Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca na czeki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca na czeki. Pokaż wszystkie posty

19 marca 2023

Przemyślunki okołorobocze styranej życiem sprzątaczki.

Pisqła; qrtykuł blogozy po niderlqndwku uœyzqjπc klqziqtury qwerty<

Czytaj: pisałam artykuł blogowy po niderlandzku używając klawiatury azerty. HAHAHA

Teraz nie mogę się z powrotem przestawić na qwerty i polski język. Zaraz mnie dunder świśnie cholera jasna, jak mi się litery kałapućkają.

Gdzie możecie ten artykuł blogowy przeczytać? Nigdzie, to moje zadanie domowe z pisemnego niderlandzkiego. Mieliśmy opisać jeden tydzień w formie wpisu blogowego, a dokładnie, nasze obowiązki domowe, spędzanie czasu wolnego i emocje z tym związane. Takie zdania to ja lubię. Pozwoliłam sobie na dosyć luźną interpretację mojego ostaniego tygodnia, bo prawda mi słabo do tematu pasowała haha. 

Ten wpis tutejszy będzie jednak trochę bliższy prawdy.

Od ostatniego wpisu we wtorek miałam raczej gówniany nastrój aż do soboty. 

Spotkanie z psycholożką przebiegło po mojej myśli, zatem umówiłam się na następną wizytę za 2 tygodnie. Nie wasz interes, o czym z nią rozmawiałam, ale tyle zdradzić mogę, że była wielce zdziwiona podejściem mojego lekarza. Powiedziała, że z jej wieloletniego doświadczenia z onkopacjentkami wynika, że w takich sytuacjach 2 tygodnie wolnego to minimum, a i 4 nie przesada. Dodała oczywiście,  że wszystko zależy od sytuacji, a jednak najważniejsza jest tu opinia i przeczucia pacjentki, bo tylko ja sama czuję, co i ile dam rady robić i czy w ogóle. Poradziła mi pójść raz jeszcze do swojego doktora i wyłożyć mu jak krowie na rowie, to co ona powiedziała i uwypuklić raz jeszcze, to jak się czuję. Zasugerowała ponadto skontaktowanie się z kliniką piersi i poproszenie o rozmowę z tamtejszymi pielęgniarkami, bo one mi najlepeij doradzą i wszystko wytłumaczą, a w razie potrzeby załatwia zwolnienie od onkologa albo z nim szybkie spotkanie.

Poszłam do tego swojego rodzinnego i powiedziałam, co miałam do powiedzenia, co nie spotkało się z żadnym specjalnym zainteresowaniem ze strony pana doktora. Nawet jednego choćby najgłupszego pytania mi nie zadał ani na pierwszej, ani na drugiej wizycie w związku z moim zmęczeniem. Oznajmił krótko, że w takim razie może faktycznie potrzeba mi więcej wolnego i po chwili podał mi kartkę ze zwolnieniem na 2 dni. No panie, szaleństwo! Nie miałam w ogóle pomysłu jak spędzę taką kupę wolnego czasu, by najlepiej się zrelaskować i odpocząć. Rozważałam wyjazd do ciepłych krajów, sanatorium a nawet podróż dookoła świata, ale ostatecznie postanowiłam zostać bezpiecznie w domu, by siedząc w słońcu popatrzeć sobie na nasze kurki. 

Bożenka

Bozia i Henio 💖

kuper Bożenki

plażing


Ale mnie wkurwił! Totalna olewka! 

Zrobiłam szybki rachunek sumienia.

 Podbudowana rozmową z psychologiem, zabrałam się za pisanie planów na najbliższą przyszłość. 

1. Jutro wracam do pracy. Zobaczę, jak będę się czuć. Od wyników tej obserwacji zależy dalsza realizacja planu.

2. Umówię się do kliniki piersi na rozmowę, w celu wyjaśnienia kilku wątpliwości. Od tego będzie zależała dalsza realizacja planu.

3. Postanowiłam, że muszę zmienić pracę. Nie wiem jeszcze na jaką ani kiedy, bo to zależy od rezultatów punktu 1 i 2 oraz 4. Choć mam kilka pomysłów.

4. Umówię się do VDAB i poproszę o coacha, spytam o kursy i inne możliwości.

5. Gdy zajdzie potrzeba, poproszę onkologa (bo na pewno nie tego ochęcha, o którym mowa powyżej) albo pierwszego lepszego psychiatrę o zwolnienie lekarskie na czas bliżej nieokreślony, ale wolałabym po prostu normalnie móc swoją pracę póki co uczciwie wykonywać, o ile moje ciało nie będzie mieć odmiennego zdania w tej materii.

6. Po przeczytaniu ostatnich e-maili ze związków zawodowych i artykulów w prasie na temat naszego zawodu i planowanych akcji, postnowiłam odtąd wykonywać swoją pracę stosownie do wynagrodzenia i traktowania. No dobra, po chorobowym już tak robię, ale teraz będę jeszcze bardziej. 

Nigdy dotąd się nad tym wszystkim tak bardzo nie zastanawiałam. Starałam się pracować uczciwie, nie zważając ani na wynagrodzenie, ani na oczekiwania klientów, ani traktowanie, ani tym bardziej jak się ma jedno do drugiego.

Dopiero teraz po przeczytaniu tego czarno na białym zaczęłam o tym myśleć i dyskutować z małżonkiem.

Mój związek zawodowy informuje mnie na ten przykład, iż ostatnie badania wykazały, że 159 na 175 firm z naszego sektora dopóściło się naruszeń, a nasze zdrowie nie jest priorytetem dla naszych pracodawców. Miło.

Nasz sektor jest w 70 procentach substydiowany przez państwo, ale forsa w dużej mierze jest przejadana przez masowo pojawiające się biura, które de facto nie robią dla nas ani dla kientów niczego specjalnego. Głównie to zaprzeczają wszelakim zgłaszanym przez sprzataczki problemom i blokują nasze podwyżki, a niektóre nawet obowiązkowej indeksacji postanowiły pomocom domowym nie płacić, bo kto bogatemu zabroni. Moje nowe biuro jednak póki co jest w porządku i widzę, że w miarę o nas dba, ale chodzi mi o ogólne zasady i trendy.

Najbardziej jednak do myślenia dało mi nagle to, ile za nasze usługi buli rząd. No bo pomyślcie, ja zarabiam oficjalnie na dzień dzisiejszy niecałe 14€ za godzinę brutto (szaleństwo c'nie?), ale moi klienci płacą tylko 9€ za godzinę mojej pracy, a po odliczeniu sobie czeków od podatku, wychodzi im de facto około 7 € za godzinę mojej pracy. Resztę mojego wynagrodzenia plus moje ubranie robocze, dojazdy, utrzymanie naszych (diabli wiedzą po co potrzebnych, skoro nie robią tego, co powinny) biur, etc sponsoruje państwo. 

Zastanówcie się nad tym, JAKI TO MA KURDE SENS?!

Słuchajcie, jestem w stanie zrozumieć, że rząd dopłaca np takiej schorowanej samotnie mieszkającej emerytce do pomocy domowej. Nie dziwi mnie też, że taka samotna matka z dwójką dzieci ma sponsorowaną w części pomoc domową. No dobra, nawet to średnio zarabiajce małżenswto z dwójką dzieci niech ma dopłacane, ale jak to możliwe jest, że na ten przykład ludzie mieszkający w willach z basenem, paradujący w butach od Gucciego i z torebkami od Prady, lansujący się w Teslach czy Mustangach, muszą mieć też sponsorowaną przez pańswto pomoc domową? Nie wiem, jak wam, ale mnie tu coś nie klika. No sorry, ale czy bogatego nie stać zapłacić mi tych 14 euro za godzinę? Jak go nie stać, niech sam se sprząta, tak jak ja i miliony ludzi na całym świecie to robi każdego dnia. Wielka mi fizjologia!

Znam powód wprowadzenia przez Belgię systemu czeków usługowych, w którym dziś pracują wszystkie pomoce domowe. Chodziło o zlikwidowanie szarej strefy. Dlatego rząd zaczął dopłacać ludziom trochę, by nie zatrudniali ludzi na czarno, tylko legalnie i by można było kontrolować warunki pracy pomocy domowych. Od tego czasu sporo wody w kiblach upłynęło i, moim zdaniem, dziś to jest jakaś parodia z tym systemem. 

Znając ludzką psychikę odrobinę, łatwo się domyslić, dlaczego burżuj nie będzie szanował naszej ciężkiej pracy i wydziwiał na potęgę. Po co szanować coś, co tak mało go kosztuje? Po co szanować coś, na co ciężko nie zapracował tylko dostał od rządu? Jeśli coś komuś zbyt łatwo przychodzi, jest zwykle mało dlań  warte. Tak wynika z moich obserwacji, choć wam wolno uważać inaczej. 

Tak czy owak takie przemyślunki są bardzo dołujące, szczególnie w takiej sytuacji, w jakiej ja się aktualnie znajduję. 

Nie wybrałam sobie mojej choroby ani niedyspozycji. Nic z tym kurde zrobić nie mogę. Muszę z tym żyć i nie mam innego wyjścia. Muszę pracować, bo aktualne koszty życia są, jak sami wiecie, koszmarne. Powiedzmy sobie szczerze, zaczynamy coraz bardziej zbliżać się do takiego stanu finansowego, przed jakim uciekliśmy z Polski. Niby jeszcze daleko, ale z każdym tygodniem coraz bliżej i bliżej. Nasze zarobki wystarczają ledwie na opłacenie faktur, czynszu, zakup jedzenia i innych podstawowych rzeczy do życia potrzebnych. Zostaje niewiele albo i nic, a jak zostanie, zaraz jakaś dziura wypadnie...

