2 maja 2021

Gdy dyrektor szkoły organizuje specjalne zebranie dla twojego dziecka

 Mieszkam w tej Belgii już ósmy rok a ciągle nie może mi się w głowie pomieścić, że w szkole można dostać tyle wsparcia i pomocy dla ucznia, także dorosłego ucznia i to ucznia w jakiś sposób niepełnosprawnego. W Polsce można było czasem trafić na jakąś dobrą duszę, która pomogła, poradziła, ale to były małe (choć dla mnie matki i tak wielkie) inicjatywy prywatnych osób, dobrych wrażliwych nauczycieli.

We Flandrii fantastyczne jest jednak to, że tu szkoła pomaga z urzędu. Wiadomo, raz ta pomoc przynosi lepsze efekty, raz gorsze i nie zawsze człowiek jest usatysfakcjonowany, ale najważniejsze, że człowiek - uczeń, rodzic - nie pozostaje sam ze wszystkim. Dla nas obcokrajowców jest to szczególnie ważne, bo nie wychowawszy się samemu w tym kraju, człowiek często nie wie co gdzie jak i kiedy. Jak czytam czasem wypowiedzi rodaków, że tu ci nikt nie pomoże, to mi się scyzoryk otwiera w kieszeni. Bo tak, Poloczek jak ci nie zaszkodził, to już ci dużo pomógł. Tylko pytanie, czy na tej podstawie trzeba wyciągać wnioski dotyczące innych ludzi bez uprzedniego sprawdzenia faktów? Wielu (jeśli nie większość) tak robi i rozpowszechniają potem takie duby smalone w necie, nie rzadko dodając ZA ILE oni ci „pomogą”. Dlaczego znowu jadę na „swoich”, ano dlatego, że właśnie całkiem niedawno ktoś napisał taki a nie inny komentarz pod moim wpisem w necie na temat problemów dzieci. „no bo najgorsze to że tu musisz liczyć tylko na siebie, bo przecież Belgusy obcokrajowcowi  nie pomogą, bo oni tylko na swoich patrzą” powiedziała dziunia nie mająca nawet dziecka w szkole, ani - jak mniemam - żadnych większych problemów, bo ona wie, że „belgus nikomu nie pomoże”, bo tak przecież wszyscy rodacy mówią, a dziunia chłonie jak gąbka i powtarza dalej... Czasem to słów brak. Ale chuj im na grób. Ja tam swoje wiem, bo sama doświadczyłam na swojej skórze tych „złych belgusów” i „pomocnych rodaków”, ale głupie niech dalej wierzy tylko „swoim”.

Ta pandemia narobiła wiele zamieszania w szkołach. Wszystko jest o wiele trudniejsze i bardziej zagmatwane, niż wcześniej, ale tego nikomu nie trzeba tłumaczyć. I tak dobrze, że we Flandrii dzieci do szkoły przynajmniej mogły chodzić cały rok. Na głupich albo i głupszych zasadach, ale większość miała lekcje stacjonarne. Jak tak na tę Polskę patrzę, to nie potrafię sobie nawet wyobrazić sytuacji tamtejszej młodzieży. Koszmar po prostu. No ale nie o patologii miał być ten wpis. 

Nasze szkoły nie tylko uczą w czasie pandemii, ale też działają intensywnie na innych płaszczyznach. Kilka tygodni temu dostałam zaproszenie na zebranie online dotyczące mojej Najstarszej i jej przyszłości. Przypomnę tu dla porządku, że Najstarsza jest aktualnie w 5 klasie szkoły średniej zawodowej o kierunku moda. W zeszłym roku skończyła 18 lat, czyli nie podlega już obowiązkowi szkolnemu (w dowolnej chwili może zrezygnować z nauki). W zeszłym roku otrzymała też atest Spektrum Autyzmu, co pozwala jej oficjalnie korzystać z IAC (individueel aangepast curriculum), czyli uczyć się w normalnej szkole wg dopasowanego do jej potrzeb programu nauczania, korzystać z dodatkowej pomocy i wsparcia. Inaczej musiała by chodzić do szkoły specjalnej BuSO, bo od pewnego momentu nie radziła sobie ze zwykłymi wymaganiami, nawet mimo wielu ułatwień i pomocy dodatkowej. Ona jest bardzo inteligentna i dysponuje niesamowitymi talentami artystycznymi, manualnymi, sprawnościowymi i innymi (jest najlepsza w klasie np z angielskiego, z matmy, z wf, z szycia i projektowania) , ale ma problemy z m.in. socjalizacją, działaniem w grupie, tempem pracy, językiem niderlandzkim. 

Od pewnego czasu intensywnie zastanawia się nad zakończeniem nauki, bo kierunek moda, mimo że ma do niego predyspozycje i talent, zaczął jej się nudzić. A może zwyczajnie nie chce jej się już chodzić do szkoły, może - a raczej bardzo prawdopodobne - jest już zmęczona tymi wszystkimi doświadczeniami, przejściami, badaniami no i tą tzw pandemią, od której już zdrowym ludziom się rzygać chce, a co dopiero ludziom z problemami zdrowotnymi. 

My starzy nie wiemy za cholerę, co jej tak na prawdę doradzać, bo co w takich patologicznych czasach możesz dziecku doradzić? Nawet zdrowemu i w pełni sprawnemu dziecku trudno by było dziś  doradzać, a co dopiero trochę autystycznemu. Mówię, co myślę i co czuję, czyli że fajnie jakby chodziła jeszcze do szkoły, bo zawsze to coś się tam nauczy i dopóki chodzi do szkoły, nie musi się stawać dorosła i odpowiedzialna, nie musi chodzić do pracy i o nic się martwić. Ale dziś już wiem, jak źle się może skończyć chodzenie do budy na siłę. Zatem jak nie czuje się już na siłach, ma dość, uszami jej szkoła wychodzi, to może zakończyć to wszystko. Może zostać w domu i tyle....

Nauczyciele i dyrektor szkoły jednak nie odpuszczają. Próbują na rzęsach stanąć i uszami zaklaskać, byle tylko Nasza Najstarsza została w szkole. Bo - jak podkreślają za każdym razem - takie ma ogromne talenty, że grzech by było je zmarnować na jakimś sprzątaniu, czy innej słabej pracy. 

Kilka tygodni temu zaproszono mnie na zebranie online, by omówić tę sprawę, by coś razem zdecydować, a przede wszystkim by Najstarszą i mnie przekonać do niepoddawania się walkowerem. Był na tym zebraniu dyrektor, była mentorka, była asystentka Najstarszej (ondersteuner - babka która przyjeżdża do szkoły czasem i pomaga jej np w lekcjach, w ogarnięciu szkolnych spraw itp.), była babka z CLB (poradnia szkolna) no i w końcu babka z VDAB, czyli flamandzkiego biura pracy. Wszyscy próbowali nas  przekonać, że będą nas wspierać i pomagać w znalezieniu stażu dla Najstarszej i/lub pracy. O ile jednak sobie takiej pomocy życzymy. Babka z biura pracy obiecała zorganizować spotkania informacyjne umożliwiające nam zapoznanie się z możliwościami oficjalnej pomocy i wsparcia oraz rynkiem pracy jako takim z uwzględnieniem potrzeb, możliwości i ograniczeń naszej Córki. Byłam jak najbardziej tym zainteresowana. Wtedy oni nie byli pewni, czy jeszcze w tym roku szkolnym uda się procedurę rozpocząć i  takie spotkanie zorganizować, ale nie długo później zadzwoniła asystentka Najstarszej, by powiadomić o kolejnym zebraniu, tym razem stacjonarnym. 

Owo zebranie odbyło się w minionym tygodniu w szkole Najstarszej. Było to bardzo oficjalne zebranie szkolne, o wiele ważniejszym statucie niż jakaś tam zwykła wywiadówka, czy rozmowa z dyrektorem. Bowiem, jak powiedział dyrektor, sprawa dotyczy dziś tylko naszej córki, ale informacje zdobyte podczas tego zebrania oraz nawiązanie współpracy z pewnymi instytucjami jest też ważne dla szkoły w przyszłości, dla innych uczniów. No po prostu, Panie, czuję się zaszczycona, że dla nas specjalnie się takie  rzeczy robi, że dyrektor poświęca swój cenny czas. A taka ci powie, że “belgus ci na pewno nie pomoże”. Kurwa! 

Na zebraniu znowu była kupa ludzi. Tym razem oprócz babki z VDAB przyjechała też kobitka z GTB. To instytucja, która pomaga w poszukiwaniu pracy ludziom z ograniczeniami, niepełnosprawnością, a także ludziom, którzy np wiele lat przepracowali w jednym zawodzie, ale nagle są zmuszeni szukać innej pracy (choćby ze względów zdrowotnych). Te obie instytucje współpracują ze sobą, ale też z jeszcze innymi organizacjami i urzędami. Prowadzą oni poszczególne osoby indywidualnie, organizują im kursy i szkolenia, znajdują miejsca pracy, w których dodatkowo informują kierownictwo o potrzebach i ograniczeniach danej osoby. Osoba -  jak powiedziała ta pani - może się sprawdzić w różnych zawodach. Gdy nie odnajdzie się w pierwszym miejscu, próbuje w następnym i następnym. Wpierw jednak przeprowadzają wywiad z kandydatem, by dowiedzieć się o zainteresowaniach, umiejętnościach, czego nie toleruje, a czego chce spróbować. Czasem nawet jadą pierwszy raz z tą osobą autobusem z miejsca zamieszkania do miejsca pracy, by pokazać drogę. I temu podobne rzeczy. Oczywiście w teorii brzmi to zachęcająco i pięknie, ale nie wiadomo póki co jak to działa w praktyce. No i jaką to pracę ci znajdą tak na prawdę. Na pewno warto spróbować i na pewno warto wiedzieć, że ten kraj w ogóle ma takie możliwości. Dlatego też o tym opowiadam, bo już dziś wiem, że ludzie tu czasem czegoś szukają na tym blogu i że czasem nawet znajdują, czego szukali albo choć kilka wskazówek, gdzie mają szukać i do kogo pukać.  Wiem, bo niektórym chce się czasem napisać o tym w mejlu. 

Dowiedziałam się też trochę różnych innych ciekawostek i zebrałam trochę mniej lub bardziej przydatnych informacji. Dowiedziałam się np że słynny belgijski wychwalany hipermarket na wieść, że ktoś chodził do szkoły specjalnej od razu mówi „nie”nawet nie zainteresowawszy się możliwościami kandydata. Babka powiedziała, że jak  dotąd ani jednej osoby z BuSO od nich nie przyjęli. Poznałam też inne pochlebne i niepochlebne opinie na temat belgijskich sieci sklepów. W jednej z nich belferki myślą pytać o staż dla naszej Najstarszej. Inną z kolei odradzały krzycząc wręcz, żeby nawet nie próbować, bo fatalnie traktują tam ludzi i w ogóle masakra. Bowiem ich uczniowie tak złe doświadczenia mieli. Dobre są takie spotkania. Ile się można ciekawych rzeczy dowiedzieć potrzebnych i mniej potrzebnych. Były też poruszane tematy związane z finansami, z uzyskaniem zasiłków, z prawem do rodzinnego. To zbyt zamotane i skomplikowane bym to wszystko była w stanie ogarnąć rozumem i spamiętać, mimo robienia notatek. Dość rzec, że papierologia ponad wszystko. Dziesiątki atestów, zaświadczeń, badań, spotkań z lekarzami orzecznikami, czekania do odpowiedniego wieku....  by dostać np 300€ zasiłku miesięcznie w wieku 21 lat, czy coś w ten deseń. Ale i to dobrze wiedzieć, bo i z tym przyjdzie się zmierzyć. 

Dowiedziałam się ponadto, że nie trzeba przedstawiać w pracy żadnego zaświadczenia od doktora na temat autyzmu, a wystarczy poinformować pracodawcę o swoich ograniczeniach, preferencjach i możliwościach (samemu czy przez GTB). Jednak dokument oficjalny może zdecydowanie ułatwić przyjęcie do pracy, bo wiąże się z pieniążkami dla pracodawcy za zatrudnienie niepełnosprawnego. Załatwienie takiego dokumentu to oczywiście też papierologia, która nie wiadomo, czy się opłaca, bo może mieć też inne konsekwencje. Ot, nie każdy chce być traktowany jak niepełnosprawny umysłowo...

Zadałam też głupie pytanie o prawo jazdy. Mnie bardziej chodziło o to, czy nie ma przeciwskazań prawnych do zrobienia prawa jazdy dla autystyków, a dowiedziałam się, że można sobie załatwić ułatwienia na egzaminie teoretycznym i że można poprosić o zdawanie egzaminu w innym miejscu niż zwykle (autystycy się łatwo rozpraszają). Dobrze wiedzieć. Babka powiedziała, że sami musimy ocenić, czy Młode nadają się do jazdy i że to na własne ryzyko. No i to chciałam wiedzieć. 

W końcu kazali się Najstarszej ostatecznie zdecydować przez ten weekend, czy będzie kontynuować naukę w przyszłym roku, czy to jej ostatni rok. W pierwszym wypadku będą jej szukać tego miejsca na staż, w drugim wypadku pani z GTB założy jej dossier i rozpocznie procedurę szukania pracy.  

Zdecydowała się kontynuować naukę, bo „głupio tak teraz rezygnować”, skoro oni tak się starają i tak proszą, by chodziła dalej do szkoły. Jestem za. Przypomniałam jej jednak, że przerwać naukę może w każdej chwili, gdy uzna że tego chce. My poprzemy każdą jej decyzję. 

Te rozmowy trochę dodały mi otuchy i sił. Samemu bowiem człowiek jest w czarnej dupie, z której nie może znaleźć wyjścia, a już szczególnie w tej nowej  chorej rzeczywistości. Nieoceniona jest pomoc ze strony takich ludzi, którzy wiedzą, do jakich drzwi zapukać i którzy mają siłę przebicia dzięki instytucji, jaką reprezentują. Trzeba korzystać, dopóki chcą dziecko nasze wspierać. Im więcej się nauczymy, tym lepiej. Informacje i doświadczenia przydadzą nam się też przy wyprowadzania kolejnych dzieci w dorosłość. Zresztą ogólnie nie ma czegoś takiego jak nadmiar wiedzy. Nigdy nie wiesz, co ci się w życiu może przydać. 



 




28 kwietnia 2021

Mój syn jest za mądry na trzecią klasę.

 Zdechł mi laptop. Nnooo trochę mu w tym pomogłam, jak mnie wkurzyło, że co raz to coś przestaje działać. To był stary dobry HaPek w metalowej obudowie. Służył mi dobre kilka lat wytrwale. Do ostatnich chwil działał na siódemce (windows7) i DZIAŁAŁ mimo (a raczej dzięki) braku aktualizacji. Brakowało mu DELETE, SHIFTu i paru innych klawiszy, a mimo to trzymał się dzielnie. Wszystko ma jednak swoje granice. Zdechł. Być może sformatowanie dysku i postawienie systemu od nowa by coś pomogło, ale to by trza szukać starej siódemki, kombinować, a nie wiadomo i tak, czy jeszcze by pomogło. Nie chce mi się z tym certolić. 

