Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła podstawowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła podstawowa. Pokaż wszystkie posty

16 czerwca 2023

Znowu mi paznokcie odpadają

W tym tygodniu musiałam wstawać o 5.30, by budzić Najstarszą do pracy. Zwykle robi to Małżonek, ale jego szefowi znowu się ubzdurało, by zaczynać robotę o szóstej ze względu na upał. Małżonek uważa, że pomysł jest poroniony, ale co pan każe, sługa musi... Najstarsza nie ogarnęła korzystania z budzika w telefonie, ale poza tym z resztą porannej rutyny sobie radzi. Oczywiście pod warunkiem, że nikt ani nic nie zaburzy jej codziennego schematu.

róże sąsiadów

Odwiedziłam onkolog. Ta baba nie ma czasu. Szybko sprawdza dane w komputerze. Szybko zadaje pytania, ale nie poświęca zbyt wiele czasu odpowiedziom. Szybko pozbywa się z gabinetu odsyłając parę pokoi dalej do pielęgniarki. Tak trochę lipnie, gdy ma się pytania lub wątpliwości.

Znowu odpadają mi paznokcie u stóp... po roku od chemioterapii.

Zdziwiło mnie to i trochę zdenerwowało. Gdy poczułam, że mnie bolą paluchy u stopy, pomyślałam, że znowu pewnie w coś przydzwoniłam. Lato jest, więc często na bosaczka zaiwaniam albo w japonkach, a tylko na pozadomowe wyjścia sportowe buty zakładam. O kontuzję zatem łatwo. Ale później zauważyłam, że paznokieć jest jakiś białawy znowu. U drugiej stopy również. No tak, znowu się odkleiły od ciała. 

Onkolog nawet nie spojrzała, ale od razu kazała pójść do podologa. Pilęgniarka umówiła mnie na za dwa dni i zapisała na karteluszce. W domu zauważyłam, że zapisała inną datę co mnie trochę skonsternowało, ale potem przyszło mejlowe powiadomienie i jednak to ten czwartek... Na drugi dzień zadzwoniła pielęgniarka i się pyta, jaką datę mi zapisała, bo ma wrażenie, że się pomyliła... Przeprosiła, tłumacząc się koszmarnym bólem głowy. Zdarza się najlepszym.

Podolog obejrzała moje stopy i powiedziała, że tak się czasem zdarza po chemii... Gdyby pojawił się płyn pod paznokciami, mam się zgłosić ponownie. W razie co zaleciła też moczyć w wodzie z izobetadyną.

Onkolog przedłużyła mi niezdolność do pracy do końca lipca. Na koniec lipca mam bowiem kroplówkę Zomety zaplanowaną.



Dostałam zaproszenie na jakiś test i rozmowę kwalifikacyjną do biblioteki więziennej. Cieszę się, że przynajmniej na rozmowy mnie zapraszają. Tę pracę to serio bym chciała dostać, bo to coś innego niż zwykła biblioteka i zawsze jakieś ciekawe doświadczenie i nową wiedzą o świecie można by zdobyć... 

Znalazłam jeszcze ogłoszenie do pracy przy konserwacji zbiorów w bibliotece, ale po przemyśleniu stwierdziłam, że tak diabelnie nudnej roboty to ja nie mam zamiaru wykonywać nawet czasowo. To już lepiej sprzątać. Oprawianie czy sklejanie książek jest fajne jako jedna z wielu czynności, ale nie jako jedyne zajęcie. 

Byłam na spotkaniu w biurze pracy, wypytałam jeszcze o parę rzeczy i podziękowałam za pomoc. Teraz, jak już wiem, co i jak, to sobie sama poradzę z szukaniem pracy. Gdybym czegos nie wiedziała, to mogę pisać do tej pani mejle albo i umówić się na spotkanie.

Wracając z biura pracy wstąpiłam do Kringwinkel (sklep z rzeczami używanymi), gdzie zauważyłam dwa aluminiowe krzesła ogrodowe po 8,5 € za sztukę. Sąsiedzi takie swego czasu kupili na pchlim targu po 5 € za sztukę i uważam je za bardzo praktyczne. Zastanowiłam się, czy mogę zabrać je na skuter, ale co bym nie mogła. Kupiłam i przewiozłam 6km na skuterze. Bo kto głupiemu zabroni.



Zakończyłam oficjalnie kolejny poziom niderlandzkiego. Jeden z panów nauczycieli oświadczył, że mówię vlot, czyli sprawnie i szybko, ale mam problemy z lidwoorden, czyli rodzajnikami oraz właściwą wymową krótkich i długich samogłosek. Typowe problemy Polaków uczących się niderlandzkiegom, bo w polskim tego nie ma. Jak chodziłam do liceum, mówiło się: "były by już Niemce z nas, jakby nie to der, die, das". Tu mamy de i het oraz een. Takie samo badziewie nikomu do szczęścia w zasadzie nie potrzebne, ale trzeba tego używać w każdym zdaniu. Nie ma żadnej jedenj logicznej reguły co do tego kiedy wyraz jest het a kiedy de. Trzeba po prostu zapamiętać każdy wyraz z osobna. Ja popularne wyrazy zapamiętałam niby, ale nie przeszkadza mi to wcale w mowie używać niewłaściwego rodzajnika albo zwyczajnie je wszystkie pomijać. Bo mogę ;-) 

Nauczyciel zalecił mi słuchać radio każdego dnia po 15 minut . Twierdzi, że szybko w ten sposób ogarnę prawidłową wymowę. Spróbuję... Tylko najsampierw se muszę kupić wreszcie to cholerne radio. Już ze 4 lata albo i dalej mam zamiar kupiś radio do domu, bo lubię tutejszą stację Radio 2. Mają mnóstwo ciekawych audycji i fajną różnorodną muzykę grają. No ale się nie złożyło.

 No taaak, na prawdę nie mam w domu zwykłego radia. Telewizora też nie mam, jakby kto nie wiedział. Znaczy telewizor jeden mamy. Młody ma go w swoim pokoju i używa go głównie do Play Station. Czasem oglądamy też z Młodym filmy z Netflixa albo z Tv Apple. Kablówki jednak nie mamy wykupionej. Radia słucham czasem z telefonu przez głośniczki na bluetooth, ale baterie się szybko rozładowują. 

Ktoś mi na fb pod wpisem o zdolnościach Młodego napisał, że serial Good doktor jest o młodym savancie lekarzu i ciekawie przedstawia świat myślących inaczej. Młody jakiś czase temu o tym filmie wspominał, ale teraz mnie zmotywowało do poszukania na Netflix. Zaczęliśmy z Młodym oglądać i już nas wciągnęło. Szkoda tylko, że jest wyłącznie po angielsku, a napisy tylko po francusku, a ja nie jestem dobra w angielskim. CZasem Młody musi mi tłumaczyć, co ktoś powiedział haha. Co, nawiasem mówiąc, jest zabawne tak sie poradzać jedenastolatka, ale się nie wstydzę, a tylko jestem dumna z bycia matką takiego trzpiota. 

A film zaiste fajny. Młody od pierwszych chwil identyfikuje się głównym bochaterem, a w jego szefie widzi swojego upierdliwego kolegę. Gdy pokazują domniemany sposób myślenia tego młodego autystycznego lekarza i pojawia się obraz komputerowy jak to śmigło helikopetra rozkłada się na części i możemy zobaczyć, jak działa,  Młody wykrzykuje - O tak,  tak to u mnie wygląda!

W innym momencie widzimy jak tamten myśli o wątrobie i też ją rozkłąda na części, by wykonać operację, Młody mówi - Tak nie mam... - Patrzę na niego, a wtedy on dodaje z mądrą miną - Bo nie znam jeszcze takich rzeczy...

Na jednym z egzaminów z geometrii mieli zadanie, w którym trzeba było wyciąć model figury, poskładać go i potem wybrać jej właściwe zobrazowanie spośród ciągu obrazków. Młody nie wycinał, bo - jak powiedział - on sobie ten szablon po prostu wziął z kartki w myślach i tam go poskładał w parę sekund. 

A co do wspomnianego kolegi to jest to okropny gnojek. Już w popszednim roku się do Młodego przypierniczał i Młody nie jeden raz nie chciał przez niego iść do szkoły, ale to, co teraz pod koniec roku się dzieje, to ludzkie pojęcie przechodzi. Młody nie chce, bym kontaktowała się z innymi rodzicami ani bym szła do dyrektorki. Powiedział, że skoro rok szkolny się kończy, to on kicha na to. Dochodzi już do końca, a potem ma nadzieję tego drania nigdy więcej na oczy nie oglądać. 

Gnojek jest perfidny, a Młody go denerwuje, bo zabrał mu cały fejm. Tak ja to widzę. Chłopak był przywódcą klasy i wszyscy jedli mu z ręki, byli na jego rozkazy, śmiali, się gdy kazał i tańczyli, gdy kazał. Gdy kazał pluć na kogoś, pluli. Gdy kazał kogoś przezywać, przezywali. Kilka mądrych się zbuntowało, to reszta dostała nakaz trzymania się od nich z daleka. W klasie jest 2 czy 3 chłopców, którzy są ciągle osobno. A są bardzo fajni i Młody ich lubi. 

