Pokazywanie postów oznaczonych etykietą okulista. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą okulista. Pokaż wszystkie posty

26 stycznia 2025

Progresywny powrót do pracy.

 W tym tygodniu, zgodnie z informacją, którą otrzymałam z działu kadr, o wyznaczonej godzinie zadzwonił do mnie lekarz medycyny pracy (bedrijfsarts), a w zasadzie lekarka. Bardzo miła, jak sie okazuje, osoba.

Streścilam jej moją medyczną historię rakową, wyjaśniłam dlaczego lekarz kazał mi w domu posiedzieć i dlaczego teraz chcę tylko 10 godzin pracować. 

Lekarka wydała na to oficjalną zgodę, która zaraz po zakończeniu rozmowy pojawiła się w mojej skrzynce mejlowej. 

Na pół gwizdka będę mogła pracować przez 3 miesiące, a za pozostałe 50% będę otrzymywać zasiłek chorobowy... No, jeszcze nie wiem, kiedy mi go przyznają, bo póki co nie mam nawet potwierdzenia niezdolności do pracy z funduszu zdrowia za styczeń, a w styczniu dopiero za grudzień takie otrzymałam. Kiedyś przyszedł jakiś mejl, że pracodawca zalega im z jakimiś szczegółami i dlatego jest opóźnienie, ale że oni nad tym pracują i ja nic nie muszę robić, tylko uzbroić się w cierpliwość... 

11 listopada 2022

Ha, wiem co się stało z moim wypowiedzeniem!

 Czy pracodawca może zgubić twoje wypowiedzenie? Tak!!!

Pojechałam w końcu w środę do biura, by wyjaśnić wszelakie wątpliwości, których się nazbierało przez te kilka tygodni mojej pracy… Wysłałam np  kilka mejli z prośbą o urlop i nie dostałam na nie odpowiedzi. Zatem nie wiadomo, wpisano, czy nie. W innym mejlu prosiłam o skorygowanie jednego dnia, bo zarejestrowałam niewłaściwego klienta (mam dwie klientki, których nazwiska różnią się tylko jedną literą, a do tego mają podobne imiona, a bywam roztargniona). Zero reakcji… No ale to, co tam zastałam, przerosło wszelakie oczekiwania. To biuro ostatnimi czasy jest jednym wielkim nieporozumieniem! Jeżu kolczasty! 🦔

Ledwo otworzyłam drzwi, usłyszałam - Dag, Magdalena! (cześć, Magdalena) - a zaraz potem, że mają problem. Od razu pomyślałam, aha, jednak dostali to wypowiedzenie i teraz będą jojczyć, że niby dlaczego odchodzę itd itp. No ale jak usłyszałam co to za problem, prawie padłam trupem.


ZGUBILI MOJE WYPOWIEDZENIE!!! 😳🤯

No tak po prostu! Zgu-bi-li dokument w biurze, gdzie stoi raptem dwa biurka i dwie szafy! Mistrzostwo świata! 🏆

Laska pokazując na biurko obok siebie mówi, że o tu położyła no i się zawieruszyło. Nie wie, co się stało. Szukała i nie znalazła. Może sprzątaczka przełożyła… 🤷🏼‍♀️ Najlepiej zawsze na kogoś zwalić…

I tak, że nie Smurfy…

Otrzymali moje wypowiedzenie, nie muszę się martwić, wszystko jest w porządku, tylko ten tego ten, ona nie zdążyła zanotować od kiedy do kiedy ten okres wypowiedzenia, a dokument zginął i czy może przypadkiem pamiętam daty…? Litości! 🙄

Podałam jej daty i powiedziałam, że wyślę jej kopie dokumentu mejlem. Uf, odetchnęła z ulgą. No nie ukrywam, nie ukrywam, że ja też… bo z tego wynika, że mogę już spać do stycznia spokojnie. Chyba…

 No ale to był dopiero początek mojej wizyty. Potem to już całkiem zwątpiłam.

W moim planie pracy na listopad pojawił się nie wiadomo skąd klient, u którego nie pracuję już ze 3 lata albo i dalej. Nowych klientów nie było wcale. Ba, w biurze nie mieli ich wszystkich danych. Urlopy oczywiście, że nie zanotowane, za to techniczne bezrobocie wpisane w jakieś randomowe dni, gdy dotąd ja ani jednego dnia bezrobocia nie miałam… 👺Powiedziała, że musi zgłosić do głównego biura, żeby skorygowali z instytucją płacącą bezrobocie. Jaja jak berety!

Siedziałam tam ze 40 minut, a baba próbowała doprowadzić wszystko do ładu. Drukarka nie działała, zatem poprosiłam o wysłanie mi planów na mejl. Rzekomo wysłała. W domu zobaczyłam, że nie otrzymałam nic… Upomniała. się o to wysyłając kopię tego nieszczęsnego wypowiedzenia. Dostałam plany i gorące podziękowania za kopię. Wiadomes, jakbym była bardzo wredna, to bym zgłosiła do głównego biura i by się jej dostało… Ale widzę, że baba się na prawdę stara i zna się na robocie, tylko prawdopodobnie ma do zrobienia robotę za 5 ludzi, bo konsultantów też brakuje. Poza tym miałam okazję podejrzeć działanie tego ich systemu no i ręce opadają… Nie wiem, dzieci z podstawówki chyba pisały im ten program, bo jest gorzej niż beznadziejny, wszystko baba musi ręcznie wklepywać, dane każdego klienta na każdy dzień trzeba wystukać, bo  nic nie uzupełnia się autonatycznie. Przy tym muli i laguje.

Borze zielony, jak dobrze że moje dni w tym cyrku są już policzone! Pomyśleć tylko, że Trixxo ma jakieś 160 biur, które obsługują ponoć około 80 tysięcy klientów… Ja każda pomoc biurowa i każdy klient ma taki burdel w dossier to tylko pogratulować organizacji i zarządzania. Nie polecam!

Młody będzie miał okulary.

Młody co jakiś czas skarżył się, że nie widzi z daleka, co pan pisze na tablicy. W końcu w poniedziałek zadzwoniłam do okulisty. Jakie było moje zdziwienie, gdy pani spytała, czy środa w południe mi pasuje. Oczekiwałam wszak kilku tygodni czekania na wizytę. 

W środę zostawiłam Młodego w domu, żeby sobie ułatwić zadanie, ale ciii, nie mówcie nikomu, bo w Belgii nie wolno tak robić. Dzieci muszą chodzić do szkoły! 

Młody jednak jest mądry i jak jeden dzień opuści, to nie wielka strata. Ostatnio jego była nauczycielka, u której pracuję, zapytała, jak tam Młodego raport. Ja mówię, że świetny, że ciągle głównie 70-80%, a ta na to, kręcąc głową z niedowierzaniem, że to jest niesamowite, bo on przecież nic nie robi. W sensie, że w ogóle nie musi się przykładać do nauki. Odwala na szybko, co jest zadane, a wyniki jakoś same się osiągają. Przeskoczenie klasy mu dało tyle, że ze starszymi dziećmi się przynajmniej nie nudzi ani przy nauce, ani przy zabawie, ale trudniej mu jakoś specjalnie się przez to nie zrobiło. 

Wyszło, że Młody ma lekką wadę wzroku - jest krótkowidzem plus lekki astygmatyzm. Okulistka przepisała okulary do noszenia przy aktywności wzrokowej zarówno z bliskiej jak dalekiej. Zatem ma zakładać bryle do czytania, oglądania filmów jak patrzenia na tablicę z ostatniej ławki. Do ganiania i zabaw nie potrzebuje nosić okularów. Za rok kazała się stawić na kontrolę w związku z astygmatyzmem.

Wariat się cieszy, że będzie miał okulary, bo to jest według niego cool. 


W czwartek Młody nadal nie poszedł do szkoły, bo się okazało, że coś go wzięło. Już po wizycie u okulisty zaczął narzekać na ból głowy, brzucha i uczucie zimna. Na drugi dzień było tak samo, więc pozwoliłam mu zostać w domu… A piątek wolny. Obijać też się trzeba umieć 😉

Młoda pojechała zagranicę świętować osiemnaste urodziny.

