Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozpoczęcie roku szkolnego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozpoczęcie roku szkolnego. Pokaż wszystkie posty

6 września 2021

Świeże ploteczki z flamandzkiej wioseczki

 Poprzedni tydzień był dziki. 

W poniedziałek odwiedziłyśmy z Najstarszą okulistkę. W necie było kilka niepochlebnych opinii pod jej adresem, ale kobietka okazała się bardzo sympatyczna. Natomiast, gdy poprzednim razem, kilka lat temu, udaliśmy się do wychwalanego i polecanego przez wszystkich okulisty, to stwierdziliśmy, że to prostak, menda i cham, jakby powiedział Ferdek, i że nasza noga więcej w jego gabinecie nie postanie. Przy czym na wizytę do tej babki czas oczekiwania wynosi miesiąc, a do gostka co najmniej trzy. Przeto nie koniecznie trzeba wierzyć we wszystko, co ludzie mówią, dopóki samemu się człowiek nie przekona, jak jest.



We wtorek miałyśmy rozmowę z CLB, która w sumie nie wiele nowego wniosła, a głównie potwierdziła dotychczasowe ustalenia w kwestii specjalnej ścieżki szkolnej dla Najstarszej. Choć nie, babka przedstawiła kolejny nowy program z nowymi możliwościami pomocy młodemu człowiekowi oraz dwie instytucje wspierające  autystyków. O tym opowiem więcej, gdy sama się więcej dowiem i gdy doczekam się na spotkanie z nimi, bo lista oczekujących jest długa. Ale nie pali się.

W środę wystartował nowy rok szkolny.

Młody, nasz epicki dziewięcioletni piątoklasista, szedł do szkoły pierwszego września z nowym tornistrem-lodówką ubrany w kostium stracha na wróble, bo można było przyjść przebranym, to czemu nie skorzystać. W tym roku szkolnym tematem wiodącym w naszej szkole i przedszkolu jest „geluksvogel”, co znaczy tyle co szczęściarz, ale dosłownie to ptak szczęścia, czy szczęśliwy ptak. A co w praktyce oznacza, że szkolne życie i szkolne zajęcia będą się sporo kręcić zapewne wokół przyrody, dobrego samopoczucia, relacji społecznych itede itepe.




Dla Najstarszej rozpoczynającej 6 klasę zawodówki ten dzień był dniem czysto informacyjnym. Zaczynali później, niż w normalne dni, przy czym każda klasa miała wyznaczony inny czas i miejsce. Szkoła ma obecnie dwie siedziby oddalone od siebie około 2km, a lekcje odbywają się w obudwu. Czasem na jedną godzinę musi młodzież naginać z trampka do drugiego budynku. Co, moim zdaniem (i chyba większości ludzi) jest lekko porąbane.

Zarówno Najmłodsze jaki Najstarsze Dziecko jest zadowolone ze szkoły i chodzą chętnie. Nie to, że tam od razu w podskokach czy na skrzydłach, ale z bardzo pozytywnym nastawieniem, a to najważniejsze przecież, by dobrze zacząć. Potem już jakoś pojedzie.

Średnia jest z kolei zadowolona, że nie musi już chodzić do żadnej szkoły i że może się uczyć tego, na co ma akurat w danej chwili ochotę i kiedy ma ochotę i że w dowolnej chwili może sobie zrobić przerwę, przełożyć naukę i nikomu nic do tego. Wszystko planuje i realizuje sama i dobrze jej to idzie. Niekiedy bowiem belfer i szkoła bardziej przeszkadzają niż pomagają. Jednakowoż nauka domowa nie jest dla każdego. Mnie by się zwyczajnie nie chciało uczyć małych dzieci w domu. Co prawda uczenie tak inteligentnych, ciekawych świata i żądnych wiedzy dzieci jak Młoda i Młody to pewnie by była bułka z masłem, ale nie zmienia to faktu, że to by trzeba było jeszcze przy tym lubić być kurą domową na cały etat, bo jakoś nie wydaje mi się, by można było jednocześnie pracować i uczyć dzieci, szczególnie dzieci, którym przyswajanie wiedzy i rozumienie świata przychodzi trochę trudniej, niż Młodemu i Młodej… Ja tam jednak lubię czasem pójść do roboty i pozbyć się choć na chwilę z domu dzieci, bo ja jestem zła kobieta.

