Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty

13 lutego 2026

Dwa kroki w przód, by tkwić w miejscu

 Tym razem nie czekam do piątku, tylko zaczynam spisywanie myśli od początku tygodnia, bo w sumie nie mam nic do roboty (czytaj: nie chce mi się nic robić).


Na początek historyjka z niedzieli. 

Oglądałam z Małżonkiem jakiś film na Netfixie, gdy zapipkał mi telefon. Najpierw to olałałam myśląc, że to któreś z Dzieci jakiś śmieszny obrazek mi przysłało, czy coś. Któż inny by do mnie pisał w niedzielę. 

Za drugim razem jednak sprawdziłam i miałam przez chwilę zawiechę mózgu, który skupiony na akcji oglądanego filmu tylko w jakiejś małej części poświęcił się analizowaniu wiadomości.

Nadawca: koleżanka ze świetlicy, gdzie miałam staż. Ok. 

W wiadomości zdjęcie świeżego tatuażu z polskim podpisem "serduszko narysowane odręcznie przez córkę", a w drugiej żartobliwe pytanie po niderlandzku "zgadnij gdzie jestem?"

Przez dłuższą chwilę mój mózg mielił te sprzeczne informacje. Że w sensie o co chodzi, że dlaczego Belgijka nie mówiąca po polsku przysyła mi zdjęcie swojego tatuażu z polskim podpisem. I dlaczego nagle każe mi się interesować miejscem swojego pobytu. Znamy się niby i raczej lubimy, ale nie aż tak, by chwalić się spontanicznie tatuażami przez whatsappa. Ja ogólnie nie mam tego typu znajomych. Jak się czymś chwalę to tu albo na insta. 

Gapiłam się przez chwilę na telefon, a mózg powoli rozłączał kontakt z filmem i przełączał się na myślenie nad tym intrygującym problemem, aż w końcu te z mozołem kręcące się trybiki połączyły punkty i wyszło im, że ta pewnie gdzieś w Polsce jest...

Tak zaiste było. Laska była właśnie z rodziną w Krakowie, gdzie se tatuaż zrobiła na pamiatkę, i chciała się zapytać, czy znamy jakieś miejsca do zobaczenia, bo został im jeden dzień, w którym mieli iść na Wawel, ale jeszcze by coś poza tym mogli zobaczyć... Taka sytuacja;-)

W niedzielę wyciągnęłam też Młodego na przejażdżkę pod pobliski zamek w celu fotografowania ptaków w stawach… Przy okazji znalazłam pod zamkiem kupę przebisniegów.




Kolejnego dnia też dostałam niespodziewaną wiadomość, ale już od bardziej zaprzyjaźnionej Belgijki, która częściej zagaja, nawet nie koniecznie z interesem. Tym razem też napisała, że widziała w lesie Małżonka maszerującego i przypomiało jej to o naszym istnieniu, więc zapytała co tam u mnie i td.

No i dobrze, że napisała, bo wymiana wiadomości doprowadziła do tego, że zaproponowała, by Najstarsza, jeśli chce, przyszła do niej spróbowac, czy poradzi sobie ze sprzątaniem domów.  Jakby ona se poradziła z posprzątaniem TEGO domu, to - moim zdaniem - już spokojnie może lecieć do biura i podpisywać umowę.

Lubiłam tam sprzątać, ale ...nie lubiłam tam sprzątać. 

Lubiłam, bo fajni ludzie, którzy nigdy do niczego się nie przyczepiali, a zawsze można było pogadać. Lubiłam, bo często nie było nikogo w domu i miałam spokój. Lubiłam, bo to nasi dobrzy znajomi. 

Nie lubiłam, bo nigdy nie udało mi się tego domu porządnie posprzątać - dużo pomieszczeń, duża przestrzeń, dużo rupieci wszędzie, do tego dzieci i zwierzęta, czasem remonty.

Ale myślę, że to dobre miejsce na próbę sił. 

mural w Dendermonde


Następnego dnia wybrałam się z dziewczynami na te "zitdagen" FOD-u* do pobliskiego miasteczka. To jeden dzień w miesiącu albo i na kilka miesięcy, gdy przedstawiciel FOD pojawia się w danej gminie i można za darmo poprosić o poradę w związku z przyznawaniem niepełnopsprawności, zasiłku z tym związanego etc.

Młoda parę dni wcześniej otrzymała list z FOD-u z informacją, że zbliża się czas ponownego rozpatrzenia jej niepełnosprawności i prawa do zasiłku. Przysłano też stosowne formularze do wypełnienia, w związku z którymi Młoda miała kilka pytań. Pani odpowiedziała na wszystko zwięźle, przeto Młoda mogła sobie potem w domu wszystko wypełnić. Okazało się, że pani mogła też przełożyć termin wysłania dokumentów do FODu o miesiąc. Potrzebne jest tam bowiem wypełnienie dokumnetów przez rodzinnego, a najbliższa "niepilna" wizyta możliwa jest dopiero za miesiąc. Absurd goni absurd. Do miesiąca musisz odesłać dokumenty, gdy tymczasem ponad miesiąc trzeba czekać na wizyte u lekarza. Nie śmieszne. No ale dobrze, że udało się termin przesunąć. 

W sprawie Najstarszej to, jak pisałam wcześniej, wysłało nas tam biuro pracy. Zadałam parę pytań, na które w sumie znałam odpowiedzi, ale się chciałam upewnić i się upewniłam. 

Liczyłam jednak na to, że ta osoba pomoże w wypełnieniu dokumnetów albo przynajmniej powie, co i jak, ale ona odesłała nas z tym do pracownika socjalnego w naszej gminie albo w naszym Funduszu Zdrowia. Dokładnie to oznajmiła, że ona nas z jednym z nich skontaktuje i że oni nas wezwią. JPRDL. No na prawdę trzeba tu mieć końskie zdrowie, w cholerę czasu,  anielską cieprpliwość i być w miarę inteligentnym oraz posiadać sporą wiedzę, by zostać uznanym za niepełnosprawnego albo przynajmniej doczekać się jakiejś realnej pomocy z urzędu. Dobrze by też było mieć samochód i prawo jazdy albo przynajmiej kierowcę i pieniądze, by odwiedzać tych wszystkich doradców od siedmiu boleści w dziesięciu różnych miejscach. No ale dobra. Wizyta odptaszkowana, żeby nikt nie mówił, że nic nie robimy...

Dendermonde


Gdy wracałyśmy na przystanek, zadzwoniła zgodnie z umową baba z VDAB, która nas tam wysłała i która w zawoalowany sposób kazała nam spadać na drzewo, bo że biuro pracy nic nie może dla Najstarszej już nic zrobić... o czym pisałam. No ale proszę ja was, okazuje się nagle, że jednak BĘDĄ Najtarszą dalej "prowadzić", cokolwiek to kuzwa znaczy. Coś tam namymlotała, z czego ani ćwierci nie zapamiętałam, bo stałam na ulicy, gdzie auta mnie rozpraszały, z czego jednak wynika, że ona se tam coś posprawdzała, popytała i jej wyszło, że muszą Najstarszej jednak dalej pomagać w drodze na rynek pracy...

Normalnie jestem pod wrażeniem że ktoś może być tak niekompetentny i niepoważny że tak się troszczą o młodych ludzi i entuzjastycznie pomagają znaleźć pracę ludziom z lekką niepełnosprawnością i nigdy nie dają nikomu odczuć, że jest zbędny i do niczego się nie nadaje... pff. Mój pierwszy odruch było powiedzieć "goń się" i się rozłączyć, ale ograniczyłam się do przewrócenia oczami i wymiany znaczących min z dziewczynami, które się temu przysłuchiwały na głośnomówiącym. Stanęło na tym, że znowu mamy się z nią spotkać za parę dni  w tym biurze, do którego trzeba pedałować 12 kilosów po górkach (ale wmnie wkurwiła), a potem znowu nas umówi w tym mieście, z którego nas do niej odesłali i z którego z nią rozmawiałyśmy przez ten telefon (jeszcze bardziej mnie wkurwiła).

Ja już wymiękkam. Mam już dość tego chodzenia od Kajfasza do Annasza. Ciągle, kurwa ta sama melodia, ten sam burdel, ta sama tona pieprzonej administracji, pierdolenia o szopenie i kręcenia się jak gówno w przeręblu. Wszystko jest wszędzie i nigdzie nic nic. 



