24 października 2021

Sprzątanie. Rozwiązania i wynalazki do domu odkryte dzięki tej pracy.

 Z mojego poprzedniego życia pamiętam wielkie porządki przedświąteczne. Wielkie biadolenie, utyskiwanie, narzekanie, a w tym wieczny problem np z myciem okien. 

Baby na wsi ciągle prześcigały się w pomysłach na najlepszy sposób na czyste okna i wiecznie narzekały, że żaden z nich się nie sprawdza w 100%, przez co słynne przedświąteczne mycie okien zawsze kojarzyło się z koszmarem. Ile to produktów człowiek wtedy wypróbował i jeden okazywał się gorszy od drugiego. Pamiętam, że do wycierania używaliśmy starych podkoszulek, tudzież majtochów, papieru toaletowego, a nawet gazet! I tak nic nie działało jak należy, ciągle były smugi, mazaje, ciapy, poprawianie, przecieranie i latanie z pola do domu i z domu na pole, bo mazaj był zawsze z drugiej strony! To były czasy! 

Potem w końcu pojawiły się pierwsze gumowe ściągaczki i to było to, ale na wsi ciągle jeszcze wszyscy uparcie próbowali używać tych wszystkich magicznych reklamowanych produktów „do mycia okien bez smug” i gadżetów zachwalanych przez tzw perfekcyjne panie domu (szczególnie te z tv), które prawdopodobnie w rzeczywistości nawet nie wiedzą, z której strony mopa się stoi. 

Nie wiem jak inni, ale ja dopiero tutaj w Belgii, gdy zaczęłam pracować jako sprzątaczka, dokonałam wielu wiekopomnych odkryć w kwestii produktów i sprzętu. Przy czym nie rzadko się okazywało, że to wcale nie markowe produkty za czapkę dukatów, a środki tanie, które każdy ma w domu, są najlepsze. 

Dziś podzielę się tu moim doświadczeniem i odkryciami. Może komuś się przyda. Chętnie jednak poczytała bym w komentarzach, o Waszych odkryciach, o tym co Wam w domu się sprawdza czy w pracy przy sprzątaniu. Jakie wynalazki czy produkty uważacie za niezbędne? 

Jedziem.


1. Jedyny słuszny produkt do mycia okien to zwykły ocet. Można też używać amoniaku, tyle że ten jest bardzo szkodliwy i naszej pracy oficjalnie zakazany (w domu jednak wolno). Do tego trochę wody, gumowa ściągaczka, gąbka lub ścierka zwykła albo i stare majtasy oraz bambusowa ścierka (lub inna która się nie kłaczy). Do wody wlewamy parę kropel octu i jazda (można dodać też kroplę płynu do naczyń wraz z octem lub bez octu). Korzystając z tej metody jestem w stanie w ciągu pół godziny ogarnać wszystkie okna w domu piętrowym, o ile nie jest to dom-akwarium posiadający szyby zamiast ścian. Dom akwarium ogarniam ciut dłużej, ale spokojnie potem daję rady zwyczajnie ten dom jeszcze w całości posprzątać i zmieścić się w 4 godzinach. Zwykły ocet i płyn do garów oraz woda z kranu! Żadne tam specjalne produkty. Tutaj można kupić ocet do sprzątania w kilkulitrowych bańkach.

2. Octu używa się też jako odkamieniacza do prysznica, muszli klozetowej, kranu, czajnika itp. Polewamy lub przemywamy octem. W sedesie czy kranie można przyłożyć rozmoczony w occie papier toaletowy lub ścierkę i poczekać chwilę na efekty. Lepsze i szybsze rezultaty  daje podgrzany ocet. Można też nalać octu do muszli i pozostawić na dłużej. 

3. Octem rozcieńczonym z wodą myje się też kabiny prysnicowe i wiele innych rzeczy. Z tym, że na leży brać pod uwagę, że ocet to substancja żrąca, kwas i że nie wolno tego używać do kamienia, czyli na ten przykład marmuru, kamienia jurajskiego itp, do drewna też nie. Ocet rozpuszcza silikon, co też trzeba pamiętać. 

4. Do odkamieniania muszli (ale także czajnika!) można użyć zwykłej coli, ale to już drożej niż ocet wychodzi. Najpierw zaleca się pozbyć wody z muszli a potem nalać coli i zostawić na noc.

5. Gumowej ściągaczki do podłogi używa się poza myciem podłogi też do odkłaczania dywanów. Wystarczy przeciągnąć parę razy suchą ściągaczką po dywanie i zebrać kłaki odkurzaczem. Rewelka.



6. Podłogi często myje się tu metodą średniowieczną, czyli wylewając wiadro wody na podłogę i szorując podłogę szczotką na kiju, a potem ściągając wodę gumową ściągaczką (jak się da to na zewnątrz, jak nie to zbierając szmatą do wiadra) i na koniec osuszając ścierą. Metoda średnio mi się podoba, bo zajmuje dużo czasu i jest męcząca, zatem zwykle myję podłogi zwyczajnie szmatą okręconą na ściągaczce albo mopem, a tylko w wyjątkowych przypadkach, np kamienne podłogi albo bardzo brudne płytki, używam kilku wiader wody i metody średniowiecznej, bo przynosi lepsze efekty.

7. Istnieją specjalne bezwodne ścierki jednorazowe nasączone jakimś produktem, którymi „myje” się podłogi nietolerujące wody, ale też zwykłe, gdy nie chce się moczyć, a nie są podłogi jakoś specjalnie ufajdane tylko lekko przykurzone.   Całkiem zacny to wynalazek.

8. Dobrze jest mieć w domu kilkadziesiąt ścierek, ręczników i szmat, by po użyciu suszyć je a potem wrzucać do kosza, a raz w tygodniu wszystkie wyprać na raz, ale oddzielnie od innych rzeczy. Do ścierek nie powinno się bowiem używać płynu do płukania. Ja często moczę je wcześniej w sodzie czy produkcie do prania. Ja mam osobne ścierki do kuchni, osobne do łazienki i reszty pomieszczeń, by nie myć kibla czy króliczej kuwety tą samą szmatą, którą ścieram stół w kuchni. 

moja prywatna kolekcja


Są też różne wynalazki, które niekiedy są stosunkowo  drogie i bez których spokojnie da się żyć, ale mimo to warto je sobie kupić. Np

9. Bambusowe ścierki do okien. Dla mnie bomba. Nie kłaczą się, doskonale zbierają wodę, nie robią mazai. Nie zachwyciły mnie natomiast polecane przez wszystkich (klientów, sprzątaczki) irchowe albo udające irchowe ścierki. Dla mnie to jakaś porażka i nieporozumienie, ale każdemu wolno uważać inaczej. Ale to w kwestii okien, bowiem te ścierki świetnie sprawdzają się do mycia mebli drewnianych samą wodą. Świetnie zbierają kurz i odświeżają. 

bambusowe ścierki

 sztuczna ircha

10. Swiffer... nie odkryłam jeszcze, czy to ma polską nazwę, ale to taka specyficzna miotełka do kurzu, która zbiera kurz idealnie. Robią to coś (w sensie podróby) różne firmy, ale póki co tylko ta jedna działa idealnie, a reszta to, moim zdaniem, badziewna namiastka miotełki do kurzu. Ta jeszcze dodatkowo ładnie pachnie, jak jest nowa :-). Tanie to nie jest, ale ja zawsze duże paki kupuję, co jest opłacalne. Świetnie i łatwo czysci się tym kurz z urządzeń typu telewizor, monitor, odtwarzacz czy półek z książkami lub bibelotami. Z samych książek kurzu za bardzo nie zbiera.


11. Miotła do pajęczyn z teleskopowym kijem. Niegłupi wynalazek, bo można wysoko sięgnąć i łatwo daje się zwykle umyć. 



12. Wiadro do mopa z wirówką na pedał (vileda). Jeżeli ktoś używa mopa często, to warto to kupić, bo jest niezmiernie praktyczne. Są też wiadra z wyciskarką do mopa np to na zdjęciu, ale to nieporozumienie, bo woda się z tego na podłogę zawsze leje. Choć niewykluczone, że nowsze wersje są poprawione.


są gorsze wynalazki, ale są też lepsze

13. Gumowe czy silikonowe szczotki (zwane też tutaj fryzjerskimi), którymi np świetnie czesze się frędzle u dywanów, ale też dobre są do zamiatania kłaków czy piór zwierząt i łatwo się je myje. Gumowych szczotek do wc jednak nie polecam. Nie sprawdzają się przy szorowaniu.

(foto Amazon)


14. Specjalne ścierki do szorowania przypalonych garów, piekarnika itp... Najpierw nie wiedziałam, co to w ogóle za kawałki jakiegoś dziwnego sfilcowanego dywanu ludzie mają w kuchennych szafkach. Teraz mam to i w swojej kuchni. Szoruje porządnie. Choć, jak pewnie wiecie, na przypalone gary to jednak soda jest niesamowita. Wystarczy trochę tego magicznego proszku nasypać do gara, dodać troszkę wody i pogotować chwilę, a przypalenizna odklei się od dna. Potem tylko dopracować ścierką i jak nowe. 



15. Myjki gąbeczki od viledy. Moje wielkie odkrycie. Świetne do szorowania patelni i garów, bo nie rysują a robią, co należy. Niesamowicie wytrzymałe i długowieczne. Nie zostawiają „piasku” i przyjemne (jak na gąbkę szorującą) dla dłoni. Ja używam ich też w łazience. Vileda mi nie płaci, ale uważam, że zacne produkty robią do sprzątania. 





16. Spray odgrzybiający do fug. Kilka różnych marek jest - tańsze, droższe. Śmierdzi jebitnie chlorem, ale działa doskonale. Wystarczy popsiukać i zostawić na godzinę, a potem lekko poszczotkować i spłukać. Czarne brzydkie znika.

17. Na zdjęciu w punkcie 12 są też moje buty robocze. We własnym domu może nie potrzebne, ale do pracy trzeba koniecznie mieć wygodne i bezpieczne buty. Jakiś czas temu odkryłam firmęh oxypas, która produkuje obuwie dla szpitali, w tym dla szpitalnych sprzątaczek. Idealne! Można w nich iśc i iść. Wkładki (które można dokupić osobno na wymianę) wyprofilowane idealnie, grube nieśliskie podeszwy, twarde, ale nie metalowe! czubki. W tych butach mogę chodzić 8 godzin i moje nogi czują się komfortowo. Zdarza mi się z jakiegoś powodu czasem używać w pracy trampek od Mustanga (które skądinąd bardzo lubię) czy jakichś sportowych adidasów marek różnych, ale to nie ma porównania. Nawet w sportowych butach do biegania moje kopyta bolą po 4 godzinach okropnie. Te specjalne buty jednak faktycznie się sprawdzają, a ceny tych butów nie są jakieś kosmiczne, bo już za mniej jak 50€ kupi spokojnie taki czy inny midel. Nie są to jednak zdecydowanie eleganckie buty, zatem przez ludzi przedkładających wygląd nad zdrowie i wygodę raczej nie zostaną  zaakceptowane. Ja kupuję co jakiś czas nowe w innym kolorze czy modelu, bo lepszych jak dotąd nie znalazłam. Sugestie jednak mile widziane.

