Pokazywanie postów oznaczonych etykietą problemy nastolatków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą problemy nastolatków. Pokaż wszystkie posty

27 września 2024

Dziecko uciekło ze szkoły

 Przyszykowałam właśnie wszystkie poszczególne części do skraftowania drożdżówek, czyli usmażyłam jabłka, ugotowałam masę kokosową i zaczyniłam ciasto drożdżowe. Korzystając z okazji, że ciasto jeszcze rośnie, postanowiłam zacząć wystukiwać swoją tygodniową kartkę pamiętnikową. O 15 muszę wyjść na popołudniowy dyżur w świetlicy, więc mam od teraz 3 godziny czasu. Postaram się wypchać ciasto kokosem i jabłkami, zanim pójdę, i upiec te słodkie bułeczki.

W mijającym tygodniu zapoznałam się już i z drugą placówką świetlicową. Ta pierwsza jednak bardziej mi się podoba, bo dzieci mają więcej miejsca... Ta druga świetlica mieści się w jakimś  dawnym mieszkaniu. W jednej sali nawet kominek jest. Sale są małe, jest tylko jeden mały kibelek dla przedszkolaków, a wucet dla starszaków znajduje się na piętrze, co jest beznadziejne przy większej liczbie dzieci, a bywa że mamy tam ponad 40 ludzików. Dzieci siedzą praktycznie jedno na drugi. Okropna ciasnota przy takiej frekwencji. Zdarza się jednak, że jest raptem kilkoro dzieci, a rano bywa nawet że nikt się nie zjawi.

Dziś na przykład w świetlicy były tylko przedszkolaki obecne, bo szkoła podstawowa ma dzień wolny (konferencja czy coś takiego), a w tej miejscowości świetlica nie zapewnia opieki dla dzieci szkolnych z okazji jednego wolnego dnia, co - moim zdaniem - jest beznadziejne. Z feriami jest nie lepiej, bo i w ferie nie ma tam zajęć, ale dzieci można zapisać do tej drugiej większej placówki... Dobre i cokolwiek, tyle że to inna wieś, a nie każdy ma możliwość zawiezienia tam rano dziecka i potem go odebrania. Nie zazdroszczę rodzicom, którzy nie mają przypadkiem w okolicy dziadków, czy wujostwa, którzy zajęli by się dzieciakami w te wszystkie wolne dni. To jednak nie moje zmartwienie. Nam też wszak łatwo tu nie było, jak Trójca była mała... Sami musieli sobie radzić.

O, nawet z koleżanką miałyśmy rozmowę na temat samodzielności dzieci. Ona zauważyła, że od czasów pandemii dzieci stały się bardziej samodzielne. Wtedy, gdy szkoły i świetlice były zamknięte, a rodzice musieli iść do pracy, rodzice masowo zaczęli się decydować na zostawianie dzieci samopas w domu, a te musiały wtedy samodzielnie ogarnąć lekcje online, wziąść sobie jedzenie i ogólnie samemu się o siebie przez te kilka godzin troszczyć i być odpowiedzialnym... Nie zdawałam sobie z tego sprawy z tego stanu rzeczy, bo nasze dzieci już przed koroną były samodzielne i odpowiedzialne, ale koleżanka utrzymuje, że bardzo wiele dzieciaków wraca po lekcjach samopas do domu z kluczem na szyi, a w wolne dni bez problemu zostają same w domu. Chodzi raczej o starszaków nie o dwu- czy 3-latki, choć i te pewnie zostają czasem ze starszym rodzeństwem.

W tym tygodniu przeprowadziłam pierwsze środowe zajecia dla przedszkolaków. Nie zupełnie przebiegły, tak jak to sobie pięknie zaplanowałam (choć brałam pod uwagę taki rozwój wypadków, w końcu kaszatany to kasztany....), ale bez wątpienia przebiegły dobrze i dzieciakom bardzo się podobało. Dzieciaki miały swój własny pomysł na zabawę kasztanami, a ja i koleżanka-mentorka pozwoliłyśmy im podążać za swoimi ideami. Zabrałam do świetlicy wielką torbę kasztanów, a w drugiej inne dary jesieni... Jeden stół był do robienia dźwięków: dzieciaki dostały do dyspozycji pudło z kasztanami oraz plastikowe butelki, metalowe puszki i kartonowe pudełeczka i miały tworzyć "muzykę". To się podobało, bo jakiemu dziecku nie podoba się robienie hałasu,  ale chwilę później puszka kasztanów wylądowała na podłodze i wtedy zaczęła się prawdziwa zabawa... Dzieci zaczęły wysypywać po kolei całe pudełka albo flaszki kasztanów na podłogę, a potem się po tym turlać. Następnie zbierały i znowu wysypywały... Zabawa przednia. Kasztany były wszędzie. Na szczęście zbieranie ich i zmiatanie też było niezłą zabawą. Drugi stół jesienny był stołem spokojnym, ale nie spotkał się z wielkim zainteresowaniem. 

sortownik do skarbów jesiennych

szablony do układania ze skarbów jesieni


Potem w drodze do toalety zajrzało do nas kilka starszych dziewczyn i tym bardzo spodobało się szukanie 6 kasztanów z namalowanymi buźkami pomiedzy innymi zwykłymi kasztanami. Wzięły to pudełko i poszły robić zabawę dla maluchów. Dla mnie bomba. Koleżankom też się podobalo.

Rzec muszę jednak, że w tej świetlicy wszystkie panie mają ciekawe pomysły i dużo chęci i entuzjamu do zabawy z dziećmi. Zatem moje nauczycielki miały rację, polecając nam szukanie pracy w tej właśnie organizacji. A ja dobrze zrobiłam, że się ich posłuchałam. Po drugim tygodniu nadal jestem zadowolona z tej pracy i dobrze się tam czuję.

Podoba mi się, że podejście do zajęć i wielu innych rzeczy jest bardzo elastyczne. Dzieci mogą eksperymentować, fantazjować, mogą same o wielu rzeczach decydować i to jest świetne.



Wkurzają mnie tylko moje niedyspozycje. 

Na przykład ten problem z zapamiętywaniem twarzy i nazwisk i kojarzenie jednego z drugim w tej sytuacji wyjątkowo daje się we znaki. Dodam tu, że to jest jeden z problemów porakowych. Kurde dawniej moja pamięć była niesamowita, aż sama się sobie czasem nadziwić nie mogłam i często obserwowałam, że jestem w tym o wiele lepsza niż większość ludzi. Po pierwszym dniu w nowej klasie zapamiętywałam co najmniej połowę kolegów z imienia, a sporo znich jeszcze np z adresu, czy ilości posiadanego rodzeństwa, zwierząt etc. Zapamiętywałam wszystkie numery telefonów z łatwością. W bibliotece czytelników zapamiętywałam po jednych odwiedzinach. Dodam tu, że mieliśmy około tysiąca czytelników, a ja wiedziałam nie tylko kto gdzie i z kim mieszka, w jakim jest wieku, ale jakie książki czyta, a często którą już przeczytał a której jeszcze nie. Gdy ktoś podał tytuł książki, od razu mogłam podać nie tylko kto jest autorem, ale w jakim miejscu na regale stoi, jaki ma kolor, wielkość i z jakiego wydawnictwa jest... No okej to osttanie to chyba większośc bibliotekarzy potrafi, ale chodzi o to że teraz nie potrafię zapamiętać nawet tytułu książki ani filmu którą/który taktualnie czytam/oglądam. Nawet jak oglądam z Małżonkiem kilka dni czy tygodni serial to często nie potrafię podać jego tytułu. Nie mówiąc o postaciach. No i Młody też z wielkim zdziwieniem i niedowierzaniem zauważył parę dni temu, że ja  w ogóle nie pamiętam imion bohaterów serialu Good Doktor, a oglądamy właśnie SZÓSTY sezon. Jak chcę o kimś powiedzieć, to mówię jak wygląda albo co robi. To jest żenujące i irytujące.