Ten dzień po raz kolejny w ostatnim czasie pokazał mi, że mój stan psychiczny jest bardziej niż kiepski. Za każdym razem sobie jednak to bardziej i bardziej uświadamiam, bo z pierwa myślałam, że to tylko zbieg okoliczności, że przypadek, że jedno z drugim nic wspólnego nie ma, ale po którymś razie zaczęłam łapać, że ma...

Ta wizyta w urzędzie była potencjalnie kompletnie neutralna. Nie było się czym za bardzo przejmować, do czego przygotowywać. Była to wizyta dowolna i nie umówiona. Osoba z FOD ma dyżur od 9 do 10 godziny, przychodzi się, rejestruje i czeka w poczekalni na wywołanie swojego imienia. Proste, nie?

No niekoniecznie. Dla porakowej mnie  nawet takie wizyty okazują się  ogromnie stresogenne, no bo...

Nie wiedziałam, gdzie to, choć znam okolicę, to w tym budynku nigdy nie byłam. Niepokój.

Nie wiedziałam, czy zostaniemy przyjęte, bo nie byłyśmy umówione (no bo się nie umawia). Większy niepokój.

Nie wiedziałam, jak zostaniemy przyjęte, na kogo trafimy, czy będzie to baba, czy chłop, młody, stary, miły, niemiły... Nagle się okazuje, ile rzeczy ma dla mnie znaczenie.

Nie wiedziałam, czy potrzebuję jakichś dokumentów, coś wypełnić... Wyskanowałam w domu wszystko, co mi się wydawało potencjalnie przydatne w tej sprawie. Duże nerwy.

Martwiłam się, czy autobus przyjedzie na czas..

 i w ogóle wszytko zdawało się  jakieś takie trudne i nieprzystępne. 

Rano wstałam z takimi emocjami, iż myślałam, że nie dam sobie z tym rady, że oszaleję za minutę... a tu Małżonek jeszcze - jak to on - jakieś codzienne pytania randomowe zadaje, przeszkadza, gdy ja nawet nie wiem, jak się nazywam... 

Ostatnio dla mnie każdy poranek jest trudny, gdy mam coś do załatwienia, bo tu trzeba jeszcze codzienną rutynę ogarnąć, czyli obudzić Młodego, po pół godziny przypomnieć mu obudzenie, gdy nie wstanie, przypomnieć mu o zabraniu jedzenia i picia zaproponowaszy kilka możliwości, dodać mu otuchy na trudny dzień emanujac optymizmem i uśmiechniętym pyskiem (nawiasem mówiąc, mu nie przypomniałam i nie zabrał do szkoły niczego do jedzenia). Do raka takie rzeczy były dla mnie naturalne. Ostatnio muszę o tym w dużej mierze świadomie myśleć i być na tym bardzo skupionym, bo inaczej zwyczajnie zapomnę. Zapomnę go obudzić, pogonić do wybrania prowiantu na dzień. Multitasking w ogóle mi teraz nie działa, więc jak coś lub ktoś stanie mi w drodze, to całkowicie zbija mnie z pantałyku i zapomnę, co miałam robić, wszystko poplączę, zawieszę się w półkroku i reszta pójdzie w zapomnienie, zacznę 7 rzeczy na raz i żadnej nie skończę. Teraz jestem badziej autystyczna niż kiedywkolwiek wcześniej. Jest cholernie trudno z prostymi dotąd rzeczami.... 

Widziałam gdzieś już kilka razy w sieci, że wiele babek w menopauzie ma podobne problemy... No ale nie ważne jaki powód jest tego stanu, ważne, że cholernie utrudnia on mi codzienne funkcjonowanie.

Tego ranka miałam uczucie, że się za moment rozpadnę na kawałeczki, że nie udźwignę tego nadmiaru emocji najróżniejszych, które jakby znikąd się pojawiły, ale opanowały moje ciało całkowiecie i przejęły nad nim kontrolę. Mózg nie działał. Wszystko, co nietypowe dla mojej standardowej rutyny mi przeszkadzało i wytrącało mnie z równowagi. Chciałam krzyczeć z całych sił, rzucać wszystkim, niszczyć... I może trzeba było tak zrobić, tak sobie teraz myślę. Czasem żałuję, że tego nie potrafię. Niestety (choć dla innych to pewnie stety) lata treningu nauczyły mnie kontroli i noszenia maski i zwyczajnie nie umiem krzyczeć, nie umiem płakać i mam wokół siebie mur i zasieki, ale tylko w jedną stronę, bo do środka wszytko wpływa i to intensywniej niż zwykle i to mnie zżera od środka zabierając mnóstwo energii i siły.

Przez to wieczorem byłam całkiem wyczerpana, wycieńczona emocjonalnie i taka baaardzo, baaaaardzo zmęczona. Istne zombie. 

Marzyłam, by gdzieś się ukryć przed światem w ciemnej norze na kilka dni i tam w samotności, ciszy i ciemności wracać do sił. Poszłam wcześno spać. Wręcz padlam jak nieżywa. 

Rano było nadal kiepsko, nadal bez sił, bez ducha, emocjonalna pustka, okropne zmęczenie, samotność, zimno... nadal chciałam móc się schować w norze i nie musieć wychodzić do ludzi, nie musieć żyć, nie musieć być, nie musieć rozmawiać, słuchać, udawać człowieka... 

Nie mam swojej nory do schowania, więc próbowałam izolowac się emocjonalnie - unikać rozmów, unikac patrzenia na innych i czyjegoś wzroku, schodzić z drogi, próbować stać się niewidzialnym, grałam beznamiętnie ale w intensywnym skupieniu w pasjansa na telefonie, bo tego typu gierki dają mi poczucie, że mam nad czymś kontrolę, że coś potrafię zrobić, że coś mogę uporządkować i znaleźć właściwe rozwiązanie, a jednocześnie mogę się izolować, mogę nie nawiązywać z nikim kontaktu wzrokowego, mogę udawać bardzo zajętą... Internet to moja nora. Czasem jest to książka, ale z książką jest trudniej, więc przy takim wyczerpaniu jest za trudno na książce się zkupić i książkę w rękach utrzymać.

Na trzeci dzień już odzyskałam normalność, ale niestety ostanio dość często mam takie zjazdowe dni, w których czuję więcej niż jestem w stanie znieść, w których czuję więcej, niż chcę i niż potrzebuje czuć, a dni od których chcę uciec, ale nie mogę, nie potrafię... Jakże to cholernie męczy! Zwłaszcza, że w tym samym czasie czuję się winna, iż nie jestem sobą, nie zachowuję się normalnie, nie robię tego, co powinnam robic, co sobie zaplanowałam, czego inni ode mnie oczekują. Dodatkowo boję się, że jeśli mój stan się nie poprawi to żadna praca nie bedzie dla mnie możliwa, bo jeśli każda bzdura bedzie tak na mnie wpływać i do takiego stanu mnie doprowadzać systematycznie, to zwyczajnie nie będę w stanie chodzić do pracy... Aczkolwiek może być też tak, że praca mogła by się okazać norą, ową potrzebną mi ucieczką od codziennych domowych problemów, odskocznią... I w sumie to ja na to liczę właśnie. Dlatego chcę isc do jakiejkolwiek pracy. Żeby choć na chwilę uciec z domu, porobić coś innego, pobyć wśród ludzi.

No ale dość tego biadolenia... A nie, jeszcze o pogodzie poględzę, bo właśnie się ferie zaczęły u nas krokusowe. Krokusy zaiste już kwitną, a nawet żonkile i ptaki śpiewają wiosennie, ale na weekend zapowiadają wyskok zimy, że śnieg ma padać w Ardenach i może nawet u nas w centrum. Na pewno zimno będzie, niemiło. 

Dziś też leje, a ja z Młodym mam do dietetyczki jechać... brrr. Niech ta wiosna szybciej idzie!

Kupiłam nam nowy aparat fotograficzny. Miał być dla Młodego na urodziny, ale pomyślałam, że skoro ferie są, to niech korzysta, niech testuje. No ale my do tego potrzebujemy WIOSNY, ciepła, słońca... przede wszystkim, żeby nie padało i łapy nie przymarzały do aparatu i nie puchły... Po niedzieli ma niby być już cieplej i liczymy na to, że choć trochę bezdeszczowych dni będzie, by pojechać gdzieś nad jaką wodę postalkować ptaki wodne robiące gniazda...