18. Odkurzacze. O tych mogłabym napisać dziś całą książkę. W Belgii popularna jest marka Dyson. Ceny tych odkurzaczy są, jak dla mnie powalające, ale po 5 latach w tym zawodzie, nie bardzo rozumiem zjawisko. Byś może te odkurzacze są wytrzymałe… ? Nie wiem. Wiem, że jak już mają kilka lat to psy chcą je dosłownie pożreć wyjąc przy tym z bólu uszu. Tam psy. Mnie wysoko wrażliwej mało szlag nie trafi i zęby nie wypadną z bólu. Hałas, jaki ten szajs czyni, to szok po prostu. Druga wada to budowa węża i rur. Non stop przycina mi to skórę na rękach. Zalety takie, że zwykle mają ładny design, wszystko jest dopracowane, wybajerowane, są różne szczotki, ale prywatnie za darmo może bym i wzięła do domu, ale na pewno bym tego nie kuoiła, a odkurzacze z popularnych marek za 50-100€ też są jak dla mnie okej. W domu mamy m.in. Saubera za 70€ i Młoda odkurza nim w swoim liście, papuzie ziarno i pióra. Świetnie ciągnie, nie zapycha go tym szajsem i w ogóle cacy. Filtry łatwo się czyści i myje. Najstarsza ma w swoim pokoju jakiś Domo czy cuś za 50€ i odkurza tym non stop od lat siano, królicze kłaki - chodzi i ciągnie jak głupi, odkurza idealnie, no nie ma się do czego przyczepić, jak za taki piniądz. Do reszty domu mamy Rowentę za około 100€. Wszystkie nasze odkurzacze, podobnie jak wymienione dysony (po 400-500€) u moich klientów to odkurzacze bezworkowe. Wszystkie są okej. Klienci mają też workowe z różnych firm i w sumie każdy jest dobry, choć każdy ma swoje plusy i minusy. Totalnym jednak nieporozumieniem są dla mnie odkurzacze pionowe bezprzewodowe. Znaczy wróć, one są okej jako odkurzacz podręczny, gdy kot doniczkę wywali albo dzieci w kuchni nakruszą, t.j. do odkurzania małych powierzchni. Jednak niektórzy z moich klientów uważają, że tym można sprzątać cały dom. Można, ale to beznadziejny pomysł. 

Roboty podobnie. To dobry wynalazek, ale to nie jest zastępstwo normalnego odkurzacza, a dodatek do niego. Sprawdza się w niezagraconych i nieokablowanych pomieszczeniach, gdzie nie ma zwierząt. Dobrze jakby pomieszczenie było okrągłe, bo odkurzacz ten w kątach nie ogarnie ;-)

Na razie to tyle o gratach i gadżetach do sprzątania. Ciekawam, czy kogokolwiek to w ogóle zainteresowało…


PS. Nie mam żadnych profitów z zachwalania tutaj konkretnych marek. Polecam je dlatego, że zwyczajnie uważam je za dobre. 

21 października 2021

Migrena i ja.

Przynajmniej raz w miesiącu, a nie rzadko trzy,

przychodzi nagle taki dzień, gdy mruganiu towarzyszą błyskawice 

a wszystkie receptory, jakie posiadam, zaczynają cudować. 

Dlatego chwilami mam wrażenie, że znalazłam się w jakimś alternatywnym świecie.

Zdaje mi się, że otacza mnie mgła. Przestaję widzieć wyraźnie, a dźwięki dochodzą do moich uszów zniekształcone.

Do tego przestrzeń chwilami się kołysze lub lekko wiruje. Gdy muszę skorzystać z drabinki lub schodów, muszę bardzo uważać, by nie fiknąć koziołka. 

To bujanie świata powoduje chorobę morską. 

Długie lata nie potrafiłam rozpoznać tych znaków. Dziś wiem, że to nadchodzi ONA. Zwiastuje swoje przyjście dzień wcześniej, ale ja i tak nigdy nie jestem na to gotowa. I cholera jasna, już chyba nigdy nie będę. Bowiem mimo wszystko ona potrafi zaskoczyć. Człowiek nigdy tak na prawdę nie wie, jaka będzie tym razem. Zmienna jest bowiem niesamowicie. Bywa, że przyjedzie na całe trzy dni i da mi nieźle popalić. Innym razem tylko trochę postraszy i pójdzie sobie, zanim tak na prawdę się rozgości. Przybywa też o różnych porach i w różnych okolicznościach.

Gdy zapomnę zjeść na czas, wtedy nie zawraca sobie głowy zapowiedziami. Wpada nagle, jak bomba i powala na glebę.

Podobnie, gdy wody za mało wypiję. Sprzyja jej też zmęczenie.

Lubi też zjawić się tydzień przed okresem, a także w jego trakcie. Ale zasadniczo lubi pojawiać się znienacka w najmniej oczekiwanych momentach, bo to zła cholera jest.

Bywa też tak, że sobie śpię i zaczynam śnić o bólu głowy. To sny, w których np jakiś wypadek mi się przytrafia albo z kimś się naparzam, czego rezultatem jest ból głowy. Koszmar. Ból jest taki okropny, że budzę się. Kurwa, a tu w realu jest jeszcze gorzej, bo makówa faktycznie mnie napierdziela. I to jak!

Nie dam rady spać. Muszę iść na dół po pigułę. Wiem, że jak wstanę, to dopiero będzie bolało, bo każdy ruch zwiększa ból. Wstaję. I czuję, jakby mi prawa strona głowy miała eksplodować. Ten ból siedzi w środku za prawym okiem i chce się wydostać. Rozchodzi się na uszy, zęby, szyję. Każdy ruch powoduje paskudne mdłości. Zaraz puszczę pawia. Idę po te piguły po ciemku, bo światło boli przeszywająco w mózg. Staram się nie kręcić zbytnio głową i pod żadnym pozorem się nie schylać, bo wtedy ona wali maczugą w łeb z całej siły, aż gwiazdy widzę.

Jedyne, co mi pomaga, to nurofen (ibuprofen) 400g. Długo trzeba czekać na efekty, ale zwykle w końcu zelży. „Zelży” i „zwykle” to słowa klucze. Bywa, że ona nic sobie nie robi z moich piguł. Dafalgan (paracetamol) nawet 1g nic jej nie robi. Piguły specjalne na migrenę działają czasem. Dokładnie, to gdy weźmie się je, zanim się cokolwiek zacznie i potem bierze systematycznie kilka razy dziennie. Zabawa tylko w tym, że ona nie zawsze się zjawia, więc trochę bez sensu brać leki bez powodu… Dlatego trzymam się nurofenu, bo zwykle jednak pomaga.

Nocne napady są najgorsze, bo człowiek się orientuje, gdy ona już się porządnie rozgościła.

Za dnia jest łatwiej, bo ona powoli, etapami nadchodzi. 

Zaczyna się od wyżej wspomnianej aury. Drugiego dnia zaczyna pojawiać się lekki dyskomfort przedbólowy z jednej strony głowy oraz mgła i rozregulowanie sensoryki. Ból narasta i opada. Bywa, że po kilkugodzinnym cudowaniu ona po prostu sobie pójdzie. Gdy piję wtedy dużo, jem co chwilkę coś, nie denerwuję się, nie spieszę z niczym, nie przemęczam, to jej się to niepodoba, i odchodzi, jak niepyszna. Jednak goniąc do roboty, nie ma człowiek czasu na takie certolenie i o siebie dbanie. Byle szybko, byle do przodu, a tu coś wnerwi, a tu coś wkurzy… Ona na to jak na lato.

Jak podkręci mi sensory, jak przywali z maczugi, jak zakręci żołądkiem… Koszmar.

Każdy, nawet najcichszy dźwięk doprowadza mnie do szaleństwa. Ktoś coś mówi, czy odkurzacz włączy, a ja słyszę to, jakby dzwon napierdalał mi tuż koło ucha. 

Światło słoneczne czy żarówkowe wypala mi dziurę w mózgu niczym jakiś laser.

Zapachy docierają do mnie z dziesięciokrotnie nasiloną intensywnością, od czego chce się zwyczajnie puścić pawia. 

Do tego mgła i rozmycie krajobrazu oraz totalne lagi mózgu. W głowie mam watę i myślę strasznie wolno. Ciało też reaguje jak mucha w mazi. Język i usta nie chcą za cholerę współpracować. Mówię jak gdybym była kompletnie pijana. Czasem dosłownie bełkoczę, bo tak trudno jest wtedy mi mówić. Usta mam jak ścierpnięte. 

Nic nie jest wtedy normalne. Robota, czy ogarnianie domu i życia w takim stanie, to koszmar. Wszystko, nawet najprostsza czynność czy zadanie,  wydaje się okropnie trudne, wręcz nie do wykonania. Przeszywający ból prawej strony głowy i mdłości przy każdym ruchu. 

Do tego uczucie wysokiej gorączki, jak przy grypie, czyli okropne zimno i dreszcze oraz gorąca, paląca skóra, ale termometr pokaże wtedy maksymalnie 37,5 stopnia. 

Jedyne, co pomaga i o czym się wtedy marzy, to ciemny, ciepły i cichy pokój. Szkoda tylko, że na taki komfort rzadko sobie można pozwolić, bo robota się jakoś sama nie chce robić. A i krasnoludki też jakoś nie bardzo garną się do mojego prania czy garów. 

Tyle, że człowiek wie, iż ona przyszła tylko na określony czas i że za dzień maks dwa odejdzie. Ta świadomość pomaga przetrwać te trudne dni. A gdy migrena odchodzi, nie mogę się nadziwić, że ten świat jest taki wyraźny, że te głosy moich dzieci i męża są takie przyjemne, że światło już nie pali żywym ogniem i że tak przyjemnie żyje się bez bólu i że tak szybko i sprawnie radzę sobie z obowiązkami i pracą.

Jutro będzie właśnie taki dzień. Dzień bez migreny. Choć dziś już nie było źle. Piguła wzięta rano wystarczyła. Potem po południu ból był już znośny. Mgła i lagi mózgu oraz rozkręcone sensory mam jeszcze ciągle. 

Wczoraj to jednak była jazda. Migrena roku! Skurwesyn wśród znanych mi migren. Pokonała mnie. Położyła na glebie i siadła na plecach okrakiem. 

Poszłam do sypialni już gdzieś koło 19, by poleżeć po ciemku, bo wypalało mi ślepia i uszy, a żołądek robił karuzelę. Pomogło. Zelżyło. Ale gdy potem małżonek przyszedł i zaświecił telefonem czy tabletem w tej ciemnicy, to mnie poraziło, choć patrzały miałam zawarte.  Migrena to franca uboga.

Zasnęłam jednak, by obudzić się koło drugiej z piekielnym bólem rozsadzającym mózgownicę i niezgorszymi mdłościami. Po powrocie z wuceta było jeszcze gorzej, ale uparłam się na przeczekanie bez piguły… Wiatr wywracający asfalt do góry nogami oraz pełnia księżyca bynajmniej nie pomagały w mojej misji. Na szczęście sen wygrał bitwę gdzieś po godzinie czy dwóch… Nie był to zdrowy sen, bo przy migrenie nigdy się zdrowo nie śpi, ale dałam rady zwlec się o szóstej. 

Dziś było lepiej. Jutro będzie dobrze.

Do następnych odwiedzin tej znienawidzonej suki migreny.





16 października 2021

Pogoda na las i orzechowe ciasto

 Młoda zamówiła na dzisiaj ciasto orzechowe i wyjście do lasu w celu fotografowania grzybów. Młody zamówił na dziś zagranie w „państwa-miasta” i oglądanie ostatniej części Harrego Pottera. Najstarsza niczego nie zamawiała, ale sama dobrowolnie wyniosłam kuwetę Luśki.

Luśka, zgodnie z przewidywaniami, jest dziś na mnie bardzo obrażona po wczorajszym spakowaniu jej do transportera i zawiezieniu do weta, gdzie ją obmacywano, osłuchiwano i zaglądano w zęby, oczy i uszy… Pani doktor jednak nie stwierdziła niczego niepokojącego. Zważyła króliczysko i zleciła ponowne zważenie za miesiąc, by sprawdzić, czy faktycznie chudnie, a wtedy ewentualnie poddać Lusię trzeba będzie dalszym badaniom. Zapisała witaminową papkę, którą Luśka jednak nie jest zainteresowana. Jutro spróbuję ponownie w inny sposób jej to zaserwować. Dziś jaśnie pani jest obrażona. Gdy próbowałam ją drapać po nosie, tak jak lubi, zaburczała i schowała się w małym pudle kartonowym. 

