Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komitet rodzicielski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komitet rodzicielski. Pokaż wszystkie posty

30 października 2021

Impreza halloweenowa w szkole, rozmowa o pracę i inne zdarzenia ostatnich dni

 Miniony tydzień był wielce ekscytujący i bogaty w wydarzenia. 

Staż Najstarszej (18). 

W poniedziałek zadzwoniła kobieta pomagająca Najstarszej w szkole… Nigdy nie wiem, jak ją tu nazywać mam, bo nie ma na to polskiego odpowiednika chyba…

Jest taka sieć instytucji  „Ondersteuningsnetwerk” wspierających uczniów ze specjalnymi potrzebami, czyli np autystycznych, którzy zgodnie z tzw Dekretem M mogą uczyć się w normalnych szkołach zamiast w specjalnych i gdzie dana szkoła musi im zapewnić jak najlepsze warunki do rozwoju i nauki, w czym wspierana jest przez CLB i różne inne instytucje, w tym właśnie Ondersteuningsnetwerk. I tak nasza Najstarsza ma wyznaczonego asystenta, pomocnika, „wspieracza” z tej sieci, która to osoba czasem przychodzi na lekcje, by w tym czy tamtym pomóc, to czy tamto Najstarszej lepiej wytłumaczyć oraz by nauczycielom, mentorowi, dyrektorowi, coachowi uczniowskiemu wytłumaczyć, czego Najstarsza potrzebuje, czego robić nie może, jak można jej pomóc itd itp. Do niej może się też ze wszystkim zwracać Najstarsza oraz mentor czy dyrektor, a także poradnia CLB. 

No i teraz ta asystentka zajmuje się wprowadzeniem Najstarszej na staż. W poniedziałek zadzwoniła, by zapytać o numer buta, jaki córka nosi, bo w miejscu stażu obowiązuje obuwie robocze i będą z Najstarszą próbować odpowiednie buty kupić. Przy okazji opowiedziała o pierwszej wizycie u tapicera. Szef okazał się być sympatyczną i przyjazną osobą wyrozumiałą dla ludzi, którzy są w jakiś sposób inni. Przy czym autyzm nie jest dla niego przeszkodą w przyjęciu ucznia na staż. Więcej, pochwalił się, że aktualnie firma zatrudnia dwóch pracowników ze spektrum autyzmu i nie widzą w tym żadnego problemu. Powiedział też, że jeśli Najstarszej się spodoba u nich i będzie się dobrze sprawować, to niewykluczone, że będzie mogła zostać po zakończeniu stażu i szkoły do pracy. Jednym słowem kobieta była wielce zadowolona z tej wizyty i z tej małej rodzinnej firmy. 

Zatem i my się cieszymy i bardzo pozytywnie jesteśmy do tego stażu nastawieni. Pomyśleć tylko, że jeszcze nie dawno trzęsłam portkami i wielce się martwiłam, co to będzie z tym stażem. Najgorsza jest bowiem niewiedza i brak pewności oraz jakichkolwiek perspektyw czy pomysłów odnośnie przyszłości, a już w szczególności przyszłości własnych dzieci, dla których każdy w miarę normalny rodzic chce przecież  jak najlepiej. A gdy to dziecko jest inne niż przeciętny jego rówieśnik, gdy jest w taki czy inny sposób niepełnosprawne, to ten brak pomysłów i perspektyw jest tym bardziej przerażający. 

Dlatego też pomoc, zrozumienie i wsparcie ze strony szkoły i wszelakich innych instytucji oraz osób jest tutaj nieocenione.

Pierwsza rozmowa kwalifikacyjna Młodej (16)

Kilka dni temu siedziałam sobie wieczorem zmęczona na kanapie skrolując  bezrefleksyjnie Instagram, tu i ówdzie klikając przy tym serduszko, gdy jakiś obrazek lub wpis mnie zauroczył. 

