Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rocznice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rocznice. Pokaż wszystkie posty

18 lutego 2024

Ferie, urodziny panów i tysiąc spotkań z...

 W zeszłą niedzielę Młody wyciągnął nas na basen. Kitowo było, bo takie tam tłumy zastaliśmy, że ciężko do wody było wejść. Obrzydlistwo! Ledwie godzinę wytrzymaliśmy. Pod basenem nad brudnym stawem rybnym odbywało się”morsowanie”. Słabe to morsowanie, jak temperatura wynosi  kilkanaście stopni, ale do tego stawu to ja bym nawet w upał nie chciała wskakiwać. A fuuuu!

Wjeżdżając do miasta zauważyliśmy na pasie zieleni żonkile w pełnym rozkwicie. Miesiąc za wcześnie. W tym tygodniu dnia termometry pokazywały nawet 17 stopni. Ciepło nawet jak na Belgię. No ale nie zamierzam na to narzekać, a tylko cieszyć się chwilą i korzystać, skoro już jest jak jest…

te zrobiłam stojąc na światłach, inne były całkiem otwarte

Potem włączywszy Netflixa wyjęliśmy chipsy i napoje. Miałam niezmierną ochotę na piwo więc dobrze, że jakieś się w szafce jeszcze znalazło. Dawno już bowiem nie kupowałam, gdyż ostatnio nie miałam smaku na ten napój bogów… 



Gdy pisałam się  na ten mój kurs, planowałam sobie sprytnie, że jak poczuję się zmęczona, to poproszę lekarza o tydzień czy dwa wolnego, by odpocząć i nabrać sił. Niestety to tak nie zadziała. Zwolnienie dostałabym bez problemu, czy to od rodzinngo, czy to od onkologa, ale podejrzewam, że to skutkowało by tym, że musiałabym wydłużyć kurs o pół roku. Już dwa dni zwolnienia komplikowało mi życie, bo potem trzeba było w trybie pilnym wszystko nadrobić, a będąc chorym na jakąś grypę, czy co to też było, ciągle trochę siedziałam przy zadaniach. Natomiast jeślibym chciała sobie tydzień prawdziwych wakacji zrobić, to nie było by mowy o żadnej nauce, bo jaki by to niby miało mieć sens...? Ba, ja bym nawet nie potrafiła ot tak się wyłączyć z myślecia o szkole i stażu, skoro nawet na noc nie umiem wyłączyć myślenia... Dlatego jest jak jest, a jest ciężko. Dam rady. Chyba. Ale jest cholernie ciężko to ciągnąć wszystko. Tam sam kurs to pikuś. Gdybym nie miała nic innego na głowie, to byłby śmiech i czysta przyjemność, ale u nas cholera wie z jakiego powodu ciągle coś się dzieje i chwilami na prawdę mam dość. Czasem mam takie dni, że myślę, iż nie dam rady, że wyjdę z siebie i stanę obok albo padę i nie wstanę. 

No weźmy ten tydzień... Mieliśmy we Flandrii tygodniowe ferie krokusowe. Młody był w domu. Nie miałam szkoły, ale świetlica pracuje pełną parą, więc miałam staż. Mentorka zapisała mi cały tydzień całe dnie, ale niestety ja nie samym stażem żyję. Pozwoliłam sobie zatem na okrojeie godzin stażowych do minimalnego minimum, bo ciągle nie umiem być w dwóch miejscach na raz. 

szkoła podstawowa w okolicy


W poniedziałek rano mieliśmy z Młodym konsultację z panią dietetyk, specjalistkę od diet w spektrum autyzmu, którą wynalazła nam znajoma. Co nam to da, się zobaczy. W tym tygodniu nawet większej chwili temu tematowi nie poświęcałam.

 W południe mogłam juz sobie jechac na staż. Pogoda była wiosenna i bezdeszczowa, przeto pojechałam Panem Rowerem. Gdy wróciłam przed 17, Młody zaczął marudzić, że ładna pogoda a on się nie ma z kim na polu pobawić. Wkurzona powiedziałaam, że ja na pewno nie zamierzam się z nim bawić, bo jestem za stara i że ja bym się z chęcią ponudziła choć jeden dzień, dodałam, żeby wziął rower i pojechał po chałupach znajomych kumpli albo podzwonił, a może ktoś znim pójdzie na boisko czy do lasu. Obruszył się trochę i poszedł do swojego pokoju. 

Po 5 minutach przyleciał jednak z powrotem uradowany zapytując, czy zawiozę go do sąsiedniej wsi, bo klasowy kolega z chęcią pokopie w piłkę. Zawiozła, go pod sklep, gdzie mama kolegi podjechała autem i zabrała ich do kompleksu sportowego, gdzie haratali w gałę do siódmej godziny.

Wtedy pojechaliśmy z Małżonkiem po niego. Przybiegł do auta ucieszony oznajmiając, że świetnie było i że grali z Marokanami, ale że w przeciwnej drużynie straszni rasiści byli i non stop ich nowych marokańskich kolegów wyzywali. Szybko jednak dodał pełen dumy: "ale dojebaliśmy im, jak się patrzy, bo Marokani świetnie grają w piłkę...", co spowodowało, że wymieniliśmy znaczące spojrzenia z Małżonkiem. 

Tak, nasz syn niewątpliwie jest już nastolatkiem :-) 

KROKUSY zawsze kwitną w czasie krokusvakantie


We wtorek też pojechałam Panem Rowerem, tyle że rano, a potem darłam do domu w pośpiechu, by zdążyć choć jaką zupinę zmajstrować, zanim pojadę z Młodym do ortodontki. Kicha z tym, że ortodonci na miejscu nie przyjmowali już pacjentów, gdy szukaliśmy dla Młodego (no i że nie wiedzieliśmy jeszcze, gdzie on do szkoły będzie chodził) i teraz Młody musi naginać za każdym razem co najmniej 10 km (gdy ze szkoły to 15km). Beznadziejne rozwiązanie, gdy trzeba na kontrole lecieć, bo taka kontrola trwa 10 minut, a pół dnia potrzeba, by sie na nią dostać. Na szczęście szkoła przychylnie na to patrzy. Co nie zmienia faktu, że opuszczanie lekcji to nie jest dobra sprawa.

Środa była w miarę luźna. Rano zawiozłam Najstarszą do szpitala, gdzie usunęli jej dwa zęby mądrości, co trwało około pół godziny plus blisko 2 godziny na dojazd w te i wewte.

  Potem miałam wieźć Młodą na MRI do tego samego szpitala, ale ostatecznie sama się zawiozła autobusem, bo mi się ni cholery nie chciało drugi raz jechać skuterem do miasta. Poza tym wyjeździłam całe paliwo, a stacja benzynowa, w której chciałam zatankować miała jakiś problem. Co oczywiście mnie wkurzyło, bo dosłownie na oparach dojechałam do domu, a do innej mam 4 km. 

Poza tym po południu przychodził kolega Młodego (ten od haratania w gałę) i lepiej było być w domu. Niby takich starych koni nie trzeba niańczyć, ale też i lepiej samopas nie zostawiać, szczególnie jak gość pierwszy raz przychodzi z wizytą, bo nie wiadomo, jakie pomysły im do głowy przyjdą. 

Padało cały dzień, przeto nie mogli pójść ani na boisko, ani do lasu... Znaczy móc to mogli, ale w deszcz raczej nie jest to fajne. Bawili się zatem w pokoju. Nasmażyłam im naleśników, bo to najbardziej sprawdzony posiek dla małolatów i większość lubi. Z jedzeniem dla nieznanych jeszcze dzieci (i nie tylko dzieci) to zawsze ryzyko, że albo nie lubią, albo nie jedzą mięsa, albo mają alergię, albo jedzą tylko halal, albo nie znają potrawy... Naleśniki oczywiście też mogą być niejadalne z różnych względów, ale tym razem się udało. Wygłupiali się oczywiście i robili różne miksty, bo mieli do dyspozycji nutellę, cukier puder, brązowy cukier oraz syrop klonowy, a sami rządzili się w kuchni, bo tak najswobodniej człowiek się przecież czuje u obcych ludzi.

Tak więc w środę kilka godzin odpoczywałam trochę, ale mimo siedzenia i nicnierobienia, wieczorem odczuwałam okropne zmęczenie. 

Tak, znowu jojczę, że jestem zmęczona, bo to cholerne zmęczenie nie mija. Trwa już tyle miesięcy. Raz jest trochę lżejsze,  raz koszmarne, raz średnie, ale trwa ciągle, bezustannie. Zmęczona kładę się spać i zmęczona wstaję. Rano jestem mniej zmęczona niż wieczorem, ale nie mogę powiedzieć, bym się budziła wypoczęta. Już chyba nie pamiętam, jak to jest obudzić się wypoczętym, rzeźkim, wyspanym, pełnym sił. Są takie dni, kiedy nie jest najgorzej, kiedy da się przeżyć cały dzień jako tako bez większego wysiłku, ale są też takie, jak np w tym tygodniu, że żyje się z wysiłkiem, gdy nie można się doczekać wieczora, gdy godzina za godziną wlecze się ospale, gdy myślenie z wielkim trudem przychodzi, gdy człek ledwie na nogach stoi i marzy tylko o tym, by usiąść albo najlepiej się położyć i zasnąć, i przespać 10 dni pod rząd... Tak, to był jeden z takich tygodni. Trudny, długi i męczący.

Świetlica jest hałaśliwa, co mi jakoś specjalnie nie przeszkadza, ale na pewno działa męcząco na mój mózg. Gdy wracam do domu, we łbie huczy mi jak w ulu.

 Niektóre dzieci są okropnie upierdliwe i strasznie działają mi na nerwy. Widać, że różnie są w domach wychowywane albo i niewychowywane, bo trudno wszak ocenić, czy wszyscy rodzice mają czas dla swoich dzieci. To nie jest już wioskowa spokojna znająca się wzajemnie dziecięca społeczność, choć oficjalnie to ciągle gmina wiejska. To wielka zbieranina różnych przypadków, różnych problemów, różnych grup wiekowych. Dzieci w wieku 2 do 12 lat to jednak duży przekrój, a wszyscy bawią się tam razem w jednej sali i na jednym podwórku. Co ma swoje plusy, ale i sporo minusów.

Ten tydzień był też tygodniem wkurwiania mnie przez chorą administrację zarówno PL jak i BE. Moj stan psychiczny pozostawia sobie wiele do życzenia i czasem drobiazg potrafi mnie w sekundę poważnie wkurwić.

