Pokazywanie postów oznaczonych etykietą leczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą leczenie. Pokaż wszystkie posty

3 maja 2026

Pierwszomajowa kąpiel w morzu

Nie wiem, gdzie podział się ten tydzień, bo wydaje się, jakby dopiero się zaczynał, a tu już piątek i to pierwszy maja, co jest jeszcze bardziej szokujące. Że jak maj?! Skąd? Kiedy?

Spróbuję pozbierać jednak cały tydzień do kupy... albo do siku.

W poniedziałki dotąd Młody miał hybrydę, ale nie dawno rozchorował się jeden z nauczycieli, a na jego miejsce znaleziono zastępstwo. Wymagało to zmian w rozkładach zajęć, no i pech chciał, że nauki przyrodnicze teraz są w poniedziałki, a to jeden z ważniejszych przedmiotów, na który Młody musi chodzić normalnie na wykład stacjonarnie, a zatem hybrydę trzeba było przenieść na inny dzień. Szkopuł w tym, że na ten poniedziałek była wizyta u lekarza zaplanowana w sprawie omówienia prześwietlenia kręgosłupa i zdiagnozowania skoliozy. Gdyby miał hybrydę to tyle, że nie był by na porannym spotkaniu swojej grupy, a potem po prostu zaczął by naukę samodzielną godzine póżniej. Z domu do przychodni jest 5 kilometrów, to 10-15 minut jazdy rowerem. Dworzec, na którym Młody wsiasda do pociągu znajduje się jednak w innej gminie,  w drugą stronę. Koło przychodni też jest dworzec, ale innej linii i wtedy trzeba by się przesiąść w miasteczku, gdzie jest po 20 schodów z peronów i na perony i gdzie nie ma prowadnic przy schodach, a lepiej by Młody nie nosił tego swojego roweru po takich schodach. Waga roweru to bowiem połowa wagi Młodego albo nawet więcej niż połowa, czyli jakby trochę ciężko. Na pewno nie wskazane dla jego pleców. No i bilet dodatkowy trzeba kupować... No i w sumie pewnie wcale szybciej i tak się nie przyjedzie, bo ostatecznie i tak trzeba jechać tym samym pociagiem... Tak więc Młody najpierw wrócił do domu po tornister i dopiero pokręcił na dworzec i tak dotarł do szkoły dopiero na południe, choć w domu byliśmy po wizycie przed dziesiątą. Na nauki przyrodnicze i tak zatem nie zdążył. Życie.

Lekarka powiedziała, że skrzywienie nie jest na tyle duże, by nosić gorset, ale bez wątpienia będzie mu dokuczać przez całe życie. Skrzywiony jest trochę w bok i trochę do tyłu, a na górze z kolei jest prosty, tam gdzie powinna być lekka krzywizna... I tak oto, co Młody sam wydedukował, a lekarka tylko potwierdziła, wyjaśniają się różne, jak dotąd nam się wydawało, DZIWNE problemy Młodego. 

O bólu pleców podczas jazdy rowerem już wspominałam, ale Młody przypomniał jeszcze o tym, że nie może np układać puzzli na podłodze, czy nawet na stole, bo okropnie boli go szyja gdy patrzy się w dół. To samo było z próbą czytania książki w pozycji na brzuchu...

 Wspomniał też, że gdy był jeszcze w przedszkolu, na świetlicy czasem włączali im jakąś bajkę na dużym telewizorze zawieszonym na ścianie, on nie mógł oglądać, bo strasznie bolał go od tego kark i się dziwił, jak inne dzieciaki mogą oglądać. Teraz szybko se dodał dwa do dwóch i lekarak to wszystko potwierdza. Po raz kolejny przekonujemy się, ile problemów może wyjaśnić właściwa diagnoza i jakie to ważne by wiedzieć, co człowiekowi dolega albo w czym różni się od pozostałych, by nie porównywać się do innych i nie próbować za wszelką cenę do reszty się dostosowywać, nie robić sobie wyrzutów i nie zastanawiać się non stop, co do cholery jest ze mną nie tak, co robię źle... 

Lekarka powiedziała, że dobrze będzie pracować nad postawą, nad wzmocnieniem mięśni,. Jak dodałam, że wiele wskazuje na to, że Młody ma też lekką hipermobilność, dodała, że w takim razie jeszcze więcej będzie musiał pracować nad korekcją postawy, siłą mięśni itd. Kazała szukać DOBREGO fizjoterapeuty. My nie zamierzamy jednak zmieniać, bo na miejscu jest najłatwiej chodzić na ćwiczenia i zabiegi. Lekarka dała nam dokument dla naszej kine. Ta poczytała sobie i dowiedziawszy się od Młodego, że już go plecy za bardzo nie bolą, obiecała, że następnym razem spróbują ćwiczeń. Mówi jednak, że w okresie dorastania ćwiczenia mogą nie przynieść większej poprawy, bo dużo rzeczy się zmienia, ale może próbować. Lekarka mówiła, że to niekończąca się robota na całe życie, że to nie wystarczy raz pochodzić sobie do fizjoterapeuty, tylko non stop trzeba nad ciałem pracować. Powiedziała mu jednak, że to on sam najlepiej będzie wiedział co i jak, bo to jego ciało. "Jesteś mądry, na pewno zrozumiesz" - powiedziała. Teraz zna diagnozę, musi lepiej poznać swoje ciało, zasady jego działania, techniki i dalej przede wszystkim sam nad sobą pracować, bo tylko on bedzie wiedział i czuł, co jest dla niego dobre, a co nie. Sam musi znaleźć swoją drogę w tym bałaganie. Mamy wrażenie, że ona "też jest mądra", znaczy bardzo inteligentna. Powiecie, że każdy lekarz jest, bo byle sik medycznych studiów nie skończy, ale jednak wyraźnie daje się odczuć, jeśli ktoś nadaje na tych samych falach i jest na prawdę naturalnie mądry... Młody zwrócił uwagę na jej szybkość mówienia i łapania w lot nawet nie do konca wypowiedzianych myśli (większości ludzi trzeba wszystko jak krowie na rowie... tak,  także niektórym lekarzom) oraz specyficzne poczucie humoru i to w jaki sposób ona sobie z nim żartuje. Podejrzewam, że nie mówi tak do przeciętnego czternastolatka, bo mogła by być opacznie zrozumiana albo w ogóle... Ta jej ironia... Młody śmiał się, że wielu by pewnie nawet nie zrozumiała żartu, że ona "ma nadzieję nas szybko nie zobaczyć, a najlepiej wcale",ale ona ogólnie non stop jakieś heheszki sobie robi, czy to podczas badania, czy odpowiadając na pytania i w pięć minut załatwia wszystko, ale wychodzisz z gabinetu usatysfakcjonowany i dobrze poinformowany, bo nie marnujesz czasu na mozolne wyjaśniania czy też słuchanie wyjaśnień na poziomie przedszkola. Rewelacja taki lekarz rodzinny. Szkoda tylko, że nie zawsze można się do niej dostać albo że miesiącami trzeba czekać. Nasza poprzednia lekarka była podobnym typem.