Domyślacie się zapewne do czego zmierzam... Tak, nie potrafię zapamiętać imion dzieci, co mnie wielce irytuje, bo przeciez dawniej przychodziło mi to z taką łatwością. To jest okropne uczucie. Taki zawód własną osobą. Złość, że coś nie działa, jak zaswsze działało. Mam nadzieję, że z czasem powoli zapamiętam kto jest kto. Póki co wszystkie loczkowate blondyneczki wyglądają dla mnie tak samo, wszyscy chłopcy z podobną fryzurą są dla mnie jedną i tą samą osobą. Tylko charakterystyczne osoby udaje mi się zapamiętać. Na przykład jest takich dwóch czarnoskórych gagatków braci z puchatymi czuprynami - zapamiętałam ich od razu, ale nie wiem który jest który, choć trochę się różnią. Zapamiętałam też pyskatego łobuza w okularkach i sympatycznego chłopca z lekką niepełnosprawnością. 

Pamiętanie imion i nazwisk jest tu bardzo ważne, bo przeciez trzeba każde rano, każde popołudnie i każdy wieczor rejestrować zapisy i wypisy poszczególnych dzieci. Kody do skanowania ratują sytuację, ale skanowanie tych plastikowych bryloczków to czasem droga przez mękę. Czasem ni cholery aparat nie chce szczytać tego piekielneg kodu. Nic to. Trzeba uzbroić się w cierpliwość. 

O, i to jest kolejny mój problem. Zauważyłam, że nie mam już cierpliwości, że łatwo się wkurzam, a to już w ogóle jest złe i zdecydowanie niepożądane w tej pracy. Czasem bardzo brakuje mi dawnej mnie, tej sprzed raka, bo tej takiej bardzo dawnej mnie, to wcale mi nie brakuje. Ani ani. 

W tym momencie poszłam piec drożdżówki. Udały się. Są smaczne. Teraz jest wieczór i bedę kontynuować wklepywanie myśli w bloga...

Jeśli już jestem przy upierdliwościach to wczoraj rano Tośka-skuter odmówiła dalszej współpracy. Zatem chcąc nie chcąc muszę naginać do roboty na rowerze. Nie taki był plan. Najpierw przez miesiąc czy dwa miałam jeździć skuterem, potem raz dziennie rowerem, by w końcu całkiem przesiąść się na rower. Powolutku. Etapami. Nie chciałam ryzykować, że znowu zajeżdżę swoje ciało w miesiąc i że znowu będę musieć pójść na zwolnienie. Boję się tego. Nie wiem przecież, w jakim stanie jest w tym momencie mój organizm. Dziś jestem zmęczona, ale nie wiem, jakie to będzie mieć dalsze dzieje, tzn czy zmęczenie normalnie się do poniedziałku zdezaktywuje, czy nie. 

Znowu nie śpię po nocach, bo muszę wtedy intensywnie myśleć. Tak przynajmniej uważa mój mózg. Ja chcę spać, ale mózg ma inne pomysły na spędzanie nocy. Myśli sobie o wszystkim, co zdarzyło się danego dnia i co może zdarzyć się następnego. Wszystko, każda wykonana za dnia czynność, każde wypowiedziane słowo, każda napotkana osoba, otrzymany mejl, nowy pomysł, wszystko musi w nocy dokładnie zostać przeanalizowane na wszystkie sposoby. Nie mam przeto czasu by spać i rano wstaję niewyspana i wyczerpana. Nie lubię tego, ale to też nowa ja - myślicielka nocna.






Młoda w tym tygodniu odwiedziła dermatologa i parodontologa. Z dermatologiem się pofarciło. Już dawno miała iść, ale nie było komu wizyty umówić. W końcu we wtorek pyta, jak ten dermatolog u nas na wsi się nazywa, bo trzeba by się zarejestrować, wszak na pewno parę miesięcy trzeba i tak będzie czekać. Wyguglowałyśmy stronę, a tu niespodziewanka - jest miejsce na kolejny dzień. Pewnie akurat ktoś odwołał wizytę, bo kolejne faktycznie za parę miesięcy. Młoda ma od kilku miesięcy swędzący pieprzyk na ramieniu i trochę ją to niepokoiło. Lekarka rodzinna uspokoiła ją, że to na razie nie groźne, ale dała jej też skierowanie do dermatologa, by ten na to spojrzał fachowym okiem. Fachowiec potwierdził, że na razie można spać spokojnie, ale kazał przyjść za pół roku, by zobaczyć czy nie ewoluuje toto w złym kierunku. 

U parodontologa radziła się w sprawie recesji dziąseł. Ten stwierdził, że to jednak nie jest wynikiem choroby, tylko - tak jak podejrzewała dentystka i Młoda sama - zbyt mocnego szorowania zębów. Niestety przyczyną tego stanu jest dyspraksja Młodej, która powoduje, że Młoda nie potrafi właściwie kontrolować ani ocenić jak mocno coś dociska. Pani parodontolog zaleciła jej kupienie nowej szczoteczki elektrycznej, takiej która się świeci, gdy za mocno się ciśnie oraz zamianę pasty sensodyne rapid (zaleconej przez poprzedniego dentystę) na jakiś elmex (nie pomnę nazwy). Młoda od razu kupiła pastę i zamówiła szczotę przez interenet. Już dziś przesyłka dotarła, więc będzie testowne.

Najstarsza dostała wezwanie do zapłaty od komornika, bo nie zapłaciła dwóch faktur ze szpitala. Oczywiście, że wysyłali jej te faktury na mejla, którego ona nigdy nie sprawdza. Jak będę w szpitalu, muszę poprosić w okienku, by wysyłali jej odtąd  papierowe faktury albo zmienili adres mejlowy na mój. 

Wczoraj przypominałam sobie stare gry z kartką i długopisem i znalazłam piłkarzyki. Okazało się, że Młody nie znał.  Spodobało mu się i teraz męczy wszystkich, by z nim grali, ale to do kitu, bo on jest w to za dobry. Zawsze to jednak jakaś alternatywa dla państ-miast. Ostatnio jak w to graliśmy, to aż popałkałam się ze śmiechu, tak Młody fisiował... Graliśmy jak zwykle na kilkanaście kategorii i w którymś momencie pytam, jaką ma chorobę, a ten na to "żadnej, jestem całkiem zdrowy, mordeczko" i takie hasła zapodawał przez całą grę, a i Małżonek nie gorszy. Niby głośno myśląc: "Zwierzę na S to będzie SMOK..." Dodaję więc, że jako "rzecz" pewnie w takim razie będzie miał "pieczara..." Młody nie znając słowa "pieczara" i najwyraźniej niedosłyszawszy mojego mamrotania pod nosem, pyta, co to jest ten "pieczar" czy "pieczarz"?  Małżonek na to: "ten co robi piece". Całe życie z wariatami. Lubię takie rodzinne gry. Czasem. Bo co za dużo to też nie zdrowo...

piłkarzyki na papierze


Tymczasem u Młodego w szkole dziś nieciekawa sytuacja zaistniała. Dzieciak (15) uciekł ze szkoły i ponoć wsiadł do pociągu (szkoła jest nieopodal stacji). W każdym razie słuch o nim zaginął. Przyjechało mnóstwo policji, wezwano helikopter. Przeszukiwano całą okolicę i pociągi. Zarządzono by na pobliskich trasach pociągi jeździły powoli a maszyniści z wielką uwagą patrzyli na tory ze względu na potencjalne zagrożenie próbą samobójstwa. Po 16tej wszyscy rodzice otrzymali mejl z informacją na temat tego zdarzenia. Młody powiedział, że w szkole chodziły słuchy, że chłopak przyszedł podobno do szkoły już pod wpływem narkotyków, że rzekomo krzesłem w nauczyciela rzucił i uciekł. To jednak już niepotwierdzone plotki. Nie wiem na razie, czy go znaleźli, czy nie... Może jutro coś będzie w wiadomościach nowego. Młody nie zna tego człowieka i nie ma nawet pojęcia jak wygląda, więc też jakoś specjalnie się tym nie przejmuje.

Nie chciałaby, w każdym razie być teraz na miejscu nauczycieli tej szkoły ani tym badziej dyrektora. O rodzicach już nawet nie wspominam. 

UPDATE. Nastolatek się odnalazł cały i zdrowy, jak poinformowano w mejlu ze szkoły.

Na koniec jak zwykle moje zdjęcia ładnych rzeczy z minionego tygodnia. 

gąsienica i kasztany










ślimaczek







pająk krzyżak




plażing
słoneczniki za naszą chałupą


18 czerwca 2024

Jak zachowuje się młodzież w szkole średniej we Flandrii?

