25 marca 2023

O coachu w pracy, o babciach w internecie i kotach mordercach

 Przeżyłam kolejny tydzień i nawet nie był on taki zły,  Nie że jakiś tam łał, och, czy ach, ale... no przeżyłam go i jest weekend. 



W poniedziałek obaj klienci na dzień dobry spytali, czemu już wróciłam do pracy? Bo oczekiwali, że co najmnej 2 tygodnie mnie nie będzie, gdyż widać po mnie było ponoć okropne zmęczenie... Gdy im odpowiedziałam, nie mogli tego pojąć, że doktor nie dał mi więcej wolnego. Pierwsza klientka dała mi namiar na swoją przychodnię i poinformowała, że jedna lekarka przyjmuje jeszcze nowych klientów. Druga klientka powiedziała, że miała iść do tego nowego naszego doktora, ale po doświadczeniach jej męża i mojej opowieści oznajmiła, że też umówi się do innego lekarza. Podejrzewam, że do tego samego, co ja, bo też ma tam blisko.

We wtorek zadzwoniłam i się zapytałam czy przyjmują mowych pacjentów. Przyjmują. Poprosiłam zatem od razu o umówienie pierwszej wizyty. Jako że muszą mojego aktualnego lekarza poprosić o przekazanie dokumentacji, czas oczekiwania jest dłuższy i dopiero po niedzieli będę mogła się spotkać z lekarką. 

W środę miałam w pracy coacha z mojego biura. Ogólnie to świetna sprawa dla początkujących pomocy domowych, bo taki instruktor może podpowiedzieć wiele rzeczy na temat sprzątania, sprzętu, ergonomii, naszych praw i obowiązków, czy rozmów z klientem. Dla mnie to raczej trochę śmiesznościowe i nawet miałam na koniec ochotę dla żartu spytać tej kołczki, czy czegoś się nauczyła podczas pracy ze mną hihi. Ona orzekła na koniec, że ja świetnie wykonuję swoją pracę i jestem doskonałą sprzątaczką. Miłe.  No ale  ja bym o niej jednak nie za bardzo mogła to samo powiedzieć, po tym jak mi pomagała na odpierdol odkurzając i zostawiając pełno śmieci po kątach i plącząc mi się pod nogami. Nie mogła bym z kimś takim współpracować grrr. Tak, ja jestem wredna i upierdliwa. Na szczęście dużo nie pomagała. Ogólnie to jednak sporo czasu żeśmy przegadały razem z klientką i kilku rzeczy techniczno-organizacyjnych na temat naszego biura się dowiedziałam. Babka powiedziała też, że przy takiej chorobie, jakiej doświadczyłam,  nikt nie powinien w biurze robić żadnych problemów, jeśli będę częściej i dłużej na chorobowym przebywać. Byle tylko konsultankę poinformować. Jest poinformowana. 

Zaraz po robocie powiozłam Młodą do VDAB (urząd pośrednictwa pracy) w sąsiedniej gminie. 

Wiało jak opiździałe, a tam po wielkich górkach się jedzie wzdłuż dużej drogi. Powiewy boczne mogą się skończyć w głębokim rowie. Młoda za cienko się ubrała na tę przygodę i zmarzła. Po wyjściu z urzędu poszłyśmy zatem do lumpa po jakiś sweter. W urzędzie niczego ciekawego się nie dowiedziałyśmy ani nie załatwiłyśmy. Pani uzupełniła tylko dossier o kilka informacji i powiedziała, że w takich specjalnych przypadkach, jaki Młoda reprezentuje, bardziej koledzy z GTB mogą pomóc i obiecała przesłanie im stosownych informacji. Wizytę w GTB ma Młoda w kwietniu. 

Jadąc do biura, zauważyłyśmy nową szafkę wymiany książek. No wiecie ta taka „weź jedną książkę, jedną zostaw ”, których w Belgii i Holandii wiele się spotyka w przypadkowych miejscach przydrodze.


W czwartek podwiozłam Najstarszą do fryzjera. Wizyta była umówiona dla Młodego, ale kozak oznajmił w środę, że po lekcjach idzie do kumpla. Zatem Najstarsza wskoczyła na jego miejsce. 

Pod koniec tygodnia wieczorem wybrałam się na zakupy odzieżowe w internetach. 

Uznałam bowiem, że wiosna to idealna pora na zakup kurtki zimowej. Znalazłam dwie przecenione o 60 i 70% i obie zamówiłam. Nabyłam też kilka majtek, które wyglądają obiecująco. Nie wiem, co inne baby na swoje kupry zakładają, ale ja nie mogę znaleźć nigdzie wygodnych majtoszków. Kupuję coraz to inne i wywalam po jednym założeniu, bo się nie nadają do noszenia. W popularnych sieciówkach jak H&M czy C&A jest taki szajs, że nawet to szkoda nieść do domu. W miarę wygodne i do tego dosyć tanie udaje mi się CZASEM znaleźć w Takko Fashion, ale też nie zawsze. Nie wiem, czy nie można dziś uszyć wygodnych majtek na babę w moim wieku? Mam kilka par starych i spranych ale dziś ta sama firma już takich nie szyje tylko jakieś badziewie, w którym nie da się normalnie pracować ani nawet siedzieć, bo uwierają albo wchodzą... no sami wiedzie gdzie. A jak już są wygodne to wkładki się do nich nie kleją. Jak żyć?

Skarpety to samo. Co jedne to gorsze. Tu na szęście rozwiązaniem są męskie. Nie rozumiem, czemu na chłopa robi się normalne skarpetki a na babę musi być jakieś badziewie z firanki albo błyskotek. Czy każda baba musi się stylizować na jakąś głupią lalkę Barbie? Mnie skarpetki potrzebne są po to, by mi było ciepło w stopy, by moim stopom było wygodnie i miękko w butach i by mi buty nie śmierdziały po jednym założeniu. Fajnie jest czasem założyć jakieś odjechane skiepy na poprawę humoru, czy by wyglądać modnie, ale w większości przypadków skarpety mają zadanie czysto praktyczne i użytkowe - ciepło i wygoda. Tak czy nie? Po co więc w skarpetach gryzące błyszczące nici i inne badziewie? W główkach się pitoli tym projektantom ubrań.

T-shirty i bluzy zresztą nie lepiej. Na te kobiece modele to aż czasem przykro patrzeć, a co dopiero to na się zakładać.

Od sporego czasu szukanie koszulek i bluz zaczynamy z córkami od działu męskiego, bo o wiele ładniejsze są ubramia i bez dwóch zdań wygodniejsze niż na babskim. Z majtkami jest jednak problem. Diesel produkuje kobiece majtochy na wzór męskich, ale kurde dlaczego aż 30€ za sztukę? Pogięło?! Widziałm też inne, które się nazywają szorty męskie i pewnie z myślą o transseksualnych produkowane, ale też cena jakaś burżujska. Następnym razem sobie jednak zamówię same majtochy i będziemy z Młodą testować. 

Podczas zakupów w Zalando bawią mnie nieodmiennie podpisy ubrań w kilku językach mieszanych. No i przesyłka nie rzadko przychodzi potem np z Polski. Dziwny ten świat jest teraz. Człowiek się rzadko nad tym zastanawia, ale nic nie jest takie, jak było np w czasach naszego dzieciństwa. 



Lubię zakupy przez internet, bo nie lubię łażenia po sklepach. Znaczy samo łażenie jest nawet w porządku. Fajnie też sobie wszystko pomacać, bo dla nadwrażliwych jak ja czy dzieci większość materiałów jest totalnie nie do zaakceptowania przez skórę. Ale ludzie w tych sklepach to już inna sprawa. Te rozpychające się wszędzie i śmierdzące perfumami baby, te bachory drące ryje i ganiające po sklepie, ten bałagan, jaki ta swołocz wszędzie robi, te kolejki do przymierzalni, do kasy.... Nie, to panie nie dla mnie. Ja nie lubię tego całego zamiesznia, jakie ludzie wokół siebie robią. Drażni mnie to okropnie.

Lubię kupować online. Nigdzie nie muszę iść, nie muszę się spieszyć, nikt mnie nie szturcha ani nie komentuje moich wyborów, nie dopytuje się nachalnie siedem razy czy mi w czymś pomóc. Siedzę sobie w piżamie przed ekranem i sobie oglądam wszystko, co chcę i tak długo jak mam ochotę. 

A w piątek moja 90-letnia klientka znowu się żaliła, że znowu zgubiła zatyczkę od kolczyka.

 Czasem jej znajduję te zatyczki ku wielkiej jej radości. Tym razem mówię jej, że może powinna sobie kupić całe opakowanie z 50 sztuk i nie będzie się marwtić. Uśmiała się z tego pomysłu,  ale potem mówi, że raz dostała w sklepie 4 zatyczki luzem i to było dobre, ale już je dawno zgubiła. Pyta się, czy faktycznie można to gdzies kupić osobno. Odpowiedam jej że przez internet na pewno. Babcia potakuje i mówi, że poprosi dzieci lub wnuki, po czym odchodzi do swojej kanciapy, by jak zwykle poczekać tam, aż skończę sprzątać salon. Chwilę później mnie woła i woła, jakby się paliło. Pomyślałam, że pewnie znowu ją na szycie naszło i igły nie może w maszynie nawlec. Lecę zobaczyć, o co tyle hałasu, a ta siedzi przed laptopem i  uśmiechnięta od ucha do ucha oznajmia pełna dumy i radości, że zanalazła te zatyczki i faktycznie i po 100 sztuk są pakowane, a przesyłka euro i parę centów. I że sobie na pewno zamówi tylko na spokojnie dobrze przepatrzy oferty. Ech, te dzisiejsze babcie.