W pierwszy dzień września Młoda odebrała drugą porcję szczepionki. Tym razem trafiła jej się wredna stara zgrzybiała i niemiła suka przy szczepieniu, która w dupie miała nadwrażliwość Młodej. Takie egzemplarze to się powinno izolować od społeczeństwa a nie wysyłać do szczepienia dzieci i młodzieży. No ale to tylko moja bezczelna opinia.

W sobotę byłyśmy z Młodą na weselu odbywającym się w ogrodzie u sąsiadów.  Wreszcie wolno organizować duże imprezy, to ludzie nadrabiają zaległości. Tu była zaległa imprezka na trochę ponad 100 ludzia. My byłyśmy do pomocy, czyli w celach zarobkowych, ale pojedlim, popilim, potańczylim. Naszym zadaniem było przygotowywanie (do spółki z rzeźnikiem) i wydawanie bułek z kiełbasą, szaszłyków i hamburgerów. Tyle że ja to się tam nie napracowałam, bo tylko buły kroiłam i podawałam Młodej, a to ona  zbierała zamówienia, pakowała mięcho do buł i gawędziła z gośćmi. Muszę tu rzec, że byłam w szoku, jak jej to szło. No kurde, jakby już z 5 lat stała za ladą. Młoda Para była wielce zadowolona i pełna podziwu dla Naszej Córki. Ludziom smakowało żarcie (albo byli wygłodzeni) i ciągle stali w kolejce po bułę.  Rzeźnik też sporo pochwał zebrał. I faktycznie kotlety z wieprzka były paluszki lizać omniomniom. 

Oprócz bułek mieli na tym przyjęciu ogrodowym kram pizzowy z jakąś dziwną zwijaną pizzą, którą - jak Młodej udało się zaobserwować - jakieś dziecko jadło łyżką haha. Był też  samoobsługowy namiot z najróżniejszymi napojami i deserami. Pogoda była idealna na imprezkę pod gołym niebem. A my miałyśmy okazję zobaczyć, jak wygląda belgijskie wesele ogrodowe i oczywiście musiałyśmy dołączyć do tanecznego „pociągu”, czy jak kto woli „węża”, który tutaj nazywa się „polonaise”, czyli polonez i swoje źródło ma właśnie w polskim tańcu, z tym, że we flamandzkim wydaniu to jest ni mniej ni więcej nasz polski pociąg, w którym wszyscy muszą wziąć udział. No, przynajmniej zawsze próbuje się wciągnąć w to każdego tuptając pomiędzy stołami i ciągnąc ludzi za fraki. Poloneza tańczy się na każdej imprezie flamandzkiej (i chyba też holenderskiej) zarówno dorosłej, jak dziecięcej. 

Kilka domów dalej odbywała się chyba, jeśli wierzyć napisom przy drodze, komunia w ogrodzie. Choć po tym, co się działo, to śmiem twierdzić że wątpię czy to komunia… albo przynajmniej zastanawiać się, co to za komunia. Nie znamy tych ludzi, bo dopiero, co się przeprowadzili. Impreza była przez dwa dni. Wczoraj, gdy wieczorem przejeżdżałyśmy obok, Młoda stwierdziła, że to prędzej jakaś satanistyczna biba, bo namioty na czerwono oświetlone ha ha. Nasza druga nowa  (epitety, jakimi ją tu się określa, lepiej przemilczę) sąsiadka wracała stamtąd nawalona w cztery dupy. W pierwszy dzień wbiła na w/w wesele, skąd została wywalona na zbity pysk, bowiem jeszcze zanim się tu przeprowadziła, już darła z tymi ludźmi (i wszystkimi innymi, nas nie wyłączając) koty. Więc wbijanie teraz na krzywy ryj do kogokolwiek na imprezę to raczej słaby pomysł. Ale kto głupiemu zabroni. Drugiego dnia skończyło się na wizycie policji, bo darli mordy i ogólnie drama jakaś była, choć akurat przegapiłam ten spektakl, gdyż nam się zachciało nad rzekę jechać. To nie pierwsze odwiedziny radiowozu u tej sąsiadki w każdym razie. Kurde, mieszkamy na super spokojnej, super przyjaznej ulicy, wśród fantastycznych ludzi i nagle sprowadza się taki skurwesyn i psuje wszystkim krew. Ale przynajmniej jest o czym plotkować haha. Ot, uroki życia wiejskiego.