Pora się rozejrzeć za jakimś małym jabłkiem... Póki co trzeba klikać z iPada. Niby nie najgorzej, ale są łatwiejsze sposoby na pisanie niż macanie tabletu. 



Wczoraj miałam wywiadówkę online u Młodego. Śmiesznie trochę z iPada, ale - jak to mówią - z braku laku dobry i kit. Młody ma w tym roku trzy wychowawczynie i nie, w Belgii nie jest to też normalne. Dwie może i tak, ale trzy to lekka przesada i w sumie nie wiem, co to ma na celu i dlaczego tak wyszło. W B klasie jest normalnie jedna Pani.  Ostatnio, po skargach rodziców, mają przynajmniej przez większość dni jedną juf (Pani), a w jeden dzień lekcje prowadzą dwie pozostałe. No, oprócz wychowawczyń mają jeszcze panią od w-f i nauczycieli od etyki i różnych religii. Młody chodzi na etykę. 

Na wywiadówce było dwie wychowawczynie. Normalnie na wywiadówki w naszej szkole  podstawowej uczniowie nie przychodzą (w wielu szkołach średnich jest to z kolei obowiązkowe). Jednak wywiadówka online, ma to do siebie, że jest w domu i dziecko może słuchać. Młody był zatem na wywiadówce i miał okazję od razu wyrazić swoje zdanie na pomysły wychowawczyń. A pomysły były różne, bowiem Młody jest dosyć problematycznym dzieckiem. Do niedawna po prostu tylko go chwalili, że świetnie sobie radzi ze wszystkim, że niebywale szybko liczy, że niesamowicie czyta. Nie mogli wyjść z podziwu, że tak doskonale radzi sobie z językiem niderlandzkim w mowie i piśmie, mimo że w domu mówimy po polsku. 

Od pewnego czasu jednak jego zdolności zaczynają być problematyczne dla nauczycieli i innych dzieci. Młody jest za szybki. Młody się nudzi, mimo otrzymywania trudniejszych zadań. Pani opowiadając śmiała się, że czasem są w szoku, bo jeszcze nie zdążyły skończyć tłumaczyć, o co chodzi w zadaniu, a Młody już zadanie rozwiązał i podaje rozwiązanie. Tymczasem pozostali dopiero próbują rozkminić, o co kaman.

Pytały się też, czy przygotowuje się do dyktand. Oni mają w każdy piątek dyktando, a wcześniej w poniedziałek  dostają listę słów do ćwiczenia. Obowiązkiem jest napisanie ich ze słuchu po trzy razy przed  dyktandem. Młody pisze raz, nie rzadko w piątek rano, a czasem w ogóle. Do czego przyznaliśmy się na wywiadówce. Na co Panie odrzekły, że normalnie dziecko dostawało by upomnienie a za którymś razem karę, ale Młody otrzymuje z dyktand przeważnie 10/10 punktów, więc bez sensu było by wymagać, by ćwiczył i go karać.

Zapytały Młodego, czy się nudzi w szkole. Ten odpowiedział, że i owszem. Nawet bardzo. To je martwi, bo nuda oznacza w konsekwencji niechęć do szkoły. 

W końcu powiedziały, że rozważane jest wysłanie go od września do piątej klasy. Teraz chodzi do trzeciej.  Jemu ten pomysł się podoba, ale z drugiej strony nie chce stracić świetnych klasowych kolegów. Klasę ma teraz świetną. Do wakacji jednak póki co jeszcze dwa miesiące, czyli całkiem sporo czasu. Na ten czas panie myślą, by uczyć go dodatkowo innych rzeczy. Zapytały, czy kosmos i planeta Ziemia go interesuje. O Taaak! No to zaklepane, będzie uczył się ponadprogramowych rzeczy. Ja mam jednak obawy, czy on już przypadkiem nie wie tego, czego one chcą go nauczyć hehe. Szkoła wszak nie jest jedynym źródłem wiedzy, a Młody lubi wiedzieć. Młody zadaje dziennie dziesiątki pytań. Młody szuka w internecie i w książkach. Ta kudłata główka pracuje na pełnych obrotach całe dnie. 

Myślą też o klasie kangoeroe (kangur), gromadzącej w naszej szkole zdolne starsze dzieci. Młody na to jak na lato. Gdy można tylko czegoś nowego się uczyć, to on jest zawsze na tak. A jak! 

Pamiętam jak Młody skończył 2,5 roku i nie mógł się doczekać na pierwszy dzień szkoły i już w niedzielę chciał iść. Dziś ma 9 lat i nadal lubi chodzić do szkoły. Nie lubi tam pewnych rzeczy, jak np etyki, gdzie „pani gada orzeczach, które on już od dawna wie, co jest kompletnie beznadziejne”. Nie lubi łobuzów i kolegów (nawet fajnych), którzy mu przeszkadzają w lekcji §” i jeszcze potem pani mnie ochrzania że to ja gadam, jak to ten cały czaas czegoś chce i  mnie wkurza!”.


Ciekawa jestem, co z tego wszystkiego wyniknie. W każdym razie jedno już wiemy - zdolne dziecko to też problem! Przeskoczenie klasy to jest poważna sprawa, która ma swoje dobre i złe strony. Nudzenie się na lekcjach to problem. Posiadanie takiego dziecka w klasie to nie lada wyzwanie dla nauczyciela. 

My, jako rodzice jesteśmy dumni i cieszymy michę, ale też niepokoimy się, bo nie sztuka podjąć głupią decyzję i potem pluć se w brodę. Już nie jedną taką żeśmy podjęli w stosunku do naszych dzieci, przez co te miały potem pod  górę i dostawały w dupę. 

Ech! Jak by się obrócił, dupa zawsze z tyłu.... a problemy do rozwiązania z przodu i nigdy się nie kończą. 



18 kwietnia 2021

My to jednak mamy farta w tej pandemii

Przydało by mi się kilka dni wakacji, ale takich serio serio. Wyjechać na kilka dni, najlepiej samemu w jakieś fajne miejsce, by można było zwiedzać, podziwiać, ale też trochę się porelaksować w spokoju bez myślenia o pracy, domu, dzieciach, o stu niezałatwionych sprawach. No po prostu "nic nie robić, nie mieć zmarwtień, chłodne piwko w cieniu pić..." Pomarzyć można. Wystarczyło by jednak, aby trochę ciepła stanęło i by można było w weekend pobyczyć się w hamaku we własnym ogródku i powygrzewać stare kości do słońca, nabrać pozytywnej energii. A i pojechał by gdzie po lasach, czy szuwarach połazić. Jednak do tego potrzebujemy ciepła, bo ostatnio bardzo źle znosimy wilgoć i zimno. Ale jest zimno i paskudnie. Nawet jak słońce świeci to zimno jak fiks. Niby wczoraj już było nienajgorzej - prawie cały czas świeciło słońce a i z 15 stopni ciepła było. O tak, tak mogo by już być choć z chwilę, ale niestety, zapowiadają opady deszczu na najbliższy tydzien i kolejny weekend. Nie pocziluje się zatem za długo.

Dzieciska siedzą w domu przy kompach - dwójka już trzeci tydzień, jedno już na stałe. Młoda zapisała się póki co na egzaminy z angielskiego - ustny i pisemny - i uczy się trochę z anglika i trochę z gegry, bo to dwa najłatwiejsze przedmioty do zdania.

Młodemu się okropnie nudzi, bo co samemu można robić całe dnie? Siostry są za stare by się z nim bawić. Ja chodzę do roboty, ojciec chodzi do roboty, a dzieci w domu. Pogra trochę i pogada przez internet z rówieśnikami albo kuzynostwem, poskacze po polu i nudzi się. Nudzi i nudzi. Wieczorem chodzi z tatą na spacery albo na boisko pokopać w piłkę, ale to mało. Czasem zagramy w karty czy nagramy jakieś wideo, ale to pikuś cały. On już przyzwyczajony do szkoły, że tam mu zajęcia cały dzień ktoś znajduje - nauka, zabawa, koledzy, koleżanki. Do domu przychodzi koło 16 i po całym dniu jest zmęczony więc wtedy z przyjemnością zasiada do kompa na chwilę, ale w ferie są nudy.

Jestem zmęczona wszystkim. Najmniej fizycznie, ale psychicznie bardzo. Ciągle coś do załatwienia, do zdecydowania, do przemyślenia, no i ta niekończąca się robota w domu, od której idzie kręćka czasami dostać. Przychodzę w południe z właściwej roboty z myślą, że tylko tą jedną rzecz zrobię, a potem pobawię się z Młodym. No i robię tę rzecz, potem jeszcze tylko to szybciutko, i to, i tamto, a jeszcze to i to prędziutko oraz to. No zrobione... Co? Mąż już przyjechał? Co tak wcześnie? Która to godzina? Jak to osiemnasta? Przecież jeszcze południowej kawy nie zdążyłam wypić. Z Młodym znowu się nie pobawiłam. I tak co dnia. Innymi razy postanawiam, że dziś nic nie robię - odpoczywam całe popołudnie, bo mam lenia i zmęczona się czuję. No a potem przychodzę do domu z pracy i jest jak wyżej. Czasem jestem zła sama na siebie, ale jakoś trzeba to wszystko ogarniać przecież - sprzątanie, pranie, zwierzaki, gotowanie... Jednak mam i takie dni, że przychodzę z tej roboty i nic mi nie idzie, latam w te i we wte bez głowy albo siedzę na kanapie i na niczym się skupić nie mogę ni chęci jakiejkolwiek znaleźć do roboty - totalny lag.

Najbardziej jednak wkurza zimno i pandemia trzymające nas uparcie w niekończącym się areszcie domowym. Z każdym dniem mam bardziej dość tej chorej pojebanej sytuacji. Każdy weekend ziąb i/lub deszcz, śnieg, mróz, syf, kiła i mogiła. Nawet oczu się rano nie chce otwierać i jakby nie zwierzaki, które najpóźniej o siódmej muszą zostać nakarmione i wypuszczone, to by człowiek z sypialni w ogóle najchętniej nie wychodził - tam mamy cieplutko i przytulnie i można by cały dzień książkę czytać... No ale wstaje się, zjada śniadanie, ogarnia co jest do ogarnięcia i od południa do wieczora Netflix, książka, telefon. Nic się nie chce. Nic a nic. Nie ma sił, nie ma chęci, nie ma nastroju, mózg chodzi na zwolnionych obrotach, a ciało na jeszcze wolniejszych. Jeszcze trochę takiej chujnej pogody, a wszystkich nas szlag trafi.

W piątek tak se myślę: pojechałabym nad morze połazić po plaży, na jakieś totalne zadupie, gdzie psy dupami szczekają a mewy nawracają bo nawet się nasrać nie opłaci, czyli np do Zeebrugge. Popatrzałam na pogodę i kazało, że w sobote ma być słonecznie, choć chłodno. Było by. Popatrzałam do apki pociągowej i już pojechane... "zgodnie z rozporządzeniem pjebańców od regulacji pandemicznych, w pociągach jadących na pomorze wszystkich naiwnych obowiązuje siadanie przy oknie, co oznacza że naiwni muszą kiblowac na stacji w pizdę długo, aż trafi im sie pociąg, w którym będzie wolne miejsce przy oknie". Cmoknijcie mnie zatem w dupę ze swoim jebanym morzem i swoimi jebanymi pociągami. Z Młodą rozmyslałayśmy, żeby do Doel pojechać, ale Młoda się obawia, że teraz, jak nigdzie nie można jeździć to i w opuszczonej wiosce może być tłoczno, bo co ludzie mają robić? Już każdemu się pierdolić zaczyna od siedenia w domu.

A jeszcze mnie naszło przeczytać ostatnie rozporządzenia wydane w tym tygodniu. Jebłam! I jeszcze leżę. Wie ktoś może, ile jest dokładnie tych lockdownów jeszcze zaplanowane? Bo teraz jest kolejne luzowanie, a potem zapewne lockdown wakacyjny... Bardzo chciałabym wiedzieć, jak długo jeszcze będziemy się w to bawić, bo ta zabawa jest strasznie głupia i nudna. 

Obserwując namiętnie instagrama i czasem fb widzę, że nie tylko ja mam już po dziurki w nosie tego wszystkiego. Zewsząd słychać rozdzierające i pełne rozpaczu wołanie: "LITOSCI! POTRZEBUJEMY WIOSNY!" "DAJCIE CHOĆ ODROBIĘ CIĘPŁA I SŁOŃCA!"

Ludzie porozdzielani z bliskimi i przyjaciółmi, uwięzieni w domach usychają z tęsknoty, gnębieni przez media  wizjami  nieuchronnej śmierci oraz nadchodzącego końca świata umierają powoli ze strachu i przerażenia. Boją się wyjść z domu, przytulić bliską osobę, podać rękę sąsiadowi. Nawet takie nielubiane rzeczy jak codzienna robota czy durne cholerne zakupy, na które tak wszyscy jeszcze do niedawna pospułu narzekali, dziś stały się nagle marzeniami, bo i te ochydne zajęcia zostały nagle zabronione. Ludzie boją się ruszyć, zaprotestować, przeciwstawić gnębieniu. Spora część zaczyna bać się własnego cienia. Wszyscy czekają na koniec tego terroru, ale coraz bardziej tracą na to nadzieję albo obawiają sie wpadnięcia z deszczu pod rynnę, bo coraz więcej ludu zaczyna już widzieć oczami wyobraźni dalsze nieuchronne konsekwencje tej głupiej zabawy i to dopiero napędza im strachu...

Pandemia jest nowym zjawiskiem i nikt nie wie, czego się w tej sytuacji może spodziewać, ale są na tym świecie rzeczy, które wszyscy dobrze znają. Do takich np należą nadchodzące po sobie w określonej kolejności pory roku. I tak wszyscy czekali masowo na nadejście upragnionej wiosny, na jedną pewną w tym świecie rzecz. Bo każdy wie, że jak jest wiosna, to można pójść grzebać w ogródku, w polu, czy choćby na balkonie kwiatki sadzić, że można pojeździć rowerem z dziećmi, pospacerować, pobiec do lasu i nad staw i zapomnieć o tym co złe choć na chwilę. Wystawić twarz do słońca, pooddychać świeżym wiosennym powietrzem, powąchać kwiatów i nacieszyć się barwami oraz śpiewem ptasząt.

 A wiosna nie przychodzi. 

