Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty

1 listopada 2025

Lekarz, kawiarnia i kino

 W tym tygodniu odwiedziłam dwa szpitale. 

Życie po raku...

liście pod szpitalem
W pierwszym byłam zobaczyć się ze swoim onkologiem w celu umówienia się na wyciąganie portu. Po raz ostatni mi go przepłukano. Krwi już się pobrać z niego nie dało, choć pielęgniarka wszystkie możliwe triki wypróbowała: głęboki wdech, zakaszleć, unieść ręce, położyć się, odczekac chwilę pozwalając lecieć kroplówce z solą fizjologiczną i znowu spróbować. NIC! Tak jak poprzednm razem, musiała pobrać krew z ręki, co też nie jest łatwe, bo moje żyły są cieniackie. 

W grudniu mam pójść na ten ponoć szybki łatwy zabieg. Lekarka powiedziała, że robią to pod miejscowym znieczuleniem. 15-20 minut i gotowe. Jak wyciągną to ustrojstwo, będę chodzić tylko co pół roku na badanie krwi... 

Dostałam też skierowanie na coroczną mammografię i usg klaty na po Nowym Roku.



A co tam w Zespole Turnera?

W drugim szpitalu towarzyszyłam Najstarszej na wizycie kontrolnej w dziale endokrynologii. Młody doktorek a potem jego prowadzący wytłumaczyli nam po raz kolejny, o co chodzi z tym zespołem Turnera, dodając oczywiściejakieś nowe dla nas szczegóły oraz jakie niesie to ze sobą zagrożenia i jakie w związku z tym  i jak często badania powinna robić. Będzie też raz na rok jeździć do tego szpitala na wizyty kontrolne.

Doktor rysował po kolei problematyczne organy i mówił, jakie problemy mogą wyniknąć i jakie badania w związku z tym się robi i jak często oraz jakie działania należy podejmować ewentualnie. Pozwolę sobie pokazać bazgrołki pana doktora, by opowiedzieć z jakimi problemami może się wiązać ta wada genetyczna.


Jajniki. To podstawowy problem przy zespole Turnera. One nie pracują i nie produkują żeńskich hormonów, a że te potrzebne są nie tylko do rozmnażania, ale też dla prawidłowego działania wielu organów, to należy brać całe życie (do wieku naturalnej menopauzy) żeńskie hormony np w postaci pigułek. Kolejny problem związany z niepracującymi jajnikami to niepłodność. Przy Turnerze tzw mozaikowym, czyli gdy chromosomy potentegowane są nierównomiernie w poszczególnych komórkach (w jednych jest jeden chromosom x zamiast dwóch, w innych ten drugi jest popsuty...) zdarzały się przypadki, że kobieta zaszła w ciążę, ale pani doktor powiedziała, że na to nie ma co liczyć, bo to są bardzo, ale to bardzo rzadkie przypadki. Można natomiast próbować z jajem od dawczyni i zapłodnienem invitro... Póki co Najstarszej ten temet nie interesuje. To są jej zmartiwienia na potem, ale dobrze już dziś znać możliwości, gdyby kiedyś jednak chciała zostać mamą.

Kości. Niedostatek lub brak żeńskich hormonów powoduje dziurawienie kości, czyli osteoporozę. Dlatego poza uzupełnianiem sztucznie żeńskich hormonów, należy też brać witaminę D i wapno oraz uprawiać sport, dużo się ruszać, bo obciążanie kości powoduje, że się wzmacniają. Natomiast brak ruchu tylko je rozleniwia i przyśpiesza ich słabnięcie. Lekarz odradza ponadto palenie i spożywanie alkoholu. Co parę lat trzeba wykonywać skan kości, by stwierdzić jak się miewa sytuacja.

Słuch. Turnerowi często towarzyszą wady słuchu i wzroku. Dlatego należy zbadać oba narządy po postawieniu diagnozy.

Serce. Turner wiąże się też często z problemami sercowymi więc ważne jest przyjrzenie się pracy i budowie serca, by wykluczyć ewentualne nieprawidłowości. A w daleszej konsekwencji nalezy też swojemu sercu się przyglądać i wszelakie niepojjące objawy szybko iść omówić z lekarzem, bo to że teraz nie ma problemu, nie znaczy, że za 5 czy 10 lat on nie wystąpi.

Pieprzyki. Turner zwiększa też ryzyko raka skóry, zatem nalezy swoją skórę systematycznie kontrolować i z każdym podejrzanym pieprzykiem zgłąszać się do dermatologa, by w razie co w porę zareagować.

Tarczyca. To jeden z bardziej podejrzanych organów w związku z Zespołem Turnera i trzeba systematycznie kontrolować krew, by szybko wykryć wszelakie nieprawidłowości. Z Turnerem bardzo często bowiem wiążą się choroby autoimmunologiczne (Hashimoto) albo niedoczynność tarczycy.

Autyzm, ADHD. Często u kobiet z Turnerem diagnozowane są też ADHD i Autyzm. U kobiet z Turnerem może występować problem z wielozadaniowością, niedojrzałością emocjonalno-społeczną, mniejsze lub większe ograniczenia intelektualne.

Reasumując Zespół Turnera jest wadą genetyczną, z którą da się żyć w miarę spokojnie, ale trzeba brać leki, systematycznie odwiedzać lekarzy i kontrolować poszczególne organy oraz dbać o zdrowy tryb życia, co jednak nie jest bynajmniej oczywiste, gdy się ma problemy z ogarnianiem świata i samodzielnym funkcjonowaniem. No i bezpłodności też raczej nie można określić słowem "bezproblemowy", bo dla wielu kobiet zajście w ciążę i posiadanie dzieci nalezy przecież do kwesti kluczowych. 

Wiele problem ma jeszcze dodatkowo poważny problem z wyglądem, bo kobiety z Turnerem bez leczenia hormonalnego w dzieciństwie mają nie więcej niż 135-140 cm wzrostu, do tego płaską szyję, płaski tułów, specyficzny wyraz twarzy (podobnie jak w Zespole Downa), a to wiadomo jak jest odbierane przez debilne społeczeństwo...  

Na szczęście przy turnerze mozaikowym tego typu problemów za wiele nie ma. Najstarsza jest po prostu ładną, wysoką, bardzo szczupłą kobietą, która nie ma się czego wstydzić, jeśli idzie o wygląd zewnętrzny. Rozumu też ma wystarczająco, choć problemy z ogarnianiem świata ma typowe dla autyzmu ADHD. Ma trudno, ale pracuje nad tym i z każdym rokiem wszystko idzie jej lepiej. 

Przeczytałam kolejną książkę.