Po robocie wsiadłam na skuter. Było słonecznie i ciepło. Po drodze wstąpiłam do sklepu po kilka drobiazgów na obiad. Nadal świeciło słońce. Gdy jednak w połowie drogi byłam, zaczęło nagle lać. Nawet nie było sensu się zatrzymywać, by założyć pelerynę. Nie chciało mi się. W 5 minut przemokłam do suchej nitki, ale gdy pod domem zsiadłam ze skutera, zaczęło wychodzić znowu słońce, by minutę później śmieć się do z człowieka pełną gębą. Zła pogoda! 




Przeżywamy najazd kocich morderców.

Nienawidzę tych jełopów! Sąsiadów znaczy. Popaprańców, którzy nabiorą zwierząt, ale nie dbają o nie i nie karmią nawet należycie. Psychole całą zimę trzymali koty w domu. Już mają ich trzy. Teraz wypuścili i to cholerstwo ogołociło nas ogródek całkowicie z życia. Kury na szczęście się ostały.

Mieliśmy około 10 wróbelków, parę rudzików, parę synogarlic, kilka sikorek z dwóch gatunków, a nie dawno wróciły nasze kosy śpiewaki. Żyło u nas też około 20 myszy. Za dużo ich się namnożyło i nawet już kupiłąm pułapki, by trochę populację zmniejszyć, bo co za dużo to nie zdrowo.

Gdy zobaczyłam kota w naszym ogrodzie, nawet się ucieszyłam. Wyłapie myszy - pomyślałam. Martwiłam się trochę o ptaki, ale przecież w okolicy jest sporo kotów i odwiedzają one nasz ogródek czasem i bez wątpienia nie raz i nie dwa coś upolowały, a mimo to ptaki żyją z nami przecież od lat. Niestety następnego dnia pojawił się kolejny kot, a potem jeszcze kolejny. Wygłodzone wszystkie trzy, co widać po tym jak dopadają do resztek jedzenia, które wyrzucamy czasem dla kur. Jaki normalny kot dopada do ziemniaków jakby to nie wiem jaki rarytas był? Tylko taki, który jest głodny! 

Po dwóch tygodniach w naszym ogródku nie ma śladu po myszach i po ptakach. Jeszcze tydzień temu wystawiałam jabłko dla pary naszych kosów i rudzika. Jeszcze tydzień temu siedziałam na fotelu w słońcu a Młoda stała obok i gadałyśmy sobie, a gromada wróbli i pańswto kosowie kręcili się nam pod nogami, bo one się w ogóle nas nie bały. Oswojne były z naszą obecnością. Tacy byliśmy szczęśliwi, że z nami są, że nam śpiewają każdego dnia. Cieszyliśmy się, że w tym roku ćmy nie zjedzą nam na pewno bukszpanu, bo tyle wróbelków się nam w tamtym roku namnożyło i one jedzą te wredne gąsienice...

Dziś nie ma nic. Nic nie skacze już wesoło wokół naszych stóp. Nic nie świergocze radośnie. Nikt nie krząta się przy budowie gniazda na tui ani w żywopłocie. Nikt już nie podkrada kurom ziarna. Ogród bez tych wszystkich radosnych maluszków stał się pusty, smutny i cholernie przygnębiający. Płakać nam się chce, jak tylko spojrzymy przez okno. 

Cholerne kocury wymordowały całe życie naszego ogródka w ciągu kilku zaledwie dni. To nie one jednak są winne, że są głodne, że też chcą żyć tylko te pierdolone skurwysyny zwane ludźmi i naszymi sąsiadami. Pierdolona patola! Życzę im najgorszego. Niech idą zdychać. I nie mówcie mi, że tak się nie mówi, bo mnie wiszą i powiewają te wszystkie fałszywe zasady. Nie mam szacunku ani dobrego słowa dla skurwieli i mieć nie będę. Życzę i życzyć im będę najgorszego, bo tylko na to tacy wszarze zasługują. Amen.

Póki co spróbuję skontaktować się z organizacjami ochrony przyrody i policji od zwierząt. Może coś z tym zrobią, bo przecież za kolejnych kilka tygodni nie ostanie się też ptaszyny w dalszej okolicy, bo koty są głodne i będą polować, by zdobyć pożywenie. A przecież wiosna, ptaki teraz budują gniazda i zaczynają wysiadywanie...

W tym tygodniu zdybałam też nową skrzynkę na listy do mojej kolekcji. Wielgachny dzwonek rowerowy. Tutaj obejrzysz moją fotograficzną kolekcję belgijskich skrzynek na listy.

skrzynka na listy
Dziś miałam pójść na rower z aparatem, by sfotografować okoliczne kwiecie wiosenne, ale taki ziąb i wichura, że mi się odechciało. Cały dzień spędziałam przed laptopem. 
Jestem cholernie zmęczona i śpiąca. Nie mam chcęci na robienie czegokolwiek innego. 
Liczę na jakąś poradę od nowego lekarza. Żeby mi powiedział, na czym stoję. Czy mogę liczyć na poprawę, czy nie. Czy jakieś zabiegi, leki mogą mi pomóc na ból, czy nie... Dopiero widząc, na czym stoję, mogę coś zdecydować. Bo tak to jestem jakby w ciemnej głębokiej dupie, gdzie ani siedzieć ani stać, ani się ruszyć, by jeszcze głębiej nie wpaść. 
O przyszłym tygodniu nie myślę. Poniedziałek jakoś przeżyję. Potem pójdę do lekarza i tu się mój plan kończy. Potem będę improwizować.






MOOIMAKERS, czyli co możesz zrobić, by świat stał się ładniejszy.

 Od 18 marca do 2 kwietnia trwa akcja LENTESCHOONMAAK "wiosenne porządki" organizowana przez MOOIMAKERS-ów, pora więc może wreszcie zabrać się za napisanie tekstów na temat zbierania porzuconych śmieci we Flandrii.

Jakiś czas temu miał powstać wpis ogólny o śmieciach w gospodarstwach domowych, sortowaniu, odbiorze itd, ale utknęłam przy pisaniu gdzieś w połowie, bo ilość materiału do przeczytania i przerobienia w krótki artykuł mnie przerosła. No się zmęczyłam tymi wszystkimi śmieciami po prostu. Nie mogłam się też zdecydować w jakiej formie mam to napisać, no więc porzuciłam temat. 

Akcja Lenteschoonmaak, o którą się ciągle potykam na instagramie, zachęciła mnie do ponownego zabrania się za temat śmiecenia i sprzątania.  Dzisiejszy wpis poświęcę jednej części tego szerokiego tematu, czyli zaśmiecaniu i sprzątaniu przestrzeni publicznej.

Dlaczego ważne jest sprzątanie pzrestrzeni publicznej, a nieśmiecenie jeszcze ważniejsze?

Przede wszystkim dlatego, by nie mieszkać na wysypisku śmieci. Możecie wyobrazić sobie, co by było, gdyby każdy ciskał swój syf, gdzie stoi, a nikt tego nie sprzątał?

Wyobrażanie radzę zacząć od kilku faktów. Uświadomcie sobie, ile trwa rozkładanie poszczególnych śmieci? Skórka od banana potrzebuje np aż rok czasu, by się rozłożyć. Guma do żucia potrzebuje około 20 (dwudziestu) lat, puszce po napoju zajmie to już jakieś 50 lat, a plastikowa butelka nie zniknie nigdy. 

Śmieci przyciągają różne stworzenia śmieciolubne jak szczury, wszelakiej maści robale i inne ohydztwam do tego cholernie śmierdząm no i paskudnie wyglądają zarówno w przyrodzie jak i na ulicach.

Puszki czy inny syf wyrzucony na pastwisko może okaleczyć, narazić na ogromne cierpienie a nawet zabić krowę czy inne zwierzę, które ten syf zeżre.

Chcecie mieszkać na wysypisku wśród szczurów i smrodu? Zapewne, skoro wywalacie swoje śmieci gdzie popadnie i skoro nie raczycie się schylić, by czasem podnieść jakiś śmieć. 

Może pora to zmienić? Co możecie zrobić w tej sprawie, gdy mieszkacie we Flandrii? Co robi się tutaj, by było piękniej i bezpieczniej?

Nie czarujmy się, brudasy i śmierdziele mieszkają wszędzię i wszędzie swoje śmieci bezczelnie zostawiają. Czasem robią to niechcący, przez nieuwagę, z powody niewiedzy. Czasem robią to z premedytacją.

Ktoś to musi jednak sprzątać, byśmy nie musieli na wysypisku mieszkać. Jak w każdym państwie i w Belgii istnieje wiele instytucjo za to odpowiedzialnych. I tak dziś opowiem wam o "mooimakers".

Kto to są MOOIMAKERS

"Mooi" znaczy po niderlandzku "ładny", "maken" znaczy "robić", czyli "robiący ładnie", a może "upiększacze...?". Po polsku pewnie by się dało stosowniejsze  tłumaczenie wymyślić, ale nie widzę w tym momencie takiej potrzeby, wszak artykuł jest o Flandrii, więc pozostanę przy mooimakers.

Mooimakers to flamandzka inicjatywa przeciwko zaśmiecaniu i nielegalnemu wyrzucaniu śmieci organizowana współnie przez OVAM, Fost Plus i VVG. Wiem, że te skróty wam nic nie mówią, bo i mnie nie za bardzo mówią, ale  rozszyfrowuję je na końcu artykułu, gdyby kogo interesowały. 

Dość rzec, że to różne instytucje związane z odbiorem, segregowaniem i recyklingiem śmieci. Mooimakers prowadzą badania, poszukują nowych rozwiązań, prowadzą różne kampanie na rzecz ochrony środowiska i poprawy recyklingu odpadów z gospodarstw domowych. Dążą do poprawienia świadomości i mentalności ludzi w kwestii segregowania odpadów i  wyrzucania smieci w miejscach publicznych, przy drogach, lasach etc.  Próbują zachęcić obywateli do trwałej zmiany zachowań.  Dążą do stworzenia społeczeństwa bez nielegalnych wysypisk. Są motorem ruchu społecznego, do którego każdy może dołączyć.