Pozbawia ludzi nadziei, przedłuża i zwiększa ich niedolę. Dlatego tak bardzo intensywnie, myślę,  odczuwamy i przeżywamy wszyscy tego roku opóźnienie wiosny (bo przecież nie raz już się takie coś w naszych dziajach zdarzało, a takiej dramy jak w tym roku nie widziałam). U nas w tym momencie na szczęście nie ma już śniegu, wszystko wokół kwitnie, pachnie i śpiewa. Widać wiosnę przynajmniej, ale zimno dosyć jak na belgijski kwiecień, zaś my wszyscy mamy dosyć siedzenie w domu w całkowitym zamknięciu. Już tyle czasu nie byliśmy ani w kinie, ani w knajpie, ani w zoo, ani na żadnej wesołej rodzinnej wycieczce, a i szkolne wycieczki też są odwołane. Nuda do kwadratu. 

Ja próbuję coś wymyśleć, żeby gdzieś pojechać razem, coś fajnego porobić, ale to nie proste, bo wiele rzeczy jest zamkniętych, a dla nas sporo nieosiągalnych ze względu na zdrowie i inne osobiste ograniczenia. Wkurw bierze jednym słowem. Nic nie cieszy, nic się nie chce.

Mamy jednak farta...

Mamy farta, bo ciągle pracujemy obydwoje tak jak pracowaliśmy bez żadnych najmniejszych zmian. Na razie, bo w zawodzie małżonka już coraz wyraźniej widać pierwsze konsekwencje pandemii i durnych postanowień z góry - coraz mniej roboty. Ale - odpukać - jeszcze jest. Jego koledzy po fachu z innych karoserii już pracują zaledwie po 3 dni w tygodniu, a są i tacy co raptem roboty na jeden dzień w tygodniu znajdują. Wiecie co to znaczy pracować nagle na 3/5 etatu, podczas gdy na 5/5 ledwie na opłaty na styk starcza? My jeszcze pracujemy normalnie, ale niestety zewsząd już słyszymy głosy na temat problemów z pracą. Mamy też tego farta, że jesteśmy nauczeni żyć z dnia na dzień i cieszyć się małymi rzeczami. Na szczęście nie mamy żadnych oszczędnosci, które moglibyśmy stracić. Nie mamy żadnych wielkich kredytów, których za jakiś czas być może nie mielibyśmy czym spłacać. Nie jesteśmy właścicielami restauracji, salonów piękności, biur turystycznych, hoteli,  czy producentami żywności, których to rzeczy jeszcze nie dawno człowiek mogł drugiemu zazdrościć, a dziś się cieszy, że jest zwykłym pospolitym robolem i nic nie ma wiele do stracenia. 

Mamy też tego farta, że jesteśmy introwertykami, którzy i bez pandemii trzymali się z dala od innych homo sapiens, a przy tym nie posiadamy żadnej rodziny w okolicy, której by nam mogło brakować, wiec z ze zmienianej codziennie liczby dozwolonych kontaktów tylko się śmiejemy. Ekstrawertykom nie zazdroszczę.

Mamy tego farta, że jest nas w domu pięcioro i bardzo się wszyscy lubimy, lubimy ze sobą przebywać, lubimy ze sobą gadać i tematów nam nigdy nie brakuje. Mamy tego farta, że nie ma w domu sytuacji konfliktowej, że nikt nie nadużywa alkoholu, narkotyków, że nawet nikt nie pali, że nie ma przemocy ani fizycznej, ani słownej, że jest tylko wzajemne zrozumienie i radość z współistnienia. Ale nie każdy ma tyle szczęścia.

Mamy tego farta, że mieszkamy na wsi i to z dala od centrum, za to blisko lasu i szerokich pól. Wokół mamy miłych przyjaznych samodzielnie myślących ludzi, którzy pandemicznych nakazów i zakazów przestrzegają tak jak i my, czyli dosyc  umiarkowanie, kierując się głównie rozumem i zdrowym rozsądkiem niż strachem. Nie wiem, jak żyją dziś rodziny mieszkające w klitce w bloku w centrum miasta. Nie wyobrażam sobie nawet.

Mamy tego farta, że wynajmujemy blisko 200metrowy dom z ogrodem, że każdy ma swój własny ogromny pokój, do tego salon, kuchnię i ten ogródek. Że każdy ma swój komputer, swój telefon i tablet, że mamy internet, rodzinnego Netflixa, rodzinnego itunesa, dostęp do książek zwykłych i elektronicznych, że wszystko możemy kupić online. Wiem jednak, że nie każdy ma takie możliwości i to mnie przeraża.

Mamy tego farta, że każde z dzieci doskonale umie posługiwać się komputerem i internetem oraz 3 językami i że mogą ciągle być w kontakcie z rówieśnikami z całego świata i że korzystają z tego.

Mamy tego farta, że w domu mamy aktualnie 9 zwierzaków, które wszyscy uwielbiamy i którymi możemy się zajmować, na które możemy każdego dnia patrzeć, obserwować, karmić, głaskać, przytulać, gadać do do nich i o nich.

Mamy tego farta, że u nas szkoły są normalnie otwarte, że wszystkie przedszkolaki i podstawówki pracują normalnie od początku roku szkolnego i dzieci uczą się normalnie i normalnie z rówieśnikami spotykają, a nawet tych koszmarnych chorych i nic wiele nie dających masek nie musza nosić. A i średnie szkoły w dużej mierze prowadzą lekcje stacjonarne w tym roku szkolnym, a tylko częściowo online...

Mamy tego farta, że u nas służba zdrowia ciągle bez większych przeszkód normalnie funkcjonuje. Tu nie ma problemu pójśc do dentysty, ortodonty, dowolnego lekarza rodzinnego czy specjalisty. Także psycholodzy, kinezyterapeuci, logopedzi itd przyjmują normalnie. Lekarz przyjeżdża też na wiztyty domowe zwyczajnie jak przed pandemią. Normalnie odbywają sie planowane zabiegi, badania i operacje w szpitalach. Gdy patrzę na to, co się dzieje w Polsce, to mam gęsią skórkę.

Mam dość tej pandemii, ale cieszę się, że jestem tu gdzie jestem, że jestem kim jestem i że jestem z kim jestem. Trafiło mi się to życie jak ślepej kurze ziarnko.

ednak chcę, żeby już było ciepło, bo zimna nie lubię. I chciałabym jeszcze kiedyś normalnie żyć, normalnie podróżować, normalnie do knajpy wyjść... Takie drobne marzenia....









17 kwietnia 2021

Ona i ja.

Nie dawno otrzymałam wiadomość, że odeszła kobieta, która mnie urodziła, karmiła, ubierała i wychowywała. Matka. 

Jej życie raczej do najłatwiejszych nie należało, ale też chyba i nie było najgorsze... Czy przeżyła je dobrze? Czy wykorzystała szanse dawane przez los? Czy była szczęśliwa...? Na te pytania odpowiedzieć mogła  tylko ona, ale już nie odpowie. Odeszła i wszystkie swoje tajemnice zabrała ze sobą na zawsze. 

Ja mogę odpowiadać tylko i wyłącznie o swoich uczuciach, myślach i emocjach. I opowiem, bo czuję taką potrzebę, a uważam że mam do tego pełne prawo, by o tym napisać.  Mam nadzieję, że nikt nie będzie mi miał tego za złe i  nikt nie poczuje się urażony... Pamiętajcie tylko, by nie mierzyć mnie swoją miarą, bo nie stoicie w moich butach. Ja to ja, a ty to ty. Inaczej nie będzie.

Ostatnie lata bardzo mnie zmieniły. Wsześniejsze też, bo z każdym rokiem i z każdym doświadczeniem życiowym się zmieniam, ale te dwa ostatnie były bardzo trudne z różnych względów. Moja psychika została kompletnie przeformatowana i chyba jeszcze nie wszystko zostało z powrotem zainstalowane, bo nie wszystko mi działa jak należy, a może zwyczajnie nigdy zainstalowane nie było i dlatego nie czuję tego co ludzie zwykle czują w podobnej sytuacji. No ale po kolei.

Mieszkałam z Moją Matką w pod jednym dachem przez ponad 30 lat. To długo, bardzo długo, ale co z tego wszystkiego czasu, gdy nigdy nie byłam z nią na prawdę blisko, nigdy się na prawdę nie rozumiałyśmy. Nie byłam zdecydowanie córeczką mamusi. Poza tym ona nigdy nie okazywała zbytniej czułości (takie raczej były czasy) więc i więź nie miała za bardzo jak się wykształcić, tak myślę. 

Byłam pierwszą córką, najstarszą córką , ale córką zupełnie do niczego. Ja jakoś nigdy nie spełniłam Jej oczekiwań, nigdy nie byłam taką, jaką Ona chciała bym była. Takie w każdym razie zawsze odnosiłam wrażenie. Byłam raczej czymś  odwrotnym do Jej oczekiwań co do córki. Dlatego pewnie, a może mimo tego, nigdy nie udało mi się zasłużyć na najmniejszą pochwałę, na akceptację, nigdy nie udało mi sie jej niczym zadowolić ani tak na prawdę ucieszyć, choć ciągle się starałam robić wszystko najlepiej jak potrafiłam. Moje  życiowe wybory nie były zwykle pochwalane. Na wsparcie i zrozumienie też raczej nie miałam co liczyć. Z większością poważniejszych probemów osobistych zostawałam sama, nierozumiana przez nikogo, a ona była gdzieś z boku zagoniona swoimi problemami, których nigdy jej nie brakowało. Okazywanie uczuć raczej słabo jej szło i ja nawet chyba wiem dlaczego, ale skoro ona o tym nie mówila, to ja też nie muszę. Dość, iż powiem, że i Ona dostała od życia w dupę nie raz i nie dwa. Przeżyła swoje. Ozapierdalała się za dziesięc bab. Otrapiła. Nie zamierzam sie tu z nią licytować na przeżycia i doświadczenia, bo Jej były inne niż moje, bo ona żyła w innych czasach i innym świecie niż ja żyję, bo ja myślę inaczej niż Ona myślała, ale wiem, że nie miała łatwo, a wszystko, co kiedykolwiek przeżyła odcisnęło na niej swoje piętno. 

Nie byłyśmy w każdym razie sobie nigdy bardzo bliskie. Była moją Matką a ja Jej córką i nic tego nie zmieni. Karmiła mnie, zmieniała pieluchy, opiekowała się mną w chorobie i we wszystkich innych dniach... Po prostu robiła to wszystko, co robią matki na całym świecie. Była matką. Starała się jak mogła, co oczywiście - jak w przypadku wszystkich pozostałych matek ze mną włącznie  - efekty dawało różne i różnie się objawiało, a co nie zawsze nam gówniarzom, a potem dorosłym dzieciom się podobało... Rola matki to trudna sprawa - musisz grać jak najlepiej, ale nikt nie daje ci scenariusza.

Na pewno nie byłam idealną córką dla Niej, a Ona nie była idealną matką dla mnie. Bardzo się różniłyśmy i to chyba pod każdym względem. Choć i kilka podobnych cech by się znalazło, jakby się dobrze przyjrzał...
Nie była na pewno złą matką, bo jakby nie patrzeć, przeżyłam całkiem nieźle dzieciństwo, nienajgorzej młodość i  dorosłość, a to że nie zawsze było cukierkowo...,no cóż, a czy tak nie jest gdziekolwiek...?

Ogarniałyśmy razem dom, starałam się pomagać jej w polu, dzieliłam się zarobionym groszem, gadałyśmy o tym i o tamtym, wiele rzeczy wspólnie robiłyśmy w ogóle, jak to w domu w babskim świecie, ale czułej więzi za bardzo nie było, a jeśli nawet była, to bardzo mało odczuwalna. 

W końcu nadszedł ten dzień, w którym opuszczałam dom rodzinny. Jej się to z jakiegoś powodu bardzo nie podobało, bo na pierwszą wieść o moim postanowieniu, przestała ze mną rozmawiać, więc pakowałm się w samotności i po cichu. Matka wypowiedziała tylko jedno zdanie na pożegnanie. Cztery słowa, które sprawiły, że coś we mnie na zawsze umarło. "Pamiętaj, powrotu nie ma!". Wiem, że czasem mówi się co innego, niż się myśli, co innego niż by się chciało powiedzieć, ale nie da się odsłyszeć tego, co się usłyszało, a ja ten moment, te kilka sekund mam w głowie od ponad 10 lat i bolą tak samo jak wtedy, choć potem nadal przez długi czas byłyśmy zwyczajną matką i córką, ze zwyczajnymi relacjami, tyle że na odległość. Odległość, która rosła z każdym dniem, nawet jak fizycznie się nie zmieniała. 

Najpierw zamieszkałam od Matki dosyć daleko. Sto kilometrów to kawał drogi. Gdy nie masz pieniędzy na bilet ani na paliwo, to nawet bardzo duży kawał drogi. Wręcz przepaść. Tyle, że był skype... ale skype to nie to samo co siedzenie przy jednym stole. 

Potem zamieszkałam jeszcze dalej,  15 razy dalej, a odległość rosła i rosła.... Telefony dzwoniły coraz rzadziej, aż w końcu zamilkły na zawsze. Najwyraźniej wszystko zostało powiedziane, co powiedziane być miało. Tak, tak myślę, bo zakończenie kontaktu okazało się dla mnie czymś naturalnym i w ogóle mi tego nie brakowało. Cóż, moje życie toczy się tutaj pełną parą od 8 lat i mam czym żyć, z kim żyć i dla kogo żyć każdego dnia, a żyje dosyć intenstywnie, bo dużo się dzieje...

Odwiedzić nikt mnie nie chciał, więc i ja odwiedzin zaniechałam (no, tu jeszcze inne czynniki wchodziły w grę, ale o tym już nie raz było). Nie widywałam zatem Matki przez ostatnie 5 lat co najmniej.  Pięć lat to długo. Nie rozmawiałam z nią od dwóch z hakiem. Dodam tu gwoli ścisłości, że to ja postanowiłam zerwać kontakt na zawsze po sugestii siostry, że powinnam  się trzymać z dala , bo "tam jestem już spalona"...  I dobrze się stało, że to powiedziała, bo trudno domyślać się , co ludzie o tobie myślą i mówią, gdy mieszkasz od nich 1500km i nie widujesz się z nimi. Czasem możesz sobie siedzieć zadowolony i dumny z siebie łudząc się naiwnie, że cię kochają, że tęsknią i tak dalej, a tymczasem rzeczywistość może przedstawiać się z goła inaczej... Z domu wyprowadziłam się dobrowolnie i z radością. Dobrowolnie i w pełni władz umysłowych podjęłam decyzję o emigracji, której bynajmniej nie żałuję. Mój dom jest teraz tutaj w Belgii, co podkreślam na każdym kroku, przy moim mężu i z moimi dziećmi i to jest dla mnie najważniejsze. Pogardziłam życiem w Polsce, więc powinnam się trzymać z dala, bo już tamtego życia nie rozumiem. I to jest w dużej mierze racja, to ma nawet sens. 