Ten reportaż Larsa Berge pt: Dobry wilk. Tragedia w szwedzkim zoo zaczęłam czytać jakiś czas temu, ale styl autora mnie z jakiegos powodu irytował i gdzies w połowie odłożyłam na półkę z niesmakiem. Jednak po przeczytaniu dwóch książek po niderlandzku postanowiłam wrócić do tego reportażu. I, proszę ja was, tym razem poszło gładko. Dokończyłam z przyjemnością i czytałam z wielkim zaciekawieniem. Autor grzebie się w sprawie wypadku, jaki miał miejsce kilka lat temu w szwecji, gdzie wilki zabiły w zoo swoją opiekunkę. Lars rozmawia z pracownikami zoo, przyrodnikami, ludźmi pracującymi na co dzień z wilkami i próbuje udzielić odpowiedzi na pytanie, co poszło nie tak, że zginął człowiek... Jeśli chcecie znać odpowiedź, sięgnijcie po książkę. Nie po to poświęciłam kasę na jej zakup i czas na jej czytanie, by teraz ją tutaj za darmo streszczać ;-)


Odwiedziłam beznadziejne muzeum

W poprzedni weekend odwiedziłam z Młodą kolejne muzeum, które nam się bardzo NIE SPODOBAŁO. Muzeum Historii Naturalnej w Brukseli nie nadaje się, moim zdaniem, dla dorosłych...

Parę lat temu byłam już w tym muzeum razem z Młodym i Najstarszą i wtedy Młody powiedział, że to muzeum jest do niczego, bo nie mają dodo, którego on szukał. Młodym podobały się wtedy jednak minerały i dział dinozaurów, więc i mnie się wtedy tam podobało, bo byłam tam wszak dla dzieci. Wtedy jednak Młody był małym dzieckiem i z perspektywy dziecka oraz rodziców dzieci to muzeum pewnie jest zajebiste, bo dużo czaderskich eksponatów oraz jakichś gadżetów elektronicznych dla dzieci.

No ale, panie, po nazwie i idei takiego muzeum człowiek by jednak się spodziewał, że w takim muzeum człowiek będzie się mógł wiele rzeczy dowiedzieć, wiele tematów zgłębić, coś mądrego przeczytać czy obejrzeć, a tu figa! 

Przy większości ekspozycji brak jakichkolwiek  sensownych informacji. W ogóle informacji, a tablica typu "To jest szkielet dinozaura. Ten dinozaur nazywa się tak a tak i żył wtedy a wtedy, tam a tam miał tyle a tyle wzrostu" to jakby na poziomie pierwszej klasy przedszkola, a i tak tego typu tablice to tam było ze trzy. 

Na ekranach były podobne informacje albo jakieś gry na takim samym poziomie. Jakby się uparli całe muzeum pod gówniaki zrobić. Co zresztą też widać, słychać i czuć nie tylko ze strony ekspozycji.

Kuźwa, chwilami się zastanawiałyśmy, czy my to aby na pewno do muzeum trafiłyśmy, czy też na jakiś plac zabaw w podejrzanej dzielnicy, bo gównażeria ganiała z wrzaskiem po całym muzeum jak opętana. Jakieś bajtle płakały... żeby nie powiedzieć wyły w niebogłosy... No po jaką cholerę to brać niemowlaki do muzeum?!! Prezciez taki szczyl i tak nic z tego nie wie, a szybko się znudzi, zgłodniej i zaczyna ryczeć, że nas mało szlag nie nie trafi. No ale dobra, niemowlaka przynajmniej człowiek zroumie, ale starsze dzieci to chyba można by nauczyć, jak należy zachowywać się w takich miejscach jak muzeum, czy w ogóle między ludźmi. Widziałam tam sporo rodziców z dziećmi, którzy z wielkim zainteresowaniem oglądali poszczególne eksponaty, rozmawiali PO CICHU, zachwycali się, tata czy mama tłumaczyli wszystko, czyli można? ANO MOŻNA. Niestety wiele dzieci było puszczonych totalnie samopas. Gnało to po salach jak dzikie i darło się na cały głos nie wykazując przy tym specjalnego zainteresowania czymkolwiek poza gnaniem i darciem mordy. 

Jedyny na prawdę ciekawy i dobrze opisany dział to dział ewolucji człowieka. Tam spędziłyśmy z Młodą dużo czasu, bo było dużo do czytania i dużo do oglądania. I też jakby mniej gówniaków, bo pewnie rodzice tych diabłów wcielonych to ta kategoria co albo boi się, albo brzydzi szkieletów ludzkich, czy tym bardziej płodów w formalinie. Niestety tam przychodziły przygłupawe nastolatki się drzeć i robić oborę... Młoda osądziła, że reprezentują idealnie poziom intelektualny pierwszych człowieko-podobnych osobników albo i małp człekokształtnych... Szkoda, że mówili po francusku, bo już ja bym im powiedziała, co myslę na temat ich zachowania i poziomu inteligencji... 

Nie wiem, rodzice w Brukseli to wychowują jeszcze czasem swoje dzieci, tlumacza im czasem coś o życiu i świecie, czy to się na ulicy chowa po prostu...?

Kurde w tylu muzeach już byłam, nawet choćby w tym roku, ale pierwszy raz spotkałam się z takim cyrkiem, z takim hałasem i taką dziczą. Niektórym (niestety dość licznym) ludziom się chyba muzeum z parkiem rozrywki pomyliło.

I jeszcze jedzenie w muzeum! NO SERIO?! Mają tam nawet kawiarnię i strefę piknikową i ci ludzie tam z kanapkami poprzychiodzili. Do muzeum. Z kanapkami. Na piknik. JPRDL! Ludziom to się cosik chyba potentegowało w głowach. Jakby w Brukseli mało było kawiarni, restauracji, barów, czy kuźwa choćby budek z jedzeniem, parków pełnych ławek, gdzie można se zjeść w spokoju. Nie, ludzie gówniaka przy niedzieli do muzeum na obleśne spaghetti wezmą. Zresztą ile ludzie w takim muzeum siedzą z tymi gówniakami? W Belgii dzieci idą do szkoły na 8-10 godzin o jedenej kanapce z wodą, jednym jabłku i jednym ciastku i to im wystarcza (bo więcej nie wolno jeść przecież) i jakoś nie umierają, ale na godzinę do muzeum muszą se biedaki wziąć kanapki... Trochę jakby głupie. Nie kumam tego i nie kupuję. 







Muzeum znajduje się nieopodal Parlamentu Europejskiego w brzydkiej bezduszcznej betonowej dzielnicy. 

Wolę Flamandzkie miasta.

Gdy jechałam do szpitala, Młoda postanowiła się zabrać ze mną, byśmy po wizycie mogły skoczyć na basem, bo już wieki nie byłyśmy popływać. 
Ta wyprawa była dosyć ekscytująca. Rano telefon pokazał mi, jak zwykle pogodę na ów dzień i stało tam, że bedzie wiało mocno i intensywnie padało. W związku z czym szykując się do wyjścia i spoglądając przez okno, gdzie ani znaku wiatru, czy deszczu powiedziałam do Młodej, że coś tu nie gra. Ona mnie ochrzaniła, bym nie wywoływałe deszczu swoimi głupimi uwagami a temat pogody. Wyszłyśmy zaopatrzone w kurtki przeciwdeszczowe, ale zanim wyprowdaizłyśmy rowery z szopy, zaczęło kropić. Młoda na to "a nie mówiłam, masz swój deszcz!" Wtedy zaczęło wiać jak by się ktoś powiesił, a do tego z nieba leciały na nas całe wiadra wody z wielką siłą ciskane. Do przystanku jedzie się 10 minut i nasze portki i buty przemokły do suchej nitki. Gdy dotarłyśmy do przystanku oczywiście wujrzało słonko, a wiatr ucichł. Sielanka jakby nigdy nic. Aplikacja pokazała, że nasz autobus będzie 5 minut wcześniej. Na szczęście wyglądałyśmy go i bacznie przyglądałyśmy się stronie z której miał przyjechać, bo dzięki temu zauważyłyśmy, że skręcił w boczną uliczkę, choć ani w aplikacji, ani na przystanku nie było podane, że przystanek jest nieobsługiwany tego dnia. Sekunda konsternacji i dawaj w długą na skrzyżowanie, gdzie udało nam się dobiec akurat jak bus podjeżdzał i zdążyłyśmy machnąć by się zatrzymał. Nie śmieszne. Z autobusu zobaczyłyśmy tęczę wychylającą się zza lasu...