Weekend w każdym razie uraczył nas świetną słoneczną pogodą. W niedzielę zatem korzystaliśmy ze słońca. M-Jak-Mąż sobie rowerował w pojedynkę, a ja woziłam dzieci skuterem po okolicy. Najpierw zabrałam Młodego do Wemmel, pipidówy pod Brukselą, która choć ogólnie mało przyjazna dla nas, jeśli idzie o ludzi, to posiada  urokliwy zameczek i stawy pełne ptactwa wodnego. Młodemu bardzo się tam podobało i bardzo miło spędził czas obserwując kaczki i biegając po mosteczkach i ścieżkach. No i on lubi jeździć na skuterze, a to głównie chodziło w tej długodystansowej wycieczce skuterowej.

Pod wieczór Młoda zapytała, czy nie znam przypadkiem dobrego miejsca w okolicy nad wodą na fotografowanie zachodu słońca. Znałam. Pomknęłyśmy zatem na naszym pierdzikółku do prowincji Antwerpia nad pewien urokliwy zakręt Skaldy, który znam z rowerowych wycieczek z Małżonkiem. Młodej się też spodobało to miejsce. A potem pokazałam zdjęcie Młodemu i zawołał WOW! Epicko! I teraz muszę jeszcze raz tam jechać. 

Nie wiem, czy już kiedyś mówiłam, ale my mieszkamy praktycznie na granicy trzech prowincji, a przy tym mamy rzut beretem do Brukseli. Jednym słowem wszędzie blisko. 

Tutaj zakończę pisanie, a na zakończenie pokażę moje iphone’owe fotki z niedzielnych wycieczek. Młoda na pewno zrobiła o wiele lepsze swoim Nikonem, ale mnie moje wystarczą.

Wemmel.













Sint-Amands
























20 sierpnia 2021

 Wakacje dobiegają końca. Jak dotąd były nie najgorsze, tylko pogoda mnie nie zachwyciła. Kocham słońce, gorąco, upał, atu tymczasem pogoda październikowa całe lato. Przeczytałam za to kilka dobrych książek, a to już duży plus tegorocznych wakacji. Do rozpoczęcia roku jeszcze parę dni, ale to będą dni dosyć pracowite i zabiegane raczej. Psycholog Młodego, okulista Najstarszej, spotkanie w szkole z CLB i resztą bandy pomagającej  Najstarszej w ogarnianiu szkolnej rzeczywistości i temu podobne przygody. 


W przyszłym tygodniu Młoda ma też kolejny egzamin w Komisji Egzaminacyjnej w Brukseli. Tym razem geografia. Skończyła już się przygotowywać, teraz już się tylko stresuje oczekiwaniem. Relaksuje się układając kolejne pudełka puzzli na 1000 kawałków. Ostatnio kupiła w kringwinkel (sieć sklepów 2dehands) kilka paczek po parę euro. Gdy skończy układać, skleja je, ojciec lakieruje, a ja przybijam do ściany na korytarzu. Jeszcze trochę miejsca jest, ale coraz fajniej ściany wyglądają takie zapuzzlowane.