Nie jest jednak zbyt miło, gdy człowiekowi to uświadomią - człowiek jest zły, wkurzony, ma żal do wszystkich... ja nie byłam zła, ja byłam wściekła i miałam przeogromny żal do wszystkich o wszystko, bo stało się to w najgorszym momencie, w jednym z najtrudniejszych momentów w moim życiu, w ogóle jak dotąd  chyba najtrudniejszym, w takim gdy wyjątkowo potrzebowałam  wsparcia i zrozumienia, a nie dopierdalania, podśmiechujek i wytykania jakiś pojebanych błędów z przeszłości... (no, jak widać nadal mam żal, bo same mi się te słowa cisną pod klawisze, ale chuj, było minęło i nigdy nie wróci). Jednak ostatecznie dobrze jest być śmiadomym, by podjąć jakieś kroki, by coś zmienić. Ja zrobiłam, co uznałam za słuszne - nagle przestałam dzwonić do Matki - i okazało się, że to była dobra decyzja dla mnie. Czy dla innych także,  to nie jestem na 100% pewna, ale zakładam, że gdyby Matka uważała inaczej, to by się zwyczajnie odezwała i zapytała , co tak nie dzwonię, czy coś. Nie stało się tak jednak nigdy, zatem pozostaje mi wierzyć, że też była również zadowolona z tego stanu rzeczy. Choć znając ją i menatlność ludzi ogółem, to można też podejrzewać, że mogła mieć mi za złe, iż nie daję znaku życia, ale w swojej upartości nie pozwolić sobie na to, by pierwszemu się odezwać. Bo nie. Ludzie tak czasem mają. Teraz to i tak nie ma już najmniejszego znaczenia ani dla mnie, ani tym bardziej dla Niej. Ona ma już spokój. Jej już jest wszystko jedno. Ona już odpoczywa wiecznym snem. Już o nic się martwić nie musi ani niczym przejmować. Ja tam też nie zamierzam się nad tym zbytnio pochylać. Było minęło. 

Tak czy owak minęło ponad 10 lat od mojego odejścia z domu rodzinnego, od wyjechania z mojej rodzinnej wioski w świat. 
Ponad 10 lat dystansu.
 Ponad 10 lat bez wspólnego świętowania wszelakich świąt.
Ponad 10 lat od wspólnego przeżywania kłopotów i radości. 
Ponad 10 lat życia w dwóch różnych światach, różnych realiach, innej rzeczywistości.

Po takim czasie nie wiele już miałyśmy z matką ze sobą wspólnego poza biologią, czyli tzw więzami krwi. Ostatnie lata już bardzo wyraźnie pokazały, jak mało nas tak na prawdę łączy, jak słabo się wzajemnie rozumiemy. Gadałyśmy nie raz całymi godzinami przez skype, ale to było zwyczajne gadanie, jak to baba z babą, pierdolenie o Szopenie - wymiana plotek, uwag o pogodzie, polityce, chwalenie się nowymi szmatami, czy garnkami. Nigdy nie mówiłyśmy o uczuciach, nigdy się nie zwierzałyśmy sobie, bo ja wiedziałam, że nadajemy an zupełnie innych falach w tej materii, a i Ona pewnie też to czuła. Opowiadałam czasem o naszych problemach, ale widziałam wyraźnie, że się nie do końca rozumiemy, bo ona myślała w kategoriach i standardach polskich, a ja w tutejszych. 

Myślę, że ludzie czasem nawet nie zdają sobie sprawy, co to znaczy mieszkać w dwóch różnych miejscach na Ziemi, które różnią się nie tylko kulturą i językiem, ale każdym najdrobniejszym szczegółem dotyczącym życia codziennego. Inaczej się zarabia, na co inne się wydaje. Inaczej się myśli, inaczej żyje. Opowiadanie o tym to jedno, a poczucie tego, to zupełnie inna sprawa. Ja w ostatnich latach już zupełnie nie rozumiem sposobu myślenia wielu Polaków mieszkających w Polsce i czuję że oni nie rozumieją mnie. Przepaść rośnie z każdym rokiem i mojej rodziny to także dotyczy, a może nawet zwłaszcza rodziny. Może gdybym żyła w rozkroku, jak żyje wielu - pół tu, pół tam, tu zarabiam tam wydaję, tu żyję fizycznie, a tam mentalnie, każde święta do Polski, a od Belgów trzymać się z dala... - to może by było inaczej w stosunkach z Moją Matką i resztą Rodziny, ale ja nie chciałam tak żyć. Nie wyobrażam sobie nawet takiego życia. To nie dla mnie. Ja wyjechałam na zawsze. Fizycznie i mentalnie. Spaliłam mosty. Zerwałam więzi. Zrobiłam to dla siebie samej, dla własnego dobra, choć niektórych to pewnie bolało i boli nadal. Wielu nie rozumie. Jednakże to ja decyduję o swoim życiu, o tym jak chcę je przeżyć i z kim, a nie inni, żeby nie wiem jak kiedyś byli mi bliscy. Ja żyję dla siebie i swoich dzieci oraz małżonka, nie dla innych, czy to się komu podoba, czy nie.

Czy jest zatem czymś niezwykłym, że całkowite zerwanie kontaktu przyszło mi tak łatwo? Nie. Była to raczej naturalna kolej rzeczy. 

Czy należy się zatem dziwić, że wieść o odejściu Naszej Matki nie była dla mnie jakimś ogromnym przeżyciem? Raczej nie. Z mojego świata odeszła już ona bowiem wcześniej. Odchodziła krok po kroku, dzien po dniu, coraz dalej i dalej. Tyle, że  wtedy ciągle żyła dla innych i żyła z innymi. A ja wiedziałam, że tam żyje, istnieje, troszczy się o wszystko, kręci po domu i podwórku, że gdzieś tam żyje swoim życiem. Ja jednak żyje tutaj swoim i tamto mnie aż tak bardzo nie interesuje, choć mam świadomość, że ludzie oczekują ode mnie czego innego i czego innego się po mnie spodziewali, i że nikt by nie przypuszczał ... że ja kiedykolwiek postanowię być po prostu sobą.

To nie jest jednak tak, że śmierć Mojej Matki w ogóle mnie nie obeszła. Obeszła, ale tak bardziej spokojnie, bez wielkich emocji. Zwyczajnie, jak odejście każdego człowieka, którego się dobrze znało. Smutek. Świadomość bezpowrotnego zakończenia czegoś istotnego.  Oto kolejna osoba zniknęła z tego świata i już jej nie będzie. Już nikogo nie opieprzy, nikogo nie rozśmieszy, z nikim się nie pokłóci ani nikomu nie pomoże. Pisząc te słowa zastanawiam się nawet, czy oczekiwałam  po sobie jakiejś innej reakcji? Czy powinnam czuć coś innego? Trudno orzec, ale raczej znowu żyłam oczekiwaniami innych wobec mnie... Ja jedyne co czuję to brak uczuć, ale na (nie)szczęście to dotyczy też wielu innych dziedzin życia, więc jakoś specjalnie akurat tego nie zamierzam teraz rozkminiać...

Moja Matka była lubiana i szanowana przez większość ludzi. Pomagała ludziom, gdy mogła. 
Pełniła wiele życiowych ról i w wielu z nich była na pewno mistrzynią, a w niektórych może nawet supermenką. Matka miała mnóstwo talentów i to dosyć czasem oryginalnych jak na babę. Kurde, nie wiele jest rzeczy, na których choć trochę by się nie znała. 

Matka była dobrą gospodynią. Czasem się wydawało, że miała z 8 rąk, bo tyle rzeczy na raz ogarniała - dom, dzieci, stajnia, uprawy, zakupy, a i kawka u koleżanki czy sąsiadki też się wypiła i plotki się poplotkowały. 

Umiała pysznie gotować i piec. Piekła najlepszy chleb w całej wsi w piecu opalanym drewnem. Dla mnie piekła zawsze tort z truskawkami na urodziny i to jest chyba jedno z najmilszych moich  z nią wspomnień. Ten tort dla mnie. Zawsze. Co roku. 

Umiała też szyć. Już jako nastolatka - jak opowiadała - szyła sobie sukienki, bluzki a nawet płaszcze. Jako dorosła szyła dla ludzi na zamówienie, choć nigdy nie chodziła do żadnej krawieckiej szkoły ani nie brała lekcji szycia. Robiła ponadto na drutach, szydełku, maszynie. Mieliśmy piękne włóczkowe ubrania za gówniarza - sukienki, spodnie, czapki, kapelusze, swetry -  jak tylko oczywiście udało się jej kawałek włóczki zdobyć, co dawniej wcale takie łatwe nie było. Ale to nic, wiele bab to wszak potrafi.
 
Moja Matka jednak potrafiła też pomalować mieszkanie, naprawić cieknący kran, zrobić nową półkę, a nawet zreperować odkurzacz, maszynę do szycia czy radio, bo z zawodu była wszak elektrykiem. Znajome i sąsiadki wiecznie do niej przychodziły ze swoim posputym sprzętem, a ona naprawiała.

 Reperowała też samodzielnie swój motorower, którym wszędzie za młodu zasuwała. Kapeć, sprzęgło, silnik - to dla naszej matki była bułeczka z masełkiem, wszystko zreperowała sama. No tata jej czasem pomagał, jak miał czas, ale i bez pomocy ogarnęła.

Mało tego, jeździła traktorem niczym stary traktorzysta, mimo że nie miała uprawnień za bardzo do kierowania takim pojazdem. Wykosiła kosiarką łąkę, zaorała pole, wykopała i zwiozła buraki. 

Ogarniała też komputery i internety i to nie jak większość bab w jej wieku, że tam fejsbuka se umie włączyć, jak jej kto konto zrobi. Ona sama ogarniała takie rzeczy. Wszystko w necie potrafiła znaleźć, poczytać na temat prawa, nowinek, możliwości, nawet kupowała to i owo online i to od dawna. 

Ktoś potrzebował pomocy, to też zaraz szła. Lubiła też dobrą zabawę - wesele, sobótki, imieniny koleżanek, festyn na wsi - lubiła dobrą zabawę, tańce, śpiewy, wygłupy...

Kurde nawet w zespole kiedyś grała i śpiewała razem z ojcem innymi ich kamaratami. A tak, bo na gitarze też umiała grać, przynajmniej za młodego.

W każdej pracy, której kiedykowliek się podjęła też ponoć ją chwalili, a ja nie mam powodów by temu nie wierzyć, bo Ona serio wszystko umiała. To była dosłownie taka babska złota rączka.

 I nie mam wątpliwości, że wszystkim, którzy ją tam znali, będzie jej brakować, że ludzie będą ją dobrze wspominać. Myślę, że miała dosyć trudne, ale z drugiej strony ciekawe, bogate i kolorowe życie. Spróbowała różnych rzeczy, zrobiła trochę dobrego dla świata, poznała różnych ludzi... 

A teraz odpoczywa. 





14 kwietnia 2021

Sprzątanie. Co lubię, a czego nienawidzę w tej pracy?

 Jedni mówią sprzątaczka, inni pomoc domowa. To drugie jakby lepiej brzmi, ale i tak na to samo wychodzi. 

Pracuję w tym zawodzie szósty rok, czy nawet już siódmy i ciągle jestem zadowolona. Ba, teraz jestem chyba bardziej zadowolona, niż na początku, bo dziś jestem dobra w tym co robię i raczej łatwo mi to przychodzi. O tym, co ogólnie myślę o tej robocie, napisałam już raz dosyć obszerny artykuł, który nota bene jest jednym z najczęściej wyświetlanych tekstów na tym blogu Jak to okropnie być sprzątaczką. Pojawił się on  też swego czasu w druku w polskiej gazetce "Antwerpia Po Polsku", czyli że temat cieszy się zainteresowaniem.

Dziś postanowiłam opowiedzieć, co najbardziej mi się w mojej pracy podoba, co lubię, a czego nie lubię, nie znoszę, nienawidzę. Oczywiście to jest moja mardzo subiektywna opinia, z lektury wypowiedzi sprzątaczek na fb i rozmów zwyczajnych z koleżankami po fachu wiem, że rzeczy, których ja nie znoszę, dla innych są fajne i odwrotnie.

Czego nie lubię w tej pracy?

1. Niektórych zachowań klientów. 

 Niektórzy klienci przyczepiają się do jakichś śmiesznych drobiazgów, jak kurz na haczyku i to jest lekko irytujące, ale o wiele bardziej niepokoją mnie ludzie, którzy nigdy nie mają żadnych uwag - ani pozytywnych, ani negatywnych, bo zwyczajnie nigdy nie wiem, czy są zadowoleni, czy nie. Ja lubię wiedzieć, co robię źle aby móc to ewentualnie poprawić, co czasem wcale nie jest trudne, a wynika tylko z tego, że mój pogląd na słowo "posprzątane" jest inny niż klienta.

 Nie lubię ludzi, którzy patrzą mi na ręce i komentują moje poczynania na każdym kroku, bo mnie to stresuje. Zza mało produktu dałaś, za dużo produktu dałaś (ja stosuję się zwykle do zaleceń producenta produktu, ale klient czasem wie lepiej), nie z tej strony miotły stoisz ;-)

2. Nie lubię sprzątać zaniedbanych domów, gdzie np klamki odpadają, pościel jest podarta. Co z tego, że posprzątam, umyję okna, zmienię pościel jak wszystko nadal wygląda jak ukradzione bezdomnym, tyle że czyste. To drażni moje poczucie estetyki.

3. Nie lubię też domów zagrandzonych, gdzie panuje totalny bałagan i chaos - wszędzie leżą zabawki, ubrania, sprzęty. Na zbieranie czy przestawianie tego wszystkiego marnuje kupę czasu, w którym mogłabym zająć się prawdziwym sprzątaniem i faktycznie cały ten dom posprzątać, a nie tylko w małej części. Z takich domów nigdy nie wychodzę usatysfakcjonowana, mimo że klient i tak jest zadowolony, bo jeszcze mnóstwo rzeczy widzę do zrobienia.

4. Nie znoszę domów, w których podczas sprzątania ganiają dzieci i zwierzęta albo dorośli łażą w te i wewte. Sprzątasz kuchnię a ci przychodza jeść, potrzebujesz nabrać wody, a ktoś się kąpie, zabierasz się za odkurzanie, a tu goście jacyś przychodzą na kawę. Nie cierpię pracować podczas wakacji i ferii oraz lockdownów, gdy wszyscy są w domu

5. Wkurza mnie zbieranie brudnych majtek i osmarkanych chusteczek z podłogi, bo dla mnie to totalny brak szacunku dla drugiego człowieka oraz wyraz zwyczajnego prostactwa.

6. Irytuje mnie brak należytych materiałów do sprzątania albo kupowanie przez klientów najtańszych gównianych produktów i materiałów. Wolę, jak ktoś ma dwie dobre ścierki i jeden produkt do wszystkiego, ale dobry, niż gdy ma 50 chujowych ścierek i 30 chujowych produktów np z jakiegoś tam actiona. Ludzie, którzy sami sobie kiedykolwiek dom sprzątali, potrafią znaleźć tanie, ale porządne produkty i takie zazwyczaj mają.