Swego czasu wspomniałam, że u Młodego w szkole uczniowie raz w tygodniu obowiązkowo przynoszą książki do czytania i muszą czytać je na lekcji. Podzieliliście się wtedy ze mną uwagami, że u was było by to niewykonalne, bo uczniowie by sobie wzajemnie przeszkadzali. Postanowiłam zatem wypytać Młodego, jak u nich to czytanie w praktyce wygląda i czy uczniowie faktycznie grzecznie siedzą i czytają, czy też to piękna teoria, a w praktyce małpi gaj.

Uczniowie grzecznie czytają książki

Młody odpowiedział, że owo czytanie trwa około 15 minut, ale odbywa się co tydzień od wiosny do wakacji. Mówi, że wszyscy przynoszą książki i tu wymienia, że wielu np czyta serię: Leven van een Loser albo Warrior cats. Dodaje, że komiksy są niedozwolone, ale tak, każdy czyta te nakazane 15 minut. 

Nauczycielka włącza wtedy ogień, tzn wyświetla ogień z projektora na tablicy. Młody dodaje, że dźwięk trzaskającego ognia go wnerwia i nie może się przez to skupić, przeto on mógłby się spokojnie bez tego obejść, ale ogólnie jest okej. Uczniowie w każdym razie grzecznie czytają. Czasem tylko ktoś zapyta nauczycielki o jakieś słowo, którego nie rozumie, ale poza tym jest spokojnie. Nie ma w każdym razie żadnego gadania, czy innego cudowania.

Dalej wypytałam Młodego o to jak ogólnie wygląda sytuacja w szkole średniej, czyli jak zachowują się uczniowie na poszczególnych lekcjach, na przerwie, na praktyce, w stosunku do nauczycieli etc. Wydrukowałam sobie w tym celu cały regulamin szkolny i pozakreślałam interesujące mnie kwestie, a potem zapytałam Młodego jak to wygląda w rzeczywistości.

Dodam od razu, że to jest regulamin i sytucja z jednej konkretnej flamandzkiej szkoły technicznej. Jest to szkoła mała, dosyć - można chyba rzec, elitarna  w jednej z wiejskich gmin niedaleko od Brukseli. Niestety nie wszędzie życie szkolne wygląda tak jak tu. Każda szkoła jest inna i to nietylko dlatego, że w BE mamy różne rodzaje szkół. Choć i to nie jest bez znaczenia…

 W niektórych jest tragicznie, jeśli idzie o zachowanie i zasady, czasem wręcz niebezpiecznie i dla nauczycieli i dla uczniów. Są szkoły, w których jest przemoc, są narkotyki, brakuje kultury, ogłady, wzajemnego szacunku no i zwykle też nauczycieli...

W szkołach, które poznaliśmy dzięki naszym Dziewczynom, też bywało różnie, ale z wyjątkiem pierwszej ich szkoły średniej, pozostałe jednak podobne zasady miały, jak ta, do której chodzi Ajzajdor. Szkoła Najstarszej była na początku była małą szkołą (potem połączyła się z inną szkołą średnią z tej samej miejscowości), gdzie każdy każdego znał, a na kierunkach Mody było po kilka do kilkunastu uczniów.

Dwie pozostałe Szkoły Młodej należą raczej do szkół dużych. Jedna w wiosce, druga w dużym mieście. Obie katolickie, tak samo jak była szkoła Najstarszej. Różnią się od siebie jak to szkoła wiejska od miejskiej. W pierwszej uczy się młodzież z okolicy, w drugiej z całej Flandrii ze względu na rzadkie kierunki, jak choćby fotografia. Niemniej jednak Dziewczyny w dużej mierze potwierdzają to, co obserwuje i doświadcza teraz Młody. 

Przypomnę tu dla porządku i dla tych, którzy się nie orientują w belgijskim systemie edukacji, że we Flandrii do szkoły średniej idzie się w wieku około 12 lat po ukończeniu 3 klas przedszkola i 6 klas szkoły podstawowej. Szkoła średnia ma również 6 (czasem 7) klas, które podzielone są na 3 etapy (stopnie) po 2 lata. Przy czym pierwszy stopień jest dosyć ogólny, a od 3 klasy zawęża się już dziedzinę, a potem po kolejnych dwóch klasach zawęża się jeszcze bardziej wybierając konkretny kierunek nauki, a tych kierunków jest całe mrowie...

Wróćmy jednak do regulaminu szkoły Epickiego Ajzajdora.

Regulamin szkolny mówi jasno, jak trzeba się zachowywać, co jest dozwolone, a co nie. Mówi też wyraźnie, jakie są konsekwecje nieprzestrzeganie tych wytycznych i każdy wie, że konsekwencje są szybko wyciągane i dosyć szybko ze szkoły można wylecieć, gdy się ich nie przestrzega. Renomowane małe szkoły mają to do siebie, że trudno się do nich dostać, no bo jest mało miejsc i mają wysokie wymagania, co na dzień dobry odsiewa wiele draństwa i patologii. Niemniej jednak to, jak szkoła jest zarządzana, ma bez wątpienia spore znaczenie. W tej szkole - moim zdaniem - panuje bardzo rodzinna przyjazna ciepła atmosfera, ale jednocześnie młodzież trzymana jest dosyć krótko. No ale po kolei.

Wszyscy muszą być na lekcji na czas. Spóźnienia są karane.

Pierwsza lekcja zaczyna się o 8:15. Rozpoczęcie każdej lekcji zwiastują dwa dzwonki. Pierwszy zwiastuje koniec przerwy i wtedy uczniowie mają spokojnie udać się na miejsce zbiórki swojej klasy (każda klasa ma wyznaczone miejsce na podwórku). 

Przypomnę, że w Belgii uczniowie zawsze spędzają przerwy na podwórku, rano również czekają na dzwonek na podwórku. Po drugim dzwonku wszyscy mają zamilknąć i w ciszy czekać na przyjście ich nauczyciela, z którym idą do klasy. 

Młody mówi, że wszyscy idą na swoje miejsce po pierwszym dzwonku, ale większość gada. Gdy nauczyciel dyżurujący na podwórku upomni, chwilę są cicho, ale gdy tylko odejdzie, znowu jest szum. Gdy jednak nauczyciel prowadzący ich lekcję nadejdzie, milkną i w miarę swpokojnie idą za nim do klasy, gdzie czekają na stojąco przy swojej ławce, aż nauczyciel pozwoli im usiąść. Ta zasada jest przestrzegana.

 U Młodej nie trzeba było czekać, tylko każdy siadał na swoim miejscu od razu.

Spóźnienia są karane zostawaniem po lekcjach. 

Minimum jest to 10 minut kozy, ale zasadniczo po kozie zostaje się drugie tyle czasu, ile wyniosło spóźnienie. Zatem ktoś spóźnił się 15 minut, zostaje pół godziny po lekcjach. Pół godziny spóźnienia to godzina kozy. Spóźnienia usprawiedliwione są odnotowywane, ale nie są karane. Czyli gdy ktoś spóźni się z powodu strajku kolei, nie zostanie ukarany, ale dobrze jest móc przedstawić na to dowód. Oczywiście wioloktotne systematyczme spónienia z powodu spóźnień autobusu czy pociągu raczej nie spotkają się ze zrozumieniem, tylko każą ci godzinę wcześniej wyjść z domu no i zostaniesz po kozie.

Na lekcjach jest cicho. Nikt nie gada, nie wstaje, nie hałasuje. 

Na lekcji nie wolno wychodzić do toalety. Z toalet korzysta się tylko w czasie przerwy. Młody dodaje, że niektórzy nauczyciele wyjątkowo pozwalają wyjść do wuceta, ale zawsze trzeba najpierw podnieść rękę i zapytać o to. Większość wyjątki robi tylko przy problemach zdrowotnych, na które jednak trzeba mieć papier albo od lekarza, gdy problem chroniczny, albo od rodzica na dany dzień (jakaś grypa żołądkowa np). Oj, Młoda wspomina tu, jak nasz były lekarz się wnerwiał, że musiał jej wypisywać zgody na wychodzenie do toalety, bo uważał, że to już przesada, iż dokument od rodzica nie wystarczy.

Gdy do klasy wchodzi dyrektor szkoły, wszyscy wstają i mówią chórem "Dzień dobry Panie Dyrektorze/Pani Dyrektor". Na odwiedziny innych nauczycieli się nie wstaje.

