Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychiatra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychiatra. Pokaż wszystkie posty

27 stycznia 2024

Zakończyłam pierwszy semestr!

Zakończyłam pierwszy semestr nauki w szkole dla dorosłych CVO kierunek kinderbegeleider (opiekun świetlicy)

To było ciężkie pół roku, ale właśnie dotarłam do końca pierwszego semestru. Uf! Nie powiem, by mi to zleciało. Nie, to były wyczerpujące i cholernie stresujące miesiące. Chodzenie do szkoły, gdy się ma 46 lat, podtruty i zmęczony mózg oraz kupę innych problemów to wcale nie łatwa sprawa. Nie ma nawet co porównywać do czasów, gdy człowiek mial naście, czy dwadzieściaparę lat i nie miał poza nauką wiele więcej na głowie, gdy głowa działała bezbłędnie, trzeźwo i szybko myślała, zapamietrywała, kojarzyła fakty... A nawet jak te dodatkowe obowiązki były, jak u nas, i trzeba było zapieprzać w polu, czy w domu coś tam zrobić, to sił na wszystko wystarczało. Nawet jak człowiek do rana grał na kompie czy książkę czytał albo głupie zboże rozładowywał wiadrami w stodole, to po trzech godzinach drzemki wstawał rzeźki i mógł nadal góry przenosić. 

Tymczasem teraz wszystko idzie wolno i opornie, multitasking nie działa, zapamiętywanie nie działa, logiczne myślenie zawodzi, emocje ledwo kupy się trzymają i co chwilę coś puszcza w szwach, a do tego człowiek potrzebuje dużo snu a i tak jest ciągle zmęczony, zmęczinhy i jeszcze raz zmęczony...

Dziś rano przebudziłam się koło czwartej, jak Małżonek wstawał, ale zasnęłam w mig kamiennym snem i obudziłam się dopiero po siódmej. Tak, wreczcie mogłam spokojnie spać, bo inne dni budziłam się po kilka razy w nocy i od piątej już nie było spania... Przed ósmą przypomniało mi się, że kurde kury nie wypuszczone, że świnie nie dostały trawy (bo w sobotę Małżonek im nie daje, gdyż za wcześno wychodzi do roboty)... Aaaaa! Pobiegłam w piżamie tylko po drodze starą kurtkę narzucając i do gumiarów bosymi stopami wskakując prosto do kurnika. Sunny coś powiedziała głośno po kurzemu na ten temat... czasem to jednak dobrze kurzego nie rozumieć...

baba ze wsi o poranku - selfiequeen 🫅🏼

Wczoraj na ostatnich zajęciach robiliśmy z klasą wspólne podsumowanie tych kilku miesięcy. Mowiliśmy, co było łatwe, miłe i przyjemne, a co dało nam w kość. Nawet nie wiecie, jak dobrze było usłyszeć, 7że wszystkie koleżanki w grudniu miały pierońsko trudno i że niektóre, tak samo jak ja, miały wtedy ogromną chwilę zwątpienia i że nie jestem jedyną, która miała ochotę podwinąć ogon i spieprzać gdzie pieprz rośnie. Tak, inne dziewczyny też myślały o tym, by zrezygnować. Ale nie zrezygnowałyśmy. Dałyśmy rady. Niektóre muszą powtórzyć pierwszy semestr, bo nie zaliczyły niektórych zadań, ale to nie szkodzi. Najważnejsze, że się nie poddały. Ja nie mam jeszcze oficcjalnego oświadczenia, co co do tego czy zdałam, czy nie. Nauczycielki muszą jeszcze przejrzeć i coenić nasze projekty. Zadania z pracy codziennej mam wszystkie zaliczone, a ostatnie zebrały sporo pozytywnych komentarzy. Moja autorefleksja i dokumentacha pedagogiczna to wręcz wielkie ochy i achy. To drugie zawdzięczam 14 latom pracy w bibliotece i prowadzeniu tam kroniki oraz systematycznym sprawozdaniom. To pierwsze z kolei temu blogowi. Czym jest bowiem większość wpisów jak nie gruntowną autorefleksją.

Na koniec dnia robiłyśmy na zlecenie nauczycielki "prysznic komplementów". NIENAWIDZĘ tego typu zabaw! Ale nie było jak się z tego wymiksować. Po kolei każdy musiał stać na środku kręgu, a reszta grupy prawiła mu komplementy. DLA MNIE KOSZMAR. PEŁNY DYSKOMFORT. OGROMNY STRES. WRĘCZ PANIKA. TAK STAĆ PRZED LUDŹMI gdy o tobie mówią. Nie ważne, że pozytywnie. Nie pamiętam, co mówili na mój temat, bo za bardzo byłam skupiona na tym, by przetrwać ten okropny moment. Wiem jedno:  nigdy więcej się na to nie zgodzę! Następnym razem powiem zwyczajnie KATEGORYCZNE NIE! Szanuję i cenię komplementy i miłe słowa prywatnie w cztery oczy. Ale coś takiego jest nie na moje nerwy. Widziałam, że nie tylko dla mnie, choć wielu najwyraźniej batrdzo się podobało.

Przede mną jeszcze rozmowa ewaluacyjna z moją mentorką ze szkoły, ale najpierw musi ona taką rozmowę przeprowdzic z mentorką ze stażu. Inni już są po, ale moja mentorka ma jakieś opóźnienie.

Teraz mam tydzień wolnego. Muszę dokończyć formalności, czyli podpisać umowę z nową świetlicą i rozplanować godziny. Tymczasem z aktualnej świetlicy dostałam propozycję pracy w ferie krokusowe jako wolontariusz z wynagrodzeniem 10€/h. Propozycja bardzo interesująca, tylko nie wiem, czy mogę na chorobowym, a raczej czy nie zabiorą mi przez to zasiłku, a jak zabiorą to czy to się kalkuluje... Spróbuję się w przyszłym tygodniu jakoś skontaktować z VDAB oraz moim funduszem zdrowia i się wywiedzieć o prawo. No a w międzyczasie sprawdzić, czy da się to pogodzić ze stażem w tamtej drugiej świetlicy. 

Zometa

Na początku tygodnia odebrałam kolejną dawkę ulepszacza kości w kroplóweczce. Żaden tam szał, ale zanotować trzeba, że znowu pół roku minęło i że trzecia Zometa za mną. I że ciągle mnie to nie zabiło.




W szpitalu przy wejściu na oddział stoi pudełko z maskami i wielki napis, że maski obowiązkowe. Poczęstowałam się zatem i założyłam na pysk. Szanuję to, że dają maski gratis i nie musiałam latać po szpitalu, by znaleźć miejsce, w którym można takowe nabyć. Miałam co prawda jedną w plecaku, bo zwykle noszę przy sobie w razie wu, ale plecak zostawiłam w skuterze na parkingu, bo mi mózg nie działał akurat. Czyli jak zwykle. 

Nasze lekarki domowe, jak zauważyłam rejestrując nas przedwczoraj online,  też zalecają przychodzenie w maskach, ale nakazau nie ma póki co. I niech tak zostanie. Zalecenie wydaje mi się bowiem o wiele lepsze niż nakaz. Nakaz (przynajmniej we mnie) natychmiast budzi sprzeciw. Zalecenie za to daje mi do myślenia, że coś jest na rzeczy i daje mi wybór. A jak mam wybór, to staram się wybrać najlepiej i dla siebie i dla innych. 

Najstarsza. Diagnoza ADHD i kolejne przeprawy z hulpkas

W tym tygodniu Najstarsza z moją asystą rozmawiała z naszym polskim psychiatrą i otrzymała oficjalną diagnozę ADHD. Pan doktor przysłał nam ją mejlem w języku angielkim wraz z zaleceniem leku, a z tym dokumentem uderzymy do lekarki rodzinej, by wypisała tutejszą receptę. Najstarsza jest wielce podekscytowana i pełna nadziei. Ja również. Nie liczymy na żaden cud, ale z opowieści znajomych wiemy, że lek na ADHD całkiem nieźle potrafi poprawić jakość życia. Fajnie by było, jakby i w przypadku Naszej Córki też się sprawdził.