Nie mogę wyjść z podziwu, jak Młoda potrafi doskonale sobie zaplanować naukę i całkowicie samodzielnie przerabiać poszczególne tematy z poszczególnych przedmiotów i bez niczyjej pomocy przygotowywać się do egzaminów. Jak już zapewne wspominałam, wybrała w Komisji Egzaminacyjnej 3 stopień technikum i kierunek fotografia, a trzeci stopień technikum to 5 i 6 klasa razem. Wybiera jeden przedmiot, planuje naukę w czasie wg tematów wymaganych w Komisji, uczy się, zdaje go, zabiera się za kolejny przedmiot. Dla Naszego Autystyka taka metoda nauki najwyraźniej jest bardzo dobra. Stokroć lepszy system, niż chodzenie do szkoły stacjonarnej. Bałam się tego, ale uważałam, że warto spróbować, bo to zawsze jakaś szansa na otrzymanie dyplomu szkoły średniej. Teraz jestem już niemal pewna, że Młoda sobie poradzi doskonale. Najgorzej będzie z zaliczeniem praktyki, bo to dla nas ciągle wielka niewiadoma. Ale już urodziło się kilka pomysłów. Jest jeszcze czas. Póki co Młoda niech pracuje na spokojnie nad zwykłymi przedmiotami, a potem zabierze się za praktykę. Nie pali się. Nie wyrobi się w 2 lata, to ma jeszcze 5 lat zapasu. Damy radę!

Jestem bardzo ciekawa, jak Młody będzie sobie radził w tej piątej klasie. Normalnie nie mogę się doczekać, by to zobaczyć. Ciekawi mnie, jak się odnajdzie wśród nowych, o rok starszych kolegów, jaka jest tak klasa, jak go przyjmą, czy nie będzie mu starej klasy brakować…? Zastanawiam się też ciągle, jak przyjmie język francuski i czy mu się spodoba.  Ekscytujące.

Póki co kupiłam mu nowy tornister. Było trochę z tym śmiechu. Pokazałam mu stronę internetową znanej i bardzo popularnej belgijskiej marki tornistrowej i kazałam mu wybrać sobie nowy tornister i worek na w-f. Pooglądał, wyliczył, kto z dawnej klasy miał który tornister, po czym - tak jak się spodziewałam - wybrał najbardziej różowy z różowych tornistrów. Ech, mój syn! Jednak spojrzeliśmy jeszcze na inne modele i nagle zobaczył „LODÓWKĘ!”. Zaczął się brechtać, że kto to w ogóle mógł coś takiego wymyślić. Potem doszedł do wniosku, że to musi być niezłe, tak nosić se książki do szkoły w lodówce. Ten bierze! Zapytałam, czy na pewno nie różowy. Nie, lodówka jest epicka! Różowy ma być worek na w-f, bo ma coolerską małpkę. W realu tornister już tak bardzo lodówki nie przypominał, jak na zdjęciach w necie, ale Młody jest zadowolony. Poprzedni tornister nosił od 1 do 3 klasy, więc myślę, że ten spokojnie na dwa ostatnie lata wystarczy, a może nawet i średnią obskoczy. 


Tornistry to moje belgijskie zdziwienie. W Polsce bowiem co roku kupowało się nowy tornister (jak ja chodziłam do szkoły i jak Młode chodziły), bo kupowało się zwykle jakiś szajs, który i roku czasem nie wytrzymał. Tu kupuje się dobrej jakości tornistry i dziatwa nosi je po kilka lat. Zwykle od 1do 3 klasy jeden taki typowy mniejszy tornister, potem od 4 do 6 większy plecak i w końcu tornister XL do szkoły średniej. 

Podobnie jest też z rowerami. Mówię oczywiście o naszych lokalnych wiejskich flamandzkich szkołach, które znam, bo w miastach rzecz zwykle ma się pewnie inaczej. U nas na zadupiu większość dzieci (zarówno podstawówki jak średnie szkoły) dojeżdża do budy na rowerze, są też często obowiązkowe wycieczki rowerowe i tu każde dziecko musi mieć sprawny rower. No i te rowery trzeba systematycznie zmieniać na większe. Najpierw do przedszkola dzieciaki przyjeżdżają na rowerach bez pedałów albo z bocznymi kółkami, albo na hulajnogach. Potem kolejno wszystkie uczą się jeździć bez bocznych kółek i dostają większe rowerki, potem w pierwszych klasach podstawówki znowu awansują i potem znów koło 3, 4 klasy. Pod koniec 6 klasy albo już w szkole średniej przesiadają się w końcu na dorosłe rowery. 