Kto i jak może dołączyć do mooimakers?

Idereen kan een verschil maken! - Każdy może coś zmienić!

Każdy mieszaniec Flandrii może włączyć się do akcji. Jak? A tak:

1. Dbasz o czystość chodnika przed swoim domem. 

To najprostrze, co możesz zrobić. Na stronie możesz zgłosić swój chodnik i sprawdzić, ile ludzi w twojej okolicy należy do upiększaczy. Potem wystarczy sytematycznie sprzątać przed domem i już.

Co to da? Ano to, że po pierwsze masz czysto przed swoimi drzwiami bez proszenia kogokolwiek o łaskę. Po drugie dajesz przykład sąsiadom, a jak nagle zaczną robić to samo, a potem zarażą innych , to w rezultacie wszyscy będą mieszkać w czystej okolicy. Proste? Oczywiście! Tutaj zarejestrujesz swój czysty chodnik.

2. Zbierasz regularnie śmieci w swojej okolicy.

Tak, Flamandowie w mojej okolicy robią to systematycznie i namiętnie. Zapewniam was, że praktycznie każdego dnia, a szczególnie w weekendy widzę ludzi w każdym wieku chodzących na spacer z workami i chwytakami, by podczas spaceru zbierać śmieci. Podejrzewam, że nie każdy należy do akcji, ale ot tak zwyczajnie po prostu zbiera śmieci, bo może. Ty też możesz to robić! Nie wstydź się zbierania śmieci. Daj przykład innym! Nic nie stracisz, a możesz zyskać czystą okolicę. Tutaj możesz zgłosić ulicę, dzielnicę, okolicę, w której bedziesz systematycznie sprzątać? 

Po co zgłaszać? By inni mogli zobaczyć, że ktoś działa i dać im przykład. By gmina mogła zobaczyć, że robisz coś dla innych i że czystość w jakimś miejscu nie bierze się znikąd.

W swoim urzędzie gminy możesz poprosić o specjalne worki na porzucone śmieci. Poinformują cię zapewne też, gdzie i kto te worki ewentulanie odbierze po zapełnieniu. 

3. Dołączasz do akcji razem ze swoją grupą - klasa, zakład pracy, klub, stowarzyszenie etc.

Tego typu akcje są raczej jednorazowe organizowane z jakiejś okazji, typu dzień Ziemii, ale wszystko zależy od zaangażowania i fantazji danej grupy. 

4. Dołączasz do zbierania śmieci do jakiejś zorganizowanej grupy czy akcji. Tutaj możesz zobaczyć, jakie akcje są prowadzone i do nich dołączyć. Na liście znajdziesz np akcję sprzątania placu zabaw, czy parku, czy osiedla, czy innego określonego terenu, która odbywa się przykładowo w każdy wtorek i czwartek od roku 2020 do 2025. Gdy akcja odbywa się w twojej okolicy, możesz spokojnie do niej dołączyć. 

5. Sam (czy ze znajomymi) organizujesz taką akcję. W tym celu współprcuje się z urzędem gminy i/lub mooimakers, gdzie można wypożyczyć stosowne akcesoria i umówić się co do tego, kiedy i gdzie zostaną zebrane śmieci odebrane itd. Tutaj masz link do strony tej inicjatywy.

Co jeszcze możesz zrobić?

Przede wszystkim, moim nader skromnym zdaniem, możesz a raczej POWINIENEŚ swoje własne śmieci wyrzucać do kosza, a gdy takowego nie ma akurat w okolicy, zabierać do domu lub miejsca, gdzie znajdziesz kosz na śmieci. 

Możesz też zwyczajnie bez zgłaszania się do jakiejkolwiek specjalnej akcji po prostu od czasu do czasu schylić się i podnieść jakiś śmieć, by wrzucić go do kosza, byś mógł mieszkać i spędzać czas w czyściejszym otoczeniu. Jestem pewna, że korona ci z głowy nie spadnie z tego powodu. 

Gdy widzisz gdzieś porzucone worki ze śmieciami czy jakieś sprzęty lub inne wielkogabarytowe śmieci, reaguj! We Flandrii większość gmin ma na swoich stronach specjalne formularze, gdzie można zgłaszać porzucone nielegalnie śmieci. Można też zwyczajnie zadzwonić czy wysłać e-mail. Gmina, najszybciej jak to możliwe, na pewno kogoś wyśle do ich zabrania. Powiem więcej, w niektóryh gminach (np naszej) istnieją specjalni śmieciowi detektywi, którzy badają porzucone śmieci i nie rzadko udaje im się ustalić, kto to zrobił, a wtedy delikwent może pięknie za to beknąć (nawet do 350€). Czego wszystkim takim gnojarskim delikwentom życzę.  

Wyrzucanie śmieci można też, a nawet powinno zgłaszać się na policję. Gdy widzisz, że ktoś wywala wory ze śmieciami czy jakąś starą pralkę, dzwoń natychmiast na 112. 

Jak wspomniałam na początku, aktualnie trwa akcja LENTESCHOONMAAK, do której wielu ludzi dołącza i sprzątają kawałek swojego najbliższego świata, by mieszkać w czystej okolicy i być dumnym z tego, że sami o to zadbali.



No to jak,  sprzątacie czasem śmieci porzucone przez innych? Ot tak po prostu? 

A może bierzecie udział w jakichś zorganizowanych akcjach w swojej okolicy? 

Co myślicie o tego typu inicjatywach i akcjach? Mają sens? Warto? Nie warto? 



--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

skróty użyte powyżej:

OVAM - Openbare Vlaamse Afvalstoffenmattschappij - odpowiada za ochronę ludzi i środowiska przed szkodliwymi skutkami produkcji, za gospodarowanie odpadami, zachęca do recyklingu

https://ovam.vlaanderen.be/

Fost Plus - we współpracy z prywatnymi i publicznymi partnerami zajmuje się recyklingiem opakowań z gospodarstw domowych w Belgii - od odbioru tychże po przetworzenie.Wspierają firmy we właściwym doborze opakowań, stymulują rozwój nowych milszych dla środowiska technologii, przetwarzają opakowania w Belgii lub sąsiednich krajach, czyli na miejscu.

https://www.fostplus.be/nl/over-fost-plus

VVG - Vereniging van Vlaamse Steden en Gemeenten - stowarzyszenie lokalnych władz odpowiedzialnych za czystość w publicznych miejscach



słowniczek niderlandzko-polski w temacie śmieci

het vuil - śmieci, brud, 

het afval - śmieci

het zwerfvuil - porzucone śmieci (gumy do rzucia, pety, papierki po cukierkach, puszki). 

sluikstorten - nielegalne wyrzucanie śmieci (większe ilości lub np duże sprzęty)

de stoep - chodnik przed domem

mijn stoep proper houden - utrzymywać swój chodnik w czystości

proper maken - sprzątać

proper houden - utrzymywać w czystości

opruimen - sprzątać, zbierać coś co jest rozrzucone, 

de grijper - chwytak

de vuilnisbak - kosz na śmieci

de vuilniszak - worek na śmieci

het huisvuil - śmieci z gospodarstwa domowego


19 marca 2023

Przemyślunki okołorobocze styranej życiem sprzątaczki.

Pisqła; qrtykuł blogozy po niderlqndwku uœyzqjπc klqziqtury qwerty<

Czytaj: pisałam artykuł blogowy po niderlandzku używając klawiatury azerty. HAHAHA

Teraz nie mogę się z powrotem przestawić na qwerty i polski język. Zaraz mnie dunder świśnie cholera jasna, jak mi się litery kałapućkają.

Gdzie możecie ten artykuł blogowy przeczytać? Nigdzie, to moje zadanie domowe z pisemnego niderlandzkiego. Mieliśmy opisać jeden tydzień w formie wpisu blogowego, a dokładnie, nasze obowiązki domowe, spędzanie czasu wolnego i emocje z tym związane. Takie zdania to ja lubię. Pozwoliłam sobie na dosyć luźną interpretację mojego ostaniego tygodnia, bo prawda mi słabo do tematu pasowała haha. 

Ten wpis tutejszy będzie jednak trochę bliższy prawdy.

Od ostatniego wpisu we wtorek miałam raczej gówniany nastrój aż do soboty. 

Spotkanie z psycholożką przebiegło po mojej myśli, zatem umówiłam się na następną wizytę za 2 tygodnie. Nie wasz interes, o czym z nią rozmawiałam, ale tyle zdradzić mogę, że była wielce zdziwiona podejściem mojego lekarza. Powiedziała, że z jej wieloletniego doświadczenia z onkopacjentkami wynika, że w takich sytuacjach 2 tygodnie wolnego to minimum, a i 4 nie przesada. Dodała oczywiście,  że wszystko zależy od sytuacji, a jednak najważniejsza jest tu opinia i przeczucia pacjentki, bo tylko ja sama czuję, co i ile dam rady robić i czy w ogóle. Poradziła mi pójść raz jeszcze do swojego doktora i wyłożyć mu jak krowie na rowie, to co ona powiedziała i uwypuklić raz jeszcze, to jak się czuję. Zasugerowała ponadto skontaktowanie się z kliniką piersi i poproszenie o rozmowę z tamtejszymi pielęgniarkami, bo one mi najlepeij doradzą i wszystko wytłumaczą, a w razie potrzeby załatwia zwolnienie od onkologa albo z nim szybkie spotkanie.