Udało mi się w końcu zamówić "kilka zdjęć" z focusa fotograficznego Młodego. W planach było zamówienie około 10 - 20 dużych wydruków co ładniejszych portretów zwierząt zrobionych przez Młodego w ostatnich miesiącach i z 50 małych zwykłych odbitek pozostałych ładnych zdjęć do albumu z drugiej ręki. 

Młody zebrał dobre zdjęcia w osobnym folderze na swoim kompie. Któregoś dnia rano siadłam i zaczęłam wybierać duże zdjęcia na duże wydruki, gdy zobaczyłam że w folderze mam już 70 a cena dobija już 200€, a ja jeszcze nie skończyłam wybierać uznałam, że trzeba zmienić taktykę i to drastycznie haha. 

Zaczęłąm od nowa. Wybrałam 20 najciekawszych i zmiejszyłam format o jeden stopień (tak by za zdjęcie niewiele ponad euto wychodziło). W końcu to tylko prezentacja w szkole a nie wystawa w domu kultury czy coś. Mały format, który wstępnie miał być 13x18  też zmiejszyłam o stopień i ograniczyłam się do 100 zdjęć haha. Łącznie zapłaciłam i tak około 7 dych, a potem se i tak uświadomiłam, że nie widziałam tam zdjęć łabędzi, które robił Młody koło pobliskiego zamku oraz paru innych, które pamiętałam, że miały być obowiązkowo wydrukowane, a to oznacza, że jakiejś grupy zdjęć nie było w tym folderze... W każdym razie muszę rzec, że Młody narobił kupę fajnych zdjęć najróżniejszym zwierzakom. Oglądając te wszystkie zdjęcia obydwoje zauważyliśmy jaka ogromna różnica jest pomiędzy tymi zdjęciami z początku  jego przygody z aparatem, a ostatnimi fotkami. Na początku fotografowane obiekty trafiały w przypadkowe miejsca kadru, czasem brakowało im nóg lub połowy głowy. Zdjęcia były rozmazane, krzywe. Obiekty znajdowały się daleko... To jest niesamowicie pozytywne uczucie tak sobie porównać swoje prace na przestrzeni czasu. Widać jak wiele się człowiek nauczył, jak poprawił swoje postrzeganie świata, jak udoskonalił technikę. To bardzo budujące. Dodać tutaj trzeba, że Młody ciągle nie wyszedł poza ustawienia automatyczne. Na początku próbowałam go trochę ścigać "we właściwym"  kierunku, ale poszłam po rozum do głowy i pozwoliłam mu odkrywać fotografię przyrodniczą po swojemu

Fotografia to JEGO FOKUS, jego hobby. Przecież w tym wypadku wcale nie chodzi o to, by zostać profesjonalnym fotografem, tylko by dobrze się bawić i czerpać przyjemność z tego, co się robi. Fokus polega na fokusowaniu się na czymś przez cały rok szkolny i nauczeniu się czegoś nowego, poświęcenie się jakiemuś jednemu tematowi. 

Młody SFOKUSOWAŁ się na samych zwierzętach. Zaczął je tropić po lesie i polach. Poznał okolicę i zwyczaje tutejszych zwierząt. Dziś wie, gdzie i októrej godzinie spotka sarny, gdzie gęsi, gdzie czaple, a gdzie upolować można obiektywem bażanta lub królika. Nauczył się cierpliwie czekać w jednym miejscu, poruszać powoli z rozmysłem bez robienia wielkiego halasu. Przede wszystkim nauczył się patrzeć, by widzieć. Z daleka dostrzega małe ptaszki czy wiewiórki w koronach drzew, czy krzakach koło drogi, zauważa malutkie owady przy minimalnym ich ruchu a nawet nieruchome kamuflujące się z otoczeniem, bo wie, jak należy patrzeć. Jego mózg nauczył się  patrzeć na świat w zupełnie inny sposób. I o to właśnie na pewno chodzi w FOCUSIE, by zobaczyć, jakie efekty przynosi systematyczna praca, że wszystkiego można się nauczyć, jeśli poświęci się temu wystarczająco czasu i motywacji. I odkryć można, jaka frajda z tego wszystkiego płynie i satysfakcja. 

Może kiedyś zrobię jakiś wpis ze zdjęciami wykonanymi przez Młodego, ale póki co nie dodaję tutaj jego zdjęć, no bo to JEGO zdjęcia :-)

Tu przerwałam pisanie, bo przyszła Młoda i zapytała, czy jedziemy do tej Ostendy, jak było planowane. Odparłam, że ja jadę, jeśli ona jedzie również. Popytaliśmy reszty i nikt więcej się nie zgłosił. Ich strata.

Zabrałyśmy manatki i pokręciłyśmy rowerami na dworzec. Według rozkładu podróż miała zająć ponad 2 godziny, bo przewidywano 50 minut oczekiwania na przesiadkę w Gandawie, ale jak wysiadłyśmy tam, zapowiedziano, że na jakiś peron właśnie podjechał opóźniony o pół godziny pociąg do Ostendy, no to dawaj, pobiegłyśmy tam i udało się wsiąść. Zatem dotarłyśmy nad morze wcześniej. Ludziów tam jak mrówków.

Najpierw poszłyśmy na lody do lodziarni z oferującej oryginalne smaki. Ja wzięłam sernikowy, a Młoda lawendę i mangocośtam. Wyśmienite!

Potem poszłyśmy na plażę, gdzie znalazłszy kawałek miejsca, rozłożyłyśmy nasz koc piknikowy i wyskoczyłyśmy z okryć wierzchnich. Jadąc na plażę zawsze zakładamy stroje kąpielowe pod spód. Zawsze też bierzemy kiecki, by potem łatwo się móc przebrać w suche majty ;-) Przebiernie podubraniowe mamy już opracowane do perfekcji. Czasem korzystamy też z ręczników do przebierania. 

Zostawiwszy bambetle na kocu, poszłyśmy obadać wodę. Była zimna jak lód i brudna. Do tego pływało w niej mnóstwo meduz. Nie powstrzymało mnie to jednak przed zamoczeniem dupska. Pływania między meduzami jednak nie zaryzykowałam. 