Zatem nie mogę sobie pozwolić za bardzo na siedzenie w domu na dłuższą metę, bo nas na to zwyczajnie nie stać. Najstarsza na razie nie musi ani centa nam dawać do domu, bo tak postanowiliśmy, choć ona chce i  ciągle to proponuje. Mówimy jednak kategoryczne NIE, bo dopóki nie dostanie kontraktu na czas nieokreślony, to niech gromadzi wypłaty na swoim koncie, by mieć na własne wydatki, bo cholera wie, co będzie. W jej przypadku znalezienie ewentuanej nowej pracy nie będzie przecież prostą sprawą, bo autystyków nikt nie kwapi się za bardzo zatrudniać.

Reasumując, poprzedni tydzień był dosyć dla mnie dołujący, ale już weekend był całkiem miły i wesoły.

Wrócmy jednak jeszcze na chwilę do tygodnia. 

W czwartek też odwiedziłam psychologa, ale innego i tym razem z Młodym. 

Mieliśmy rozmowę na temat badań diagnostycznych, co było dosyć ciekawe i dostarczyło mi nowych informacji o świecie. Po wysłuchaniu naszej opowieści i zadaniu nam kilku pytań, psycholożka oznajmiła, że faktycznie wiele rzeczy wskazuje na możliwość występowania autyzmu u Młodego, ale też nie nalezy wykluczyć... "hoogbegaafdheid" hm... tu mam problem z polskim określeniem. Przeszukałam internet i mi pokazuje "dziecko zdolne". Tym terminem to ja byłam określna w podstawówce, ale nie niósł on ze sobą niczego specjalnego. Może zatem raczej wysoko uzdolniony...? Czyli wysoka uzdolnioność? HAHA Jeżu kolczasty, polska to trudna jenzyk. 

Dość, że psycholożka stwierdziła, iż częstokroć jest zła diagnoza stawiana, bo diagnozuje się albo "hoogbegaafdheid" (nazwijcie se to po polsku jak chcecie) albo autyzm, a częstokroć oba problemy idą w parze i oba dają podobne objawy. Można mieć to albo to, albo obydwa. Dlatego też zasugerowała zrobienie obydwu testów, na co oboje z Młodym się zgodziliśmy. Tak, Młody też musiał wyrazić zgodę, a wyraził chętnie, szczególnie, gdy powiedziała, że zrobi mu test na inteligencje, bo to wydaje mu się bardzo ciekawe.

Rozbroiła mnie jego prostolinijna odpowiedź na pytanie: "co było powodem, że przeskoczył klasę?". "Bo jestem mądry!" Krótko i na temat :-) Psycholożce jednak ta odpowiedź dostarczyła informacji, że on się czuje mądry i jest tego pewny, zatem tak na pewno jest, a to już wiele o nim mówi. 

Dla mnie nowością było, że wysokie uzdolnienie może dawać objawy fizyczne, czyli np powodować nadwrażliwość na bodźce dźwiękowe, zapachowe, dotykowe. Ja, wiecznie zdziwiona życiem.

Tak więc będziemy mieć dwa badania, co nas będzie drugie tyle kosztowało, czyli około 600€. Co za ulga dla portfela! Badania odbędą się w kwietniu, a ja teraz jestem jeszcze bardziej ciekawa ich wyniku, niż przedtem. 

W sobotę mieliśmy piękną pogodę. 

Było słonecznie, a termometry pokazywały blisko 20 stopni. Postanowiłam zatem dla relaksu powyrywać chwasty z kamieni koło domu i posiać w doniczkach śmierdziuchy, zwane też, diabli wiedzą czemu, aksamitkami. Fajnie było tak posiedzieć w słońcu. Znaczy w słońcu było fajnie, bo jednak posiedzieć to już miało wady. Dokładnie to kucałam, przynajmniej przez pierwsze kilka minut, ale jak potem chciałam wstać, się okazało, że to był kiepski pomysł. Więc dalsze plewienie kamieni odbyłam na klęczkach. Mniej bolało. A idź pan w chj z takimi kolanami. Ma ktoś może na sprzedaż dobre, mało używane kolana kobiety rasy białej? Kupiłabym. Inne części też.

Takie było ciepło, że Młody postanowił ze swoją czarnoskórą kumpelą pójść na rowery. Objeździli chyba całą gminę, tyle czasu ich nie było. I sklep jakiś zaliczyli, bo Młody squishy pingwinka sobie kupił. Używa często squishy zabawek do odstresowywania. Młody wrócił ogromnie zmęczony.  Był tak zmęczony, że łzy same płynęły mu po policzkach bez żadnego zewnętrznego powodu. Typowy objaw przebodźcowania i zmęczenia ludzi wysoko wrażliwych. 

Gdy się najadł zaproponowałm wspólne oglądanie pierwszej najstarszej części Jumanji. Oglądaliśmy i film mu się bardzo podobał, ale nie mógł sobie znaleźć miejsca. Siadał, kładł się, nagromadził picia i jedzenia, ale niczego z tego nie wypił ani nie zjadł, bo sam nie wiedział, czego chce. To musi być okropne uczucie, gdy człowiekiem miota tyle emocji na raz, że mało go nie rozsadzi i sobie nijak z tym poradzić nie może. 

Oznajmił, że ten film jest straszny! Opinia gościa, który oglądał "To" czy "Cujo" bez mrugnięcia okiem, który tylko raz kazał zatrzymać "Annabel", ale potem dooglądał i wcale się nie bał. Jumanji, film familijny, uznał za straszny, co bynajmniej nie ujmuje jego fajności. Wprost przeciwnie.

Skąd wziął się pomysł na oglądanie tej staroci? Ano stąd, że Młoda znalazła kiedyś w Kringwinkel grę planszową JUMANJI i przyniosła to do domu sprawiając mi tym niezmierną radość. Nawet jakby gra była denna, to samo posiadanie takiej gry jest satysfakcjonująe przecież dla każdego fana tej serii filmów.

A jednak sama gra okazała się też świetna! Dobrze bawilam się grając z Młodą i Młodym. Plansza wygląda niemal dokładnie jak ta z filmu. Karty zawierają te same i podobne hasła jak w filmie, a odczytuje się je wkłądając na środku w specjalny czytnik. Gra się razem, choć można sobie podokuczać, gdyż nie ważne, kto dojdzie do środka, ważne, by ktokolwiek doszedł, zanim minie czas. Mamy też klepsydrę do odliczania czasu, co dodaje emocji i radochy, a nawet upierdliwego nosorożca blokującego drogę graczom. Polecam wszystkim fanom planszówek i filmu. Zabawa przednia.




Jumanji gra planszowa


 



21 stycznia 2023

Upierdliwe skutki terapii hormonalnej a życie toczy się dalej

 Ależ to irytujące, że człek nie zna teraz siebie samego, że możliwości własnego ciała są nieprzewidywalne a granice nieznane. 

Drzewiej człek wiedział, jak daleko zajść może, ile w łapie przyniesie, ile jest w stanie zrobić. Mógł dzięki temu rozsądnie se robotę i insze działania planować, tak by im sprostać, by cały tydzień sprawnie działać i nie zamęczyć się już dnia pierwszego. Teraz nic nie jest oczywiste ani przewidywalne w tej materii. 

Jestem zmęczona i obolała. Nie podoba mi się to. Mózg trochę jakby się poprawił i działa nie najgorzej, choć ciągle zapominam łatwo wszystko i się plączę w myśleniu. To jednak nic z porównaniu z fizycznymi niedomaganiami, gdy akurat ma się to szczęście, by wykonywać ciężką fizyczną pracę. 

Już w poniedziałek wiedziałam, że to będzie trudny tydzień, bo czułam się mało wypoczęta po weekendzie. Jakoś strasznie wolno ostatnimi czasy wypoczywam i wolno śpię. 

Poniedziałek był ciężki. Nie byłam u poniedziałkowych klientów 5 tygodni, bo czasem tak wychodzi, że wszystko w ten sam dzień tygodnia wypada. W grudniu musiałam w jeden poniedziałek do onkologa, więc wzięłam wolne. Potem miałam 2 tygodnie urlopu. Pierwszy poniedziałek roku było zaś wolne za Nowy Rok, a potem jeszcze szkolenie w kolejny poniedziałek. Niefajnie ani dla klientów, ani dla mnie, bo wiecie, jeden se sam posprząta należycie, ale drugi tylko rynek ogarnie. Przeto jak po 5 tygodniach przychodzisz w końcu ze szmatą, to masz taki syf do ogarnięcia, że głowa mała. I tak właśnie było. Jeden ogarnął, a drugi był chory i tylko z grubsza. Był zatem zachrzan. Ostatkiem sił dopedałowałam do domu i padłam na pysk. 

wschód słońca i Krowa elektryczna

We wtorek Matka Natura utrudniła mój żywot robiąc se lodowiska tu i tam. A ja blisko 10 km do klienta. Skuter odpada. Jeszcze mi życie miłe. Wzięłam elektryka, bo rower to jednak rower. Wyjechałam godzinę wcześniej. Powoli i ostrożnie. Do lasu szło łatwo, ale tam zgodnie z oczekiwaniami była szklaneczka na drodze. Solniczki tam nie jeżdżą. W Belgii w ogóle jeśli idzie o posypywanie czymkolwiek dróg to bardzo jest ubogo. 



