Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dentysta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dentysta. Pokaż wszystkie posty

8 marca 2026

Problemów ciąg dalszy

Tydzień rozpoczęłam od corocznej wizyty kontrolnej u swojej zębowej wróżki, znaczy dentystki.

 Wyczyściła mi kamień, który się na dolnych zębach od ostatniej wizyty wytworzył, co  oznacza, że bardziej się trzeba starać ze szczotkowaniem zębów od wewnętrznej strony. Muszę też staranniej nitkować te dwa zęby, które są krzywe... No, przyznaję tu bez bicia, że ja nie nitkuję 2 razy dziennie, jak należy, bo mi się nie chce. Tylko wieczorem używam szczoteczki międzyzębowej i nitki, ale nie będę kłamać, że czasem nie robię tego na odpierdol, bo robię, bo ja jestem leń patentowany. Tak czy owak moje zęby są i tak w bardzo dobrym stanie, jak na okoliczności, czyli np fakt taki, że mnie nikt w dzieciństwie nie nauczył, jak należy myć zęby. Dobrze, że w ogóle szczoteczkę mi kupiono... O tym, że zęby należy nitkować 2 razy dziennie, że w ogóle je trzeba nitkować, to ja się dowiedziałam dopiero od dentysty w Belgii, bo na tym zadupiu, na którym mieszkałam w PL, samo znalezienie jakiegokolwiek dentysty było już cudem, a w domu rodzinnym temat zębów to raczej kiepsko się prezentował, żeby nie powiedzieć tragicznie... 

 Cieszę się, że tutaj mamy dobrych dentystów, że podstawowa opieka stomatologiczna nie jest droga (do 18-tki całkowicie za darmo), że w gabinetach mają dobry nowoczesny sprzęt i akcesoria, że możeby wszyscy spokojnie umówić się na kontrolną wizytę przynajmniej raz w roku (byle tylko pamiętać, że 3-4 miesiące się czeka), że w razie potrzeby wyczyszczą nam kamień czy załatają ewentualne ubytki, że w razie pilnych problemów w weekend czy nocą możemy spokojnie jechać na pogotowie dentystyczne, bo zawsze jakiś dentysta pełni dyżur w okolicy. 

Muszę czasem coś pozytywnego o tym kraju pisać, bo ostatnio tylko ciągle na coś narzekam, a przecież wciąż dobrze mi się tu mieszka. Nadal lepiej niż kiedykolwiek w Polsce, mimo że sytuacja się pogarsza z miesiąca na miesiąc...

Vrijbroekpark Mechelen

* * *

W poniedziałek, proszę państwa,  dostarczono też naszą nową pralkę! 

W weekend przyjrzeliśmy się dokładniej ofercie sklepów AGD i zobaczyłam w promocji pralkę marki Hoover za +-300€, a że mamy suszarkę tej marki, z której jesteśmy zadowoleni (tfu tfu) i że na stronie stało, iż online można płacić ekoczekami,  a pralka jest klasy A (tylko taka jest oficjalnie "eko") to nawet się nie zastanawialiśmy. Małżonek miał ekoczeki na dwóch kartach z dwóch różnych firm, w których pracował. Do tego miał jeszcze bon urodzinowy z tego sklepu na 10€. Okazało się, że po wykorzystaniu czeków i bonu do zapłaty pozostało tylko 11 euro. Można rzec, że się pofarciło z tym zakupem.

oba hoovery w naszej kanciapie

Dla tych co nietutejsi przypomnę, że ekoczeki (ecocheques) to rodzaj czeków (dziś elektronicznych na specjalnych kartach płatniczych, dawniej na papierkach), które są wypłacane pracownikom jako rodzaj premii z różnych okazji, np na koniec roku, na święta... Za ekoczeki można kupować sprzęt AGD klasy A, przy którym jest taka opcja możliwa (każdy sklep ma pewnie inaczej, no i są sklepy, gdzie praktycznie wszystko można kupić za ekoczeki (np Eldi)). Poza tym te czeki można wykorzystać na zakup roweru, biletów na pociąg, zakupów ekoproduktów etc etc.

Innym rodzajem czeków, są czeki żywnościowe (maaltijdcheques), które dzis bardzo wiele firm oferuje swoim pracownikom, jako dodatek do normalnego wynagrodzenia. Czeki żywnościowe znajdują się na tych samych kartach, co ekoczeki. Płacimy nimy za dowolne prodkukty żywnościowe (z wyjątkiem alkoholu), czyli normalnie za zakupy w sklepie. Przy kasie trzeba powiedzieć, że płacimy czekami żywnościowymi. Ekoczekami również można za normalne zakupy zapłacić, z tym że tylko za produkty bio/eko. Można powiedzieć przy kasie, że za produkty eko zapłacimy ekoczekami, a za resztę normalnie. Maaltijdcheques'ami zapłacimy też w restauracji (przynajmniej w niektórych).

Zatem mamy nową pralkę. Od pierwszego dnia musiała się ostro wziąć do roboty, bo u nas nie ma zmiłuj i pralki nie mają łatwego życia (dlaetgo pewnie tak krótko żyją). Pięć człowieków i trzy świnie. Pralka u nas nie próżnuje. Po kilku dniach użytkowania muszę rzec, że jestem batdziej niż zadowolona z tego nieplanowanego przymusowego zakupu. Pralka - jak to Hoover - jest bardzo cicha, ma sporo krótkich programów, dużo różnych opcji i możliwości prania. Ma też wi-fi, ale nie udało mi się zrozumieć, jak to działa i nie wiem, do czego niby miałabym tego potrzebować...? Instrukcji użytkowania nie było żadnej dołączonej, więc wszystko raczej zgaduj zgadula i szukanie w necie, żeby ustawić jakis program, ale to nie jest pierwsza pralka w moim życiu, a one wszystkie podobnie wszak działają.

* * *

Auto też już naprawione. 

W ostatecznym rozrachunku naprawa kosztowała 550€, czyli mniej niż wstępne szacunki. Pali, jeździ bez zarzutu - jak donosi Małżonek. Ja i młodzież z niego nie korzystamy, więc wiem tyle, ile chłop mi powie.

* * *

Środa była dosyć szalona. 

Wspólnie z Młodzieżą zaplanowalismy sobie popołudnie w Mechelen. Środa jest we Flandrii, jak wiadomo, krótkim dniem szkolnym - zajęcia odbywają się tylko do południa. 