Poza tym Najstarsza w towarzystwie Młodszej Siostry była w naszym ulubionym urzędzie hulpkas, czyli kasy pomocowej. Zgdanicjcie, co powiedzieli?! Ja zgadłam. TAK! Oczywiście! Że Najstarsza przyszła za późno. BUACHACHA! Potem jednak uznali, że skoro dopiero w grudniu skończyła 21 i nie ma dyplomu szkoły średniej to jednak faktycznie nie mogła wcześniej się starać.... Jakbym tak kopła w dupę jedno z drugim to tydzień by z motylkami latali. Nie wiem, normalnych ludzi to już nie ma do pracy w urzędach? Czy po prostu tam tylko ochęchów przyjmują...?

Starania o uznanie niepełnosprawności. Kolejny krok z FOD.

Młoda za to otrzymała wreszcie zaproszenie do FODu! Sprawdzala systematycznie na ich stronie logując się z itsme na swój profil i kiedyś przybiegła zaopatrzona w chytry uśmiech i znajmiła, że stasus się zmienił. Pojawiła się tam informacja o spotkaniu z jakąś personą o imieniu nie zdradzającym płci. Parę dni później przyszedł list. Strach się bać, co tam znowu powiedzą... Do spotkania kilka tygodni, więc bedziemy czekać zniecierpliwione wielce. 

Dobra książka dla młodziezy po niderlandzku

U Młodego tym razem nic specjalnego się nie wydarzyło... A nie czekaj! JAK TO NIE!! 

Czytajcie uważnie, bo nie będę dwa razy powtarzać (tylko siedemdziesiąt osiem):

MŁODY W TYM TYGODNIU ZACZĄŁ CZYTAĆ KSIĄŻKI!!!

Najsampierw Matka przyniosła z biblioteki 2 książki i zapytała Młodego, czy ma ochotę na wspólne czytanie, na co Młody odrzekł z wielkim entuzjazmem i radością, że TAAAAK, bo on BARDZO LUBI CZYTAĆ (ale nie sam). Zaczęliśmy jedną książke tego samego dnia. Czytaliśmy po 2 rozdziały na zmiany i ten urwipołeć powtarzał co chwilę, że bardzo sie cieszy że czytamy, bo on bardzo lubi czytać (tu Matka przewraca oczami). No i się okazuje, że ROZUMIE, o czym czytamy, a to bardzo istotne...

Stara bibliotekara nie wyszła z wprawy podczas kilku lat sprzątania kibli i ciągle ma wyczucie do tego, co do książek i ich potencjalnych czytelników. Wybrałam książkę z nowości dla młodzieży tutejszego autora, którego nie znałam i można rzec TRAFIONY ZATOPIONY. A raczej zaczytany. 



Astrid Sercu: Je speelt met vuur (Igrasz z ogniem)

Wczoraj przeczytaliśmy 20 rozdziałów i Młody był zadziwniony, że tak szybko czas minął i że tyle przeczytaliśmy. Książka bardzo wciągająca. Zaczyna się od tego, że klasa nastolatków przyjeżdża z nauczycielami na obóz w lesie na jakimś zadupiu w Ardenach. Właściciel ma kłopoty finansowy. Syn nie znosi innych małolatów, ale robi wszystko, by pomóc ojcu. Dziewczyny odkrywają ukryty pokój... Ktoś podpala różne rzeczy i nastolatki o włos unikają spalenia.... 

A przed nami jeszcze większa część książki... 

Zapytałam Młodego, co by było jakbyśmy po przeczytaniu książki nie dowiedzieli się, kto jest tym podpalaczem, który co chwilę się pojawia, ale nic o nim nie wiadomo. Ten na to z przerażeniem w oczach: "Jezu, wtedy rzuciłbym tą książką o ścianę, potem bym ją zdeptał, podarł na kawałki, wyrzucił przez okno i jeszcze na to napluł". Tak że tak... żywię nadzieję, że jednak poznamy piromana.

Razem uczymy się nowych wyrazów. Młody dyskutuje z sensem niektórych słówi poddaje w wątpliwość ich znaczenie podawane przez google translate. Jednak słownicwto z literatury to nie to samo co codzienne rozmowy tudzież słownicwto obowiązujące na lekccjach. W ojczystym nie widzi się tego aż tak wyraźnie, jak w języku obcym. 

Gdy ja czytam i coś bardzo źle wymawiam, Młody mnie poprawia i muszę dotąd słowo powtarzać, aż uzyskam akceptację pana profesora Ajzajdora. Dla mnie bomba. Pan profesor orzekł jednak, że spokojnie da się zrozumieć, co czytam i że nawet nieźle wymawiam słowa. Tylko niektóre są masakryczne. Najlepsze, gdy wymawiam źle słowa, które niewłaściwie wymówione co innego oznaczają, a niderlandzkim takich od cholery i ciut ciut. Wtedy on czasem zaśmiewa się do rozpuku, szczególnie jak dołaczy do tego własną interpretację. Ubaw zatem podwójny.

Radość czytania tej książki poprawiają jeszcze imiona nastolatków. Mamy Seppe i Matsa, a to klasowi koledzy Ajzajdora z poprzedniego roku. Żeby było śmieszniej i ci z realu, i ci z książki to najlepsi kumple i takie same przypały. Jeden książkowy ma klasową dziewczynę i nawet się (a fu!) całują! Książka zalecana jest od 12 lat - stoi na okładce. Podoba nam się i książka i wspólne czytanie, bo fajnie się czyta z prawie dwunastolatkiem na zmiany.

Polecam tę książkę dorosłym uczącym się niderlandzkiego na wyższym poziomie. Ciekawa, duże litery, nie za dużo tekstu, krótkie rozdziały. Słownictwo niekonicznie łatwe, ale przeciez o to chodzi, by się uczyć i nie iść na łatwiznę.

Ale to nie wszystko w tym temacie. W tym tygodniu byli z klasą na zajęciach w bibliotece i Młody jako jedyny z klasy wypożyczył sobie książkę i połowę przeczytał w szkole. Znalazł jakąś fajną mangę! Cieszył się jak głupi. 

Tak więc jeszcze będą z niego może ludzie czytający. A nawet jak nie będą, to fajnie jest razem czytać książkę. Ufam jednak, że nie skończy się na tej jednej. No chyba, że nie dowiemy się, kim jest piroman, bo wtedy nas więcej do biblioteki nie wpuszczą raczej...

Świński świat i walka z pasożytami

Wczoraj po powrocie ze szkoły sprzątając w pośpiechu w świńskim wybiegu, zauważyłam, że łysa świnia  już nie jest łysą świnią! Dziś tę samą obserwację poczyniła Młoda podczas porannej rozmowy ze świniami (tak, normalni inaczej rozmawiają ze swoimi zwierzętami regularnie). Dupsko jej ponownie obrosło we futro. 
Czyżby leczenie w końcu przyniosło jakieś efekty...? Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca ani cieszyć się na wyrost, ale od jakiegoś czasu obserwuję, że świnia Lady się nie drapie wściekle ani nie piszczy podczas drapania. Drapanie samo w sobie o tej porze roku nie jest niczym dziwnym, wszak pora zmienić ubranie na letnie... (nie wiem, po co im zimowe futro, gdy mieszkają w domu, ale to nie mój interes). 
Świnie otrzymały 4 dawki ivemektyny: jedna kropelka na kark co około 7-10 dni 

Sprzątanie u tych cudaków czasem dostarcza zabawy. To okropne dranie są. Wszystko muszą obejrzeć zębami. 

Worek z suszoną słomą konopną ? Spróbujmy zeżreć. 

Roślina w doniczce? Mmmm pychota. Dobrze, że człowiek czasem stawia dla nas doniczkę na podłodze.
To rośliny specjalne dla zwierząt: zielistka i smużyna.U nas dostępne w sklepach zoologicznych. Na zdjęciu jeszcze łyse świńskie dupki.


