25 czerwca 2022

Zabawa z psami tropiącymi. O tym jak Młody przestał bać się psów.

Dzięki temu blogowi poznaję niesamowitych ludzi. Z niektórymi udaje mi się nawet spotkać w realu. W poprzednią niedzielę miało miejsce właśnie takie wyjątkowe spotkanie, które całkiem sporo wniosło w moje życie, a jeszcze więcej w życie Młodego. Tym razem spotkaliśmy nawet całą grupę ludzi i to ludzi z psami. Młody stał się dzięki nim wszystkim szczęśliwszym i odważniejszym człowiekiem. 

Ale może po kolei. 

Jeden z Czytelników tego bloga przeczytawszy o psim problemie naszego Izydora (strach przed psami będący wynikiem złego doświadczenia z pewnym, skądinąd sympatycznym, czworonogiem), stwierdził, że być może zna na to sposób i zaproponował nam wspólną zabawę. Z czego postanowiliśmy oczywiście ochoczo skorzystać…

I tak zgłosiliśmy się do udziału w treningu psów tropiących.

Młody był bardzo zaciekawiony tym spotkaniem, ale też trochę się bał. No bo co, jak psy nie będą miłe? Miłe psy, według niego, to zasadniczo psy ładne i puchate bez względu na ich wielkość i charakter. 

A tu miało być kilka psów, które na dodatek miały go szukać w lesie… Była adrenalina! Powiedziałam mu jednak, że gdy mu się nie spodoba, od razu wrócimy do domu. 

Na dzień dobry poznaliśmy ekipę bez psów, bo te czekały w samochodach, co znacznie podniosło u Młodego emocje. A dodatkowo starzy jak to starzy postanowili sobie pogawędkę uciąć zamiast od razu pokazać mu te psy. W końcu jednak się doczekał. Jedna pani wyprowadziła pierwsze psisko z samochodu.

Gdy tylko Młody zobaczył tego psa, oczy mu się zaświeciły. Pies był piękny! Czyli miły. I duży! 

Nie oznacza to bynajmniej, że Młody od razu pobiegł do psa. Na początku raczej trzymał się w bezpiecznej od niego odległości, a blisko matki, za którą można się w razie co schować. Oswajanie trwało dłuższą chwilę, ale zakończyło się sukcesem.

Izydor i Vita

Na czym polegała zabawa? 

Najpierw przeszliśmy po lesie trasą wyznaczoną przez naszych nowych znajomych, by zostawić swoje zapachy, czyli nasze specyficzne ślady. Potem oddaliśmy próbkę swojego zapachu dla psa pocierając chusteczką ręce. Wtedy pies mógł już któregoś z nas szukać. I szukał. I znajdywał.

19 czerwca 2022

Spokojny ale ciekawy tydzień czerwca

 Tydzień rozpoczął się zwyczajnie, powoli, bez fajerwerków. Pogodę mamy letnią. Jest dużo słońca i upał. Fajnie. Lubię gorące, słoneczne dni. Aż chce się żyć!

We wtorek byłam w Brukseli na kontroli medycznej  u mojego ubezpieczyciela, która nie wniosła niczego ciekawego w moje życie. Ciężko mi było chwilami zrozumieć doktora, bo najwyraźniej to frankofon mówiący po niderlandzku co prawda bardzo dobrze, ale dla mnie niezrozumiale ze względu na francuskość jego niderlandzkiego. Nic to, o ile dobrze zrozumiałam, to powiedział, że zwykle to dopiero po 10 miesiącach jest taka kontrola… Zadał parę pytań i se coś tam zanotował w komputerze. Po czym powiedział, że spotkamy się za jakiś czas. Wizyta trwała może z 5 minut. No ale dobra. Odbębnione. Zapomniane.

W środę musiałam stawić się w szpitalu na badania krwi, które normalnie mam w dniu chemii, ale wyjątkowo w czwartek doktorka miała być nieobecna, przeto kazała zjawić się dzień przed. Stawiłam się. Pogadałam jak zwykle z doktorką o ewentualnych upierdliwościach chemioterapii, jakie mnie dotyczą. Potem pielęgniarki szybko pobrały krew i mogłam wracać do domu. 

W czwartek odebrałam chemię, bo wyniki krwi były zadowalające. Jak się nie mylę w obliczeniach, to zostało jeszcze cztery sesje. Czyli miesiąc. Bliżej, jak dalej. Potem naświetlania, ale nie znam szczegółów i chyba poza w przyszłym tygodniu się dopytać o nie. Byłam na sali z fajną babką w podobnym wieku i się nagadałyśmy, naśmiałyśmy z naszych dolegliwości, bo bardzo podobnie mamy. Szczególnie w kwestii jedzenia, że żarcie nie smakuje tak samo jak dawniej, że wszystko mdłe, nijakie i w ogóle do kitu. Jej, tak samo jak mi, teraz podchodzą intensywne, ale nie pikantne, potrawy. Dobrze czasem pogadać z ludźmi, którzy rozumieją, o czym mówisz i co czujesz i którzy mają podobne poczucie humoru. 

Piątek nie zapisał się niczym szczególnym. No może poza tym, że Młody postanowił pójść do kolegi przetestować dmuchany zamek dzień przed urodzinami hehe. Tym przyjęciem urodzinowym żył cały tydzień, jak tylko dowiedział się, że będzie giga dmuchany zamek i że majtochy do pływania też trzeba wziąć, bo i baseny będą. Szaleństwo! W piątek już go emocje mało nie rozsadziły i zapytał, czy może iść sobie rowerem po wsi pojeździć. Mógł. Jeździł z pół godziny i wrócił trochę rozładowany. No ale potem poszedł na komputer i przyleciał na dół znowu naładowany, bo kolega się pyta, czy może teraz do niego wpaść poskakać na zamku. Ja mówię, że to może przesada, bo urodziny przecież na drugi dzień. Co rodzice tamtego na to. Kolega pisze, że rodzice pozwalają i czy może, może, może…? Mógł! Wrócił uradowany że hej. W sobotę już oficjalnie poszedł na urodziny. Odwiozłam go, a gdy po niego przyszłam, siedzieli tam już pozostali rodzice gości, a i mnie oczywiście też pod parasol zaproszono. Wino? Piwo? Cola? Woda? Fantastyczni mili ludzie. Była okazja poznać kilku innych rodziców z klasy Młodego. Też fajowi. To był bardzo miły, spokojny tydzień. 

