Pokazywanie postów oznaczonych etykietą schronisko dla zwierząt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą schronisko dla zwierząt. Pokaż wszystkie posty

10 maja 2026

Karmiłam małe kuny

W piątek karmiłam specjalnym mlekiem ze strzykawki dwie małe kuny. Bardzo przypominają małe koty. Takie same gramajdy nieporadne. Po nakarmieniu trzeba ich też posmyrać specjalnym wielkim wacikiem na patyku po siusiaku, żeby zrobiły siku. Dowiaduję się w azylu wielu ciekawych rzeczy o opiece nad zwierzętami. Ładne to stworzenia. Mam jednak nadzieję, że jak podrosną i zostaną wypuszczone, to nie przyjdą polować na nasze kury. Kuna po niderlandzku to marter, jakby kogo interesowało. Słyszy się o nich często w okolicy i zwykle w niezbyt pozytywnym znaczeniu. Kuny często zabijają ludziom kury, no i niszczą samochody, kiedy robią sobie w nich gniazda i przegryzają przewody. Mogą się też zagnieździć na strychu... No ale drapieżniki też mają swoje miejsce w naturze i w ekosystemie. Należy im się szacunek i pomoc, gdy tego potrzebują. 

mała kuna

kuniątko w inkubatorze

Pojawił się też nowy duży lis. Nie wiem, co mu było i dlaczego trafił do azylu, bo nie zapytałam, ale pracownicy mówią, że pora go już wypuścić. Najwyraźniej już dobrze się czuje. Skubaniec jest agresywny wobec opiekunów. Drań syczy, warczy i próbuje capnąć w nogę zębami, jak opiekun chce mu postawić miski z wodą i karmą, a do klatki trzeba wejść przez murek na wysokość kolan, cały czas odganiając to wkurzone przestraszone lisisko rękawicą i bardzo uważać. Takimi gagatkami na szczęście zajmują się doświadczeni pracownicy. Drań to, ale też ładna bestia. Ten też oczywiście może później przyjść na kury. Ogólnie kręci się ich tu po okolicy kilku rudzielców. Dlatego my pilnujemy, by każdego wieczoru zamknąć oba kurniki  i by żadna kurka nie została na zewnątrz spać, choć ze dwa czy trzy  razy coś takiego miało miejsce, kiedy któraś się gdzieś w kącie skitrała, zamiast wejść do kurnika, jak należy. Teraz staramy się sprawdzać, czy wszyscy obecni, zanim pójdziemy spać. 

Poza tym sprzątałam też znowu u dwóch grup ultraszybkich kaczątek i u łobuzerskich sroczych oraz szpaczych podrostków, co to już sami jedzą z misek, ale jeszcze trochę krótkie są (ogony im jeszcze nie urosły) i muszą trochę nad samodzielnością popracować. Rośnie to wszystko szybko i też pewnie wkrótce będą mogli opuścić azyl. 

Mnóstwo malców trafia teraz do schroniska z najróżniejszych powodów. Wszystkich próbuje się wykarmić i zaopiekować, by wypuścić, jak tylko staną sie na tyle samodzielne, by mieć szanse na przeżycie w naturze. Niektóre jednak są zbyt słabe, by przeżyć. Inne są zbyt chore czy zbyt poranione i trzeba je zeutanazować. Drobne zranienia się pielegnuje. Tak samo jak niektóre chore osobniki, o ile choroba nie jest zakaźna oczywiście. Szczególnie jeśli idzie o gatunki rzadkie czy zagrożone. 

Zwierząt egzotycznych czy domowych, czy to znalezionych w lesie, czy odebranych ludziom oczywiście się nie wypuszcza, tylko szuka dla nich nowego domu, gdy zostaną podleczone, zaopiekowane i ich stan na to zezwala. Psy i koty nie są u nas w ogóle przyjmowane, tylko wysyłane do odpowiednich schronisk w okolicy. 


Roboty teraz jest od groma. Rano w piątek np byliśmy w sześcioro przy maluchach i od 9 do 13 godziny zajmowaliśmy się intensywnie pierwszą turą karmienia wszystkich stworzeń połączoną z gruntownym sprzątaniem klatek, myciem misek, patyków do siedzenia itp. 

fartuszek opiekuna ;-)
Każdą klatkę trzeba codziennie dokładnie wymyć płynem odkażającym z wszystkich stron: sufit, ściany, podłogi. Niektóre klatki są małe i znajdują się piętrowo jedna nad drugą po dwie trzy. Każda z nich ma jednak podłogę i ściany wyłożone płytkami a sufity czasem są z plastikowych lub metalowych paneli. Z przodu są siatki takie czy inne oraz drzwiczki z szybkami z pleksy. Niektóre klatki są duże i do nich trzeba wejść, by je posprzątać i by połapać zwierzęta. Niektóre stworzenia przekłada się na czas sprzątania do pojemnika, inne przenosi po prostu od razu do czystej klatki. U jeszcze innych można sprzątać w obecności pacjenta. 

W piątek poza tym była w schronisku wycieczka ze szkoły średniej - jakiś kierunek związany z opieką nad zwierzętami. Oprowadzała ich i lekcje prowadziła wolontariuszka, która właśnie do takiej pracy się zgłosiła i przeszła specjalne przeszkolenie. 

Podczas przerwy kawowej wjechał jednak temat małolatów próbujących się migać od wykładu czy pracy podczas stażu. Szefu i paru innych starszych pracowników wymieniało momenty, jak to ścignęli uczniaków stojących gdzieś po kątach z telefonem w ręku, którym najwyraźniej często wydaje się, że jak nie są w szkole, to mogą se bimbać. 

okolica biura pracy

Jednego dnia miałam miałam do odebrania swój ulubiony zastrzyk w przychodni na wsi, a potem spotkanie w VDAB w mieście. Jako że spotkania dzieliło tylko półtorej godziny, nie było szans, by skorzystać z autobusu, bo ten wszak tylko raz na godzinę u nas się pojawia i to przy sprzyjajacym wietrze i to nie była właściwa godzina. Postanowiłam pojechać zatem rowerem, bo to tylko około 15 kilometrów, a droga prosta... Tak przynajmniej mi się wydawało, gdy o tym myślałam.... Okazało się jednak, że musiałam nie jedną litanię do wszystkich skurwysynów wygłosić, zanim dotarłam do tego śmiesznego biura pracy. Najpierw oczywiście było duże opóźnienie w wizycie u pielęgniarki... A nie, najsampierw to rano się okazało, że  przez pogodę - a padało ostatnio i gorąco było - chleb cały spleśniał... Połówkę porządnego chleba na zakwasie musiałam wywalić do kosza. Zjadłam więc tylko kromeczkę namiastki białego chleba sklepowego, a tym to sie człowiek nie naje za bardzo... Peszek. Potem był obsuw w przychodni.

Nie wiem, jak to się dzieje, że każdy umawia się na konkretną godzine, a potem przyjmią cię pół godziny później...? Co ci wszyscy ludzie robią u pielęgniarki? Gdy ustalasz se wizytę (także online) masz do wyboru różne opcje i podajesz, czy to zastrzyk, czy pobranie krwi, EKG itd więc jak kurde potem się okazuje, że ktoś siedzi tam dłuzej niż było zaplanowane? Co z tymi ludźmi jest nie tak? 

Nic to, miałam zapas czasu, a droga miała być prosta z przychodni. Była prosta dopóki nie trafiłam na zamkniętą drogę i objazd dla wszystkich. Czasem rowery mogą przejechać, ale tu nie mogły. Urwał Nać! Wróciłam zatem na drogę główną i wybrałam swoją standardową ścieżkę rowerową na skróty. Która okazała się również zamknięta z powodu jakichś robót i też się nie dało przejechac. Znowu trzeba było nawracać. Ja cierpię dolę! Dla roweru każdy kilometr to dużo jak ci się spieszy, szczególnie jak jesteś głodny i wkurzony. Nie chciało mi się zatrzymywac, by sprawdzać godzinę, bo se durna wzięłam dresy bez kieszeni z tyłu, więc telefon trzymałam w plecaku, a to za dużo roboty, żeby zobaczyć czas. Nie wiedziałam zatem, czy zdążę, czy nie i dusiłam na te padały z całych sił, których nie miałam, bo byłam głodna i zestresowana, bo nie lubię jak mi się plan sypie i muszę kombinować. Upociłam się jak świnia, zanim dojechałam, ale jak dojechałam pod biuro pracy, to sie okazało, że mam jeszcze 15 minut czasu. Uf. Poszłam zatem do Panosa na kawę i tartę ryżową (bo wszystkie niesłodkie-rzeczy-które-lubię już plebs wyżarł). Jeszcze nawet do kibla zdążyłam przed spotkaniem. Baba przyszła na szczęście na czas. 

