biura pracy wstąpiłam do Kringwinkel (sklep z rzeczami używanymi), gdzie zauważyłam dwa aluminiowe krzesła ogrodowe po 8,5 € za sztukę. Sąsiedzi takie swego czasu kupili na pchlim targu po 5 € za sztukę i uważam je za bardzo praktyczne. Zastanowiłam się, czy mogę zabrać je na skuter, ale co bym nie mogła. Kupiłam i przewiozłam 6km na skuterze. Bo kto głupiemu zabroni.



Zakończyłam oficjalnie kolejny poziom niderlandzkiego. Jeden z panów nauczycieli oświadczył, że mówię vlot, czyli sprawnie i szybko, ale mam problemy z lidwoorden, czyli rodzajnikami oraz właściwą wymową krótkich i długich samogłosek. Typowe problemy Polaków uczących się niderlandzkiegom, bo w polskim tego nie ma. Jak chodziłam do liceum, mówiło się: "były by już Niemce z nas, jakby nie to der, die, das". Tu mamy de i het oraz een. Takie samo badziewie nikomu do szczęścia w zasadzie nie potrzebne, ale trzeba tego używać w każdym zdaniu. Nie ma żadnej jedenj logicznej reguły co do tego kiedy wyraz jest het a kiedy de. Trzeba po prostu zapamiętać każdy wyraz z osobna. Ja popularne wyrazy zapamiętałam niby, ale nie przeszkadza mi to wcale w mowie używać niewłaściwego rodzajnika albo zwyczajnie je wszystkie pomijać. Bo mogę ;-) 

Nauczyciel zalecił mi słuchać radio każdego dnia po 15 minut . Twierdzi, że szybko w ten sposób ogarnę prawidłową wymowę. Spróbuję... Tylko najsampierw se muszę kupić wreszcie to cholerne radio. Już ze 4 lata albo i dalej mam zamiar kupiś radio do domu, bo lubię tutejszą stację Radio 2. Mają mnóstwo ciekawych audycji i fajną różnorodną muzykę grają. No ale się nie złożyło.

 No taaak, na prawdę nie mam w domu zwykłego radia. Telewizora też nie mam, jakby kto nie wiedział. Znaczy telewizor jeden mamy. Młody ma go w swoim pokoju i używa go głównie do Play Station. Czasem oglądamy też z Młodym filmy z Netflixa albo z Tv Apple. Kablówki jednak nie mamy wykupionej. Radia słucham czasem z telefonu przez głośniczki na bluetooth, ale baterie się szybko rozładowują. 

Ktoś mi na fb pod wpisem o zdolnościach Młodego napisał, że serial Good doktor jest o młodym savancie lekarzu i ciekawie przedstawia świat myślących inaczej. Młody jakiś czase temu o tym filmie wspominał, ale teraz mnie zmotywowało do poszukania na Netflix. Zaczęliśmy z Młodym oglądać i już nas wciągnęło. Szkoda tylko, że jest wyłącznie po angielsku, a napisy tylko po francusku, a ja nie jestem dobra w angielskim. CZasem Młody musi mi tłumaczyć, co ktoś powiedział haha. Co, nawiasem mówiąc, jest zabawne tak sie poradzać jedenastolatka, ale się nie wstydzę, a tylko jestem dumna z bycia matką takiego trzpiota. 

A film zaiste fajny. Młody od pierwszych chwil identyfikuje się głównym bochaterem, a w jego szefie widzi swojego upierdliwego kolegę. Gdy pokazują domniemany sposób myślenia tego młodego autystycznego lekarza i pojawia się obraz komputerowy jak to śmigło helikopetra rozkłada się na części i możemy zobaczyć, jak działa,  Młody wykrzykuje - O tak,  tak to u mnie wygląda!

W innym momencie widzimy jak tamten myśli o wątrobie i też ją rozkłąda na części, by wykonać operację, Młody mówi - Tak nie mam... - Patrzę na niego, a wtedy on dodaje z mądrą miną - Bo nie znam jeszcze takich rzeczy...

Na jednym z egzaminów z geometrii mieli zadanie, w którym trzeba było wyciąć model figury, poskładać go i potem wybrać jej właściwe zobrazowanie spośród ciągu obrazków. Młody nie wycinał, bo - jak powiedział - on sobie ten szablon po prostu wziął z kartki w myślach i tam go poskładał w parę sekund. 

A co do wspomnianego kolegi to jest to okropny gnojek. Już w popszednim roku się do Młodego przypierniczał i Młody nie jeden raz nie chciał przez niego iść do szkoły, ale to, co teraz pod koniec roku się dzieje, to ludzkie pojęcie przechodzi. Młody nie chce, bym kontaktowała się z innymi rodzicami ani bym szła do dyrektorki. Powiedział, że skoro rok szkolny się kończy, to on kicha na to. Dochodzi już do końca, a potem ma nadzieję tego drania nigdy więcej na oczy nie oglądać. 

Gnojek jest perfidny, a Młody go denerwuje, bo zabrał mu cały fejm. Tak ja to widzę. Chłopak był przywódcą klasy i wszyscy jedli mu z ręki, byli na jego rozkazy, śmiali, się gdy kazał i tańczyli, gdy kazał. Gdy kazał pluć na kogoś, pluli. Gdy kazał kogoś przezywać, przezywali. Kilka mądrych się zbuntowało, to reszta dostała nakaz trzymania się od nich z daleka. W klasie jest 2 czy 3 chłopców, którzy są ciągle osobno. A są bardzo fajni i Młody ich lubi. 

No i wtedy pojawił się w klasie chłopiec-legenda, który przeskoczył klasę i nagle wszystkie oczy zwróciły się na niego, no bo to jednak jest coś, takie przeskoczenie klasy. Każdy chce poznać takiego epickeigo chłopaka i się z nim kolegować. Przywódca też chciał się z takim mądralą kolegować, bo mądrale są przydatni. Tylko, że z tym mądralą jest jeden poważny problem - nie bardzo się on kwapi, by padać przed panem na kolana i wykownywać polecenia... Chłopak jednak ma na to sposób. Zakazał wszystkim innym rozmawiania z Młodym, bawienia się z Młodym. Nakzał wyzywanie Młodego i dokuczanie mu na każdym kroku. Tamci się posłuchali i przez cały dzień Młody ma w szkole przesrane. Śmieszne jest (a jeszcze bardziej żałosne) że władza tamtego obowiązuje tylko w szkole. Po lekcjach Młody znowu ma swoich kolegów. Oni wszyscy mówią do Młodego, że w szkole muszą udawać, że się na niego gniewają, bo inaczej Seppe się na nich pogniewa i ich zacznie wyzywać itd. 

Popatrzcie, gówniarz ma zaledwie 12 lat, a już kilkoro dzieci boi się mu przeciwstawić. Bo co? Bo jakiś przygłupawy dupek się na nich obrazi? 

