Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogotowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogotowie. Pokaż wszystkie posty

29 kwietnia 2022

Egzaminy, choroby, interwencja policji… i inne wydarzenia ostatnich dni.

Imprezowy sąsiad

Miniony tydzień zaczął się, można rzec, bardzo rozrywkowo. W niedzielę wieczorem leżymy sobie ze starym w łóżku zaczytani jak zwykle w swoich książkach, a tu nagle ktoś za oknem muzę na full zapodaje. Z pierwa myśleliśmy, że to jakaś młodzież se roweruje wesoło z głośnikami na bagażniku, co jest tu dosyć popularnym zjawiskiem. Jednak muza się nie przemieszczała, przeto skonstatowaliśmy, że to któryś sąsiad wyjątkowo dobrze się bawi. Wyzieramy przez okno i nie możemy uwierzyć własnym oczom. W tym samym momencie przychodzi żartobliwa wiadomość od sąsiadki zza ściany „Hura! Fredek* organizuje dziś dyskotekę na dzielni. Idziemy pohulać w piżamach?” Bo to faktycznie Fredek. EMERYT! Który łazi przed domem w te i wewte z byczym radiem, z którego leci dicho na cały głos. W sensie dicho, nie żadne tam dziadkowate usiasiusia. A Fredek do tego śpiewa też na cały głos i to czysto nawet. Prawie płakaliśmy ze śmiechu, bo dziadek wyraźnie dobrze poimprezował na ogrodzie. Wczoraj sąsiadka mu o tym przypomniała jak staliśmy całą gromadą na ulicy (o tym będzie dalej) informując przy okazji dalszych sąsiadów, do których wtenczas muza nie dotarła. Przyznał, że faktycznie za dużo wypił i jak inny sąsiad zaczął coś tam sapać przez płot, że mu przeszkadza impreza w ogrodzie, to się wpienił i poszedł zaprezentować, jak wygląda prawdziwe przeszkadzanie sąsiadom buachacha. Dodam, że jego „występ” miał miejsce koło 21 godziny, czyli nie naruszał za bardzo nocnej ciszy… Dla nas było to po prostu zabawne. Co innego, jakby to mu w zwyczaj weszło. Ale ludzie są różni…

kwiecień na wsi


Kolejny egzamin

W poniedziałek Młoda pisała egzamin z biologii w Brukseli. Przypadkowym i nowym czytelnikom przypomnę, że Młoda realizuje obowiązek szkolny na etapie szkoły średniej metodą nauki domowej i zdaje poszczególne przedmioty przed Komisją Egzaminacyjną. Nie wie, jak jej poszło. Dowiemy się, jak opublikują wyniki. Matmy, którą po egzaminie uważała za „PODEJRZANIE łatwą” zgodnie z PODEJRZENIAMI nie zdała i będzie musieć ją kiedyś powtórzyć. W poniedziałek jak zawsze z nią pojechałam, by czekać na nią w budynku Komisji. Jakaś inna matka też czekała i też czytała książkę (nawet zauważyłam, że to fanka Danielle Steel). Potem poszłyśmy z Młodą zdrowo się odżywić w KFC i zobaczyć, czy w galerii handlowej zmieniło się coś od naszej ostatniej wizyty. Zmieniło się. Ceny wzrosły 🥴, ale udało nam się jeszcze kupić stosunkowo tanio adidasy ulubionej marki ze starej kolekcji. Potem lał deszcz i zmoczyło mi włosy czapkę. (Trzeba łysych pokryć papą, lecz funduszy nie ma na to…).







Chrobowe

We wtorek Mąż postanowił pójść do doktora po wolne, by sobie zrobić dodatkowy majowy długi siedmiodniowy weekend. Rozwiązanie byłoby wyśmienite jakby nie drobny jego mankament, czyli gorączka, jebitny ból głowy, mięśni i ogólne uczucie uczucie bliskiego spotkania ze stadem dzikich bawołów czy coś w ten deseń. 🦬🐂🐃🤧🤒

Rozmowa o pracę

W środę Młoda miała kolejną rozmowę o pracę (student job) w supermarkecie. Zawoziłam ją skuterkiem i czekałam niecierpliwie pod sklepem. Rozmowa przebiegła obiecująco, ale odpowiedź miała dostać w piątek… (ciągle czeka). Potem poszłyśmy po lody i jak nigdy ja sama miałam na nie ogromny smak. Normalnie zjadam ze 3 lody na rok bez większego entuzjazmu, ale w środę zjadłam trzy jeden za drugim zaraz po powrocie do domu. Pychota. Chemia zmienia człowieka.