Poinformowalam ją, że po wszystkich dniach informacyjnych, jakie zaliczyłam, doszłam do wniosku, że kurs i robota krótą mi proponowała, są dla mnie niewykonalne na ten moment, a do pracy w bibliotece praktycznie nie mam szans sie dostać ze względu na brak stosownych dokumentów i bycie obcokrajowcem. Przynajmniej w tej prowincji, w której mieszkam. 

Ona na to, że w takim razie ona proponuje mi spersanolizowaną ścieżkę wsparcia (sprawdziłam w necie i tak po polsku na to chyba mówią) organizowaną przez jakąś firmę, za który to trajekt jednak płaci biuro pracy, czyli państwo... 

"Razem wyruszymy na poszukiwanie twoich talentów, motywacji i zainteresowań. Zapoznamy się również z przeszkodami, które stoją ci na drodze do dobrej pracy" krzyczą jakieś zadowolone młode pyski z ulotki, którą utrzymałam od baby. Dalej piszą, że "kołcz zapozna mnie z okolicznym rynkiem pracy i powie mi, które sektory są dla mnie szansą, a w których mało szans jest na zatrudnienie i że wspólnie stworzymy mój profil i odkryjemy, co jest dla mnie najlepsze".  

Owo profilowanie ma trwać trzy miesiące i składać się z sześciu spotkań. Pierwsze co mi na myśl przychodzi, po przeczytaniu tej ulotki to "srali muchy będzie wiosna, bedzie lepiej trawa rosła". Tego typu akcje jakoś kojarzą mi się z wizytą u wróżki, czy innej tam Cyganki i wróżeniem z fusów. W sensie, że za grube pieniądze powiedzą ci, co już wiesz i co jest oczywiste, ale tak byś pomyślał, że właśnie odkryłeś Amerykę, a co w rezultacie i tak gówno ci da...

Nie wierzę za bardzo, że w moim przypadku ma jakikolwiek sens takie "odkrywanie moich talentów". To może być dobre dla ludzi młodych i pięknych, którzy mają pokończone studia o różnych kierunkach, znają po 3 języki itd nie dla starej styranej 50-letniej baby... No ale dobra. Pójdę i zobaczymy, co to za głupoty. Może jeszcze mnie zaskoczą, kto wie. Może istnieje jeszcze jakaś praca, o której dotąd nie pomyślałam, a którą mogłabym wykonywać na jakąś część etatu...? Tyle tylko, że zaraz potem otrzymałam mejl od nich z ankietą do wypełnienia i tam były te wszystkie wkurzające pytania, na które mogłam odpowiedzieć tylko "a chuj wie" albo "a spierdalaj!". Jak już widzę pytania tego typu, od razu mnie nerw bierze i myśli mordercze mi się pojawiają. O jakich pytaniach mowa? Ano o takich tego typu:

Jaka jest praca twoich marzeń? - No jaka-kurwa-kolwiek, którą dam rady wykonywać! Praca marzeń, kurwa! Co ja mam 15 lat, by żyć marzeniami? 

Rzeczy, którzych nauczyłeś się na kursach i w poprzednich zawodach, które możesz wykorzystać w kolejnej pracy. - Buachachachacha!

Twoje talenty, dyplomy  i umiejętności. - A spierdalaj! 

Jakie branże i firmy w twojej okolicy najbardziej cię interesują? - Buachachacha. Kurwa, człowieku ja mieszkam w pipidówie dolnej a tu nie ma się czym interesować.

Zanotowałam tutaj przykładowe odpowiedzi, jakie mi na myśl jako pierwsze przychodziły haha. W dokumencie nie wypełniłam nic poza jakimis ocenami od zera do dziesięciu nt swoich motywacji, chęci i innych tego typu pytań liczbowych. Tak, wkurwiły mnie te pytania już na dzien dobry i potwierdziły tylko to, co napisałam powyżej o wróżeniu z fusów.

Nie wiem, skąd pomysł iż w w ogole można stworzyć jeden uniwersalny zestaw pytań dla każdego człowieka szukającego pracy. Te pytania "zapoznawcze", które dostałam to pytania dobre dla ludzi wykształconych szukających lekkiej szpanerskiej pracy za biurkiem, dla ludzi robiących tzw kariery. 

To nie są pytania dla ludzi szukajacych po prostu jakiejś pracy. Zakładam zatem, że to całe śmieszne profilowanie też nie jest za bardzo dla takich osób jak ja ani też dla innych ludzi wykonujących po prostu taką czy inną pracę fizyczną... Dla takich jak ja to prędzej nadał by się jakiś zakład pracy chronionej czy coś a nie "robienie kariery" i "szukanie pracy marzeń".

Nie ukrywam, że zgłaszając się do urzędu pracy liczyłam właśnie na to, że zaproponują mi właśnie bardziej coś w ten deseń. Jakby nie patrzeć ja mam prawie 50 lat, jestem na inwalidzkim i jestem obcokrajowcem... Nie da się ze mnie zrobić zgrabnej młodziutkiej eleganckiej laseczki posiadajacej tytuły i bogate doświadzcenie zawodowe, władającej do tego biegle siedmioma językami.

Doszłam do wniosku, że biura pracy w ogóle nie są przygotowane na pomoc ludziom prostym szukającym prostej pracy, po prostu szukającym jakiejkolwiek pracy. Wszystko co dotąd zobaczyłam, czy to sama czy na przykładzie córki, wskazuje na to, że oni ogólnie nastawieni są na ludzi robiących kariery, czy ogólnie młodych wykształcocnych ludzi, którym po prostu się obecna praca znudziła i szukają jakichś nowych doznań. Ktoś taki jak ja czy Małżonek albo Córka nie mieszczą się za bardzo w kategoriach urzędu pracy i chyba w ogóle aktualnego popierdolonego rynku pracy.

No dobra, przyznaję się do winy! Moja decyzja o próbie szukania pracy była czystą głupotą. Jestem skończonym debilem. Jak można się było w ogóle łudzić, że ktoś pomoże mi znaleźc pracę w takich okolicznościach. W tym kraju to może trzeba raczej szukać coraz to lepszych i nowszych powodów, by nigdy do pracy nie musieć iść... Patrząc na to, co się dzieje wokół, to może lepiej posiedzieć i poczekac, aż w koncu wszystko jebnie... Ale chuj im wszystkim na grób.




Młody w tym tygodniu miał kontrolną wizytę u zębowej wróżki i wynalazła mu jeden malutki ubytek, który trzeba naprawić. Od razu umówiła dla niego wizytę. Kolejnego dnia był na kontroli u swojej orto i dowiedział się, że aparat jeszcze około pół roku będzie nosił. 

Udało mi się wreszcie znaleźć pastę do zębów dla Najstarszej. Zamówiłam kiedyś w jakiejś aptece internetowej ELMEX BEZ MENTOLU i trafiony zatopiony! Nie boli w pysk. Najstarsza zadowolona. Wcześniej używała smakowych past w piance, ale one szybko się psują i ogólnie gówniane są. Najstarsza przetestowała najdziwniejsze pasty o jeszcze dziwniejszych smakach, aż w końcu poczytała internety i stwierdziła, że może mieć uczulenie na mentol i jeszcze coś tam o dziwnej nazwie, no więc poszukałam past bez tych składników i kupiłam dwie. Jeszcze ma Weledę do przetestowania, ale Elmex jest git. To popularna marka i na pewno da się to kupować też w okolicznej aptece, jeśli się wcześniej zamówi, bo akurat tej nigdzie na wsi nie widziałam wcześniej.