7. Nienawidzę większości produktów w spray'u, a w szczególności do prysznica. Każdy wie, że są diabelnie szkodliwe i ja po kilku latach już to wyraźnie czuję. Przy myciu prysznica niektórymi produktami, kicham, smarkam, oczy mi łzawią, mam problemy z oddychaniem (zajebiście jest być wwo). Na szczęście jest kilka dobrych marek no i zwykły kurde ocet, których mogę spokojnie używać.

8. Nienawidzę zapachu chloru (tutejszy javel, bleekwater) i cieszę się, że wreszcie został oficjalnie zakazany w naszej pracy!

9. Jest też lista zwyczajnych zajęć, które każda pomoc domowa wykonuje, a których ja nie lubię, nie znoszę albo nawet nienawidzę. Na pierwszym miejscu jest prasowanie. Sama wolę chodzić w zmiętych ubraniach, niźli stanąć do żelazka. U klientów nie godzę się w ogóle na prasowanie (infomuję zwykle już na pierwszej wizycie). Kolejne to roboty sezonowe jak mycie lodówki, piekarnika itp. Robię, bo muszę, ale bez antuzjazmu. Mycie kabiny prysznicowej. Sama czynność jest wporządku, tylko że często jestem do połowy mokra, bo zwykle trzeba wejść do środka, żeby wszędzie sięgnąć i potem spłukać, a buty i rękawy wtedy mam często pełne wody. Zdarza się też wihajster od prysznica pomylić i puścić wodę z góry prosto na głowę haha. Obrzydliwość.

10. Nie lubię sprzątać małych, ciasnych mieszkań, gdzie w pokojach nie idzie się wyrobić z odkuzraczem czy mopem, bo jest tak ciasno.

Co lubię

1. Lubię to, że sama ustalam, ile i w jakich godzinach chcę pracować. W każdy dzień zaczynam i kończę o innej godzinie, bo tak mi pasuje, że mogę dowolnie sobie dobierać nowych klientów i rezygnować ze starych, gdy tylko poczuje taką potrzebę.

2. Lubię to, że pracuję codziennie w innym miejscu, w różnych warunkach, u innych ludzi i że mam takie urozmaicenie.

3. Bardzo mi pasuje sprzątanie pustych domów, gdy mogę sobie całkowiecie dowolnie moją robotę planować. A że poszczególne  czynności wykonuję dziś rutynowo, mogę się oddawać rozmyślaniom na dowolne tematy.

4. Jednak praca u klientów, którzy są w domu też jest fajna, bo zawsze można kilka słów zamienić, czegoś nowego się o życiu dowiedzieć, posłuchac miejscowych plotek. 

5. W tej pracy fajne jest to, że mogę podglądać i testować różne rzeczy - różne odkurzacze, ścierki, produkty, ale też oglądam i testuję różne podłogi, szafki, krany, lodówki. Podglądam różne rozwiązania dla domu - widzę co jest dobre, a co się słabo sprawdza. Podglądam też, co ludzie jedzą, czym się myją, w czym piorą, co noszą, jak dekorują domy itd itp. Dla ludzi myślących i ciekawych wszystkiego, to jest fantastyczna sprawa.

6. Kocham to, że po zakończeniu pracy, zamykam drzwi i więcej ani jednej myśli tej robocie nie muszę poświęcać, tylko zajmować się swoim życiem. Oczywiście czasem tam opowiem jakąś hecę małżonkowi albo ponarzekam na coś, ale nic nie muszę - tak jak to np miało miejsce w mojej poprzedniej robocie - pracując w bibliotece cały czas o każdej porze dnia i nocy, w czasie weekendu, wakacji wciaż  rozmyślałam nad nowymi pomysłami dotyczącymi imprez itd,  wszędzie szukałam pomysłów, czytając dowolną książkę zawsze się zastanawiałam dla których czytelników się nadaje.

7. Moje ulubione czynności i zadania to: mycie okien i składanie prania. No po prostu uwielbiam te zajęcia. 

8. Lubię, że ta praca jest tak różnorodna, że u każdego klienta robię praktycznie co innego i w zupełnie inny sposób, że każdy ma inne życzenia i oczekiwania, że czynności mniej fajne mogę mieszać ciągle z czynnościami lubianymi.

9. Lubię być chwalona przez klientów, a dosyć często się to nawet zdarza, co oznacza, że jestem dobra w tym co robię, a to daje mi wiele satysfakcji.

10. Lubię oglądać efekty swojej pracy. Lubię kończyć sprzątanie widząc wyraźną różnicę pomiędzy mieszkaniem, do którego przyszłam rano i tym samym mieskaniem po 4 godzinach mojej pracy. 


4 kwietnia 2021

Gdy wybuch wulkanu emocji poczyni szkody i popłynie fala łez.

 Młody - tak samo jak reszta z Piątki - należy do osób wysoko wrażliwych (wwo).  To znaczy, że odbiera świat o wiele intensywniej niż normalsi. Gdy inne dzieci po trzygodzinnej imprezie urodzinowej pełnej szaleństw mają siłę i chęci popędzić jeszcze na trening piłki nożnej, a potem jeszcze na wiejski festyn z karuzelami i wieczorem jeszcze brykają po domu, tak nasz Młody po urodzinach wraca do domu złachany jak koń po westernie i musi posiedzieć w ciszy, pooglądać jakiś spokojny film czy nawet się chwilę położyć, bo takie urodziny to dla wwo za dużo wrażeń, za dużo emocji. Z jednej strony jest superowo, coolersko i fantastycznie, ale to męczy. To samo dotyczy zresztą nastoletnich czy dorosłych wysoko wrażliwych. 

Młody bardzo wszystko emocjonalnie przeżywa - bardzo łatwo i intensywnie się smuci, irytuje, czy złości, ale i radość, żarty czy wygłupy także przeżywa super intesywnie. To istny mały wulkan emocji.

Życie wysoko wrażliwych jest bez wątpienia ciekawsze, bogatsze i intensywniejsze niż pozostałych, ale też trudniejsze i bardziej męczące. Z emocjami trudno jest sobie poradzić czasem. Tak mocne emocje piekielnie trudno jest kontrolować i ujarzmić. 

Historia z ostatnich dni. 

Tata obiecał Młodemu, że jak wróci z pracy i wykonamy zaplanowaną robotę w werandzie, to pojadą do sklepu, by Młody mógł wydać swoje oszczędności na to, co sobie zaplanował. Niestety robota się przeciągnęła i nie udało się dotrzymać obietnicy, bo sklep zamknięto, czyli wyniknęła dość niefajna   sytuacja. Tata przeprosił Syna wyjaśniając powód i powiedział, że pojadą zaraz rano następnego dnia. Syn zrozumiał sytuację, powiedział "okej", ale był zły. 

BARDZO ZŁY!

Poszedł do swoje pokoju odreagować, jak zawsze to robi w trudnych sytuacjach. Ale złość tym razem musiała być ogromna , bo po dłuższym czasie Młody przyszedł ze śladami łez w oczyskach i oznajmił z ogromnym miażdżącym serce smutkiem, iż był tak zły, że zniszczył całkowicie jedną ze swoich książek i teraz jest mu bardzo smutno. 

No faktycznie, książka jest podarta na drobne strzępy. To była książka o seksie, którą mu jakiś czas temu kupiłam w sklepie z rzeczami używanymi i którą właśnie zaczął czytać. Dlatego właśnie to ona została zniszczona wybuchem małego wulkanu ogromnych emocji, bo była pod ręką.

Dziś trochę o tym gadaliśmy i próbowaliśmy wymyśleć jakieś bezpieczniejsze metody upuszczania nadmiaru emocji, choć przyznałam mu, że podarcie książki to bardzo dobry pomysł, tyle że książka niewłaściwa, bo jeszcze nie przeczytana a fajna i ciekawa. Powiedziałam, że stare gazety, reklamy ze sklepów czy stara, głupia,  niepotrzebna książka może być o wiele lepszym wyborem, jeśli już chce coś targać. Papier to wszak bardzo dobra metoda na odstresowanie. Kartki można drzeć, miąć w kule i rzucać nimi w ścianę albo je deptać, czy kopać.

Wykrzyczenie złości na poduszkę i zbicie jej - metoda polecana przez wielu dorosłych ludzi w necie - też zdaje się mu odpowiadać. Już to czasem testował wcześniej. 

Mówiliśmy też o zapisywaniu i rysowaniu emocji, ale to musimy dopiero spróbować robić.

Na codzień Młody zrzuca swój zwykły emocjonalny balast gadając i opowiadając. Opowiada przez całą drogę ze szkoły do domu. Potem jeszcze czasem kontynuuje w domu. Relacjonuje przebieg każdego dnia. Mówi, co zdarzyło się fajnego, co go zdenerwowało, co zaniepokoiło, a co zasmuciło. 

Wieczorem z kolei często, niemal codziennie, o ile pogoda nie jest wyjatkowo wredna, chodzi z tatą na długie albo krótkie spacery. Wędrują różnymi drogami , czasem po kilka kilometrów, a Młody wtedy opowiada wszystko tacie, dzieli się wątpliwościami na temat życia i uczuć, zadaje dziesiątki pytań. Myślę, że to mu bardzo pomaga z ogarnianiem emocji i nie tylko. Gdy tak się spaceruje po nocy, nikt nie przeszkadza, nic nie rozprasza, ma się tatę i taty uwagę tylko dla siebie. To jest dobre. Tata też lubi te spacery z synkiem, choć nie zawsze fizycznie mu się chce, gdy przychodzi zorany z roboty.

Młoda tak lubi czasem chodzić ze mną. Gdy źle się czuje, gdy łapie doła, czy coś ją bardzo z równowagi wyprowadzi to też dobrze pójść z nią do lasu albo zrobić rundę po pustych polach z aparatem czy bez i pogadać o wszystkim, dać upust emocjom, ciężkim myślom i uczuciom no i pozbyć się  nagromadzonej złej energii poprzez wysiłek fizyczny. Innymi razy siedzimy po prostu u niej w pokoju, patrzymy na pierzaste papuzie głuptaski i gadamy o różnych sprawach. Wygadanie się pomaga. Gdy coś lub ktoś jej nagle bardzo ciśnienie podniesie, ale nie wymaga to zbytniej rozkminy, to zwyczajnie idzie sobie do szopy skopać i sprać wora. 

Zdarza się jednak i tak, że te metody są za słabe, że zdarzenie jest wyjątkowo silne, a wtedy... śpiewa i rysuje... ale nie kredkami na kartce, tylko czymś ostrym na skórze. I to jest - moim zdaniem - tak samo (albo bardzo podobnie) jak z tą podartą książką na strzępy. Emocje ujdą, ale potem boli. Książki ani skóry nie da się posklejać, a nawet jak się uda, to ślady pozostają na zawsze, by upamiętniać te złe chwile. A to już nie jest dobre i dobrze, jak da się tego uniknąć. Cóż, czasem łatwiej powiedzieć niż zrobić, bo emocje to trudna sprawa.

Emocje są nam wszystkim bardzo potrzebne. Bez emocji długo byśmy nie przeżyli na tym świcie,  ale czasem są tak cholernie trudne do ogarnięcia, do zrozumienia, do opanowania. Rozmawiamy o tym z naszą młodzieżą, z partnerem, a czasem sami ze sobą, co nam się tam we środku kotłuje. 

Uczymy się coraz lepiej sobie z emocjamii radzić, panować nad nimi, robimy postępy, ale to nie łatwa sztuka i nie wiem, czy kiedyś osiągniemy w niej mistrzostwo.






27 marca 2021

Rozważania pandemiczne o bezsensownych regulacjach szkolnych

 Kilka miesięcy temu, gdzieś na początku pandemii,  pisałam o tym, że ciekawe czasy nam nastały i będzie, co obserwować. No i nie myliłam się. Jest co obserwować, gorzej jednak ze znajdowaniem sensu i logiki w tym, co się obserwuje. Dlatego też w pewnym momencie zluzowałam swój punkt obserwacyjny i przestałam śledzić na bierząco, co się wyczynia, bo stare przysłowie pszczół mówi, że gdy coś się w głowie nie mieści, to trzeba mieć to w dupie i żyć po swojemu. 

Mam tego farta, że w mojej pracy i życiu osobistym wiele się nie zmieniło, więc z tego korzystam i żyję sobie po prostu tym swoim życiem pospolitym próbując nie wchodzić ludziom w drogę i unikając dyskusji na temat pandemii z wyznawcami i poddanymi Mediów - boga bogów.


Jednak są takie miejca, w których pandemiczna logika (czyli totalny brak logiki i sensu) boli mnie w oczy.

Jednym z takich miejsc jest szkoła.

Codziennie po południu jadę pod szkołę odbierać Młodego i codziennie widzę to samo, ale niestety przez pół roku (czy więcej) nie udało mi się odnaleźć sensu w ludzkich poczynianiach.

Gdy zadzwoni dzwonek i dyrektorka otworzy bramę, wszyscy rodzice wchodzą gęsiego na podwórko. Po drodze stoją stoły, na których stoją żele odkarzające i ja obserwuję codziennie ten sam cyrk i nie udało mi się tego zrozumieć. Ci wszyscy ludzie używaja tych żeli za każdym razem. SERIO! Po co? Bo mogą? Bo te żele tam są? Bo mają ochotę za jakiś czas za nie zapłacić? Nie wiem, doprawdy nie wiem. 

Ja wchodzę przez bramę z rękami w kieszeniach. Nie dotykam niczego, żelu też nie, bo mam ręce w kieszeniach. Z rękami w kieszeniach przechodzę koło żeli, z rękami w kieszeniach przechodzę przez następną  OTWARTĄ na przestrzał bramę, gdzie czeka mój syn ze swoim rowerem. Gdy on mnie widzi, podjeżdża do mnie i jedzie obok, a ja idę sobie z rękami w kieszaniach, bo niczego nie muszę tam dotykać, bo wszystkie bramy są otwarte, a mój syn jest duży i nie muszę go prowadzić za rękę.  Choćby nawet to co? Przeco to mój syn! Idę sobie zatem z rękami w kieszeniach a mój syn jedzie obok na swoim rowerze. Wychodzimy przez kolejną bramę, gdzie czeka na mnie mój rower. Wyjmuję ręce z kieszeni. Wsiadam na rower. Jedziemy do domu. 

Po co WSZYSCY inni używają żelu? Nie mam pojęcia. Oni też często przechodzą tę trasę z rękami w kieszeniach, tyle że oni zawsze zatrzymują się przy żelach, żeby wyjąć ręce z kieszeni, użyc żelu i włożyć ręce do kieszeni. SERIO!!! 