Chemia, której nie było

W czwartek miałam mieć kolejną chemię, ale wiecie, co zrobiłam…? Albo raczej czego NIE zrobiłam. Zapomniałam wziąć sterydowej piguły w środę wieczorem 🤦🏼🤦🏻‍♀️🤦🏽‍♂️. Bez tego podanie chemii było by niebezpieczne. Rano se przypomniałam. W drodze na onkologię. Rychło w czas. Przesunęli mi o tydzień. Przysłowie mówi jednak, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Tak jest i tym razem. Już tego samego dnia wieczorem się okazało, że Małżonek jest dobrym człowiekiem, który lubi dzielić się wszystkim z bliźnimi. Chujoza grypoza kowidjoza, czy cokolwiek to kurwa jest, przelazło na innych 😡. Między innymi na mnie. Ja cierpię dolę! 🤬 Szczęście, że zapomniałam tych sterydów i mi nie dali chemii, bo jakby się te dwie atrakcje połączyły, to mogłabym się o szpital oprzeć. No, nie chwalmy dnia przed zachodem słońca. Jeszcze nie wyzdrowiałam, ale liczę że do poniedziałku mi przejdzie, a do czwartku nawet zapomnę, że byłam chora.

Nie wzięłam chemii, ale chwilami czuję się jakbym wzięła ze trzy na raz co najmniej. A idź pan w chuj. Nie miałam grypy z 6 lat. Wpieprzam ibuprofen na zmiany z paracetamolem. Piję jak smok wawelski po zjedzeniu barana. Siedzę na siedmiu poduszkach pod siedmioma kocami, a ziarnko virus i tak w dupę uwiera. We wszystko uwiera. Jak nie urok to sraczka.

Info o pigule sterydowej w każdą środę zapisałam jednak na przyszłość we wszystkich dostępnych przypominaczach, rozpowiedziałam po sąsiadach i teraz wam mówię, żeby drugi raz jednak nie zapomnieć, bo wszystko diabli wezmą. 

Sąsiadka w kajdankach. 

Choroba jednak nie powstrzymała nas przed obejrzeniem odcinka kroniki kryminalnej na żywo ;-) Wszyscy sąsiedzi wylegli na ulicę, a i kilku innych gapiów z dalsza przyszło zwabionych radiowozami i karetkami prujących na sygnałach przez naszą uliczkę na zadupiu. Razem stwierdziliśmy, że wreszcie się coś dzieje ciekawego… Ramptoeristen hehe.

 A działo się, oj działo.  Nie dalej jak w październiku wspominałam inne atrakcje z udziałem tej samej osoby i nawet się zastanawiałam, co następnym razem odjaniepawli. O i proszę, nie trzeba było wiele czekać. Rozrywkowa to baba. Co jednak tak na prawdę jest lekko niepokojące, gdy mieszka się tuż obok takich typów.

Po południu w czwartek Małżonek udał się po Młodego do szkoły, a ja sobie w tym czasie komara przycięłam. Dlatego bardzo mnie zdziwiło pytanie chłopaków zadane po powrocie:

- Do kogo ta karetka przyjechała na kogutach?

-  Jaka znowu karetka? - sie pytam nie całkiem obudzona

- No ta - odpowiadają jednogłośnie Młody i Stary, pokazując przez okno.

Podnoszę się i patrzę, a tu faktycznie coś mryga na niebiesko za oknem. Poszliśmy na strych, bo stamtąd dobry widok na okolicę no i zobaczyliśmy, że znowu ci sami bohaterzy odgrywają scenę z taniego kryminału. Mówią, że nie ładnie podglądać ludzi, ale kto powiedział, że my się niby kiedykolwiek ładnie zachowujemy buachacha 😈. Ludzie, na wsi zwykle jest nuda, więc jak coś się dzieje, to każdy wychodzi popatrzeć. 