No i wtedy pojawił się w klasie chłopiec-legenda, który przeskoczył klasę i nagle wszystkie oczy zwróciły się na niego, no bo to jednak jest coś, takie przeskoczenie klasy. Każdy chce poznać takiego epickeigo chłopaka i się z nim kolegować. Przywódca też chciał się z takim mądralą kolegować, bo mądrale są przydatni. Tylko, że z tym mądralą jest jeden poważny problem - nie bardzo się on kwapi, by padać przed panem na kolana i wykownywać polecenia... Chłopak jednak ma na to sposób. Zakazał wszystkim innym rozmawiania z Młodym, bawienia się z Młodym. Nakzał wyzywanie Młodego i dokuczanie mu na każdym kroku. Tamci się posłuchali i przez cały dzień Młody ma w szkole przesrane. Śmieszne jest (a jeszcze bardziej żałosne) że władza tamtego obowiązuje tylko w szkole. Po lekcjach Młody znowu ma swoich kolegów. Oni wszyscy mówią do Młodego, że w szkole muszą udawać, że się na niego gniewają, bo inaczej Seppe się na nich pogniewa i ich zacznie wyzywać itd. 

Popatrzcie, gówniarz ma zaledwie 12 lat, a już kilkoro dzieci boi się mu przeciwstawić. Bo co? Bo jakiś przygłupawy dupek się na nich obrazi? 

Jak rodzice wychowują te dzieci? Priorytety się chyba większośi lekko potentegowały.

Wymagają, by dzieci miały najlepsze punkty i pilnują, by się codziennie uczyły przez określony czas, wszystko dokładnie planowały i pln wykonywały co do joty. Wymyślają wymyślne sytemy kar i nagród. Wysyłają ich na pierdyliard zajebistych zajęć dodatkowych, na karate, badminton, boks, pianino, szachy, pływanie. Karmią je zdrowo, wydzielają słodycze po sztuce na tydzień. Wydzielją gry na minuty i kontrolują non stop ich komputery i telefony. Planują im całe dni, całe tygodnie, całe lata co do minuty według wszystkich możliwych zaleceń, wytycznych i utartych schematów. 

Ale gówno z tego wszystkiego, jak dziecka nikt nie nauczy, jak być po prostu człowiekiem.

Młodemu jest cholernie przykro. Nie chce zostawać w szkole na nocowanie, bo po co w takiej atmosferze? Jak sytuacja się nie poprawi do końca roku, to być może po wieczornej imprezie zwyczajnie zabierzemy go do domu. Zawsze można się sianem wykręcić, że niby głowa boli, gorączka i takie tam... Teraz go już nikt nie zmusi do imprez, na które nie ma chęci. Można to olać cienkim sikiem.

Bardzo niefajnie, że kończy szkołę w takiej ciężkiej atmosferze. 

Dowiedział się za to, że dwóch najlepszych kolegów jest już tuż-tuż na liście oczekujących do jego szkoły. Niewykluczone zatem, że we wrześniu będzie ich tam trzech albo i czterech, a nie tylko dwóch ze starej klasy. Fajnie by było, by cała ekipa poszła razem. 

Jeżdżąc tu i tam robię też sporo zdjęć telefonem, bo co raz to coś się ładnego zauważy…






zachód słońca zdybany podczas spaceru








9 czerwca 2023

Rok szkolny zbliża się ku końcowi

 W tym tygodniu 2 razy odwiedziłam gabinet fizjoterapeutki. 

Każda wizyta trwa godzinę. Za każdym razem część czasu spędzam w salce gimnastycznej, gdzie robię zestaw ćwiczeń, a drugą część czasu spędzam w pozycji leżącej na łóżeczku z kablami przyczepionymi do ramienia. W poniedziałek był to Winback, który emituje energię o działaniu leczniczym i przeciwbólowym docierajacą aż do stawu, a przy tym generuje przyjemne ciepełko. W czwartek dla omiany zaserwowano mojemu ramieniu elektrostymulację. To daje zawsze zabawne dla mnie odczucia, gdy dyga mi mięśniami. Następna wizyta w poniedziałek, a potem jeszcze jedna-ostatnia z 18 wizyt. Mam nadzieję, że coś to pomoże na dłuższą metę i trochę się boję tej faktury na kilkaset euro... brrr. 

Jednego dnia relaksując się na tym łóżeczku, usłyszałam w radio fajną piosenkę, która jednak słabo nadaje się do leżenia, bo chciało by się przynajmniej móc stopą bujać do rytmu hehe. Ale wróciwszy do domu, zaraz sobie poszukałam w necie i z 10 razy przesłuchałam. Podzielę się z wami, może akurat ktoś lubi takie country klimaty. Dla tych, którzy lubią wiedzieć, o czym jest śpiewane, powiem, że tytuł brzmi "Chleb na jutro", a treść bardzo mi się podoba, bo w dużej mierze podziela moje podejście do wiadomości...

 Bart Peeters opowiada, że przejeżdżając o północy koło automatu z chlebem, kupuje chleb na jutro i potem słuchając wiadomości w radio, o susasz i powodziach na świecie, cieszy się, że on ma chleb na jutro. Dalej  śpiewa, że niestety on nie zna się ratowaniu planet i mówi, że mu przykro z tego powodu, bo może jutro planeta rozsypie się w proch, ale cieszy się, że ma chleb na jutro. W refrenie powtarza, że nie wie dlaczego to całe szaleństwo zabija zrowy rozsądek, ale on ma przynajmniej chleb na jutro... 

Cieszmy się zatem, że mamy chleb na jutro i nie dajmy się zwariować ani zgnębić tymi wszystkimi wiadomościami, które serwuje bez opamiętania radio kadego dnia...


Innym razem wychodząc z gabinetu na ulicę, usłyszałam głośną muzę dochodzące z  drugiej strony ulicy. Powędrowawszy zwrokiem w kierunku tego uns-uns-uns zauważyłam na chodniku przed otwartym garażem cały zestaw do sprzątania: wiadro, płyny, szczotki szmaty... Kawałek dalej mój wzrok napotkał wysportowanego, umięśnionego młodzieńca pucującego zamaszyście okna. Fajnie jest popatrzeć, jak ktoś pracuje ;-)

Młody napisał w minionym tygodniu wszystkie końcoworoczne testy. 

Teraz jeszcze pora na egzaminy szóstoklasisty. Dziś pierwszy z trzech dni egzaminów. Ciekawam jak mu pójdzie... Następne dni egzaminacyjne to wtorek i czwartek.

Na 26 czerwca zaplanowane jest wręczenie raportów i tradycyjne nocowanie w szkole! Rano mają przy pomocy rodziców i nauczycieli rozbić namioty na szkolnym podwórku. Potem zajmią się przygotowaniem sali na wieczorną imprezę pożegnalną. Po lekcjach mają przybiec do domu po swoje rzeczy na noc i zaraz wracać do szkoły. My rodzice jesteśmy zaproszeni na 19tą na uroczystość i lampkę wina. 

Niedowiary, że już minął cały rok szkolny, że już jest czerwiec i, co najbardziej niewiarygodne, że Nasze Najmłodsze Dzieciątko kończy już szkołę podstawową. 

Ja też już skończyłam naukę na ten rok szkolny. 

W następnym tygodniu mamy jeszcze tylko indywidulane rozmowy z nauczycielami. W tym miejscu muszę rzec, iż widzę ogromną różnicę pomiędzy pierwszymi lekcjami w lutym i teraz w czerwcu. Mam na myśli oczywiście mój stan umysłu i ciała. O ile na początku miałam koszmarne problemy z koncentracją, przyswajaniem nowych informacji a nawet rozumieniem tego, co się do mnie mówi czy pisze, tak teraz już wszystko funkcjonuje mniej więcej zwyczajnie - zapamiętuję, myślę, rozumiem, no i wysiedzenie na lekcji do 22 nie było już dla mnie problemem, podczas gdy na początku czasem nawet nie byłam w stanie dotrwać do lekcji... Nastąpiła wielka poprawa, co - jak mniemam - w dużej mierze jest rezultatem mojego zwolnienia lekarskiego i wypoczynku.  Do tego jestem święcie przekonana, że zagonienie mojego mózgu do intensywnej pracy, nauki, myślenia, przypominania też wiele dobrego przyniosło. Czuję się coraz lepiej z każdym dniem, zarówno fizycznie jak i mentalnie, co bardzo mnie cieszy. Fizycznie niestety jeszcze daleko do normalności, ale powiedzmy sobie szczecze, jest też dużo, dużo lepiej niż np w marcu...

Dostałam odpowiedź z biblioteki, że dziękują za zainteresowanie i życzą sukcesów w dalszym szukaniu pracy, czyli zgodnie z przewidywaniami.

Zapisałam się na dzień informacyjny dotyczący kursu na opiekuna dzieci w wieku szkolnym. Dzień tylko trochę kitowy sobie na to wybrali, bo ten sam co zakończenie roku u Młodego. Nic to, zapisałam się na 15 godzinę, więc może zdążę objechać spokojnie do Meise, a przy okazji sprawdzę, czy tam by się dało dojeżdżać skuterem, choć jak już bym się decydowała, to chyba w Aalst, bo przynajmniej droga prosta, bezpieczniejsza i bez stromych górek, w przeciwieńswie do Meise... Małżonek obiecał wcześniej wyjść z pracy, by w razie co pomóc Młodemu z szykowaniem się na nocowanie, a i duże siostry też mogą się braciszkiem zaopiekować w potrzebie, tak myślę. A dla mnie ważne jest by znać szczegóły tego kursu, bo coś trzeba zdecydować...

Czas mnie goni i nie wiem za cholerę, co postanowić. Każdego dnia myślę nad tym i się denerwuję. W przyszłym tygodniu mam wizytę u onkolog i w VDAB, za 2 tygodnie kończy mi się chorobowe...

