Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mastektomia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mastektomia. Pokaż wszystkie posty

15 sierpnia 2022

Czy bez jednej piersi można pójść na plażę i inne nadmorskie refleksje

Dzięki Młodej, która non stop przypominała o istnieniu plaży w Ostendzie, w końcu wybrałyśmy się nad morze. Plażę trzeba wszak zaliczyć co najmniej raz w roku, a najlepiej dwa razy: raz latem, by popływać i powygrzewać kości, i raz zimą czy jesienią, by porobić zdjęcia i pozbierać muszelki. Byliśmy już w większości nadmorskich miejscowości, ale Ostenda przyjęła się ze względu na najprostszy dojazd pociągiem i bliskość plaży w stosunku do dworca. Tłumy są tam uciążliwe, ale już się przyzwyczaiłyśmy. Gdy jedziemy samochodem, wtedy wybieramy Knokke Heist, De Haan albo Nieuwpoort, bo tam mniej ludzi. Gdybyśmy chcieli być prawie sami na plaży, wybierzemy port w Zeebrugge, ale to zadupie i tam też nic nie ma koło plaży do robienia.

Ostenda jest okej.

Kolejnym problemem było w tym roku dla mnie pytanie:

Czy bez jednego cycka można pójść na plażę ;-) ? 

Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, że nie mam jednej piersi. Ludzie, którzy mnie znają, wiedzą, że natura nie wykosztowała się zbytnio obdarowując mnie cyckami (ważne, że na mózg nie poskąpiła), ale to zawsze były jakieś tam cycki, które mimo wszystko trzeba było czymś na plaży zakrywać, bo takie są oczekiwania społeczne. No, nawiasem mówiąc, to nie bardzo rozumiem, czemu niby kobiety o takich skromnych cyckach jak moje, muszą zakrywać klatę, gdy chłopy, które mają cyce 2 rozmiary większe, nie muszą, no ale szczegół. 🙄😉

Nie ważne jednak, czy baba ma duże piersi, średnie, czy małe, na każde wszak znajdzie się stosowny rozmiar stroju kąpielowego, czy bikini. Sklepy odzieżowe, bieliźniane czy nawet zwykłe supermarkety i targi bogate są w biustonosze i stroje kąpielowe wszelakich krojów, kolorów, rozmiarów, stylów, materiałów. Dla każdego coś fajnego się znajdzie. Tak mi się przynajmniej wydawało przez 44 lata. 

Czy widzieliście gdzieś ostatnio biustonosz czy bikini na jeden cycek? No bo ja obeszłam wszystkie okoliczne oraz dalsze sklepy i wszędzie mówili, że nie mają. Skandal! Jawne lekceważenie i dyskryminacja! Jak ja niby mam iść na plażę bez biustonosza?! 

Nie, z gołą klatą też nie pójdę, bo zaraz ktoś poczuje się zgorszony i moralnie czy religijnie obrażony moją paskudną purpurową blizną. Albo tym ocalałym cyckiem. Ludzie so dziwne.

Rozważyłam nawet założenie burkini, czy kombinezonu do nurkowania ale po pierwsze nie mam takowych na stanie, a po wtóre lubię wystawiać swoją skórę na słońce i świecić dupą pomiędzy ludźmi. Jak pójdę na tę cholerną plażę, to po to, by się opalać i by popływać, a nie żeby się gotować we własnym sosie i potem śmierdzieć potem.

O ile w teorii bycie amazonką nie wydawało się mi jakieś specjalnie trudne, tak w praktyce co chwilę pojawiają jakieś zagadki do rozwiązania, bo jakby się nie odwracał, to cycki zawsze z przodu. Przynajmniej powinny tam być. Albo nie być. No bo właśnie zupełny brak piersi nie był by problematyczny w tym wypadku. Można by było iść na plażę z tą gołą klatą…

Ostatecznie zdecydowałam się na sportowy biustonosz, który Młoda miała w szafie. W miarę to wygodne (o ile w ogóle można mówić o wygodzie w kwestii czegoś takiego jak biustonosz) i całkiem dobrze wygląda, czyli nie podkreśla zanadto doła po cycku. 

Jednakowoż niezmiernie się cieszę, że natura żałowała na te moje cycki, bo jednak jedna pierś rozmiaru B, to nie jedna pierś rozmiaru E. Tym obdarzonym przez naturę laskom po mastektomii to mogę tylko współczuć, jeśli by były tak samo jak ja szurnięte, by nie chcieć nosić protez ani biustonosza na co dzień. 

selfie z pochyłym morzem w tle (mistrzyni fotografii)

Upał mnie trochę przerażał.

Lubię morze, ale w tym roku trochę się cykałam jechać w upał pociągiem, bo po chemioterapii niezbyt dobrze znoszę upały - zawroty głowy, osłabienie itp. Trzęsłam portkami, że nagle stracę przytomność w pociągu, czy na plaży, co co prawda jeszcze nigdy w życiu mi się nie zdarzyło, ale teraz może się zdarzyć i co wtedy? Rozważaliśmy rodzinną wycieczkę samochodem, ale samochód to dopiero koszmar jak dla mnie. Nie dawno pojechałam z Małżonkiem do miasta, w którym pracuje - raptem 20 km do przejechania, a już w połowie drogi miałam dość. Czułam się fatalnie. Nie mogę podróżować autem w upał. I nie lubię. A nad morze jest około 100 km. Nie ma mowy. Odpada! 

Pociągi są super. Lubię podróżować pociągami. Na wszelki wypadek jednak wybrałam dzień, w którym Małżonek był w domu, żeby w razie wu mógł przyjechać. Na szczęście moje obawy okazały się bezpodstawne, bo nad morzem (na co liczyłam) powietrze jest inne i upał jest inny. Na plaży w ogóle nie odczuwa się tego upału. Jest przyjemnie i miło. Pociągi miały klimę albo otwarte okna. I było dość miejsca, by usiąść. Wyjechałyśmy bowiem odpowiednio wcześnie rano, by zdążyć przed godzinami szczytu przesiąść się w Gent.  

Nie wszystkie dzieci lubią plażę

Młody nie wyraził zainteresowania wycieczką nad morze. Dla pewności nawet kilkukrotnie ponawiałam pytanie. Oświadczył, że nie cierpi piasku. Nie znosi, jak przykleja mu się do skóry i wszędzie się wsypuje. To jest obrzydliwe i bardzo nieprzyjemne. Nie, on nie lubi morza. Morze nie jest fajne. Tak powiedział. Woli posiedzieć w domu, pogadać i pograć z kumplami z Rosji, Białorusi czy klasowymi kolegami i koleżankami, a wieczorem pójść z tatą na spacer. Co mu wolno. Ma 10 lat i sam najlepiej wie, co dla niego jest dobre.

 Dziewczyny obydwie za to pojechały z radością. I fajnie było.

Ja jak zwykle, zawsze i wszędzie oddawałam się ulubionemu zajęciu, czyli obserwowaniu świata, a szczególnie ludzi. 

O rodzicach bez mózgu.

Już na dzień dobry miałyśmy niezły pokaz ludzkiej niefrasobliwości i nieodpowiedzialności. Kto był w Ostendzie, ten wie, że podobnie jak w wielu innych nadmorskich miejscowościach, jest tam wzdłuż plaży ogromny kawał placu wyłożonego kostką i że roi się tam od wypożyczonych najdziwniejszych pojazdów napędzanych na pedała. No i fajno. Zabawa przednia. Moim zdaniem jednak, wakacje nie oznaczają, że każdemu wszystko wolno i nikt za nic nie musi brać odpowiedzialności i że nie trzeba na wakacjach używać mózgu. 

Niektórzy jednak, zdaje się, tak właśnie uważają.