Dawniej oblodzona droga to dla mnie była wesoła atrakcja i wyzwanie - przejechać pięknie całą trasę i się ani razu nie wyglebić, a w razie zaliczenia gleby, podnieść się szybko i z uchachaną mordą udawać, że ten piruet rowerowy był zamierzony i celowy.  Teraz jednak czuję się zgrzybiale, przeto ani mi w głowie takie figle. Jak zobaczyłam ten lód, byłam wściekła, zniechęcona i załamana. Przypomniałam sobie siebie sprzed raka i te przejazdy po takim lodowisku na tej samej drodze i nagle poczułam się tak cholernie stara, zmęczona i upokorzona. Kurde, wychowałam się przecież na Podkarpaciu, gdzie każdą zimę zapieprzałam rowerem do wszędzie. Wiem, jak należy jeździć rowerem po lodzie, by się za często nie wywracać, dzięki kilkuletnim treningom sztuk walki znam też techniki upadania i dotąd wydawało mi się, że to wystarczy. 

Jednak stojąc na tej oszklonej drodze uświadomiłam sobie, że dupa blada… Boli mnie ramię i dłonie pobolewają, co utrudnia zwykłe prowadzenie roweru, a rewolucje na śliskiej powierzchni i sprytne manewrowanie kierownicą praktycznie uniemożliwia. Biodra, kolana, stopy… wszystko mam  rozpieprzone przez te cholerne piguły i chemię. Nic nie jest takie, jak było. Do tego to zmęczenie. Dawniej to nawet jak zajechałam upocona jak świnia po takich atrakcjach do roboty, wypiłam flaszkę wody i dawaj do miotły jakby nigdy nic, a po robocie jeszcze okrężna droga do domu, by zakupy zrobić - wiatr, deszcz, zawierucha - nic mnie nie powstrzymało. Potem siup jeszcze ze trzy prania, gotowanie, sprzątanie, a wieczorem jeszcze na kurs mogłam skoczyć i dawałam rady.

 A teraz stoję przed tym lodem i se myślę, jak ja, kurwa mac, dojadę dziś do tego klienta?! Jak potem dam rady sprzątać 4 godziny? I czy dam rady wrócić o własnych siłach na chatę? 

Czuję się staro po tym raku. 

Bardzo staro.

 Schowałam dumę do torby rowerowej i przeprowadziłam rower przez cały lód. Ze 300 metrów tego było. Resztę drogi już dało się normalnie jechać, bo tylko w niektórych miejscach były zamarznięte placki wody, a małych lodów aż tak się nie boję. 

Widoki po drodze jednak były zacne, bo - jak to w Belgii często bywa - tu lodowisko, a tam tablice „uwaga teren zalany”. Na zalanych łąkach mewy se kąpiel urządziły, a to wszystko promieniami wschodzącego słońca niczym złotem muśnięte. Zachwycający widok.


Mewy zażywające kąpieli w podmarzniętej wodzie 

wylał strumyk Molenbeek, łąka zalana
 

Środa była nawet spokojna. Klient prawie koło domu i jeszcze kobieta kibel i prysznic pięknie sama wymyła, garaż posprzątała, więc łatwiej się z robotą było uporać. Szybko wróciłam, nagotowałam kiszonej kapuchy z zasmażką, ziemniaków i kichy nasmażyłam. Młody nic z tego nie lubi, więc jajecznicę sobie usmażył. Posprzątałam kurnik, prania jakieś zrobiłam, trawy nazbierałam dla świnek (tak, w Belgii w zimie można zbierać trawę, byle tylko w południe słońce przyświeciło). I sporo czasu na odpoczynek mi zostało, a tego mi teraz wiele potrzeba. A w środowe rano znowu było pięknie. Świat miał przez chwilę niesamowity, rzadko spotykany kolor. Było nieziemsko niezwyczajnie granatowo. Zdawało się, że nawet powietrze jest niebieskie, a szron na trawie mienił się w świetle ulicznej latarni wszystkimi odcieniami granatu i fioletu…



Czwartek też był męczący. Do południa jeszcze jak cię mogę. Potem z każdą godziną gorzej. Gdy druga klientka powiedziała, że mogę iść przed czasem do domu, nawet nie protestowałam, a normalnie przekonywała bym, że może szafkę w kuchni posprzątam czy coś, bo tak się należy i ja lubię uczciwie pracować, ale ostatnio tego typu nielegalne propozycje akceptuję bez zbędnych dyskusji z ulgą i radością. Pakuję się i lecę do domu jak na skrzydłach, by wziąć gorący prysznic, wrzucić coś na ruszt i wyciągnąwszy obolałe kopyta zanurzyć się w internetach czy lekturze.

Doktory mówiły, że ciało długo się będzie regenerować po tych wszystkich przejściach, ale miałam nadzieję, że to jednak mniej będzie odczuwalne fizycznie. Niestety jest bardzo. Lekarz rodzinny powiedział, że zawód, który wykonuję, to idealny w tych okolicznościach raczej nie jest. Cóż, może jakbym wiedziała, że zachoruję na raka, to bym coś innego wybrała, ale teraz to za bardzo wyjścia nie mam. Z drugiej strony to dobra robota, bo ilość godzin mogę sobie regulować wedle uznania. Jak nie będę dawać rady na dłuższą metę, to pożegnam kilku klientów i tyle. 

Póki co żyję nadzieją, że to chwilowa niedyspozycja, bo zima, krótkie dni, mało słońca… Byle do wiosny.

Następny tydzień mniej godzin, więc będzie łatwiej.  Musi być.

Dziś byłam znowu u onkolog. Powiedziała, że wyniki mammografii i usg oraz badań krwi były w porządku i kazała wreszcie przyjść we wtorek po pierwszą dawkę zomety. No dobra. Pójdę.

Nie specjalnie lubię jeździć do szpitala autobusem, bo choć jazda trwa tylko półgodziny, to czekanie bywa męczące. Autobus do miasteczka jeździ co godzinę, a przeważnie jest sporo spóźniony, bywa że nawet godzinę… Lubię natomiast spacer z przystanku do szpitala. Idzie się (gdy zna się drogę) przez fantastyczny ogromny park pełen zwierząt i wody. Czysta przyjemność. 




Park w Dendermonde



Tym razem poszłam naokoło, by zbadać dokąd prowadzi nieznana ścieżka pod wiaduktem. Okazało się, że do ulicy sklepowej tamtędy blisko… Po drodze spotkałam konia w kubraczku i oryginalny napis na ogrodzeniu. Zwykle ludzie wieszają tabliczkę z napisem:  „VERBODEN TE VOEDEREN”, czyli zakaz karmienia. Tutaj właściciel konika napisał:
 „Chętnie jem marcheweczki i dobrze wysuszony chleb. 
Zapamiętaj, że od świeżego chleba czy spleśniałego jedzenia mogę umrzeć. 
Bądź rozsądny. Serdecznie dziękuję. Kabo”
 i dalej był nr telefonu do właściciela, co często spotyka się na ogrodzeniach pastwisk i co wielce rozsądne i praktyczne jest, bo każdy może szybko skontaktować się, gdyby zauważył coś niepokojącego. Często na fb widzę zdjęcia i pytanie czyj to koń, baran, krowa…? który/a biega po ulicy :-) 




Skoro już byłam na sklepowej ulicy, to poszłam pozwiedzać 😈. W zoologicznym kupiłam sianowy domek dla prosiaków, by mogły się poczuć jak Małgosie i zjadać ściany z chatki. Maggie będzie na pewno świetną Baba Jagą, która gryzie Małgosie po zadkach ;-) Pod wpływem chwili postanowiłam wdepnąć też do sklepu z elektroniką i wyjść z nowym chromebookiem, by móc wreszcie normalnie pisać tego swojego bloga. Nooo dobra, NORMALNIE to może za dużo powiedziane. Komputery w Belgii mają klawiaturę AZERTY, przeto nie ma mowy o normalnym pisaniu… W azerty cyfry robi się z <shift> a „@„ z <alt>. Nie można zatem mówić o normalnosci c’nie? 

Ja nauczyłam się pisać na maszynie do pisania (bodajże układ qwertz) mając z 6 czy 8 lat, potem miałam komputer Atari, a potem Peceta z tym samym układem klawiszy. QWERTY. Nigdy chyba nie będę normalnie pisać na azerty. Na starość cieżko się przestawić. Pisząc po polsku używam układu qwerty, co oznacza, że chcąc napisać „A” klikam „Q”, a żeby napisać “M” wciskam “?”. Ot cała fizolofia 🙃. Młody wyznaje tę samą ideologię i zaraz, jak tylko dostał szkolnego chromebooka, zmienił mu układ klawiszy, żeby móc normalnie pisać bez patrzenia na klawisze i szukania liter. Małżonek kupuje sobie laptopy w Holandii, bo tam są normalne 😜. 


Póki co nastał nam weekend i będę próbować znowu trochę się zregenerować.

A nasze Świństwa, gdyby kogoś ciekawiło, czują się wyśmienicie. Nowe całkowicie się zadomowiły i zaprzyjaźniły ze starymi. Wszystkie są fajne i wesołe. Lubimy je i ciągle się całą piątką zachwycamy, a czasem śmiejemy, bo robią różne hece. Maggie ostatnio odkryła, że to dziwne coś, co stoi od lat za klatką, zawiera siano i jak się za to pyskiem potarmosi, to dziura się zrobi we folii i można siano wyjmować. Boimy się tylko, że zeżre tę cholerną folię, ale nie mamy miejsca na wory z sianem gdzie indziej. I tak już w salonie tu siano, z drugiej strony karma, pod szafą dwudziestokilowy wór ziarna dla kur. Nie ma to jak być wieśniakiem haha. 