Po powrocie z Narni (tam mieszka Zuzanna z Luśką-Królikiem) zabrałam się za łupanie orzechów, których parę dni temu nazbierałam po drodze z pracy. Wala tu tego się  pod nogami sporo. Wystarczy się schylić. No, czasem trzeba zapytać kogoś o pozwolenie, a czasem ludzie sami proponują. Jak to na wsi. 

Potrzebowałam dwie szklanki tych orzechów więc Małżonek się zlitował i dołączył do dziadka do


orzechów jakieś kombinerki. Szybko we dwoje poszło. Pieczenie to już pikuś. Zamówienie dotyczyło bowiem „Luksusowego Siostry Anastazji”, ale dla mnie to zwykły starodawny placek orzechowo-kokosowy, prosty jak budowa cepa, do tego słodki jak fiks. Luksusu w nim w każdym razie nie widać. No chyba, że kto w mieście mieszka i za orzechy płacić musi jak za diamenty. Wieśniakowi wystarczy, że się schyli i z gleby podniesie zupełnie za friko. Bożenki naprodukowały jajek to placki pachnące i żółciutkie wychodzą. Młoda uwielbia piekielnie słodkie rzeczy. Co więcej ten cukier potrzebny jej jest najwyraźniej do walki z ponurymi nastrojami, a przemianę materii ma bardzo dobrą i nic jej się nie odkłada na ciele, zatem może póki co zażerać, ile ma ochotę.



Wycieczka fotograficzna nam się udała. 

Pogoda była dobra i przyjemna. Ja robiłam, jak zwykle, zdjęcia swoim starym iphonem, czego efekty można tu obejrzeć, a Nastocórka swoim Nikonem. Dziś trochę szklaną dziesięciocentymetrową kulą się pobawiłyśmy, ale to nie jest takie proste jak się wydaje. Znaczy proste to może i jest, ale wymaga zupełnie innego spojrzenia i trochę wprawy. Jednakowoż fajnie jest znaleźć coś, czego się nie umie, a chce się umieć, bo w nauce i odkrywaniu nowych rzeczy zawsze jest sporo frajdy.


jak poćwiczę, to kulka nie będzie pochyła a grzyby wyraźne xd

To nie jest udane zdjęcie z użyciem kulki, ale ciekawy to efekt wytwarza

Młody świetnie sobie radzi w „państwa-miasta” jak na dziewięciolatka. Trzeba się nieźle uwijać, by zdążyć wypełnić przed nim tabelkę, co bynajmniej nie zawsze się udaje. Czasem tylko ma problemy z językami, bo częstokroć zna angielskie i niderlandzkie wersje, ale polskich nie i tak je zapisuje, jak zna, a po innemu to samo miejsce zaczyna się od innej litery niż po polsku. Jury jednak postanowiło uznawać innojęzyczne nazwy. 

Najstarsza w minionym tygodniu była ze swoją mentorką oglądać i poznawać miejsce, w którym będzie odbywać staż. Martwiliśmy się tym stażem, bo na jej kierunku ludzie zwykle odbywają staże w dużych sklepach odzieżowych typu C&A itp. To jednak nie dla niej. Szkoła i CLB - jak kiedyś wspomniałam -poprosiły o pomoc różne instytucje zajmujące się poszukiwaniem pracy i wspieraniem ludzi specjalnej troski. Tymczasem owo miejsce znalazłam sama i to zupełnie przypadkiem. Któregoś dnia podczas rowerowania po okolicy zobaczyłam nagle na budynku napis „Stofferder”, co znaczy tapicer. Pamiętając, że podczas lockdownu Najstarsza zwróciła uwagę na ten zawód, gdy robiłyśmy razem zadanie domowe (wtedy wszystkie były domowe hehe) o różnych zawodach po kierunku moda, pomyślałam - kurde, może by ją tu na staż przyjęli… 

Potem jednak o tym zapomniałam, bo wydało mi się to jakoś mało prawdopodobne, aż jej asystenkta z organizacji wspierającej uczniów z problemami przysłała mi do przejrzenia na mejla listę sklepów z rzeczami używanymi, w których Najstarsza mogła by rozpocząć staż. W odpowiedzi wysłałam jej adres strony internetowej tej firmy tapicerskiej z zapytaniem, czy w takim czymś nie mogła by córka przypadkiem odbyć stażu. Nie ukrywam, że spodziewałam się odpowiedzi negatywnej, a tymczasem za parę dni otrzymałam telefon, że rozmawiali z tą firmą i za parę dni pojadą z Najstarszą oglądać firmę oraz omówić szczegóły i będzie mogła tam zaczynać. Pojechali. Po obejrzeniu i rozmowie Najstarsza jest bardzo zadowolona. Na pierwszy rzut oka spodobało jej się to, co tam robią. Oczywiście oglądanie z boku a robienie tego samego własnymi rękoma to dwie różne sprawy, ale ważne że jest pozytywne nastawienie. Od czegoś zawsze trzeba zacząć. 

Na staż będzie sobie mogła spokojnie rowerem dojeżdżać, bo odległość podobna jak do dworca. Zacznie chyba jednak dopiero po feriach jesiennych, bo jakoś w tym tygodniu coś tam w tej firmie mają i w następnym też nie uda się, a potem ferie. Będzie chodzić przez dwa dni - raz cały dzień, raz pół. Pozostałe dni normalnie szkoła. Dziwne to trochę dla mnie, bo ona mogła sobie wybrać, w który dzień chodzić chce na staż. Reszta klasy ma w inny dzień. Ciekawe to. 

Pod koniec października mamy imprezę halloweenową w podstawówce. Ostatecznie zrezygnowano z marszu. Ma być po prostu impreza na szkolnym podwórku, gdzie będzie muzyka, jedzonko, malowanie twarzy i upiorne przebrania. 

Po przeglądnięciu szafy i pudeł z przebraniami zdecydowaliśmy się na zombiaki. Młody ma kupiony kiedyś za 1 euro na używkach kostium więźnia, który „okrwawimy” farbą; w szufladzie zalegają plastikowe kajdanki, które będą fajnym dodatkiem. Kupiliśmy plastikową zakrwawioną siekierę i nowe farby do twarzy. Młody ma dość długie, wiecznie rozczochrane włosiska, więc będzie z niego mega zombiak. Ja też pewnie się trochę pomaluję i zarzucę jakąś starą perukę czy potarganą kieckę, bo idę do pomocy. Zapisałam się co prawda na zmywak, ale z doświadczenia wiem, że w praktyce często trzeba też skoczyć czasem do innego stanowiska i wyjść do ludzi, a zwyczaj nakazuje by Rada Rodziców dała przykład i też się powygłupiała. Dla mnie bomba. Co jak co, ale palenie głupa, to jedna z niewielu rzeczy, jakie mi wychodzą. 

Miejmy tylko nadzieję, że pogoda będzie sprzyjająca, bo w deszcz to raczej słabo widzę. Z dochodów z tej imprezy mają być zakupione dekoracje bożonarodzeniowe do szkoły, bo wszystkim się marzy atmosfera disneyowska pod szkołą przed feriami bożonarodzeniowymi. Zaiste fajnie by było.

Póki co zrobiliśmy małe dekoracje halloweenowe przed własnym domem, bo fajnie jest zrobić coś na poprawę nastroju… 




kasztanów jadalnych tu wszędzie pełno




Tak, purchawka. Tak, przywaliłam jej kijem, by Młoda mogła sfotografować dym xd

Nie wiem co to, ale dużo tego było i wygląda jak sfajczone hatifnaty z Muminków ;-)









15 października 2021

Chcesz kupić znajomym zwierzę dla kawału, to lepiej jebnij się porządnie w łeb!

W poprzednim tygodniu nasza rodzina znowu się powiększyła o dwa sympatyczne stworzonka. W związku z czym kilka dni kręciło się wokół tego zdarzenia.

W poprzedni wtorek spakowaliśmy transporter gryzoni i udaliśmy się do schroniska. Okazało się, że świństwa są w rzeczywistości większe, niż wydawało się na obrazku. Są piękne! Luk jest czarno-biały a Maggie rudo-czarna. 

Opiekunka ze schroniska wyjaśniła, że zwierzątka zostały kupione dla kawału. 

WTF?!

No tak. Zabawa polegała na tym, że znajomi kupili znajomym parkę świnek na prezent z jakiejśtam okazji i jeszcze wcisnęli kit, że to dwie samiczki. Opiekunka mówiła, że ci ludzie raczej dobrze traktowali te zwierzątka, ale gdy pojawiły się małe, to trochę ich to przerosło. Poza tym nie mają wystarczająco czasu, by zajmować się świnkami. Oddali je zatem wszystkie do azylu. To nie jest tu wcale takie proste, bo za przyjęcie do azylu trzeba zapłacić. 

No nie wiem, jakim zjebem trzeba być, by kupować zwierzaki dla beki…? Nam się to w każdym razie w głowach nie mieści. Ja bym takich ludzi dla beki wywiozła w nagrodę do jakiejś dżungli i zostawiła tam na miesiąc w samych majtkach, niech by się zabawili trochę. Może akurat nic by ich nie zjadło, może akurat udało by im się jakieś jedzenie i wodę znaleźć i może by przeżyli. A jeśli nie to trudno. Przecież dla mnie to tylko zabawa, co mnie jakieś głupie buce obchodzą. Że tygrys im rękę ugryzł? Ojtam ojtam. Przecież człowiek to tylko głupi zwierzak, kto by się tam tym martwił… Pff.

Tak właśnie myślą buce, którzy kupują zwierzę na prezent dla beki. To skurwysyny nie ludzie!

Swego czasu jakieś Poloczki też nam się chwalili, jak to już trzeciego chomika kupili dziecku, bo one zdychają po kilku dniach, gdy patologiczny bachor patologicznych rodziców dziecko się nim bawi. Kurwa. Tylko chwycić za kłaki taką mamusię z tatusiem i wyrżnąć o ścianę. Potem zrzucić ze schodów i połamać kończyny, by na koniec, gdy już ich w stanie ciężkim do szpitala będą wieźli,  powiedzieć, żeby się nie martwili, bo ich dziecko jutro dostanie nowych rodziców. Może wtedy by dotarło do zjebanego mózgu, że zwierzę też czuje ból, że zwierzę też potrzebuje ciepła, troski, uczucia. Potrzebuje zdrowo się odżywiać i czuć się bezpiecznie. 

Jeśli nie jesteś w stanie zapewnić tego wszystkiego zwierzakowi, to trzymaj swoje parszywe łapska od niego z daleka. 

Zwierzątko to nie jakaś jebana zabawka! Zwierzątko to czująca żywa istota. Zwykle pierdyliard razy lepsza od większości ludzi.

Sąsiadka nie dawno uratowała psa od eutanazji, bo okazuje się, że ludzie podczas lockdownu nabrali zwierząt ze schroniska i nakupili, bo czuli się samotni i odizolowani, ale teraz jak już znowu wolno imprezować, zwierzak im przeszkadza, więc trzeba się go pozbyć. Skurwysyny!

Sąsiadka dowiedziawszy się o planowanym zabiciu, zabrała go tymczasowo do siebie i znalazła psinie nowy ciepły dom. 

A my daliśmy nowy dom pięknym świnkom.

Adopcja świnek, gdy już ma się jakieś w domu, nie jest łatwa, ale u nas (już po raz drugi) zakończyła się pełnym sukcesem.

