24 września 2023

Gdy się człowiekowi na starość nauki zachce...

Intensywnie przeżyty tydzień wymiany okien i tysiąca załatwień dał mi się we znaki. Długo to czułam w kościach: zmęczenie, senność, bóle stawów i trudności w pokonywaniu schodów, wstawaniu po dłuższym spoczynku czy długotrwałym tkwieniu w bezruchu.  Miewam bolesne skurcze łydek czasami. 

Kostka prawej nogi jest popsuta. Boli tylko czasem, ale jest  lekko opuchnięta, jakby podeszła płynem. Czasem ból promieniuje do kolana i kolano też mnie pobolewa wtedy i robi się gorące.... Tak se to notuję dla siebie, by ewentualnie móc potem zrekonstruować całą historię medyczną, gdyby była taka potrzeba.

Dużo się dzieje. Jestem zmęczona i skołowana chwilami.

Wnioski: ciało wychodowaniu w nim raka, potraktowaniu go skalpelem, dożylną trutką i przypalaniu promieniami Roentgena nie jest tym samym ciałem, którym było przed tymi wątpliwymi eksperymentami, nawet rok po skończeniu tych eksperymentów. Jest słabsze, bardziej podatne na zmęczenie i nadwyrężenia. Niedomaga. Wolniej się regeneruje. A mnie się to niespecjalnie podoba, ale nic nie mogę z tym zrobić. Wkurzające to wszystko jest niebywale, ale się nie poddam i dalej będę iść do przodu nawet pod górę i z przeszkodami, bo życie się samo nie przeżyje.

W zeszłym tygodniu rozpoczęłam już oficjalnie swoje szkolenie. Lekcje miały trwać cały dzień, ale ostatecznie popołudniowe odwołano. Pierwsze wrażenia były takie, że było dosyć nudno, a krzesła są niewygodne i grupa zbyt wielka. 

Zlitujcie się, babka na początek uczyła nas, jak posługiwać się planem lekcji! No wiecie, taka tabelka na kartce z rozpisanymi dniami i nazwami przedmiotów. Nie wiem jak wy, ale ja pierwszy raz coś takiego otrzymałam jakieś 40 lat temu w pierwszej klasie szkoły podstawowej i jakoś nie przypominam sobie, by ktoś miał większy problem ze zrozumieniem, o co w tym chodzi, a tu wychodzi na to, że niektórzy dorośli musieli mieć z tym problem, inaczej by tego dziś nikt nie tłumaczył. Dla mnie to tak samo potrzebne jak zakaz wjazdu hulajnogami do sklepu, który wywieszono jakiś czas temu na pobliskim markecie. Jakby nikt nie był na tyle głupi, by tam wjeżdżać hulajnogą, to nie było by zakazu... 

Grupa jest duża, bo połączono chwilowo dwa kierunki - opiekun żłobka i opiekun świetlicy szkolnej - gdyż wstępny materiał jest w obu grupach identyczny. Jednak ludzi jest w tym roku wyjątkowo dużo ze względu zmiany przepisów, o czym już mówiłam poprzednio. Mają nas zatem wkrótce podzielić. Oby, bo ja nienawidzę takiego tłumu. W tej drugiej grupie jest rodaczka. Gdy usłyszała moje nazwisko, to podeszła i zapytała po niderlandzku, czy mówię po polsku. Zabawne są takie momenty, gdy do potencjalnego rodaka ostrożnie zagajasz po obcemu... 

Pozostałą część lekcji uczono nas obsługiwać Moodle, internetową platformę szkolną i znowu ze zdziwieniem stwierdzam, że ludzie w 2023 roku ciągle nie ogarniają w ogóle komputerów ani internetu. O ile moim rówieśnikom jeszcze wybaczam, tak dwudziestoparoletnie dziewoje nie potrafiące obsługiwać komputera to zjawisko trochę zadziwiające... Ja to wiecznie zdziwiona.

Lekcje w minionym tygodniu były już o niebo ciekawsze. Mieliśmy pierwszą lekcję EHBO (Eerste Hulp Bij Ongevallen, czyli pierwszą pomoc) i pedagogiki oraz to samo co poprzedniego tygodnia, ale tym razem już ciekawsze...

Eddy Merckx… odkryty podczas spaceru w czasie długiej przerwy


 No dobra, przyznaję - jednego dnia urwałam się na półtoragodzinne wagary, żeby się nie nudzić. Czytaj: wyskoczyłam sobie na wizytę u psychiatry, bo fartownie moja szkoła jest 3 kilometry od gabinetu. Dzień wcześniej psychiatrę odwiedził Młody z tatą. Przede mną jeszczde jedna wizyta w przyszłym tygodniu. Na szczęście udało mi się otrzymać skierowanie od rodzinnej z datą wsteczną, przeto  otrzymamy zwrot z Funduszu Zdrowia. Nie ukrywam jednak, że ten tydzień to nieźle wyczyścił mi konto: poniedziałek 30 € u rodzinnej, wtorek 205 € u ortodonty, środa i czwartek po 235 € u psychiatry i jeszcze na koniec w piątek 35 € u weterynarza i tak ponad 7 stów się uzbierało. A u tej ortodontki to kurde był Izydor może z 25 minut - zrobiła mu kilka różnych zdjęć: najpierw za pomocą specjalnej kamerki, którą przejechała po wszystkich zębach zrobiła obraz uzębienia z wierzchu, potem jeszcze sfotografowała mu paszczę w środku i całą twarz z różnych stron za pomocą telefonu, a na koniec pyknęła rentgena czaszki. I to kosztowało dwie stówy! Panie, ja też chcę tak zarabiać pieniądze :-)

U weta byliśmy z naszą Bozią Bożenką. Pochorowało nam się kurzysko. W czwartek wieczorem zauważyłam, że stoi osobno pod krzaczkiem. Próbowała pojść za kogutem i Chipsą, ale wywracała się na boki. Nie dała rady wejść do kurnika. Próbowała, ale spadła ze schodków. Wtedy zabrałam ją do domu i usadowiłam w kuchni. Na drugi dzień spakowaliśmy ją z Młodym do transportera i zawieźliśmy skuterem do pobliskiego weterynarza, który - wg miejscowych fejsbukowiczów - zna się na kurach. Widzieliśmy u niego pracowników ze schronika dla ptaków (choć nie zauważyliśmy, co przywieźli do leczenia) z czego wniosek, że pewnie jest ich nadwornym lekarzem. 



Wet stwierdził, że to jakaś infekcja bakteryjna i dał antybiotyk w tabletkach, które wrzucamy Bozi do dzioba masując gardełko, by poszły dalej. Bozia siedzi w naszej szpitalnej klatce w kuchni. Ma tam jedzenie i wodę. Trochę je i trochę pije - dużo mniej niż normalnie, ale to i owo weźmie do dzioba. Ugotowałam i starłam jej jajko i nawet trochę wsunęła. Zjadła też serka, bułeczki, kilka ziaren, troszkę piasku i sporo drobno pokrojonej świeżej trawy. Robaków nie chce. Wodę pije. Nie może chodzić. Przewraca się do tyłu i tłucze się czasemi po całej klatce, bo usilnie próbuje stanąć na nogach, ale głównie spokojnie siedzi w kącie. Czasem cichutko coś mówi po kurzemu. Biedna kurka.

Mamy nadzieję, że wyzdrowieje. Wet kazał zadzwonić w środę po południu i zrelacjonować jej stan. Mówi, że być może potrzeba będzie dłużej dawać jej leki.

Lekcje niderlandzkiego mi się podobają. Są bardzo żywe, dużo gadamy, sporo zadań robimy w małych grupach a nauczycielka nas sprawdza i poprawia. Jest dobrze. 

Niestety z przykrością stwierdzam, że ten mój cholerny mózg wciąż nie działa, jak przed rakiem, wciąż ma lagi i problemy z ładowniem i szukaniem danych. Tym razem miałam np problem z wymyślaniem zdań z użyciem słów z listy podenj przez nauczycielkę. Poprostu blue screen, zero pomysłów, jakie zdanie można ułożyć np ze słowem "wskazywać" albo "składać". Żenada do kwadratu. Wychodzę jednak z założenia, że im więcej tego mózgu używam, tym sprawniej będzie działał. Tylko potrzeba czasu i cierpliwości, a to jest trudne.