 Akurat naszliśmy byli na scenę, jak Karen* lekko okrwawiona zasuwa z determinacją na bosaka ulicą a za nią jej facet i ludzie z pogotowia. Tych ostatnich akuratnie było trochę, bo na dwie karetki przyjechali. Niezła akcja. Przyprowadzili ją pod dom, ale z gestów wyraźnie wynikało, że nie bardzo chce współpracować i raczej próbuje znowu nawiać. Słabo jej jednak idzie. Osunęła się na glebę i nie chciała lub nie mogła wstać. Być może wzięła albo wypiła za dużo. Takie wrażenie sprawia. Po okrwawionych nadgarstkach można się domyślać, dlaczego wezwano karetkę. W tym momencie nadjechał radiowóz na sygnale i policmajstry z lekkim niezdecydowaniem wkroczyli do akcji, która polegała na przekonywaniu Karen do współpracy, co z pierwa raczej marne efekty dawało. W końcu jednak Karen  powlokła się z ociąganiem do domu, skąd za kolejną chwilę została wyprowadzona przez gliniarza zakuta w kajdanki. No nieźle! Przyprowadzono łóżko, na które po dłuższych negocjacjach udało się w końcu położyć skutą Karen. Położono ją twarzą do spodu, a plecami i rękami w kajdankach do góry. Na koniec zapięto jeszcze pasy wokół jej ciała i wreszcie w takiej - jak na mój gust - niezbyt komfortowej pozycji wpakowano ją do karetki. I pojechali. Co obserwowaliśmy już ze stanowiska naziemnego w towarzystwie reszty sąsiadów. I pomyśleć, że to była taka spokojna i sympatyczna okolica dopóki ten przypał się tu nie sprowadził. Znaczy okolica nadal jest sympatyczna, nie licząc jednego czuba, o którym wszyscy pozostali mają już jednakie zdanie nawet jeśli muzyki słuchają w innych porach i innym natężeniu. 

Studniówka po flamandzku

Wracając do naszych przyziemnych spraw życiowych to Najstarsza powinna była w tym momencie szykować się do szkolnej imprezy odbywającej się na zakończenie szóstej klasy. Impra ma się rozpocząć wieczorem od pokazu mody w wykonaniu uczniów niektórych klas szóstych, gdzie klasa Najstarszej ma prezentować zarówno własnoręcznie uszyte ubrania jak i odzież z jednego sklepu, który zgodził się na współpracę. Po pokazie zaplanowano potupaję dla uczniów i ich rodzin z obowiązującym dresscodem „black & white”. Najstarsza zdecydowanie nie chciała w tym uczestniczyć i okazało się, że nie musi. Mentorka wykazała pełne wsparcie i zrozumienie dla naszej Córki. Najstarsza poszła zatem dziś zwyczajnie na swój staż, a wieczór może spokojnie spędzić we własnym pokoju zajadając pizzę, którą właśnie zamówiliśmy. 

Na kolejny tydzień przewidziane są jednak dalsze obchody zakończenia szkoły. W normalnych okolicznościach tutejsze średnie szkoły obchodzą „studniówkę”, czyli świętują 100 dni do zakończenia szkoły. Nie ma to jednak wiele wspólnego z polską studniówką. Tutaj, jak wnioskuję z opowieści nastocórek, szkołę żegna się w ciekawszy sposób, który bywa wcale nie rzadko związany z wandalizmem i ogólnym bałaganem, czyli np obrzucenie szkoły jajcami i tonami konfetti itd. Nawet jak na drugi dzień muszą to sami przymusowo sprzątać i być wzywanymi do dyrektora. Imprezy taneczne, jak choćby wyżej wspomniana, też oczywiście się odbywają. 

Nauczyciele próbują oczywiście tę chamską tradycję (tak samo jak chrzest „kotów”) skierować na bardziej przyjazne tory. I tak w szkole Najstarszej mamy legalne sprayowanie kolegów i przebieranie się. Jako się rzekło normalnie odbywa się to 100 dni przed końcem roku, ale że korona zablokowała zabawę, to w tym roku odbędzie się na 50 dni przed końcem. Już dziś dostaliśmy informację, że w następny piątek młodzież z całej szkoły ma założyć ubrania, które mogą zostać upaprane farbą. Podają też, przy którym wejściu szóstoklasiści będą lać farbami (zmywalnymi), a przez które można przejść na sucho. W pozostałe dni tygodnia szóstoroczni będą do szkoły przychodzić przebrani. 