Ostatni pomysł to przedłużyć zwolnienie, ale  częściowo wrócić do pracy , czyli tylko do 2-3 klientów, u których nie ma za dużo roboty i się można opierdalać... a za resztę nadal pobierać zasiłek... Znaczy prrrr wróć, mieć nadzieję, że kiedyś mi ten zasiłek chorobowy w koncu wypłacą, bo póki co nie otrzymałam ani centa, ale dziś otrzymałąm e-mail, że lekarz orzecznik zatwierdził moją niezdolność do pracy... Czyli progres jest.

Trza mieć końskie zdrowie, nerwy ze stali i łeb jak sklep, że chorować... I najlepiej być przy tym bogatym.

Wczoraj za dnia fotografowałam kwiaty i owady, a wieczorem poszłam z Młodą do lasu tropić sowy, ale jakiś młodzik zajął nam miejscówkę nad stawem, skąd prowadził wideorozmowę ze swoją oblubienicą chyba... Koło telefonu miał zapalone świece, ale to pewnie te cytrusowe, żeby komary nie gryzły... Ludzie to mają pomysły... Nie pozostało nam nic innego, jak przemaszerować stałą trasą i wrócić do domu. Fajnie jest być wieczorem w lesie, bo nie ma tłumów wtedy. Poza tym romantykiem nad stawem spotkaliśmy w tym półmroku tylko pana wyprowadzającego rowerem psa. No w sensie, że facet jechał na rowerze dzierżąc smycz w dłoni, a pies biegł obok... Parę dni temu widziałam znajomą jadącą na elektrycznej hulajnodze ścieżką rowerową wdłuż ruchliwej drogi i trzymającą dwa wilczury na smyczy... Pomijając nawet fakt, że prawo tego zakazuje, to zbyt rozsądne to to też chyba nie jest. Ludzie to jednak so...








zabawa fotograficzna z użyciem czarnej kartki

staw sąsiada przez płot fotografowany






A my szłyśmy na nogach bez psa i obserwowaliśmy między innymi ćmy... sprawdziłam w apce nazwę i zdrowo się z Młodą uśmiałyśmy: "groene eikenbladroller", co znaczy mniej więcej "zielony zwijacz liści dębowych". Po polsku "zwójka zieloneczka". Fajne są te wszystkie nazwy.

zwójka zieloneczka

las 


Wciągnęła mnie zabawa z aplikacją ObsIdentinity. Co chwilę pojawiają się nowe challenge i trzeba szukać obiektów w danym temacie. Teraz np z okazji tygodnia pszczoły trwa "trzmieli czelendż". Szukamy różnych gatunków trzmieli, fotografujemy telefonem za pomocą apki, prosimy o rozpoznanie i zapisujemy swoje zdobycze. Innym aktualnym tematem jest Niet meppen, wel appen (nie zabijać, ale zaapkować), czyli czelendź owadzi. Jako członek Natuurpunt mogę sobie za darmo pobierać karty do rozpoznawania gatunków (na stronie można je też kupić). Właśnie pobrałam i wydrukowałam kartę trzmieli i mam zamiar wieczorem iść z Młodym na pole facelii, by on mógł wytropić sam wszystkie gatunki.







Po południu za to wybieram się z Najstarszą do miasta na zakupy odzieżowe. Postanowiłam ją bowiem w końcu trochę pogonić, po tym jak bodajże przedwczoraj zaczęła biadolić, że zginęła jej jedna skarpeta i nie ma co założyć... No kurde, Babo - mówię - zarabiasz blisko 2 tysiące miesięcznie i masz raptem 5 par skarpet na stanie! A tu i bielizna by się przydała i buty, i spodenki... No ale wiadomo, samej na zakupy odzieżowe iść to się nie chce. Młodsza siostra nie ma pieniędzy na zakupy, a poza tym siedząc w domu nie potrzebuje ciuchów zbyt wiele. Do tego, mam podejrzenia wynikające z wieloletniego doświadczenia, że ją sklepy odzieżowe szybko nudzą i po wizycie w jednym ona ciągnie do spożywczaka albo do sklepu z bezużytecznym szajsem typu Action czy Fying Tiger, do tego tak czasem jojczy i biadoli, że nie idzie w spokoju sobie nawet ubrania wybrać czy przymierzyć. Też nie lubię być w sklepie, w którym sama nie robię zakupów, więc rozumiem... Dlatego zaproponowałam Najstrszej, że ją zawiozę skuterem i pochodzimy razem na spokojnie po sklepach, w których potrzebuje sobie coś kupić z przyodziewku.

Na sobotę z kolei mam w planie zabrać Młodego na basen, by się mógł trochę zrelaksować pomiędzy tymi wszystkimi egzaminami i spłukać trochę końcoworocznego zmęczenia, którego silna alergia na pyłki zdecydowanie nie poprawia. Koszmarne jest dla niego lato. Pomimo sprayu do nosa, kropli do oczu i syropu Młody bardzo cierpi z powodu piekących czerwonych i spuchnietych oczu oraz zatkanego nosa. 

I tak to jest być matką Trójcy Nieświętej. Każde z nich lubi co innego, każde ma inne zainteresowania i potrzeby, każde ma inne problemy. A matkę mają tylko jedną. Długo tkwiłam w debilnym przekonaniu, że najlepiej, najfajniej, najrozsądniej, najlogiczniej jest wszystko robić całą rodziną. Jak ktoś nie chciał dokądś iść, to wszyscy zostawaliśy w domu albo zmuszaliśmy kogoś do pójścia, tam gdzie nie chciał. 

W końcu jednak zrozumiałam, że dzieci nie są ani moją kopią, ani tym bardziej klonami siebie samych. Każde dziecko jest odrębną, niezależną i niepowtarzalną jednostką. Każde potrzebuje mojej uwagi, ale każde wymaga innego traktowania i ma inne potrzeby. Nie wszystko musimy robić razem i nie wszędzie potrzebujemy chodzić razem. Równie dobrze, a nawet o wiele lepiej jest z każdym dzieckiem móc robić inne rzeczy i każdemu w innej sytuacji towarzyszyć, a w jeszcze innej pozwolić mu na samodzielność i zostawić w spokoju.

Staram się każdemu poświęcać trochę czasu, bo choć wszystkie są duże, a niektóre już całkiem dorosłe, to fajnie jest móc z każdym spędzić trochę czasu sam na sam. Od czasu do czasu one organizują sobie pomiedzy sobą też wspólne chwile. Dziewczyny na przykłąd od czasu do czasu gdzieś razem we dwie wychodzą - a to na zakupy, a to do McDonalda. Najstarsza czasem pożycza Najmłodszemu okulary VR i rozmawiają o grach komputerowych, bo obydwoje są w tym dobrzy, a Młodą już ten temat mniej bawi. Młoda za to np podziela z Młodym zainteresowanie przyrodą, niebem, techniką i np idą razem fotografować Księżyc. Czasem któraś dwójka zabierze się wspólnie  za pieczenie ciastek czy pizzy, innym trazem posiedzą na podłodze przy świnkach. Przeważającą część swojego czasu żyją jednak własnym życiem...



las koło zamku




Wybraliśmy się w końcu z Młodym do biblioteki po książki, co miało się zdarzyć już ze 2 miesiące temu, ale zawsze coś...

Wypożyczyliśmy 2 książki o mikroskopach, przewodnik dla wysoko uzdolnionych zalecony przez psycholożkę oraz książkę o myśleniu obrazami.

Zaczęłam od tej ostatniej i od razu podsuwam Młodemu co ciekawsze teskty, które ten czytał z uśmiechem zadowlenia, co raz wykrzykując "TAK! TAK MAM!" lub coś w tym stylu. A ja wreszcie, dzięki tej książce zaczynam rozumieć, o co chodzi z tą różnicą w myśleniu. Sprawa okazuje się prosta (w sensie rozumienia dlaczego), a mianowicie u myślących obrazami po prostu dominuje prawa połowa mózgu i postrzeganie świata zawsze w prawej części sie u nich zaczyna, podczas gdy myślący słowami używają najpier lewej strony mózgu... Ileż ta książeczka dla dzieci mi wyjaśniła! Autorka sama należy do myślących obrazami i jest przy tym nauczycielem. Szkoła przystosowana jest dla myślących słowami, przez co dzieci myślące obrazami mają przegwizdane, bo oceniane są na podstawie wytycznych dla grupy, do której nie należą. Wiedza przekazywana jest też głównie dla dzieci myślących słowami. Dobrze by było, by nauczyciele wiedzieli o istnieniu myślących inaczej i by o nich pamiętali prowadząc lekcje i oceniając uczniów. W książe pojawia się też problem nam bardzo dobrze znany, który Młodemu dostacza sporo problemów, a mianowicie odmienny od standardowych i zalecanych sposób rozwiązywania problemów i zadań. Dla Młodego wiele wytycznych dotyczących np wykonywania zadań matematycznych jest niezrozumiałych, ale ma swoje metody, któtych nie potrafi nikomu wyjaśnić (w tej książce stoi czarno na białym, że te metody są niewyjaśnialne właśnie, bo to kwestia obrazów pojawiających się w głowie). Co więcej metody Młodego są pierdyliard razy szybsze niż te dla zwyklaków i on np prawidłowe odpowiedzi podaje zanim ja zrozumiem sens zadania i się zastanowię jak coś obliczyć. Przy czym nie nigdy nie jest w stanie powiedzieć, jak do tego doszedł, a jak próbuję mu wytłumaczyć, jak wszyscy to robią, to patrzy na mnie jakbym mówiła po chińsku.

