Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty

17 października 2026

Kto mieszka w Belgii, w cyrku się nie śmieje

Tydzień zaczął się od strajku kolei i autobusiarzy. Nie żeby to było coś nowego, ale każdy strajk w transporcie publicznym jest tak samo wkurzający i uciążliwy. Oczywiście tylko dla zwykłych ludzi, w tym dzieciaków, bo przecież nie dla tych tam z rządu...

Młody wyguglował pociągi dzień wcześniej i okazało sie, że jeśli wyjdzie ze szkoły normalnie o 16, to najwcześniejszy pociąg do domu ma po 18... Wcześniej może jechać naookoło z przesiadką w mieście, gdzie nie ma ani windy, ani prowadnic do rowerów, czyli kicha.

 Uzgodniliśmy, że zapyta coacha, czy może wyjść o 15, a jak nie, miał mi napisać, że pojedzie do sąsiedniej gminy, a ja tam po niego popedełuję, bo on nie zna drogi do domu stamtąd, ale stamtąd do nas tylko ok 8 km, więc lepiej pokręcić kawałek dalej ale być w domu niewiele po 17 a nie dwie godziny później. Na szczęście jego coacha nie było i poranny krąg mieli z dyrektorką, więc od razu u samej góry zapytał. Ta mu wydała zgodę, ale zaleciła napisać oficjalny mejl, w którym uzasadnia powód wcześniejszego wyjścia do domu. Pewnie, żeby była podkładka w razie wu. Uf. Dobrze, że chodzi do alternatywnej szkoły, bo w systemowej mógłby taki numer nie przejść. Wtedy oczywiście też dałby rady, ale czasem bardziej opłaca się pójść na skróty.

Ja zapomniałam, że Najstarsza też używa transportu publicznego, bo moja pamięć dziurawa jest jak sito.

Na szczęście im ze mną gorzej, tym z nią lepiej i sama pomyślała rano, żeby sprawdzić apkę od autobusów. Okazało się, że najwcześniejszy autobus ma dopiero wpół do dziewiątej, gdy normalnie wyjeżdża dwie godziny wcześniej. Napisała zatem tylko do kierowniczki, że będzie później i poszła się jeszcze porelaksować na kanapie. 

Pisząc te słowa przypominam sobie, że nie zadzwoniłam PONOWNIE do biura pracy, by przypomnieć DEBILOM (bo jak inaczej można nazywać takich ludzi?!), że Najstarsza nie ma od dawna biletów i płaci ze swojej kieszeni, kiedy przejazdy na ten DARMOWY staż mają byż pokrywane z biura pracy. Po pierwsze to te osły same o tym powinny myśleć,  skoro zgłaszają się do pomocy osobom z trudnościami i chyba kurwa do stu potrafią liczyć, a to jest prosta matemetyka: każdy dzien stażu trzeba pomnożyć przez dwa, bo na staż trzeba dojechać i ze stażu wrócić, czyli dwa bilety dziennie. Wielka mi filozofia, doprawdy, by dać człowiekowi od razu tyle biletów, ile będzie potrzebował. Widać jednak, że dla niektórych to za trudne obliczenia. Poza tym to ja już dwa razy im przypominałam i uświadamiałam że córka nie ma już biletów - bo to ja matka mam to wszystko wiedzieć, pamiętać, ogarniać i przypominać  łosiom kilkukrotnie o ich obowiązkach, za które te łosie biorą  pieniądze ładnie co miesiąc. Chłop powiedział, że to załatwi... Aaaaaa!

 KURWA MAĆ! 

Czemu Córka ma wydawać pieniądze na rzeczy, na które wydawać nie powinna, bo według belgisjkiego prawa należą jej się za darmo. Nie ja to prawo ustalałam. Tak, przeklinam, tak wkurwiam się i wyzywam wszystkich od debili, bo ileż można?! Ja mam już dość! Nie dam rady sama wszytskiego dopilnować. I nie mówię tu o mich obowiązkach czy moim własnym życiu, tylko o robieniu roboty za bandę pierdolonych urzędasów. Na każdym kroku, w wielu miejscach napotykam to samo niefrasobliwe, totalnie nieodpowiedzialne olewatorskie podejście. Każdy ma wszystko w chuju, byle jemu hajs się zgadzał. Jakby to się raz w jednym miejscu zdarzyło, to pal licho. Wiadomo, że każdy popełnia czasem błędy, każdy czasem czegoś zapomni i coć odjebie głupiego, ale bajer w tym, że dziś to czasem się zdzarza, że ktoś coś dobrze raz zrobi. Gdzie człowiek nie pójdzie, wszędzie jakiś cyrk, wszędzie burdel, bałagan, pracownicy zdają się nie mieć pojęcia na czym polega ich praca, a przy tym zdają sie nie ponosić za nic odpowiedzialności. Pozamykali się w pierdilonych fortecach, ogrodzili się internetem i botami i udają, że pracują. Dziś zwykły szary człowiek musi się sam na wszystkim znać i sam wszystkiego dopilnować, z tym że jednocześniej sam niczego nie może załatwić, bo wszystko, każde nawet najmniejsze gówno musi przejść i zostać zatwierdzone przez jakiegoś urzędasa z bożej łaski, a najlepiej przez kilkunastu z różnych miast i róznych instytucji. 

Jestem wkurwiona, bo za mną kolejny tydzień z kategorii trudne, który potwierdza, co przed chwilą napisałam...

Młoda miała wizytę u orzecznika od niepełnosprawności. 

Bruksela o świcie

W piśmnie stała godzina 8.15 i zalecenie by być pół godziny wcześniej. Zerwałyśmy się zatem przed piatą, by dotrzeć do Brukselki na czas. Autobus jechał i był o dziwo na czas, a nawet 5 minut wcześniej i wdzięczni jesteśmy, że ludzie wsiadali u nas na wsi, bo guzdrałyśmy się trochę z przypinaniem rowerów i ledwo dobiegłyśmy do tego autobusu. W Brukseli zatem miałyśmy zapas czasu i poszłyśmy na dworcu na gorącą czekoladę do Panosa, a dopiero potem potuptałyśmy do FOD-u. Na miejscu w Finance Tower w dziale od handicapu zastałyśmy zamkniętą na cztery spusty bramę a na niej info, że otwierają o ósmej trzydzieści. AHA. Spoko. Tylko jak to się ma do naszej wizyty o 8.15 i zalecanego półgodzinnego wcześniejszego stawiennictwa w urzędzie...? Coś tu jakby nie pykło. No ale to jakby Belgia i to jest tu jakby normalne...?


Wkurwione i zestresowane coraz bardziej podreptałyśmy po wielu schodach do wejścia głównego, zastanawiając sie jak tam niepełnosprawni na wózkach się przemieszczają... bo w ogóle cały ten gmach to on na sporej górce jest i wkoło niego też są górki, sporo schodów i rozdupcony chodnik...

