1 sierpnia 2021

Wakacje spędzamy osobno

 Sierpień? Ano sierpień i oto połowa letnich wakacji za nami, ale też jeszcze połowa przed nami. No, ale kto ma wakacje to ma.



Młoda właśnie dziś kończy swoje wakacje, bo już ma zaplanowany egzamin z geografii zaraz na początku jesieni i od jutra zabiera się za naukę. Część materiału z geografii z poziomu 5 i 6 klasy technikum przerobiła jeszcze przed wakacjami, ale sporo jeszcze ma do naumienia. Do szkoły stacjonarnej nie zamierza już wracać. Dyplom szkoły średniej zamierza zdobyć zdając kolejne przedmioty przed Komisją Egzaminacyjną w Brukseli. Zdaje przedmiot po przedmiocie, bo tak jest dla niej najlepiej.  Nie długo musimy zgłosić w urzędzie, że w tym roku uczyć się będzie w domu. Wymaga to wypełnienia formularzy online i trzeba poszukać w necie, co tam upisać mądrego, żeby się nie czepiali. 

Młoda opiekuje się znowu zwierzakami znajomych i 2 razy dziennie gania do nich, by je nakarmić, wypuścić, wpuścić, dolać wody i takie tam. Czasem zdarzy się heca, że któryś z długouchych nawieje z wybiegu i trzeba zanim naginać po ogrodzie, a potem taszczyć do klatki. A jest co taszczyć, bo to rasa Olbrzymów  belgijskich, czyli kawał zajonca. Zdarza się też, że kocica nie przybiegnie wieczorem na wołanie i wtedy Młoda popyla hulajnogą lub rowerem koło 23godziny jeszcze raz, bo szkoda jej kociny, by spała na polu, gdy nauczona nocować w domu na kanapie, no i kocina potrzebuje też coś wszamać dobrego, a szamę ma w domu.

Młody i Najstarsza ciągle mają wolne. Młody jest z tatą w Polsce i korzysta tam z wyśmienitej pogody oraz towarzystwa kuzynostwa i babci, która go rozpieszcza i dogadza, jak to babcie.

Ja już jestem, jak wiadomo, po urlopie. Próbuję odpoczywać mimo wszystko nadal w domu, ale słabo mi to wychodzi, bo cóż - rano trzeba wstać, by kury uwolnić z kurnika, zanim Kogut Heniek go rozsadzi, a potem trzeba polecieć po trawę dla puchatych i spierniczać do roboty. Po robocie, jak wiadomo, obowiązki domowe. Strawy trzeba nawarzyć, szatę przepłukać, izbę zamieść, ot życie.

A tu jeszcze i zawsze coś wypadnie.

W zeszłym tygodniu klientka zapomniała, że przychodzę sprzątać. Podjechałam pod chatę, zadzwoniłam do drzwi. Nikt nie otwiera. patrzę na zegar i widzę, żem 20 minut przed czasem, bo widocznie jakoś sprawniej się u pierwszego klienta uwinęłam; no to może babcia do sklepu wyskoczyła, myślę. Poszłam do swojego domu, bo mieszkam po sąsiedzku,  by coś na ruszt wrzucić. Poszłam drugi raz, ale nadal żywej duszy. Dla pewności zajrzałam do tylnego wyjścia, ale i tam nikogo. Nic to. Podeszłam w niedzielę i mówię, jak jest. 

- Sorry! - mówi babcia - na śmierć zapomniałam. Zarejestruj se godziny, no trudno.

- Ale ja mogę w inny dzień przyjść po południu - mówię, bo to przecie dobra sąsiadka jest z tej osiemdziesięciolatki - Nawet może i lepiej, że tak się złożyło, bo po drugiej dawce szczepienia znowu mnie łapa bolała i byłam słaba jak gunwo - dodaję.

No i w tym tygodniu odrobiłam robotę. Babcia jednak nie chciała nawet słyszeć, bym do 18 sprzątała. Dwie godziny to dość, byle odkurzyć i umyć podłogi. Ona i tak jest zadowolona. Dla mnie bomba - 2 godziny roboty, a zapłacone za 4.

Innego dnia woziłam Młodą na szczepienie. Przy okazji zaobserwowałam, że teraz jak głównie nastolatki szczepią, to zasady się zmieniły. Wcześniej nie dało się tam wbić  z osobą towarzyszącą. Nawet na fb co chwilę, ktoś tam się żalił, że z niepełnosprawną matką czy kimś tam innym nie został wpuszczony. 