Aparat nie jakaś rewelacja, bo porządny sprzęt do fotografowania natury zaczyna się od kilku tysięcy euro, a ja wydałam zaledwie 300. Tymczasem dla Młodego i mnie to bardziej zabawa niż prawdziwa fotografia. Młodemu póki co bardziej chodzi o upolowanie co ciekawszych gatunków zwierząt i ich obserwacje, niż faktyczną jakość zdjęć.  Kupiłam mu (mało) używany Panasonic Lumix, który ma duży zoom, czyli z dość daleka da się zobaczyć i sfotografować zwierza. Fotografowie polecali go jako tani a w miarę dobry aparat typu bridge, czyli coś pomiędzy lustrzanką a kompaktem. Jakość zdjęć przy dużym zbliżeniu, jak należy się spodziewać, z butów pewnie nie wyrwie, ale my nie mamy póki co aspiracji do zostania najlepszymi fotografami przyrodniczymi. 

Wczoraj stałam godzinę w sklepie komputerowym, by kupić durną kartę pamięci, gdyż chyba emeryci z całej wsi postanowili se nowe komputery i ipady kupić akurat tego poranka i te chłopaki ze sklepu im wszystko instalowali, tłumaczyli jak to dziadkowi i babci tłumaczyć trzeba, a tymczasem naszego aparatu nie dało się przetestować bez karty, a nie znaleźliśmy żadnej niepotrzebnej w domu. 

Młody nie mógł się doczekać i jak tylko założyłam kartę, zaczął wypychać rowerek przed dom (trzyma rower w salonie), ale zanim przez dzrzwi przeszedł, zaczęło padać. Nawet na chwilę tęcza wyszła, ale licha  więc nie nadawała sie na obiekt fotograficzny... Poczekał chwilę i zakręcili deszcz, a wtedy od razu pojechał pod las. Kwadrans później lało znowu, więc nie narobił zdjęć. Udało mu się co prawda upolować czaplę i parę egipskich gęsi pod lasem, ale przez krzaki z bardzo daleka i w pośpiechu zdjęcia nie wyszły za dobrze. Niemniej jednak już widać po tym i paru pierwszych fotkach cyknietych kosowi i pokrzywnicy przez okno, że i tak aparat robi lepszej jakości zdjęcia niż ten kompakt, którego dotąd używał. Tak czy owak strasznie wkurzajace jest, jak masz nowy aparat i nie możesz go porządnie przetestować bo leje non stop akurat wtedy.

Na szczęście idzie ku wiośnie. Zatem spodziewać sie należy, że mimo wszystko dni będą dłuższe, temperatury wyższe, pojawi się więcej ptaków, kwiatków, robaków i innych ciekawych obiektów. No i nie długo, mamy nadzieje,  będzie można cały dzień w lesie siedzieć i dupy nie odmrozić. Będzie można pójść do zoo, nad jezioro, staw, plażę, do parku... 

Dendermonde już kwitnie



Młodą tymczasem wywiało do Polski. Tym razem inne miejsce postanowiła pozwiedzać z przyjaciółmi. Małżonek podwiózł ją przed wyjściem do pracy na pobliski dworzec, skąd już dalej tłukła się pociągami i autobusami na lotnisko. Grubo ponad 3 godziny w drodze, by pokonać 80 kilometrów. Transport publiczny w tym kraju to żenada do kwadratu, żeby nie powiedzieć absurd. 

Kiedyś był jeden słoneczny dzień, więc wypuściwszy kury usiadłam na desce przy łączce za domem. Jedna z moich nowych koleżanek natychmiast do mnie przyszła, pogrzebała chwilę i rozłożyła się tuż obok, bo razem w stadzie przecież raźniej się wygrzewać na słońcu. Miło mi, że należę do ich stada.


Wanda się opala


oznajmiam, że jestem na posterunku 

pilnuję tyłów

pilnuję frontu

nudne to pilnowanie

spozieram na człowieka jednym okiem

patrzę, czy od lasu nic się nie skrada

jestem piękny, dostojny i ważny

…a ten człowiek wciąż tu jest?!

Idź do domu! Ja tu  mam pod kontrolą.



*) FOD Federale Overheidsdienst, czyli Federalna Służba Publiczna, odpowiednik ministerstwa czy centralnego urzędu administracji państwowej. FOD Financiën to Urząd Skarbowy, FOD gezondheids to zdrowie publiczne i tu też FOD GD handicap (niepełnosprawność), część odpowiedzialna za orzecenia niepełnosprawności, przyznawanie zasiłków...

1 stycznia 2026

Podsumowanie 2025

Rok się zakończył więc podsumuję sobie wszystkie dobre rzeczy, które przez 12 miesięcy się zdarzyły.

Zakupiłam 2 rowery elektryczne, które ułatwiają życie mnie, córce, a przede wszystkim synowi, który pokonuje codziennie blisko 20 km na rowerze na trasie dom szkoła. 

Odebrałam w tym roku dwie ostatnie dawki Zomety i poddałam się usunięciu portu dożylnego, co zakończyło kolejny etap zdrowienia po raku.

Zakończyłam kolejną trudną próbę odnalezienia się na rynku do pracy. Chociaż świetlica okazała się za trudna, to jednak warto było zdobyć nowe umiejętności i wiedzę, a przede wszystkim dowiedzieć się czegoś nowego o sobie samej uświadamiając sobie, że nowa ja nie jest mną sprzed raka.

Cały rok odkrywałam swoją nową porakową siebie i uczyłam się na nowo myśleć i żyć. To był rok wielu refleksji, wielu frustracji, walki ze sobą i zawierania ze sobą pokoju. Kolejny rok zdrowienia po raku i poznawania siebie.

Kupiłam sobie garnek do pieczenia chleba i inne akcesoria i korzystając z przydługawego zwolnienia lekaeskiego i bycia w domu, nauczyłam się i  zaczęłam systematycznie piec chleb na zakwasie, co dało mi wiele satysfakcji.

Młody uratował życie swojej byłej klasowej koleżance, która wzięła garść tabletek..

Młody zmienił szkołę na alternatywną i jest bardzo zadowolony.

Najstarsza odbyła półroczny staż w "zieleni", dzięki czemu zdobyła wiele nowego doświadzcenia i dodała kolejny punkt do cv.

Najstarsza otrzymała diagnozę (Zespół Turnera), która wreszcie wyjaśniła a zarazem usprawiedliwiła większość jej problemów zdrowotnych. W raz z diagnozą pojawiły się też wytyczne co do tego, jak dbać o zdrowie, jakie kontrole systematycznie przechodzić, by uniknąć lub zminimalizować ryzyko albo przynajmniej na czas wykryć kolejne poważne problemy zdrowotne związane z tą chorobą genetyczną. 

Adoptowaliśmy 3 kury i udało nam się wykurować naszą kurkę Riko.

wrzosowisko


Rok 2025 turystycznie

Odbyłam też całkiem sporo wycieczek po kraju, bo bliższej o daleszej okolicy. Czasem sama, czasem w towarzystwie najbliższych. Wypunktuję je tutaj:

1. W towarzystwie Syna zwiedziłam niedokończony hotel w parku Vrijbroekpark w Mechelen.

2. Jak co roku byliśmy też latem na plaży w Ostendzie, by się poopalać i popływać.

3. Obejrzeliśmy wystawę wśród żonkili w sąsiedniej gminie.

4. Kilka razy owiedziliśmy Antwerpię, spacerując po parkach, pijąc drinki i kawę w fajnych kawiarniach i barach, zwiedzając muzeum MAS.

5. Kilka razy odwiedzałam Brukselę turystycznie. Z Synem zwiedziłam muzeum w ratuszu i Muzeum Kanalizacji, z córką obejrzałam ponownie Muzeum Historii Naturalnej, sama zwiedziłam podziemne muzeum Pałacu Coudenberg i Muzem Instrumentów.

6. W towarzystwie syna zwiedziłam muzeum miejskie w Dendermonde i obfotografowałam parki.

7. Wiosną byliśmy we we czwórkę w Ogrodzie Japońskim w Hasselt.

8. Wraz z dziećmi wybrałam się też na zorganizowany siedmiokilometrowy marsz w naszej gminie, podczas którego obejrzeliśmy dwa piękne zamki, które nie są zwyczajnie dostępne do zwiedzania.