Na początku tygodnia Najstarsza otrzymała list z HVW (hulp kas), w którym informują, że na razie nie mogą przyznać jej zasiłku, bo brakuje dokumentu, a dokładnie to jeden dokument został źle wypełniony, bo UWAGA!!!! BRAKUJE W NIM ZAZNACZENIA JEDNEGO KWADRACIKA. Najstarsza musi jechać z tym dokumentem do swojej byłej szkoły i poprosić by zaznaczyli kwadracik, który informuje, czy skończyła drugi czy trzeci stopień szkoły średniej. Co przecież i tak nie ma żadnego sensu, bo Najstarsza nie ma dyplomu szkoły średniej, gdyz jako niepełnosprawna robiła tę szkołę na specjalnych warunkach.

tu zapomnieli zaptaszkować…




 Najlepsze jest jednak to, że koło tego pytania z niezaznaczonym kwadracikiem widnieje jak wół pieczątka szkoły z dokładnym adresem i numerem telefonu. Zatem wystarsczyło, by śmierdzący leniwy urzędas tam przedzwonił i się kurwa zapytał. Trwało by to może 5 minut i było by załatwione. 

Nie wierzę, NO NIE WIERZĘ, bo logika wszelaka temu przeczy, że prościej było po pierwsze napisać całe to pismo, zaadresować kopertę, włożyć do niej to pismo, iśc na pocztę, płacić za wysłanie i czekać na odpowiedż, by potem ponownie wyjmować całe dossier z szafy i od nowa je sprawdzać.... NIE, NIKT MNIE NIE PRZEKONA, że trudniej było by po prostu od razu na miejscu przedzwonić do tej zasranej szkoły i sobie zaptaszkować odpowiedni punkt na miejscu, bez tracenia czasu na pisanie pism, chodzenie na pocztę, wkładania i wyjmowania tych samych dokumementów.

 To się nie trzyma kupy ani siku. 

Ale wyjaśnia, dlaczego te wszystkie procedury tyle trwają. Szkoda słów.

Polskie umawianie wizyt też mnie rozpierdoliło całkowicie. Nie wiele brakło bym zjebała laskę obsługującą telefon, ale podejrzewam, że to nie ona wymyśliła, a tylko te durne pomysły realizuje i to wcale niekoniecznie za wielkie wynagrodzenie...

Nosz jasna kurwa i sto milicjantów. Umówiłam Najstarszej konsultację internetową z psychitarą. Laska powiedziała, że na początku tygodnia wyślą formularz do zapłaty. No to kazałam Najstarszej sprawdzać pocztę mejlową kilka razy dziennie. Nic nie przyszło. Na wszelki wypadek Młoda tez sprawdziła swoją, bo może przez pomyłke jej adres użyto. Też nic. 

Niestety nie pomyślałam, by kazać Najstarszej sprawdzać telefon... A stety, Najstarsza nie jest taka jak jej rówieśniczki. Ona nie wisi 24/7 na telefonie. Ona, jeśli jest w domu, to telefonu rzadko uzywa w ogóle. Nawet ja JA DO NIEJ DZWONIĘ to jest bardzo minimalna szansa, że odbierze. Taka sama, czyli prawie zerowa szansa jest, że ona odpisze na sms. Bardzo rzadko sie to zdarza w każdym razie, bo moja Najstarsza Córka nie jest typem telefonowym, do czego chyba do kurwy nędzy ma prawo. Tak czy nie? Czy każdy musi spać, jeść i srać z telefonem? NIE! Czy kazdy musi umieć z niego korzystać? NIE! 

Czy tak trudno się domyślić, że skoro to matka dzwoni, by umówić wizytę dla dorosłej córki, to może dlatego, że ta córka tego nie potrafi, no więc chyba dosyć głupie jest wysyłanie jej jakichś pojebanych esemsów c'nie? Do tego to klinika TERAPII PSYCHOLOGICZNYCH, z czego nalezy chyba wnioskować, że najdziwniejsze przypadki mogą tam prosić o konsultację z psychiatrą, psychologiem etc.

 A poza tym to w ogóle, niech mi to ktoś łaskawie wyjani może, po jakiego chuja potwierdzac raz umówioną wizytę. Noż kurwa! Ja rozumiem odwoływać wizytę, gdy coś mi nagle wypadnie, ale potwietrdzać? No chyba ktoś z kołyski na głowę wypadł. Skoro dzwonię i mówię, że chcę się umówić do specjalisty to znaczy że ja się chcę umówić do tego specjalisty a nie że dzwonię ot tak bo nie mam akurat kurwa co robić.

 Nie, jak ja dzwonię i mówię, że chcę się spotkac z danym specjalistą, to w moim świecie znaczy to nie mniej ni więcej tylko to, że chcę się spotkać z danym specjalistą. Kropka. Nic innego to nie znaczy. Po jaki chuj zatem po tygodniu mam to niby potwierdzać? Jaki to ma sens? Skoro sie umówiłam online. to oczekuję, że otrzymam po prostu fakturę do zapłacenia przed wizytą, co jest dla mnie logiczne, oczywiste i zrozumiałe, bo pewnie cała masa ludzi jest zwyczajnymi oszustami i po wizycie nie zapłaci. A co daje im niby to potwierdzenie?! Że jak po tygodniu potwierdzę, że się nie rozmyśliłam z wizyty, to ta wizyta będzie bardziej wartościowa czy co? Sorry, ale nie kumam.

I za to moja córka została ukarana anulowaniem wizyty u psychiatry, bo NIE ODPISAŁA NA JAKIŚ DURNY ESEMESIK, że faktycznie ona chce się spotkać z psychiatrą a nie na ten przykład z ginekologiem czy fryzjerem i że to ONA faktycznie chce się spotkać a nie Maja z Rafałkiem.

Teraz musimy czekać kolejne dwa tygodnie, by się dowiedzieć, co z tymi jej lekami. O ile tamtej wizyty też nie odwołają... 

JPRDL co za zjebany system! 

Jakby w ogole łaskę robili, że się z kimś spotkają, że kogoś umówią na jakąś wizytę w ogóle. Pani od odbierania telefonów też niezbyt sympatyczna, bo już miała wyraźny problem, że ja nie rozumiem o jakie potwierdzenie jej chodzi, a zwyczajnie kurwa nie rozumiałam i zwyczajnie kulturalnie i grzecznie pytałam (choć nie ukrywam, że w głębi duszy miałam ochotę ją skurwować a najchętniej wytargać za kłaki i do dupy nakopać - panuję jednak nad sobą. Na razie)

 Nie wiem, może to tylko dla większej inteligencyi ta przychodnia, a nie zwykłych roboli, ktorzy czasem czegoś nie rozumieją.  Wszak ceny raczej nie dla takiego jak my plebsu jak na polskie standardy (w euro nas stać). 

Pan psychiatra jest bardziej niż w porządku, ale ta ich rejestracja jest niestety bardzo

 ...no taka polska przaśna...

 i to mi bardzo ciąży i drażni, bo jednak przywykłam do zupełnie innego traktowania i prostego, ufnego systemu rejestracji. 

Panie, ja tu rejestruję nas do najdziwniejszych specjalistów w najróżniejszych placówkach i tu nie ma znaczenia, czy dzwonię do szpitala uniwersyteckiegio, do zwykłego małego szpitala, prywatnej przychodni,  czy do  małego prywatnego gabinetu na zadupiu, gdzie psy dupami szczekają, nikt nie wydziwia. Pytają o nazwisko, czasem o datę urodzenia i to wszystko, co jest potrzebne do umówienia wizyty. Jestem na 300% pewna, że często tylko imię zapisują, bo mojego nazwiska żaden Belg nie jest w stanie zapisać ze słuchu. Nawet z dowodu mają problem przepisać. 

A tutaj przeciez przed pierwszą wizytą wypełnilismy wszystkie dane, co w tym przypadku, czyli wizyt online - jak podkreślam - jawi mi się oczywiste ze względu na potencjalnych oszustów. Żeby jednak do umówienia kolejnych  wizyt trzeba było takie ceregiele przechodzić to już, moim zdaniem, lekki przesadyzm. No ale dobra, teraz postaram się przypilnować Najstarszej, by potwierdziła wszystkie potwierdzenia, potwierdzeń kolejnymi potwierdzeniami, a może uda się zobaczyć przez 20 minut psychiatrę za 300 ziko. Tak czy owak irytujące jest, że z gościem nie ma bezpośredniego kontaktu, tylko wszystko przez pośredników trzeba załatwiać. 

Pod tym względem tutaj było lepiej. Szkoda, że tak cięzko u nas o dobrego psychiatrę, w ogóle o psychiatrę... Gówniana sprawa, że miesiąć musimy czekać, by się dowiedzieć, co z tymi lekami, czy może je brać, czy dostanie jakieś inne... A skoro widać, że mogły by jej pomoc wyraźnie plepszyć życie, to człowiek by chciał jak najszybciej to wiedzieć i móc testować... Ale nie, na wszystko trzeba czekać, czekac i czekać... 

Ja już ma dość czekania na wszsytko. Jestem tym zmęczona. Dlatego tak mnie wszelakie utrudnienia wkurwiają i szybo wyprowadzają z równowagi.

W czwartek z kolei miałam kontrolę w funduszu zdrowia. Małżonek wziął sobie pół dnia wolnego, by mnie zawieźć, bo to biuro doktora orzecznika jest na takim zadupiu Brukseli, że człowieka mało szlag nie trafi, zanim tam dotrze, Jakaś upadła zdziadziała obskurna dzielnia, gdzie wrony zawracają, bo się nawet nastrać nie opłaca. 

Raz pojechałam tam pociągiem. Przesiadka na obrzydliwej stacji i wysiadka na jeszcze obrzydliwszej. FU! Skuterem jeszcze gorzej. Drogi rozkopane, pozastawiane i człowiek kręci się przez godzinę, niczym gówno w przeręblu zanim znajdzie właściwą drogę. Ogromny stres i Młodą trzeba ze sobą targać, by czytała mapy i prowadziła... 

No ale okej, pojechaliśmy i zaparkowaliśmy po chamsku przy Lidlu (robiąc przy okazji zakupy, by mieć paragon do ewentualnego wyjazdu przez szlaban), bo tam nie ma parkingu. Znaczy jest, ale tylko dla urzędasów. Niepełnosprawny i chory niech zapierdala z trampka przez pół miasta, a co!

Nie wiem, po co tam byłam, bo doktorek_od_chujwieczego postukał w klawisze swojego kompa, coś tam zapytała od rzeczy i powiedział, że mogę iść iże za pół roku się spotkamy. 

I po to marnowaliśmy oboje z Małżonkiem pół dnia! Pfff!

Piątek był dniem świetlicy i urodzin Małżonka.