Nawet się na to nastawiłyśmy i w razie problemów miałyśmy powiedzieć, że Młoda ma autyzm itd, ale okazało się, że teraz można z opiekunem bez problemacji. Sporo tam było nastolatków z rodzicem. Nawet w poczekalniach krzesła po dwa poustawiane. Młoda się cykała, ale trafił jej się zajebisty gość. Mówi mu, że boi się igieł.

- Ty też?! ojejej - śmieje się - Chcesz tu być na siedząco zaszczepiona, czy wolisz na łóżku? - Pyta wesoły pan.

Młoda mówi, że tu, że najwyżej zemdleje i spadnie z krzesła haha. 

Pan na to, że to spadanie to czasem nie takie tralala, bo ostatnio tu przyszedł taki jeden niedźwiedź, no ze 2 metry wzrostu, a i wagi sporo. No i spadł z tego krzesła, i we trzech żeśmy nie mogli go podnieść.

Nie wiadomo, ile w tej historii było prawdy, ale ważne że zadziałała, jak powinna, bo pan snując swą szaloną opowieść, szybko wbił igłę i mówi, że już po strachu i śmieje. Młoda tylko powiedziała - ała! A pan oczywiście się pokrzywiał i brechtał. Potem jeszcze dał Młodej czekoladkę, co ją ucieszyło, bo nastolatka przed nią nie dostała hehe. Widocznie nie była taka heheszkowata jak nasza Duża. 

Po szczepionce Młoda dostała biegunki i pogorszyła jej się nadwrażliwość, co ją bardzo irytowało i utrudniało życie, bo nakładanie uszakom siana było dla niej dosyć bolesne. Ale cieszy się, że ma to za sobą.

Do ostatniego dnia, nie mogła się zdecydować, czy się szczepić, czy nie. Zrobiła research w necie i jej wyszło, że sporo belgijskich nastolatków czeka na drugie zaproszenie, by zobaczyć, jak sytuacja się rozwinie. Jej polscy kumple dawno zaszczepieni. W końcu zapytała belgijskiej psiapsióły i ona jej odpisała, że sama pytała się wujaszka, który jest lekarzem i zalecił jej zaszczepienie się. No to Młoda w końcu wystukała swój kod dostępu w necie i potwierdziła przybycie do punktu szczepień. 

Najstarsza na razie postanowiła poczekać i się nie szczepić, dopóki nie będzie to obowiązkowe. W sumie co, pali się? Nie. Ona i tak domu nie opuszcza bez wielkiej potrzeby, więc świat nie powinien czuć się zbytnio zagrożony hehe. Tam domu, z poddasza wychodzi tylko do kibla, po jedzenie i z kuwetą Luśki. Od początku wakacji raz bodajże była z Młodą w sklepie i raz w parku rozrywki,  no i raz na badaniu krwi. 

Młode są duże i ja nie mam zamiaru za nie podejmować tego typu decyzji. Nie wiem, czym jest ta szczepionka i co to tak na prawdę robi i nie mam zamiaru za kilka lat słuchać, że to ja im kazałam, gdyby się okazało, że to gówno ma jakieś długoterminowe zjebane skutki uboczne. 

Małżonek też jeszcze ma wakacje i razem z Naszym epickim Synkiem korzysta ze słońca w Polszy.

Niektórzy się pewnie zastanawiają dlaczego bierzemy urlop w różnym czasie i dlaczego spędzamy go osobno? Bo możemy?

 Bo jesteśmy normalni inaczej i nietypowi. Dlatego.

Mąż ma urlop ustalony odgórnie. Nie może decydować o terminie. Firma ma wakacyjny przestój i wszyscy idą na 3 tygodnie urlopu. Amen. 

Ja mogę sobie wybierać termin i wybieram raz na początku lata, raz na końcu, a raz po środku. 

Mąż ma potrzebę widywania raz do roku swojej Matki w Polsce, dla mnie Polska może nie istnieć i nie mam zamiaru tego kraju więcej oglądać bez potrzeby. Dlatego on jedzie tam z Młodym, a ja zostaję tu z Dużymi. Rodzina Męża nie jest rodziną Dużych Dzieci więc nawet jakby mogły podróżować, to nie były by zainteresowane odwiedzaniem obcych ludzi. 