Poszłam do tego swojego rodzinnego i powiedziałam, co miałam do powiedzenia, co nie spotkało się z żadnym specjalnym zainteresowaniem ze strony pana doktora. Nawet jednego choćby najgłupszego pytania mi nie zadał ani na pierwszej, ani na drugiej wizycie w związku z moim zmęczeniem. Oznajmił krótko, że w takim razie może faktycznie potrzeba mi więcej wolnego i po chwili podał mi kartkę ze zwolnieniem na 2 dni. No panie, szaleństwo! Nie miałam w ogóle pomysłu jak spędzę taką kupę wolnego czasu, by najlepiej się zrelaskować i odpocząć. Rozważałam wyjazd do ciepłych krajów, sanatorium a nawet podróż dookoła świata, ale ostatecznie postanowiłam zostać bezpiecznie w domu, by siedząc w słońcu popatrzeć sobie na nasze kurki. 

Bożenka

Bozia i Henio 💖

kuper Bożenki

plażing


Ale mnie wkurwił! Totalna olewka! 

Zrobiłam szybki rachunek sumienia.

 Podbudowana rozmową z psychologiem, zabrałam się za pisanie planów na najbliższą przyszłość. 

1. Jutro wracam do pracy. Zobaczę, jak będę się czuć. Od wyników tej obserwacji zależy dalsza realizacja planu.

2. Umówię się do kliniki piersi na rozmowę, w celu wyjaśnienia kilku wątpliwości. Od tego będzie zależała dalsza realizacja planu.

3. Postanowiłam, że muszę zmienić pracę. Nie wiem jeszcze na jaką ani kiedy, bo to zależy od rezultatów punktu 1 i 2 oraz 4. Choć mam kilka pomysłów.

4. Umówię się do VDAB i poproszę o coacha, spytam o kursy i inne możliwości.

5. Gdy zajdzie potrzeba, poproszę onkologa (bo na pewno nie tego ochęcha, o którym mowa powyżej) albo pierwszego lepszego psychiatrę o zwolnienie lekarskie na czas bliżej nieokreślony, ale wolałabym po prostu normalnie móc swoją pracę póki co uczciwie wykonywać, o ile moje ciało nie będzie mieć odmiennego zdania w tej materii.

6. Po przeczytaniu ostatnich e-maili ze związków zawodowych i artykulów w prasie na temat naszego zawodu i planowanych akcji, postnowiłam odtąd wykonywać swoją pracę stosownie do wynagrodzenia i traktowania. No dobra, po chorobowym już tak robię, ale teraz będę jeszcze bardziej. 

Nigdy dotąd się nad tym wszystkim tak bardzo nie zastanawiałam. Starałam się pracować uczciwie, nie zważając ani na wynagrodzenie, ani na oczekiwania klientów, ani traktowanie, ani tym bardziej jak się ma jedno do drugiego.

Dopiero teraz po przeczytaniu tego czarno na białym zaczęłam o tym myśleć i dyskutować z małżonkiem.

Mój związek zawodowy informuje mnie na ten przykład, iż ostatnie badania wykazały, że 159 na 175 firm z naszego sektora dopóściło się naruszeń, a nasze zdrowie nie jest priorytetem dla naszych pracodawców. Miło.

Nasz sektor jest w 70 procentach substydiowany przez państwo, ale forsa w dużej mierze jest przejadana przez masowo pojawiające się biura, które de facto nie robią dla nas ani dla kientów niczego specjalnego. Głównie to zaprzeczają wszelakim zgłaszanym przez sprzataczki problemom i blokują nasze podwyżki, a niektóre nawet obowiązkowej indeksacji postanowiły pomocom domowym nie płacić, bo kto bogatemu zabroni. Moje nowe biuro jednak póki co jest w porządku i widzę, że w miarę o nas dba, ale chodzi mi o ogólne zasady i trendy.

Najbardziej jednak do myślenia dało mi nagle to, ile za nasze usługi buli rząd. No bo pomyślcie, ja zarabiam oficjalnie na dzień dzisiejszy niecałe 14€ za godzinę brutto (szaleństwo c'nie?), ale moi klienci płacą tylko 9€ za godzinę mojej pracy, a po odliczeniu sobie czeków od podatku, wychodzi im de facto około 7 € za godzinę mojej pracy. Resztę mojego wynagrodzenia plus moje ubranie robocze, dojazdy, utrzymanie naszych (diabli wiedzą po co potrzebnych, skoro nie robią tego, co powinny) biur, etc sponsoruje państwo. 

Zastanówcie się nad tym, JAKI TO MA KURDE SENS?!

Słuchajcie, jestem w stanie zrozumieć, że rząd dopłaca np takiej schorowanej samotnie mieszkającej emerytce do pomocy domowej. Nie dziwi mnie też, że taka samotna matka z dwójką dzieci ma sponsorowaną w części pomoc domową. No dobra, nawet to średnio zarabiajce małżenswto z dwójką dzieci niech ma dopłacane, ale jak to możliwe jest, że na ten przykład ludzie mieszkający w willach z basenem, paradujący w butach od Gucciego i z torebkami od Prady, lansujący się w Teslach czy Mustangach, muszą mieć też sponsorowaną przez pańswto pomoc domową? Nie wiem, jak wam, ale mnie tu coś nie klika. No sorry, ale czy bogatego nie stać zapłacić mi tych 14 euro za godzinę? Jak go nie stać, niech sam se sprząta, tak jak ja i miliony ludzi na całym świecie to robi każdego dnia. Wielka mi fizjologia!

Znam powód wprowadzenia przez Belgię systemu czeków usługowych, w którym dziś pracują wszystkie pomoce domowe. Chodziło o zlikwidowanie szarej strefy. Dlatego rząd zaczął dopłacać ludziom trochę, by nie zatrudniali ludzi na czarno, tylko legalnie i by można było kontrolować warunki pracy pomocy domowych. Od tego czasu sporo wody w kiblach upłynęło i, moim zdaniem, dziś to jest jakaś parodia z tym systemem. 

Znając ludzką psychikę odrobinę, łatwo się domyslić, dlaczego burżuj nie będzie szanował naszej ciężkiej pracy i wydziwiał na potęgę. Po co szanować coś, co tak mało go kosztuje? Po co szanować coś, na co ciężko nie zapracował tylko dostał od rządu? Jeśli coś komuś zbyt łatwo przychodzi, jest zwykle mało dlań  warte. Tak wynika z moich obserwacji, choć wam wolno uważać inaczej. 

Tak czy owak takie przemyślunki są bardzo dołujące, szczególnie w takiej sytuacji, w jakiej ja się aktualnie znajduję. 

Nie wybrałam sobie mojej choroby ani niedyspozycji. Nic z tym kurde zrobić nie mogę. Muszę z tym żyć i nie mam innego wyjścia. Muszę pracować, bo aktualne koszty życia są, jak sami wiecie, koszmarne. Powiedzmy sobie szczerze, zaczynamy coraz bardziej zbliżać się do takiego stanu finansowego, przed jakim uciekliśmy z Polski. Niby jeszcze daleko, ale z każdym tygodniem coraz bliżej i bliżej. Nasze zarobki wystarczają ledwie na opłacenie faktur, czynszu, zakup jedzenia i innych podstawowych rzeczy do życia potrzebnych. Zostaje niewiele albo i nic, a jak zostanie, zaraz jakaś dziura wypadnie...

Zatem nie mogę sobie pozwolić za bardzo na siedzenie w domu na dłuższą metę, bo nas na to zwyczajnie nie stać. Najstarsza na razie nie musi ani centa nam dawać do domu, bo tak postanowiliśmy, choć ona chce i  ciągle to proponuje. Mówimy jednak kategoryczne NIE, bo dopóki nie dostanie kontraktu na czas nieokreślony, to niech gromadzi wypłaty na swoim koncie, by mieć na własne wydatki, bo cholera wie, co będzie. W jej przypadku znalezienie ewentuanej nowej pracy nie będzie przecież prostą sprawą, bo autystyków nikt nie kwapi się za bardzo zatrudniać.

Reasumując, poprzedni tydzień był dosyć dla mnie dołujący, ale już weekend był całkiem miły i wesoły.

Wrócmy jednak jeszcze na chwilę do tygodnia. 

W czwartek też odwiedziłam psychologa, ale innego i tym razem z Młodym. 

Mieliśmy rozmowę na temat badań diagnostycznych, co było dosyć ciekawe i dostarczyło mi nowych informacji o świecie. Po wysłuchaniu naszej opowieści i zadaniu nam kilku pytań, psycholożka oznajmiła, że faktycznie wiele rzeczy wskazuje na możliwość występowania autyzmu u Młodego, ale też nie nalezy wykluczyć... "hoogbegaafdheid" hm... tu mam problem z polskim określeniem. Przeszukałam internet i mi pokazuje "dziecko zdolne". Tym terminem to ja byłam określna w podstawówce, ale nie niósł on ze sobą niczego specjalnego. Może zatem raczej wysoko uzdolniony...? Czyli wysoka uzdolnioność? HAHA Jeżu kolczasty, polska to trudna jenzyk. 

Dość, że psycholożka stwierdziła, iż częstokroć jest zła diagnoza stawiana, bo diagnozuje się albo "hoogbegaafdheid" (nazwijcie se to po polsku jak chcecie) albo autyzm, a częstokroć oba problemy idą w parze i oba dają podobne objawy. Można mieć to albo to, albo obydwa. Dlatego też zasugerowała zrobienie obydwu testów, na co oboje z Młodym się zgodziliśmy. Tak, Młody też musiał wyrazić zgodę, a wyraził chętnie, szczególnie, gdy powiedziała, że zrobi mu test na inteligencje, bo to wydaje mu się bardzo ciekawe.

Rozbroiła mnie jego prostolinijna odpowiedź na pytanie: "co było powodem, że przeskoczył klasę?". "Bo jestem mądry!" Krótko i na temat :-) Psycholożce jednak ta odpowiedź dostarczyła informacji, że on się czuje mądry i jest tego pewny, zatem tak na pewno jest, a to już wiele o nim mówi. 