Nagle widzę post pobliskiego sklepu prezentowego, w którym informują, że szukają jelenia, znaczy elfa dla Świętego Mikołaja do pomocy. Zaciekawiona nietypowym obrazkiem zaczynam czytać i miarkuję, że chodzi o pracę tymczasową w sklepie przy pakowaniu zamówień mikołajkowo-bożonarodzeniowych z firm. Wołam bez namysłu do Młodej, że jelenia, znaczy renifera szukają do roboty i że może by spróbowała. Ta się uśmiała i kazała se przysłać post. Chwilę później mówi, że wysłała mejlem list motywacyjny, bo co jej szkodzi, przecież i tak nigdy nikt nie odpowiada na jej zgłoszenia. Znowu się uchachałyśmy.  Dzień później przylata ucieszona, że zaprosili ją na rozmowę. No to zdziwko mnie szarpnęło, nie ma co. 

Tak oto nasza szesnastolatka zaliczyła pierwszą rozmowę kwalifikacyjną. Jest bardzo z tego zadowolona, bo to nowe ciekawe doświadczenie. Pierwsze koty za płoty. Teraz już wie, jak to się odbywa, o co pytają i w ogóle. Nie zależało jej jakoś specjalnie na tej pracy, bo przecież tego nie planowała, ot taki nagły impuls, czysty przypadek, że w ogóle trafiłam na to ogłoszenie i że ona dla beki wysłała zgłoszenie. Poza tym ma dopiero 16 lat i zero doświadczenia więc nawet nie ma się co spodziewać, że ją zatrudnią, choć nadzieję zawsze warto mieć a i pomarzyć dobrze. Poza nią, jak powiedzieli, było jeszcze dwóch kandydatów i pewnie któryś z nich dostał tę robotę, bo do Młodej do dziś nikt nie napisał ani nie zadzwonił w tej sprawie. No, jeszcze jest szansa, że tamten się w pierwszym dniu nie sprawdzi i wtedy kolejny dostanie swoje pięć minut. Tak bowiem mówiono na rozmowie.

Nie zmienia to faktu, że zarówno Młoda jak i ja cieszymy się, że przynajmniej zareagowali na jej zgłoszenie i że na tę pierwszą w życiu rozmowę kwalifikacyjną ją zaprosili. Bowiem po wysłaniu kilku CV do różnych firm (głównie o studentjob) bez żadnej reakcji z ich strony, choćby „sorry, już kogoś zatrudniliśmy”, człowiek zaczyna być zdołowany i czuje się lekceważony. 

Miłoteż odkryć nagle, że social media czasem też do czegoś pożytecznego się przydają. 

Póki co Młoda znowu opiekuje się zwierzętami znajomych, którzy wyjechali na ferie więc parę centów znów sobie zarobi na chipsy i takie tam.

Halloween w szkole podstawowej. 

Muszę się przyznać, że pomyliłam się co do organizacji wieczoru halloweenowego w naszej podstawówce i do możliwości naszego Komitetu Rodzicielskiego. Przewracałam bowiem tu na blogu oczami i kręciłam nosem na ostatni pomysł. Dziś odszczekuję, co powiedziałam hau! hau! To wcale nie był głupi pomysł. To był kozacki pomysł, a realizacja jeszcze bardziej kozacka.

Co prawda pierwszego pomysłu dotyczącego marszu halloweenowego ostatecznie zaniechano i zorganizowano po prostu zwyczajne halloween party pod gołym niebem, ale efekt w każdym razie zwalił mnie z nóg. Zresztą chyba nie tylko mnie, ale wszystkich z inicjatorami zdarzenia włącznie.

Proszę Państwa to był szok w trampkach, co się działo. Ale może po kolei.