Usiadłyśmy na chwilę, pod czerwonym metalowym kamieniem (słynne ostendzkie dzieło sztuki) i obserwowałyśmy małych gówniarzy (na oko pierwsze klasy podstawówki)  zapitalających z górki autami na pedała pomiędzy ludźmi. 

metalowe skały 

Na deptaku przy wejściu na plażę dosłownie tłum ludzi w każdym wieku. Młodzież, rodzice z dziećmi za rączkę i we wózkach, ludzie z psami na smyczy, ludzie o kulach i na wózkach inwalidzkich, staruszkowie, a tu szczyle bez nadzoru zasuwają pomiędzy nimi, choć nieopodal z dala od zejść na piach jest  bardziej bezludny plac, gdzie bezpiecznie można się bawić tymi skądinąd fajnymi pojazdami.  Ledwie zdążyłam pomyśleć, że rodzice chyba mają nasrane we łbie, pozwalając na coś takiego swoim bachorom, jak gówniara wpierdzieliła się na pełnej piździe w tłum. Jedna babka ledwie zdążyła odskoczyć na bok potrącając przy tym niechcący kilkoro innych ludzi. Inni ludzie niestety nie mieli tyle refleksu, sprytu i szczęścia. Sekundę później jakiś chłopina z wielkim trudem podnosił się z gleby przy pomocy kilku innych ludzi, a z obdartych nóg spływała mu krew. Jego partnerka zaczęła opierdzielać bachora, a wtedy szybko znaleźli się wspaniali troskliwi rodzice i przyskoczyli z ryjem do poszkodowanych ludzi, no bo kto to widział podnosić głos na ich arcyświętego bachora.

Gówniarz tu faktycznie może i jest niewinny, ba, nawet może mieć po tym zdarzeniu traumę, bo na pewno się sam przestraszył. Może to zdarzenie nawet coś gówniarza nauczyło… 

Pytanie, gdzie kurwa byli wtedy rodzice?!! Ta gównażeria tłukła się tam długo pomiędzy ludźmi, a oni w żaden sposób nie zareagowali, nie zwrócili swoim dzieciom uwagi.  

To na rodzicach, na dorosłych spoczywa wszak odpowiedzialność za opiekę nad swoimi dziećmi, a przede wszystkim za wpojenie im podstawowych zasad bezpieczeństwa obowiązujących w zabawie i korzystaniu z chodnika czy plaży, nauczenie ich odpowiedzialności za siebie i za innych ludzi. 

Gówniarz, który jest w stanie prowadzić taki duży i stosunkowo ciężki pojazd powinien do cholery wiedzieć, że może kogoś zranić a nawet zabić, gdy w niego wjedzie. Strach pomyśleć, co by było gdyby to nie był dorosły facet tylko np dwulatek albo spacerówka z bobasem, albo kobieta w ciąży czy staruszek. Albo mała psinka, jakich tam było mnóstwo. A co, jakby sam bachor się wykopyrtnął z tym pojazdem i połamał kończyny albo rozwalił se łeb. Do kogo wtedy mieli by pretensje rodzice? No bo teraz, wiadomo, to wina ludzi, którzy bezczelnie ośmielili się schodzić na plażę wyznaczonym wejściem a nie przeskoczyli na ten przykład w innym miejscu przez ogrodzenie. 

Zero wyobraźni i zero odpowiedzialności! A skoro zjawili się obydwoje w sekundzie, znaczy, że doskonale oboje widzieli, co ich dzieci wyprawiają i patrzyli na to bezrefleksyjnie. Nie wykluczone, że nawet nagrywali to, by pochwalić się swoim skretynieniem w mediach społecznościowych. 

Ja rozumiem, że wypadki wszędzie się zdarzają, ale temu spokojnie można było zapobiec, gdyby tylko rodzice dorośli do swojej roli i wzięli odpowiedzialność za wychowanie i uświadomienie swoich dzieci.

Tak pięknie się różnimy

O wiele przyjemniejszą obserwację poczyniłam leżąc na brzuchu na plażowym ręczniku i lampiąc się przed siebie na przechodzących ludzi. 

Moim zdaniem ludzie powinni codziennie oglądać nagrania z takiej plaży, bo może coś by z tego wywnioskowali, coś by do nich dotarło i zmienili by swoje nastawienie i oczekiwania wobec innych i wobec siebie.

Belgijska, ostendzka plaża to fantastyczne miejsce. Opowiem wam, co widziałam.

Po prawej stronie od nas swoje ręczniki i parasol rozłożyła czarnoskóra rodzina. Gadali do siebie jakimś egzotycznym fajnie brzmiącym, ale kompletnie niezrozumiałym językiem. Gadali szybko, dużo i bardzo głośno. Po wieloletniej obserwacji mogę stwierdzić, że to typowe cechy wielu czarnoskórych ludzi. Do tego kolorowe, oryginalne, fantastyczne stroje, fikuśne nakrycia głowy. Ci tutaj mieli po prostu zwykłe stroje kąpielowe - panowie szorty, panie bikini. Wszyscy piękni i zgrabni. 

Niedaleko nich wypoczywała rodzina Muzułmańska. Panowie w szortach, dzieciaki też w strojach kąpielowych, a panie poubierane od stóp do głów w hidżaby, spodnie, leginsy itp. Tak, one się w tym kąpią, gdyby kogo takie pytanie nurtowało. Do morza wchodzą w pełnym ubraniu. Nie ukrywam, że z mojej perspektywy przychodzenie na plażę latem w czarnych portkach, koszulach i chustkach było, jest i chyba już zawsze będzie czymś dziwnym, niepojętym i bezsensu, no ale ludzie najwyraźniej widzą w tym jakiś sens i to ich w sumie sprawa, czy dupsko im się ugotuje, czy nie. Rodzina rozmawiała po arabsku.

Nie bardziej zrozumiałe wydały mi się młode i starsze dziewczyny o europejskiej urodzie w obcisłych długich jeansach,  których całkiem sporo przemaszerowało przed mym nosem. Tak, one w tych jeansach się opalały i właziły do wody, gdyby znowu kogo pytanie mierziło. Przynajmniej niektóre wchodziły do wody. Ale inne pewnie nie.

Przede mną była rodzinka rosyjskojęzyczna. Raczej niezbyt zamożna, wnioskując po starodawnym podniszczonym parasolu z frędzlami, który rozbawił moje dziewczyny, i starym poplamionym prześcieradle z gumką zamiast ręcznika plażowego. 

Z tyłu słyszałam francuski. Zebrała się tam cała grupa nastolatków różnych ras i płci. Puszczali głośną muzę, śmiali się jak szaleni, żarli chipsy i ganiali się po plaży.

Po drodze do wody mijałam ręcznik Chińskiej rodziny.

Na tej plaży w Ostendzie były setki ludzi. Ludzi w różnym wieku, płci, narodowości, kolorze skóry, mówiących najróżniejszymi językami. Przyglądałam się każdemu, kto maszerował koło mojego ręcznika. Przeszło koło mnie  masę nóg damskich, męskich i dziecinnych. Jedne były chude jak patyk, inne okropnie grube, jeszcze inne średnie. Były nogi młode i jędrne oraz nogi stare, zmęczone z wystającymi kościami i obwisłą skórą. Były nogi krótkie i długie do nieba. Były nogi czarne, nogi brązowe, nogi żółte i beżowe. Jedne były opalone, drugie blade jak dupa anioła. Były nogi włochate i gładkie jak pupa niemowlaka. Niektóre nogi były krzywe, inne miały jakieś znamiona, jeszcze inne blizny. Były nogi gołe i nogi ubrane. Niektóre miały pomalowane paznokcie, inne nosiły bransoletki na kostce, a jeszcze inne zmyślne tatuaże. 