Dla mnie nowością było, że wysokie uzdolnienie może dawać objawy fizyczne, czyli np powodować nadwrażliwość na bodźce dźwiękowe, zapachowe, dotykowe. Ja, wiecznie zdziwiona życiem.

Tak więc będziemy mieć dwa badania, co nas będzie drugie tyle kosztowało, czyli około 600€. Co za ulga dla portfela! Badania odbędą się w kwietniu, a ja teraz jestem jeszcze bardziej ciekawa ich wyniku, niż przedtem. 

W sobotę mieliśmy piękną pogodę. 

Było słonecznie, a termometry pokazywały blisko 20 stopni. Postanowiłam zatem dla relaksu powyrywać chwasty z kamieni koło domu i posiać w doniczkach śmierdziuchy, zwane też, diabli wiedzą czemu, aksamitkami. Fajnie było tak posiedzieć w słońcu. Znaczy w słońcu było fajnie, bo jednak posiedzieć to już miało wady. Dokładnie to kucałam, przynajmniej przez pierwsze kilka minut, ale jak potem chciałam wstać, się okazało, że to był kiepski pomysł. Więc dalsze plewienie kamieni odbyłam na klęczkach. Mniej bolało. A idź pan w chj z takimi kolanami. Ma ktoś może na sprzedaż dobre, mało używane kolana kobiety rasy białej? Kupiłabym. Inne części też.

Takie było ciepło, że Młody postanowił ze swoją czarnoskórą kumpelą pójść na rowery. Objeździli chyba całą gminę, tyle czasu ich nie było. I sklep jakiś zaliczyli, bo Młody squishy pingwinka sobie kupił. Używa często squishy zabawek do odstresowywania. Młody wrócił ogromnie zmęczony.  Był tak zmęczony, że łzy same płynęły mu po policzkach bez żadnego zewnętrznego powodu. Typowy objaw przebodźcowania i zmęczenia ludzi wysoko wrażliwych. 

Gdy się najadł zaproponowałm wspólne oglądanie pierwszej najstarszej części Jumanji. Oglądaliśmy i film mu się bardzo podobał, ale nie mógł sobie znaleźć miejsca. Siadał, kładł się, nagromadził picia i jedzenia, ale niczego z tego nie wypił ani nie zjadł, bo sam nie wiedział, czego chce. To musi być okropne uczucie, gdy człowiekiem miota tyle emocji na raz, że mało go nie rozsadzi i sobie nijak z tym poradzić nie może. 

Oznajmił, że ten film jest straszny! Opinia gościa, który oglądał "To" czy "Cujo" bez mrugnięcia okiem, który tylko raz kazał zatrzymać "Annabel", ale potem dooglądał i wcale się nie bał. Jumanji, film familijny, uznał za straszny, co bynajmniej nie ujmuje jego fajności. Wprost przeciwnie.

Skąd wziął się pomysł na oglądanie tej staroci? Ano stąd, że Młoda znalazła kiedyś w Kringwinkel grę planszową JUMANJI i przyniosła to do domu sprawiając mi tym niezmierną radość. Nawet jakby gra była denna, to samo posiadanie takiej gry jest satysfakcjonująe przecież dla każdego fana tej serii filmów.

A jednak sama gra okazała się też świetna! Dobrze bawilam się grając z Młodą i Młodym. Plansza wygląda niemal dokładnie jak ta z filmu. Karty zawierają te same i podobne hasła jak w filmie, a odczytuje się je wkłądając na środku w specjalny czytnik. Gra się razem, choć można sobie podokuczać, gdyż nie ważne, kto dojdzie do środka, ważne, by ktokolwiek doszedł, zanim minie czas. Mamy też klepsydrę do odliczania czasu, co dodaje emocji i radochy, a nawet upierdliwego nosorożca blokującego drogę graczom. Polecam wszystkim fanom planszówek i filmu. Zabawa przednia.




Jumanji gra planszowa


 



14 marca 2023

Siedzę se na chorobowym...

 Siedzę se na chorobowym 

i próbuję intensywnie zajmować się nicnierobieniem i muszę rzec, że nawet nieźle mi wychodzi. Tyle tylko, że póki co nie czuję jakoś powalających efektów tego niedziałania. Ledwie minie osiemnasta ,a mnie spanie nieprzezwyciężone już zbiera... 

Siedzę i dumam, czy mam wracać grzecznie w czwartek do roboty, czy udać się ponownie do doktora...?

Pierwszy raz poszłam do niego w piątek, po tym jak ledwo z biedą udało mi się przerobić trzy godziny i jakoś wrócić do domu nikogo przy tym nie przejeżdżając. A lało wtedy jak z cebra...

Wieczorem do lekarza podwiózł mnie Małżonek samochodem, co jest dość szalonym pomysłem, jak się ma do lekarza 500 metrów. Liczyłam, że doktor coś więcej mi doradzi czy podpowie, ale jakoś tak nie bardzo się kwapił... Nie wiem nawet, czy on w ogóle wierzy w to moje zmęczenie...? Niby tam powtarza ciagle, że za młoda jestem na raka, że wykonuję za ciężką robotę do stanu rakowego... po czym wypisuje mi 3 (słownie: TRZY) dni wolnego i każe brać 3 razy dziennie paracetamol na ból biodra. Ludzie się często podśmiechują, że w Belgii i Holandii paracetamolem to da się wszystko leczyć haha. Szału nie ma dupy nie urywa, że tak powiem. 

Tęsknimy za naszym starym doktorem. Nie tylko my, ale z kim by się nie zgadał...

No i ja teraz nie wiem, co mam myśleć i co robić dalej. Zastanawiam się, czy dając mi 3 dni wolnego on chce sprawdzić, czy faktycznie jestem zmęczona i czy przyjdę ponownie po nowe zwolnienie, czy też wypisując mi 3 dni wolnego, jest przekonany, że gówno mi jest i po paru dniach będę jak nowa. A może zwyczajnie mają oni jakieś odgórne zarządzenie z tymi trzema dniami, bo zawsze wypisują trzy dni wszystkim z każdej okazji...

Ja w każdym razie nie czuję się jak nowa. Po czterech dniach nicnierobienia czuję się lepiej, ale nadal jestem zmęczona za bardzo jak na cztery dni wakacji... A faktycznie się obijam... W weekend kompletnie nic nie robiłam, tylko się czilowałam na kanapie. W niedzielę poszłam  na półgodzinny spacer, bo było tak ciepło i wiosennie, że grzech nie wyjść z domu. Ale jak się tym spacerem zmęczyłam! Nazbierałam jednak obiektów do badań i mogliśmy potem z Młodym znowu coś popodziwiać pod mikroskopem.

słońce wyszło, to i krzaki okulary zakładają ;-)

wiosna 2023

krokus idzie pod obiektyw

forsycja się szykuje do badania

cała gromada roślin czeka w kolejce do badań

Najciekawszym obiektem okazała się tym razem jasnota purpurowa. Ileż ochów i achów nam dostarczyła ta niepozorna roślina. Przytulia też była piękna i fascynująca w powiększeniu. 

Potem jeszcze eugleny żeśmy chwilę podziwiali. Fajne zielone ruchliwe maluszki.

Razem z Młodym doszliśmy też do wniosku, że pręciki i.lub słupki niektórych kwiatków wyglądają jak penisy.



jasnota purpurowa

jasnota purpurowa

jasnota

jasnota

przytulia czepna

przytulia

przytulia


penis kwiatkowy ;-)


W poniedziałek postanowiłam odkurzyć i umyć mopem podłogę na dole, bo pomyślałam sobie, że to bardzo głupi pomysł tak tylko siedzieć i kompletnie nic nie robić przez 5 dni, bo wtedy bez wątpienia nie będę zmęczona, ale jak potem od razu przypierniczę dwa dni harówy po 8 godzin, to niewykluczone, że od razu na pogotowiu wyląduję... Dlatego postanowiłam coś łatwego porobić. Odkurzanie zajęło mi jakieś 10 minut, a zmęczyło jak pół dnia rozrzucania gnoju widłami. No więc odpoczęłam i po południu przeleciałam kwadrat mopem. Tyle. 

Wieczorem miałam niderlandzki. 

Lekcja była dla mnie satysfakcjonująca i przydatna, bo mieliśmy dużo gramatyki, a zapisałam się wszak na ten poziom dla powtórzenia gramatyki. Wreszcie udało mi się zrozumieć, kiedy jaki czas przeszły się używa. Na co dzień używam tych czasów spontanicznie i podejrzewam, że pi razy drzwi poprawnie, ale nie mogłam pojąć dlaczego raz tak się mówi, a raz siak. Teraz zajarzyłam wreszcie. Załapałam też parę innych drobiazgów. Jestem zadowolona z udziału w lekcji mimo zmęczenia. Było też znowu trochę heheszków, bo pod koniec lekcji nauczycielowi coś przestało działać i nagle nikogo nie słyszał, choć my wzajemnie się wszyscy słyszeliśmy. Chciał też nam swojego kota pokazać, ale mu nawiał hehe.

Dziś znowu nic nie robiłam... No dobra ugotowałam ziemniaki i wołowy gulaszyk po flamandzku. Nie jest to jednak ciężka robota. Poza tym pracowałam cały dzień przy biurku przy kompie przygotowując się do wizyt u psychologów. 

Nie wiedzieliście, że do wizyty u psychologa się trzeba pisemnie przygotowywać? No to teraz już wiecie haha. Ja się przygotowuję pisemnie do każdej wizyty u specjalisty czy w urzędzie albowiem muszę sobie przecież wszelakie potrzebne słownictwo wyszukać, spisać i powtórzyć lub przyswoić. W tym celu szukam artykułów z danej dziedziny,  czytam je, notuję potrzebne słowa i zwroty, a w końcu się ich uczę. Przy tym zawsze trafię na jakieś arcyciekawe artykuły, których jeszcze nigdy nie czytałam i wsiąknę w temat łażąc od linku do linku. Dzięki temu poszerzam oczywiście swoją wiedzę i uczę się nowych słów. 