W środę wieczorem od 19.30 każdy kto mógł, stawił się do misji przygotowawczej. Było kilkanaście osób - Komitet plus nauczyciele. Przygotowywaliśmy kramy do sprzedaży posiłków, oświetlenie, nagłośnienie, dekoracje i wszystko inne, co da się i co trzeba zrobić dzień przed. W Komitecie - jak się okazuje - mamy kilku bardzo kreatywnych ludzi, którzy wykombinowali takie rzeczy, że głowa mała. Świecące nietoperze ze światełek choinkowych i rolek po srajtaśmie, glutolampy ze słoików, rajstop i świeczek na baterie, grób ze styropianu pomalowanego sprayem i cegieł na szybko wygrzebanych ze szkolnej piwnicy (przedszkolanka zobaczywszy te kamienie na taczkach pytała udając zatroskanie, czy to przypadkiem nie te, co się w szkolnym chodniku obluzowały). Te wszystkie śmieci i rupieci podrasowane oświetleniem i projekcjami z użyciem szkolnych laptopów i projektorów robiły niesamowite i magiczne wrażenie. 

Będąc tam z tymi ludźmi po raz kolejny mogłam obserwować, że Flamandowie na prawdę potrafią się bawić, także podczas przygotowań. Z tej okazji nawet największe sztywniaki i ważniaki chowają kije z dupy do szafy. W komitecie mamy (lub mieliśmy) nauczycieli z innych szkół, pielęgniarki, policjantów, adwokatów, bankierów, zamożnych buissnesmanów, uchodźców z Syrii, farmerów, czy taką mnie z Polski, słowem ludzi najróżniejszych specjalności i różnym wieku, o różnym statusie społecznym, płci obojga. Wszystkich łączy jedno - chcą coś robić dla szkoły, dla dzieci, dla drugiego człowieka no i potrafią się świetnie przy tym bawić.

Opowiadając o tej imprezie trzeba koniecznie wspomnieć, że los nam sprzyjał, bo po pierwsze pogoda była doskonała jak na koniec października w Belgii. 100% słońca, zero deszczu, a przy tym 10 stopni ciepła wieczorem. Po drugie nie zakazano nagle imprez, choć właśnie zaczęto wprowadzać po raz kolejny obostrzenia koronawirusowe. Dwa dni przed imprezą dyrektorka ogłosiła, że całość imprezy musi być na zewnątrz (dyskoteka miała być wstępnie na sali) i że covidsafe (paszport covidowy) obowiązkowy przy wejściu na imprezę. Śmiech nawet był, bo po skończonych przygotowaniach, już gdzieś blisko północy wszyscy stoją w kółeczku czekając aż ostatnie lampy z dekoracji zostaną wyłączone i ktoś mówi „kurde, dobrze że jeszcze nam się udało z tą imprezą, zanim znowu zakażą wszystkiego…”, na co wszyscy potakują. A tu drugi „ale czekajcie, jeszcze nie ma jutra…” ZAMKNIJ SIĘ! SPADAJ! Ee WEŹ… 

I tu zaczęto rozkminiać, co by było, gdyby „jutro” ogłosili zakaz zgromadzeń i całe przygotowania poszły by się gonić, ech. W emocjonujących czasach żyjemy.

Jutro jednak nie przyniosło niemiłych niespodzianek. Młody poszedł do szkoły przebrany, bo taki był pomysł, żeby już od rana budować atmosferę. Tam zaraz na dzień dobry napisali test z przyrody i zabrali się za dopracowywanie dekoracji i inne takie tam, czyli własny ich uczniowski wkład w tę zabawę. Ze szkoły wrócił normalnie o 15.30, by wrzucić coś na ruszt i chwilę odsapnąć. O 17.30 już staliśmy z powrotem pod szkołą, gdzie w bramie pani dyrektor przebrana i wymalowana tak, że z pierwa jej nawet nie rozpoznałam, skanowała kody z covidsafe. 

Ja wypożyczyłam na tę okazję legginsy i bluzę ze szkieletem od Młodej. Młody założył okrwawiony farbą strój więźnia kupiony w kringwinkel za 1 euro. 

Wszystkie dzieci, wszyscy nauczyciele i wszyscy członkowie Komitetu Rodzicielskiego byli wymalowani i/lub przebrani. Sporo innych dorosłych też przyszło przebranych i to czasem tak, że nie szło ich rozpoznać. Fantastycznie! Ludzie tu potrafią się bawić.