Skończyły się wielkie upały, ale ciągle jest stosunkowo ciepło w południe. Poranki bywają jednak chłodnawe. Któryś z dni poprzedniego tygodnia dosyć mocno dał się nam we znaki. Ani ja, ani Młody nie wzięliśmy rękawiczek, bo jeszcze nie przyszło nam do głowy, by ich poszukać w zakamarkach szaf no i było niezafajnie. Ja to tam pikuś. Zmarzłam trochę na skuterze, co było nieprzyjemne, ale zaraz się rozgrzałam i zapomniałam o tym. Natomiast Młody po raz pierwszy pojechał w chłodny poranek 5 km bez rękawiczek i sporo się potem wycierpiał i wystraszył.

Gdy dotarł do szkoły, mówił, dłonie miał nie tylko spuchnięte jak beczki, ale dodatkowo pojawiły się białe plamy i bąble jak po poparzeniu pokrzywą, no i co najgorsze to bardzo, bardzo boli. Po takim zmarznięciu opuchlizna utrzymywała się aż do przerwy południowej. Ból po chwili zelżał i dało się wytrzymać, ale o komforcie nie ma mowy. Po powrocie Młody czym prędzej poszukał swoich jednopalcowych polarowych rękawic z Kubusiem Puchatkiem. 

Dla tych co nie wiedzą,o co chodzi, wyjaśniam, że mój syn ma alergię na zimno. Tak, lekarka twierdzi, że to alergia. Co gorsze, jego nadwrażliwość znacznie ogranicza mu noszenie rękawiczek czy czapek. Cienkie rękawiczki z palcami np odpadają, bo obcisłego jego ciało nie toleruje i też go boli. Udało mi się w Kruidvat kupić rękawiczki z jednym palcem, które są w miarę dobre na Młodego (w domyśle są dla kobiet), ale i tak mam obawy co do tego dojeżdżania na rowerze w bardzo zimne dni. Musimy wypróbować autobus w razie wu. Póki co on się trochę boi samotnej jazdy, ale muszę z nim trochę pojeździć, zainstalować mu aplikację autobusową, kupić na nią bilety i nauczyć go korzystać z niej oraz z rozkładów jazdy, rozpoznawania autobusów po numerach i td, żdeby w razie potrzeby mógł bez obaw wsiaść w autobus i pojechać do szkoły, do domu czy np do dentysty. 

W koncu ma już 11 lat i jest mądry, niech się uczy wszystkiego po trochu. Wkurza mnie tylko, że musi do 12 urodzin czekać, by móc otrzymać plastikowy dowód odobisty, bo już byśmy mu z chęcią konto w banku założyli, żeby miał własną kartę do bankomatu i własną aplikację bankową na telefonie. Gotówka to dziś już przecież przeżytek. Koledzy klasowi płacą już kartami w sklepie.

Dostałam już kilka zadań domowych. Z dwóch przedmiotów były krótkie pisemne, z czego jedno z kategorii dziwne - mamy znaleźć jakiś przedmiot, który kojarzy nam się z wychowaniem, pisemnie uzasadnić dlaczego i przynieść to do szkoły oraz o tym opowiedzieć reszcie. Nie lubię takich zadań abstrakcyjnych, bo są dla mnie trudne i zwykle zupełnie opacznie rozumiem, co autor miał na myśli. Wybrałam jako przedmiot książkę i upisałam kawał tekstu na ten temat, ale obawiam się, że może to w ogóle nie zostać zrozumiane przez normalnych ludzi, jak to zwykle bywa z moim sposobem myślenia. 

Mam też w jakiś kreatywny sposób (np majsterkując) przedstawić siebie i tę pracę zabrac do miejsca stażu. Jeszcze gorsze zadanie niż to powyższe, bo mam za dużo pomysłów, a za mało chęci do ich realizacji. Jestem zmęczona psychicznie i fizycznie. Przestawiam się ciągle na tryb szkolny, czyli rzeźkie wstawanie o szóstej, poranny pośpiech, wyjście z domu rano i powrót wieczorem, by w wielkim pośpiechu skraftować jakieś jedzenie dla wszystkich, ogarnać co trzeba i pójść wcześno spać, a raczej paść na pysk o 21.

Najtrudniejszym zadaniem jest jednak skontaktowanie się z trzema świetlicami i umówienie się na spotkania w celu zwiedzenia tych placówek i zadaniu kilku pytań, by ostatecznie którąś wybrać na miejsce pierwszej praktyki, którą zaczynamy już po 6 października. Do tego czasu mamy mieć podpisane umowy. Odpowiadając na wasze niezadane pytanie: praktyki nie są płatne. Idziemy, by się uczyć. Wiem już, gdzie chcę uderzyć, ale telefonowanie dla mnie to koszmar, a jakoś muszę się przecież umówić na wizytę. Sama wizyta to już łatwizna. Chyba.



Dziewczyny bawią się w Polsce ze swoimi znajomymi. Tym razem poleciały tam obie. Młoda spotyka się ponownie ze swoimi kumplami. Najstarsza z poznanym przez internet chłopakiem. Są dorosłe, wolno im robić, na co mają ochotę. Cieszę się, że się zdecydowały razem polecieć do Krakowa. Jestem dumna z nich, że wszystko potrafią sobie same załatwić i zorganizować i że, mimo iż nie są jakimiś najlepszymi psiapsiółkami,  potrafią w takich sytuacjach ze sobą fajnie współpracować i sobie pomagać, że są dobrymi siostrami. Oczywiście trochę się też niepokoję o nie, bo jestem ich matką, ale mam nadzieję, że żadnych wielkich głupot nie narobią i nie wpakują się w żadne wielkie kłopoty oraz że dobrze się tam bawią i miło spędzają czas. Młoda od czasu do czasu wysyła jakieś zdjęcia. Dzwoniła też raz, by spytać o swoje p'Taszunie, a ja czasem wysyłam jej zdjęcia Taszuń, bo wiem, że one są dla niej ważne i na pewno za nimi trochę tęskni.

Taszunie

czasem te małe głupieloczki śpią w ciasnocie pod sufitem

Młody jutro jedzie z innymi pirszorocznymi na dwuipółdniową wycieczkę integracyjną. Nie podoba mu się to. Boi się i stresuje. Rano muszę go zawieźć skuterem pod szkołę razem z bagażem, co łatwe nie będzie, ale co, my nie damy rady? Dalej pojadą pociągiem (szkołę mają nieopodal dworca). Bagaże pewnie pojadą samochodem z urzędu gminy, jak to zwykle u nas się organizuje. 

I znowu ja i Małżonek bedziemy mieć cały tydzień urwanie głowy. Nie wiem, jak ja ogarnę to wszystko, co mam do ogarnięcia. Załatwić praktykę, odwieść Młodego, niderlandzki online, przywieźć Młodego ze stacji i dziewczyny z lotniska (to Małżonek),  lekcje stacjonarne przez 2 pełne dni, wizyta u lekarki (comiesięczny zastrzyk i przedłużenie zwolnienia o kolejne miesiące), wizyta u psychiatry, a tu jeszcze ma ktoś do pieca na przegląd przyjść, a to znowu właściciele się namyślili, by jednak drzwi od kuchni i okienko w kiblu też wymienić na nowe (jakby kuźwa nie można było od razu) i ktoś ma przyjść pomierzyć, więc trzeba komuś być wtedy w domu. Pomieszanie z poplątaniem, jak zwykle. Dobrze by było też czasem coś upichcić, przeprać, izbę zamieść, zwierzęta doglądnąć.... I jeszcze zdążyć się pouczyć, zadania domowe odrobić no i kurde wyspać. 

Nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale postaram się dać rady ze wszystkim i przeżyć ten rok szkolny z uśmiechem i entuzjazmem. Narzekać będę, bo mogę i bo tego czasem potrzebuję.

A kiedys, jak ogromnie wiało, puszczaliśmy z Młodym bańki. Wiatr je dmuchał i gonił z nimi po całej okolicy. Zabawa przednia, nawet jak się ma ponad 40 lat. Najlepiej leciały z okna, ale i na łączce fajnie było się bawić.