Fale co jakiś czas wywalały te galaretki na brzeg, a wtedy zbierałyśmy je i wrzucałyśmy je z powrotem do wody. Szkoda nam bowiem tych stworzeń. Może to i mózgu nie ma, ale niech se tam żyje swoim galaretkowatym życiem. Pierwszy raz dotykałam meduzy. Niektóre były wielkie i ciężkie. Uczucie jakbyś trzymał mokry woreczek śniadaniowy albo balon wypełniony wodą. Oczywiście ich dotykać można tylko od góry, bo pod spodem mają parzydełka i raczej nie miałyśmy ochoty sprawdzać jak bardzo boli poparzenie ani tym bardziej, czy mamy na to alergię. Normalnie nie są one niebezpieczne dla ludzi, w sensie że nas poparzenie nie zabije.

Pierwszy raz w moim życiu opalałam się na plaży i kąpałam się w morzu pierwszego maja. Termometry pokazywały nawet ponad 25 stopni i tak ciepło było przez kilka dni, więc się nagrzało. Pogoda wręcz idealna na plażowanie, bo ani nie za zimno, ani też nie za gorąco. Piach w stopy nie ani w zad nie parzył. Mecyje!



















dworzec

kolejka przy lodziarni


Dalej kilka obrazków ze wsi... Czasem nie wiem, czy już dawałam wcześniej dane zjęcie, czy nie... Może już były te obrazki w innym poście. Niby wybieram tylko ostatnie, ale nie zawsze pamiętam daty publikacji poprzednich postów. Prawie nigdy nie pamiętam.

jastrząb

krowy pod lasem


kaczka górska

jaskółki u sąsiada



kuropatwa



Któregoś dnia siedząc na kanapie zobaczyłam na ścianie obok fascynujący cień... Domyśliłąm się, że promienie słońca odbijają się pewnie od lustreka skuera zaparkowanego przed oknem i potem przelatując przez dracenę lądują w końcu na ścianie tworząc jajowatą ciekawą ramkę. Wstałam zatem i wetknęłam swój łeb w drogę promieniom a potem zrobiłam zajączka... Bo po to się ma fantazję ;-)



W tym tygodniu tylko raz byłam w azylu. Tym razem poszłam po południu, ale więcej raczej nie wybiorę popołudniowej zmiany. Nie ma za bardzo co robić wtedy. Karmiliśmy ptaki dwa razy i zamiataliśmy a potem myliśmy wodą podłogę, ale dużo było nicnierobienia i nudy, a do tego towarzystwo samych młodych ludzi, głównie stażystów, więc nie czułam się tam komfortowo z nimi. Poranne zmiany były na razie o wiele lepsze.
Zrobiłam zdjęcie wiewióreczki, bo akurat wyszła z rury, gdzie większość czasu siedzą sobie schowane.

wiewióreczka z azylu

Polecę wam jeszcze świetną książkę, którą kiedyś znalazłam w Kringwinkel nie dawno przeczytałam. ja czytałam po niderlandzku, ale ona ma polską wersję. Jeannette Walls: Szklany zamek. Autorka opowiada o swoim dzieciństwie, o tym jak sama od maleńkości musiała sobie radzić, bo ojciec jak nie prawcował to pił a matka uważająca się za artystkę zajęta była malowaniem. O tym jak żyli w ogromnym ubóstwie, nie myli się tygodniami i tygodniami nie jedli, choć matka pochodziła z zamożnej rodziny i posiadała bogactwa, za które mogli by dostatnio żyć, ale rodzice dobrowolnie wybrali życie włóczęgów.
Książka pokazuje alternatywne podejście do życia, do wychowania dzieci i zmusza do myślenia. Czytając tę książkę człowiek zgadza się bowiem z bardzo wieloma poglądami tych, wydawać by sie mogło na pierwszy rzut oka, patologicznych rodziców. Nie są to bowiem typowi głupi prości pijacy czy coś. Wprost przeciwnie. Autorka pokazuje ich jako bardzo intelignetnych ludzi z ogromną wiedzą na temat świata i ludzi. I to jest właśnie niesamowite w tej historii. Do końca nie wiesz, co o tym wszystkim myśleć i jak ich ocenić. Nie da się ich zaszufladkować i to jest  właśnie niesamowite. Dalej zastanawia się człowiek nad sobą samy w kontekście tego, co przeczytał... Polecam ludziom lubiącym myśleć/



Któregoś dnia upiekłam kapuśniaczki, ktore chodziły za mna od kilku tygodni, czy nawet miesięcy. Smakowały wyśmienicie. Idealnie sprawdziły się jako posiłek do zabrania na plażę. W pociągu też dobrze smakowały.


Korzystając z letniej pogody, czytam czasem w ogródku. Kiedyś postanowiłam zjeść sobie przy tym loda.  Moja najlepsza koleżanka Balbinka też uznała, że to świetny pomysł i wskoczywszy na leżak, probowała obdziobać mi mój deser. Czym prędzej zatem objadłam czekoladę i urwałam dla niej kawałek lodzika. Posmakowało jej i to bardzo. Za bardzo. Heniek też chciał, ale on jest trochę nieśmiały, więc tylko podszedł do leżaka i zaczął wydawać dziwne dźwięki. Gdy podałam mu na ręce kawałek loda, Balbina udziobała sobie w tym czasie kawał prosto z patyka pozostawiając brudny opiaszczony ślad dzioba w moim lodzie.
Podzieliłam zatem resztę pomiędzy pozostałe kury, które stały z wyciągniętymi szyjami po drugiej stronie siatki. I tak zakończyło się raczenie lodami na podwórku. Wszyscy się dobrze bawiliśmy.
Lubię moje kury. I koguty.



 

11 sierpnia 2023

Autyzm i dorosłe życie

Autyzm i dorosłe życie

Dziś doszłam do wniosku, że pandemia do spółki z rakiem wykopały mnie skutecznie z obranego toru i to na wielu płaszczyznach. Jedną z takich ważnych spraw, które utknęły przez to cholerstwo w miejscu, jest akcja poszukiwawcza źródła problemów moich dzieci. 

Taaa, wiem że podstawowym problemem jestem ja i mój genialny pomysł sprowadzenia tych ludzików na świat bez jakiegokolwiek przygotowania... No bo wiecie, zanim taki człowiek zostanie rodzicem, powinien najsampierw dorobić się nie tylko wielkiego domu i jeszcze większego bogactwa, ale powinien też nabyć dokumenty uprawnające do opieki nad każdym nawet najtrudniejszym egzemplarzem materiału na człowieka, czyli być w posiadniu m.in doktoratu z pediatrii, psychologii, pedagokiki, psychiatrii, weterynarii, ekonomii i wielu innych dziedzin. Bez tego jest  specjalistą od robienia głupot, ślepym głupcem eksperymentującym na ludziach...