Najlepsi są jednak ci, którzy zdejmują rękawiczki, by użyć żelu. Tak, zaraz potem zakładają te rękawiczki, No serio bum cyk cyk. Obserwuję codziennie ten cyrk i ciągle nie mogę wyjść z szoku, że ludzie na codzień w ogóle nie używają mózgu. M_Jak_Mąż mi nie wierzył, ale potem sam poszedł po Młodego i poczynił te same obserwacje, czyli nie majaczyło mi się...

Idźmy dalej. Kilka tygodni temu przyleciał ze szkoły mejl, w którym dyrekcja informuje, że są zgłoszenia z kilku klas, iż dzieci mają owsiki i że coraz więcej tych zgłoszeń. Dyrekcja przypomina, że w walce z owsikami bardzo ważna jest higiena. HA HA HA. No to ja się pytam, co w takim razie tam poszło nie tak? Tyle żeli, tyle miesięcy nawoływań z mediów, ze szkół, ze szpitali, z kosmosu do mycia rąk i higieny, bo grypa przeco tak się roznosi, a dzieciaki jakimś cudem masowo zarażają się owsikami? No heloł!

No ale dobra. Wołam Młodego, opowiadam co to owsiki, jak się objawia, co to robi i jak się tym zaraża. Po czym mówię, że jak w szkole idzie do sraczyka, to ma bezwględnie myć ręce mydłem...

- No ale w szkolnym kiblu nie ma mydła.

- CO KURWA?!

- No nie ma mydła.

No wiadomo, po co w kiblu mydło! Ważne że żele są wszedzie, żeby rodzice se mogli codziennie rękawiczki umyć i by dzieci używały tego gówna codziennie niszcząć naturalną ochronę skóry, jaką posiadają od urodzenia. 

Zresztą nie dawno byłam w mieście i mi się siku zachciało i poszłam do kibla na dworcu. Kibel spoko, czysto, nawet nie śmierdziało, bo dosyć nowy, no ale mydła ani ręczników też nie było. Dobrze, że woda chociaż leciała z kranu... No ale okej, na dworcu czy w pociągu żeli też nie ma, więc ci są przynajmniej konsekwentni. Tylko naryjce kontrolują i bez naryjca daleko pociągiem nie zajedziesz...

Inny mejl ze szkoły informuje z kolei o wszach, czyli z dystansem też coś nie pykło, skoro te małe wredne zarazy się znowu rozprzestrzeniają po głowach. I to akurat teraz, gdy Młody postanowił skorzystać z tego, że fryzjerzy byli długo zamknięci i znowu zapuszcza włosy... 

W międzyczasie był jeszcze inny mejl ze szkoły, który informował uprzejmie acz wyraziście, że od tego i tego dnia zakazuje się przynoszenia do szkoły własnych piłek i kart do wymiany. Piłek dlatego, że czasem ktoś wykopie poza ogrodzenie i nie da się odzyskać i jest drama, a kart dlatego, że starsze gówniarze oszukują na wymianach maluchy i też jest drama.

No ale dobra, Młody nie gra ani w piłkę, ani nie kolekcjonuje żadnych kart, ale nie dawno zabrał do szkoły zaproszenia na swoje urodziny i dostał opierdol, że nie wolno. Czyli że na piłkach i kartach z pokemonami nie ma covida, ale na zaproszeniach czy listach miłosnych dla koleżanki już są...?

Znajoma podzieliła się ze mną jeszcze ciekawszą inforamcją. Otóż klasa jej córki każego dnia wymienia się zabawkami w szkole. Każdy musi przynieść z domu coś na wymianę - lalkę, gierkę, fidget spinnera, wisorek - by wymienić się na dzień lub dwa z kimś innym. Znajoma ma podobne podejście do pandemii jak ja i jej to zwisa, ale też się puka po głowie w kwestii tego, na co szkoła pozwala, a czego zakazuje, bo nie ma w tym najmniejszego sensu.

Kolejna ciekawa rzecz, to zakaz kupowania w szkole napojów za szkolne żetony. Nie kumam tego. Dzieci bawią się razem bez większych ograniczeń w czasie przerwy. Turlają się, wbrykują na siebie, graja w gry, huśtają się na huśtawkach, włażą razem na domki wspinaczkowe, a nawet - jako się rzekło - wymieniają kartami i zabawkami, ale nie mogą sobie kupić flaszki z mlekiem czy sokiem. Zastanawiam się, co jest bardziej śmierciośne - napój czy żetony...?

Dalej mamy ciekawostkę z jednej ze szkół średnich. Uczniowie tej szkoły chodzili do szkoły jeden tydzień do południa, a drugi tydzień po południu, a resztę lekcji mają odrabiać sami w domu. Dyrekcja w jednym z  mejli informuje, że w związku z nauką w w/w systemie koronnym na raporcie przed krokusowymi feriami  jakieś 270 uczniów nie otrzymało obowiązkowych 50% z co najmniej 3 przedmiotów. Inaczej mówiąc 1/4 uczniów z klas 3-7 nie zaliczyła. Przez co - jak piszą dalej w mejlu - uczniowie stracili motywację do dalszej nauki, a tu szybkimi krokami zbliżają się egzaminy wielkanocne, czyli koniec drugiego trymestru. Dyrekcja nawołuje uczniów do zmotywowania się i podjęcia starań poprawienia wyników. Jeśli ktoś ogarnia system, to domyśli się, że ta informacja mówi nam, że jeśli młodzież się nie zmotywuje i nie zacznie sobie nagle lepiej radzić w tych pandemicznych  to 1/4 uczniów może nie dostać promocji do następnej klasy. Fajna perspektywa c'nie?

Młoda - jak jeszcze chodziła do szkoły - twierdziła, że jej autyzm nie pozwala tego wszystkiego ogarniać, bo dla autystyka jest za trudno rano iść do szkoły a potem jeszcze po powrocie siadać do nauki na kolejne kilka godzin w domu. 

Tymczasem okazuje się, że nie tylko autystycy mają z tym problem. Dobrze wiedzieć. Tym bardziej cieszymy się, że Młoda postanowiła teraz uczyć sie w domu.

No i dochodzimy do ostatnich postanowień tej bandy oszołomów z góry.

Kilka tygodni temu mówili, że w kwietniu zaczną się poluzowania, że np parki rozrywki otworzą, że knajpy na zewnątrz będą mogły gości przyjmować i takie tam.

Wszyscy czekali na te poluzowania, czekali na wielkanoc jak na zbawienie, by usłyszeć że oszołomy  w kwietniu chcą wprowadzić twardy lockdown. Ha ha. Niezły prank. Tylko trochę mało śmieszny.

Najsampierw w zeszły piątek się zebrali i ustalili, że NIE LUZUJĄ i że  nie otworza parków rozrywki ani kanjp i że jednak obozy młodzieżowe nie mogą być z nocowaniem i tylko 10 dzieci a nie 25 jak było wcześniej powiedziane i kij że organizatorzy mówią, że to jest nierealne do zrobienia. Kogo by to obchodziło. Powiedzieli, że znowu obowiązkowa praca online dla wszystkich, którzy mogą i że będą kontrole i wysokie kary. 

Sprzątaczki na szczęście są ciągle wirusoodporne, a przy tym w pierwszym lockdownie się okazało, że jest tej chołoty strasznie dużo i pierońsko drogo wychodzi płacenie im ekonomicznego bezrobocia, więc teraz  nawet nikt już się o nich nie zająknie. Poza tym ważniacy też mają kible do umycia i brudne majtochy do pozbierania z podłogi, a sami przeco nie będą sprzątać tylko dlatego, że jakaś pandemia niby jest c'nie?... Sprzątaczki zatem znowu stały się niewidzialne, tak samo jak przed pandemią, gdy próbowały się domagać śmiesznych podwyżek czy lepszego traktowania. Mogą se zatem spokojnie odwiedzać 10 rodzin (pracujących z domu z dziećmi mającymi ferie) tygodniowo. Dla mnie bomba, ale sensowność w porównaniu z całą resztą tego belgijskiego koronnego pierdolnika to tak gdzieś 2/10.

Chcieli też zamknąć szkoły, ale minister edukacji bronił się dzielnie (człowiek gotów pomyśleć, że w rządzie są też normalni ludzie). No to kazali mu przez weekend wymyślić jakieś rozwiązanie pasujące do nowej ideologii. Chłopina skrzyknął  całą resztę ludzi od edukacji i spisali swoje pomysły. Pomysły w poniedziałek zostały nagle bez ostrzeżenia wprowadzone w życie. 

Najbardziej rozjebał mnie fakt, że dzieci musiały jeść obiad na podwórku, a jednoczesnie zakazano wydawania gorących posiłków. Niezła kurwa logika. U nas dostały koce, ale i tak sporo dzieci zmarzło podczas jedzenia, bo co innego ganiać i skakać podczas przerwy a co innego siedzieć jedząc kanapki popijane zimną wodą. Ciekawam ilu się pochorowało z tego powodu... a nie, czekaj, poza covidem teraz nie ma innych chorób, sorry.  Odwołano też basen, co wkurzyło zarówno dzieci jak rodziców, bo nieśli wszyscy strój na darmo i cały miesiąc na ten basen czekali.

No ale dobra, dwa dni później i tak ogłosili, że zamykają szkoły tydzień przed feriami. Bo tak! Bo przez dwa dni sytuacja znowu się zmieniła niewyobrażalnie. Jakiż ten wirus szalony, nieprzewidywalny i zmienny to szok. Zamykają szkoły średnie i podstawówki. Przedszkola zostają otwarte. 

Ze szkół natychmiast przyszły mejle potwierdzające zamykanie i ogłaszające, że w szkołach ludzie nie wiedzą, czy to będą przedłużone ferie, czy mają przejść na naukę online, czy dzieci będą mogły pisać zaczęte egzaminy i na jakich warunkach, co z trwajacymi stażami... No bo wiadomo,wszystko jak zwykle zostało zaplanowane i przedstawione niezwykle jasno, rzetelnie, inteligentnie i niedwuznacznie. Miód malina. Współczuję belfrom, dyrektorom szkół, a szczególnie młodzieży. Bo tak oto się dziś pogrywa zdrowiem, życiem, samopoczuciem, dobrem i przyszłością naszych dzieci i młodzieży. 

Wczoraj okazało się, że przedszkola jednak też zamkną. 

Kto głupiemu zabroni?

Oprócz szkół zamnięto na powrót m.in. fryzjerów, kosmetyczki i niektóre sklepy. Znaczy wróć, sklepy są otwarte, tylko trzeba REZEROWAĆ WIZYTĘ jak u doktora. Dostałam już całą stertę mejli od wszystich sklepów, w których mam kartę klienta. A dużo tego jest. Sklepy informują mnie, że są otwarte i że muszę zrobić rezerwację, która UWAGA polega na tym, że przychodzę do sklepu i proszę o zrobienie rezerwacji a potem czekam, aż będę mogła wejść, a jak nie ma zbyt wielu klientów, to mogę wejść od razu. BUACHACHA. Czyli zmieniło się tyle, że muszę się przedstawić wchodząc do sklepu, gdy normanie przedstawiam się płacąc za zakupy (bo jak jesteś stałym klientem to zawsze są jakieś zniżki, propmocje, punkty - więc prawie w każdym sklepie mamy swoje dane podane). Ja kupuję i tak online, a co najwyżej odbieram zakupy lub robię zwroty w stacjonarnym sklepie, więc mi to rybka,  ale pośmiać można.

Fryzjerki i kosmetyczki - jak podejrzewam - i tak pewnie po zaufanych znajomych robią na lewo, bo z czegoś trzeba żyć. Takie pojebane zasady - jak uczy historia -  zawsze służyły kombinatorstwu i cygaństwu, więc raczej dziwne by było, gdyby teraz było inaczej. Kto jest cykorem i nieogarem to jest i takim pozostanie (przynajmniej dopóki mu głód do dupy nie zajrzy), a reszta pozostaje nadal zwykłymi ludźmi z typowymi ludzkimi zachowaniami i instynktami. 

Takie jest moje zdanie, a ludzie niech mówią co chcą.

Póki co Trójca ma ferie. TRZY TYGODNIE opierdalingu nakazanego przez rząd. Będą całe dnie będą musieć siedzieć przed kompem, bo przeco nic innego nie wolno. 

Nie wolno spotykać się z kolegami. 

Nie wolno chodzić do klubów, na mecz, na kręgle, do pizzerii.

Nie wolno pojechać na kolonię.

Nie wolno odwiedzać babci ani dziadka.

Nie wolno samodzielnie myśleć i samemu o sobie decydować...

Trzeba żryć, srać, patrzeć w ekran, oglądać i słuchać każdych wiadomości i potakiwać. 

Gratuluję i życzę powodzenia oraz dużo zdrowia tym wszystkim, którzy tych wszystkich  zakazów i nowych pomysłów na zdrowe wspaniałe życie będą pilnie przestrzegać. 

Byle tylko się wszyscy wreszcie zaszczepili i znowu będzie jak dawniej. 

Hakuna Matata!

wiosna 2021




19 marca 2021

Wycieczka do muzeum, zakup kur i pozostałe atrakcje minionych dni.

Wycieczka do muzeum zabawek w Mechelen


Siedzimy tak w tym domu i siedzimy, bo zimno jak diabli ciągle, a do tego te koronne regulacje obrzydzające życie i funkcjonowanie wszędzie. W końcu stwierdziłam, że coś trzeba w końcu zrobić i gdzies ruszyć dupsko. I tak oto postanowiłam zabrać Młodego do muzeum zabawek w Mechelen. Najstarsza tam kiedyś była z klasą i mówiła, że nawet ciekawie było. Zrobiłam rezerwację online i w poprzednią niedzielę pojechaliśmy z Młodym pociągiem. Już sama podróż była atrakcyjna, bo Młody nie jeździ za często pociągiem a jest w takim wieku, kiedy pociąg jeszcze sprawia wielką radochę. Był podekscytowany.

Drugą atrakcją tej wycieczki było wdepnięcie do nowo otwartej cukierenki donutowej Royal Donuts. Ostatnio będąc z Młodą w Mechelen po książki przyuważyliśmy długą kolejkę i balony pod tym przybytkiem. Nie jesteśmy jednak fankami długich kolejek zatem przeszłyśmy mimo. Młodemu jednak obiecałam donuty. To nie były byle jakie donuty. Ceny tam są zaiście królewskie - 3 albo 4 ojro za jedno ciastko?!! Jeżu kolczasty!  Młody wszedł do sklepiku, popatrzył na półeczki.....
- Jaaaacie, to ja chcę je wszystkie!!!!