Budynek jeszcze zdawał się drzemać i nie widać było w nim jeszcze żadnego urzędasa... No bo kktóren zaczyna pracę przed ósmą...? Znalazłyśmy jednak ochroniarza i zapytałayśmy, jak się dostać na tę kontrolę, a ten mówi, że FOD handicap otwiera sie o 8.30. 

Jak kurwa o ósmej trzydzieści, jak na zaproszeniu stoi ósma piętnaście?!!! Chłop nie wierzy...

 Podetknęłam mu zatem papier pod nos. 

Popatrzył i powiedział, że to niet normaal. Z czym absolutnie się zgodziłyśmy. Zawołał kolegę, który też zrobił wielkie oczy. Po czym powiedzieli, że to musi być błąd, bo tam otwierają dopiero za pół godziny i wskazał nam poczekalnię, dodając, że koło 8.25 możemy pójść spokojnie spowrotem pod bramę. Ffffff! Oj tam oj tam jakiś tam błąd, każdemu się zdarza co nie...?

 Taa, to spróbuj ty się machnąć o 15, a w zasadzie to o 45 minut w takim urzędzie. Ciekawe, czy kogokolwiek zobchodzi twoje wytłumaczenie. Taaa. Na pewno.

Poczekałysmy, ale stres mega. Doszłyśmy 25 po ósmej na miejsce - to w ogóle kawał drogi i wiele schodów, bo to budowla zacna jest. Brama była już wtenczas otwarta, ale drzwi wciąż zamknięte.  Wiadomo, trza plebsowi wyraźnie pokazać, kto tu jest panem, a kto nic nie znaczącym gównem. Czekasz pod drzwiami w deszczu i chłodzie, aż jaśnie państwo łaskawie udzieli ci audiencji. 

patrząc na tę fortecę, czujesz się bardzo malutki


 No chyba was głowa boli - powiedziała Młoda zobaczywszy innych ludzi czekających pod drzwiami. 

Co za pojebane czasy nastały! Komputery srery, sztuczna inteligencja i inne cuda , a tu coraz większy burdel wszędzie i człowiek jako człowiek coraz mniejszą ma wartość. 

W końcu otwarli łaskawie te cholerne drzwi. 

Laska w okienku ani be ani me po niderlandzku. 

Po angielsku też nie. 

Noż kurwa, a tymczasem u nas we Flandrii, żeby pracę na kasie w głupim Lidlu, czy innym tam Actionie dostać, musisz znać dobrze oba języki (niderlandzki i francuski). A tu w  OFICJALNIE   D W U J Ę Z Y C Z N E J Brukseli w ważnym urzędzie może pracować typiara mówiąca tylko i wyłącznie po francusku i to jest niby wporząsiu...? Jasne! Bo najwidoczniej są równi i  równiejsi. 

Dałam dziuni zatem list-zaproszenie. Paniusia popatrzyła uważnie, udając że rozumie, na co patrzy i kiwnęła na nas reką pokazując gestem "cho no tu" i poszła gdzieś, a my obeszłyśmy ścianę i zobaczyłyśmy jak paniusia stuka w żółty pasek na ścianie (bo tam kilka pasków było w różnych kolorach, jako oznaczenie tras) a nawiązawszy z nami kontakt wzrokowy, wskazała na korytarz rozciągający się przed nami, co - jak się szybko domyśliłyśmy - znaczyło, że mamy iść żółtą ścieżką niczym Dorotka w Krainie Oz. 

Potem pokazała 1 palec (na szczęście nie środkowy) mówiąć één, i potem 4 palce mówiąc jak do głuchego vier. No, mówię wam,  wymawiała to tak rozciągle, jakbyśmy to my miały problem z językiem i rozumieniem a nie ona... z czego wynikało jednak, że przynajmniej kilka liczebników zna po niderlandzku.  ŁAŁ! Ale tylko jeden i cztery, bo jak przerabiali w szkole czternaście, to już pewnie spała na lekcji. Dobrze, że choć na migi potrafi się porozumiewać. Tak, Młoda rozumie po francusku, ale my jestemy z Flandrii, gdzie językiem urzędowym jest niderlandzki, a Bruksela jest oficjalnie dwujęzyczna i takie paniusie w urzędach mają pierdolony obowiązek znać język niderlandzki (jak za głupia na języki, niech idzie ulice zamiatać, a nie...). To nie jest żadna łaska ani nasze widzimisie. My nie oczekujemy, że typiara będzie mówić po polsku, rosyjsku czy chińsku, tylko w języku urzędowym tego kraju, w którym pracuje. Poza tym Młoda nienawidzi francuskiego, To trigeruje jej PTSD. 

Znalazłyśmy pokój "jeden-cztery" a tam jakiś typo powiedział już po naszemu, znaczy po niderlandzku, byśmy poczekały w korytarzu. W końcu nas zawołał i podzielił się z nami wesołą informacją, że mają awarię systemu i że w związku z tym on nie ma wglądu w dossier Młodej. 

BRAK SŁÓW. Kto w Belgii mieszka, w cyrku się nie śmieje.

Jednak - dodał - nie chcą odsyłać petentów z kwitkiem, bo i bez tego mają roboty po uszy, ale rzekomo też dla naszego dobra, żebyśmy nie musiały drugi raz się fatygować... Troska... srały muchy bedzie wiosna...

Powiedział, że napisze sobie na kartce, co powiemy, a potem uzupełni dossier w komputerze, jak odzyskają dostęp. 

Śmiechom nie było końca. Zbiło nas to totalnie z pantałyku i wyprowadziło z równowagi. Wcześniejsze suprajzy też nie pomogły. Cholera jasna przygotowałyśmy się na rozmowę wg punktów, które Młoda wypełniała pół roku wcześniej, czyli że będziemy odpowiadać na konkretne zadawane pytania, a nie że nagle mamy opowiedzieć wszystko samodzielnie... 

Nie wiemy, co z tego wyniknie, ale raczej należy się spodziewać, że szanse na przedłużenie uznania niepełnosprwności nie są jakieś wielkie, bo jak doktor powiedział "ból jest np niezmierzalny", więc choć on rozumie, że komuś ból uniemożliwia lub ogranicza codzienne funkcjonowanie, tak bólu nie można udowodnić, czyli się nie liczy absolutnie. To samo poniekąd dotyczy PTSD, depresji czy problemów wynikających z autyzmu, czyli że innymi słowy to wszystko jest dla komisji pic na wodę fotomontaż, czyli jak to na komisji...