Dzień zaczęłam o 6:40 od przygotowania dekoracji urodzinowych. Dekoracje u nas zawsze muszą być. Mamy już teraz wielkie pudło akcesoriów i tylko czasem coś dokupujemy dla odświeżenia pomysłów. Tym razem jako nowa pojawiła się błyszcząca kurtyna na drzwi, która spadała ciągle, aż przyklejona została na srebrną taśmę. Teraz pewnie wisieć będzie do końca świata i jeden dzieńn dłużej.

Dyżur w opvangu miałam od 9:30 do 16. Dziecków było ze 40. I były wyjątkowo upierdliwe tego dnia, co koleżanki nawet potwierdzały. Może dlatego, że to ostatni dzień ferii, może dlatego, że po prostu piątek, a może ot tak zwyczajnie zły dzień miały... Biły się, kłóciły, nie chciały słuchać, rzucały zabawkami... Było zatem klejenie plasterków, przykładanie lodu, rozstawianie po kątach i inne kary. Było też mierzenie temparatury, otulanie kocami i dzwonienie do mamy, gdy się okazało, że ktoś ma 38 stopni. Było i zmienianie usiuranych czy okupkanych majtoszków, bo czasem zabawa była zbyt dobra i nie zdążyło się do kibelka.

Kilka razy też trzeba było zasuwać na miotłach, bo dzieci ganiały na pole i z powrotem cały dzień i znosiły do sali tony błota, do tego przy jedzeniu oczywiście śmieciły żarciem, a tu niektóre dzieci uznały, że wolą ganiać w skarpetkach i pozdejmowały buty. 

Ogólnie było wporząsiu. Dzieci zdają się mnie raczej lubić. A ja nawet odnajduję się w tym cyrku. Bawię się z tymi gałganami chętnie i w sali, i na podwórku. Lubię z nimi rysować, wyklejać, budować zamki z klocków i rzucać piłką czy balonami. Problemem jest tylko mój aktualny stan psychiczny. Szybko się bowiem irytuję i szybko nudzą mnie niektóre dziecinne zabawy. Tak było np z piankowymi klockami. Bawiłam się z gromadą przedszkolaków i wymyślaliśmy różne zabawy z tymi klockami. Najpierw budowaliśmy wieże i mosty. Potem pokazałam im zabawę w trafianie do celu - ja budowałam wieże, a oni celowali w nie innymi klockami. Gdy zaczęliśmy zabawę, było nas troje, ale po chwili zciągnęło do nas większość przedszkolaków, co wymagało ustawiania dziesiątek budowli z klocków, co dość szybko mi się znudziło. Panie, to kręciołka można dostać! Zaproponowałm zatem zabawę w trafianiem klockamki do skrzyń. Gdy prawie wszystkie klocki były już na miejscu, na szczęście koleżanki zadzwoniły na przerwę ciasteczową...

Po świetlicy wstąpiłam biegusiem do sklepu, by zakupić jakieś kwiatki, kartkę urodzinową i brakujące składniki na urodzinową obiadokolację z uwzględnieniem zapotrzebowań jedzeniowych wszystkich członków rodziny. I tak dla solenizanta-Małżonka i mnie zmajstrowałam steki z sosem pieprzowym i kłóconymi ziemniakami oraz sałatą z sosem miodowo-musztardowo-olejowym (olej orzechowy tu świetnie się sprawdził). Dla Najstarszej-z-poharataną-paszczą zmajstrowałam do ziemniaków sos z bardzo drobno pokrojonego kurczaka z mlekiem kokosowym, imbirem i ananasem. Dla Młodej i Młodego były przewidziane wrapy. Przy czym dla Młodej wege, a dla Młodego z kurczakiem. Z tym, że Młody nie chciał jeść, a Młoda sobie sama skraftowała swoje wrapy. To była iście świąteczna obiadokolacja. Najdeliśmy się jak bąki.

Młoda zorganizowała tort: zamówiła w cukierni, zapłaciła i osobiście się po niego pofatygowała autobusem, bo uznała, że tort nie przetrwa jazdy rowerem przez 5 km. Mieliśmy też jak zwykle dziecinnego szampana.

tort malinowy z białą czekoladą


Sobota była dniem urodzin Młodego. Ten co prawda oficjalnie trochę później ma urodziny, ale zażyczył sobie, by je obchodzić na feriach. Nie chciał zapraszać żadnych kolegów, choć najróżniejsze propozycje mu przedstawiliśmy, typu escape room, kręgle, park trampolinowy, wspinaczkowy itd itd. Nie, on chciał swoje urodziny obchodzić tylko z rodziną. 

Młoda miała zaproponowała, że zabierze go do kociej kawiarni w Leuven, gdzie była wcześniej z Najstarszą podczas wizyty w hulpkas w sprawie zasiłku. Leuven jest stolicą naszej prowincji, ale mamy tam dosyć daleko. Pociągiem jedzie się z przesiadką w Mechelen lub Brukseli. Mechelen tym razem odpadło, bo w weekendy znowu grzebią coś na torach i pociągi nie jeżdżą na tej trasie. Są autobusy zastępcze, ale autobus to zło - nie dość, że nikt ni elubi tym jeździć daleko to jeszcze wlecze się to godzinę do Mechelen, gdy pociąg przemknie w 20 minut. Pozostała więc Bruksela. 

Wszystko piknie, tylko dentysta wyznaczył Najstarszej kontrolę paszczy na sobotę, wiąc musiałam z nią pojechać do szpitala, a mieliśmy razem we czwórkę jechać do Leuven.... Małżonek szedł niestety do roboty, a poza tym stwierdził, że nie specjalnie ma chęc na kocie kawiarnie, bo nie jest fanem kotów...

No więc wymyśliliśmy, że we czworo pojedziemy autobusem do Dendermonde. Ja i Najstarsza wysiądziemy wcześniej i pójdziemy do szpotala, a tamtych dwoje pojedzie na dworzec, gdzie przesiądą się w pociąg, by pomknąć do Brukseli a potem do Leuven. Po wizycie u paszczowej wróżki my też udamy się piechotą na dworzec, gdzie Najstarsza poczeka na tatę, który ją odbierze wracając z roboty, bo z poharataną paszczą nie miała już chęci jechać na wycieczkę, a ja podążę za dwójką Młodych do Leuven.

Tak też zrobiliśmy, ale o wycieczce będzie w osobnym wpisie...

Po wycieczce Młody był zmęczony okrutnie. Dla niego za dużo ludzi było wszędzie. To zmęczyło mu mózg. Wieczorem zjadł jeszcze kawałek swojego czekoladowego tortu również przez Starszą Siostrę zafundowanego. Odpakował też prezenty. Potem poszedł odpoczywać i ładować bateryjki.

I mnie ta wycieczka wyczerpała i padłam na pysk.







16 grudnia 2023

Czarne dziury z życia

 Znowu miałam dni całkowitego zwątpienia. Totalny zjazd w dół. To jest okropne uczucie! Najczarniejsze z czarnych myśli opętują cały umysł... ba, wrażenie mam że całe ciało jest spowite w bolesną ciężką ponurą bolesną czerń, niemoc, zniechęcenie i koszmarne zmęczenie... 

Nie chce się żyć... Dokładnie to ja żałuję wtedy (bardziej niż kiedykolwiek indziej), że żyję, że nie zakończyłam tego durnego życia, kiedy był na to jeszcze czas, czyli dawno dawno temu zanim postanowiłam zostać matką, no bo teraz czuję się w obowiązku, by żyć mimo wszystko, jakkolwiek by mi się to życie nie podobało... 

Nie wiem, skąd takie momenty czasem przychodzą... w sumie to już długi czas nie mieliśmy przyjemności... w czasie rakoprzygody nie pamiętam, by takie mocne czarne dni się pojawiały... Ale teraz się zdarzyło już drugi raz w bardzo krótkim czasie. Z tym że pierwszym razem nie było tak trudno, jak drugim. 

Po takim zjeździe dochodzi się do siebie przez dobrych kilka dni. Człowiek czuje się  bardzo, bardzo zmęczony, wyczerpany, słaby fizycznie i psychicznie, niezmiernie poddatny na emocje... każda, nawet zwykła rzecz, najmniejsza drobnostka może w mig przerodzić się w moje głowie w jakąś tragedię i wyprowadzić mnie całkowicie z równowagi psychicznej... 

Najprostrze nawet codzienne  zadania zdają się być tak trudne, że niemal niewykonalne. 

Wpadam w panikę.

 Mam wrażenie, że nad niczym nie panuję i niczemu nie sprostam.

 Prawie nic nie cieszy, niemal wszystko denerwuje.

 Brak chęci do życia i robienia czegokolwiek, a jeśli już coś się robi, przychodzi to z wielkim trudem. 

Każda godzina to walka z życiem i samym sobą, a to kosztuje sporo energii, jest męczące i wyczerpujące.

 Do tego nie chce się jeść, nic nie smakuje i trudno się przełyka, a niejedzenie z kolei znowu wpływa negatywnie na samopoczucie...

 I tak się kręci ponuro... Bardzo ciężko jest się wydostać z tej czarnej bolesnej spirali...

Myślę, że w normalnych okolicznościach ja to mam pod kontrolą, bo jestem silna, ale jak przyjdzie osłabienie fizycznem jak teraz (co łatwo rozpoznać choćby po tym, że na paszczy mi się opryszczka aktywuje) to nie mam sił, by trzymac w ryzach moją psychę... no i leżymy!

 Teraz okoliczności zdecydowanie nie są normalne ani dobre. Są chujowe. I nie specjalnie na lepsze się zanosi w najbliższym czasie. Z czego należy niestety wnioskować, że czarne dni będą znowu w stałym choć raczej nieprzewidywalnym repertuarze mojego życia codziennego. Nie lubię.

To był, jak nie trudno się zapewne po wstępie domyślić, kurewsko męczący tydzień. Nie znaczy to, że zabrakło w nim miłych akcentów, ale w ogólności mimo wszystko wpisuje się na czarną listę chujowości życia.

Mam trudności z przypomnieniem sobie, co robiłam w poszczególne dni, jakbym była kim innym i gdzie indziej albo w ogóle mnie nie było... Co też jest typowe dla czarnych dziur.



A co poza tym?

W niedzielę świętowaliśmy zaległe urodziny Młodej

Na złożone jej wtedy życzenia oświadczyła złośliwie, że urodziny miała kilka dni temu. Zgodziła się jednak co do tego, że jeszcze się nie przeterminowały i uśmiechała się chytrze pod nosem. 