Plan wyglądał następująco: Młody idzie do szkoły rano (oczywiste), a po lekcjach pedałuje normalnie na dworzec, gdzie ja będę na niego czekać albo on na nas trzy, zależnie do tego, jak mi pójdzie z zastrzykiem. Ja miałam bowiem wizytę u pielęgniarki, bo Decapeptyl znowu mi wstrzyknąć musiała. 

Postanowiałm wyjść wcześniej, że może kogoś nie będzie w kolejce i wcześniej mnie przyjmie... No ale przed wyjściem Młoda mi przypomniała, że obiecałam jej wysłać list do FOD-u... 

Aaaaa! Nienawidzę chodzenia na pocztę. No ale poszłam. Poczta niedaleko przychodni. Kkażdy jednak wie, że jak się człowiek spieszy, to diaboł się cieszy... Weszłam na pocztę. Goiedag! Goeiedag! Nikogo przy okienku, super, ale wpierw musiałam wypełnić świstek na list polecony, więc poszłam do stolika, wzięłam formularz i naskrobałam czym prędzej, co potrzeba. Zanim wstałam z krzesełka, przed okienkiem pojawił się starszy pan, zaraz za nim czym prędzej ustawiło się dwie panie... Popatrzyłam na telefon i luzik, jeszcze sporo czasu..

a wtedy usłyszałam, jak chłop mówi, że zgubił awizo i pyta, czy odbierze bez tego swoją przesyłkę, a pani z wahaniem odpowiada, że jest taka możliwość, ale to chwilę potrwa.... Nieeeee! 

Poszło szybciej niż się obawiałam, ale wolniej, niż oczekiwałam... A potem jeszcze jedna babka mówi, że ma do odebrania kilka paczeka na różne nazwiska... Kuźwa, czy oni się zmówili mnie na złość?! 

W koncu przyszła moja kolej, dałam list i papierek, pani mnie skasowała, ale zanim zdążyłam zapłacić, na zapleczu dało się słyszeć dźwięk dzwonka do drzwi i baba pobiegła tam, a mnie zostało czekać, aż powróci, bo nie dała mi jeszcze potwierdzenia, a to ważny list do urzędu.... Jak go w końcu otrzymałam, zostało mi raptem 5 minut do mojej wizyty. Akurat by dopedałować do przychodni,  przypiąć rower do roweradła i zameldować swoje spektakularne przybycie w recepcji... No oczywiście, że tam przede mną już 4 ludzi stało, a pan umawiał komuś wizytę przez telefon, co robił  też po każdym pacjencie, czekającym przed okienkiem, bo w przychodniach to jest urwanie głowy.... I się potem dziwować, że człowiek zestresowany taki chodzi...

Przed gabinetem pielęgniarki ku mojej uldze nie czekał tłum i prawie że wyrobiłam się w czasie z wejściem do gabinetu. Z pielęgniarką oczywiście sobie pogadałam, bo Decapeptyl to jest zastrzyk, który długo się przygotowuje... 

Dowiedziałam się, że pani ma bliźniaki w wieku Młodego i że ona nie wyobraża sobie, by one samopas jeździły do miasta pociągami, co dla mnie dosyć dużym zaskoczeniem było, gdyż byłam przekonana, że wszystkie flamandzkie dzieciaki są samodzielne. Wychodzi na to, że Młody po prostu w takim samodzielnym towarzystwie się obraca. Pielęgniarka jednak potem oświadczyła,  że ona nie pamięta, kiedy sama ostatnio korzystała z transportu publicznego, gdy tymczasem dla mnie i moich dzieci to chleb powszedni, a to robi różnicę. Gdy dzieci są wszędzie wożone autem i prowadzone za rączkę oraz jak wszędzie mają blisko, no to wiadomo, że strach ich póścić potem w świat samopas.


Udalo mi się jednak zdążyć na pociąg i pojechać z moim rowerem do miasta. W tym że musiałam się przesiąść w Dendermonde, a tam nie ma ani windy, ani prowadnic do rowerów, co oznacza, że musiałam znieść rower po długich stromych schodach z jednego peronu i wynieść je po takich samych schodach na drugi peron, a potem wciagnąc go do pociągu z niskiego peronu, czyli wysadzić własnymi rękoma na dosyć dużą wysokość. Rower waży ponad 20kg. Ramiona bolały mnie do końca dnia.

zejście z peronu

dworzec w Mechelen i morze rowerów 

W Mechelen już poszło łatwo, bo przyjechałam na peron z windą. Gdy Młody dojechał ze szkoły, poszliśmy na frytki. zanim zjadł, dotarły też dziewczyny. Wtedy DZiewczyny wybrały sobie dwa niebieskie rowery, a ja odblokowałam im je z aplikacji blue-bike i popedałowaliśmy gromadą najpierw do centrum na pierwsze w tym roku lody, a potem do parku, gdzie fotografowaliśmy zwierzęta i kwiaty.

blue-bike

Vrijbroekpark Mechelen

 

Zdjęcia moje z tego dnia ozdabiają ten tekst, a na nich wiosna pełną gębą. Młody i Młoda swoje zdobycze fotograficzne mają jeszcze na swoich aparatach albo swoich komputerach.

* * *

W piątek dostarczono nam nowy składany rower elektryczny Crivit  FoldX 530 z Lidla. Rower to całkiem zacny. Bardzo ładny, wyraźnie solidnie wykonany, jest o wiele większy i cięższy od rakietki, ale Młodemu sie podoba. Bylibyśmy wielce usatysfakcjonowani i zadowoleni, gdyby nie jeden drobny szkopuł... 

Lidl przysłał nam niewłaściwą ładowarkę! Kurwajapierdolę!

Otrzymaliśmy ładowarkę do jakiegoś innego roweru od Crivita, z jakąs dosyć dużą prostokątną wtyczką, gdy gniazdko w baterii tego roweru  jest małe i okrągłe. Mój rowerer Crivit ma jeszcze inną wtyczkę, bo gdyby miał taką samą, to nie było by problemu.

Zatem mamy zajebisty  rower, ale nie możemy go używać haha. 

Los nas wyjątkowo lubi wkurwiać ostatnimi czasy.

Czym prędzej sprawdziłam, jak mogę się skontaktować z biurem obsługi klienta Lidla, ale to dziś chyba w większośći firm jest droga przez mękę. 