9. Z córką wybrałam się do walonii do Lessen gdzie zwiedziłyśmy ogromne i fascynujące muzeum szpitalne Hospital Notre Dame a la Rose.

10. Sama odwiedziłam ponownie Gandawę, gdzie wybrałam się do dwóch muzeów: Muzeum Uniwersyteckiego GUM oraz muzeum opactwa.

11. Odwiedzilam też byłą sąsiadkę w Charleroi przy okazji zwiedzając to ponure miasteczko.

12. W maju z okazji moich urodzin wybrałam się z dziećmi do De Panne, gdzie jeden dzień spędziliśmy w parku rozrywki Plopsaland, a drugi na plaży.

13. Na początku lata wybrałam się na krótką przejażdżę starą ciuchcią parową w Baasrode wracając myślami do czasów dzieciństwa.

14. W towarzystwie syna wybrałam się na naszych rowerach elektrycznych do Ogrodu Botanicznego w Meise.

15. Wraz z córką wybrałam sie w tym roku na regaty wannowe do Dinant, gdzie poza tym odbyłyśmy też krótki marsz po górkach dinanckich.

16. Pod koniec lata pojechałam w towarzystwie dzieci do belgijsko-holenderskiego Parku Kalmhoutse Heide, gdzie przemaszerowaliśmy ok 9km i podziwialiśmy wrzosy.

17. Byłam też z córką w Brugii na imprzeie kulturalnej, gdzie obserwowałyśmy linoskoczka maszerującego nad dachami po linie, potem wielkiego mechaniczneo pająka, w wcześniej zwiedziłyśmy jedno z miejskich muzeów.

18. Owiedziliśmy też ponownie Pairi Daiza, najpiękniejsze zoo w Europie.

19. Dwa dni spędziłam też z dziećmi w okolicach Rochefort, gdzie jeden dzień poszliśmy na safari w Domaine des Grottes de Han, a drugiego dnia maszerowaliśmy po okolicznych górkach.

20. Z córką byłam na koncercie szantowym w Antwerpii, a innym razem rodzinnie poszliśmy na koncert Kultu do Brukseli.

21. Poza tym odbyłam wiele marszów po okolicy z Małżonkiem, z dziećmi i sama. Trochę też rowerowałam za każdym razem coś ładnego odkrywając.


Rok 2025 czytelniczo

Na początku roku czytanie szło mi opornie, ale powoli coś tam od czasu do czasu kartkowałam. W czasie letnim udało mi się kilka tytułów przeczytać. Późną jesienią nagle powróciła radość i chęć czytania, więc trochę poprawiłam swoje statystki czytelnicze. Więcej udało mi się przeczytać po niderlandzku niż po polsku, choć mam spore zapasy książkowe w ojczystym.


większa część tegorocznych lektur


Po niderlandzku

  1. Beter worden is niet voor watjes
  2. Dasha Kiper - Als het elke dag zondag is
  3. Inge Verbrugen - Noodkreet
  4. Arnold Van De Laar - Onder het mes
  5. David Walton - De plaag
  6. Franck Thilliez - Zwanenzang
  7. Jo Claes - Een tragisch verhaal
  8. Fleur Pierets - Julian (e-book)
  9. Lore T. en Frauke Joossen - Sterke meisjes huilen niet
  10. Suzanne Vermeer - Zomertijd
  11. Helen Vreeswijk - Ontvoerd
  12. Oliver Sacks - Musicofilia. Verhalen over muziek en het brein
  13. Philipp Vandenberg - Het graf van Campo Santo
  14. Martin Pistorius - Ghost boy


Po polsku
  1.  Ryszard Kapuściński - Imperium
  2. Zespół Turnera. Głosy i doświadczenia.
  3. Konrad Malec - Myśliwce. Życie ptaków drapieżnych
  4. Lars Chittka - Pszczoły. Krótki lot w głąb niezwykłych umysłów
  5. Leah Hazard - Macica. Opowieść o naszym pierwszym domu
  6. Grażyna Plebanek - Bruksela
  7. Tulia Topa - Jak rozbiłam szkło (e-book)
  8. Lars Berge - Dobry wilk
  9. Stephen Seager - Psychopaci
  10. Babilon. Kryminalna historia kościoła



1 listopada 2025

Lekarz, kawiarnia i kino

 W tym tygodniu odwiedziłam dwa szpitale. 

Życie po raku...

liście pod szpitalem
W pierwszym byłam zobaczyć się ze swoim onkologiem w celu umówienia się na wyciąganie portu. Po raz ostatni mi go przepłukano. Krwi już się pobrać z niego nie dało, choć pielęgniarka wszystkie możliwe triki wypróbowała: głęboki wdech, zakaszleć, unieść ręce, położyć się, odczekac chwilę pozwalając lecieć kroplówce z solą fizjologiczną i znowu spróbować. NIC! Tak jak poprzednm razem, musiała pobrać krew z ręki, co też nie jest łatwe, bo moje żyły są cieniackie. 

W grudniu mam pójść na ten ponoć szybki łatwy zabieg. Lekarka powiedziała, że robią to pod miejscowym znieczuleniem. 15-20 minut i gotowe. Jak wyciągną to ustrojstwo, będę chodzić tylko co pół roku na badanie krwi... 

Dostałam też skierowanie na coroczną mammografię i usg klaty na po Nowym Roku.



A co tam w Zespole Turnera?

W drugim szpitalu towarzyszyłam Najstarszej na wizycie kontrolnej w dziale endokrynologii. Młody doktorek a potem jego prowadzący wytłumaczyli nam po raz kolejny, o co chodzi z tym zespołem Turnera, dodając oczywiściejakieś nowe dla nas szczegóły oraz jakie niesie to ze sobą zagrożenia i jakie w związku z tym  i jak często badania powinna robić. Będzie też raz na rok jeździć do tego szpitala na wizyty kontrolne.

Doktor rysował po kolei problematyczne organy i mówił, jakie problemy mogą wyniknąć i jakie badania w związku z tym się robi i jak często oraz jakie działania należy podejmować ewentualnie. Pozwolę sobie pokazać bazgrołki pana doktora, by opowiedzieć z jakimi problemami może się wiązać ta wada genetyczna.


Jajniki. To podstawowy problem przy zespole Turnera. One nie pracują i nie produkują żeńskich hormonów, a że te potrzebne są nie tylko do rozmnażania, ale też dla prawidłowego działania wielu organów, to należy brać całe życie (do wieku naturalnej menopauzy) żeńskie hormony np w postaci pigułek. Kolejny problem związany z niepracującymi jajnikami to niepłodność. Przy Turnerze tzw mozaikowym, czyli gdy chromosomy potentegowane są nierównomiernie w poszczególnych komórkach (w jednych jest jeden chromosom x zamiast dwóch, w innych ten drugi jest popsuty...) zdarzały się przypadki, że kobieta zaszła w ciążę, ale pani doktor powiedziała, że na to nie ma co liczyć, bo to są bardzo, ale to bardzo rzadkie przypadki. Można natomiast próbować z jajem od dawczyni i zapłodnienem invitro... Póki co Najstarszej ten temet nie interesuje. To są jej zmartiwienia na potem, ale dobrze już dziś znać możliwości, gdyby kiedyś jednak chciała zostać mamą.

Kości. Niedostatek lub brak żeńskich hormonów powoduje dziurawienie kości, czyli osteoporozę. Dlatego poza uzupełnianiem sztucznie żeńskich hormonów, należy też brać witaminę D i wapno oraz uprawiać sport, dużo się ruszać, bo obciążanie kości powoduje, że się wzmacniają. Natomiast brak ruchu tylko je rozleniwia i przyśpiesza ich słabnięcie. Lekarz odradza ponadto palenie i spożywanie alkoholu. Co parę lat trzeba wykonywać skan kości, by stwierdzić jak się miewa sytuacja.

Słuch. Turnerowi często towarzyszą wady słuchu i wzroku. Dlatego należy zbadać oba narządy po postawieniu diagnozy.