Rano skoczyliśmy z Małżonkiem do sklepu i kupiliśmy paczuszkę malin i granat do tortu śmietanowego. Resztę składników mieliśmy w domu. Tort nie był jakiś powalający, ale dobry. Może dla Niej niekoniecznie, bo mleko i jego pochodne jej trochę szkodzą. Ale na poczekaniu nie było co wymyśleć.

Okazało się jednak, że nie mamy kurde ani jednej świeczki urodzinowej w domu. Kiedy sięgnęłam do szafy ze świeczkami i nie znalazłam w pudełku urodzinowych świeczek, przypomniało mi się, że po słynnej wymianie okien, po której dom wyglądał jak po wybuchu wulkanu, Matka wypieprzyła wszystkie świeczki, bo były brudne. Wtedy (i z tego samego powodu) wypieprzyła też zapas papieru do pakowania, w związku z czym teraz pakuje prezenty w resztki bibuły znalezione na dnie szafy... Muszę zamówić znowu kilka rolek papieru szarego, jak tylko jakiś zastrzyk gotówi się pojawi. I te cholerne świeczki. 

Młoda udawała obrażoną, gdy zobaczyła, że zrobiłam świeczkę urodzinową z theelicht(a). Oznajmiła uroczyście, że też mi tak licho prezent zapakuje i jedną gównianą świeczkę zapali na torcie, o! Ale pod nosem, widziałam, się uśmiechała. Kupiliśmy jej też nowy kwiatek. Powiedziałam, że ma na imię Marcel i że ma się nim dobrze opiekować, by nie umarł jak poprzedni. 



tort na łapu-capu 


W poniedziałek byli ci geniusze od okien, by wstawić ostatnie nowe drzwi w kuchni i ostatnie nowe okienko w sraczyku. Pieprzyli się z tym pół dnia a i tak musieli w czwartek ponownie przyjechać, bo jakieś tam listwy były do niczego... Niniejszym oswiadczam, że mamy teraz wszędzie nowe drzwi i okna. Z ruiny zamku to nie zrobiło, ale jest ciszej i cieplej w domu. No i trochę ładniej.



Tego samego dnia zauważyłam, że Chipi ma to samo, na co umarła Bożenka... czyli to jednak prawdopodobnie choroba Mareka (czy Marka). Zaraźliwe i śmiertelne skurwysyństwo, na które nie ma lekarstwa, a które powoduje jakiś tam rodzaj raka no i paraliż pewnych części ciała... Chipi zaczęła się wywracać. Nie wyjdzie już sama z kurnika, ani nie wejdzie. Wyjmujemy ją i zanosimy na rękach do wody i jedzenia, po czym odkładamy do kurnika... Jesteśmy ogromnie smutni i skurwysyńsko źli na pierdolony los. Jak otrzymam w grudniu jakiś zasiłek, to pojedziemy do weta, by ją uśpić. A potem będziemy czekać na te same objawy u Sunny i Heńka... 

Lady ciągle męczy się ze świerzbem (czy co to kurwa też jest?). Jesteśmy bezradni. Wetka powiedziała, że ona nic więcej nie może zrobić. Jak dostanę ten zasiłek, to ją też zabierzemy do innego weta razem z kurą... Może facet ma inne pomysły, jak pomóc Lady albo niech ją też uśpi czy co... Coraz bardziej mam tego wszystkiego dosyć. Czy nic nie może być u nas choć chwilę normalnie?! Tak po prostu. NORMALNIE ZWYCZAJNIE POSPOLICIE?

Młodemu założyli hyrax. Strasznie się stresowaliśmy, bo nie wiedziałam jak to żelastwo się niby ma rozkręcać codziennie. Młody jeszcze bardziej się stresował, bo się bał, że coś się stanie. Oglądnęłam wiele filmików na YT zanim zajarzyłam, o co kaman i jak to działa. Nie powiem jednak, by mi to dobrze szło, a tu 2 razy dziennie trzeba śrubeczkę przekręcać. Ech.

Pierwszego dnia nie umiał też z tym pieroństwem jeść i mało nie płakał, bo był bardzo głodny... On często całe dnie praktycznie nie je, a dopiero wieczorem idzie do budki po frytki i jakieś pseudomięso (no chyba, że jest w domu coś, co akurat je, ale te potrawy na palcach jednej ręki zliczysz). No a tu mu aparat założyli i nie dawał rady niczego zeżreć. Na drugi dzień już lepiej szło a teraz już umie jeść. Tylko śliny mu się dużo produkuje i go denerwuje. Nie może też wymawiać "i" a z innymi głoskami również ma trudności. Mamy jednak nadzieję, że to ustrojstwo chociaż zrobi, co ma zrobić, czyli poszerzy mu szczękę, by wszystkie zęby się mu mieściły i nie trzeba było żadnego wyrywać.

W tym tygodniu odkrył, że pizza serowa ze śmietanowym sosem jest jadalna. Jadł 3 dni pod rząd tę jedną, którą ja sobie zamówiłam i nie zjadłam ani połowy. Odgrzewał w mikrofalówce po kawałku rano i wieczorem. Żadna inna pizza wcześniej nie przypadła do gustu jego autystycznemu mózgowi. Dobre i jedna potrawa więcej. Tyle tylko, że ostatnio z listy odpadły kotlety mielone i pierogi ruskie. Dlaczego? Bo tak! Bo tak działa jego mózg. Nagle jednego dnia włącza blokadę na kolejną potrawę i koniec kropka skończona szopka. Młody próbuje, bierze do ust i stwierdza, że nie smaczne. Potem próbuje ponownie i jeszcze raz. Na początku jeszcze trochę pożuje, pomieli, parę kęsów zje, obliże, ale z czasem dana potrawa przestaje być jadalna całkowicie i nawet najlepsze chęci nie sprawią, że się tym czymś naje, bo zwyczajnie nie chce mu to przechodzić przez gardło. Chodzi zły i głodny. Zagląda do wszystkich szaf, do lodówki, myśli, kombinuje, próbuje różnych rzeczy i nie da rady ich zjeść. Nie raz mało nie płacze, bo jest głodny, a nic mu przez gardło nie chce przejść. Ja myślę, że to jest takie uczucie, jakie większość ludzi ma przy chorobie, że niby człek głodny a na nic ni ema smaku i nic w sumie nie smakuje... Z tym, że przez tydzień to można się bez porządnego jedzenie obejść. Gdy jednak zmagasz się z takim problemem całe długie lata to już inksza inkszość...

W tym tygodniu pisał egzaminy. Francuski, niderlandzki, geografię, biologię i angielski... Każdego dnia wracał zadowolony z siebie i mówił, że chyba dobrze mu poszło. Zobaczymy, jak podadzą wyniki. Byle tylko zaliczył wszystkie przednioty. Wysokość punktów mnie specjalnie nie interesuje. Choć wiadomo, że im wyższe, tym bardziej się człowiek cieszy. W przyszłym tygodniu ma jeszcze matmę do napisania.

Egzaminy odbywają się od 9 do 11 godziny. Uczniowie przynoszą do szkoły tylko laptop i słuchawki, potrzebne do danego egzaminu przybory we worku lub przezroczystym piórniku i bidon z wodą. Na geografię jeszcze atlas był konieczny. Młody ponadto zabierał jeszcze swoje okulary i słuchawki wygłuszające. To ostatnie znacznie ułatwia życie osobom nadwrażliwym na bodźce. 

Teraz nauczyciele będą sprawdzać testy i się naradzać, a młodzież ma kilka dni wolnego. Pod koniec tygodnia odbędą indywidualne rozmowy ucznia z wychowawcą a następnie rodziców z wychowawcą. Ja już wybrałam (tak samo jak inni rodzice) przez internet swoje 15 minut na piątkową wywiadówkę. Szanuję możliwość wyboru dokładnego czasu rozmowy z nauczycielem. Dzięki temu wszystko przebiega w miarę sprawnie, o ile oczywiście jakiś rodzic się nie spóźni ani nie przeciąga rozmowy w nieskończoność, a oszołomów nie brakuje nigdzie. Gdy ktoś ma większe sprawy do omówienia z wychowawcą, czy innym nauczycielem bez problemu może się umówić w dowolnym momencie roku szkolengo na rozmowę.

Mnie udało się zakończyć projekt rodzinna fotoksiążka. Dzieciom bardzo się podobały i książka, i zajęcia, które im zaproponowałam. Jedna dziewczynka całowała zdjęcie swojego małego braciszka i zdaje mi się, że utrafiłam z dwoma domami... Narysowałam na dużych kartkach domy. Po jednym lub po dwa. Jednej dziewczynce dałam ten z dwoma domami, pozostałym z jednym. Ich zadaniem było wybrać z przygotowanych przeze mnie obrazków, postaci przypominające członków ich rodzin i poprzyklejać ich w domach, a potem pokolorować obrazki. Dziewczynka uradowana tłumaczyła kolegom, że ona ma dwa domy: jeden u prawdziwego taty, a drugi u swojej mamy i taty jej braciszka i z entuzjazmem zabrała się za klejenie ludzików w odpowiednich miejscach a potem jeszcze raz na obrazkach wytłumaczyła kolegom całą sytuację. Na co jeden z kolegów pokiwał głową ze zrozumieniem i oznajmił, że on ma jeden dom, w ktorym mieszka, i z mamą, i z tatą, i z braciszkiem. Chwalili się ponadto, kto ma koty, kto psy, a kto kury i jak to wszystko ma na imię. Opowiadali o braciach i siostrach i o swoich rodzicach. Bardzo miłe to były zajęcia. Jednak z koleżanek skomplementowała mój pomysł, co jednak nie przeszkodziło jej w zabraniu dziecku niedokończonej pracy z domami i położeniu na stole swojego obrazka z bałwanem, który dzieci "musiały" natychmiast jak najszybciej też pokolorować (nie ważne czy ladnie, z pomysłem, byle szybko), by mogła je powiesić na ścianie, co ma poświadczyć, że coś z dziećmi było robione. 



zajęcia dla dzieci


Obrazki z domami nie mogły być powieszone, bo 'nie były w temacie zimy ani świąt'. Nie można też było zrobić proponowanej przeze mnie "magicznej" zabawy z obrazkami i wodą w temacie  świąt, bo "tego się nie da pokazać" (w domyśle pokazać szefowej, bo nikt inny na teren świetlicy przeciez nie wchodzi). Tak oto w tym tygodniu się nauczyłam nowej rzeczy, że w świetlicy nie organizuje się zajęć ciekawych i fajnych dla dzieci, tylko takie, które bedzie mogła zobaczyć szefowa. 