Jak rodzice wychowują te dzieci? Priorytety się chyba większośi lekko potentegowały.

Wymagają, by dzieci miały najlepsze punkty i pilnują, by się codziennie uczyły przez określony czas, wszystko dokładnie planowały i pln wykonywały co do joty. Wymyślają wymyślne sytemy kar i nagród. Wysyłają ich na pierdyliard zajebistych zajęć dodatkowych, na karate, badminton, boks, pianino, szachy, pływanie. Karmią je zdrowo, wydzielają słodycze po sztuce na tydzień. Wydzielją gry na minuty i kontrolują non stop ich komputery i telefony. Planują im całe dni, całe tygodnie, całe lata co do minuty według wszystkich możliwych zaleceń, wytycznych i utartych schematów. 

Ale gówno z tego wszystkiego, jak dziecka nikt nie nauczy, jak być po prostu człowiekiem.

Młodemu jest cholernie przykro. Nie chce zostawać w szkole na nocowanie, bo po co w takiej atmosferze? Jak sytuacja się nie poprawi do końca roku, to być może po wieczornej imprezie zwyczajnie zabierzemy go do domu. Zawsze można się sianem wykręcić, że niby głowa boli, gorączka i takie tam... Teraz go już nikt nie zmusi do imprez, na które nie ma chęci. Można to olać cienkim sikiem.

Bardzo niefajnie, że kończy szkołę w takiej ciężkiej atmosferze. 

Dowiedział się za to, że dwóch najlepszych kolegów jest już tuż-tuż na liście oczekujących do jego szkoły. Niewykluczone zatem, że we wrześniu będzie ich tam trzech albo i czterech, a nie tylko dwóch ze starej klasy. Fajnie by było, by cała ekipa poszła razem. 

Jeżdżąc tu i tam robię też sporo zdjęć telefonem, bo co raz to coś się ładnego zauważy…






zachód słońca zdybany podczas spaceru








28 lipca 2022

Średnio udana wycieczka do Gent

 Minął tydzień od mojego powrotu z Gent, 

czy, jak kto woli po polskiemu, Gandawy (ja wolę „Gent”). Pomyślałby kto, że trzydniowa wycieczka do pobliskiego miasta może być męcząca niczym jakaś wyprawa w Himalaje albo przebiegnięcie maratonu i to nie wiem, czy ta moja wycieczka nie była gorsza w odczuciu… 



Jednym słowem jestem trochę zawiedziona. Nie  miastem tylko swoim pochemicznym ciałem. Nic nie jest takie, jak być powinno i nie działa jak powinno. No dobra, z jednej strony to wiem. Jestem wszak świadoma, że chemioterapia to nie zabawa, że to robi okropne spustoszenie w organizmie, że trując komórki rakowe, truje też wszystko wokół. Tyle, że tego u mnie wcale za bardzo nie widać. Na pierwszy rzut oka wszystko jest wporząsiu. Tam nie widać, tego nawet nie czuć za bardzo. Nie czuję się w żaden sposób chora. Poza kilkoma bezpośrednimi dniami po odebraniu kroplówki nie czuję się nawet słaba ani nic z tych rzeczy i to jest właśnie najbardziej irytujące. Wstajesz rano, jak ci się wydaje, w pełni sił i energii. Zajadasz jak zwykle z apetytem  śniadanie, że aż ci się uszy trzęsą. Wypijasz ze smakiem ulubioną kawę. Jesteś sobą i czujesz się wyśmienicie. A potem przejdziesz raźno w swoim tempie kilometr do przystanku i nagle zaczynasz mieć 80 lat… 

Wiecie jak to wnerwia, że nie można robić tego samego, co zawsze?! Na dodatek nie wiadomo, ile z tego, co zawsze, można teraz robić. No bo to nie jest tak, że nic nie można robić, gdyż można całkiem sporo, tylko nie wiadomo ile i to jest trudne. Normalnie bowiem człowiek zna doskonale granice swoich możliwości. Ja np wiem, że normalnie przejeżdżam na rowerze spokojnie 30km na raz, a jak się uprę, to i 50 przejadę, choć wtedy będę bardzo zmęczona. Wiem, że nie przejadę 100km i patrzę z podziwem na tych, którzy spokojnie setkę dziennie przejeżdżają. Tak jest ze wszystkim - znam swoje granice i planując swoje działania biorę je pod uwagę. Tak było przynajmniej do grudnia zeszłego roku…

Teraz nie znam granic swoich możliwości i nie wiem, kiedy wyczerpie mi się energia i sił zabraknie. No wiecie, jak wiem że przejadę 30km na raz, to wiem że po 15km muszę nawrócić, żeby spokojnie dotrzeć do domu, a jak nie znam granicy, to nie wiem, kiedy zawracać, a potem jest problem…

Teraz mam tak, że oczami bym przeszła, przejechała, przebiegła, wspięła się, wykonała… bo mózgu tkwią wszystkie dawne dane, ale one są nieaktualne i kierowanie się nimi, pakuje mnie w kłopoty…

Dlatego czasem jestem zła na siebie i sobą zawiedziona. Piekielnie trudno jest żyć, nie wiedząc, na ile się można porwać i ile się da rady zrobić. Przekonałam się o tym aż nadto w Gent i teraz po tym doświadczeniu się zwyczajnie boję wychodzić z domu… No nie, spokojnie, do sklepu chodzę czasem… Chodzi o dalsze wyjazdy… a po ponad 2 latach pandemicznego uwięzienia zwyczajnie chciało by się teraz pokorzystać z lata c’nie? 

Zgodnie z planami do Gent miałam jechać rano we wtorek, ale że po południu wypadła mi wizyta u radiologa, to wyjazd przesunęłam na po wizycie. Z Dendermonde do Gent jest pół godziny pociągiem, a pociągi co chwilę odjeżdżają, więc nie ma problemu.

Radiolog opowiedział mi, jak działa i jak będzie wyglądać moja radioterapia.

 Trwać ma ta atrakcja 3 tygodnie, co daje łącznie 15 dawek rentgena. Ale ponoć nie będę po tym świecić… Powiedział też, że prawa strona jest bezpieczniejsza, bo promieniowanie pikawy nie uszkadza. No i że brak cycka też ma pozytywy, bo przypiekanie samej klaty jest mniej szkodliwe niż ten sam zabieg z udziałem cycka. Ogólnie nie powinno mi to jakoś specjalnie zaszkodzić, no ale się zobaczy, jak przyjdzie co do czego.

Po wizycie, zgodnie z postanowieniem, pojechałam do Gent. 

Wszystko spoko, tylko że moje plany nie brały pod uwagę temperatury 40 stopni, a tyle mniej więcej było. Niedobrze. O ile przed chemioterapią kochałam upały i świetnie się czułam przy takich temperaturach, tak teraz kicha. Zawroty głowy, osłabienie… a idź pan w chuj. Miałam ze sobą kilka flaszek wody i soków do picia oraz wodę w sprayu z Avene (bo dostałam kiedyś kilka puszek gratis w szpitalu, to postanowiłam ją do celu chłodniczego wykorzystać). 