Niedziela też była bardzo fascynująca i bardzo psia, ale o tym będzie osobny tekst, bo po pierwsze muszę sobie to w głowie poukładać, a po wtóre siły mi się właśnie wyczerpały i prawie zasypiam nad tabletem. 

Korzystając z pogody zaczęłam powoli testować mój nowy aparat i przypominać sobie, jak się robi zdjęcia. Podejrzewam, że chwilę mi zajmie, zanim sobie przypomnę, bo mój mózg nie dość że stary i zakurzony to jeszcze popsuty przez chemię. Odczuwam to dosyć wyraźnie. Myślenie, analizowanie, zapamiętywanie i przypominanie o wiele trudniej mi przychodzi niż normalnie, co jest irytujące. Jakbym miała myśli oblepione czymś gęstym i lepkim. Nie lubię czuć się głupsza i wolniejsza w myśleniu niż byłam wcześniej. To nie jest fajne wcale a wcale.

Dokleję tu kilka próbnych fotek i udam się na spoczynek…













18 czerwca 2022

Motorower w Belgii. Zasady na drodze. Dokumenty.

Jestem posiadaczką skutera już od ponad roku, pora zatem napisać parę słów o zasadach poruszania się skuterem (czy innym motorowerem) po Flandrii. 


moja Tośka 💚

 Zacznijmy od początku... 🛵

1. Formalności po zakupie skutera. Rejestracja. Ubezpieczenie.

Żeby móc odebrać motorower ze sklepu po zakupie, trzeba najpierw go zarejestrować w DIV (Dienst Inschrijvingen van Voertuigen), czyli tutejszym wydziale komunikacji (w Belgii jest jedna centralna instytucja) i ubezpieczyć.  

Przy zakupie motoroweru otrzymujemy od sprzedawcy formularz do rejestracji, na którym widnieją wszystkie dane pojazdu. Wypełniwszy i podpisawszy ten dokument, udajemy się z nim do wybranej firmy ubezpieczeniowej, która dokona rejestracji naszego motoroweru w DIV i gdzie nasz motorower ubezpieczymy.

Rok ubezpieczenia na skuter kosztuje mnie 204€, nie mam bowiem póki co żadnych zniżek (to pierwszy zarejestrowany na mnie pojazd) .

Po kilku dniach otrzymacie pocztą tablicę rejestracyjną  i dowód rejestracyjny (kentekenbewijs), za które trzeba zapłacić przy odbiorze 30€. 

Z tym można już spokojnie iść do sklepu po swój skuter i w drogę…

Tablice rejestracyjne

W Belgii od 1/10/2016 motorowery (dwu i czterokołowe) oraz speed pedelec otrzymują przy rejestracji małe tablice rejestracyjne o wymiarach 10x12 cm, które zaczynają się od następujących liter:

S-A klasa A

S-B klasa B

S-U mini car

S-P speed pedelec


2. Klasa motoroweru.

Motorowery dzielą się na dwie podstawowe klasy: A i B.

Motorowery klasy A mogą jechać do 25km/h, a motorowery klasy B do 45km/h.

Od 1 października 2016 roku speedpedelec, czyli szybki rower elektryczny, który może jechać ze wsparciem silnika do 45km/h jest uznawany jako motorower klasy P. W większości z kilkoma wyjątkami obowiązują dla niego przepisy dla motorowerów klasy B.

3. Kask

Kierujący oraz pasażerowie motoroweru zarówno klasy A i B muszą obowiązkowo zakładać kaski motorowe. 

Mandat za brak kasku wynosi ponad 50€.

Na speedpedelec wystarczy kask rowerowy.


4. Światła

W Belgii jeździmy motorowerem całą dobę obowiązkowo na światłach .

5. Wiek i prawo jazdy.

Kierujący motorowerem (zarówno klasy A, B jak i P) musi mieć skończone minimum 16 lat. Aby móc przewozić pasażera, musi mieć skończone 18 lat.  

Do prowadzenia motorowerów klasy A nie jest wymagane prawo jazdy. 

Dla klasy B oraz P prawo jazdy AM (nie dotyczy urodzonych przed 15/02/1961).

5. Wymagane dokumenty w drodze

Zawsze należy mieć przy sobie: 

dowód osobisty (identiteitskaart)

ubezpieczenie (verzekering) 

i dowód rejestracyjny (kentekenbewijs). 

Dla klasy B i speed pedelca dodatkowo oczywiście stosowne prawo jazdy.

W przypadku zakupu używanych pojazdów ważny jest też certyfikat zgodności (gelijkvormigheidsattest - COV) lub zdatności do ruchu drogowego i zaśw. badań technicznych. Nie trzeba tego wozić ze sobą, ale mieć w domu.

6. Gdzie się poruszamy motorowerem?

Motorowerem klasy A obowiązkowo jeździmy ścieżkami rowerowymi.

Motorowerem klasy B można jechać ścieżką rowerową, gdy na drodze jest ograniczenie do 50km/h, ale trzeba szanować rowerzystów (nie wolno im utrudniać poruszania się po scieżce).

W innych miejscach motorowerem klasy B należy obowiązkowo korzystać ze ścieżek rowerowych, o ile znaki drogowe nie mówią inaczej.