Serce. Turner wiąże się też często z problemami sercowymi więc ważne jest przyjrzenie się pracy i budowie serca, by wykluczyć ewentualne nieprawidłowości. A w daleszej konsekwencji nalezy też swojemu sercu się przyglądać i wszelakie niepojjące objawy szybko iść omówić z lekarzem, bo to że teraz nie ma problemu, nie znaczy, że za 5 czy 10 lat on nie wystąpi.

Pieprzyki. Turner zwiększa też ryzyko raka skóry, zatem nalezy swoją skórę systematycznie kontrolować i z każdym podejrzanym pieprzykiem zgłąszać się do dermatologa, by w razie co w porę zareagować.

Tarczyca. To jeden z bardziej podejrzanych organów w związku z Zespołem Turnera i trzeba systematycznie kontrolować krew, by szybko wykryć wszelakie nieprawidłowości. Z Turnerem bardzo często bowiem wiążą się choroby autoimmunologiczne (Hashimoto) albo niedoczynność tarczycy.

Autyzm, ADHD. Często u kobiet z Turnerem diagnozowane są też ADHD i Autyzm. U kobiet z Turnerem może występować problem z wielozadaniowością, niedojrzałością emocjonalno-społeczną, mniejsze lub większe ograniczenia intelektualne.

Reasumując Zespół Turnera jest wadą genetyczną, z którą da się żyć w miarę spokojnie, ale trzeba brać leki, systematycznie odwiedzać lekarzy i kontrolować poszczególne organy oraz dbać o zdrowy tryb życia, co jednak nie jest bynajmniej oczywiste, gdy się ma problemy z ogarnianiem świata i samodzielnym funkcjonowaniem. No i bezpłodności też raczej nie można określić słowem "bezproblemowy", bo dla wielu kobiet zajście w ciążę i posiadanie dzieci nalezy przecież do kwesti kluczowych. 

Wiele problem ma jeszcze dodatkowo poważny problem z wyglądem, bo kobiety z Turnerem bez leczenia hormonalnego w dzieciństwie mają nie więcej niż 135-140 cm wzrostu, do tego płaską szyję, płaski tułów, specyficzny wyraz twarzy (podobnie jak w Zespole Downa), a to wiadomo jak jest odbierane przez debilne społeczeństwo...  

Na szczęście przy turnerze mozaikowym tego typu problemów za wiele nie ma. Najstarsza jest po prostu ładną, wysoką, bardzo szczupłą kobietą, która nie ma się czego wstydzić, jeśli idzie o wygląd zewnętrzny. Rozumu też ma wystarczająco, choć problemy z ogarnianiem świata ma typowe dla autyzmu ADHD. Ma trudno, ale pracuje nad tym i z każdym rokiem wszystko idzie jej lepiej. 

Przeczytałam kolejną książkę.

Ten reportaż Larsa Berge pt: Dobry wilk. Tragedia w szwedzkim zoo zaczęłam czytać jakiś czas temu, ale styl autora mnie z jakiegos powodu irytował i gdzies w połowie odłożyłam na półkę z niesmakiem. Jednak po przeczytaniu dwóch książek po niderlandzku postanowiłam wrócić do tego reportażu. I, proszę ja was, tym razem poszło gładko. Dokończyłam z przyjemnością i czytałam z wielkim zaciekawieniem. Autor grzebie się w sprawie wypadku, jaki miał miejsce kilka lat temu w szwecji, gdzie wilki zabiły w zoo swoją opiekunkę. Lars rozmawia z pracownikami zoo, przyrodnikami, ludźmi pracującymi na co dzień z wilkami i próbuje udzielić odpowiedzi na pytanie, co poszło nie tak, że zginął człowiek... Jeśli chcecie znać odpowiedź, sięgnijcie po książkę. Nie po to poświęciłam kasę na jej zakup i czas na jej czytanie, by teraz ją tutaj za darmo streszczać ;-)


Odwiedziłam beznadziejne muzeum

W poprzedni weekend odwiedziłam z Młodą kolejne muzeum, które nam się bardzo NIE SPODOBAŁO. Muzeum Historii Naturalnej w Brukseli nie nadaje się, moim zdaniem, dla dorosłych...

Parę lat temu byłam już w tym muzeum razem z Młodym i Najstarszą i wtedy Młody powiedział, że to muzeum jest do niczego, bo nie mają dodo, którego on szukał. Młodym podobały się wtedy jednak minerały i dział dinozaurów, więc i mnie się wtedy tam podobało, bo byłam tam wszak dla dzieci. Wtedy jednak Młody był małym dzieckiem i z perspektywy dziecka oraz rodziców dzieci to muzeum pewnie jest zajebiste, bo dużo czaderskich eksponatów oraz jakichś gadżetów elektronicznych dla dzieci.

No ale, panie, po nazwie i idei takiego muzeum człowiek by jednak się spodziewał, że w takim muzeum człowiek będzie się mógł wiele rzeczy dowiedzieć, wiele tematów zgłębić, coś mądrego przeczytać czy obejrzeć, a tu figa! 

Przy większości ekspozycji brak jakichkolwiek  sensownych informacji. W ogóle informacji, a tablica typu "To jest szkielet dinozaura. Ten dinozaur nazywa się tak a tak i żył wtedy a wtedy, tam a tam miał tyle a tyle wzrostu" to jakby na poziomie pierwszej klasy przedszkola, a i tak tego typu tablice to tam było ze trzy. 

Na ekranach były podobne informacje albo jakieś gry na takim samym poziomie. Jakby się uparli całe muzeum pod gówniaki zrobić. Co zresztą też widać, słychać i czuć nie tylko ze strony ekspozycji.

Kuźwa, chwilami się zastanawiałyśmy, czy my to aby na pewno do muzeum trafiłyśmy, czy też na jakiś plac zabaw w podejrzanej dzielnicy, bo gównażeria ganiała z wrzaskiem po całym muzeum jak opętana. Jakieś bajtle płakały... żeby nie powiedzieć wyły w niebogłosy... No po jaką cholerę to brać niemowlaki do muzeum?!! Prezciez taki szczyl i tak nic z tego nie wie, a szybko się znudzi, zgłodniej i zaczyna ryczeć, że nas mało szlag nie nie trafi. No ale dobra, niemowlaka przynajmniej człowiek zroumie, ale starsze dzieci to chyba można by nauczyć, jak należy zachowywać się w takich miejscach jak muzeum, czy w ogóle między ludźmi. Widziałam tam sporo rodziców z dziećmi, którzy z wielkim zainteresowaniem oglądali poszczególne eksponaty, rozmawiali PO CICHU, zachwycali się, tata czy mama tłumaczyli wszystko, czyli można? ANO MOŻNA. Niestety wiele dzieci było puszczonych totalnie samopas. Gnało to po salach jak dzikie i darło się na cały głos nie wykazując przy tym specjalnego zainteresowania czymkolwiek poza gnaniem i darciem mordy. 

Jedyny na prawdę ciekawy i dobrze opisany dział to dział ewolucji człowieka. Tam spędziłyśmy z Młodą dużo czasu, bo było dużo do czytania i dużo do oglądania. I też jakby mniej gówniaków, bo pewnie rodzice tych diabłów wcielonych to ta kategoria co albo boi się, albo brzydzi szkieletów ludzkich, czy tym bardziej płodów w formalinie. Niestety tam przychodziły przygłupawe nastolatki się drzeć i robić oborę... Młoda osądziła, że reprezentują idealnie poziom intelektualny pierwszych człowieko-podobnych osobników albo i małp człekokształtnych... Szkoda, że mówili po francusku, bo już ja bym im powiedziała, co myslę na temat ich zachowania i poziomu inteligencji... 

Nie wiem, rodzice w Brukseli to wychowują jeszcze czasem swoje dzieci, tlumacza im czasem coś o życiu i świecie, czy to się na ulicy chowa po prostu...?

Kurde w tylu muzeach już byłam, nawet choćby w tym roku, ale pierwszy raz spotkałam się z takim cyrkiem, z takim hałasem i taką dziczą. Niektórym (niestety dość licznym) ludziom się chyba muzeum z parkiem rozrywki pomyliło.