W poniedziałek odwieźliśmy Młodą na lotnisko. Postanowiła bowiem z okazji zbliżającej się osiemnastki pierwszy raz polecieć samolotem udając się w samotną podróż do Krakowa, gdzie miało też zjawić się  kilku kumpli z różnych części Polski, którzy poznali się przez internet i którzy zaplanowali sobie w Krakowie cały szereg atrakcji do zaliczenia. 


Młodzież wszystko sobie sama zaplanowała od A do Z i wszystko sama zrealizowała (choć z wiedzą i aprobatą rodziców) . Tak, Młoda sama kupiła sobie bilety na samolot, przeczytała regulaminy i zasady korzystania z tego środka transportu, po czym do nich dostosowała swoje działania. Kumple z Polski zajęli się rezerwacją apartamentu, a w końcu wspólnie zrobili listę rzeczy do zrobienia. Teraz to realizują punkt po punkcie. Dostałam nawet kilka zdjęć na Whatsappa:





Wieliczka




Byli już w kilku krakowskich muzeach, u smoka, na skałkach, w Wieliczce. Systematycznie odwiedzają galerie, kawiarnie i inne takie. Szczegółów nie znam i nawet wolę nie znać, ale to i owo jest mi dane poznać. Wiem też, że Młoda czasem musi odpuścić i wrócić samotnie do apartamentu, by odpocząć i się wyciszyć. Życie z autyzmem wymaga bowiem całego szeregu dostosowań i wyrzeczeń. Wtedy pisze albo dzwoni, by zapytać o swoich pierzastych podopiecznych oraz z nimi porozmawiać przez whatsapp. 

Opowiedziałam jej m.in., że Summer odczepiła kolejny liść od żyrandola, a Snowy znowu przyciął trochę zielistkę… Przypomnę tu, że nimfy Młodej funkcjonują w trybie bezklatkowym, co oznacza, że mogą korzystać dobrowolnie z całego 35-metrowego pokoju swojej Pani. Także podczas jej nieobecności. Tak, srają, gdzie popadnie, ale pod żyrandolem i innych bardziej okupowanych miejscach leżą gazety…








Jestem dumna z mojej samodzielnej i odpowiedzialnej córki. Tak, już to mówiłam z tysiąc razy, ale powtórzę jeszcze nie raz i sto, bo takie są fakty.

 Cieszę się, że taki fajny pomysł przyszedł Młodzieży do głowy. Wielu osiemnastka kojarzy się zapewne z imprezą mocno alkoholową, ale jak się ma fantazję, można ciekawszy sposób na świętowanie znaleźć. Podejrzewam, że i tu nie jedno piwerko zagościło czy inne takie, bo wiem, że reszta braci już jest formalnie dorosła, choć wszyscy są z jednego roku. I świetnie, niech się bawią. Niech korzystają z życia, póki jest okazja, bo nigdy nie wiadomo, co przyszłość przyniesie…

Ja sama nie świętowałam swojej osiemnastki, bo nie miałam z kim. Na prezent dostałam od babci złoty pierścionek, co miało dla mnie ogromne znaczenie, mimo że nie byłam fanką biżuterii. To był mój jedyny prezent urodzinowy. I ciągle jest mi przykro, że musiałam go sprzedać za kilka złotych, gdy zostałam z trójką dzieci bez pieniędzy, bo polska popierdolona, skurwiała i patologiczna „pomoc społeczna” (a tfu!) pozbawiła moje dzieci zarówno dodatku rodzinnego jak i alimentów… Nigdy tym skurwielom tego nie wybaczę a pracownikom tej chorej instytucji życzę z całego czarnego serca, by choć raz w życiu znaleźli się w podobnej sytuacji… 

Pamiętając o swoich młodych latach i ciężkich pierwszych latach macierzyństwa, tym bardziej raduję się, gdy moja Młodzież dziś doświadcza czegoś fajnego. Czuję się szczęśliwa mogąc obdarowywać moją Trójcę drobnymi i większymi podarkami, mogąc zabrać ich do restauracji z okazji urodzin i nie tylko, mogąc urządzić im pokoje, kupić meble, ładne ubrania, nowoczesny sprzęt…

A teraz idę zagrać parę razy w Uno z moimi chłopakami, a potem mamy oglądać Jojo’s Bizarre Adventure we troje…



27 listopada 2021

Jak się zostaje Legendą i reszta naszej szarej codzienności

 Chłopiec Legenda

Młody ma nową ksywę w szkole. Mówią na niego Legenda, czyli ten mały spokojny chłopiec, wyglądający jak dziewczyna, który przeskoczył klasę. Młodemu bardzo odpowiada to określenie, bo tylko podkreśla jego oczywistą epickość. Ciągle o sobie mówi „epicki Izydor” i że dla epickiego Izydora to czy tamto wyzwanie tudzież zadanie to pestka. Przyjęła się ta epickość jak nic i dodaje mu pewności siebie i motywacji. Cały świat Izydora jest epicki, bo Izydor potrafi zobaczyć wszędzie epickość świata. Ma ponadto olbrzymie poczucie humoru i jeszcze większą wrażliwość oraz nieziemską empatię.

 Epicki Izydor jest bardzo inteligenty, a jego samoświadomość jest jak na 9-latka po prostu niesamowita. Młody jest w pełni świadomy swoich zalet i swoich wad. Zna swoje mocne strony i swoje słabości. Mocne strony ciągle doskonali a ze słabościami walczy. Przy tym podobnie jak starsza siostra i reszta rodzinki musi wszystko wiedzieć na swój temat dokładnie. Ciągle nad sobą pracuje. Ciągle siebie odkrywa. Nie ustaje też w odkrywaniu tajemnic świata. Każdego dnia o coś pyta i nad czymś rozważa. Jest inny, niż większość dzieci w tym wieku. Jest inteligentniejszy o wielu rówieśników. Więcej myśli i więcej wie, niż przeciętny dziewięciolatek. Przeskoczył z trzeciej klasy do piątej, gdzie ma ciągle świetne wyniki. Jest lubiany przez wszystkich. Zawsze broni słabszych i kocha zwierzęta. Nosi epickie, niepowtarzalne imię Izydor (które po angielsku można zapisać: Easy Door), ale możecie go nazywać Legendą. Nie obrazi się. 

Młody miał mieć jutro występ chóru na wsi pod kościołem, ale rząd ogłosił wstęp do kolejnego lockdownu i znowu niczego nikomu nigdzie nie wolno. Występy grudniowe też wielce prawdopodobnie będą anulowane. Spotkania chóru BYĆ MOŻE  nadal będą możliwe, tylko naryjce dla wszystkich dzieci obowiązkowe. Zastanawiamy się, czy będą też w maskach śpiewać, bo to mogło by być dosyć nowatorskie podejście do śpiewu… Człowiek już nie wie, czy się śmiać, czy pukać w głowę.

Młody nakręcił się na zimową wycieczkę zoo, bo od początku pandemii żeśmy nie byli w zoo, a teraz w grudniu znowu będzie świetlne show i już się trochę napaliliśmy, żeby kupić bilety łączone - zwierzęta i światła. W Mechelen mają być dinozaury, w Antwerpii Alicja w Krainie Czarów. No poszedł by, zdjęć porobił na stworzenia popatrzył. Ale jak zapodadzą lockdown to guzik z tego będzie. Chuj im wszystkim na grób. I chuj z tą pieprzoną pandemią.

Niekontrolowany bałagan w szkole średniej.

Tymczasem w szkole Najstarszej jest nadal galimatias. Nie wiem, czy to bardziej z powodu koronnych komplikacji, połączenia się szkół, czy braków kadrowych. Najpewniej wszystko po trochu składa się na cały ten cyrk. Kto mieszka w Belgii, zapewne doskonale wie, że w szkołach brakuje nauczycieli do różnych przedmiotów i chętnych do pracy nie ma, zaś dzieci przybywa, bo z całego świata tu przecież ciągną nie wiadomo po jaką cholerę. Zatem szkoły najdziwniejsze rozwiązania wymyślają, by jakoś temu zaradzić, a kombinowanie zajmuje im dużo czasu. 