Bo te donuty są przepiękne. Jakie tylko kolory. Te z nadzieniem, tamte bez. Z posypką, z m&ms, z wafelkami, kinderkami, polewą zieloną, różową, czerwoną, niebieską.... Aaaaaaa! Młody nie mógł sie zdecydować. Pozwoliłam mu wybrać trzy sztuki, bo w końcu przecież byliśmy na wycieczce, to można zaszaleć. Wybrał. Jednego wszamał od razu na ławce przed Royal Donuts. Dwa zabrał do domu. Niestety się okazao, że te dwa z nadzieniem zabrane do domu okazały się porażką. Były ohydne w smaku dla niego. Siostry zjadły, ale zgodziły się z braciszkiem, że opylenie nutelli łyżką prosto ze słoika dało by takie samo doznanie smakowe. Nie polecamy zatem nadziewanych donutów królewskich.

Po tym słodkim posiłku udaliśmy się w stronę Nekkerspoel, gdzie mieści się muzem. To 15 minut wolnego marszu od centrum. W drodze dopadł nas deszcz ze śniegiem, ale na szczęście zabrałam parasol i Młody sobie go niósł dumnie. Spodobała mu się też rzeczka koło torów - straszna była, taka głęboka.
Mechelen Nekkerspoel


W końcu dotarliśmy do muzeum. Muzeum ma trzy piętra. Na początku, na pierwszym pietrze był dział z lalkami z różnych krajów i epok. One są przerażające te lalki brrrr, co do tego oboje się zgodziliśmy. szybko przeszliśmy więc dalej. Potem był dział z różnymi klockami, były zabawki cyrkowo-jarmarczne, jakieś roboty, pojazdy.... Najciekawszym miejscem był dział z kolejkami elektrycznymi. Długo tam się kręciliśmy. Ludzi nie było zbyt wielu, więc nie trzeba było się spieszyć, bo nikt się nie pchał z tyłu ani nie poganiał. Tu i ówdzie można było wcisnąć jakiś przycisk, a wtedy część wystawy ożywała - coś grało, jeździło, kręciło się, świeciło... Bardzo to fajne!




Młody wrócił do domu badzo ucieszony. Wreszcie coś innego niż szkoła, komputer i włażenie na drzewa pod domem. 

Kury "silkie chicken".


W tym tygodniu miało miejsce jeszcze jedno ekscytujące zdarzenie, a mianowicie przywiezienie do domu naszych kudłatych kurek. Wszyscyśmy na nie czekali. Gdy zamawiałyśmy z Młodą, powiedziałam że najlepej jakby były różne. Pani w sklepie powiedziała, że zwykle są czarne i białe, ale niczego nie obiecuje. We wtorek przy odbiorze się okazało, że w naszym pudełku czeka na nas trzy kurki, a każda w innym kolorze. Mamy czarną, białą i rudą! Nazywają się Sunny, Chip i Chuppy. 




Na razie siedzą ciągle zamknięte w tym małym kurniczku, bo najsampierw muszą się trochę oswoić i przyzwyczaić zanim je zaczniemy wypuszczać na ogródek. Są przepiękne i superpuchate i mięciutkie. 
Długo marzyłam, by mieć te kurki w swoim ogródku. I w końcu mam! Chcemy je oswoić, by można było je brać na ręce i głaskać, bo to - ponoć - pieszczochy są. 

Życie i praca sprzątaczki.


A od wczoraj siedzę w domu, bo jestem przeziębiona PRZE-ZIĘ-BIO-NA!!! Kicham, smarkam, pokasłuję, poza tym nic mi nie jest, ale spoko, siedzę se w chałupie i się opierdalam a jakiś debil mi jeszcze za to zapłaci. Buachacha! Mogę się poczuć jak te wszystkie nieroby na zasiłakch czy na pincetplusach haha! 
Śmieszne to jest, że jeszcze dwa lata temu człowiek zasuwał do roboty z grypą, zapaleniem oskrzeli, czy anginą, bólami pleców, mimo że ledwie na nogach się słaniał i mało co  na oczy widział a słaby był jak mucha i każdy miał to w dupie. Gdy tylko człowiek nie wytrzymał i poszedł na chorobowe, zaraz jakiś zjebany doktorek na przeszpiegi przyjeżdżał i próbowal udowodnić, że mój rodzinny lekarz, wszyscy specjaliści, u których się leczę od lat, to tępe dżony, tumany i nieuki, bo on zaledwie na mnie zerknąwszy, wie że gówno mi jest. Jasnowidz kurwa. 

Tymczasem dziś z byle katarkiem człowiek MUSI zostać w domu, choć mógłby spokojnie bez problemacji pójść do roboty, bo zaraz jakiś inny cwaniaczek w garniaku przyleci na przeszpiegi i dostaniemy mandat, za narażanie świata i całej ludzkiej populacji. 
Tak czy owak jedno jest pewne ani wcześniej, ani teraz moje zdrowie i samopoczucie nikogo nie obchodziło ani nie obchodzi. Mówiąc "nikogo" mam na myśli tych, co to ustalają te wszystkie prawa, regulaminy, zasady, czyli tych, którzy mają na uwadze tylko i wyłącznie swoje własne kieszenie i  interesy, a dobro zwykłych pospolitych zjadaczy chleba mają tam gdzie słonko nie dochodzi.

No ale co człowiek zrobi? Nic nie zrobi! Siedze se w domu i piszę te wszystkie głupoty na blogu. Nie ukrywam, że było mi bardzo przykro i nie fajnie dzwonić wczoraj rano do klientki i powiedzieć jej, że nie przyjdę jej posprzątać w domu, gdy wiem że w weekend ma urodziny i że sama ma problem ze sprzątaniem, bo ma już po 2 operacje każdego z kolan za sobą, bo ma już swoje lata i całe życie ciężko harowała za marne pieniądze. Przykro mi, bo nie jestem poważnie chora, tylko przeziębiona i mogła bym pójść do pracy. Przykro mi, że do dzisiejszych dwóch klientek nie mogłam pójść posprzątać. Jedna ma 80 lat, druga blisko 90. Obie mieszkają same. Ich mężowie nie żyją od lat. Takie babcie czekają zawsze na sprzątaczkę, by raz w tygodniu czy raz na dwa tygodnie ogarnęła im chatę, bo same już ledwie łażą, a lubią mieć czysto, no i lubią czasem pogadać. Nie lubię iść nagle na chorobowe, bo to jest nie fajne dla moich klientów. Co innego planowany urlop, kiedy mogą się przygotować, zorganizować kogoś z rodziny do pomocy, czy poprosić o zastępstwo, a co innego nagłe poinformowanie, gdy one już są przygotowane, że Magda przyjdzie posprzątać. 

Do tego jeszcze musiałam pojechać na ten obrzydliwy test covidowy. Sama radość popitalać w to zimno rowerem 10km tylko po to, by dać se wepchać do nosa szczotkę do butelek. To był mój pierwszy test. Młoda miała rację - to boli. Choć normalsi mówią, że to tylko jest nieprzyjemne. Kurwa, pół godziny mnie nos w środku palił ogniem! No ale cóż, normalsi nie rozumieją też przecież, że kogoś metka od ubrania może kaleczyć, a nas kaleczy, boli, drapie niemiłosiernie. Każda nawet najmiększa i najmniejsza  metka. Każde z nas ma co najmniej jedno ubranie z dziurą, bo czasem trzeba wyciąć kawałek bluzy czy koszulki razem z metką, gdyż odcięcie to za mało. Niekiedy też wyrywamy to bez rozbierania się, a wtedy dziura bywa jeszcze większa haha. Czasem dostaję od kogoś używane ubrania i widać, że były używane na prawdę i nie mogę zrozumieć, że ktoś nosił je nie zważąjąc na taka gryzącą metkę. Brrrr. Dlatego sobie pomyślałam, że pewnie też z powodu wysokiej wrażliwości dla nas ten test covidowy jest bolesny, choć ci którzy go robią, zarzekają się, że to nie boli. A spitalajcie!
Test w każdym razie jest negatywny, bo właśnie dzwoniłam do doktora, by mi atest kwarantannowy do roboty za wczoraj i dziś wypisał i przy okazji się dowiedziałam, że wynik już jest, czyli szybko, bo wczoraj o 13tej robiłam, a dziś o 13tej już był w naszej medycznej bazie danych. Atest mam odebrać wieczorem. Tu jest to dobre, że jak potrzeba tylko jakiś papier, typu recepta czy taki durny atest, nie trzeba się umawiać na wizytę, tylko wystarzcy zadzwonić do rodzinnego i potem pójść odebrać pod drzwi.

Dziś dzwoniła do mnie też konsultantka z biura, by mnie poinformować, że kończy się moja umowa rowerowa. Co to dla mnie oznacza? Ano że rower elektryczny już będzie od maja mój na zawsze, ale wszelakie naprawy i konserwacja już odtąd w mojej gestii, czyli że pora się rozejrzeć za jakims innym środkiem transportu albo pożegnać z klientami spoza wsi, bo ten rupieć, zwany rowerem elektrycznym (a przez domowników krową) nie długo pewnie całkiem padnie, bo już wszystko w nim wychodzone, po tylu tysiącach kilometrów. Ważniejsze dla mnie jednak, że w związku zakończeniem tej dziwnej umowy, muszę podpisać inną i wreszcie będę dostawać czeki żywnościowe! To dla mnie oznacza około 70€ miesięcznie więcej, czyli nie mało. Pora poinformować moją pierwszą klientkę, do której mam 10 km, żeby sobie poszukała innej sprzątaczki i znaleźć sobie nowego klienta na wsi, żeby nawet z trampka można było chodzić w razie wu :-)

Młody pisał w tym tygodniu "kangura" - matematyczny konkurs. Zgłoszenie wypełniało się jakiś czas temu i całkiem o nim zapomnieliśmy. Młody wróciwszy ze szkoły mówi, że był kangur i że pytania były bardzo łatwe i że może to dla pierwszaków miało być...? He he. Jednak ja poczekam na wyniki, wtedy zobaczymy, czy faktycznie było łatwe, czy tylko mu się tak wydaje. Dwa lata temu miał najlepszy wynik. Rok temu był lockdown. W tym roku oprócz niego, pisał jeszcze drugi klasowy mądraliński. Ciekawam, jak im obydwu poszło i który okazał się lepszy. Oni czasem się o to kłócą w szkole, skurczybyki, ale z drugiej strony dobrze jest mieć konkurenta, bo jak się nie ma z kim ściagać, to zaczyna się człwoiek nudzić. Choć Młody i tak czasem się nudzi. Pani nazywa Naszego "sneltrein Izydor", czyli pociąg ekspresowy. W zeszłym tygodniu, któregoś dnia oznajmił, że tego dnia nawet od pani był szybszy i ona potem tylko do niego patrzyła i ewentualnie poprawiała. Co z tego dziecka wyrośnie, to strach się bać :-)

Ten drugi mądrala ma jutro wpaść do nas z wizytą. Już chyba z pół roku próbuje się wpraszać do nas, ale nie wiedziałam, co jego mama pracująca w szpitalu myśli na temat odwiedzin koleżeńskich w czasie pandemii i wolałam nie ryzykować zaproszeń. Bo wiecie, są ludzie, którzy nadają na tych samych falach i ludzie z innej bajki. Jednak Młody oznajmił, że jedna klasowa koleżanka nawet u tamtego ziomka na nocowanie była, a on się był u niej potem bawić, no to i ja go zaprosiłam. Obaj się cieszą i nie mogą się doczekać na wspólna zabawę.  Takie dziecka to już mogą do nas przychodzić, bo ośmio- ,czy dziewieciolatkami nie trzeba się jakoś specjalnie zajmować. Sami sobie zajęcie znajdą. Pogoda ma być słoneczna, więc będą pewnie gonić po polu, jeździć hulajnogą, czy rowerem, bazgrać kredą po asfalcie, czy inne cuda wyczyniać. Takie mądrale zwykle się nie nudzą, gdy się w dwóch zejdą - taki zawsze coś wymyśli fajnego. No i mamy jeszcze komputer, gry planszowe i zwykłe zabawki... Tylko jakichś naleśników nasmażę, by nie ugłodnieli przy zabawie.









 

7 marca 2021

Nie łatwo jest być ateistą...

Wydawało by się, że zostanie ateistą, czy jak kto woli niewierzącym, to łatwa sprawa. Ot, dochodzisz nagle do wniosku, że nie wierzysz w boga żadnego i już.

A figa!

Nie można ot tak zostać ateistą, gdy człowiek wychował sie w katolickiej rodzinie, w katolickiej wiosce, w katolickiem do obrzygania kraju i jest tym wszystkim przesiąkniety do szpiku kości.

Prawda jest taka, że ja  nigdy do końca nie uwierzyłam w to co mi opowiadano, choć bardzo wierzyć chciałam. Powodów jest od groma i mogła bym na ten temat książke napisać. Nie ma to jednak znaczenia w tym momencie.

Brak wiary i niechodzenie do kościółka oznaczały w każdym razie bycie innym, a bycie innym oznacza wyrzucenie na margines. Jak nie chcesz być wyrzucony na margines to musisz udawać, że jesteś  taki jak inni. Mnie to udawanie raczej słabo szło...

Poza tym, co może takie dziecko, skoro rodzice zmuszają go do chodzenia na religię i do kościoła? Nic nie może, bo jest tylko dzieckiem i musi robić, co mu każą.

Gdy się buntowałam i nie chciałam chodzić do kościółka, były awantury i krzyki oraz oczywiście straszenie piekłem. Zawsze chciałam być dobrą córką i dobrą wnuczką. Zawsze - jak chyba większość ludzi - próbowałam zasłużyć na pochwały ze strony najbliższych i trochę dalszych. Nie bardzo mi się to udawało, bo w moich czasach ludzie nie byli skłonni do chwalenia dziecka w obawie, że mu się w dupie poprzewraca i nikogo nie obchodziło, że dziecku było to bardzo potrzebne, by mogło w siebie uwierzyć... 

Ale co jest w tym wszystkim najgorsze? Ano to, co JA OSOBIŚCIE ZROBIŁAM WŁASNYM DZIECIOM! To że okazałam się takim samym durnym barankiem lezącym za tłumem jak moi rodzice i reszta wioski, i całego kraju. Kazałam moim dzieciom chodzić na religię i do kościoła. Zrobiłam to - tak samo jak pewnie moi starzy i sporo innych ludzi - dla ich dobra! 

BO CO LUDZIE BY POWIEDZIELI?! 

Bo jak one by się czuły, gdyby były jedynymi dziećmi w całej klasie, które nie poszły do komunii, które nie założyły tej bajeranckiej, wycudowanej sukni komunijnej, gdyby były jedynymi, które nie mogły zaprosić gości na przyjęcie, gdyby nie dostały żadnego prezentu a ich koleżanki poprzynosiły by do szkoły - jak to było w chorym polskim zwyczaju - tych wyjebanych w kosmos tabletów, telefonów, zabawek, które podostawały na komunię od chrzestnych, dziadków, wujostwa itd.