Tęcza widziana przez okno autobusu

Pod basenem stał wielki pająk, a i cały basen ozdobiony był pająkami, szkieletami i tym podobnymi straszydłami, bo w Halloween basen jest czynny do 23 i pływa się po ciemku do kilorowych świateł wśród straszydeł... Jeszcze nie byłyśmy na tym corocznym zdarzeniu, ale wiemy od znajomych, że jest fajnie, szczególnie dla dzieci.

pająk pod basenem

Młoda przypomniała o istnieniu krokietów i któregoś dnia zrobiłam dwie różne wersje. Jedna z kapusty kiszonej, szpiczastej oraz pieczarkami i serem żołtym, a drugie bez pieczarke i sera, bo Młoda nie lubi pieczarek. Obie wersje były smaczne. Inspirowałam się przepisami z naszej ulubionej strony Ania gotuje, choć oczywiście zrobiłam po swojemu coś dodając, coś opuszczając.



Wizytę w szpitalu uniwersyteckim też połączyłyśmy sobie z atrakcjami. Do szpitala pojechałam już o świcie z Najstarszą. Po szpitalu poszłyśmy do Panosa, gdzie posiliłyśmy się i napiłyśmy czegoś ciepłego, a potem poszłyśmy się szwendać po sklepach w oczekiwaniu na Młodą, która miała do nas dołączyć po południu. Razem bowiem postanowiłyśmy iść do kina na film Julian.
Najstarsza kupiła sobie trochę ubrań w Bershce i trochę w JBC. Ja kupiłam sobie tanie jesienno-zimowe adidasy, bo w szmaciakach zaczyna być zimno, a w butach trekingowych nie wszędzie przecież będę chodzić. 
Gdy Młoda dojechała, poszłyśmy najpierw na pizzę do Otomat, gdzie - jak już kiedyś mówiłam - serwują dosyć oryginalne pizze. Tym razem wybrałyśmy nowość jesienną, czyli pizzę z pikantnym miodem, dynią, kozim serem, cebulą i chili. Mnie bardzo smakowała. Młodej jakby mniej.
Potem jeszcze na kawę wstąpiłyśmy do Danta's Coffe, kawiarni z tapirem, gdzie do kawy oprócz ciasteczka dostaje się małą laleczkę na pamiątkę. Kawę mają pyszną. Ja zamówiłam sobie latte o smaku róży i lawendy. Wyśmienita.


Takie kino to ja szanuję

Po kawce poszłyśmy na seans do kina ZED. Kino bardzo mi się spodobało. Znaczy kino jak kino, ale zasady do mnie bardzo przemawiają: 

- sense zaczynają się punktualnie i po włączeniu filmu nie można już wchodzić do sali

- nakaz wyłączenia lub wyciszenia telefonów

- zakaz jedzenia, picia i rozmawiania na sali

- zakaz wprowadzania małych dzieci z wyjątkiem specjalnych seansów dla dzieci, a stasrzaki do 12 r.ż. tylko z opiekunem

Dla mnie bomba. Myślę, że nie była to ostatnia wizyta w tym kinie, bo choc jest daleko i trzeba tam jechać z przesiadką, to i tak łatwiej się tam dostać niż do pobliskiego kina. Podczas filmu było tak cicho, że Młoda bała się wysmarkać nos, by nie robić hałasu. 

Dobrze jednak, że miałam ze sobą stoper do uszu, bo film był dla mnie trochę za głośno. Stopery jednak zawsze noszę w plecaku, bo często też w pociągu czy autobusie korzystam, gdyż gwar rozmów jest czasem dla mnie nie do wytrzymania, odkąd po chemii się moje zmysły wzmocniły (a już wcześniej były ponadprzeciętnie wrażliwe). A jak już w pociągu czy autobusie dzieci krzyczą albo jakiś debil filmiki se ogląda bez słuchawek czy jakaś kretynka kłapie godzinę przez telefon na cała koparę to instynkty mordercze się we mnie budzą. Dla mnie to koszmar: szybko pojawia się ogromny dyskomfort, ból głowy, mdłości i rosnąca z każdą sekundą wielka irytacja. Chciałabym, by kazdy choć jeden dzień w życiu poczuł to co czują osoby wysoko wrażliwe i by potem chory położył się spać, a przez kolejne trzy dni budził się z ogromna migreną. Może by to nauczyło ludzi szacunku do innych i używania słuchawek oraz zamykania swoich cholernych mord w przestrzeni bublicznej, gdy nie ma powodu by tą mordą kłapać non stop. 

A palaczy najchętniej odizolowałabym od reszty społeczeństwa albo wystrzelała. Bo ja serio nie widzę najbledszego sensownego powodu, dla którego ja czy moje dzieci mamy cierpieć przez jakichś niefrasoblibych śmierdzieli. Dla mnie zapach dymu papierosowego to koszmar, jakich mało. Rzygać mi się chce, jak tylko choćby lekko mnie dym zaleci. Młoda nie może oddychać, ma jakby objawy astmy, której jednak u niej nie stwierdzono, więc po prostu tak działa jej nadwrażliwość. 

A tymczasem w tym kraju palenie jest dozwolene w miejscach publicznych niemal bez ograniczeń. 

TO JEST CHORE i KARYGODNE! 

Dopiero niedawno wprowadzono łaskawie zakaza palenia na dworcach kolejowych i w poblizu szkół czy szpitali, ale i tak niektórzy palą (choć w naszym pobliżu odradzam, chyba że ktoś chce zjebę albo w ryj). 

Moim zdaniem zakaz powinien obowiązywać dosłownie wszędzie, a sprzedaż tego gówna powinna być całkowicie zakazana, a palacze poddani przymusowemu leczeniu. Chcesz się truć, truj się we własnym domu, czy we własnym samochodzie, byle nie przy własnych dzieciach i zwierzętach.

Rozumiem, że odwyk jest trudny, ale kuźwa, dzis można kupić wszędzie elektroniczne papierosy, które nie są dla innych szkodliwe i które tak nie drażnią, ale nie, ludzie wolą niszczyć życie i zdrowie innym paląc tytoń. 

Tym to mądrym przemyśleniem kończę dzisiejsze wypociny. Ulżyło mi. Mogę w swpokoju cieszyć się deszczowym weekendem.