Urodziny z czteromiesięcznym opóźnieniem. 

Młody z kolei dziś po raz pierwszy od wielu miesięcy poszedł na imprezę urodzinową do kolegi. Kolega obchodził urodziny w grudniu, ale kto komu zabroni zorganizować przyjęcie pół roku później? Młody nie mógł się doczekać. Tylko ja trochę się boję o jego zdrowie, bo to urodziny w parku trampolinowym, gdzie łatwo o przebrykanie lub wbryknięcie na drugiego ludzia czego skutki mogą być różne. Zabawa jednak na pewno będzie przednia. W sumie to sama bym poszła do tego przybytku, gdyby nie fakt, że jestem za stara. Znaczy nie żeby mentalnie tylko fizycznie. W sensie, że zaworki już by nie wytrzymały skakania. Chyba żeby tak pampersa założyć… 🤨🤪. Dziwne jednak wydaje się, że nagle ktoś urządza urodziny. Odzwyczaiłam się już. Młody ma dziś jeszcze próbę chóru, ale nie wiadomo, czy jeszcze mu się będzie chciało śpiewać po dwóch godzinach skakania. Nie długo mają występy publiczne i w sumie dobrze by było, gdyby poszedł, ale zmuszał go nikt nie będzie.

Ileż to ciekawych rzeczy może się zdarzyć w ciągu jednego tygodnia. A przecież rzadko kiedy się nie dzieją. Choć myślę, że niektórzy ludzie nie potrafią uważnie patrzeć wokół siebie i wiele zdarzeń, które dzieją się tuż obok, im zwyczajnie umyka. Niektórym zaś bezduszny i ogłupiający telewizor przesłania kolorową i bogatą rzeczywistość. Wolą żyć życiem innych ludzi, nie rzadko fikcyjnym, aniżeli swoim własnym. No i dlatego ja mam zwykle problem z dogadaniem się i wzajemnym zrozumieniem z takimi osobami. Nie mam bowiem bladego pojęcia, co dzieje się w medialnej rzeczywistości  i gówno mnie ona, szczerze mówiąc, obchodzi. Nie dogadamy się. Chyba żeby oni któregoś dnia postanowili zejść na ziemię… 




*) Imiona zmyślone. Wydarzenia rzeczywiste. Mniej więcej.

16 czerwca 2018

Czytać po polsku belgijskim dzieciom? Czemu nie

Nasze panie przedszkolanki wpadły na ciekawy pomysł - czytanie dzieciom w różnych językach. Belgijskie szkoły (i przedszkola) mają to do siebie, że w każdej prawie klasie są dzieci z różnych krajów, które w domu mówią w innym języku, niż ten którym posługują się w szkole. I tak jakiś czas temu panie zapytały innojęzycznych rodziców i dziadków, czy zechcieli by wpaść któregoś dnia  do szkoły i poczytać dzieciom coś w swoim języku ojczystym? Niektórzy zechcieli. 

Ja byłam w szkole w zeszłą środę poczytać bajkę o lwach, którą wcześniej musiałam przetłumaczyć z niderlandzkiego na polski. Tutaj jest seria dwujęzycznych książeczek nic-nac i po polsku też są, ale o lwach, który to temat właśnie przerabiano w szkole, nie było. Zatem pani wysłała mi książkę niderlandzko-turecką mejlem, ja przetłumaczyłam na polski i odesłałam, a pani wydrukowała, zalaminowała każda kartkę i zbindowała. Tak powstała niderlandzko-polska książeczka na potrzeby danej chwili. Oczywiście ja ją zaraz zepsułam - po przewróceniu drugiej kartki wszystko się rozsypało haha. Mistrzyni chaosu po prostu.