Hotel miałam zaraz koło dworca, więc mogłam od razu wziąć zimny prysznic i zostawić rzeczy. Potem poszłam z trampka do centrum, ale ciężko było, mimo iż to zaledwie 3 km. Kopyta jak z cementu, ledwo co człek je przestawia i to z bólem przy każdym kroku. Jak się trochę rozchodzi, to ból mija, ale robią się jeszcze cięższe. No i jak tu, panie, niby zwiedzać miasto? Zrobiłam kilka zdjęć w centrum, zjadłam jakieś lody i wróciłam do hotelu tramwajem, po drodze wstępując po pizzę na wynos do pizzerii, bo taki był skwar, że na miejscu by nie zjadł. I to by było na tyle w kwestii turystyki na jeden dzień. Była 19-ta a ja musiałam iść spać.  Żenada.



dawny gmach sądu

uliczka graffiti



Na drugi dzień mi się na szczęście przypomniało, że mam kupioną nie dawno kartę blue-bike i wzięłam na dworcu niebieski rower. Dla niezorientowanych w temacie dodam, że wypożyczalnie rowerów Blue bike dostępne są praktycznie w całej Belgii. Zwykle znajdują się koło dworca. Aby je wypożyczyć, potrzebna jest karta, którą można zamówić online lub np w stacjonarnym biurze Ethias. Opłacamy roczną składkę członkowską w kwocie 12€ i możemy wypożyczać rowery za pomocą karty i automatu w dowolnym miejscu. Za używanie roweru płaci się 1,5€ do 3,5€ za dzień zależnie od miasta, co automatycznie pobierane jest co miesiąc z naszego konta bankowego. Dla mnie bomba! 

Z przodu Blue bike, a w tle Portus Ganda

 Nogi nadal były jak z cementu, ale cement łatwiej mimo wszystko wozić niż nosić. Tego dnia padało, zatem była to idealna pogoda na oglądanie słynnego cmentarza Campo Santo (kliknij by zobaczyć zdjęcia). Piękne miejsce. Kocham cmentarze. Tę śmiertelną powagę  i grobową ciszę. Szwendałam się tam ze dwie godziny. Przysiadłszy na grobie w cieniu drzew delektowałam się zabranymi na wycieczkę ciastkami i sokiem. 

Campo Santo

Potem pokręciłam na blue bike’u w stronę centrum. Ruiny opactwa Świętego Bawona, które chciałam obejrzeć, okazały się być otwarte tylko w piątki, zatem tylko z wierzchu je obfotografowałam. 

ruiny opactwa


W centrum bez zbytniego namysłu postanowiłam skorzystać z rzadkiej okazji, kiedy to raz do roku można wejść na wierzę Katedry Świętego Bawona, co było niezłym wyczynem w moim obecnym stanie, a co zrozumiałam będąc w połowie kręconych schodów…  O mamunciu, to było niezłe wyzwanie dla cementowych nóg, ale było warto! Widok z góry przecudny. Aż się nie chciało wracać na dół. W drodze na wieżę spotkałam faceta w moim wieku (z synem w wieku naszych dziewczyn), co dodało mi otuchy, bo gość też co kawałek przystawał albo przysiadał zaśmiewając się, że na dole kozaczył do młodego, że co to taka wieża, ojtamojtam, nie takie rzeczy stary robił w życiu, a tu się okazuje, że te schody jakieś trudniejsze niż się zdawało z dołu haha. 

schody we wieży: idziesz, idziesz i idziesz do góry

Katedra Św. Bawona - wysooooko!

słynny gandawski smok na ratuszu

widok na ratusz z wieży Katedry


pośrodku widać zamek Gravensteen


Potem się uparłam zobaczyć muzeum Dr Guislain - dawny szpital psychiatryczny - bo wydało mi się intrygujące. Teraz już wiem, że to strata sił, czasu i pieniędzy. Nie powiem, że nie warto tam się wybrać w ogóle, bo ogólnie okej, ale nie aż tak, by drzeć na to cholerne zadupie, podkreślam ZADUPIE, rowerem przy takim zdrowiu i jeszcze płacić 10€! Aż tak ciekawe to to nie jest! Budynek zacny i można trochę wyobraźnię uruchomić, ale poza tym szału nie ma.

szpital psychiatryczny - muzeum Dr Guislaina 


Wracając do bazy wstąpiłam w centrum do knajpy na obiad i pochłonęłam małże z frytkami. To było dobre!  Całą pandemię nie jadłam małży więc smakowały wyśmienicie..


 Potem trzeba było dać odpocząć kopytom i się wyspać. Wszystko mnie bolało i zmęczenie było przeogromne. To nie to samo, co zwiedzanie na zdrowego. Tu zaczęłam być zawiedziona tą wycieczką, bo mimo wszystko miałam nadzieję, że będę mieć więcej sił, że łatwiej i przyjemniej będzie. A tymczasem to co drzewiej byłoby przyjemnym relaksującym spacerkiem po mieście, dziś było sportem wyczynowym. Z drugiej strony jestem też z siebie dumna, że wyszłam na tę cholerną 90-metrową wieżę, że cały dzień jeździłam rowerem po mieście i że mimo bólu i ogromnych trudności uparcie parłam do przodu i trochę jednak obejrzałam. 



Trzeciego dnia miałam spore problemy z chodzeniem, ale Młoda dojechała przed południem, przeto wypożyczywszy dwa niebieskie rowery pojechałyśmy znowu do centrum. Z tą jazdą z mojej strony to było różnie, bo byle pagórek, czy wiadukt a musiałam złazić z roweru i iść kawałek na nogach, gdyż pedałowanie było ponad moje możliwości haha. Jaki cienias! Nawet Młoda proponowała, że może lepiej wracać do domu… Co kurwa?! Jak przyszłam zwiedzać Gent, to zwiedzam, nawet jak mi potem nogi odpadną. Ja nie dam rady?! Wolniej bo wolniej i z bólem bo z bólem, ale jeszcze trochę pociągnę, kurde. Dla Młodej z dyspraksją rowerowanie po kocich łbach pomiędzy torami tramwajowymi okazało się nawet trudniejsze niż dla staruszki po chemioterapii. Wyglebiła się jak długa razem z rowerem. Do dziś ma siniara na pół uda. Do tego jakiś felerny rower jej się trafił, który miał za długą śrubkę pod siodełkiem i udo jej otarło do krwi. Przygody, przygody, ech…



w oczekiwaniu na Młodą relaksowałam się w parku filując na czaple

…i gęsi kanadyjskie

i jakieś kuromysła…

Poszłyśmy do Gravensteen i to jest zajebiste miejsce. Opowieść do elektronicznego przewodnika nagrał tutejszy komik Wouter Deprez i chwilami idzie się nieźle uśmiać. Młoda wybrała wersję po angielsku a ja po niderlandzku. Zabawa przednia, a bilet dla dorosłego 12€. Młoda jeszcze się załapała na dziecinny (do 18 lat) za 2€. Polecam ten zamek, jak kto jeszcze nie był w środku. Zamki są fajne.