28 czerwca 2025

Zmiana szkoły, Zespół Turnera i trochę standardowego biadolenia

W poniedziałek punkt 12. otwarłam stronę szkoły, do której chciał się dostać nasz Epicki Nastolatek, kilka sekund później pojawił się link do formularza zapisów, więc czym prędzej kliknęłam i wypełniłam go. 

Już po południu otrzymałam mejl, że z radością powiadamiają nas, iż mają dla Młodego miejsce w technikum i możemy go zapisywać. Zapisałam go w czwartek zaraz po otrzymaniu raportu końcoworocznego. 

Nie dokońca jeszcze wierzę, że się udało, że mimo przespania rozpoczęcia zapisów na drugi stopień szkoły średniej udało się znaleźć miejsce w żądanej szkole. UF.



Czekam  z niecierpliwością na oficjalne potwierdzenie zapisu i wytyczne w sprawie potrzebnych materiałów i akcesoriów. Z regulaminu, który otrzymaliśmy w mejlu informującym o wolnym miejscu w klasie technikum stoi, że uczniowie potrzebują laptopa. Nie musi to być żaden wycześny sprzęt, byle przeglądarka działała. Szkoła korzysta ze szkolnego środowiska Googla, zatem pewnie chromebook będzie idealny, ale powczekamy na jakieś dalsze instrukcje ze szkoły. Z podręczników to, o ile dobrze zrozumiałam z info zamieszczonego na stronie, potrzebne są głównie do języków i biologii... Reszty, mam nadzieję, dowiem się wkrótce. Śmieszne to może, ale stresuję się tym oczekiwaniem na potwierdzenie, że jest zapisany. W ogóle tak teraz mam, że wszystko jest dla mnie ogromnie stresujące, niczego już nie jestem pewna, nikomu nie ufam ani nie wierzę... Mniejsza jednak o to. Z tego, co wynikało by z informacji na stronie, należy się jeszcze spodziewać w czasie wakacji zapoznawczej wizyty domowej coacha... 

Postanowiłam, że kupię Epickiemu składaka elektrycznego z lidla, bo podobnie jak ten mój duży rower i składak też ma dobre opinie. Piszą, że waży kilkanaście kilo i że łatwo się składa, co umożliwia zabieranie go do pociągu jako bagaż podręczny, czyli gicio by było. Mógłby sobie tutaj do stacji te 4 kilosy pyknąć lekko, a potem z pociągu kolejne 4 do szkoły bez liczenia na łaskawość autobusów. No i wystarczyłby mu tylko abonament na pociąg, bo inaczej jeszcze na autobus trzeba będzie wykupić. Jedyne, czego się w tej kwestii obawiam dosyć to bezpieczeństwo na drodze pomiędzy stacją a szkołą, no i potem po lekcjach, bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że on zawsze będzie od razu prosto do domu wracał... W Mechelen jest co robić. To bycze miasto. 

Ale też Mechelen to miasto rowerów. Tam wszyscy jeżdżą rowerami najróżniejszymi, hulajnogami, na jednym kółku elektrycznym i co tam tylko jest na rynku. Rano to jest szaleństwo, co się tam dzieje na ścieżkach rowerowych i ulicach. Setki... Ba, TYSIĄCE rowerów najróżniejszych maści i gatunków jadących we wszystkich kierunkach. Miałam okazję kilkukrotnie to obserwować i w głowie mi się kręciło od samego patrzenia. Nawet nie ma co porównywać tego z naszą wsią, choć i tu nie mało rowerów na drodze. Prędki rower ma swoje zalety, ale też i wady. Jest o wiele bardziej niebezpieczny niż zwyklak.

No ale cóż, wszystko ma swoje plusy i minusy. 

Póki co Młody zakończył szkołę i może się cieszyć zasłużonymi wakacjami. Raport dobry, choć faktycznie zabombił egzamin z matmy, tak jak się spodziewał. Na szczęście miał soporo zapasu punktów, że i tak mu grubo ponad 60% z majfy wyszło na koniec, czyli gra gitara.

Po ostatnim egzaminie zadzwonił do mnie spod szkoły z pytaniem, czy może iść do kolegi się pobawić, bo cała klasa jest zaproszona. Oczywiście że mógł. Popływali w basenie, posiedzeli w jacuzzi, pokopali w piłkę, zjedli frytek i hamburgerów, popili colą i wrócił wielce zadowolony. Na drugi dzień poszedł jeszcze raz z paroma innymi chłopakami do tego samego kolegi. Również dobrze się bawili. 

Świetnie się złożyło, że mógł po raz ostatni spędzić czas z tą grupą chłopaków. Niektórych pewnie gdzieś tam od czasu do czasu będzie widywał, z innymi pogra online, ale ich drogi w tym momencie się rozchodzą.

A przed nami nowe wyzwania i wiele ciekawych rzeczy. Sama jestem tej dziwnej szkoły bardzo ciekawa. Mam nadzieję, że Nasz Syn odnajdzie się w całkiem innym systemie i że będzie się tam lepiej czuł niż w szkole tradycyjnej. To się jednak okaże w nowym roku szkolnym.

Jego i Małżonka wakacje stoją trochę pod znakiem zapytania z powodu pracy. Firma nie ma letniego przestoju, tylko urlop wybierają pracownicy po kolei. Urlopy oczywiście już dawno polanowane i Małżonek z Młodym już dni zaczęli odliczać do wyjazdu do babci, ale pech chciał, że u jednego kolegi właśnie wykryto raka i chłop będzie się leczył, a wiadomo, że to chwilę trwa. Niestety na znalezienie zastępstrwa na jego miejsce szanse są raczej nikłe. Już na pewno nie w krótkim czasie. A chłop robi razem z Małżonkiem, jest przy tym kimś w rodzaju brygadzisty, czy coś w ten deseń... To wszystko komplikuje. Nie wiadomo, czy w takiej sytuacji nie będzie ubsuwu z urlopami i czy w ogóle będzie można wziąć urlop w tym czasie. Denerwująca sytuacja i niepewność.



Ja będę chodzić do pracy, ale spodziewam się paru dni wolnych. Szefowa dziś coś tam o środach przebąkiwała, ale u nas to sytuacja zmienia się już jak w kalejdoskopie. Jedna koleżanka chodziła do roboty jakies 2 tygodnie z bólem stopy (gdzieś się przewróciła), bo tyle czekała na wizytę u swojego rodzinnego. W końcu się doczekała i w końcu się dowiedziała, że noga złamana. No ale tak bardzo kocha swoją pracę, że cały tydzień chodziła do pracy, mimo że ma miesiąc zwolnienia... Ba, autem albo rowerem do roboty sama przyjeżdżała. Bo może. W końcu jednak chyba poszła po trochę rozumu do głowy, bo ma zostać jednak trochę w domu. Szalona baba!

JW tym tygodniu byłam bardzo zmęczona. Jeszcze daję rady pracować, a nawet coś tam czasem w chałupie źdurnę, choć głównie to jednak się opitalam. Bo mogę. Zmęczenie jednak francowate utrzymuje się prawie bez przerwy. Stresu dużo było i pogoda niezdrowa, więc i sen miałam kiepski, co bynajmniej sytuacji nie poprawiało. 