Małe swinie rano bawią się w berka, co jest prześmieszne, bo ganiają z niewyobrażalną prędkością z góry na dół i pomiędzy domkami. Patrząc na ich małe stopki i stosunkowo duże ciałka, wydaje się to niemożliwe. 

Bobek i Stara Ja

Lady i Młoda 

Tymczasem nasza biedna Bozia Koko się pierzy i jest bardzo nieszczęśliwa. Wypadło jej większość starych piór i teraz jest cała w kolkach, a tu zimno się zrobiło. Stoi toto zatem takie biedniusieńkie, chudzieńkie i wyskubane gdzieś w kącie ogrodu. Takie pierzenie dla kur jest bardzo nieprzyjemne podobno, co widać po Bożence. Może to swędzi, może boli, na pewno kurka źle się czuje. 

Wcześniej pierzyła się Sunny i też wtedy wyglądała jak siedem nieszczęść, ale za to teraz jest przepiękna, taka bardzo bardzo czarna i puszysta.

Bożenka też za jakiś czas będzie znowu piękna. Heniek za to ostatnio agresywnie wobec naszej Młodej się zachowuje. Kiedyś Chip ociągała się z włażeniem do kurnika, więc Młoda ją złapała, na co Chipi zaskrzeczała, a co Heńka wkurzyło i przywalił Młodej z dzioba po łapsku. Kolejnego dnia dostała już profilaktycznie za nic, bo Sunny zagdakała i ten myślał, że znowu „krzywdzi” jego kurę. Poważny kogut się z niego robi, nie ma co. Teraz Młoda ma dwa siniaki haha. 

pierząca się Bożenka wyglądająca jak dodo




14 stycznia 2023

Szkolenie, przewracanie podpasek i reszta tygodnia

 Kurs dla początkujących po 7 latach pracy

Zmieniłam pracodawcę, co oznacza, że w praktyce dla mnie nic się nie zmieniło, jeśli idzie o wykonywanie pracy. 😜Wykonuję ją bowiem ciągle w tym samym miejscu, czyli w tych samych domach, u tych samych ludzi, w ten sam sposób, za te same pieniądze… 

Zmiany dotyczą tylko drobnych detali formalnościo-urzędowych.

Pierwszy plus nowego biura jest taki, że przyodziewek roboczy dostajemy… Nooo, ja póki co otrzymałam tylko bluzę polarową i dwa fartuchy, bo innych rzeczy nie było na stanie i dopiero muszę pojechać je odebrać… Mam dostać jednak jeszcze buty, do tego kilka t-shirtów, zapas rękawiczek, krem do rąk i cośtam jeszcze. Do tego jest dodatek za pranie. W poprzednim biurze nie było ubrań. 

Fartuszki uznałam za wielce przydatne, choć głupawo się może w nich wygląda… typowa pomoc domowa haha. Klienci też uznali to za zabawne, wszyscy po kolei musieli żartobliwie skomentować mój fartuszek, ale też wszyscy zgadzają się, że to jednak praktyczna sprawa, bo po pierwsze mają kieszenie, w których mogę se nosić ścierki czy inne rzeczy. Po wtóre chronią moje łachy. 

Drugą istotną sprawą są kursy dodatkowe.

W poniedziałek zaliczyłam  w Gent obowiązkowy kurs dla początkujących. Zdawać by się mogło, że po 7 latach pracy jako pomoc domowa taki kurs jest niepotrzebny i nudny, ale ja powiem, że taki kurs jest po 7 latach przydatny i ciekawy. Osiem godzin zleciało w mgnieniu oka. Nie było to bowiem ględzenie jakiegoś pseudo mądryjoła, który w dupie był i gówno widział, tylko dyskusja, historie z życia opowiadane przez prowadzącą oraz wszystkich uczestników, którzy coś do powiedzenia mieli, dzielenie się pomysłami… Każdy też musiał powiedzieć, co wcześniej robił i dlaczego chce teraz sprzątać i dlaczego akurat w tym biurze…


Gandawa; ósma godzina rano w Belgii, to jeszcze ciemna noc

dworzec w Gandawie


Historie były niesamowite. Opowiem wam trochę, choć pewnie detale mi umknęły a inne być może przekręcę, ale sens ogólny raczej zachowałam…

Gdy prowadząca opowiedziała o sobie, wszystkich wzruszyła. Bo wiecie, mówiła, kiedyś prowadziła razem z małżonkiem firmę, dobrze prosperującą restaurację. Nagle mąż zachorował. Choroba Huntingtona. Szukanie specjalistów, badania,  diagnoza, szukanie rozwiązań, nowych terapii, specjalistów, leczenie… Nie trudno się domyśleć, że nie było mowy o jednoczesnym prowadzeniu firmy, czy w ogóle jakiejkolwiek pracy. Stracili firmę. Oszczędności wydali. Sama zaczęła chorować. Przeszła ciężką depresję. Było bardzo źle. Na szczęście, jak mówi, znalazła dobrą pomoc i wróciła do żywych. Poszła sprzątać, by zarobić na życie. Mąż żyje. Jest w placówce. Nie potrafi samodzielnie funkcjonować. Nie poznaje jej. Ona się nie poddała. Jednak to ją zmieniło. Postanowiła działać, pomagać ludziom, walczyć o ich prawa… Prowadzenie szkoleń to jedna z rzeczy, którymi się zajmuje. Gania też do stolicy, by tam domagać się tego czy tamtego od urzędów dla naszego sektora. Uczestniczy w różnych badaniach związanych z naszym zawodem… Dzieli się swoją wiedzą, doświadczeniem i ciekawymi historiami.

Mieliśmy dyskusję na temat tego, czy opłaca się zaprzyjaźniać z klientami i ona opowiedziała dwie historię z tego biura. Zastrzegała, że to autentyczne i że to na prawdę się zdarzyło. 

mój stary ryj na dworcu w Gandawie


Uruchomcie wyobraźnię…

Była sobie sprzątaczka w Gandawie, która pracowała u starszej schorowanej pani. Systematycznie sprzątała jej apartament. Zaprzyjaźniła się z miłą panią. Zauważywszy, że nikt starowinki nie odwiedza, spędzała z nią też czasem czas po pracy. Słuchała babcinych opowieści i żali. Zdarzyło jej się robić sprawunki, czy domowe ciasto w niedzielę babci przynieść. Nagle babcia umarła. Gdy otwarto testament, okazało się, że pomoc domowa otrzymała połowę budynku, czyli kilka czy kilkanaście pięknych apartamentów, których babcia była właścicielem. Ale babcia miała dzieci i wnuki, które na to czekały, ale nie dostały nic... Zaczęła się wojna i chodzenie po sądach… Ostatecznie pomoc domowa mogła zatrzymać jeden apartament, a resztę bodajże zabrało miasto… 

Druga opowieść zaczynała się podobnie, tylko że bohaterem był pan sprzątający. Pan, który był, jak wspomniała opowiadaczka (choć nie wiadomo po co) gejem, tak bardzo polubił pewną staruszkę, że większość czasu wolnego jej poświęcał. Robił zakupy, zawoził do fryzjera, odwiedzał w weekendy, naprawiał sprzęty itd itd. Był jej jak syn czy siostrzeniec, co prawdziwej rodzinie bardzo się nie podobało. Sami nie raczyli babci odwiedzać, zasadniczo mieli ją w dupie, ale wadziło im też, że obcy ją odwiedza i się z nią spoufala. A może o to, że jest gejem… W końcu złożyli na policji doniesienie, że facet staruszkę okradł. Nie pomogły jego tłumaczenia, ani babci zaprzeczenia. Zniszczyli obydwoje. I dobrego poczciwego chłopinę, i swoją matkę, babcię, bo i ona okropnie to przeżyła. Facet zmienił pracę. Losy babci nie są znane…

Opowieści uczestników kursu też były ciekawe.

Już pierwsza historia z pierwszego dnia pracy młodej Belgijki stała się wiodącym tematem całego dnia.

Dziewczyna powiedziała, że nie dawno skończyła studia w kierunku weterynarii, czy coś w ten deseń. Miała jakiś staż w psim salonie piękności i tam też dostała od razu zatrudnienie na część etatu. Po czym postanowiła sobie dorobić na sprzątaniu, bo tę pracę można wykonywać w dowolnym wymiarze godzin i różnych porach. Nie każdemu wszak pasuje robota od 8 do 16. No i git. Pierwszy dzień jednak bardzo niemiło ją zaskoczył.

Przyszła do klienta. Na dzień dobry kazano jej zdjąć buty i założyć papucie. Nie wiedziała, że nie można sprzątać ani na boso, ani w kapciach, nie zabrała butów na zmianę, a firmowe buty dopiero miała iść odebrać nazajutrz. Błąd początkującego. Nic to. Potem było gorzej. Kobieta wymieniła listę czynności tak długą i popieprzoną, że stary wyjadacz miotłowy by wymiękł i uciekł w podskokach… No nie, okej, stary  wyjadacz, by powiedział, co jest wykonalne i w razie niezgody, zrobił by w tył zwrot. 