Parkowanie 

Motorowery możemy zaparkować:

- w specjalnie wyznaczonych do tego miejscach, nie rzadko na parkingach rowerowych

- wzdłuż jezdni po prawej stronie zgodnie z kierunkiem ruchu

- na samochodowych miejscach wyznaczonych dla parkowania (dozwolone jest parkowanie dwóch motorowerów za jedną opłatą na płatnym parkingu)

- w innym dowolnym miejscu, pod warunkiem że nasz pojazd nie stwarza niebezpieczeństwa ani nie przeszkadza innym uczestnikom ruchu

7. Inne zasady

Nie wolno się dać holować.

Nie wolno używać telefonu ani nawigacji podczas jazdy motorowerem (trzymając sprzęt w ręce). Mandat za używanie telefonu podczas kierowania pojazdem od 3/3/2022 wynosi 174€.

Nie można przewozić więcej pasażerów, niż jest przewidziane. Dzieci poniżej 3 roku życia nie mogą być pasażerami. Dzieci w wieku 3-8 lat muszą mieć specjalne foteliki.



Źródła:

https://mobilit.belgium.be/nl/wegverkeer/inschrijving_van_voertuigen/kentekenplaten/bromfietsen

https://www.veiligverkeer.be/

https://www.politie.be/5438/nieuws/verkeersregels-voor-bromfietsen

https://www.vlaanderen.be/speedpedelec


10 czerwca 2022

Jeszcze trzy tygodnie i znów będą wakacje…

 W ciepłe dni czas płynie jeszcze szybciej niż normalnie. Odliczam go teraz od chemii do chemii, a te przychodzą strasznie szybko jedna po drugiej. W międzyczasie jak zwykle próbuję ogarniać codzienną rzeczywistość. Z grubsza się udaje. Z grubsza! 

Młoda się poddała i ogłosiła wczoraj zakończenie studentjob. Przeciwności bowiem ją przerosły. Raz, że to pakowanie rzeczy to robota nie lekka. Dwa, że często są jakieś usyfione rzeczy do pakowania a ona przecież nawet wody nie powinna dotykać, bo ją parzy, a co dopiero jakieś dziwne rzeczy. Trzy, że na hali jest okropny kurz - już w pierwszy dzień narzekała, że smarka na czarno. W drugi tydzień zaczęła mieć coraz większe problemy z oddychaniem. Dyspraksja i autyzm połączone z dużym wysiłkiem i długotrwała koncentracją powodują pogorszanie się jej stanu, koordynacji, równowagi z każdą godziną. Rzeczy zaczynają wypadać z rąk, ciało nie chce słuchać poleceń mózgu, rośnie frustracja, a wieczorem zaczyna czuć się chora. Zaczynałam już zauważać pierwsze objawy przepowiadające nadchodzące stany depresyjne. Ona jednak nie chciała się poddać. Walczyła dzielnie i wytrwale. W końcu kropla przepełniła czarę. W środę wróciła z roboty ze swędzącą wysypką na dłoniach. Coś, co pakowała, ją uczuliło. Nic to, rano poszła do roboty. Wróciła wieczorem z wysypaną, swędzącą niemiłosiernie twarzą, a wysypka na rękach zaczęła iść w stronę łokci. Oznajmiła, że koniec. Już zadzwoniła do pośrednictwa pracy i powiedziała, że piątek jest jej ostatnim dniem pracy.

 - Ojoj, czy jest pewna? Bo może jeszcze by popracowała? Bo tak ją tam chwalili, zadowoleni są. - jojczała zachwalająco pośredniczka pracy.

No pewnie, że są zadowoleni! Młoda to robotna i odpowiedzialna kobita, ale niech se innego jelenia albo sarenki poszukają do takiej roboty, bo to jednak nie jest praca dla nastolatki z autyzmem, dyspraksją i problemami oddechowymi. Sugerowałam jej, by dziś została w domu i poszła do lekarza, bo wyglądała nieciekawie. Ale nie, powiedziała że pójdzie do roboty to pójdzie. I poszła skubana. W południe zadzwoniła, że wraca, bo się pogorszyło. Wysypka zaczęła boleć i doszło ogólne pogorszenie samopoczucia. Zadzwoniłam do lekarza i ten kazał przyjść koło szóstej. Przepisał jakieś tabsy i smarowidło. Jak nie pomoże, to ma wrócić w poniedziałek po skierowanie do dermatologa. Oby pomogło.

W międzyczasie już dostała wiadomość od naszych znajomych, że w wakacje wyjeżdżają na miesiąc i niania dla zwierząt znowu im będzie potrzebna, więc już zadowolona, że ma kolejną pracę i, choć mniej dochodową, to o wiele łatwiejszą, czystrzą i sympatyczniejszą.

Młody wczoraj wrócił ze szkoły w szoku, bo obok szkoły ktoś (jakiś budowlaniec) spadł z dachu na asfalt. Koledzy z szóstej, którzy byli akurat na szachach w klasie od tamtej strony, widzieli to zdarzenie i opowiedzieli od razu. Widzieli jak gość leżał we krwi, jak pogotowie i policja przyjechała. Młody bardzo to przeżył. Mówi, że dopiero jak napisał test i pani pozwoliła, tym co skończyli, bawić się na laptopach, i on pograł sobie i posłuchał  muzyki, to się trochę uspokoił. Ale jeszcze dziś spoglądał  emocjonalnie na ślady krwi na asfalcie i rusztowania oklejone policyjną taśmą. 

Dziś był wielce rozkojarzony, choć nie koniecznie z tego powodu. Zapomniał ze szkoły plecaczka basenowego. Gdyby to co innego było, to pal licho. W poniedziałek by przyniósł, ale jak mokre majtki i ręczniki zostaną w szkole do poniedziałku, to wszystko zgnije. Pojechaliśmy do szkoły i pani ze świetlicy łaskawie pozwoliła mu pójść do klasy po plecaczek. Z pięć razy powtarzając, że normalnie, jak coś zostało w klasie, to zostało i nie można zabrać. Niektóre zasady to tu są serio lekko z dupy. No ale dobra, WYJĄTKOWO 🙄 mógł zabrać swoje rzeczy. I zabrał.