Poza tym gościu jeszcze co chwilę stukał w grubą teczkę z przepisami (przynajmniej tak powiedział) z lat osiemdziesiątcyh podkreślając, że wszystko według TEGO prawa musi sie odbyć i że nie da się tego ominąć... Cokolwiek to nie znaczy. Ważne by zbudować stosowne napięcie i zapewnić sobie ewentualne usprawedliwienie wszystkiego, co zdarzy się później. Bo ja się wczoraj urodziłam i nie wiem, jak działa świat i tego typu komisje.

Tak czy owak teraz trzeba czekać na zebranie sie owej K O M I S J I  i werdykt ostateczny, co nie wiadomo ile potrwa ani co przyniesie, a przez ten czas trzeba żyć w niepewności i stresie. 

Jakby ktoś chciał odprawić jakieś czary czy inną tam ofiarę złożyć swoim bogom za powodzenie, to w tym momencie jest dobry moment ;-)

Zanim przejdę do opisu kolejnej powalającej niespodzianki tego tygodnia, pozwolę sobie na małe heheszki, które mnie ubawiły zdrowo.

Młody zadzwonił kiedyś ze szkoły zaraz po lekcjach z pytaniem, czy nie dam mu wirtualnie dyszki na pizzunię. Gdy tak sobie gadaliśmy w tle w otoczeniu Młodego słyszałam śmiechy i hałasy innych nastolatków, potem głośne:

"BOBER KURWA!"

"TAM JEST BOBER KURWA!" 

co samo w sobie już było oczywiście śmieszne, ale bardziej zastanawiające, wszak Młody chodzi, z tego co mi wiadomo, do niderlandzkojęzyczej szkoły a nie do polskiej. Wiem, że jest tam paru Polaków, ale po pierwsze nie należą oni do grupy ani do paczki Młodego, a po wtóre oni ze sobą i tak po niderlandzku gadają.

Pytam zatem kto to to krzyczał, a ten że P. jego najlepszy kumpel. Uśmiałam się znowu i zapytałam czy on w ogóle rozumie, co woła i skąd cholera zna ten tekst. Oczywiście że rozumie, to popularny tutaj mem - pouczył mnie Młody. I oczywiście że rozumie, bo mu powiedziałem, co to znaczy. 

To było bardzo śmieszne dla mnie i brechtałam się w głos prze dobrych parę minut. Bober kurwa. 

List polecony, który w tym tygodniu otrzymaliśmy od właścicieli chałupy, już był zdecydowanie mniej zabawny. Uczciwie mówiąc, był to spory szok i długą chwilę dochodziłam do siebie. 

Powiadomili nas o podwyżce czynszu, co samo w sobie nie było by niczym zaskakującym, gdyby nie chodziło o TAKĄ kwotę, no i że moment jakby na to dosyć ujowy! 

Dotąd płaciliśmy 860€, a od teraz mamy płacić 1.320€ na miesiąc. 

Ponad 50% podwyżka z dnia na dzień to nie jest  śmieszne. To nawet nie jest za bardzo - w moim mniemaniu - normalne. A dopiero co pisałam, że dobrze, że w obecnej sytyacji choć stosunkowo mało płacimy za czynsz, jak na dzisiejsze ceny,  no to mówisz - masz. TADAM, mamy cenę adekwatną do dzisiejszych czasów. 

Chyba kogoś tu zdrowo pojebało! 

Ale dla mnie nie sama nieoczekiwana  podwyżka jest tu największym skurwysyństwem. Wiecie, że parę dni temu właścicielka była u nas w domu w sprawie planowanych prac w związku z wilgocią i ani słówkiem się nie zająknęła na ten temat. Nie, chichy-śmichy, jakby nigdy nic, a tu trzy dni później dostajesz taki list. 

Niektórzy mają tutaj dosyć chujowe poczucie humoru. 

W międzyczasie sobie też wyguglowałam o tych ewentualnych śmierdzących produktach do walki z wilgocią i komputer mi podpowiada, że w większości śmierdzące produkty to są przestarzałe metody, których normalny nikt nie używa, tylko skąpcy, którzy chcą za wszelką cenę zaosczędzić na koniecznych remontach. Dotąd by się zgadzało. Dalej - podając stosowne linki - AI mnie ostrzega, że użycie tego typu niebezpiecznego produktu podczas obecności lokatorów i ich zwierząt może być przede wszystkim śmiertelne (praktycznie stuprocentowo) dla naszych ptaków oraz fatalne w skutkach dla świnek morskich a i nasze zdrowie jest zagrożone. Teoretycznie, bo oczywiście to można potwierdzić dopiero mając nazwę produktów. Ponoć są dostępne bezpieczne bezwonne produkty ekologiczne... Teoretycznie.

Ale dobra. WKURWIŁAM SIĘ W CHUJ. 

Moja pierwsza myśl była, że teraz to jesteśmy w dupie totalnie, no bo w sumie jesteśmy i ciężko z tym akurat handlować. Mój zasiłek inwalidzki to właśnie akuratnie kwota nowego czynszu, więc jest zajebiście. Przy dochtyczasowej kwocie starczało jeszcze praktycznie na wszystkie pozostałe faktury i tylko na jedzenie i inne potencjalne wydatki mi brakowało, za co miały płacić dziewczyny ze swoich zasiłków, dopóki je będą otrzymywać, a do tego czasu miałyśmy się rozglądać za lepszym rozwiązaniem. Nowy czynsz wyjebuje cały nasz chytry plan w kosmos. 

Nic to, wujek Google podpowiada, by nie płacić nowego czynszu na razie, bo tym samym ukręcimy se ostateczny sznur na szyję. Przeto umówiłam nas na początek w Urzędzie Gminy z jakimś oświeconym w sprawie mieszkań i najmu. 

Przy okazji przekonałam się, że jakby ktoś pilnie potrzebował pomocy z urzędu gminy, to musi być wyjątkowo ogarnięty w piśmie, języku niderlandzim i nowych technologiach oraz mieć dużo czasu i morze cierpliwości. 

Pomoc Społeczna w naszej gminie zaczyna mi się jawić jako niezdobyta twierdza, do której byle kto się nie dostanie. Tak jak napisałam na początku.

Najsampierw zadzwoniłam  na ogólny numer  Pomocy Społecnej, by się tam dalej dopytać ewentualnie o właściwy kontakt. Nikt nie odbierał tego telefonu w podanych w necie godzinach otwarcia. Nie była to też pora przerwy, bo te są tu wszędzie o tym samym mniej więćej czasie i wtedy normalne, że nigdzie się nie dodzwonisz ani niczego nie załatwisz. Cały kraj stoi wtedy.

Zadzwoniłam przeto na inny numer, rzekomo od socjalu, to połączyło mnie z głównym numerem Urzędu Gminy i nagrany głos powiedział mi, że większość informacji znajdę na stronie, a jak nie umiem szukać, to mogę się umówić przez internet na wizytę.... 