No ale dobra. Jeden projekt zrobiony. Pozostało dwa. W tym tygodniu zgłosiła się też do mnie jedna wolonrariuszka z biblioteki i nawet przyszła do świetlicy omówić sprawę. Mam zdecydować, czy wolimy by przyszła czytać w ferie czy tydzien po feriach. Kminię nad tym, ale chyba wolę PO, gdy stali bywalcy świetlcy są a nie dzieci które tylko na ferie przychodzą.... A może da się i w trakcie i po....? Zapytam szefowej jeszcze na spokojnie.

Oficjalnie na ten rok kalendarzowy mój staż jest zakończony. Następnym razem juz na feriach pójdę po Nowym Roku. I to będzie dla mnie wielki test, bo mam ciągnąć 4 całe dni. Jestem ciekawa i mam cykora, ż czy dam rady. Przy tym w pierwszy piątek ma się odbyć to spotkanie noworoczne dla rodziców... 

Młody zalaminował dziś swoje rysunki z FNAFa. Całkie fajnie mu idzie nawet to rysownie po kwadracikach. Kopiuje te obrazki z sieci, ale nie umiejsza to bynajmniej zabawy z rysowania i tworzenia własnoręcznie ładnych rzeczy.

Młody laminuje swoje prace

rysunki pixelowe Młodego


Ja dokończyłam ubranka dla lalek i zabrałam je do świetlicy w pudełku. Postawiłam to pudełko na szafce w części lalkowej i obserwowałam. Dzieci po przyjściu ze szkoły i zjedzeniu ciastek rozszeły się po sali.  Jedna dziewczynka zauważyła pudełko i podeszła do niego, po czym rozejrzawszy się po sali, zajrzała do środka ostrożnie. Zamknęła wieczko i poszła do innych dziewczyn. Chwilę poźniej przyszły w kilka i zabrały się za ubieranie lalek. Bawią się codziennie. Jak się będę przez ferie nudzić, być może jeszcze więcej ciuszków uszyję. 




sukienka uszyta przez Najstarszą



W niedzielę mamy klasową wycieczkę do muzeum pociągów w Brukseli. Chodzi o klasę niderlandzkiego online. Pomysł zacny, bo spotkanie w realu choć raz z ludźmi, których na co dzień widuje się tylko na ekranie to zawsze superowa sprawa. A jednak nie chce mi się iść, bo dostanie się do tej cholernej Brukseli w niedzielę to droga przez mękę. Do muzeum mam raptem 20 kilometrów i w sumie to skuterem mogłabym pojechać, ale sama tam o tej porze roku raczej nie pojadę. Nie znam drogi, więc musiałabym używać nawigacji w telefonie, a że ja nie zawsze rozumiem, co głos ma na myśli mówiąc "za 200 metrów skręć w lewo", bo nie zawsze wiem, w które lewo. Więc często słyszę potem "zawróc, jeśli to możliwe" albo "wyznaczam nową trasę". Wtedy muszę się gdzieś zatrzymać, zdjąć rękawiczki, kask, okulary, wyjąć telefon z kieszeni, zobaczyć, gdzie jestem i gdzie powinnam być oraz ocenić logikę maszyny i porównać ją z rzeczywistymi możliwościami, a potem podjąć kolejne kroki i schować telefon, założyć okulary, kask i rękawiczki.... Po to by za 2 minuty znowu usłyszeć "zawróć jeśli to możliwe" i zacząć procedurę od nowa. A Bruksela to nie wieś, gdzie się można w każdym dowolnym miejscu zatrzymywać i nawracać skuterem, i gdzie zwykle jest tylko jedno lewo i jedno prawo do wyboru. A do tego żadna darmowa nawigacja nie ma opcji motorower, a urządzenie ma głupi zwyczaj prowadzenia samochodów przez autostrady, zaś rowerów przez polne ścieżki dla gęsi. Jedno i drugie jest niedostępne dla skutera. Aplikacja od Apple nawet nie ma opcji rower, a mój ulubiony Navigator często ma jakiś problemem z głosem, no i milczy, a ja tylko głosu mogę używać, bo nie mam mocowadła do telefonu na skuterze. Na takie nowe skomplikowane trasy zabieram Młodą, która jest świetnym nawigatorem. W tym wypadku jednak odpada. No i chyba dla mnie za duży stres mimo wszystko, jak na niedzielną wycieczkę dla relaksu. 

Autobusy do Brukseli w weekendy od nas odjeżdżają co 2 godziny, przy czym się okazuje, że ten który by mi najbardziej pasował (czyli tylko półtorej godziny bym czekała) akurat tego dnia nie jedzie, bo cośtamcośtam. Pociągiem jedzie się z przesiadką coś z godzinę i trzeba się czymś dostać na dworzec do innej gminy. A tu eko-pojeby pieprzą o tym jak to świetnie jest przemieszczać się pociągami i autobusami. Taaa. Szczególnie kurde w niedzielę! Nie dość że autobus pokonuje 20 kilometrową odległość w  godzinę, to jeszcze przyjeżdża na wieś w odstępach dwugodzinnych. Przy czym czðęsto ma co najmniej 10 minut opóźnienia, a bywa że i godzinę. Nie wiem zatem jeszcze, czy pojadę... Być może jutro wyślę wiadomość do nauczycielki, że nie jadę...




14 grudnia 2023

10 lat blogowania. Chwila samouwielbienia ;-)

Wiecie, że w tym roku mija 10 lat, odkąd zaczęłam wystukiwać tego bloga?

Co jakiś czas przychodzi taki moment, że chce się napisać na blogu o swoim blogowaniu. Nic taki tekst w ludzkie życie co prawda nie wnosi, ale blogerowi z jakiegoś powodu do szczęścia bywa potrzebne. 

Pisałam już o tym, jak zostałam prawdziwym blogerem ;-) i czym jest mój blog (kliknij by przejść do wpisu) 

Pora napisać, czym ten blog nie jest, bo ludzie miewają niekiedy błędne pojęcia na temat blogów. W ogóle na temat internetu, ale skupmy się na blogu. Tym jednym konkretnym. Moim. 

Podkreślę po raz nie wiem który, że to miejsce jest od początku, czyli od 10 lat, ciągle tylko i wyłącznie prywatnym blogiem, czyli zwykłym pamiętnikiem. 

Prowadzi go jedna osoba - baba, aktualnie po czterdziestce, urodzona na podkarpackim zadupiu, gdzie psy dupami szczekają, czyli po prostu baba ze wsi, która kilka lat temu postawiła wszystko na jedną kartę i przyjechała do Belgii razem z małżonkiem i trójką dzieci, by zacząć wszystko od nowa, od zera ucząc się na błędach i która mieszka na belgijskim zadupiu pod Brukselą.

Dodatkiem do tego bloga jest profil na Instagramie: @belgia_nasz_dom


oraz połączona z instagramem strona na fb https://www.facebook.com/belgianasznowydom/


To kim nie jestem, jest ważne.

Nie jestem bogata, znana ani wpływowa.

Nie jestem wykształcona - choć w miarę inteligentna i dosyć oczytana.

Nie jestem wierząca i nie lubię żadnych religijnych organizacji ani ideologii.

Nie jestem patriotką, nie bywam w Polsce i nie bardzo mnie los tego kraju obchodzi.

Nie jestem też Belgijką, choć los Belgii bardziej mnie obchodzi, bo tu mieszkam.

Nie jestem zbyt poważna ani zbyt odpowiedzialna.

Nie jestem nawet normalna - nie wpasowuję się w wiele popularnych norm biologicznych i społecznych, a wiele pozostałych mam w dupie. 

Nikogo ani niczego poza sobą samą (i resztą z Piątki) na tym blogu nie reprezentuję.

Nikt mi za pisanie nie płaci. Ani ja nikomu nie płacę.

Nikt mnie nie zmusza do pisania czegokolwiek. Wszystko, co tu się pojawia, jest wynikiem moich fanaberii.

Nikt nie ma wpływu na to, co piszę, choć wielu mnie inspiruje.

Nikt mi nie pomaga w prowadzeniu tego bloga, ale dziesiątki mnie wspierają i kibicują.

Nie mam aspiracji, by zadowalać czymkolwiek kogokolwiek poza sobą samą i kilkoma bliskimi.

I doprawdy nie wiem, skąd czasem ludziom biorą się pomysły, że jest inaczej. Może niektórzy ludzie nie rozumieją, czym jest blog osobisty, może nie potrafią odróżnić oficjalnych stron urzędów państwowych czy innej tam administracji od zwykłego pamiętnika? 

U mnie, czy wielu innych blogerów można znaleść tylko i wyłącznie prywatne, subiektywne opinie na najróżniejsze życiowe tematy, ewentualnie „porady dobrej cioci”, do których należy podchodzić z dystansem uwzględniając mój wiek, pochodzenie, poziom wykształcenia,  dosyć specyficzne poczucie humoru  i zamiłowanie do sarkazmu czy innych takich. 

Tymczasem ludzie wysyłają do mnie niekiedy w komentarzach lub wiadomościach pytania na temat kredytów, budownictwa, podatków, własnej działalności, prośby o pomoc w znalezieniu pracy, noclegu itp, a niektórzy to jeszcze pretensje mieli, że za mało jest na taki czy taki temat informacji albo że są one niedokładne czy też nieaktualne. Krzyczeli, że bzdury piszę, bo oni inne doświadczenia mają. Biadolili, że blog bezwartościowy, bo nie znaleźli tego, czego szukali i że niczego się nie nauczyli z tego bloga. Jeszcze inni miauczą, że nie piszę obiektywnie albo że za mało empatycznie, kolejnym przeszkadzają wulgaryzmy a nastepnym ilość zdjęć czy długość tekstu... 

Czasem mi się wydaje, że każdy by chciał, bym prowadziła bloga uniwersalnego zrozumiałego i akceptowalnego przez wszystkich, a najlepiej to w ogóle było by pisać pod każdego czytelnika osobno, biorąc pod uwagę poziom czytelniczy poszczególnych ludzi, ich zainteresowania, wierzenia, poczucie humoru, intelignecję, poglądy polityczne...

Nawet jakbym bardzo chciała, to i tak wszystkich bym nie zadowoliła, bo jeszcze się taki nie narodził...




Co to znaczy, że blog jest pamiętnikiem?

 To znaczy, że to

MÓJ OSOBISTY PAMIĘTNIK

Piszę w nim, kiedy mam na to ochotę

opowiadając, co mam w danej chwili do opowiedzenia

kierując się WŁASNYM doświadczeniem,  

zgodnie ze SWOIMI przekonaniami i poglądami

pod wpływem różnych MOICH emocji i MOICH wrażeń

używając WŁASNEGO oryginalnego języka i WŁASNEJ fantazji

okraszając teksty WŁASNYMI ZDJĘCIAMI albo przez siebie wybranymi


Znaczy to też, że nie wszystkim będzie się podobać, co i jak piszę. 