Najbardziej jednak wszystkich zszokowała frekwencja. Nawet napisałam sms do Małżonka, że chyba cała prowincja zjechała się na nasze epickie halloween, bo takie były tłumy na szkolnym podwórzu. Wszystkiego było wielkie ilości nakupione, iż zdawało się, że na następną imprezę sporo zostanie a mięso, że trzeba będzie znowu pobrać do domu, by się nie zmarnowało, a tymczasem chipsów zabrakło już gdzieś po godzinie (chyba ktoś jeździł do sklepu). Kolejki do budek z jedzeniem i piciem były kilometrowe. Impreza zakończyła się pustkami w lodówce. Nie wiem jeszcze, jaki jest dochód, ale raczej niezły. Na podwórku z przodu szkoły były budki i stoliki. Tu bawili się  rodzice, dziadkowie i reszta dorosłych. Zażerali dyniową zupę, hamburgery i hot dogi oraz popijali napoje gazowane, kawę, piwo, wino musujące… Na drugim podwórku była dyskoteka, gdzie tańczyła młodzież pod okiem kilku nauczycieli i rodziców. No, rodzice i nauczyciele też od czasu do czasu sobie poskakali, jakże by inaczej. Na przedszkolnym placu zabaw też wrzało jak w ulu. Dziatwa wszak nie co dzień ma okazję bawić się na placu zabaw po ciemku. W szkolnej jadalni było też spokojne i przytulne stanowisko, gdzie maluszki mogły zamówić sobie u pani przedszkolanki brokatowy tatuaż albo obejrzeć film halloweenowy na dużym ekranie. Coco, Hotel Transylwania… Filmy, nawiasem mówiąc,  to i starszaków wielu przyciągnęły.

Wieczór halloweenowy uważam zatem za bardziej niż udany. Super hiper mega cool. Ludzie rozeszli się po 22giej, jak było ogłoszone na plakatach.

Podoba mi się system płatniczy naszych imprez (raczej popularny ale wspominam - możliwe że po raz kolejny - jako świetne rozwiązanie). Drukuje się karty z 10 kuponami po 1€. Razem 10€. Każdy, kto chce, kupuje sobie kartę lub karty (jak nie chce, nie potrzebuje za 10€, bo np tylko jeden napój chce kupić, to podaje kwotę a kasjer skreśla odpowiednią ilość kuponów). Za wszystko na imprezie płaci się tymi kuponami, a w stoiskach skreślają liczbę wykorzystanych kuponów. Jak cola kosztuje przykładowo 2€ to skreśla się 2 kupony. To świetny system. Można szybko obsługiwać ludzi bez użerania się z forsą. Niewykorzystane kupony to po prostu czysty zysk dla Komitetu, taka cegiełka.

Młody wbija na imprezę

po prawej „glutolampy” z rajstop na przedszkolnym placu zabaw

dyskoteka halloweenowa

obraz z projektora na ścianie jednego ze szkolnych budynków


tłumy przy piciu, jedzeniu i gawędzeniu

pobliski kościółek w diabelskim świetle

po prawej kasa, gdzie można było kupić karty z kuponami


Chórek dziecięcy i zabawa muzyką. Nowe odkrycie Młodego.

Jakiś czas temu Młody wytargał z tornistra jakiś kolorowy papier i mówi, że on chce na to iść. Popatrzyłam na tę kartkę i otworzyłam oczy ze zdumienia. „Muziek plastiek” (muzyka plastyka)?

Tak, on chce śpiewać i próbować grać na różnych instrumentach, bo ta pani co była w szkole, opowiadała że to właśnie tam robią i że każdy może przyjść. 

Wczoraj już Młody miał ferie, bo była konferencja nauczycieli, ale wieczorem kazał się zawieźć do tego kółka muzycznego, które jest całkowicie darmowe, prowadzone przez wolontariuszy z tutejszej grupy muzycznej, którzy nota bene też w ten dzień mają swoje próby tylko oni na dole, a dzieci na górze w „sali parafialnej” (byłej, ale nazwa została). 