Kupiłam jej też specjalne mydło do rąk bez mydła, bo wszystkie, których używamy na co dzień, nieludzko wysuszają jej skórę. Myła sobie dłonie żelem do twarzy, ale testujemy pierwsze mydło bez mydła i zobaczymy. Kosztuje prawie dychę za flakon, ale jakby działało to niech będzie. W koncu jak tylko ona bedzie tego używać, to na pół roku jej starczy.



Poza tym w tym tygodniu miałam kilka bardzo złych, depresyjnych dni, że myślałam, iż nie uciągnę. Ot tak, bez żadnego spektakularnego powodu, bo czasem tak jest. Po prostu. Że spadasz na dno i leżysz tam w ciemnym śmierdzącym gównie nie widząc nawet najsłabszego światełka w tunelu i nie masz sił się podnieść. Potem nagle bum i zaczyna świecić słońce pełną pizdą i wszystko jest normalnie, jakby nigdy nic. I nawet spać możesz w nocy i wstajesz bez wysiłku, a nawet zapierdalasz w dzień jak mały samochodzik i ugotujesz, posprzatasz, pranie zrobisz, a nawet ciasto upieczesz i posprzątasz w jakieś zapomnianej szufladzie czy wyniesiesz na strych rzeczy, które całe tygodnie na to czekały. A potem znowu innego dnia nagle obudzisz się przyduszony tonowym kamieniem i ledwo zwleczesz się z wyra, a potem całe dnie znowu będą walką ze samy sobą i bedziesz walczyć sama ze sobą o każdy najmniejszy ruch, każdy krok, każdy wykonany telefon, każde powstanie z kanapy, każde wypowiedziane słowo, każdy uśmiech, a każde wyjśćie z domu zdawać się będzie nadludzkim osiągnięciem. Taka własnie była dla mnie większość minionego tygodnia. Nienawidziłam siebie i swojego życia. Nie chciało mi się żyć. Na nic nie miałam sił ani ochoty. I ta ogromna pustka oraz uczucie bezsensu. Brak umiejętności cieszenia sie z czegokolwiek. Brak motywacji do jakiegokolwiek działania. Niemoc. 

Przy każdym takim samopoczuciu ujowym czytam od nowa o terapii hormonalnej i skutkach ubocznych tego gówna, którym się faszeruję, by przypomnieć sobie, że ta rozjebana psychika to jeden z nich. No i że na długeij liście są też oczywiście:  zmęczenie, męczliwość, bezsenność, kołatania serca, skurcze mięśni, cierpnięcie dłoni, uderzenia gorąca, zawroty głowy, depresja itd itd. Mam to, znam to. 

W trudnych chwilach czuję, że powinnam umówić się znowu do swojej psycholożki, zanim trafię na krawędź dachu, bo czuję, że mogę sobie sama nie poradzić z wyjsciem na prostą, ale jak jestem na dnie, to nie mam na tyle siły, a znów, jak zaświeci słońce i poczuję się lepiej, to z kolei nie mam odwagi i chęci. Wizyty u psychologa są cholernie trudne i jeszcze bardziej męczące. 

Może kiedyś się wezmę... Może jeszcze muszę dojrzeć do tego kroku... A może poradzę sobie jednak sama.


Z racji kiepskiego samopoczucia w kuchni nie pojawiało się za dużo jedzenia, bo to jest jedna z ostatnich rzeczy, o jakiej myslisz będąc w czarnej dupie. Dopiero jak mi się poprawiło, zajrzałam do garów. Zrobiłam gołąbki dla Młodego. Sama zjadłam jednego, ale raczej słabo mi wchodzą rzeczy z mięsem mielonym, bo za bardzo śmierdzą. Najstarsza też coś tam zjadła. Małżonek też coś z jednego zjadł. Młoda nie miała spamku na gołąbki, więc wegańskich nie robiłam, choć nie-mięso mielone też było kupione. Kury nawet lubią. Coś mi się wydaje, że to mogłby być ostatnie gołąbki w naszym domu. Wnet na pewno się nie pojawią, skoro nikt nie chciał ich za bardzo jeść.

W piątek na fali radosnej euforii i odzyskania pozytywnego nastroju oraz ujrzenia w sklepie rabarbaru, upiekłąm ciasto rabarbarowe z bezą. To w przeciwieństwie do gołąbków spotkało się z entuzjastycznym odbiorem i zniknęło w mig w paszczach. Młody nie lubi takiego warstwowego ciasta o różnych teksturach w jednym miejscu, ale reszta owszem.

Któregoś innego dnia ugotowałam jeszcze makaron z czterema serami. Pomyślałam, że każdemu powinien posmakować. Zrobiłam też karmelizowaną gruszkę na wieszch i prażone orzechy. Młoda powiedziała, że śmierdzi, a gruszka wygląda ohydnie. Młody powiedział, że nie jest głodny a gruszka wygląda ohydnie. Najstarsza zgodziła sie co do gruszki i zapachu, ale zjadła z ciekawością, a nawet wzięła dwie dokładki. Mnie samej smakowało bardzo razem z gruszką (tyle, że większość gruszki wylądowało w koszu, bo dla mnie samej za dużo było, a na drugi dzień już nie była dobra). Kury też nie pogardziły makaronem, choć dla nich to niezbyt zdrowe.

Małżonek gotuje często dla siebie i ewentualnie dla Najstarszej potrawy mięsne. Mówi, że mam na niego nie patrzeć tylko gotować dla siebie, jak uważam. On se poradzi. Czasem oczywiście je nasze bezmięsne dania, niekiedy dodajac do nich jakiejś kiełbachy czy innego mięcha. Nie wszystko jednak jest po jego myśli, więc czasem gotuje se duży gar rosołu czy innego tam makaronu z mięsem na kilka dni.

Nie ma jednego uniwersalnego rozwiązania przy tylu skomplikowanych i problematycznych osobnikach, ale próbujemy różnych opcji i konfiguracji. Nie wszystko się sprawdza, ale jakoś sobie trzeba radzić.




śmierdzący makaron 4 sery i ohudna gruszka






25 kwietnia 2026

Wolontariat w schronisku dla dzikich zwierząt

 Zaczęłam wolonariat w schronisku dla ptaków i dzikich zwierząt. 

W tym tygodniu byłam dwa razy:  jechałam tam na 9-tą i zostawałam gdzieś do południa. Nie mam narzucone z góry  żadnych ram czasowych, w których muszę przychodzić. Samemu się decyduje, kiedy się chce przyjść pomagać. Ludzie przychodzą i wychodzą o różnych godzinach i w różne dni. Po prostu, gdy mają czas. W czwartki tylko nie jest się mile widzianym, bo w ten dzień są stażyści i było by zbyt tłoczno. 

sprzątałam dwa razy pokój tego cudnego stworzenia 🦉

Pierwszego dnia, gdy tylko weszłam na teren schroniska, miły młody człowiek zaprowadził mnie do kantorka, gdzie mogłam wybrać sobie fartuch i potem poszliśmy do działu dla "dzieci", gdzie od razu mogłam z ciepłej szafy wyjąć pierwsze pudełko z pisklakami, które nastepnie karmiłam robakami moczonymi w wodzie za pomocą długiej pincety. Uprzednio musiałam oczywiście założyć rękawiczki jednorazowe. Po zakończeniu karmienia zapisuje się godzinę i podany pokarm oraz jego ilosć, no i swoje imię. Potem bierze się czysty pojemnik i przekłada małych pacjentów do niego, następnie odkładając je do z powrotem do "szafy". Na koniec myje się brudny używany pojemnik w wielkim zlewie ciepłą wodą z płynem odkażającym, wyciera go do sucha ścierką, wykłada czystym ręcznikiem papierowym, i odstawia na stół, by był gotowy na kolejne maluchy. Takich pojemników mają tam wiele w róznych rozmiarach. Do niektórych wkłada się jeszcze miskę metalową lub glinianą wyłożoną papierem, by stworzyć przytulniejsze mniejsze gniazdko. Potem karmiłam jeszcze m.in. surową wołowiną małe sroczątko. Poza tym sprzątałam wybiegi małych kaczuszek, gęsiuszek i sówek, wymieniając przy tym wodę (kaczkowate), karmę itp. Wybiegi wyłożone są gazetami, które codziennie się zmienia, a cały wybieg/klatkę szoruje się dokładnie wodą z płynem odkażającym i wyciera do sucha.