No ale też nie mogą. Młoda nie może, bo zdrowie jej póki co na to nie pozwala. Najstarsza bez Młodej też nie chce się ruszać z domu nigdzie dalej.

A wakacje spędzane osobno to fantastyczna sprawa dla nas dwojga. Oboje jesteśmy osobami wysoko wrażliwymi i dużo myślącymi, a do tego introwertykami, typowymi domatorami unikającymi innych ludzi. Uwielbiamy za to swoje wzajemne towarzystwo i towarzystwo naszej Trójcy Nieświętej oraz naszych puszystych braci mniejszych. 

Spędzamy ze sobą każdą wolna chwilę i nigdy nam się nie nudzi. Przez ponad 10 lat jeszcze nigdy nie zabrakło nam tematów do rozmowy. Lubimy też siedzieć obok siebie w ciszy czytając każde swoją książkę, którymi się nota bene czasem wymieniamy, bo te same lektury nas kręcą. Oglądamy też razem Netflixa. Razem też dbamy o nasz dom - gotujemy do spółki lub na zmiany, pierzemy, odkurzamy, przestawiamy meble. U nas nie ma jakiegoś śmiesznego i chorego podziału obowiązków, zadań czy hobby ze względu na płeć, co w wielu domach jeszcze ponoć wciąż istnieje, a co w głowie mi się nie mieści. 

Jednak takie osobne wakacje to dla nas bardzo dobre rozwiązanie. Pozwala nam to nabrać trochę dystansu, odpocząć od siebie, przemyśleć w spokoju różne sprawy, a inne zobaczyć w nowym świetle. W końcu otworzyć skrzynkę mejlową i efekty swoich przemyśleń i rozkmin przerobić na słowa i wysłać do partnera. Oboje uwielbiamy słowo pisane. Kochamy pisać i czytać. I każde spędzane osobno wakacje to najlepsza okazja do pisania długaśnych listów. Młoda nawet zaczęła z tego się chichrać i spytała, czy ojciec po to co roku jedzie na wakacje, żebyście mogli do siebie pisać mejle? 

W sumie powód dobry, jak każdy inny. Kto głupiemu zabroni.

A jutro znowu do roboty, gdzie czeka dwupiętrowy dom z dwoma salonami, trzema sypialniami i dwoma łazienkami do ogarnięcia w cztery godziny. Daję rady bez problemów, ale po tym domu zawsze mnie nogi bolą od latania, bo przestrzeń zaiste kosmiczna do biegania z miotłą i odkurzaczem. Pozytyw taki, że jak w poniedziałek zacznie się od takiej wielkiej hawiry, to potem mniejsze domy idą jak z płatka. 

A co robię, gdy mam wolną chwilę? Piję piwo, czytam książki i zażeram co się nawinie…

.

holenderskie piwerko i flamandzki thriller

belgijskie piwo czekoladowe i belgijska czekolada

pączki domowe nadziewane belgijskim adwokatem i belgijskim dżemem


belgijskie piwo ciemne i flamandzki pisarz 






31 lipca 2021

Nasz dom pełen zwierząt. Jak mieszkają normalni inaczej.

 Do Belgii przyjechaliśmy w sześcioro: ja, małżonek, dwie córki, jeden syn i jeden chomik. Całkiem nieźle jak na początek. Na początku przez kilka miesięcy wynajmowaliśmy 100metrowy z byczym ogrodem apartament w Brukseli. Nieźle było, ale my nie jesteśmy zdecydowanie mieszczuchami i nie nadajemy się do miasta. Nasza Rodzina potrzebuje ciszy, spokoju i wiejskiego powietrza. Tak, śmierdzącego gnojówką i kurzym gunwem. Tak!

Na szczęście udało nam się szybko przeprowadzić na wieś do Flandrii, gdzie od ośmiu już lat wynajmujemy całkiem spory dom z ogródkiem. 

Na początku ten dom był pusty, bo do Belgii przyjechaliśmy praktycznie z gołą dupą. W Brukseli nazbieraliśmy po ulicy trochę gratów, które ludzie wyrzucali i na początek tymi gratami zniszczonymi, starymi, śmierdzącymi umeblowaliśmy naszą chałupę, ale nadal wiało pustką. No i brzydko było. Z czasem dorobiliśmy się jakichś mebli, urządzeń, dekoracji. Używanych i nowych. Potem wymieniliśmy to i owo na lepsze, nowsze, fajniejsze i ciągle co jakiś czas coś ulepszamy, zmieniamy, by nasz dom spełniał jak najlepiej nasze oczekiwania co do domu. 