Wrócił zachwycony. Okazało się, że nasza sąsiadka, trochę od Młodego młodsza też była po raz pierwszy i jeszcze jego koleżanka (była dziewczyna ;-)) z poprzedniej klasy, która od razu go uściskała serdecznie na przywitanie. Oprócz tego kilka dzieci z innych szkół, w tym jakiś jeden, co też klasę przeskoczył, jak nasz Młody. Śpiewali mikołajkowe piosenki. Jedną po niderlandzku, drugą po angielsku i na czymś tam grali. Rewelacja. Jeszcze jaka radocha, bo zdjęcia robili i on teraz będzie w lokalnej gazecie… Celebryta się kurde znalazł. 

Teraz mamy ferie. Przeto kolejny tydzień będzie być może spokojniejszy… Może.







26 września 2021

Komitet Rodzicielski w Belgii.


 Komitet Rodzicielski, czy jak tam kto woli Rada Rodziców.

W tym tygodniu byłam na zebraniu Komitetu Rodzicielskiego i tak sobie pomyślałam, że napiszę, jak to tu wygląda i dlaczego warto zapisać się do Komitetu w szkole swojego dziecka.

Moje nastocórki edukację rozpoczęły jeszcze w Polsce. Chodziły tam do dwóch szkół - malutkiej na wiosce i dosyć dużej w małym mieście. Ja w obu szkołach należałam do Rady Rodziców. Tutaj jestem w Komitecie coś z 5 lat, z tym że ostatnie 2 lata się nie liczą, bo miałam inne rzeczy na głowie a poza tym przez koronę niezbyt wiele się działo.

Tak czy owak mam już jakieś pojęcie o tej kwestii i jakieś porównanie pomiędzy PL a BE i dziś trochę się na ten temat powymądrzam.

We Flandrii ciut inaczej to wygląda, niż w Polsce. Różnice są przede wszystkim w organizacji. W PL były (za moich czasów) tzw  Trójki Klasowe obowiązkowe dla każdej klasy i z tych trójek składała się Rada. Tutaj nie ma trójek, nikt nie jest w żaden sposób zmuszany do należenia do Komitetu Rodzicielskiego. Przynależność jest całkowicie dobrowolna. Nie ma też obowiązku, by w Radzie byli rodzice z każdej klasy. Bynajmniej. Teoretycznie jest możliwe, że z jednej klasy będzie 7 rodziców a z drugiej ani jednego.

Dla przykładu podam, że w naszej małej wiejskiej szkółce (trochę ponad 200 uczniów) do Komitetu należało wcześniej około 20 rodziców (teraz po koronie trudno orzec, bo odeszli rodzice dzieci kończących szkołę, a nowych dopiero trzeba nałapać).  Tyle samo mniej więcej rodziców było w szkołach średnich, które mają ponad tysiąc uczniów. Wiadomo w małej wiosce, gdzie wszyscy prawie się znają ze sobą, łatwiej kogoś wkręcić do Komitetu, niż w dużej szkole, do której uczniowie przyjeżdżają z innych miejscowości a rodzice się wzajemnie nie znają. Jak zdobywa się nowych członków? Tak samo jak się sprzedaje kosmetyki z Avonu hehe. Podbijasz po kolei do rodziców nowych uczniów we wrześniu i pytasz: chcesz coś z Avonu? Znaczy chcesz należeć do super fajnej, mega zajebistej rady rodziców? Tak samo jak z avonem, zwykle nikt tak od razu nie chce… Ale czasem da się jakiegoś jelenia złapać hehe. Pisze się też mejle reklamujące do wszystkich rodziców, rozdaje ulotki dzieciom, na każdej imprezie zachwala i zachęca…


Co robi Komitet Rodzicielski we Flandrii?

Tu akurat mniej więcej to samo co w Polsce - pomaga ciału pedagogicznemu ogarnąć szkolny cyrk i próbuje w różny sposób jakoś ufajnić szkołę, by dzieci jak najlepiej się w niej czuły. Pełni też rolę pośrednika pomiędzy resztą rodziców a belframi i dyrekcją. Do Komitetu może każdy rodzic zgłaszać różne pomysły, problemy i td.