Te wszystkie nogi nosiły jakieś pupy. A pupy też były różne. Koło chudego tyłeczka w stringach, kołysała się okrągła pupa w kwiecistych majtkach. Powabny szeroki zadek w  afrykańskiej sukience gonił zgrabny umięśniony zadek w męskich szortach. 

Każdy człowiek w innym stroju. Jedni, jako się rzekło, ubrani od stóp do głów, inni w stringach, jeszcze inni w bokserkach, kolejni w sukienkach lub w spodniach i koszulach. Kapelusze, czapki, parasolki, włosy krótkie i długie, torebki,plecaki, torby, kosze, reklamówki i walizy. 

Co jest w tym wszystkim najważniejsze? Ano to że wszyscy są ludźmi. Wszyscy przyszli na plażę w tym samym celu, czyli by spędzić miło czas. I robią to, nie zwracając zupełnie uwagi na innych ani nie porównując się z innymi. Nie ma znaczenia wiek, kolor skóry, zamożność, pochodzenie, wzrost, waga, czy język. Wszyscy dobrze się bawią i korzystają z pięknej pogody. 

I to jest fantastyczne, jak wszyscy pięknie się różnimy.

Dodam jeszcze na zakończenie drobny szczegół, bo z Polski dopływają do mnie czasem jakieś makabryczne plażowe opowieści, na temat zwyczajów tamtejszych plażowiczów… 

Tak, tutaj bez problemów mogłam czynić powyższe obserwacje leżąc na plaży. Ani w Ostendzie, ani na żadnej innej belgijskiej plaży ludzie nie używają parawanów! Tam czasem ktoś ma mały parawan chroniący przed wiatrem, czy plażowy namiocik dla dziecka. Wielu ma parasol. Ale ogólnie ludzie nie odgradzają się od drugiego. Ba, czasem kładą swój ręcznik zaraz koło twojego i jakoś nie widzę, by ktoś miał z tym problem. Każdy szczerzy zęby w uśmiechu, odrzuca drugiemu piłkę, pozdrawia nawet jak mówi w innym języku… Zastanawiam się czy to odgradzanie fizyczne nie jest przypadkiem też wynikiem mentalnego odgrodzenia od drugiego człowieka? Czy ludzie stawiający wokół siebie  płoty i zasieki potrafią jeszcze dostrzec człowieka w drugim człowieku, czy tylko wszędzie widzą wroga…? 

Morze robi psikusy

Ale jest jedna zabawna rzecz, o której prawie zapomniałam. Wielu ludzi chyba nie kuma, że morze jest w ciągłym ruchu, że są przypływy i odpływy, z czego takie czuby jak my, zawsze mają niezły ubaw.

Ja mogłabym godzinami przyglądać się zaśmiewając do rozpuku, jak woda zalewa nieogarom ręczniki, plecaki, telefony, jak ludzie w panice biegają po wodzie próbując odebrać jej swoje majtochy, klapki, zabawki. Nigdy nie przestanie mnie to bawić, a zawsze jest ta sama heca. 

Ostatnio nawet widziałam laskę, która SIEDZIAŁA (w sensie nie leżała, nie spała, była na miejscu) i PATRZYŁA sobie na morze. Tak to przynajmniej wyglądało. Obok niej trzy ręczniki zawalone ich rupieciami (była tam cała rodzina), pojemnikami z jedzeniem, zabawkami, do tego torby i parasol. Woda zbliża się, bo jest przypływ. Nieopodal żółtoczerwony parasol ratowników, który co chwilę przestawiają na koniec kurczącej się z każdą minutą plaży przy akompaniamencie tych swoich trąbek i nawoływań. A laska siedzi i się lampi i nic. My parkujemy dosyć daleko od wody, żeby nie musieć zbierać się szybko podczas przypływu, dlatego spokojnie mogę siedzieć i patrzeć na niefrasobliwych ludzi i zabierany im przez wodę dobytek… No i tak sobie tę laskę obserwuję, zastanawiają  się, o czym ona myśli i czy jest może niewidoma lub głucha… Dopiero, jak woda zaczęła jej moczyć stopy, się biedna zorientowała, że trzeba się zbierać. Tyle, że jak przypływ moczy ci stopy, to zwykle jest jakby trochę późnawo, by zdążyć zebrać  całą masę szpargałów z kilku ręczników. Nieźle się uwijała, a długi muzułmański strój plączący nogi raczej jej w tym nie pomagał. Beka z typiary 🤣.

Nie mniej zabawne były te wszystkie zalane torby i plecaki (każdy prawie ma ze sobą telefon i raczej pływać z nim nie idzie buachacha), te pływające laczki, piłki, łopatki, kapelusze. I te mądre, sprytne mewy polujące masowo na zatopione kanapki i ciastka. Ludzie są fascynujący i zabawni. 

A ja jestem wredna hehe.

Mewy to też ciekawa sprawa. No dobra, mewa jak mewa, teoretycznie każdy powinien wiedzieć, co to za ptak i znać jego sposób bycia, choćby z milionów filmików w necie. Ale nie, ludzie patrzą, ale nie myślą, nie analizują, nie wyciągają wniosków. 


Mewy są - moim zdaniem - fajne. I piękne. I mądre. I bezczelne - z ludzkiej perspektywy patrząc. No bo z mewiej perspektywy, to one po prostu walczą o swoje dobro, o przetrwanie, no i chcą się najeść, a że człowiek wszędzie łazi z jedzeniem, to ptaszyska z tego korzystają. Z tego i z ludzkiej naiwności i niefrasobliwości. 

Wszędzie stoją tabliczki „NIE KARMIĆ MEW!” Jest też stosowny obrazek, żeby i nieczytaci zrozumieli.

Ale człowiek wie lepiej. Ojtam ojtam jedna biedna mewka, rzucę jej kawałek ciastka, albo chipsa. Będzie zajebiste zdjątko na instagramy. Selfiaczek o tym jak Karen karmiła mewę. 

Rzuca chipsa, a sekundę później pisk, machanie łapami i spieprzanie w podskokach wrzeszcząc „a sio! a sio” i opędzając się od 30 mew.  Bo widziała tylko tę jedną przed nosem, ale tych fruwających nad głową i rozpierzchniętych po plaży już nie.  A nie wiem, czy wiecie, ale mewy mają skrzydła i są to duże silne skrzydła, dzięki którym bardzo szybko taka mewa może się przemieszczać. Mewy mają też dobry wzrok, są wielkie, silne i mają ostre pazury. Nie boją się ludzi. Są zatem potencjalnie niebezpieczne i trzeba mieć to na uwadze. Nie karmimy ich, żeby się do tego nie przyzwyczajały. Nie karmimy ich, bo to jest niebezpieczne. Szczególnie dla dzieci. 

Zwracamy uwagę na otoczenie, gdy zachce nam się jeść nad morzem na świeżym powietrzu, bo mewy nie mają oporów przed wyrwaniem wam kanapki, frytek, czy paczki chipsów z ręki. Mewy są sprytne, silne i mądre. Ale człowiek powinien być teoretycznie mądrzejszy i sprytniejszy. Nie zawsze tak jednak jest, jak wynika z obserwacji świata.

Na plaży w Ostendzie Karen też była. Nie uciekała co prawda, ale trochę ją jakby zszokowało nagłe pojawienie się całego stada mew, gdy cisnęła jednej chipsa do foci robionej przez koleżankę. 

Ja obserwowałam i nagrywałam, co pokazuję na fb i insta, jak jedna mewka próbowała dobrać się do torebki Najstarszej. Dziobała zawzięcie i targała z różnych stron torebkę. To stworzenie ma ostry dziób. Gdyby to była reklamówka, czy jakaś gówniana przezroczysta torebunia z gównianego plastiku, to nie wytrzymała by mewiego dzioba i została by wybebeszona do spodu. 