Poza zamkiem Młoda chciała skoczyć do polskiego sklepu, no to pokręciłyśmy po drodze podziwiając oczywiście różne obiekty. Potem zjadłyśmy obiad w tej samej restauracji, którą odwiedziłam poprzedniego dnia, bo mi się spodobała. Na koniec zatrzymałyśmy się przy budce z lodami i byłyśmy świadkiem mini pożaru w budce z frytkami. W Gent akurat były imprezy (Gentse Feesten) i wszędzie koncerty, atrakcje, żarcie i tłumy. Siwy dym z budki w mig przyciągnął policmajstrów a chwilę później dwa wozy strażackie… A my się temu przyglądałyśmy liżąc lody o smaku kiwi (młoda) i kawowym (ja). Ramptoeristen hehe 👀

Powrót do domu nie był łatwy. Pomijając fakt, że moje nogi zaczynały powoli odmawiać posłuszeństwa, to akurat tego dnia było święto i środki transportu publicznego jeździły jak w weekendy. Nie polecam. Pociąg pomiędzy miastami to jeszcze jak cię mogę, ale autobusy to do nas z miasta jeżdżą co dwie godziny. Zajebioza! Półtorej godziny czekania na przystanku, gdzie nic nie ma, to sama radość. Szczególnie gdy człowiek złachany i chciałby zalec na kanapie i wyciągnąć nogi. Potem jeszcze półtora kilometra z buta. Tu już szłam jak robot, ale doszłam do domu i to się liczy.

Wycieczkę oceniam 5/10. Do Gent jednak pojadę ponownie w celach turystycznych i to mam nadzieję jeszcze na tych wakacjach, by zobaczyć to czego nie zobaczyłam, a chciałam i by pokazać Młodemu zamek. 

Następne dni odchorowywałam wycieczkę. Takie życie. No ale też teraz mam trochę mniej roboty, bo nasze chłopy siedzą w Polszy u babci, a dziewczyny są całkowicie samoobsługowe. Rano wstaję wcześnie, bo koło 5tej, 6tej, by wypuścić kury i naciąć świeżej trawy dla świnek zanim sflaczeje na słońcu. Czasem robię też przy okazji zdjęcia wschodu słońca, bo to nigdy się nie nudzi.


Potem śniadam i mogę się oddawać nieróbstwu. Co dwa dni sprzątam u świnek i piorę najpierw w rękach, a potem w pralce ich dywaniki, co jest jednym z najcięższych aktualnych obowiązków, bo przednie łapy też mi się popsowały, co wykręcanie ciężkich dywaników czyni dosyć trudnym, a świnie bobczą i siurają gdzie popadnie przez cały dzień…

Maggie w zabobczonym łóżeczku


Młoda namawia, by wybrać się z aparatami nad morze i pewnie się wybierzemy, tylko trzeba wybrać miejsce, gdzie do morza ze stacji nie trzeba trzy dni iść i żeby było ładnie, ale bez tłumów…

We wtorek odwiedziłyśmy naszego weta z panem świnkiem Lulu. Niestety nasze podejrzenia okazały się słuszne. Lulu ma kataraktę i marne szanse, że się poprawi. Nie widzi biedak na jedno oko. Dostał jednak lekarstwo, bo pani doktor stwierdziła też  jakiś stan zapalny. Lulu zwany też Buśkiem albo Chuzzlem jest dobrym pacjentem. To bardzo spokojny i wyczilowany świnek. Przyjmuje syropek ze strzykawki grzecznie, choć bardzo nie lubi i zawsze płacze, gdy się go podnosi. W nagrodę dostaje zawsze jagódkę albo inny przysmak. Dobra świnka. Leczenie zwierząt jednak kosztuje więcej niż ludzi, bo nie mamy dla nich ubezpieczenia. Taka wizyta ze świnkiem, gdzie otrzymaliśmy od razu potrzebne leki to bagatela ponad 50€. 

Nie dawno Młoda odwiedziła innego weta - specjalistę od ptaków egzotycznych - ze swoją papugą, bo miała biegunkę. Tu razem z lekarstwem wyszło chyba nawet więcej… Papuna jednak nie chciała brać lekarstwa i tylko jeden syrop, którego małą dawkę dostawała, wybrała. Młoda wymieniła kilka mejli z wetem i powiedział, że jak nie idzie, żeby nie podawać. Wydaje się jednak, że winna mogła być inna karma, którą kupiliśmy, gdy Summer zaczęła nieść jajka… Wyrzuciliśmy tę karmę wracając do starej i wygląda na to, że wszystko wraca do normy. Choć nie wykluczone, że ten jeden lek pomógł. Badania w każdym razie nie wykazały niczego podejrzanego. Dobrze było w każdym razie poznać tę klinikę w Hamme i otrzymać bezpośredni e-mail do specjalisty od ptaków. Nigdy nie wiadomo, co może się przydać. Specjalistę od świnek mamy u siebie w gminie i ostatnio nawet Lula na skuterze woziłyśmy. Nie dawno dowiedziałam się też przypadkiem na FB, że dobry wet od kur jest w sąsiedniej gminie, co też dobrze wiedzieć, bo diabeł nie śpi. Ze zwierzątkami jak z dziećmi, a czasem nawet gorzej, bo pediatrę zwykle łatwiej znaleźć w okolicy… 

Papugi w ostateczności nie zostały jednak rodzicami. Nic się nie wylęgło, więc Młoda zabrała im gniazdo. Wróciły zatem do ulubionych działań destrukcyjnych na pokoju Młodej. Odkryły z entuzjazmem nową szafę z Ikei i zaczęły ją ochoczo obdziobywać od góry. Z nowej szafy mają też dobry widok na śpiącego Człowieka, bo stoi ona tuż przy łóżku, a do tego jest najwyższym meblem w pokoju. Nie licząc ich drabiny oraz żyrandola. 

Zwierzątka są super! Co byśmy bez nich robili…?

Zdjęcia :

inne zdjęcia z Gent tutaj (kliknij link)



8 lipca 2022

Jeszcze tylko jedna chemia przede mną

 Wyczerpujący tydzień. Uf!