Wcześniej pani przeczytała tę samą książkę po niderlandzku, więc dzieci znały jej treść, a dzięki obrazkom mogły sobie przypomnieć, o co chodzi. Po zakończeniu czytania, wszyscy próbowali powtórzyć różne polskie wyrazy - najpierw te związane z tematem książki, a potem dzieci mogły same pytać o różne słowa. Dziwne było, że "mama" to "mama", ale "papa" to "tata". Super śmieszna okazała się "kanapka" - po niderlandzku "boterham". "Dziękuję" zaś jest wyrazem niewymawialnym ani dla dzieci, ani dla pani :-) Wybierając się do szkoły, kupiłam trochę polskich słodyczy - niestety w sklepiku były tylko Michałki i Mieszanka Wedlowska, a galaretki dla większości belgijskich dzieci są bleeee. Tak samo jak dla mnie większość belgijskich tak wszedzie zachwalanych czekoladek. No mówcie co chcecie, ale mne żadne belgijskie czekoladki nie przekonują, a próbowałam większości z tymi drogimi ręcznie robionymi włącznie. Fuj fuj fuj! Gorsze już są chyba tylko czarne żelki. Jedno, co na prawdę dobre jest w Belgii ze słodkich rzeczy to speculoos. Smarowidło już mi się trochę przejadło, ale ciastka chyba się nigdy nie znudzą pycha.

No ale dobraaa, wróćmy do szkoły, bo chciałam jeszcze opowiedzieć o jednym pomyśle, który mi się spodobał. W 3 klasie - jak wiadomo - uczą się liter, no i w klasie Młodego mają literkowy kufer. To taki zabawkowy kuferek - dość duży, cały oklejony literami. Ten kuferek poszczególne dzieci zabierają od czasu do czasu do domu, a pani wkłada tam literkę którą akurat przerabiają i zadaniem dziecka jest znaleźć w domu coś na tę literę i zabrać do szkoły. Nie może to być pierwsza lepsza rzecz, bo zabawa polega na tym, by reszta dzieci odgadła co siedzi w kufrze i zaczyna się na taką a nie inną literę. Młody przyniósł literkę K. Konijn czyli królik był świetnym pomysłem, ale się nie zmieścił do kufra. Koe, czyli krowa tym bardziej. Młody zabrał zatem malutką "kussentje" czyli poduszeczkę. Bardzo fajna zabawa i ciekawe zadanie domowe.

U starszaków też było ciekawie, choć już nie tak fajnie. We wtorek Młoda ze trzy razy rano powtórzyła, że mają ostatnią lekcję wuefu i że pewnie nauczyciel da im na koniec wycisk i że sie znowu upoci jak świnia. Miała ewidentnie jakoweś złe psieczucia, bo koło jedenastej zadzwonili do mnie ze szkoły i powiedzieli że Młoda siedzi w piwnicy w sali chorych. Już myślałam, że jak zwykle ból brzucha, a tu niespodzianka, coś nowego - skręcona kostka tym razem. Ha! I co ja niby mam uczynić z taką informacją będąc zajętą myciem czyjegoś sraczyka? Co, rowerem po nią pojadę i na szprychę ją wezmę?

Dobrze, że tata akurat był tego dnia w domu. Plany co prawda miał inne, niż siedzenie pół dnia na pogotowiu, no ale dobrze, że był i pojechał po tego lesera i zawiózł na pogotowie, gdzie jej kopyto sfotografowali i stwierdzili skręcenie. To nawet poszło szybko jak na szpital, ale potem czekali, i czekali, i czekali, i czekali... 4 godziny aż jakiś uczony w piśmie wypełni te wszystkie durne papiery. Młoda mało z głodu nie umarła, bo śniadania za wiele nie zjadła, a potem już nie było okazji się pożywić. Co gorsza swój telefon zostawiła nieopacznie w tornistrze, a  tornister tata zaniósł do domu, gdy wstąpili tam po dowód tożsamości Młodej. Jak żyć, panie, w takich warunkach - bez jedzenia, telefonu, kawy...? Do tego jeszcze mieli za mało drobnych na parkometr, a tam cywilizajca nie dotarła i parkometry na monety zamiast normalnie na kartę no i mieli tylko na godzinę, a parkingowy przylazł zaraz, jak tylko czas się skończył i wsadził za wycieraczkę świstek na 15€. No cóż, przy tym szpitalu nie dało się widocznie wjechać na parking dla karetek, jak to ostatnio zrobili, gdy Młoda miała zarządzone badania wszelkie. Nie to że specjalnie po chamsku, ale zwyczajnie zakręcony stresem przedszpitalnym M_Jak_Mąż po znalezieniu rzeczonego szpitala wjechał na pierwszy lepszy parking, jaki się napatoczył i dopiero potem zajarzył, że to był parking dla dostawcow i karetek haha. No ale co, VIPy przeco nie będą na zwyczajnym parkować c'nie? Nawet się nikt nie zapytał, czy im wolno.