Drugiego dnia mogłam posprzątać  u młodego liska i nakarmić wiewiórki. Z tymi drugimi trzeba uważać, bo - jak mnie pouczyli starzy pracownicy - diabelstwo jest szybkie i w mnieniu oka mogą nawiać z klatki. Klatka ma jednak dwoje drzwi: duże i malutkie. Gdy nie trzeba sprzątać, a nie trzeba było, bo sprząta się raz na kilka dni, gdyż klatka wielka a wiewióreczki nie srają jakoś dużo ani nie jedzą paskudztwa jak drapieżniki, to miski wyciągnie się i włoży małymi drzwiczkami. Wiewiórki dostają wodę, karmę dla papug (ziarna i orzechy) oraz pokrojoną marchewkę. 

danie dla wiewiórek 

Ogarnianie lisa wymaga jeszcze więcej uwagi z racji tego, że lisy mogą przenosić choroby no i że to drapieżne zwierzę. Najpierw trzeba przygotować szamę w czystej klatce. Dostaje on miskę z wodą, miskę z mlekiem (które uprzednio trzeba przygotować ze specjalnego proszku i wody) oraz kilka martwych kurcząt.  Gdy nowy pokój gotowy, należy złpać lisa  używając do tego specjalnych rękawic i przełożyć łobuza do nowego apartamentu. Potem już można spokojnie brać się za sprzątanie brudnej klatki z zachowaniem szczególnej ostrożności, zarówno podczas samego sprzątania jak i mycia, odkażania misek. Nie należy zapomnieć oczywiście o zdjęciu rękawiczek i umyciu pożądanym rąk i założeniu czystych rękawiczek zanim człowiek zabierze się za kolejne zwierzaki.

zajadamy


Koło 10tej jest przerwa na kawę a w południe obiadowa i wtedy wszyscy schodzą się do kantyny, gdzie można zrobić sobie kawę, wziąć napój w butelce i spożyć albo zwyczajnie posiedzieć przy stole. Spodziewałam się, że będzie tam gwar, ale pierwszego dnia ludzie po prostu wyciągnęli swoje telefony i siedzieli przez kwadrans czy pół godziny skrolując sobie internety. Tylko ze dwie osoby ze stałego składu pracowniczego o czymś tam czasem zagada do siebie. Drugiego dnia już było o wiele głośniej i weselej. Pewnie dlatego, że więcej kobiet było haha.

Przed wyjściem na przerwę wszyscy wyrzucając rękawiczki i porządnie szorują ręce. 

W pomieszczeniu w którym pomagałam, przebywają głównie maluchy różnych zwierząt w różnych klatkach. Niektóre są ogrzewana specjalnymi lampami, inne - jak te "szafy" po prostu całe są ogrzewane, inne nie są ogrzewane w ogóle. Są tam też inkubatory. Pomieszczenie połączone jest z magazynem żarcia dla różnych gatunków oraz kuchnią, gdzie przygotowuje się szamę. Z drugiej strony jest sekretariat, sklepik (można kupić różne gadżety jako cegiełkę) i gabinet weta. Dalej na zewnątrz są wybiegi dla większych i starszych zwierząt, strefa pomarańczowa, kantyna i ciepłe pomieszczenie dla dorosłych zwierząt potrzebujących specjalnej troski (tam nie byłam jeszcze). 



Jakie zwierzęta przebywają w azylu? Takie, jakie można spotkać w lesie i na polu. Najczęściej są to kaczkowate, jeże, wiewiórki, sowy, zające i króliki, nietoperze, gołębie, myszy, boćki, łabędzie, sarny itp. Niestety w tym azylu znajdują się również żółwie, egzotyczne węże, czy ptaki (np papugi), które nie żyją u nas na wolności, ale czasem je można znaleźć, bo uciekły albo jakiś debil je wyrzucił. Czasem są też odbierane z domów podczas interwencji albo czyjejś śmierci, gdy nie ma kto się zająć zwierzęciem. Dla egzotów po ich wyleczeniu szuka się zwykle nowego domu (adopcja). Ale są tam np też dwie sowy śnieżne, których nie można trzymać legalnie w domu i które nie mogą też żyć w naszym klimacie, no więc po prostu siedzą w azylu, choć może kiedyś do jakiegoś ogrodu zoologicznego zostaną przekazane. 

Niektóre zwierzęta oczywiście wymagają eutanazji, czy to z powodu zbyt dużych obrażeń, czy to chorób zakaźnych. Prowadzenie takiego azylu i praca w nim to nie jest prosta sprawa. Czasem na pewno trzeba podejmować bardzo trudne decyzje. Zwykle człowiek nawet nie zastanawia się nad takimi sprawami. Już po tych zaledwie dwóch dniach uświadamiam sobie, ile to jest pracy i ile odpowiedzialności spoczywa na prowadzących takie schroniska, ile rzeczy trzeba mieć na uwadze. No i ile trzeba mieć na to wszystko pieniędzy, a to schronisko jest organizają prywatną. Jakieś tam dofinansowanie otrzymują, ale większość kosztów muszą pokryć sami, więc nieźle się muszą nagłowić, nachodzić, nakombinować, by zdobyć potrzebną forsę, sponsorów, donacje etc. 

Gdyby ktoś chciał chciał dorzucić coś od siebie, niech leci na stronę  schroniska VOC Malderen gdzie można np virtuele geschenk, czyli wirtualny podarunek (donację) zrobić wpłacając wybraną kwotę na karmę czy na opiekę dla zwierzaków albo kupić jakąś pierdołkę.


O wolontariacie w Belgii ogólnie już kiedyś pisałam. Jak ktoś se chce przypomnieć, niech leci TUTAJ.


Poza tym życie toczy się dalej tym samym torem.

Byłyśmy też z Córką na wspominanym we wcześniejszych wpisach wieczorze informacyjnym dotyczącym pracy w szpitalu przy sprzątaniu i w kuchni.

Na temat kuchni tylko sobie prezentację na ekranie obejrzałyśmy i stwierdziyśmy, że to nie dla nas. Było jeszcze godzinne oprowadzanie, ale na pierwsze nie zdążyłyśmy, bo zagadałyśmy się z panią opowiadającą o sprzątaniu, a drugie było dla nas za późno. Nie zdąrzyłybyśmy potem do autobusu, a nie był to dzień, w którym chciałoby mi się naginać z trampka 5km ze stacji. Nie miałam sił.

Dowiedziałyśmy się wielu ciekawych rzeczy nt sprzątania szpitala. Przede wszystkim, że szpital zapewnia szkolenie we własnym zakresie, każdemu kto ubiega się o pracę i przejdzie rozmowę kwalifikacyjną, czyli że nie trzeba wcale szukać osobnego kursu, chcąc pracować w tym szpitalu. Doświadczenie nie jest w ogóle potrzebne - tak powiedziała pani odpowiadająca za sprzątaczy.

Sprzątnie szpitala ma 4 pododdziały. 

1. Clusters. Pracując w tym dziale zajmuje się człowiek sprzataniem pomieszczeń ogólnych (administracja, pogotowie, gabinety w których przyjmowani są pacjenci na zwykłe wizyty, etc) oraz korytarzy szpitalnych. Osoby sprzątające posiadają jasny plan sprzątania na każdy dzień. Każdy dzień to inne oddziały. 

2. Afdelingen. Czyli sprzątanie oddziałów dziennych, w których przebywają pacjenci. Sprzątasz sale, łazienki, pokoje pielęgniarek etc. 