Najstarsza podpisała w poniedziałek umowę i zaczęła legalnie oficjalnie zarabiać własne pieniądze. Pracuje, tak jak chciała, czyli po 6 godzin dziennie. Jest zadowolona. Jednak przeżyła też (a ja z nią) chwile stresu… Człowiek czasem martwi się o swoje lub bliskich zdrowie zupełnie niepotrzebnie. Weź się jednak nie martw, olej wszystko, bagatelizuj, podejdź z dystansem, gdy Twoja siostra walczy już kolejny rok z depresja, matka leczy się na raka, a ty odkrywasz u siebie nasilający się ból w okolicach serca… Co innego jak cię ręka boli albo noga, albo nawet dupa, ale serce…? Wypytałam Najstarszą, jak siedzi przy swoim nowym biurku, gdy gra, bo z doświadczenia i oczytania wiem, że taki dziwny ból może się pojawiać od specyficznej często przyjmowanej pozycji… Nic jednak nie pasowało do bólu z lewej strony…

Tak, od paru dni Najstarsza skarżyła się na dziwny ból z lewej strony i pytała, czy to może być coś poważnego. Niestety żadne z nas nie skończyło medycyny, a wyżej wspomniane doświadczenia i parę innych nauczyły nas dmuchać na zimne i pytać lekarza w razie wątpliwości. Zarezerwowałam wizytę na wtorkowy wieczór. Najstarsza poszła rano do pracy, ale nie przestała myśleć o swoim niepokojącym bólu… Dwie godziny później wróciła do domu odwieziona autem razem ze swoim rowerem przez samego szefa. Była blada jak dupa anioła. Powiedziała, że nagle zaczęło jej się strasznie kręcić w głowie. Wyszła na świeże powietrze, ale słabo pomogło. Koledzy w pracy zauważyli, że się cała trzęsie i że okropnie jest blada… Poszła więc do szefa…

Przestraszyłam się nie na żarty. Najstarsza oznajmiła wtedy, że już poprzedniego wieczoru bardzo źle się czuła i poszła spać do siostry, bo się bała sama być. Ja wtedy już spałam, bo przez tę cholerną chemię chodzę często spać już o dziewiętnastej… Młoda stwierdziła wtedy, że to zapewne hiperwentylacja i że to ze stresu… Poszłam i ja dalej tym tropem wypytując Najstarszą, czy czymś się denerwuje, ale nic nie znalazłyśmy. Z niecierpliwością odliczałam długie godziny do wizyty. 

Ech, nie wiem, czy to chemootępienie czy co, ale w normalnych okolicznościach ktoś kto uważa się za w miarę inteligentnego powinien umieć jednak dodać dwa do dwóch. Głupia ja.

No bo się okazało, że obie z Młodą mamy jednak zadatki na lekarza. Obie miałyśmy rację. Doktor zbadał Najstarszą i co stwierdził? Serce i płuca w porządku. Nic poważnego! Winna jest nowa praca!

Najstarsza praktycznie cały miesiąc przepracowała u tapicera w ramach szkolnego stażu szyjąc tam pokrowce na poduszki, na fotele samolotowe, kanapy i wszystko inne, co tylko można u tapicera szyć. Najstarsza jest leworęczna więc lewa strona jest najbardziej obciążona. Najstarsza nie uprawia żadnego sportu, przeto codzienna praca jest teraz sporym wyzwaniem dla jej organizmu. Stąd ten ból z lewej strony. A skąd ta hiperwentylacja? A ile jest dwa do dwóch? Czym może się stresować człowiek, który odczuwa niepokojące bóle w okolicy serca? Pomyślmy… No kuźwa chyba tylko Dora Explorer może zadać tak głupie pytanie i nie potrafić na nie odpowiedzieć… Tak, brawo geniuszu, twoje dziecko przestraszyło się, że coś poważnego dzieje się z jej serduchem i dostało ataku paniki… 

Lekarz zlecił kilka sesji u fizjoterapeuty, gdzie Najstarsza ma poznać kilka ćwiczeń, które będzie mogła potem wykonywać w domu po pracy, by poprawić kondycję swojej klaty. Ma też nauczyć się ćwiczeń oddechowych w razie kolejnej hiperwentylacji. Ponadto ma odebrać porcję jakichś masaży. Pierwszą wizytę udało się umówić zaraz na drugi dzień. Kolejną ma w przyszłym tygodniu. Jednak uspokojona przez lekarza spokojnie bez problemów przepracowała cały tydzień nie przejmując się więcej jakimś bólem.

Młoda zaczęła tydzień od wizyty u psychiatry. Lepiej się nie da. Psychiatra okazała się w porządku. Po dłuższej pogawędce i przeczytaniu wszystkich diagnoz Młodej, przepisała jej coś mocniejszego, ale rzekomo nie uzależniającego, na sen, bo Młoda ma ciągle poważne problemy z zaśnięciem i jakością snu. Gdyby poprawa jakości snu nie wpłynęła jednak za jakiś czas na poprawę samopoczucia, Młoda ma zacząć brać jeszcze większą dawkę antydepresantów… Pożyjemy zobaczymy.

W środę ortodontka. W czwartek przedostatnia chemia.

Dotąd miałam to gdzieś, nie myślałam o tym. Żyłam od chemii do chemii, dzień po dniu,  ale w ten czwartek po powrocie do domu zaczęłam nagle odczuwać wielką radość i zniecierpliwienie. Oto dotarłam do końca chemioterapii. Już widać metę. Ostatnia prosta i koniec tej rundy. Pół roku minęło i udało się to przetrwać z podniesionym czołem i uśmiechem na pysku. Nie zawsze było łatwo, ale się nie poddałam. Walczyłam i walczę każdego dnia ze swoimi słabościami i niedomaganiami. Zaganiam się do roboty. Sprzątam, piorę, gotuję, wożę dzieci, gdzie trzeba je zawieźć. Zaganiam się do porannej gimnastyki i na rower, co czasem się nie udaje. No dobra, CZASEM SIĘ UDAJE, częściej nie, bo mnie nogi bolą, bo mi się rano bardzo siku chce, bo w głowie mi się kręci, a najczęściej to po prostu zwyczajnie mi się kurwa nie chce. O! 

Dziś byłam dobrym człowiekiem i zrobiłam gimnastykę jak należy. Kilka minut bo kilka minut, ale tu nie chodzi o osiągnięcia tylko zasady - poranna gimnastyka to to, co robiłam od czasów liceum z drobnymi przerwami. Jak raz to przerwiesz, to potem ciężko wrócić. A żaden rak nie będzie mi mówił, jak mam kurwa żyć! 

Dziś posprzątałam też uczciwie cały dół, bo ostatnio taką manianę odpierdalałam, że już wstyd było się przed sobą samą przyznać, że to zagracone i brudne pomieszczenie przypominające składowisko rupieci to mój salon w moim domu. Udało się odgruzować i teraz nawet można przejść spokojnie od wejścia do kuchni bez potykania się o skrzynki z ubraniami, stare gazety, kapcie, kaski, przydasie i dowyrzuceniasie. Na półkach też posprzątałam. W kuchni nawet szafki umyłam. Kibel posprzątałam. Podłogi umyłam mopem. Łazienka, jak chce, niech się sama posprząta, no bo bez przesadyzmu… ileż można sprzątać jednego dnia? Panie! Kurnik za to posprzątałam piknie i napudrowałam diadomitem. Potem musiałam wziąć prysznic, bo cała byłam utytłana w tym cholernym pyle.