Żarty żartami, ale moje wyjątkowe pociechy wymagają wyjątkowych umiejętności, wyjątkowego podejścia  i wyjątowej wiedzy, której mnie ciągle brakuje i muszę intensywnie się uczyć i prowadzić badania, szukać, drążyć, co też robię od kilku lat. Dużo już się dowiedziałaam i wiele odkryłam, ale droga przede mną jeszcze daleka, a tu jeszcze na to wysrała się korona a potem rak... Musiałam przerwać prace poszukiwawcze i zająć się sprzątaniem gówna...

Powoli jednak wracamy na tory i bedziemy szukać, aż wszystko wyjaśnimy i zrozumiemy i aż w rezultacie zwiększą się szanse dzieci na pracę, na normalne funkcjonowanie w społeczeństwie i ogólnie, że poprawi się jakość ich życia.

Ten tydzień był bardzo ważny i należy go zapisać WIELKIMI LITERAMI.



Najstarsza zakończyła pracę u tapicera. 

Mogła tam zostać, ale zdecydowała, że nie chce na razie pracować, bo ma dość. Ma ogromne problemy z koncentracją i pamięcią krótkotrwałą, przez co wykonywanie pracy jest uciążliwe, bo co chwilę odpływa i tkwi w takim stanie przez kilkanaście minut czy nawet pół godziny a robota sama się, jak wiadomo, nie robi i potem ma problem z wyrobieniem się na czas. Nie wyrabia się, więc ciagle ją ktoś upomina i o tym fakcie przypomina. Szef i koledzy są niezadowoleni i ona sama jest niezadowolona no i bardzo źle się  z tym czuje. Kto by się nie czuł? Starasz się jak możesz, dajesz z siebie wszystko, ale zwyczajnie nie dajesz rady, bo twój mózg nie współpracuje i płata ci figle. 

Głupia tylko sprawa, że nikt z nas o tym wcześniej nie pomyślał. Znowu zawiodłam się sama na sobie jako matka, bo przecież powinnam zapytać Najstarszej, czy ona chce pracować, a nie tylko co raz to się dopytywać, czy szef jej umowę przedłuży. Bardzo głupie z mojej strony. BARDZO! No i przez to w poniedziałek doznałam szoku, gdy ta wróciła z pracy i oznajmiła, że mogła by zostać, ale nie chce...

Kopara mi opadła i nie mogłam jej podnieść przez kilka godzin, ale na szczęście w końcu walnęłam się w łeb i zaczęłam się nad tym zastanawiać, wypytywać Najstarszą o różne rzeczy i EUREKA udało mi się zriozumieć i to nawet bez większego problemu jej punkt widzenia, a nawet całkowicie przyznać jej rację.

Ze względu na to, że człowiek z autyzmem ma o wiele trudniej (CHOLERNIE TRUDNO!) znaleźć pracę, a już szczególnie w normalnym zakładzie, czyli innym niż zakład pracy chronionej, to ja i Małżonek strasznie się cieszyliśmy z tego, że Najstarsza dostała pracę u tapicera i że dobrze sobie radzi, i  że szef jest nawet zadowolony. I na tym się skupilimy i trzymaliśmy się tego kurczowo nie widząc innych stron...

Nikt nie zapytał Najstarszej, czego ona chce. Pytałam, jak sobie radzi, czy podoba jej się praca, czy jest z niej zadowolona...? Radziła sobie, podobało jej się i była zadowolona. Nie zapytałam jednak, czy ona chce przedłużenia umowy... Niefart.

Jednakowoż uważam, że Najstarsza podjęła bardzo dobrą i bardzo dorosłą decyzję! Co więcej zażądała, by pójść z nią do lekarzy zapytać, czy nie da się coś zrobić w sprawie tych problemów z koncentracją i pamięcią... Wtedy mój mózg wziął ten fakt na warsztat i zaczął nad tym kminić... No i nagle mnie uderzyło, że podstawowym badaniem, jakie powinniśmy zrobić i które już dawno zrobione być powinno (dziw, że nikt z tych wszystkich "znawców" ze szkoły i służby zdrowia o tym nigdy nie pomyślał) to test na ADHD, bo przecież wszystkie objawy, jakie ona ma, to wypisz wymaluj żeńska wersja ADHD (u dziewczyn często nie występuje nadpobudliwość ruchowa), a do tego fakt, że autyzm bardzo często występuje razem z ADHD.

Dziś rozmawiałyśmy z naszą lekarką i zgadza się z moim pomysłem, ale ona nie może takiego testu zrobić, więc musimy iść do psychiatry... No dobra, ale kurde, jakby się okazało, że to faktycznie to i jakby tak mogła dzięki lekom usprawnić swój mózg i nagle zacząć lepiej funkcjonować...? Ileż więcej możliwości by przed nią mogło stanąć... Ech...

Nie ma się jednak co na zapas nakręcać. Trzeba ją zbadać i zobaczyć, co z tego wyniknie. Jak ten pomysł się nie potwierdzi, to będziemy grzebać dalej. 

Kolejnym problemem za jaki zamierzamy się zabrać, jest dziwny nie dawno odkryty problem ze wzrokiem. Dziewczyny przeszukały wspólnie internety i wynalazły coś takiego, co się nazywa visual snow syndrome (śnieg optyczny po polskiemu). Najstarsza mówi bowiem, że widzi niewyraźnie i okulary tego nie poprawiają. Widzi obraz zaśnieżony, jak w starym telewizorze i aureole wokół przedmiotów. Nawet jak zamyka oczy, widzi ten śnieg... Za 2 tygodnie mamy wizytę u okulisty. Miejmy nadzieję, że coś doradzi i zdiagnozuje...

Ruszyliśmy zatem z miejsca, w którym utknęliśmy się na długi czas. Było spokojnie na-na-na-na i nic się nie działo na-na-na-na, ale problemy się same jakoś w ten sposób nie chciały rozwiązać. Ale pora ruszyć dupsko i wziąć się do roboty.


Mamy nowego POLSKIEGO psychiatrę!!!

Młoda też ruszyła i to, rzekłabym, z kopyta. Ona też utknęła ze swoimi problemami na długi czas po tym jak jej fajna psychiatra się rozchorowała i nigdy nie wróciła do pracy, a z nową się nie polubiliśmy, bo nic nie miała do zaoferowania... A mój głupi rak sytuacji nie poprawia...