3. SOP. To sprzątanie sal opuszczanych przez pacjentów. Tutaj pracuje się ze spacjalną aplikacją, w której pokazują się sale wymagające sprzątania, przy czym są trzy stopnie pilności. U góry na czerwono pokazują się sale wymagające natychmiastowego pilnego posprzątania. Dalej pilne ale trochę mniej i na koniec mniej pilne. Każdy mniej pilny pokój jednak może zmienić się w super pilny, gdy np przyjmią pacjenta z pogotowia, który wymaga pokoju w konkretnym dziale a żaden nie będzie wolny poza tym nieposprzatanym. 

4. Operatiekwartier. Czyli sprzątanie sal operacyjnych. To chyba najtrudniejszy i najbardziej wymagający dział. Higiena i rygorystyczne zasady pracy są tam bardzo ważne. 

Z tego wszystkiego najbardziej interesowała nas opcja pierwsza, która wydaje się najbardziej realistyczna do wykonywania dla Najstarszej, bo są jasne wytyczne, struktura, powtarzalność no i jasny plan pracy rozpisany na poszczególne dni i godziny. Mam szczere wątpliwości, czy Córka na dziś dzień była by w stanie tej pracy sprostać, ale myślę że na przyszłość, jak jeszcze trochę bardziej się ośmieli, nauczy paru rzeczy może spokojnie o tym pomyśleć. Praca na wieczornej zmianie, na którą właśnie szukają ludzi,  była by dla niej zapewne lepsza niż na dziennej, bo większy spokoj, mniej ludzi, cisza, ale z drugiej strony trochę problem z dojazdami. Rowerem na pewno by się dało, ale czy to nie zbyt męczące na dłuższą metę? Pociągi też są, ale ja mam szczere obawy co do codziennego maszerowania samotnej dziewczyny przez park i okolice dworca w tym miasteczku. Patrząc jak ta okolica wygląda i jaki element się tam szwenda to szczerze wątpię w bezpieczeństwo. Nie wiem też, czy na ten moment Corka dała by rady pracować codziennie po osiem godzin. Raczej było by to dal niej za wiele.


Młody dał kiedyś czadu. Ja pojechałam rano do miasta na kolejne spotkanie informacyjne, ale zanim wyszłam, obudziłam go i nawet chwilę z nim pogadałam. Po spotkaniu miałam głowę pełną nowych informacji i uczuć, więc postanowiłam pójść na kawę i na spokojnie sobie przemyśleć trochę wszystko zanim pójdę do pociągu. Ledwie zamówiłam kawę i ciastko, zadzwonił Młody, że zaspał i dopiero co się obudził. Była godzina 10.30! Nie był oczywiście na porannej rozmowie grupowej (ten dzień miał hybrydę, czyli nauke w domu), nie poszedł do kine na masaż, no bo jak miał być i pójść, jak był w śpiulkolocie. Nastolatki, psiakrew! 

Dawniej nie mogłam zrozumieć jak to możliwe, że moje koleżanki klasowe mieszkające pod szkołą, były w stanie zaspać na godzinę 10 czy na 11 i spóźniały się na lekcje, kiedy ja bez większego problemu wychodziłam z domu o siódmej, by dotrzeć autobusem do szkoły. Dopiero teraz mając Epickiego Śpiocha na stanie zaczynam rozumieć, że się faktycznie da zaspać na dziesiątą. Młody nastawia sobie po dwa budziki w telefonie i prawdopodbnie budzi się, wyłącza je i jedzie dalej śpiulkolotem, a obudziwszy się w końcu w południe, czy coś koło tego, stwierdza, że nie pamięta, by budzik dzwonił. Nie pamieta tez nigdy, że z nim rozmawiałam. Często przychodzi z pytaniem, czy go budziłam i robi wielkie oczy, gdy odpowiem, iż owszem, dwa razy i nawet sobie pogadaliśmy wtedy... Co za gość! Pod tym wzglęwdem to zdecydownie nie jest moje dziecko. Małżonka ani tyle, bo ten to nawet w weekendy zrywa sie o piątej i idzie rozbijać się po kuchni. Ale przypomina mi się właśnie, iż kiedyś wyczytałam gdzieś taką mądrość, iż rzekomo u nastolatków późne wstawanie i siedzenie po nocach ma być czymś oczywistym, bo kiedyś dawno dawno dawno temu duże dzieci rzekomo (to musiało chyba strasznie strasznie dawno być) zajmowały sie młodszym rodzeństwem po nocach, gdy rodzice spali, a potem szły spać. Nie mam pojęcia, czy to ma cokolwiek z faktami wspólnego, ale wydaje się mieć jakis tam sens, a na pewno jest ładnym wytłumaczeniem dla zachowań nastolatków siedzących po nocach i wstających w południe.


W tym tygodniu kołczka Młodego napisała w cotygodniowym sprawozdaniu, że Młody może być z siebie dumny. Pracuje porządnie, przychodzi do szkoły pełen motywacji i zapału i wszystko sprawnie mu idzie. Rok szkolny prawie dobiega końca, bo zaraz przecież maj, a to już tylko 2 miechy i wakazje zapukają do drzwi, a tymczasem Młody ciągle chodzi z ochotą do szkoły i nie narzeka na nic, a co chwilę fajne, wesołe rzeczy opowiada. On jest na prawdę z tej szkoły zodowolony. Wszystko (lub prawie wszystko) zdaje się być tam po jego myśli i do niego pasować. Oczywiście, gdyby mógł do szkoły nie chodzić, wybrać wakacje przez 365 dni w roku, to pewnie by wybrał, bo wiadomo, że obijanie się jest spoko, szczególnie gdy ma się zaledwie 14 lat. Szkoła to jest jednak jakiś mus, tak samo jak praca, ale jak się człowiek czuje w danym miejscu dobrze, jak czuje się akceptowany, jest się regularnie komplementowanym i dostaje się konstruktywne uwagi i razem szuka się rozwiązań, zamiast ciągłego "mogło być lepiej" "stać cię na więcej" "bardziej się postaraj" to też wszystko inaczej wygląda i z chęcią ten obowiązek się wykonuje.

kwiatki z bajki

Na początku tygodnia byłam na tym drugim dniu informacyjnym odnośnie pracy w służbie zdrowia, po którym doszłam do wniosku, że trzeba sobie z tym dać spokój. Tak jak sugerowaliście, to raczej nie jest praca dla mnie. To spotkanie w Mechelen unaoczniło mi jeszcze inne kwestie poza tymi, o których już było powiedziane wcześniej. Poznałam też kolejne, powiedzmy na to, CIEKAWOSTKI z życia, pracy i polityki, które być może nawet zadecydowały o ostatecznym powiedzeniu STOP temu pomysłowi i zamknięciu tej drogi. 
Okazuje się, że ostatnie decyzje rządu skracające drastycznie zasiłki dla bezrobotnych miały też niebagatelny wpływ na tego typu kursy dla dorosłych. Dotąd ów pełny kurs trwał np 2 i pół roku, ale w związku z tym, że zasiłek dla szukających pracy skrócono do 2 lat, to i kurs też trzeba było skrócić o pół roku, by szukający pracy mogli z niego korzystać, bo to pełnoetetowy kurs - 5 dni w tygodniu - i nie da się go łączyć z pracą za bardzo... No nie wiem, czy nie można było ustalić tego typu wyjątków dla uczących sie, przekwalifikowującyh się? Banda debili. No w każdym razie skrócono kurs (pewnie nie tylko ten, ale wszystkie inne) o pół roku, ale - jak powiedziała prowadząca spotkanie nauczycielka - tydzień nauki ciągle trwa 5 dni, a program zawiera ten sam materiał do przerobienia i tyle samo godzin stażu należy odrobić. Zatem należy się spodziewać, że będzie zapierdol, będzie robota na odpierdol i lecenie po łebkach, by się wyrobić. Zajebiście! 
Druga CIEKAWOSTKA napłynęła od ludzi pracujących już w szpitalu, ale chcących się przekwalifikować lub zdobyć dyplom. Nauczycielka tylko to potwierdziła dodając, że słyszała już podobne donosy z wielu źródeł... Sytuacja bardzo podobna do tej zaobserwowanej przeze mnie w świetlicach. 