Co się dzieje, gdy ktoś gada, wstaje bez pozwolenia?

 Najpierw jest upominany, potem wylatuje za drzwi. Czasem wylatuje za drzwi od razu, jak nauczyciel uzna, że za bardzo przegiął. Po wyrzuceniu z klasy należy natychmiast udać się do sekretariatu, gdzie zanotują uwagę i powiedzą, czy jest jakaś kara. Choć nauczyciel może też chyba zwyczajnie online od razu zanotować uwagę.

Z regulaminu wynika, że można zostać usuniętym z danej lekcji na dłuższy okres czasu, czyli np na cały trymestr czy cały rok. Młoda opowiadała, że kiedyś w jej dawnej szkole ktoś nie mógł chodzić do końca roku na lekcje chemii, po tym jak nie zastosował się do poleceń nauczyciela podczas doświadczeń z użyciem ognia czy innych tam materiałów potencjalnie niebezpiecznych. 

Z lekcji praktyki, czyli z warsztatu też można zostać usuniętym, gdy nie przestrzega się zadad bezpieczeństwa. 

Co wtedy? Uczeń pewnie spędza te lekcje pod nadzorem w innej sali i musi sam się uczyć, by zdać egzaminy, ale nie mamy doświadczeń w tym temacie, a tylko się domyślam, że tak jest.

Młody zeznaje, że na lekcjach jest cicho. Uczniowie słuchają nauczyciela i wykonują jego polecenia.

Moim zdaniem wielu przestrzega zasad ot tak po prostu, bo są przekonani, że tak trzeba, bo tak zostali wychowani przez swoich rodziców. Innych w ryzach trzymają kary, które mogą być różne - najpopularniejsze jest zostawanie po kozie, bywa że godzinę albo i dwie. Czasem trzeba kilkaset razy napisać wtedy "Nie będę przeszkadzał na lekcji" czy coś w tym stylu, czyli stara szkoła. Mogą też to być dodatkowe zadania domowe, a nawet prace fizyczne, czyli jakieś sprzątańsko czy inne takie.

Jeśli zwykłe proste kary nie zadziałają, wszczyna się procedurę przywołania do porządku (rozmowy z pedagogiem dyrektorem, rodzicami, pomoc poradni, itp), a potem, gdy to nie również nie poskutkuje, wszczyna się procedurę dyscyplinarną. Skreślenia uczniów są tu raczej na porządku dziennym. Nie dawno nawet koleżanka Młodego została ponoć, jak się dowiedział Młody, za coś wyrzucona ze swojej szkoły. 

Jak wyglądają przerwy?

Przerwy spędza się na podwórku. Młodzież w tej szkole ma do dyspozycji stoły do ping-ponga, piłkarzyki, można grać w koszykówkę, bo są kosze. W piłkę nożną według regulaminu nie wolno grać, ale za zgodą nauczyciela można kopać gumową piłką. Są też ławki na których można sobie usiąść i pogadać z kolegami. Z obserwacji Młodego wynika, że większość właśnie to robi - gada.

Południowa przerwa trwa godzinę i wtedy na początku większość idzie obowiązkowo jeść kanapki (czy co tam se kto przyniesie) do jadalni, ale niektóre starsze klasy mogą jeść na podwórku. Mają tam ławki pod dachem do dyspozycji. Niektórzy idą na obiadową przerwę do domu, ale muszą mieć na to stosowne zezwolenie, które okazują w sekretariacie. Tylko uczniowie mieszkający do 3 km od szkoły mogą takie zezwolenie dostać za zgodą rodziców.

Podczas przerwy obiadowej w jadalni można wyjątkowo korzystać z telefonów i tabletów, ale nie wolno telefonować. Na podwórku już wszelaki sprzęt ma być schowany do tornistra, a po jedzeniu każdy zasuwa  obowiązkowo na podwórko nawet jak by wiało, lało, czy żabami ciskało.

W szkole obowiązuje ogólny zakaz używania telefonów, laptopów, konsoli i innej elektroniki. 

Wchodząc do szkoły wszystek sprzęt należy wyłączyć i schować do tornistra. Nie wolno używać ani nikomu pokazywać. Wyjątkiem jest w/w czas w jadalni oraz lekcje.

 Laptopów i czasem telefonów używa się systematycznie na lekcjach. Każdy uczeń nosi codziennie za sobą swój laptop (Młody ma wypożyczony ze szkoły za opłatą, ale też go codziennie nosi). Jednakże i tutaj korzysta się tylko za zgodą czy poleceniem nauczyciela.

Przyłapanie kogoś z telefonem poza czasem na to przeznaczonym spotyka się natychmiast z zanotowaniem uwagi i zabraniem telefonu. 

Za pierwszym razem telefon można odebrać zaraz po lekcji z sekretariatu. Za drugim razem uczeń musi czekać pół godziny po lekcjach (czyli zostać po kozie) na swój telefon. Za 3 razem czeka już godzinę. Przy czym regulamin mówi, że szkoła nie przechowuje telefonów do drugiego dnia, z czego wniosek, że albo go odbierasz albo tracisz na zawsze. O czwartym razie nie ma w regulaminie, z czego należy zapewne wnioskować, że to wiąże się z rozpoczeciem procedury przywołania do porządku albo i dyscyplinarnej.

Gdy ktoś potrzebuje pilnie gdzieś zadzwonić, musi udać się w tym celu do sekretariatu. Tak samo, gdy uczeń oczekuje ważnego telefonu, powinno się to odbyć przez sekretariat, czyli ktoś dzwoni do szkoły, a sekratarka woła ucznia do telefonu.

W szkołach dziewczyn można było korzystać z telefonów na całej przerwie południowej do słuchania muzyki. Zabronione było telefonowanie, filmowanie i robienie zdjęć. Każda szkoła ma tu jednak własne zasady.

Ubiór

W regulaminie stoi, że uczeń ma wyglądać schludnie i czysto. Stroje wakacyjne typu klapki, koszulki na ramiączkach oraz zbyt krótkie spodnice lub spodenki oraz przesadne makijaże czy fryzury nie są dozwolone. Zabronione jest też noszenie nakrycia głowy na terenie szkoły, z wyjątkiem dla nakryć głowy z przyczyn medycznych. Na podwórku można nosić np czapki. W wielu szkołach zabronione są też widoczne tatuaże, piercing, czy ogólnie farbowanie włosów. 

Podczas lekcji w-f, basenu nosi się stroje zalecone przez szkołę, w tym wypadku jest to granatowa koszulka z nazwą szkoły i czerwone spodenki, a na basenie czerwony czepek. 

Na lekcjach praktyki w warsztacie obowiązuje koszulka i bluza z nazwą szkoły oraz stosowne ubranie robocze, obuwie robocze i nakrycia głowy (np kaski), maski, okulary etc. Zakazane są pierścionki, kolczyki, piercing, łańcuszki, a długie włosy muszą być związane lub/i zabezpieczone siateczką

Dlaczego belgijscy uczniowie uważają na lekcjach i siedzą spokojnie?

Młoda uważa, że w klasach w których ona była, każdy uważał na lekcji i był cicho, bo kazdy przyszedł na lekcje, by się czegoś nauczyć. Gdy ktoś wybiera takie kierunki jak łacina, nauki przyrodnicze, czy klasę inzynierów to znaczy, że chce się uczyć, że chce kiedyś iść na studia i ma jakiś konkretny cel na oku. To trudne kierunki wymagające pewnych kompetencji, specyficznych zainteresowań i odpowiedniego ilorazu inteligencji. Tak samo, ciągnie dalej Młoda, nikt nie wybiera fotografii, gdy go to nie interesuje i nie chce tego robić. Jak idziesz na fotografię to też ciekawią cię lekcje i uważasz, bo chcesz zostać fotografem, chcesz się jak najwięcej nauczyć.

Młody zgadza się z tym również. Każdy kto jest w jego klasie, wybrał ten kierunek z wiedzą, że tam trzeba się uczyć. Nawet jeśli to rodzice go tam wysłali, to on wie, że ma się uczyć, bo rodzice bedę wymagać dobrych wyników i jak ich nie zobaczą, będą kary.