Tu jest poważny problem z psychiatrami. Po pierwsze nie idzie żadnego znaleźć, a jak już jest, to albo nie przyjmuje nowych pacjentów, albo czas oczekiwania na pierwszą wizytę jest minimum pół roku, a człowiek nie wie, czy jest na co czekać, bo jeszcze może nie kliknąć przecież...

Z pomocą znowu przyszła nam Nasza Nowa Znajoma Eva, której muszę tutaj jeszcze raz oficjalnie gorąco podziękować, co też niniejszym czynię: DZIĘKI Ci, Dobra Kobieto!!!!

Gdyby nie Eva, do głowy by mi nie przyszło, że mieszkając w Belgii i nie mając polskiego zameldowania, można się umówić do psychiatry w Polsce i spotykać się z nim bez opuszczania kraju, a nawet bez wychodzenia z domu przez zwykłego Skype'a, ani tym bardziej bym nie wpadła na to, że lekarz w Polsce może mi wystawić receptę do zrealizowania w Belgii. Ha, nawet nasze lekarka tego nie wiedziała i jak jej o tym dziś napomknęłam, była zdziwiona, ale tak raczej pozytywnie...

A wiecie co było dla mnie największym szokiem? Ano to, że ja w poniedziałek zadzwoniłam do Krakowiku i umówiono mnie do lekarza na czwartek tego samego tygodnia. Jeszcze zbieram szczękę z podłogi! No, na NFZ to pewnie też kilka miesięcy albo i lat tam trza czekać na wizytę... 

A ten pan doktor!? To jakiś wariat jest! Nasza rozmowa (lekarz, Młoda i ja) trwała standardowo zaledwie godzinkę, ale w tym krótkim czasie udało się nie tylko opowiedzieć życie Młodej i wymienić jej wszystkie liczne problemy oraz odpowiedzieć na wiele pytań Pana Doktora, ale też ten zdążył przedstawić dosłownie CAŁĄ LISTĘ pierwszych pomysłów na ruszenie z miejsca. 

No panie, toż to jest szok w trampkach! Co za gość! Młody, przesympatyczny i błyskawicznie myślący... Miałam wrażenie, że znał scenariusz naszej rozmowy, tak szybko analizował sytuację i problemy rzucając pomysłami. Szacun! Młodej aż samo się śmiało i już od tego lepiej się poczuła, bo nagle ktoś znowu dał jej nadzieję na poprawę życia i samopoczucia. No i panie, rzecz oczywista - młody z młodym prędzej się dogada niż jak dwie różne generacje. 

Młoda też dostała test na ADHD, co już było dla mnie lekko zabawne... zaczynam się niemal czuć osaczona przez ADHD. No ale jak się nie zbada to się człowiek nie dowie, czy ma i z tym coś wspólnego...

Poza tym psychiatra zlecił konsultację u dermatologa, neurologa, zaproponował terapię i zmianę antydepresantów. Wszystko podczas zaledwie jednej wizyty. Znowu coś się dzieje, znowu są pomysły do sprawdzania, znowu można ruszyć i działać, i próbować nowych rzeczy. Ja też jestem podekscytowana i pełna nadziei (tak, pamiętam czyja to matka...). Łapiemy wiatr w żagle i zobaczymy, dokąd nas to zaprowadzi.

Gdyby kogo szczegóły interesowały to nasz nowy psychiatrą zostaje dr Chrobak z Centrum Dobrej Terapii w Krakowie  https://www.centrumdobrejterapii.pl/

Na wizytę online umawiałam się telefonicznie. Potem musiałam dokonać opłaty z góry za konsultację w wysokości 330 PLN czyli prawie 83€, odesłać wypełniony formularz i login do Skype. 

Granie, pływanie i netflixowanie

Najmłodszy z Trójcy Nieświętej po prostu cieszy się póki co wakacjami. W tym tygodniu dwa razy odwiedziła go czarnoskóra kumpela i grali na plejaku zaśmiewajac się chwilami do łez.

Zaliczyliśmy też 2 razy basen i Młody znowu poczynił drobne kroki w przekonywaniu wody, by pozwoliła mu unosić się w końcu na powierzchni. Ona jednak jeszcze często ciągnie go na dno bezczelna. Jutro pewnie znowu pojedziemy do miasta. Poza pływaniem odkryliśmy, że basenowa knajpa ma całkiem niezłe żarcie i po pływaniu chodzimy na szamę, co znacznie podwyża koszt nauki pływania, ale pulpety w sosie pomidorowym wydają się jednak lepsze niż jakieś kartonbułki z maka. 




Ponadto wróciliśmy po długiej przerwie do oglądania serialu Good docktor. Niestety ten film jest tylko po angielsku, a mój angielski jest cienki. Jednak jak już obejrzę jeden odcinek, to mój mózg nastraja się w końcu na rozumienie tego języka. Z przełączaniem się pomiędzy polskim a niderlandzkim zresztą mam podobnie - potrzebuję dobrej chwili, by mózg się przestawił na drugi język i z powrotem. Gdy zatem przez dłuższy czas posługuję się niderlandzkim, mam problemy z rozmawianiem z domownikami, bo ładują mi się do pyska niderlandzkie słowa miast polskich. Gupi musk!

Mieliśmy jeszcze iść polować na ptaki w lesie i wszystko inne warte zobaczenia z bliska, bo kupiłam w Lidlu całkiem zacną lornetkę za 25€, ale cholera jasna znowu dzień ma za mało godzin. Mikroskop też się nudzi w szafie, a myślałam że w lecie to tyle rzeczy zoglądamy ze wszystkich stron... Plany planami a życie życiem  ...a kiwi kiwi kiwi.



Dobrze, że telefon zawsze mam przy sobie, to nawet w biegu mogę cykać fotki ciekawym obiektom, fascynującym miejscom, ładnym roślinom i ogólnie dziwić się światu…

Łowy fotograficzne z ostatnich dni.

opuszczone gospodarstwo







dom artysty




skrzynka na listy





20 sierpnia 2022

O tym jak wygląda radioterapia i jak dowożą na nią wolontariusze

Właśnie zaczęłam trzytygodniową radioterapię

Przeto muszę zaraz tu o tym opowiedzieć, bo niektórzy są pewnie ciekawi, jak to wygląda. 