Chodzi o to, że szpitale czy inne placówki zatrudniają ludzi z ulicy bez dyplomów, doświadczenia, kompletnie zielonych na stanowiska asystenta logistyki, opiekuna medycznego. Takie osoby są tańsze, zajmują miejsca ludziom z przygotowaniem, a jednocześnie nie mogą one wykonywać wielu zadań ze względu na brak kwalifikacji (nie wolno im), więc te niewykonane zadania muszą wykonać osoby z przygotowaniem i papierami, co oznacza dla nich, że nie tylko swoje muszą zrobić szybciej ale jeszcze za tzw kolegów po fachu. Można sobie już wyobrazić, jakie to będzie rodzić sytuacje, jak będzie wpływać na stosunki i atmosferę w pracy. 

Co się kurwa w tym kraju najlepszego odpierdala? Do czego to wszystko zmierza? Dziwne, bardzo dziwne jest to wszystko.

Już przed tym spotkaniem po wielu dniach namysłu, czytania internetu i dyskusjach ze samą sobą skłaniałam się do decyzji negatywnej, tzn że jednak raczej nie będę się pisać na razie na ten kurs, ale jeszcze jakby miałam nadzieję, że usłyszę coś, co mnie przekona, że mogę próbować. Tak, miałam nadzieję, bowiem, tak jak pisałam wcześniej, to była jednyna opcja, jaką miałam, więc łudziłam się, że może jednk coś by z tego wyszło, że może mogłabym próbować choć kurs skonczyć albo przynajmnej zacząć. Po tym wszystkim, co usłyszałam, zrozumiałam, że nawet nie ma co próbować, bo to z góry jest skazane na niepowodzenie. 

Do tego babka wyraźnie też podkreśliła ważność dobrej znajomości języka niderlandzkiego. Mój oficjalny poziom jest teoretycznie wystarczający, ale skoro podkreślają, że język jest ważny, to nie ma nawet co się czarować, że język nie ma w tym zawodzie większego znaczenia, bo pewnie ma.

Kolejna rzecz na nie,  to były staże. W Mechelen mają własne miejsca stażowe zarówno w szpitalach jak i domach opieki, ale trzeba tam być przed siódmą, a do Mechelen kawał drogi... Staż co prawda można odbywać w dowolnym miejscu, jeśli takowe się znajdzie, a problem w tym, że podobno to wcale nie jest łatwe, wbrew temu co zdawali się sugerować w Gandawie. Ta nauczycielka powiedziała, że dawniej faktycznie nie było żądnego problemu ze znalezieniem stażu. Wręcz z otwartymi ramionami przyjmowali potencjalnych przyszłych pracowników, ale dziś brakuje ludzi, więc każdy ma urwanie dupy w pracy, a co za tym idzie nikt nie chce sobie jeszcze dodatkowej roboty w postaci uczniów brać na głowę, więc znalezienie stażu może graniczyć z cudem. W związku z tym z kolei (kolejny punkt na nie) - ciągnęła pani dalej - oni w szkole nie są za bardzo skłonni przystawać na zmianę miejsc stażowych i żadnych skrag nawet nie będą brać pod uwagę, no chyba żeby z 5 ludzi zgłosiło podobne objekcje czy żale. 
Reasumując: trzeba na kursie zapierdalać szybko, szybciej niż dotąd, perfekcyjnie władać niderlandzkim, obywać staż bez narzekania nawet jak cię będą gnębić, a i tak nie ma się gwarancji, że dostanie się pracę, bo może będą woleli zatrudnić randoma z ulicy. Propozycja nie do odrzucenia, panie!

Nie będę ukrywać, że mimo wątpiącego nastawienia te wszystkie rewelacje mnie trochę zdołowały. Po głębszym nad tym się zastanawieniu nad kawką w kawiarni doszłam jednak do wniosku, że nie koniecznie powodem ponurego nastroju był sam kurs czy ta praca, ale bardziej cała ogólna sytuacja, szerszy obraz jaki pojawił się w mojej głowie podczas owego spotkania informacyjnego, czyli ogólna chujnia z grzybnią i patatajnią na rynku pracy, którą widzimy coraz wyraźniej na każdym kroku. Gdzie bym nie spojrzała, wszędzie zauważam pogarszającą się i to w szybkim  tempie sytuację. W wielu miejscach już zdaje się osiągać poziom absurdu zahaczający o patologię, a im dalej wzrokiem w przyszłość sięgać próbuję tym ciemniej się tam zdaje.

Kilka dni później podczas jakiegoś spaceru czy tam patrzenia się w niebo z leżaka w ogródku mój mózg znalazł w zapomnianej szufladzie zakurzoną wyblakłą ideę, która towarzyszyła mi przez większość życia i przy życiu mnie całe lata utrzymywała. Można powiedzieć za Horacym "carpe diem".

"Chwytaj dzień, bo przecież nikt się nie dowie, jaką nam przyszłośc zgotują bogowie."

Można też powiedzieć po dzisiejszemu "miej wyjebane!". Na wszystko.

Pomyślałam, że chyba najwyższa pora do tego wrócić, bo to było dobre. 
Żyć tak, żeby jutro świat mógł się skończyć, gdyby chciał.
Nie wypatrywać przyszłości. 
Nie próbować domyślać się, co przyniesie jutro. 
Nie gdybać. 
Co będzie, to będzie. 
Nie czekać na nic. 
Niczego się nie bać na zapas ani na nic nie szykować.
Nie planować niczego.
Żyć tu i teraz w tym momencie.
Śmiać się z wszystkiego.
Nie szukać dziur w całym.
Cieszyć się przyrodą i własnymi dziećmi.
Żyć i być dla siebie.
Odciąć się od rzeczywistości na tyle, by o niczym ważnym nie myśleć albo przynajmniej patrzeć na to wszystko z dystansem, jakby to był jakis film. Czy ja jeszcze to potrafię? Nie wiem, ale postanowiłam sobie w skrytości ducha, że spróbuję wrócić na ten tor, bo w ostatnim czasie trochę mnie wykoleiło...



kasztany kwitną od połowy kwietnia - tego jeszcze nie grali


ładne... i kurom smakuje ;-)











końska moda 2026

rzepiara






5 grudnia 2025

Kury, wydobycie portu, dodatkowy kurs

 Od ostatniego wpisu kupa ciekawych rzeczy się zdarzyła, które czym prędzej spisać tutaj trzeba.

W zeszły piątek adoptowaliśmy 3 nowe kury. 

Azyle prowadzą tutaj systematycznie akcje ratowania kur z kurzych farm. 

W takich farmach, jak wiadomo, kury mają żywot makabryczny. W wylęgarniach kurczaki  zaraz po wykluciu są sortowane wg płci, a potem koguciki jako nieprzydatne są zagazowywane lub mielone żywcem. Potem przez 16 tygodni musza rosnąć, a w tym czasie otrzymują około 20 szczepionek przeciwko około 14 różnym chorobom (także te do tzw bio hodowli). Potem przewożą je do fabryk jajek, gdzie około roku siedzą w ciasnocie i smrodzie, a hodowcy świecą im światło, by niosły jajka non stop. Po roku, czasem trochę dłużej, kury są wyczerpane i zaczynają mniej jajek nieść, więc pakuje się je do plastikowych skrzynek, po tyle ile wlezie i wiezie się je do zabicia. Kury takie mają ogromne niedobory wapnia i innych składników od niesienia jajek. Są słabe, pozbawione piór, łamią im się kości w trakcie tego makabrycznego transportu, są przerażone i ogromnie zestresowane,  więc okropnie cierpią, także z zimna. Po koszmarnym życiu umierają w wielkim cierpieniu i przerażeniu. Te z biologicznych hodowli, wolnych wybiegów również po roku są zabijane. 