I jeszcze jedzenie w muzeum! NO SERIO?! Mają tam nawet kawiarnię i strefę piknikową i ci ludzie tam z kanapkami poprzychiodzili. Do muzeum. Z kanapkami. Na piknik. JPRDL! Ludziom to się cosik chyba potentegowało w głowach. Jakby w Brukseli mało było kawiarni, restauracji, barów, czy kuźwa choćby budek z jedzeniem, parków pełnych ławek, gdzie można se zjeść w spokoju. Nie, ludzie gówniaka przy niedzieli do muzeum na obleśne spaghetti wezmą. Zresztą ile ludzie w takim muzeum siedzą z tymi gówniakami? W Belgii dzieci idą do szkoły na 8-10 godzin o jedenej kanapce z wodą, jednym jabłku i jednym ciastku i to im wystarcza (bo więcej nie wolno jeść przecież) i jakoś nie umierają, ale na godzinę do muzeum muszą se biedaki wziąć kanapki... Trochę jakby głupie. Nie kumam tego i nie kupuję. 







Muzeum znajduje się nieopodal Parlamentu Europejskiego w brzydkiej bezduszcznej betonowej dzielnicy. 

Wolę Flamandzkie miasta.

Gdy jechałam do szpitala, Młoda postanowiła się zabrać ze mną, byśmy po wizycie mogły skoczyć na basem, bo już wieki nie byłyśmy popływać. 
Ta wyprawa była dosyć ekscytująca. Rano telefon pokazał mi, jak zwykle pogodę na ów dzień i stało tam, że bedzie wiało mocno i intensywnie padało. W związku z czym szykując się do wyjścia i spoglądając przez okno, gdzie ani znaku wiatru, czy deszczu powiedziałam do Młodej, że coś tu nie gra. Ona mnie ochrzaniła, bym nie wywoływałe deszczu swoimi głupimi uwagami a temat pogody. Wyszłyśmy zaopatrzone w kurtki przeciwdeszczowe, ale zanim wyprowdaizłyśmy rowery z szopy, zaczęło kropić. Młoda na to "a nie mówiłam, masz swój deszcz!" Wtedy zaczęło wiać jak by się ktoś powiesił, a do tego z nieba leciały na nas całe wiadra wody z wielką siłą ciskane. Do przystanku jedzie się 10 minut i nasze portki i buty przemokły do suchej nitki. Gdy dotarłyśmy do przystanku oczywiście wujrzało słonko, a wiatr ucichł. Sielanka jakby nigdy nic. Aplikacja pokazała, że nasz autobus będzie 5 minut wcześniej. Na szczęście wyglądałyśmy go i bacznie przyglądałyśmy się stronie z której miał przyjechać, bo dzięki temu zauważyłyśmy, że skręcił w boczną uliczkę, choć ani w aplikacji, ani na przystanku nie było podane, że przystanek jest nieobsługiwany tego dnia. Sekunda konsternacji i dawaj w długą na skrzyżowanie, gdzie udało nam się dobiec akurat jak bus podjeżdzał i zdążyłyśmy machnąć by się zatrzymał. Nie śmieszne. Z autobusu zobaczyłyśmy tęczę wychylającą się zza lasu...

Tęcza widziana przez okno autobusu

Pod basenem stał wielki pająk, a i cały basen ozdobiony był pająkami, szkieletami i tym podobnymi straszydłami, bo w Halloween basen jest czynny do 23 i pływa się po ciemku do kilorowych świateł wśród straszydeł... Jeszcze nie byłyśmy na tym corocznym zdarzeniu, ale wiemy od znajomych, że jest fajnie, szczególnie dla dzieci.

pająk pod basenem

Młoda przypomniała o istnieniu krokietów i któregoś dnia zrobiłam dwie różne wersje. Jedna z kapusty kiszonej, szpiczastej oraz pieczarkami i serem żołtym, a drugie bez pieczarke i sera, bo Młoda nie lubi pieczarek. Obie wersje były smaczne. Inspirowałam się przepisami z naszej ulubionej strony Ania gotuje, choć oczywiście zrobiłam po swojemu coś dodając, coś opuszczając.



Wizytę w szpitalu uniwersyteckim też połączyłyśmy sobie z atrakcjami. Do szpitala pojechałam już o świcie z Najstarszą. Po szpitalu poszłyśmy do Panosa, gdzie posiliłyśmy się i napiłyśmy czegoś ciepłego, a potem poszłyśmy się szwendać po sklepach w oczekiwaniu na Młodą, która miała do nas dołączyć po południu. Razem bowiem postanowiłyśmy iść do kina na film Julian.
Najstarsza kupiła sobie trochę ubrań w Bershce i trochę w JBC. Ja kupiłam sobie tanie jesienno-zimowe adidasy, bo w szmaciakach zaczyna być zimno, a w butach trekingowych nie wszędzie przecież będę chodzić. 
Gdy Młoda dojechała, poszłyśmy najpierw na pizzę do Otomat, gdzie - jak już kiedyś mówiłam - serwują dosyć oryginalne pizze. Tym razem wybrałyśmy nowość jesienną, czyli pizzę z pikantnym miodem, dynią, kozim serem, cebulą i chili. Mnie bardzo smakowała. Młodej jakby mniej.
Potem jeszcze na kawę wstąpiłyśmy do Danta's Coffe, kawiarni z tapirem, gdzie do kawy oprócz ciasteczka dostaje się małą laleczkę na pamiątkę. Kawę mają pyszną. Ja zamówiłam sobie latte o smaku róży i lawendy. Wyśmienita.


Takie kino to ja szanuję

Po kawce poszłyśmy na seans do kina ZED. Kino bardzo mi się spodobało. Znaczy kino jak kino, ale zasady do mnie bardzo przemawiają: 

- sense zaczynają się punktualnie i po włączeniu filmu nie można już wchodzić do sali

- nakaz wyłączenia lub wyciszenia telefonów

- zakaz jedzenia, picia i rozmawiania na sali

- zakaz wprowadzania małych dzieci z wyjątkiem specjalnych seansów dla dzieci, a stasrzaki do 12 r.ż. tylko z opiekunem

Dla mnie bomba. Myślę, że nie była to ostatnia wizyta w tym kinie, bo choc jest daleko i trzeba tam jechać z przesiadką, to i tak łatwiej się tam dostać niż do pobliskiego kina. Podczas filmu było tak cicho, że Młoda bała się wysmarkać nos, by nie robić hałasu. 

Dobrze jednak, że miałam ze sobą stoper do uszu, bo film był dla mnie trochę za głośno. Stopery jednak zawsze noszę w plecaku, bo często też w pociągu czy autobusie korzystam, gdyż gwar rozmów jest czasem dla mnie nie do wytrzymania, odkąd po chemii się moje zmysły wzmocniły (a już wcześniej były ponadprzeciętnie wrażliwe). A jak już w pociągu czy autobusie dzieci krzyczą albo jakiś debil filmiki se ogląda bez słuchawek czy jakaś kretynka kłapie godzinę przez telefon na cała koparę to instynkty mordercze się we mnie budzą. Dla mnie to koszmar: szybko pojawia się ogromny dyskomfort, ból głowy, mdłości i rosnąca z każdą sekundą wielka irytacja. Chciałabym, by kazdy choć jeden dzień w życiu poczuł to co czują osoby wysoko wrażliwe i by potem chory położył się spać, a przez kolejne trzy dni budził się z ogromna migreną. Może by to nauczyło ludzi szacunku do innych i używania słuchawek oraz zamykania swoich cholernych mord w przestrzeni bublicznej, gdy nie ma powodu by tą mordą kłapać non stop. 

A palaczy najchętniej odizolowałabym od reszty społeczeństwa albo wystrzelała. Bo ja serio nie widzę najbledszego sensownego powodu, dla którego ja czy moje dzieci mamy cierpieć przez jakichś niefrasoblibych śmierdzieli. Dla mnie zapach dymu papierosowego to koszmar, jakich mało. Rzygać mi się chce, jak tylko choćby lekko mnie dym zaleci. Młoda nie może oddychać, ma jakby objawy astmy, której jednak u niej nie stwierdzono, więc po prostu tak działa jej nadwrażliwość. 

A tymczasem w tym kraju palenie jest dozwolene w miejscach publicznych niemal bez ograniczeń. 

TO JEST CHORE i KARYGODNE! 

Dopiero niedawno wprowadzono łaskawie zakaza palenia na dworcach kolejowych i w poblizu szkół czy szpitali, ale i tak niektórzy palą (choć w naszym pobliżu odradzam, chyba że ktoś chce zjebę albo w ryj). 