Znajoma mająca syna wysoko uzdolnionego i w rodzinie innych wysoko uzdolnionych przekonywała mnie kiedyś z kolei, że najgorzej jest w podstawówce, bo tam jest zbieranina najróżniejszych przypadków, a jednocześnie wszyscy są traktowani wedle jednego schematu, inteligentni muszą się zrównać z największymi matołami i draństwem. Średnią szkołę już każdy wybiera sobie sam wedle zainteresowań i predyspozycji. Inteligentni i kujony wybierają szkoły i klasy o wysokim poziomie i trafiają tam właśnie z podobnymi sobie mądralami i kujonami. Każdy chce się zatem uczyć, każdy chętnie chodzi do szkoły, każdy rywalizuje z drugim. Są wygłupy, psikusy i żarty, ale i to na odpowiednim poziomie.

I z moich obserwacji wynika, że tak właśnie jest. We Flandrii (przynajmniej w naszej okolicy) jest bardzo duży wybór szkół o najróżniejszych kierunkach i poziomie. W promieniu około zaledwie 5 kilometrów mamy bodajże 5 dobrych szkół średnich, ale w zasięgu roweru znajdują się jeszcze inne szkoły. Do wielu innych łatwo można dostać się pociągami czy autobusami, tak jak np jedna córka dojeżdzała do swojej szkoły pociągiem, bo chciała chodzić na MODĘ, której u nas nie było, a druga bez problemu mogła dostać się codziennie do dużego miasta, by tam uczyć sie fotografii. W naszej okolicy mamy 2 świetne szkoły techniczne, świetną szkołę ogrodniczą i kilka dobrych ogólniaków. Młodzież (i rodzice) mają na prawdę z czego wybrać, zatem każdy idzie do takiej szkoły, jaka mu najbardziej odpowiada. Przy czym flamandzki system umożliwia łatwe zmienianie szkół. Gdy uczeń (jego rodzice lub nauczyciele) uzna, że kierunek mu się nie podoba, jest za trudno, czy za łatwo albo zasady mu nie odpowiadają bez problemów moze zmienic szkołą. Moim i dzieci zdaniem to ma bardzo duży wpływ na zachowanie uczniów, bo jeśli robisz to co lubisz, to co chcesz, to co ci się podoba, to robisz to chętnie, nie palisz głupa, nie wagarujesz, nie nudzisz się,  nie tłuczesz z innymi tylko uczysz się, uważasz na lekcji.

Są jednak niektóre kierunki czy szkoły, które gromadzą całą resztę uczniów z leserami, łobuzami, leniami, draniami i patologią włącznie. W takich klasach bywa różnie, kwadratowo i podłużnie. Koledzy klasowi Młodego opowiadali mu o swoich szkołach różne niefajne rzeczy.

Fakt, że nauka jest w Belgii obowiązkowa do 18 roku życia, tutaj działa, moim zdaniem, często na niekorzyść. Ci którzy nie chcą chodzić do szkoły i się uczyć, a muszą prawdopodobnie będą innym przeszkadzać, łobuzować i robić wszystko byle się nie uczyć i byle udowodnić, że znaleźli się tam nie z własnej woli... Moim zdaniem dla drani to nie szkoła powinna być obowiązkowa tylko ciężka praca, ale to moje zdanie...

Draństwa ani patologii w każdym razie nigdzie nie brakuje. Co się po lekcjach czasem wyprawia to nawet przykro pisać, a czasem i strach myśleć - narkotyki, pobicia, demolowanie... To jednak inny temat.

W Belgii sytuacja w szkołach jest coraz gorsza choćby z tego tytułu, że brakuje tysięcy nauczycieli i coraz częściej randomowe osoby trafiają do szkół. Masowo przybywa tu ludzi wszędzie, jest coraz ciaśniej, brakuje miejsc,  a klasy coraz większe i szkoły coraz bardziej przepełnione. To wszystko nie pozostaje bez wpływu na młodzież, na poziom edukacji i wychowania… A do tego wpływ mediów, faktu, że rodzice coraz więcej potrzebują (lub chcą) pracować, czyli mało go dzieciom poświęcają, wielokulturowości i wielojęzyczności… czy choćby beznadziejnego bezrefleksyjnego podejścia niektórych ludzi do swojej pracy, co mogłam obserwować przez cały rok w świetlicach.

Niemniej jednak mamy tu ciągle sporo porządnych, wartościowych szkół, gdzie panuje superowa przyjazna atmosfera, wzajemny szacunek pomiędzy nauczycielami,  uczniami i rodzicami, edukacja jest na wysokim poziomie, a uczniowie chętnie do takiej szkoły chodzą i nawet chętnie się uczą. Tutejsi rodzice mają też dosyć wysokie oczekiwania wobec swoich dzieci, które starają się do jak najlepszej szkoły wysłać, a potem pilnują (bywa i to często, że wręcz gnębią), by osiągały wysokie wyniki z codziennej nauki jak i każdych egzaminów. O, te egzaminy to tu jest wręcz pogrom. Okres egzaminów (odbywają się one kilka razy do roku w każdej klasie szkoły średniej) to tutaj zawsze trzęsienie gaciami i sianie paniki przez nauczycieli, rodziców, media i samych uczniów. Dyrektorzy ślą specjalne listy do rodziców na temat tego, jak dbać o uczniów w tym „trudnym okresie”, jak zapewnić im spokojny czas i miejsce na studiowanie. Radio o tym trąbi podsycając strach biednej młodzieży, a rodzice zabierają dzieciom telefony, konsole, zakazują spotkań z przyjaciółmi, zamykają ich w pokojach i pilnują, by się uczyły po kilka godzin dziennie codziennie, także w weekendy, co dla mnie zakrawa już na patologię, ale to moja opinia. Młody, jak wielokrotnie pisałam, uczy się sam wedle własnego uznania. Sam pilnuje swoich zadań domowych, swoich egzaminów, swoich podręczników. My od czasu do czasu zapytujemy tylko, czy się uczył danego dnia, czy lekcje ma odrobione, pytamy z czego ma sprawdziany, no i obserwujemy wyniki na Smartschool, czasem gratulując a czasem dopytując, z jakiego powodu wynik jest niski. Młody sam zawsze chwali się sam dobrymi wynikami od razu, zanim nauczyciel je opublikuje. O złych też od razu mówi i wyjaśnia dlaczego tak słabo poszło. Nie ma problemu z przyznawaniem się, że ma za mało się uczył, że zapomniał o teście albo że przecenił swoją wiedzę z danego tematu i w ogóle się nie uczył. U nas w domu nie ma kar, nie ma zakazów i nakazów, a tylko wzajemne zaufanie i zrozumienie... (dzięki swojemu kursowi wiem, że zupełnie intuicyjnie wychowujemy dzieci metodą T. Gordona - polecam). 

A jak tam u was w szkołach z przestrzeganiem regulaminów i dyscypliną?

10 września 2023

Wymiana okien na początku roku szkolnego? Nie polecam!

Panie, co za popieprzony tydzień! Wszystko na raz się działo i nawet nie wiem, jakim cudem udało nam się to wszystko ogarnąć.

Parę tygodni temu właściciele poinformowali nas, że ekipa do wymiany okien zjawi się na początku września. Zapytałam, czy musimy jakoś się na to przygotować. Odrzeknięto, że CHYBA nie... No to dobra, zajęlismy się bierzącymi sprawami, których u nas ciągle o wiele za dużo w stosunku do posiadanego czasu i możliwości logistycznych. Dzień przed przybyciem ekipy trochę poprzesuwaliśmy to i owo, by nic w drodze do okien nie stało i by był plac na potencjalne manewry okołookienne. Założyliśmy (nie wiem, co nami kierowało), że ekipa wszystko zabezpieczy, gdy uznają że jest taka potrzeba i to było bardziej niż błędne założenie. Zaczęli od poddasza, a gdy skończyli wyjmowanie okna i wstawili nowe, poszłam na zwiady. Okazało się, że nawet się za bardzo nie nakurzyło, więc wróciłam do swoich zajęć, a ekipa zabrała się za prace w pokoju Młodego. Tłukli się tam cały dzień, pukali, stukali, borowali. Biegali z góry na dół i z dołu do góry przenosząc różne obiekty. Od czasu do czasu cisnęli czymś z góry przez okno robiąc hałas. Gdy o 15 się zabrali, poszłam zobaczyć i to co zobaczyłam, mnie lekko zszokowało. Dobrze, że nowy komputer Młodego rano na szybko przyrzuciłam kocem. 