Lidl zaleca mi gadanie z botem Lia, ale bot jest  wyjątkowo ograniczony i na każde pytanie odpowiada tak samo. W ogóle ma mało opcji pytań zainstalowanych... Kuźwa jak firmy nie stać na porządnego asystenta automatycznego, to nawet nie powinna się wygłupiać z sugerowaniem takiej usługi, ale kto głupiemu zabroni...  

Spróbowałam z mejlem. Niestety nie lepiej to wygląda. Najpierw otrzymałam automatyczne potwierdzenie otrzymania zgłoszenia. Chwilę potem przyszedł dosyć dziwnie sformułowany mejl w dwóch językach zupełnie nie na temat, ale podający mi wszystkie możliwe popularne problemy z zamówieniem (pi razy drzwi to, co stoi w FAQ). Na szarym koncu stało, że jak mój problem dotyczy innego problemum, mam odpowiedzieć na ten mejl. AAAAAAAAAAaaaaaaaaa! TO PO KIJ w formularzu kontaktowym kazano mi opisywać cały problem i załączać zdjęcia?! 

JPRDL! 

Nic to, napisałam jeszcze raz to samo. Na wszelki wypadek podałam po raz kolejny numery klienta, zamówienia, dokładną datę zamówienia i nazwę produktu. Bardzo jestem ciekawa, ile przyjdzie czekać na odpowiedź i czy w ogóle kiedykolwiek się jej doczekam. 

Będę też próbować się dzwonić na podany na stronie numer biura obsługi klienta... Ale ja wiem, jak to działa. A raczej jak nie działa... Mam bardzo złe przeczucia.

Zajebioza. Wydałam cały miesięczny zasiłek na rower i nawet nie mogę nim się przejechać. Ba, nawet nie wiem, kiedy i czy w ogóle będę mogła. Dosyć do dla mnie stresująca i niekomfortowa sytuacja. Dla Młodego też, bo już się napalił na ten rower a tu dupa blada.

Próbowaliśmy znaleźć taką ładowarkę w necie, ale z lekkim zawrotem głowy odkryliśmy, że tego jest pierdyliard rodzajów, a nie mamy pojęcia jak nazywa się ten rodzaj wtyczki/gniazdka i czy w ogóle można takie ładowarki luzem kupić. Lidl odsyła do strony z częściami... tam są owszem ładowarki i jakieś części do mojego roweru (co też dobrze wiedzieć) ale do tego akurat nic nie ma. 

Na chłopski rozum wydaje się to oczywiste, że powinno dać się dokupić ładowarkę do dowolnego modelu, bo co jak się ładowarka zesra albo ktoś ci ukradnie...(?), ale to trochę jak szukanie igły w stogu siana po ciemku... Chyba że ktoś ma magnes...? 

No chyba mnie pojebie!

W przyszłym tygodniu, jak nie uda się nic z serwisem załatwić, mamy pokazać baterię w sklepie rowerowym i zapytać, czy wiedzą skąd wytrzasnąć do tego ładowarkę... Jak się nie uda, trzeba będzie odesłać cały rower, a tu na stronie piszą, że "sorry, ale na zwrot pieniędzy musicie poczekać tygodniami".

* * *

Ostatnio nas jeszcze drukarka wkurwiała. 

No, ale drukarki to chyba akurat są dosyć popularnym obiektem wkurwiania, z tego co mi wiadomo. Pełno prześmiewczych filmików krąży na ten temat w sieci.

Zaczęło się od tego, że przestała drukować na czerwono. Nic nadzwyczajnego, normalny problem, jak się chwilę jej nie używało do kolorowych druków... Zapodałam czyszczenie dysz. Nic. Zapodałam raz jeszcze. Nic. Zapodałam trzeci raz jednocześnie czytając w necie, co jak to nie pomoże.... Dowiedziałam się, że ona ma jeszcze intensywne czyszczenie, ale na szczęście nie było potrzebne, bo trzecie standardowe zadziałało i w końcu pojawiły się na testowym druku i różowe kreseczki obok żółtych i niebieskich. Uf. Wydrukowałam coś w kolorze, by sprawdzić i było git.

Na drugi dzień Małżonek wydrukował jakiś dokument i też było wszystko jak należy, a wieczorem przyszła Młoda z góry i spytawszy nas, czy coś drukujemy (nie drukowaliśmy) i zaczęła wyzywać drukarkę od leniwych, głupich szmat, bo już - jak powiedziała - ze trzy razy wysłała dokument do drukarki, a ta odrzekła jej, że jest zajęta. No jak jest zajęta, jak nikt nic nie drukuje?! Chyba, że zbieraniem kurzu się zajmuje...

Wyzywanie i ogólne dyskusje ze sprzętem domowym to nasza specjalność. Nie pomaga to może na poprawę problemu, ale zdecydowanie zapobiega pogorszeniu. Rzucenie paroma kurwami jest nie szkodliwe dla takiej np drukarki czy komputrera, ale wypierdolenie owych przez okno czy pizgnięcie o ścianę już owszem, a wykrzyczenie frustracji to wentyl bezpieczeństwa przed przejściem do rękoczynów. Choć poprzednia drukarka skończyła na glebie w kawałkach, gdy mnie się wulgaryzmy skończyły haha.

Potem oczywiście wszyscy musieliśmy spróbować, czy da się może wydrukować coś z telefonu, tabletu, chromebooka, innego komputera...? 

Się nie dało. 

Całkiem sie franca obraziła. 

Wtedy ruszyłam dupę z fotela  i zmieniłam w drukarce ustawienie na drukowanie bezpośrednie zamiast przez wifi, żeby Młodej ten ważny dokuement wydrukować, bo potrzebowłą go pilnie na gwałt. Wydrukowała łaskawie, czyli nie było problemu z samym drukowaniem tylko ze "słyszeniem" poleceń. Nie miałam do niej cierpliwości tego dnia, więc zostawiłam to i zajęłam się dopiero drugiego dnia mając spokojną głowę, by nie przejść do rękoczynów...