Praca w takich warunkach, nadmiar zajęć, stres to prosta droga do popełniania błędów na każdym kroku. Nie mam ostatnimi czasy zbyt wielu kontaktów ze szkołą średnią, bo sytuacja Najstarszej się ustabilizowała, przeto zbyt często nie zwracam uwagi na to, jak to funkcjonuje. 

Jednak właśnie zbliża się wielkimi krokami koniec trymestru i szkoła zaczyna brać się za porządkowanie spraw uczniowskich. Dostałam właśnie mejl informujący mnie o licznych nieusprawiedliwionych nieobecnościach córki. Patrzę na smartschool…  Ki czart? Wagaruje? Niemożliwe! Jak moje dzieci nie chcą iść do szkoły, to zwyczajnie mówią, że nie idą i nie idą. Wypisuję im zwolnienie, gdy jeszcze mamy, albo wysyłam do lekarza. Albo zostawiamy nieusprawiedliwione i srał to jeż i my też, ale zawsze wiem, że nie była na lekcji. Mamy umowę, że kilka razy do roku zwyczajnie mogą nie iść do budy, gdy wyjątkowo nie czują się na siłach. Moje dzieci nie cyganią, bo nie mają powodu. Poza tym mają autyzm. Autystycy nie cyganią. Tak jak i my nie cyganiliśmy naszych starych, bo nie mieliśmy powodu, gdyż też pozwalali nam czasem zostać w domu ot tak. My tego nie wykorzystywaliśmy i moje dzieci też nie przeginają. Jeśli są zdrowe oczywiście… Dlatego wiem, że nie wagarują bez mojej wiedzy, bo mogą za pozwoleniem matki i ojca. Moje relacje z dziećmi są dosyć specyficzne, bo i też wszyscy jesteśmy wszak dość specyficzni. Jak masz autyzm, to zasady życia normalsów cię nie obowiązują i nie kierujesz się ich wytycznymi, zaś im twoje też pewnie psu na buty się zdadzą, bo oni nie mają autyzmu, a to wszystko zmienia… No ale szczegół. 

Smartschool mi pokazuje 9 nieobecności nieusprawiedliwionych. W Belgii jedna nieobecność to pół dnia (do przerwy południowej i po przerwie południowej). Gdy kogoś nie ma cały dzień, to ma dwie nieobecności. Co nadal w tym wypadku daje kilka dni.

Za tyle nieobecności nieusprawiedliwionych  już można stracić prawo do dodatku szkolnego (trzeba oddać, jak się wzięło), gdy CLB zgłosi do urzędu. 

No ale dobra, przyjrzyjmy się tym nieobecnościom. Przyglądam się i coraz większy nerw mnie bierze. Ja pierdolę, co znowu za burdel?! 

W zeszłym roku Najstarsza miała miesiąc nieusprawiedliwiony bo Amba zjadła zwolnienie ze szpitala i od rodzinnego. Winę zwalono na pocztę, którą byłam te zwolnienia wysłała. Dziś mam co do tego ogromne wątpliwości. To jednak chyba była szkolna Amba.

Teraz znowu to samo. Ostatnia „nieobecność” to dzień, w którym córka była na stażu. Nie wiem, czy wg szkoły powinna być w dwóch miejscach na raz, czy kichuj. Przedostatnia, to „legalne wagary”, bo bolał ją brzuch, za które to wolne usprawiedliwienie córka zaraz na drugi dzień wrzuciła do skrzynki w sekretariacie (specjalna skrzynka na usprawiedliwienia). 

Do tego mamy podejrzane nieobecności w czwartki  i piątki, w które to dni córka chodzi na później za zgodą, a wręcz zleceniem mentorki, gdyż w jeden dzień jest na pierwszej lekcji francuski, z którego jest zwolniona, a w drugi dzień jej klasa chodziła na staże, a ona była jedyną osobą, która jeszcze nie miała stażu i dla której rano nie było nauczyciela mody.

Napisałam zatem zaraz mejl, że coś się tam chyba komuś potentegowało, po czym wyłuszczyłam te wszystkie powyższe i inne podejrzenia. Mejl wysłałam do pani z sekretariatu i do mentorki. Obie odpowiedziały w 5 minut. Pierwsza użyła zwrotu „Beste Mevrouw”, czyli Szanowna Pani, czyli zwracając się bezpośrednio do mnie oznajmiła oficjalnie, że w takim razie oni się temu bliżej przyjrzą. 

Natomiast mentorka użyła po prostu zwrotu „Beste”, który nie ma adekwatnego odpowiednika w języku polskim, ale tak oficjalnie zaczynamy większość mejli urzędowych zwracając się zarówno do znanej nam osoby (np dyrektora, wychowawcy, szefa) jak i nie znając adresata, czyli pisząc np do jakiegoś bezosobowego urzędu lub całej grupy osób. 

Mentorka jednak w swojej wiadomości bardziej  zwraca się do pani z sekretariatu odpowiadając mi, bo pisze (z wyraźnie wyczuwalną pomiędzy wierszami irytacją), że zostawiła PRZECIEŻ rozkład staży mojej córki w sekretariacie uczniowskim i że niniejszym potwierdza, iż Najstarsza była tego a tego dnia na stażu. Do tego oznajmia, że w tym i tym dniu (inna „nieobecność nieusprawiedliwiona”) moja córka była razem z nią poznawać zakład tapicerski, o czym też wszak pisemnie poinformowała…

Jako się rzekło, burdel. Tam jedna pomyłka może się zdarzyć, bo nie myli się tylko ten, kto nic nie robi, ale dziewięć?! No panie! I to tylko w przypadku jednego ucznia, a w szkole przecież coś około 2 tysięcy łebków jest. Żeby było lepiej, dziś (czyli dwa dni po tej wymianie mejli) sprawdzam smartschool, a tu Najstarsza ma znowu nową nieobecność w tym dniu, w którym była na stażu. Ja wysiadam!

Poczekam jeszcze parę dni, może poprawią to wszystko. Potem napiszę mejl do dyrektora szkoły i CLB z prośbą, by łaskawie wpierw zrobili sobie w szkolnych papierach, ewentualnie wśród pracowników porządek, zanim zaczną się do uczniów i rodziców przypierdalać. Bo pandemia pandemią, ale moja córka nie będzie do chuja za czyjeś błędy płacić. 

 Pomyśleć tylko, jak ludzie to wszystko drzewiej byli ogarniali, gdy komputerów ni internetu nie było i wszyściuteńko trzeba im na piechotę na zwykłym papierze było liczyć,  za pomocą zwykłego długopisu czy pióra notować. Niewyobrażalne.

Tak czy owak szkoła Najstarszej w przyszłym tygodniu przechodzi na tydzień lekcji online, bo przez grypę i przeziębienia, czyli niekończące się kwarantanny brakuje nauczycieli do prowadzenia normalnych lekcji. Potem są egzaminy na koniec trymestru to te muszą być w szkole. A potem już ferie świąteczne. I tak oto za momencik dopłyniemy do końca roku kalendarzowego. 

Szlachetne zdrowie

W soszialmediach już się chwaliłam moimi nowymi okularami. Wreszcie odebrałam i wreszcie widzę z daleka wyraźnie. Nie będę ich nosić cały czas, ale jak  kiedyś w przyszłości będzie można jeszcze chodzić do kina, to się mi przydadzą. A może kiedyś telewizor sobie sprawimy, jak nie będzie można chodzić do kina, kto wie… Na dalsze podjazdy skuterowe czy rowerowe też będę zakładać, bo na drodze to jednak dobrze widzieć z daleka różne obiekty. Na co dzień jednak nie potrzebuję, bo życie mnie nauczyło, że lepiej wszystkiego nie widzieć. 

Małżonek w końcu stwierdził, że pora powiedzieć lekarzowi, że ma coś z głową i dostał opierdol.