Azyle próbują uratować choć małą część takich kur, by biedactwa zaznały jeszcze trochę normalności i nacieszyły się życiem obdarowując nowych właściceli jajkami. Azyle najpierw zabierają je do siebie i trzymają przez pewien czas w kwarantannie. Potem można je adoptować.

Postanowiliśmy wziąć trzy takie kury. Przywieźliśmy je do domu późnym popołudniem i od razu wsadziliśmy je do kurnika, tak jak nam zalecono. Potem dokoptowaliśmy do nich nasze sliki. Kilka razy sprawdzaliśmy, czy wszystko tam okej, zanim poszliśmy spać. Rano tylko świt popędziliśmy otwierać kurnik i obserwować, co się wydarzy. Ja to jaram się takimi zdarzeniami tak samo jak dzieci. 

Najpierw wyszedł Heniek i Sunny, a jako trzecia wyszła ostrożnie nowa Kryśka. Heńka zamurowało na dobre pół minuty, jak ją zobaczył. Chłop był dosłownie w szoku. Gdy się otrząsnął, czym prędzej pomaszerował z Sunny do ogródka. Nie chciał mieć z tym wielkim kurskiem nic do czynienia. 

Potem Chica złapał za grzebień drugą Kryśkę i przesunął na bok, po czym sam wystrzelił z kurnika i zaczął się nowym stworzeniom przyglądać z wielkim zainteresowaniem. W końcu zaczął wołać i próbować wyprowadzić nową koleżankę do ogrodu. Wychodził z tym swoim wołającym ćwierkaniem ze szopy i wracał, znowu wychodził i wracał. Nowa nie rozumiała jednak za bardzo, o co mu się rozchodzi. Ona też była w szoku. Dwie pozostałe kurki wolały pozostać w kurniku. Pierwsza jednak w końcu poszła za Chiką, a ten zdawał się być ucieszony tym faktem ogromnie i kręcił się zalotnie wokół nowej dziewczyny. Ona jednak przywaliła mu dwa razy z dzioba, więc potem zestresowany trzymał się na dystans, ale nie rezygnował. 

Chwilę później dołączyły dwie pozostałe dziewczyny do swojej koleżanki, a Chika ciągle je obskakiwał podekscytowany. Wyraźnie było widać, że od razu uznał je za swoje stado i poczuł się zobowiązany do opieki nad nimi i flirtowania, ale dziewuchy wychowane w niekurzych warunkach zupełnie nie rozumiały ani jego wołania na jedzenie, ani zalotów. W ogóle nie rozumiały o co jemu chodzi, bo i koguta nigdy nie spotkały w swoim życiu. 

Heniek z Sunny przezornie postanowili cały dzień spędzić w szopie, bo Heniek bał się nowych. Rico na początku wyszła i zaczęła jeść nie przejmując się nowymi, ale jak dostała z dzioba, tak schowała się w najciemniejszy kąt szopy i nie wychodziła prawie cały dzień. Wtedy zaczęłam się trochę martwić i zastanwiać się, czy aby na pewno dobrze zrobiliśmy adoptując takie kury...

Na drugi dzień sytuacja była podoba - Nowe z Chiką na ogrodzie, Silki w szopie. Aż im tam miskę z ziarnem zaniosłam i wszelakie smakołyki kurze oraz napełniłm dodatkowe poidło wodą. 

Trzeciego dnia mury na szczęście runęły. Chica jako pierwszy wyprowadził swoje nowe koleżanki, a Heniek z Sunny i Bożeną do nich dołączyły przy karmniku. Potem przyszła też Riko. I już wszyscy swobodnie poruszali się po całym ogrodzie bez większych konfliktów i obaw. Uff!

Odważyłam się nawet wypuścić je poza ogród, ale czuwaliśmy z Młodym trochę zestresowani, bo nie wiesz, co obcej kurze do łba może strzelić. Kolejnego dnia już cała ekipa wybiegła na trawę, gdy tylko furtkę uchyliłam. Bez większego problemu udało mi się ich też z powrotem zagonić. Tylko kot od sąsiadki im trochę stracha napędził. To kot brytyjski takie dosyć wielkie bydlę, które nie dość, że kur się nie boi to jeszcze idiota za nimi chce ganiać. Na szczęście boi się człowieków gnojek upierdliwy. 

Ale jak one żarły tę trawę! Myślałam że się biedactwa zadławią. Tak samo z ziarnem. Pierwsze dwa dni stały cały dzień przy paśniku i jadły, jadły i jadły... Na trzeci dzień już nie bały się, że jedzenie zniknie i zaczęły eksplorować każdy kąt ogródka i grzebać jak szalone. Wydarły też parę dżdżownic z ziemi, czego silki ta dobrze nie potrafią, choć lubią wciągnąć taką glizdę. Suszonych robaków nie jedzą na razie. Nie wiedzą, że można. Na łuskany słonecznik też się głupio patrzyły, dopóki Chica nie zabrał ziarna z mojej ręki, nie rozsypał po ziemi i nie zaczął wołać. Spróbowały i posmakowało. Powoli zrozumieją, co to znaczy, jak kogut woła. Kury to przecież bardzo inteligentne i emocjonalne stworzenia. Chleb i ziemniaki oraz ryż lubią i wcinają jak szalone. 

Można je brać na ręce, bo się nie boją ani nie wyrywają. Przestały już też prawie śmierdzieć. Gdy wieźliśmy je to w całym aucie było czuć ten kurzy smród gównianej hodowli, ale już się wywietrzyły trochę. Nowe pióra też im już rosną, więc nie długo pewnie będą tak samo miło pachnieć, jak nasze silki. No dobra, koguty jak są mokte to śmierdzą mokrym psem i z dzioba im wali jak z wylęgarni troli. Kury, jak są mokre, po prostu pachną mokrymi piórami. Tylko jak w kupę wdepną, to śmierdzą kupą, ale jak ja wdepnę w kupę to też fiołkami nie pachnę. 

Młoda, jak na dobrą Mamusię przystało, zafundowała swojemu Koko-Synkowi i jego kobietom nowy dom. Już go dostarczono, ale dopiero będziemy go składać.


Nowe kury. z przodu Balbina 🐔


W tym tygodniu zaczęłam dodatkowy kurs niderlandzkiego - gramatykę. Miał on się zacząć tydzien temu, ale nauczycielka napisała, że źle se w kalendarzu zapisała, więc zacznie się tydzień później. Pierwsza lekcja nie bardzo mi się spodobała. Raz że po pierwszym podstawowym trzygodzinnym kursie mam tylko godzinę przerwy, a ten  trwa 2 godziny, co jest dosyć męczące i mój mózg zaczyna się lasować. Drugie, że laska zapierdala tak z tymi zadaniami, że nawet połowy nie zdążaam zrobić, nie mówiąc by się nad tym spokojnie zastanowić i zapamiętac cokolwiek. Coś tam jednak, myślę, zawsze zostanie w tym pustym łbie. 

Uparcie czytam książki po niderlandzku jedna za drugą, co - mam nadzieję - pomoże mi utrwalać to czego się nauczę. No a poza tym czytanie idzie mi już na prawdę doskonale i mogę już w pełni cieszyć sie lekturą bez stresowania się, że co chwilę czegoś nie rozumiem. Pewnie, że ciągle zdarza mi się natknąc na jene czy dwa wyrazy, których znaczenia nie rozumiem, ale w ten sposób właśnie się uczę nowych słówek.

A tak poza tym to ogólnie straznie się cieszę tym, że znowu chce mi się czytać i że ostatnio tyle książek już przeczytałam. Tak jak kiedyś, gdy czytanie całe lata było moją wielką pasją. Znowu nie muszę się zmuszać do czytania tylko zwyczajnie mam na to chęć i czuję taką potrzebę. To jest satysfakcjonujące uczucie po takim długim czasie awersji do czytania.