Po sprawdzeniu różnych karkołomnych opcji w końcu pomyślałam, by sprawdzić też tę najbardziej oczywistą, czyli zresetować jej połączenie z internetem i od nowa wklepać hasło. Eureka! Cóż, czasem najbardziej oczywiste rozwiązania są najtrudniejsze do odkrycia haha. Jak wszystko zawodzi dobrze jest w końcu instrukcję przeczytać. Na jednym z testowych wydruków stało jak wół, że "jest problem z routerem". Tyle że to nie router był winien tylko drukarka zapomniała, jakiego routera miała używać i że to nie ma być  router np od sąsiada, bo do niego nie znamy hasła... Mówcie  co chcecie, ale drukarki to jednak cholernie wredne i debilne sprzęty!

A, jak już się naprawiła, to wydrukowała oczywiście te wszystkie dokumenty, które żeśmy wcześniej próbowali wydrukować... Przynajmmiej próbowała, zanim ją powstrzymałam, jak  zauważyłam, co to głupie robi, ale kilka zdążyła ukończyć... Teraz Młoda ma kilka kopii swojego dokumentu na dużo wszelkich wypadków HA HA.

kaluza u nas na wsi

* * *


W czwartek odbył się w grupie Młodego kolejny driehoekgesprek, czyli rozmowa w trójkącie uczeń-szkoła-rodzic. Już pewnie mówiłam za pierwszym razem, ale powtórzę, że to jest odpowiednik wywiadówki, z tym że tutaj rozmowę przygotowuje i prowadzi sam uczeń. Młody musiał przeanalizować wszystkie cele edukacyjne i jak wyglądają  tutaj jego postępy, co zrobił dobrze, nad czym musi popracować (czyli, jak to u nich się mówi: jakie ma medale i jakie misje). Wszystko to sobie spisał w dokumencie na swoim laptopie i przedstawił zwięźle podczas owej trójkątnej rozmowy. Potem kołczka dodała jeszcze parę słów, bo jakieś tam uwagi napłynęły jeszcze do niej w ostatniej chwili od nauczycielki francuskiego, że jakiegoś zadanie Młody nie zrobił, ale Młodemu udało się szybko wyjaśnić powód niewykonania i zapowiedzieć nadrobienie tego braku. 

Ogólnie kołczka powiedziała, że Młody odnalazł w końcu właściwą drogę w tej nowej dla nas wszystkich szkole, że już wie dobrze, jak tutaj co działa, jak się w tym odnajdywać, jak planować, jak ów plan realizować, czuli innymi słowy JEST DOBRZE, wszystko gra i buczy. 

Kołczka powiedziała, że to jak teraz Młody pracuje, jest wystarczające, ale jest to minimum, więc nie ma mowy, by robić mniej. Więcej oczywiście można zawsze, ale tyle co teraz tez wystarczy, by zrealizować cele edukacyjne w stopniu wystarczającym. 

Po tej pozytywnej rozmowie poszliśmy na pizzę do Domino, a potem jeszcze na matchę do Mandmun, bo chłopak zasłużył na miłe zakończenie dnia. 



A mnie po raz kolejny naszła refleksja nad tym, jak to jest i dlaczego w tego typu przybytkach (tzn np jadłodajniach z fastfoodem etc) praktycznie nie uświadczysz dziś tutejszych za ladą. Albo Afrykańczycy, albo Azjaci, albo Europa Wschodnia. Czy Belgom się robić nie chce...? Czy tylko obcy mają dość sił i chęci by ciężkiej pracy sprostać..? Czy może młodych obcych, kolorowych z całego świata jest już zwyczajnie więcej niż rodowitych Belgów...? Macie jakies swoje teorie na ten temat?

Tak a propo Europy Wschodniej to w pobliskim miasteczku w Domino pracuje Polak. Kiedyś chyba usłyszał jak Małżonek coś do Młodego z auta wołał i podczas kolejnej wizyty zapytał nas po niderlandzku, czy jesteśmy z Polski, a potem życzył nam "smacznego". Ja pisząc o tym teraz zaczynam się zastanawiać nad swoją reakcją w tego typu sytuacjach, tzn jak bardzo zmieniła się ona przez lata.

Kurde, na początku to się jarałam jak spotykałam rodaków. Raz były to reakcje wielce pozytywne, bo poznawałam ludzi, z którymi mogłam normalnie pogadać, a raz wielce negatywne, no bo gdy ktoś coś odpierdalał, to jako rodaczka odczuwałam jakiś wstyd, bo wydawało mi sie że zachowanie jednostki świadczy o wszystkich Polakach (poniekąd zwykle tak jest, jak nas widzą, tak nas piszą a ludzie lubią całej nacji przypisywać cechy jednostek). 

Tak czy owak spotkanie Polaka było dla mnie dawniej ważne. Albo chciałam się zaprzyjaźniać, albo chciałam udawać, że nie mówię po polsku i unikać danych jednostek. Teraz jest mi to po prostu w paski. Spotkanie przypadkowego rodaka nie wywołuje u mnie dziś żadnych specjalnych emocji. Nie traktuję Polaków jakoś specjalniej niż innych ludzi. Nie jaram się, jak ktoś do mnie zagai po polsku i nie robię z tego wielkiego halo. Tak jak w tym wypadku z pizzerii - po prostu stwierdzam fakt, że ten człowiek jest z Polski i mówi po polsku i mogę mówić mu "Dzień Dobry" wchodząc do lokalu zamiast "Goeiedag", ale już nie czuję jakieś presji by od razu z nim się w pogawędki wdawać i próbować nawiązywać bliższą znajomość tylko dlatego, że mówimy tym samym językiem, bo to o wiele za mało, by chcieć z kimś wchodzić w jakies bliższe relacje. Przecież będąc w Polsce człowiek nie zagaja do wszystkich przypadkowych ludzi po kolei i nie próbuje się z nimi zapoznawać. Tylko nieliczni interesują nas na tyle, by do chcieć z nimi gadać choćby o pogodzie. Zagranicą jest wszak nie inaczej, ale na początku człowiek czuje się obco, czuje się zagubiony to czepia się wszystkiego, co jest mu w jakiś sposób bliższe i znajome. To taka moja refleksja na ten temat. Dobrze sobie czasem uświadomić, jak bardzo się wszystko z czasem zmienia, jak wiele zależy od punktu siedzenia.