Doktor go ochrzanił że już dawno powinien był o tym powiedzieć, bo niekończące się bóle głowy, na które żaden lek nie działa to nie są rzeczy, które powinno się bagatelizować, a zawroty głowy w pracy i podczas jazdy to już tym bardziej powinny dać do myślenia… 

No cóż, nam już dawno dają do myślenia. Niestety aż za bardzo.  Już dawno temu małżonek się zaczął mentalnie szykować do tego, by pójść po skierowanie na badania, ale biorąc pod uwagę wszelakie znane nam okoliczności, to zwyczajnie się kurwa nie chce o tym nawet myśleć. Nie ma sił ani chęci. Pieniędzy ani czasu. No wiecie, zwyczajnie wolisz pójść do doktora z jakąś głupotą, że np ręka cię strasznie boli i nie dasz rady pracować i w związku z tym trzeba ci zwolnienie. Bo to jest łatwe. Wiesz, że ręka boli cię z tego powodu, że osiem godzin dziennie codziennie albo napierdalasz boszem, albo pistoletem do farby. Nie trzeba tu zwykle żadnych dodatkowych badań ani snucia chorych domysłów na temat przyczyn bólu ręki. Wszystko jest oczywiste. Krótka piłka. Natomiast rzeczy, co do których spodziewasz się wielu badań, wizyt u wielu specjalistów, które musisz skomponować ze swoją pracą i życiem rodzinny  i za które będziesz musiał zapłacić czapkę pieniędzy, z którymi ci się nie przewala, a do tego na koniec możesz otrzymać jakąś niefajną diagnozę, która spowoduje kolejne wizyty u kolejnych medyków… No kurwa zwyczajnie ci się odechciewa. Odsuwasz to od siebie. Wynajdujesz pierdyliard powodów, dla których teraz nie wybierzesz się na tę wycieczkę. Wiesz, że musisz, powinieneś i że w końcu się weźmiesz, ale dziś nie, bo najpierw masz inne ważne rzeczy do załatwienia, zapłacenia… 

 Nie lubimy wycieczek, których dokładnej trasy i czasu trwania ani celu nie znamy. 

Cieszę się jednak, że w końcu się zdarzyło i że teraz już pójdzie, bo jak się powiedziało A, to i B, C, D też trzeba już teraz powiedzieć. No i kurwa mimo wszystko lepiej wiedzieć w te czy wewte, niż snuć jakieś głupie domysły i gdybać, żyjąc tylko nadzieją, że to nic poważnego, a tylko zwykłe zmęczenie i wiek, bo przecie wiadomo, że po przeżyciu pół wieku na tak popieprzonym świecie to łeb ma powód każdego napierdalać. 

Przy okazji okazało się, że lekarz dostał już wyniki badań moich cycków i od razu powiedział małżonkowi, że zaraz po niedzieli mam się u niego meldować na poważną rozmowę, gdyż wyniki nie są specjalnie satysfakcjonujące. Ale mam się nie martwić, bo wykrycie raka cycków w tak wczesnym stadium dobrze wróży na przyszłość. 

Nie wiem, czemu on w ogóle uważa, że miałabym się martwić, przecież to nie covid do chuja pana. Jakaś uczona w piśmie pod którymś moim postem uświadomiła mnie wszakże, że mam szczęście, iż nie znam nikogo, kto miał covid bo ona miała i to było okropne, bo ona była na prawdę chora i z rakiem to nawet nie ma co porównywać, bo na raka są przecież teraz lekarstwa. 

Do dziś próbuję zrozumieć, co jest takiego strasznego w tym, że ktoś PRZEŻYŁ covid i ŻYJE. 

Znaczy w sensie dla tej osoby, bo dla mnie to jednak jest bardzo straszne, że tacy tępi i pojebani ludzie mimo wszystko żyją na tym świecie. Ale jak raszpla czyta przypadkiem ten wpis, to niech wie, że jestem gotowa odszczekać wszelakie obelgi pod jej adresem, jak kopsnie mi działkę tego swojego leku na raka, bo wszelakie znaki na niebie i ziemi wskazują, że teraz mogło by mi się kurwa przydać. Na depresję też wezmę (jak to na raka już się jej skończyło). 

Żarty żartami, ale nie chce mi się iść do tego doktora, bo już prawie zaczął być spokój z lekarzami, psychologami, specjalistami… Młoda chodzi do tego psychiatry co jakiś czas, ale to już tak luzacko, spokojnie, znają się jak łyse konie.  Ten ortodonta już może w letnie wakacje zdejmie jej aparat. Młody już zakończył spotkania z psychologiem i tylko ten test na autyzm zrobimy mu ponowym roku. Jeszcze tylko dietetyk i alergolog, no i zęby Młodego... To parę wizyt i już zaraz, za parę miesięcy się z nimi uporamy i już, już będzie spokój z łażeniem po doktorach. No ale nie, gdzie tam. Trzeba było se coś nowego znaleźć. No kurwa nie chce mi się. Zwyczajnie mam już dość lekarzy, badań i całego tego pierdolenia. 

Staram się nie snuć domysłów, ile nas to wszystko będzie kosztowało, ale nie ukrywam, że to mnie w tym momencie najbardziej z wszystkiego niepokoi. A idź pan w chuj, jak nie urok to sraczka. Końca nie ma.

A tu jeszcze ta pierdolona pandemia, od której ludziom coraz bardziej na dekiel wali. Ani z domu się nie chce wychodzić, bo już nie mogę patrzeć na tych wszystkich spanikowanych, przestraszonych i znerwicowanych ludzi w tych debilnych naryjcach, którzy słuchają trzydzieści razy dziennie wiadomości na temat covida i o niczym innym nie są już w stanie myśleć ani mówić, bo tak już mają banie zryte. I w ogóle debile nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób sami się nakręcają i sami sobie powrózek na szyję kręcą. To jakiś kurwa obłęd. Ludziom mózg się całkiem zlasował i ja na to patrzę z coraz większym obrzydzeniem. 

Dobrze, że mam swoje normalne inaczej dzieci i swojego normalnego inaczej partnera. Jakby któreś z nas było normalne (czytaj: takie jak większość) to tylko se w łeb pierdolnąć. Dobrze, że mamy swoje zwierzęta, swój dom z dala od normalnych ludzi, swoje książki i swoje ciekawe zainteresowania. Dobrze, że w naszym domu nie ma ani telewizora, ani radia, ani żadnego innego pierdolonego boga. Dobrze, że wszyscy otrzymaliśmy od Matki Natury mózgi wraz z umiejętnością ich użytkowania. Dobrze, że jesteśmy inteligentnymi introwertykami, że jesteśmy wysoko wrażliwi i że mamy autyzm. Z takimi mocami i w takim składzie wszystkiemu damy radę. 

A teraz idę jeść i spać, póki suka migrena sobie na chwilę poszła. 






21 września 2021

We wrześniu szybko trzeba żyć

 Dziś mam wrażenie, że w wakacje żyłam w zwolnionym tempie. Nie tylko przez te dwa tygodnie urlopu, ale całe dwa miesiące. Dzieci nie chodziły do szkoły, lekarze byli na urlopach, więc i wizyt nie mieliśmy za bardzo w wakacje. Nic nie trzeba było załatwiać ani nigdzie się spieszyć.  Rano można było dzień bez pośpiechu w ciszy i spokoju rozpoczynać, a wstając o szóstej miałam mnóstwo czasu na poranne zajęcia, czyli posiłek własny, kawę, karmienie zwierząt, pranie itp. 



No i, proszę państwa, tak się przez te 2 miesiące rozleniwiłam, że teraz nie wyrabiam rano na zakrętach. Naparzyć hektolitry herbaty (Młodzież pije do śniadania w domu i bierze w termosach do szkoły), spakować Syniowi jakieś śniadanie, co jest nie lada wyzwaniem, bo ten cudak nie je w ogóle żadnego chleba, ryżowe wafle już mu się przejadły i co takiemu dać do szkoły na te 7-8 godzin? Diabli wiedzą! Najlepsze, że śniadanie rano raczej rzadko jakieś uda mu się zjeść. Na nic nie ma chęci i ogólnie mało jest potraw, które akceptuje. Czasem poprosi o kaszę mannę lub budyń. Wtedy gotuję z wielką radością. Innym razem zje biszkopcika czy gofra. To też łał jak dla mnie, bo nie lubię, jak idzie głodny do szkoły, gdyż wcale nie rzadko się zdarza, iż nie ma smaku na to, co zabrał do szkoły, a wtedy śniadanie je dopiero o 16tej po powrocie ze szkoły. Tak niezbyt zdrowo, ale nic na to nie poradzę.