Uważajcie zatem na mewy, ale traktujcie je też z szacunkiem. One też chcą żyć, a nad morzem to one są u siebie a wy zwykle w gościach.

Drugiego człowieka też starajcie się traktować z szacunkiem i tolerancją mając na uwadze, że pięknie się od siebie wszyscy różnimy. I fajnie gdyby tak zostało i jeszcze fajniej, gdyby wszyscy potrafili tak samo się tym radować czy choćby to uszanować bez wpierdalania się drugiemu z buciorami w życie.

Oczywiście zrozumienie, szacunek, akceptacja i tolerancja ma swoje granice i działa w dwie strony. Ja tam nie widzę np najmniejszego powodu do tolerowania czy akceptowania plucia mi w twarz, obrażania, czy zwyczajnego działania mi na nerwy i pchania nosa w nieswoje sprawy. Na szacunek też sobie trzeba u mnie zasłużyć (choć w domyślnym jest on zawsze włączony, tak niewłaściwe ludzkie działania szybko mogą go wyłączyć a nawet zmienić status na pogardę). Ogólnie jednak cenię sobie różnorodność. 








16 stycznia 2022

Tydzień szczepień i innych medycznych przygód

 Pomyślałby kto, że jak człek na chorobowym siedzi, to wreszcie całe dnie może bąki zbijać. No, ja tak sobie to w każdym razie wyobrażałam, jak mi powiedzieli, że z powodu raka będę pewnie kilka miesięcy na zwolnieniu…


Mam co prawda o wiele więcej wolnego czasu, ale o całkowitym nicnierobieniu to, babo, zapomnij! Życie takie nie jest. Mogło by być. Wystarczy oddać zwierzęta i dzieci do adopcji (tudzież pożenić), ubrania i sprzęty rozdać ubogim, wyprowadzić się z 200metrowego domu z ogrodem do jakiejś klity, poprosić o sprzątaczkę z pomocy społecznej i zamówić obiady do domu. O i już.

Wtedy spokojnie można już ligać i zdychać. 

Tyle że w sumie mnie tam w tym momencie jeszcze nie spieszno do krainy wiecznych łowów ani do ligania. Przeto nie oddam wam ani dziecków, ani świń, ani Bozi, ani nawet Heńka Koguta. Małżonka też nie oddam, a i (nie)nasz duży dom sobie wielce cenię i kocham tu mieszkać. 

W końcu najważniejsze, co zrozumiałam w sobotę, gdy mi się dupy z łóżka rano nie chciało ruszyć o siódmej…Mianowicie, że jakbym tak NIE MUSIAŁA wstawać, NIE MUSIAŁA niczego robić, NIE MIAŁA tych wszystkich obowiązków, to faktycznie bym nie robiła nic całe dnie dając sobie mojego raka jako excuus*, by całe dnie leżeć plackiem i gapić się w sufit. Co w konsekwencji skutki mogło by mieć opłakane. Albowiem nicnierobienie (szczególnie w okolicznościach choroby czy innych problemów) prowadzi do nadmiernego rozmyślania oraz użalania się nad sobą, czego pokłosiem może być apatia, zniechęcenie, strach, panika,  stany depresyjne czy w ogóle depresja, myśli samobójczych nie wykluczając.

Cieszę się zatem, że nie mam za dużo czasu na nicnierobienie.

 Mam go jednak w sam raz.

Staram się mieć, bo prawda jest taka, że jak masz dwupiętrowy dom, partnera, troje dzieci, królika, dwie papugi, cztery świnki, trzy kury i koguta to roboty ci starczy nie tylko na całe dnie, ale i noce, gdybyś chciał wszystko rzetelnie, idealnie i perfekcyjnie wykonać oraz o wszystkich doskonale zadbać. No i ja czasem, mimo że nie jestem zdecydowanie perfekcjonistką, staram się wszystko jak najlepiej zrobić i o wszystkich jak najlepiej się zatroszczyć. Co nawet przy najlepszym zdrowiu i największych chęciach bywa trudne, a teraz jest praktycznie niewykonalne, a do tego niebezpieczne dla mnie samej. Nie sztuka bowiem przedobrzyć, przeforsować, zaszkodzić sobie swoją nadgorliwością. 

Często o tym z sąsiadką gadamy, bo ona też nie mogła na dupie usiedzieć po operacjach i teraz przychodzi albo dzwoni i mówi, żebym zluzowała majty, żebym korzystała z okazji i trochę się opierniczała. Staram się, ale ciągle muszę sobie od nowa przypominać o tym, że jestem chora, że nie dawno byłam operowana i że mam prawo do odpoczynku i nicnierobienia. To wcale nie jest łatwe! Bo paluchy świerzbią, bo w dupie bryzga, bo oczy widzą, że coś jest do zrobienia, bo poczucie obowiązku i winy daje o sobie znać. Co z tego, że mam solidny excuus i logika mówi mi że nie wcale nie muszę, bo świat się nie zawali, a wszyscy w domu szanują mój stan i deklarują swoją pomoc, a wręcz pchają się do „mojej” roboty. Jednak ja lubię być użyteczna i nie czuję się komfortowo, gdy nie zrobię czegoś, co MOGĘ zrobić. 

Kiedyś nawet rzekłam do małżonka, który pomagając mi zmienić opatrunek, zastanawiał się głośno, kiedy pozwolą mi wyrzucić tę ciasną „kamizelkę” i zdejmą opatrunki, że w sumie to dobrze, że je mam te utrudnienia, bo to jest cholernie niewygodne, ciśnie, uwiera, obciera przy każdym ruchu, co mnie skutecznie powstrzymuje przed nadmierną aktywnością. Inaczej rzuciłabym się zaraz jakieś meble przestawiać, ogródek przekopywać czy wiadra pełne wody tachać… Bo jak się raz do roboty przyzwyczaisz, nie odzwyczaisz się o tak, tylko dlatego, że ci cycka odetną i powiedzą, że masz raka. Podejrzewam, że i odwrotnie - gdyś do roboty nienauczon, to i nie prędko się do niej rwał będziesz, a każda wymówka będzie dobra, by nie brać się za nic, co inni za ciebie mogą zrobić. 

Odkryłam, że to przez tę „kamizelkę” tak piekielnie nawalają mnie plecy. Zobaczyłam to w lustrze. Ta szmata uwiera mnie pod pachami, no więc mój mózg każe ciału tego dyskomfortu unikać i pcha ramię do góry. Opatrunek i rana ciągnie to ramię z kolei do przodu, co wywołuje bardzo niezdrową postawę ciała. Jakbym miała takie lustrzane pokoje jak w Wejściu Smoka, mogłabym moją postawę kontrolować cały dzień, ale nie mam. Przeto ustawiam ramiona dobrze w łazience, a po chwili znowu wracają do złej pozycji i to mi szkodzi na kręgosłup. Ech! Staram się o tym myśleć i poprawiać ramiona, ale multitasking nie zawsze działa.