* * *

W pociągu zagaił do mnie kiedyś jakiś facet (po niderlandzku)  bo chciał wiedzieć, czy jestem zadowolona ze swojego roweru z Lidla, który miałam ze sobą w pociągu (chłop miał ze sobą swój rower składak, ale nie elektryczny i obydwoje siedzieliśmy w wagonie rowerowym). Parę dni wcześniej widziałam na tablicach reklamowych przed Lidlem, że te rowery, co ja mam, będą znowu w ofercie sklepowej (stacjonarnie znaczy), zatem pytanie mnie nie zdziwiło. Może chłop rozważa zakup albo ktoś z jego znajomych... nie zdążyłam się zapytać, bo zaraz wysiadaliśmy. Odparłam jednak, że jestem bardzo zadowolona, że to bardzo dobry rower jak za taką cenę. 1.200€ to nie jest wiele za rower elektryczny takiej jakości. 

* * *

W sobotę miałam iść na przenosiny szkoły Młodego. Cieszyłam się na tę okazję. Młoda i Młody mieli mi towarzyszyć, ale w piątek wieczorem Młoda oświadzcyła, że nie idzie, bo nie czuje się na siłach. Ja też się nie czułam. Pewnie po tym cholernym zastrzyku. Rano nie czułam się jeszcze bardziej niż poprzedniego wieczora: zmęczenie, ból głowy, ogólny brak sił witalnych i chęci do wychodzenia z domu. 

Młody wstał coś koło pierwszej i się pyta czy idziemy, a ja na to, że o tej porze to chyba już za późno i że ja zbyt słabo się czuję, by się nadawać do przenoszenia mebli czy choćby sprzątania lokali szkolnych... W ogóle przeprowadzka zaczynała się o ósmej. Żeby na ósmą zdąrzyć, to my byśmy o wpół do siódmej z domu wyjść. Bez przesady. Aż tak bardzo mi na tej szkole nie zależy... Mogliśmy jednak teoretycznie pójść później, choćby żeby na symboliczny ludzki łańcuch zdążyć... Ludzie mieli połączyć starą szkołę z nową ustawiając się jeden koło drugiego... Miała być telewizja Ketnet i w ogóle wielkie halo, ale na to też trzeba sił, a mi ich brak czasem nawet na prostrze rzeczy, co jest niebywale uciążliwe i irytujące.

Młody miał też na koncert ze Starym iść, ale zrezygnował i Małżonek sam pojechał. 

Wieczorem otrzymaliśmy e-mail ze szkoły zaczynający się słowami "Cóżto był za dzień!" i dalej informowali, że było dużo rodziców, że wszystko ze starej szkoły zostało przewiezione do nowej, ale nie dokończono meblowana i sprzątania, bo UWAGA drugie piętro było w malowaniu!!! I w ogóle pisali tam coś, że masakra była, że remont nie był dokończony i że w ogóle cyrk na kółkach, no i że w niedzielę będzie trzeba dokonczyć, bo TEORETYCZNIE farba ma być juz sucha, więc można meblować klasy, przykręcac tablice i sprzątać... Czy takie jaja tylko w Belgii...? Czy też jest to dziś trend światowy, że wszędzie roboty są robione na odpierdol z wielomiesięcznym opóżnieniem...? Ciekawam bardzo.

Może pójdziemy, bo jednak jestem ciekawa tej szkoły i efektów tego wiekopomnjego remontu seminarium, który mimo dwuletniego opóźniena wciąż nie jest dokończony... 




























12 lipca 2024

Drugi tydzień wakacji, a tu nadal zębowo i deszczowo

 Ten tydzień nadal patronowała Zębowa Wróżka i deszcz, ale była też dzika burza dla odmiany 😒

Najstarsza miała to wynerwianie zęba...

Pojechałyśmy do stolicy autobusem, bo nie byłam tam dawno i nie wiem, ile objazdów aktualnie jest po drodze, więc wolałam zdać się na doświadczonego kierowcę, gdyż szukanie objazdów na skuterze jest stresujące. Trzeba wam wiedzieć, że w tym kraju roboty drogowe to jest nasz chleb powszedni. Gdziebyś swojego pojazdu nie skierował i tak na pewno trafisz na co najmniej jeden objazd, a bywa że objazd trzeba objechać, bo na ten przykład akurat jakiś festyn jest po drodze albo targ, o którym wytyczający objazd nie wiedzieli albo wiedzili tylko mieli w dupie. Objazdy zazwyczaj bardzo dobrze są oznakowane i łatwo to śledzić, ale czym innym jest naginanie 5 kilometrów dalej autem, a czym innym rowerem czy skuterem... szczególnie jak pogoda nie pewna, jak w tym roku.

W mejlu ze szpitala zawarto mapkę okolicy z wytyczoną ścieżką dla pieszych. Szpital Uniwersytecki to bowiem kilka sporych budynków. My miałyśmy znaleść się w budynku K. Droga była łatwa i też świetnie oznakowana. Na tych paru metrach chyba z 5 drogowskazów stało. Po przekroczeniu drzwi zobaczyłyśmy również tabliczkę ze strzałką, która w kilku językach informowała, że trzeba się zarejestrować w maszynie wskazanej strzałką. Najstrasza wtyknęła swój plastik i potwierdziła wszystkie pytania podstawowe. Wtedy komputer pokazał na ekranie, że trzeba się udać do "poczekalni na dole". Bardzo śmieszne. Zwykle podają poczekalnię A, B, czy tam G A tu:  NA DOLE! Byłyśmy na dole, w sensie na parterze, bo nie mijałyśmy żadnych schodów, ale czy to o to "na dole" chodzi, czy też badziej na dole, bo w końcu korytarza jakieś schody do piwnicy majaczyły. Na szczęście było tam też okienko, a w nim jakaś pani.... 



Jednak to bardziej na dole było. Poszłyśmy zatem do piwnicy, a tam znowu nie napisali, czy te krzesła i kanapy to TA poczekalnia, czy trzeba iść dalej, ale drzwi w końcu korytarza wydawały się być używane tylko przez ludzi w mundurkach szpitalnych, przeto usiadłyśmy na krzesełkach i czekałyśmy...

 Z dziesięciominutowy opóźnieniem zawołano Najstarszą. Mogłam wejść z nią do towarzystwa, gdzie wskazano mi krzesełko w rogu sali pod oknem, "bym nie stała w drodze". Dobrze, że z nią weszłam, bo zabieg wynerwiania trwał blisko 2 godziny, czego się nie spodziewałam i pewnie bym umierała z niepokoju na korytarzu zostawszy. A tak to se skrolowałam instagrama, a pani grzebała Najstarszej w paszczy. Sala była wielka, podzielona niskimi ściankami na kilka minigabinetów, gdzie w każdym jakiś zębowróżek się uwijał. Pani powiedziała na pożegnanie, że jeszcze nie skończyła i że na dokończenie, które około godziny liczyć trzeba, mamy się umówić na górze w okienku. Najstarsza zapłaciła ponad 100€ i dostała termin na koniec lipca. 