Od początku  września zabiera codziennie na pierwszą przerwę kiwi albo banana, albo winogron, albo zielone jabłko (żadnych innych nie akceptuje), na drugą przerwę bierze gofra. Nie nawaliło, jak na dziewięciolatka. Po szkole je obiad… No, tak to nazwijmy. Z normalnych gotowanych przez nas rzeczy je: rosół, spaghetti, pyzy z mięsem, ruskie pierogi, gołąbki, no i …to by było na tyle. Czasem naleśniki, ale nie jest jakimś ich wielkim fanem. W dni, kiedy nie serwujemy żadnego z tych dań, czyli większość dni, Młody je frytki z frikandelem i/lub nuggetsami. Dobrze, że nie mam obsesji na punkcie zdrowego odżywiania, bo chyba bym osiwiała… a nie, czekaj, już jestem siwa… Przed spaniem czasem jeszcze raz je frytki, ale często po prostu wpiernicza tylko owoce. Dużo owoców pożera. Uwielbia kiwi, tylko musi być twarde i kwaśne. Dojrzałego słodkawego nie tknie. No, czasem wetnie też jakieś czipsy albo mleczną czekoladę (innych nie uznaje). Nie należy do grubasów, że tak powiem. Jest najmniejszy w klasie, ale nie jest też jakimś tam bladym anemicznym szkieletem, jak można by się spodziewać, nie choruje, jest niezwykle sprawny, ma dużo energii, mózg pracuje mu na pełnych obrotach za pięć dzieci w jego wieku, z czego wnioskuję, że jego dziwna dieta nie jest specjalnie niebezpieczna dla zdrowia. Winna jest tu pewnie w dużej mierze wysoka wrażliwość…

Oczywiście fajnie by było, gdyby tak cała Piątka jadła wszystko, co gotuję. Pomarzyć dobra rzecz. Tylko Najstarsza je większość rzeczy. Dwójka pozostałych ma specjalne potrzeby żywieniowe. Młoda po pierwsze primo ma wersję autyzmu, która nie toleruje pewnych smaków, zapachów, faktur itp. Po drugie primo aktualnie nosi aparat ortodontyczny, co nie ułatwia jej życia ani nam rodzicom gotowania. 

Na szczęście to stare dzieci i same sobie potrafią jedzenie zorganizować lub o konkretne rzeczy poprosić. Jednak człowiek ciągle nad tym myśli, kombinuje, duma, co by tu jutro upichcić, by jak najwięcej ludzi chciało to jeść. Czasem mnie to okropnie irytuje, bo nie mam pomysłów. Czasem przygotowuję kilka różnych rzeczy, żeby był wybór, ale najpierw trzeba mieć ten pomysł… Ech. Raz w tygodniu zwykle zamawiamy jakąś pizzę czy kebsa, a Młody spaghetii, bo pizzy ani kebaba oczywiście nie lubi. 

Dziwny jest ten świat. A my jeszcze dziwniejsi.

Najstarsza wreszcie ma nowe okulary. Gdy w zeszłym tygodniu je założyła u optyka, aż samo jej się śmiało. Potem wyszłyśmy na ulicę, a ona rozglądała się powoli wokół i nie mogła się nacieszyć, że znowu wszystko widzi z daleka. Stwierdziła, że teraz musi się nauczyć od nowa z tym żyć hehe.

Trafiłyśmy na jakąś promocję i tylko 210€ zapłaciłyśmy za bryle z oprawkami dobrej marki,  a z tego jeszcze będzie sporo zwrotu z ubezpieczenia. 

Ja mam wizytę u okulisty na początku października i pewnie też będę się uczyć na nowo patrzeć na świat. 



W najbliższych tygodniach jeszcze mamy trochę wizyt po różnych doktorach, ale opowiem, jak już będzie po, o ile oczywiście będzie o czym opowiadać. Najstarsza ma iść do gina, bo z badań krwi wynika, że z hormonami coś nie tenteges i trzeba to omówic. Młoda ma wizyty standardowo systematyczne wizyty u psychiatry i ortodonty, ale mamy coś nowego - pneumolog. Tam jeszcze nie byliśmy. Młoda ma czasem problemy z oddychaniem i nie zawsze stres ma z tym coś wspólnego. Rodzinny zalecił sprawdzić, czy to aby nie jakaś astma. Młody też ma do pneumologa, tyle że zapisałam go do innego szpitala niż Młodą. Super jest, że tu można sobie wybierać lekarzy i szpitale wedle własnego widzimisie. Z Młodym idziemy w sprawie jego kochanej alergii, bo sezon letni to dla niego istny koszmar. Pora w końcu jakiegoś eksperta  się poradzić i dokładniejsze badania zrobić. Skierowanko od rodzinnego już mamy, ale wizyta dopiero na koniec listopada. Na szczęście sezon pylenia już na ten rok się wyczerpał. 

Najstarszą zaszczepili też w tym tygodniu na covid w szkole. Gdy dostała zaproszenie w lecie, postanowiła się nie szczepić, bo skoro dobrowolne to ona wybiera nieszczepienie. No i racja. Ona nigdy nie choruje, nie socjalizuje się, w ogóle rzadko opuszcza swoje poddasze, to po ch jej szczepionka na grypę. No ale zaczęliśmy nowy rok szkolny i się okazuje, że wszyscy w klasie zaszczepieni, na każdą OBOWIĄZKOWĄ wycieczkę do muzeum, czy tym bardziej zagraniczną trzeba okazać „covidsafe”. Do tego pierniczą w mediach że do pójścia do głupiej knajpy czy nawet odwiedzin w szpitalu może być tu i ówdzie za chwilę to gówno wymagane. A wiesz, co jutro wymyślą te młotki? Nie wiesz. Niby pierniczą, że we Flandrii 90% dorosłych jest zaszczepionych a i młodzieży od groma, czyli teoretycznie już powinni se dać dupie siana, ale… jak chcesz psa walnąć, to kij się znajdzie. Po co se zatem życie dodatkowo utrudniać, jak i bez tego jest porąbane. Jak przysłali mejl ze szkoły o darmowym szczepieniu, to mówię jej to co wyżej i radzę, by może lepiej skorzystała z tej okazji, bo cholera wie, co będzie dalej z tym covidowym cyrkiem. Powiedziała okej. Mam nadzieję, że nigdy nie przyjdzie nam tego pożałować, bo cholera wie, co tak na prawdę z tego wyniknie za jakiś czas…. W ciekawych czasach żyjemy. No ale dosyć na dziś o zdrowiu.

Izegem

Małżonek zmieniał auto na nowszy model. Nagle go napadł taki dziki pomysł, a jak jego coś napadnie, to nie ma zmiłuj. No dobra, sama idea nie była nowa, a tylko czas i tryb jej realizacji lekko chaotyczny, raptowny i spontaniczny. Co nagle to po diable, jak powiadają. Ja już za stara jestem na takie szalone akcje i dużo nerwów mnie kosztuje coś takiego, choć to niby nie mój cyrk ani nie moje małpy. Ja nie jeżdżę autem. Nie mam uprawnień, predyspozycji ani najmniejszego zainteresowania w tym kierunku. Nie rajcują mnie ani nie obchodzą samochody. No chyba, że mi drogę zajeżdżają…. Wtedy bym najchętniej użyła wielkiego młota. Tak że ten. 