Najpierw Nowi przez jeden dzień mieszkali w starej króliczej klatce. Potem wsadziliśmy ich na chwilę do Starych Naszych świniaków. Oj, było dużo burczenia. Nowe chciały od razu przejąć władzę, a stare nie chciały się bynajmniej swojej zrzekać. Maggie zaczęła gryźć wszystkich, ze swoim partnerem włącznie, ale też zwiedzała i oglądała zębami i oczyma całą małą posiadłość. Po chwili Nowi wrócili do klatki. Drugiego dnia dostarczono elementy na rozbudowę klatki, a my czym prędzej zabraliśmy się do roboty, bo 4 świnie to dużo świń i potrzeba im sporo miejsca do biegania, chowania i relaksu.





Gdy włożyliśmy Nowych po raz drugi do Starych, tym razem do powiększonej klatki, już nie było zbyt wiele kłótni. Tylko Nasza Love bardzo przeżyła przybycie gości i utratę władzy. Cały jeden dzień praktycznie nie opuszczała swojego domku. Wtykaliśmy jej tam najlepsze kąski na pocieszenie i na drugi dzień już lepiej i pewniej się czuła. Dziś wszystkie stanowią jedną świńską rodzinę. Nie gryzą się. Czasem ktoś na kogoś naturkocze ze złością, a innym razem ktoś napiszczy, gdy dwie inne świnie zwalą się na niego po chamsku w ciasnym schowanku i mało go nie spłaszczą tam. Luk popcornuje co chwilę po całym wybiegu i turkocze radośnie. Gdy pora posiłku się zbliża albo jakiś człowiek wróci do domu „utają” (piszczą) wszystkie cztery. Nowe piszczą bardzo głośno! 

Tylko, jak któreś z nas wraca do domu, to osoba obecna w domu zwykle woła głośno „jadły! Dopiero co. Nie dajcie się nabrać, że są głodne. To kłamstwo i próba wyłudzenia.!”. 

Życie wróciło do świńskiej posiadłości. Często widać świnki na pięterku, świnki przy sianie, świnka śpiącego na środku wybiegu albo świnka popcornującego po klatce (bieganie z podskakiwaniem). 

Mogę siedzieć i patrzeć na nie godzinami. To bardzo odprężające zajęcie. Lubimy je karmić, obserwować ich szaleństwa. W sumie to nawet sprzątać im lubię, bo to zabawne, gdy uciekają wtedy na pięterko i kłócą się tam o łóżeczko. Jeszcze zabawniejsze jest, gdy złażą na dół, gdy jeszcze nie skończone i plątają się pod rękami. Zmiana dywaników i mycie podłogi to 5 minut roboty, ale one są niecierpliwe, a poza tym dosyć ciekawskie.

Dziś wybieramy się do weta z naszą Luśką, bo ostatnio bardzo schudła, co jest bardzo niepokojące. Z informacji z googla może to być zarówno problem z zębami, czy robaki, ale też wiek, jak i poważne choróbsko typu rak, czy inne skurczysyństwo. Martwimy się, choć poza schudnięciem nie widać innych niepokojących objawów. Luśka je wszystko, co dotąd jadła. Bobczy jak bobczyła, siusia do kuwety jak siusiała. Przybiega i kręci młynka wokół nóg domagając się pieszczot. Burczy, warczy i boksuje, gdy coś jej się nie  podoba. Rozgryza swoje kartonowe pudła, chowa się do nich i wbrykuje na nie. Trochę mało je siana, jak na królika, ale tak było od początku. Wet, mamy nadzieję, wyjaśni co jest problemem i oby to nie było nic strasznego, bo Lusia to najlepszy królik na świecie. NAsza pierwsza i najstarsza podopieczna. 

Ja też powinnam wybrać się do jakiegoś konowała, bo moje kopyta czasem nie chcą współpracować. Chciałabym wierzyć, że to zbieg okoliczności, jednak wyguglowałam sobie makiśczas temu najczęściej zgłaszane poszczepienne powikłania i okazuje się, że dziwnym zbiegiem okoliczności problemy z krwiobiegiem pojawiły się nagle po covidowym szczepieniu u setek ludzi. Zresztą i w gazetach o tym gdzieś tam kiedyś drobnym drukiem było.

U Młodej powikłaniem poszczepiennym jest pogorszenie menstruacji, która do tego czasu już wymagała brania tabletek. Teraz jednak to jest po prostu katastrofa i istna powódź. No sorry, ale nie jest normalnym, że mimo najgrubszych i największych podpasek portki ci po godzinie przemakają. 

Oj, chyba się zagalopowałam… znowu zaraz jakaś warsawianka będzie zgorszona, bo kobieta mówi publicznie otwarcie o menstruacji i używa wulgarnych słów typu „podpaska”. Hehe.

U mnie po szczepieniu nagle masowo zaczęły się pojawiać żylaki. Dotąd miałam jednego. Pojawił się 20 (słownie: dwadzieścia) lat temu podczas ciąży i sobie jest. Siniaki i bóle nóg w mojej robocie w moim wieku to nic specjalnego. Tyle, że dotąd wiedziałam skąd mam siniaki i któremu domowi i sprzętowi daną granatową czy żółtą plamę zawdzięczam. No i od roboty mam też siniaki na dupie, głowie, plecach, ramionach itd, bo każdy ma w domu jakieś kuromysła na różnych wysokościach. Ostatnio jednak pojawiają się po cichu ale bolą jak skurwesyn. Mam też coraz więcej czerwonych fikuśnych ozdóbek na girach. Ostatnio przedwczoraj Młody wyciągnął mnie na swój wieczorny spacer (codziennie chodzi z tatą), no i poszłam. To raptem ze 3-4 km było, ale z trudem doszłam do domu, a pokonanie w nocy schodów, by dostać się do wuceta to był nie lada wyczyn. Rozważałam schodzenie na dupie, ale bokiem okazało się wykonalne. Do teraz czuję, że mam nogi, ale nie jest to ból, raczej upierdliwość - mrowienie, napięcie, dziwaczne uczucie… 

Pora zatem zapisać się do rodzinnego. Póki co zaraz spieprzam do roboty. Jeden klient mi dziś wypadł, ale popołudniowe 4 godziny trzeba zaliczyć.

Młodego muszę zapisać w końcu do dietetyka dziecinnego, bo czasem mam już dość jego niejedzenia, no i zwyczajnie się niepokoję. 

Psycholożka jednak ostatnio stwierdziła, że Młody pod wieloma względami podobny jest do sióstr ze swoją odmiennością, postrzeganiem i odczuwaniem świata, a co za tym idzie, kto wie, czy i w jego wypadku nie trzeba brać pod uwagę spektrum autyzmu. To by wiele rzeczy wyjaśniało, tak samo jak w przypadku Młodej, ale póki co nie ma co się tym zajmować. Rozmowa z dietetykiem, alergologiem i wizyty u psychologa na pewno nie zaszkodzą, a wielu rzeczy się dowiemy o naszym synu i jego zdrowiu, a także o sobie.

Tymczasem zjeżdżam do roboty. Może jeszcze przez weekend coś skrobnę, a może dopiero za kilka czy kilkanaście dni się uda popisać. To wcale nie jest łatwe, gdy dużo na raz się dzieje. Ja nigdy się wszak nie nudzę za bardzo…




2 października 2021

Pożar w sąsiedztwie i inne atrakcje tygodnia.

Wspominałam już o tym na Instagramie, ale głupio by było nie zanotować tego zdarzenia w pamiętniku. Sąsiadka dostarczyła nam bowiem trochę gorących atrakcji. 

Niedziela wieczór. Zabraliśmy z małżonkiem swoje książki i udaliśmy się do sypialni, by oddać się w spokoju i w komforcie naszym lekturom. Jeszcze się dobrze nie ukokosiłam pomiędzy moimi wszystkimi poduszkami, jak zza okna usłyszeliśmy żwawe dyskusje. Ki czart tak tam się awanturuje po nocy? Wyglądamy zza żaluzji a to sąsiedzi - cała rodzina wyraźnie podekscytowana czymś. Gdy poleźli w naszą uliczkę wiodącą do ogródków, pomyślałam, że pewnie kot albo pies im nawiał. Jednak nagle zaczęli dzwonić naszym dzwonkiem i wołać nas jakby się paliło. Słowo „brand” uświadomiło nam, że chyba faktycznie gdzieś się pali. Ba, pierwsza myśl, że u nas i nawet na strych w panice pobiegłam, a tam Najstarsza zdziwiona patrzy na mnie zza swojego telefonu…

 Czyli to nie u nas się pali! Uff. Gonię na zewnątrz a tam już Młoda pokazuje ogień w oknie na piętrze u sąsiadki. Sąsiad, który nas wołał już dzwoni po straż. Mówimy, że laska jest w domu. Sąsiad, że chyba nie, bo pukali i nikt nie opowiadał. Jak nie, jak tak. Widzieliśmy ją, nawet mieliśmy ochotę wytargać to głupie za kłaki, ale tylko powiedzieliśmy, by ogarnęła swoje zwierzęta… (Dzieci zauważyły z okna, że pies dusi kurę i pognały drzeć się na psa przez płot i jaśnie pani wylazła z domu…). No więc jest w domu zapewne, bo i auto stoi przeco… Sąsiad, który jeszcze gadał ze strażą, dodał że są chyba ludzie w domu… 

Okazało się, że drzwi od ogródka otwarte. Weszliśmy zatem do domu i wołaliśmy, ale nikt nie odpowiadał. Ciemno jak w dupie, dymem wali… Sąsiad polazł na górę i woła, że ją znalazł w płonącym pokoju na podłodze… Poszliśmy zatem i my i wynieśliśmy ją do ogródka. Oddychała, ale była nieprzytomna. Wtedy nadjechały straże, policja i pogotowie, co wyciągnęło wszystkich pozostałych sąsiadów na drogę. W piżamach i w bieliźnie wszyscy powyłazili.  Inicjatorkę tego cyrku zabrali do szpitala, ogień zgasili. O północy wszyscy się rozeszli… Sąsiad zabrał psa i rano przyniósł kocurom żarcie. My zanieśliśmy jedzenie kurom i królikom. Kolejnego dnia sąsiad przyjechał autem ze szkoły ogrodniczej i przy pomocy kilku uczniów zabrali zwierzaki do szkoły, gdzie normalnie różne stworzenia hodują i 5 w te czy wewte przez parę dni różnicy nie zrobi. 

Wczoraj wróciła. Ciekawe, co odpierdoli następnym razem… Aż strach się bać. 

Gdyby sąsiad nie plątał się wieczorem po podwórku i nie zauważył dymu nie wiadomo, jakby się to skończyło. Tamten dom i naszą szeregówkę dzieli tylko dróżka… Niektórzy, zdaje się, mieli cichą nadzieję, że ona nie wróci… no bo już większość ulicy miała przyjemność bliżej poznać tę osobliwość i zwykle nie skończyło się to dla nich dobrze…. Aha, do nas dotarło swego czasu np, że powiedziała do kogoś, iż spali nam dom, bo jesteśmy złymi ludźmi, gdyż np nie pozwalamy jej parkować na naszym prywatnym miejscu parkingowym, kiedy ona ma na na to chęć albo bo wynosimy kuwetę na pole, które ona uznała za swoje (a które w rzeczywistości należy do właściciela naszego domu). Ha, a tymczasem prawie zjarała swoją chatę, której nawet jeszcze nie skończyła remontować. Ba, sama się mogła kretynka sfajczyć… Dzban, jakich mało… No, ale kto wie, może ta przygoda ją czegoś nauczyła…? A może się jednak wyprowadzi spośród tych wszystkich złych ludzi… Czas pokaże. 