Komitet organizuje różne imprezy i pomaga nauczycielom to i owo zorganizować.

Komitet próbuje zebrać jak najwięcej pieniędzy, by zafundować szkole coś ekstra.

I tu mamy kolejną różnicę. U nas nie ma żadnych mniej lub bardziej „nieobowiązkowych” składek… Nie wiem, jak tam teraz w PL, ale drzewiej nie chcieli wydać dziecku świadectwa, gdy miało się „nieobowiązkową” składkę niezapłaconą, a w moim mieście niezapłacenie „nieobowiązkowej” składki było powodem sprzedawania odbierania rodzicom dzieci. 

U nas nie ma stałego haraczu. Komitet musi bardziej się postarać i trochę głową ruszyć oraz przede wszystkim dupę ruszyć, by zdobyć forsę. 

Każda szkoła ma swoje pomysły, jak tego dokonać. Jednym idzie lepiej, innym gorzej. Dla przykładu nasz  Komitet w ciągu ostatnich 10 lat zarobił blisko 100 tys. euro (sam zysk). Jak na małą szkółkę to - moim zdaniem całkiem zacnie.

Jak to się u nas robi?

Ano głównie dwie metody: organizacja imprez i sprzedaż jakiegoś szajsu ;-)

Dwie coroczne dosyć dochodowe tradycyjne imprezy szkolne organizowane przez nasz Komitet to „Wieczór Wina i Sera” oraz zabawa karnawałowa. 

Czym jest Wieczór wina i sera to już sama nazwa mówi. Robi się plakaty, ulotki, zamawia się sery, wino i inne napoje oraz różne inne dodatki. Drukuje się bilety-cegiełki, które każdy może kupić. Każdy rodzic (nie tylko z Komitetu) próbuje zachęcić do przyjścia wszystkich swoich znajomych. Impreza trwa 2 dni (sobota, niedziela). Ludzie się schodzą, kupują bilet (jeśli wcześniej nie kupili) i podchodzą do stołów, gdzie kroją sobie taki czy inny ser, nabierają gorącej zupy cebulowej ugotowanej przez Komitet, kupują napoje i siadają przy stolikach do jedzenia i pogawędek ze spotkanymi tam ziomkami. Jedni wychodzą, kolejni przychodzą. Zwykle sala jest pełna. Zarobek ze sprzedaży biletów i napoi to w jednym roku tysiąc w drugim 2,5 tysiąca euro.

Zabawa karnawałowa to każdy wie jak wygląda. Czasem gra jakaś wiejska kapela, czasem DJ. Zarabia się na napojach, przekąskach i wejściówce. Zysk podobny jak poprzednio. Zależnie od roku, raz jedno raz drugie lepiej wychodzi.

Inne imprezy to np BBQ na szkolnym podwórku w czerwcowy weekend. Jakieś dmuchane zamki, muzyka, lody, frytki, grill, malowanie twarzy itd itp. Zawsze sztuka w tym by jak najtaniej zapłacić ale dużo zarobić. Cena za wszystko musi być oczywiście nieprzesadzona, bo nikt nie zapłaci. No i zwykle próbuje się jakichś sponsorów zdybać, a to piekarnia da ze dwie bułki za darmo, a to dmuchany zamek za połowę ceny. Każdy wie, jak jest, nie ma co tłumaczyć.

W ostatnich latach (przedkoronowych) były też mecze (mistrzostwa) na dużym ekranie w szkole. Ekrany i reszta sprzętu wypożyczono. Ludzie przyszli poprzebierani i wymalowani w belgijskie barwy, szaliki, gadżety… My sprzedawaliśmy kilka gatunków piwa, gin z tonikiem, sangrię, colę, fantę, wodę, lody, chipsy. Belgia grała  wtedy kilka razy. Przyszły tłumy, jakich się nikt nie spodziewał. Zysk coś ze 3tysiące.