No ale M-Jak-Mąż lubi auta i lubi prowadzić. Zatem i nie dziwota, że potrzebuje co jakiś czas w coś nowego wsiąść, bo ileż można w tej samej puszcze tkwić. No i spoko sprzedał stare auto, kupił nowe i jest cacy. Tyle że ja bym sobie życzyła, by następnym razem takie akcje trochę spokojniej i bardziej z pomyślunkiem były przeprowadzane, bo nie mam hajsu i czasu na terapeutę, a chciałabym jeszcze trochę w jako takim zdrowiu pożyć… Co prawda ja też lubię spontan, ale nie koniecznie w takich okolicznościach, no i też coraz bardziej mnie nagłe działanie przeraża i wyprowadza z równowagi.

 No okej, żeby z równowagi można było mnie wyprowadzić, najsampierw musiała bym ją osiągnąć, a ten stan  jest ciągle w budowie… Liczyłam, że od września będzie możliwość pójścia do psychologa za 11€ za wizytę (aktualnie płacimy 60€ z czego jest 20€ zwrotu z ubezpieczenia) i sepójdę, ale się okazuje, że rząd jak zwykle leci se w chujki na małe bramki i to co podawały media to gówno prawda… Wiem od naszej psycholożki, że niby dali jakieś pieniądze, ale o dużo za mało i że tylko nieliczni psychologowie by mogli według tej nowego systemu pracować, a reszta po staremu. To by oznaczało cyrk na kółkach. Do tego było wiele innych głupot i pułapek w tym zawartych, zatem psychologowie powiedzieli „a spierdalajcie” i zaczęli protest. Co z tego wyniknie, to się okaże… Póki co moją terapią jest pisanie, korzystanie ze słonecznych kąpieli i robienie przyjemnych rzeczy typu czytanie książek, dobry film, pogawędki z resztą z Piątki. 

W piątek otrzymałam mejl od konsultantki z biura, czy nie mogli by mi tymczasowo jednego klienta dodatkowo wcisnąć, bo został nagle bez sprzątaczki… Odpisałam, że biere, bo to na tej samej ulicy, na której już mam klienta w tym samym, co oni sobie życzą, dniu. Skoro to tylko zastępstwo, to mogę spróbować, bo forsa mi potrzebna… Jak nie dam rady albo klient okaże się jakiś upierdliwy, to zrezygnuję. A jak będzie wporzo, to mogę se klienta zostawić, bo to blisko domu. 

Na razie nie mam potwierdzenia, ale ciekawam ludzi. Lubię chodzić do nowych domów, bo to zawsze jakaś odmiana i nowe twarze można poznać i kolejną chatę dokładnie sobie obejrzeć. Lubię podglądać, jak ludzie żyją, jak mają mieszkanie urządzone, czym się zajmują… Lubię też, jak mówią, że szybko i dobrze sprzątam hehe, a zwykle mówią, a czasem nawet do biura dzwonią… Nie jest tajemnicą, że lubię być  chwalona i lubię dobrze o sobie myśleć i być z siebie dumna. Za młodego bardzo mi tego brakowało - pochwał, akceptacji, uznania, docenienia tego co robię  -  to choć na stare lata korzystam… 

Teraz już za późno, by dokonać wielkich osiągnięć, ale z małych rzeczy nadal mogę się cieszyć przeto cieszę się nawet jak ktoś mi powie, że szybko i dobrze sprzątam, czy że dobrze mówię po niderlandzku. Zbieram sobie takie małe okruchy radości i przeważnie udaje mi się być szczęśliwym człowiekiem.

Młody miał dziś biegi na 700 metrów. Rywalizowały ze sobą wszystkie podstawówki z całej gminy. Powiedział, że nie zamierza biegać i że będzie sobie szedł. Tak też zrobił. Zajął przedostatnie miejsce, bo ktoś z innej szkoły powziął podobną taktykę. Mówi, że zaczął biec i chwilę biegł, ale on nienawidzi biegania. I mnie się podoba, że szedł. Niech nikt go do niczego nie zmusza. Niech se belfer sam biega, jak lubi. Proszę bardzo. Młody lubi chodzić. Praktycznie codziennie chodzą z tatą na wieczorny godzinny marsz. Lubi też jeździć rowerem, na rolkach,hulajnodze, ale biegał nie będzie. Ma rację, że się nie daje. Najstarsza też tak ma. Nikt jej nie przekona do czegoś, czego nie chce. Nikt i nic! Ale ona biegać akurat w miarę lubi i na wf zawsze osiąga najlepsze rezultaty. No, Młoda też żyje wedle własnych zasad i też nie daje sobie w kaszę dmuchać. Ja byłam przez większość życia beznadziejną cipą bojącą się wyrazić swoje zdanie, wszystkim na każdym kroku ustępowałam. Jestem dumna z moich dzieci i bardzo szczęśliwa, że one takie nie są, jak ja byłam. Udział w takich zabawach - moim nader skromnym zdaniem - winien być dobrowolny. 







12 marca 2017

I świat nabrał nowych barw, ale problemy wciąż te same

Wydawać by się mogło, że po zrezygnowaniu z wizyt w Mechelen powinnam zyskać kilka wolnych godzin w tygodniu, jednak czasoprzestrzeń jest niepojęta... Bardzo szybko każda dziura wypycha się innymi zajęciami. Tyle, że chodzimy wcześniej spać i to jest dobre. Jednakże ze zmęczeniem jeszcze walki nie wygrałam. Kładziemy się spać o 20 by wstać o 6 nadal bez sił do życia.  Przez ostatnie tygodnie pozwoliłam sobie zapomnieć o stałej porcji magnezu  i właśnie trzeci dzień tego żałuję, bo po przedwczorajszym skurczu mięśni jeszcze dziś nie mogę chodzić normalnie. Stan psychiczno-emocjonalny też nie za bogaty. Przesilenie wiosenne, wiek, niekończące się problemy rodzinno-zdrowotno-szkolno-organizacyjne i zwykły codzienny zapierdziel są w stanie rozwalić najlepsze zdrowie.
ścieżka rowerowa
Powiadają jednak, że ku wiośnie idzie, zatem pozostaje liczyć że większa dawka promieni słonecznych doda nam trochę sił i energii tak potrzebnych przy  codziennych zmaganiach  z przeciwnościami losu. Człowiek bowiem najwidoczniej ma gdzieś wbudowane baterie słoneczne, bo im więcej słońca tym lepiej funkcjonuje, im mniej - tym gorsze samopoczucie. 
wiosna
Tymczasem odptaszkowaliśmy kilkanaście punktów z niekończącej się listy zadań do wykonania.

W lutym doczekaliśmy się w końcu na wizyty u okulisty, na które towarzystwo zapisałam jeszcze  jesienią. M okularów nie potrzebuje na razie uff. Okulista bardzo sympatyczny gość, ale dziwił się, że córka zażyczyła sobie cyfry zamiast liter. Pytał, czy chodzi do szkoły. Kurde gość po medycynie to chyba powinien z grubsza jarzyć, że o wiele łatwiej jest w języku obcym opowiedzieć historię życia całymi zdaniami niż przeliterować wyraz. Niby te litery podobnie się wymawia w niderlandzkim i polskim a jednak każda litera brzmi inaczej - samogłoski są zmulone, bo Belgowie nie rozdziapiają gęby przy mówieniu jak my Polacy. Spółgłoski to już w ogóle masakra jakaś w czytaniu alfabetu, choć w wyrazach większość można czytać po polsku i zrozumieją o co ci chodzi. Nie dawno rejestrując się telefonicznie do jakiegoś medyka musiałam przeliterować swoje nazwisko (bo imię przeco mam "flamandzkie") i pani z rejestracji powtarzała każdą literę po flamandzku - wyraźnie podkreślając intonacją że ja wymawiam nieprawidłowo... A ten tam się pyta czy ona nie chodzi do szkoły, że liter nie zna i nie daje mu do myślenia, że on sam nawet mojego nazwiska nie jest w stanie powtórzyć prawidłowo, nie mówiąc o samodzielnym przeczytaniu. Oł je BRUD-PIETRZYK po flamandzku brzmi mniej więcej: bryyd pitr%&#%$.... pitrijk? Tja! W większości sklepów pytają o kartę klienta, gdy już się ma takową, wystarczy podać nazwisko. Już nawet się nie fatyguję, od razu podaję dowód. Gdy zaczynam grzebać w portfelu sprzedawca zwykle mówi, że dowód nie potrzebny, po spojrzeniu nań jednak zmienia zdanie "OMG". Co bardziej dociekliwi pytają jak się to wymawia i nawet próbują powtarzać. "Pietsik" to najlepszy rezultat. A jakby musieli powiedzieć "Pietrzyk ze Strzyżowa"?