Ta książka potwierdza też inne niewiarygodne dla mnie rzeczy, a których mówił Młody nie raz. Pozwólcie, że zacytuję Młodego "Ja mogę sobie puszczać w głowie dowolną muzykę i jak coś robię, to sobie puszczam" i tu zwykle dodaje czego teraz "słucha". Autorka to potwierdza i wymienia przy tym Mozarta i Beethovena, bo u nich też tak to ponoć działało. Dlatego Beethoven mógł tworzyć muzykę nawet jak był głuchy, bo ją słyszał i widział  nuty w głowie. Młody opowiada, jak to u niego działa...

Inna rzecz, która mnie niesamowicie fascynuje i której zazdroszczę Młodemu, to wyobrażanie sobie wszystkiego. On kilka razy opowiadał (i szok, książka to potwierdza), że w głowie może sobie każdy przedmiot obracać wkoło w 3D i widzi dokładnie jak wygląda coś z drugiej strony albo od spodu. 


Dla mnie to wszystko są niesamowicie fascynujące sprawy. Poznawanie tajemnic mózgu zarówno ogólnie jak i konkretnych mózgów moich dzieci budzą mój ogromny zachwyt. Przy tym oczywiśćie pozwalają lepiej własne dzieci i siebie lepiej zrozumieć, a w konsekwencji udoskonalić. 

Na koniec jeszcze belgijska ciekawostka wyczytana w gazecie.

Szpital w Gandawie zakazał swoim pracownikom, którzy mieszkają w doległości do 3 km od szpitala, przyjeżdżanie do pracy samochodem. W przyszłości odległość ma być rozszerzona do 5 km. Powodem jest brak miejsc do parkowania dla pacjentów i odwiedzających. Parking szpitalny liczy sobie bagatela 3700 miejsc, ale to duży szpital, do którego ściągają ludzie z całej Flandrii i coraz więcej ludzi mam problem z zaparkowaniem pod szpitalem. Dlatego postanowiono zmusić personel do przyjeżdżania na rowerze lub publicznymi środkami transportu. Dotyczy to tylko personelu dziennego nie pracującego w trybie zmianowym. Wielu pracowników przyjeżdża jednak z daleka. Połowa ma dalej niż 10 km do pracy. Podają, że aktualnie 61 % przyjeżdża samochodem, a po wprowadzeniu tego rozporządzenia ta liczba powinna spaść do 47%, czyli nie jakiś tam szał, ale zawsze coś. 

Tak nawiasem mówiąc, to ja w ogóle nie rozumiem, jak komuś się w ogóle opłaca te 2 czy 3 km autem dojeżdżać w takim mieście jak Gandawa?! Serio trzeba mieć zdrowie i fantazję! 

Moim zdaniem to przepis do 5 km powinien być odgórny i dotyczyć wszystkich zawodów, które nie wymagają przewożenia czegokolwiek. To samo tyczy się dowożenia gówniaków do szkoły. Kto nie ma dalej jak 3 km, zasuwa na rowerze, hulajnodze albo z trampka, bo to co się dzieje pod szkołami to jest czysty koszmar.  Zero znajomości przepisów, zero wyobraźni i odpowiedzialności. Parking szkolny powinnien znajdować się najbliżej jeden km od drzwi szkoły, a pod szkołę nie powinno się dać podjechać niczym poza rowerem (powinien być tylko przejazd dla uprawnionych). Takie jest moje zdanie. A nie, jak teraz, że lala przyjedzie pod szkołę wielką terenówką, wpierdoli się prawie pod samą bramę i potem rozkłąda ręce i mało nie płacze, bo nie da się wycofać. Ale cofie, w ogóle nie biorąc pod uwagę, że znajduje sie na terenie, po którym przemieszcza się dziesiątki dzieciaków na rowerkach, hulajnogach i na piechotę, że wielu z nich z tej krowy nawet nie jest w stanie zauważyć. Gdy przy tym człowiek wie, iż lala mieszka może 500m od szkoły, to ma się ochotę podejść , otworzyć drzwi, wywlec toto za kłaki z tego auta, zasadzić kopa w dupę i kazac spierdalać do domu w podskokach, a auto kazać odholować na złom i zabrać takiej prawojady dożywotnio. Takie zjawiska obserwowałam niemal codzinnie odprowadzając Młodego. Teraz z nim nie chodzę i nawet o tym nie myślę, bo chyba bym zwariowała... 

Ale z drugiej strony, jak ci wszysy idioci przesiedli by  się na rowery albo hulajnogi elektryczne, to może już lepiej by autem dojeżdżali... Przynajmniej nie wszędzie wjadą...


27 listopada 2021

Jak się zostaje Legendą i reszta naszej szarej codzienności

 Chłopiec Legenda

Młody ma nową ksywę w szkole. Mówią na niego Legenda, czyli ten mały spokojny chłopiec, wyglądający jak dziewczyna, który przeskoczył klasę. Młodemu bardzo odpowiada to określenie, bo tylko podkreśla jego oczywistą epickość. Ciągle o sobie mówi „epicki Izydor” i że dla epickiego Izydora to czy tamto wyzwanie tudzież zadanie to pestka. Przyjęła się ta epickość jak nic i dodaje mu pewności siebie i motywacji. Cały świat Izydora jest epicki, bo Izydor potrafi zobaczyć wszędzie epickość świata. Ma ponadto olbrzymie poczucie humoru i jeszcze większą wrażliwość oraz nieziemską empatię.

 Epicki Izydor jest bardzo inteligenty, a jego samoświadomość jest jak na 9-latka po prostu niesamowita. Młody jest w pełni świadomy swoich zalet i swoich wad. Zna swoje mocne strony i swoje słabości. Mocne strony ciągle doskonali a ze słabościami walczy. Przy tym podobnie jak starsza siostra i reszta rodzinki musi wszystko wiedzieć na swój temat dokładnie. Ciągle nad sobą pracuje. Ciągle siebie odkrywa. Nie ustaje też w odkrywaniu tajemnic świata. Każdego dnia o coś pyta i nad czymś rozważa. Jest inny, niż większość dzieci w tym wieku. Jest inteligentniejszy o wielu rówieśników. Więcej myśli i więcej wie, niż przeciętny dziewięciolatek. Przeskoczył z trzeciej klasy do piątej, gdzie ma ciągle świetne wyniki. Jest lubiany przez wszystkich. Zawsze broni słabszych i kocha zwierzęta. Nosi epickie, niepowtarzalne imię Izydor (które po angielsku można zapisać: Easy Door), ale możecie go nazywać Legendą. Nie obrazi się. 

Młody miał mieć jutro występ chóru na wsi pod kościołem, ale rząd ogłosił wstęp do kolejnego lockdownu i znowu niczego nikomu nigdzie nie wolno. Występy grudniowe też wielce prawdopodobnie będą anulowane. Spotkania chóru BYĆ MOŻE  nadal będą możliwe, tylko naryjce dla wszystkich dzieci obowiązkowe. Zastanawiamy się, czy będą też w maskach śpiewać, bo to mogło by być dosyć nowatorskie podejście do śpiewu… Człowiek już nie wie, czy się śmiać, czy pukać w głowę.

Młody nakręcił się na zimową wycieczkę zoo, bo od początku pandemii żeśmy nie byli w zoo, a teraz w grudniu znowu będzie świetlne show i już się trochę napaliliśmy, żeby kupić bilety łączone - zwierzęta i światła. W Mechelen mają być dinozaury, w Antwerpii Alicja w Krainie Czarów. No poszedł by, zdjęć porobił na stworzenia popatrzył. Ale jak zapodadzą lockdown to guzik z tego będzie. Chuj im wszystkim na grób. I chuj z tą pieprzoną pandemią.

Niekontrolowany bałagan w szkole średniej.

Tymczasem w szkole Najstarszej jest nadal galimatias. Nie wiem, czy to bardziej z powodu koronnych komplikacji, połączenia się szkół, czy braków kadrowych. Najpewniej wszystko po trochu składa się na cały ten cyrk. Kto mieszka w Belgii, zapewne doskonale wie, że w szkołach brakuje nauczycieli do różnych przedmiotów i chętnych do pracy nie ma, zaś dzieci przybywa, bo z całego świata tu przecież ciągną nie wiadomo po jaką cholerę. Zatem szkoły najdziwniejsze rozwiązania wymyślają, by jakoś temu zaradzić, a kombinowanie zajmuje im dużo czasu. 

Praca w takich warunkach, nadmiar zajęć, stres to prosta droga do popełniania błędów na każdym kroku. Nie mam ostatnimi czasy zbyt wielu kontaktów ze szkołą średnią, bo sytuacja Najstarszej się ustabilizowała, przeto zbyt często nie zwracam uwagi na to, jak to funkcjonuje. 

Jednak właśnie zbliża się wielkimi krokami koniec trymestru i szkoła zaczyna brać się za porządkowanie spraw uczniowskich. Dostałam właśnie mejl informujący mnie o licznych nieusprawiedliwionych nieobecnościach córki. Patrzę na smartschool…  Ki czart? Wagaruje? Niemożliwe! Jak moje dzieci nie chcą iść do szkoły, to zwyczajnie mówią, że nie idą i nie idą. Wypisuję im zwolnienie, gdy jeszcze mamy, albo wysyłam do lekarza. Albo zostawiamy nieusprawiedliwione i srał to jeż i my też, ale zawsze wiem, że nie była na lekcji. Mamy umowę, że kilka razy do roku zwyczajnie mogą nie iść do budy, gdy wyjątkowo nie czują się na siłach. Moje dzieci nie cyganią, bo nie mają powodu. Poza tym mają autyzm. Autystycy nie cyganią. Tak jak i my nie cyganiliśmy naszych starych, bo nie mieliśmy powodu, gdyż też pozwalali nam czasem zostać w domu ot tak. My tego nie wykorzystywaliśmy i moje dzieci też nie przeginają. Jeśli są zdrowe oczywiście… Dlatego wiem, że nie wagarują bez mojej wiedzy, bo mogą za pozwoleniem matki i ojca. Moje relacje z dziećmi są dosyć specyficzne, bo i też wszyscy jesteśmy wszak dość specyficzni. Jak masz autyzm, to zasady życia normalsów cię nie obowiązują i nie kierujesz się ich wytycznymi, zaś im twoje też pewnie psu na buty się zdadzą, bo oni nie mają autyzmu, a to wszystko zmienia… No ale szczegół. 