Moim zdaniem zakaz powinien obowiązywać dosłownie wszędzie, a sprzedaż tego gówna powinna być całkowicie zakazana, a palacze poddani przymusowemu leczeniu. Chcesz się truć, truj się we własnym domu, czy we własnym samochodzie, byle nie przy własnych dzieciach i zwierzętach.

Rozumiem, że odwyk jest trudny, ale kuźwa, dzis można kupić wszędzie elektroniczne papierosy, które nie są dla innych szkodliwe i które tak nie drażnią, ale nie, ludzie wolą niszczyć życie i zdrowie innym paląc tytoń. 

Tym to mądrym przemyśleniem kończę dzisiejsze wypociny. Ulżyło mi. Mogę w swpokoju cieszyć się deszczowym weekendem.

1 kwietnia 2025

Rowerowanie, maszerowanie, rolowanie, pływanie - wiosna.

 Poprzedni weekend korzystaliśmy z pięknej wiosennej pogody i spędziliśmy go nawet dosyć aktywnie. Nie oddalaliśmy się co prawda zbytnio od domu, ale i u nas jest co robić, jak pogoda sprzyja.

W sobotę wybrałam się z Małżonkiem na rowery. Z instagrama dowiedziałam się, że w sąsiedniej gminie,  znowu jakąś wystawę sztuki w parku zainstalowali. Mimo, że nie jestem fanem ani znawcą sztuki, to lubię sobie dziwne rzeczy pooglądać ...a czasem się pobrechtać... 



























Większość prac była bez sensu - MOIM nader skromnym zdaniem - ale ...siusiak mnie rozbawił. 

Jakieś łby też ciekawie wyglądały, a kury były sympatyczne. Nie robiłam dużo zdjęć, bo mi się nie chciało. Aż tak ciekawe to to nie było. Żonkile kwitną cudnie, ale ileż można fotografować żonkile...? 

Wracaliśmy okrężną drogą i cyknęłam se fotkę tunelu dla pieszych. Kawałek dalej jest tunel dla rowerów, ale kto mi zabroni znieśc rower po schodach i skorzystać z przejścia dla pieszych? Nikt!

Po drodze sfotografowałam też magnolię, bo właśnie wszystkie masowo zakwitają, a mamy ci tu tego bez liku. I białe, i różowe, i fioletowe, i małe krzaczki i ogromne drzewa.


Tunel dla pieszych pod torami

W niedzielę mieliśmy porowerować do miasta, by w końcu nasze kwity od optyka do skrzynki funduszu podrzucić, ale Młody zaczął narzekać, że się nudzi, że nie ma co robić, no to zapytałam, co myśli o małej wycieczce. Oparł, że spoko, ale on by chętniej na rolki poszedł... 

No to pojechaliśmy na pobliski polder nad Skaldą, gdzie jest wypasiona szeroka wielokilometrowa ścieżka rowerowa, ale można też obserwować tam zwierzęta, podziwiać widoki i spacerować. Najstarsza też się z nami zabrała, bo autem jechaliśmy. Zabrałam dwie pary rolek i Młodzi się narolowali do woli. 



Młody nie mógł się nacieszyć placem do rolowania i jeździł w te i wewte jak szalony. Ja i Małżonek obserwowaliśmy ich poczynania przez dobrą chwilę z góry ze ścieżki dla pieszych, aż w końcu poszliśmy na nasz "wandeling" (marsz), a Młody rolował obok, choć przeważnie daleko z przodu, tam gdzie się rolkami jechać dało. Kawałek drogi rowerowej bowiem jest w budowie i po piachu żeśmy szli. Młody też szedł, a Tata niósł rolki. Coś mi się widzi, że to może być  brakujący kawałek rowerostrady (szybkiej, szerokiej dwupasmowej scieżki rowerowej) łączącej Gandawę z Mechelen. A i demolka na wielkim skrzyżowaniu w Dendermonde pewnie też ma coś z tym wspólnego, bo to ta sama ścieżka. Po drodze jakiegoś dziadzia napotkaliśmy, który pokazując głową na zaparkowane koparki i świezo wysypane kamienie  powiedział coś w rodzaju: "Tak, tak, dobrze jest czasem z bliska sobie popatrzeć, na co idą pieniądze z naszych podatków... Sześć milionów euro! ...Stoi tam na tablicy, możecie sobie zobaczyć..." Ponarzekał, westchnął ciężko i poszedł dalej... A my zaczęliśy się zastanawiać, czy faktycznie nie ma ważniejszych rzeczy do zrobienia w tym kraju... Choć z takiej fietsostrady to ja z chęcią bym skorzystała, by pojechać sobie rowerem do Mechelen, a może nawet i do Gandawy... Na to jednak jeszcze z chwilę trzeba pewnie poczekać.


Rzeka Skalda

my szliśmy górą, młodzież rolowała dołem

…Małżonek niósł rolki…

zabytkowa wieża ciśnień i łabądek



Obserwowaliśmy też ptaki wodne, a było ci ich tam zatrzęsienie. Wielu budowało gniazda. Poniżej możecie zobaczyć jedną parę łysek przy pracy. Jedno buszowało po szuwarach w poszukiwaniu materiału budowlanego. Gdy udało się coś porządnego znaleźć, dostarczało je drugiemu. Drugie odbierało materiał i układało… Od czasu do czasu przeganiali inne ptaki, gdy zanadto się zbliżyły…



trzymaj!

przywiozłem coś

wiozę deskę

coś znalazłem…

wiozę…



jestem…

masz!

lecę po następne

KURKA WODNA!

łyska



kormorany








czernica on


czernica ona

kaczki górskie


Po drodze wstąpiliśmy na kawę i lody. Przy płaceniu trochę zwątpiłam... ponad 40€ za 2 kawy, soczek, mleko czekoladowe i 3 lody to jakby deczko drogawo... Ceny rosnące w oczach zaczynają budzić coraz poważniejsze obawy co do przyszłości.

Któregoś dnia ubawiliśmy się z nieporozumienia językowego pomiędzy Tatą a Synem. Nie pamiętam, jakie słowa dokładnie padły, bo nie słuchałam za bardzo, a zainteresowałam się dopiero, jak Młody spojrzał na mnie z miną "co ten ojciec znowu za bzdury gada".  W każdym razie w pewnym momencie z ust Taty padło słowo "BIS", które wywowało u Młodego lekką konsternację. Od razu zobaczył bowiem przed oczami "BEES" i począł się zastanawiać o co Staremu chodzi z tymi pszczołami. Jakie znowu pszczoły?!  Okazało się, że nigdy wcześniej nie słyszał słowa "bis" i nie znał jego znaczenia, a że jego mózg przyzwyczajony jest do używania kilku języków jednocześnie i na zmiany to mózg wyświetla mu zawsze wszystkie dostępne znaczenia, co czasem wprowadza zamieszanie, a czasem go bawi. Z tego powodu staram się np uniakć rozmowy o chórach, bo niderlandzkie słowo "hoer" też wymawia się chór, ale ono znaczy "dziwka", co jest dla młodego wielce zabawne. Mnóstwo jest takich wyrazów, które powtarzają się w niderlandzkim, polskim, angielskim czy francuskim, ale znaczą co innego, a u nas mówienie mieszaniną języków stało się już normą, bo non stop komuś szybciej mózg podpowie wyraz w drugim czy trzecim języku zamiast po polsku. Młodzież często wręcz nie zna niektórych słów po polsku, szczególnie terminów matematycznych, biologicznych, medycznych, nazw niektórych przyrządów czy na ten przykład roślin. A i mnie czasem polskie słowo nie może się przypomnieć. W moim przypadku problemem zaczyna być słownictwo z zakresu okołodzieciowego, urzędowego, czy medycznego, bo jednak cześciej na te tematy poza domem rozmawiam, niż w domu, a przecież tylko w domu posługuję się polskim w mowie.