No ale dobra, zostawmy problemy językowe, bo o ocznych być miało. W tym tygodniu byliśmy po okulary u optyka. Trochę mieliśmy cykora, bo ludzie straszyli nas, że ceny okularów są tu koszmarne. Jednak nie jest źle. Optyk zapytał czy "mooi en goedkoper?" (ładne i tanie) oprawki i takie dziecięciu znosił do przymierzania. Uprzednio za podpowiedzią koleżanki wyguglowaliśmy na stronie naszego ubezpieczyciela u jakich optyków możemy liczyć na zniżki, bo się okazuje że w Belgii nie jest wszystko jedno do jakiego optyka pójdziemy. Córa wybrała oprawki z Esprita za 120€, a szkła były jakieś ponoć lepsze w promocji po 50€, czyli zapłaciliśmy niewiele ponad 200€, z czego z połową zwrócą, czyli że tak powiem nie ma armagedonu :-) Na drugi dzień okulary były już do odebrania.

Najstarsza założyła okulary, wyszła od optyka, rozejrzała się i rzekła:
- No, i świat  nabrał teraz nowych barw, muszę się do tego przyzwyczaić.


 Teraz chyba moja kolej  zarejestrować się do okulisty, ale M ostatnio przyniósł niepokojącą informację od kolegów z pracy, że rzekomo po czterdziestce nie ma żadnych zniżek na bryle. Jeszcze tego nie weryfikowałam, ale jeśli to prawda to moje okulary mogą być droższe, bo do okulisty czeka się 3-4 miechy, czyli przed 40 urodzinami się nie wyrobimy niestety. No ale co tam się na zapas będziemy martwić.

W tym roku postanowiliśmy zapisać wreszcie dziewczyny na kamp, po naszemu "na kolonię". We Fladrii każde dziecko jeździ co roku na przynajmniej jeden kamp. Letnie wakacje obowiązkowo, poza tym wielu zapisuje też dzieci na kampy podczas innych ferii. W zeszłym roku dziewczyny jeszcze nie były psychicznie gotowe, bowiem pytaliśmy i kategorycznie powiedziały "NIE". Jednak w zeszłym roku byliśmy w Polsce, więc wakacje jak najbardziej udane i o wiele bardziej kosztowne niż taki kamp - do dziś spłacamy :-) Przestudiowałam z dziewczynami kilka stron instytucji, które zajmują się organizowaniem czasu wolnego dzieciom i młodzieży, zapoznałam się z zasadami zapisów, opłat, ubezpieczeń etc. Muszę rzec, że po zapoznaniu się z ofertą wakacyjną byłam wręcz zszokowana. Wiedziałam, że są kolonie tematyczne, bo koleżanki naszych dziewczyn jeździły na kampy kulinarne, taneczne, judo, tenisa, zagraniczne językowe, w sąsiedztwie mamy stajnie które organizują półkolonie z końmi. Jednak to co zobaczyłam spowodowało opad szczęki. Z ciekawszych:
Kolonia w zoo, gdzie dzieci opiekują się zwierzętami i nocują na terenie ogrodu zoologicznego.
Kolonia z delfinami. 
Graffiti kamp, na którym młodzież uczy się graffiti od profesjonalistów.
"Only Girl Power Deluxe" zajęcia dla dziewuch z profesjonalnym wizażystą, sesja fotograficzna, 7 godzin jazdy limuzyną.
Dronekamp - zabawy z dronami. Inne to np: fotograficzny, paintbal, surviwal, surfing, wspinaczkowy w górach, kajaki, kamp gier komputerowych i dziesiątki innych. Myśmy przeglądnęły tylko te dla nastolatek, ale na kolonie można tu wysyłać już czterolatki.  Z tym, że maluchy wyjeżdżają tylko na 3 dni, no i oczywiście są też półkolonie dla każdego wieku.

Ceny oczywiście są bardzo zróżnicowane, widziałam obozy i po 600€ za tydzień, w tym kulinarny za 530€ i się nawet zastanawiałam co oni tam gotują i z czego, gdyż obozy na plaży w Hiszpanii czy górski we Francji, nad którymi dumały chwile moje młode, były połowę tańsze. 

Dziewczyny chciały jechać we dwie na ten sam obóz, bo zawsze to raźniej, ale mają odmienne zainteresowania i nie mogły się dogadać. Najstarszej podobają się wysokości - park linowy, wspinaczka w górach, ale Młoda trzęsie portkami. Ona by chciała jakieś łódki, surfing. W końcu stanęło na parku wodnym a w zasadzie parkach w Belgii i Holandii. 5 dni moczenia kupra za 270€. Zapisaliśmy je od razu i zapłaciliśmy, bo nie orientuję się jak jest z popularnością tego obozu. Jednak zauważyłam że niektóre, co ciekawsze już miały niektóre terminy wakacyjne zajęte w styczniu. 

Może się  dziwne wydawać planowanie wakacji w lutym, jednak w tym kraju - taka moja osobista refleksja - czas płynie o wiele szybciej niż w Polsce i zanim się obejrzymy już będzie koniec czerwca. Cholera tam pracowałam na cały etat będąc samotną matką dwójki małych dzieci, mając jeszcze dodatkowe zajęcia wiejskie od czasu do czasu typu wykopki, żniwa, rąbanie drzewa na opał, a mimo to miałam jakoś więcej czasu i byłam tysiąckroć mniej zmęczona niż teraz. 


Mój osobisty plan na wakacje mieści się zatem w jednym słowie ODPOCZYNEK. Nic nie robić, nie mieć zmartwień, chłodne piwo w cieniu pić... Liczę, że w tym roku odpocznę, bo nie zamierzam nigdzie jechać. Nie licząc jednodniowych wypadów na plażę, czy inne tego typu miejsca, gdzie nie trzeba nic robić. Choć biorąc pod uwagę nasze pomysły na najbliższą przyszłość to z tymi wakacjami i naszym czasem też różnie jeszcze być może. Jednym z pomysłów jest np zrobienie dodatkowego pokoju na strychu o ile właściciel nie będzie miał nic przeciwko (a raczej nie powinien), co może być mało relaksacyjnym choć niewątpliwie fajnym i  przyjemnym zajęciem. Są też inne mniej lub bardziej szalone plany, ale o tym może innym razem a może nie.


Najważniejsze, że nasz najmłodszy skarb wreszcie się wyprowadził do swojego pokoju. Jeszcze się nie przyzwyczailiśmy do nowej sytuacji, jeszcze nie możemy w to uwierzyć nawet. Jesteśmy na etapie dostosowawczym. Ostatnie tygodnie przed urodzinami przygotowywaliśmy go do tego. Wyznaczyliśmy sobie i jemu konkretny moment, którym miały być jego piąte urodziny. Pięciolatek jest już bardzo dużym chłopcem i nie może spać z rodzicami, ani do nich przyłazić w środku nocy. Pięciolatek jest bardzo odważnym chłopcem i nie boi się być sam w swoim pokoju. Tylko małe dzidziusie chcą spać z rodzicami, a on nie jest chyba dzidziusiem... Obiecaliśmy wysokie łóżko z biurkiem pod spodem, ale póki co przynieśliśmy ze strychu stare metalowe łóżko dziewczyn, takie zwykłe, bo trzeba sprawdzić czy Młody nie spada z łóżek, tak jak jedna z jego siostrzyczek... Do dziś pamiętam jak budził mnie w nocy łomot a potem słyszałam "to tylko ja mamusiu, już wchodzę na łóżeczko z powrotem". 