Na koniec obrazek, który mnie rozbawił. Nie popieram wandalizmu, ale dla tego robię wyjątek. Ten słupek stoi zwykle na wjeździe na ścieżkę rowerową tuż koło drugiego słupka, co mnie za każdym przejazdem wkurza, bo ledwo się tam człowiek wciska pomiędzy te słupki i zawsze mam obawę, że się z tym pieroństwem zderzę. . Wnioskuję, że ktoś miał podobne zdanie w tej kwestii hahaha. Niestety słupek już wrócił na swoje zwykłe miejsce i znowu utrudnia przejazd. Jakby jeden nie wystarczył, by powstrzymać potencjalne samochody. Czasem nie rozumiem sensu tych przeszkód.

 Inna taka, moim zdaniem, bardzo głupia i niebezpieczna blokada jest w lesie. Przy wejściu jest drewniany szlaban, co samo w sobie jest dobrym pomysłem, bo nikt tam ani autem, ani traktorem, ani nawet motorem nie wjedzie bez potrzeby, a służby w razie co przejadą, gdy trzeba. Tyle tylko, że szlaban jest za szeroki i po bokach praktycznie ciężko jest przejść, a już na pewno nie da się przejść z rowerem, z kolei przejeżdżanie jest ryzykowne. Po lesie rowerem można jeździć z wyjątkiem niektórych ścieżek, gdzie stoją stosowne znaki. Koło szlabanu każdy przejeżdża, ale z trudem. Ja zawsze mam cykora, że się wwalę do rowu albo w ten cholerny szlaban. Raz widziałam, jak dziadziuś się wywalił… Nie wiem, czemu ludzie nie myślą, tworząc takie cuda na drodze…

szanuję, że komuś się chciało zrobić ten psikus


19 września 2023

Czy każda kobieta musi mieć dwie piersi?

Dla przypomnienia: ten blog to OSOBISTY PAMIĘTNIK, a poniższy tekst jest spisem moich własnych subiektywych uczuć i  przemyśleń okołocyckowych.  

Kobiety z jedną piersią często czują się okaleczone, wybrakowane, niekompletne, nienaturalne, gorsze. Dlaczego? Pewnie dlatego, że nasiąkliśmy normami społecznymi, w których kobiece ciała są seksualizowane, w których ciało kobiece jest potencjalnym obiektem seksualnym. Musimy się podobać samcom, bo tak było zawsze i tak musi pozostać. Nie można się wyłamywać, bo będą nami gardzić, będą nas oceniać, a większość się tego boi. Ludzie chcą być akceptowani, więc za wszelką cenę chcą się do norm dostosowywać. Nawet jakby mieli przez to cierpieć miesiącami, latami a nawet umrzeć.

Ponadto nasze ciała są ciągle obiektami biznesowymi. Musimy pasować do ramek, by się sprzedać. Podobnie jak marchewka u farmera - nie możemy być ani za chude, ani za niskie, ani za grube, ani tym bardziej wybrakowane, bo nie będą nas chcieli kupić. Krzywa czy gruba marchew nie pójdzie w sklepie, więc trzeba ją wyrzucić na gnój. Krzywa, chuda, czy gruba kobieta nie zostanie przyjęta do pracy, nie będą chcieli jej nigdzie zapraszać, a w socialmediach obrzucą ją gównem. W takich normach wyrośliśmy i takie przekazujemy mniej lub bardziej nieświadomie dalej i tak się kręci... 
I tak tych normach zapisało się m.in.. że 

każda kobieta musi mieć dwie piersi. 

Odkąd jestem amazonką, kobietą z rakiem, babą z jednym cyckiem, odkrywam, że ludziska strasznie interesują się czyimiś cyckami i uparcie przekonują, że każda baba powinna mieć dwa cycki, co mi działa na nerwy, bo ja w życiu kieruję się przede wszystkim własnym rozumem i odczuciami, a nie opiniami innych, ale wysłuchiwanie takowych czy potykanie się o nie non stop w sieci jest dosyć uciążliwe i dla mnie, bo ciężko przejść obojetnie obok czegoś, co cię razi w oczy i rani w uszy.

Przekonałam się, że w społeczności rakopiersiowej promuje się nachalnie, wręcz obsesyjnie rekonstrukcje i protezy, ale też na każdym kroku ogólnie daje się mi do zrozumienia (osobiste odczucie), że 

posiadanie tylko jednej piersi jest wielce niepożądane, nieakceptowalne i nietolerowane w społeczeństwie

Czuję się wręcz dyskryminowana przez to, że mam jedną pierś i nie chcę nosić protezy ani się operować. Niektórzy patrzą na mnie jak na głupa, gdy oznajmiam, że nie marzę o tym, by się operować i że pozwalam sobie na wychodzenie z domu bez skarpetki w staniku czy innej fejkowej piersi. Ba, w ogóle bez stanika, biustonosza,... No dobra, czasem, jak mi zależy, by równo z dwóch stron wyglądać, bo np mi się nie podoba, że marynarka nie równo na mnie leży, a z jakiegoś powodu zalezy mi by leżała równo, to się bandażuję spłaszczając cycek. Bo mogę, bo mam wybór.

Pisałam już kiedyś o tym, że wielu ludziom, przeszkadza fakt, iż kobieta nosi wojskową fryzurę albo ubiera się w męskim dziale, czy wykonuje "niewłaściwy dla swojej płci" zawód tudzież sport.

Ileż to razy trenując wschodnie sztuki walki słyszałam od chłopów, że kobiety powinnny tańczyć lub malować, a nie bić się. Ile razy słyszałam, że powinnam założyć spódnicę, obwiesić się żelastwem i nałożyć tonę tapety na ryj, by móc nazywać się kobietą. Wiadomo przecież, że od noszenia portek czy golenia głowy na łyso wyrośnie mi penis. No, ale o tym już było kiedyś, więc nie będę się powtarzać. Kto ciekaw, niech kliknie TU (KLIK KILK)!

No, panie, jak byłam łysa i paradowałam bez peruki czy innego nakrycia głowy, też ludzie czasem spod oka patrzyli. Na szczęście tutaj w Belgii aż takiego jobla na punkcie czyjegoś wyglądu ludzie nie mają jak na ten przykład w Polszy, gdzie - jak podają łyse kobietki - jedna kobieta potrafi drugiej wytknąć siedząc pod czerwoną kroplówką, że nie zakrywa łysiny, "bo to wstyd przecież" - krzyczą. Tu na szczęście mogłam sobie bez skrępowania chodzić łysa. Ba, widzę coraz więcej łysych babek, które są łyse lub prawie łyse z wyboru, bo tak im się podoba. Szanuję też modę na różnorodność w magazynach modowych, czy internetowych sklepach odzieżowych, gdzie modele są wszelakich płci, najróżniejszej budowy ciała, fryzur, posiadają różne niedoskonałości i wady. Szanuję to, bo w prawdziwym życiu ludzie nie wyglądają jak klony, tylko bardzo się od siebie różnią. Ja bardzo lubię te różnice. Ale wróćmy do tematy cycków.

Świat protez i rekonstrukcji

O ile sam fakt istnienia różnorodnych świetnych protez, skutecznych rekonstrukcji piersi, coraz lepszych fachowców na salach operacyjnych i całej gamy najróżniejszych możliwości oeniam bardzo pozytywnie, tak już namiętne przekonywanie mnie i całego świata, że muszę, powinnam, wypada, że każdy o niczym innym nie marzy i każdy bez wyjątku chce za wszelka cenę sobie wypuklić klatę, gdy jedną lub obie piersi mu odetną w celu uratowania życia (albo gdy jej jedna im nie wyrosła, bo tak natura chciała - jest taka wada wrodzona), mnie wkrewia.

Jeśli ty zupełnym przypadkiem należysz kobiet,  dla których posiadanie symetrycznej klatki piersiowej jest ważne, to dobrze. Szanuję to, szanuję twoją decyzję i w twoim imieniu cieszę się, że dzięki postępowi w medycynie i nowym technologiom możesz się dziś poddać zabiegowi albo chociażby kupić sobie fantastyczną protezę. To super sprawa i ani mi się śni twierdzić inaczej. Fajnie, że ludzie, KTÓRZY CZUJĄ TAKĄ POTRZEBĘ LUB FANABERIĘ i ich na to stać finansowo, psychicznie i cieleśnie mogą sobie kazać zoperować nos, uszy, piersi, czy każdą inną dowolną część ciała. Fajnie jest mieć takie możliwości, ale bym wolała, by nikt nikogo do niczego w żaden sposób nie zmuszał, nie przekonywał, nie nagabywał. Nie chcę by mnie przekonywano do odchudzania czy przytycia, do jedzenia czy niejedzenia, do zajścia w ciążę, czy jej usunięcia, do zoperowania sobie nosa czy cycków. Łapy precz od mojego ciała!