Ooo, worek z sianem. Pachnie dobrze. Wygryźmy w tym dziurę! 

Gdy człowiek zaczyna sprzątanie, świnie wychodzą na spacer i eksplorację pokoju…


….ale co jakiś czas przychodzą na kontrolę. Czasem wchodzą do środka i plątają się człowiekowi pod rękami i nogami. Innym razem tylko patrzą z zewnątrz, czy już wszystko gotowe, czy jeszcze muszą czekać… 

Lady i Migotka:
- Czy już?
- Nie, jeszcze nie
.

Migotka:

Alergia na trociny


Gdy wróciliśmy na kilka dni do zwykłych trocin jako ściółki, potwierdziło się niestety, że Małżonek właśnie na to ma koszmarną alergię. Biedak męczył się wcześniej kilka miesięcy. Kichał bezustannie, smarkał, nie mógł oddychać ani spać, dusił się w nocy…. A wszystkiemu winne głupie trociny! 
Oczywiście nie skojarzyliśmy przyczyny ze skutkiem. Małżonek się męczył, biadolił, pytał lekarki o poradę, testował jakieś krople i inny badziew, a wystarczyło zmienić ściółkę…
No okej, lekko brzmi, ale ciężko kosztuje! Konopne trociny faktycznie są idealne: nie kurzy się z nich wcale, co i ja odczuwam zarówno nosem jak w sprzątaniu, mięciutkie są dla świnkowych stópek, ładnie pachną (no, tu kwestia marki - na ostre i śmierdzące też raz trafiliśmy). Szkopuł w tym, że to raczej droga ściółka jest. Gdyby chcieć częściej niż raz na tydzień sprzątać, to i kilkaset euro euro miesięcznie by trzeba liczyć. Tylko za konopie, plus siano i karma. Na szczęście raz na tydzień wystarcza sprzątać ten duży wybieg.
Świnki to kosztowni przyjaciele i w ostatnim czasie coraz mniej nas na nie stać, ale żywimy nadzieję, że jeszcze nadejdą lepsze czasy i dla świnek i dla nas wszystkich…

Prezent dla papug

Młoda mnie rozbawiła… Wstawszy rano oznajmiła, że idzie zaraz do wierzby po parę gałęzi dla świnek i papug. Chwilę później słyszę harmider w werandzie. Dalej słyszę jak ten hałas, stukot i harmider przeciska się przez drzwi kuchenne i jedzie do salonu. Wtedy moim oczom ukazuje się uchachana Młoda ciągnąca dwie około trzymetrowe GAŁĄZKI wierzbowe.

- A bo piłą ucięłam… - mówi - Tylko nie wiem, jak to do swojego pokoju zaciągnę po schodach…

Jedną gałąź połamałam na kawałki i podarowałam świniom. Drugą pomogłam jej zatargać do pokoju i ułożyć pod sufitem na dwóch szafach. - No, teraz będą i tutaj srać, żeby Człowiek musiał jeszcze więcej sprzątać - stwierdziła ze śmiechem refleksyjnie Młoda. 


20 stycznia 2024

Odpoczywanie, jak wyglądało

 Poprzednim razem zapowiedziałam, że w weekend intensywnie odpoczywam.

Z tego wszystkiego tylko 'intensywnie' się udało zrealizować.

Pan kos w naszym ogródku (zdjęcie robione przez szybę)


W sobotę wstałam o 6.30 i od razu zabrałam się za przebieranie pościeli...

 Jak to, po co wstawałam o szóstej? Po nic! Mój mózg mówi, że o tej porze się wstaje i nawet szkoda z nim się wdawać w dysputy. Wyłącza spanie, włącza siku, głód i intensywne myślenie i musisz wstać, czy ci się podoba, czy nie!

Poszłam zatem na dół i  upchałam brudną pościel do pralki , po czym zabrałam się za intensywne puzlowanie schnącego prania. Wymacałam, co jest już suche na suszarce w salonie i poskładałam. Ze sznura przyniosłam podeschnięte pościele dziewczyn do salonu i porozwieszałam wszędzie: na suszarce, na krzesłach, na wieszaczku w kanciapie... Gdy nasza pościel się wyprała, wyniesiona zaostała oczywiście do ogrodu... No bo tak to wygląda, jak się w Belgii nie ma suszarki, a trafi się mokry rok, kiedy nic za cholerę nie chce schnąć. Żeby było weselej kilka lat temu wymyśliliśmy sobie z Małżonkiem , że chcemy mieć łóżko dwa na dwa. Wszystko ładnie-piknie, tylko że pościel 2m x 2,40m to nie lada wyzwanie jeśli chodzi o suszenie... Do tego Panny mają też duże łoża (mniejsze jak nasze, ale duże) i ich pościele też całą pralkę zajmuja oraz dużo miejsca na sznurze.  Ale już prawie uzbieraliśmy eco-czeków na elektryczną suszarkę. Już prawie-prawie mamy, tyle co trzeba. Już lada dzień lada miesiąc lada rok nabędziemy suszarkę, a wtedy znowu żadna ilość prania i żadna pogoda straszne nam nie będą...

Po praniu i śniadaniu zabrałam się za wykończanie moich projektów i zadań domowych - tu coś dopisać, tam coś uzupełnić, tam czegoś poszukać w necie, coś druknąć... i tak mi zleciał czas do południa na intensywnej pracy umysłowej.

 Potem wrócił Małżonek z roboty autem firmowym i załadował Tośkę na pakę, a potem załadował Młodego i Matkę do kabiny i pojechaliśmy najpierw zatransportować Młodego na urodziny w parku trampolinowym, a następnie zawieźliśmy skuter do mechanika.

 Po powrocie kontynuowałam moją intensywną pracę nad zadaniami domowymi, co mnie piekielnie zmęczyło mentalnie. 

Na niedzielę zostawiłam sobie jedno proste, jak mi się wydawało, zadanie, czyli dokumentację pedagogiczną, no bo co to dodać kilka fotek do Worda i ozdobić paroma słowami. To jest wszak coś, co umiem i lubię. Tak mi się przynajmniej wydawało, dopóki się za to nie zabrałam i się nie okazało, że Word w chromebooku to nie jest to samo co normalny Word w normalnym komputerze. No więc klęłam intensywnie na to gówno przez cały dzień. I miałam zapędy mordercze wobez biednego chromebooka.

Tak, prawie cały długi dzień certoliłam się z tą dokumentacją. Na koniec jeszcze poprosiłam mojego prywatnego profesora Pana Ajzajdora o korektę tekstu. Młody lubi takie rzeczy. Potem musiałam się mu odwdzięczyć i zagrać z nim i Tatą w "Państwa-Miasta". Lista kategorii robi się coraz dłuższa: państwo, miasto, roślina, zwierzę, rzecz, imię, wykonawca, marka, postać, film, kolor, część ciała, potrawa, choroba, zawód... A ja coraz bardziej wymiękam. Kto to widział, by Matka miała w tabelce jeszcze 4 puste pola, gdy gówniak jedenastoletni woła STOP!? Ja się tak nie bawię!

W międzyczasie zaczęliśmy z Małżonkiem oglądać na Netflixie nowy polski serial Forst. Pierwszy odcinek nawet był niezły... w ostatecznym rozrachunku jednak daję 4/10.

Zastanawiam się czasem, jak to się żyło kiedyś, gdy człowiek oglądał filmy i seriale w zwyczajnej polskiej telewizji, gdzie po pierwsze nie było zbyt wielkiego wyboru, po drugie na każdy odcinek trzeba było czekać tydzień i jak się przegapiło, nie można było obejrzeć, no i te reklamy wszystkie.... O czasach mojego dzieciństwa już nawet nie wspominam, kiedy nadawano głównie relację z walki mrówek, a w lepszych momentach obraz kontrolny. A jak już coś faktycznie nadawano, to prądu nie było... A tu człek cały dzień na Bolka i Lolka czekał...