W sprawie  Najstarszej było znowu zebranie online, które nic wiele nowego nie wniosło. Ma kolejne dwa tygodnie dalej być na stażu, a dopiero ostatni tydzień czerwca pójść do szkoły na pożegnanie. Nie jesteśmy tym zachwyceni, bo szef od stażu nie powiedział nadal ani tak, ani nie w kwestii jej ewentualnego zatrudnienia po stażu. Co jest lekko irytujące, bo przez cztery tygodnie stażu Córka zrobi im tam było nie było trochę roboty zupełnie za friko, a jak nie dostanie potem pracy, to trochę - moim zdaniem - nie halo będzie. Z drugiej strony, gdyby dostała tam pracę, to ten staż może być wielce przydatny, bo zawsze to czegoś się przecież nauczy nowego. W poniedziałek gość ma się zdzwonić z babką z GTB i mają rzekomo poczynić w tej kwestii jakieś ustalenia. No zobaczymy, zobaczymy…

Małżonek ma coraz bardziej dosyć swojego miejsca pracy i znowu duma nad zmianą. Po pierwsze nie ma komu robić. Trochę ludzi na dłuższych chorobowych, niektórzy zbierają się na emeryturę, a szef pozatrudniał jakichś nieudaczników z Polszy na A1, którzy bardziej przeszkadzają niż pracują i wszystko trzeba za tymi jełopami poprawiać. Szef oczekuje, że ci którzy zostali, będą robić robotę za trzech, oczywiście za jedne pieniądze. Druga kwestia, może nawet ważniejsza, to dojazdy. Przez koronne blokady wszystkiego teraz wszyscy chcą nadrobić roboty na drogach i robią w stu miejscach jednocześnie, przez co  spora część dróg jest zamknięta. Objazdy, zwężenia jezdni, roboty. W godzinach szczytu droga przez mękę - korki masakryczne. Mąż wraca z roboty codziennie co najmniej pół godziny dłużej. Przy aktualnych cenach paliw i tych korach za miesiąc już trzeba kilkaset euro za paliwo liczyć. A na poprawę się przecież nie zanosi. 

U mnie po staremu. Chemia co tydzień. Efekty tego są różne. Jednym razem bóle mięśni, drugim biegunka, trzecim zmęczenie, czwartym zawroty głowy. A to znowu płonące uszy i policzki, łamiące się paznokcie i takie tam. Kłaki mi zaczęły odrastać, nie wiem po co. Tam na głowie to jak cię mogę. Ogolę raz w miesiącu i będzie żyło, ale we wszystkich innych miejscach to po cholerę to rośnie?! Taki był spokój bez golenia , bez depilowania. A teraz znowu 😤. A idź pan w chuj.

selfie w szpitalnym kiblu dla beki ;-)

A wiecie co odwaliłam w zeszłym tygodniu? No nie, skąd mielibyście wiedzieć. Napisała do mnie jakaś laska z TVNu i się pyta, czy bym nie chciała wziąć udziału w jakimś programie o Polakach za granicą. A jakbym była zainteresowana, to mam wypełnić formularz, przedstawić się na wideo i odesłać. 

Ja nie wiem, czy jestem zainteresowana, bo nie mam w domu telewizora ani nie oglądam żadnych programów i nawet nie wiem, co to za program, kto w nim występuje i po co, ani tym bardziej, ile hejtu się potem na niego leje… No ale też fakt nieposiadania telewizji i nieoglądania programów może być przecież najlepszym powodem, by w jakimś chcieć wystąpić. Choćby po to, by się dowiedzieć, jak robi się taki program. No i zwyczajnie dla zabawy. Przecież i tak tego nie będę oglądać w razie co, ani nikt ze wsi tego nie będzie oglądał, bo przecież to jakaś polska telewizja, której tu nikt nie ogląda, więc zero ryzyka. A że w Polsce by kto oglądnął, to co mnie to obchodzi. Przecież tam nie bywam. 

No to sru, wypełniłam formularz i odesłałam, bo przecież nudzi mi się trochę to siedzenie w domu, a to zawsze coś nowego. Do tego Młoda i Młody stwierdzili, że była by niezła heca, jakby do nas telewizja przyjechała. 

Jaja tylko będą, jak teraz serio by mnie wybrali do tego programu i by ta telewizja przyjechała. No bo wiecie, z jednej strony to spoko, była by jakaś atrakcja przez chwilę i coś ciekawego by człowiek znowu się dowiedział o życiu, czegoś nowego doświadczył, coś fajnego porobił, ale z drugiej strony to trochę roboty i stresu by było przecież. A jak robi się coś na głupa bez zastanowienia, to różnie być może. Zakładam jednak, że są ciekawsi i bardziej medialni Polacy niż stara, porąbana i do tego wpół zdechła sprzątaczka. Ale ten… w razie jakbym tak miała niedługo zostać celebrytką, to możecie się już na wszelki wypadek zacząć powoli ustawiać po autografy, buachacha. 😎

W jedno tylko nie mogę znowu uwierzyć i w głowie mi się nie mieści… No jak to możliwe, iż już tylko 3 tygodnie do wakacji?!! Dopiero co był grudzień i miałam operacje. Dopiero, co zastanawiałam się, jak wygląda chemoterapia, a już 5 czy nawet 4 (pogubiłam się już) sesji tylko zostało. Nie wierzę, że już czerwiec. Nie wierzę, że już coraz bliżej do końca chemii. A potem jeszcze radioterapia. Znowu nie wiem, co się z tym z kolei wiąże i nie wiem, czy chcę wiedzieć…