Dużo się działo w tym miesiącu, więc i dużo nerwów i niepokoju było. Udało się jednak wszystko po kolei  odptaszkować i można już trochę odetchnąć w ten weekend.




Byłam z Najstarszą na oddziale genetyki w Leuven. Żeby tam wejść z kimś jako osoba towarzysząca też się trzeba zarejestrować w okienku. Nie wiedziałam, jak to działa i znowu się trochę denerwowałam przed wyjazdem z tego powodu. Normalnie, jak już chyba pisałam, w tym szpitalu rejestruje się swoje przybycie na umówioną wizytę z aplikacji szpitalnej. No ale tam nie ma opcji rejestracji osoby, która nie ma umówionej wizyty. Okazało się jednak, że rejestruje się na oddziale w okienku. Dokladnie tak samo, jak gdyby samemu się szło na wizytę, czyli podając dowód osobisty i potwierdzając wszystkie dane. Potem na tablicy wyświetlają się oba numery razem. 

Potem okazało się to przydatne, bo po omówieniu sprawy Najstarszej lekarz nagle powiedział do mnie, że ma pytanie nie mające nic wspólnego ze sprawą Najstarszej. 

Jako że wypytywali o choroby w rodzinie, to się dowiedzieli, że miałam raka. No i doktor  zapytał na końcu, czy miałam badania genetyczne robione, na co odparłam, że nie. Wyjaśnił mi zatem, po co i u kogo się je robi. Po czym zapytał, czy chcę by pobrali mi krew na to badanie... 

Powiem wam, że różnych rzeczy się po tej wizycie spodziewałam, ale na pewno nie tego, że idąc jako osoba towarzysząca ja będę mieć proponowane zrobienie jakiegoś badania. Jaja jak berety. Oczywiście, że się zgodziałam, ale nadal nie uważam, że to normalne było, choć jak najbardziej pozytywne doświadczenie. Szanuję.

A wracając do Najstarszej to potwierdzili Zespół Turnera, chorobę genetyczną występującą tylko u dziewczyn. W niektórych komórkach Najstarszej brakuje jednego z dwóch chromosomów X, a w innych są one popsute. Z tym spokojnie można żyć biorąc hormony i inne brakujące składniki. Systematycznie trzeba jednak widywać lekarzy. Poza wspominanymi już problemami jak osteoporoza, problemy ze stawami, skórą, włosami, zębami, mogą wystąpić problemy z sercem i nerkami. Dlatego trzeba cały czas trzymać rękę na pulsie i latać systematycznie do doktora. Kierownikami tej przygody ma być dla Najstarszej tamtejszy endokrynolog i ginekolog. Oni mają koordynować leczenie i profilaktykę na tej drodze. Najstarsza nie ma też raczej wielkich szans na zajście w ciążę. Na razie jej to nie obchodzi, ale w przyszłości, gdyby taką potrzebę poczuła, też będą jej pomagać ogarnąć ten problem w taki czy inny sposób.

Dowiedziałyśmy się, że jej ADHD też może (ale nie koniecznie) być wynikiem zespołu Turnera, bo związany jest on z problemami z koncentracją itp. 

Póki co znowu zaczęły jej wychodzić włosy. Garściami, nie że tam troszkę więcej niż normalnie jej wypada. Zapytałyśmy, czy powinna pójść do dermatologa, ale doktor i profesor uznali, że lepiej z endokrynologiem o tym rozmwawiać, bo zwykły dermatolog za dużo nie poradzi. To niestety jeden z objawów problemu z hormonami, ale coś tam można próbować ponoć zaradzić temu...

Wiele już nam się wyjaśniło. Wiemy z grubsza, na czym problem polega i że jest to problem poważny, który ma i będzie miał niebagatelny wpływ na życie Naszej Córki, bo choć da się z tym żyć, to jednak na jakość tego życia wpływ będzie mieć spory. Najważniejsze jednak, że teraz przynajmniej wiemy, o co chodzi, że problem został nazwany po imieniu i że są lekarze, na których pomoc można liczyć. To już wiele.

Tak czy owak czasem mam już dość tego wszystkiego. Jak nie urok to sraczka, a mnie już się nie chce chcieć. Wcześniej byłam dzielna, bojowa, każda przeciwność losu była dla mnie jak woda na młyn, tylko mnie motywowała do działania. Ciągle byłam przy tym pełna optymizmu i pozytywnej energii, choć wiatr ciągle wiał w oczy, a los kolejne kłody pod nogi rzucał. 

W ostatnich latach, w czasie po raku jednak coś się skończyło, jakaś kropla przepełniła czarę, coś pękło, coś umarło, coś się skończyło i wszystko się zmieniło. Skończyła mi się cierpliwość, wola walki osłabła,  pozytywna energia i radość życia wyparowały. Coraz mniej mnie cieszy. Wszystko mnie łatwo irytuje i szybko mi się nudzi. Wiele rzeczy robię na owal się. Byle było. Nie staram się. Nie zależy mi. Nie chce mi się chcieć. Nie dokańczam zaczętych zadań. Ludzie wkurzają mnie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej i nie mam do nich w ogóle cierpliwości. Życie straciło w moich oczach prawie cały sens. Szukam go i jakiegoś celu, łapię jakieś ostatki sensu istnienia, próbuję utrzymać się na powierzchni, ale na każde dwa małe kroki do przodu robię wielki krok w tył. I tak się bujam na krawędzi...

Wspominam, jak bardzo się paliłam do tej świetlicy. Jak się jarałam i jak szybko zleciałam na dół z tej euforii. Jak szybko skończyła mi się motywacja i chęć do pracy. Teraz odliczam dni do końca. Nie chce mi się już tam chodzić. Niezbyt dobrze się tam czuję... Są dni lepsze, całkiem dobre i dni gorsze oraz dni koszmarne.

Teraz jestem znowu zmęczona i wyeksploatowana psychicznie, więc jest raczej słabo. Dzieci mnie czasem strasznie wkurzają i nie mam za grosz do nich cierpliwości. Czasem jest mi bardzo ciężko zapanować nad złością czy irytacją, a to mnie irytuje jeszcze bardziej...

Już narzekałam parę razy na taki dziwny czas pracy, jaki jest w świetlicach pozaszkolnych, którego to faktu problematyczność zauważam dopiero, gdy muszę mu sprostać. Z pierwa wydawało mi się, że takie godziny są nawet spoko i nie będzie źle. Ale jest. No może nie całkiem źle, ale już nie potrafię sobie nawet wyobrazić, że mogłabym pracować dłużej w takim systemie. No chyba, że mieszkałabym sama i nie musiałabym ani nikomu gotować, ani zajmować sie jakimiś zwierzętami, poświęcać czasu dzieciom czy partnerowi... czyli nie miałabym nic lepszego do roboty, jak tylko chodzenie do świetlicy.