W poniedziałek wysłałam e-mail do mentorki z pytaniem, czy przypadkiem nie ma ochoty się spotkać ze mną zanim odejdę albo przynajmniej zdzwonić, bo kilka sprawozdań z zadań stażowych mam na koniec do omówienia ze swoim mentorem, a już mi tylko dwa dni stażu zostało (teraz to już tylko ze dwie godziny). Odpisała, bym wpadła może w piątek na chwilę wieczorem po swoich lekcjach...

Potem wiedziona ogromną ciekawością popedałowałam do świetlicy w sąsiedniej gminie w sprawie potencjalnego stażu. Panie, to to jest świetlica! Przyjmują, tak jak napisałam poprzednio, prawie 100 dzieci w wieku od 2,5 do 12 lat z 4 różnych okolicznych szkół, w tym w pobliskiej szkoły specjalnej. W takiej placówce to  można zdobywać wiedzę i doświadczenie! Podoba mi się! Jestem podekscytowana!

 Świetlica mieści się w budynku domu kultury i sportu. Z innej strony budynku jest żłobek tej samej firmy i  biuro. Świetlica ma do dyspozycji ogródek, a z ogrodu jest przejście na plac zabaw. W czasie ferii mogą ponadto korzystać z różnych sal sportowych. Toalety są przy sali, co jest dobre. 

Tylko że TA SALA jest tylko jedna... To nie brzmi za dobrze. Blisko setka dzieciaków od 2 do 12 lat w tym niepełnosprawne bawiące się w jednej sali... hm. Musi być wesoło! Zamierzam to sprawdzić. Mam zgodę na odbycie u nich stażu. Najsampierw jedenak dobrze by było zaliczyć i zakończyć aktualny semestr. Niby na co dzień wszystko mi raczej dobrze idzie, ale nie wiem, jak babki będą te projekty oceniać i co tam wyjdzie z rozmów mentora stażowego z mentorem szkolnym. Tak, tych mentorek, których nie widuję wcale lub prawie wcale. W takiej sytuacji człowiek może się wszystkiego spodziewać w kwestii oceny przebiegu mojego stażu.

W czwartek odbywała się nasza klasowa wycieczka, ale o piątej rano po całodziennych i całonocnych rozważaniach i dyskusjach z Małżonkiem ostatecznie postanowiłam nie jechać, a wieczorem pójść do lekarza po zwolnienie.

To nie była łatwa decyzja i gdyby śnieg nie spadł, pewnie bym jednak pojechała do tej Gandawy. Śnieg mi ułatwił decyzję. Bo aby na wycieczkę pojechać, musiałabym jakoś dotrzeć na dworzec. 4 kilosy na rowerze jawiło się niewykonalne w aktualnych warunkach, a na pieszki to z 40 minut wartkiego marszu. Tymczasem jestem słaba jak naleśnik. Rano poszłam na kilometrowy spacer, to się zmęczyłam jakbym ze 20 kilometrów przebiegła. Nochal mam zapchany albo śpik do pasa mi wisi, gardło obolałe, stan podgorączkowy, piekące patrzały. i samopoczucie do kitu. Gdzie tu na wycieczkę jechać i po mieście naginać w taką pogodę

Przeto decyzja, wydaje mi się, była to dobra, bo czwarty raz w tym sezonie jestem chora, co w dużej mierze prawdopodobnie zawdzięczam mojej nowej przyszłej niedoszłej pracy ze smarkaczami. Po części też głupiej pogodzie, bo pory roku znowu nie mogą dojść do porozumienia, czyja kolej teraz. Stres i zmęczenie spowodowane moim szkoleniem oraz te atrakcje okołorakowe sprzed dwóch lat na pewno sytuacji nie poprawiają. 

A tu zima...

W środę w południe zaczęło sypać i sypało do późnego wieczora. Nie nawaliło jakoś niewiadomo ile, bo trawa ciągle wystaje spod śniegu, ale wystarczająco, by w Belgii odwoływano pociągi i autobusy, a kierowcy aut stali w niekończących się korach. Policja nawoływała, by bez potrzeby nie używać samochodu. 

Pan Rower, który pozostawiony na chwilę zaczął się wygłupiać i udawać bałwana


W Polsce taka ilość śniegu to śmiech. Nawet by nikt uwagi na to nie zwrócił, a to samo u nas to kod pomarańczowy albo i czerwony. Strach i panika na drogach. Ludzie jadą średnio 20km/h, bo nikt nie umie jeździć w takich warunkach i mało kto ma opony zimowe. Poza tym nie ma sprzętu do odśnieżania czegokolwiek, a już na pewno nie na wioskach czy małych miasteczkach. No bo i kto by kupował sprzęt, gdy zimy masz maksimum 2 dni w roku, co może się nawet przez 10 lat w ogóle nie zdarzyć. 

Linie kolejowe też nie są tu dostosowane do zimy. Młoda czytała, że gdzieś tam pourywało trakcje i w ogóle armagedon. Koleżanka w dniu wycieczki przysłała aktualny rozkład jazdy. Jak możecie zobaczyć, pociągi miałynawet po 85 minut opóźnienia albo nie jechały... No i ona jechała w żółwim tempie i stresie na dworzec autem na letnich oponach po to, by się dowiedzieć, że i tak do Gandawy nie dotrze... 

Innym jakoś się udało, bo przez cały dzień wrzucali różne fotki na grupę whatsappową. Widać z nich, że fajnie było. Więc trochę mi żal, że mnie tam nie było. Niemniej jednak uważam swoją decyzję za bardzo dobrą i nie żałuję, że poszłam po zwolnienie, bo zmęczenie dawało o sobie znać i daje do dziś...



W środowy wieczór po powrocie ze stażu, zapytałam dla żartu Młodego, czemu niby nie jest na polu, tylko w domu i jak to się mogło stać, że u nas nikt bałwana nie ulepił. Odrzekł smutno, że sam nie będzie się bawił na polu a i bałwana nie ma z kim ulepić, ale by chciał... 

No to dawaj, poszliśmy lepić epickiego bałwana. 

Ja może i nie lubię śniegu ani zimy, ale skoro już ten śnieg spadł, to nie może być tak, że sobie po prostu będzie leżał bezużytecznie i tylko zawadzał. Jak śniej jest, to trzeba jego istnienie wykorzystać, by zrobić rzeczy, których bez śniegu się nie robi. Czyli na ten przykład bałwana.

Bawiłam się świetnie, ale poczułam szybko swój wiek, bo w plecach zaczęło mnie łupać od toczenia kul śnieżnych. Młody zapytał, czy może bałwanowi nadać imię i nazwał go Marcin - Marcin prze G - dodał ze śmiechem... 

Marcin_przez_G nie przetrwał długo. Już drugiego dnia po południu był chłopak w rozsypce. Teraz jednak jego szczątki ciągle zalegają przed domem, bo potem temperatura spadła ociupinkę po nizej zera i tak zostało, abyśmy mogli trochę zimy zażyć. Nie powiem, by mi to radość sprawiało. Nie lubię jak jest zimno i ślisko, gdy czasem trzeba wychodzić z domu i jechać dokądś rowerem albo skuterem, czy nawet autem na letnich butach....


Marcin przez G


Ponadto zima jest fotogeniczna i to w niej akurat lubię, szczególnie gdy mam czas, by porobić zdjęć. Na końcu wrzucę zdjęcia ze spaceru po okolicy.

Mechanik napisał, że skuter gotowy i żeby go przyjść odebrać za stóweczkę. Dobrze, że tylko tyle, bo już naprawę auta w garażu Opla se wycenili na grubo ponad tysiąc euro, co na dzień dzisiejszy jest dla nas niewykonalne. Bez auta jednak nie da się obejść, bo Małżonek pracuje blisko 30 km od domu i to w strefie industrialnej, czyli daleko od dworca kolejowego... Inaczej, by już dawno się na pociąg przesiadł. A tak to rano by musiał 4-5 km pedałować do dworca i potem drugie tyle do firmy, no i z powrotem, co w przypadku wykonywania ciężkiej roboty fizycznej i wieku 50 plus było by zbyt ciężkie. 