Smartschool mi pokazuje 9 nieobecności nieusprawiedliwionych. W Belgii jedna nieobecność to pół dnia (do przerwy południowej i po przerwie południowej). Gdy kogoś nie ma cały dzień, to ma dwie nieobecności. Co nadal w tym wypadku daje kilka dni.

Za tyle nieobecności nieusprawiedliwionych  już można stracić prawo do dodatku szkolnego (trzeba oddać, jak się wzięło), gdy CLB zgłosi do urzędu. 

No ale dobra, przyjrzyjmy się tym nieobecnościom. Przyglądam się i coraz większy nerw mnie bierze. Ja pierdolę, co znowu za burdel?! 

W zeszłym roku Najstarsza miała miesiąc nieusprawiedliwiony bo Amba zjadła zwolnienie ze szpitala i od rodzinnego. Winę zwalono na pocztę, którą byłam te zwolnienia wysłała. Dziś mam co do tego ogromne wątpliwości. To jednak chyba była szkolna Amba.

Teraz znowu to samo. Ostatnia „nieobecność” to dzień, w którym córka była na stażu. Nie wiem, czy wg szkoły powinna być w dwóch miejscach na raz, czy kichuj. Przedostatnia, to „legalne wagary”, bo bolał ją brzuch, za które to wolne usprawiedliwienie córka zaraz na drugi dzień wrzuciła do skrzynki w sekretariacie (specjalna skrzynka na usprawiedliwienia). 

Do tego mamy podejrzane nieobecności w czwartki  i piątki, w które to dni córka chodzi na później za zgodą, a wręcz zleceniem mentorki, gdyż w jeden dzień jest na pierwszej lekcji francuski, z którego jest zwolniona, a w drugi dzień jej klasa chodziła na staże, a ona była jedyną osobą, która jeszcze nie miała stażu i dla której rano nie było nauczyciela mody.

Napisałam zatem zaraz mejl, że coś się tam chyba komuś potentegowało, po czym wyłuszczyłam te wszystkie powyższe i inne podejrzenia. Mejl wysłałam do pani z sekretariatu i do mentorki. Obie odpowiedziały w 5 minut. Pierwsza użyła zwrotu „Beste Mevrouw”, czyli Szanowna Pani, czyli zwracając się bezpośrednio do mnie oznajmiła oficjalnie, że w takim razie oni się temu bliżej przyjrzą. 

Natomiast mentorka użyła po prostu zwrotu „Beste”, który nie ma adekwatnego odpowiednika w języku polskim, ale tak oficjalnie zaczynamy większość mejli urzędowych zwracając się zarówno do znanej nam osoby (np dyrektora, wychowawcy, szefa) jak i nie znając adresata, czyli pisząc np do jakiegoś bezosobowego urzędu lub całej grupy osób. 

Mentorka jednak w swojej wiadomości bardziej  zwraca się do pani z sekretariatu odpowiadając mi, bo pisze (z wyraźnie wyczuwalną pomiędzy wierszami irytacją), że zostawiła PRZECIEŻ rozkład staży mojej córki w sekretariacie uczniowskim i że niniejszym potwierdza, iż Najstarsza była tego a tego dnia na stażu. Do tego oznajmia, że w tym i tym dniu (inna „nieobecność nieusprawiedliwiona”) moja córka była razem z nią poznawać zakład tapicerski, o czym też wszak pisemnie poinformowała…

Jako się rzekło, burdel. Tam jedna pomyłka może się zdarzyć, bo nie myli się tylko ten, kto nic nie robi, ale dziewięć?! No panie! I to tylko w przypadku jednego ucznia, a w szkole przecież coś około 2 tysięcy łebków jest. Żeby było lepiej, dziś (czyli dwa dni po tej wymianie mejli) sprawdzam smartschool, a tu Najstarsza ma znowu nową nieobecność w tym dniu, w którym była na stażu. Ja wysiadam!

Poczekam jeszcze parę dni, może poprawią to wszystko. Potem napiszę mejl do dyrektora szkoły i CLB z prośbą, by łaskawie wpierw zrobili sobie w szkolnych papierach, ewentualnie wśród pracowników porządek, zanim zaczną się do uczniów i rodziców przypierdalać. Bo pandemia pandemią, ale moja córka nie będzie do chuja za czyjeś błędy płacić. 

 Pomyśleć tylko, jak ludzie to wszystko drzewiej byli ogarniali, gdy komputerów ni internetu nie było i wszyściuteńko trzeba im na piechotę na zwykłym papierze było liczyć,  za pomocą zwykłego długopisu czy pióra notować. Niewyobrażalne.

Tak czy owak szkoła Najstarszej w przyszłym tygodniu przechodzi na tydzień lekcji online, bo przez grypę i przeziębienia, czyli niekończące się kwarantanny brakuje nauczycieli do prowadzenia normalnych lekcji. Potem są egzaminy na koniec trymestru to te muszą być w szkole. A potem już ferie świąteczne. I tak oto za momencik dopłyniemy do końca roku kalendarzowego. 

Szlachetne zdrowie

W soszialmediach już się chwaliłam moimi nowymi okularami. Wreszcie odebrałam i wreszcie widzę z daleka wyraźnie. Nie będę ich nosić cały czas, ale jak  kiedyś w przyszłości będzie można jeszcze chodzić do kina, to się mi przydadzą. A może kiedyś telewizor sobie sprawimy, jak nie będzie można chodzić do kina, kto wie… Na dalsze podjazdy skuterowe czy rowerowe też będę zakładać, bo na drodze to jednak dobrze widzieć z daleka różne obiekty. Na co dzień jednak nie potrzebuję, bo życie mnie nauczyło, że lepiej wszystkiego nie widzieć. 

Małżonek w końcu stwierdził, że pora powiedzieć lekarzowi, że ma coś z głową i dostał opierdol.

Doktor go ochrzanił że już dawno powinien był o tym powiedzieć, bo niekończące się bóle głowy, na które żaden lek nie działa to nie są rzeczy, które powinno się bagatelizować, a zawroty głowy w pracy i podczas jazdy to już tym bardziej powinny dać do myślenia… 

No cóż, nam już dawno dają do myślenia. Niestety aż za bardzo.  Już dawno temu małżonek się zaczął mentalnie szykować do tego, by pójść po skierowanie na badania, ale biorąc pod uwagę wszelakie znane nam okoliczności, to zwyczajnie się kurwa nie chce o tym nawet myśleć. Nie ma sił ani chęci. Pieniędzy ani czasu. No wiecie, zwyczajnie wolisz pójść do doktora z jakąś głupotą, że np ręka cię strasznie boli i nie dasz rady pracować i w związku z tym trzeba ci zwolnienie. Bo to jest łatwe. Wiesz, że ręka boli cię z tego powodu, że osiem godzin dziennie codziennie albo napierdalasz boszem, albo pistoletem do farby. Nie trzeba tu zwykle żadnych dodatkowych badań ani snucia chorych domysłów na temat przyczyn bólu ręki. Wszystko jest oczywiste. Krótka piłka. Natomiast rzeczy, co do których spodziewasz się wielu badań, wizyt u wielu specjalistów, które musisz skomponować ze swoją pracą i życiem rodzinny  i za które będziesz musiał zapłacić czapkę pieniędzy, z którymi ci się nie przewala, a do tego na koniec możesz otrzymać jakąś niefajną diagnozę, która spowoduje kolejne wizyty u kolejnych medyków… No kurwa zwyczajnie ci się odechciewa. Odsuwasz to od siebie. Wynajdujesz pierdyliard powodów, dla których teraz nie wybierzesz się na tę wycieczkę. Wiesz, że musisz, powinieneś i że w końcu się weźmiesz, ale dziś nie, bo najpierw masz inne ważne rzeczy do załatwienia, zapłacenia… 

 Nie lubimy wycieczek, których dokładnej trasy i czasu trwania ani celu nie znamy. 

Cieszę się jednak, że w końcu się zdarzyło i że teraz już pójdzie, bo jak się powiedziało A, to i B, C, D też trzeba już teraz powiedzieć. No i kurwa mimo wszystko lepiej wiedzieć w te czy wewte, niż snuć jakieś głupie domysły i gdybać, żyjąc tylko nadzieją, że to nic poważnego, a tylko zwykłe zmęczenie i wiek, bo przecie wiadomo, że po przeżyciu pół wieku na tak popieprzonym świecie to łeb ma powód każdego napierdalać. 

Przy okazji okazało się, że lekarz dostał już wyniki badań moich cycków i od razu powiedział małżonkowi, że zaraz po niedzieli mam się u niego meldować na poważną rozmowę, gdyż wyniki nie są specjalnie satysfakcjonujące. Ale mam się nie martwić, bo wykrycie raka cycków w tak wczesnym stadium dobrze wróży na przyszłość. 