Nie jestem ogólnie fanką gotowania... Ba, nienawidzę tego obowiązku jak cholera i chciałabym być bogata, żeby móc jadać codziennie "na mieście" i nigdy nie musieć gotować, chyba że tylko dla przyjemności. Jednakże gotowanie w takim trybie pracy to jest wyczyn bardziej niż karkołomny. No bo tak. Ja idę do pracy na 7.30 i przed 9 jestem w domu spowrotem i mam od ciula czasu na to by posprzątac, wyprać, ugotować... szkopół w tym, że o ile pranie czy sprzątanie jest proste, tak gotowanie już nie. Czasem np potrzebuję czegoś ze sklepu, by ugotować tą, tamtą czy jeszcze inną potrawę, a tu do sklepu najbliższego (to lidl, w którym są bazowe rzeczy, ale nie wszystko) mam 4 km. Jak se pomyślę, że mam pedałować taki kawał drogi, a potem jak by czegoś nie było w lidlu to do kolejnego sklepu następne 2 kilosy, szukać tego po sklepie, stać przy kasie, pedałować z powrotem, to - uwierzcie - czasem zwyczajnie płakać mi się chce. Bo jak wrócę to już będę zmęczona, a do tego zmarnuję kupę czasu i być może nie zostanie go już wystarczająoą, by zdążyć ugotować, zanim będę musieć się zbierać na kolejny dyżur, więc będę się stresować, panikować, spieszyć, a jak się człowiek spieszy to sie diabeł cieszy... coś się sfajczy, coś będzie niedogotowane albo niedosolone, obetrę se paluchy na tarce, poparzę się, a potem polecę do roboty z jęzorem na brodzie, bo jeszcze chwileczkę, jeszcze momencik niech się zagotuje, pogotuje, dosmaży i zrobi się za późno na wyjście do pracy...

No a do tego, jak ugotuję przed 15, bo o 15 wychodzę, to zanim Małżonek wróci, wszystko będzie zimne. Nie wszystko nadaje się do odgrzewania albo jest po odgrzewaniu mniej smaczne, a skoro człowiek stoi przy tych garach to chciałby przynajmnej smacznie zjeść. No a jak ja wrócę o 18 to już wszystko będzie zamarznięte albo zjedzone...

Znowu czekanie z gotowaniem do wieczora też jest o kant dupy, kiedy każdy o innej porze wraca do domu. Gdy wrócisz z roboty głodny to nie będziesz czekał na jedzenie 3 godzin, tylko coś opitolisz. Jak opitolsz coś to potem nie chce ci się jeść obiadu. Ani gotować się nie chce. 

Tak sie nie raz miotam z tym gotowaniem, że szlag mnie mało nie trafi. O której się za to zabrać? Co w ogóle ugotować? A tu na domiar złego w domu jeszcze jedna wegetarianka i jeden niejadek, którym człowiek choć z kilka razy na miesiąć też chciałby coś do jedzenia zrobić, żeby nie jedli każdego dnia tylko pizzy, frytek  i naleśników. Szlag mnie bierze.



Obserwacje codzienne okołoświetlicowe

Któregoś dnia wracamy z koleżanką do świetlicy po odprowadzeniu przedszkolaków, a już od połowy drogi dochodzi nas głośne skandowanie z podwórka młodszych klas (klasy 1-3 mają inne podwórko niż klasy 4-6). Z pierwa nie rozumiałam, co oni wykrzykują. Dopiero bliżej podszedłszy usłyszałam "TOETER!, TOETER!, TOETER!", a chwilę potem zobaczyłam, że cała banda robi też stosowny gest naśladujący używanie klaksonu w ciężarówce. Faktycznie, na skrzyżowaniu stała wielka ciężarówa czekając aż dzieci przejdą przez zebrę. W końcu jakiś tata prowadzący małego pierdziocha kiwnął głową do kierowcy cieżarówy i pokazał ten sam gest, co te 20 dzieci na podwórku i kierowca z uśmiechem zatrąbił głośno. Radość była wielka pełna skakania i okrzyków szczęścia.

Tylko koleżanka z krzywym uśmiechem orzekła "no, teraz już wszyscy w okolicznych domach obudzeni chłe chłe".

*

Dosyć często pod szkołą lub przedszkolem dyżuruje policjant. Przeprowadza on dzieci i rodziców bezpiecznie przez przejście dla pieszych. Wesoły z niego ziomek. Zawsze coś do dzieci woła, przybija z niektórymi piąteczki, żartuje. Dzieci zawsze cieszą się na jego widok. Tacy pozytywni ludzie zawsze poprawiają dzień.

*

Innego dnia prowadziłyśmy gromadkę rano do świetlicy. Pokonujemy skrzyżowanie i dwa razu musimy przeprowadzić dzieci bezpiecznie przez zebry. Potem jeszcze trzeci raz pod przedszkolem. Czasem oczywiście pan policjant pomaga... Koleżanka wyszła na drogę ze znakiem stopu, a ja towarzyszyłam dzieciom i byłam na nich skupiona, bo one patrzą wszędzie, byle nie pod nogi... A to koleżankę z klasy zobaczą, a to ładnego psa, a to babcię kolegi, a to sąsiadkę która jest mamą kogośtam... jak to przedszkolaki. No więc trzeba cały czas na nie filować. Dlatego nie widziałam, co się dokładnie stało, ale tylko domyślać się mogę... Nagle usłyszałam wrzask i zobaczyłam leżącego na chodniku małego chłopca wplątanego w swój rowerek biegowy i mamę patrzącą jakby przez chwilę bez zrozumienia na swoje dziecko, które wykopyrtnęło się jej pod nogi... W jej ręce telefon z podświetlonym ekranem... Zdążyliśmy przejść przez ulicę, kiedy mama w końcu zrozumiała, co widzi i pochyliła się nad poszkodowanym szkrabem zapytując, czy jest cały. Malec darł się w niebogłosy... Ominęliśmy ich z trudem. Dzieci zauważały, że chłopiec się przewrócił i na pewno bardzo go boli, więc płacze... no i gapiły się na niego zamiast iść dalej.

*

Maszerujemy do przedszkola. Mijamy wielu rodziców, dziadków z maluchami. Nagle jakaś mama woła do jakiegoś znanego sobie chłopczyka idącego z inną mamą "O łał, jaki ty dziś wystrojony! No sigma boy po prostu..."

Na te słowa nasza grupa jak na komendę zaczyna chórem śpiewać na cały głos "Sigama sigma boy, sigma boy, sigma boy...!" Aż się wszyscy ludzie uśmiechali.

*

Innego dnia znowu śpiewali całą drogę taką jedną głupią piosenkę do maszerowania. "1, 2, 3 , 4, 5, 6, 7 Jantje komt een dikzak tegen. Met een pijp in de mond. Een broek vol stront. Zo ging Jantje de wereld rond"  (Jantje spotkała grubasa. Z fajką w zębach, z kupą w gaciach. Tak szła Jntje przez świat) Takich starych głupawych piosenek uczą przeważnie w skautach albo innych tego typu organizacjach... Koleżanka uśmiechnęła się pod nosem, przewróciła oczami i zasugerowała trochę porządniejszą piosenkę w tym samym stylu:

"1-2-3-4-5-6-7 / zo gaat het goed, zo gaat het beter, al weer een kilometer / en daarvoor, daar loepen ze niet door / en daarachter, daar lopen ze wat zachter / en daar tussen lopen ze te kussen / en op zij daar lopen ze uit de rij..."