Dobra, rozłączyłam się, zaktualizowałm apkę naszej gminy, bo nie działała. Potem zrestartowałam telefon, bo nie mogłam się zalogować przez itsme (apka do logowania do urzędowych portali i mojego profilu)... zawieszało się na tym samym kroku i kręciło, kręcilo, kręciło... i nic z tego nie wynikało... Po resecie nadal nie działało. Otwarłam zatem  laptopa i w końcu tam udało mi się zalogować, ale znalezienie znowu swojej gminy nie z poziomu apki to też wyższy poziom wtajemniczenia... 

Ja tam se jeszcze jakoś radzę w internetach, ale klikając i przeklinając na przemian pomyślałam sobie o tych wszystkich mniej ogarnietych komputerowo ludziach, którzy do internetu mają przez krzaki, przepaście i góry... albo zwyczajnie są już w takim wieku, że nawet klawiatury nie widzą i nie wiedzą co to znaczy zaloguj, kliknij, czy e-mail. 

To jest jakieś nieporozumienie. To jest chore, do jakiego etapu to wszystko doszło w krótkim czasie.

Cycki by mi opadły, gdybym je miała...

Jak już udało mi się dojść do etapu wybierania tematu wizyty, okazało się, że tam są tylko sprawy obywatelskie, typu dowód, śmierć, małżeństwo, prawo jazdy, ale nie ma ani socjalu ani mieszkań. 

NOŻ KURWA JEBANA MAĆ! 

To po chuj ja czas marnuję wgl!? 

Zadzwoniłam ponownie na ten pierdolony numer i poczekałam aż typiarz skończy pierdolić o szukaniu odpowiedzi na stronie i logowaniu się z apki, po czym wcisnęłam cyferkę mającą połączyć mnie z ludziem...

...piiip

...piip

 ...I chuj. Od nowa włączyło się nagranie, a po trzecim razie trafił mnie prawie szlag.

Wielokrotnie ponawiane próby przyniosły zero sukcesu. 

Nikt nie odbiera. 

Pomyślałam, że pewnie wielu do tego etapu nawet nie dotarło i że w rezultacie nikt tam ostatnio nie dzwonił, więc teraz nikt nawet nie pilnuje telefonu... 

Odszczekuję wszystko pozytywne, co kiedykolwiek śmiałam napisac o załatwianiu wszystkiego przez internet. To było dobre na początku, jak jeszcze było tylko jedną z możliwości i gdy jeszcze działało i miało sens. Niestety w ostanim czasie przekroczyło to już poziomu absurdu. Przynajmniej w Belgii, bo gdzie indziej to nie wiem, ale możecie sie pochwalić swoimi doświadczeniami w komentarzu poniżej.

Już zaczęłam zakładać dres w trzy paski , szukać bejsbola i drzeć się  Z BUTA WJEŻDŻAM z myślą załatwienia tej wizyty w jakiś prostrzy sposób, ale mi się przypomniało, że gdzieś mam wizytówkę, bo raz tam przecież byliśmy kiedyś... Uf. Ten numer zadziałał i od razu ktoś odebrał. Wyłuszczyłam zatem, z czym dzwonię i pani powiedziała, że mogę wbić do nich w piątek rano. Nawet bez bejsbola i dresu.

Odetchnęłam z ulgą, że choć ten krok udało mi się postawić w końcu.

W miedzyczasie robiłam sobie po trochu dekoracje na halloween, żeby sobie i dzieciom, a przy okazji sąsiadom i przypadkowym przechodniom nastrój poprawić. Ilekroć bazgram coś na oknach, przypadkowi przychodnie zawsze się uśmiechają, a czasem nawet wesoło komentrują. Pająk na pajęczynie też, jak zauważyłam, cieszy się sporym powodzeniem.

W tym tygodniu odkryłam, że gdzieś w domu mamy prawdopodbnie czarne dziury, które wsysaja kawałki czasu, moją pamięć i niektóre przedmioty. Coraz częściej bowiem orientuję się, że brakuje mi kawałek pamięci i nie mogę znaleźć kilku przedmiotów codziennego użytku. Weźmy choćby pędzelki i nożyczki. Kiedyś robiłam lampiony ze słoików malując je po prostu farbami akrylowymi. Po skończonej robocie, poszłam do kuchni, by po raz ostatni umyć pędzelki i gąbeczkę, którymi malowałam. Pamiętam, że umyłam je pod kranem dokładnie, a potem osuszyłam ręcznikiem papierowym. Ostatnią rzecz, jaką pamiętam, to wrzucanie papieru do kosza. Potem jest czarna dziura. Szukałam już tych pędzelków dosłownie wszędzie. Młody nawet zasugerował, bym w lodówce sprawdziła, co też i uczyniłam, ale i w lodówce ich nie było. W łazience też nie, w szafach z garami też ich nie znalazłam. Nie ma ich też w skrzynce z farbami, ani tym bardziej tam, gdzie powinny być, czyli w doniczcze z pędzelkami. No wsysnęło ich do czarnej dziury, bo nigdzie ich nie ma. 

Nożyczek też nie ma ani tam, ani nigdzie indziej, gdzie szukaliśmy, a fantazja nasza jest raczej duża... Chodzi o stare nożyczki, których używałam do cięcia trawy dla świnek. Każdego wieczora, wypuszczamy kury za ogród, by sobie podziobały trawy i poszukały robali na kolację, a w tym czasie ja sprzątam oba kurniki. Kurniki sprząta się tak, jak kocie kuwety, że codziennie tylko kupy łopatką zbierasz, a tylko raz na jakiś czas robisz genelaniejsze porządki wymieniając też trociny. Po pozbieraniu kurzej kupy, wynoszę to za dom na kompost, a przy okazji przynoszę z łączki trawy dla świń. No i jednego dnia wyniosłam kupy, przyniosłam trawy i zgubiłam nożyczki. Przeszukałyśmy z Młodą całą łąkę a nawet kompost, ale nożyczki się nie znalazły. Amba fatima wcięło i ni ma.

To tylko przykłady moich zaników pamięci. Ja wiem, że to wynik stresu i zbyt wielu rzeczy, które muszę teraz na raz ogarnąć i że to się naprawi, gdy wszystko się ustatkuje i życie wróci na swój tor. Nie zmienia to jednak faktu, iż jest to bradzo frustrujące zjawisko, bo człowiek marnuje kupę czasu na szukanie przedmiotów i próby przypomnienia sobie cyklu zdarzeń sprzed kilku godzin lub nawet minut.