Nie wiem, czemu on w ogóle uważa, że miałabym się martwić, przecież to nie covid do chuja pana. Jakaś uczona w piśmie pod którymś moim postem uświadomiła mnie wszakże, że mam szczęście, iż nie znam nikogo, kto miał covid bo ona miała i to było okropne, bo ona była na prawdę chora i z rakiem to nawet nie ma co porównywać, bo na raka są przecież teraz lekarstwa. 

Do dziś próbuję zrozumieć, co jest takiego strasznego w tym, że ktoś PRZEŻYŁ covid i ŻYJE. 

Znaczy w sensie dla tej osoby, bo dla mnie to jednak jest bardzo straszne, że tacy tępi i pojebani ludzie mimo wszystko żyją na tym świecie. Ale jak raszpla czyta przypadkiem ten wpis, to niech wie, że jestem gotowa odszczekać wszelakie obelgi pod jej adresem, jak kopsnie mi działkę tego swojego leku na raka, bo wszelakie znaki na niebie i ziemi wskazują, że teraz mogło by mi się kurwa przydać. Na depresję też wezmę (jak to na raka już się jej skończyło). 

Żarty żartami, ale nie chce mi się iść do tego doktora, bo już prawie zaczął być spokój z lekarzami, psychologami, specjalistami… Młoda chodzi do tego psychiatry co jakiś czas, ale to już tak luzacko, spokojnie, znają się jak łyse konie.  Ten ortodonta już może w letnie wakacje zdejmie jej aparat. Młody już zakończył spotkania z psychologiem i tylko ten test na autyzm zrobimy mu ponowym roku. Jeszcze tylko dietetyk i alergolog, no i zęby Młodego... To parę wizyt i już zaraz, za parę miesięcy się z nimi uporamy i już, już będzie spokój z łażeniem po doktorach. No ale nie, gdzie tam. Trzeba było se coś nowego znaleźć. No kurwa nie chce mi się. Zwyczajnie mam już dość lekarzy, badań i całego tego pierdolenia. 

Staram się nie snuć domysłów, ile nas to wszystko będzie kosztowało, ale nie ukrywam, że to mnie w tym momencie najbardziej z wszystkiego niepokoi. A idź pan w chuj, jak nie urok to sraczka. Końca nie ma.

A tu jeszcze ta pierdolona pandemia, od której ludziom coraz bardziej na dekiel wali. Ani z domu się nie chce wychodzić, bo już nie mogę patrzeć na tych wszystkich spanikowanych, przestraszonych i znerwicowanych ludzi w tych debilnych naryjcach, którzy słuchają trzydzieści razy dziennie wiadomości na temat covida i o niczym innym nie są już w stanie myśleć ani mówić, bo tak już mają banie zryte. I w ogóle debile nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób sami się nakręcają i sami sobie powrózek na szyję kręcą. To jakiś kurwa obłęd. Ludziom mózg się całkiem zlasował i ja na to patrzę z coraz większym obrzydzeniem. 

Dobrze, że mam swoje normalne inaczej dzieci i swojego normalnego inaczej partnera. Jakby któreś z nas było normalne (czytaj: takie jak większość) to tylko se w łeb pierdolnąć. Dobrze, że mamy swoje zwierzęta, swój dom z dala od normalnych ludzi, swoje książki i swoje ciekawe zainteresowania. Dobrze, że w naszym domu nie ma ani telewizora, ani radia, ani żadnego innego pierdolonego boga. Dobrze, że wszyscy otrzymaliśmy od Matki Natury mózgi wraz z umiejętnością ich użytkowania. Dobrze, że jesteśmy inteligentnymi introwertykami, że jesteśmy wysoko wrażliwi i że mamy autyzm. Z takimi mocami i w takim składzie wszystkiemu damy radę. 

A teraz idę jeść i spać, póki suka migrena sobie na chwilę poszła. 






26 września 2021

Komitet Rodzicielski w Belgii.


 Komitet Rodzicielski, czy jak tam kto woli Rada Rodziców.

W tym tygodniu byłam na zebraniu Komitetu Rodzicielskiego i tak sobie pomyślałam, że napiszę, jak to tu wygląda i dlaczego warto zapisać się do Komitetu w szkole swojego dziecka.

Moje nastocórki edukację rozpoczęły jeszcze w Polsce. Chodziły tam do dwóch szkół - malutkiej na wiosce i dosyć dużej w małym mieście. Ja w obu szkołach należałam do Rady Rodziców. Tutaj jestem w Komitecie coś z 5 lat, z tym że ostatnie 2 lata się nie liczą, bo miałam inne rzeczy na głowie a poza tym przez koronę niezbyt wiele się działo.

Tak czy owak mam już jakieś pojęcie o tej kwestii i jakieś porównanie pomiędzy PL a BE i dziś trochę się na ten temat powymądrzam.

We Flandrii ciut inaczej to wygląda, niż w Polsce. Różnice są przede wszystkim w organizacji. W PL były (za moich czasów) tzw  Trójki Klasowe obowiązkowe dla każdej klasy i z tych trójek składała się Rada. Tutaj nie ma trójek, nikt nie jest w żaden sposób zmuszany do należenia do Komitetu Rodzicielskiego. Przynależność jest całkowicie dobrowolna. Nie ma też obowiązku, by w Radzie byli rodzice z każdej klasy. Bynajmniej. Teoretycznie jest możliwe, że z jednej klasy będzie 7 rodziców a z drugiej ani jednego.

Dla przykładu podam, że w naszej małej wiejskiej szkółce (trochę ponad 200 uczniów) do Komitetu należało wcześniej około 20 rodziców (teraz po koronie trudno orzec, bo odeszli rodzice dzieci kończących szkołę, a nowych dopiero trzeba nałapać).  Tyle samo mniej więcej rodziców było w szkołach średnich, które mają ponad tysiąc uczniów. Wiadomo w małej wiosce, gdzie wszyscy prawie się znają ze sobą, łatwiej kogoś wkręcić do Komitetu, niż w dużej szkole, do której uczniowie przyjeżdżają z innych miejscowości a rodzice się wzajemnie nie znają. Jak zdobywa się nowych członków? Tak samo jak się sprzedaje kosmetyki z Avonu hehe. Podbijasz po kolei do rodziców nowych uczniów we wrześniu i pytasz: chcesz coś z Avonu? Znaczy chcesz należeć do super fajnej, mega zajebistej rady rodziców? Tak samo jak z avonem, zwykle nikt tak od razu nie chce… Ale czasem da się jakiegoś jelenia złapać hehe. Pisze się też mejle reklamujące do wszystkich rodziców, rozdaje ulotki dzieciom, na każdej imprezie zachwala i zachęca…


Co robi Komitet Rodzicielski we Flandrii?

Tu akurat mniej więcej to samo co w Polsce - pomaga ciału pedagogicznemu ogarnąć szkolny cyrk i próbuje w różny sposób jakoś ufajnić szkołę, by dzieci jak najlepiej się w niej czuły. Pełni też rolę pośrednika pomiędzy resztą rodziców a belframi i dyrekcją. Do Komitetu może każdy rodzic zgłaszać różne pomysły, problemy i td.

Komitet organizuje różne imprezy i pomaga nauczycielom to i owo zorganizować.

Komitet próbuje zebrać jak najwięcej pieniędzy, by zafundować szkole coś ekstra.

I tu mamy kolejną różnicę. U nas nie ma żadnych mniej lub bardziej „nieobowiązkowych” składek… Nie wiem, jak tam teraz w PL, ale drzewiej nie chcieli wydać dziecku świadectwa, gdy miało się „nieobowiązkową” składkę niezapłaconą, a w moim mieście niezapłacenie „nieobowiązkowej” składki było powodem sprzedawania odbierania rodzicom dzieci. 

U nas nie ma stałego haraczu. Komitet musi bardziej się postarać i trochę głową ruszyć oraz przede wszystkim dupę ruszyć, by zdobyć forsę. 

Każda szkoła ma swoje pomysły, jak tego dokonać. Jednym idzie lepiej, innym gorzej. Dla przykładu nasz  Komitet w ciągu ostatnich 10 lat zarobił blisko 100 tys. euro (sam zysk). Jak na małą szkółkę to - moim zdaniem całkiem zacnie.

Jak to się u nas robi?

Ano głównie dwie metody: organizacja imprez i sprzedaż jakiegoś szajsu ;-)

Dwie coroczne dosyć dochodowe tradycyjne imprezy szkolne organizowane przez nasz Komitet to „Wieczór Wina i Sera” oraz zabawa karnawałowa. 

Czym jest Wieczór wina i sera to już sama nazwa mówi. Robi się plakaty, ulotki, zamawia się sery, wino i inne napoje oraz różne inne dodatki. Drukuje się bilety-cegiełki, które każdy może kupić. Każdy rodzic (nie tylko z Komitetu) próbuje zachęcić do przyjścia wszystkich swoich znajomych. Impreza trwa 2 dni (sobota, niedziela). Ludzie się schodzą, kupują bilet (jeśli wcześniej nie kupili) i podchodzą do stołów, gdzie kroją sobie taki czy inny ser, nabierają gorącej zupy cebulowej ugotowanej przez Komitet, kupują napoje i siadają przy stolikach do jedzenia i pogawędek ze spotkanymi tam ziomkami. Jedni wychodzą, kolejni przychodzą. Zwykle sala jest pełna. Zarobek ze sprzedaży biletów i napoi to w jednym roku tysiąc w drugim 2,5 tysiąca euro.

Zabawa karnawałowa to każdy wie jak wygląda. Czasem gra jakaś wiejska kapela, czasem DJ. Zarabia się na napojach, przekąskach i wejściówce. Zysk podobny jak poprzednio. Zależnie od roku, raz jedno raz drugie lepiej wychodzi.