Dziwne to jest jak na mnie, ale denerwowałam się tym dniem. Nie wyspałam się nawet porządnie, bo co chwilę się budziłam… Noooo, nocne wycieczki młodzieży mi w tym nie pomagały… No weźcie, wstałam o pierwszej na siku, idę na dół, a tu światła pozapalane i na schodach, i w salonie, a żywej duszy nie ma. Co za dranie roztargnione - pomyślałam. No ale wracając z kibla, zobaczyłam, że nia ma klucza w drzwiach wyjściowych i że zasuwka odsunięta… WTF?! Gdzie kto polazł po nocy? - pomyślałam i się zdenerwowałam lekko. Poszłam sprawdzić pokój Młodej i stwierdziłam brak Młodej i brak aparatu fotograficznego (zatyczka od obiektywu leżała na biurku, stąd wniosek, że coś koło domu knuje), co mnie uspokoiło i podreptałam z powrotem do wyrka. Wtedy usłyszałam kroki i rozmowę… Z kim ona tam łazi po nocy?! Wyglądam przez okno, a to nie jedno, a dwoje moich dzieci. CO ROBI MŁODY Z SIOSTRĄ W NOCY NA POLU?! Kopara mi opadła, ale i tak poszłam spać, postanowiwszy się ich o to na drugi dzień zapytać, co też uczyniłam, gdy już wstali w południe. A było to tak:

Młody usłyszał, że siostra idzie na dół, to poszedł za nią, bo chciało mu się siku, a trochę jeszcze boi się ciemności i bycia samemu na parterze. Wracając z wuceta zauważył za oknem dziwne, podejrzane żółte światło i zawołał siostrę. Siostra obadała sytuację, stwierdziła obecność pomarańczowego Księżyca na niebie i postanowiła zrobić mu zdjęcie. Młody skorzystał z okazji i poszedł z nią i nawet dźwigał dla niej statyw… Ot i cała zagadka. Jakby mi się siusiu nie zachciało, nawet bym nie wiedziała, że się gdzieś szwendali… Ech te dzieci ;-)

Tak czy owak i bez nocnych zagadek byłam zestresowana, bo jakoś tak mam ostatnio, że denerwuję się, gdy coś nowego mnie czeka, nawet gdy nie mam specjalnych powodów do stresu. Najwidoczniej się człek bardziej nerwowy z wiekiem robi. Drzewiej zawsze byłam oazą spokoju nawet w momentach, w których innych zżerała panika, jak egzaminy, czy tego typu rzeczy, dlatego stres dla mnie teraz taki niezwyczajny jest.

Tym razem było dwie nowe rzeczy na raz, bo poza radioterapią jeszcze dojazd do szpitala z wolontariuszami.Wiedziałam od dawna, że coś takiego jest, ale nie wiedziałam, jak to tak na prawdę funkcjonuje. Stąd nerwa.

Jak funkcjonuje taki transport pacjentów z wolontariatu we Flandrii? 

Na wstępnej wizycie w szpitalu pielęgniarka od spraw socjalnych zapytała, czy mam czym dojeżdżać, a gdy odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie bardzo (nie ma od nas połączenia publicznymi środkami transportu, prawa jazdy nie mam, a na skuter za daleko, by codziennie przez 15 dni dojeżdżać), zaproponowała mi skorzystanie z usług wolontariuszy z mojego funduszu zdrowia. Gdy wyraziłam zainteresowanie, powiedziała, że skontaktuje się z moim funduszem („mutualitetem”) i wszystko załatwi. Za parę dni powinni do mnie zadzwonić z informacją, co i jak.

Zadzwonili. Jednego dnia zadzwoniła pani z i-mens i poinformowała mnie, że znaleźli już dla mnie kierowcę na poniedziałek i wtorek, po czym podała jego imię, które zaraz zapomniałam, i dodała, że na piątek jeszcze nikogo nie mają, ale szukają. Nazajutrz zadzwoniła ponownie, by poinformować, że w piątek pojedzie ze mną niejaki Geert, czy Gert i że przyjedzie po mnie o tej a tej godzinie pod dom. Po czym upewniła się, czy mają właściwy adres (otrzymali wszystkie dane ze szpitala). 

Geert zjawił się nawet kilkanaście minut wcześniej i zawiózł mnie do szpitala, gdzie zaparkowawszy auto na parkingu, zaprowadził mnie na właściwą poczekalnię (szpital w Aalst to dosyć wielki szpital, istny labirynt korytarzy). Gdy załatwiłam, co miałam załatwić, czyli odebrałam swoją dawkę promieniowania, szofer już na mnie czekał w poczekalni, by zaprowadzić mnie na parking i odwieźć do domu. Jednym słowem, to lepsze niż taksówka.

Ledwie dotarłam do domu, znowu zadzwoniła miła pani z i-mens, czyli instytucji współpracującej z moim funduszem zdrowia, która koordynuje pracę tych wolontariuszy, ale też np pielęgniarek, z których usług korzystałam podczas chemioterapii. Pani dzwoniła, by poinformować, że mają kierowcę na kolejne dni i jest to Jean-Pierre. W tym momencie ja poinformowałam ją, że w szpitalu dostałam nową rozpiskę wizyt i że pozmieniali godziny w niektóre dni. Podałam pani nowe godziny i powiedziałam, że w związku ze zmianami mam problem z czwartkiem, kiedy mam też wizytę w klinice piersi w innym szpitalu. Zapytałam, czy kierowca mógłby mnie zabrać z tego szpitala i zawieść do drugiego, bo do pierwszego mogę autobusem pojechać rano…? Ona powiedziała, że okej, ale musiała od nowa obdzwonić wolontariuszy w sprawie tych zmian. No bo wiadomo, że wolontariuszom może nie być wszystko jedno, wszak na pewno robią to w wolnym czasie…  Chwilę później znowu miałam ją na linii. Wszystko załatwione. Dopóki szpital znowu czegoś nie zmieni… Szacun dla tych ludzi za cierpliwość i wyrozumiałość. 

Kto płaci za te przejazdy?

Wolontariusze może i jeżdżą dobrowolnie, ale wiadomo że ani paliwo za friko nie jest, ani utrzymanie samochodu i ktoś musi za to płacić. Wstępnie zapłacę za to ja - za jakiś czas otrzymam stosowne faktury. Pani za każdym razem podaje mi kwoty i pyta, czy się zgadzam.  Jeden dzień kosztuje mnie ok 25€, ten z cudowaniem około 30 €, bo więcej kilometrów wyjdzie. Po otrzymaniu i opłaceniu faktur z i-mens, wysłać je mam do funduszu zdrowia, skąd powinnam bodajże 60% zwrotu otrzymać, a potem podać kopię faktur i zwrotów do szpitala, który ma mi oddać resztę kosztów, co może potrwać oczywiście kilka miesięcy, ale tu na wiele rzeczy trzeba czekać, zanim system przemieli dokumenty i nie ma co srać żarem. 