Upiekłam nasze ulubione pyszne żeberka w marynacie miodowo-musztardowo-ketchupowej oraz małe ziemniaczki w łupinkach. To był bardzo dobry dzień, choć pysk mam czerwony i opuchnięty przez te piekielne rakobójcze chemikalia. Obolałe paznokcie są też irytujące. O krwawiącym wiecznie nosie nawet nie wspominam. Co za szajs z tą chemią!

Jutro zamierzam się opierdalać. Bo mogę. Młody chce obejrzeć ze mną jakiś film, bo dawno nic razem nie oglądaliśmy. Może nawet do kina skoczymy na jakąś baję…

krajobraz spod domu psychiatry



21 maja 2022

Tydzień pełen sukcesów i radości.

Któregoś dnia Młoda otwarła wieczorem piwo owocowe, rozlała do dwóch szklanek i mi podaje - Zdałam biologię, trzeba to uczcić! Wypiłyśmy piwo za kolejne sukcesy i chyba zadziałało ;-)

Kolejny przedmiot na drodze do otrzymania dyplomu szkoły średniej odfajkowany. Może uczyć się do następnego. No i uczy się wszędzie. Łazi po domu ze słuchawkami na uszach. Gada do telefonu po francusku jakieś głupoty. Nawet na dworcu, w poczekalni u doktora, czy gdzie tylko ma chwilę wolnego, otwiera Duolingo i ćwiczy francuski. Nie lubi francuskiego. Wkurza ją, ale trudne i nielubiane przedmioty też trzeba jakimś sposobem zaliczyć. Miesza sobie raz fajny i łatwy przedmiot, raz trudniejszy. Francuski jest ani fajny, ani łatwy. Bez wątpienia jednak w tym kraju potrzebny, bo co najmniej połowa ludzi nim się posługuje. Dla Młodej francuski to już czwarty język. Polskim, angielskim i niderlandzkim posługuje się pi razy drzwi na jednakowym poziomie, czyli płynnie i dobrze zarówno w mowie jak i piśmie. 

Jeśli chodzi o naukę domową i Komisję Egzaminacyjną to przez rok zdała już angielski ustnie i pisemnie, geografię i biologię. Z wszystkich przedmiotów zdaje egzaminy z zakresu dwóch lat - piątej i szóstej klasy technikum. Matmę musi powtórzyć, bo nie zdała, i zdać wszystkie inne przedmioty, czyli francuski, niderlandzki (oba języki ustnie i pisemnie), historię no i wszystkie przedmioty fotograficzne - teorię i praktykę. Jeszcze sporo drogi przed nią do otrzymania dyplomu szkoły średniej, ale nie mało już z tyłu. Ważne, że nie musi chodzić do szkoły i marnować tam swojego cennego życia.

Najważniejszym zdarzeniem minionego tygodnia jest bez wątpienia fakt, że po długich staraniach i chodzeniu po różnych biurach pracy oraz zaliczeniu kilku rozmów kwalifikacyjnych w końcu

Młoda dostała pracę!

W okolicznych sklepach się nie udało, więc postanowiła poszukać szczęścia w mieście. No i w piątek zadzwonili, że ma w poniedziałek przyjechać podpisać umowę. Będzie pakować jakieś części samochodowe. Robota taka typowo dla studentów albo początkujących obcokrajowców, czyli na krótki czas, by się gdzieś zahaczyć, by spróbować swoich sił, by zdobyć pierwsze doświadczenie i pierwszy świeżutki wpis do CV. Młoda jest wielce podekscytowana, co nikogo chyba nie dziwi. My jesteśmy dumni i szczęśliwi. Kurde, nasze dziecko idzie już do pracy i to jeszcze pół roku przed swoją osiemnastką. Niesamowite jak szybko ten temat ogarnęła! Gdy w zeszłym roku pisała i wysyłała swoje pierwsze CV i szła na pierwszą rozmowę, była pełna obaw i niepewności z bardzo małą wiarą w powodzenie. Po kilku rozmowach jednak nabrała wprawy i odwagi. Co ciekawe, każda nieudana próba działała na nią jak płachta na byka - tylko dodawała jej animuszu, siły i chęci do walki o swoje. Jak już raz postanowiła, że chce iść do roboty, to żadna siła jej nie zatrzyma przed zrealizowaniem tego pomysłu. Czart nie dziewczyna! Kocham tego Czarta!

Najstarsza miała tydzień, a dokładnie to tygodnie, dosyć chorowite. Najpierw ta grypa, czy korona. Potem była od tego osłabiona no i w tym tygodniu przejęła od młodszej siostry wirusa gardłowego i czuła się słabowicie. W poniedziałek nawet było okej i wyjechała rano rowerem na stację. Okazało się jednak, że jakieś problemy na torach wynikły i dwa kolejne pociągi się nie pojawiły. Co 5 minut ogłaszano coraz dłuższe opóźnienie, by w końcu wyśpiewać nasz ulubiony komunikat: de S trein van Brugge naar Mechelen rijdt vandaag niet (pociąg z Brugii do Mechelen dziś nie jedzie). Kiedy ludzie zaczęli się rozchodzić do domów, Najstarsza też zabrała dupę w troki i wróciła do chałupy. I dobrze, bo w południe już słabizna wróciła i musiała iśc do wyrka. W środę rano skoczyła na koronotest do apteki i jak powiedzieli, że negatywny, poszła do doktora. Dostała zwolnienie do końca tygodnia, powiadomiła szefa ze stażu i wypoczywa. 

Młody ma teraz też pracowity i fajny okres.

Najpierw występy z chórem dziecięcym w towarzystwie orkiestry dwie niedziele pod rząd. Świetnie mu poszło i dobrze się przy tym bawił. Ja niestety nie mogłam obejrzeć drugiego występu, bo miałam jeden z bardziej gównianych dni, jeśli idzie o samopoczucie. Tata jednak podziwiał i klaskał. Było też kilku klasowych kolegów, sąsiadów i innych znajomych.

Pod koniec tygodnia z kolei impreza szkolna i 5 występów przed publicznością pod rząd. Po dwa przedstawienia dziennie, a każde z nich trwało 2 godziny. Pierwsze było w czwartek zaraz po południu. Następnie po dwa w piątek i sobotę - po południu i wieczorem (kończyły się o 21). 