W środę byłam w szpitalu na drobnym zabiegu. Wreszcie wydobyto mi z ciała ten cholerny port dożylny.

szpital 

Łatwy i szybki to był zabieg. Całość trwała może z 15 minut. Najbardziej nieprzyjemny był zastrzyk znieczulający. To trochę bolało i było dosyć nieprzyjemne, ale nie jakaś też tam tragedia. Po paru minutach, gdy znieczulenie zaczęło działać, doktor wyciął dziurę i wyciągnął to ustrojstwo z mojego ciała co chwilę przypalając naczynia krwionone jakimś urządzeniem, co powodowało siwy dym i w całym pokoju rozchodził się smród palonego ciała. Mojego ciała, co było dosyć osobliwym doświadczeniem. Nic mnie nie bolało, ale jak lekarz miział skalpelem mięśnie to wywoływało to dosyć nieprzyjemne ich skurcze i niekontrolowane ruchy. Zapytałam lekarza, czy mogę zabrać ten port na pamiętkę. Uśmiał się, że pewnie chce go symbolicznie młotkiem rozwalić. Zapakowali mi go ładnie do plastikowego pudełeczka z nakreętką i teraz mogę sobie to na półce trzymać. Obejrzałam toto oczywiście dokładnie i zdziwiłam się, że to takie ładne jest. Wygląda jak serduszko i jest fioletowe i ciężkie, czyli zupelnie inaczej wygląda, niż to sobie wyobrażałam.

to było pod moją  przez 4 lata

port na pamiątkę

Młoda towarzyszyła mi w wycieczce szpitala, w razie jakby mi się co potem miało dziać, to żebym sama nie wracała autobusem. Nic mi się nie działo, więc poszlyśmy na kawę uczcić to wydarzenie. Zamówi-łam ☕️ o smaku róży, a Młoda kwiatową 🍵 herbatę. Obie wzięłyśmy też po kawałku sernika ze spekulosem. Niebo w gębie, rzekłabym. 


Młody miał w zeszlym tygodniu badania okresowe i szczepienie na tężec i cośtam, co go rozwaliło trochę. Dzień poszczepieniu miał dzień hybrydowy i zaspał na rozmowę grupową, którą miał odbyć online. Obudziłam go o ósmej, jak sobie zażyczył i poszłam do swoich zajęć. Jako że normalnie budzę go o szóstej to ani do głowy mi nie przyszło, że on może zasnąć z powrotem po ósmej godzinie. Potem miałam po coś lecieć do jego pokoju, ale se uświadomiłam, że przecież jest w trakcie rozmowy więc nie poszłam. Po dziesiątej ten przyszedł na dół zaspany i pyta, czemu go nie obudziłam...

😴💤

ŻE CO?! No prawie szlag mnie trafił i nawet się wydarłam na niego, co chyba pierwszy raz mi się zadzarzyło, no bo weź się zlituj. Poszli mu na rękę, że może raz w tygodniu uczyć się w domu, więc chyba do cholery pasowało my się wykazać, udowodnić że będzie się pilnie pracowało, a ten co? Ten ci zaśpi na rozmowe o dziewiątej godzinie! Byłam bardzo zła. Nie mogłam zrozumieć, jak to się mogło stać, bo przeciez poszedł spać o 22, jak zwykle. Spał 12 godzin i ledwo co się obudził... Dopiero za dwa dni do mnie dotarło, że to przez tę pieprzoną szczepionkę! Wtedy w ogóle mój mózg tych faktów nie połączył, dlatego sie tak wkurzyłam i dlatego niedopilnowałam by wstał na czas, więc byłam też wkurzona na siebie i siebie też oczywiśćie zwymyślałam od ostatatnich idiotek i głupich matek. Jak ja się teraz łatwo wkurzam, to szok. Nie lubię tego, ale nic się z tym zrobić nie da. Poprawi się kiedyś samo, albo już taka podpalona umrę.

W poniedziałek rano wstał wciąż zmulony. Ubrał się jednak, wypił matchę,  spakował tornister, założył kurtkę… po czym usiadł na kanapie i powiedział, że jest tak strasznie zmęczony, że nie wie, czy da rady dojechac do szkoły, a potem zaczął panikować, że ma dwa ważne testy i że je zawali w takim stanie... Powiedziałam, by został w domu. Zadzwoniłam do lekarza i udało się zabukować miejsce do jakiejś studenki-lekarki, a ona wypisała mu zwolnienie na trzy dni. Uf. Ostatnie dwa dni już był w szkole normalnie, a w piątek wrócił wielce zadowolony, bo po lekcjach pisał zaległy test z biologii i stwierdził że chyba dobrze mu poszło.

Podczas badań okresowych opowiedział pani o swoim problemie z dłoniami, a ta potwierdziła wstępnie diagnozę, którą postawiła jedna z Czytelniczek tego bloga w komentarzu. Powiedziała mu też że masaż często przyspiesza powrót dłoni do normalnego stanu, no i oczywiście kazała mu unikać zimna…


Czasem przed lekcją niderlandzkiego idę na szybki spacer. W tym tygodniu zanotowałam, że kwadrans przed ósmą było jeszcze ciemno. 



Małżonek znowu szuka nowej pracy. Aktualnej… w zasadzie, to dziś już chyba można rzec, że byłej, choć wypowiedzenia jeszcze nie złożył, to jednak zamierza posiedzieć w domu, bo dłużej już nie jest w stanie wytrzymać z pierdolniętym szefem… I tak za długo dawał się skurwielowi poniewierać, za co niestety zapłacił zdrowiem fizycznym jak i psychicznym… Lekarka kazała mu teraz wypoczywać i o siebie zadbać zanim pójdzie do nowej pracy. 
Był już na kilku rozmowach i wszędzie - jak zwykle - chcą go przyjąć z otwartymi ramionami, ale jak poznać, czy firma jest dobra i czy w ogóle jeszcze takie są w tym kraju w tych dziwnych i trudnych czasach…?

W tym tygodniu odwiedziłam też Brukselę, bo kosmetyków z Avonu mi się zachciało po tym jak fb mi pokazał profil konsultantki… Wieki nie oglądałam katalogu ani kosmetyków nie miałam z tej firmy, a dawniej w PL to człowiek co jakiś czas coś tam kupił. Sama byłam jakiś krótki czas konsultantką Oriflame, ale ja się do takich rzeczy nie nadawałam ani nie nadaję. Jednak warto było spróbować choćby po to, by się o pielęgnacji i kosmetykach nauczyć. Nawet na jakieś kursy darmowe chodziłam…  No ale szczegół. 
Napisałam do babki, obejrzałam katalog online i se zamówiłam parę pierdółek. Ona to w złotówkach sprzedaje, więc tanio jak barszcz. Teraz byłam odebrać zamówienie, a że kobita w Brukseli pracuje, to tam się umówiłyśmy. Młoda mi towarzyszyła. Przyjemna to była wycieczka, a pani bardzo miła. Potem poszłam do galerii na tacosa, bo mnie smak wielki naszedł, a Młoda wolała KFC, bo tam dobre wegetariańskie dania mają. Ludziów w tej galerii jakby to jedyne otwarte miejsce w tym mieście było. Koszmar jak dla mnie. Grudzień to zły czas na wchodzenie na tereny handlowe, bo ludzie coś z głową w tym okresie mają nie tak. Kuźwa, jakby sklepów cały rok nie widzieli… A idź pan z tym!

Na mieście tym razem patrzyłam pod nogi…









Ale do góry też…






Od zeszłej soboty mamy też już choinkę. Znowu kupiliśmy jodłę, ale tym razem bez korzeni i doniczki. Takie drzewko niecałe 20€ kosztowalo, a w donicy ze 7 dych trzeba by dać. Ładna jest. Przystroiłam, tak jak sobie zaplanowałam, na biało. Wszystkie bombki mamy szklane. Kilka jest starych z poprzednich lat, 15 sztuk używanych z Kringwinkel i jeszcze ładne duże kremowe kupiłam wraz z choinką. Łańcuchy jakieś optargane znalazłam na strychu, ale efekt końcowy mi się podoba. Tak właśnie to sobie wyobrażałam mniej więcej.
Reszta dekoracji siedzi u nas w sypialni w torbie. Miałam wyłożyć je po urodzinach Młodej, ale urodziny mają tygodniowy obsuw, więc chyba nie będę już czekać, tylko się wezmę po niedzieli…