Ale już bliżej jak dalej. W miniony wtorek pielęgniarka wyjęła kolejną porcję zszywek z rany i dren. W najbliższy poniedziałek ma wyjąc resztę zszywek. Pokazała mi też różne protezy. Na początku można nosić  poduszeczki w specjalnym biustonoszu, podobne do tych ze zwykłych push upów. Później silikonowe też do  biustonosza wtykane i w końcu silikonowe przyklejane. Obejrzałam, pomacałam, podziękowałam. Nope! Nie zamierzam nosić biustonosza tylko dlatego, że nie mam cycka! Pielęgniarka proponowała mi nawet za friko wybrać se biustonosz z Amoeny (normalnie kosztują około 80€), bo miała tam różne jako pokazowe, ale też podziękowałam. Jak raz się uwolnisz z tego koszmarnego chomąta, to nie dasz się ponownie do niego wcisnąć dobrowolnie. Poza tym dotykanie tego silikonu było bardzo niemiłym doświadczeniem. Heloł, ja  jestem wysoko wrażliwa - niektóre faktury, konsystencje, materiały są dla mnie nie do zaakceptowania. Te gluciaste fejkowe cycki należą właśnie do tej kategorii. O fu! Nie wyobrażam sobie też.. znaczy prrrr wróć, właśnie że sobie wyobrażam i to jest problem. Widzę oczami wyobraźni siebie z tym fejkowym cyckiem pod ubraniem stojącą przed lustrem, co stwarza pozory, że wszystko jest na swoim miejscu, mam dwa zgrabne cycuszki… A potem się rozbieram i widzę, że to wszystko była fatamorgana, fejk, gówno, pic na wodę fotomontaż… Kurwa, weź! To by było straszne. Do tego mam podejrzenia, że małżonek, a nawet dzieci mogły by to podobnie odbierać, czyli za każdym razem każdego dnia przeżywać stratę i na nowo odkrywać moją niedoskonałość. Czy ja wyglądam na jakiegoś Prometeusza? Dla nas normalnych inaczej i autystycznych fałsz jest czymś bardzo niepożądanym i złym. Trzymajmy się prawdy, a prawda jest taka, że nie mam jednej piersi. Dla mnie nie stanowi to problemu. Ja akceptuję ten fakt bez zastrzeżeń. Moi najbliżsi również. Nie znaczy, że jesteśmy tym zachwyceni, że nam się podoba, ale zwyczajnie takie są fakty.  Zatem nie widzę najgłupszego powodu, dla którego miałabym udawać, że jest inaczej i wkładać se pod sweter fejkowe cycki. Jeśli komuś się to nie podoba, niech się nie patrzy. Jeśli ktoś będzie miał z tym problem, to zapewniam, że szybciej niż ustawa przewiduje, będzie musiał wybrać się po fejkowe zęby. 

Wizyta u pielęgniarki w klinice piersi nie była jedynym zdarzeniem medycznym tego tygodnia. Tego samego dnia odwiedziłam bowiem też kardiologa, który wykonał echo serca i orzekł, że jest w porządku i że można je katować chemią, a jakby w trakcie chemioterapii coś niepokojącego w związku z pikawą odczuwałam, mam natychmiast to zgłaszać, by mogli szybko zareagować. 

W poniedziałek odebrałam trzecią dawkę samiwiecieczego. Ręka mi trochę spuchła i kilka dni była lekko obolała. Młody otrzymał zaproszenie na pierwszą dawkę, ale jeszcze nie zdecydowaliśmy, co zrobimy. Wolelibyśmy nie szczepić go, bo on, tak samo jak Najstarsza, jest typem niechorującym na nic, ale teraz już wiem, że w tej kwestii trza popatrzeć, co inni będą robić… bo już dane nam było się przekonać, jakie są społeczne konsekwencje nieszczepienia, szczególnie w połączeniu z rasizmem obecnym bardzo intensywnie w niektórych miejscach (temu tematowi poświęcę osobny wpis). Pozostaje też kwestia mojego osobistego bezpieczeństwa, choć moim zdaniem szpital, gdzie ostatnio bywam i będę bywać często oraz autobusy którymi często się przemieszczam są o wiele większym potencjalnym źródłem zakażenia czymkolwiek niż syn, który poza domem przebywa tylko i wyłącznie w szkole i to małej wiejskiej, gdzie tylko wiejskie dzieci spotyka. Skoro wszystkie największe boidupy koronne nie boją się latać samolotami, masowo wyjeżdżać do obcych krajów ani gnieść się w knajpach z randomowymi ludźmi,to chyba ja nie mam się co bać mojego własnego niespoufalającego się z nikim syna c’nie? Tak by wynikało z logicznego, zdroworozsądkowego myślenia, ale jestem świadoma, że tego dziś w społeczeństwie to raczej ze świecą szukać… dlatego trzeba patrzeć, co inni robią i dopiero potem zdecydować co jest dla nas lepsze. Obawiam się bowiem, że brak zaszczepienia może być o wiele gorzej potraktowany w szkole niż noszenie dziewczyńskich ubrań przez Młodego a nawet niż sam wirus. Gówniarze potrafią być prawdziwymi skurwysynami wobec drugiego jeśli tylko rodzice przekonają ich, że ich prawda jest mojsza. Depresja jest pierdyliard razy gorsza niż ten śmieszny srowid, a Młoda jest doskonałym przykładem, do jakiego stanu mogą doprowadzić skurwysyny ze szkolnej ławki…

Póki co Młody odebrał w piątek szczepionkę przeciwko odrze, śwince, różyczce i na razie mu wystarczy.

Ja odwiedziłam jeszcze onkologa w czwartek, z którym wspólnie wybrałam termin pierwszej chemii. Fajnie, że można było wybrać zarówno dzień jak i godzinę. Dokładnie to do wyboru było rano lub po południu. Wybrałam rano, bo wtedy mąż podrzuci mnie pod szpital w drodze do roboty. Na popołudnie do odebrania poproszę sąsiadkę, w razie jakbym nie mogła wrócić autobusem. Doktorka mówi bowiem, że pierwszy raz w razie wu lepiej kogoś mieć, gdybym nie czuła się na siłach drałować na przystanek, bo każdy inaczej reaguje. Pierwszy raz mam mieć łóżko plus oczywiście telewizor, radio… czyli normalne tutejsze standardy.  

W piątek zrobiłam test jazdy skuterem zawożąc Młodego pod szkołę. Poszło jak z płatka, nic mi to nie robiło złego. Przeto w sobotę pojechałyśmy z Młodą do najbliższego Kringwinkel(a) się zrelaksować, bo od siedzenia w domu i latania po doktorach człowiekowi zaczyna palma odbijać, a grzebanie w rzeczach używanych to takie poszukiwanie skarbów dla dorosłych, czyli niezła frajda i fajny relaksik. Znalazłam 4 tanie książki (coraz trudniej znaleźć dobre używane czytadło za nie więcej niż 2€, bo nawet starocie ogromnie podrożały) i 2 koce praktycznie nowe oraz 2 miseczki na wodę dla naszych świnek. Młoda jeszcze ocieplane gumiaki mi do kosza dorzuciła. Wyrobiłam się w 20€. 

A jeszcze hece maskowe. 

W szpitalu, jak nakazane, używam masek jednorazowych. W autobusach preferuję szmaciane, bo w nich nie czuję smrodu autobusowego, ludzkich perfum czy cholernych produktów do prania, od którego czasem chce mi się rzygać (zajebiście jest być nadwrażliwym na zapachy). No i w czwartek opuściwszy szpital cisłam maskę do kosza i poszłam na przystanek, gdzie ulokowałam się w dosyć dużej od niego odległości, bo znowu jacyś skurwiele kurzyli tam papierosy, od czego jeszcze bardziej chce mi się rzygać niż od perfum. (nawiasem mówiąc moim nader skromnym zdaniem palenie w publice powinno być zakazane i karane chłostą albo i śmiercią). No ale dobra. Se stoję koło tego przystanku z głową wypełnioną rozkminami o chemioterapii i myślami morderczymi wobec palaczy, czyli na full.  Podjeżdża  mój autobus. Wsiadam. Siadam. Wyjmuję telefon, by aktywować bilet i zaczynam się dziwować, co tak nie jedziemy… Podnoszę łeb i widzę przez folię z przodu autobusu kierowcę usiłującego wyraźnie coś komuś z daleka wytłumaczyć na migi. Wygląda jakby na mnie patrzył i do mnie machał, ale dla pewności rozglądam się wokół i widzę jak wszyscy udają, że na mnie się nie lampili. Co? Mam pietruszkę w zębach? Przecież… No taaaak! Zaiskrzyło na synapsach, gdy kierowiec przytknął se łapę do pyska. Zapomniałam założyć maski. Buachacha! 