Nie wszyscy zrozumieją.

Nie wszyscy znajdą tu to, czego szukali.

Nie wszyscy mnie polubią.

Nie wszystkich ja polubię.

Nie wszyscy bedą podzielać moje poglądy.

I ja z wszystkimi zgadzać się nie będę 

ani do kogokolwiek dostosowywać.


Jak chcecie czytać blog idealny dla was i spełniający wszystkie wasze zachcianki i fanaberie, to se go sami napiszcie!

Czego oczekuję od czytelniów tego bloga? 

NICZEGO!

Nikt nie musi tego bloga czytać.

Nikt nie musi komentować.

Nikt nie musi obserwować moich profili w socjalmediach ani dawać serduszek na Insta czy lajków na Fejsie.

Każdy może.

Miło mi jest, jak widzę, że ktoś tu przychodzi, jak ktoś coś napisze, jak polubi moje zdjęcie czy odpowie na historię na instagramie, ale ja spokojnie mogę się i bez tego obchodzić, bo ja jestem normalna inaczej. 

Nie mam fioletowego pojęcia, ilu mam  czytelników. 

Statystyki mówią, że blog jest wyświetlany kilka tysięcy razy na miesiąc, ale to mi nic nie mówi przeciez o faktycznych czytelnikach. Jedynym wiarygodnym źródłem wiedzy na temat czytelników są ich bezpośrednie reakcje docierające do mnie w postaci komentarzy, czy wiadomości. Komentarze te z kolei czasem odsyłają mnie do stron prowadzonych przez tych czytelników, a wtedy mogę ich poznać lepiej. Z wymiany mejli czasem dowiaduję się jeszcze więcej. Od czasu do czasu nawet się zdarza spotkać się z niektórymi  ludźmi w cztery oczy. 

Dość rzec, że 

blog jest od 10 lat systematycznie czytany zawsze przez co najmniej kilka osób.

Najwierniejszym czytelnikiem jest oczywiśnie mój Małżonek. Wiem, że i mój Ojciec czyta przynajmniej niektóre wpisy (pozdrawiamy Jaśka). Kilku dawnych znajomych z poprzedniego życia też tu pewnie wciąż od czasu do czasu zagląda (Znajomi z Kozłówka, Wiśniowej, Strzyżowa, Frysztaka, i reszty świata, czujcie się niniejszym pozdrowieni)

Sąsiedzi zza blogowej miedzy (określenie zapożyczone bez pytania od xpila)

Systematycznie wpadają do mnie inni blogujący. Nie jakoś masowo, bo ja sama niezbyt wiele i niezbyt często innych odwiedzam. Nie mam na to czasu.
Przez 10 lat jednak sporo blogerów przez tę stronę przepłynęło. Wielu z nich już dziś nic nie publikuje. Zniknęli z blogowej grzędy. Pojawili się na ich miejsce kolejni. Niektórzy też już nie piszą. 

Na dole bloga znajdziecie listę blogów, na które ja sama czasem zaglądam. Niektórzy z tej listy też i do mnie czasem wpadają, paru nawet mnie u siebie poleca, co też jest bardzo miłe z ich strony.

Tutaj pozwolę sobie złożyć podziękiowania następującym blogerom:

Ignormatyk za dzielenie się śmiesznymi obrazkami i ciekawostkami z Irlandii...

Ewa - za osobiste opowieści

Kalina za pisanie w 3 osobie i soczyste małe kawałki tesktu

Jotka  za życiowe pozytywne teksty

Igorodzina za pokazywania Holandii z różnych perspektyw

Maria - za dużo zdjęć i ciekawe teksty

Alis za obrazki na Instagramie

Hubedi za podobne podejście do blogowania i życiowe opowieści

Taita - za magiczne opowieści i obrazki z Irlandii

Lustro - za inne spojrzenie na ten sam świat

Anna za ciekawe reflekcje na temat życia

Artur za psychologię dla zaawansowanych

... oraz wszystkim innym, których nie wymieniłam.


Teksty blogowe w druku.

Ludzie non stop namawiają mnie do napisania książki. Jednym z nich jest mój Małżonek. I ja kiedyś się wezmę… Jak będę mieć czas. Póki co niektóre teksty pojawiły się w druku dzięki „Flandrii Po Polsku”, co wielce mnie satysfakcjonuje. 

https://antwerpia.be/

Lubię mojego bloga. Lubię pisać. Lubię bawić się słowami. Pisanie samo w sobie jest wielce relaksującym zajęciem i sprawia mi wiele radości. Opowiadanie o sobie i o moich problelach pozwala mi spojrzeć na wszystko z innej perspektywy i spokojnie się nad wszystkim zastanowić oraz lepiej siebie zrozumieć. Pisanie to dla mnie autoterapia i wietrzenie głowy. 

Spisywanie przemyśleń na różne dziwne tematy pozwalmi się powymądrzać i daje mi poczucie, że mam coś w moim mniemamu mądrego i ważnego do powiedzenia.

Opowiadanie jak co w Belgii wygląda czy działa dawało mi satysfakcję z bycia przydatnym i pomocnym. 

Przez 10 lat testowałam różne pomysły na tym blogu, zmieniałam, poprawiałam, cudowałam aż dotarłam do takiego momentu, w którym stwierdziłam że jest dobrze tak jak jest i tego się trzymam. 

Czuję się na swoim blogu swobodnie i bardzo u siebie. Gdy mi się ktoś nie podoba, za dużo marudzi lub zadaje irytujące mnie pytania, wskazuję mu bez wahania drzwi. Bo tutaj rządzę ja. Tutaj obowiązują moje zasady i regulaminy. Nie jest to blog dla każdego. Nie każdy będzie się u mnie dobrze czuł  i nie każdy jest tu mile widziany. To jest miejsce, w którym ja miło chcę spędzać czas, w którym ja czuję się dobrze, swobodnie i bezpiecznie. Lubię gościć innych u siebie, ale tylko pod warunkiem, że ci inni na podobnych falach nadają i w podobnym kierunku zmierzają ich myśli i przekonania. O dziwo (tak, niezmiernie się tym dziwuję) okazuje się, że normalnych inaczej jest na tym świecie o wiele więcej, niż się spodziewałam. I oni tu z wszystkich świata stron trafiają... Są też tacy całkiem normalnie normalni, ale umiejący inaczej na świat patrzeć i potrafiący normalnych inaczej choć częściowo zrozumieć... 

Pozdrawiam Was Wszystkich.


Na koniec różne fajne i miłe komentarze mniej lub bardziej przypadkowych czytelników i obserwatorów:






















18 lutego 2023

Ponarzekam na chłopa, a co!

 Z moim Starym użeram się już jakieś 13 lat, a że w lutym  przypada kolejna rocznica jego przyjścia na świat, pozwolę sobie z tej okazji na osobiste wycieczki w jego stronę….

Dziś pragnę na niego pobiadolić ździebko, niech się dowie i pod rozwagę weźmie, boć to życia człowiek nie ma z takim chłopem. 

Całe dnie toto uczciwie pracuje. I 9 godzin mu się czasem zdarzało w robocie siedzieć, a jeszcze do tego i w soboty niekiedy potrafi do pracy się fatygować, bo wtedy - jak się tłumaczy - więcej zarobić można krócej pracując. Że niby taki mądry jest i sprytny…

W niedziele, zamiast sobie odpocząć, ten ci do garów się pcha i gotować chce. Szuka ci to po jutubach jakichś nowych przepisów i testuje, i kuchci, i pichci, i doprawia... A takie to wszystko dobre uwarzy, że żywcem nie idzie mu odmówić, tylko człowiek się rzuca na te delikatesy, jakby żarcia z tydzień nie widział i się jak wieprz tym obżera. To wszystko jego wina, bo jakby nie gotował, bym nie żarła przecie! 

Gdy normalne chłopy wieczorami z piwem zasiadają przed telewizorem, ten wory śmieci na podwórko taszczy i ku gościńcowi wynosi ładniutko posegregowane. A po drodze jeszcze miotełkę chwyciwszy, ścieżkę podmiecie i kury do kurnika zapędzi. W domu nie usiedzi, ino a to do pralki zaziera i łachy rozwiesza, a to z odkurzaczem tańcuje, a to jakąś szafkę naprawia, a to kran znowu... Skaranie boskie. Kto normalny by tyle rzeczy robił! Widzieliście kiedy?! 

Nigdy ci to o karmieniu świnek nie zapomina. Nawet po ciemku na macanego za trawą po łąkach się szwenda, by rano stworzenia ino świt karmić. I jeszcze czule je poczochra i sianka, i karmy podosypuje, i wody w poidłach dopełni. A potem jeszcze dawaj kurom ziarna dosypać i jajka pozbierać, i do koguta pogadać. Ten kogut to w sumie nawet do niego podobny… Też tylko cały dzień by przy czymś grzebał i o kury się troszczył… 

Mój Stary też i ze  szkutem naszym  się pobawi, jakby frajdę sam miał z tego, że piłkę pokopie, że film wspólnie obejrzy, że muzyki Majkela posłucha i wszystkiem, co sam o muzyce wie, z Synem się podzieli i wytłumaczy i zachęci, i płytę podsunie do posłuchania. Niesłychane! 

A jak testy i sprawdziany gówniakowi podpisuje, jaki dumny ci z tego, jaki zadowolony. I jeszcze chwali się tym potomkiem i z dumą światu opowiada o jego wyczynach i osiągnięciach. A jak ten smrol maleńki jeszcze był, co to się nad nim Stary nie napochylał, nienacałował. A jak ci po osiedlu z tym wózkiem się dumnie prowadzał i wszem i wobec ogłaszał swoje szczęście. No widział to kto, by normalny chłop się tak zachowywał? Miast na mecz pójść, czy do knajpy, jak normalne chłopy, ten ci się do wózka pchał, pieluchy zmieniał, butelki podgrzewał… 

A dorosłym naszym pannom jak to dogadza, a to herbatkę zaniesie do pokoju, a to do fryzjera podwiezie, a to jakich mecyji nakupi. A jak te małe były, ileż to razy, zamiast spać spokojnie, ten przy łóżku chorych czuwał, po łepetynie głaskał, napoje do ust przystawiał, a nawet pościel 3 razy w jedną noc zmieniał i rzygi z podłogi ścierał. Taki to dziwak. 

A w ogóle niecnota sam zawdy za sprawunkami chodzi, choć nikt mu nie nakazuje ani nie prosi. Kumacie? Tak całkiem z własnej i nie przymuszonej woli po sklepach się ugania. Widział to kto, by chłop takimi głupotami sobie kiedy głowę zaprzątał, miast spokojnie do chałupy wrócić i babę do sklepu pogonić?