Na strychu, za zgodą i ku radości właściciela, ale na własny koszt, urządziliśmy pokój Najstarszej. Pokoik ten ten ma trochę ponad 35 metrów kwadratowych. Najstarsza ma ogromne łoże, huśtawkę i mnóstwo miejsca oraz garderobę zwaną Narnią. 

Druga Nasto ma pokój o podobnym metrażu i również duże wygodne szerokie łóżko. 

Pokój Młodego jest o wiele skromniejszy, ale za to epicko wyposażony. 

My też mamy przytulną dużą sypialnię z ogromnym wygodnym łożem 2x2 :-)

Pokoje dziewczyn oraz nasz salon jeszcze potrzebują trochę pieniędzy i poprawek, ale na wszystko przyjdzie czas. Meble, kolory ścian, sprzęty są bardzo ważne dla dobrego samopoczucia. No i przestrzeń, odpowiednia ilość miejsca na wszystko i dla każdego. Nie to jednak jest w naszym domu najważniejsze. 

Niektórzy ludzie mają kota na punkcie posiadania domu na własność. Mnie to rybka. Na pewno wolę wynajmować 200metrowy dom, niż mieszkać w jakiejś własnej ale 40metrowej  klicie. Przerabiałam klitę przez 3 lata. Dziękuję postoję. Pewnie że fajno by było mieć swój własny 200metrowy dom z hektarem ogrodu w jakimś ciepłym bezpiecznym miejscu z dala od innych ludzi ale blisko lasu, morza, sklepów, a do tego własną limuzynę z kierowcą, helikopter i ze dwie służące, ale pozostańmy w rzeczywistości.

Bardzo lubię nasz wynajmowany dom i lubię miejsce, w którym mieszkam.

oto nasza flamandzka wieś


Co jest najlepsze, najwspanialsze, najfajniejsze w naszym domu? 

Ano to, że możemy w nim żyć po swojemu, urządzać go, meblować go i malować wedle własnego widzimisię i - najważniejsze - możemy hodować zwierzęta! Dużo zwierząt, bo właściciel też jest zwierzętolubem. 

Przez spory czas nasz dom wydawał się pusty nawet jak już dorobiliśmy się jakichś mebli, bo nawet najlepiej i najdrożej urządzony dom jest do niczego, gdy nie ma w nim prawdziwego życia. 

Spora część ludzi marzy, by mieć skórzane fotele, marmurowe posadzki, złote krany, tureckie dywany i w ogóle wszystko markowe, wyjebane w kosmos, za pierdyliard euro. Dla mnie ważne, by było przede wszystkim dużo miejsca, by było wygodnie, łatwo do posprzątania, przytulnie,  ciepło w zimie i by można było mieć zwierzęta w domu. 

I my mamy to wszystko! 

Królik miniaturka. 

Na początku kupiliśmy dla Najstarszej królika, bo Najstarsza nie miała przyjaciół i była samotna, a zawsze kochała króliki. A takie puchate zwierzątko można głaskać, przytulać, gadać do niego... Nawet wtedy nie myśleliśmy, że ten królik stanie się jedną z ważniejszych osobistości w naszej rodzinie. 

Dziś nawet sobie nie wyobrażamy, że nasz dom mógłby być domem bez Luśki. Gdy idziemy na poddasze, Luśka zwykle natychmiast pędzi w naszą stronę z impetem z drugiego końca ogromnego pokoju wpadając  przy tym  nie rzadko w poślizg na drewnianej podłodze. Bywa zatrzymuje się dopiero w kuwecie po staranowaniu misek z wodą i karmą oraz człowieka. Króliki są szybkie jak rakieta. Czasem ciężko jest przedostać się na drugą stronę pokoju, bo Luśka ciągle kręci młynka pomiędzy naszymi stopami domagając się głaskania i króliczego ciasteczka. Wiemy, że wielu ludzi nie wyobraża sobie nawet, żeby królik ganiał luzem po pokoju, bo ojeju ojeju taki królik robi przecież kupy na dywan, robi kupy na podłogę! To obrzydliwe, straszne, tragiczne! Ale nie dla nas. Nam to wcale a wcale nie przeszkadza! Najstarsza ogrodziła sobie tylko łóżko metalową klatką, bo Luśce zdarzało się czasem nasiusiać na kołdrę i nie raz się zdarzało, że pościel wymagała prania kilka razy w tygodniu. Najstarsza ma co prawda dwie kołdry na zmianę, bo taka kołdra nie schnie za szybko, ale ogrodzenie łóżka to o wiele lepsze rozwiązanie. Luśka jednak dostaje czasem pozwolenie na pieszczochy na łóżku i korzysta z tego z całą króliczą radością.