KA-TA-STRO-FA. Wyglądało tam, jakby gdzieś w pobliżu właśnie wulkan wybuchł i wszystko pokrył pyłem. Biurko, łóżko, biblioteczka, nowe podręczniki i przybory w pudełkach, Playstation, telewizor, wszystkie sto-pluszaków-Izydora pokryte było grubą warstwą pyłu, kawałków styropianu, cegły, pustaków i diabli wiedzą czego jeszcze. Nie wiedziałam od czego zacząć. Zaprzągłam odkurzacz do roboty, pościel wrzuciłam do pralki, pluszaki spakowałam do kilku worków na śmieci, by czekały w kolejce na pralkową karuzelę, przejechałm mopem (chwała temu, kto wynalazł mop z wirówką). Wieczorem i porankiem mądrzejsi o jedną głupotę ofoliowaliśmy z Małżonkiem pokój Młodego i naszą sypialnię, a Młoda ofoliowała swój pokój. Uznaliśmy, że skoro przez jeden dzień ekipa ogarnęła tylko po części dwa pokoje, czyli 4 okna, to kolejnego dnia więcej nie zrobią, czyli nie ma szans by dotarli na parter. W ten sposób popełniliśmy drugi katastrofalny błąd, bo na dole zabezpieczyliśmy tylko biblioteczkę... Dobre i to!





Rano we wtorek tylko świt wsiadłam w pociąg i pojechałam na mój dzień próbny. Zadzwoniła właścicielka domu, by powiedzieć, że ekipa  nie przyjdzie, bo coś im wypadło. Aaaaaaaaaaaa! To po cholere, to wszystko w pośpiechu foliowaliśmy wieczorem?! FCK! 


Na dniu próby było fajnie i miło. Dzieciaki już mnie trochę znały i się mnie nie bały.  Tego dnia mogłam obserwować dzieciaki przy obiedzie. Byłam zdziwiona, ile taki dziecek potrafi zjeść, bo żadne z Naszej Trójcy nigdy tyle na raz nie zjadło mając 2 latka. Kurde, ja nawet chyba bym tyle nie zjadła, co te małe smrole. Kolejna rzecz, która mnie tu już nawet nie tyle dziwi, a wręcz szokuje to siadanie do jedzenia z brudnymi rękami. No szlag mnie trafia na sam widok i raczej nigdy przenigdy się do tego nie przyzwyczaję.

Pyrtasy goniły od rana po podwórku, gdzie łaziły na czworakach po płytkach, przekopywały piach i trociny zasuwały na rowerkach, no bawiły się pełną parą, jak to dwulatki. Przed południem opiekunowie wynieśli stół na podwórko i zwołali berbecie na obiad. Podchodziły po kolei i wdrapywały się na ławeczki. Niektóre szkraby usadziliśmy w siedziskach z pasami i pan opiekun zaczął je zabawiać, by spokojnie czekały na dostarczenie posiłku. Wszystko fajnie tylko te brudne łapy - ośpikane, oglutane, opiaszczone, lepkie od wszystkiego, czego tylko dzieci się dotykały. Dla mnie OBRZYDLIWOŚĆ jeść takimi usyfionymi rękami. Nawet pomijajać potencjalne bakterie to zwyczajnie nimiło trzymać łyżkę w łapce grubo obklejonej piaskiem. Co ciekawe PO JEDZENIU pan przyniósł dla każdego dziecka myjkę namoczoną w wodzie i wytarł wszystkie łapki. Czy nie można bu tego samego i przed jedzeniem robić...? Nie wiem jak was, ale dla mnie to jakby trochę dziwne. I obrzydliwe. 

Belgowie nie myją rąk przed jedzeniem. 

Zaobserwowałm to z wielkim zgorszeniem już w pierwszym roku naszego tutaj pobytu. Dlatego też tak mnie wkurzało w czasie pandemi to belgijskie uczenie o higienie, wszędzie rozwieszane instrukcje mycia rąk, pieprzenie o tym 50 razy dziennie w radiu i telewizji. Dlatego taka nerwa nas brała, gdy przypominano nam wszedzie, byśmy myli ręce po wyjściu z kibla, przyjściu do domu, jakby to kuźwa nie było oczywiste!  No bo dla nas jest to oczywiste. Nas uczono tego od urodzenia, wałkowano w szkołach. Babcia i rodzice nie dali nam siąść do stołu, jak nie zaliczyliśmy mycia rąk, a ile razy wracaliśmy pod kran, bo niedokladnie żeśmy łapy wypucowali. Myliśmy te łapy nie tylko po wywożeniu gnoju w pole, czy sianiu zaprawianego trutką zboża, ale za każdym razem po przyjściu do domu czy to po pracy, czy po zabawie, czy po zakupach. O, powrót ze sklepu czy tym bardziej z miasta to już szczególnie był pilnowany, bo " tam dotykaliśmy rzeczy, których nie wiadomo, kto (i na co chory) wcześniej dotykał". W zerówce podstawą było przyniesienie do szkoły ręczniczka, bo przecież przerwa śniadaniowa zawsze zaczynała się robieniem pociągu i jechaniem ciuch-ciuch-ciuch do łazienki w celu umycia rąk. 

Tutaj mycie rąk i podstawowa higiena to pojęcia dosyć abstrakcyjne. Wolą wszystko polewać chlorem i psikać jakim tylko syfem dezynfekującym, ale zwykłej wody z mydłem się zasadniczo boją.

Do kolekcji dziwnych rzeczy dorzucę wam "moje ulubione" tutejsze klasy w puszkach i publiczną pompkę do roweru. 

Młode w jednej ze swoich szkół też mieli klasy w takich kontenerach. Te na poniższym zdjęciu znajdują się w Wetteren.

klasy szkolne

pompka koło parkingu rowerowego przy stacji kolejowej



Po południu, gdy wróciłam do domu z Wetteren, ogarnęliśmy szamę, odfoliowaliśmy łóżka i poszliśmy spać.

poranno-jesienny widok z naszej sypialni


Rano zafoliowaliśmy łóżka nową folią, bo stara się już nie nadawała. Dobrze, że Małżonek nakupił tej folii i taśmy.


zafoliowana sypialnia

Małżonek poszedł do pracy, ja z Młodym popyrkałam do psychiatry, Dziewczyny z papugami ukryły się w kuchni. 

Dla autystyków hałas, kurz i niecodzienna sytuacja we własnym normalnie bezpiecznym i cichym domu to spory problem i ogromny stres, a ekipa robiła wszędzie na raz i nigdzie nie było bezpiecznie i spokojnie. Przez salon biegali na zewnątrz z każdą głupotą, bo przez salon się wchodzi u nas do domu z ulicy. Do tego jedną z pierwszych rzeczy, jaką przynieśli, było radio, które grało codziennie na cały regulator... 

My nie mamy telewizji ani radia w domu, bo dla nas to cholernie męcząca rzecz na dłuższą metę. Ja czasem włączam sobie radio z telefonu przez głośniczki blutooth na chwilę, gdy ćwiczę albo coś robię fizycznie, ale to na CHWILĘ, CZASAMI a nie cały tydzień. Reszta z Piątki często słucha muzyki, ale przez słuchawki, tak by inni nie musieli też słuchać. Czasem oglądamy filmy z laptopa czy Playstation, ale to film. Nie przeszkadzało nam to radio aż tak, żeby prosić o jego wyłączenie, ale ociążało mózgi. No wiem, straszne z nas zrzędy, ale czekajcie, ja się dopiero rozkręcam ;-)

Gdy czekaliśmy u psychiatry, Młoda napisała, że panowie, których tego dnia przybyło dużo więcej, zaczynają demolkę w salonie. JPRDL! A my tam tylko biblioteczkę zafoliowaliśmy i stary komputer oraz moje przybory nakryłam, a tablety i laptopy wrzuciłam do szafy. Więcej nie zdążyliśmy, bo nie było czasu nawet po dupie się poskrobać ostatnimi dniami.