Dziewczyna próbowała robić, co tamta sobie życzyła, czyli na początek zetrzeć wszędzie kurz na sucho, potem to samo wilgotną ściereczką i jeszcze raz na sucho… Po 7 latach oczekiwania i pomysły niektórych ludzi nadal mi się we łbie nie mieszczą. No dobra, reszta jej pierwszego dnia przebiegła w podobnych okolicznościach, czyli masie stresu przy próbie wykonania niewykonalnego. Nie zazdroszczę takiego pierwszego dnia. Puenta była najlepsza. Dziewczyna mówi, że zrobiła, co mogła, i myśli po cichu, że jak na pierwszy dzień w tym zawodzie, to chyba nieźle, a klientka na to wzdycha ciężko, przewraca oczami, bierze wiadro i ścierki i maszeruje w stronę posprzątanych pomieszczeń, by samemu posprzątać tak jak należy. Kurtyna.

Do końca dnia kursu kapcie i ich właścicielka były wspominane z 50 razy na różne sposoby, jako przedni żart. Gdybym była tą dziewczyną, poczuła bym się tym podbudowana i wsparta przez swoich. 

W grupie był jeden młody facet. Też Belg. Próbował sił w wojsku, potem m.in. w firmie zajmującej się sprzątaniem np dróg po wypadkach (wspominał ciężarówkę prosiaków jako najgorsze doświadczenie, szczegółów na szczęście oszczędził) czy mieszkań po menelach, gdzie wchodzi się w maskach i kombinezonach i odkaża pomieszczenia specjalnymi produktami. 

Jego pierwszy dzień w pracy był raczej zabawny, choć też posłużył i prowadzącej pewnie nie raz posłuży, jako zły przykład. W drzwiach napotkał typową seksistowską reakcję - Spodziewaliśmy się kobiety… (niektórzy dodają wprost, że facet przecież nie umie sprzątać). Ale ostatecznie nowi klienci okazali się - jak wspomina nasz kolega -  parą miłych emerytów. Zrobił, o co prosili w godzinę, a oni nie mieli pomysłu na wypełnienie mu pozostałych trzech godzin i odesłali go do domu, z czego ochoczo skorzystał, a czego, jak wiadomo robić nie wolno… Albo inaczej, robi się na własne ryzyko, a ryzyko jest duże…

Zdarza się, że klient wysyła pomoc domową do domu wcześniej, po to by natychmiast zadzwonić do biura i o poskarżyć, że wyszła 20 minut wcześniej.

Poza tym oczywiście kwestia ubezpieczenia i potencjalnych kontroli. 

Inna koleżanka, starsza już kobieta wróciła do sprzątania po tym, jak fabryka, w której ponad 20 lat przepracowała, właśnie została zamknięta. Prowadząca dodała, że w pozostałych grupach było sporo ludzi ze zlikwidowanego Makro. 

Jeszcze inna jest z zawodu pielęgniarką i kilka lat pracowała jako pielęgniarka domowa, ale urodziła dziecko i sprzątanie będzie jej łatwiej łączyć z opieką nad maluchem. Mogła zostać w poprzedniej firmie pracującej dla funduszu zdrowia  i sprzątać u chorych, ale stwierdziła, że ludzie nie zrozumieją, dlaczego przedtem przychodziła ich myć, a teraz chce sprzątać ich mieszkanie i dlaczego nie może robić obu tych rzeczy. Dlatego przyszła do zwykłego biura sprzątającego, by pracować u innych ludzi.

Kolejna babka w moim wieku,  dotąd pracowała w sklepach, ale teraz też ma dziecko i jako samotna matka nie da rady w zwykłym trybie pracować. Do sprzątania może iść, kiedy jej pasuje, czyli - jak wszystkie matki - po odprowadzeniu dziecka do żłobka, przedszkola, szkoły… I kończyć pracę tak, by móc pociechę odebrać. Przypomnę, że w Belgii dzieci przebywają w placówkach edukacyjnych obowiązkowo od 8 - 15.30 z możliwością skorzystania ze świetlicy przed i po zajęciach. Nie ma takiego cyrku jak w PL, że szkoły cudują z planami lekcji, a potem są takie sytuacje, jak mi kuzynka opowiada, że autobus jedzie co godzinę po kilka kilometrów, by zawozić i przywozić ze szkoły po jednym dziecku… Ale i tu, mimo stałych godzin, rodzic ma trudno połączyć pracę z rodzicielstwem, a bez pracy nie przeżyje, bo w tym kraju jedna osoba rodziny nie utrzyma mając przeciętną pracę… 

Wielu kolegów w każdym razie zaczęło sprzątać z tego powodu, że tu można sobie wybierać godzinę rozpoczęcia i zakończenia pracy oraz samemu decydować, ile godzin w tygodniu się pracuje.

Choć niektórzy nadal będą twierdzić, że sprzątać idą tylko debile bez szkoły, o czym już nie raz pisałam, choćby tu (kliknij, by przejść do wpisu). A  dla wysoko wykształconych znających kilka języków godniej jest 10 lat pobierać zasiłek, niż pójść sprzątać, bo tak prostej i pracy to się oni by wstydzili  (uwierzcie mi, znam takich osobiście). 

Zresztą nie dawno dostałam tzw jobbonus  z tego tytułu. Tak, proszę państwa, nasz genialny rząd uznał, że uczciwie pracującym, ale mało zarabiającym ludziom trzeba rzucić trzy stówy jałmużny, by UWAGA (takie są oficjalne wyjaśnienia!) w ten sposób zachęcić osoby siedzące latami na zasiłkach do podjęcia pracy. Gdyż teraz ludzie uczciwie, ale ciężko pracujący zarabiają o wiele mniej, niż otrzymują ludzie „szukający pracy”. Raczej szukający usprawiedliwień, by jej nie podjąć… 

No nie wiem, kurde, może ja jestem wyjątkowo głupią sprzątaczka, ale ja na miejscu tych rządzących będąc, raczej zmniejszyła bym drastycznie kwotę i ograniczyła do minimum okres pobierania zasiłków, a nie dawała uczciwym pracowitym ludziom lizaka. No heloł! 

dworzec w Gandawie raz jeszcze


Przewracanie podpasek

Gdy ja byłam na kursie, Moje Dziecię powiadomiło mnie, że wychodzi z domu i wróci dopiero koło 23, bo idzie do pracy. No bo wiecie, są tacy, którzy mimo dyplomów i świetnego zdrowia wolą płaszczyć dupsko w domu i tacy, którzy pomimo braku jakichkolwiek dyplomów i poważnymi ubytkami na zdrowiu będą ciągle podejmować wysiłki, by zarobić uczciwie na swoje utrzymanie. 

Młoda najpierw była testerką okolicznych szkół, a teraz jest testerką gównianych zawodów dostępnych w okolicy. Bo jak się ma autyzm, dyspraksję, depresję i PTSD to kurde ciężko jest człowieka zadowolić ;-)

Po kursie byłam koszmarnie zmęczona, ale chciałam się natychmiast dowiedzieć, jak Młodej poszło. Podstawiłam powieki zapałkami i czekałam na moje dziecię. Minęła 23. Minęła 23.15, .20, .30 a jej nie ma. Zaczęłam się niepokoić. Niby do fabryki tylko 8 km i ona elektrycznym rowerem pojechała, no ale noc jest, mokro, ciemno, a ta jej dyspraksja powoduje łatwe wywalanie się i wjeżdżanie w słupy… Przed północą jednak furtka jebnęła załomotała o ścianę. Z buta wjechała Nasza Osiemnstka z Krową (tak ma na imię nasz rower elektryczny, ze względu na swój powab, gabaryty i wagę). Pytam, co tak długo, a ta ruszając żartobliwie brwiami grzebie w plecaku i wyjmuje torbę ze znanym żółtym M, bo

 - Z tamtąd już tylko 4 kilometry było do Maka - mówi. 

- No dobra. Ale jak tam robota - pytam.

- A idź, od jutra używam tamponów!

- Że co? - pytam, próbując zrozumieć co ma jedzenie z MacDonalda i robota z jej nieoczekiwaną deklaracją zmiany orientacji menstruacyjnej. No bo wszyscy wiedzą (jak nie wiedzieliście, to teraz już też wiecie), że  Młoda nie używa tamponów. Bo nie!

- No kuźwa, cały dzień przewracałam podpaski na taśmie! Teraz będą mi się nawet śnić podpaski po nocach! Mam dość podpasek - brechta się Młoda.

- No a poza tym da się robić? 

Na to Młoda smutno kręci głową i prezentuje prawie bordowe dłonie. Niestety nadwrażliwość wyklucza macanie całe dnie papierów i folii. Wyklucza też używanie rękawiczek, bo rękawiczki też bolą. Fuck!

A ogólnie praca w fabryce akcesoriów higienicznych wydała jej się całkiem w porządku i płaca niezła jak na początek kariery. No ale co zrobisz, jak nie masz zdrowia. Bok se wyrwiesz?

Reszta tygodnia minęła już bez fajerwerków. 

Tylko mój skuter i Młodego rower ciągle niedomagają, działając nam na nerwy.

Skuter nie chce palić na przycisk. Raz już byliśmy u magika, ale wtedy ta francowata Tośka udawała zdrową. Tak, mój skuter też ma imię. (Auto Małżonka też zresztą ma, ale nadane przez Młodą, fankę HP - Insygnia Śmieci - no bo opel insignia 😅). 