Inne metody, jako się rzekło to sprzedaż czegoś. Popularna i już z wieloletnią tradycją jest sprzedaż gofrów, pralinek gdzieś przed wielkanocą. Najpierw zbiera się zamówienia wśród rodziców z zaznaczeniem, że to na Komitet. Zamawia się i sprzedaje to z zyskiem. Niektórzy rodzice zamawiają dla całej rodziny, sąsiadów itd.  I tu czasem tysiąc udaje się wyciągnąć.

W tym roku jest nowy pomysł. Szykujemy się do sprzedaży zestawów cebulek tulipanów, narcyzów itp. Zasada jak przy gofrach.

Kolejny nowy pomysł (moim zdaniem kompletnie nieprzemyślany - inne lokalne organizacje robią to samo w tym samym czasie) to marsz halloweenowy. Marsz to niewłaściwe słowo, ale nie wiem, czy jest jakiś polski odpowiednik „zoektochtu”. To jest taki marsz, który wiedzie określoną trasą i po drodze są zadania do wykonania oraz inne atrakcje. W tym wypadku jest to marsz po ciemku i ze strasznymi atrakcjami. 

Jako się rzekło, co szkoła, to inne pomysły.

Na co Komitet wydaje zarobione pieniądze? 

Przy wydatkach zawsze jest sporo dyskusji na zebraniach. Nauczyciele przedstawiają swoje pomysły i potrzeby. Uczniowie zgłaszają swoje, a Komitet ma jeszcze swoje. Lista potrzeb zwykle jest długa.

Podam zatem kilka przykładów z ostatnich lat. Z drobiazgów Komitet funduje co roku m.in. prezenty mikołajkowe (słodycze), frytki i lody na koniec roku dla wszystkich uczniów. 

Jednorazowe zakupy to np:

- system nagłośnienia na potrzeby radia uczniowskiego,

- stoły piknikowe (latem dzieci jedzą na podwórku), plastikowe stoliki imprezowe

- zabawki i gry podwórkowe wraz z kuframi do ich przechowywania plus namalowanie plansz i innych „terenów” do gier na płytkach,

- iPady dla uczniów (służą głównie przedszkolakom do zabawy) , odtwarzacz dvd;

- zamrażarka, lodówki i plastikowe pudła, wykorzystywane m.in. do przechowywania uczniowskiego  drugiego śniadania (pomysł w związku z ogrzewaniem podłogowym, które szkodzi kanapkom w plecakach)

- pralka i suszarka

To tylko co ciekawsze przykłady, by bardziej obrazowo pokazać jakimi pieniędzmi obraca nasz Komitet Rodzicielski i jak ogólnie sytuacja wygląda. 

Dlaczego warto zapisać się do Komitetu Rodzicielskiego w szkole swojego dziecka?

Ludziom się czasem wydaje, że to nic innego nie trzeba mieć do roboty, by należeć do Komitetu Rodzicielskiego, ale guzik prawda. 

U nas (i w innych szkołach podobnie) Komitet zbiera się raptem kilka razy do roku. Zwykle z 5 razy. Zebrania są wieczorem (u nas o 20godzinie). Nie ma bynajmniej obowiązku chodzenia na każde. Ba, można w ogóle nie chodzić na zebrania, ale dobrze jest o nieobecności informować przed zebraniem, by wszystko było jasne, no i u nas od tego roku trzeba określić swój statut w komitecie - można być głównym członkiem i zawsze być obecnym, zawsze działać członkiem pomocniczym, który tylko od czasu do czasu przy większej okazji się udziela.