Poza tym akurat tak się złożyło, że na parafii pojawili się fajni księża, którzy na prawdę potrafili zachęcić do należenia do tej katolickiej społeczności, którzy nie zmuszali, nie wymagali chujwieczego, a zachęcali na wiele sposobów. Do dziś uważam ich za dobrych ludzi i że gdyby takich było więcej, to być może i moja opinia na temat religii była by inna niż jest dziś. Powiem więcej, nawet pewnie bym nie żałowała tego, że dziewczyny przystąpiły do komunii, gdyby nie drobny fakt, że one mają mi to teraz za złe.

Bo wiecie, one teraz są już prawie dorosłe i mają swoje zdanie i mogą się wypowiedzieć.

Bo właśnie w tym wszystkim najgorsze jest to, że o tym czy ktoś zostanie katolikiem decyduje ktoś inny a nie osoba zainteresowana. CHORE i ZŁE!

Czy mnie się ktoś zapytał, czy chcę być ochrzczona? Nie, nikt się mnie nie zapytał! Rodzina zdecydowała, że zostanę katolikiem. Tak samo jak ja jako matka zdecydowałam, że moje dzieci zostaną katolikami. 

W sumie samego tego faktu ochrzczenia dzieci nie żałuję, bo i nie mam powodu. Co to bowiem zmienia? Ano kompletnie nic. No okej, dla wierzącego zmienia wszystko, ale dla niewierzącego to przecież tylko nic nie znacząca durna katolicka ceremonia, choć katolicy nie bardzo ten fakt chcą akceptować, bo rzadko który jest w stanie popatrzeć na świat z innej niż swoja perspektywy.

Jednak już dalsze moje decyzje uważam za błędne. Zwłaszcza, że przed komunią dziewczyn poważnie się nad tym zastanawiałam. Nie chodziłam przecież już wtedy od lat do kościoła. A jednak dzięki  tej nieszczęsnej komuni "się nawróciłam", bo co ludzie powiedzą, bo znowu będą nas wytykać palcami i obrabiać dupę...

A teraz one mi to wypominają. A ludzie dupę i tak obrabiali, bo w tym to wszyscy katolicy i niekatolicy są dobrzy...

A tu też. Przyjechliśmy do Belgii, gdzie w szkole mieliśmy kilka religii do wyboru i jakoś oczywiste się wydało, że wybrać trzeba katolicym, bo my przecież z katolickiego kraju... Człowiek tak ma wyprany mózg, że nie myśli logicznie w takich kwestiach tylko działa na łapu capu...

Opamiętałam się, kiedy Młody zaczął chodzić do pierwszej klasy, gdzie miał religię, na którą zaczął okropnie narzekać. Tam narzekać... On w ogóle do szkoły nie chciał w piątek chodzić, bo wtedy była "ta głupia, wkurzająca religia". Dopiero wtedy palnęliśmy się w łeb i na następny rok zapisaliśmy go na etykę. Okazuje się, że kilka innych rodziców też tak zrobiło i teraz połowa klasy chodzi na etykę, nieliczni na katolicym i ze dwóch na islam. Fajnie, że TU MAMY WYBÓR! Choć nadal nie wiem, po co w ogóle pchać do szkoły taklie gówno jak religia.

Idźmy dalej. Na każdym kroku mniej lub bardziej katolickie symbole, katolickie gesty, katolickie ceremonie, zwyczaje, katolickie święta, katolickie odzywki. Nie uwolnisz się od tego tak raz dwa.

Nawet tu w Belgii - wielokulturowym i wieloreligijnym kraju ciężko jest być ateistą, a co dopiero w takim pobożnym kraju jak Polska, gdzie jeszcze dodatkowo wszyscy wierzą, że są narodem wybranym, wyjątkowym i są przekonani o swojej wyższości nad innymi religiami i rasami... Tak samo zresztą, jak i np muzułmanie są przekonani o swojej wybraności... Podobieństw zresztą pomiędzy monoteistycznymi religiami jest dużo więcej. Niestety widać je dopiero, gdy człowiek stanie z boku, gdy nie czuje się związany z żadną z grup i gdy te inne grupy też pozna osobiście a nie tylko z katolickich opowieści pełnych uprzedzeń, homofobii i rasizmu... 

Nie łatwo jest być ateistą, gdy się ma katolicką przeszłość, bo ona cię krępuje i mami na każdym kroku. Cholernie trudno jest się uwolnić od katolickich przekonań, które w ciebie od urodzenia latami wtłaczano z każdej strony, z którymi był związany każdy najdrobniejszy aspekt twojego życia. Trudno uwolnić się od katolickiego myślenia i całej reszty, ale da się. Powoli krok po kroku człowiek zrzuca kajdany.

Ciężko jest się też , przynajmniej na początku, przyznać do tego, że jesteś ateistą, że nie wierzysz, że masz zwyczajnie w dupie całą tę katolicka ideologię, bo masz świadomość, że wszyscy twoi dawni katoliccy znajomi i katolicka rodzina powiedzą "no, temu to już się całkiem popierdoliło", że będą nad tobą z litością się pochylać i klepać te swoje dyrdymały na temat ognia piekielnego i pogardy ze strony "normalnych" ludzi, bo przecież oni wszyscy wiedzą lepiej, jak ty powinieneś żyć. 

Ha! Nie ukrywam, że czasem mam dośc tego pierdolenia ludzi, którzy sami w dupie byli, gówno widzieli, gówno słyszeli i nieczego nie doświadczyli, bo tkwią od lat ciągle w jednym i tym samym zamkniętym świecie, gdzie nic się nie dzieje, żyjąc z klapakami na oczach, bo tak wygodniej, ale nie przeszkadza im to drugiego pouczać o życiu... bo słyszeli, jak ktoś mówił, że tamten powiedział, że przeczytał, jak ktoś napisał, co słyszał, że mówili, jak ktoś widział... 

To już nawet nie jest śmieszne...

Jednak ja odkąd opuściwszy Polskę uwolniłam się z katolickiego fanatyzmu  i odkąd poznałam z bliska inne religie i inne kultury, odkąd zaczęłam rozmawiać w cztery oczy z ludźmi, którzy wierzą w różnych bogów albo nie wierzą w żadnych, zaczęłam patrzeć zupełnie inaczej na to wszystko. 

Wreszcie zaczęłam odkrywać realny, prawdziwy  świat. Zaczęłam zadawać trudne pytania. Zaczęłam czytać i samodzielnie myśleć oraz powoli uwalniać się z więzów religii i ograniczonych poglądów, od  strachu i od nienawiści wobec wszelakiej inności oraz wrogości wobec nauki i postępu.

Bo wiecie, oto poznałam osobiście wielu np Muzułmanów i się okazało, że oni wcale nie są potworami i złoczyńcami, jak przez całe życie mi wmawiano. Nie, no kurwa, wyobraźcie sobie, że oni są tacy sami jak ja, ty, czy babcia z Rafałkiem. Mają dwie ręce i dwie nogi, śmieją się i płaczą, kochają i nienawidzą. Większość z nich jest zwykłymi pospolitymi ludźmi, którzy pracują w różnych zawodach - jeden jest zwykłym robolem jak ja czy mój chłop, drugi jest adwokatem, czy dentystą a trzeci bezrobotnym. Niektórzy są głupi a inni mądrzy, niektórzy są mili i przyjaźni a drudzy to zwyczajne homofobiczne skurwysyny - identyko jak w katolickiej Polszy... Wszyscy są po prostu ludźmi i tyle.

Przyglądając się z bliska temu wszystkiemu zajarzyłam, że  żadna religia nie jest bardziej posrana od drugiej. Wszystkie mają jednaki cel: władza i pieniędze. 

To wszystko jednak nie ważne. Ważne, że koniec końców zrozumiałam, że wiara w rzeczy nadprzyrodzone nie jest mi do niczego potrzebna, że przynależność do grupy religijnej bynajmniej nie czyni z nikogo lepszego człowieka. Obawiam się, że częstokroć wprost przeciwnie... Największe wszak skurwysyństwa odczynia się dla bozi i w imię bozi takiego czy innego.

Ja nie potrzebuję, by ktoś obiecywał mi cuda wianki po śmierci czy też straszył karą. 

Dla mnie nagrodą za bycie dobrym jest zwyczajny uśmiech na twarzy drugiego człowieka, dobre słowo, czy inne oznaki zadowolenia tak ze strony ludzi jak i innych istot. 

Mnie wrodzona empatia i wrażliwość mówi co jest dobre a co złe. 

Jestem na tyle inteligentna, że  potrafię powiązać przyczynę ze skutkiem. Wiem zatem, że jak komuś zasadzę z laczka to on będzie okazywał ból, złość albo smutek a widok smutnego człowieka jest dla mnie karą. Albo mi odda i zaczniemy się napierdalać, a wteedy i mnie będzie bolało. 

Wiem, że jak powiem komuś jakiś komplement, pomogę mu, czy zwyczajnie będę miła, to zobaczę radość na jego twarzy i to będzie dla mnie nagrodą i że nie ma to nic wspólnego z żadną religią, bo to naturalna, wrodzona umiejętność każdego człowieka. Ba, nawet zwierzęta to potrafią.

Jak można wierzyć, że wiara w jakiegokolwiek boga jest dobra, gdy każdego dnia słyszy się o zabijaniu ludzi, o gwałceniu kobiet, o mordowaniu dzieci "W IMIĘ BOGA" i tak, także w imie tego katolickiego "dobrego boga". Jestem pewna, że teraz w tej minucie właśnie ktoś cierpi, właśnie ktoś umiera dla boga lub z powodu boga. 


Tylko tak, faktycznie, prawie zapomniałam o najważniejszym. By zrozumieć pewne rzeczy, najpierw trzeba wyjść ze swojej strefy komfortu. Bo wiecie, jak człowiek se mieszka w takiej np Polsce, to łatwo jest mu wierzyć, łatwo siedzieć z tymi klapkami na oczach, bo jak gdzieś ktoś zabija w imię religii to gdzieś w chuj daleko i przecież to nie ma nic a nic wspólnego z katolikami, bo przecież tylko w Polsce mieszkają prawdziwi katolicy, a Polska jest narodem wybranym i ci katolicy którzy mordują i gwałcą w imie religii to nie są katolikami.... Tak mi przynajmniej wmawiano przez lata. 

Ileż to ja razy słyszałam, że Belgia to kraj bezbożników, że tu to sami niewierzący mieszkają, a potem przyjechałam tutaj i się okazało, że spotkałam tu mnóstwo ludzi pobożnych i wierzących, mnóstwo katolików... Wielu z nich jest czarnoskórych... Z czego wniosek, że wierzący katolicy  mieszkają też w innych krajach i na innych kontynentach, a nie tylko w Polsce, jak się niektórym chyba wydaje... To oznacza też że w aktualnie trwającyh wojnach religijnych katolicy są zarówno ofiarami jak i katami, choć w tak spokojnym kraju jak Polska może być trudno w to uwierzyć. Ja takie przynajmniej odnoszę wrażenie czytając różne artykuły, wpisy czy komentarze w internecie. Nas to nie dotyczy, to znaczy że to nie istnieje... To jacyś obcy, czyli na pewno źli i gdzieś daleko, czyli nigdzie... Oj tak, w Polsce jest łatwo wierzyć w dobro religii i lepiej żyć z klapkami na oczach i wierzyć w wyjątkowość swojego narodu... Choć teraz po trosze jakby powoli zaczynają ludzie oczy przecierać, a i o niejakim świętym Karolku coraz więcej można ciekawostek oficjalnie przeczytać. I dobrze. Najwyższa pora się trochę ogarnąć i opóścić powoli jaskinię.

Mam też świadomość, że dla wielu ludzi wiara w boga czy inne para normalne zjawiska  jest ważna i potrzebna, bo zwyczajnie nie potrafią w inny sposób poradzić sobie z prawdziwym życiem, bo może nie znają dobrego terapeuty czy psychiatry w okolicy. Wiara w niebo na pewno nie jednemu pomogła poradzić sobie z cierpieniem, chorobą czy śmiercią, bo wiara daje ludziom nadzieję...

Ja nie wierzę w żadnego  boga. Nie jest mi to potrzebne, ale nie mam nic do wierzących. Do momentu, przynajmniej, kiedy któryś mi nie próbuje mówić, jak mam żyć i w co wierzyć. Wtedy bierze mnie zwykły wkurw i nie ręczę za siebie... 

Mnie nie potrzeba wiary w rzeczy nadprzyrodzone. Wystarczą mi te, które istnieją.

Ja wierzę w to, że warto być dobrym dla innych żywych istot, bo wtedy świat lepiej wygląda i ja lepiej się w nim czuję. Choć nie wierzę, że wszyscy są z naturzy dobrzy, bo spora część to zwykli skurwiele.

Ja wierzę w serdeczność i przyjaźć pomiędzy ludźmi bez względu na ich kolor skóry, religię, preferencje seksualne i inne różnice. Choć sama nie potrafię się zaprzyjaźnić, bo nikomu nie ufam.

Ja wierzę w wiedzę, naukę, rozwój, odkrywanie świata  i postęp. To o wiele bardziej się przydaje niż wiara w cuda i czekanie na mannę z nieba.

Ja wierzę, że radość życia, dobra zabawa i żarty są o wiele lepsze od umartwiania.

Ja wierzę, że wiara w siebie i swoje możliwości jest lepsza od życia na klęczkach i wiary w swoją marność i znikomość. 

Wierzę w siebie. Wierzę w moje dzieci i małżonka i wielu jeszcze innych ludzi. 

Nie potrzebuję się też martwić życiem po śmierci, bo w tym realnym jest od cholery do zrobienia.

A poza tym nawet jakby ten bóg istniał i faktycznie był łebskim i wszechmocnym gostkiem, który faktycznie stworzył cały świat i człowieka takim jaki jest, to chyba powinno się też wierzyć, że ten gostek nie odpitolił fuszerki i że wszystko jest tak jak powinno być i że trzeba się tym cieszyć, a człowiek dostał po to ręce, nogi, mózg i emocje by ich używać, a nie tak z pizdy przypadkowo albo na udry c'nie...?

Więc używajcie może swojego ciała, zmysłów i pomyślunku, by uczynić świat (choćby swój najbliższy) lepszym. 

Wasze ręce mogą tulić drugiego, mogą trzymać narzędzia przy pracy, ale także obsługiwać sprawnie karabin.

Wasze nogi mogą was przenosić z miejsca na miejsce, ale mogą też kogoś kopnąć.

Wasze usta mogą wypowiadać miłe słowa i całować, a mogą też pluć jadem.

Wasz mózg tym wszystkim steruje i to od was zależy do czego go wykorzystacie. Bóg nie ma z tym nic wspólnego, to wy jestescie właścicielami swojego ciała i swojego mózgu, więc nie ma co swojej głupoty, chamstwa czy lenistwa usprawiedliwiać jakimś bogiem. 



P.S. To jest stary, dawno temu napisany wpis, kiedy dopiero byłam na drodze do wolnosći, ale akurat dziś przyszedł jego czas (czytaj: bo nie mam nic lepszego do opublikowania).