W koncu nadszedł piątek i poszłyśmy z Młodą do gminy. Babka obliczyła kilkukrotnie na różne sposoby ową indeksację naszego czynszu i nijak nie udało jej się osiągnąć kwoty 1300€. Bez nowego atestu EPC (energożerność budynku), bo takiego nie otrzymaliśmy jak dotąd, a stary jest już nie ważny, babie wyszło mniej niż tysiąc euro, z ewentualnym nowym EPC (ma sprawdzic w dokumentach gminy, czy właściciele im takowy dostarczyli) wyszło jej niewiele ponad tysiąc. Obie kwoty są dla nas normalne i akceptowalne. Kobieta nie potrafiła wymyśleć, skąd oni wzięli te 300 euro więcej. 

Zaleciła to samo co komputer, czyli by zapłacić teraz tylko starą kwotę, a w międzyczasie do firmy która przysłała podwyżkę w imieniu właścicieli, wysłać poleconym zapytanie skąd wzięli taką kwotę podając obliczenia wykonane przez urzędniczkę. Ma mi to wszystko mejlem przysłać. No bo komputer jej nie działał hahaha. Bo tu powoli wszystko przestaje działać...Powiedziałam, że to nasza wina, bo wszędzie, gdzie się ostatnio zjawiamy, sprzęty i internety nagle przestają działać... Pewnie noszę te czarną dziurę ze sobą haha. Baba się uchachała.

Dalej zasugerowała też wysłanie od nich kontroli stanu mieszkania. Tym razem myślę, że pójdziemy na to. Przynajmniej będziemy dla siebie wiedzieć, na ile prawnie wszystko tutaj jest okej a na ile nie okej. Ale to jeszcze potrwa na pewno więc mamy czas na refleksję, czy aby na pewno warto wrzucać gówno w wentylator, które i nas może opryskać a nawet całkiem pochłonąć...

Pamiętam jeszcze, że właścicielce raz niechcący się wymsknęło, że po kontroli zleconej przez ex-sąsiadkę dostali bardzo dużą karę.... Chyba jednak najwyraźniej za niską albo zwyczajnie nie są zbyt dobrzy w uczeniu się na błędach. 

Przez ten cały cyrk zmarnowałam wizytę u psycholog na pozbywanie się emocji tego tygodnia, bo nie potrafiłam o niczym innym myśleć. Ale nic to, nie płacę dużo za te wizyty, więc i nie szkoda.

Dobra wiadomość tego tygodnia jest taka, że ortodontka powiedziała Młodemu, że jeszcze jedna, max dwie wizyty i ściąga aparat. Złe w tym jest to, że aparat retencyjny kosztuje jeszcze czapkę pieniędzy, ale to będziemy się o to martwić, jak przyślą mejl z kwotą do zapłacenia... Ważne, że Młody będzie miał piękny uśmiech. I znowu muszę pamiętać, by po niedzieli napisać mejl do gabinetu, by usprawiedliwienie przysłali, bo choć wizyta była o 16, to Młody musiał wyjść ze szkoły o 14, gdyż to ponad 40 km od szkoły. Cieszę się, że on sam te wizyty i podróże pomiedzy miastami doskonale ogarnia i choc o ty nie muszę za dużo myśleć.

W piątek z kolei organizowali w szkole wieczor filmowy w ramach akcji Het Warmste Week. W tym roku tej popularnej akcji przyświeca temat  "Een warme thuis voor iedereen", czyli ciepły dom dla wszystkich.

Uczniowie ze szkoły młodego organizują różne aktywności, by zebrać pieniądze, które zostaną przekazane na tę akcję. Młody zgłosił się do grupy organizującej wieczór filmowy, co nie było najlepszym pomysłem, zwłaszcza gdy okazało się potem, że będzie dwie sesje filmowe i ta druga skończy się o 22. Może i fajnie dla miejscowych, ale nie dla ziomala, który dojeżdża do szkoły ponad 30km. Gdyby został do końca, dopiero po 23 byłby w domu. Na szczęście koledzy się zgodzili, by wyszedł wcześniej, więc dotarł do domu już przed dwudziestą. Uf. Lało wtedy jak z cebra, ale wrócił zadowolony, bo wieczór był bardzo fajny a do tego odkrył, że miasto nocą wygląda cudnie i że fajnie się rowerowało po ciemku. Wariat!

wieczorny spacer po lesie

dekoracje halloweenowe po mojemu

Bruksela Północ - dworzec kolejowy (amba zjadła też zegarowi wskażowki, bo często tam wysiadamy)

Bruksela Północna o świcie

wieś wieczorem


25 września 2026

Jako turysta we własnej wsi ;-)

 W poniedziałek Młody popędził do szkoły, a Najstarsza pojechała na staż. Ja ogranęłam to i tamto, jak to zawsze rano bywa, a chwilę później się zorientowałam, że jestem w domu całkiem sama.  Łał. Taka sytuacja bardzo rzadko się tu zdarza ostatnimi czasy.  No dobra, były tu wciąż trzy świnki i dwie papugi, a na zewnątrz nasze  ko-ko-kolorowe stadko-ko-ko, ale to niezwyczajna sytuacja i dziwna tak nagle być jednemu człowiekowi w domu samemu. 

Skurwysyństwo i Wirus Snowflake i Summer


Robiłam NIC. 

Zgarnęłam z półki książkę i poszłam na podwórko czytać. Thriller po niderlandzku: Schemerzone (strefa mroku). Trochę czytałam, trochę patrzyłam na kury, znowu czytałam, coś tam ogarnęłam... 


Przeczytałam większość tej książki, a we wtorek tylko dokończyłam. Arcywciągająca i trzymająca w napięciu od początku do końca była i trudno się było oderwać, zatem świetnie się złożyło, że nic innego nie potrzebowałam robić. 

W planach miałam jeszcze spacer, ale po niedzielnym jakoś nie chciało mi się łazić. Z jakiegoś powodu zmęczyło mnie to niedzielne niecałe  6 km (plus 10 rowerem), a maszerowałyśmy u siebie w gminie, bo w końcu udało nam się pójść zobaczyć te drewniane ścieżki, co zrobili na wsi... a przy okazji odkryłyśmy, że teraz koło kościoła jest ciekawa kawiarnia, gdzie mają lody i naleśniki... i MYŚMY W NIEJ JESZCZE NIE BYLI!!! Skandal! :-)

kościół w Merchtem

Jednak to na inny raz zostawiłyśmy. Jak w planach był marsz to marsz, a nie obżeranie się lodami. Poza tym nie miałymy hajsu...

A z tym to w ogóle jaja były...

Młody nie wyraził ochoty na maszerowanie, bo on woli rowerowanie niż marsz, poza tym on zna tamtą okolicę, bo tam już kręcił, ale stwierdził, że chciałby zjeść nudle i czy mogłybyśmy mu kupić będąc "na wsi". Ja nie miałam już hajsu na koncie po zapłaceniu czynszu, ale mi się przypomniało, że wciąż mam gotówkę na ziemniaki, których nie kupiłam, bo farmera nie było w domu już dwa razy, a trzeci mi się nie chciało iść... Dałam mu izatem  ten orzekł, że w takim razie jedzie z nami do wsi... 