Mechanik zbadał Tośkę i mówi, że przez cały dzień palił ją i gasił. Zostawiał na godzinę i palił. Zostawiał na chodzie i gasił. I palił. I jeździł. I ta menda za każdym razem zapalała. Przeczyścił, przedmuchał tu i tam, po czym oddał nam motor i kazał wrócić, jak by się problemy nasiliły. 

Na drugi dzień rano pstrykam. Nic. Kurwa mać! Na kopnik zapaliło. Od tamtego czasu pogorszyło się i trzeba pojechać znowu do tego czarodzieja, ale w tygodniu nie miałam  sił, a dziś tak napitala deszcz, że nie mam chęci wychodzić z domu ani tym bardziej jechać gdziekolwiek na skuterze. Trudno. W kolejnym tygodniu będę wszędzie znowu na rowerze zasuwać. Z lenistwa i własnej głupoty. Dla zdrowotności i dobra planety. 

Młodego rower to kompletna pomyłka. Gdy wyrósł z poprzedniego, postanowiliśmy mu kupić taniochę za 200€ w Decathlonie, bo dwa lata to i btwinem przecież przejeździ te półtora kilometra do budy c’nie? . Do średniej szkoły kupi mu się jakiś markowy, by przez 6 lat mógł spokojnie te 10km dziennie robić.  Taaa, może 4 lata temu najtańszym rowerem z Decathlonu dało się przejeździć, ale nie tymi szrotami, co teraz tam sprzedają. Mechanik nasze opinie i obawy potwierdził. To rower na miesiąc. Potem kierunek śmietnik. Nie ma do tego części, a jak są, to drogie i wytrzymują tydzień-dwa. Fuck! 

Młody nie chce nawet słyszeć o wsiadaniu na swój rower. Woli już na nogach chodzić z tym ciężkim tornistrem, bo rowerem nie może wydrzeć pod górkę nawet jak wiatru nie ma. A wiatr zwykle jest.  Ostatnio 80km/h. Hamulce się blokują non stop i ni cholery nie da się z tym nic zrobić. Zatem trzeba drzeć na zahamowanych kołach. Genialne! 

Obejrzałam właśnie rowery w necie i chyba trzeba mu w końcu kupić. Pytanie tylko, jaki duży? 

Młody jest w najgorszym wieku, jeśli idzie o zakup roweru. Ma 10 lat i jest mały. No dobra, ojciec nie jest jakimś gigantem a i matka też koszykarką by pewnie nie została i być może nasz Syn nie będzie miał nigdy 2 metrów wzrostu, ale na pewno nie długo urośnie, bo to ten wiek. Dzieci rosną najbardziej będąc w szóstej klasie lub pierwszej szkoły średniej, tak wynika z moich obserwacji dzieci. Tyle, że Epicki do szóstej trafił rok wcześniej, co trochę sprawę komplikuje… Bo teraz jeszcze jest mały. Ma jakieś 135cm wzrostu i swoim klasowym koleżankom sięga zaledwie do klaty. Jeśli kupimy mu rower dobry na dziś, to za rok może trzeba będzie kupować następny. A to nie są, panie, tanie rzeczy. 500-700€ trzeba wybulić na najtańszy rower, który jest nie tylko ładny, ale też dobrze wyposażony, bezpieczny i w miarę lekko jeździ. Bo to Belgia, tu bez roweru jesteś jak bez nogi. Tu każdy ma rower. Do szkół dojeżdża się rowerami albo przynajmniej na stację. Do pracy rowerami. Na zakupy, do fryzjera, szpitala, dentysty, kościoła, na imprezę, wszędzie kręcisz na bike’u, jak tylko się da. 

Nie sztuka wydać 700 za rower, który po roku trzeba będzie opchnąć komuś za stówkę, gdy szczyl wyrośnie. Dlatego to taki problem dla nas teraz. Chciało by się poczekać na urośnięcie Młodego, ale on potrzebuje roweru teraz już. Oglądaliśmy parę rowerów używanych, ale w związku z tym, że to Belgia i że roweru się tu używa intensywnie, to używane rowery częstokroć są w stanie opłakanym i ich naprawa będzie droższa niż ich wartość. Jakby się nie obrócił, dupa zawsze z tyłu..

Maggie zobaczająca, czy Człowieki coś dadzą


Babunia

Kilka razy wspominałam na tym blogu moją najstarszą klientkę, bo to przebabka jest. W tym roku skończy 90 lat i niestety ostatnio bardzo na zdrowiu podupadła, ale przypomnę tu o jej wyczynach, bo dla mnie ona jest niesamowita. Z jednej strony typowa Flamandka, która co wieczór wypija lampkę wina i raz w tygodniu je frytki. Z drugiej oryginał.

 Opowiada, że w wieku 16 lat nauczyła się jeździć ciężarówką ojca. Wtedy jeszcze nie było praw jazdy, a jak wprowadzili, to każdy, kto potrafił prowadzić, dostawał prawko. Ona dostała kategorię C. Kiedyś, ze 3 lata temu,  podwoziła mnie do domu, gdy złapałam kapcia w rowerze i mówi, żebym się nie bała, bo ona ma prawko już ponad 50 lat. Pamiętam, jak się jej mercedes zepsuł. Co się obiadoliła. Przychodzę do niej następnym razem, a ta od razu się chwali, że już ma nowego mesia, bo starego sprzedała przez internet i nowego znalazła i syn z nią pojechał i już ma. Tak, tak, ona sama wystawiła auto w sieci. Na fejsbuku też ciągle do dziś siedzi i komentuje co chwilę na grupie naszej gminy. Przez spory czas prowadziła też bloga, na którym pokazywała swoje robótki. Szyła i robiła na drutach, po czym to fotografowała i wrzucała sama fotki z aparatu na bloga, dodając stosowny opis. Ja pracuję u niej jakieś 6 lat, a ona ma 89. Którymś razem znów się skarży, jak przyszłam, że Whatsapp jej nie działa i jak ona teraz będzie z wnuczkami pisać i zdjęciami się wymieniać? To nie jest, panie, zwykła babcia! Ostatnio znowu opowiadała, jak to parę lat temu z innymi członkami rodziny poszukiwali korzeni. Znaczy rodziny ze strony ojca, który wychował się w Belgii, ale był jakimś niemieckim bękartem… Znaleźli rodzinę babci w Niemczech i ich odwiedzili, ale o rodzinie dziadka niczego się nie dowiedziała. Marzy jednak, że to może jaki hrabia albo książę był… Lubię moich klientów i te ich opowieści. 

Niestety, jako się rzekło, babunia podupadła na zdrowiu. Miała problemy z kręgosłupem, trochę się podleczyła, chodzi z balkonikiem. Nie może już jeździć i auto z wielkim bólem sprzedała. Praktycznie sama nie wychodzi z domu. Tyle, co na spacer wokół domu i do fryzjera, bo ma tuż obok.  Jakiś czas temu zaczęła się skarżyć na brzuch i nie dawno się okazało, że złośliwe skurwysyństwo wykryli. W tym wieku nie będą operować ani żadnych takich… Na razie babcia jest w domu. Mieszka sama. Radzi sobie. Bierze piguły, ale nie wiadomo, jak długo da rady… Za namową dzieci zamówiła sobie obiady do domu. To jest dobre rozwiązanie, choć mówi, że wolała by sobie sama gotować. Przed świętami kupiła sobie airfryera  i jaka zadowolona z tego zakupu, bo - jak mówi - ludzie w jej wieku, to już takich nowinek unikają, nie kupują, a ona lubi sobie nowe rzeczy spróbować… Robi se frytki, bo zwykła frytownica jest dla niej już niebezpieczna i frytki na oleju nie zdrowe… 

Z tymi dostawami jedzenia to, jak się w tym tygodniu okazało, też różnie jest. Zwykle gość przynosi to żarcie koło 9-tej, 10-tej godziny, a ostatnio babcia o 11tej do nich telefonowała, by spytać, czy aby nie zapomnieli, to jeszcze niemiło jej coś odburknęli. Gdy wychodziłam od niej za kwadrans dwunasta, jeszcze tego obiadu nie miała, a ona zawsze przed dwunastą je. Jak ja się zbieram, to ona wkłada talerz do mikrofalówki i szykuje jakieś picie. No wyobraźcie sobie, że jej nie dostarczą jedzenia, to siedzi o głodzie, bo przecież nie zawsze będzie mieć sobie co zrobić. Ona to jeszcze ma rodzinę w pobliżu i jak ich powiadomi, to wpadną z jakimś jedzeniem, ale nie każdy kogoś ma…

Niektórzy się może zastanawiają, dlaczego mieszka sama? Bo chce. Bo w Belgii to normalne. Tu rodzice raczej nie mieszkają z dziećmi ani tym bardziej z wnukami. Każdy sobie rzepkę skrobie. Jeśli ktoś sobie nie radzi, idzie mieszkać do jakiejś placówki opiekuńczej. Babunia była przez pewien czas w domu opieki, ale jak się lepiej poczuła, wróciła siebie. Bo może. 

Ciągle stara się żyć po swojemu. Próbuje szyć. Gdy sprzątam, woła mnie nie raz, by jej igłę w maszynie nawlec, bo nie widzi. Coraz trudniej jej jednak wszystko przychodzi. Do tego martwi się zdrowiem córki. Tę też już tu kiedyś wspominałam, choć osobiście jej nie znam, ale wiem, że otrzymała diagnozę rak piersi miesiąc później niż ja i dzięki Babuni oraz drugiej jej córce, mojej sąsiadce i klientce,  jestem z grubsza na bierząco… U niej jest trochę inaczej niż u mnie, bo teraz czekała ją operacja dołu… Dlatego Babunia bardzo się martwiła. 