Ubawiłam się pewnym stwierdzeniem i postanowiłam je zapamiętać i wykorzystywać zmodyfikowane przy różnych okazjach.

Jedna z dawnych teorii na temat autyzmu mówi, że kobiety z autyzmem mają męski mózg, znaczy myślą i czują jak facet... Na co jedna kobieta z autyzmem odrzekła, że ona ma męski mózg tylko wtedy, gdy jakiś ukradnie i będzie go trzymać w słoiku. :-)

Po południu podwiozłam Najstarszą do dentysty

 i poszłam z nią powiedzieć doktorowi, jaki ona ma problem, bo jej samej czasem trudno się wysłowić po niderlnadzku. Jak musi, to jakoś sobie poradzi, ale jak tylko może ktoś z nią pójść, to idzie, bo czemu ma się bez potrzeby stresować. Nie wybrała sobie życia z autyzmem przecież... 

Sama jednak już za siebie zapłaciła telefonem ze swojego konta, bo przecież już jest kobietą pracującą. Miała wynerwianego zęba, co kosztowało ją 100€. Za tydzień kolejna wizyta. Gdyby bolało ją, mamy dzwonić do dentysty, by wysłał jej receptę na antybiotyk na dowód (elektronicznie znaczy).

Dentysta się pytał, jak tam moje zdrowie. Mówię mu, żem na zwolnieniu, bom zmęczona, a ten mówi, że zmęczenie po tych wszystkich terapiach to spokojnie do dwóch lat się utrzymuje... Mało pocieszające, ale z drugiej strony dobrze wiedzieć, że nie jest to niczym niezwykłym.

Jutro idę do psychologa, 

bo w końcu w niedzielę się zdecydowałam nie odkładać tego w nieskończoność i napisałam mejl do naszej psycholożki z pytaniem, czy da rady mnie gdzieś szybko wcisnąć, podkreślając że z nią chcę się spotkać, a nie z jej koleżankami, a ma ich tam u siebie teraz coś z 5. Opisałam też w kilku zdaniach swoją sytuację, by wiedziała, czy pilnie tej pomocy potrzebuję, czy mogę czekać...

Dawniej, jak do niej chodziliśmy, to tylko sama przyjmowała u siebie w domu. Teraz wybudowała sobie nowy dom obok i cały dół przeznaczyła najwyraźniej na gabinety psychologów, no i przyjęła tam trochę nowych koleżanek. One wszystkie głównie z dziećmi i młodzieżą pracują, ale dorośli też są mile widziani. Lubię ją i mamy do niej wszyscy ogromne zaufanie. Kobietka jet w moim wieku, ma troje dorosłych dzieci,  w tym jedno, które kiedyś przeskoczyło klasę jak nasz Młody. Swój człowiek po prostu. Nie zmienia to faktu, że lekko mnie zaskakuje liczba specjalistów na wsi. Ale pozytywnie zaskakuje. Co jak co, ale psychologów i psychiatrów to w tych świrniętych czasach na pewno nigdzie za wiele.

Liczę na to, że między innymi zasugeruje mi ona, czy mam wracać w czwartek do pracy, czy lepiej przedłużyć chorobowe... Wiem, że pracowała z onkopacjentami, to może coś wiedzieć na ten temat...

W czwartek lecimy do nich na długo wyczekiwane spotkanie z Młodym. On ma wizytę u innej psycholożki w sprawie badań diagnostycznych w kierunku autyzmu. Cieszy się na tę wizytę, bo chce wiedzieć, czy ma ten autyzm czy nie... Ja chcę poza tym wiedzieć, ile to nas będzie kosztowało i czy na jakiś zwrot możemy liczyć od ubezpieczyciela... Na stronie jest mowa o około 400 euro za badanie na ASS, ale się zobaczy.

Tymczasem wczoraj Młody wrócił ze szkoły z  mrożącą krew w żyłach relacją. 

Jeden z kolegów przyniósł do szkoły zapalniczkę i z drugim mądrym podpalili kupę papieru w toalecie i jeszcze w innym miejscu. Młody mówi, że ogień podobno był na ponad metr. Od razu poszli do dyrektorki i zostali tam cały dzień w oczekiwaniu aż rodzice wrócą z pracy i przyjadą. Młody mówił, że jak wychodzili ze szkoły, ci dwaj jeszcze siedzieli u dyrektorki.

Dziś Młody się dowiedział, że za karę przez tydzień będą mieć m,in. wszystkie lekcje w gabinecie dyrektorki i nie pojadą na tygodniowy obóz sportowy w kwietniu. O jednym z tych gagatków już kiedyś pisałam w kwestii dwustu euro znalezionych w plecaku syna kliknij tutaj

Mam podejrzenia, że niektórzy rodzice zwyczajnie nie rozmawiają z dziećmi o życiu, niczego im nie tłumaczą, nie wyjaśniają, nie rozmawiają o konsekwencjach i skutkach danych działań, a tylko wymyślają masę różnych kretyńskich zasad z systemem kar i nagród, których dzieci muszą przestrzegać dla samego przestrzegania "bo mama i tata tak chce i nie ma dyskusji". Tak mi podpowiada rozum po tym, co zaobserwowałam w przypadku tego konkretnego chłopaka, skądinąd bardzo inteligentnego i sympatycznego. Ale mogę się mylić... 

No ale dobra, zdarzyło się. Gównażeria zawsze miała, ma i mieć będzie najdziksze pomysły, bo takie są prawa bycia młodym i głupim. Wiecie co jednak mnie najbardziej zastanowiło? Pytałam Młodego, czy wychowawca, dyrektorka czy ktokolwiek inny o tym z nimi po zdarzeniu porozmawiał, czy była jakaś dyskusja w klasie, czy coś? Nie, nie było. Nauczyciel nic nie mówił. No i to jest dla mnie najdziwniejszą rzeczą w tej historii. Mnie bowiem wydaje się oczywistą oczywistością, że każdy belfer powinien natychmiast przedyskutować temat zabawy ogniem, skutków nierozważnych zabaw zapalniczką, poruszyć temat poparzeń, zachowań w trakcie potencjalnego pożaru itd... A nie kurde przejść nad tym do porzadku dziennego jak gdyby nigdy nigdzie nic...

Idę spać.

11 marca 2023

Co zrobić, gdy znajdziesz młodego lub rannego ptaszka we Flandrii?

Ten artykuł napisałam dawno, ale zapomniałam opublikować. Teraz na wiosnę jednak będzie jak znalazł.


We Flandrii istnieje organizacja Vogelbescherming Vlaanderen (Ochrona Ptaków Flandria), która zarządza i koordynuje  pracą 9 schronisk dla ptaków i dzikich zwierząt (VOC - VogelOpvang Centrum) rozsianych po całej Flandrii.

 W schroniskach tych ratunek znajduje około 30 tysięcy zwierząt rocznie, w tym około 20 tys. samych ptaków. Po wyleczeniu zwierzęta wypuszczane są z powrotem do natury.

 Zwykle około 60% udaje się uratować. 

Tu znajdziecie adresy (i mapę) tych schronisk:

https://vogelbescherming.be/wild-dier-nood/adressen-contactgegevens

Co robić, gdy znajdziesz chore, ranne dzikie zwierzę?

Samemu najlepiej nic nie próbować robić ani nie zabierać zwierzęcia do domu. Po pierwsze bowiem większość z nas zwykłych zjadaczy chleba zwyczajnie nie zna się na opiece nad dzikimi zwierzętami przeto nasza nieudolna pomoc może zwierzęciu bardziej zaszkodzić niż pomóc. Po wtóre w Belgii większość zwierząt jest chronionych, a co za tym idzie nie wolno ich trzymać w domu bez specjalnego zezwolenia. 

Czytaj: przyłapanie cię z dzikim zwierzęciem w domu skończy się karą dla ciebie.

Od razu powinieneś skontaktować się z jednym z w/w ośrodków. Tam czekają zawsze specjaliści i weterynarze, którzy zajmą się poszkodowanym stworzeniem fachowo. Adresy i telefony znajdziesz w linku.

 Najlepiej, jeśli to tylko możliwe,  od razu samemu zanieść zwierzę do schroniska. 

Ptaki transportujemy w kartonowych pudełkach. Te są bezpieczne (w klatce ptak może sobie zrobić krzywdę) a poza tym karton pełni funkcję izolacyjną przez zimnem i gorącem. Pamiętamy o zrobieniu dziur w pudełku, by zapewnić dopływ powietrza. 

Pudełko ze znalezionym ptakiem w oczekiwaniu na przewiezienie do schroniska (nie zawsze można wszak od razu jechać) ustawić najlepiej w cichym zacienionym miejscu - w garażu np). 

Zwierzaka nie pokazujemy ludziom, nie zaglądamy do niego, by zrobić zdjęcie itp, bo to dla poszkodowanego dodatkowy niepotrzebny stres. Niektóre ptaki może to nawet zabić.

Nie dajemy żadnego jedzenia, nie próbujemy też na siłę poić (niektóre ptaki drapieżne np nie piją, a płyny zdobywają ze zjedzonych ofiar). Nie testujemy żadnych medykamentów. Ludzkie leki czy środki odkażające dla zwierzaków mogą być zabójcze! 

Gdy zaniesiemy zwierzę do schroniska otrzymujemy specjalny kod, dzięki któremu możemy śledzić losy „naszego” zwierzęcia. 