Szkoła - nauczyciele, uczniowie i Komitet Rodzicielski - zorganizowała po raz kolejny dużą imprezę z biletami. Były to przedstawienia muzyczne. Występowali wszyscy uczniowie od pierwszej przedszkola do szóstej klasy, czyli dziatwa w wieku 2,5 roku do 12 lat oraz ich nauczyciele. Fantastyczne przedsięwzięcie. Co interesujące, tym razem dzieci były pomieszane - starszaki występowały razem z maluszkami, co dało fajny efekt. Fajnie się patrzy na nastolatki płci obojga z piątej czy szóstej klasy, które prowadzą na scenę za rączki kilkulatków, poprawiają im kostiumy, zapinają portki i razem robią swoje przedstawienie, razem tańczą i śpiewają. Niesamowite! Wszyscy włożyli sporo pracy w to przedsięwzięcie. Nauczyciele i Komitet Rodzicielski sporo pracowali przy tym w swoim czasie wolnym obmyślając scenariusz, przygotowując stroje, dekoracje, oświetlenie i nagłośnienie, a w końcu sprzedaż napojów i przekąsek. Wszyscy stawili się bez szemrania nawet dwa razy w sobotę. 

Sala była za każdym razem pełna, a mieści się w niej około 200 osób. Bilety nie były drogie. Symboliczne 5€ i w tej cenie wliczony był napój. Przyszli dziadkowie, rodzice, wujostwo, sąsiedzi i inni znajomi uczniów i rodziców. Dochód oczywiście przeznaczony zostanie na szkołę. 

Młodemu się też podobało! Z wielkim entuzjazmem uczestniczył w tej zabawie. Wystąpił w grupie z najlepszymi kumplami i ze słodkimi maluszkami z przedszkola. W tej grupie przedszkolnej jest jego ulubieniec i największy słodziak, czyli synek jego wychowawczyni. Młody uwielbia małe dzieci i już marzy, by kiedyś być tatą. Rozważa też zostanie w przyszłości nauczycielem (choć w opcji ciągle jest lekarz zwierząt i od niedawna archeolog). 

Ja obejrzałam przedstawienie dwa razy. W piątek poszłam z sąsiadką. W sobotę z małżonkiem. Za każdym razem świetnie się bawiłam. 


 A za mną kolejna chemia.

 Jeszcze osiem przede mną. Doktorka stwierdziła, że wszystkie składniki krwi na granicy i przepisała zastrzyk Neulastę na odbudowę krwi oraz zapodała lżejszą wersję chemii na ten dzień. Po chemii poszłam z Młodą do McDonalda, bo ta akurat dotarła do Dendermonde po rozmowie o pracę. Tam zajadając hamburgery obserwowałyśmy przelotne oberwanie chmury. Lało, wiało, koniec świata. Fajnie się to ogląda przez okno o suchej dupie. Wróciwszy do domu zastałyśmy wszędzie wodę. W kuchni pół podłogi zalane od okna, choć było zamknięte. Z poddasza całe schody mokre, na poddaszu dach przeciekał w kilku miejscach, a w dwóch woda dotarła nawet piętro niżej przez drewno do pokoju Młodej. Jaja jak berety! Dziś byłam to zgłosić właścicielom, bo żartów nie ma. Mają przyjść po niedzieli popatrzeć na dach.

To był bardzo dobry i owocny tydzień. Cieszę się, że takie pozytywne fajne tygodnie od czasu do czasu się zdarzają, bo inaczej szło by zwariować. A tak możemy naładować nasze baterie pozytywną energią. Pogoda też ostatnio nam sprzyjała. Słoneczne, upalne dni majowe to dla mnie radość ogromna. Kocham słońce i ciepełko. Szkoda tylko, że niebogato się czuję ostatnimi czasy i nie mogę się tym słońcem i czasem wolnym dostatecznie cieszyć. No ale kurde, przecież nie można mieć wszystkiego. I tak jest super tak jak jest. Cieszymy się tymi chwilami. Próbujemy naczerpać z nich ile się da, bo boimy się jutra i tego co ono nam przyniesie. Czasy są kurewsko niepewne i mało optymistyczne. Dlatego żyjemy tu i teraz tymi chwilami lepszymi, fajniejszymi i całkiem dobrymi a nawet chwilami po prostu zajebistymi starając się nie myśleć zbyt często o przyszłości bez potrzeby. Spoglądamy za to czasem w przeszłość, by zobaczyć jak wiele trudnej drogi żeśmy przeszli i jak wiele osiągnięć i sukcesów już jest na naszej liście. Jesteśmy z siebie dumni a jeszcze bardziej z Naszych Wspaniałych Dzieci. Będą z Nich Wszystkich wspaniali, mądrzy i dobrzy dorośli ludzie. Oby tylko reszta świata raczyła to choćby w małej części docenić i uszanować… To moje ogromne marzenie. 







24 lutego 2022

Łysienie przy chemioterapii. Wiecie, że to boli?

 Mam już za sobą drugą dawkę chemii. Przedstawiali mi różne skutki uboczne, zanim ją zaczęłam. Mówili m.in. o zmęczeniu, o mdłościach, biegunce, zaparciach i wypadaniu włosów.

Z jakiegoś powodu (nawet wiem jakiego) wszyscy najbardziej skupili się na tym nieszczęsnym łysieniu, a dokładnie na wyglądzie delikwenta, czyli w tym wypadku mnie. Bo wiadomo, wygląd najważniejszy.

Poinformowano mnie (co najmniej z 15 razy w szpitalu plus z drugie tyle różni randomowi ludzie w necie i realu), że włosy zaczynają wypadać pi razy drzwi po 10-14 dniach i że nie powinnam się tym martwić, bo ONE POTEM PO TERAPII ODROSNĄ, może NAWET BĘDĄ GĘSTSZE, ŁADNIEJSZE. 

Powiedzieli, że perukę mogę sobie zamówić i że zwrócą mi koszty, że w szpitalu mogę sobie czapeczkę, robioną przez wolontariuszy, za  friko wybrać. Mogę sobie też specjalną na tę okazję kupić.

Wielu znajomych proponowało mi noszenie chusteczki, czapeczki, kapelutka.

I dobrze, wszystko ładnie pięknie, tylko wszyscy zapomnieli albo zwyczajnie nie zdają sobie sprawy z jednej bardzo kurwa istotnej rzeczy. 

Żodyn, ŻODYN mi bowiem nie powiedzioł, że 

wypadanie kłaków jest kurwa bolesne!!!

Ja mam zasadniczo w dupie, że będę łysa.

 Albo inaczej, JA JESTEM Z TEGO PIEKIELNIE ZADOWOLONA. Ja nienawidzę swoich kłaków! Nie znoszę ich mycia, czesania i całego tego certolenia, co już pisałam wielokrotnie.
Ja się cieszę, że będę łysa choć kilka miesięcy, że nie będę sobie musieć co 2 dni golić pach i strefy bikini, że nie będę musieć co tydzień depilować nóg. Panie, toż to raj na ziemi! 
Podobam się sobie jako łysa, bo ładnie mi w łysych włosach (bo ładnemu we wszystkim ładnie c’nie).

Peruka? Pogięło was?!! Ja miałabym czyjeś kłaki dobrowolnie na swój łeb nakładać, użerać się z kłakami, pocić się i cierpieć katusze tylko dlatego, by ludzie nie wiedziały, żem łysa? Że się leczę? W życiu! 