Młoda na początku schodziła po schodach na zadku i wszystko kazała sobie wnosić i znosić do/z pokoju, a to laptop jej zanieś na dół, a to pić jej przynieś do pokoju. Potem skakała jak polny konik, czy raczej słonik, na jedenj nodze. A teraz chodzi jak Mżawka ze Smoka Wawelskiego się skradając. Jeszcze ma jeden dzień na ćwiczenie różnych metod poruszania, bo w poniedziałek trzeba przecie zasuwać rowerem do szkoły, wszak najważniejsze egzaminy do napisania zostały, a do tej budy nie da się inaczej dostać w czasie testów. Autobus za często się spóźnia, by ktoś ośmielił się zaryzykować. Zresztą 2 kilosy do przystanku też nie przefrunie raczej. Spóźnisz się 5 minut - do widzenia, po egzaminach. Zatem komu w drogę, temu rower. Że nie da się rowerem ze skręconą kostką? Eeee ja ze skręconą kostką pojechałam na obóz karate. 3 treningi dziennie codziennie i nie ma że boli :-) Biegałam na boso (znaczy jednym kopytem w bandażu) po 3 kilometry po asfalcie. Trochę dłużej mi zajmowało to niż innym, ale wojownicy się łatwo nie poddają. Trochę dłużej się goiło niż powinno, ale czego się nie robi dla swojego hobby i pokazania innym że nie jesteś cieniakiem :-) Ona też jakoś sobie poradzi, bo pewnie nie będzie mieć innego wyjścia... W ostateczności tata weźmie te 3 dni wolnego, ale to w ostateczności...


Mnie zaś się znowu cosik popsuło - energia się wyczerpała i nie może się naładować zwyczajnymi metodami. Przy przemęczeniu każą pić dużo wody. Piję dużo wody, mleka, soków, herbat i co 5 minut muszę siusiu, poza tym nic się nie zmieniło. Każą uzupełnić magnez - ja nie rozstaję się z tabletkami od dawien dawna. Dostałam też w aptece inne tabletki przeciw zmęczeniu - różne witaminy i minerały. Nie pomogły jak dotąd a już minęło sporo czasu. Zalecają jedzenie dużej ilości owoców. Uwielbiam owoce tak samo jak słodycze i zawsze jem dużo. Nie działa. Mówią, żeby ograniczyć kawę... Nie jestem fanem kawy. Piję 1-2 kubeczków (malutkich do expresu) dziennie i to z mlekiem i cukrem. Radzą więcej spać. Nie mogę spać więcej niż 8-10 godzin, bo nie mam na to czasu, a 8 nie pomaga. Poza tym musze często chodzić do wc, bo piję dużo wody i to mi przeszkadza w spaniu :-) Ma ktoś jeszcze jakieś superowe sztuczki, tricki, rady na przemęczenie? Tak, słyszałam że bezrobocie jest skuteczne, ale to z kolei na głowę szkodzi... Spróbuję dociągnąć do urlopu, ale jak poniedziałek będzie taki sam jak mijający tydzień to idę po wolne do doktora, bo to nima śmiocio jak masz zawroty głowy podczas jazdy rowerem albo chodzenia z wiadrami po schodach - zabić się można o ścianę albo żywopłot. Myślę, że wszystkiemu winna ta moja nienormalna przemiana materii - co zjem to się spali i dupa. Do roboty noszę masę żarcia - kanapki, termos herbaty, mleko, ciastka, owoce, woda. Często jeszcze u klientów kawa, ciastka, czekoladki. Pochłonę to wszystko i nadal czuję dziurę w brzuchu. Ktoś jeszcze tak ma? Czy to jest normalne? Wkurza mnie to już. Ostatnio mam też jazdę na chipsy. Nigdy nie przepadałam za chipsami - tam parę przechrupałam, ale teraz gdy znudziły mi się czekolady i ciastka żrę chipsy. Nie wiem, może mi soli brakuje w organiźmie? Lekarze mówią, że przy niskim ciśnieniu powinno się pić kawę i używac soli, a ja ani za tym ani za tym nie przepadam.... Ale chipsy ostatnio wcinam jak małpa kit. Kiedyś zobaczyłam że na paczce XXL napisali iż tam jest 6-8 porcji buachacha. Dla kogo? Bo ja to sama na raz opitalam :-)