Ja odwiedziłam dentystkę, która załatała mi jakiś malutki ubytek i zaleciła przyjś do kontroli za 3 miesiące. Nie wiem, dlaczego mam co 3 miesiące chodzić do dentysty, skoro normalnie zalacają co pół roku. Może to z powodu wieku, a może z powodu raka. Nic to, za chwilę poszukam jakiegoś fajnego terminu na koniec października, skoro mówią, że tak trzeba... 

Akurat trafiłam na cotygodniowy targ w centrum wioski, to se popatrzyłam na stoiska, ale nie było nic ciekawego. W Belgii bowiem tak samo jak w PL w każdej gminie odbywają się co tydzień targi. U nas jest w środę. Są stoiska z ubraniami, butami, kwiatami, sadzonkami, kramy rybne, waflowe, piekarnicze, mięsne i diabli wiedzą, co jeszcze. Taki targ jest oczywiście okazją do spotkania się ze znajomymi i poplotkowania. Przyciąga w dużej mierze wszystkich okolicznych emerytów. Całe centrum jest zamknięte (i wtedy jest oczywiście wyznaczony objazd i nawet autobusy jeżdżą w tym dniu inną trasą). Knajpy ustawiają stoliki na zewnątrz i ludzie mogą posiedzieć przy piwku czy kawusi i poplotkować z kumoszkami. Czasem odbywają się też jakieś występy lokalnych artystów. Muzykanci siedzieli akurat koło knajpki przy stoliku, na którym spoczywały ich instrumenty. Nie chciało mi się czekać, aż znowu będą maszerować i grać. Widziałam to już kilka razy, to i nie nowina.


Odwiedziłam też z Młodym jego ortodontkę. Powiedziała, że następnym razem już wyjmie to żelastwo rozsuwające szczękę i założy bloczki na górne zęby. Zleciła sekretarce umówić go na wrzesień, ale wszystkie wrześniowe terminy okazały się zajęte, więc dostał na październik. Poprosiłam też o pierwszą kosultację dla Najstarszej. Ta otrzymała termin na następne wakacje. Rok oczekiwania na ortodobntę to trochę dłużej, niż było parę lat temu, ale i tak chyba ciągle lepiej niż w Polsce. Koleżanka pracująca tam w branży dentystycznej, poinformowała mnie jakiś czas temu, że u nich i 8 lat się czeka... 



W tym tygodniu Młody poczynił kolejny krok w stronę dorosłości, czyli otwarł swoje pierwsze konto bankowe. Rachunek jest przyporządkowany do rachunku taty i do osiemnastki Młodego tata będzie miał w nie wgląd. Sporo się zmieniło od czasu, gdy dziewczynom otwieraliśmy konta. Wtedy wszystko jeszcze się na papierach wypisywało i podpisywało, a dziś Młody po prostu musiał aplikację bankową na telefonie sobie zainstalować, po czym urzędniczka poprowadziła panów przez te wszystkie skanowania kodów, klikania i zatwierdzania. Sama też to i owo zakliknęła na komputerze i już gotowe. Karta przyjdzie pocztą za jakiś czas i kolejne kieszonkowe Młody będzie mógł już elektronicznie wydawać.

Tymczasem Duża Siostra co raz to przekonuje się, że uznanie niepełnosprawności ma różne przywileje. W tym tygdoniu dostałam mejl, że należą jej się darmowe przejazdy autobusowe przez najbliższe 60 miesięcy. List przyszedł na mój adres, bo jak korzystała ze szkolnego abonamentu, to mój e-mail był podany, by mi było łatwiej opłat pilnować. Zapłaciła 7 euro za nową kartę, bo stara nie dawno straciła ważność i za parę dni powinni jej ją przysłać pocztą. Może też korzystać z aplikacji w telefonie. Wystarczy tylko wpisać dane z karty do apki. 

Nie dawno zamówiła sobie własną kartę do Blue Bike'ów, by z "niebieskich rowerów" w każdym mieście móc korzystać nawet ze znajomymi (wcześniej korzystała z mojej karty, ale na każdą tylko dwa rowery można pożyczyć), gdy dokądś zasuwa pociągiem, ale teraz myślę, że rowery pójdą w zapomnienie, skoro będzie mogła za friko miejskimi autobusami się przemieszczać. Muszę rzec, że dla niej to będzie na prawdę wielkie ułatwienie i bezpieczeństwo. Lubi chodzić, lubi rowerować, ale po pierwsze nie jest to dla niej łatwe, a po drugie nie jest bezpieczne ze względu na dyspraksję. No wiecie, to wjeżdżanie w słupy, połamane nosy i takie tam... No i autobusem jednak w deszczową pogodę to jednak pierdyliard razy lepiej, szczególnie w jej przypadku, bo deszcz przeciez powoduje u niej okropny ból. Na pociągi nie ma przewidzianych zniżek, ale do 25 roku życia i tak płaci tylko połowę. Zresztą w weekendy to każdy tu przecież jeździ za 50%. 