Wiecznie trunków rozweselających odmawia. I jeszcze się śmie chwalić, że już ponad 20 roków kropli ognistej wody ani innych rzeczy, które mocne są,  do ust nie wziął. Widział to kto? 

A o babę swą jak to zabiega, jak dogadza, jak się troszczy, rozpieszcza… jak we wszystkiem jej ustępuje, jak słucha z uwagą, jak pomaga, jak wspiera, usługuje, kawę pod nos donosi, herbatki parzy, kocyk poprawia, smakołyki rychtuje… W chorobie jak wspomagał, jak na nią chuchał i dmuchał, zamiast do roboty zagonić i w dupę kopnąć, jakby się należało, bo też nie ma co robić, zaraza jedna, tylko chorą udawać… 

Normalny to już dawno by to wszystko rzucił i poszedł w diabły…a ten trwa i nawet silniejszym, twardszym, cierpliwszym, odporniejszym z każdym rokiem się zdaje…  Dziwne to…

Na stare lata jeszcze spokoju się nauczył. Drzewiej to czasem przynajmniej jakimś sprzętem  cisnął o ścianę w drobny mak albo szafie czy pralce kopa zasadził, a teraz co najwyżej jakąś kurwą rzuci. Nauczył się skubany jakimś cudem kierować swoimi emocjami i o wszystkim z babą i dzieciakami rozmawiać.

O to to… to też jest przecie dziwne! On ze wszystkim leci do swojej połowicy i o wszystkim jej opowiada i to tak z głębi serca wyśpiewa wszyściutko, co mu na wątrobie leży i jeszcze nawet o radę tę zołzę potrafi poprosić, a nawet tę radę do serca wziąć. A jak mu przez usta nie przejdzie, co by powiedzieć chciał, to potrafi list kilometrowy napisać, w którym wszystko zmyślnie w słowa kunsztownie ubierze i mejlem do swojej starej wyśle. Niczego przed nią nie zataja, czego przecie nie można za zwyczajne uznać chyba… 

A te jego dziwne jak na chłopa zainteresowania! Trochę wstyd o tym pisać w dzisiejszych czasach, ale  on czyta książki! I to jakie! Nie że tam jakieś proste kryminały, co jeszcze by człek zrozumiał, ale takie mądre o świecie i o życiu. No panie! Do tego ma fioła na punkcie muzyki i filmu. Na codzień niby zwyczajny robol z niego, a tu w czasie wolnym wychodzi szydło z worka. Gdybyście dopadli jego tablet, byście zobaczyli, jakie zbereźności on czyta… Te wszystkie informacje na temat muzyki, filmu, reżyserów, aktorów… Czyta i zapamiętuje. No wariat. Doszukuje, doczytuje, poszukuje, przeszukuje, odsłuchuje, kupuje, przesłuchuje… On tą muzyką żyje i jeszcze Młodego w to wciąga, jakby nie mógł po porostu zwyczajnie mu pozwolić żyć w beztroskiej niewiedzy… Młody ma w nim przyjaciela i kopalnię wiedzy, no bo - powiedzmy sobie szczerze - co jak co, ale zainteresowania muzyczne to co dwaj mają bardzo kompatybilne. Udał się synuś tatusiowi. Żeby było śmieszniej, Stary daje się naiwnie co wieczór Młodemu na spacer wyciągać! Wiecie, że oni łażą dobrowolnie na butach po 4 km dziennie?! Czy ktoś to uważa za normalne w dobie komputerów, telewizji i konsoli?! Chodzą czuby nawet w deszcz, mróz, wichurę. I jeszcze jak Ojciec przykładnie kamizelkę odblaskową na się wciska i Syna do tego samego przekonuje cierpliwie tłumacząc, jakie to ważne… No i oni tak codziennie chodzą w tych oczobolnych kamizelach i całą drogę paszczami kłapią, bo prowadzą - jak to mówią - męskie rozmowy… Nie pojmiesz tego!

Żyj tu z takim! Chodzę po tych instagramach, fejsbukach, jutubach, a wszędy baby na jedną nutę pieją, że wszystkie chłopy to niecnoty, lenie, głupole, ochlaptusy, tępaki, że żodyn za sobą gaci ni skarpet z podłogi nie sprzątnie, że ino przed telewizorami siedzo i czekajo, by im pod nos żarcie podstawiać, że nie ani gotować, ani prać nie umiejo. Ba, kanapki do roboty trza im robić, herbaty naparzyć… Powiadajo, że chłopy nie wiedzo, w który klasie ich dzieci siedzo i ile wiosen im stuknęło, nigdy urodzinach niczyich nie pamiętajo, no nic nigdy nie robio…

I ja to czytam, oczy ze zdziwienia przecierając i myśląc, że ten mój chłop to on jakiś popsowany i dziwny. Żodyn normalny się tak jak on, przeco nie zachowuje. Tak by przynajmniej z internetów wynikało, a ja przecie internetom wierzę…

Za tę jego dziwaczność i do nas normalnych inaczej się dopasowanie na urodziny wyrychtowalim dlań dziwaczny kwieciście wiosenny tort wedle starej babcinej receptury upieczony (kwiecisty, bo jeno takie ozdoby w szafce były). 





28 maja 2022

Znowu jestem o rok starsza - ciut mądrzejsza, bezczelniejsza i zuchwalsza…

 Zapierdala ten czas jak głupi, a moje dni wyładowane są po brzegi…

Co oczywiście ma wiele pozytywnych stron, bo człowiek nie ma czasu na zbędne myślenie o życiu. Gdybym tak nie miała ciągle setek rzeczy do zrobienia w siedmiu miejscach jednocześnie, gdybym nie miała 10 zwierząt, 3 dzieci, jednego męża i całego domu non stop na uwadze, to całą uwagę musiałabym poświęcić sobie, co w aktualnych okolicznościach rakowych było by bardzo ale to bardzo niezdrowe.

Dobrze jest mieć dużo do zrobienia. Lubię życie na pełnej petardzie, tyle że coraz częściej mam wrażenie, że mózg mi się przegrzewa od tego, bo zapominam non stop o wielu rzeczach, mimo że mój stół zawalony jest dziesiątkami zapisków-przypominajek a i w telefonie i tablecie ich nie brakuje. Do tego mam oczywiście zapisany cały kalendarz w kuchni. Przypomnę, że nie jestem żadną bizneswoman, ani celebrytą a tylko zwykłą sprzątaczką, która do tego od pół roku jest na zwolnieniu lekarskim. No i jak to, kurza dupa jest, że brakuje mi ciągle ze 30 godzin dziennie czasu, by zrobić to wszystko, co bym chciała?! Nie mam wszak bynajmniej w tych chceniach żadnych dalekich podróży, szalonych wypraw, imprez, konferencji naukowych, czy jakichkolwiek spotkań z ludźmi, a tylko zwykłe przyziemne rzeczy do zrobienia w dużej mierze w swoim własnym domu lub jego okolicy. Ot, wszystkie moje domowe obowiązki, zainteresowania i hobby. Od groma tego i ciut ciut.

Ciągle wybieram np pomiędzy czytaniem książek i pisaniem bloga, bo i tego i tego mam całą górę w planach, i to, i to kocham. Ale poza tym myślę, by dopracowywać mój niderlandzki, powtarzać mój rosyjski, marzę uparcie o nauce francuskiego. Obowiązki domowe sporo czasu pochłaniają, wiadomo, a człowiek by chciał i to i tamto, i jeszcze siamto obskoczyć.

Gbybym miała nadmiar czasu, chciałabym np się nauczyć grać na skrzypcach, zrobić kurs spadochroniarski, pojechać do Maroka i Hiszpanii, mam też ciągle rosnącą listę miejsc do zobaczenia w Belgii - muzea, cmentarze, ruiny, urbexy… oraz kilkadziesiąt innych małych marzeń do spełnienia. A tu mija tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, a nie ma kiedy tego wszystkiego zaliczyć.

Niestety nie można mieć wszystkiego. 

Chemia w czwartek to dobry moment, bo wtedy zwykle w dni robocze czuję się w miarę na siłach, by ogarniać życie. No ale weekend zwykle zrypany. Trochę to irytuje… Robię tyle, ile daję rady i mam z tego sporo frajdy, ale czasem czuję niedosyt i mierzi mnie ten szybki, nieubłagalny upływ czasu oraz moja bezsilność wobec mojego ciała zaczadzonego trutką na raka.

Z moich dokumentów wynika, że za kilka dni kończę 45 lat. Jednak to chyba jakieś totalne nieporozumienie i kompletna pomyłka. No sorry wybaczcie ludzie, ale taka stara to ja na pewno nie jestem 🙄.

Ludzie, którym 5 lat brakuje do półwiecza chyba powinni się czuć, jakby im brakowało tylko 5 lat do półwiecza c’nie? Powinni być poważniejsi, odpowiedzialniejsi, mieć jakąś poważną robotę, ubierać się jak na ludzi po 40 przystało, odżywiać się zdrowo, wyrażać się mądrze, podejmować mądre decyzje, być mądrym, czuć się dobrze i pewnie wśród ludzi w podobnym wieku…