Młody poczuł się dużym chłopcem, bo ma duże łóżko (choć nie wiem czy materac 2x2m można nazwać małym). Wypracowaliśmy też już specjalny rytuał: mama czyta jedną lub dwie książki, śpiewa kołysankę (typu Stary Donald farmę miał, Miała baba koguta albo jedziemy na wycieczkę bierzemy misia w teczkę - im głupsze tym lepsze), wyjaśnia niewyjaśnione, przytula chłopca i misia, mówi dobranoc wszystkim zwierzętom i innym zabawkom po kolei i może iść po tatę. Tata obowiązkowo musi pójść przytulić, bo jak nie pójdzie, to Młody przychodzi. Czasem przychodzi i tak i próbuje się wkręcić na nasze łóżko, ale odprowadzamy i dousypiamy. W nocy nie przychodzi o dziwo, jeśli zaśnie u siebie. Miejmy nadzieję, że nie zachoruje w najbliższym czasie zanim się nie zaadoptuje całkowicie do nowej sytuacji, bo to mogło by zakłócić system. Już były takie okresy, w których nasz synio zasypiał i budził się u siebie, ale potem przychodziła choroba, kiedy nie mógł spać, kaszlał, wymiotował, gorączkował a my robiliśmy ten błąd, że zamiast spać u niego, pozwalaliśmy mu spać u siebie, a małe gnojki szybko się przyzwyczajają do dobra. Młody zaś okropny pieszczoch się zrobił teraz. Pomyślałby kto, że jako niemowlak nie pozwalał się kołysać i przytulać nawet własnej matce. Teraz za to lubi tulenie, całusy, głaskanie i pieszczochanie. Chyba to jednak taki wiek, bo podczas urodzin zaobserwowałam, że jego rówieśnicy płci obojga mają podobnie. Jakby nie patrzeć jestem dla nich obcą osobą, ale ładowało mi się to po dwoje czy troje na kolana. Kolejne dwa stworzenia siedziało na kolanach u innej mamy. Słodziaki. Bardzo fajny wiek takie przedszkolaki.

Choć i nasze nastocórki też są w bardzo fajnym wieku. Uwielbiam ich humor, dowcipy, przekomarzania i oryginalne pomysły. Czasem się wkurzę i nadrę pyska, ale muszę też rzec, iż coraz rzadziej się to zdarza, bo nie dają mi ku temu zbyt wielu powodów.

Ostatnio zrozumiałam też w końcu, że głównym powodem, dla którego się wkurzam na własne dzieci jest szkoła, bo oczekiwaniem tego systemu jest by każda istota żyła według określonego szablonu, a jak ktoś nie pasuje do owego szablonu staje się dla systemu wrogiem.

Przypomniało mi się, że kiedyś byłam najlepszą uczennicą w klasie, co roku otrzymywałam świadecwto z tzw paskiem, ale ani razu moja mama nie wróciła z wywiadówki zadowolona z workiem pochwał dla swojej córki. Zawsze były tylko i wyłącznie problemy, bo ja się nie zgłaszam na lekcji (jak zapytają to wie, ale się nie zgłasza! - rodzice mnie od urodzenia uczyli że dzieci się nie odzywają niepytane, bo dzieci i ryby głosu nie mają, więc logiczne chyba do cholery że czekałam aż mnie zapytają!), bo ja czytam tylko książki o zwierzętach (ciul z tego że najwięcej z całej klasy, z całej szkoły jak tylko przyrodnicze - tragedia po prostu), że nie mówię "Dzień Dobry" ....wiedząc że jestem nieśmiała, ale uważając nieśmiałość za synonim chamstwa i bezczelności a nie problem psychologiczny. Dziś niby pod tym względem wiele się zmieniło, zauważa się problemy dzieci i młodzieży i próbuje się im pomóc. Jednak mając córkę z podobnymi jak ja "problemami" widzę, że niektóre proste rzeczy nadal do niektórych nie dotarły. Takie dziwactwa jak ADHD, dysortografia, dysleksja itp są powodem do obniżania trudności zadań, zawyżania ocen, przymykania oczu, ale zwykła nieśmiałość już jest kurewskim problemem dla systemu szkolnego, bo uczeń musi mieć całą armię zajebistych koleżanek i kolegów, bo uczeń musi podnosić rękę, otwarcie mówić o swoich problemach, zadawać miliony pytań, nawet jeśli temat kompletnie mu wisi i powiewa, musi udawać kogoś kim nie jest, żeby pasować do systemu. Nie wystarczy że z każdym miesiącem jest lepiej i lepiej, że rezultaty są zadowalające, bo to ciągle za mało. Flamandzkie szkoły poświęcają więcej czasu każdemu poszczególnemu uczniowi, każdy przypadek jest rozpatrywany indywidualnie i dzieci oraz rodzice otrzymują tu wiele pomocy. Jednak system ciągle jest systemem i jeśli ktoś za bardzo się wyróżnia, trzeba go za wszelką cenę zreformować, bo dobro systemu jest najważniejsze. Jest to dla mnie bardzo zrozumiałe i oczywiste, co nie zmienia jednak faktu iż jednocześnie irytujące, bo jestem rodzicem istoty wielce oryginalnej i mało reformowalnej. Co więcej ową oryginalność mojej córki bardzo sobie cenię i uważam, że dzięki tej indywidualności może osiągnąć dużo więcej niż przeciętny szczur systemowy. Nie zamierzam zabijać jej indywidualności tylko dlatego żeby nauczycielom łatwiej się pracowało. Czy ktokolwiek mebluje swój dom z myślą o tym, by mi czy innej sprzątaczce lepiej się sprzątało? Nie, bo każdy myśli o swojej wygodzie, nie czyjej.

Moja córka nie krzywdzi ani nie obraża nikogo (w przeciwieństwie do swoich klasowych kolegów), nie niszczy szkolnego sprzętu ani otoczenia, nie drze ryja na lekcji, nie łazi po klasie bez pytania ani nie je na lekcji (w przeciwieństwie do swoich klasowych kolegów), nie przychodzi do szkoły w makijażu, z pomalowanymi pazurami czy w niestosownym stroju (jak jej niektóre koleżanki), ale to moja córka wymaga kontaktu z psychologiem a nie ta dzicz, która łamie co dnia połowę szkolnego regulaminu (nie dawno dostałam list z wieloma punktami łamanymi przez kolegów mojej Młodej , z której ona mogła się podpisać tylko pod spóźnianiem się). Muzułmanin, który chuj wie czego szuka w katolickiej szkole, może okazywać jawną pogardę koleżankom i nauczycielkom oraz na różne sposoby próbować ich upokorzyć a nawet pozbawić pracy,  ale to moja córka która jest zbyt cicha jest uczniem problematycznym Ha! Tak samo było w moich czasach - to ja byłam problemem bo nie pasowałam do systemu haha.

Jeszcze 2 lata temu martwiłam się o moje dziecię, bo nie mogłam z nią nawiązać kontaktu, była zagubiona i smutna, nie radziła sobie z rzeczywistością. Uporałyśmy się z tym wszystkim same Powolutku, krok po kroczku moja Najstarsza stała się wesołą, otwartą dziewczyną. W szkole jeszcze taka nie jest, ale do cholery nie od razu RZym zbudowano. W szkole też zrobiła ogromne postępy i robi każdego dnia, a że nie ma z wszystkich przedmiotów po 90% to co z tego? Ważne że z matmy  i plastyki ma najlepsze punkty z całej klasy, bardzo dobre z przyrody, z gotowania i z mody. Szyje ponoć jak stara krawcowa, robi fantastyczne projekty ubrań. Nie oczekuję że superowe wyniki będzie mieć z niderlandzkiego czy francuskiego - wystarczy że Młodsza zadziwia świat pod tym względem i czasem nauczyciele każą się wstydzić flamandzkim dzieciom, że tylko Polka potrafiła udzielić prawidłowej odpowiedzi. Każdy ma inny talent i inne predyspozycje, nie każdy też pasuje do systemu i temu będzie zawsze trudniej, ale też może odnieść większy sukces, gdy się uprze i postawi na swoim. Wiem, że z systemem nie wygram, ale będziemy próbować jakoś sobie radzić dalej wybierając złoty środek.