Kiedyś podobną sytuację obserwowałam z boku stojąc w kolejce do kasy w sklepie. Tłum ludzi. Trzy kasy na pełnych obrotach. Nagle kasjer woła do jednej babci: „Proszę Pani, proszę założyć maskę!” Babunia maca się po twarzy i konstatuje, że faktycznie nie ma naryjca. Dawaj grzebać po kieszeniach, torbie… W końcu bierze paczkę masek z półki przy kasie i częstuje się jedną, resztę wrzucając do wózka. Wszyscy uśmiechają się dobrotliwie ze zrozumieniem i dyskutują o tym zjawisku wymieniając się podobnymi doświadczeniami i spostrzeżeniami.

Lepszą bekę jednak miałyśmy kiedyś z Młodą podczas innej wizyty w szpitalu. Przy wejściu do szpitala Młoda mówi, żebym ją poczęstowała maską, bo nie chce jej się swojego plecaka zdejmować. Częstuję, bo zawsze staramy się mieć przy sobie całe paczki jednorazówek. Obeszłyśmy szpital, załatwiłyśmy, co było do załatwienia. Wychodzimy, a Młoda oddychając z ulgą mówi - no wreszcie, bo coś mam w masce, jakiś śmieć i czułam to cały czas na ryju. - Zgadujemy, że to pewnie siano świnek, ziarno papug albo nawet Luśki bobek albo pióro Heńka, bo to jest standardem jeśli chodzi o rzeczy uwierające nas w ubraniach. Młoda patrzy na zdjętą maskę i wykrzykuje - Kurwajapierdolę! Ślimak! No kurwa jebany ślimak!

Myślałam, że se jaja robi, ale patrzę a to serio ślimak! A raczej ślimaczek. Malutki bezdomny czarny ślimaczek. Żywy! W masce, która była w oryginalnym worku w moim plecaku. Co prawda nosiłam to tam może i kilka tygodni, no ale co do diabła robi ślimak w moim plecaku i skąd się tam wziął? No jaja jak berety! Brechtania na tydzień nam starczyło, no bo weź ŚLIMAK! Ona go miała z godzinę na twarzy. Ha ha ha! 

Świnki morskie też chorują, ale Luśka Królik czuje się lepiej.

Świnki teraz potrzebują więcej akcesoriów, bo Tornado i Love siedzą w osobnych klatkach ze względu na chorobę, a Maggie (zwana też Magią) i Luc Majtoszek w osobnej. Więcej dywaników lub kocyków, więcej misek, więcej troski. Mam nadzieję, że wyzdrowieją, choć leczenie chorób skóry może trwać tygodniami i jest bardzo stresujące dla zwierzątek. Tornado i Love teoretycznie mogły by siedzieć w jednej klatce, bo od zawsze były razem, ale pierwsza próba pokazała, że ten numer nie przejdzie. Od razu zaczęły głośno zgrzytać na siebie zębami, ganiać jedna drugą i się gryźć. Powodem może być dokuczliwa choroba (swędzi, swędzi, swędzi) albo mały metraż dodatkowej klatki, co u świnek ma duże znaczenie.

Luśka ostatnio czuje się znacznie lepiej, a nawet całkiem dobrze, choć nie jest już tym zającem, co była wcześniej. Trudno powiedzieć, czy to choroba ją zmieniła, czy zwyczajnie króliczysko się postarzało. Nie gania już z prędkością światła jak dawniej po całym pokoju wieczorami. W ogóle trzyma się jednego kąta z małym oknem, ale nie wskakuje już na parapet, by popatrzeć na świat z góry. Kupczy przy jedzeniu i siusia często obok kuwety, choć do kuwety systematycznie wskakuje. Tyle że je dużo, a nawet bardzo dużo i już trochę przytyła. Ziołowe siano okazało się wybawieniem, bo to bardzo wybredny królik i byle jakiego siana nie weźmie do pyska, a najróżniejsze testowaliśmy. Ziołowe z miętą i rumiankiem jej podchodzi. Zajada aż miło. Warzywa też wsuwa i suchą karmę. Głaskańsko i pieszczochanie nadal lubi, ale jakby rzadziej. No, nigdy nie można było jej bylekiedy pieszczochać, a tylko jak sobie tego życzyła - ona łapie wtedy za nogi i wystawia nos do głaskania. Próby głaskania w niestosownym momencie mogą się skończyć naburczeniem i podrapaniem lub pogryzieniem. I nie każdy może ją głaskać. Najstarsza, jej najlepsza kumpela i współlokatorka, może prawie zawsze. Ja mogę często. Mąż czasem. Młoda rzadko, bo Królowa z jakiegoś powodu średnio ją lubi. Tak, to królowa wśród królików. Najwspanialsza z najwspanialszych. Niepowtarzalna i oryginalna. 

Jaka rodzina, takie zwierzęta ;-)

Luc Majtoszek, Tornado, Magia (zawsze głodna)


Młody z Majtoszkiem

Królowa 👑jest tylko jedna

Czasem ktoś nocą robi demolkę i syf

Love ❤️

jakaś świnia zwaliła paśnik ze ściany 

Majtoszek pieszczoszek


*exuus - nl. usprawiedliwienie. W domu, podobnie jak chyba większość dzieciatych rodzin na obczyźnie, mówimy mieszanymi językami wplatając w język ojczysty sporo słów (czasem spolszczonych czasem nie) z języka niderlandzkiego i angielskiego, którymi to językami posługujemy się poza domem.

5 stycznia 2022

Mastektomia. Nie taki diabeł straszny…

Ciekawostka na początek

Ciekawe obserwacje poczyniłam spoglądając na ostatnie statystyki na blogu i moim fanpage na fb. Nie wiem jednak, czy trzeba wyciągać z tego jakieś wnioski, bo może lepiej tego nie rozkminiać za bardzo… Choć Młoda już zaczyna się brechtać coraz bardziej, że matka jest ostatnio bardzo popularna  a i mnie chwilami heheszek bierze lekki, no bo serio… 

Statystyki na FB pokazały nagły  wzrost zainteresowania o 500%! Na blogu podobnie. Panie…

Kuźwa, był taki czas kilka lat temu, gdy byłam początkującym jeszcze lekko przygłupim blogerem, któremu zależy na jak największej popularności, który codziennie albo i częściej sprawdza statystyki, sika z radości po zobaczeniu najgłupszego komentarza, a załamania dostaje po każdym odlubieniu strony i takie tam… No, sami wiecie. Wówczas chwaliłam się tym ledwie raczkującym blogiem gdzie się tylko dało, publikowałam wszędzie linki do moich jakże zajebistych wpisów, łaziłam systematycznie po innych blogach i siarczyście komentowałam z nadzieją, że ci blogerzy odwdzięczą się tym samym, że ludzie będą mnie czytać, komentować, polecać. I faktycznie tak było, bo tak się buduje popularność na blogu - statystyki i popularność rosła. Z czasem poszłam po rozum do głowy i zrozumiałam, że dla mnie wcale nie są ważne statystyki, lajki, komentarze… Co prawda każda z tych rzeczy jest miła, ale ja po prostu zwyczajnie lubię pisać, opowiadać i to jest dla mnie najważniejsze. Wiem już, że umiem pisać i że każdy wpis przeczyta wcześniej czy później kilka, czy kilkanaście, a bywa że i kilkaset osób i że czasem ktoś zostawi komentarz czy lajka na fb. To mnie satysfakcjonuje i od dawna nie jaram się statystykami a nawet w ogóle ich nie sprawdzam. Po prostu piszę, nie ważąc na nic.