A tu w przyszłym tygodniu muszę się stawić na kontrolę do ubezpieczyciela, który musi sprawdzić, czy aby na pewno powinnam ciągle być na chorobowym, bo może pora wrócić do pracy…

Nieodmiennie mnie te kontrole zadziwiają. I w Polsce, i w Belgii ten sam cyrk.  No bo jak to kurwa jest, żeby jakiś jeden konował, który być może jednego prawdziwego pacjenta nigdy nie przyjął, próbował ciągle dyskutować i podważać opinie i orzeczenia wszelakich specjalistów? Że niby on, jakiś bubek, ma lepiej znać się na wszystkich chorobach, dolegliwościach, niedyspozycjach niż cała armia specjalistów razem wzięta? I dlaczego ja niby mam iść się przed nim spowiadać i pokazywać? Czy mój ginekolog, onkolog, lekarz rodzinny, którzy zajmują się mną od miesięcy czy lat, są niby w jakiś sposób głupsi, mniej kompetentni, niż jakiś spasiony pseudo lekarz-urzędas? No bo dla mnie to tak właśnie wygląda, że byle bubek wie lepiej, niż mój lekarz, l czy ja z moją chorobą, przy takiej a nie innej terapii mogę czy nie mogę pracować. To jest śmieszne. I irytujące.

No ale co zrobisz. Chory czy nie chory, trza wziąć dokumenty i tłuc się autobusem do Brukseli, by jakiś tępy pseudokonował mógł zobaczyć w magicznej kuli, czy nie udaję, że mam raka, czy nie udaję, że nie mam cycka, bo może mi ten cycek odrósł kurwa od grudnia, a rak zniknął ot tak. Wiadomo, takie rzeczy jak odrastające płuca, cycki, nogi itp zdarzają się systematycznie prawie codziennie na tym świecie. 

pochemiczne poranne palące czerwone poliki




8 czerwca 2022

Jak zostać prawdziwym blogerem?

Właśnie znalazłam ten post na spodzie internetowej szuflady i postanowiłam go opublikować. Napisałam go ze cztery lata temu, ale ciągle jest aktualny, no to niech leci.

Piszę ten pamiętnik już 9 lat. Mam za sobą już kilka etapów blogowania. Na początku po prostu chciałam spisywać wszystko, co nam się przytrafiło ku pamięci, a także po to, by opowiadać znajomym pozostawionym w ojczyźnie o naszym życiu na obczyźnie i nawet się to ładnie przyjęło. 

Potem próbowałam zostać "prawdziwym blogerem" i przeczytawszy mądre poradniki "prawdziwych blogerów" w necie zaczęłam chodzić po innych blogach, komentować, lajkować i zapraszać do siebie. Założyłam fanpejdża na fejsie i chwaliłam się wszędzie swoim blogiem, bo mówili że tak robią prawdziwi blogerzy. Sprawdzałam statystyki po każdym zalogowaniu się do blogera i robiłam te wszystkie inne dziwne rzeczy, które robią "prawdziwi blogerzy". Po co? Nie wiem. By być, kim nie jestem? By osiągnać coś, czego nie potrzebuję? Ze zwykłej głupoty? Nie wiem. Człowiek czasem robi dziwne i bezsensowne rzeczy...

W międzyczasie ktoś powiedział, że na blogu się zarabia, no to sprawdziłam jak, no ale się okazuje, że to trza latać po ludziach, prosić o lajki, żeby nabijać se odwiedziny, bo tych odwiedzin trzeba mieć tysiące i setki lajków... To dzięki bardzo. Wolę, żeby tu przyszło czasem dwie osoby z wolnej i nie przymuszonej woli, które w miarę uważnie przeczytają, co ja piszę, raz na pół roku napiszą jakiś sensowny komentarz, podzielą się opinią, coś doradzą, niż pierdyliard lizydupów lub hejterów, którzy nie wniosą w me życie ani w bloga kompletnie nic, a zostawią setki tylko śmieci  typu "super" lub "żenada" podnosząc mi ciśnienie. Forsę na waciki se zarobię pracą fizyczną bez proszenia o czyjąć łachę, włażenia do dupy sponsorom i dostosowywania swojego bloga do ich potrzeb, czy innego tam sprzedawania swojego ja. Za stara jestem na takie głupoty i za mało mam czasu.

Później albo i w trakcie przyszła jazda: Madzia pomoże swoim blogiem ludziom w poznawaniu Belgii i siebie wzajemnie. Wtedy powstała grupa na fejsbuku, w której miałam działać, ale wtedy też Madzia wzięła się w końcu porządnie za robotę, a roboty na cały etat, połączonej z matkowaniem i żonowaniem na cały etat nie da się już pogodzić z byciem wodzirejem na fejsowej grupie. Grupa przestała mieć sens, zanim zaczęła funkcjonować...

Jakiś czas temu (długi już dosyć) dotarł do mnie prosty fakt, że bycie prawdziwym blogerem nie ma nic wspólnego ze statystykami, zarobkami czy lajkami.

Prawdziwym blogerem jest każdy kto prowadzi bloga. EUREKA!

Taka jestem stara, a taka głupia! No ale odkąd zrozumiałam tę oczywistą prawdę, czuję się lepiej ze sobą samą i moim blogiem.

Piszę od serca, kiedy mam czas, kiedy mi się chce, kiedy chcę coś ciekawego - w moim mniemaniu - opowiedzieć lub pokazać ewentualnym odwiedzającym, kiedy chcę coś zapisać ku pamięci. Spisuję swoje przemyślenia, wrażenia, pomysły na życie i opowiadam o naszych dniach powszednich. Od czasu do czasu otwieram bloga gdzieś na pierwszych stronach albo na środku i czytam sobie wspominając nasze przygody. Wiem że zagląda do mnie od czasu do czasu systematycznie od tych 9 lat kilku starych znajomych z dzieciństwa, ze szkoły, z pracy, z Polski. Wiem że czytuje moje wpisy kilku znajomych wirtualnych, którzy mają swoje blogi, a ja czytuję ich bez żadnych zobowiązań. Wiem, że zaglądają tu
systematycznie  inni przypadkowi Polacy mieszkąjacy w Belgii. I to jest bardzo przyjemna świadomość. Wiem też, że czasem drukuje moje niektóre teksty polonijna gazetka z Antwerpii, bo ktoś tam uznaje że mogą zainteresować jej czytelników. Jest mi miło. 