W poniedziałek byłam trochę niewyspana, a właśnie zaczynałam robotę u nowego klienta, na zastępstwie, co znaczy że po posprzątaniu dwupiętrowego domu jeszcze musiałam kolejne 4 godziny latać z miotłą. Normalnie to nic specjalnego, ale po nieprzespanej nocy to inksza inkszość. I jeszcze u nowych ludzi. Mili i sympatyczni, ale perfekcjoniści aaaaa. To nie dla mnie, ludzie! Ja mogę posprzątać dwupiętrowy dom, gdzie jest faktycznie brudno, nawet największy chlew. Ba im większy chlew tym lepiej. Nienawidzę sprzątać czystych domów, gdzie każą mi przez 4 godziny ścierać niewidzialny kurz. 

Babka dała mi jedną suchą szmatkę i jeden odkurzacz i kazała mi tylko i wyłącznie zetrzeć kurze i poodkurzać dokładnie. I tylko na parterze. Poodkurzałam dokładnie, co zajęło mi niewiele ponad godzinę. Ona mówi, że następnym razem mam to zrobić dokładniej i raz na miesiąc będzie mi kazała też „plinty” (nie znam polskiej nazwy) ogarnąć. Mówię, że zrobiłam. Jakby nie słyszała. Ona mi powie, kiedy, dziś nie trzeba. No i że wiele sprzątaczek wiecznie zapomina o abażurach… Mówię, że starłam tam kurz. A tak, ona widzi, ale muszę o tym pamiętać, bo większość zapomina. Dodaję uprzedzając wywody, że nad wszystkimi drzwiami, na wszystkich drzwiach, szafach, obrazach, wazonach, lusterkach, parapetach, lampach, drukarkach, zegarach itd też starłam. No ale muszę dokładniej następnym razem. Mam się nie śpieszyć, mam ścierać kurz dokładnie. Jak można ścierać kurz dokładniej? Jedną suchą ścierką? Jak można odkurzać dokładniej podłogę? Nie mam pojęcia. Wolę sprzątać, tam gdzie jest na prawdę coś do sprzątania. Pójdę do biura i powiem, niech się streszczają z szukaniem im nowej sprzątaczki, bo to nie są klienci dla mnie. Poza tym nie chce mi się sprzątać po południu. No ale po niedzieli idę do okulisty. Kto wie, może to coś zmieni i jak kupię bryle, to zacznę lepiej widzieć kurz… 

We wtorek nawiedziłyśmy psychiatrę. Standardowa wizyta. Wypisała recepty na zapas piguł i wyznaczyła termin następnej wizyty. Powiedziała że za pół roku można znowu spróbować zmniejszyć dawkę i że jak się raz czy dwa nie uda, to ciągle to nie znaczy, że do końca życia musi być na tabsach… Na to że się z nadwrażliwością polepszy nie ma szans… Dodała nawet, że teoretycznie istnieją jakieś medykamenty, ale to już naprawdę w najgorszej sytuacji, bo skutki uboczne mają najdziwniejsze. Jedyną opcją jest dopasowanie swojego życia, swojego otoczenia do swojego autyzmu, czy dyspraksji. Czyli inaczej, trzeba się nauczyć  z tym żyć. Tak jak już tu kiedyś mówiłam.

W tym tygodniu zdecydowaliśmy się ponadto na adopcję dwóch świnek. Nasza Sara umarła miesiąc temu i do dziś bardzo nam brakuje Naszego Kochanego Wielkiego Świństwa. To była super świnka. Tornado i Love też przekochane i świnki ogólnie są fajne. Dlatego stwierdziliśmy, że wypełnimy puste miejsce i poszukamy jednej bezdomnej świnki. Gdy znalazłam jedno ogłoszenie w pobliskim schronisku, okazało się już nieaktualne, ale dziewczyna napisała mi, że mają właśnie parę do adopcji… Szybka dyskusja i szybka decyzja. Bierzemy je. Tylko domek trzeba będzie powiększyć… Po wypełnieniu ankiety i pokazaniu na zdjęciach i filmiku warunków, jakie mamy świniakom do zaoferowania, zgodzili się na adopcję. W przyszłym tygodniu jedziemy do azylu i mamy nadzieję wrócić z dwójką nowych puszystych podopiecznych. Rozbudowa domku już zamówiona. Niecierpliwimy się bardzo. Cóż, tak to jest, gdy woli się zwierzęta od ludzi. Nasza introwertyczno-autystyczna Piątka tak właśnie ma.




Piątek też był bogatym we wrażenia dniem. Młoda miała wizytę u pneumologa (czy pumonologa? - tak to chyba po polskiemu). Do szpitala pojechałyśmy skuterem. Muszę rzec, że wygoda z tym pierdzikółkiem. Nie trzeba tłuc się autobusami, człowiek odpala i pyrka tu czy tam, samemu czy z dzieckiem. Przy czym nie rzadko szybciej się dotrze na miejsce niż autem, bo pomykając ścieżkami rowerowymi często jeździ się na skróty omijając większość korków. 

W szpitalu spędziłyśmy pół dnia ganiając po różnych działach. Pneumolog zlecił bowiem od razu różne badania: spirometria i jeszcze jakieś inne wydechowe badanie na astmę, prześwietlenie płuc, EKG, badanie krwi. Niezły parcour. Ale nawet szybko poszło. Najdłużej zeszło z badaniem krwi, bo akurat stażysta pomagał, co znacznie wydłuża procedurę. Jednak chłopak powoli, ale bardzo sprytnie pobrał tę krew i nawet nawijkę niezłą rozkręcił. Młoda uznała, że podbijał do niej zwyczajnie hehe. Poza tym ciężarówek pełno zajmowało kolejkę, co też Młodą rozbawiło, bo „one tam o tych swoich ciążach i porodach nawijają a ty tu, matka, ze mną starą córką, aż głupio tak”. No fakt, tak słuchasz tych ich problemów i obaw i na heheszki cię zbiera, bo jako matka z 20letnim stażem już wiesz, że ciąża i poród to przeco dopiero rozgrzewka, krótki wstęp do długiej pełnej mrożących krew w żyłach długiej przygody i że one młodziutkie ciesząc się tą dynią w brzuchu są zupełnie tego nieświadome, bo ich wyobraźnia poza ten poród w ogóle nie sięga, ale za to wydaje im się najpoważniejszą rzeczą w życiu… Fajnie, że one się cieszą, bo ten pierwszy raz jest mega doświadczeniem, to oczekiwanie, ta niepewność… Jednak, gdy jako stara baba z boku patrzysz, to jednak chce się śmiać… 


Potem poszłam jeszcze do roboty. U klienta bardzo smutny dzień. Właśnie czekali na weterynarza, który miał przyjechać dać kotu zastrzyk prowadzący za tęczowy most. Siedemnastoletni kocina miał raka. Ciężko pracować w takiej ponurej atmosferze. Kochają zwierzęta tak samo jak my. To był pierwszy raz, gdy byłam przy eutanazji stworzonka. Teraz już wiem, że to wcale nie takie piękne i wcale nie krótkie zakończenie. Jednak zapewne lepsze niż długotrwałe cierpienie i powolne umieranie. To był dobry kocina, ale też miał dobre pełne miłości człowieka życie.

Śmierć i niedola zwierząt o wiele bardziej mnie wzrusza niż śmierć ludzi. No ale cóż, od zwierząt nigdy sama zła nie zaznałam, a od ludzi całe mnóstwo. Zwierzęta cię skrzywdzą, gdy muszą jeść lub się bronić. Człowiek nie potrzebuje powodu, wielu zrobi to dla przyjemności…


To był bardzo ciekawy tydzień. 

Dziś zwyczajnie się relaksowaliśmy. Wstałam o szóstej i posprzątałam trochę. Mąż ugotował obiad a ja upiekłam chałkę. Potem zrobiliśmy drobną przejażdżkę rowerową, jakieś 25 km i obejrzeliśmy film. Dziewczyny pojechały rowerami na pierwsze bezmaskowe zakupy, bo dziś właśnie pierwszy dzień, gdy do sklepu można iść bez naryjca. Hurra! Dziwnie jednak tak trochę. Trzeba będzie się jakoś przyzwyczaić. Młody odbył też z tatą spacer z parasolem, bo właśnie zaczęło lać, a jemu już jakiś czas się marzyło, by spacerować z tatą w deszczu. 

Jutro też zamierzamy się czilować i fajnie jakby obeszło się bez żadnych akcji i niespodzianek. 





26 września 2021

Komitet Rodzicielski w Belgii.


 Komitet Rodzicielski, czy jak tam kto woli Rada Rodziców.

W tym tygodniu byłam na zebraniu Komitetu Rodzicielskiego i tak sobie pomyślałam, że napiszę, jak to tu wygląda i dlaczego warto zapisać się do Komitetu w szkole swojego dziecka.

Moje nastocórki edukację rozpoczęły jeszcze w Polsce. Chodziły tam do dwóch szkół - malutkiej na wiosce i dosyć dużej w małym mieście. Ja w obu szkołach należałam do Rady Rodziców. Tutaj jestem w Komitecie coś z 5 lat, z tym że ostatnie 2 lata się nie liczą, bo miałam inne rzeczy na głowie a poza tym przez koronę niezbyt wiele się działo.

Tak czy owak mam już jakieś pojęcie o tej kwestii i jakieś porównanie pomiędzy PL a BE i dziś trochę się na ten temat powymądrzam.

We Flandrii ciut inaczej to wygląda, niż w Polsce. Różnice są przede wszystkim w organizacji. W PL były (za moich czasów) tzw  Trójki Klasowe obowiązkowe dla każdej klasy i z tych trójek składała się Rada. Tutaj nie ma trójek, nikt nie jest w żaden sposób zmuszany do należenia do Komitetu Rodzicielskiego. Przynależność jest całkowicie dobrowolna. Nie ma też obowiązku, by w Radzie byli rodzice z każdej klasy. Bynajmniej. Teoretycznie jest możliwe, że z jednej klasy będzie 7 rodziców a z drugiej ani jednego.

Dla przykładu podam, że w naszej małej wiejskiej szkółce (trochę ponad 200 uczniów) do Komitetu należało wcześniej około 20 rodziców (teraz po koronie trudno orzec, bo odeszli rodzice dzieci kończących szkołę, a nowych dopiero trzeba nałapać).  Tyle samo mniej więcej rodziców było w szkołach średnich, które mają ponad tysiąc uczniów. Wiadomo w małej wiosce, gdzie wszyscy prawie się znają ze sobą, łatwiej kogoś wkręcić do Komitetu, niż w dużej szkole, do której uczniowie przyjeżdżają z innych miejscowości a rodzice się wzajemnie nie znają. Jak zdobywa się nowych członków? Tak samo jak się sprzedaje kosmetyki z Avonu hehe. Podbijasz po kolei do rodziców nowych uczniów we wrześniu i pytasz: chcesz coś z Avonu? Znaczy chcesz należeć do super fajnej, mega zajebistej rady rodziców? Tak samo jak z avonem, zwykle nikt tak od razu nie chce… Ale czasem da się jakiegoś jelenia złapać hehe. Pisze się też mejle reklamujące do wszystkich rodziców, rozdaje ulotki dzieciom, na każdej imprezie zachwala i zachęca…


Co robi Komitet Rodzicielski we Flandrii?

Tu akurat mniej więcej to samo co w Polsce - pomaga ciału pedagogicznemu ogarnąć szkolny cyrk i próbuje w różny sposób jakoś ufajnić szkołę, by dzieci jak najlepiej się w niej czuły. Pełni też rolę pośrednika pomiędzy resztą rodziców a belframi i dyrekcją. Do Komitetu może każdy rodzic zgłaszać różne pomysły, problemy i td.

Komitet organizuje różne imprezy i pomaga nauczycielom to i owo zorganizować.

Komitet próbuje zebrać jak najwięcej pieniędzy, by zafundować szkole coś ekstra.