Na szczęście w aucie można to trochę na skróty zrobić za dużo mniejszą kwotę. Tylko jakiś bajer nie będzie działał. Te dzisiejsze nowoczesne samochody, ech. Małżonek ma kolegę, który by mu wiele rzeczy naprawił za niższą ceną, ale najnowszę auta mogą tylko w autoryzowanych serwisach być naprawiane i zwykli mechanicy coraz mniej mogą zdziałać, bo nie mają aż takiego dostępu do komputerów samochodu, jakie ma oryginalny serwis. Stare auta z kolei w Be też odpadają, bo do wielu miast nie można by w ogóle wjechać. Robi się powoli coraz bardziej nieciekawie dla przeciętnych średnio zamożnych i uboższych ludzi. Wyżej wymieniony kolega, jak się dowiedział Małżonek, miał w planach otwieranie własnego zakładu mechanicznego, ale w związku z powyższym postanowił jednak otworzyć piekarnię, a mechaniką zajmować się nadal tylko hobbystycznie i to głównie motorami. Chleb bowiem ciągle jest potrzebny i zawsze się będzie sprzedawał, mówi.

Przewidujemy, że świat za 10 lat będzie wyglądał zupełnie inaczej, niż ten dzisiejszy. Zmienia się wszak błyskawicznie z dnia na dzień na naszych oczach. Wiele tych zmian mnie trochę przeraża, bo wiele zdaje się zmierzać w dosyć niebezpiecznych kierunkach. Jako robole obserwujemy jak powoli znikają małe firmy i są przejmowane przez duże potwory. Z zaskoczeniem widzimy, jak znikają banki i bankomaty z małych miejscowości. U nas w okolicy już bardzo trudno jest wybrać gotówkę. W zeszłym roku kilka banków zamknęło swoje podwoje, a z kilku bankomatów zrobił się jakiś jeden dziwny, wolny i wiecznie popsuty. Gdy wstąpisz tam po gotówkę, spotkasz zawsze co najmniej kilka sfrustrowanych klnących głośno ludzi, którym się ta sytuacja bardzo nie podoba. Nie każdy bowiem radzi sobie i nie każdy lubi elektroniczne transakcje. My lubimy i sobie radzimy, ale widzimy też ogromne zagrożenie w całkowitym zniknięciu gotówki. Pachnie to bowiem ogromną kontrolą nad społeczeństwem i w dalszej konsekwencji większym niż dotychczas zamordyzmem. No i to pytanie, a co jak zabraknie prądu, internetu albo dostaną się one w niepowołane ręce choćby na chwilę...? A jak to połączyć z możliwościami komputerów, sztuczną inteligencją i skurwysyństwem człowieka to obrazy dosyć niemiłe się mogą wyłonić... Szczególnie gdy się ma wybujałą fantazję...

Małżonek też powinien pilnie pomyśleć nad zmianą pracy, bo 30 lat w lakiernictwie coraz wyraźniej i dotkliwiej odbija się na jego zdrowiu. Od kilku lat cierpi na koszmarne bóle głowy, na które nic nie pomaga. Parę lat temu porobił różne badania i nic nie wykazało. To było wtedy, gdy ja dostałam swoją diagnozę. Ten dzień pewnie na zawsze w jego pamięci pozostanie, gdy z duszą na ramieniu poszedł do naszego lekarza porozmawiać o wykinach swoich badań głowy i dowiedział się, że nic niepokojącego, ale żona powinna natychmiast się zameldować, bo jej wyniki już takie dobre nie są...

Jeśli o Niego chodzi, lekarze orzekli, że to stres i praca... I że nic nie można zrobić za bardzo.

Parę dni temu poszłam razem z nim do naszej nowej lekarki (a raczej jej koleżanki z praktyki) i ona również stwierdziła, że nic wiele pomóc nie można... może spróbować fizjoterapii, może spróbować osteopaty, bo to są rzeczy, które mogą mu doraźnie pomóc, ale jeśli ciągle będzie wykonywał pracę w pozycjach wymuszonych to nie ma za bardzo co liczyć na większą poprawę... a raczej wprost przeciwnie, biorąc pod uwagę wiek...

Małżonek postanowił pójść do kinezysty (fizjoterapeuty) i ten mówi mu to samo. Uważa ponadto (o czym my sami też nie raz z Małżonkiem rozmawialiśmy, gdy poprzednimi razami chodziliśmy - czy ja czy on - na zabiegi PO PRACY), że aby te różne zabiegi czy ćwiczenia jakiekolwiek wymierne efekty przyniosły, powinien zrobić sobie najsampierw kilka tygodni wolnego i wtedy chodzić na taką terapię. No i przede wszystkim poszukać w trybie pilnym innej pracy. Bo teraz to, jak mówi popularne tutejsze powiedzenie, ścieranie wody przy otwartym kranie. 

O zmianie pracy Małżonek myśli od kilku lat i być może, gdyby mój rak się nie wysrał no i ta pierdolona pandemia oraz wojna na Ukrainie, dzięki którym to atrakcjom teraz znowu lewdwie koniec z końcem wiążemy, Mąż nie pójdzie przecież szukać pracy, przekwalifikowywać się, bo za co będziemy żyć...? Mało tego, on zapierdala każdą możliwą sobotę, by dorobić choć parę euro... a i tak nie zawsze starcza na wszystko.... "Wszystko" z podstawowych opłat i wydatków, mam na myśli, a nie jakieś cuda wianki.

Pani z opieki społecznej w końcu do Młodej przyszła i to prawie natychmiast jak tylko Młoda poskrżyła się swojej opiekunce w JAC (organizacja pomagająca młodym ludziom w różnych trudnych sytuacjach życiowych), że baba se w chujki leci, że podała konkretny dzień wizyty, ale się nie pojawiła ani wtedy, ani przez kolejny tydzień. Powiedziała, że posprawdzają wszystko i być może Młoda otrzyma jakiś zasiłek dopóki nie orzekną jej niepełnosprawności i stamtąd zasiłku nie dadzą... Niestety przeglądanie dokumentów i podejmowanie decyzji w FOD może i rok trwać (czyli jakby podobnie jak polski ZUS). Sie bedo śpieszyć, niech ludzie zdechną, będzie spokój... byle urzędasom się kasa w kieszeni zgadzała i w dupę było wygodnie na stołku.

Najstarsza ma w kolejnym tygodniu wizytę w jeszcze innej instytucji HWV (hulpkas, czyli kasa pomocowa) w sprawie tego nieszczęsnego zasiłku dla szukających pracy po skończeniu szkoły, co to u nich raz było za późno, a raz za wcześnie. Aż się boję, co tym razem powiedzą. Wczoraj dzwoniłam w jej imieniu do VDAB, by wysłali jej potrzebny dokument na e-mail. Dobrze, że choć tyle można przez telefon załatwić. Ona musiała tylko im na parę testowych pytań osobiście odpowiedzieć, bo rozmowa jest nagrywana i tak potwierdzają chyba tożsamość. Najpierw trzeba podać rijkregisternummer (tutejszy PESEL), a potem podać adres domowy, mejlowy i numer telefonu - oni to mają zapisane w komputerze i tak sprawadzją, czy ty to ty. Po potwierdzeniu, że Najstarsza to Najstarsza już dalej Matka mogła rozmawiać. Najstarsza nie radzi sobie zupełnie z takimi rozmowami. Nie bardzo jest w stanie sama adres domowy podać, jak nie ma zapisanego... Tak niestety działa albo raczej nie działa jej mózg. 

W tym tygodniu dostaliśmy w koncu wyniki badań MRI i możemy umawiać wreszcie kolejną internetową konsultację u naszego polskiego psychiatry. Będąc u lekarki po zwolnienie poprosiłam ją o wydrukowanie mi wyników badań EKG, bo wysłała je elektronicznie, a z tej głupiej strony wyniki znikają po 2 tygodniach. Babka się sama zdziwiła, bo nie wiedziała tego. 