(idzie dobrze, idzie lepiej, mija kolejny kilometr / z przodu się ociągają / z tyłu zwalniają / w środku się całują / z boku w rzędzie się nie trzymają 

Przedszkolaki szybko i sprawnie przeszły z jednego tekstu na drugi i już resztę drogi śpiewały tę drugą piosnkę, a przechodzący obok ludzie uśmiechali się pod nosem. Pod samym przedszkolem jakaś babcia podłapała nutę i też głośno zaśpiewała prowadząc swój rower. Radość dzieci wielka.

Czasem śpeiwają też irytującą piosenkę "we zijn er biiiiiiiijan, wij zijn er biiiiiiijna..." (już prawie doszliśmy, już prawie doszliśmy)


Często śpiewają też coś z popularnych hitów typu Sigma Boy, Capibara, Bombardino Crocodillo, czy utwory K3. Niektóre śpiewanki są irytujące, ale i tak bez wątpienia lepiej się maszeruje z piosenką chocby najgłupszą na ustach niż gdy dzieci się ociągają, popychają, marudzą, płaczą.

Na koniec pochwalę się moim nowym nabytkiem. Podczas ostatniej wizyty w naszym ulubionym Kringwinkel (rzeczy z drugiej ręki) zauważyłam pod koszem zestrojami kąpielowymi całkiem ładnego Dysona. Podniosłam, obejrzałam z wszystkich stron - odkurzacz wyglądał jak nowy. Wyceniony był na 90€, co nie jest niską ceną, ale ten model nowy kosztuje około 400€, a Kringwinkel daje rok gwarancji na tego typu sprzęt, więc stwierdziłam, że bierzemy.  Nasze tanie odkurzacze już umarły a ostatnia rowenta już też nie działa należycie  i właśnie myślałam, że pora jakiś nowy sprzęt zakupić. Ten zatem spadł mi z nieba, można rzec. Kupiłyśmy i przywiozłyśmy na skuterze. Chodzi jak nowy. Wygląda na mało używany,  ale jakiś geniusz coś mokrego nim odkurzał, bo filter zapieprzony był na grubo skamieniałym kurzem. Z godzinę drucikiem to czyściłam i całą górę parakamienia wydobyłam. Ciągnie teraz jak głupi. Wrazie wu miałam spróbować to wodą umyć a jakby pogorszylo lub nie pomogło, nowy cały pojemnik z filtrem kupić, tyle że to z 5 dych trzeba by dać. Jednak wszystko na razie chodzi jak ta lala. Więc rada jestem wielce z tego zakupu. 



 

17 kwietnia 2025

Mietek odkrywa zabytkowy szpital Matki Boskiej z Różą

 Dzisio pokoże wam szpital, który powstoł jeszcze w średniowieczu i przez długie lata zapewniał opiekę bidnym ludziom. Bogatego to zawdy stać było na doktora, a bidnego nie.

Szpital Matki Boskiej od Róży (z Różą, Różanej...?) jest jednym z najstarszych szpitali w Europie. Dzisiaj jest tam muzeum, w którym papatrzyć można z bliska na historię medycyny. Oglądając różne stare doktorskie ustrojstwa, śpitalne meble, przyodziewki, medykamynty, dekoracje i inne zabytkowe rupieci, wyobrazić se łacno możemy, jak to było chorować kilkaset czy choćby jeszcze kilkadziesiąt lat temu. 

Z tą nazwą nie wiem, jak ją przetłumaczyć. Wiem, że na pewno o różę chodzi i że siostra przełożona miała na imię Maria-RÓŻA, no i że wszędzie w muzeum zobaczycie róże z papieru...

Hȏpital Notre-Dame à la Rose - muzeum

Place Alix de Rosoit, 7860 Lessines

https://www.notredamealarose.be/nl/

godziny otwarcia:

od wtorku do piątku 9-18, 

soboty, święta, niedziele 9.30-18.30

ceny biletów:

dorośli     13€,

studenci 12+, emeryci 60+, nauczyciele     10€

dzieci 6-12 i opiekunowie niepełnosprawnych     5€

dzieci <5, niepełnosprawni,  museumpass GRATIS

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ze stacyi  pociagowy do muzeum jest ze 400m, ale nawigacja wiodła nas przez jakieś dzioły. Niby ładnie, ale za gościńcym prościj by było. Na skróty się nie dało, bo rzyka była w drodze...

Zadupie ci to łokropne i szpetne. Chałupy koło stacyi łopuszczone abo i do połowy pozawolane. W nocy chyba boł bym sie tam pałyntać bez giwery.




W końcu doszli my do wielki budowli i przy łobrozku kozało po francusku, że to stary młyn. Wincy po francusku nie zrozumiołem, ale w muzeum kozało, że zakonnice z tego młyna mąke brały. Co i nie dziwota, bo młyn ci zaroz koło tego siośtrów przybytku, co teroz w nim muzeum jest.


No i doszli my do muzeum... Zdjińce se kozołem zrobić, jakby kto nie wierzół...





Na początku była izba z portretami siostrów, co ów śpitol prowadziły i jakiegosi panocka, co przy tym pomogoł...

 
Były też cele siostrzyczek pokozane, jak wyglądały.



Przybytek ci to był wielki. Chodzili my różnymi korytarzami i schodami drewnianymi... Jednak Młodo wolała windą, bo ona boi się po kręconych stromych schodach, łatwo się bowiem z nich umie starandolić i gotowa by giry połamać, a  w tym śpitolu już żodny pomocy nie uświadczysz. Zresztą,  jak tak patrzyłem na te wrzystkie ustrojstwa, to chyba i lepij.
Siostry nie tylko tam mieszkały, nie tylko szpitol i kaplicę miały, ale całe pierońskie gospodarstwo, w tym kilkanaście, czy nawet -dziesiąt hekatrów pola. Hodowały se tam różną zwierzynę. No i zacny ogródek z ziołami posiadały, dzięki któremu różne mazidła, wywary i inne likarstwa przygotować mogły.
W eksperymentowaniu też się, jak widziołem, lubowały wielce. Zasadniczo kierowały się słowami Paracelsusa, która powiadał, że "wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, bo tylko dawka czyni truciznę". Co jo tam w ich aptece nie widzioł! Arszenik, opium, suszone jaszczurki i krokodyle...

No bo jak jesteś wysłanniczką boga, to se możesz robić eksperymenta, warzyć magiczne napary i czary różne odprawiać, bo jak powisz, że bóg ci kozoł to nikt słowym nie rzeknie nawet, a jeszcze wychwalać będą twoją cnotę, mądrość i dobre układy z bogiem...



Nawet pana Doktóra Zarazę spotkołem i se przy nim fotkę cyknołem. Prowdziwy zarazy to jo jednak spotkać bym nie chcioł. Cieszułem się, że tera ludzie mądrzyjsze są i dużo wiedzo o chorobach, higienie, leczeniu, opreowaniu i że różne ustrojstwa powynajdywali, by wszysko sprawnie szło i Kostucha trochu się natrudzić musiała, zani, człeka dopadnie. Chociaż, jak tam patrze na poczynania niektórych ludzi, to jednak myśle, że i dziś Kostucha mo używanie i zabawę przednią...


była też lalka doktora zarazy

Jak na te wszyskie instrumenta żem patrzół, to trochę mnie wzdrechało. Jezuzisku, jo bym se nogi na żywca uciąć nie doł! Nawet zymba wydrzyć... Brrr!