Jak wróciliśmy z Młodym, prawie na zawał zeszłam. Tu też się zajebiście kurzyło! Cieszę się, że mamy stare kanapy, to najwyzej się je wyrzuci, jak się nie da doczyścić z kurzu. No, jakbyśmy mieli nowe, to pewnie byśmy je mimo wszystko ofoliowali na wszelki wypadek...Drukarka też stara i póki co drukuje ciągle. Dywany skazałam świadomie na zagładę i tylko jeden wyniosłam na podwórko dzień wcześniej. (Będzie powód by wreszcie nowe kupić hihi). 

A ci się jeszcze pytają, czy w kuchni też mogą tego dnia zacząć... No chyba was, chłopaki, powaliło! Jasne, że nie możecie w kuchni dziś zaczynać. Mamy nową kuchenkę, nową lodówkę, nową mikrofalówkę, maszynę do kawy, czajnik... jedzenie stoi na wierzchu... a ten się pyta, czy mogą tam robić zadymę i syf...

Tak czy owak trzeba było  znowu ten armagedon ogarnac przed nocą odrobinę, bo nie szło nawet oddychać od kurzu. Zapierdzielaliśmy znowu z Małżonkeim i dziatwą do późnych godzin wieczornych. Młoda nie może bawić się kurzem, bo ją to bardzo boli. Młody ma oficjalnie alergię na kurz, ale póki co (odpukać) na razie tylko odrobinę mu dokucza. Pochowaliśmy sprzęty po szafach. Nakazaliśmy wszystkim się kąpać na wyścigi, bo lodówkę musieliśmy wepchać do łazienki obok prysznica, kuchenkę ofoliowaliśmy.

I wiecie co? W kuchni się nie kurzyło prawie wcale. Co za szajs!

No i tutaj jeszcze najważniejsze, w tym całym burdelu Młody i ja zaczynamy rok szkolny! 



Pierwszy tydzień w nowej szkole jest najważniejszy i chciało by się dziecku zapewnić jak najmilsze i najfajniejsze warunki, dać wsparcie, wysłuchać i w ogóle ogólnie jak najspokojniejszy start mu zapewnić, a tu dupa blada dzika maskarada. Pech chciał, że z oknami w pokoju Młodego był jakiś problem i ekipa certoliła się z nimi cały tydzień kląc pod nosem i nie tylko pod nosem.... a cały pokój przez cały tydzień był pokryty folią i tonami kurzu oraz wszelakiego innego syfu.

Nie szło znaleźć ani ubrań, ani podręczników czy przyborów, ani spokojnie odpocząć czy pogadać z kumplami. Co rano foliowanie łóżka i komputera, a co wieczór odfoliowywanie najpotrzebniejszych rzeczy, odkurzanie, mycie i wkurzanie się na wszystko. A tu wszystko nowe - nowe zasady szkolne, nowi koledzy nowe zwyczaje, nowi nauczyciele... 

I jeszcze, jak to w każdej szkole, różne mniej lub bardziej niedorzeczne pomysły. Weźmy choćby głupią kłódkę do szafki szkolnej. Napisali, by przynieść kłódki. Poszliśmy do sklepu, Młody wybrał kłódkę na szyfr. Poszedł do szkoły i okazało się, że kłódka się zepsuła zanim udało mu się zamknąc szafkę. Bo taki szjas tera produkują. 10€ w plecy. Tata kupił nową na klucz. Młody się ucieszył. Okazało się, że nie może być na klucz. Musi być na szyfr. Bo tak! Tata znowu wstąpił do sklepu i kupił na szyfr. Uf. Szafka zamknieta. Łał. Potem mówią, że jeszcze druga jest potrzebna. JEZU!

Najlepszy mejl ze szkoły. Informują, że dzieci pozamykały nie swoje szafki. HAHAHA. Dalej przypominają, że każdy otrzymał numer szafki na początku roku i proszą uczniów o dokładne sprawdzenie i doprowadzenie tej sytuacji do porządku do czwartku, grożąc, że potem kłódki zostaną usuniętę siłą. Dziatwa pewnie myślała, że se można szafkę wybrać. 

W takich sytuacjach często się zastanawiamy, jak to jest, że tacy my kilka lat temu nie znający prawie albo wcale niderlandzkiego zwykle nie mieliśmy problemów ze zrozumieniem zaleczeń, zasad, wytycznych obowiązujących w danym miejscu i do nich się dostosowaniem, natomiast  tubylcy mają z tym ciągle duże problemy...?

Któregoś dnia Młody nie wiedział, że trzeba było wziąć ubrania na warsztat i ścierki (bo dzień wcześniej byliśmy u psychiatry i nie był w szkole). Mama kolegi go podwiozła na szybciora do domu i w pośpiechu szukaliśmy w tym naszym burdelu jakichś ściereczek, jakiegoś ręczniczka i próbowaliśmy sobie przypomnieć, gdzie też mogliśmy wsadzić te cholerne ubrania szkolne. A tu czas leci i zaraz dzwonek zadzwoni, a do szkoły kilka kilometrów...  Pani Mama odwiozłą go tylko z powrotem pod swój dom (bo czym by potem wrócił), a dalej kręcił te 5km rowerem. Zdążył. Mistrz!

Był też pierwszy basen i dużo stresu, bo przecież "ciągle nie umie dobrze pływać". Rano o szóstej napisałam mejl do wychowawcy, którym jest akurat pan od wuefu. Odpisał przed lekcjami, że pracują w grupach wedle umiejętności i że słabiaki pływają blisko brzegu. Odetchnęłam z ulgą. Napisał też, że omówi wszystko z Izydorem na spokojnie. Młody wrócił ucieszony. Okazało się, że pan mu tylko jakiejś jednej porady udzielił i UMIAŁ PŁYWAĆ i NIE MUSIAŁ WCALE BYĆ PRZY BRZEGU! PŁYWAŁ! BYŁO SUPER NA BASENIE!

Cieszę się, że mu pomogłam się nauczyć pływać i że warto było poświęcieć te kilka godzin i jeździć kilka razy w tygodniu na basen. Jestem dumna i z Młodego i siebie (bo mi się chciało).

poranny widok na las z łączki za domem

W tym tygodniu udało mu się już rozwalić szkolny laptop. Możecie się ustawić w kolejce po autograf.

Tak na prawdę nic nie zrobił. Przyjechał do szkoły, na lekcji kazali wyjąć laptopy, Wyjął, otwiera, a tam czarna sznita na cały ekran. Popłapkał się. Od razu powiedział, że nic nie zrobił. Bo nic nie zrobił. Nie wie, co się stało. Obstawiam, że albo za ciasno w tornistrze albo za gorąco, albo i to i to. Wkurza nas to noszenie laptopów w te i wewtę. Nie rozumiemy tego, po jaką cholerę?! Każdy ma chyba komputer w domu. Jak nie ma, top niech się nie wybiera do szkoły technicznej. Dla mnie logiczne i oczywiste. No dobra, niech będą te laptopy dla ludzi, którzy nie mają w domu komputera, ale ci co mają, nie powinni nosić tego do domu... Właśnie zamierzam napisać list do wychowawcy z pytaniem, czy Młody nie mógł by tego lapka szkolebgo tylko w szkole używać... Lapki szkolne są ubezpieczone, więc nic nie płacimy za szkodę, ale szkoda stresu Młldego no i laptopa. Mogli by się też zdecydować na jedno - albo komputery, albo książki, a nie że i to i tamto trzeba dźwigać do szkoły. 

Ale tak nawiasem mówiąc, to kwestia komputerów w domu to też mnie zadziwia. To jest podstawowe pytanie w każdej szkole, w biurze pracy i innych instytucjach: czy masz w domu komputer lub tablet z dostepem do internetu. Ja mam komputer od lat osiemdziesiątych, a mamy rok 2023 i dla mnie komputer to jedna z podstawowszych rzeczy, które trzeba mieć w domu. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. W mojej dawnej wiosce w Polsce chyba nawet najbiedniejsi od dawna mają komputery i internety. Może się myle, ale wydaje mi się, że w Polsce chyba każdy przeciętny człowiek (przynajmniej młody) w Polsce ma jakiś choćby słaby i stary, ale działający komputer i internet w domu. No ale może się mylę...??

Tutaj jednak, wydaje mi się, ważniejsze jest dla ludzi posiadanie w domu zmywarki, suszarki, wyjazd na zagraniczne wakacje, wysyłanie dzieci na kolonie i do 5 klubów sportowych niż zakup kompa. 