Jakiś czas temu w ogródku znaleźliśmy wróbla, który prawdopodobnie wpadł w szybę. Miał dziwnie przekrzywiony łeb i miotał się po całym ogrodzie nie potrafiąc odlecieć, bo spadał na ziemię. Złapaliśmy go i wsadzili do pudełka, a na drugi dzień Młoda zawiozła go do schroniska. Tam powiedzieli jej, że to mu prawdopodobnie samo przejdzie, ale będzie potrzebował opieki i karmienia, bo czasem takie oszołomienie trwa kilka godzin, a czasem dni. Młoda dostała kod i po kilku dniach, gdy udało jej się zalogować, przeczytała, że maluch wyzdrowiał i został wypuszczony. Gdyby został w ogrodzie, prawdopodobnie zostałby zeżarty przez kota albo by się biedaczyna poturbował. 

Pomagajcie ptakom, ale też innym zwierzakom, np jeżykom, czy zajączkom.







linki:

https://vogelbescherming.be/wild-dier-nood/ik-vind-een-dier-wat-doe-ik/jonge-vogel-gevonden

5 marca 2023

Mikroskop, szkoła średnia i belgijskie drogi.

Mikroświat.



Środowe popołudnie zgodnie z planem spędziliśmy podziwiając mikroświat.

Najsampierw jednak wybraliśmy się pod las po wodę ze stawu, aby założyć hodowlę pierwotniaków. Młody zaczerpnął do słoika wody z odrobiną mułu, a w domu dodaliśmy do niej parę kropel mleka i postawiliśmy w kanciapie za lodówką, by tam w ciemności powstawał epicki mikroświat Izydora.

Gdy łaziliśmy ze słoikiem wzdłuż drogi, kombinując gdzie najlepiej nabrać wody nie zaliczając przy tym kąpieli, przyspacerowała do nas para staruszków i zapytali, czego szukamy i czy może żabiego skrzeku... Pomysł z mikroskopem najwyraźniej przypadł dziadkowi do gustu, bo zadowolony pomaszerował z babcią dalej. To była sympatyczne. Czasami jednak ludzka ciekawość  bywa dla nas irytująca, dlatego staramy się potencjalnie dziwne rzeczy wykonywać z dala od popularnych tras spacerowiczów, jednak tutaj takowe miejsca praktycznie nie istnieją. Czasem rozmawiamy o tym z Piątką i zawsze dochodzimy do tego samego wniosku, iż we Flandrii nie da się uciec od ludzi. Nie ma takiego miejsca, gdzie człowiek może pobyć sam. Ludzie są wszędzie.

Młoda na tę okazję prawie zawsze wyciąga temat fotografowania w publice:

 - Robisz zdjęcia? 

- Nie, kurde, ten aparat akurat służy do rozmów z Marsjanami. 

Bowiem, gdy tylko rozstawisz statyw w dowolnym miejscu tego kraju, nie ważne czy to miasto, las, brzeg jeziora, czy puste potencjalnie pole, ZAWSZE ktoś podejdzie i zada TO pytanie. Jakby aparat fotograficzny miał jakieś ukryte tajne funkcje czy inne możliwości niż robienie zdjęć. Tak, może jak ktoś lubi być zagajany i lubi pogadać z nieznajomymi to jest to fajne, ale nie każdy lubi albo w nie każdym momencie ma chęć na bycie zagajanym... No, jak np chcesz zrobić zdjęcie jakiejś ulotnej chwili, a w przyrodzie większość jest ulotnych, to na intruzów zawsze patrzysz morderszcym wzrokiem... 

Zbieraniu materiałów do badań też człowiek woli oddawać się w spokoju, bo potrzebuje skupić sie na tym, a potem czym prędzej pobiec do domu, by to, co znalazł, przebadać.

Pod lasem nazbieraliśmy różnych obiektów do badań. Ja zerwałam parę żółtych klusek z leszczyny, Młody przybiegł radośnie z dorodną pokrzywą, którą trzymał przez rękaw kurtki. Zatrzymał się też przy kupie konia i zapytał czy możemy to wziąć. Odrzekłąm, że innym razem, bo przecież nie władujemy kupy gołymi rękami ot tak do plecaka... 

kluski z leszczyny ;-)

Kolejnego dnia, Młody przyglądając się rano naszym kurom, zapytał, czy kurzą kupę może obejrzeć pod mikroskopem. Obiecałam zatem, że któregoś dnia zrobimy sobie dzień kupy i wtedy będzie mógł zbadać wszystkie kupy, jakie będzie chciał ze swoją włącznie. Do tego jednak musimy się najprzód odpowiednio przygotować. Postanowiłam kupić kubeczki do badania kału, bo to będzie praktyczne do zbierania różnych kup czy innych tego typu obiektów. Poszukam też najmniejszych rękawiczek jednorazowych, które Młody mógłby używać do tego typu badań. W sumie to sama jestem ciekawa, czy kupy różnych istot mają jakieś specyficzne cechy... Zapytałam dla hecy na instagramie, co ludzie chcieli by oglądać pod mikroskopem. Niektórzy dorośli też uważają kupę za najbardziej interesującą, do tego gluty z nosa, pleśń i inne obrzydlistwa...  Ha! Czytając tego typu komentarze, człowiek czuje się od razu rozumiany i u wśród swoich ;-)

Pokrzywa okazała się być bardzo interesująca. Pod mikroskopem widać doskonale pojemniki z parzącym płynem, którym ta roślinka nas częstuje, gdy jej dotykamy. Młody oglądał kawałek pokrzywy z wielką ciekawością i z entuzjazmem wykrzykiwał

 - Mamy cię! Znamy już twoje tajemnice, wredna pokrzywo!



Pyłki różnych roślin są nie tylko ciekawe ale też bardzo ładne. Super, że wiosna dopiero się zaczyna i przed nami będzie nie długo bogaty wybór najróżniejszych kwiatów i kwiatków do oglądnania w powiększeniu.

Spójcie na pyłek tulipana, czyż nie jest piękny? Na kolejnym zdjęciu z kolei są kryształki cukru. Takie zwyczajne rzeczy, a wyglądające jak coś z innego świata, z innej rzeczywistości...

pyłek tulipana

kryształki cukru


Po więcej obrazków odsyłam do nowo utworzonego bloga: Microworld of Izydor. 

Będziemy na niego wrzucać rezultaty naszych podróży do mikroświata. Te, które dodaliśmy są trochę bylejakie i w chaotycznym porządku, bo dodawanie z iPada zdjęć jest dosyć upierdliwe... Nie mamy też profesjonalnego adaptera umożliwiającego zamocowanie telefonu do okultaru  mikroskopu. Robimy to na razie metodą na McGyvera czyli kombinatorstwo artystyczne. Wzięłam selfiestick zakupiony za 3€, który ma opcję statywu i ustawiłam obok mikroskopu, a na nim zamocowałam stary iphone6. Prowizorka, ale działa.

No dobra, ja wiem, że większość ludzi popatrzy na tego typu rewelacje bez choćby cienia zainteresowania, nie potrafiąc zrozumieć, co w my tym niby takiego rewelacyjnego i ciekawego widzimy. Nasza znajoma Eva słusznie zauważyła bowiem, że raczej niezbyt wielu rodziców kupi dzieciom prawdziwy mikroskop do zabawy, a jeszcze mniej zapewne pozwoli im przynieść do domu końską kupę i zajmie się jej badaniem.

Wywiadówka.

W poniedziałek była wywiadówka u Młodego. Dziwne się nam wydaje,  że to już ostatnie z 3 trójki naszych dzieci, które chodzi do szkoły.

Wychowawca powiedział, że od poprzedniej naszej rozmowy Młody sporo się zmienił. Poprzednim razem pan biadolił, że nasz Synio wcale nie jest taki grzeczny, jak nam się zapewne wydaje i że całkiem nieźle dokazuje ze swoimi nowymi niezupełnie grzecznymi kompanami. Ja myślę, że to był chwilowy enztuzjazm zostania zaakceptowanym przrez nową klasę, czyli nowych starszych kolegów. Gdy wszystko spowrzedniało, Młody wrócił na swoje tory i znowu jest sobą, czyli - mówiąc skromnie - legendarnym super mądrym, małym, spokojnym, sympatycznym i miłym chłopcem w różowym, który przeskoczył klasę ;-) 

Młody jest nie tylko grzeczny i miły, ale ciągle trzyma poziom jeśli idzie o wyniki. Meester pokazał mi wyniki Młodego od 1 do 6 klasy przedstawione na wykresie. Język jest trochę powyżej wymaganego minimum. Bez szału, ale też bez najmniejszych wątpliwości. Wykres z matmy natomiast jak raz pojechał w górę w okolicę 95 procent, tak tam uparcie tkwi. Pan pytał znowu o wybór średniej szkoły i jak najbardziej zgadza się co do tego, że Młody powinien wybrać techniczną szkołę lub nauki przyrodnicze. 

Infodag w szkole średniej



W sobotę był dzień informacyjny w szkole technicznej. Zapisaliśmy się nań jakiś czas temu. Dowiedzieliśmy się, że w pierwszych klasach jest 45 miejsc, czyli mało, zatem Młody będzie mógł mówić o szczęściu, jeśli go do tej szkoły przyjmią. Na plus jest to, że pod uwagę brane będą wyniki z matematyki. Wymagane minimum to 70 procent z matmy.  Dzieci z niższymi punktami nie będą dyskwalifikowane co prawda, ale rodzicom będzie się szczerze odradzać tę szkołę i ten kierunek. 