Innego dnia popedałowałam do sklepu, gdzie po włożeniu do koszyka potencjalnych składników obiadu, poszłam do działu z kosmetykami, by se krem dopaszczowy kupić, bo mi się był skończył... Jeszcze nie zdążyłam dopatrzeć się półki z kremami dopaszczowymi, jak jakaś niska skośnooka pani podsunęła mi flaszkę z jakąs wodą miclearną, czy coś w tym stylu (nie używam tego to się nie znam) zapytując się, czy ta jest z oliwką, "bo z oliwką są lepsz, gdyż cośtam...".  Z wyglądu wyglądało jakby było z oliwką, ale nadal się nie znam, więc zaczęłam próbowac rozszyfrować napisy prawie niewidzialnymi literkami w wielu językach oprócz tego, który bym znała... W końcu znalazłam "arganolie" więc powiedziałam pani, że jest z oliwką. Podziękowała się kłaniając, jak to Azjaci tylko potrafią, że od razu czujesz się jakiś mądry i ważny i w ogóle bardzo podziękowany... Potem mi powiedziała, że kremy z loreala, które oglądam, w innym sklepie są teraz w promocji i drugi jest za połowę ceny. Potem zaczęłyśmy gadać o kremach, zdrowiu, jakoś na raka się zeszło bo i ona miała przyjemność... A potem doszłymy do leczniczych właściwości miodu i jego cen oraz jakości. To była rozmowa bardzo krajoznawcza. Pani okazała się pochodzić z Indonezji, ale mieszkała też ponoć w Korei i Japonii... 

No i tak, proszę ja was, kupując zwykły krem dopaszczowy w pobliskim markecie, poznać można ludzi z innego kontynentu i pogadać z nimi o miodzie, modzie, pogodzie i aktualnych promocjach. Lubię to!

Innego dnia Młoda zapytała, czy wybiorę się z nią do Antwerpii. Ja podałam pytanie dalej i tak w sobotę z rańca wyruszyłyśmy we trzy baby koleją do Antwerpii. Tam najpierw poszłyśmy do sklepu z muzyką rockową The Rocking Bull https://shop.therockingbull.rocks/, bo Młoda chciała zobaczyć, co to za sklep. Kupiłam Młodemu czapkę z zespołem.

Tuż obok był sklep z komiksami Mekanik Strip https://www.mekanik-strip.be/. Nie było w planach jego odwiedzanie, ale że sklep Black Witch https://www.blackwitch.be/nl z odzieżą gotycką, zanjdujący się po drugiej stronie ulicy jeszcze był zamknięty, poszłyśmy do tej komiskowni. Panie, dwa piętra wypełnione komiksami! Żadna z nas nie jest ich fanem, ale obejrzeć było warto.

U Czarnej Wiedźmy Najstarsza kupiła sobie płaszcz, Młoda koszulkę z trupią czachą, a ja niebieską farbę do włosów. Całkiem fajny to sklepik i dość ciekawe stroje posiada na wieszakach. Choć jakiegoś ogromnego wyboru to tam nie ma i jak coś fajnego to raczej dla takiej szczapy jak Najstarsza, czyli rozmiary 34, 36, czy jak kto woli S. 

Potem zgłodniałyśmy, więc udałyśmy się do znanej już nam z poprzednich wizyt wegetariańskiej knajpki meksykańskiej. Wrzuciłyśmy coś na ruszt, pogłaskałyśmy psisko właścicieli, które zawsze towarzyszy klientom przy jedzeniu, ale nie podchodzi bez zaproszenia. Gdy wejdziesz do środka zaraz się pojawia i stoi przypatrując ci się z dala. Jeśli spojrzysz na nią (to ona) zachęcająco albo zagadasz, podejdzie od razu i można ją pogłaskać. Po zaakceptowaniu cię jako klienta, oddala się. Fajny pieseł. 

pieseł

wegański tacos 🌮 


Tak gwoli ścisłości, w Belgii obecność psów w restauracjach jest czymś totalnie zwyczajnym. Mnóstwo ludzi przychodzi ze swoimi pupilami, które leżą sobie grzecznie pod stołami w oczekiwaniu aż człowieki się posilą. 

Po napełnieniu żołądków polazłyśmy w stronę szmateksu z odzieżą na wagę, bo Młoda powiedziała, że przyzwoite rzeczy tam można znaleźć. Zaiste. Kupiłam sobie kurtkę skórzaną , śmieszną bluzę i oczobolne portki letnie za ok 20 ojro.

Zanim tam jednak dotarłyśmy, ja zauważyłam księgarnię De Sleghte https://www.deslegte.com/. To sieć księgarń z książkami używanymi.... Poprawicie mnie pewnie, że taka księgarnia to antykwariat się nazywa i pewnie będziecie mieć rację, ale mnie z jakiegoś powodu antykwariat kojarzy się ze starymi i bardzo starymi, a do tego starością śmierdzącymi książkami, więc pozostaję przy księgarni. Ta księgarnia zajmuje parter, dwa piętra i piwnicę. Jest w czym wybierać. Ja obejrzałam na szybko tylko dział dla młodych dorosłych i wybrałam dla Młodego jedną książkę za 10€. Jeszcze nowością pachnie.

Po zakupach poszłyśmy do babskiego, czy jak kto woli lesbijskieg o baru, ale był akurat zamknięty. Siedziała jednak pod nim grupka osób, po wyglądzie i pozytywnej aurze od nich emanujacej sądząc, bez wątpienia stali bywalcy tego lokalu. Młoda zarządziła, że w takim razie idziemy wracamy na ulicę Pokątną, znaczy Sint-Jakobsmarkt, gdzie wcześniej byłyśmy w tym komiksolandzie i ubraniach dla wiedźm i gdzie znajduje się też czaderski bar dla fanów fantastyki i SF The Geeky Cauldron https://www.facebook.com/CafeTheGeekycauldron/






Podobało mnie się tam, ale byłam już piekielnie zmęczona, żeby nie powiedzieć wyczerpana, wypompowana, dętka do kwadratu. Wybrałyśmy po drinku z karty i Dziewczyny poszły zamówić. Wróciły z drinkami i ze śmiechem, bo się okazało, że zupełnie nieświadomie zamówiłyśmy se flagę Belgii. Mój drink De Raven (kruk) był czarny, Młodej czerwony, a Najstarszej żółty. Heheszkom nie było końca.

Ciekawa tam społeczność się gromadzi. Przesympatyczna, pozytywnie zakręcona. Z psem też ktoś był. A ktoś z wielką maskotką. Niektórzy w oryginalnym przyodziewku, którego żaden zwyklak nie odważył by się na się przywdziać. 

Tak oto mając blisko pięćdziesiątkę na karku mogę dzięki Moim Córkom odkrywać światy, o których istnieniu nawet pojęcia nie miałam przez te swoje bagatela pół wieku życia. Nawet jak tylko minimalnie mogę z tego korzystać, to raduję się wielce, że choć raz na jakiś czas te pół godzinki posiedzę w jakimś fajnym  barze i to w Doborowym Towarzystwie Własnych Dorosłych Córek. Do tego one stawiają! W ogóle obie się o mnie troszczą, zapytują co chwilę o moje samopoczucie i siły. Jestem Matką Najlepszych Dzieci na świecie.

Dalej parę obrazków z antwerpskich ulic….

dekoracja

dekoracja

dekoracja 





tak się buduje - front zostaje zabytkowy, tył robi się nowy

Dworzec Centralny w wieczornej odsłonie


ciekawy mural… 👀 


W niedzielę byłam z Młodym na basenie. Dokładnie to z Młodym i Starym, z tym że tylko Młody pływał, bo Małżonek to on woli na wodę przez szybę patrzeć. Siedział se w basenowej kawiarni i patrzył, jak się pluskamy. Kafetaria jest nad głównym basenem, więc mógł podziwiać epickie skoki do wody Naszego Epickiego Syna. Długo nie zaglądaliśµy na basen. Tak długo, że rano nie mogliśmy znaleźć naszej kosmetyczki basenowej, ani okularów. Miotaliśmy się po domu ze złością. A to wszystko w mojej torbie basenowej wisiało sobie na wieszaku w kanciapie. Wisi głupie w samym kącie i nawet się nie odezwie. O dziwo nawet ludziów za dużo nie było, więc i "na rzecze" postałam sobie pod wodospadem i przy biczach wodnych dla zdrowotności, i popływaliśmy na głównym, i na zjeżdżalniach pozjeżdżaliśmy, ze zdziwieniem konstatując, że wymienili długą zjeżdżalnię i ta nowa nie pozwala rozwinąć takiej prędkości jak ta stara wyślizgana. Gdy skóra nam się rozmokła i niemal zaczęła odpadać to dołączyliśmy do Małżonka w kafetarii, gdzie wsunęłam gofra z cukrem a Młody pulpety w sosie pomidorowym.