Inne imprezy to np BBQ na szkolnym podwórku w czerwcowy weekend. Jakieś dmuchane zamki, muzyka, lody, frytki, grill, malowanie twarzy itd itp. Zawsze sztuka w tym by jak najtaniej zapłacić ale dużo zarobić. Cena za wszystko musi być oczywiście nieprzesadzona, bo nikt nie zapłaci. No i zwykle próbuje się jakichś sponsorów zdybać, a to piekarnia da ze dwie bułki za darmo, a to dmuchany zamek za połowę ceny. Każdy wie, jak jest, nie ma co tłumaczyć.

W ostatnich latach (przedkoronowych) były też mecze (mistrzostwa) na dużym ekranie w szkole. Ekrany i reszta sprzętu wypożyczono. Ludzie przyszli poprzebierani i wymalowani w belgijskie barwy, szaliki, gadżety… My sprzedawaliśmy kilka gatunków piwa, gin z tonikiem, sangrię, colę, fantę, wodę, lody, chipsy. Belgia grała  wtedy kilka razy. Przyszły tłumy, jakich się nikt nie spodziewał. Zysk coś ze 3tysiące.

Inne metody, jako się rzekło to sprzedaż czegoś. Popularna i już z wieloletnią tradycją jest sprzedaż gofrów, pralinek gdzieś przed wielkanocą. Najpierw zbiera się zamówienia wśród rodziców z zaznaczeniem, że to na Komitet. Zamawia się i sprzedaje to z zyskiem. Niektórzy rodzice zamawiają dla całej rodziny, sąsiadów itd.  I tu czasem tysiąc udaje się wyciągnąć.

W tym roku jest nowy pomysł. Szykujemy się do sprzedaży zestawów cebulek tulipanów, narcyzów itp. Zasada jak przy gofrach.

Kolejny nowy pomysł (moim zdaniem kompletnie nieprzemyślany - inne lokalne organizacje robią to samo w tym samym czasie) to marsz halloweenowy. Marsz to niewłaściwe słowo, ale nie wiem, czy jest jakiś polski odpowiednik „zoektochtu”. To jest taki marsz, który wiedzie określoną trasą i po drodze są zadania do wykonania oraz inne atrakcje. W tym wypadku jest to marsz po ciemku i ze strasznymi atrakcjami. 

Jako się rzekło, co szkoła, to inne pomysły.

Na co Komitet wydaje zarobione pieniądze? 

Przy wydatkach zawsze jest sporo dyskusji na zebraniach. Nauczyciele przedstawiają swoje pomysły i potrzeby. Uczniowie zgłaszają swoje, a Komitet ma jeszcze swoje. Lista potrzeb zwykle jest długa.

Podam zatem kilka przykładów z ostatnich lat. Z drobiazgów Komitet funduje co roku m.in. prezenty mikołajkowe (słodycze), frytki i lody na koniec roku dla wszystkich uczniów. 

Jednorazowe zakupy to np:

- system nagłośnienia na potrzeby radia uczniowskiego,

- stoły piknikowe (latem dzieci jedzą na podwórku), plastikowe stoliki imprezowe

- zabawki i gry podwórkowe wraz z kuframi do ich przechowywania plus namalowanie plansz i innych „terenów” do gier na płytkach,

- iPady dla uczniów (służą głównie przedszkolakom do zabawy) , odtwarzacz dvd;

- zamrażarka, lodówki i plastikowe pudła, wykorzystywane m.in. do przechowywania uczniowskiego  drugiego śniadania (pomysł w związku z ogrzewaniem podłogowym, które szkodzi kanapkom w plecakach)

- pralka i suszarka

To tylko co ciekawsze przykłady, by bardziej obrazowo pokazać jakimi pieniędzmi obraca nasz Komitet Rodzicielski i jak ogólnie sytuacja wygląda. 

Dlaczego warto zapisać się do Komitetu Rodzicielskiego w szkole swojego dziecka?

Ludziom się czasem wydaje, że to nic innego nie trzeba mieć do roboty, by należeć do Komitetu Rodzicielskiego, ale guzik prawda. 

U nas (i w innych szkołach podobnie) Komitet zbiera się raptem kilka razy do roku. Zwykle z 5 razy. Zebrania są wieczorem (u nas o 20godzinie). Nie ma bynajmniej obowiązku chodzenia na każde. Ba, można w ogóle nie chodzić na zebrania, ale dobrze jest o nieobecności informować przed zebraniem, by wszystko było jasne, no i u nas od tego roku trzeba określić swój statut w komitecie - można być głównym członkiem i zawsze być obecnym, zawsze działać członkiem pomocniczym, który tylko od czasu do czasu przy większej okazji się udziela.

 Zasadniczo jednak nikt nie musi udzielać się przy wszystkich okazjach. Każdy przychodzi do pomocy, przyłącza się do działania wtedy, kiedy ma czas, kiedy ma możliwości. Np przy takim zakończeniu szóstej klasy potrzeba dwie-trzy osoby do podawania szampana czy zapewnienia nagłośnienia, ewentualnych dekoracji. Idzie, kto wtedy może. Do rozdzielania i pakowania gofrów też z 4 osoby wystarczy. Najwięcej ludzi potrzeba do dużych imprez, bo to dużo załatwień jest, ale  i tu też każdy orze jak może. Są zwykle w takim Komitecie ludzie, którzy mają jakieś znajomości, jakieś chody albo zwyczajnie ogarniają lepiej rzeczywistość i oni zwykle najwięcej robią. Inni tylko fizycznie przy imprezach się udzielają. Liczy się w każdym razie każda główka i każda para rąk. 

Pytanie tylko po co?

A tak, żeby czasem porobić coś fajnego i dobrego dla innych, w tym dla dobra swojego własnego dziecka.

Po to by poznać ludzi, innych rodziców.

Po to by poplotkować, pogadać, zabawić się, rozerwać. Tak, na zebraniach po omówieniu spraw ważnych zawsze przychodzi czas na pogaduszki. Ile się się w ten sposób rzeczy o swojej wsi dowiedziałam, olala. W tej piekarni są niemili, ta knajpa jest beznadziejna, ten to oszust, tamten gbur, tam jest fajny plac zabaw, tam tanio kupisz to, a tam tamto.

 Raz do roku u nas jest też spotkanie w jakiejś knajpie. Każdy płaci za siebie, żeby nie było, że wydaje się forsę rodziców. To też jest fajne.

Dla mnie obcokrajowca Komitet był od początku ogromnym źródłem wiedzy na temat szkoły. W ten sposób można się przyjrzeć szkole od zaplecza, poznać bliżej nauczycieli, dyrekcję i innych pracowników oraz dowiedzieć, jak co w tej konkretnej instytucji, w danej gminie i całym systemie oświaty funkcjonuje.

Ostatnio np mieliśmy dyskusję na temat nowego systemu zapisów uczniów do szkół, który okazuje się nie być wcale taki dobry, jak mi się z pierwa wydawało. Jest to bowiem system sterowany odgórnie przez ministerstwo i sama szkoła, dyrekcja czy nawet urząd gminy nie ma tu nic do powiedzenia. Rodzice zapisują dzieci na listę, a komputer je przydziela do szkół wedle odległości pomiędzy szkołą, a miejscem zameldowania. Przy czym każda szkoła ma jasno określoną i nieprzekraczalną liczbę miejsc, a co za tym idzie, kto się spóźni z rejestracją, może nie dostać się do żadnej szkoły w okolicy. No i w przypadku naszej szkoły, która znajduje się przy granicy prowincji, może się zdarzyć, że do szkoły zostanie zapisane dziecko z innej gminy i innej prowincji, a zabraknie miejsca dla mieszkańca naszej wioski, bo to pierwsze ma w kilometrach bliżej niż to drugie. Do tego jako pierwsze dostają miejsca dzieci, które w szkole mają rodzeństwo lub rodziców nauczycieli, no i dzieci które właśnie się przeprowadziły tuż przed oficjalnymi zapisami. Więc może być tak (i jest), że dziecko mieszkające pod samą szkołą nie dostanie się do niej, bo zabraknie miejsca. Pozytyw taki, że teraz rodzice nie rozbijają pod szkołami namiotów i nie stoją kilka dni w kolejkach, by zapisać swoje dziecko do danej szkoły, jak to wcześniej miało miejsce. 

Należenie do Komitetu Rodzicielskiego ma sporo pozytywów, ale dla mnie jedno jest bardzo trudne i chyba w końcu dam sobie z tym spokój… Ja chodzę spać z kurami, o 21 już jestem w łóżku, a tymczasem zebrania i wiele imprez zaczynają się wieczorem lub późnym popołudniem i kończą bardzo późno. Z ostatniego zebrania wyszłam o 23.30. Dla mnie o wiele za późno. Jakby nie patrzeć o szóstej muszę wstać, a potem ostro naginać przez cały dzień, zaś moje zdrowie i siły pozostawiają sobie ostatnimi czasy wiele do życzenia. No, po prostu starość nie radość…

Młodym i nie pracującym ciężko polecam jednak. 



6 września 2021

Świeże ploteczki z flamandzkiej wioseczki

 Poprzedni tydzień był dziki. 

W poniedziałek odwiedziłyśmy z Najstarszą okulistkę. W necie było kilka niepochlebnych opinii pod jej adresem, ale kobietka okazała się bardzo sympatyczna. Natomiast, gdy poprzednim razem, kilka lat temu, udaliśmy się do wychwalanego i polecanego przez wszystkich okulisty, to stwierdziliśmy, że to prostak, menda i cham, jakby powiedział Ferdek, i że nasza noga więcej w jego gabinecie nie postanie. Przy czym na wizytę do tej babki czas oczekiwania wynosi miesiąc, a do gostka co najmniej trzy. Przeto nie koniecznie trzeba wierzyć we wszystko, co ludzie mówią, dopóki samemu się człowiek nie przekona, jak jest.