Królestwo Luśki-Królika i Zuzanny 

Lusia jako dziudziuś



Luśka zaznacza brodą każdy nowy obiekt spotkany  „zaklepane”. 



Luśka przy pracy w piaskowej kopalni

Luśka układająca pościel zębami (tak, to robi czasem dziury)

mała Lusia


Tak, mając w pokoju królika, trzeba co najmniej dwa razy w tygodniu wynosić kuwetę. Z raz w tygodniu prać dywan i ścierać rozdeptane przypadkiem gówienko z podłogi. Co najmniej raz dziennie trzeba odkurzać lub zamiatać bobki, a i tak co jakiś czas  jakieś gunwo przyczepi się jakiś do bosej stopy czy skarpety. Wszystko jest też okłaczone a siano w ubraniu to standard. Na porządku dziennym są lusiokłaki w herbacie, jedzeniu, ubraniach wszystkich członków rodziny. 

Jednak żadne z nas nie wyobraża sobie dziś domu bez królika. Luśka musi być systematycznie i długo głaskana, czego skutecznie się dopomina zabiegając drogę i stając na dwóch łapkach. Ostatnio wskakuje też do Swojego Człowieka na fotel, a jak nie zadziała głaskanie od razu, to wspina się do góry i dotyka pyszczkiem szyi. 

Z głaskaniem jednak trzeba uważać i głaskać, tam gdzie chce królik, bo inaczej można zostać podrapanym i pogryzionym oraz naburczonym, bo Luśka to wielkie burczydło mruczydło. Warczy często, czego u innych zająców nigdy nie słyszałam. Niezła jazda jest też z przycinaniem pazurów. Lusia nie lubi, by ktoś dotykał królewskich stóp. Jednak mamy już system - ja ją podnoszę (czego nie lubi i czego panicznie boi się większość królików) i przytulam do siebie mówiąc uspokojająco, Młoda głaszcze i też mówi, a Najstarsza obcina. Czasem potrzeba dwóch podejść, ale da się. Czasem Najstarsza trafi na dobry dzień i część pazurków sama obetnie. Te dwie bowiem doskonale się rozumieją. Jeden gest Najstarszej i królik wskakuje na łóżko, jedno słowo lub cmoknięcie i królik przybiega. Inni mogą próbować naśladować, ale bez powodzenia.

Papugi nimfy

Druga Duża Córka ma w swoim pokoju dwie papugi nimfy latające luzem bez żadnych ograniczeń. Nazywają się Snowflake i Summer, zwane czasem pieszczotliwie Skurywyństwem i Wirusem. 

W oknach są moskitery zabezpieczające przed wyfrunięciem ptaków z pokoju. Młoda rozkłada na podłodze gazety, tam gdzie ptaki najczęściej siedzą, czyli pod żyrandolem.  Poza tym mają papugi dwie klatki z jedzeniem i piciem (klatki nigdy nie są zamykane), mini basen z glinianej miski oraz specjalną dużą drewnianą drabinę i różne zabawki. Młoda poprzyczepiała im też wielkie gałęzie pomiędzy klatką i żyrandolem i drugą klatką, by mogły z ptasiej stopy chodzić stamtąd tu i stąd tam. Latają jednak dużo. Zagospodarowały też obie szafy i obie systematycznie okupują kupą. Dreptają też często po podłodze i rozciągają pajęczyny z kątów. Najlepiej, gdy człowieki zaczną na podłodze układać puzzle. Papugi pomagają w przyspieszonym trybie rozkładać je z powrotem. Czasem porywają kawałek i odlatują. Ptaszyska to niewielkie, ale hałas i bałagan robią za całe stado. Młoda systematycznie (czasem z moją pomocą) co tydzień szoruje ptasią kupę ze stołu, klatek, szaf, podłogi. Sprząta klatkę, donosi świeżych gałązek i zieleniny. Od czasu do czasu krzyczy na pączuszki-kwiatuszki, by zamknęły dzioby, ale nie można sobie wyobrazić naszego domu bez ptasiego wrzasku, ton kurzu, piór i ptasiej kupy. To byłaby krypta umarłych, a nie dom.