U nas w gminie od zeszłego roku jest też biblioteka rowerowa, gdzie za symboliczną kwotę, można wypożyczyć dla pociechy rower na cały rok szkolny. Można też tam oddać swój stary dziecinny rower, który zostanie przez wolontariuszy naprawiony, wyregulowany i będą mogły korzystać z niego kolejne dzieci. Fantastyczna inicjatywa, ale nasza gmina nie jest oczywiście żadnym wyjątkiem. Biblioteki rowerowe są też w wielu innych miejscach.

Nowy rok szkolny Najstarszej też jest dla mnie wielce ciekawy, bo szósta klasa to rok staży. Ciekawi mnie, czy coś jej urzędy znalazły lub znajdą i jak sobie będzie radzić. 

Cała Trójca jest niezwykła i nieszablonowa. Wszystko zatem czego doświadczają na co dzień jest dla mnie ciekawe i fascynujące. One nie są i nigdy nie będą jak ich rówieśnicy. Dwójce starszych inność zdecydowanie nie ułatwia życia, a i Młodszemu za jakiś czas może nie być łatwo, bo bycie innym to bycie innym - czy masz mniej, czy więcej niż normalsi, czy łatwiej masz, czy trudniej i tak masz przegwizdane, bo jesteś inny. Innych się nie lubi, bo nie pasują do schematu i to większość ludzi bardzo boli w oczy i w dupę kole. I na każdym kroku będą ci o tym przypominać i wytykać, bo ludzie nie mogą po prostu iść swoją drogą i swoich spraw pilnować, tylko muszą się bezustannie do innych przypierdalać. 

Ostatnio też taką śmieszną sytuację miałyśmy z Młodą z pewną Polką z kijem w dupie. Jest taki jeden sklep z tanim szajsem - mydło, gówno i powidło, gdzie zawsze pełno Rumunów, Arabów i Polaków. Wielu się rajcuje niskimi cenami - jak niektórym się wydaje - markowych produktów, ale większość nie zdaje sobie sprawy, że to są takie jakby polskie, rumuńskie, czy arabskie wersje produktów, czyli totalny szajs. No nie wiem jak bardzo trzeba na głowę upaść, by uwierzyć, że jakaś znana firma sprzedaje masowo swoje produkty po zaniżonej cenie, ot tak kuźwa charytatywnie specjalnie dla Polaków. A wystarczy raz się pokusić o przetestowanie tego samego (rzekomo) produktu z różnych sklepów. Większość jednak woli naiwnie wierzyć, że się obłowiło w markowe perfumy i kiblożele za śmieszne pieniądze i jeszcze się cieszą, że inni głupole przepłacają… Tja.

 Nie o cygaństwie sklepowym jednak być miało, bo i my czasem bywamy w tych sklepach z badziewiem, żeby za każdym razem  trochę tego  badziewia do chałupy przywieźć ku radości własnej. Jakieś ręczniki, worki na śmieci, dziwne dekoracje czy farby dla dzieci to jak najbardziej szajsowskie można kupić, przeciez to i tak zaraz na zmarnowanie idzie więc im taniej tym lepiej. 

No i jeszcze jeden nie mniej szczytny (chłe chłe) cel nam przyświeca. Ja i Młoda wbijamy tam często dla beki, dla rozrywki. Tu przypomnę, że nie należymy do tzw normalnych ludzi, więc i rozrywka jest dla nas zapewne czym innym niż dla normalsów. Czy to jednak powód by ktoś się do tego przypierdalał? Nie sądzę, ale każdemu wolno uważać inaczej. Niemniej jednak niniejszym postem chciała bym przestrzec potencjalnych Polaków, którzy mogą nas spotkać w przypadkowym sklepie, że ja ostatnio mogę być bardzo niekulturalna, chamska i złośliwa, jeśli ktoś będzie miał problem z moją zabawą, bo niestety albo i stety z każdym dniem bardziej nienawidzę ludzi, a już szczególnie „naszych”  i wielce prawdopodobnie że drugim razem (a tym bardziej trzecim, czwartym i siedemnastym) mogę nie mieć lagów i zwyczajnie wyjadę z litanią do wszystkich skurwieli świata. 