Nie lubię, jak mi ktoś mówi, jak mam żyć i nie lubię jak mi ktoś mówi, jak mam prowadzić swojego bloga i po co, bo ja żyję i piszę po swojemu. Nie muszę przed nikim się tłumaczyć i nikomu niczego udowadniać (choć mogę, jeśli zechcę, co też niniejszym czynię).

Bloga założyłam sama i sama go pielęgnuję tak jak mi na to pozwalają moje umiejętności i czas.  Robię na nim różne eksperymenty, by sprawdzić, jakie będą tego efekty i czy w ogóle jakieś będą.

Blog ciągle będzie dla mnie tym, czy miał być i czym jest od początku (nie licząc drobnych skoków w bok) - moim osobistym pamiętnikiem, a dzięki temu, że jest udostępniony publicznie, wy - mniej lub bardziej przypadkowi czytelnicy - możecie podglądać od czasu do czasu nasze życie i moje myśli.

Czy mimo wszystko mogę nazywać siebie blogerem? Nie, no skąd. Pogieło was? 

Przecież blogerami są tylko i wyłącznie ci, którzy mają własną domenę za którą wybulili dużo piniondzów.
Blogerami mogą być wyłącznie ludzie, którzy dali kupę hajsu jakiemuś informatykowi by stworzył im całą stronę od A do Z i z każdym problemem znowu do tego informatyka lecą dając mu jeszcze więcej hajsu, bo sami ledwie ogarniają otwieranie przeglądarki.
Żeby być prawdziwym blogerem trzeba też pisać dniami i nocami do przypadkowych ludzi i błagać ich o lajki jednocześnie strasząc że jak nie zachęca do jej polubienia co najmniej 5 swoich znajomych to na pewno dosięgnie ich blogowa klątwa i kanarek przestanie im sie doić, a rybka przestanie latać, bo prawdziwi blogerzy tak genialnie piszą, że  bez błagań i zastrzaszania nikt normalny w życiu by do nich nie zajrzał.
Koniecznie trzeba też mieć pierdyliardy wyświetleń, sryliony komentarzy albo przynajmniej marzyć o tym na jawie i we śnie.
Ponadto każdy prawdziwy bloger musi mieć włączone te wszystkie nakładki zniechęcające (przynajmniej mnie) skutecznie do ponownego odwiedzenia tej strony, czyli po pierwsze "polub mnie na FB" pojawiające się za kazym razem, ile razy odwiedza się bloga (ja za drugim razem odlubiam na zawsze stronę i bloga). Po drugie reklamy wraz z okienkiem straszącym konsekwencjami niewyłączenia AdBlocka (zawsze wyłączam... tyle że nie adblocka).
Prawdziwy bloger musi też raz na jakiś czas napisać płatną recenzję książki, filmu, pralki czy kremu na porost włosów... koniecznie pozytywną, bo za prawdziwą nie dostanie hajsu ani darmowej książki, kremu czy podpaski. A najlepiej to w ogóle jak blog składa się z samych recenzji i reklam.

Taa

srały
muchy
będzie
wiosna.

będzie
lepiej
trawa
rosła.








1 czerwca 2022

Co zrobić gdy ci zapomną wypłacić pieniędzy z urzędu?

Skomputeryzowanie świata to z jednej strony dobra rzecz, bo większość rzeczy można dziś załatwić bez wychodzenia z domu i to w ciągu kilku minut a nawet sekund. Nie trzeba się szwendać po urzędach, stroić się, umawiać na spotkania, ganiać od okienka do okienka, stać w kolejkach, bo dzięki podpisom elektronicznym i różnym aplikacjom sprawy urzędowe załatwia się przez internet. Nie trzeba tachać toreb z zakupami ani kombinować jak szafę wepchać do auta, bo można zamówić przez internet z dostawą do domu. Nie trzeba się fatygować ani do banku ani na pocztę, by porobić opłaty, bo wszystko zrobi się dziś z telefonu. W końcu nie trzeba się płaszczyć co miesiąc przed pracodawcą czy księgowym ani przeliczać gotówki, bo wypłata, zasiłki i wszelakie inne dochody po cichutku ładnie wpływają na nasze konta.

No, ale tu pojawia się ta druga strona. Komputery są programowane przez ludzi, a ludzie popełniają błędy, których częstokroć nie są świadomi albo nie potrafią ich szybko naprawić, z czego może wyniknąć kupa biedy dla innych ludzi… 

I tak na przykład takiego czy i innego pięknego dnia komuś się tam ręka omsknie po klawiaturze, coś się nie tam gdzie trzeba zaptaszkuje albo odptaszkuje i nagle system kilku albo i kilkudziesięciu ludziom zablokuje wypłatę pieniędzy albo zwyczajnie komputer zgłupieje i nawyświetla błędów no i burdel gotowy. A zwykli szarzy ludzie klną na czym świat stoi bo na ten przykład nie dostaną wypłaty na czas.

Co robić, gdy nie otrzymacie w określonym czasie spodziewanych pieniędzy z urzędu? 

Reagować!

W tym roku już dwa razy mieliśmy taką sytuację, dlatego postanowiłam tę historię opisać. Wiem bowiem, iż wielu ludzi nie ma pojęcia, co zrobić i czy w ogóle powinni coś robić.