Tymczasem znajoma mnie pocieszyła, że nasz wspólny psychiatra się habilitował i teraz drożej ceni swoje usługi. Panie, pierwsza wizyta 500 złotych a kolejne ponad 300 za 40 minut. Kurde, dla nas to sporo, choć płacimy w euro, ale się zastanawiam, kogo w PL stać na takiego psychiatrę...? Panie! 

Recepty na szczęście w daleszej perspektywie przepisywać może lekarz rodzinny. Ba, nawet to jest o wiele korzystaniejsze, bo transgraniczna recepta nie ma zniżek, a na tutejszą będzie sporo zniżki na niektóre leki.


Młody to jest farciarz. Dobrzy mu się koeldzy trafili. Gdy jest zła pogoda, przyjeżdżają po niego rodzice kolegów i wiozą całą ekipę samochodem, a potem po nich jadą. W ten śnieg też ich wozili. Chyba lubią Młodego, bo poza tym, często po lekcjach do nich wstępuje się chwilę pobawić, o ile rodzice pozwolą. Młody zawsze przysyła sms z pytaniem. Tamci też pytają, czy mogą zaprosic kolegów.

Poza tym często po lekcjach idą razem do parku i się tam tłuką. Młody wraca potem do domu brudny jak dzika świnia. Dobrze że ma po kilka par butów i rękawiczek oraz kurtkę na zmiany.

Młody opowida co jakiś czas, że w szkole spotyka systematycznie jakichś Polaków. Ropoznaje ich albo po nazwiskach albo jak czasem polskiego słowa użyją. Nie gada jednak z nimi, a jak gada to i tak przeciez po niderlandzku (nie wolno w innych językah oficjalnie w szkole rozmawiać). W klasie też ma rodaka, ale jakoś nie koleguje się z nim specjalnie. W sensie, że bycie Polakiem nie czyni z nikogo od razu lepszego kolegi. Chodzi tam też polski kolega z podstawówki i z tym akurat się lubią i od czasu do czasu ucinają sobie pogawędkę po polsku, najczęściej po lekcjach. Ogólnie ma jednak sporo dobrych kumpli, co jest świetne.


Tymczasem u jednego popularnego polskiego tiktokera czy tam instagramera (nie wymienią nazwy, bo bucom reklamy nie robię) wysłuchałam typowo polskiej rewelacji na temat tego jak to "tchórzliwe Belgusy" boją się zimy i m.in. odwołują szkolne autobusy w Brukseli. Z jego słów wynikał przekaz, że autobus odwołany = dzieci nie idą do szkoły. On, jak się pochwalił z dumą i radością "zrobił z tej okazji swoim dzieciom wolne od szkoły". No i w komentarza oczywiście Polacy masowo szydzili z "Belgusów" chwaląc się jak to ich dzieci albo oni sami chodzą do szkoły mimo śniegu i jak to kozacko jeżdżą samochodami w zimie.... Co jeden to większy kozak... szkoda tylko, że głównie w internecie.

 Jako że w swoim życiu dość naobserowałam się kozakich warsawiaków i innych miastowych, którym się wydawało, że o zimie wszystko wiedzą, bo są przecież Polakami, to od razu się we mnie zagotowało. 

Tak,  systematycznie musieliśmy, także po nocach, wypychać lub traktorem wyciągać takich przemądrzałków nawet z niewielkich zasp, bo tak "świetnie potrafili jeździć autem w zimie", a do tego często nie mieli przy sobie nawet grubszego swetra, a tylko laczki i cieniutką koszulę i w tych laczkach  bez czapki, kurtki, rękawiczek stali w zaspie po kolana mało nie płakusiając i srając miodem, czy auto się uda uratowac z tego strasnego białego dziwnego czegoś... 

Albo te kozakie paniusie w szpilkach na skałkach w okolicznych Prządkach, co to zobaczywszy mojego Brata stojącego na wielkiej skale, pytały jak on tam wszedł, bo one też by chciały tam sobie zdjęcie zrobić (brat wtedy pomachał rękami, by pokazać, że on tam po prostu wleciał). 

Pozwoliłam sobie zatem odpowiedzieć na komentarze, informując niektórych, że po pierwsze szkoły nie są zamknięte, po drugie tu jest obowiązek chodzenia do szkoły, a po trzecie i najważniejsze tutejsze dzieci  zasuwają do szkoły na butach albo dojeżdżają rowerami nawet po 10 km, a do tego każdą przerwę bez względu na pogodę spędzają na podwórku, gdzie naparzają się śnieżkami, leżą na ziemi, a potem siedzą na lekcjach w mokrych ubraniach, gdy buty za bardzo ufajdane, to nauczyciel każe siedzie w skarpetach. 

Ja wiem, że w Brukseli jest zapewne tak samo jak w Warszawie, czy innym dużym mieście, że jak taksówka czy metro pod drzwiami się nie zatrzyma, to znaczy, że nie można nigdzie się dostać. Pamiętam jak raz urzędaska na kontrolę do nas ze stolycy przyjechała AUTOBUSEM. I nagle dzwoni, że ona "szła i szła i szła aż doszła do jakiegoś lasu i tam nic nie ma, tylko jakieś pola i drzewa i ona nie wie, jak do nas trafić... "i ona nie spodziewała się, że to tak daleko na nogach trzeba iść. No faktycznie KILOMETR na nogach przejść to jest nie lada wyzwanie, dla młodej kobiety... z wielkiego miasta.

 Fajnie by jednak było, żeby szanowna Polonia zdawała sobie sprawę, że Bruksela to nie cała Belgia. Ba, Bruksela to jakby osobne dosyć dziwne państwo. Miejsce totalnie oderwane od rzeczywistości. Tak samo jak i wielu "Naszych", którzy czasem takie bzdury opowiadają, że głowa mała. Strasznie mnie to wkurwia! 

Ja też widzę mnóstwo rzeczy, które mnie tu wkurzają, nie mało rzeczy, które mnie śmieszą, no bo tak to jest gdy trafiamy w miejsce, które jest inne od tego w którym dorastaliśmy i które znamy. Pamiętacie może ten wpis, gdzie opowiadałm o rzeczach, które mnie zdziwiły? Też darłam łacha z niektórych zachowań! Dziś już wiele jest dla mnie normalnych, a niektóre polskie już zaczynają mnie dziwować. 

Czym innym jest jednak, moim zdaniem,  robić sobie podśmiechujki z tego, że w Belgii jest panika, gdy spadnie dwa płatki sniegu, a czym innym szydzić opowiadając wierutne bzdury i strugając wielkiego purca.

Faktycznie, gdy spojrzysz na drogę, jak tu ludzie jeżdżą po śniegu, jak spojrzysz na pociągi, jak posłuschasz gorącej apelacji do pozstawania w domu z powodu 10cm śniegu i 2 stopni mrozu to jako Polak, który nie jedną zimę widział, masz ochotę śmiać się jak dziki albo i oczami przewracać, no bo to faktycznie wygląda jak jakiś armagedon.  Ale gdy już się wyśmiejesz, dobrze jest spojrzeć na to z tutejszej perspektywy i zauważyć choćby takie proste fakty, że jak tu mieszkam 10 lat, tak zimę mamy chyba 3 raz. Od jednej 80-letniej babci wiem, że raz było tu minus 18 stopni i wtedy to "faktycznie było zimno!" Inna trochę młodsza babcia powiedziała, że RAZ było po kolana śniegu. Dodajcie se dwa do dwóch. Nie ma zim, to nie ma sprzętu do odśnieżania, nawet głupiej szufli do śniegu tu prawie nikt nie ma, nie zakłada się opon zimowych, bo zimą jest tu najczęściej od 5 do 15 stopni ciepła. Ludzie tu całą zimę chodzą w przysłowiowych trampkach. Nasz Młody nie ma butów zimowych (ma jedne ze szmateksu ale nie używa, bi mają śliskie podeszwy, które ślizgają się nieldzko na pedałach, przez co jazda rowerem jest niebezpieczna i niewykonalna). On całą zimę KAŻDĄ chodzi do szkoły w szmacianych Skechersach, podobnie jak jego koledzy. Jak był mały raz kupiliśmy mu zimowe buty za blisko 100€ (bo tańszych na jego stopę nie było) i po tym jak raz je załozył, bo raz było zimniej, były do wyrzucenia, bo wyrósł. 