 Zasadniczo jednak nikt nie musi udzielać się przy wszystkich okazjach. Każdy przychodzi do pomocy, przyłącza się do działania wtedy, kiedy ma czas, kiedy ma możliwości. Np przy takim zakończeniu szóstej klasy potrzeba dwie-trzy osoby do podawania szampana czy zapewnienia nagłośnienia, ewentualnych dekoracji. Idzie, kto wtedy może. Do rozdzielania i pakowania gofrów też z 4 osoby wystarczy. Najwięcej ludzi potrzeba do dużych imprez, bo to dużo załatwień jest, ale  i tu też każdy orze jak może. Są zwykle w takim Komitecie ludzie, którzy mają jakieś znajomości, jakieś chody albo zwyczajnie ogarniają lepiej rzeczywistość i oni zwykle najwięcej robią. Inni tylko fizycznie przy imprezach się udzielają. Liczy się w każdym razie każda główka i każda para rąk. 

Pytanie tylko po co?

A tak, żeby czasem porobić coś fajnego i dobrego dla innych, w tym dla dobra swojego własnego dziecka.

Po to by poznać ludzi, innych rodziców.

Po to by poplotkować, pogadać, zabawić się, rozerwać. Tak, na zebraniach po omówieniu spraw ważnych zawsze przychodzi czas na pogaduszki. Ile się się w ten sposób rzeczy o swojej wsi dowiedziałam, olala. W tej piekarni są niemili, ta knajpa jest beznadziejna, ten to oszust, tamten gbur, tam jest fajny plac zabaw, tam tanio kupisz to, a tam tamto.

 Raz do roku u nas jest też spotkanie w jakiejś knajpie. Każdy płaci za siebie, żeby nie było, że wydaje się forsę rodziców. To też jest fajne.

Dla mnie obcokrajowca Komitet był od początku ogromnym źródłem wiedzy na temat szkoły. W ten sposób można się przyjrzeć szkole od zaplecza, poznać bliżej nauczycieli, dyrekcję i innych pracowników oraz dowiedzieć, jak co w tej konkretnej instytucji, w danej gminie i całym systemie oświaty funkcjonuje.

Ostatnio np mieliśmy dyskusję na temat nowego systemu zapisów uczniów do szkół, który okazuje się nie być wcale taki dobry, jak mi się z pierwa wydawało. Jest to bowiem system sterowany odgórnie przez ministerstwo i sama szkoła, dyrekcja czy nawet urząd gminy nie ma tu nic do powiedzenia. Rodzice zapisują dzieci na listę, a komputer je przydziela do szkół wedle odległości pomiędzy szkołą, a miejscem zameldowania. Przy czym każda szkoła ma jasno określoną i nieprzekraczalną liczbę miejsc, a co za tym idzie, kto się spóźni z rejestracją, może nie dostać się do żadnej szkoły w okolicy. No i w przypadku naszej szkoły, która znajduje się przy granicy prowincji, może się zdarzyć, że do szkoły zostanie zapisane dziecko z innej gminy i innej prowincji, a zabraknie miejsca dla mieszkańca naszej wioski, bo to pierwsze ma w kilometrach bliżej niż to drugie. Do tego jako pierwsze dostają miejsca dzieci, które w szkole mają rodzeństwo lub rodziców nauczycieli, no i dzieci które właśnie się przeprowadziły tuż przed oficjalnymi zapisami. Więc może być tak (i jest), że dziecko mieszkające pod samą szkołą nie dostanie się do niej, bo zabraknie miejsca. Pozytyw taki, że teraz rodzice nie rozbijają pod szkołami namiotów i nie stoją kilka dni w kolejkach, by zapisać swoje dziecko do danej szkoły, jak to wcześniej miało miejsce. 

Należenie do Komitetu Rodzicielskiego ma sporo pozytywów, ale dla mnie jedno jest bardzo trudne i chyba w końcu dam sobie z tym spokój… Ja chodzę spać z kurami, o 21 już jestem w łóżku, a tymczasem zebrania i wiele imprez zaczynają się wieczorem lub późnym popołudniem i kończą bardzo późno. Z ostatniego zebrania wyszłam o 23.30. Dla mnie o wiele za późno. Jakby nie patrzeć o szóstej muszę wstać, a potem ostro naginać przez cały dzień, zaś moje zdrowie i siły pozostawiają sobie ostatnimi czasy wiele do życzenia. No, po prostu starość nie radość…

Młodym i nie pracującym ciężko polecam jednak.