A człowiek spędzając systematycznie po kilka godzin w tygodniu u tych ludzi, chcąc nie chcąc uczestniczy poniekąd w ich życiu . Zbiera ich radości, smutki i troski. To jest dobre i piękne, aczkolwiek niekiedy wyczerpujące…

Na szczęście mamy weekendy, kiedy można sobie przerwę zrobić i się zdystansować.

różowy belgijski słoń i polska kura  ;-)


11 stycznia 2023

Pomoc domowa. Jak złożyć wypowiedzenie?

UWAGA! Wpis poniższy jest częścią pamiętnika pomocy domowej.

NIE JEST zatem opinią eksperta od prawa pracy. 
NIE JEST żadnym wpisem oficjalnym.
Wrazie pytań, czy wątpliwości dotyczących własnego zatrudnienia proszę udać się do biura pracy, związku zawodowego, pracodawcy lub prawnika, a nie szukać pomocy na prywatnych blogach. 


Postanowiłam stworzyć post na temat składania wypowiedzenia, bo może komuś się przyda taka informacja. Dobrze jest bowiem wiedzieć, jak to z grubsza wygląda. Podkreślam z grubsza




Okres wypowiedzenia. 

Ustawowy okres wypowiedzenia zależy od terminu zawarcia umowy. Dla umów zawartych po 1 stycznia 2014 roku obowiązują terminy od 1 tygodnia (mniej niż 3 miesiące pracy) do 13 tygodni (po 8 latach pracy).

W internecie jest wiele stron, na których można obliczyć okres wypowiedzenia, np tu: https://www.jobat.be/nl/art/bereken-je-opzegtermijn

Na wszelki wypadek, gdy samemu nie jest się pewnym, lepiej zapytać mądrzejszych od siebie. Z tego typu pytaniami można np udać się do swojego związku zawodowego, ale zwykle też nowy pracodawca pomoże z rozwiązaniem umowy, co dobrze jest mieć na uwadze, by nie popełnić jakiegoś głupiego błędu, który będzie potem kosztował sporo stresu.

Powiadomienie pracodawcy

Rozwiązania umowy o pracę zawsze dokonuje się  pisemnie. Jest trzy metody dostarczenia tego pisma:

1. Osobiste doręczenie wypowiedzenia za potwierdzeniem odbioru

Tu trzeba pamiętać o przygotowaniu 2 egzemplarzy wypowiedzenia, by przyjmujący mógł potwierdzić podpisem odbiór tego dokumentu. Gdy nie jest się, pewnym, czy pracodawca zechce podpisać to wypowiedzenie, lepiej skorzystać z poniższych metod. 

2. Wysłanie wypowiedzenia listem poleconym. 

W tym wypadku wypowiedzenie wchodzi w życie trzeciego dnia roboczego (każdy dzień tygodnia z wyjątkiem niedziel i dni ustawowo wolnych) od daty nadania. Czyli list polecony wysłany w poniedziałek 10 października, należy uznać za doręczony w czwartek 13 października. 

Okres wypowiedzenia zaczyna się liczyć zawsze od poniedziałku następującym po dniu dostarczenia. Dlatego wypowiedzenie trzeba wysłać najpóźniej w środę, by okres wypowiedzenia zaczął się od następnego poniedziałku.

3. Pismem komorniczym (rzadko stosowane, ale wypowiedzenie można też przekazać przez komornika)

Co musi zawierać wypowiedzenie:

twoje nazwisko i dokładny adres

datę wysłania lub doręczenia wypowiedzenia i miejsce 

nazwę/nazwisko i dokładny adres pracodawcy

fakt, że chcesz rozwiązać umowę  (nie trzeba podawać powodu)

datę rozpoczęcia okresu wypowiedzenia i czas jego trwania

podpis


Brak takich danych jak termin okresu wypowiedzenia może skutkować tym, że umowa zostanie rozwiązana natychmiast, ale z konsekwencjami finansowymi czy innymi tam problemami.

Urlop na szukanie pracy (sollicitatieverlof).

Dobrze też wiedzieć, że w czasie okresu wypowiedzenia pracownikowi przysługuje płatny urlop na poszukiwanie pracy. Ilość zależy od pewnych czynników, ale należy się od pół do jednego dnia płatnego urlopu na tydzień (na cały etat - w przypadku zatrudnienia na część etatu jest ilość urlopu odpowiednio naliczana) przez okres wypowiedzenia. Z tym że ten urlop można tylko i wyłącznie wykorzystać na szukanie pracy i rozmowy kwalifikacyjne a nie co innego. 


Jako przykład pokazuję tu swoje wypowiedzenie, które wysyłałam pocztą, bo w przypadku biur czeków usługowych należy wysłać do głównej siedziby firmy. Adres, który jest na umowie o pracę.


Nazwisko Imię Pracownika                                                          

Ulica i numer

4321 Miejscowość


AAN: NAZWA FIRMY

          Ulica i numer

          1234 Miejscowość


                         Miejscowość, 24/10/2022



AANGETEKEND.


Betreft: ontslag


Geachte,


Hierbij wens ik een einde te maken aan de tussen ons bestaande arbeidsovereenkomst. 


De duur van de opzegtermijn bedraagt 9 weken.

De opzegtermijn vangt aan op maandag 31/10/2022 en eindigt op 1/01/2023.


Veel dank voor de samenwerking en werkervaring


Hoogachtend,


Imię Nazwisko

(podpis)

Szanowny [Panie]

Niniejszym rozwiązuję umowę pomiędzy nami. Okres wypowiedzenia wynosi 9 tygodni.

Okres wypowiedzenia zaczyna się w poniedziałek 31/10/2022 i kończy 1/01/2023.

Dziękuję za współpracę i zdobyte doświadczenie zawodowe.

Z poważaniem



————————————————————

Słownictwo niderlandzkie:

de werkgever - pracodawca

de werknemer, de arbeider  - pracownik

de anciënniteit - staż pracy

de job, de werk, de arbeid - praca

het werk, het beroep, de baan, het vak - praca, zawód

ontslag nemen - zwolnić się

de opzegging - wypowiedzenie

de ontslagbrief, opzegbrief - wypowiedzenie (pismo)

de opzegtermijn, de opzeggingstermijn - okres wypowiedzenia

aanvang van de opzeggingstermijn - początek okresu wypowiedzenia

de arbeidsovereenkomst , arbeidscontract - umowa o pracę, kontrakt

onbepaalde duur - czas nieokreślony

beëindiging van arbeidsovereenkomst - zakończyć umowę o pracę

de lopende arbeidsovereenkomst stopzetten - j.w.

handtekening - podpis

aangetekende brief - list polecony

tekenen - podpisać

werkervaring - doświadczenie zawodowe

samenwerking - współpraca

naam - nazwa, nazwisko, imię

voornaam - imię

achternaam - nazwisko





Linki:

https://werk.belgie.be/nl/themas/arbeidsovereenkomsten/einde-van-de-arbeidsovereenkomst

https://www.vdab.be/ontslag/sollicitatieverlof

https://www.vlaanderen.be/werken


6 listopada 2022

Jak bolesny jest powrót do pracy po długim chorobowym

 Z każdym tygodniem praca jest bardziej odczuwalna fizycznie. Po trzecim tygodniu czuję każdą część ciała. Najbardziej bolą oczywiście stopy i kostki, ramiona, nadgarstki i dłonie ogólnie oraz dół pleców oraz biodra, czyli pewnie znowu mi się miednica zapaliła, bo już znam ten ból. Tak, to jest prawdziwy ból dupy! Z tym najgorzej, że w nocy też jest aktywny. A raczej zwłaszcza w nocy. Jak by się nie ułożył, tak biodra bolą albo plecy. Jak nie poprawi się, pójdę do jakiego fizjoterapeuty na parę sesji, by mi naprawił trochę plecy… Pod koniec tygodnia, żeby było śmieszniej, zaczęło mnie boleć miejsce po cycku, co mi mówi, że przedobrzyłam z używaniem prawej ręki. Spytałam rodzinnego przy okazji zastrzyku w piątek i potwierdził, zalecając częstsze posługiwanie się lewą ręką. Łatwiej powiedzieć, niż wykonać. Prawa ręka sama się zawsze pcha pierwsza do roboty…

Dobrze, że w tym tygodniu było święto we wtorek, a potem i środę miałam wolną, to tylko 3 dni pracowałam. Z tym, że pełne dni, więc i tak 6 domów posprzątałam, plus swój z 15 razy haha. Nie, żart, żart. W swoim sprzątam na odpierdziel. Bo słabo tu płacą ;-) Poza tym, każdy ma swój kwadrat pod kontrolą, a jednocześnie nikt niczego nie kontroluje, bo chaos to nasze hasło.

W środę byłam podpisać umowę z nowym biurem i podoba mi się, to co już się dowiedziałam. Nie będę jednak chwalić dnia przed zachodem słońca… Zacznę w styczniu dla nich pracować, to się okaże, czy piękne słowa autoreklamy mają jakieś pokrycie w rzeczywistości. 