Pogoda w tym tygodniu dała popis. W ten dzień, w który byłyśmy z Najstarszą w Brukseli wszystkie aplikacje pogodowe ostrzegały, że wprowadzają kod pomarańczowy, bo ma piździć, lać wiadrmi wody i wielkimi kulkami lodu ciskać. Miałyśmy nadzieję, że nie spotkamy się z tymi wątpliwymi atrakcjami na przystanku autobusowym ani w drodze z niego. I zaiste udało nam się suchą nogą do domu wrócić. Spoglądając na niebo i porównując obserwacje z wytycznymi godzinowymi pogodowych aplikacji Młodzież nawet zaczęła ubolewać, że pewnie przeszło bokiem i nie będzie można poleżeć w hamaku werandzie słuchjąc deszczu czy gradu stukającego w dach, co Młoda uwielbia robić, bo ją to bardzo relaksuje. Układałyśmy zatem dalej nasze puzzle... W końcu jednak Najstarsza zauważyła, że chyba jednak coś z tego będzie, bo wielka gradowa chmura zbliża się w naszą stronę. Gradowe chmury są wszak bardzo charakterystyczne - taki specyficzny odcień granatowego fioletu. Nagle zaczęło wiać. Sekundę później wiało tak, że zdawało się, że odlecimy zaraz do Krainy Oz. Jak żyję tu 11 lat, tak nie widziałam takiego wichru. O czilowanku w werandzie można było zapomnieć, bo wiatr był taki, że deszcz padał poziomo, przelatując przez całą werandę i waląc mocno w drzwi. Zalało nam kalosze. Zalało kurze żarcie. Hamak trzeba było potem wirować. Dach przeciekał we wszystkich miejscach i nawet Najstasrzej na łóżko nalało. Jaja jak berety. Kury przewidziały co się święci i przezornie razem z kogutem za wszasu poszły do szopy, gdzie ukryły sie w kurniku. Normalnie się nie chowają przed deszcze do szopy, tylko pod tuje albo pod swoją mini werandę. To jednak mądre bestyjki. Po burzy wyszliśmy zobaczyć, czy szkód nie poczyniło, ale niczego specjalnego nie zoczyliśmy. Kwiatki tylko wywaliło i przylizało do ziemi, no i jakieś graty sąsiadowe porozwalało wszędzie. 

Dopiero wczoraj jadąc z Najstarszą do pobliskiego miasteczka zauważyłam, że u nas mimo tego szaleństwa to jednak pikuś był.. Wcześniej jeździliśmy w innych kierunkach i tam też nic specjalnego nie zanotowaliśmy, co znaczy, że znaleźliśmy się akurat tuż za granicą armagedonu jaki się nieopodal nas rozegrać musiał.

Kurde, panie, jechałyśmy ścieżką rowerową, a tam dziesiątki drzew wyrwanych z korzeniami albo połamanych. Dalej w miasteczku to samo. Prawie przy każdym domu, gdzie tylko znajdowało sie jakieś wyższe drzewo, zostało wyrwana, złamane albo przynajmnej porządnie obtargane z gałęzi. Połamane ogrodzenia, zerwane lub potłuczone zawalonym drzewem dachy. Tu i ówdzie powiewały jeszcze policyjne taśmy zabraniające wejścia na dany teren, czy ścieżkę. Wszedzie uwijali się ludzie z piłami, taczkami, czy innymi maszynami, a i kilka wozów strażackich widziałyśmy. Usuwanie szkód toczyło się pełną parą.

Przez dłuższą chwilę nie mogłam też rozkminić, co jest nie tak z drzewami. Dziwne mi się wydawały, ale nie mogłam ustalić, co jest powodem tej dziwności. Dopiero pod sklep stojąc i z bliska na małe drzewko patrząć skonstatowałam, że na czubku ono ma tylko ogonki, a reszta liści jest cała podziurowana i obstrzępiona. Grad wszystko popsuł. Zastanawiam się, jaki to wpływ będzie miało na sady i uprawy. Zatrzymałam się, by spojrzeć z bliska na kukurydzę, buraki, ziemniaki i kapustę rosnące na polach ciągnących się wzdłuż ścieżki rowerowej. Powiem wam, że niebogato się to przedstawia. Wszystko poszatkowane i/lub połamane. Szkody na pewno ogromne. 

ściezka rowerowa

ścieżka rowerowa

ścieżka rowerowa

drzewo wywaliło się na dom

nie dawno podziwiałyśmy z Młodą tę choinkę,
która znajdowała się naprzeciw sklepu ogrodniczego

dach wywiało

ścieżka rowerowa

"dziwne" drzewa z potarganymi liśćmi

postrzępiona i położona kukurydza

gradowe kulki w naszym ogrodzie 

u nas w gminie


Wczoraj było nawet słonecznie i do 25 stopni termometry wuciągały, a dziś znowu lało jak z cebra przez pół dnia, a straż kursowała na sygnałach. Żeby było fajniej termometry pokazywały dziś przed południem raptem 15 stopni, a niektórzy ludzie na wsi w grubych kurtkach maszerowali. Na przyszły tydzień prognozują znowu trochę lata. Pożyjemy zobaczymy...





Nie mogę nigdzie pojechać na zwiedzanie czy czilowanie... znaczy móc to mogę, ale nie uśmiecha mi się w taką pogodę. W dużej mierze przeto na kanapie przesiaduję i patrzę w ekran... Te wizyty tu i tam mi nie pomagają w wejściu w stan wakacyjny, bo prawie że każdego dnia coś stoi zaplanowane, a pomiędzy tym trzeba przecież jakoś posprzątać, wyprać, ugotować, ogarnąć świnie, kury... O nienormalnym zmęczeniu już nawet nie chce się wspominać.... Jak tylko coś więcej mam do roboty, to o 17-tej ledwie się na nogach trzymam, a oczy niemal zapałkami muszę podstawiać, by nie zasnąć na stojąco czy siedząco. 

Znajoma zachęca do wspólnego ćwiczenia. Bardzo bym chciała, ale babki łączą się o dopiero o dwudziestej, a wtedy to ja już wykąpana w piżamie próbuję czytać książkę i nie zasnąć od razu. 

Z nowości w kwestii dolegliwości pojawił się ból pięty i dolnej części łydki. Doktor Google mówi, że to stan zapalny, czyli nic nowego, a tylko w nowym miejscu. Jak pójdę po kolejny zastrzyk, powiem doktorce by zapisała to w karcie medycznej, w razie jakby kiedy było do czegoś potrzebne. Już się przestałam przejmować tymi drobnymi bólami w różnych częściach ciała. To wszystko przecież tylko skutki uboczne rakoterapii. Nie ma sensu się kopać z koniem. Trzeba się powoli zacząć przyzwyczajać do nowej chujowszej wersji mojego ciała. Dobrze, że umysł choć jeszcze jako tako działa. Może nie jest, to co było przed rakiem, ale też nie jest już to co było krótko po chemii. Powoli do przodu. Byle tylko nie nogami.

Dwa dni układałam z Młodzieżą puzzle z elfką. Co oznacza, że oto jeden punkt moich wakacyjnych planów zaczął się realizować: "będę układać puzzle".