Ale wg rodaków "Belgusy" to cieniasy, bo panikują na widok śniegu, ale że "Belgusy" zapierdalają do szkoły czy pracy masowo na rowerach w każdych warunkach pogodowych to nasi już nie widzą. Że belgijskie dzieci cały rok w szkole obowiązkowo bawią się każdego dnia na zewnątrz, że obowiązkowo chodzą na lekcjach do lasu, na farmę, nad staw w deszcz, snieg, że obowiązkowo muszą mieć rower, bo wycieczki rowerowe organizowane są już w pierwszych klasach to tego nasi też nie widzą, a naprawdę Polska bardzo słabo wypada jeśli chodzi o aktywność fizyczną, o przebywanie n świeżym powietrzu. Dla niektórych jednak najważniejsze, że AUTOBUS szkolny odwołano i wtedy dzieci musiały zostać w domu, bo jak niby dzieci miały by się dostać do szkoły w Bruseli gdzie poza autobusami i tramwajami jest całkiem niezła sieć metra, no i ścieżek rowerowych oraz chodników dla pieszych... Ale to ostatnie być może jest poniżej wielkopańskiej godności...? 

Za komentarze oczywiście dostałam bana, bo przecież jak to jakaś wieśniara będzie podważać mądrości popularnego uwielbianego przez Poloczków (nie mylić z Polakami) tiktokera xD. I bardzo dobrze, strasznie mnie wkurza, jak socialmedia podsuwają mi takie debilne prostackie konta pod nos, bo ja nie potrafię przejść mimo, tylko zawsze się wkurzam...  Jestem bowiem świadoma, jaki to ma w dalszej konsekwencji wpływ na traktowanie Polaków w Belgii oraz na postrzeganie Belgii przez Polaków. Takie chujki robią nam wiele złego i my przez takich chujków mamy potem przejebane. Ale srał ich jeż i ja też!

Na koniec moje zimowe zdjęcia z mojej okolicy…

































11 sierpnia 2023

Autyzm i dorosłe życie

Autyzm i dorosłe życie

Dziś doszłam do wniosku, że pandemia do spółki z rakiem wykopały mnie skutecznie z obranego toru i to na wielu płaszczyznach. Jedną z takich ważnych spraw, które utknęły przez to cholerstwo w miejscu, jest akcja poszukiwawcza źródła problemów moich dzieci. 

Taaa, wiem że podstawowym problemem jestem ja i mój genialny pomysł sprowadzenia tych ludzików na świat bez jakiegokolwiek przygotowania... No bo wiecie, zanim taki człowiek zostanie rodzicem, powinien najsampierw dorobić się nie tylko wielkiego domu i jeszcze większego bogactwa, ale powinien też nabyć dokumenty uprawnające do opieki nad każdym nawet najtrudniejszym egzemplarzem materiału na człowieka, czyli być w posiadniu m.in doktoratu z pediatrii, psychologii, pedagokiki, psychiatrii, weterynarii, ekonomii i wielu innych dziedzin. Bez tego jest  specjalistą od robienia głupot, ślepym głupcem eksperymentującym na ludziach...

Żarty żartami, ale moje wyjątkowe pociechy wymagają wyjątkowych umiejętności, wyjątkowego podejścia  i wyjątowej wiedzy, której mnie ciągle brakuje i muszę intensywnie się uczyć i prowadzić badania, szukać, drążyć, co też robię od kilku lat. Dużo już się dowiedziałaam i wiele odkryłam, ale droga przede mną jeszcze daleka, a tu jeszcze na to wysrała się korona a potem rak... Musiałam przerwać prace poszukiwawcze i zająć się sprzątaniem gówna...

Powoli jednak wracamy na tory i bedziemy szukać, aż wszystko wyjaśnimy i zrozumiemy i aż w rezultacie zwiększą się szanse dzieci na pracę, na normalne funkcjonowanie w społeczeństwie i ogólnie, że poprawi się jakość ich życia.

Ten tydzień był bardzo ważny i należy go zapisać WIELKIMI LITERAMI.



Najstarsza zakończyła pracę u tapicera. 

Mogła tam zostać, ale zdecydowała, że nie chce na razie pracować, bo ma dość. Ma ogromne problemy z koncentracją i pamięcią krótkotrwałą, przez co wykonywanie pracy jest uciążliwe, bo co chwilę odpływa i tkwi w takim stanie przez kilkanaście minut czy nawet pół godziny a robota sama się, jak wiadomo, nie robi i potem ma problem z wyrobieniem się na czas. Nie wyrabia się, więc ciagle ją ktoś upomina i o tym fakcie przypomina. Szef i koledzy są niezadowoleni i ona sama jest niezadowolona no i bardzo źle się  z tym czuje. Kto by się nie czuł? Starasz się jak możesz, dajesz z siebie wszystko, ale zwyczajnie nie dajesz rady, bo twój mózg nie współpracuje i płata ci figle. 

Głupia tylko sprawa, że nikt z nas o tym wcześniej nie pomyślał. Znowu zawiodłam się sama na sobie jako matka, bo przecież powinnam zapytać Najstarszej, czy ona chce pracować, a nie tylko co raz to się dopytywać, czy szef jej umowę przedłuży. Bardzo głupie z mojej strony. BARDZO! No i przez to w poniedziałek doznałam szoku, gdy ta wróciła z pracy i oznajmiła, że mogła by zostać, ale nie chce...

Kopara mi opadła i nie mogłam jej podnieść przez kilka godzin, ale na szczęście w końcu walnęłam się w łeb i zaczęłam się nad tym zastanawiać, wypytywać Najstarszą o różne rzeczy i EUREKA udało mi się zriozumieć i to nawet bez większego problemu jej punkt widzenia, a nawet całkowicie przyznać jej rację.

Ze względu na to, że człowiek z autyzmem ma o wiele trudniej (CHOLERNIE TRUDNO!) znaleźć pracę, a już szczególnie w normalnym zakładzie, czyli innym niż zakład pracy chronionej, to ja i Małżonek strasznie się cieszyliśmy z tego, że Najstarsza dostała pracę u tapicera i że dobrze sobie radzi, i  że szef jest nawet zadowolony. I na tym się skupilimy i trzymaliśmy się tego kurczowo nie widząc innych stron...

Nikt nie zapytał Najstarszej, czego ona chce. Pytałam, jak sobie radzi, czy podoba jej się praca, czy jest z niej zadowolona...? Radziła sobie, podobało jej się i była zadowolona. Nie zapytałam jednak, czy ona chce przedłużenia umowy... Niefart.

Jednakowoż uważam, że Najstarsza podjęła bardzo dobrą i bardzo dorosłą decyzję! Co więcej zażądała, by pójść z nią do lekarzy zapytać, czy nie da się coś zrobić w sprawie tych problemów z koncentracją i pamięcią... Wtedy mój mózg wziął ten fakt na warsztat i zaczął nad tym kminić... No i nagle mnie uderzyło, że podstawowym badaniem, jakie powinniśmy zrobić i które już dawno zrobione być powinno (dziw, że nikt z tych wszystkich "znawców" ze szkoły i służby zdrowia o tym nigdy nie pomyślał) to test na ADHD, bo przecież wszystkie objawy, jakie ona ma, to wypisz wymaluj żeńska wersja ADHD (u dziewczyn często nie występuje nadpobudliwość ruchowa), a do tego fakt, że autyzm bardzo często występuje razem z ADHD.