Fajnie jednak, że są dziś różne możliwości i że można z nich korzystać, gdy się chce, gdy istnieje taka potrzeba. Podkreślam GDY SIĘ CHCE!

Tymczasem ja systematycznie słyszę albo widzę w sieci hasła, że skoro dziś są możliwości, to i ja powinnam z nich korzystać. Mnóstwo osób zadaje pytania typu:

"będziesz se robić nową pierś?" 

"a myślałaś już o rekonstrukcji?" 

albo "to nie nosisz protezy?" 

Samo pytanie jeszcze nie jest niczym złym. Jest w porządku, dopóki zadane jest z czystej ludzkiej ciekawości i kiedy na zaprzeczenie nie usłyszy się wielkiej tyrady na temat zajebistości dzisiejszych protez popartych pokazaniem zdjęć pięknych biustów (W UBRANIACH) lub opowieściami o udanych operacjach celebrytek, cioci Krysi czy Basi z warzywniaka... Tudziesz opowieściach o siedmiu plagach które mnie spotkają, gdy się nie zoperuję lub gdy nie będę nosić protezy. Najwięcej do powiedzenia oczywiscie mają w tym temacie zwykle ludzie, którzy nie przeszli w życiu żadnej operacji i na nic poważniejszego nie chorowali... No i lekarze, dla których to czysty biznes, wiadomes, ale to akurat rozumiem.

Ja od początku, zaraz po operacji, jak być może pamiętacie, byłam przekonywana przez pielęgniarki z kliniki piersi do noszenia sztucznych piersi wkładanych do biustonosza, na co ze śmiechem odpowiadałam, że nie mam takiego zamiaru i że mi zupełnie nie przeszkadza posiadanie jednego cycka i że nie po to wyrzuciłam wszystkie biustonosze i raz na zawsze się z nimi pożegnałam, by teraz znowu je kupować i nosić bez potrzeby. Miałam małe piersi, które nie wymagały podtrzymywania. Teraz mam jedną i w tej kwestii nic się nie zmieniło. No nie urosła, nie.

Nie zamierzam zatem nosić protez ani biustonoszy tylko dlatego, że takowe istnieją i że są za darmo!

Pielęgniarka nawet próbowała mi za darmo wcisnąć biustonosz o wartości około 100€, ale jam uparta bestia jest i nie dałam się i na to namówić. 

No ale dobra... patrzę tak na te instagramy, na te opowieści o ładnie zrobionych cyckach (nieładnymi przeco nikt sie nie chwali c'nie), czytam że kobiety nie mogą się doczekać na te operacje, słucham tych wspomnianych pytań i w końcu myślę sobie, że może dobrze by choć o tym było poczytać zdziebko skoro  temat mnie bezpośrednio dotyczy, bo może o czymś nie wiem, bo może powinnam to teraz tak na chłodno jeszcze na spokojnie raz przekalkulować, z partnerem i lekarzami przedyskutować i kto wie, może zmienię nastawienie i decyzję, co mi przecież też wolno.

I tak będąc w szpitalu po kroplóweczkę zgarnęłam z półki ulotkę o powracaniu do zdrowia po raku i tam akurat był jeden rozdział o rekonstrukcjach. Przeczytałam i powiem wam, że o ile przedtem nie byłam specjalne przekonana do tego, czy kiedyś się nie dam zoperować, tak teraz już mam pewność, że się nie dam. 

No chyba was pojebało, że będąc przy zdrowych zmysłach ja na coś takiego dobrowolnie się zdecyduję bez potrzeby. W ŻYCIU!!!

Małżonek do tego czasu też tak niby mówił, że zrozumie i że zaakceptuje każdą moją decyzję, ale widziałam, że jednak miał nadzieję, iż zrobię se kiedyś w bliżej nieokreślonej przyszłości tego cycka... bo on też - tak samo jak ja i pewnie wielu ludzi - myślał sobie, że to tak siach mach, lecisz do szpitala, usypiają cię i wracasz z pięknym cycuszkiem i żyjesz sobie długo i szczęśliwie, jakby nigdy żaden rak nie istniał, że możesz sobie znowu zakładać seksowne gorseciki, a partner może cieszyć oczy i dłonie twoim ładnym i zdrowym cycuszkiem... Taa

Protezy i rekonstrukcje piersi, jakie one są zajebiste!

Ja już sobie poczytałam na temat tych zajebistych rekonstrukcji. Ba, nawet zdjęcia sobie w necie pooglądałam... 

To się nie odzobaczy. 

Dziękuję postoję.

Na początek pozwólcie, że zacytuję portal abc zdrowie:

"Celem rekonstrukcji jest odtworzenie naturalnie wyglądającej symetrycznej piersi, jak najbardziej podobnej do drugiej zdrowej i zaoszczędzonej. Piersi mają wyglądać identycznie, gdy kobieta ma na sobie biustonosz, Nago piersi nigdy nie będą takie same, niezależnie od operacji, którą przeprowadzono."

Jak nie macie co robić, to se poczytajcie na fachowych stronach o tym. Ja napiszę własnymi słowami, jak w moim wyobrażeniu po lekturze różnych artykułów wygląda rekonstrukcja cycka.

Pan doktor usypia babę, po czym bierze swój scyzoryk i użyna babie na ten przykład kawałek skóry i tłuszczyku na brzuchu lub naddupiu i tego ochłapa przyszywa tam, gdzie baba miała wcześniej cycka, robiąc z tego taką bulwę przypominającą cycek. W rezultacie baba ma pocharataną nie tylko klatę, ale inne części ciała oraz brzydkie wybulenie w miejscu dawnej piersi. No marzenie po prostu! Żeby było weselej wszystko goi się długimi miesiącami, boli pół roku, czy rok, czyli chujnia z grzybnią. 

Ale to, panie, jeszcze nie wszystko. Potem trzeba jeszcze zrobić sutek. Można wyciąć kawałek otoczki z dobrego cycka i próbować przeszczepić na bulwę, ale to się lubi odbarwiać, więc trzeba to pokolorować na właściwy kolor, żeby sutek nie był na tym fejkowym cycku biały, co robi się np za pomocą tatuowania. Brzmi wręcz bajkowo. Skalpele i igły na mojej skórze oraz narkozy i inne znieczulenia to jest zaiste coś, o czym marzę dniem i nocą. 

Taaa.

Metoda z fejkowym materiałem jeszcze bardziej mi się nie spodobała. Szczególnie ten fragment w ulotce, gdzie pisało o tym, że "może przeciekać..." Nawet nie chcę wiedzideć, co autor miał na myśli. 

W innym fragmencie było o tym, że po kilku latach materiał się zużywa i czasem potrzebne są nowe operacje... I wtedy masz 60 lat, ze zdrowiem ci się nie przewala, ale  musisz poddać się jakiejś bezsensownej operacji, bo ci się kiedyś za młodu fejkowego cycka zachciało hyhy. Tu oczywiście można mieć nadzieję, że do tego czasu będą nowe rozwiązania, ale...

Potencjalne komplikacje i zagrożenia życia/zdrowia związane z tymi wszystkimi zabiegami, narkozami już pominę, bo przecież wszystko się może zdarzyc i wszystko może pójść nie tak. 

I po co niby to wszystko? 

Ano po to, by móc przed obcymi ludźmi udawać, że ma się cycka! 

No tak! No bo to coś przecież nigdy nie bedzie prawdziwą piersią. Nie będzie ani jak pierś wyglądać, ani jak pierś być w dotyku, ani jak pierś reagować na ten dotyk, ani jak pierś funkcjonować. Kurde, przez chwilę miałam tylko lekko przemodelowaną pierś po pierwszej oszczędzającej pierś operacji i to już było wielkie nieporozumienie, bo ona nie wyglądała jak wcześniej, choć doktor powiedział, że zrobił co mógł, choć tamta piers była ciągle moja i miała sutek, bo przecież tylko dziurę w niej wycinali, by guza wygrzebać... Powiem więcej, nie długo pyknie 2 lata (DWA cholerne LATA) od moich operacji, 2 lata od mastektomii i wiecie co...? 