Gdy tak kręciliśmy, Najstarsza zapytała brata, czy by nie kupił przy okazji sałaty, o której zapomniała podczas ostatnich zakupów, skoro już będzie w tym sklepie... A wtedy ja pomyślałam głośno, że Młody mógłby też w sumie na spaghetti kupić, co to se dzień wcześniej wymyśliłyśmy, ale nikomu się nie chciało iść do sklepu, no ale ta gotówka starczy może i na marchew, ale raczej nie starczy na mięso i niemięso, bo to nie są tanie rzeczy. No to mówię, że może pójdziemy razem do sklepu, kupimy co potrzeba, ona zapłaci, a Młody zabierze to do domu, bo nie będziemy przecież zostawiać zakupów w rowerze, zwłaszcza mięsa. 

Ta na to, że spoko, ale nie ma ze sobą karty bankowej... Młody też nie miał swojej karty. Aaaaa!

Nie wiedzieliśmy, czy w tym sklepie można płacić telefonem, bo nikt nigdy nie płacił, więc wymyśliliśmy,  ciągle jadąc obok siebie rowerami przez pola, że Najstarsza przeleje mi na konto z 5 dych, a ja dam swoją kartę Młodemu. No ale źle kliknęła zlecenie i pieniędza nie poszły od razu. HA HA HA!

No to w końcu poszłam z Młodym i zapłaciłam swoją kartą kredytową i uzbierał się mu pełny plecak tych nagle w niedzielę wieczorem potrzebnych rzeczy. Tyle że Buldaków nie było, bo jakąś promkę dali i lud wykupił wszystkie. Dosłownie pusta półka była. Te ludzie to so!

 A co ludziów w tym sklepie, to ło matulu! To jedyny sklep w okolicy czynny w niedzielę po południu. Widać, słychać i czuć. Armagedon. 

Pod sklepem się pożegnałyśmy z Młodym i pokręciłyśmy do centrum, gdzie uwiązałyśmy rowery, by dalej maszerować spokojnie.

Trasę zaczęłyśmy z centrum koło tego kościoła ze zdjęcia powyżej. Dalej poszłyśmy w kierunku krowy Charlotte, bo tam zaczyna się ścieżka...

Jakiej zwowu krowy? No fejkowej, poliestrowej krowy o imieniu Charlotte. To krowa postawiona bodajże w 2010 roku na skrzyżowaniu obok którego kiedyś mieściła się wielka mleczarnia Lactovita (teraz są tam dwa duże markety), w której pracowało wielu mieszkańców Merchtem. Tę sympatyczną krówkę władze postawiły jako hołd dla pracowników tejże mleczarni, ale też wszystkich lokalnych mleczarzy i krów. Krowa ma też powodować, żeby kierowcy będą zwalniali... No jak ktoś obcy jedzie, to z daleka widząc Charlotte pomyśli, że krowa stoi przy drodze i zapewne zwolni, ale tubylcy przecież wiedzą, że to fejkowa krowa, więc nie wiem, czy to działa, ale krówka jest bardzo sympatyczna. 

ptaszek na skrzynce elektrycznej pod kościołem

muzeum, dawne mieszkanie nauczyciela przy szkole dla chłopców

koń jaki jest każdy widzi

koło młyńskie nieopodal młyna i restauracji De Passerel

krowa Charlotte

Po prawej stronie krowy jest wąska ścieżka, którą pewnie mało kto zauważy, jeśli nie jest tutejszy. Tą ścieżką idzie się właśnie do nowego vlonderpad, czyli drewnianej ścieżki i starego młyna.

Idzie się wzdłuż strumienia Molenbeek, w którym pluska się wesołe ptactwo wodne.


czasem zdarzają się tu pastwiska jakoś uczciwie, estetycznie ogrodzone, a nie mieszaniną starych podkładów kolejowych, wierzb, kawałków drzwi i innych odpadów budowlanych

W końcu doszłyśmy na miejsce. Ścieżka zaiste tam jest :-) Ładna, nowiutka... Sporo ludzików tam było - dorosłych i dzieci oraz psów, bo pewnie każdy wyczytał w lokalnej gazetce, że to tam jest i chciał zobaczyć, a do tego to był chyba dzień bez samochodu... Choć to nie jest święto, które by mnie obchodziło skoro dla mnie każdy dzień w roku jest dniem bez samochodu haha. Chwilę tam się kręciłyśmy, zanim się udało cyknąc parę fotek prawie bez ludzi w kadrze.

Fajnie to ta będzie, jak te drzewinki troszkę podrosną, bo teraz to ta ścieżka tak na łysym polu trochę...

nowiutki vlonderpad i las w rośnięciu


Na zainstalowanej tam tablicy doczytałam przy okazji, że to jest  właśnie to miejsce, skąd tutejsi słynni szczudlarze się wzięli. Przypomnę tutaj, że my tu mamy Królewskich Szczudlarzy w gminie. 

szczudlarze z Merchtem
Skąd się to wzięło? Ano legenda głosi, że dawno, dawno temu, gdzieś jeszcze w średniowieczu, kiedy jeszcze nie było nigdzie aslatowych dróg i sporo terenów było zwykłą albo i podmokłą łąką, tudzież lasem, a ludzie wszędzie na nogach chodzili lub ewentualnie konno, w naszej gminie było takie miejsce, które po wylaniu strumyka, bywało odcięte od świata. Wtedy to ludkowie wystrugali se ponoć takie właśnie długie szczudła i za ich pomocą przedostawali się do centrum brodząc w wodzie na długich patykach niczym czaple. 

W 1945 roku zawiązało się oficjalne stowrzyszenie szczudlarzy. Wtedy to grupa szczudlarzy przyodzianych w specjalne stroje w kolorach belgijskiej flagi wzięła udział w paradzie z okazji wyzwolenia i zakończenia wojny.

I to stowarzyszenie działa do dziś. Jego członkami są ludzie w wieku każdym. Mają też swoich muzyków grających na różnych instrumentach. Niektóre szczudła są zwyczajne, niskie, ale z wysokości innych mogą oni spokojnie do okien na pierwszym piętrze zajrzeć, a na szczudła wchodzą po drabinach, które nota bene zawsze ze sobą noszą podczas parad.

 Parady i pokazy naszych szczudlarzy urozmaicają wiele imprez nie tylko u nas na wsi, ale i w całej Belgii oraz na świecie. 