Bo teraz miałam lagi. Młoda też, bo się nie spodziewałyśmy…. 

Nasza zabawa polega na ironicznym głośnym komentowaniu wszystkiego, co widzimy (nie tylko w sklepie, ale dosłownie wszędzie). Nie że krzyczymy, ale nie mówimy też szeptem.  Nawet nie wiem, czy Młoda to potrafi. Ona ma autyzm i dyspraksję i to praktycznie uniemożliwia jej kontrolowanie głośności mowy, a częstokroć i ruchów ciała, a często też tego co i jak mówi w ogóle. Gdy jest podekscytowana (bo np widzi coś zabawnego albo pięknego) to mówi bardzo głośno i macha rękami (jak wielu innych autystyków). A to głównie ona gada. Gada i gada, śmieje się i wydurnia, a ja stara jej w tym towarzyszę. Bo mogę! Bo lubię. Bo chcę. Nie zawsze tak robimy, ale mamy takie świńskie dni, że musimy się wyluzować i spuścić pary, żeby nie pierdolnąć. Toteż przeszkadzanie w tej zabawie może być niebezpieczne dla otoczenia. Ja w każdym razie nie ręczę za siebie. Młoda zwykle też nie certoli się, tylko mówi co myśli. 

No i idziemy sobie przez ten sklepowy pierdolnik, szukamy tego, po co przyszłyśmy i oglądamy nowe rzeczy próbując zgadnąć, co autor miał na myśli, bo czasem w takim np dziale z dekoracjami to serio są niezłe zagwozdki i chwilę trzeba podumać, co to może ewentualnie być i do czego to służy. My oczywiście wymyślamy przy tym najdziksze ewentualne zastosowania i serio dobrze się przy tym bawimy, choć staramy się nikomu nie wchodzić w drogę ani nikomu nie przeszkadzać. Młoda komentuje jednak bardzo głośno w kilku językach z użyciem wyrazów uznawanych za wulgarne syf robiony przez kupujących. No co za skurwiele tu przeszli? Patrz Matka, rozbite szkło, wszystko wypierdolone na podłogę i pójdzie taki złamas i zostawi wszystko, a to kosztuje i ktoś to musi sprzątać… No tak pewnie, najlepiej wyjebać z worków wszystkie ubrania i pójśc dalej, bo kasjerka nie ma tu nic innego do roboty jak sprzątać po takim bydle… Zawsze z nadzieją, że bydło rozumie akurat w tym języku i będzie mu głupio. Ale głównie nasze spostrzeżenia są jednak pełne śmiechu z jakichś dziwnych przedmiotów, nazw, polskich tłumaczeń z chińskiego no albo z poczynań kupujących, w tym nas samych.

 No i tu dochodzimy do Rodaczki z kijem w dupie (subiektywna opinia osób normalnych inaczej). Jednym z celów wizyty było zobaczenie poduszek dekoracyjnych albo poszewek. No i idziemy do tej półki brechtając się po drodze z fikuśnych z dekoracji. Ja coś oglądam a Młoda patrząc w inną stronę mówi zniecierpliwiona

-   Matka, oglądaj szybko te poduszki bo ona ci wszystkie wykupi. - Ja jednak nie zwracam uwagi, bom zajęta oglądaniem lamp i ramek w innej półce. 

Wtem słyszę jakiś głos pełen wyrzutów i żalu - Niektórzy rozumieją, co panie tu mówicie!

Po chwili zajarzam, że to chyba to my są te rzeczone panie i się odwracam z wielkimi pytajnikami i WTF świecącymi koło mojej głowy (tak mi się przynajmniej zdawało).  No bo o co jej kurwa niby chodzi?