Nie wiecie, ale ja wiem! Miejsce po cycku ciągle jest dziwne w dotyku, znaczy nieczułe w wielkiej części. Skóra na połowie klaty jest naprężona jak struna, ciągnie i swędzi. Po każdym większym wysiłku miejsce operacji mnie pobolewa, ciągnie i boli cała ręka, jakby mi się co urwać zaraz tam miało, co utrudnia mi spanie, wykonywanie różnych czynności z podcieraniem dupy włącznie...

No to niech mi ktoś mądry w takim razie odpowie, po jakiego pierona poddawać się ciężkiej operacji albo raczej OPERACJOM bez sensownej potrzeby? Po co ryzykować życiem (operacja zawsze może pojść nie tak, tak samo narkoza), po co miesiącami albo i latami cierpieć? Po co dawać sobie kaleczyć ciało bez potrzeby? I jeszcze kurde za to płacić ciężkie pieniądze, rezygnować z pracy, nauki, rozrywki, sportu, hobby... itd.

Mój rozum tego zwyczajnie nie ogarnia.

Noszenie protezy w biustonoszu to jeszcze rozumiem. Prosta sprawa, jak kto lubi biustoniosze. Potrzebna, gdy ktoś ma duże piersi (ja nie mam). No okej, nawet ta przyklejana może być niezła, gdy ktoś jest normalny, czyli toleruje obce ciała na skórze... Ja podziękuję jednak. Mogę sobie wyobrazić, jakby się to u mnie skończyło... W ulotce pisali o tym, że trzeba bardzo dbać o skórę w miesjscu noszenia protezy, bo bardzo łatwo o odparzenia, skóra ponadto po jakimś czasie twardnieje itd  

Przypomnę wam, że ja od rurki do drenażu pooperacyjnym po jednym zaledwie dniu miałam sączącą ranę. Ba, zwykłe, nawet specjalne "dla skóry wrażliwej" plastry po kilku godzinach powodują u mnie podraznienia a po dłuższym czasie rany. 

Po co zatem miałabym nosić protezę...?! 

By udawać przed ludźmi zdrową?

 No bo przeciez nie dla siebie ani nawet nie dla partnera. Ja i on przecież będziemy widzieć, że nadal nie mam piersi. No na prawdę, ludziska drogie, ja tego nie jestem w stanie zrozumieć.

No dobra, są kobiety, dla których wygląd jest ważny, które nie potrafią zaakceptować siebie takich jakie są, które całe życie udają kogoś innego, wstydzą się siebie i jak są dla takich fanaberii gotowe dać się pociąć, ich sprawa i problem, ale co mnie to gówno obchodzi!?

Domagam się jednak akceptacji i tolerancji dla kobiet z jedną piersią! 

Nie  życzę sobie głupich pytań, uwag i przekonywania mnie w jakikolwiek sposób, że powinnam, że mogę, że wypada, że dobrze by było, bym ukrywała w taki czy inny sposób brak piersi i moją chorobę. 

Trzymajcie się z dala od mojego ciała i od mojego cycka!

Mam się wstydzić, że mam raka, mam się wstydzić, że się leczę? 

Mam ukrywać, że mam jedną pierś, bo co? Bo nagle ktoś zobaczywszy kobietę bez piersi, będzie musiał wyjść ze strefy komfortu i zobaczyć, że na tym świecie istnieją choroby, istnieją operacje? 

A może dlatego, by świat się nie dowiedział, że nie wszyscy mają popierdolone na punkcie swojego wyglądu i swojej płci? Że można ot tak normalnie być sobą, akceptować życie takim jakie jest i swoje ciało takim jakie jest? 

To ja mam się poddawać ciężkiej niebezpiecznej operacji albo nosić chomąto wypachne silikonowym obrzydliwym glutem,  by jakieś lale nie czuły się przy mnie niekomfortowo, by mogły udawać, że choroby nie istnieją i ich nie dotyczą i by dalej mogły pierdolić swoje tęskne smęty na instagramach o tym jak to wystarczy tylko chcieć, by nasze życie się zmieniło, by choroby nas się nie imały, by świat legł u naszych stóp...?

A może po prostu muszę ulepszać swoje ciało, bo takie są trendy, że dziś wszystko musi być wygładzone, idealne, piękne, równiutkie, symetryczne, wypicowane, fejkowe, fałszywe i puste jak dzban...?

TAKIEGO WAŁA!

Ja jestem jaka jestem. 

Nie mam cycka i jestem z tego dumna


i tak, będę się z tym obnosić, bo mogę, bo to, że nie mam cycka oznacza, że się leczę, że walczę z chorobą.

Będę mój jeden cycek nosić z dumą, czy wam się to podoba, czy nie. Jak się komu nie podoba, niech się nie patrzy, ale niech pamięta, że w takiej sytuacji to on się powinien wstydzić, nie ja.

Powiem więcej, chodzę se tak z tym jednym cyckiem po świecie już ponad połtora roku i wiecie co? Nic. Zupełnie kurde nic. Noszę czasem obcisłe koszulki (choć preferuję od zawsze szerokie), chodzę na basen, na plażę w strojach kąpielowych, wszędzie świecę dziurą po piersi i nic się nie stało. Krowy się doją jak się doiły, ptaki latają jak latały i srają na wszystko, słońce rano wschodzi na wschodzie a wieczorem zachodzi na zachodzie. 

Można? Ano można. Nie dajcie sie ogłupić. Róbcie to, co swam serce dyktuje i to co jest zgodne z waszym sumieniem, a nie to co inni od was oczekują. Miejscie odwagę być sobą. Nie tylko w kwesti cycków.

Tylko w ten sposób, moim zdaniem,  można coś zmienić, a ja bym chciała, by ludzie poszerzyli i zmienili swoje ograniczone myślenie i postrzeganie świata, by uwolnili się z okowów i zdjęli klapki z oczu, by stali się bardziej otwarci, tolerancyjni, by zaczęli dostrzegać i szanować różnorodność, by przestali się kurczowo trzymać narzucanych odgórnie i przekazywanych nieświadomie z pokolenia na pokolenie norm i schematów. 









Na koniec polecam wam jeszcze stronkę z ciekawymi artykułami dotyczącymi równości ciał, wolności wyboru, akceptacji, tolerancji.... https://topfreedom.pl/
Porusza się tam dosyć ciekawe tematy. Wszystkie teksty przeczytałam z wielkim zainteresowaniem, a niektórymi się trochę inspirowałam pisząc powyższy tekst.

10 września 2023

Wymiana okien na początku roku szkolnego? Nie polecam!

Panie, co za popieprzony tydzień! Wszystko na raz się działo i nawet nie wiem, jakim cudem udało nam się to wszystko ogarnąć.

Parę tygodni temu właściciele poinformowali nas, że ekipa do wymiany okien zjawi się na początku września. Zapytałam, czy musimy jakoś się na to przygotować. Odrzeknięto, że CHYBA nie... No to dobra, zajęlismy się bierzącymi sprawami, których u nas ciągle o wiele za dużo w stosunku do posiadanego czasu i możliwości logistycznych. Dzień przed przybyciem ekipy trochę poprzesuwaliśmy to i owo, by nic w drodze do okien nie stało i by był plac na potencjalne manewry okołookienne. Założyliśmy (nie wiem, co nami kierowało), że ekipa wszystko zabezpieczy, gdy uznają że jest taka potrzeba i to było bardziej niż błędne założenie. Zaczęli od poddasza, a gdy skończyli wyjmowanie okna i wstawili nowe, poszłam na zwiady. Okazało się, że nawet się za bardzo nie nakurzyło, więc wróciłam do swoich zajęć, a ekipa zabrała się za prace w pokoju Młodego. Tłukli się tam cały dzień, pukali, stukali, borowali. Biegali z góry na dół i z dołu do góry przenosząc różne obiekty. Od czasu do czasu cisnęli czymś z góry przez okno robiąc hałas. Gdy o 15 się zabrali, poszłam zobaczyć i to co zobaczyłam, mnie lekko zszokowało. Dobrze, że nowy komputer Młodego rano na szybko przyrzuciłam kocem. 