A jak wygląda ta cała radioterapia?

Czekam w stosownej poczekalni aż ktoś wywoła moje nazwisko… No okej, dobra, jak ktoś BĘDZIE PRÓBOWAŁ wywołać moje nazwisko „pitzrssftrstt… i w końcu powie „Magdalena”, a potem zapyta, jak się to nazwisko cholera jasna wymawia i z jakiego ja jestem cholera jasna kraju?! ;-) Ubaw zawsze ten sam.

Po wywołaniu biorę z przyznanej mi szafki swój szlafrok i idę do przebieralni, gdzie rozbieram się do pasa i zakładam szlafrok, a potem wychodzę innymi drzwiami i czekam na krzesełku, aż znowu mnie ktoś zawoła do sali właściwej.

mój szpitalny szlafrok w przebieralni

Tam zdejmuję szlafrok i kładę się na leżance na plecach z rękami za głową i ugiętymi kolanami (jest specjalny podkolannik oraz uchwyty na dłonie, żeby było wygodnie), tak samo jak leżałam podczas wstępnego badania. W razie potrzeby załoga moją pozycję poprawia, bo wtedy zrobili zdjęcie i komputer im pokazuje, jak dokładnie mam leżeć. Potem wychodzą, a maszyna sprawdza, czy na pewno dobrze leżę. Wracają i zakładają do maszyny jakieś dodatkowe koromysła, w tym - jak zauważyłam, taki ołowiany odlew, który zrobili po poprzednim badaniu, kiedy to doktor ułożył mi na klacie ołowiany sznurek. Ta ołowiana płytka ma dziurę w takim samym kształcie jaki doktor zrobił ze sznurka. Przez tę dziurę padało jakieś kolorowe światło i na koniec załoga wykropkowała mi ten kształt markerem na klacie i jeszcze krzyżyk nabaźgrali na środku. I potem zalecili mi się przez kilka dni myć się pomiędzy tymi kropkami, żeby się nie zmyły. Bardzo śmieszne. Jak o tym w domu powiedziałam, to Najstarsza, która niedawno przemalowywała kilka swoich mebli, zaleciła mi zakleić te mazaje taśmą malarską  na czas mycia buachacha. 

Ani przygotowania, ani samo napromieniowywanie nie jest w żaden sposób odczuwalne, tak samo jak np prześwietlanie złamanych kości. Tylko to ustrojstwo się rusza i hałasuje. Każą przy tym leżeć spokojnie i ani dygnąć, bo w tym zabiegu każdy milimetr ma znaczenie. 

Potem przychodzą z powrotem, odsuwają maszynę i można się iść przyodziać i wracać do domu, szlafrok zostawiwszy w swojej szafce w specjalnej torbie ze swoim imieniem :-)

torba ze szlafrokiem

Dziś, zgodnie z obietnicą, otrzymałam specjalną oliwkę do mycia i krem do smarowania z Avene. Produkty tej marki robione są ponoć typowo pod rakowców i innych ludzików z problematyczną, wrażliwą skórą  i już wcześniej sporo próbek i produktów ze szpitala gratis dostałam. Nie wiem, czy szpital ma z tego jakieś profity, czy Avène ma z tego jakieś profity i w sumie mnie to nie obchodzi. Dają, to biorę i używam. 


Zrobiłam se pamiątkowe selfie z bazgrołami na klacie, gdy kombinowałam przed lustrem, jak niby mam mycia torsu bez uszkadzania tego wątpliwego dzieła sztuki, dokonać. Cycków bym tu raczej nie pokazała, ale łysą klatę z blizną i bazgrołami mogę. Voilà! 


Gdyby się ktoś poczuł zgorszony czy zniesmaczony tym zdjęciem, to niech wie, że ja też nie jestem zachwycona ani tym, że mam raka, ani tym że zamiast pięknej piersi mam paskudną bliznę. Tylko że czytelnik może zamknąć tę stronę w przeglądarce a nawet ją zablokować i zapomnieć, a ja, podobnie jak setki kobiet na całym świecie, widzę ten obrazek każdego dnia w lustrze i muszę z tym żyć. Przynajmniej dopóki nie umrę, a dzięki w/w chorobie może się to zdarzyć o wiele wcześniej niźli statystyki przewidują. Co więcej, rak piersi może dotyczyć każdego z was i dobrze, byście byli tego świadomi. Nikt się też zbytnio nie przejmuje, co czują kobiety po amputacji piersi obrzucane każdego dnia setkami reklam bielizny, pięknych strojów kąpielowych, kremów ujędrniających biust… Zresztą dziś wszędzie pełno obrazków cycatych i wydekoltowanych, czy prawie nagich albo i nagich lasek. W końcu mamy XXI wiek i zwyczajni ludzie nie mają, a przynajmniej nie powinni mieć problemów z odkrytym ciałem, czy z mówieniem, rozmawianiem  o nim, o jego niedoskonałościach, o chorobach, wadach, zabiegach. Problemy z tym tylko zwykle  różne sekty i inne zacofane organizacje religijne mają, ale to już nie mój problem. Niemniej jednak uważam, że blizna po operacji piersi nie jest gorsza niż widok narzędzia tortur, na którym wisi przybity do niego gwoździami prawie nagi i zakrwawiony facet, a który to obrazek katolicy umieszczają z premedytacją, gdzie się tylko da i nawet dzieciom każą to oglądać, a bywa że i na szyi to noszą i się do tego modlą, nic nie robiąc sobie z faktu, że dla niekatolików nie rzadko jest obrzydliwe i niesmaczne… ale to inna opowieść..



Pierwsza radioterapia nic mi nie zrobiła. W znaczeniu, że niczego nieprzyjemnego nie odczuwam na razie, ale podejrzewam, że to przyjdzie z czasem. Przede mną jeszcze 14 dawek rentgena. Ufam, że robi to natomiast coś potencjalnym komórkom rakowym i że to im się nie podoba, i że szlag je od tego trafi. 