- Trzeba uważać, co się mówi - kontynuuje głos wydobywający się z jakiejś, jak widzę, baby. Nie powiem wam, jak wyglądała, bo nie zapamiętuje ludzi, o ile ich wygląd mnie w jakiś sposób nie zafascynuje. Nie zajarzyłam nawet, że to jest ta „ona”, o której Młoda powiedziała, że wykupi wszystkie poduszki, ale Młoda twierdzi, że ona miała już pół wózka tych poduszek a jeszcze grzebała na półce. Stąd też te jej heheszki. 

Tak nas w każdym razie zaskoczyła jej dziwna dla nas reakcja, że obie miałyśmy lagi mózgu i nic babie nie odrzekłyśmy. No i dobrze, bo bez lagów to ja bym na pewno zapytała, czy nie próbowała kiedyś tak wyjąć kija z dupy i poluzować majtek albo nawet coś w stylu „a spierdalaj”, bo co jakaś obca dupa będzie do mnie zagajać, bez potrzeby. Żeby tak jeszcze jakaś ładna w moim typie, a nie jakaś nijaka bez poczucia humoru…

Cóż, prawda jest taka, że ostatnimi czasy moje kontakty społeczne ograniczają się do reszty z Piątki i moich klientów, a to wszystko ludzie inteligentni z ogromnym dosyć głupim poczuciem humoru i sprawnie operujący ironią i sarkazmem. Odzwyczaiłam się od sztywniaków i tępych dżonów, bo nie występuje toto w moim małym świecie, więc jak kogoś z tych grup na swojej drodze nagle spotykam, nie wiem, jak zareagować. Nie wiem, co mówi się do takich osób, czego one oczekują, czym ich mogę obrazić, urazić, przestraszyć, zniesmaczyć… Baba nie powiedziała, dlaczego trzeba uważać, co się mówi więc też nie wiem do dziś,o co jej chodziło i będę otym jeszcze ze 3 miesiące myśleć teraz. 

Młoda też nie wie i stąd te lagi mózgu. No kurwa, jakby ktoś za mną powiedział że wykupię wszystkie poduszki, to bym zwyczajnie  wszystkie spróbowała załadować do mojego wózka albo bym mu odpowiedziała coś śmiesznego. No ale fakt, ja nie jestem normalna. Jak to jest być normalnym? Jak to jest żyć bez poczucia humoru? A nie, chyba nie chcę tego wiedzieć. To musi być straszne.

Ale chromolić tam baby kupujące gówniane poduszki. Bardziej interesują mnie moje reakcje na ludzi. Sama czasem jestem w szoku, jak bardzo w ostatnim czasie zmieniło się moje podejście do ludzi. Cieszy mnie to, ale też poniekąd niepokoi, bo nie wiem, co zrobi moje prawdziwe ja spuszczone ze smyczy. 

Przez większą część życia najpierw zawsze myślałam o innych. Zanim powiedziałam jedno słowo, uczyniłam jeden gest, zastanawiałam się jak to zostanie odebrane, co ktoś inny sobie pomyśli, co poczuje. Zawsze starałam się unikać za wszelką cenę sprawiania innym przykrości, nawet kosztem swojego samopoczucia i zdrowia. 

Ostatnimi czasy jednak sporo przemyślałam i przeanalizowałam i mi wyszło, że to nie ma sensu, że to mi się zwyczajnie nie kalkuluje. Ludzie rzadko odpłacają tym samym. Ludzie zwykle  mają totalnie w dupie co ja myślę, co ja czuję. Ludzie wykorzystują to, że jestem miła, dobra, pomocna i chcą ciągle więcej, więcej i więcej, nie dają niczego w zamian i cały chuj ich obchodzi czy mi jest z tym dobrze. Nie, bo to ja mam się wiecznie dostosowywać do innych i tańczyć jak mi zagrają. Robiłam to ponad 30 lat. W końcu stwierdziłam, że pora powiedzieć A GOŃCIE SIĘ! Pora pobyć sobie dla odmiany choć przez chwilę zwykłym skurwielem i mieć choć przez parę lat wszystko i wszystkich w dupie. 