KA-TA-STRO-FA. Wyglądało tam, jakby gdzieś w pobliżu właśnie wulkan wybuchł i wszystko pokrył pyłem. Biurko, łóżko, biblioteczka, nowe podręczniki i przybory w pudełkach, Playstation, telewizor, wszystkie sto-pluszaków-Izydora pokryte było grubą warstwą pyłu, kawałków styropianu, cegły, pustaków i diabli wiedzą czego jeszcze. Nie wiedziałam od czego zacząć. Zaprzągłam odkurzacz do roboty, pościel wrzuciłam do pralki, pluszaki spakowałam do kilku worków na śmieci, by czekały w kolejce na pralkową karuzelę, przejechałm mopem (chwała temu, kto wynalazł mop z wirówką). Wieczorem i porankiem mądrzejsi o jedną głupotę ofoliowaliśmy z Małżonkiem pokój Młodego i naszą sypialnię, a Młoda ofoliowała swój pokój. Uznaliśmy, że skoro przez jeden dzień ekipa ogarnęła tylko po części dwa pokoje, czyli 4 okna, to kolejnego dnia więcej nie zrobią, czyli nie ma szans by dotarli na parter. W ten sposób popełniliśmy drugi katastrofalny błąd, bo na dole zabezpieczyliśmy tylko biblioteczkę... Dobre i to!





Rano we wtorek tylko świt wsiadłam w pociąg i pojechałam na mój dzień próbny. Zadzwoniła właścicielka domu, by powiedzieć, że ekipa  nie przyjdzie, bo coś im wypadło. Aaaaaaaaaaaa! To po cholere, to wszystko w pośpiechu foliowaliśmy wieczorem?! FCK! 


Na dniu próby było fajnie i miło. Dzieciaki już mnie trochę znały i się mnie nie bały.  Tego dnia mogłam obserwować dzieciaki przy obiedzie. Byłam zdziwiona, ile taki dziecek potrafi zjeść, bo żadne z Naszej Trójcy nigdy tyle na raz nie zjadło mając 2 latka. Kurde, ja nawet chyba bym tyle nie zjadła, co te małe smrole. Kolejna rzecz, która mnie tu już nawet nie tyle dziwi, a wręcz szokuje to siadanie do jedzenia z brudnymi rękami. No szlag mnie trafia na sam widok i raczej nigdy przenigdy się do tego nie przyzwyczaję.

Pyrtasy goniły od rana po podwórku, gdzie łaziły na czworakach po płytkach, przekopywały piach i trociny zasuwały na rowerkach, no bawiły się pełną parą, jak to dwulatki. Przed południem opiekunowie wynieśli stół na podwórko i zwołali berbecie na obiad. Podchodziły po kolei i wdrapywały się na ławeczki. Niektóre szkraby usadziliśmy w siedziskach z pasami i pan opiekun zaczął je zabawiać, by spokojnie czekały na dostarczenie posiłku. Wszystko fajnie tylko te brudne łapy - ośpikane, oglutane, opiaszczone, lepkie od wszystkiego, czego tylko dzieci się dotykały. Dla mnie OBRZYDLIWOŚĆ jeść takimi usyfionymi rękami. Nawet pomijajać potencjalne bakterie to zwyczajnie nimiło trzymać łyżkę w łapce grubo obklejonej piaskiem. Co ciekawe PO JEDZENIU pan przyniósł dla każdego dziecka myjkę namoczoną w wodzie i wytarł wszystkie łapki. Czy nie można bu tego samego i przed jedzeniem robić...? Nie wiem jak was, ale dla mnie to jakby trochę dziwne. I obrzydliwe. 

Belgowie nie myją rąk przed jedzeniem. 

Zaobserwowałm to z wielkim zgorszeniem już w pierwszym roku naszego tutaj pobytu. Dlatego też tak mnie wkurzało w czasie pandemi to belgijskie uczenie o higienie, wszędzie rozwieszane instrukcje mycia rąk, pieprzenie o tym 50 razy dziennie w radiu i telewizji. Dlatego taka nerwa nas brała, gdy przypominano nam wszedzie, byśmy myli ręce po wyjściu z kibla, przyjściu do domu, jakby to kuźwa nie było oczywiste!  No bo dla nas jest to oczywiste. Nas uczono tego od urodzenia, wałkowano w szkołach. Babcia i rodzice nie dali nam siąść do stołu, jak nie zaliczyliśmy mycia rąk, a ile razy wracaliśmy pod kran, bo niedokladnie żeśmy łapy wypucowali. Myliśmy te łapy nie tylko po wywożeniu gnoju w pole, czy sianiu zaprawianego trutką zboża, ale za każdym razem po przyjściu do domu czy to po pracy, czy po zabawie, czy po zakupach. O, powrót ze sklepu czy tym bardziej z miasta to już szczególnie był pilnowany, bo " tam dotykaliśmy rzeczy, których nie wiadomo, kto (i na co chory) wcześniej dotykał". W zerówce podstawą było przyniesienie do szkoły ręczniczka, bo przecież przerwa śniadaniowa zawsze zaczynała się robieniem pociągu i jechaniem ciuch-ciuch-ciuch do łazienki w celu umycia rąk. 

Tutaj mycie rąk i podstawowa higiena to pojęcia dosyć abstrakcyjne. Wolą wszystko polewać chlorem i psikać jakim tylko syfem dezynfekującym, ale zwykłej wody z mydłem się zasadniczo boją.

Do kolekcji dziwnych rzeczy dorzucę wam "moje ulubione" tutejsze klasy w puszkach i publiczną pompkę do roweru. 

Młode w jednej ze swoich szkół też mieli klasy w takich kontenerach. Te na poniższym zdjęciu znajdują się w Wetteren.

klasy szkolne

pompka koło parkingu rowerowego przy stacji kolejowej



Po południu, gdy wróciłam do domu z Wetteren, ogarnęliśmy szamę, odfoliowaliśmy łóżka i poszliśmy spać.

poranno-jesienny widok z naszej sypialni


Rano zafoliowaliśmy łóżka nową folią, bo stara się już nie nadawała. Dobrze, że Małżonek nakupił tej folii i taśmy.


zafoliowana sypialnia

Małżonek poszedł do pracy, ja z Młodym popyrkałam do psychiatry, Dziewczyny z papugami ukryły się w kuchni. 

Dla autystyków hałas, kurz i niecodzienna sytuacja we własnym normalnie bezpiecznym i cichym domu to spory problem i ogromny stres, a ekipa robiła wszędzie na raz i nigdzie nie było bezpiecznie i spokojnie. Przez salon biegali na zewnątrz z każdą głupotą, bo przez salon się wchodzi u nas do domu z ulicy. Do tego jedną z pierwszych rzeczy, jaką przynieśli, było radio, które grało codziennie na cały regulator... 

My nie mamy telewizji ani radia w domu, bo dla nas to cholernie męcząca rzecz na dłuższą metę. Ja czasem włączam sobie radio z telefonu przez głośniczki blutooth na chwilę, gdy ćwiczę albo coś robię fizycznie, ale to na CHWILĘ, CZASAMI a nie cały tydzień. Reszta z Piątki często słucha muzyki, ale przez słuchawki, tak by inni nie musieli też słuchać. Czasem oglądamy filmy z laptopa czy Playstation, ale to film. Nie przeszkadzało nam to radio aż tak, żeby prosić o jego wyłączenie, ale ociążało mózgi. No wiem, straszne z nas zrzędy, ale czekajcie, ja się dopiero rozkręcam ;-)

Gdy czekaliśmy u psychiatry, Młoda napisała, że panowie, których tego dnia przybyło dużo więcej, zaczynają demolkę w salonie. JPRDL! A my tam tylko biblioteczkę zafoliowaliśmy i stary komputer oraz moje przybory nakryłam, a tablety i laptopy wrzuciłam do szafy. Więcej nie zdążyliśmy, bo nie było czasu nawet po dupie się poskrobać ostatnimi dniami.