Dziś rozmawiałyśmy z naszą lekarką i zgadza się z moim pomysłem, ale ona nie może takiego testu zrobić, więc musimy iść do psychiatry... No dobra, ale kurde, jakby się okazało, że to faktycznie to i jakby tak mogła dzięki lekom usprawnić swój mózg i nagle zacząć lepiej funkcjonować...? Ileż więcej możliwości by przed nią mogło stanąć... Ech...

Nie ma się jednak co na zapas nakręcać. Trzeba ją zbadać i zobaczyć, co z tego wyniknie. Jak ten pomysł się nie potwierdzi, to będziemy grzebać dalej. 

Kolejnym problemem za jaki zamierzamy się zabrać, jest dziwny nie dawno odkryty problem ze wzrokiem. Dziewczyny przeszukały wspólnie internety i wynalazły coś takiego, co się nazywa visual snow syndrome (śnieg optyczny po polskiemu). Najstarsza mówi bowiem, że widzi niewyraźnie i okulary tego nie poprawiają. Widzi obraz zaśnieżony, jak w starym telewizorze i aureole wokół przedmiotów. Nawet jak zamyka oczy, widzi ten śnieg... Za 2 tygodnie mamy wizytę u okulisty. Miejmy nadzieję, że coś doradzi i zdiagnozuje...

Ruszyliśmy zatem z miejsca, w którym utknęliśmy się na długi czas. Było spokojnie na-na-na-na i nic się nie działo na-na-na-na, ale problemy się same jakoś w ten sposób nie chciały rozwiązać. Ale pora ruszyć dupsko i wziąć się do roboty.


Mamy nowego POLSKIEGO psychiatrę!!!

Młoda też ruszyła i to, rzekłabym, z kopyta. Ona też utknęła ze swoimi problemami na długi czas po tym jak jej fajna psychiatra się rozchorowała i nigdy nie wróciła do pracy, a z nową się nie polubiliśmy, bo nic nie miała do zaoferowania... A mój głupi rak sytuacji nie poprawia...

Tu jest poważny problem z psychiatrami. Po pierwsze nie idzie żadnego znaleźć, a jak już jest, to albo nie przyjmuje nowych pacjentów, albo czas oczekiwania na pierwszą wizytę jest minimum pół roku, a człowiek nie wie, czy jest na co czekać, bo jeszcze może nie kliknąć przecież...

Z pomocą znowu przyszła nam Nasza Nowa Znajoma Eva, której muszę tutaj jeszcze raz oficjalnie gorąco podziękować, co też niniejszym czynię: DZIĘKI Ci, Dobra Kobieto!!!!

Gdyby nie Eva, do głowy by mi nie przyszło, że mieszkając w Belgii i nie mając polskiego zameldowania, można się umówić do psychiatry w Polsce i spotykać się z nim bez opuszczania kraju, a nawet bez wychodzenia z domu przez zwykłego Skype'a, ani tym bardziej bym nie wpadła na to, że lekarz w Polsce może mi wystawić receptę do zrealizowania w Belgii. Ha, nawet nasze lekarka tego nie wiedziała i jak jej o tym dziś napomknęłam, była zdziwiona, ale tak raczej pozytywnie...

A wiecie co było dla mnie największym szokiem? Ano to, że ja w poniedziałek zadzwoniłam do Krakowiku i umówiono mnie do lekarza na czwartek tego samego tygodnia. Jeszcze zbieram szczękę z podłogi! No, na NFZ to pewnie też kilka miesięcy albo i lat tam trza czekać na wizytę... 

A ten pan doktor!? To jakiś wariat jest! Nasza rozmowa (lekarz, Młoda i ja) trwała standardowo zaledwie godzinkę, ale w tym krótkim czasie udało się nie tylko opowiedzieć życie Młodej i wymienić jej wszystkie liczne problemy oraz odpowiedzieć na wiele pytań Pana Doktora, ale też ten zdążył przedstawić dosłownie CAŁĄ LISTĘ pierwszych pomysłów na ruszenie z miejsca. 

No panie, toż to jest szok w trampkach! Co za gość! Młody, przesympatyczny i błyskawicznie myślący... Miałam wrażenie, że znał scenariusz naszej rozmowy, tak szybko analizował sytuację i problemy rzucając pomysłami. Szacun! Młodej aż samo się śmiało i już od tego lepiej się poczuła, bo nagle ktoś znowu dał jej nadzieję na poprawę życia i samopoczucia. No i panie, rzecz oczywista - młody z młodym prędzej się dogada niż jak dwie różne generacje. 

Młoda też dostała test na ADHD, co już było dla mnie lekko zabawne... zaczynam się niemal czuć osaczona przez ADHD. No ale jak się nie zbada to się człowiek nie dowie, czy ma i z tym coś wspólnego...

Poza tym psychiatra zlecił konsultację u dermatologa, neurologa, zaproponował terapię i zmianę antydepresantów. Wszystko podczas zaledwie jednej wizyty. Znowu coś się dzieje, znowu są pomysły do sprawdzania, znowu można ruszyć i działać, i próbować nowych rzeczy. Ja też jestem podekscytowana i pełna nadziei (tak, pamiętam czyja to matka...). Łapiemy wiatr w żagle i zobaczymy, dokąd nas to zaprowadzi.

Gdyby kogo szczegóły interesowały to nasz nowy psychiatrą zostaje dr Chrobak z Centrum Dobrej Terapii w Krakowie  https://www.centrumdobrejterapii.pl/

Na wizytę online umawiałam się telefonicznie. Potem musiałam dokonać opłaty z góry za konsultację w wysokości 330 PLN czyli prawie 83€, odesłać wypełniony formularz i login do Skype. 

Granie, pływanie i netflixowanie

Najmłodszy z Trójcy Nieświętej po prostu cieszy się póki co wakacjami. W tym tygodniu dwa razy odwiedziła go czarnoskóra kumpela i grali na plejaku zaśmiewajac się chwilami do łez.

Zaliczyliśmy też 2 razy basen i Młody znowu poczynił drobne kroki w przekonywaniu wody, by pozwoliła mu unosić się w końcu na powierzchni. Ona jednak jeszcze często ciągnie go na dno bezczelna. Jutro pewnie znowu pojedziemy do miasta. Poza pływaniem odkryliśmy, że basenowa knajpa ma całkiem niezłe żarcie i po pływaniu chodzimy na szamę, co znacznie podwyża koszt nauki pływania, ale pulpety w sosie pomidorowym wydają się jednak lepsze niż jakieś kartonbułki z maka. 




Ponadto wróciliśmy po długiej przerwie do oglądania serialu Good docktor. Niestety ten film jest tylko po angielsku, a mój angielski jest cienki. Jednak jak już obejrzę jeden odcinek, to mój mózg nastraja się w końcu na rozumienie tego języka. Z przełączaniem się pomiędzy polskim a niderlandzkim zresztą mam podobnie - potrzebuję dobrej chwili, by mózg się przestawił na drugi język i z powrotem. Gdy zatem przez dłuższy czas posługuję się niderlandzkim, mam problemy z rozmawianiem z domownikami, bo ładują mi się do pyska niderlandzkie słowa miast polskich. Gupi musk!

Mieliśmy jeszcze iść polować na ptaki w lesie i wszystko inne warte zobaczenia z bliska, bo kupiłam w Lidlu całkiem zacną lornetkę za 25€, ale cholera jasna znowu dzień ma za mało godzin. Mikroskop też się nudzi w szafie, a myślałam że w lecie to tyle rzeczy zoglądamy ze wszystkich stron... Plany planami a życie życiem  ...a kiwi kiwi kiwi.



Dobrze, że telefon zawsze mam przy sobie, to nawet w biegu mogę cykać fotki ciekawym obiektom, fascynującym miejscom, ładnym roślinom i ogólnie dziwić się światu…

Łowy fotograficzne z ostatnich dni.

opuszczone gospodarstwo







dom artysty




skrzynka na listy