We wtorek miałyśmy rozmowę z CLB, która w sumie nie wiele nowego wniosła, a głównie potwierdziła dotychczasowe ustalenia w kwestii specjalnej ścieżki szkolnej dla Najstarszej. Choć nie, babka przedstawiła kolejny nowy program z nowymi możliwościami pomocy młodemu człowiekowi oraz dwie instytucje wspierające  autystyków. O tym opowiem więcej, gdy sama się więcej dowiem i gdy doczekam się na spotkanie z nimi, bo lista oczekujących jest długa. Ale nie pali się.

W środę wystartował nowy rok szkolny.

Młody, nasz epicki dziewięcioletni piątoklasista, szedł do szkoły pierwszego września z nowym tornistrem-lodówką ubrany w kostium stracha na wróble, bo można było przyjść przebranym, to czemu nie skorzystać. W tym roku szkolnym tematem wiodącym w naszej szkole i przedszkolu jest „geluksvogel”, co znaczy tyle co szczęściarz, ale dosłownie to ptak szczęścia, czy szczęśliwy ptak. A co w praktyce oznacza, że szkolne życie i szkolne zajęcia będą się sporo kręcić zapewne wokół przyrody, dobrego samopoczucia, relacji społecznych itede itepe.




Dla Najstarszej rozpoczynającej 6 klasę zawodówki ten dzień był dniem czysto informacyjnym. Zaczynali później, niż w normalne dni, przy czym każda klasa miała wyznaczony inny czas i miejsce. Szkoła ma obecnie dwie siedziby oddalone od siebie około 2km, a lekcje odbywają się w obudwu. Czasem na jedną godzinę musi młodzież naginać z trampka do drugiego budynku. Co, moim zdaniem (i chyba większości ludzi) jest lekko porąbane.

Zarówno Najmłodsze jaki Najstarsze Dziecko jest zadowolone ze szkoły i chodzą chętnie. Nie to, że tam od razu w podskokach czy na skrzydłach, ale z bardzo pozytywnym nastawieniem, a to najważniejsze przecież, by dobrze zacząć. Potem już jakoś pojedzie.

Średnia jest z kolei zadowolona, że nie musi już chodzić do żadnej szkoły i że może się uczyć tego, na co ma akurat w danej chwili ochotę i kiedy ma ochotę i że w dowolnej chwili może sobie zrobić przerwę, przełożyć naukę i nikomu nic do tego. Wszystko planuje i realizuje sama i dobrze jej to idzie. Niekiedy bowiem belfer i szkoła bardziej przeszkadzają niż pomagają. Jednakowoż nauka domowa nie jest dla każdego. Mnie by się zwyczajnie nie chciało uczyć małych dzieci w domu. Co prawda uczenie tak inteligentnych, ciekawych świata i żądnych wiedzy dzieci jak Młoda i Młody to pewnie by była bułka z masłem, ale nie zmienia to faktu, że to by trzeba było jeszcze przy tym lubić być kurą domową na cały etat, bo jakoś nie wydaje mi się, by można było jednocześnie pracować i uczyć dzieci, szczególnie dzieci, którym przyswajanie wiedzy i rozumienie świata przychodzi trochę trudniej, niż Młodemu i Młodej… Ja tam jednak lubię czasem pójść do roboty i pozbyć się choć na chwilę z domu dzieci, bo ja jestem zła kobieta.

W pierwszy dzień września Młoda odebrała drugą porcję szczepionki. Tym razem trafiła jej się wredna stara zgrzybiała i niemiła suka przy szczepieniu, która w dupie miała nadwrażliwość Młodej. Takie egzemplarze to się powinno izolować od społeczeństwa a nie wysyłać do szczepienia dzieci i młodzieży. No ale to tylko moja bezczelna opinia.

W sobotę byłyśmy z Młodą na weselu odbywającym się w ogrodzie u sąsiadów.  Wreszcie wolno organizować duże imprezy, to ludzie nadrabiają zaległości. Tu była zaległa imprezka na trochę ponad 100 ludzia. My byłyśmy do pomocy, czyli w celach zarobkowych, ale pojedlim, popilim, potańczylim. Naszym zadaniem było przygotowywanie (do spółki z rzeźnikiem) i wydawanie bułek z kiełbasą, szaszłyków i hamburgerów. Tyle że ja to się tam nie napracowałam, bo tylko buły kroiłam i podawałam Młodej, a to ona  zbierała zamówienia, pakowała mięcho do buł i gawędziła z gośćmi. Muszę tu rzec, że byłam w szoku, jak jej to szło. No kurde, jakby już z 5 lat stała za ladą. Młoda Para była wielce zadowolona i pełna podziwu dla Naszej Córki. Ludziom smakowało żarcie (albo byli wygłodzeni) i ciągle stali w kolejce po bułę.  Rzeźnik też sporo pochwał zebrał. I faktycznie kotlety z wieprzka były paluszki lizać omniomniom. 

Oprócz bułek mieli na tym przyjęciu ogrodowym kram pizzowy z jakąś dziwną zwijaną pizzą, którą - jak Młodej udało się zaobserwować - jakieś dziecko jadło łyżką haha. Był też  samoobsługowy namiot z najróżniejszymi napojami i deserami. Pogoda była idealna na imprezkę pod gołym niebem. A my miałyśmy okazję zobaczyć, jak wygląda belgijskie wesele ogrodowe i oczywiście musiałyśmy dołączyć do tanecznego „pociągu”, czy jak kto woli „węża”, który tutaj nazywa się „polonaise”, czyli polonez i swoje źródło ma właśnie w polskim tańcu, z tym, że we flamandzkim wydaniu to jest ni mniej ni więcej nasz polski pociąg, w którym wszyscy muszą wziąć udział. No, przynajmniej zawsze próbuje się wciągnąć w to każdego tuptając pomiędzy stołami i ciągnąc ludzi za fraki. Poloneza tańczy się na każdej imprezie flamandzkiej (i chyba też holenderskiej) zarówno dorosłej, jak dziecięcej. 

Kilka domów dalej odbywała się chyba, jeśli wierzyć napisom przy drodze, komunia w ogrodzie. Choć po tym, co się działo, to śmiem twierdzić że wątpię czy to komunia… albo przynajmniej zastanawiać się, co to za komunia. Nie znamy tych ludzi, bo dopiero, co się przeprowadzili. Impreza była przez dwa dni. Wczoraj, gdy wieczorem przejeżdżałyśmy obok, Młoda stwierdziła, że to prędzej jakaś satanistyczna biba, bo namioty na czerwono oświetlone ha ha. Nasza druga nowa  (epitety, jakimi ją tu się określa, lepiej przemilczę) sąsiadka wracała stamtąd nawalona w cztery dupy. W pierwszy dzień wbiła na w/w wesele, skąd została wywalona na zbity pysk, bowiem jeszcze zanim się tu przeprowadziła, już darła z tymi ludźmi (i wszystkimi innymi, nas nie wyłączając) koty. Więc wbijanie teraz na krzywy ryj do kogokolwiek na imprezę to raczej słaby pomysł. Ale kto głupiemu zabroni. Drugiego dnia skończyło się na wizycie policji, bo darli mordy i ogólnie drama jakaś była, choć akurat przegapiłam ten spektakl, gdyż nam się zachciało nad rzekę jechać. To nie pierwsze odwiedziny radiowozu u tej sąsiadki w każdym razie. Kurde, mieszkamy na super spokojnej, super przyjaznej ulicy, wśród fantastycznych ludzi i nagle sprowadza się taki skurwesyn i psuje wszystkim krew. Ale przynajmniej jest o czym plotkować haha. Ot, uroki życia wiejskiego.

Weekend w każdym razie uraczył nas świetną słoneczną pogodą. W niedzielę zatem korzystaliśmy ze słońca. M-Jak-Mąż sobie rowerował w pojedynkę, a ja woziłam dzieci skuterem po okolicy. Najpierw zabrałam Młodego do Wemmel, pipidówy pod Brukselą, która choć ogólnie mało przyjazna dla nas, jeśli idzie o ludzi, to posiada  urokliwy zameczek i stawy pełne ptactwa wodnego. Młodemu bardzo się tam podobało i bardzo miło spędził czas obserwując kaczki i biegając po mosteczkach i ścieżkach. No i on lubi jeździć na skuterze, a to głównie chodziło w tej długodystansowej wycieczce skuterowej.

Pod wieczór Młoda zapytała, czy nie znam przypadkiem dobrego miejsca w okolicy nad wodą na fotografowanie zachodu słońca. Znałam. Pomknęłyśmy zatem na naszym pierdzikółku do prowincji Antwerpia nad pewien urokliwy zakręt Skaldy, który znam z rowerowych wycieczek z Małżonkiem. Młodej się też spodobało to miejsce. A potem pokazałam zdjęcie Młodemu i zawołał WOW! Epicko! I teraz muszę jeszcze raz tam jechać. 

Nie wiem, czy już kiedyś mówiłam, ale my mieszkamy praktycznie na granicy trzech prowincji, a przy tym mamy rzut beretem do Brukseli. Jednym słowem wszędzie blisko. 

Tutaj zakończę pisanie, a na zakończenie pokażę moje iphone’owe fotki z niedzielnych wycieczek. Młoda na pewno zrobiła o wiele lepsze swoim Nikonem, ale mnie moje wystarczą.

Wemmel.













Sint-Amands