No i ta drewniana ścieżka powstała teraz właśnie na tym terenie, który kiedyś dawno temu  był zalewany i który to teren przed wiekami pokonywać trzeba było po każdym większym deszczu na szczudłach. Nasza gmina ogólnie położona jest na terenie dawnych bagien, o czym zdaje się, już kiedyś byłam wspomniałam, ale dziś większość terenu jest osuszona i wszędzie wylano asfalty, betony, etc. Niemnej jednak jest tu jeszcze sporo podmokłych łąk i tam, gdzie leży ta nowa ścieżka drewniana i gdzie nie dawno zasadzono też lasek z drzew lubiących mokry teren, czyli wierzb, topoli i olszy, znajduje się właśnie teren podmokły. Płynie tam też głęboki strumyk Molenbeek (oraz kilka mniejszych). Molenbeek znaczy "strumyk młynów", bo przy nim dawniej na całej długości znajdowało się wiele młynów wodnych. Mnóstwo z nich przetrwało do dziś jako monument. Niektóre są przerobione na mieszkania. 

Tam też jest taki młyn i dziś znajduje się w nim B&B, więc jakbyście kiedyś do Merchtem się chcieli wybrać, to bukujcie nocleg w Langeveldemolen ;) W innym, bliżej kościoła z kolei znajduje się klimatyczna restauracja De Passerel, gdzie siedzi się w środku pomiędzy wielkimi młyńskimi trybami i kamieniami, ana zewnątrz nad stawem i szumiącym strumykiem.

"vlonderpad" w Merchtem, a na horyzoncie dawny browar

napawam się ciszą

w tle kościół, spad którego wyruszyłyśmy

jakaś opuszczona farma

opuszczona farma



święty Antek?

palmy w ogrodach to we Flandrii widok popularny

...tak samo jak dziwaczne domy

dom, przed którym się zastanawiasz, co autor miał na myśli


mostek

żywa krowa

kapliczja przydomowa

Tabliczka, którą też chcę mieć choć nie wiem, czemu ta jest po niemiecku

dom, który lata temu ktoś zaczął remontować, ale się najwyraźniej rozmyślił

drzewa też mają tutaj własne skrzynki na listy ;-)

młyn Langevelde

jeszcze raz młyn

i jeszcze raz... tu było kiedyś koło z łopatkami...

ścieżka od młyna, o której istnieniu mało kto wie,
bo po drugiej stronie strumyka jest druga, szersza ale brzydsza


strumyk Molenbeek

słup wysokiego napięcia od dupy strony

ścieżka asfaltowa wzdłuż Molenbeek, a po prawej jeszcze raz vlonderpad i nowo zasadzony lasek

ścieżka i przyszły las

ten zielony mosteczek nie ugina sie

kwa kwa kwa...kwa 


wróciłyśmy pod kościół, a słońce zbierało się powoli spać

Gdy dochodziłyśmy do naszych rowerów, Córka zapytała, czy będziemy robić to spaghetti po powrocie, bo jest strasznie głodna. Czemu nie... Zrobiłyśmy 3 wersje - dla każdego z nas inną: dla córki zwyczajne, dla Młodego prawie to samo, tylko że całkiem inne, czyli w wersji dla autystyka: sos zblendowany, by miał jednolitą konsystencję i nie zawierał żadnych farfocli i makaron penne zamiast spaghetti, a dla mnie makaron spaghetti, ale sos z wegański. U nas gotowanie to wyższy poziom wtajemniczenia. Dla siebie tyle sosu zrobiłam, że jeszcze przez kolejne dwa dni robiłam burito. Najedliśmy się na noc jak bąki.

W tym tygodniu pozjeżdżali się światowcy z zagramanicy. Młoda przeleciała z Alicante do Amsterdamu z chłopakami, a dalej pociągami do domu, bo taniej tak jej wyszło, niż lecieć bezpośrednio do Brukseli. 

Małżonek przyjechał z Polszy autobusem, bo auto dał tam do naprawy, gdyż coś się zesrało, a poza tym autem drożej wychodzi podróż niż autobusem no i o wiele bardziej jest wyczerpująca, a przyjechać musiał pilnie, bo dostał zaproszenie na kontrolę z funduszu zdrowia i właśnie dziś tam byliśmy. Baba zadła sto pytań o wszystko i powiedziała, że następnej kontroli powinien się spodziewać znowu gdzieś za 2 miesiące, bo tak to jest tutaj z dłuższym chorobowym, że pseudomedycy od chujwieczego co chwilę muszą sprawdzać, czy twój lekarz specjalista to aby na pewno zna się na leczeniu i  czy na pewno pacjent na prawdę jest chory i czy rzeczywiście nie jest w stanie pójść do pracy. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że teraz wypowiedzenie z przyczyn niezależnych medycznych można złożyć/otrzymać już po pół roku, a nie po 9 miesiącach jak jeszcze było w moim przypadku... Nie, żeby to miało w tej chwili jakiekolwiek znaczenie, ale po prostu zanotowuję sobie tę informację.

Zdążył jednak już w międzyczasie trochę się porozglądać i po polskim rynku pracy, i po rynku nieruchomości. Teraz więc siedzi i myśli, rozważa, kombinuje, oblicza, czyta internet, pyta, mejluje, dzwoni...  

Decyzja o reemigracji to nie jest ani łatwa, ani przyjemna decyzja. Zwłaszcza w takich okolicznościach. A ewentualne wprowadzenie jej w życie to ogromne wyzwanie. Tak czy owak powoli się do tej zmiany przygotowujemy wszyscy, choć sam zainteresowany, wiadomo, najbardziej.

Dla nas, czyli Reszty z Piątki to jednak też nie jest nic. Szczególnie w kwestii finansowej. Jeśli Małżonek wyemigruje, to odpadnie nam najwyższy dochód, a to jakby robi różnicę. Mojego zasiłku nie starcza bowiem nawet na bazowe opłaty. Dopóki jednak wszystkie trzy bedziemy mieć zasiłki albo jakąś pracę, to będzie git. Gorzej jak na tym polu coś się posypie... No ale to wtedy będziemy się martwić...

Rozważałam już opcję powrotu mimo wszystko do sprzątania, ale sprawdziwszy potencjalne zarobki pomnożone przez moje aktualne predyspozycje, to zwyczajnie mi się nie opyli finansowo, a jeszcze ryzykowałabym spore problemy. Mam zakaz wykonywania ciężkiej pracy fizycznej (sprzątania) z funduszu zdrowia, więc jakby się znowu nie udało z tym i znowu mnie wykotłowało, to znalazłabym się dopiero w czarnej dupie, bo nikt by mi wtedy raczej już zasiłku nie dał. Zatem lepiej siedzieć w domu, dopóki chcą płacić. Dopiero jak przestaną,  mogę zaryzykować z kolejnym podejściem do pracy.