Pierwsza nasza historia dotyczy zwrotu podatku. Otrzymaliśmy pismo, że nasz zwrot otrzymamy ostatniego marca i że będzie to kwota 600€ z hakiem, czyli całkiem nie mała sumka, dla której od razu znaleźliśmy przeznaczenie - opłat ci u nas dostatek. Czekaliśmy z wielkim zniecierpliwieniem na ten koniec marca. W końcu przyszedł, a tu na koncie ani centa więcej. Czekaliśmy tydzień, bo może jakieś opóźnienia. Czekaliśmy drugi. W końcu małżonek wyguglował numer telefonu i zadzwonił. Dużo czasu i cierpliwości trzeba, by się tam dodzwonić, ale w końcu się udało. No i się dowiedział, że właśnie im system nawalił i sporo ludzi nie otrzymało zwrotu podatku. Gość poinformował, że w ciągu najbliższych dni powinny pieniądze na koncie się pojawić, ale gdyby tak się nie stało, to prosi zadzwonić ponownie. Nie stało się. Mąż zadzwonił i trafił na jakąś jędzę, która nie chciała z nim rozmawiać po angielsku, bo tak (dla zasady, nie dlatego że nie zna angielskiego). Mąż jednak też potrafi być jędzą czy tam jędzem i powiedzieć mniej miło głupiej kwoce, co myśli o czekaniu miesiąc na sześć stów. Kwoka obiecała, że pieniądze wpłyną na dniach. I faktycznie wpłynęły.

Druga historia dotyczy mojego ostatniego zasiłku chorobowego wypłacanego przez nasz  fundusz zdrowia. Przez pierwszy rok chorobowego zasiłek wypłacany jest 2 razy w miesiącu i ja sobie mogę na swoim profilu w internecie sprawdzić, kiedy ja swoje pieniądze mam otrzymać w danym miesiącu. Poza tym dostaję mejlem powiadomienie, że wpłacili pieniądze. Ostatnio jednak nie dostałam mejla w wyznaczonym dniu. Podobnie jak w poprzedniej sytuacji, pomyślałam, że coś się omsknęło z terminem albo z bankiem i że za dwa - trzy dni wypłacą. Figa. Pieniądze miały być w poniedziałek. W piątek wysłałam mejl do funduszu z prostym pytaniem, dlaczego nie otrzymałam zasiłku w określonym dniu. Odpowiedź przyszła dosyć szybko. Pani przeprosiła za kłopot i powiedziała, że jakaś blokada była na moim nazwisku i już jest wszystko w porządku, pieniążki już poszły. 

No i weź się tu nie dopominaj, nie pytaj. To możesz czekać do usranej śmierci na swoje pieniądze.

Innym takim finansowym problemem, już kiedyś wspominanym, był brak dodatku szkolnego dla Młodego. Dodatek szkolny dla dziewczyn wpłynął, jak co roku, a dla Młodego nic. Gdy spytałam o powód, otrzymałam głupią odpowiedź „bo w poprzednich latach też mu się nie należało”, co nie było prawdą, ale ze względu na ogromne problemy w tamtym czasie, ten poszedł w niepamięć na cały rok do następnego dodatku szkolnego. Sytuacja się powtórzyła, ale tym razem nie dałam się zbyć głupią odpowiedzią, tylko od razu napisałam, że to co odpowiedzieli rok temu to bullshit i że życzę sobie normalnej sensownej odpowiedzi. Długo na nią czekałam, ale w końcu odpowiedzieli, że pieniądze za obydwa lata już wpłacili na moje konto, bo faktycznie miałam rację, że nam się należą.

O i tak to jest z flamandzkimi urzędami. Czasem mają taki burdel, że głowa mała. Człowiek se musi wszystkiego dobrze pilnować, żeby go nie cyganili na każdym kroku. Oni nie robią tego oczywiście z premedytacją. Każdy się może pomylić lub coś nie chcący w komputerze naklikać nieroztropnie. Nie zmienia to jednak faktu, że szary człowiek nie może ot tak powiedzieć np do dostawcy energii że sorry, ale blokada była na waszej fakturze i się nie zapłaciło. O nie nie, oni zaraz ci co najmniej 15€  kary doliczą za spóźnienie z opłatą, a potem ci prąd wyłączą. Ale ty se możesz czekać na swoje sześć stów i ani to kogo obejdzie, czy masz czym ten prąd zapłacić.

Co robić, gdy nie stać cię na zapłacenie faktury?

Jak już jestem przy finansach i opłatach to dopiszę jeszcze, moim zdaniem, bardzo istotną rzecz, o której też na pewno nie wszyscy wiedzą. A mianowicie, że we Flandrii zwykle nie ma problemów z rozłożeniem takiej czy innej większej opłaty tudzież faktury na raty. Przy czym wszystko idzie załatwić mejlem. Zdarzyło nam się nie raz o to poprosić w różnych urzędach i nigdy nie było problemu.

Kilka lat temu np dostaliśmy fakturę wyrównawczą za prąd na kilkaset euro, którą to kwotą akurat nie dysponowaliśmy. Innym razem mieliśmy kilka stów dopłaty do podatku. No i parę innych, temu podobnych sytuacji. Okazuje się, że nie ma co wpadać w panikę ani srać żarem, tylko od razu napisać mejl do danej instytucji i zapytać o możliwość spłaty w ratach. Zwykle nie ma z tym problemu. W niektórych bardziej skomplikowanych sytuacjach trzeba przedstawić jakieś dokumenty np na temat dochodów itp, ale przeważnie sprawę załatwia się jednym czy dwoma mejlami, nawet pisanymi po angielsku. 

Od sąsiadki wiem, że nie ma też problemu z rozłożeniem na raty faktur ze szpitala.

Zatem nie bójcie się pisać mejli czy dzwonić do flamandzkich urzędów. Nikt wam za to w pysk nie da, a można sobie życie ułatwić. Przy czym belgijscy urzędnicy w przeważającej części są ludźmi bardzo miłymi, uprzejmymi, pomocnymi i gotowymi do współpracy. 