Czapeczki, chusteczki, kapelutki? O, to tak. Jak najbardziej. Lubię nakrycia głowy. Im bardziej porąbane, tym lepsze. Mam tego trochę w domu i nie zawaham się użyć (patrz niżej 🤠). Bo - o tym nawiasem mówiąc, też wielu nie wie - bez włosów jest zimno w łepetynę i to nawet w ogrzewanych pomieszczeniach. Na zewnątrz jest zimno tym bardziej. 

Ale właśnie odkryłam, że jest jedno ale. BÓL. Najsampierw, jak wspominałam, w piątek drugi tydzień po pierwszej chemii zaczęła mnie boleć skóra na całym ciele, ale szczególnie na głowie. Na drugi dzień zaczęły masowo wychodzić włosy. Skóra była nadal lekko obolała. Potem się pogorszyło. Kładzenie głowy na poduszkę to takie uczucie, jakby się na jeżu kłaść. Auć auć auć! Dotykanie głowy też co dobrego. Łapy zatem przy sobie!

Myślałam nawet by żyletką (golarką) całkiem te włosy zgolić, ale to było myśleć, zanim zaczęły wypadać i boleć… Może to by pomogło. 

Dlaczego nikt nie powiedział, że to boli?

Przedwczoraj to jeszcze się pogorszyło. Dotąd w domu nosiłam bandanę w czachy jak mi było w łeb zimno, ale teraz dotyk tego materiału piekielnie boli! 
Rano wioząc Młodego do szkoły szybko bez zastanowienia nasadziłam hełm na makówę… AŁA! Jeszcze szybciej zdjęłam. Choć bardzo ostrożnie. Ała! 

 Nałożenie najpierw kaptura od bluzy a potem hełmu to było pewne rozwiązanie, z tym że w południe już się zdezaktualizowało, bo już kaptur też bolał. Jeżdżę bez hełmu na tej trasie. Na dalsze się na razie nie wybieram.

Najbardziej tolerowane dziś nakrycie głowy to moja stara ulubiona rozwleczona czapka menelka.

Do kompletu mam też menelskie rękawiczki bez palców, bo - nie wiem czy wiecie - ale w dłonie i stopy też po chemii bardziej zimno, niż zwykle. A zwykle mnie też jest zimno. Matka swego czasu nazywała mnie truposzem z powodu trupio zimnych łap. Teraz jest to uczucie bardziej intensywne i kończyny są trudne do rozgrzania. Rękawiczki pomagają podczas korzystania z tabletu czy czytania książki i wtedy używam rękawiczek 🧤. Na rozgrzanie stóp pomaga masaż olejkiem rozgrzewającym, co od czasu do czasu od większej zimnicy mi Małżonek funduje…






Kupiłam se też właśnie bawełniane skarpetki do spania, ale jeszcze nie testowane.

Drzewiej za gówniarza spałam w skarpetach, gdy w moim pokoju było pięć stopni i śnieg na dywanie, ale w życiu nie pomyślałabym, że kiedykolwiek będę zakładać do łóżka skiepy mając w sypialni dwadzieścia stopni! Ani tym bardziej, że przyjdzie mi w dobrze ogrzewanej chałupie w czapce i rękawiczkach siedzieć. To ci heca!

Dobrze, że ku wiośnie idzie. 

Poza bólem włosów od czasu do czasu, dokładnie to kilka dni po chemii, boli skóra na całym ciele. Człowiek się czuje, jakby się ze schodów sturlał i był cały posiniaczony. Najbardziej „potłuczone” uczucie jest na żebrach. A tu czasem temu czy tamtemu przychodzi do łba mnie CZULE po plecach poklepać. AŁAAA!

Do tego pioruńskie zmęczenie, które aktywuje się trzeci i czwarty dzień. Kolejne dni się poprawia i wraca do normy. Trzeci dzień jednak nie byłam w stanie opuszczać kanapy na dłużej jak pójście do kibla, po picie i po jedzenie. Czyli modus Garfield: jedzenie-spanie, jedzenie-spanie. 
Przy czym jedzenie jest dosyć znaczącym problemem.

Jak pamiętacie może  z moich poprzednich wpisów, ja jestem wiecznie głodna. Muszę jeść co dwie, trzy godziny, by normalnie funkcjonować itd. 

Teraz jest jeszcze gorzej! 

TERAZ TO DOPIERO JESTEM GŁODNA!

Jeżu kolczasty. Ciągle bym coś żarła, ciągle czuję głód. Ledwo koryto odstawię, już mi burczy w brzuchu.
Smaki mi się trochę zmieniły, co wydaje się nawet bardzo logiczne i sensowne. Organizm najwyraźniej dobrze wie, czego mu potrzeba. Ciągnie mnie do mięcha. Mięcho, dużo mięcha. I nie żadna kura, jak dotąd. Teraz chce mi się krowy. Porządny stek, gęsty gulasz wołowy. Na samą myśl mi ślinka cieknie. Żarłabym mięcho codziennie, podczas gdy normalnie to tak tylko od biedy.

Druga rzecz to owoce i czekolada. Ostatnimi laty w ogóle nie miałam ochoty na czekoladę, nawet myślałam, że może już swój przydział za młodego pochłonęłam, a owoce jadłam tak bardziej z rozsądku niż chęci, ale od pierwszej chemii opętał mnie głód czekolady i owoców. Pochłaniam szczególnie banany, pomarańcze i kiwi. No i czekoladę mleczną oraz gorzką. Dobrze, że mieszkam w kraju bogatym w czekoladę.
Poza tym ogólnie mam chęć na intensywne, wyraziste smaki. Nawet herbatki lelawe i mało wyraziste smakowo mi nie podchodzą. 
Kawa w ogóle mi nie smakuje, tak jak przepowiadała pielęgniarka w klinice piersi. Nie piję kawy zatem wcale.
 Smakuje mi natomiast cola i inne takie oraz wszelakie soki. Piwo też mi nadal podchodzi i wypijam od czasu do czasu po parę łyków.
Nie mam natomiast (odpukać) na razie tych mdłości, którymi mnie straszyli. Dostaję jakąś pigułę w trakcie kroplówki, która ma działać cztery dni i najwyraźniej dobrze działa, bo tym razem tylko ze dwa razy przez momencik mnie zmuliło troszkę, ale to był dosłownie momencik. Poza tym jestem tylko i wyłącznie cholernie nienażarta.

Przede mną jednak jeszcze kilka miesięcy chemoterapii i spodziewam się, że z czasem może być gorzej. Pożyjemy, zobaczymy. Póki co korzystam z legalnego nieróbstwa i dobrego samopoczucia. Czytam książki, oglądam filmy, piszę, jem, wymyślam głupoty… Jest spoko.


Kilka selfiaków dla zabawy:

Coraz łyssza jestem, ale jeszcze trochę kłaków się ostało…

Trzeba łysych pokryć papą
Lecz funduszy nie ma na to 😉