I tu mamy kolejną różnicę. U nas nie ma żadnych mniej lub bardziej „nieobowiązkowych” składek… Nie wiem, jak tam teraz w PL, ale drzewiej nie chcieli wydać dziecku świadectwa, gdy miało się „nieobowiązkową” składkę niezapłaconą, a w moim mieście niezapłacenie „nieobowiązkowej” składki było powodem sprzedawania odbierania rodzicom dzieci. 

U nas nie ma stałego haraczu. Komitet musi bardziej się postarać i trochę głową ruszyć oraz przede wszystkim dupę ruszyć, by zdobyć forsę. 

Każda szkoła ma swoje pomysły, jak tego dokonać. Jednym idzie lepiej, innym gorzej. Dla przykładu nasz  Komitet w ciągu ostatnich 10 lat zarobił blisko 100 tys. euro (sam zysk). Jak na małą szkółkę to - moim zdaniem całkiem zacnie.

Jak to się u nas robi?

Ano głównie dwie metody: organizacja imprez i sprzedaż jakiegoś szajsu ;-)

Dwie coroczne dosyć dochodowe tradycyjne imprezy szkolne organizowane przez nasz Komitet to „Wieczór Wina i Sera” oraz zabawa karnawałowa. 

Czym jest Wieczór wina i sera to już sama nazwa mówi. Robi się plakaty, ulotki, zamawia się sery, wino i inne napoje oraz różne inne dodatki. Drukuje się bilety-cegiełki, które każdy może kupić. Każdy rodzic (nie tylko z Komitetu) próbuje zachęcić do przyjścia wszystkich swoich znajomych. Impreza trwa 2 dni (sobota, niedziela). Ludzie się schodzą, kupują bilet (jeśli wcześniej nie kupili) i podchodzą do stołów, gdzie kroją sobie taki czy inny ser, nabierają gorącej zupy cebulowej ugotowanej przez Komitet, kupują napoje i siadają przy stolikach do jedzenia i pogawędek ze spotkanymi tam ziomkami. Jedni wychodzą, kolejni przychodzą. Zwykle sala jest pełna. Zarobek ze sprzedaży biletów i napoi to w jednym roku tysiąc w drugim 2,5 tysiąca euro.

Zabawa karnawałowa to każdy wie jak wygląda. Czasem gra jakaś wiejska kapela, czasem DJ. Zarabia się na napojach, przekąskach i wejściówce. Zysk podobny jak poprzednio. Zależnie od roku, raz jedno raz drugie lepiej wychodzi.

Inne imprezy to np BBQ na szkolnym podwórku w czerwcowy weekend. Jakieś dmuchane zamki, muzyka, lody, frytki, grill, malowanie twarzy itd itp. Zawsze sztuka w tym by jak najtaniej zapłacić ale dużo zarobić. Cena za wszystko musi być oczywiście nieprzesadzona, bo nikt nie zapłaci. No i zwykle próbuje się jakichś sponsorów zdybać, a to piekarnia da ze dwie bułki za darmo, a to dmuchany zamek za połowę ceny. Każdy wie, jak jest, nie ma co tłumaczyć.

W ostatnich latach (przedkoronowych) były też mecze (mistrzostwa) na dużym ekranie w szkole. Ekrany i reszta sprzętu wypożyczono. Ludzie przyszli poprzebierani i wymalowani w belgijskie barwy, szaliki, gadżety… My sprzedawaliśmy kilka gatunków piwa, gin z tonikiem, sangrię, colę, fantę, wodę, lody, chipsy. Belgia grała  wtedy kilka razy. Przyszły tłumy, jakich się nikt nie spodziewał. Zysk coś ze 3tysiące.

Inne metody, jako się rzekło to sprzedaż czegoś. Popularna i już z wieloletnią tradycją jest sprzedaż gofrów, pralinek gdzieś przed wielkanocą. Najpierw zbiera się zamówienia wśród rodziców z zaznaczeniem, że to na Komitet. Zamawia się i sprzedaje to z zyskiem. Niektórzy rodzice zamawiają dla całej rodziny, sąsiadów itd.  I tu czasem tysiąc udaje się wyciągnąć.

W tym roku jest nowy pomysł. Szykujemy się do sprzedaży zestawów cebulek tulipanów, narcyzów itp. Zasada jak przy gofrach.

Kolejny nowy pomysł (moim zdaniem kompletnie nieprzemyślany - inne lokalne organizacje robią to samo w tym samym czasie) to marsz halloweenowy. Marsz to niewłaściwe słowo, ale nie wiem, czy jest jakiś polski odpowiednik „zoektochtu”. To jest taki marsz, który wiedzie określoną trasą i po drodze są zadania do wykonania oraz inne atrakcje. W tym wypadku jest to marsz po ciemku i ze strasznymi atrakcjami. 

Jako się rzekło, co szkoła, to inne pomysły.

Na co Komitet wydaje zarobione pieniądze? 

Przy wydatkach zawsze jest sporo dyskusji na zebraniach. Nauczyciele przedstawiają swoje pomysły i potrzeby. Uczniowie zgłaszają swoje, a Komitet ma jeszcze swoje. Lista potrzeb zwykle jest długa.

Podam zatem kilka przykładów z ostatnich lat. Z drobiazgów Komitet funduje co roku m.in. prezenty mikołajkowe (słodycze), frytki i lody na koniec roku dla wszystkich uczniów. 

Jednorazowe zakupy to np:

- system nagłośnienia na potrzeby radia uczniowskiego,

- stoły piknikowe (latem dzieci jedzą na podwórku), plastikowe stoliki imprezowe

- zabawki i gry podwórkowe wraz z kuframi do ich przechowywania plus namalowanie plansz i innych „terenów” do gier na płytkach,

- iPady dla uczniów (służą głównie przedszkolakom do zabawy) , odtwarzacz dvd;

- zamrażarka, lodówki i plastikowe pudła, wykorzystywane m.in. do przechowywania uczniowskiego  drugiego śniadania (pomysł w związku z ogrzewaniem podłogowym, które szkodzi kanapkom w plecakach)

- pralka i suszarka

To tylko co ciekawsze przykłady, by bardziej obrazowo pokazać jakimi pieniędzmi obraca nasz Komitet Rodzicielski i jak ogólnie sytuacja wygląda. 

Dlaczego warto zapisać się do Komitetu Rodzicielskiego w szkole swojego dziecka?

Ludziom się czasem wydaje, że to nic innego nie trzeba mieć do roboty, by należeć do Komitetu Rodzicielskiego, ale guzik prawda. 

U nas (i w innych szkołach podobnie) Komitet zbiera się raptem kilka razy do roku. Zwykle z 5 razy. Zebrania są wieczorem (u nas o 20godzinie). Nie ma bynajmniej obowiązku chodzenia na każde. Ba, można w ogóle nie chodzić na zebrania, ale dobrze jest o nieobecności informować przed zebraniem, by wszystko było jasne, no i u nas od tego roku trzeba określić swój statut w komitecie - można być głównym członkiem i zawsze być obecnym, zawsze działać członkiem pomocniczym, który tylko od czasu do czasu przy większej okazji się udziela.

 Zasadniczo jednak nikt nie musi udzielać się przy wszystkich okazjach. Każdy przychodzi do pomocy, przyłącza się do działania wtedy, kiedy ma czas, kiedy ma możliwości. Np przy takim zakończeniu szóstej klasy potrzeba dwie-trzy osoby do podawania szampana czy zapewnienia nagłośnienia, ewentualnych dekoracji. Idzie, kto wtedy może. Do rozdzielania i pakowania gofrów też z 4 osoby wystarczy. Najwięcej ludzi potrzeba do dużych imprez, bo to dużo załatwień jest, ale  i tu też każdy orze jak może. Są zwykle w takim Komitecie ludzie, którzy mają jakieś znajomości, jakieś chody albo zwyczajnie ogarniają lepiej rzeczywistość i oni zwykle najwięcej robią. Inni tylko fizycznie przy imprezach się udzielają. Liczy się w każdym razie każda główka i każda para rąk. 

Pytanie tylko po co?

A tak, żeby czasem porobić coś fajnego i dobrego dla innych, w tym dla dobra swojego własnego dziecka.

Po to by poznać ludzi, innych rodziców.

Po to by poplotkować, pogadać, zabawić się, rozerwać. Tak, na zebraniach po omówieniu spraw ważnych zawsze przychodzi czas na pogaduszki. Ile się się w ten sposób rzeczy o swojej wsi dowiedziałam, olala. W tej piekarni są niemili, ta knajpa jest beznadziejna, ten to oszust, tamten gbur, tam jest fajny plac zabaw, tam tanio kupisz to, a tam tamto.

 Raz do roku u nas jest też spotkanie w jakiejś knajpie. Każdy płaci za siebie, żeby nie było, że wydaje się forsę rodziców. To też jest fajne.

Dla mnie obcokrajowca Komitet był od początku ogromnym źródłem wiedzy na temat szkoły. W ten sposób można się przyjrzeć szkole od zaplecza, poznać bliżej nauczycieli, dyrekcję i innych pracowników oraz dowiedzieć, jak co w tej konkretnej instytucji, w danej gminie i całym systemie oświaty funkcjonuje.

Ostatnio np mieliśmy dyskusję na temat nowego systemu zapisów uczniów do szkół, który okazuje się nie być wcale taki dobry, jak mi się z pierwa wydawało. Jest to bowiem system sterowany odgórnie przez ministerstwo i sama szkoła, dyrekcja czy nawet urząd gminy nie ma tu nic do powiedzenia. Rodzice zapisują dzieci na listę, a komputer je przydziela do szkół wedle odległości pomiędzy szkołą, a miejscem zameldowania. Przy czym każda szkoła ma jasno określoną i nieprzekraczalną liczbę miejsc, a co za tym idzie, kto się spóźni z rejestracją, może nie dostać się do żadnej szkoły w okolicy. No i w przypadku naszej szkoły, która znajduje się przy granicy prowincji, może się zdarzyć, że do szkoły zostanie zapisane dziecko z innej gminy i innej prowincji, a zabraknie miejsca dla mieszkańca naszej wioski, bo to pierwsze ma w kilometrach bliżej niż to drugie. Do tego jako pierwsze dostają miejsca dzieci, które w szkole mają rodzeństwo lub rodziców nauczycieli, no i dzieci które właśnie się przeprowadziły tuż przed oficjalnymi zapisami. Więc może być tak (i jest), że dziecko mieszkające pod samą szkołą nie dostanie się do niej, bo zabraknie miejsca. Pozytyw taki, że teraz rodzice nie rozbijają pod szkołami namiotów i nie stoją kilka dni w kolejkach, by zapisać swoje dziecko do danej szkoły, jak to wcześniej miało miejsce. 

Należenie do Komitetu Rodzicielskiego ma sporo pozytywów, ale dla mnie jedno jest bardzo trudne i chyba w końcu dam sobie z tym spokój… Ja chodzę spać z kurami, o 21 już jestem w łóżku, a tymczasem zebrania i wiele imprez zaczynają się wieczorem lub późnym popołudniem i kończą bardzo późno. Z ostatniego zebrania wyszłam o 23.30. Dla mnie o wiele za późno. Jakby nie patrzeć o szóstej muszę wstać, a potem ostro naginać przez cały dzień, zaś moje zdrowie i siły pozostawiają sobie ostatnimi czasy wiele do życzenia. No, po prostu starość nie radość…

Młodym i nie pracującym ciężko polecam jednak. 



21 września 2021

We wrześniu szybko trzeba żyć

 Dziś mam wrażenie, że w wakacje żyłam w zwolnionym tempie. Nie tylko przez te dwa tygodnie urlopu, ale całe dwa miesiące. Dzieci nie chodziły do szkoły, lekarze byli na urlopach, więc i wizyt nie mieliśmy za bardzo w wakacje. Nic nie trzeba było załatwiać ani nigdzie się spieszyć.  Rano można było dzień bez pośpiechu w ciszy i spokoju rozpoczynać, a wstając o szóstej miałam mnóstwo czasu na poranne zajęcia, czyli posiłek własny, kawę, karmienie zwierząt, pranie itp. 