Gdyby wam jednak kiedyś rozłożenie na raty nie wystarczyło, gdybyście się kiedyś w finansowej czarnej dupie znaleźli to zawsze zostaje wam pójście do OCMW - tutejszej pomocy społecznej. Ta flamandzka instytucja w przeciwieństwie do polskiego patologicznego GOPSu czy MOPSu serio ludziom pomaga. OCMW znajdziecie przy każdej gminie. W życiu różnie bywa przeto dobrze by każdy znał różne opcje nawet jak nigdy nie będzie zmuszony z tej wiedzy korzystać.





31 maja 2022

Procesja Ros Beiaarda. Impreza w Dendermonde. Zdjęcia

 Doczekałam się w końcu by zobaczyć tę słynną końską procesję w Dendermonde.

Pogoda była do dupy. Moje samopoczucie tylko trochę lepsze. Przechodziły ulewy. Było zimno jak diabli. Ja byłam zmęczona po chemii. Ale jak powiedziałam, że zobaczę tę cholerną paradę, to byle zmęczenie ani odrobina wody mnie przeco nie powstrzyma.

Pojechałam z Młodą autobusem, bo w ten dzień autobusowe przejazdu do Dendermonde były gratis. Przy czym było dużo więcej autobusów niż w zwykłą niedzielę. Centrum miasta było zamknięte dla pojazdów. Nawet rowerem nie można było dojechać do samego ścisłego centrum, ale setki osób przyjechały rowerami, dla których wyznaczono wiele miejsc na parkowiska na obrzeżach. Autobusy dojeżdżały tylko do ostatniego skrzyżowania. Mnóstwo ludzi przyjechało tym samym autobusem, co my. Ci którzy wybrali się autem musieli zostawić auto na przedmieściach, skąd mogli pójść z trampka (jakieś 2-3km) albo skorzystać ze specjalnych autobusów wożących ludzi z wyznaczonych parkingów do centrum. 

Na imprezę przybyło mimo kitowej pogody tysiące ludzi - media mówią o prawie 100 tysiącach. 

Podobało mi się, choć zmarzłam diabelnie, mimo że nawet dobrze się ubrałam. Młodej było jeszcze bardziej zimno, a że nie jest wielką fanką procesji, to poszła sobie do McDonalda i wróciła na sam koniec, akurat by zobaczyć Ros Beiaarda.

Procesja opowiadała historię miasta i przedstawiała legendę o czterech synach Aymona (kliknij by przeczytać kegendę).. Piękne, fantastyczne przedstawienie… Wzięło w niej udział poza ludźmi dziesiątki koni, a także psy, barany, osły, gęsi i byczek…

Czas oczekiwania na właściwą procesję umilały klauny i jacyś grajkowie.

A potem maszerowały grupy artystów, jechały wozy przedstawiające różne sceny. 

Byli połykacze ognia, tancerze, szczudlarze, rycerze, chór, orkiestra, akrobaci, olbrzymy…. Przedstawienie trwało kilka godzin. Ludzie oglądali je z wielką radością mimo kitowej pogody. 































za każdym wozem szli sprzątacze końskiej kupy 💩







Kopvleesfretters

Koplveesfretters to znaczy „zjadacze salcesonu” tak przezywa się mieszkańców Dendermonde. „Cebularze” z Aalst śmiali się nawet swego czasu, że „ci salcesoniarze z Dendermonde” to nawet z psów robią salceson, bo nie mogą żyć bez salcesonu ;-) 































t’Schipke (Stateczek)
Historia istnienia tego Stateczku na paradach jest dosyć zawiła i długa. Jak kogoś bardzo ciekawi to może przeczytać po niderlandzku na stronie https://www.rosbeiaard.be/klassieke-stoetelementen. W ostatnich latach mówi się, że t’Schipke symbolizuje po prostu przemysł portowy dawnego Dendermonde. Dodam tutaj, że w Baasrode w gminie Dendermonde znajduje się muzeum żeglugi: https://www.scheepvaartmuseumbaasrode.be/
z przodu tragarze niosący drabinę, po której 4 bracia wchodzą na Beiaarda



Scena utopienia Ros Beiaarda


Ros Beiaard z 4 braćmi prawdziwymi na grzbiecie niesiony przez 12 tragarzy


de Walvis - wieloryb z Dendermonde
Wieloryb z Dendermonde to pamiątka po złowieniu przez okolicznych rybaków w 1711 r. „młodego wieloryba” w Skaldzie, który co prawda w rzeczywistości był prawdopodobnie białym delfinem lub bieługą, ale historia przetrwała przez wieki









Goliath
Goliat jest najstarszym z trzech dendermondskich olbrzymów. Pochodzi z 1626 roku. Był olbrzymem gildii kuszników Świętego Jerzego. Ma 4 m wysokości i waży 76kg


Mars
Mars to, jak wiadomo, rzymski bóg wojny. Mars został wyrzeźbiony w  1648 roku i był gigantem gildii żołnierzy Świętego Andrzeja. Ma 3,70 metra wysokości i waży 79 kg. Te osiłki w czerwonych koszulach to tragarze gigantów. Podczas parady co chwilę się zmieniają, bo niesienie, tańczenie, pozdrawianie publiczności taką osiemdziesięciokilową laleczką to wszak nie lekka zabawa.


Z przodu idzie  „Indiaan”, olbrzym dawnej gildii łuczników Świętego Sebastiana. Ma on 4,45 m wysokości i waży 71 kg. Indianin wspomina odkrycie Ameryki.



Kolejność zdjęć pod koniec jest chaotyczna, bo mój iPad lepiej wie, jak mają być zdjęcia poukładane 😠😤. A mnie zwyczajnie nie chce się ładować kilkudziesięciu zdjęć pojedynczo…