Jednak ciężko nie zauważyć, jak FB ci nagle świeci na grubo 500+ a ty wiesz, że to nie o TO pińcet plus chodzi. 

Kuźwa okazuje się, że wcale nie trzeba reklamować bloga ani błagać o lajki, wystarczy napisać, że ma się śmiertelną chorobę a wszyscy się zlecą popatrzeć. Młoda się śmieje, że to internetowi ramptoeristen (po niderlandzku tak określa się szukających sensacji i fascynujących się katastrofami i wypadkami) hehe.

Tak poważnie, to jednak jest bardzo miłe i budujące, że tylu ludzi, starych i nowych znajomych, a nawet całkiem obcych zagaja do mnie, życzy zdrowia, dzieli się radami czy własnymi doświadczeniami.

Pochichrać się jednak też dobrze. No i nie ukrywam, że liczby są lekko podejrzane… 

A teraz opowiem o mastektomii.


W naszym szpitalu jest w zwyczaju, że godzinę, o której masz się stawić do szpitala na zabieg, czy operację podają ci dzień przed przez telefon. Tym razem zadzwonili, że mam przyjechać na jedenastą i od szóstej rano nie wolno mi jeść ani pić. W związku z czym, wstawszy o trzeciej na siku, zaszłam po drodze do kuchni i pożarłam kromkę popiwszy ją sokiem. Bo ja lubię żreć a długie godziny bez jedzenia to dla mnie koszmar.

Przybyłam do kliniki z pół godziny przed czasem, zapisałam się w recepcji i pomaszerowałam schodami na drugie piętro na oddział kobiecy, jak kazali. Tam pielęgniarka pokazała mi salę i podała szpitalną piżamkę. Chwilę później wróciła, by zmierzyć standardowo temperaturę, ciśnienie, tętno i wypełnić brakujące informacje w dokumentacji. Później zjawiła się moja ekipa z kliniki piersi, czyli pielęgniarka i psycholożka. Ta wizyta nic szczególnego w moje życie nie wniosła. Pogadały, pożyczyły powodzenia i poszły.

O czternastej, gdy już zaczęłam się poważnie nudzić, a głodowy ból głowy zaczął się rozkręcać, przyszła pani od transportu pacjentów i zawiozła mnie do chirurgicznej piwnicy. Tam inna pani założyła mi wenflon i automat do mierzenia, puściła kroplówkę i przyodziała mi na głowę gustowny czepek. Powiedziała, że zaraz przyjdzie ekipa operacyjna i poszła zajmować się kolejnym pacjentem. 

Zaraz okazał się jednak dosyć dużym okresem czasu… Leżałam sobie gapiąc się w sufit, bo innych możliwości za bardzo nie było. 

A głowa napierdalała…

Coś koło piętnastej ta sama pani podeszła, by przeprosić za opóźnienie, bo jakieś komplikacje z poprzednim pacjentem nastąpiły. Poprosiła o cierpliwość. Zapytała, czy wszystko okej i czy światło mi ściemnić. Odpowiedziałam, że nigdzie się nie spieszę i poczekam spokojnie, bo cierpliwość i spokój to moje mocne strony.

 Tylko żeby, głowa tak nie napierdalała… 

Z jakiegoś powodu zaczęłam mieć coraz większe trudności z oddychaniem… Na szczęście, mimo bolesnego bałaganu pod kopułą, udało mi się połączyć styki i zajarzyć, że to ta cholerna maska na ryju. Zdjęłam to kurestwo i świat nagle zaczął być znowu bogaty w tlen. Cud. Cud, panie!

Tylko ten łeb… 

Wpół do czwartej przyleciał doktor i też przeprosił oraz pocieszył, że pacjentka już się prawie obudziła i zaraz będą sprzątać i po mnie przyjdą. Informacja, że jego pacjenci jednak się mimo wszystko budzą, jest bezcenna w takiej sytucji. 

Przyszli o 16. Sala była w sprzątaniu. Druga doktorka też przeprosiła i poinformowała, że tylko skoczy się czegoś napić (wolę nie wiedzieć, czego) i już zaczynamy. 

Kilka następnych godzin mam wycięte z życiorysu, to wam nie opowiem, co oni tam wyprawiali. 

Jak mnie ciągnęli z powrotem wozem na salę, dochodziła dwudziesta, bo akurat zegar mijaliśmy. 



Nic mnie nie bolało. Kroplówka z paracetamolem płynęła. Tym razem byłam w pełni  przytomna po operacji i mogłam od razu do wszystkich napisać. I tak już prawie umarli z nerwów niewiedząc czy żyję.

W nocy jednak nie wiele spałam, bo po całym dniu w łóżku to chyba nikt normalny nie da rady jeszcze w nocy spać. Na drugi dzień zgodnie z obietnicą mogłam iść do domu. 

Uprzednio dokonali jednak zmiany opatrunku. Co ciekawe tej czynności towarzyszyła psycholożka. Pielęgniarka pytała, czy chcę patrzeć i czy dobrze się mentalnie z tym czuję. Z czego wnioskuję, że dla wielu kobiet utrata piersi to musi być koszmarne i straszne przeżycie. Ja na szczęście nie mam obsesji na punkcie swojej kobiecości ni swojego wyglądu. Albo inaczej, moja płeć i jej atrybuty nie ma dla mnie aż tak wielkiego znaczenia, jak dla wielu. Myślę, że we mnie jest tyle samo pierwiastka kobiecego, co męskiego, choć fizycznie jestem babą. Moje jestestwo jest ponad tym. Płeć biologiczna mnie nie identyfikuje jako człowieka. Równie dobrze czułabym się pewnie w ciele faceta, a może nawet lepiej, kto wie.  Dość, że w tej konkretnej sytuacji bycie nienormatywnym ma zdecydowanie sporo plusów. 

Oczywiście, że chciałam patrzeć! I zobaczyłam, że oni mnie zszywaczem pospinali. No serio, skórę pozostałą po cycku na metalowe haczyki szczepili do kupy. To wygląda jak zęby rekina albo suwak. Śmiesznie znaczy. Dziwnie też wygląda tak z lewej cycek z prawej dziura. Trzeba będzie się do tego przyzwyczaić, jak do nowej głupiej fryzury. Jak pierwszy raz ścięłam włosy na krótko to też głupio się z tym czułam i nie mogłam na siebie patrzeć w lustrze bez zdziwienia, co to za jakiś klon.

Nie zmienia to jednak faktu, że ogólnie cycki są fajne. Ba,  lubię popatrzeć na ładne cycki czy dupy. Może mnie to nie rajcuje aż tak jak niektórych facetów, ale było nie było jestem po pierwsze biseksualna a po drugie lubię ładne rzeczy. Zatem utrata mojego ładnego cycuszka to jednak jakaś strata jest, bo fajnie jest mieć ładne cycuszki. Małżonkowi też go bez wątpienia będzie brakowało i to może nawet bardziej niż mnie. No ale, Panie, bez przesadyzmu. Moje i małżonka priorytety życiowe nie od wyglądu się zaczynają. Choć  ten jest dla nas ważny, to nad nim mnóstwo ważniejszych rzeczy stoi. Willi z basenem w ciepłych krajach czy nawet zimnych ani jaguara też nie mamy, choć byśmy chcieli, a mimo to żyjemy całkiem dobrze. Tak że ten, bez cycka też się obejdzie…

Z lewej na obojczyku  mam małą górkę i rankę, bo tam ten port zaszyli. Trochę to spuchło, co też zabawnie wygląda. Jakby mi tam jaki wielki żuk pod skórą siedział. Doktorka mnie dziś uspokoiła, że lekka opuchlizna to normalna rzecz, bo trochę się zaczęłam martwić, gdyż z lektury wiem, że czasem te dinksy się nie przyjmują i trza je usuwać. 