Niepodoba mi się natomiast sytuacja z moim wypowiedzeniem. Powiem więcej, jestem tym wielce zdenerwowana i nie wiem, co mam myśleć. Wśród klientów mam osobę zajmującą się pośrednictwem pracy i ona uspokaja, że nie ma się co przejmować, choć uważa sytuację za dziwną…

No bo sytuacja wygląda tak, że w zeszłym tygodniu wysłałam wypowiedzenie pocztą listem poleconym, czyli jak nakazuje regulamin i nic. Oczekiwałam telefonu lub mejla z biura potwierdzającego otrzymanie wypowiedzenia, ale dotąd nic takiego nie miało miejsca. Wypowiedzenie spełnia teoretycznie wszystkie normy, bo okres wypowiedzenia wyliczono mi w związkach i pismo też im do sprawdzenia wysyłałam. Podpisać ręcznie też się podpisałam. Czyli teoretycznie wszystko w porządku. A jednak niepokoi mnie to, bo co jak coś jest nie tak…? Niby nie ma, logicznie rzecz ujmując,  takiej zasranej możliwości, ale mnie to uwiera w mózg cały czas.

Tak czy owak omijajcie biura Trixxo szerokim łukiem i trzymajcie się od nich jak najdalej z dala. Banda oszołomów. O ile kilka lat temu było jeszcze całkiem wporzo, tak teraz okazuje się, że koleżanka, która mnie do tego biura sama wciągnęła, miała rację, że wszystko się zmieni na gorsze i w czas przeszła do innego biura, zanim burdel się zrobił. Niech im pypcie wszystkim na języku wyrosną i krowy przestaną się doić, o!

Póki co i tak muszę dla nich pracować do końca roku i jeden dzień dłużej. Myślę sobie, że może być tak, że jak główne biuro zleciło skontaktowanie się ze mną mojemu lokalnemu oddziałowi, to przecież ci nie zadzwonią do mnie i się nie spytają, dlaczego złożyłam wypowiedzenie. Podejrzewam, że domyślają się też, iż od stycznia nie tylko będą mieć jedną dobrą sprzątaczkę mniej, ale też kilku klientów… Niemniej jednak nadal oczekuję tego telefonu. Pytać, lepiej by nie pytali… Bo nie wiem, czy będę akurat w dyplomatycznym nastroju, czy nie…

A z tym rakiem piersi to jakaś epidemia chyba… Babka, u której podpisywałam nową umowę, wypytywała mnie o szczegóły biopsji, bo u jej mamy właśnie wykryto „kolesia”… Chwilę później pod naszą apteką na wsi spotkałam zaprzyjaźnioną Rodaczką, starszą panią, która podzieliła się niefajną nowiną, że nasza wspólna znajoma, a dokładnie jej przyjaciółka, właśnie wybiera się z tym samym problemem do szpitala. No i co to niby ma być?! Co kogo spotkam, to mówi o raku? Nawet jacyś niemal obcy ludzie do mnie piszą lub dzwonią, żeby opowiedzieć, że też ich to spotkało… Okej, zdaję sobie sprawę, że mnie każdy mówi, bo ja też to mam… czyli zrozumiem, podpowiem, no ale mimo wszystko wygląda dla mnie niczym jakaś epidemia…

Nie zaprzątam jednak sobie za bardzo tym głowy. Mam ciekawsze dla niej zajęcia do przemyślania, decydowania, a najchętniej to w ogóle lubię dać głowie odpocząć i pozajmować się głupotami.

W wolnym czasie ciągle oglądamy z Małżonkiem namiętnie serial House of Cards na Netflixie. Tak nam się podoba, że i po 5 odcinków dajemy ciągiem. Oglądamy i żremy chipsy na przemian z ciastem i owocami. Może przytyjemy trochę, żeby nam było cieplej, jak zima nadejdzie, bo na ogrzewaniu teraz trzeba będzie oszczędzać przy takich cenach prądu i gazu. Kurde, do niedawna płaciliśmy miesięcznie po 250€, a teraz oczekują, że wyskoczymy co miesiąc grzecznie z 800€ za sam prąd i gaz. A gdzie tu, panie, czynsz, internety, telefony, paliwo, o jedzeniu nawet nie wspominając? 

Podoba mi się jednak filozofia Belgów w tej kwestii. Niektórzy się chwalą, że ani razu jeszcze ogrzewania  w tym roku nie włączyli, bo oszczędzają. Siedzą po ciemku i pod kocami, modem od internetu czy inne elektryczne  urządzenia włączają tylko, gdy potrzebują np wysłać mejl czy ogólnie coś tam zrobić. Niektórzy zrezygnowali z odkurzania i proszą, bym izbę zamiatała miotłą… Ogólnie zachowania oszczędzania zakrawające na lekką paranoję. Gdy wchodzę do ich mieszkania, smród stęchlizny prawie zwala mnie z nóg, grzyb na ścianach i meblach taki, że co dzień grzybową można gotować… Wilgotność powietrza w ostatnich dniach często wynosiła grubo ponad 90% (bo taki tu jest klimat). Ale na ferie wszyscy pojechali za granicę. Na cały tydzień. Po raz któryś w tym roku. Bo ich stać. Niektórzy być może potem ustawią się w kolejce do banku żywności, ale wyjazd na ferie w tym kraju to jakaś totalna szajba. Oszczędzanie do granicy obłędu druga. 

No ale cóż, każdy ma swoje priorytety i każdemu wolno żyć i wydawać pieniądze po swojemu. Nasze podejście do życia pewnie dla wielu, jeśli nie większości ludzi też jest dziwne i niezrozumiałe…

Młody korzystał też z ferii. Głównie oczywiście grał w sieci z klasowymi kolegami i koleżankami. Niezłą ma bowiem ekipę. Co jedno to lepsze. 

Jednego kolegę odwiedził zaraz w pierwszą niedzielę. Tłukli się po dzielni na hulajnogach i placu zabaw. Wrócił cały w siniakach, ale zadowolony że hej. W ostatnią sobotę z kolei został zaproszony wraz i drugim kumplem i kumpelą przez rodziców innej kumpeli. Mama koleżanki podwiozła całą gromadę pod kino w Brukseli, kupiła bilety i popcorn, po czym sama poszła z młodszymi swoimi dziećmi z wizytą do jakichś ciotek. Młodzież obejrzała film „Czarny Adam” i fajnie spędzili razem czas.

Powiem wam, że dziwne się nam z pierwa wydawało, iż nasz synek zostanie w wielkim kinie bez opieki dorosłych, ale potem nam się przypomniało, że nasz maluszek ma już cholibka 10 lat i już maluszkiem nie jest, bo jest już uczniem 6 klasy, a to jest ostatni rok podstawówki i najwyższa pora, by stawał się coraz bardziej samodzielny i odpowiedzialny za siebie.

Wszak za rok będzie już w szkole średniej. Będzie już musiał sam się do niej dostać i sam z niej wrócić. Nie ważne rowerem, pociągiem, czy autobusem, bo w każdym wypadku potrzeba być uważnym i odpowiedzialnym, by się nie zgubić ani nie zgubić torby z laptopem czy innym wartościowym sprzętem, nie dać się przejechać, co tu jest na prawdę sporym wyzwaniem przy takim natężeniu ruchu i pojebaniu kierowców. Będzie musiał umieć kupić bilet na pociąg czy autobus, czytać rozkład jazdy, ogarniać mapy i nawigacje  w telefonie, gdyby wynikły komplikacje z dojazdami, co w Belgii jest na porządku dziennym ze względu na wszechobecne roboty na drodze, torach, w budownictwie etc. 

W tym momencie nam się przypomniało, że jeszcze nie wybraliśmy szkoły średniej, a zapisy przecież zaraz po Nowym Roku ruszą, a z miejscami się nigdzie nie przewala i trzeba już teraz wybrać szkoły, w których spróbujemy szczęścia. 

Póki co stanęło na liceum ogólnokształcącym ASO i kierunku nauki przyrodnicze w dalszej perspektywie. Szkoły mamy dwie na oku. Do jednej chwilę Młoda chodziła, drugiej nie znamy, ale to w niczym nie przeszkadza. Zobaczymy, gdzie reszta ekipy będzie się wybierać, bo fajnie by było, gdyby większa grupa poszła do jednej szkoły, nawet jeśli by wybrali różne kierunki, to jest z kim jeździć rano na rowerach.

Młoda znowu robiła pet sitting u znajomych. Tym razem było niezbyt miło, bo jedna kura była chora. I raczej nie wyglądała, jakby miała wyzdrowieć… Kot za to jak zwykle był miły i zabawny. Młoda zawsze kupuje mu kocie łakocie i daje mu wieczorem, gdy wpuszcza go do domu po całodziennych wojażach. 

Teraz sama szykuje się do wyjazdu na wakacje. Jest adrenalina. I dla niej i dla nas, bo pierwszy raz sama wyjeżdża na dłużej i na dalszą trasę. Co nie zmienia faktu, że cieszymy się wszyscy. Dla mnie oznacza to przede wszystkim, że ona dobrze się czuje, że jest znowu po prostu zwyczajną zdrową młodą wesołą dziewczyną. Młoda zamierza spędzić kilka dni z kumplami, by wspólnie świętować wejście w dorosłość. Jednym słowem, strach się bać! ;-)

Nie, bać się nie boję, bo ufam roztropności i odpowiedzialności Mojej Córki i jej ekipy, ale bycie młodym ma też swoje prawa, co dla matek i ojców bywa czasem trochę niepokojące. Poprawkę trzeba też brać na złośliwość losu i istnienie na świecie skurwieli różnej maści, co wzmaga mój niepokój. Nie na tyle jednak, by przygasiło to mą radość i dumę z bycia matką takich świetnych dzieciaków, jak Nasza Trójca.