A na koniec o tym, że pora zabrać się za siebie

Gdy byłam w liceum, pewnego dnia ubzdurałam sobie, że chcę zrobić szpagat. Mimo że byłam sprytna i dosyć wygimnastykowana, to jednak do szpagatu dużo mi brakowało. Ale jak ja czegoś bardzo, chcę to staram się do tego dążyć. Postanowiłam, że będę codziennie ćwiczyć i się rozciągać, aż zrobię szpagat. No i tak było. Ćwiczyłam uparcie jeśli nie codziennie, to co najmniej kilka razy w tygodniu. Po dwóch latach mogłam się już popisywać na wuefie szpagatem i się popisywałam przy każdej nadarzającej się okazji ^^

Najważniejsze w tej historyjce jednak jest to, że zwyczaj codziennych ćwiczeń przyjął się u mnie na dobre i pozostał. Potem przez kilka lat trenowałam wschodnie sztuki walki, co tylko ten zwyczaj umocniło i rozszerzyło mi repertuar i dodało finezji oraz nowych pomysłów. Potem miałam w życiu kilka przerw w tej codziennej gimnastyce. A to mi zakazali ruchu w ciąży, bo że zagrożona, mówili, a to miałam okresy niechcemisizmu i oklapnięcia, a to za małe mieszkanie… Wcześniej czy później jednak wracałam do tego.

Ostatnimi laty, przyznaję bez bicia, dosyć się obijałam pod tym względem. Albo miałam przerwę całkowitą, albo ćwiczyłam byle jak po 5 minut rano. No, ale nie robiłam sobie wyrzutów z tego powodu, wszak jak się przejeżdża rowerem kilkadziesiąt albo i kilkaset kilometrów miesięcznie, zapitala po 4 do 8 godzin na miotle, a potem jeszcze ogarnia dom to ruchu i gimnastyki raczej nie brakuje.

Tylko że nagle jakiś rak się przypałętał i trochę się potentegowało. W domu niby w miarę normalnie wszystko robię, ale nie chodzę do roboty i nie jeżdżę na rowerze ani nie ćwiczę. 

No dobra, po operacji, jak już się dało, to zaczęłam po troszku się gimnastykować, bo cosik mi popsowali i miałam za krótką rękę… W sensie ciągnęło okropnie i bolało, gdy sięgałam ręką  w górę. Gimnastyka pomagała… Tyle tylko, że potem przyszła chemia, a z nią kitowe samopoczucie i zmęczenie. Próbowałam trochę ćwiczyć, ale zupełnie nie szło. Źle i gównianie się czułam. Nie chciało mi się. Nie miałam sił. Ani chęci. No to olałam to całkiem.

I tak minęło prawie 8 miesięcy. Wydaje się nie dużo, ale to jednak jest dużo. Za dużo.

Chemia się skończyła wreszcie. Minęło kilkanaście dni i zmęczenie zaczęło mijać, a mi zaczęły wracać chęci do życia, radość i energia. Tylko ręka mnie bolała w przedramieniu okropnie, że nie mogłam prania wieszać. I uda mnie bolały przy każdej zmianie pozycji. Jeżdżenie rowerem było niezłym wyzwaniem, a i przekręcanie się z boku na bok w łóżku nie było łatwe.

Trudno orzec, ile w tym winy chemii, a ile braku ruchu. Pewnie pół na pół. Postanowiłam jednak spróbować się trochę rozruszać.

Zaczęłam od próby naprawienia ręki, bo to była masakra jakaś… Ogrzewałam ją gorącą poduszką z pestek wiśni. Potem masowałam rozgrzewającym olejkiem do ciała. I próbowałam rozciągać za pomocą ćwiczenia. Nie wiem, czy cokolwiek z tego pomogło, czy zwyczajnie czas zrobił swoje, ale już mnie nie boli i działa jak należy. 

Potem postanowiłam zacząć zwyczajne codzienne ćwiczenia od stóp do głów… i zderzyłam się ze ścianą! To był lekki szok dla mnie, gdy po wykonaniu próbie wykonania kilku prostych ulubionych ćwiczeń się okazało, że jestem starą, zniedołężniałą staruszką. 🤯🧓🏻

Ledwie zrobiłam 4 pompki (o wstydzie!) i to NA KOLANACH. Z wielkim bólem i trudem udało mi się wycisnąć 4 (słownie: CZTERY!!!) przysiady, a uda bolały potem z pół godziny… Może to chemia, a może zwykłe zasiedzenie. Trudno powiedzieć. Brzuszki na szczęście mogłam w miarę normalnie robić, jak na taką przerwę. Z czego wnioskuję, że jednak chemia miała duży udział w niedyspozycji nóg i rąk.

Kompletna porażką natomiast były ścięgna. Okazało się, że siedząc na podłodze płasko w rozkroku nie sięgnę nawet dłońmi do palców stóp, a gdzie tu „żaba”?, w której kiedyś byłam mistrzem. (siedząc w szerokim rozkroku i trzymając dłońmi stopy położyć (lub prawie położyć) głowę i klatę na podłodze. Gdzie zrobienie mostka? że o szpagacie nawet nie wspomnę…

Nie, spokojnie, tak serio to ja nie oczekuję w tym momencie od siebie, że w wieku 45 lat zrobię szpagat czy żabę (jest to teoretycznie możliwe, nie mam jednak takich aspiracji w tym momencie), ale mimo wszystko przed chemią miałam ciągle raczej giętkie ciało, a teraz skostnienie i skurczenie mojego ciała jest okropne. 

Zapuściłam się! Nie podoba mi się to.

Tak nie może być. Taka ja to nie ja. Muszę to naprawić! Choćby dla własnej satysfakcji. Ale też po to, by za kilka tygodni móc wreszcie wrócić w miarę normalnie do pracy, bo ileż można gnić w domu?

Kilkanaście dni temu zaczęłam systematycznie ćwiczyć co rano. Już przez ten krótki czas sporo się polepszyło. Teraz robię po 10 przysiadów, brzuszków i babskich pompek (na kolanach - bo nie ma co się, panie, przemęczać w tym wieku hehe) no i trochę innych ćwiczeń na różne części ciała. Mięśnie mnie już nie bolą. Rozciągniecie jeszcze się nie polepszyło, bo nad tym zwykle trzeba dłużej popracować. 

Teraz mam tylko nadzieję, że radioterapia nie popsuje mi planów, że da się ćwiczyć, bo lubię być zwinna, gibka i mieć świetną kondycję fizyczną. 

Póki co jest weekend i dobrze by było nie myśleć przez chwilę ani o raku, ani o depresji, ani o finansach, ani o przyszłości. No więc czary mary hokus pokus trele morele bęc niech się stanie radość i wytchnienie 🍀🦔🦄. Idę do ogrodu popatrzeć na cuda:

Tata Wróbel i Dzidzia wróbel

Heniek ujarany deszczem

Heniek

Bożenka (zmokła kura)

Chip

Sunny


Słodziak 

Słodziak nr 2