Klatkę piersiową mam ściśniętą szeroką elastyczną taśmą, co mi utrudnia chwilami oddychanie i okropnie uwiera. Wszak jestem wysoko wrażliwa i dla mnie już obcisłe ubrania, o biustonoszach nie mówiąc, są nie do zaakceptowania, a co dopiero coś takiego. Do tego wężyk od drenu. Dziś już mnie pali ogniem to miejsce, gdzie wężyk przechodzi pod taśmą. Właśnie myślę, żeby jakąś szmatę tam wsadzić, która oddzieli wężyk od skóry albo lepiec… 

A ta flaszka to utrapienie. Co chwilę zapomnę, że ten „piesek” musi ze mną wszędzie chodzić i potykam się o wężyk albo idę i ciągnę to za sobą z łoskotem. Powiedziałam dziś o tym doktorce, a ta na to, że jej mama po mastektomii też miała z tym podobny ubaw kilkanaście lat temu. 

Jednakowoż powiadają, że jak się przyzwyczai, to i wisieć dobrze. I faktycznie, im dłużej coś masz upierdliwego, tym mniej to się upierdliwe robi, a staje się zwyczajne i powszednieje. Za to uwolnienie się od tego po długim czasie zwykle jawi się jako przybycie do samych bram raju. Toteż warto znosić wszelakie niedogodności, by doznać potem tego zbawienia i cudownego doświadczenia. Z taką myślą zaś o wiele łatwiej te trudy znosić. 


A trudów trochę jest w te pierwsze dni po operacji. 

Przede wszystkim dyskomfort związany z tym wszystkim, co wyżej. Trzeba ostrożnie się ruszać. Nie nawywija za bardzo gałęziami, bo boli. Podnosić ręce do góry można, jak powiedział lekarz, ale z rozsądkiem. Boli i/lub ciągnie, gdy się tak robi. Nie można się normalnie wykąpać. Tam dzień mycia myjką w umywalce to pikuś, ale po paru dniach to zaczyna być dosyć ciężkostrawne. Do mycia pleców trzeba wzywać posiłki, bo gałęzie nagle nie sięgają, gdzie drzewiej sięgały. Ubieranie to też co dobrego. Cieszę się, że jestem wysoko wrażliwa i że w związku z tym moja garderoba składa się z luźnych, często rozmiar większych i miękkich szmat, które teraz mogę w miarę łatwo założyć.

Spać źle. No chyba, że ktoś lubi spać na plecach. Ja nie lubię. Po pierwsze trudno mi się oddycha, gdy leżę na plerach, po drugie leżenie na plerach dłużej niż godzinę powoduje paskudny ból. Zawsze, nie tylko po operacjach, ale po operacjach jest to bardziej irytujące, bo mimo wszystko muszę spać na plecach. Chwilami też na lewym boku, ale to wymaga pół godzinnego kokoszenia się, żeby znaleźć idealną w miarę niebolącą pozycję, a kokoszenie samo w sobie jest bardziej niż trudne, bo wszystko boli. Do spania używam zasadniczo czterech poduszek różnej wielkości i twardości , co teraz tym bardziej się przydaje. Poduszki układam nie tylko pod głowę, ale też pod ręce, nogi, plecy, zależnie od sytuacji. 

Kolejna niedogodność pooperacyjna to zmęczenie i słabość. Przedwczoraj Młoda się spytała, czy dam rady zrobić pizzę. Pomyślałam chwilę. No raczej. Pizza to wszak łatwe danie do zrobienia. Młoda wielce uradowana poszła dalej walczyć ze swoim pokojem, gdzie odprawiała generalne porządki, takie ze zmianą pościeli i pucowaniem wszelakich papuzich akcesoriów, co zajęło jej dobrych parę godzin. Więc zrobienie dla niej pizzy wydawało się miłym akcentem z mojej strony. Okazało się jednak, że to iż czuję się zwyczajnie i po staremu nie oznacza bynajmniej, że tak jest w rzeczywistości. Wyrobienie ciasta na pizzę wymagało usiądnięcia na podłodze i oparcia się o szafę, bo nie miałam sił ustać na nogach. No jaja jak berety, jaki cienias!  Ale wyrobiłam to cholerne ciasto i zwołałam nasto, by dokończyły procedurę, gdy ciasto podrosło. Pizza wyszła pyszna i dała mi lekcję pokory. Czasem jednak trzeba se dać na wstrzymanie i cierpliwym być. 

Zasadniczo jednak się obijam, relaksuję, odpoczywam i dobrze się z tym czuję. Nie czuję, że coś muszę, że powinnam… Dzieci mam duże, mądre, odpowiedzialne i samodzielne. Każde z nich umie posługiwać się odkurzaczem, ścierką i każde wie, gdzie co leży w kuchni i do czego służy. Małżonek też umie sprzątać, gotować i wyprać. I co najważniejsze, nikomu z Piątki nie trzeba wcale niczego specjalnie tłumaczyć, prosić. Każdy wie i szanuje fakt, że matka chwilowo niedomaga i że więcej trzeba samemu ogarnąć niż zwykle. Poza tym nie mieszkamy w muzeum. U nas nie musi i prawie nigdy nie jest idealnie czysto, codziennie nie musi być ugotowane, a ubrania nosimy zmięte bez żenady. U nas nawet kurze ,królicze gunwo lub jakieś siano na podłodze w kuchni czy salonie mieści się w normie, bo i tu mamy swoje priorytety. 

Młody w tym tygodniu z wielką radością i dumą poodkurzał i pościerał cały dół, bo dla niego to frajda posprzątać od czasu do czasu. Normalnie nie wymagam, by dzieci obowiązkowo cokolwiek robiły. U nas nie ma wyznaczonych obowiązków, ale jakoś każdy sam z siebie się udziela, gdy widzi że trzeba coś zrobić. Innym razem zwyczajnie proszę czy sugeruję, by ten czy tamten coś zrobił i jakiś nigdy nie spotkałam się z odmową bez powodu, a powody szanuję, co nie znaczy, że wtedy sama muszę robić daną rzecz, choć czasem robię, gdy mogę, ale często rzecz jest robiona w innym momencie. Czasem z kolei dzieci czy mąż proszą mnie o pomoc w tym czy tamtym i ten system u nas się sprawdza, co nie znaczy, że w każdym domu znalazł by zastosowanie, bo ludzie są różni.



Poza tym oglądamy Netflixa, czytam książki, pomagam Młodemu z nauką gry na organkach, zachwycam się zwierzakami, gadam z dziećmi, gdy im się chce gadać no i próbuję robić to i owo, czyli coś tam ugotować, nastawić, wyjąć, rozwiesić i poskładać  pranie, zetrzeć kurz w łazience, umyć kibel i takie tam drobiazgi, które dam rady zrobić po trochu, bo prawda jest taka, że siedzenie i leżenie całe dnie wcale nie jest dobre dla zdrowia ani fizycznego, ani psychicznego. Ja lubię coś robić pożytecznego. Dawkuję sobie jednak te drobne prace i robię tyle, ile czuję się na siłach robić. Wkurza mnie, że teraz nie sięgam tam gdzie wcześniej i wszędzie muszę Młodego stary stopień  (taki co to bobasy do kibla czy umywalki przystawiają) podstawiać albo drabinkę ciągać. 

Z każdym dniem czuję się lepiej i mocniej.  W piątek dowiem się, co tam wyszło medykom z tej operacji i  jakie dalsze atrakcje dla mnie wymyślili. Teraz o tym nie myślę, bo nie ma potrzeby.