Jak wróciliśmy z Młodym, prawie na zawał zeszłam. Tu też się zajebiście kurzyło! Cieszę się, że mamy stare kanapy, to najwyzej się je wyrzuci, jak się nie da doczyścić z kurzu. No, jakbyśmy mieli nowe, to pewnie byśmy je mimo wszystko ofoliowali na wszelki wypadek...Drukarka też stara i póki co drukuje ciągle. Dywany skazałam świadomie na zagładę i tylko jeden wyniosłam na podwórko dzień wcześniej. (Będzie powód by wreszcie nowe kupić hihi). 

A ci się jeszcze pytają, czy w kuchni też mogą tego dnia zacząć... No chyba was, chłopaki, powaliło! Jasne, że nie możecie w kuchni dziś zaczynać. Mamy nową kuchenkę, nową lodówkę, nową mikrofalówkę, maszynę do kawy, czajnik... jedzenie stoi na wierzchu... a ten się pyta, czy mogą tam robić zadymę i syf...

Tak czy owak trzeba było  znowu ten armagedon ogarnac przed nocą odrobinę, bo nie szło nawet oddychać od kurzu. Zapierdzielaliśmy znowu z Małżonkeim i dziatwą do późnych godzin wieczornych. Młoda nie może bawić się kurzem, bo ją to bardzo boli. Młody ma oficjalnie alergię na kurz, ale póki co (odpukać) na razie tylko odrobinę mu dokucza. Pochowaliśmy sprzęty po szafach. Nakazaliśmy wszystkim się kąpać na wyścigi, bo lodówkę musieliśmy wepchać do łazienki obok prysznica, kuchenkę ofoliowaliśmy.

I wiecie co? W kuchni się nie kurzyło prawie wcale. Co za szajs!

No i tutaj jeszcze najważniejsze, w tym całym burdelu Młody i ja zaczynamy rok szkolny! 



Pierwszy tydzień w nowej szkole jest najważniejszy i chciało by się dziecku zapewnić jak najmilsze i najfajniejsze warunki, dać wsparcie, wysłuchać i w ogóle ogólnie jak najspokojniejszy start mu zapewnić, a tu dupa blada dzika maskarada. Pech chciał, że z oknami w pokoju Młodego był jakiś problem i ekipa certoliła się z nimi cały tydzień kląc pod nosem i nie tylko pod nosem.... a cały pokój przez cały tydzień był pokryty folią i tonami kurzu oraz wszelakiego innego syfu.

Nie szło znaleźć ani ubrań, ani podręczników czy przyborów, ani spokojnie odpocząć czy pogadać z kumplami. Co rano foliowanie łóżka i komputera, a co wieczór odfoliowywanie najpotrzebniejszych rzeczy, odkurzanie, mycie i wkurzanie się na wszystko. A tu wszystko nowe - nowe zasady szkolne, nowi koledzy nowe zwyczaje, nowi nauczyciele... 

I jeszcze, jak to w każdej szkole, różne mniej lub bardziej niedorzeczne pomysły. Weźmy choćby głupią kłódkę do szafki szkolnej. Napisali, by przynieść kłódki. Poszliśmy do sklepu, Młody wybrał kłódkę na szyfr. Poszedł do szkoły i okazało się, że kłódka się zepsuła zanim udało mu się zamknąc szafkę. Bo taki szjas tera produkują. 10€ w plecy. Tata kupił nową na klucz. Młody się ucieszył. Okazało się, że nie może być na klucz. Musi być na szyfr. Bo tak! Tata znowu wstąpił do sklepu i kupił na szyfr. Uf. Szafka zamknieta. Łał. Potem mówią, że jeszcze druga jest potrzebna. JEZU!

Najlepszy mejl ze szkoły. Informują, że dzieci pozamykały nie swoje szafki. HAHAHA. Dalej przypominają, że każdy otrzymał numer szafki na początku roku i proszą uczniów o dokładne sprawdzenie i doprowadzenie tej sytuacji do porządku do czwartku, grożąc, że potem kłódki zostaną usuniętę siłą. Dziatwa pewnie myślała, że se można szafkę wybrać. 

W takich sytuacjach często się zastanawiamy, jak to jest, że tacy my kilka lat temu nie znający prawie albo wcale niderlandzkiego zwykle nie mieliśmy problemów ze zrozumieniem zaleczeń, zasad, wytycznych obowiązujących w danym miejscu i do nich się dostosowaniem, natomiast  tubylcy mają z tym ciągle duże problemy...?

Któregoś dnia Młody nie wiedział, że trzeba było wziąć ubrania na warsztat i ścierki (bo dzień wcześniej byliśmy u psychiatry i nie był w szkole). Mama kolegi go podwiozła na szybciora do domu i w pośpiechu szukaliśmy w tym naszym burdelu jakichś ściereczek, jakiegoś ręczniczka i próbowaliśmy sobie przypomnieć, gdzie też mogliśmy wsadzić te cholerne ubrania szkolne. A tu czas leci i zaraz dzwonek zadzwoni, a do szkoły kilka kilometrów...  Pani Mama odwiozłą go tylko z powrotem pod swój dom (bo czym by potem wrócił), a dalej kręcił te 5km rowerem. Zdążył. Mistrz!

Był też pierwszy basen i dużo stresu, bo przecież "ciągle nie umie dobrze pływać". Rano o szóstej napisałam mejl do wychowawcy, którym jest akurat pan od wuefu. Odpisał przed lekcjami, że pracują w grupach wedle umiejętności i że słabiaki pływają blisko brzegu. Odetchnęłam z ulgą. Napisał też, że omówi wszystko z Izydorem na spokojnie. Młody wrócił ucieszony. Okazało się, że pan mu tylko jakiejś jednej porady udzielił i UMIAŁ PŁYWAĆ i NIE MUSIAŁ WCALE BYĆ PRZY BRZEGU! PŁYWAŁ! BYŁO SUPER NA BASENIE!

Cieszę się, że mu pomogłam się nauczyć pływać i że warto było poświęcieć te kilka godzin i jeździć kilka razy w tygodniu na basen. Jestem dumna i z Młodego i siebie (bo mi się chciało).

poranny widok na las z łączki za domem

W tym tygodniu udało mu się już rozwalić szkolny laptop. Możecie się ustawić w kolejce po autograf.

Tak na prawdę nic nie zrobił. Przyjechał do szkoły, na lekcji kazali wyjąć laptopy, Wyjął, otwiera, a tam czarna sznita na cały ekran. Popłapkał się. Od razu powiedział, że nic nie zrobił. Bo nic nie zrobił. Nie wie, co się stało. Obstawiam, że albo za ciasno w tornistrze albo za gorąco, albo i to i to. Wkurza nas to noszenie laptopów w te i wewtę. Nie rozumiemy tego, po jaką cholerę?! Każdy ma chyba komputer w domu. Jak nie ma, top niech się nie wybiera do szkoły technicznej. Dla mnie logiczne i oczywiste. No dobra, niech będą te laptopy dla ludzi, którzy nie mają w domu komputera, ale ci co mają, nie powinni nosić tego do domu... Właśnie zamierzam napisać list do wychowawcy z pytaniem, czy Młody nie mógł by tego lapka szkolebgo tylko w szkole używać... Lapki szkolne są ubezpieczone, więc nic nie płacimy za szkodę, ale szkoda stresu Młldego no i laptopa. Mogli by się też zdecydować na jedno - albo komputery, albo książki, a nie że i to i tamto trzeba dźwigać do szkoły. 

Ale tak nawiasem mówiąc, to kwestia komputerów w domu to też mnie zadziwia. To jest podstawowe pytanie w każdej szkole, w biurze pracy i innych instytucjach: czy masz w domu komputer lub tablet z dostepem do internetu. Ja mam komputer od lat osiemdziesiątych, a mamy rok 2023 i dla mnie komputer to jedna z podstawowszych rzeczy, które trzeba mieć w domu. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. W mojej dawnej wiosce w Polsce chyba nawet najbiedniejsi od dawna mają komputery i internety. Może się myle, ale wydaje mi się, że w Polsce chyba każdy przeciętny człowiek (przynajmniej młody) w Polsce ma jakiś choćby słaby i stary, ale działający komputer i internet w domu. No ale może się mylę...??

Tutaj jednak, wydaje mi się, ważniejsze jest dla ludzi posiadanie w domu zmywarki, suszarki, wyjazd na zagraniczne wakacje, wysyłanie dzieci na kolonie i do 5 klubów sportowych niż zakup kompa. 