No i, proszę państwa, tak się przez te 2 miesiące rozleniwiłam, że teraz nie wyrabiam rano na zakrętach. Naparzyć hektolitry herbaty (Młodzież pije do śniadania w domu i bierze w termosach do szkoły), spakować Syniowi jakieś śniadanie, co jest nie lada wyzwaniem, bo ten cudak nie je w ogóle żadnego chleba, ryżowe wafle już mu się przejadły i co takiemu dać do szkoły na te 7-8 godzin? Diabli wiedzą! Najlepsze, że śniadanie rano raczej rzadko jakieś uda mu się zjeść. Na nic nie ma chęci i ogólnie mało jest potraw, które akceptuje. Czasem poprosi o kaszę mannę lub budyń. Wtedy gotuję z wielką radością. Innym razem zje biszkopcika czy gofra. To też łał jak dla mnie, bo nie lubię, jak idzie głodny do szkoły, gdyż wcale nie rzadko się zdarza, iż nie ma smaku na to, co zabrał do szkoły, a wtedy śniadanie je dopiero o 16tej po powrocie ze szkoły. Tak niezbyt zdrowo, ale nic na to nie poradzę.

Od początku  września zabiera codziennie na pierwszą przerwę kiwi albo banana, albo winogron, albo zielone jabłko (żadnych innych nie akceptuje), na drugą przerwę bierze gofra. Nie nawaliło, jak na dziewięciolatka. Po szkole je obiad… No, tak to nazwijmy. Z normalnych gotowanych przez nas rzeczy je: rosół, spaghetti, pyzy z mięsem, ruskie pierogi, gołąbki, no i …to by było na tyle. Czasem naleśniki, ale nie jest jakimś ich wielkim fanem. W dni, kiedy nie serwujemy żadnego z tych dań, czyli większość dni, Młody je frytki z frikandelem i/lub nuggetsami. Dobrze, że nie mam obsesji na punkcie zdrowego odżywiania, bo chyba bym osiwiała… a nie, czekaj, już jestem siwa… Przed spaniem czasem jeszcze raz je frytki, ale często po prostu wpiernicza tylko owoce. Dużo owoców pożera. Uwielbia kiwi, tylko musi być twarde i kwaśne. Dojrzałego słodkawego nie tknie. No, czasem wetnie też jakieś czipsy albo mleczną czekoladę (innych nie uznaje). Nie należy do grubasów, że tak powiem. Jest najmniejszy w klasie, ale nie jest też jakimś tam bladym anemicznym szkieletem, jak można by się spodziewać, nie choruje, jest niezwykle sprawny, ma dużo energii, mózg pracuje mu na pełnych obrotach za pięć dzieci w jego wieku, z czego wnioskuję, że jego dziwna dieta nie jest specjalnie niebezpieczna dla zdrowia. Winna jest tu pewnie w dużej mierze wysoka wrażliwość…

Oczywiście fajnie by było, gdyby tak cała Piątka jadła wszystko, co gotuję. Pomarzyć dobra rzecz. Tylko Najstarsza je większość rzeczy. Dwójka pozostałych ma specjalne potrzeby żywieniowe. Młoda po pierwsze primo ma wersję autyzmu, która nie toleruje pewnych smaków, zapachów, faktur itp. Po drugie primo aktualnie nosi aparat ortodontyczny, co nie ułatwia jej życia ani nam rodzicom gotowania. 

Na szczęście to stare dzieci i same sobie potrafią jedzenie zorganizować lub o konkretne rzeczy poprosić. Jednak człowiek ciągle nad tym myśli, kombinuje, duma, co by tu jutro upichcić, by jak najwięcej ludzi chciało to jeść. Czasem mnie to okropnie irytuje, bo nie mam pomysłów. Czasem przygotowuję kilka różnych rzeczy, żeby był wybór, ale najpierw trzeba mieć ten pomysł… Ech. Raz w tygodniu zwykle zamawiamy jakąś pizzę czy kebsa, a Młody spaghetii, bo pizzy ani kebaba oczywiście nie lubi. 

Dziwny jest ten świat. A my jeszcze dziwniejsi.

Najstarsza wreszcie ma nowe okulary. Gdy w zeszłym tygodniu je założyła u optyka, aż samo jej się śmiało. Potem wyszłyśmy na ulicę, a ona rozglądała się powoli wokół i nie mogła się nacieszyć, że znowu wszystko widzi z daleka. Stwierdziła, że teraz musi się nauczyć od nowa z tym żyć hehe.

Trafiłyśmy na jakąś promocję i tylko 210€ zapłaciłyśmy za bryle z oprawkami dobrej marki,  a z tego jeszcze będzie sporo zwrotu z ubezpieczenia. 

Ja mam wizytę u okulisty na początku października i pewnie też będę się uczyć na nowo patrzeć na świat. 



W najbliższych tygodniach jeszcze mamy trochę wizyt po różnych doktorach, ale opowiem, jak już będzie po, o ile oczywiście będzie o czym opowiadać. Najstarsza ma iść do gina, bo z badań krwi wynika, że z hormonami coś nie tenteges i trzeba to omówic. Młoda ma wizyty standardowo systematyczne wizyty u psychiatry i ortodonty, ale mamy coś nowego - pneumolog. Tam jeszcze nie byliśmy. Młoda ma czasem problemy z oddychaniem i nie zawsze stres ma z tym coś wspólnego. Rodzinny zalecił sprawdzić, czy to aby nie jakaś astma. Młody też ma do pneumologa, tyle że zapisałam go do innego szpitala niż Młodą. Super jest, że tu można sobie wybierać lekarzy i szpitale wedle własnego widzimisie. Z Młodym idziemy w sprawie jego kochanej alergii, bo sezon letni to dla niego istny koszmar. Pora w końcu jakiegoś eksperta  się poradzić i dokładniejsze badania zrobić. Skierowanko od rodzinnego już mamy, ale wizyta dopiero na koniec listopada. Na szczęście sezon pylenia już na ten rok się wyczerpał. 

Najstarszą zaszczepili też w tym tygodniu na covid w szkole. Gdy dostała zaproszenie w lecie, postanowiła się nie szczepić, bo skoro dobrowolne to ona wybiera nieszczepienie. No i racja. Ona nigdy nie choruje, nie socjalizuje się, w ogóle rzadko opuszcza swoje poddasze, to po ch jej szczepionka na grypę. No ale zaczęliśmy nowy rok szkolny i się okazuje, że wszyscy w klasie zaszczepieni, na każdą OBOWIĄZKOWĄ wycieczkę do muzeum, czy tym bardziej zagraniczną trzeba okazać „covidsafe”. Do tego pierniczą w mediach że do pójścia do głupiej knajpy czy nawet odwiedzin w szpitalu może być tu i ówdzie za chwilę to gówno wymagane. A wiesz, co jutro wymyślą te młotki? Nie wiesz. Niby pierniczą, że we Flandrii 90% dorosłych jest zaszczepionych a i młodzieży od groma, czyli teoretycznie już powinni se dać dupie siana, ale… jak chcesz psa walnąć, to kij się znajdzie. Po co se zatem życie dodatkowo utrudniać, jak i bez tego jest porąbane. Jak przysłali mejl ze szkoły o darmowym szczepieniu, to mówię jej to co wyżej i radzę, by może lepiej skorzystała z tej okazji, bo cholera wie, co będzie dalej z tym covidowym cyrkiem. Powiedziała okej. Mam nadzieję, że nigdy nie przyjdzie nam tego pożałować, bo cholera wie, co tak na prawdę z tego wyniknie za jakiś czas…. W ciekawych czasach żyjemy. No ale dosyć na dziś o zdrowiu.

Izegem

Małżonek zmieniał auto na nowszy model. Nagle go napadł taki dziki pomysł, a jak jego coś napadnie, to nie ma zmiłuj. No dobra, sama idea nie była nowa, a tylko czas i tryb jej realizacji lekko chaotyczny, raptowny i spontaniczny. Co nagle to po diable, jak powiadają. Ja już za stara jestem na takie szalone akcje i dużo nerwów mnie kosztuje coś takiego, choć to niby nie mój cyrk ani nie moje małpy. Ja nie jeżdżę autem. Nie mam uprawnień, predyspozycji ani najmniejszego zainteresowania w tym kierunku. Nie rajcują mnie ani nie obchodzą samochody. No chyba, że mi drogę zajeżdżają…. Wtedy bym najchętniej użyła wielkiego młota. Tak że ten. 

No ale M-Jak-Mąż lubi auta i lubi prowadzić. Zatem i nie dziwota, że potrzebuje co jakiś czas w coś nowego wsiąść, bo ileż można w tej samej puszcze tkwić. No i spoko sprzedał stare auto, kupił nowe i jest cacy. Tyle że ja bym sobie życzyła, by następnym razem takie akcje trochę spokojniej i bardziej z pomyślunkiem były przeprowadzane, bo nie mam hajsu i czasu na terapeutę, a chciałabym jeszcze trochę w jako takim zdrowiu pożyć… Co prawda ja też lubię spontan, ale nie koniecznie w takich okolicznościach, no i też coraz bardziej mnie nagłe działanie przeraża i wyprowadza z równowagi.

 No okej, żeby z równowagi można było mnie wyprowadzić, najsampierw musiała bym ją osiągnąć, a ten stan  jest ciągle w budowie… Liczyłam, że od września będzie możliwość pójścia do psychologa za 11€ za wizytę (aktualnie płacimy 60€ z czego jest 20€ zwrotu z ubezpieczenia) i sepójdę, ale się okazuje, że rząd jak zwykle leci se w chujki na małe bramki i to co podawały media to gówno prawda… Wiem od naszej psycholożki, że niby dali jakieś pieniądze, ale o dużo za mało i że tylko nieliczni psychologowie by mogli według tej nowego systemu pracować, a reszta po staremu. To by oznaczało cyrk na kółkach. Do tego było wiele innych głupot i pułapek w tym zawartych, zatem psychologowie powiedzieli „a spierdalajcie” i zaczęli protest. Co z tego wyniknie, to się okaże… Póki co moją terapią jest pisanie, korzystanie ze słonecznych kąpieli i robienie przyjemnych rzeczy typu czytanie książek, dobry film, pogawędki z resztą z Piątki. 

W piątek otrzymałam mejl od konsultantki z biura, czy nie mogli by mi tymczasowo jednego klienta dodatkowo wcisnąć, bo został nagle bez sprzątaczki… Odpisałam, że biere, bo to na tej samej ulicy, na której już mam klienta w tym samym, co oni sobie życzą, dniu. Skoro to tylko zastępstwo, to mogę spróbować, bo forsa mi potrzebna… Jak nie dam rady albo klient okaże się jakiś upierdliwy, to zrezygnuję. A jak będzie wporzo, to mogę se klienta zostawić, bo to blisko domu. 

Na razie nie mam potwierdzenia, ale ciekawam ludzi. Lubię chodzić do nowych domów, bo to zawsze jakaś odmiana i nowe twarze można poznać i kolejną chatę dokładnie sobie obejrzeć. Lubię podglądać, jak ludzie żyją, jak mają mieszkanie urządzone, czym się zajmują… Lubię też, jak mówią, że szybko i dobrze sprzątam hehe, a zwykle mówią, a czasem nawet do biura dzwonią… Nie jest tajemnicą, że lubię być  chwalona i lubię dobrze o sobie myśleć i być z siebie dumna. Za młodego bardzo mi tego brakowało - pochwał, akceptacji, uznania, docenienia tego co robię  -  to choć na stare lata korzystam… 

Teraz już za późno, by dokonać wielkich osiągnięć, ale z małych rzeczy nadal mogę się cieszyć przeto cieszę się nawet jak ktoś mi powie, że szybko i dobrze sprzątam, czy że dobrze mówię po niderlandzku. Zbieram sobie takie małe okruchy radości i przeważnie udaje mi się być szczęśliwym człowiekiem.