I całkiem dobrze mi to idzie. Z każdym dniem rośnie liczba ludzi, którzy mnie mogą pocałować w dupę. Coraz mniej mnie obchodzi, co obcy i mniej obcy ludzie  powiedzą, pomyślą i poczują. Jest kilka osób, które są dla mnie ważne i ich opinie i  samopoczucie się dla mnie liczy i o nich będę się troszczyć i przy nich zważać na słowa i czyny, reszta mi zwisa i powiewa. 

Ciągle staram się celowo w drogę nikomu nie wchodzić, świadomie nikogo nie krzywdzić, zasadniczo w ogóle w miarę możliwości unikam innych ludzi, jak tylko mogę. Gdy ktoś o pomoc poprosi, też raczej nadal nie odmówię, choć raczej już nie ma co liczyć, że jeszcze kiedykolwiek będę tryskać entuzjazmem w tej kwestii, bo już się przekonałam że ludziom jak palec dasz, to chcą całą rękę i po co by sami mieli cokolwiek robić, się starać, jak ktoś może wszystko rzucić, by lecieć na każde ich skinienie, wysłuchiwać ich niekończących się żalów, na nich zapierdalać i we wszystkim wyręczać. A serio kiedyś cieszyłam się i byłam dumna z tego, że mogę komuś pomóc, kogoś wysłuchać… Skończyło się jednak. Dobrowolnie już na pewno żadnemu Poloczkowi w każdym razie nie pomogę, nie doradzę ani nie wysłucham. Teraz pobędę sobie zwykła suką i chamką. Bo mogę.

W każdym razie, gdy ktoś mnie w drodze stanie, może mi się nie chcieć go omijać, może mi się nie chcieć trzymać mordy na kłódkę… Choć jest szansa, że będę mieć akuracik dzień dobroci dla ludzi… albo dzień lagów, kiedy mam totalnie wyjebane na wszystko.

Jednak i to wszystko jutro może się zmienić, bo moja przemiana nie dobiegła jeszcze końca i nie wiem, kim będę jutro. A może z czasem wybiorę się do jakiegoś psychologa czy terapeuty, by mnie naprowadził na właściwą drogę…. Na razie mi się jeszcze nie chce…







1 września 2016

Zamotańcy mają łatwiej :P

Właśnie doszłam do wniosku, że w Belgii koniec wakacji i początek roku są o wiele mniej stresujące niż w Polsce, ale w wiele bardziej zamotane to wszystko jest... Takie wrażenie osobiste.

dawno temu w Polsce

W Polsce - jak mi podpowiadają wspomnienia - był to czas wielkiego stresu. Głównie w kwestiach, ile będą kosztowały podręczniki? Czy uda się wszystkie kupić przez wakacje i ile księgarń trzeba będzie oblecieć i obdzwonić? (Ostatnie lata na szczęście kupowałam przez internet i moje dzieci jako jedne z nielicznych miały wszystkie książki już 1 września, a do tego dużo taniej wychodziło i bez wychodzenia z domu) Czy starczy pieniędzy ma wszystko? Zeszyty, piórniki, plecaki, kapcie po szkole, przybory szkolne... Czy lepiej kupić tanie i za miesiąc szukać po sklepach nowych, czy wyłożyć więcej, by wytrzymało dłużej? Dlaczego to wszystko takie drogie? 


Ostatni dzień wakacji to czas poszukiwania białych bluzek po sklepach lub znajomych, bo zeszłoroczne już za małe lub poplamione i prasowanie tego wszystkiego, bo przecież rozpoczęcie roku musi być uroczyste i eleganckie. Więc dziewczynki w białych bluzkach i granatowych lub czarnych spódniczkach, chłopcy białe koszule i ciemne spodnie, niektórzy muchy i krawaty. Przed szkołą obowiązkowa Msza Święta kończona  często piękną pieśnią "My chcemy Boga Panno Święta".