Psychiatra okazała się być bardzo miłą babeczką.

Najpierw zapytała skąd pomysł, że Młody może mieć autyzm. Potem zapytała, co nami kieruje, by go diagnozować. Zmaczy, po co nam diagnoza. Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że jest dwa powody: po pierwsze by wiedzieć i lepiej siebie poznać, po drugie "papier" ułatwia życie i rozwiązuje wiele problemów, szczególnie w szkole.

Okazało się jednak, że  koniecznie potrzebujemy skierowania od rodzinnego, bo inaczej nie otrzymamy zwrotu z funduszu zdrowia, a taka wizyta to bagatela 235€, a wizyt będzie 4, czyli blisko tysiąc ojro, a nasza doktorka jeszcze jeden tydzień na wakacjach. Rozmawiałam z sekretarką i niestety musimy czekać, aż doktorka wróci. Nie wiem, czy będzie mogła wystawić to skierowanie z tyle wcześniejszą datą, ale z drugiej strony to przecież jej wina, bo ja prosiłam o zwolnienie, tylko ona uznała, że niepotrzebne, gdy mam dokument od psychologa... O i tak cały czas coś...

Pogoda nam sytuacji nie ułatwia. Mamy teraz upalne lato. Temparatury w dzień utrzymują się w okolicach 30 stopni. Wilgotność wysoka. Dla mnie bomba, ale dla większości ludzi taka temperatura jest o wiele za wysoka. Małżonek pracuje jako lakiernik i w taką pogodę praca to tragedia. Według prawa to praktycznie nie powinni pracować, bo jest to zwyczajnie bardzo niebezpieczne dla zdrowia. Małżonek czuje się fatalnie. Ból głowy nie do wytrzymania. Zmęczenie koszmarne. Zawroty głowy. Ale potrzeba pieniędzy, więc trza zapierdalać, nie ma wyjścia.

Żeby było mało atrakcji to w tym tygodniu otrzymałam też wiadomość, że mamy się w czwartek stawić na dzień informacyjny w związku z moim kursem i że to będzie traktowane jako normalny dzień nauki, czyli obecność obowiązkowa. Siedziałam tam od 10 do 14, z czego półtorej godziny czekaliśmy na babę z VDAB, bo była umówiona na 13 a pierwszy etap skończył się dużo przed czasem.

selfiak przed szkołą 

Nasz plan zajęć jednak trochę inaczej wygląda, niż mi się przódziej wydawało. Dwa dni mamy lekcje w szkole - przeważnie całe dnie, ale niektóre dni tylko do południa. Do tego praktyka w pozostałe dni dowolnie już do ustalenia z wybraną świetlicą czy szkołą. Plus zadania domowe oczywiście. 

Do tego dochodzi mój niderlandzki oczywiście i inne zwyczajne zajęcia. Jednak skoro udało mi się przeżyć ten  porąbany tydzień, to  ja już wszystkiemu dam rady haha. No bo kto jak nie ja. 

Niderlandzki zaczynam w poniedziałek. Czekam z niecierpliwością, by zobaczyć, jak będzie ta nauka wszystkiego wyglądała i czy będzie mi wchodziło cokolwiek do łba.

W grupie mam fajnych ludzi. Jedna koleżanka jest po 50-tce, wiele po 30, ale jest też paru młodzików. Niektóre babeczki pracują z dziećmi już dobrych kilka lat (jedna bodajże 15!), ale ze względu na ostatnie postanowienia rządu, teraz muszą przymusowo pójść na kurs. Od przyszłego roku każdy pracownik świetlicy, żłobka bedzie musiał posiadać dyplom, co z jednej strony jest dobre, bo w końcu ludzie pracują z dziećmi i są odpowiedzialni za ich zdrowie i życie, ale z drugiej żeby ludzi po wielu latach pracy w zawodzie wysyłac teraz na kurs...? 

Dziewczyny mówiły też coś, że one przysły na ten kurs, by pracować w przedszkolu.... bo że ten kurs ponoć to umożliwia... No to, panie, ja muszę teraz ten temat zgłębić...

W sobotę dałam sobie wciry. W piątek ogarnęliśmy wspólnie poddasze i pierwsze piętro na błysk. Na sobotę został cały parter.

wstałam ino świt...

wystrojona w Małżonka laczki wynoszę osikane trociny świń

Umyślałam, że skoro w kuchni już i tak jest rozpierdol, to machniemy i malowanko. Małżonek wstąpił zatem w piątek do sklepu i kupił przybory oraz farbę. W sobotę On wstał o 4tej i poszedł do roboty, a ja pobyczyłam się do 6.30 i zabrałam się za robotę.


nie ma to jak malarzom, nic nie robią, tylko łążą...

Zaczęłam od nastawienia pierwszej pralki. Potem zjadłam śniadanko. Potem posprzątałm u świń i wyniosłam osiurane trociny na pole kompostowe sąsiada (bo mogę). Potem wypchałam kuchenkę na środek, ile kabel pozwolił i obkleiłam taśmą malarską całą kuchnię. Potem pomalowałam wszystkie ściany raz. Co jakiś czas robiłam sobie przerwy na nastawianie i wieszanie w ogrodzie kolejnych prań. No i na picie wody. Dobrze, że mamy pralkę na 9kg, ale i tak kręciła całe dnie non stop. Samych pluszaków Izydora było z 5  tur albo i więcej, bo np Pan Wielki Miś to sam całą pralke zajął. Prały się też kołdry, zasłony, koce i ręczniki. Pogoda na pranie idealna. Wszystko pięknie schło.

W południe wrócił Małżonek i drugą wartstwę farby nakładaliśmy już razem. Potem było wspólne sprzątanie. Skończyliśmy gdzieś koło dwudziestej. Wtedy chłopaki pojechali po frytki do budki, by coś zjeść. Ja w tym czasie razem z Najstarszą wypucowałyśmy nasze odkurzacze. Wymyłyśmy im kubełki i wypłukałyśmy filtry, bo już prawie nic nie ciągnęły, tak je zapchało pyłem. Bezworkowe odkurzacze to wygoda i oszczędność na workach, ale często filtry trzeba kąpać.

Na koniec pokaże wam ładne miejsce. Provinciale Domein De Schorre. 

W zeszłą sobotę Młody zaproponował, byśmy pojechali skuterem do jakiegoś parku czy coś. 

Pojechaliśmy zatem do Boom, miejsca znanego z Tommorowland, ale poza tym jest tam superowy park rekreacyjny, gdzie można np popływać rowerkiem, powspinać się, poopalać, pospacerować, pojeździć rowerem zwykłym czy góralem. Można też poszukać troli. Mieszka ich tam siedem, ale my tylko 4 odwiedziliśmy, zanim się zmęczyliśmy. Młody zobaczywszy ludzi wspinających się na budynek i zjeżdżjących na linach zarządził, że też chce. Zasięgnęliśmy języka i się okazuje, że każdy może się powspinać, tylko trzeba się wcześniej zapisać na konkretny dzień. Zajęcia organozowane są w Boom i Hoboken. Gdyby kogo interesowało, to niech zajrzy na stronkę. Jednorazowa zabawa kosztuje 25€ od osoby. Kiedyś się wybierzemy. Najstarsza tam była kiedyś z klasą i bardzo jej się podobało.

https://intense.be/

wieża wspinaczkowa z której się zjeżdża w krzaki na linie




Boom

Boom

Boom


"Las Troli"






Trol i wieża widokowa
ja pod wieżą


Na każdej deseczce poniższego pomostu wypisano jakieś pozytywne hasła. 



To wiadukt. Kiedyś tędy pociągi jeździły. Dziś to dekoracja pomaloswana w pracujące mrówki...










Jest tam ścieżka bosych stóp, ale nie byliśmy przygotowani. Spory kawałek był przez błoto, a nie mieliśmy ręcznika ani większedj ilości wody ze sobą, więc tylko kawałek przezliśmy w butach, by zobaczyć, jak wygląda. Następnym razem na pewno polecimy na bosaczka. Lubię takie bose ścieżki. Kawałek jest taki pomost, kawałek wysypane słomą, spora część normalnie po ziemi, patykach i trawie, kawałek po pieńkach, po błocie, kamieniach... Fajny masaż dla stóp.






"bosa ścieżka" i Młody na zjeżdżalni