Młody miał dziś biegi na 700 metrów. Rywalizowały ze sobą wszystkie podstawówki z całej gminy. Powiedział, że nie zamierza biegać i że będzie sobie szedł. Tak też zrobił. Zajął przedostatnie miejsce, bo ktoś z innej szkoły powziął podobną taktykę. Mówi, że zaczął biec i chwilę biegł, ale on nienawidzi biegania. I mnie się podoba, że szedł. Niech nikt go do niczego nie zmusza. Niech se belfer sam biega, jak lubi. Proszę bardzo. Młody lubi chodzić. Praktycznie codziennie chodzą z tatą na wieczorny godzinny marsz. Lubi też jeździć rowerem, na rolkach,hulajnodze, ale biegał nie będzie. Ma rację, że się nie daje. Najstarsza też tak ma. Nikt jej nie przekona do czegoś, czego nie chce. Nikt i nic! Ale ona biegać akurat w miarę lubi i na wf zawsze osiąga najlepsze rezultaty. No, Młoda też żyje wedle własnych zasad i też nie daje sobie w kaszę dmuchać. Ja byłam przez większość życia beznadziejną cipą bojącą się wyrazić swoje zdanie, wszystkim na każdym kroku ustępowałam. Jestem dumna z moich dzieci i bardzo szczęśliwa, że one takie nie są, jak ja byłam. Udział w takich zabawach - moim nader skromnym zdaniem - winien być dobrowolny. 







6 września 2021

Świeże ploteczki z flamandzkiej wioseczki

 Poprzedni tydzień był dziki. 

W poniedziałek odwiedziłyśmy z Najstarszą okulistkę. W necie było kilka niepochlebnych opinii pod jej adresem, ale kobietka okazała się bardzo sympatyczna. Natomiast, gdy poprzednim razem, kilka lat temu, udaliśmy się do wychwalanego i polecanego przez wszystkich okulisty, to stwierdziliśmy, że to prostak, menda i cham, jakby powiedział Ferdek, i że nasza noga więcej w jego gabinecie nie postanie. Przy czym na wizytę do tej babki czas oczekiwania wynosi miesiąc, a do gostka co najmniej trzy. Przeto nie koniecznie trzeba wierzyć we wszystko, co ludzie mówią, dopóki samemu się człowiek nie przekona, jak jest.



We wtorek miałyśmy rozmowę z CLB, która w sumie nie wiele nowego wniosła, a głównie potwierdziła dotychczasowe ustalenia w kwestii specjalnej ścieżki szkolnej dla Najstarszej. Choć nie, babka przedstawiła kolejny nowy program z nowymi możliwościami pomocy młodemu człowiekowi oraz dwie instytucje wspierające  autystyków. O tym opowiem więcej, gdy sama się więcej dowiem i gdy doczekam się na spotkanie z nimi, bo lista oczekujących jest długa. Ale nie pali się.

W środę wystartował nowy rok szkolny.

Młody, nasz epicki dziewięcioletni piątoklasista, szedł do szkoły pierwszego września z nowym tornistrem-lodówką ubrany w kostium stracha na wróble, bo można było przyjść przebranym, to czemu nie skorzystać. W tym roku szkolnym tematem wiodącym w naszej szkole i przedszkolu jest „geluksvogel”, co znaczy tyle co szczęściarz, ale dosłownie to ptak szczęścia, czy szczęśliwy ptak. A co w praktyce oznacza, że szkolne życie i szkolne zajęcia będą się sporo kręcić zapewne wokół przyrody, dobrego samopoczucia, relacji społecznych itede itepe.




Dla Najstarszej rozpoczynającej 6 klasę zawodówki ten dzień był dniem czysto informacyjnym. Zaczynali później, niż w normalne dni, przy czym każda klasa miała wyznaczony inny czas i miejsce. Szkoła ma obecnie dwie siedziby oddalone od siebie około 2km, a lekcje odbywają się w obudwu. Czasem na jedną godzinę musi młodzież naginać z trampka do drugiego budynku. Co, moim zdaniem (i chyba większości ludzi) jest lekko porąbane.

Zarówno Najmłodsze jaki Najstarsze Dziecko jest zadowolone ze szkoły i chodzą chętnie. Nie to, że tam od razu w podskokach czy na skrzydłach, ale z bardzo pozytywnym nastawieniem, a to najważniejsze przecież, by dobrze zacząć. Potem już jakoś pojedzie.

Średnia jest z kolei zadowolona, że nie musi już chodzić do żadnej szkoły i że może się uczyć tego, na co ma akurat w danej chwili ochotę i kiedy ma ochotę i że w dowolnej chwili może sobie zrobić przerwę, przełożyć naukę i nikomu nic do tego. Wszystko planuje i realizuje sama i dobrze jej to idzie. Niekiedy bowiem belfer i szkoła bardziej przeszkadzają niż pomagają. Jednakowoż nauka domowa nie jest dla każdego. Mnie by się zwyczajnie nie chciało uczyć małych dzieci w domu. Co prawda uczenie tak inteligentnych, ciekawych świata i żądnych wiedzy dzieci jak Młoda i Młody to pewnie by była bułka z masłem, ale nie zmienia to faktu, że to by trzeba było jeszcze przy tym lubić być kurą domową na cały etat, bo jakoś nie wydaje mi się, by można było jednocześnie pracować i uczyć dzieci, szczególnie dzieci, którym przyswajanie wiedzy i rozumienie świata przychodzi trochę trudniej, niż Młodemu i Młodej… Ja tam jednak lubię czasem pójść do roboty i pozbyć się choć na chwilę z domu dzieci, bo ja jestem zła kobieta.

W pierwszy dzień września Młoda odebrała drugą porcję szczepionki. Tym razem trafiła jej się wredna stara zgrzybiała i niemiła suka przy szczepieniu, która w dupie miała nadwrażliwość Młodej. Takie egzemplarze to się powinno izolować od społeczeństwa a nie wysyłać do szczepienia dzieci i młodzieży. No ale to tylko moja bezczelna opinia.

W sobotę byłyśmy z Młodą na weselu odbywającym się w ogrodzie u sąsiadów.  Wreszcie wolno organizować duże imprezy, to ludzie nadrabiają zaległości. Tu była zaległa imprezka na trochę ponad 100 ludzia. My byłyśmy do pomocy, czyli w celach zarobkowych, ale pojedlim, popilim, potańczylim. Naszym zadaniem było przygotowywanie (do spółki z rzeźnikiem) i wydawanie bułek z kiełbasą, szaszłyków i hamburgerów. Tyle że ja to się tam nie napracowałam, bo tylko buły kroiłam i podawałam Młodej, a to ona  zbierała zamówienia, pakowała mięcho do buł i gawędziła z gośćmi. Muszę tu rzec, że byłam w szoku, jak jej to szło. No kurde, jakby już z 5 lat stała za ladą. Młoda Para była wielce zadowolona i pełna podziwu dla Naszej Córki. Ludziom smakowało żarcie (albo byli wygłodzeni) i ciągle stali w kolejce po bułę.  Rzeźnik też sporo pochwał zebrał. I faktycznie kotlety z wieprzka były paluszki lizać omniomniom. 

Oprócz bułek mieli na tym przyjęciu ogrodowym kram pizzowy z jakąś dziwną zwijaną pizzą, którą - jak Młodej udało się zaobserwować - jakieś dziecko jadło łyżką haha. Był też  samoobsługowy namiot z najróżniejszymi napojami i deserami. Pogoda była idealna na imprezkę pod gołym niebem. A my miałyśmy okazję zobaczyć, jak wygląda belgijskie wesele ogrodowe i oczywiście musiałyśmy dołączyć do tanecznego „pociągu”, czy jak kto woli „węża”, który tutaj nazywa się „polonaise”, czyli polonez i swoje źródło ma właśnie w polskim tańcu, z tym, że we flamandzkim wydaniu to jest ni mniej ni więcej nasz polski pociąg, w którym wszyscy muszą wziąć udział. No, przynajmniej zawsze próbuje się wciągnąć w to każdego tuptając pomiędzy stołami i ciągnąc ludzi za fraki. Poloneza tańczy się na każdej imprezie flamandzkiej (i chyba też holenderskiej) zarówno dorosłej, jak dziecięcej. 

Kilka domów dalej odbywała się chyba, jeśli wierzyć napisom przy drodze, komunia w ogrodzie. Choć po tym, co się działo, to śmiem twierdzić że wątpię czy to komunia… albo przynajmniej zastanawiać się, co to za komunia. Nie znamy tych ludzi, bo dopiero, co się przeprowadzili. Impreza była przez dwa dni. Wczoraj, gdy wieczorem przejeżdżałyśmy obok, Młoda stwierdziła, że to prędzej jakaś satanistyczna biba, bo namioty na czerwono oświetlone ha ha. Nasza druga nowa  (epitety, jakimi ją tu się określa, lepiej przemilczę) sąsiadka wracała stamtąd nawalona w cztery dupy. W pierwszy dzień wbiła na w/w wesele, skąd została wywalona na zbity pysk, bowiem jeszcze zanim się tu przeprowadziła, już darła z tymi ludźmi (i wszystkimi innymi, nas nie wyłączając) koty. Więc wbijanie teraz na krzywy ryj do kogokolwiek na imprezę to raczej słaby pomysł. Ale kto głupiemu zabroni. Drugiego dnia skończyło się na wizycie policji, bo darli mordy i ogólnie drama jakaś była, choć akurat przegapiłam ten spektakl, gdyż nam się zachciało nad rzekę jechać. To nie pierwsze odwiedziny radiowozu u tej sąsiadki w każdym razie. Kurde, mieszkamy na super spokojnej, super przyjaznej ulicy, wśród fantastycznych ludzi i nagle sprowadza się taki skurwesyn i psuje wszystkim krew. Ale przynajmniej jest o czym plotkować haha. Ot, uroki życia wiejskiego.

Weekend w każdym razie uraczył nas świetną słoneczną pogodą. W niedzielę zatem korzystaliśmy ze słońca. M-Jak-Mąż sobie rowerował w pojedynkę, a ja woziłam dzieci skuterem po okolicy. Najpierw zabrałam Młodego do Wemmel, pipidówy pod Brukselą, która choć ogólnie mało przyjazna dla nas, jeśli idzie o ludzi, to posiada  urokliwy zameczek i stawy pełne ptactwa wodnego. Młodemu bardzo się tam podobało i bardzo miło spędził czas obserwując kaczki i biegając po mosteczkach i ścieżkach. No i on lubi jeździć na skuterze, a to głównie chodziło w tej długodystansowej wycieczce skuterowej.

Pod wieczór Młoda zapytała, czy nie znam przypadkiem dobrego miejsca w okolicy nad wodą na fotografowanie zachodu słońca. Znałam. Pomknęłyśmy zatem na naszym pierdzikółku do prowincji Antwerpia nad pewien urokliwy zakręt Skaldy, który znam z rowerowych wycieczek z Małżonkiem. Młodej się też spodobało to miejsce. A potem pokazałam zdjęcie Młodemu i zawołał WOW! Epicko! I teraz muszę jeszcze raz tam jechać. 

Nie wiem, czy już kiedyś mówiłam, ale my mieszkamy praktycznie na granicy trzech prowincji, a przy tym mamy rzut beretem do Brukseli. Jednym słowem wszędzie blisko. 

Tutaj zakończę pisanie, a na zakończenie pokażę moje iphone’owe fotki z niedzielnych wycieczek. Młoda na pewno zrobiła o wiele lepsze swoim Nikonem, ale mnie moje wystarczą.

Wemmel.













Sint-Amands