Tymczasem ja:

nie przepadam za poważnymi ludźmi

kocham oczobolne koszulki z głupimi obrazkami

noszę bandanę w trupie czachy i czapkę z ćwiekami

uwielbiam się huśtać na huśtawce w parku i zajebiście się bawię w parku rozrywki

używam wulgaryzmów z premedytacją i przyjemnością

nie wiem, ile zarabiam ani co oznaczają te wszystkie liczby na odcinku z wypłaty i gówno mnie to obchodzi

nie umiem oszczędzać ani nie czuję najmniejszej potrzeby, by to robić (nie wyobrażam sobie umierać z myślą, że zostawiam jakieś niewydane pieniądze)

lubię wydawać pieniądze spontanicznie po każdej wypłacie do zera i dobrze się z tym czuję

kocham pchle targi i sklepy z rzeczami używanymi, gdzie kupuję dla frajdy niepotrzebne pierdoły

lubię mieć w domu pełno maskotek, książek, figurek, ramek ze zdjęciami i innych durnostojek

kocham nasz dom pełen zwierząt, to siano i bobki na podłodze, latające pióra, kupy papug na żyrandolu i rozgrzebany zasrany trawnik 

bez końca mogę oglądać i fotografować wszystko, co nie spierdala za szybko sprzed obiektywu

bez końca mogę obserwować uwijające się mrówki, ptaki i inne stworzenia

bez końca zachwycam się pająkami, motylami, gadami, zachodami i wschodami słońca, chmurami, piorunami czy kształtem liści

zawsze wącham ulubione kwiaty, które spotykam na swojej drodze, nawet jak muszę przy tym kucnąć, podskoczyć lub wspiąć się na jakiś murek czy kamień

nie zrywam kwiatów bez potrzeby, bo nie chcę by umierały przeze mnie - wolę podziwiać je jak sobie stoją na łące czy w ogrodzie i cieszą me oko oraz owady

kocham stare cmentarze i mogę na nich spędzać całe godziny, choć sama nie życzę sobie żadnego durnego grobu  (spalić i rozsypać prochy w naturze - to moje życzenie)

nie rzadko głośno komentuję zachowania ludzi w publice, które mnie bawią lub irytują, nawet jak ci ludzie od tego potrzebują pilnie maści na ból dupy

nadal nie rozumiem, dlaczego miałabym nosić ubrania takiej czy innej marki, takiego a nie innego koloru, polecane przez takiego czy innego debila z branży modowej, zamiast tych, w których jest mi zwyczajnie ciepło, wygodnie, komfortowo i które mają moje ulubione kolory 

nadal nie rozumiem, w jaki sposób makijaż, posiadanie lub nie posiadanie cycków, określonej ilości owłosienia, długość nóg czy szerokość dupy,  preferencje seksualne czy jedzeniowe miały by mieć wpływ na to jakim jestem człowiekiem i dlaczego jestem oceniana na takiej podstawie przez innych

muszę oglądać systematycznie pewne filmy, by czuć się dobrze: Sami Swoi, Killer, Hobbit i Władca Pierścieni, Harry Potter, Nigdy w życiu, Motór, Top Gun, Forrest Gump, Dzień Świra i jeszcze pewnie kilka o których teraz zapomniałam

ciągle lubię oglądać kreskówki oraz czytać Kubusia Puchatka

lubię słuchać opowieści nastolatków i rozumiem ich poczucie humoru oraz problemy

lubię pić piwo, próbować ciągle nowych smaków i kolekcjonuję szkło piwne

zawsze głośno kłócę się z komputerami, tabletami, aparatami fotograficznymi i tym podobnymi istotami martwymi

dyskutuję sama ze sobą i opowiadam sobie fascynujące historie (tak, gadam do siebie, bo uważam, ze dobrze jest systematycznie rozmawiać z kimś inteligentnym, kto zawsze cię wysłucha i zrozumie)

mentalnie nie czuję się na 45 lat, a raczej na około 20 w porywach do 15

fizycznie ostatnimi czasy czuję się na 45 w porywach nawet do 85

z ryja wyglądam ostatnio na conajmniej 45 w porywach do 60, zasadniczo jednak to wyglądam jakbym brała chemię czy coś

ciągle jestem normalna inaczej (dla normalnych normalnie przypomnę, że normalny inaczej nie jest synonimem obraźliwego epitetu „nienormalny” i jak ktoś jeszcze raz nazwie mnie nienormalną, to dostanie z liścia albo i nawet z gołej dupy w pysk).


Reszta z Piątki zorganizowała mi dziś fajne urodziny 🥳.

 Pięknie udekorowali dom. Zamówili tort w cukierni. Mąż kupił mi bukiet z 45 róż. Było wino musujące no i góra prezentów. Dostałam mnóstwo zajebistych rzeczy. Trochę nowych, trochę używanych, bo my już tak mamy, że kupujemy sobie wzajemnie mnóstwo prezentów na urodziny, bo mamy przecież tylko siebie. Czasem są to droższe rzeczy, a czasem jakieś pierdoły po parę centów kupione na pchlim targu. Te zwykle mają jakieś symboliczne znaczenie, jak kura i czarownica, które dostałam od Młodej. Zaś te droższe są zwykle użytkowe, z których wszyscy będziemy korzystać. I tak np dostałam komplet noży do steków, bo zawsze narzekamy, gdy mięcho przychodzi picholić takimi zwykłymi; rękawice kuchenne, bo stare się podarły i ostatnio się poparzyłam. Trafiła też do mnie poduszka i pościel, które ostatnio obmacywałam z zachwytem w Ikei. Nie obyło by się oczywiście bez nowego kubka, wszyscy bowiem mamy fioła na ich punkcie i nigdy nie kupujemy żadnych durnych zestawów a tylko i wyłącznie pojedyncze sztuki. Im bardziej oryginalny tym lepiej.  





Najfajniejszy prezent to jednak kupiłam se sama, bo któż inny może wiedzieć lepiej niż ja, co chciałabym dostać na urodziny 🤪😜. A kupiłam se zwyczajnie, jak na poważną 45-latkę przystało, nową zabawkę i cieszę się nią jak głupia. Choć na dzień dobry zdążyłam ją już sprzeklinać wszystkimi najgorszymi przekleństwami, bo jebaniutka nie chciała się sparować od razu ani z iPhonem, ani z iPadem. Do tego oprogramowanie na iPada zainstalowało się pieprzone bo rosyjsku i złużyłam cały słownik obelg zanim wpadłam na to, że w iPadzie można spokojnie zmieniać opcje wszystkich aplikacji w ustawieniach 🤦🏻‍♀️. Wtedy bez problemu zmieniłam na angielski, bo chiński, turecki i japoński jakoś jeszcze gorzej mi się czyta niż cyrylicę, a polskiego ani niderlandzkiego nie było. 

Canon PowerShot SX 740 HS to co prawda żaden tam szał wśród aparatów fotograficznych. Ot zabawka dla amatorów i to dosyć stary model, ale właśnie takiego czegoś potrzebuję, by cykać fotki na bloga i instagrama. Telefon bowiem do tych celów to marnie się nadaje. Po pierwsze z powodu baterii, która wyczerpuje się w pół godziny, po drugie mój stary (choć jeszcze jary) iPhone robi aktualnie zdjęcia niewiele lepsze od tych robionych żelazkiem czy nogą od stołu. 

Aparat to jednak aparat - bateria wytrzyma długo, przy czym można dokupić ze 2 zapasowe w razie wu. A nawet jak aparat padnie to telefon ciągle masz, by kupić nim bilet na pociąg, zapłacić w knajpie czy zadzwonić po pogotowie, gdyby cię szlag trafił, że bateria w aparacie ci padła w najlepszym momencie imprezy.  Na karcie zmieści się od cholery zdjęć, z których wybrane można łatwo przesyłać na iPada za pomocą wifi czy bluetooth (pod warunkiem, że sprzęt poczuje się wystarczająco opierdolony i zacznie współpracować; mój już się poczuł). Ten konkretny model jest płaski i mały, przeto bez problemu wsadzę go do plecaczka czy nawet większej kieszeni. Mogę też nagrywać nim w miarę dobre filmy z Młodym na youtube, gdyby nas taka znowu ochota naszła.

No, jeśli idzie jednak o aktualne ceny sprzętu fotograficznego, nawet takiego gównianego, to chyba kogoś popieściło. Udało mi się po długich poszukiwaniach zdybać tego PowerShota w zeszłym tygodniu za 370€ we Fnacu, ale chyba ostatni kupiłam, bo już go nie ma w tej cenie. Widzę natomiast  ten sam model w tym samym miejscu za 750€. WTF?! Podejrzewam, że to może być wina Putina a nawet Tuska, no albo tego, że nie nosiłam maski ani rękawiczek w pracy. 

Do tego garnczka miodu niestety muszę dołożyć łyżkę dziegciu, bo ta jedna łyżka wszystko spieprzyła. 

Moje urodziny spierdolił jakiś jeden Poloczek i jestem tak wkurwiona w tym momencie, że jakby się teraz zjawił pod drzwiami, uraczę go litanią do wszystkich pierdolonych skurwysynów, choć nawet go nie znam, i każę wypierdalać w podskokach. 

Właściciele domu w tygodniu powiadomili nas, że w sobotę przyjdzie gość zobaczyć ten nasz dach i że to z polskiej firmy. Pytam się, kolo której mamy się go spodziewać, bo kurde mam urodziny - mówię - i wybieramy się do restauracji na obiad. No oni nie wiedzą. 🤷🏻 No nic tam. W tygodniu to i tak nie wiem przecież, jak będę się czuła po chemii, a poza tym zakładam, że normalni ludzie przyjdą najdalej zaraz po południu albo i rano w sobotę w takiej sprawie, a jak nie będą mogli przyjść, to powiadomią właścicieli a oni nas. No ale to normalni…. Kto by tam się wzniósł na wyżyny kultury i powiadomił, o której i czy w ogóle kurwa się pojawi u klienta. 

Sprawa dotyczy też sąsiadki, bo mieszkamy w szeregówce i łączy nas przeciekający dach. Z godzinę temu wymieniłyśmy pełne wkurwienia esemesy, bo ona też została w domu z tego powodu, a chciała zapewne spędzić czas z chorą mamą. 

Pierdolony dzban. Zjebał mi moje urodziny. Dzieci czekały aż w końcu nasmażyły se frytek i poszły ze zwieszonymi głowami do swoich pokoi. Nie byliśmy w naszej ulubionej restauracji przez całą pieprzoną pandemię i zwyczajnie cieszyliśmy się na tę okoliczność. No kurwa, żebym wiedziała, że kutas nie przyjedzie, byśmy normalnie sobie poszli na 15 jak zawsze, bo wtedy nie ma jeszcze ludzi i rezerwację można zrobić godzinę przed albo i bez rezerwacji pójść. Człowiek jednak stara się szanować drugiego. Skoro gość nie ma czasu w tygodniu, bo jest zawalony robotą - tak mówili właściciele domu - i poświęci godzinkę w weekend, by przyjść zobaczyć, co trzeba naprawić, by zaplanować robotę i naprawić nam ten dach jak najszybciej, no to i my poświęcimy ten czas, bo w końcu to dla nas ważne, by nam na głowy nie kapało. No ale to zwykły ćwok. Dla takiego buractwa nie mam żadnego szacunku i zdania nie zmienię. Mam nadzieję, że choć na robocie lepiej się zna niż na kulturze i że jak już kiedyś łaskawie zacznie tę robotę, to sprawnie i solidnie ją wykona, a wtedy może choć odrobinę łaskawszym okiem nań spojrzę.

I nie próbujcie mnie przekonywać, że może mu coś wypadło niespodzianie, bo kurwa żyjemy w dobie telefonów komórkowych, a to oznacza, że w sekundę można ludzi powiadomić o wszystkim i przeprosić.

Do knajpy pójdziemy za tydzień (albo jutro, jakby padało i nie będę mogła pójść na Ros Beiaarda), ale to już nie to samo. Nie da się odspierdolić spierdolonych urodzin.