Wszystko, co pani o szkole powiedziała, mi się spodobało. To że szkoła jest mała też mi się podoba, jak i to, że poszczególne stopnie mają osobne podwórka. Tzn 1 i 2 klasa mają inne podwórko niż 3 i 4, a 5 i 6 jeszcze inne. Tu podwórka są ważne, bo uczniowie spędają tam przerwy, a interakcje podczas przerw przyjmują rózny obrót. Małą grupę jest łatwiej ogarnąć. Dzieci młodsze dobrze jak są oddzielone od dryblasów z szóstej. Z jadalni korzystają też osobno na zmiany podczas południowej przerwy. Im mniej dziatwy razem tym spokojniej. Dla nas to ważne. Pani dodała jeszcze na zakończenie, że pani dyrektor nakzałam jej powiedzieć rodzicom o nowych kiblach, bo mamy zawsze interesują sięm czy w toaletach jest czysto :-) Młody dodał po cichu śmiejąc się pod wąsem, że podczas workshopów miał okazję korzystać z pisuarów i że tam tarcze są narysowane, by celować sikiem w środek haha.



Jedno co mnie trochę, a nawet bardziej niż trochę przeraża, to dojazdy. Daleko nie jest, bo do każdej szkoły jest do 5km, czyli spokojnie można na rowerze jeździć, ale to co dzieje się w ostatnim czasie na flamandzkich drogach, jeży mi włosy na głowie.

Zastanawiamy się z Resztą z Piątki, czy ludziom się w ostatnim czasie zwyczajnie we łbach popierdoliło czy o co to chodzi...? 

Jeśli ktoś czytał wpisy sprzed kilku lat na tym blogu, w których mówiłam cokolwiek o belgijskich drogach to wie, że dawniej się zachwycałam, byłam ciągle miło zaskakiwana na drodze, na ścieżkach rowerowych i chodnikach, bo w porównaniu z Polską było tu bezpieczniej i przyjaźniej na drodze. Ludzie jeździli spokojnie, ostrożnie, nawet jak widać było, że u niektórych słabo ze znajomoscią przepisów, to każdy był na tyle ostrożny, że w rezultacie i tak było bezpieznie i spokojnie. 

Natomiast teraz to katastrofa. Od początku, czyli już blisko 10 lat wszędzie pomykam rowerem, ostatnimi czasy też trochę skuterem i widzę ogromną różnicę. Nie tylko ja to widzę, ale znajomi Belgowie o tym mówią. No masakra, mówię wam!

Ja coraz bardziej zaczynam się bać jeździć po belgijskich drogach. Gdy muszę gdzieś dalej rowerem czy skuterem, jadę w wielkim stresie. Bo ludziom totalnie odwala. Serio! Jest cholernie niebezpiecznie. Doszło do tego, że gdy jadę ścieżką rowerową, na której w wiekszości mam pierwszeńswto, zwaniam lub nawet się zatrzymuję przed każdą boczną drogą, której użytkownicy mają na wyjeździe tzw zęby rekina, czyli odwrócony trójkąt, bo większość zdjaje się to mieć w głębokim poważaniu albo zwyczajnie nie wie, co ten znak oznacza. Co chwilę mi ktoś nagle pod koła wyjeżdża z bocznej drogi. 

Na porządku dziennym mam przypadki, że jadę sobie jednośladem, nagle ktoś mnie wyprzedza autem i zajeżdża mi drogę, tak że muszę nagle hamować, po czym wjeżdża w swoją bramę po mojej prawej, bo wiadomo, dwie sekundy, które by stracił zwalniająć deczko i jadąc za mną by go zabiły. No pierdolce po prostu. 

Ostatnio w czwartek jechałam od klientki. Z przeciwka tir z przyczepą omijał przeszkodę (celowo tam na skrzyżowanu ustawioną). Prawidłowo, bo ja byłam jeszcze daleko, a za mną żadnego samochodu, poza tym auto z rowerem się tam minie. Z tirem nie ma jednak co ryzykować mijanki, żeby nie zostać przyczepą zahaczonym niechcący lub nawet podmuchem powietrza. Lepiej zwolnić zatem, co też uczyniłam i przepuściłam tego tira z marginesem zapasu drogi. Za tirem babcia w osobówce. Ta już spokojnie minie się z rowerem więce sobie obie jedziemy, bo za mna nadal nie słychać auta. Nagle jeb, wyprzedza mnie popierdoleniec w obcisłym i wpierdala się prosto pod nadjeżdżający samochód. Na szczęście babcia jeszcze miała dobry refleks. Choć, mówiąc szczerze, to szkoda że miała refleks... Takich pierdolców powinno się dla przykładu przejeżdżać, bo stanowią zagrożenie nie tylko dla samych siebie ale dla innych niewinnych ludzi. Tak, będę na to mówić "pierdolce" i "popierdoleńce" i nie nazwę tego człowiekiem. Sorry!

Nie wiem jak jest w Polsce, ale tutaj rowerzyści w obcisłym batrdzo często wykazują zachowania sugerujące pilną potrzebę wizyty u psyhchiatry i izolacji on normalnych ludzi. Zresztą jakiś czas temu miałam zcinkę na insta z rodaczką, która do tej grupy należy, a która głosiła, że ona jest dumna z tego, że jeździ rowerem bez świateł po ciemku, bo rowery górskie, jak napisała "nie mają prawa mieć świateł". Nie widziała też żadnego problemu w zajeżdżaniu drogi innym użytkownikom ruchu. Dalej przekonywała, że wszyscy rowerzyści powinni trzymać się razem, co jest jednoznaczne z akceptacją takich patologicznych zachowań. Ja jednak nadal patologiczne zachowania nazywam patologicznymi zachowaniami mając w dupie czy ktoś ma taki sam rower jak ja albo z tego samego co ja kraju pochodzi. Psychopatów drogowych powinno się karac wysokimi mandatami, pojazdy rekwirować a ich ryje publikować wszędzie jako ostrzeżenie.

Kolejną patologią, chorobą i poważnym zagrożeniem na drodze są telefony komórkowe, a raczej ich bezmyślni właściciele. Większość ludzi ma dziś możliwość sparowania telefonu z samochodem, pozostali mogą zwyczajnie używać słuchawek, ale nie, debile wolą trzymać telefon w ręce i całą drogę rozmawiać lub co gorsza pisać sms-y albo korzystac z socjalmediów. Mandaty 174 € wydają mi się śmieszne. Karą powinno być natychmiastowe odebranie prawa jazdy i pojazdu na conajmniej pół roku. Używanie telefonu za kierownicą to w tym kraju w ostatnich latach istna plaga. 

Kolejny problem to rosnąca z każdym dniem liczna ludzi ma metr kwadratowy. Liczba ludzi i samochodów. Mówimy nie raz z małżonkiem, że gdyby wszyscy ludzie, którzy dziś dojeżdżają do szkół i pracy rowerami, hulajnogami i publicznymi środkami transortu nagle przesiedli się na samochody, nikt nigdzie by nie dojechał, bo nie było by miejsca na drogach w ogóle (w PL przypada ok 120 osób/m², w BE 340 os./m²). Z drugiej strony ilość rowerów na belgijskich drogach jest ogromna, ale ze względu na to, że w ostatnim czasie pojawiło się setki, jeśli nie tysiące rowerów elektrycznych, w tym sporo tych szybkich poruszającyh się z prędkością blisko 50km/h, ścieżki rowerowe stały się piekielnie niebezpieczne. 

Coraz więcej ludzi mówi, że coraz mniej jest miejsc, gdzie można przy niedzieli pójść porowerować dla przyjemności z rodziną, bo na ścieżkach pełno patoli w obcisłym, na hulajnogach lub na elektrykach. Ścieżki rowerowe stały się w Belgii śmiertelnie niebezpieczne dla dzieci i emerytów czy innych słabszych. 

I to jest właśnie powód, który przyprawia mnie o gęsią skórkę, gdy pomyślę, ża nasz Młody będzie musiał dojeżdżać do średniej szkoły rowerem przez centrum wsi, gdzie ja duża, dorosła i obyta z ruchem drogowym oraz świadoma niebezpieczeństw boję się dziś jeździć, bo większość uczestników ruchu nie ma albo pojęcia o przepisach drogowych, albo ma zrytą banię na punkcie telefonu, albo nie posiada za grosz świadomości niebezpieczeństwa jakie stwarza w/w zachowaniami. 

Niektórzy rodzice rozważają wysłanie dzieci do szkół oddalonych od domu 20 a nawet 100km. Jakoś dotąd nigdy się głębiej nad tym nie zastanawiałam, ale teraz nagle dziwnym mi się wydaje wysłanie 12-letniego dziecka do szkoły z internatem w takim miejście jak Brugia. Ale nie ukrywam, że sama biorę pod uwagę wysłanie Młodego np do Mechelen, miasta oddalonego od nas o jakieś 30 km. Młoda wszak tam dojeżdżała i wcale najgorsze to nie było. A jednak nadeszła mnie znowu taka reflekscja, że belgijskie dzieci szybko muszą dorosnąć, bo do szkoły średniej idą w wieku 12 lat, a jak trafi się taki cudak jak nasz młody, to nawet w wieku 11 lat. Wraz z początkiem szkoły średniej kończy się, moim zdaniem ich dzieciństwo i beztroska a zaczyna się orka.

Szkoła średnia to multum nauki. Szkoła średnia to poważne egzaminy z ogromną ilością stresu trzy razy do roku przez 6 lat.

Szkoła średnia do samodzielne korzystanie z autobusów, pociągów i tramwajów. Szkoła średnia to dojeżdżanie rowerem po 5-10 km z ciężkim nawet kilkunastukilogramowym tornistrem do szkoły i poruszanie się po ruchliwych skrzyżowniach pomiędzy samochodmi, autobusami, tramwajami. Szkoła średnia to ogromna odpowiedzialność, bo uczeń ma przy sobie często nie tylko telefon, ale też drogi laptop czy tablet, których dobrze by było nie zgubić.

Zatem z jednej strony jestem dumna i cieszę się, że już ostatnia moja pociehcha kończy szkołę podstawową, a z drugiej mam znowu pełno obaw o wybór szkoły, o dojazdy, o to jak się odnajdzie w nowym miejscu i jak sobie będzie radził.