Siostrzyczki i niezłą biblioteke tam miały i to wcale nie tylko modlitewniki i inne świnte książki znały, bo skubane i o ziołach czytały i o medycynie ówczesny... Uczone ci łone były.
 









ten kur nie wim co tam robiół, ale mie się spodoboł

schody

wózek inwalidzki z kiblem


tłusto śmiszno Matkaboska

 


W jednej izbie na kominie wisioł łobroz. Młodo ze Starom w try miga spostrzegły, że siostra ma dziwne oczy i obie uznały jednogłośnie, że to obraz do podglądanio. Chwile późnij wysłuchołem z nagrania, że zaiste to obraz do szpiegowania, ale że nigdy nie odkryto, gdzie on wisioł... Se pomyślołem, że może ukryte pomieszczenie ciagle nieodkryte gdzieś sobie po cichu istnieje w tym zamczysku... Młodo ze Starom to ani portretów by nie potrzebowały, bo łony zawsze wszystko uwidzo tymi swojemi ślipiami i wszysto usłyszo... czy trza czy nie trza...



Siostry miały też i swoją salę, gdzie mogły zalec i w spokoju się kurować, gdy ich choroba zmogła.


obrazek w sali chorych dla sióstr


W szafie jeszcze jakieś szaty sióstr wisiały...


Próbowołem gwizdnąć jeden taki słoik, ale wszystko za szybą ukryte było... A przydoł by się, oj przydoł!








Siostra Przełożona Marie-Rose (Maria Róża) to zdecydowanie sroce spod łogona nie wypadła i łeb na karku miała. Łobrotno ci to była kobita. Dzisio to by na nią pewnie busness woman godali. Nie dosyć, że wymyśliła ci ona jakieś mazidło na wiele skórnych schorzeń  pomagające, to jeszcze potrafiła go porządnie rozreklamować. Robiła nawet kalendarze ścienne z nazwą leku, różne ulotki, jeździła z tym na wystawy i targi po miastach, a i w gazetach o tym pisano... Lek ponoć faktycznie bardzo skuteczny był i welu ludziom pomógł. Ino potem się okazało, że miał bardzo dużo skutków ubocznych...


gadżety do wypieku chleba





Staro jest tako staro, że pamięto czasy stawiania baniek na różne choroby. Sama też wielokrotnie miała tą przyjemność. Jezszcze śmieje się, że braciszek wołał wtedy przerażony do Matki" "Nie rób cup, nie rób cup!", bo bańki robiły "cup", czyli łapały za skórę i wciągały do środka. Matka Starej najpirw smarowała bańkę od środka jkimś spirytusym,  potem zapalała zapałkę i wtykała do bańki, i prędko przystawiała do skóry, by zassało... A potem sie miało takie śmiszne kółka na skórze. Ponoć im ciemniejsze kółko było, tym lepoiej bańka zadziałała...
Słyszołem, że ludzie nadal w tyn sposób sie leczą, a i bańki w aptece kupić można... Dobrze, że drewniane ludziki za często nie chorują, to nie muszę sprowdzać, czy to działa..

bańki

Pijawki i upuszczanie krwi to też co ciekawego było. A na zdjęciu widać mnie ze Starom w odbiciu hahaha.


Poniżej zobaczycie salę chorych i przyłączoną do niej kaplicę. Jak chory przywozony był do szpitala, najpierw szedł do kaplicy, bo najprzód musioł się wyspowiadać i pomodlić. Inaczej czary i zabiegi sióstr mogły by nie zadziałać...
No i w razie jak nie zadziałały to zawsze można było powiedzieć, że pewnie za słabo się modlił albo bóg tak chciał... Całkiem dobrze pomyślane.
Sala chorych była nieogrzewana. Zimno tam jak diabli, ale siostry sprytnie wymyśliły, że łóżka miały grube baldachimy i jak się nagrzany metalowy ogrzewacz do łóżka wtyknęło i zaciągneło zasłony, to chory przez chwilę miał ciepło. Baldachimy były czerwone, żeby brudy i krwi nie było tak bardzo widać. 
Przy łóżkach zaś wisiały metalowe pojemniki, do których wkłądało się zioła, czy olejki, żeby trochę nieludzki smród chorych przyćmić.
Dalej na sali zobaczyć możemy różne wózki do transportu chorych, różne mniej lub bardziej przerażające  instrumenta medyczne, nocniki, miski, przybory, protezy i dużo inszych arcyciekawych rzeczy dających nam całkiem niezły obraz medycyny sprzed wieku i czasów wcześniejszych oraz późniejszych...


kaplica obok sali szpitalnej

nożyczki-ptaszki do przecinania pępowiny



przybory do trepanacji czaszki

chirurgia...

protezy


łóżka chorych i "kaczki" oraz nicniki, a za łóżkami półki w ścianie 


stolik ginekologiczny 





nowocześniejsze łóżka






Poza stałą kolekcją można było podziwiać fantastyczną czasową wystawę pt: "Gdybyś miał 20 lat i żył w 1900 roku". Bardzo sprytnie zorganizowano tą wystawę. Na wejściu dostaje się Pamiętnik dziewczyny. Jest to zeszyt oprwiony w "skórę", w którym wydrukowano czcionką z kategorii "odręczne pismo" rzeczone zapiski w pamiętniku. Niektóre ozdobione są wklejonymi roślibami, puklem włosów etc. Z pamiętnikiem w ręku przemierzamy wystawę eksponatów. Co kawałek znajdujemu słuchawki i po wciśnięciu przycisku możemy odsłuchać nagranie rozmów pomiędzy osobami z otoczenia dziewczyny z pamiętnika. Najpierw słyszymy rozmowę taty, który dowiaduje od siotsry o narodzinach córki i śmierci żony. Potem jest rozmowa taty z szefową przytułku dla dzieci. I tak śledzimy losy dziwczyny... Dalej  trafia do bogatej rodziny, gdzie robi za służącą, zakochuje się w paniczu, zachodzi w ciążę, dostaje domek na właśnośc od państwa w zamian za milczenie i nie zbliżanie się do panicza, który oczywiscie o niczym nie wie, bo jest wysłany do szkoły do Paryża, skąd pisze wiele listów do ukochanej, ktore jednak są przejmowane przez panią mamę... Potem przeżywamy z dziewczyną pierwsze strajki, wojnę i w końcu pójcie do szkoły pielęgniarskiej przez dziewczynę i spotkanie po latach z ojcem dziecka. W tej poruszającej zmyślonej historii zawarty jest dobry kawałek historii miasteczka Lessines, historii Europy i historii medycyny z poprzedniego stulecia. Fascynujące, wzruszające i niesamowite.

Nam się bardzo tam podobało. A Wam? Chcielibyście zobaczyć takie muzeum? A może widzieliście już coś podobnego?

wyrzymaczka

dawna pralka


telefon