Psychiatra okazała się być bardzo miłą babeczką.

Najpierw zapytała skąd pomysł, że Młody może mieć autyzm. Potem zapytała, co nami kieruje, by go diagnozować. Zmaczy, po co nam diagnoza. Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że jest dwa powody: po pierwsze by wiedzieć i lepiej siebie poznać, po drugie "papier" ułatwia życie i rozwiązuje wiele problemów, szczególnie w szkole.

Okazało się jednak, że  koniecznie potrzebujemy skierowania od rodzinnego, bo inaczej nie otrzymamy zwrotu z funduszu zdrowia, a taka wizyta to bagatela 235€, a wizyt będzie 4, czyli blisko tysiąc ojro, a nasza doktorka jeszcze jeden tydzień na wakacjach. Rozmawiałam z sekretarką i niestety musimy czekać, aż doktorka wróci. Nie wiem, czy będzie mogła wystawić to skierowanie z tyle wcześniejszą datą, ale z drugiej strony to przecież jej wina, bo ja prosiłam o zwolnienie, tylko ona uznała, że niepotrzebne, gdy mam dokument od psychologa... O i tak cały czas coś...

Pogoda nam sytuacji nie ułatwia. Mamy teraz upalne lato. Temparatury w dzień utrzymują się w okolicach 30 stopni. Wilgotność wysoka. Dla mnie bomba, ale dla większości ludzi taka temperatura jest o wiele za wysoka. Małżonek pracuje jako lakiernik i w taką pogodę praca to tragedia. Według prawa to praktycznie nie powinni pracować, bo jest to zwyczajnie bardzo niebezpieczne dla zdrowia. Małżonek czuje się fatalnie. Ból głowy nie do wytrzymania. Zmęczenie koszmarne. Zawroty głowy. Ale potrzeba pieniędzy, więc trza zapierdalać, nie ma wyjścia.

Żeby było mało atrakcji to w tym tygodniu otrzymałam też wiadomość, że mamy się w czwartek stawić na dzień informacyjny w związku z moim kursem i że to będzie traktowane jako normalny dzień nauki, czyli obecność obowiązkowa. Siedziałam tam od 10 do 14, z czego półtorej godziny czekaliśmy na babę z VDAB, bo była umówiona na 13 a pierwszy etap skończył się dużo przed czasem.

selfiak przed szkołą 

Nasz plan zajęć jednak trochę inaczej wygląda, niż mi się przódziej wydawało. Dwa dni mamy lekcje w szkole - przeważnie całe dnie, ale niektóre dni tylko do południa. Do tego praktyka w pozostałe dni dowolnie już do ustalenia z wybraną świetlicą czy szkołą. Plus zadania domowe oczywiście. 

Do tego dochodzi mój niderlandzki oczywiście i inne zwyczajne zajęcia. Jednak skoro udało mi się przeżyć ten  porąbany tydzień, to  ja już wszystkiemu dam rady haha. No bo kto jak nie ja. 

Niderlandzki zaczynam w poniedziałek. Czekam z niecierpliwością, by zobaczyć, jak będzie ta nauka wszystkiego wyglądała i czy będzie mi wchodziło cokolwiek do łba.

W grupie mam fajnych ludzi. Jedna koleżanka jest po 50-tce, wiele po 30, ale jest też paru młodzików. Niektóre babeczki pracują z dziećmi już dobrych kilka lat (jedna bodajże 15!), ale ze względu na ostatnie postanowienia rządu, teraz muszą przymusowo pójść na kurs. Od przyszłego roku każdy pracownik świetlicy, żłobka bedzie musiał posiadać dyplom, co z jednej strony jest dobre, bo w końcu ludzie pracują z dziećmi i są odpowiedzialni za ich zdrowie i życie, ale z drugiej żeby ludzi po wielu latach pracy w zawodzie wysyłac teraz na kurs...? 

Dziewczyny mówiły też coś, że one przysły na ten kurs, by pracować w przedszkolu.... bo że ten kurs ponoć to umożliwia... No to, panie, ja muszę teraz ten temat zgłębić...

W sobotę dałam sobie wciry. W piątek ogarnęliśmy wspólnie poddasze i pierwsze piętro na błysk. Na sobotę został cały parter.

wstałam ino świt...

wystrojona w Małżonka laczki wynoszę osikane trociny świń

Umyślałam, że skoro w kuchni już i tak jest rozpierdol, to machniemy i malowanko. Małżonek wstąpił zatem w piątek do sklepu i kupił przybory oraz farbę. W sobotę On wstał o 4tej i poszedł do roboty, a ja pobyczyłam się do 6.30 i zabrałam się za robotę.


nie ma to jak malarzom, nic nie robią, tylko łążą...

Zaczęłam od nastawienia pierwszej pralki. Potem zjadłam śniadanko. Potem posprzątałm u świń i wyniosłam osiurane trociny na pole kompostowe sąsiada (bo mogę). Potem wypchałam kuchenkę na środek, ile kabel pozwolił i obkleiłam taśmą malarską całą kuchnię. Potem pomalowałam wszystkie ściany raz. Co jakiś czas robiłam sobie przerwy na nastawianie i wieszanie w ogrodzie kolejnych prań. No i na picie wody. Dobrze, że mamy pralkę na 9kg, ale i tak kręciła całe dnie non stop. Samych pluszaków Izydora było z 5  tur albo i więcej, bo np Pan Wielki Miś to sam całą pralke zajął. Prały się też kołdry, zasłony, koce i ręczniki. Pogoda na pranie idealna. Wszystko pięknie schło.

W południe wrócił Małżonek i drugą wartstwę farby nakładaliśmy już razem. Potem było wspólne sprzątanie. Skończyliśmy gdzieś koło dwudziestej. Wtedy chłopaki pojechali po frytki do budki, by coś zjeść. Ja w tym czasie razem z Najstarszą wypucowałyśmy nasze odkurzacze. Wymyłyśmy im kubełki i wypłukałyśmy filtry, bo już prawie nic nie ciągnęły, tak je zapchało pyłem. Bezworkowe odkurzacze to wygoda i oszczędność na workach, ale często filtry trzeba kąpać.

Na koniec pokaże wam ładne miejsce. Provinciale Domein De Schorre. 

W zeszłą sobotę Młody zaproponował, byśmy pojechali skuterem do jakiegoś parku czy coś. 

Pojechaliśmy zatem do Boom, miejsca znanego z Tommorowland, ale poza tym jest tam superowy park rekreacyjny, gdzie można np popływać rowerkiem, powspinać się, poopalać, pospacerować, pojeździć rowerem zwykłym czy góralem. Można też poszukać troli. Mieszka ich tam siedem, ale my tylko 4 odwiedziliśmy, zanim się zmęczyliśmy. Młody zobaczywszy ludzi wspinających się na budynek i zjeżdżjących na linach zarządził, że też chce. Zasięgnęliśmy języka i się okazuje, że każdy może się powspinać, tylko trzeba się wcześniej zapisać na konkretny dzień. Zajęcia organozowane są w Boom i Hoboken. Gdyby kogo interesowało, to niech zajrzy na stronkę. Jednorazowa zabawa kosztuje 25€ od osoby. Kiedyś się wybierzemy. Najstarsza tam była kiedyś z klasą i bardzo jej się podobało.

https://intense.be/

wieża wspinaczkowa z której się zjeżdża w krzaki na linie




Boom

Boom

Boom


"Las Troli"






Trol i wieża widokowa
ja pod wieżą


Na każdej deseczce poniższego pomostu wypisano jakieś pozytywne hasła. 



To wiadukt. Kiedyś tędy pociągi jeździły. Dziś to dekoracja pomaloswana w pracujące mrówki...










Jest tam ścieżka bosych stóp, ale nie byliśmy przygotowani. Spory kawałek był przez błoto, a nie mieliśmy ręcznika ani większedj ilości wody ze sobą, więc tylko kawałek przezliśmy w butach, by zobaczyć, jak wygląda. Następnym razem na pewno polecimy na bosaczka. Lubię takie bose ścieżki. Kawałek jest taki pomost, kawałek wysypane słomą, spora część normalnie po ziemi, patykach i trawie, kawałek po pieńkach, po błocie, kamieniach... Fajny masaż dla stóp.






"bosa ścieżka" i Młody na zjeżdżalni