Młoda na razie nie jest w stanie pójśc do pracy. Nie długo się dowiemy, czy przedłużą jej orzeczenie niepełnosprawności, bo właśnie po pół roku niecierpliwego i stresującego oczekiwania przyszło wezwanie na kontrolę do znachorologa od niepełnosprawności... Będzie gdzieś tam w październiku.

Najstarsza z kolei ma ten sam problem co ja a na pewno podobny - chce bardzo, ale nikt jej nie chce zatrudnić, bo jest np "za wolna", więc na razie robi ten darmowy staż i kiedyś zobaczymy, co i czy w ogóle coś z tego wyniknie.

Młody już nie może się doczekać skończenia 15 lat, by pójść na jakiś studentjob, ale póki co to dla niego najważniejsze jest, by szkołę ukończył z dyplomem, a to jeszcze chwilę potrwa... Ostatnio wymyślił, że chciałby bardzo na śmieciarce jeździć, bo on nie czuje za bardzo zapachów albo czuje je inaczej niż normalsi, więc by mu to nie przeszkadzało, a uważa że to musi być zajebiście fajna robota. Niestety to jest robota dla trochę starszych studenciaków. Dla 15-latków nie ma tak dużo opcji, szczególnie na zadupiach, ale może w mieście coś znajdzie. Ja mu proponuję świetlicę dla dzieci albo żłobek, bo to jego kierunek i może by mu się do czegoś to kiedyś przydało. Ale mamy jeszcze czas, by szukać, bo to dopiero na wielkanocnce ferie by się pewnie łapał...

Co do ewentualnego wyjazdu taty to on już się cieszy na to, że będzie mógł do Niego latać samolotem haha. Co nie znaczy oczywiście, że taka zmiana będzie dla niego jakaś fajna... albo może właśnie będzie? On jest wszak epickim chłopakiem a nie jakimś tam przeciętnym i typowym nastolatkiem, więc trudno zgadnąć jak będzie się z takim faktem czuł. Na razie - jak mówi - nie myślał jeszcze o tym za specjalnie. Dziś to też w sumie tego typu rozstania rodziców nie są tak trudne (subiektywna autystyczna opinia) jak drzewiej. Dziś po pierwsze mamy internet i telefony przy dupach, a w nich esemesy, wysyłanie zdjęć i wideorozmowy, a dalej są też samoloty i inne pojazdy, które w try miga przenoszą nas na inną część globu i to za niewielką cenę. Młoda ostatnio obleciała Polskę za 30€ w te i nazad, czyli groszowe sprawy. No, stamtąd ponoć nie mogą gówniaki same latać, ale i z Zaventem da się tanio oblecieć do Polszy, jak się wczas poszuka biletu. Po drugie kwestia znormalizowania faktu, że rodzice mogą mieszkać osobno w różnych miejscach. Przynajmniej tutaj w Belgii jest to normalne i zwyczajne, bo jak tam w PL jest to postrzegane dziś to nie mam pojęcia, ale też co mnie to obchodzi... Młody ma sporo kolegów, którzy mają po dwa domy i to jest normalna sprawa. Ba, z tego co Młoda kiedyś wspominała, ona wręcz zazdrościła kolegom czasem takiego stanu rzeczy, bo posiadanie dwóch domów ma wiele plusów. Zwłaszcza jeśli nie ma konfliktu pomiędzy rodzicami, tak jak jest w naszej sytuacji.

W takich sytuacjach autyzm też jawi się być wyjątkowo przydatną sprawą. My zupełnie inaczej podchodzimy do wielu spraw życiowych niż normalsi. Nam jest w tego typu sytuacjach łatwiej, bo wszystko bierze się przede wszystkim na logikę, ale nie będę tego zwyklakom tłumaczyć, bo i tak nie bardzo pewnie zrozumieją, a normalnym inaczej pewnie tłumaczyć nie trzeba. 

Nie zmienia to faktu, że sytuacja jest dla nas wszystkich nowa i wiele rzeczy to jest takie jeszcze gdybanie i wróżenie z fusów. Przed nami sporo niewiadomych i sporo niespodzianek. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak wszystko się potoczy i co z tego ostatecznie wyniknie ani tym bardziej, jakie będą dalsze tego wszystkiego konsekwencje. Jedno jest tylko pewne: łatwo nie będzie. Ale co, my nie damy rady? MY...?!

Tymczasem sezon pająków w pełni. Ten chłopak czekał całą środę na tych rurach koło nowego internetu na jakąś fajną dupę, ale nie dowiedzieliśmy się, czy się doczekał, bo poszliśmy spać, a rano już go nie było. Nie chcę wiedzieć, gdzie on poszedł, ale niech tam sobie żyje gdzieś za szafą. To pożyteczne i spokojne stworzenia. Niech sobie mieszkają z nami, byle umiar znały i nie wpuszczały żadnych nielegalnych pająków do naszego domu, bo nasza tolerancja pająkowa ma swoje granice. 



A pogoda u nas ciągle wyśmienita, ale trochę irytująca. Za dnia temperatura sięga czasem 30 stopni, ale noce są zimne jak fiks. Nawet poniżej 10 stopni. Do tego rano czasem jest mgła, co bardzi jest irytujące =, gdy przemieszczasz się rowerem i pociągami, bo rano ubierasz się jak na Syberię, a potem to dźwigasz wszystko ze sobą i pot ci się ciurem po dupie leje...
Przyroda nadrabia kwiatkowanie za lato, bo przez suszę w tym roku liczba kwiatów kwitnących była raczej znikoma. To foletowe koło domu, co w Polsce myśmy dawniej Zośką zwali, kwitnie teraz jak głupie, a cały rok leżało zdechłe mimo codziennego podlewania.


Sunny Kura ma się lepiej, choc wciaż nie całkiem dobrze. Czasem trzeba jej pomóc wyjsć z kurnika, bo chyba się boi albo jej się w głowie kręci. Nie raz stoi na progu kurnika i drze przeraźliwie dzioba, aż pójdę i ją wysadzę. Potem nie mogę się nawet na nią patrzeć. Nie lubi mnie. Zawsze była dzika, ale teraz jest bardziej. Balbinka i Wanda - śliskie adoptowane kurozaury natomiast chodzą za mną krok w krok, jak tylko mogą. Jak sprzątam kurnik, Balbinka zawsze mi towarzyszy i coś gada po kurzemu do mnie. Wanda ostatnio wyłudzała ode mnie płatki kukurydziane, które jadłam na leżaku pod brzozą. Dałam jej spróbować, bo stała i wydawła ciche pytajace dźwięki i jej posmakowały, więc zaczęła na mnie ciurczeć, bym dawała więcej. Ciurczała głośniej i głosniej, jak nie dawałam jej wystarczajco szybko kolejnych kułeczek owocowych. One są takie zabawne czasem! Uwielbiam nasze kury!