 Mamy jeszcze kilka innych puzzli na 1000 sztuk i 2 pudełka z 3 tysiącmi kawałków. Puzzle to jest cholerny nałóg. Jak raz wysypiecz to pieroństwo z pudełka to od razu cały dzień albo i kilka masz z głowy, bo nie można przestać szukać właściwych kawałków. Teraz też były takie momenty, że wybierałyśmy się gdzieś z Młodą, ale ja czekając aż ona wymyje zęby, przystanęłam przy biurku, by tylko popatrzeć, czy coś nie rzuci się w oczy... Wtedy przyszła ona z umytymi zębami i od razu porwała jakiś puzel i wcisnęła na właściwe miejsce. Tak nie może być! Ja też musiałam znaleźć jeden puzel. Pół godziny później Młoda zapytała, czy w końcu idziemy. Odrzełam, że tak, jak tylko jeszcze jeden znajdę... Chwilę późnej ja spytałam, czy już idziemy.... A wieczorem, gdy już nigdzie nie trzeba było iść, z kolei już nie wiedziałam, jak mam siedzieć, a może stać, bo wszystko mnie już bolało, a oczy zachodziły mgłą, ale i tak tkwiłyśmy uparcie przy stole. Chwilami stojąc, chwilami siedząc na stole, chwilami siedząc na fotelu. Puzzle to zło! Ale przyjemne i satysfakcjonujące. Dobrze jest mieć zapas puzzli w takie ponure lato. Puzzle z Elfką się udały, bo ani jednego nie brakowało. To jest zawsze ryzyko z puzzlami z drugiej ręki, ale tym większa frajda, gdy nie wiesz, czy wszystkie kawałki są...

zawsze zaczynamy od ramki

można iść do Actiona po ramkę i wieszać w salonie


Przeczytałam też kolejną książkę rozpoczynając w ten sposób realizajcę kolejnego punktu wakacyjnego planu: przeczytam trochę książek. "Inne umysły. Ośmiornice i prapoczątki świadomości" P. Godfrey-Smith. Książka nie spełniła moich oczekiwań. Patrząc na tytuł, spodziewałam się więcej ciekawostek o ośmiornicach i innych zwierzętach, ale książka okazała się być filozoficznymi rozważaniami na temat ewolucji mózgu. Nie specjalnie to do mnie przemawiało, choć nie mogę rzec, że było do bani. To jednak nie to, na co miałam ochotę. 


W tym tygodniu dotarły do mnie z PL 4 nowe książki i dołączyły do mojej wakacyjnej półki. Na kupce siedzi na razie 5 książek po niderlandzku i 5 po polsku. W tym 2 kryminały mojego ulubionego flamandzkiego autora, jeden nieznanego mi pisarza, 2 książki z kategorii wychowanie dzieci.  Jedna o stawianiu granic, a druga o przemocy (hejcie) wśród dzieci. Wszystkie 5 sztuk z Kringloopa za kilka euro. Z nowo zakupionych 3 jest w temacie okołorakowym, jedna w temacie autyzmu i ten nieszczęsny Wietnam z poprzedniego zakupu, który to wolumin lekko mnie przeraził swoją objętością. Małżonek powiedział, że kupi to w ebooku, bo też chce przeczytać, ale takiej cegły nie da się trzymać w łapach, uważa. Nie wiem, czy to przeczytam, ale skoro Stalina przeczytałam to może i temu dam rady. Zależy, jak się będzie czytało...


Od czasu do czasu męczę też oczy szukaniem wyrazów. Lubię ten rodzaj łamigłówek.


W niektóre dni towarzyszę Młodej w odwiedzinach u zwierzaków, które dogląda. Lubię bowiem pieszczochać królika. Przekochane to swtworzenie jest. Ubaw mamy też z kurami, bo jednej się ubzdurało, że zrobi sobie gniazdo w króliczej klatce. Królik mieszka w szopie, gdzie ma klatkę wyłożoną sianem, wodę do picia i suchą karmę. Klatka służy jako sypialnio-jadalnia. Poza tym może ganiać po całej szopie. Młoda go wypuszcza na ogród, by sobie pobiegał i pilnuje około godziny, ale potem zagania do szopy z obawy przed latającymi drapieżnikami i z powodu jego chęci buszowania u kur i jedzenia ich żarcia, co nie jest zdrowe ani bezpieczne dla królików. Pilnuje też by kury nie wchodziły wtedy do szopy. Jedna jednakże jest bardzo uparta. Ja siadam zazwyczaj w drzwiach, gdy idę z Młodą, i ta cholerna kura pcha się ze wszystkich stron. Łapie to, biorę na kolana, głaskam i wypuszczam, a to dawaj z powrotem w stronę drzwi i pcha się jak wariatka. Gdy jej pozwolić wejść, ta od razu hop na półkę, gdzie stoi klatka i dawaj robić gniazdo. Co za Kryśka!

Nie długo Młodej przybędzie podopiecznych i to cała gromada, bo znajomi tych znajomych, którzy trochę i naszymi znajomymi są, też poprosili Młodą o petsitting. Oni mają rasowego kocura, 2 króliki, świnki morskie i mnóstwo roślin w domu do podlewania. Młoda będzie mieć teraz pełne ręce roboty. No i obawiam się, że na czas, kiedy jej kumple przyjadą i który zamierza z nimi spędzać w innych częściach Belgii to ja i Najstarsza pewnie będziemy zmuszone ogarniać cały ten zwierzyniec. Nie powiem, by mi to przeszkadzało, bo to całkiem przyjemne zajęcie.



Znaleźliśmy już imiona dla dwóch naszych coraz szybciej rosnących malców. Najbardziej łobuzerski pomarańczowy kurczak dostał imię Chica. Chica to jeden z animatroników z FNAFa. Nie wiemy, czy Chica jest dziewczyną. Raczej obstawiamy, że to szalony kogucik. Jednak Chicka może być i chłopakiem, a nic nikomu do tego. Chicka pokazał już że umie wskakiwać na drugi szczebel drabiny. Jest Kozak.

Czarno-żółty kurczak to od teraz Riko. Pamiętacie pingwiny z Madagaskaru? No to ten Riko. 

Brązowawy ciągle nazywany jest Bożenką na cześć naszej kochanej Bożenki i niewykluczone, że już Bożenką, Benią, Benitką lub Beniem pozostanie. Biały jest na razie Białym i czasem Puszkiem, ale to jeszcze nie to...

Chicka zaglądający przez okno do kuchni po wskoczeniu na plastikową kurę