Summer


nimfy autorstwa Młodej


Snowflake


Świnki morskie. Kawie.

W salonie pod schodami mamy mały piętrowy wybieg dla świnek morskich.  Mamy je aktualnie trzy i wszyscy je kochamy z całego serca. Ich imiona to Sara, Love i Tornado. Ogromne to słodziaki są, choć czasem śmierdzą, gdy nie chce mi się na czas wymienić im dywaników i umyć porządnie, a najlepiej robić to co 2 dni. To moja robota, choć reszta z Piątki też ogarnia temat, gdy trzeba. M-jak-Mąż zajmuje się zbieraniem trawy i karmieniem świnek nią rano oraz podawaniem papryki na kolację. Obiad wydaje im Młoda albo Młody, gdy wołają. Na obiad jedzą cykorię. Poza tym ciągle ktoś dokłada im siana, suchej karmy i zmienia wodę w poidle. Młoda przycina im też systematycznie pazurki. 

Świński wybieg

Love, a pod spodem zgnieciona Sara

Grób Niko w naszym ogrodzie

Sara. Wielkie Świństwo

Tornado. Najszybsza Świnka

Sara w pierwszym wybiegu

Love podczas głaskania przez Młodą

Sara pieszczoch

Sara i Niko

Sara i Niko. Początki przygody ze świnkami

Tornado i Love nie długo po adopcji

Wybieg kupiony od caviadraadkubus.nl 

Sara

głaskańsko Sary



Kury jedwabiste. Silkie.

Na podwórku mamy kurki-bożenki z kogutem Heńkiem. Wszystkie należą do gatunku kur jedwabistych, czyli silkie chicken (po niderlandzku zijdehoenders). Bożenki przekopują cały ogródek, przycinają trawę i zjadają paprotki oraz kupczą wszędzie, ale to ich zakup to był doskonały pomysł. Są superaśne,  wesołe, śmieszne, słodziachne ipuszyste. Wszyscy je uwielbiamy. Niosą też pyszne jajka.

Bożenka, tak naprawdę jest tylko jedna. Bożena jest okrągła, puszysta, wiecznie głodna i rano pcha się do wyjścia rozpychając innych bezczelnie, a wieczorem ostatnia wraca do kurnika, bo przecież jeszcze tyle rzeczy jest do zjedzenia i wygrzebania. Jedzenie próbuje połykać w całości bez zbytniego rozdrabniania. Czasem jesteśmy w szoku, co ona potrafi przełknąć. Jest miłośniczką ciastek, no i suszonych robaków. 

Chip to biała silka. Mała i prędka. W słońcu jej pióra świecą i błyszczą.

 Sunny jest czarna, choć w słońcu mieni się na zielono i niebiesko, a pod spodem pióra ma szare. Jest duża, prawie jak zwykła kura nioska. Jest pieszczochem. Lubi siedzieć sobie u człowieka na ręce czy kolanach i poddawać się głaskaniu. Ona jest też pierwszą eksploratorką i jest ważniejsza od Bożeny, czyli ma prawo tamtą dziobać i przeganiać. Heniek został skazany na śmierć, bo jego pierwszy człowiek nie potrzebował kogutów. Zgodziliśmy się go więc bez namysłu go adoptować. Przybył do nas na rowerze elektrycznym w pudle kartonowym przejeżdżając jakieś 20km. Ostatnią część trasy pokonał niesiony pod pachą przez sąsiadkę. Wpuszczony do ogródka od razu zabrał się za grzebanie i jedzenie oraz podbijanie do kurzych dziewczyn. Jest dobrym gospodarzem. Pieje od świtu, woła kurki na jedzenie, a czasem zanosi im prezenty. Raz jest to kawałek ziemniaka, innym razem drewienko, patyczek czy listek. Kurkom poza jedzeniem nic się specjalnie nie podoba, ale często oglądają te podarki dziobami. 


Sunny, Chip, Heniek

Bożenka, Heniek, Chip

Heniek i Bożenka (i Chip w tle)

Bożenka, jako zmokła kura.

Heniek pyta dziewczyn, czy chcą się przejechać.

Sunny dinozaur

Sunny

Bożenka w ręczniku, gdy bardzo zmokła

Heniek


składanie jajek



Chip


Moja Kurza kartka urodzinowa autorstwa Młodej 🥰